Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 31 maja 2023

1601. Zmiana sterów w archidiecezji katowickiej

Jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość o złożeniu przez Wiktora Skworca na ręce papieża Franciszka rezygnacji z funkcji metropolity katowickiego. Po cichu zastanawiam się, czy nie zrobił tego osobiście. Tydzień temu był bowiem w Rzymie, aby wraz z księdzem Damianem Bednarskim, postulatem procesu beatyfikacyjnego ks. Jana Machy, przekazać relikwie błogosławionego ze Śląska jednej z tamtejszych parafii. Tak przez zupełny przypadek spotkaliśmy się z nimi pod słynnym Panteonem, a następnie poszliśmy na wspólną kolację...
Zgodnie z tradycją metropolici katowiccy są Wielkimi Kanclerzami Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego. Za bardzo nie wiem na czym polega taka funkcja, oprócz tego, że np. odprawiają Mszę świętą podczas inauguracji nowego roku akademickiego na wydziale. Z drugiej strony analogiczna sytuacja jest na krakowskim UPJPII, gdzie Wielkim Kanclerzem, z kolei całego uniwersytetu, a nie jednego wydziału, jest też metropolita, tylko że krakowski. Więc może to taka tradycja.
O ustąpieniu z pełnionej funkcji abp Wiktor Skworc publicznie poinformował podczas tegorocznej pielgrzymki mężczyzn do Piekar Śląskim. Dodatkowo wysłał do wszystkich parafii na terenie archidiecezji list, w którym podziękował, przeprosił wiernych oraz podsumował kilkanaście lat posługi na piastowanym przez siebie stanowisku.
Arcybiskup Wiktor Skworc złożył urząd, ponieważ tego wymaga prawo kanoniczne. Mówi ono, że każdy biskup w wieku 75 lat składa rezygnację ze swojego urzędu. Papież może ją przyjąć, ale może też poprosić go o pełnienie posługi jeszcze przez jakiś czas. 28 maja arcybiskup zwrócił się do przybyłych do Piekar Śląskich pielgrzymów informując ich o tym fakcie. Do reszty wystosował wspomniany list w którym pisał m.in. o wzroście nadzwyczajnych szafarzy komunii świętej, wyświęcaniu diakonów stałych, obchodach 100-lecia istnienia diecezji, II synodzie katowickim, czy też beatyfikacji chorzowskiego męczennika, ks. Jana Machy. Wspominał też o świętowaniu małżeńskich jubileuszy w katedrze oraz spotkaniach z przedstawicielami licznych wspólnot kościelnych. Wiktor Skworc przypominał także o najważniejszych inwestycjach na terenie diecezji, w tym budowie piekarskiego ośrodka formacyjnego "Nazaret", czy też powstanie Panteonu Górnośląskiego. W swoim ostatnim liście do diecezjan powtórzył słowa wypowiedziane w styczniu w czasie swoich święceń biskupich: "Niczego nie mam, czego bym nie otrzymał. Dlatego dłużnikiem jestem - dłużnikiem Boga, Kościoła i bliźnich, waszym dłużnikiem, dlatego wam mówię: Bóg zapłać i dziękuję. Wszystkim, bez wymieniania po imieniu, bo ta litania wdzięczności trwałaby bez końca. I jeszcze dopowiadam słowo >>przepraszam<<, złączone z prośbą o wybaczenie". W swoim liście arcybiskup wyraził nadzieję, że papież szybko przyjmie złożoną rezygnację. Teoretycznie papież może odmówić i przedłużyć mu okres urzędowania.
W praktyce jest to jednak bardzo wątpliwe. Arcybiskup Skworc poprosił o koadiutora (biskupa mającego za zadanie pomagać biskupowi miejsca i w razie śmierci tego pierwszego lub zakończenia jego urzędowana automatycznie zaczyna kierować diecezją) w momencie otrzymania wyroku sądu kościelnego dotyczącego zaniedbań w sprawie ścigania pedofilii, kiedy był biskupem w diecezji tarnowskiej. Wyrok ten zapadł w 2021 roku. Arcybiskup przyznał się z zarzucanych mu czynów. Zrezygnował też z części funkcji kościelnych.
Nie wiadomo czy arcybiskup Wiktor Skworc będzie w czasie emerytury będzie pomagał w archidiecezji katowickiej. Na jej terenie mieszka stosunkowo wiekowy (ma 88 lat) arcybiskup senior Damian Zimoń. Zimoń zakończył swoją posługę w 2011 roku. Wtedy to na jego miejsce przyszedł ówczesny biskup tarnowski - Wiktor Skworc.
Skworc będzie zarządzał archidiecezją do czasu przyjęcia jego rezygnacji przez papieża Franciszka. Jak już powiedziałam, zastąpi go koadiutor. Jest nim urodzony w 1968 roku w Bytomiu pallotyn, arcybiskup Adrian Galbas. Zanim wrócił w rodzinne strony przez dwa lata był biskupem pomocniczym w Ełku. W środowisku mówi się, że ma dobry kontakt z kapłanami i świeckimi. Do Piekar Śląskich przyszedł pieszo. Na piekarskim wzgórzu podziękował ustępującemu arcybiskupowi wręczając mu 75 róż. Zwracając się do pielgrzymów nawiązał do ukochanego przez Ślązaków sportu: - Nie ma tu pielgrzymów ważniejszych i mniej ważnych, pielgrzymów pierwszej i drugiej ligi. Wszyscy jesteście ekstraklasa! Każdy jest najważniejszy. Każdy ze swoją niepowtarzalną historią, ze swoją szczególną intencją, którą tu przyniósł. Każdy ze swoją wiarą, nadzieją i miłością – mówił w niedzielę i zaprosił wszystkich mężczyzn na pielgrzymkę do Piekar już za rok w Dzień Matki.

wtorek, 30 maja 2023

1600. Ulica Mickiewicza w Katowicach

We wtorkowe przedpołudnia jeżdżę na zajęcia na kampus Uniwersytetu Śląskiego znajdujący się w sąsiadującym z Kato Chorz. Czasami, tak jak dzisiaj, udaje mi się przyjechać do stolicy Górnego Śląska (gdzie przesiadam się z jednego autobusu na drugi) nieco wcześniej. Samego autobusu w stronę Chorz. nie da się przyspieszyć. Właściwie jest to tylko jedna linia jadąca dokładnie tam, gdzie potrzebuję. W celu zabicia czasu chodzę sobie po okolicy podziwiając stare kamienice (i nie tylko).
Dziś chciałabym Was zabrać na spacer jedną z najważniejszych, ale i najpiękniejszych (moim zdaniem) ulic w K-cach - ulicą noszące dumne imię jednego z naszych wieszczów narodowych, Adama Mickiewicza. Jej historia sięga XIX wieku, kiedy u jej zbiegu z dzisiejszą ulicą Stawową uruchomiona została huta żelaza "Jakub". Przed pierwszą wojną światową ulica nosiła nazwę Tiele - Winckler Platz. Aktualną nazwę nosi od 1922 roku. W 1925 roku stanęła na niej stacja benzynowa należąca do firmy Ford. Pięć lat później wybudowano na niej halę garażową dla autobusów Śląskich Linii Autobusowych. W dwudziestoleciu międzywojennym mieściła się na tutaj księgarnia, sklep z sukniami, wiedeński zakład krawiecki, sklep z wełną, hurtownia żelaza, hurtownia przyborów szewskich oraz biuro sprzedaży Koncernu Węglowego Giesche S.A.
Współczesny widok na ulicę Mickiewicza
Ulica Adama Mickiewicza rozpoczyna swój bieg przy rynku głównym. Biegnie obok dawnej Łaźni Miejskiej, budynku Zespołu Szkół Łączności, placu Synagogi, ulicy Stawowej i budynku III Liceum Ogólnokształcącego. Następnie krzyżuje się kolejno z ulicami Juliusza Słowackiego, Sokolską oraz Dąbrówki, gdzie następuje jej koniec. Jej długość, według google.maps, liczy 800 metrów. Przy ulicy znajduje się wiele historycznych obiektów, które są warte uwagi.
Dom Handlowy "Skarbek" - wybudowany został na początku lat 70, oddany do użytku w 1975 r. Znajduje się na miejscu dawnej karczmy, a następnie kamienicy ze sklepem kolonialnym. Początkowo elewacja pokryta była tłoczoną blachą aluminiową sprowadzoną z Francji, w 2019 roku została ona zdjęta. Właścicielem budynku od samego początku jego istnienia jest PSS Społem Katowice.
Dom Handlowy "Skarbek"
Zabytkowy gmach Banku Gospodarstwa Krajowego (obecnie Banku Śląskiego) - budynek został zbudowany w 1930 roku w stylu ekspresjonistycznym. Jego fasada jest ukośna z powodu umiejscowienia przy nieistniejącej już ulicy Skośnej. Początkowo w jego murach miał swoją siedzibę Wyższy Urząd Górniczy. W witrażu głównej klatki schodowej można zobaczyć napis "A 130". Na dachu budynku znajduje się zegar i kuranty, które kiedyś wygrywały melodię "Płynie Wisła błękitna". Wpisany do rejestru zabytków. 
Zabytkowy budynek Łaźni Miejskiej - został wzniesiony w latach 1864 - 1911 w stylu eklektycznym za niebagatelną sumę 155 000 marek niemieckich. W okresie międzywojennym poszerzono go o basen kąpielowy. W latach 1996-1997 przebudowywany. Aktualnie służy jako siedziba Inspektoratu PZU Życie SA. Na jego fasadzie znajduje się tablica upamiętniająca Richarda Holtze - współzałożyciela miasta Katowice oraz jednego ze sponsorów budowy tego miejsca. Budynek wpisany do rejestru zabytków.
Budynek dawnej Łaźni Miejskiej
Kamienica mieszkalno - handlowa przy ul. Mickiewicza 6 - budynek został wybudowany w stylu eklektycznym z elementami secesji i manieryzmu w 1903 roku. Zaprojektowało go Przedsiębiorstwo Budowlane Perl i Trapp. Kamienica została wzniesiona na planie prostokąta, z boczną oficyną. Posiada cztery kondygnacje, podpiwniczenie, poddasze, dwuspadowy dach o stromej połaci frontowej z ozdobnym szczytem na osi centralnej i mansardami na osiach bocznych. Elewacja frontowa w strefie parteru została wytynkowana oraz przebudowana. Na pierwszej osi tej kondygnacji umiejscowiono bramę przejazdową. Kondygnacje oddzielono gzymsami.
Zabytkowy budynek dawnej kawiarni Wojko - wybudowano go w końcówce XIX wieku w stylu eklektycznym. Podobnie jak w poprzednim przypadku zaprojektowany został przez Przedsiębiorstwo Budowlane Perl i Trapp. Budynek został wzniesiony na planie prostokąta, z oficynami bocznymi tworzącymi wraz z budynkiem czworokąt zabudowy. W okresie międzywojennym w budynku działały m.in. "Cafe Atlantic", "Wojko - Bar", kawiarnia "Wojko" i żydowska sala modlitwy. Od 1945 roku "Cafe Atlantic" działał pod nazwą "Bar Wojko". Dzisiaj mieści się tam bar mleczny. Obecnie elewacja frontowa obdarta jest z większości dekoracji. Budynek wpisany do rejestru zabytków.
Budynek pierwszy od lewej (ten z banerem) to wspomniana kamienica przy ul. Mickiewicza 6, następna to dawna kawiarnia "Wojko"
Kamienica mieszkalno - handlowa przy ulicy Mickiewicza 10 - wybudowana została w latach 1897 - 1898 według projektu Ludwiga Goldsteina. Ona również prezentuje styl eklektyczny. Wzniesiono ją na planie litery "U" wraz z tylnymi oficynami. Trójskrzydłowa bryła z pozornym ryzalitem posiada cztery kondygnacje, podpiwniczenie, poddasze oraz dwuspadowy dach. Ryzality są zwieńczone ozdobnymi szczytami. Ośmioosiowa elewacja frontowa ukształtowana została w symetryczny sposób. Elewacja wyższych kondygnacji była licowana kolorową cegłą, ułożoną w poziome pasy i dekoracyjne wzory. Kondygnacje oddzielono pasami gzymsów wypełnionymi dekoracjami. We wnętrzu budynku zachowały się drewniane dwubiegunowe schody oraz oryginalna stolarka drzwiowa. W latach międzywojennych w budynku swoje przedstawicielstwo miała "Kooperacja Rolna", działała tu też kawiarnia / cukiernia "Wiedeńska".
Kamienica przy Mickiewicza 10
Zabytkowy gmach III Liceum Ogólnokształcącego imienia Adama Mickiewicza - wzniesiono go w latach 1898 - 1900 według projektu Józefa Perzlika. Prezentuje styl neogotycki. Inicjatorem powstania gimnazjum był wspomniany już Richard Holtze. Uczęszczali do niego uczniowie różnych wyznań, co było nowością. Do czasu wybuchu I wojny światowej gimnazjum było jedyną szkołą średnią na terenie miasta. Wpisany na listę zabytków.
Budynek III LO
Wszystkich wchodzących do liceum wita przed jego wejściem bebok Kasia
Kamienica mieszkalno - handlowa przy ulicy Mickiewicza 12 - wybudowano ją w 1898 roku według projektu A. Lauterbacha w stylu historycyzmu z elementami uproszczonego neobaroku. Wzniesiona została na planie w kształcie litery "U", posiadała też boczną oficynę. Trójskrzydłowa bryła budynku posiada cztery kondygnacje, podpiwniczenie i poddasze, a także dwuspadowy dach. Elewacja frontowa jest symetryczna. We wnętrzu zachowały się dwubiegunowe schody z drewnianą balustradą tralkową. W okresie międzywojennym budynek był siedzibą małej hurtowni rowerów oraz maszyn do szycia J. Premingera.
Kamienica przy ul. Mickiewicza 12
Zabytkowa kamienica przy ul. Mickiewicza 14 - wybudowano ją w 1905 roku według projektu Georga Zimmermanna na planie odwróconej litery "L". Posiada pięć kondygnacji, podpiwniczenie oraz poddasze. Budynek stanowi zwartą bryłę zwieńczoną szczytem umieszczonym na osi, którą urozmaicają dwa wykusze. Nakrywa ją dwuspadowy dach o stromej połaci frontowej. Elewacja od frontu jest ośmioosiowa, parter tynkowany, zdobiony pasem żłobkowanego tynku. Na trzeciej osi ulokalizowana jest brama przejazdowa, na czwartej - drzwi wejściowe do budynku. Zachowała się też posadzka lastrykowa z dekoracją mozaikową oraz ceramiczna okładzina ścian z secesyjnymi motywami oraz dwubiegunowe schody z metalową, kutą balustradą w motywy secesyjne. Okna klatki zdobią częściowo zachowane witraże, również o secesyjnych motywach.
Budynek pośrodku to kamienica przy Mickiewicza 14
Budynek Technikum nr 8 im. Obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku - obiekt postawiono 1899 roku według projektu Antona Zimmermanna. W dwudziestoleciu międzywojennym mieściło się w nim schronisko młodzieżowe "Przelot" które posiadało 80 łóżek.
Technikum nr 8
Kamienica mieszkalno - handlowa przy ulicy Mickiewicza 18 - dokładna data jej wybudowania nie jest znana, wiadomo, że był to koniec XIX wieku. Reprezentuje styl secesyjny, popularny w tamtym czasie. Kamienica znajdowała się naprzeciw budynku zarządu kompleksu Synagogi Wielkiej i samej synagogi. Zbudowano ją na planie prostokąta, z boczną oficyną od strony wschodniej. Zwarta bryła posiada 3 piętra, podpiwniczenie i poddasze. Elewacja frontowa jest 9-osiowa. Dach jest jednospadowy. We wnętrzu znajdują się oryginalne, dwubiegunowe drewniane schody z balustradą i oryginalna dwuskrzydłowa stolarka drzwiowa. W części mieszkań zachowały się ozdobne piece kaflowe.
Kamienica nr 18. Na prawo widać przykrytą banerem kamienicę noszącą numer 20
Zabytkowa kamienica przy ulicy Mickiewicza 20 została wybudowana w 1906 roku według projektu wykonanego przez firmę Trapp i Perl. Prezentuje styl secesyjny z elementami modernizmu. Budynek posiada pięć kondygnacji oraz czteroosiową elewację. Czerwoną cegłę zastosowano na wyższych kondygnacjach jako element ozdobny. Balkony z ozdobnymi balustradami umieszczono na drugim i trzecim piętrze. Na czwartej kondygnacji między oknami umiejscowiono herb przedsiębiorstwa "Perl - Trap". Na elewacji zachował się napis "Sic volo, sic Aedifici", zaś na suficie w sieni stiukowa rozeta i faseta.
Zabytkowa kamienica przy ul. Mickiewicza 22 - wybudowano ją w 1906 roku w stylu secesyjnym według projektu Przedsiębiorstwa Budowlanego Perl i Trapp. Rok później na jej parterze otworzono "Casino-Bar", który istniał przez następnych kilka lat. Następnie w kamienicy mieściła się "Wein - Restaurant", winiarnia, piekarnia, a także sklep mięsny Pinkusa Friszera. Obecnie znajduje się w niej kawiarnia i cukiernia.
Kamienica przy Mickiewicza 22
Zabytkowa kamienica przy ulicy Mickiewicza 26 również została postawiona w 1906 roku. Wybudowała ją firma Ludwiga Goldsteina według opracowanego przez niego projektu. Wpisana do rejestru zabytków. Prezentuje styl secesyjny z elementami modernizmu. Po 1945 roku działał w niej zakład dentystyczny Heleny Bronisz - Skrzypcowej.
Kamienica przy ul. Mickiewicza 26
Kamienica mieszkalno - handlowa przy ulicy Mickiewicza 28 - jej elewacja posiada aż osiem osi. Na osiach pierwszej i drugiej oraz ósmej i dziewiątej znajdują się balkony. Budynek posiada parter, trzy piętra oraz poddasze. Na osi środkowej, nad oknami pierwszego i drugiego piętra, umieszczono detale architektoniczne. Obecnie w kamienicy mieści się szkoła języków obcych.
Kamienica przy ul. Mickiewicza 28
Kamienica mieszkalno - handlowa przy ulicy Mickiewicza 30 - zbudowana jako kamienica narożna.
Willa mieszkalna - Dom Rzemiosła przy ulicy Mickiewicza 32 - wybudowana na przełomie pierwszego i drugiego dziesięciolecia XX wieku. Reprezentuje pomieszanie stylu neoklasycznego oraz modernistycznego.
Stara zabudowa ulicy wzbudza podziw i zachwyt, jednak im bliżej zajezdni autobusowej, tym nowocześniejsze biurowce wyrastają przed oczami.
Aż wreszcie dociera się do wspomnianej zajezdni, znajdującej się na końcu ulicy.
To była dosyć przyjemna wędrówka, chociaż nie pokazałam Wam tak właściwie wszystkich obiektów znajdujących się przy tej ulicy. Dziękuję wszystkim tym czytelnikom, którzy zdecydowali się ze mną "przejść" ze mną tą trasę. Opracowanie jej było prawdziwą przyjemnością, a i sama dowiedziałam się wielu nieznanych mi dotąd ciekawostek.

poniedziałek, 29 maja 2023

1599. Nadliczbowa ilość "studentów"

Zgodnie z przewidywaniami dzisiejsze zajęcia z historii wychowania zaliczyłam w wersji on-line w miejscu mojej pracy. Trochę to mało odpowiedzialne i w ogóle nie jestem zwolennikiem tego typu procederu, jednak to ma być jedyna tego typu sytuacja z tym przedmiotem. To zaś ma szansę się spełnić, ponieważ zostały nam jeszcze jedne zajęcia, a potem już tylko kolokwium zaliczeniowe. Same zajęcia mam z kolei tuż przed rozpoczęciem pracy, jednak dzisiaj prowadzący był na jakiejś konferencji (?), nie chciał przy tym abyśmy tracili kolejne godziny, zresztą i tak nie przerobiliśmy całego materiału (zdążyliśmy prześledzić ową historię do XVII wieku). Po trochu go rozumiem. Chyba też bym tak postąpiła na jego miejscu. 
Kiedy powiedziałam dzieciakom na świetlicy, że dzisiaj będę musiała trochę posiedzieć przy laptopie i proszę ich o chwilę spokoju, ponieważ mam wyjątkowo zajęcia uczelniane podczas pracy, najpierw zareagowały zdziwieniem i zaskoczeniem, a następnie wielu z nich również wyraziło chęć "wzięcia udziału" w owych zajęciach. Trochę mnie to zaskoczyło, ponieważ większość z nich nie radzi sobie z materiałem przewidzianym dla ich etapu rozwojowego, a tymczasem garną się do treści o dużo trudniejszym poziomie. No, ale skoro sami chcieli, to dlaczego miałabym im tego zabronić?
Przed samymi zajęciami miałam jeszcze około godziny czasu, który spędziłam już w pracy. Ponieważ przez ostatni tydzień byłam nieobecna w pracy, a właściwie wszyscy wiedzieli, że na pięć dni wyjeżdżam w ramach wizyty studyjnej za granicę, to poświęciłam ten okres głównie na podzielenie się z moimi dziećmi wrażeniami z tej podróży. Pomocne ku temu okazały się zdjęcia, którymi posiłkowałam się podczas opowieści. Trochę byli zaskoczeni tym, że na takim wyjeździe to głównie się uczy i to nie zawsze w języku polskim, ale znalazł się też czas na zwiedzanie. Nawet się mogę "pochwalić", że miałam w tym zwiedzaniu swoje "pięć minut", ale o tym kiedy indziej. Mam nadzieję, że moja opowieść okazała się dla nich motywacją do nauki, bo aby się załapać na ten wyjazd, to jednym z warunków była dobra średnia, a więc i systematyczna (w miarę możliwości) nauka.
O wyznaczonej przez wykładowcę godzinie zainteresowani zasiedli ze mną przed ekranem laptopa. Nie wiem co sobie pomyślał prowadzący widząc taką zgraję słuchaczy. W każdym razie, nie komentował (przynajmniej na głos). Zajęcia u niego wyglądają tak, że za każdym razem zadaje do przeczytania kilka-kilkanaście rozdziałów z nieśmiertelnej "Historii wychowania" autorstwa Stanisława Kota (nieśmiertelna jest książka, bo sam autor dawno już opuścił nasz ziemski padół) i na temat teoretycznie przeczytanej treści toczy się dyskusja, tudzież zadawane są pytania. Książkę (również w wersji pdf.) można mieć otwartą i z niej korzystać, ale kto ją zna ten wie, że warto orientować się co gdzie szukać. Co prawda nie rozumiem dlaczego za każdym razem z ponad 30-osobowej grupy odzywają się jedne i te same osoby, które można policzyć na palcach, ale dobra, to problem tych, którzy milczą.
Zajęcia on-line przebiegały w podobny sposób, a ich tematyka dotyczyła zwróceniu się teorii pedagogicznej ku realizmowi. Krytyka humanistycznej edukacji, poglądy Jana Komańskiego oraz Johna Locke i takie tam. Czyli coś na pierwszy rzut oka nudnego i niepotrzebnego dla dziecka w starszym wieku szkolnym. A jednak wiele dzieciaków słuchała tego wszystkiego z zaciekawieniem, a nawet zadawała pytania na poruszane tematy. Myślałam też, że szybko się znudzą, a tymczasem wielu z nich wytrwało do samego końca (zajęcia trwały 90 minut). Niektórzy nawet pomagali mi szukać informacji w książce. Zaskoczyli mnie swoją postawą w jak najbardziej pozytywny sposób.
Warunki były dosyć ekstremalne. Daleko im było do domowego zacisza znanego ze zdalnego nauczania podczas trwania narodowej kwarantanny. Teraz musiałam się wykazać podzielnością uwagi, bo jednak niektóre dzieci wybrały inne zajęcia i trzeba było mieć na uwadze ich bezpieczeństwo. Ale chyba się udało. I nawet zarobiłam kolejnego plusa za aktywność. I naprawdę miło było usłyszeć z ust wychowanka:
 - O rany, ale pani dużo wie!
W zasadzie to znowu tak dużo nie wiem. Jeszcze sporo się muszę nauczyć. Ale mam nadzieję, że to już nastąpi w uczelnianych ławkach i salach, a nie w miejscu pracy. To, tak jak pisałam, była wyjątkowa sytuacja i mam nadzieję, że szybko się ona nie powtórzy. 
Swoją drogą trzeba jakoś sprawdzić, czy dzieciaki zapamiętały coś z tych zajęć. Może jakieś kolokwium, skoro mówimy o wiedzy akademickiej?

niedziela, 28 maja 2023

1598. Wieczernik - miejsce ustanowienia aż trzech sakramentów świętych

Kilka razy wspominałam o tym, że jednym z moich ulubionych fragmentów z Pisma Świętego jest ten, który opowiada o momencie Zesłania Ducha Świętego. Tak się złożyło, że uroczystość mojej Pierwszej Komunii Świętej przypadła właśnie w Zielone Świątki. A że rodzice pilnowali, abym bez potrzeby nie opuszczała prób przygotowujących do tego ważnego dla katolików dnia, to wystarczająco osłuchałam się, jak niesforny na szkolnych lekcjach Kuba z przejęciem czyta o tym, jak w dniu Pięćdziesiątnicy Duch Święty zstąpił na wszystkich, którzy "znajdowali się na tym samym miejscu" (Dz 2, 1). Dopiero rok temu dowiedziałam się, że nie było ich kilkanaście, ale około 120. Nie mniej jednak bardzo szybko wbił mi się ten tekst w pamięć na tyle, że do dzisiaj potrafię w miarę sprawnie wyrecytować cały fragment z głowy, wraz z tymi "wszystkimi narodami pod słońcem".
W wieku tych niespełna 9 lat nie zdawałam sobie jeszcze sprawy z tego, czym tak naprawdę jest bierzmowanie, i że tak naprawdę było to pierwsze bierzmowanie w historii kształtującego się Kościoła Katolickiego. Tzn. wiedziałam, że jest taki sakrament, ale nic ponadto. Tą wiedzę nabyłam dopiero z czasem. Myślę, że była ona na tyle duża i ugruntowana, że z pełną świadomością pod koniec gimnazjum przystąpiłam do tego sakramentu. I o ile o przystąpieniu do Pierwszej Komunii Świętej (nie mówiąc już o chrzcie świętym) bardziej zdecydowali moi rodzice, o tyle do bierzmowaniu mogłam już sama zdecydować. I chociaż do końca nie czułam się godna przyjęcia tego sakramentu, to jednak z drugiej strony wiedziałam, a raczej pragnęłam dostąpić tego zaszczytu.
Wieczernik na kartach Ewangelii zajmuje szczególne miejsce. To w nim zostały ustanowione aż trzy sakramenty święte - oprócz wspomnianego już bierzmowania, które wydarzyło się pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa (właściwie to 49 dni, jednak według żydowskiej rachuby czasu, gdzie dzień zaczyna się po zmroku poprzedniego dnia, wychodzi 50 dni), Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy ustanowił sakramenty eucharystii i kapłaństwa. To w wieczerniku Zbawiciel miał obmyć wtedy swoim uczniom nogi oraz ukazać się im po zmartwychwstaniu. Do wieczernika mieli powrócić apostołowie po wniebowstąpieniu Pana. Być może to w nim św. Piotr wygłosił swoje kazanie w dzień Pięćdziesiątnicy.
W tradycji chrześcijańskiej wieczernik jest utożsamiany z przestrzenią sanktuarium, które jest zlokalizowane na najwyższym wzgórzu starożytnej Jerozolimy, położonym poza murami Starego Miasta, Syjonem. Przez lata różnie wyobrażałam sobie to miejsce, jednak dopiero w zeszłym roku miałam okazję zobaczyć to wyjątkowe miejsce.
Bystre oko wypatrzy mnie na tym zdjęciu
Budynek, w którym zlokalizowany jest Wieczernik ma charakter budowli średniowiecznej, ale prawdopodobnie jego górna kondygnacja została zbudowana na starszym, pochodzącym z IV wieku, zrębie. Na parterze znajduje się natomiast domniemany grób króla Dawida. Jednak prowadzący badania archeolog Bargil Pixner zwrócił uwagę na to, że struktura, w której zlokalizowany jest ów grób, pochodzi z okresu rzymskiego, a więc nie mógł w niej być pochowany król Dawid. W przeszłości naukowcy identyfikowali pomieszczenia na parterze z istniejącą w tym miejscu w IV  wieku "synagogą", czyli żydowskim domem modlitwy.
Sanktuarium było w swoich początkach najprawdopodobniej siedzibą gminy chrześcijańskiej. Nazywano je "Górnym Kościołem Apostołów", "Hagia Sion" (Świętym Syjonem) oraz "Mater Ecclesiarum" (Matką Wszystkich Narodów). Otaczano je czcią, jako miejsce, gdzie znajdował się dom Matki Bożej oraz miejsce, gdzie sprawowana była pierwsza Eucharystia. Dotychczas brak rzeczowej i naukowej dyskusji na temat autentyczności tego miejsca.
Będąc rok temu w Jerozolimie, nie mogliśmy nie wstąpić do Wieczernika. To tam, jako w miejscu ustanowienia sakramentu kapłaństwa, będący z nami diakoni, odnowili swoje śluby diakonatu (o czym pisałam w >>tym<< poście). Zaś my, świeccy, mieliśmy okazję pobyć sam na sam z duchem tego miejsca, który wciąż jest obecny w tych murach. I sobie tak wtedy pomyślałam, że niby małe, niby niepozorne miejsce ukryte gdzieś wśród jerozolimskich budynków, a jak bardzo znaczące w historii i rozwoju całego chrześcijaństwa.

sobota, 27 maja 2023

1597. Z ołtarza wszystko widać

Człowieka nie było zaledwie pięć dni w Kościele. W swoim parafialnym kościele, żeby nie było. Nie wydaje mi się, abym była świętoszkowata, czy coś w tym rodzaju. Po prostu lubię nabożeństwa majowe i tyle. A że czasami zostaję potem na Mszy świętej (oczywiście, jak pozwala mi na to czas), to już swoją drogą. Powiedziałby ktoś: "Przecież to nic, nikt nie zauważy nieobecności jednego człowieka, siedzącego gdzieś na końcu świątyni". Tymczasem zupełnie nieoczekiwanie dostałam całkiem miłego SMSa od parafialnego katechety z pytaniem, czy wszystko w porządku, bo dawno mnie nie widział. Hm... dawno? Zaledwie wspomniane 5 dni. Prawie tyle, co nic. Z drugiej strony miło, że z perspektywy ołtarza dostrzega kto jest, a kogo nie ma. Z trzeciej zaś strony - widać tutaj wyraźny kontrast pomiędzy proboszczem, a jego współpracownikami. Ksiądz katecheta przynajmniej odpowiada na pozdrowienia...
Ale spokojnie, pójdę dzisiaj do Kościoła, to może i go zobaczę. O ile tylko będzie miał dzisiaj nabożeństwo, tudzież będzie sprawował / koncelebrował wieczorną Mszę świętą. Skoro tak wszystko bacznie obserwuje, to powinien być zadowolony z mojej obecności. Przynajmniej w teorii.
Właśnie mi się przypomniało, jak w zamierzchłych czasach straszono nas, dzieci, żebyśmy zbytnio nie kręcili się w ławkach, bo księża z ołtarza wszystko widzą i jeszcze nie udzielą nam rozgrzeszenia w sakramencie pokuty i pojednania. W zasadzie to pierwsza część się zgadza, a druga to po prostu kwestia interpretacji.
Jeszcze muszę podskoczyć i zobaczyć jak tam żyje ksiądz niosący światło. Podczas mojej niedostępności na miejscu miałam z nim co prawda kontakt meilowy (który jest tańszy niż dzwonienie za granice naszego kraju), jednak słowo pisane to nie to samo co słowo mówione, a tym bardziej widok wizualny. Mam coś dla niego, coś zupełnie specjalnego, unikatowego, coś, co nie miało prawa normalnie się wydarzyć znając mój sceptycyzm do tego typu spraw. A jednak, stało się sprawiając, że przeżyłam jedną z najbardziej wyjątkowych chwil w swoim życiu. I wtedy automatycznie pomyślałam sobie o księdzu niosącym światło, o jego walce z chorobą i tym, jak to wszystko znosi. Tak, jakby tamto trwające moment dotknięcie miało moc podróżowania w czasoprzestrzeni...
Teraz czekają mnie 2 - 3 dni odpoczynku i na nowo trzeba będzie działać. Mam nadzieję, że poniedziałek okaże się jednak wolny, a przynajmniej nie będzie trzeba iść na zajęcia, tylko będą one on-line, jak było wspominane ostatnio. Trochę cienko, że być może będą się one odbywać w godzinach mojej pracy, ale może uda mi się połączyć jedno z drugim.

piątek, 26 maja 2023

1596. Filip Neriusz, prekursor tworzenia Oratoriów

Kiedy rok temu na projekt z "Historii wychowania" dostałam do opracowania postać św. Filipa Neriusza, byłam trochę wystraszona. Sama postać owszem, otarła mi się o uszy, nie wiedziałam jednak o niej zbyt dużo. A tymczasem trzeba było po każdych zajęciach opracować jej życiorys, myśli, czy też dokonań pod kątem tematu poruszanego na wykładzie. Te zaś były dosyć konkretne, np. wychowanie do wojny, wychowanie kobiet, czy też wychowanie do religii (oczywiście było ich więcej, tutaj podaję te, które najbardziej utkwiły mi w pamięci). 
Cóż było robić. Trzeba było poszukać pozycji, która przybliżyłaby mi tą sylwetkę. W sieci znalazłam jeden pdf., dosyć stary, ale jednocześnie w miarę wiernie przedstawiał postać Filipa Neri. To głównie z niego czerpałam inspiracje do moich krótkich, ujętych w 50 słowach, przemyśleń. Czasami chciałoby się więcej napisać, no ale cóż, limit to limit. Dzisiaj chciałabym Wam po krótce przedstawić tego radosnego świętego, którego życiorys w pewnych momentach przypominał mi biografię św. Jana Bosko.
Filip Neri, znany też jako Filip Neriusz lub Filip Nereusz, przyszedł na świat 21 lipca 1515 roku we Florencji. Jego życie religijne rozwijało się dzięki dominikanom z klasztorze św. Marka. To w nim uczył się modlitwy oraz kształtował swoją bogatą osobowość w oparciu o słowo Boże, kazania oraz Eucharystię. Czasy, w których żył (a był to XVI wiek) były bardzo niespokojne, zaś jedność Kościoła była wciąż rozrywana.
Jako siedemnastolatek Filip opuścił Florencję w celu udania się do mieszkającego nieopodal Monte Casino wuja. Miał bowiem odziedziczyć po nim dość pokaźny majątek. U wuja był nauczycielem, a jednocześnie prowadził życie wypełnione pracą, modlitwą i umartwieniami. W jego sercu coraz bardziej dojrzewała myśl, aby całkowicie oddać się Bogu. Zrezygnował więc z obiecanego majątku i udał się do Rzymu, gdzie został do końca życia.
Uważał, że odtąd powinien zajmować się jedynie Bogiem i Jego żyjącymi w nędzy dziećmi, które chciał otoczyć opieką. Po przybyciu do Wiecznego Miasta, Filip Neriusz sprzedał wszystkie książki, które posiadał. Jedynie co sobie pozostawił to Pismo Święte oraz Summę teologiczną autorstwa św. Tomasza z Akwinu. Uzyskane w ten sposób pieniądze rozdał ubogim i potrzebującym. W 1544 roku, podczas uroczystości Zesłania Ducha Świętego, nawiedził katakumby św. Sebastiana, w których miał doświadczenie mistyczne. Odczuł wtedy, że jego serce napełniło się żarem nieogarnionej bożej miłości. Rezultatem tego głębokiego spotkania z Bogiem było założone przez niego w 1548 roku Bractwo Trójcy Świętej, którego zadaniem była opieka nad przebywającymi w Rzymie pielgrzymami.
Przez jakiś czas Filip chciał wstąpić do Towarzystwa Jezusowego, aby dzięki temu wyjechać na misję do dalekich Indii. W tamtych czasach byłaby to prawdziwa przygoda życia. Jednak plany Boga względem jego osoby okazały się zgoła inne. Bardzo szybko wrósł w problemy Rzymu wraz z całą jego wielkością i nędzą, która natychmiast rzuciła mu się w oczy. Dzięki temu, że był nauczycielem dzieci pewnego bogatego florentczyka, nie cierpiał na biedę. Co więcej, poprzez to, że nie musiał się martwić o pieniądze, po wypełnieniu swoich obowiązków wychowawcy, mógł swój wolny czas poświęcić sierotom, nędzarzom, starcom oraz chorym, czyli tym, którzy znajdowali się na marginesie społeczeństwa. Na szeroką skalę rozwijał działalność charytatywną oraz katechetyczną.
Pewnego dnia, żebrząc na utrzymanie dla ludzi będących w wielkiej potrzebie, został napadnięty i uderzony w twarz przez pewnego człowieka. Myślicie, że czuł się urażony? Nic bardziej mylnego. Z odwagą i uśmiechem miał mu powiedzieć: "Ten policzek, to dla mnie, a teraz proszę cię, byś przekazał coś dla moich ubogich!". Filip chętnie odwiedzał też chorych w szpitalach, a także tworzył dla nich nowe przytułki. Starał się również docierać do dużej liczby ludzi potrzebujących pomocy, szczególnie wśród pielgrzymów masowo odwiedzających rzymskie bazyliki i miejsca święte.
Filip Neriusz z gorliwością opiekował się opuszczoną młodzieżą. Organizował dla nich Oratoria, specjalne miejsca, gdzie mgli modlić się, słuchać katechezy oraz spędzać czas na godziwych rozrywkach. Po wspólnej zabawie podwórkowej modlono się, albo śpiewano pobożne pieśni. W Oratoriach odbywały się wykłady z różnych dziedzin nauki, ale też koncerty. Bardzo szybko do Filipa dołączyło bardzo wielu młodych ludzi, którzy wspomagali rozwój jego dzieła. Dzisiaj nazwalibyśmy ich wolontariuszami lub animatorami. Wśród nich był przyszły św. Kamil de Lellis, późniejszy założyciel zakonu kamilianów specjalizującego się w zakładaniu szpitali. Pośród osób odwiedzających Filipa w Oratorium byli przyszli święci, w tym Ignacy Loyola, Karol Boromeusz czy też Franciszek Salezy. Z czasem do Oratorium zaczęli przychodzić ludzie wykształceni, pragnący pogłębić swoje życie religijne. Rosła też liczba dobroczyńców wspierających materialnie wszystkie dzieła powstałe z inicjatywy Filipa Neri.
Neriusz swoje święcenia kapłańskie dosyć późno, bo w wieku 36 lat. Nie przeszkodziło mu to jednak w tym, by w bardzo krótkim czasie wokół niego zaczęło się tworzyć środowisko ludzi pragnących pogłębić swoje życie religijne. A Neri z chęcią i radością służył im jako spowiednik i doradca w Bożych rzeczach. Z natury będąc osobą o niezwykłej pogodzie ducha, potrafił pocieszać strapionych i smutnych oraz przywracać im nadzieję. Nic dziwnego, że Oratoria tętniły życiem. Osoby, które doświadczyły jego hojnego serca, później umiały pomagać innym. 
Szeroka działalność ks. Neriusza w służbie mieszkańców Rzymu zainteresowała samych papieży. Wzbudzała ona duże zdziwienie, ale powodowała też niemałe zdziwienie. Proponowane przez pełnego humoru duchownego formy duszpasterstwa powodowały zazdrość wśród pracowników Kurii Rzymskiej. Oskarżono go nawet w pewnym momencie o herezję, co skutkowało tym, że przez pewien czas nie mógł spowiadać ani publicznie odprawiać Mszy świętych. Bardzo szybko okazało się jednak, że wszystkie te oskarżenia były fałszywe. Od tej pory kolejni papieże wręcz wspierali jego działalność. Sam Filip Neriusz niejeden raz okazał się dla nich sprawdzonym doradcą. Spowiadał też kardynałów i inne wybitne osobistości z czasów reformy kościelnej.
Filip prowadził ewangelizację w bardzo nowatorski, jak na tamte czasy, sposób. Oprócz głoszenia kazań na rzymskich placach, uczył osobistej modlitwy, dbał o śpiew i piękno liturgii, prowadził teatr, przypominał o tworzeniu dzieł miłosierdzia. Był bardzo radosnym kapłanem nie poddającym się smutkowi nawet podczas bardzo trudnych sytuacji. Realizował tym samym wezwanie św. Pawła: "Radujcie się zawsze w Panu!". 
W 1564 roku mieszkańcy Florencji oddali mu rzymski kościół pw. Świętego Jana. To przy nim gromadzili się jego duchowi synowie. Naprzód nazywali ich oratorianami, a z czasem - filipinami. Rok później (1665 r.) oficjalnie założono zakon księży filipinów. Była to pierwsza formacja zakonna, w której zrezygnowano ze ślubów zakonnych.
Przyjaciel ubogich i potrzebujących zmarł w Rzymie 26 maja 1595 roku. Beatyfikowano go już 15 lat później, czyli dosyć szybko. Kanonizował go papież Paweł V w 1622 roku wraz z Ignacym Loyolą, Teresą z Avili, Franciszkiem Ksawerym oraz Izydorem Oraczem.
Podzielę się z Wami taką ciekawostką - w 1582 roku z inicjatywy Filipa Neri powstało Kolegium Polskie w Rzymie. Święty Filip Neri był czczony m.in. przez Stefana Batorego, Władysława IV i Jana Kazimierza, którzy każdego roku w uroczysty sposób obchodzili wspomnienie św. Filipa.
I jako takie podsumowanie załączam filmik zrealizowany przez Skarby Kościoła:

czwartek, 25 maja 2023

1595. Tęsknię za tym, tak po prostu

Zastanawia mnie, czy w innych parafiach podczas majówek też są czytane "czytanki". "Czytanki" są to krótkie opowiadania, myśli, aforyzmy nawiązujące do wspomnienia bądź święta z danego dnia. Niektóre są dosyć ciekawe i zmuszają do myślenia, a inne... domyślcie się sami.
Kiedyś księża sami je układali. Po czym to poznać? Chyba najlepiej po tym, że czasami zapominali, o czym chcieli na nich powiedzieć. Poza tym wyczuwało się w tym, co mówili, że są to ich autorskie myśli. Teraz kupują gotowe czytanki zawarte w gotowych wydaniach. A ja jakoś tęsknię za tym, co było wcześniej. Za tymi "słówkami na dobranoc" układanymi przez samych księży, za śpiewaniem scholi podczas nabożeństw majowych (och, chyba nigdy nie zapomnę tego, jak rano pisałam matury, a wieczorem przed nabożeństwem zdawałam relację z tego, co było i jak mi poszło), za wierszyki recytowane przez scholę po "słówkach". Gdzieś to zniknęło po drodze... Tęsknię za angażowaniem Oratorium w różne rzeczy...
Ostatnio szukałam czegoś na konwersacji starego składu. I coś odkryłam - kilka razy zgłaszałam się do czegoś i byłam kolokwialnie mówiąc, olewana. Jakby niezauważana. Tyle razy się do czegoś zgłaszałam i nic, jakby nikt tego nie widział, tudzież nie chciał zobaczyć. Jak zwykle. Zrobiło mi się przykro. Tak samo, jak robi mi się przykro wtedy, kiedy jestem pomijana w scholi. Bo zawsze byłam i jestem najmniej brana pod uwagę. W rodzinnej parafii, bo są księża, którzy nie widzą we mnie problemu*. Zauważyłam też, że na początku jeszcze trochę Boski Oski był mi życzliwy, dopiero z czasem zaczął mnie pomijać, zarówno w działalności Oratorium, jak i pozaoratoryjnej. Wszyscy inni byli zauważani. Podobnie ze scholą. Tyle razy jakby mnie nie zauważano. Tyle razy wszyscy byli w coś zaangażowani, ale nie ja. Tylko, że ja się z nich ostałam. A większość z nich porezygnowała. I z Oratorium, i ze scholi. Nie, nie myślę, że jestem wyjątkowa i wszystko mi się należy. Ale skoro jesteśmy wspólnotą, to bądźmy, na 100%, a nie na kilka.
Ogólnie miałam nadzieję, że zmienią nam już proboszcza. Nie, żebym była złośliwa, ale naprawdę w tym roku mija już sześcioletnia kadencja w naszej parafii, co jest maksymalnym czasem w naszej inspektorii. Owszem, zdarzają się przypadki, kiedy probostwo jest przedłużane (np. WAŻNE inwestycje w parafii, np. budowa kościoła), albo kiedy ksiądz zostaje umieszczony na parafii na stałe z powodu wieku, ale to są wyjątki. Jednak ostatnio podczas ogłoszeń duszpasterskich usłyszałam, że organizuje on we wrześniu wycieczkę do Mediugorie (ale na wycieczkę do Wadowic się nie zgodził). W związku z tym coś mi się wydaje, że jeszcze się z nim nie pożegnamy. A więc czeka nas, Oratorium, kolejny stracony rok. Staram się być optymistą i myśleć pozytywnie, ale po tym, co się działo przez ostatnie lata po prostu nie umiem.

* Miodem na serce była taka oto rozmowa z Księdzem, który będzie błogosławionym:
Ja: - Księże Doktorze, a mogłabym wziąć dzisiejsze Pierwsze Czytanie?
Ksiądz: - Pewnie, że tak 
Ja: - Ale mówi ksiądz serio? Na pewno mogę? Z moją wymową?
Ksiądz: - Ale to nie jest problem. (dodam tutaj, że oprócz mnie miał jeszcze 36 osób, które mogły to zrobić)

środa, 24 maja 2023

1594. Podcasty kryminalne mnie wciągnęły

Od wielu lat jestem wierną fanką podcastów kryminalnych. Kiedyś przez przypadek trafiłam na jeden z nich, autorstwa Justyny Mazur, opowiadający o słynnej sprawie Madzi z Sosnowca. Sprawa dosyć głośna i znana, wydawać by się mogło, że powiedziano już o niej wszystko. A jednak Justyna dotarła do takich informacji, o których nie miałam wcześniej pojęcia. I chociaż na początku słuchałam wszystkiego "jednym uchem", to z każdym zdaniem historia zaczęła mnie coraz bardziej wciągać. Pamiętam nawet, że kiedy pierwszy raz go słuchałam (bo do tego i kilku innych podcastów szczególnie lubię wracać), to jednocześnie pisałam pracę zaliczeniową z podstaw filozofii na temat jakiegoś artykułu księdza Józefa Tischnera. A potem, kiedy ją przedstawiałam, automatycznie przypominałam sobie i treść moich wypocin, i to, co w danym momencie leciało z mojego głośnika.
Skąd takie zainteresowanie? Jakoś tak zawsze z ciekawością połączoną ze współczuciem dla ofiar czytałam w gazetach (a brukowce kupowane przez mojego sąsiada-taksówkarza wiodły w tym prawdziwy prym) o wszelkich zbrodniach i niewyjaśnionych zaginięciach zupełnie obcych mi osób. Z reguły wyobrażałam sobie co muszą wtedy czuć ich najbliżsi, śledziłam etapy poszukiwań, analizowałam wszelkie działania policji i śledczych. Sprawy czasami wywoływały u mnie oburzenie, czasami zaskoczenie, ale zawsze najbardziej szkoda mi było tych, którzy byli w nich najbardziej poszkodowani, czyli ogólnie rzecz biorąc - ofiar tych wszystkich zdarzeń,
Nie inaczej jest teraz. Za każdym razem słuchając nowego podcasta zastanawiam się, czy danej tragedii można było uniknąć. Wśród wszystkich nagrań zrobionych dotychczas przez Justynę Mazur, a jest ich ponad 100, są bardzo dobrze znane sprawy (jak np. dotyczące zaginięcia Iwony Wieczorek, tragedii rodziny Perzyńskich, śmierci Madzi z Sosnowca, Szymonka z Będzina, Zdzisława Beskińskiego, Andrzeja Zauchy, Iwony Cygan, czy też Krzysztofa Olewnika), jak też te, które szybko ucichły w mediach. Niektóre z tych mniej znanych kojarzę z gazet, toteż tylko sobie je odświeżyłam. Ale były i takie, o których usłyszałam pierwszy raz. Szczególnie zainteresowała mnie sprawa, która miała miejsce w mojej miejscowości całkiem niedawno, a o której w ogóle nie wiedziałam. Ale tak to już jest, że najciemniej pod latarnią.
Justyna Mazur nagrywa dosyć dobre pod względem merytorycznym odcinki, co nie jest takie proste, szczególnie w przypadku starszych spraw. Chociaż przyznam szczerze, że był taki okres, że poszczególne odcinki były dosyć słabej jakości w porównaniu z poprzednimi. Co ciekawe, stało się to tuż po umieszczeniu przez Justynę swojej kandydatury na serwisie patronait, a więc powinno być według mnie wręcz odwrotnie. Byłam wtedy rozczarowana tym wszystkim i nawet rozważałam zaprzestanie słuchania jej. Jednak ostatnio jakość wszystkiego się poprawiła, co sprawia, że automatycznie lepiej i przyjemniej się wszystkiego słucha.
Z kanału Justyny Mazur trafiłam na jeszcze dwa kanały publikujące treści o podobnej tematyce. Staram się być ze wszystkimi trzema na bieżąco, co nie jest trudne, zważając na to, że treści pojawiają się na nich raz na jakiś czas. Podcastów najczęściej słucham sprzątając, rzadziej nic nie robiąc (hmmm... czy da się nic nie robić?). Niektóre trwają ponad godzinę, niektóre krócej. Ale zauważyłam, że jakoś tak lepiej i raźniej mi się przy tym pracuje.

wtorek, 23 maja 2023

1593. "Tlen" pozwalający mi na relację z Bogiem

Tlen, chociaż istnieje na Ziemi niemal od 3 miliardów lat, został odkryty stosunkowo późno, bo w drugiej połowie XVIII w (w 1774 roku) przez dwóch niezależnych badaczy - Anglika Josepha Priestleya oraz Szweda Karla Scheelego. Jak wiadomo, to dzięki niemu większość organizmów na Ziemi może oddychać, a co za tym idzie - możliwe jest też na niej życie. Nie trudno też się domyślić, co by się stało, gdyby go zabrakło. Jest jak woda, słońce, pożywienie, a więc jego brak jednocześnie oznaczałby brak jakiegokolwiek życia na naszej planecie. Nie byłoby mnie, Was, śpiewu ptaków, pachnących kwiatów... Myślę, że listę tą można tworzyć w nieskończoność.
Do dzisiejszej notatki nakłonił mnie projekt realizowany na facebookowej stronie mojego Wydziału Teologicznego, w którym nasi wykładowcy będący jednocześnie księżmi (ale uwaga, nie wszyscy wykładowcy są duchownymi, mamy też świeckich, a nawet żonatych/mężatych i dzieciatych wykładowców), a także klerycy z Katowickiego Wyższego Seminarium Duchowego dzielą się tym, co dla nich jest takim "tlenem" w ich życiu duchowym. Ciekawy temat, bo ile ludzi, tyle różnych wypowiedzi. Jedne są oczywiste i raczej przewidywalne, ale niektóre to prawdziwe perełki, nad którymi pojawia się potrzeba głębszego zastanowienia się i przemyślenia. A ponieważ znam osobiście większość wypowiadających się osób, to jakoś tak automatycznie czytając ich przemyślenia zaczęłam zastanawiać się, jak owe słowa mogły brzmieć w ich ustach (podejrzewam, że oni po prostu to napisali, ale takie ćwiczenie jest bardzo dobre dla pobudzenia wyobraźni), jaki zastosowaliby ton, czy mówiliby to z uśmiechem na twarzy, czy też z pełną powagą. 
Czytając poszczególne wypowiedzi, które w sumie są krótkie, acz treściwe, sama zaczęłam zastanawiać się, co w moim życiu jest takim "tlenem" w mojej relacji z Bogiem. Na pewno jest to codzienna modlitwa, nawet ta najkrótsza i na pierwszy rzut oka - niepozorna. Nie ważne, czy to w kościele, zaciszu mojego mieszkania, na spacerze, czy też w autobusie, w drodze do, albo z, Katowic. Modlitwa, w której nie tylko proszę o coś, ale też dziękuję. Dziękuję za każdy dzień, za to, że w pracy nic złego się nie wydarzyło (a uwierzcie mi, dzieci, a szczególnie nastolatki, bywają bardzo "pomysłowe"), za to, że na studiach dowiedziałam się tyle ciekawych rzeczy, za każdą relację międzyludzką. Myślę, że można tutaj też zaliczyć życie sakramentalne. Wiele razy czytałam u niewierzących dosyć wyśmiewające wpisy, w których twierdzili, że nie rozumieją jak katolicy mogą tak podniecać się z jedzenia "białego wafelka". Dla jednych jest to owy "biały wafelek", dla katolików jest to Komunia z samym Bogiem. Komunia, czyli moment zjednoczenia. Tak samo często staram się przystępować do sakramentu pokuty i pojednania. To też "tlen", który mnie umacnia.
Myślę, że tym "tlenem" jest też każda relacja z drugim człowiekiem, nawet tym najbardziej mi nieprzychylnym. A może właśnie z nim. Bo takie spotkania najbardziej uczą pokory i uniżenia się przed innymi. Co nie oznacza, że powinno się rezygnować ze swoich zdań i przekonań. Jednak czasami trzeba ustąpić. Staram się szanować moich rozmówców wierząc, że w każdym z nich, nawet wyznającym inne poglądy, wartości, czy też deklarującym się jako ateista, jednak jest ten Boży pierwiastek. Owszem, czasami jestem na kogoś zła, w końcu sam Pan Jezus wyraził swoją złość wobec kupców w Świątyni Jerozolimskiej podczas Niedzieli Palmowej, a więc to uczucie samo w sobie nie jest złe. Ważne jest jednak to, co z tą złością potem robimy, gdzie dajemy jej upust, czy krzywdzimy przy okazji innych? Niewłaściwie "przeżyta" złość niszczy nie tylko innych, ale i nas samych. A przez to stajemy się coraz bardziej napięci, drażliwi, wredni wobec otaczającego nas świata. Ciężko się z nami rozmawia. Można powiedzieć, że więcej w nas śmierciodajnego czadu niż życiodajnego tlenu. Naprawdę cieszę się, że sama nie potrafię żywić do innych urazy na dłuższą metę. Po pewnym czasie moja złość wobec innych albo całkowicie mi przechodzi (najczęściej), albo przybiera neutralny wymiar. Tak było np. z Liderką Sz.P. Byłam na nią zła, ale aktualnie to nic do niej nie czuję. Ani sympatii, ani, co wydaje mi się ważniejsze, złości czy też nienawiści. Tak było też z Panią Dyrygent z parafialnej scholi - kilka razy po zrobieniu mi nadziei na pewne rzeczy, a potem jej odebraniu, czy też powiedzeniu kilku gorzkich słów po prostu płakałam w domu z bezsilności. Teraz, teraz nawet mogę powiedzieć, że nawet ją lubię.
Jest jeszcze jeden "tlen", który jest znaczący w mojej relacji z Bogiem. To czytanie i analizowanie Słowa Bożego. Czasami nie mam na to czasu podczas dnia, to się zgodzę. Jednak kiedy nic nie stoi na przeszkodzie, to biorę do rąk Pismo Święte. Albo włączam internetową wersję "Radia eM" i odsłuchuję audycję "Na początku było Słowo", w którym bibliści tłumaczą fragment czytania z lekcjonarza z danego dnia. Audycję tą odkryłam właściwie przez przypadek przed rokiem i zakochałam się w niej od pierwszego odsłuchania. Samo radio znam, bo słuchało się go w moim domu rodzinnym, jednak wtedy nie było jej w ramówce. Potem przyszło samodzielne życie, studia w Krakowie (audycja jest nadawana od września 2014 r., a więc nałożyła się na studia z turystyki religijnej), czasu coraz mniej, a więc i na radio go nie starczyło. Trochę szkoda, że wtedy o niej nie wiedziałam, bo myślę że wiele zawartych w niej informacji byłoby przydatnych w tamtym okresie nauki. Przez ostatni rok udało mi się jednak przesłuchać wszystkie dotychczasowe audycje, co otworzyło mi oczy na wiele niezrozumiałych dla mnie dotychczas spraw zawartych w Słowie Bożym. Wiem też, że zawsze mogę napisać meila do Księdza, który będzie błogosławionym (który jest biblistą) z pytaniami dotyczącymi niezrozumiałych kwestii, a on prędzej czy później wszystko mi wytłumaczy, albo podeśle odpowiednią literaturę (także w języku angielskim). Dzięki temu nie boję się już sięgać po Pismo Święte tak jak jeszcze kilka lat temu.
Podsumowując to wszystko, mogę śmiało powiedzieć, że w moim życiu dostrzegam takie trzy komponenty "tlenu", łączącego mnie z Bogiem i umacniającego moją więź z nim. Są to: modlitwa i życie sakramentalne, relacje z innymi ludźmi i mój stosunek do nich, a także lektura Pisma Świętego wraz z analizą jego treści.

poniedziałek, 22 maja 2023

1592. Nessum problema

Kiedy Ksiądz niosący Światło zaproponował mi pomoc przy organizacji wyjazdu młodych z naszego dekanatu na tegoroczną Lednicę, na usta ciągnęła mi się jedyna możliwa odpowiedź:
 - Nessum problema (oznacza to po włosku: żaden problem) - odpowiedziałam bez wahania, chociaż wiedziałam, że z powodu jego problemów zdrowotnych mogę chwilami zostać z tym całkowicie sama. A swoją drogą myślałby kto, że taki ze mnie poliglota. Z drugiej jednak strony, na któryś konsultacjach na wydziale Ksiądz, który będzie błogosławiony nauczył mnie przypadkowo kilku włoskich zwrotów (chociaż same konsultacje dotyczyły zupełnie czegoś innego). Wśród nich było też owe nessum problema, które ku uciesze innych stało się moim ulubionym zwrotem. 
Przez ostatnie dwa tygodnie byłam więc w różnych parafiach należących do tego samego dekanatu, aby zebrać zgłoszenia od chętnych. Wczoraj natomiast podrzuciłam księdzu do szpitala, w którym aktualnie przebywa, listę z dotychczasowymi zapisami. Szału nie ma, ale tragedii też nie. Lista nie jest zamknięta i jeszcze można się zapisywać, ale po kościach czuję, że kompletu do autokaru nie będzie. A to niestety regeneruje wyższe koszty wyjazdu jednostkowe. Dodatkowym problemem jest szalejąca inflacja i wszechobecna drożyzna, czyli coś, czego nie przeskoczy się, choćby się nie wiem jak chciało. Jednak po trzech latach przerwy spowodowanych pandemią koronawirusa oraz jakimś dekanatowym zastojem postanowiliśmy z księdzem, że w tym roku jedziemy, choćby miał się na te dwa dni wypisać z oddziału na własne życzenie. Na to jednak nie pozwolę, głównie ze względu na własne sumienie. Myślę, że w razie czego będę potrafiła sama wszystko ogarnąć, łącznie z ubezpieczeniem wszystkich.
Trochę porozmawiałam z księdzem nie tylko o jego zdrowiu, ale też o moich planach na najbliższy czas. Chociaż starałam się, aby to ostatnie nie zdominowało całej naszej rozmowy. Bardzo wypytywał o nasz studencki projekt badawczy, o pracę licencjacką, o to, jak mi się podoba w pracy. Jak wiecie, raczej jestem osobą, pozytywnie nastawioną do życia, toteż moje wypowiedzi raczej miały taki charakter. Owszem, czasem jest ciężko, ale też nikt nie obiecywał nieba bez chmur, prawda?

niedziela, 21 maja 2023

1591. A czy nie da się tak skromniej?

Maj zazwyczaj kojarzony jest z sezonem komunijnym. Dużo emocji w internecie w ostatnich latach wzbudzało to, co i za ile dzieci dostaną z tej okazji jako prezent oraz gdzie, i też za ile, odbędzie się uroczyste przyjęcie dla rodziny. Co złośliwsi zastanawiali się, ile przy okazji wydano na wszelkie alkohole, tak jakby na siłę stawiano znak równości między słowami Polak, impreza i alkoholik. Trochę to dla mnie niesprawiedliwe, bo znam rodziny, które całkowicie zrezygnowały z tego typu umilacza spotkania. No, ale kto komu broni tworzenia własnej mitologii. Jak to mówią: jeżeli ktoś chce kogoś zmieszać z błotem to zawsze znajdzie do tego powód. 
W ostatnim czasie zauważyłam zmianę kierunku dyskusji, która z ceny za wystawienie przyjęcia komunijnego oraz za prezenty zeszła na to, co obecnie daje się jako tzw. "dar dzieci komunijnych", czyli podziękowanie księżom i katechetom za przygotowanie całej uroczystości od strony duchowej. Nie wiem, jaki dar w dniu naszej Pierwszej Komunii Świętej zaniosła druga szkoła należąca pod parafię (która miała swoją Mszę godzinę wcześniej), ale jak sięgam pamięcią, to takim darem podczas mojej Pierwszej Komunii Świętej był ornat, który potem jeszcze przez wiele wiele lat był używany. Koszt był naprawdę niewielki, zważając na tym, że na Mszy były trzy klasy, z których średnio 30 osób z każdej przyjęło tego dnia po raz pierwszy Ciało Chrystusa do swoich serc. Ogólnie nasza komunia była podzielona na dwie tury też z tego powodu, że wszystko odbywało się jeszcze w niewielkiej kaplicy. Jak dzisiaj patrzę na jej fundamenty, to naprawdę zastanawiam się, jak i gdzie myśmy się wtedy pomieścili w tej klaustrofobicznej przestrzeni. Nawet w przypadku podzielenia nas na dwie części. Poza tym wszyscy trzej księża, katechetka oraz ówczesna schola dostali na koniec uroczystości kwiaty i coś słodkiego. Przeżyli? Przeżyli.
Pięć lat później do Pierwszej Komunii Świętej przystępowała moja siostra. To był jeden z pierwszych roczników, które przeżywały uroczystość już w murach nowej świątyni. A ponieważ trwały jeszcze prace wykończeniowe, to rodzice zdecydowali, że jako dar dla kościoła ufundują jeden z witraży. Chociaż to był sporo droższy prezent, to też w rezultacie nie wyszło tak drogo w przeliczeniu na jedną osobę, zwłaszcza, że grupka dzieci z dwóch szkół liczyła ponad 100 osób (to była jedna większa Msza). Proboszcz protestował, że to zdecydowanie za drogi prezent, że wystarczy coś znacznie skromniejszego, ale rodzice też chcieli mieć jakiś wkład w powstanie świątyni. Dzieci niosły więc podczas procesji z darami projekt witraża, który został wstawiony po pewnym czasie. Poza tym znowu na koniec były kwiaty i łakocie dla księży i katechetów (bo schola już nie działała).
Potem przez parę lat obserwowałam wszystko z boku, śpiewając wraz z nowopowstałą scholą na parafialnych Mszach pierwszokomunijnych. Najbardziej zapadła mi w pamięć ta z maja 2009 roku. Nie tylko dlatego, że był to dla mnie ważny miesiąc ze względu na maturę, ale też dlatego, że chyba to był jedyny raz, kiedy nawet scholi dostały się słodkości za oprawę uroczystości. Ostatni raz śpiewaliśmy za księdza Jana, od którego dostaliśmy podziękowania. Nie śpiewałam za każdym razem, bo czasami nakładały mi się na ten dzień zawody sportowe, jednak zawsze jak byłam, to zwracałam uwagę na upominki. A były one skromne - kwiaty, słodycze, wazony, szaty i naczynia liturgiczne, i to wcale nie z najwyższej półki, materiały do zbudowania ołtarza na Boże Ciało, sprzęt sportowy do Oratorium, raz się dorzucono do konfesjonału (DORZUCONO, a nie całkowicie go sfinansowano!!!). Czyli jak sami widzicie, raczej bez szału i bez jakiegoś nadwyrężania budżetu domowego. Zwłaszcza, że liczba dzieci pierwszokomunijnych była jeszcze dosyć spora.
Dlatego ze zdziwieniem przyjęłam to, że aktualny proboszcz, a to zażyczył sobie od dzieci pierwszokomunijnych pulpit na ołtarz, a to pieniądze na nowe nagłośnienie. Nie, żeby się dorzuciły, ale całkowicie to sfinansowały. Hm... Nie wiem co w tym roku wymyślił, ale zważając na to, że dzieciaków do Komunii poszło około 30-35, to może nieźle nadwyrężyć ich rodzinny budżet. Wiecie, ja myślę, że taki dar powinien być symboliczny, a nie żeby całkowicie finansowali wyposażenie kościoła. Tym bardziej, że skończyły się już czasy, kiedy do sakramentu przystępowała dość spora gromadka dzieci i wszystko się tak jakoś rozkłada na nie w miarę sensownie.
A może proboszcz (wreszcie) pozytywnie mnie zaskoczy i zażyczy sobie czegoś na każdą kieszeń. Rozumiem, inflacja, wszystko drożeje. Ale wszystko drożeje też dla normalnych rodzin. No i tak apelowana przez niego skromność w uroczystości powinna dotyczyć każdego jej aspektu, także daru dzieci pierwszokomunijnych.

sobota, 20 maja 2023

1590. W soboty zazwyczaj sprzątam

Sobota jest dla mnie tym dniem, kiedy robię wszelkie porządki. Oczywiście to nie jest tak, że cały tydzień żyję w brudzie i nieładzie, ale nie zawsze mam czas, aby coś przeprać, czy też porządnie powycierać podłogi. Na to przychodzi pora wtedy, kiedy mam więcej wolnego. Przynajmniej w teorii, bo jak wiecie - czasami mam wtedy zajęcia z dzieciakami w Oratorium, albo gdzieś wyjeżdżam (np. na zawody sportowe). Wtedy porządki schodzą na dalszy plan. Wiadomo, jak jest Oratorium, to przeprowadzam je popołudniu, kiedy są zawody - muszą zostać przeniesione na inny dzień.
W tym tygodniu jednak nie ma ani zajęć w Oratorium (bo spowiedź dzieci pierwszokomunijnych), ani wyjazdu na zawody w Gorzowie Wielkopolskim (z powodów o których wiele razy pisałam). Był więc czas i na poukładanie upranych ubrań w szafie, i na pozmywanie kuchni, i na spisanie dwóch zaległych wykładów nagranych na dyktafon, i na powtórzenie sobie podstawowych słówek z języka włoskiego, i nawet na krótki spacer po przylegającym do osiedla parku. Ale to ostatnie to dopiero po wieczornej Mszy świętej połączonej z nabożeństwem majowym.
Zresztą ostatnio polubiłam takie wieczorne spacery po okolicy, kiedy można fizycznie i psychicznie odpocząć od wszelkich otaczających mnie bodźców. A tych nie brakuje i w pracy i na studiach. Każdy dzień przynosi coś nowego, w każdym doświadczam czegoś niezwykłego, zaczynając od ogromnych pokładów zdobywanej wiedzy, a kończąc na kontaktach międzyludzkich. Ani w jednym, ani w drugim nie szukam taryfy ulgowej. Co nie oznacza, że nie zdaję sobie sprawy z ograniczeń, jakie niesie moje ciało. Muszę przyjmować je takie, jakie jest, bez marudzenia.

piątek, 19 maja 2023

1589. Dobrze jest dobrze zakończyć tydzień

Taka mnie naszła myśl, kiedy zmierzałam do oddziału NFZ po kartę EKUZ. Bo chociaż ten tydzień nie był łatwy, bo i pierwszy egzamin na Naukach o Rodzinie musiałam zdać, i przedstawić koncepcję wychowania według Klemensa Aleksandryjskiego, i przygotować dziewczynom wystąpienie na Teorię wychowania, i dokończyć napisać oraz wysłać promotorce kolejny rozdział pracy dyplomowej. A do tego trzeba na bieżąco opracować materiał. Nic się samo nie zrobi.
Na szczęście wszystko poszło jak po maśle. Egzamin z opieki paliatywnej - więcej było strachu niż było to warte. Dwa pytania, średnia arytmetyczna z trzech ocen, i po wszystkim. Pytania z serii łatwych. Trochę na wiedzę, trochę na myślenie. Co prawda z powodu drugiego kierunku studiów opuściłam sporo wykładów, ale bardzo dużo wiedzy wyniosłam z Uniwersytetu Papieskiego i na niej się opierałam. Zasada zakuć, zdać, zapomnieć jest nie dla mnie. W każdym razie ocena bardzo dobra wylądowała przy moim nazwisku, co nie ukrywam, że mnie cieszy.
Z Klemensem Aleksandryjskim też dałam radę. Ponieważ było sporo tekstu do czytania poprosiłam, za zgodą prowadzącego zajęcia, jednego z kleryków, aby przeczytał tekst na slajdach. On czytał - ja komentowałam. Jakoś to poszło. Jeszcze nie wiem jak zostało to ocenione, ale liczę na notę pomiędzy 4 a 5 (w zależności od tego, jak profesor oceni aktualizacje tamtych zaleceń na współczesne czasy). Tym bardziej, że wykładowca sprawiał wrażenie zadowolonego z treści. A jest to ten sam, z którym półtora roku temu miałam przeboje przy innym zaliczeniu.
Teoria wychowania w formie warsztatów opierających się na założeniach wolnościowych szkół założonych przez Steinera i Neilla też chyba podobała się ogółowi grupy. Najpierw dziewczyny przedstawiły ich teoretyczne założenia, a następnie każdy członek naszej grupy na pedagogice miał możliwość sprawdzić się w dramie, malowaniu fresków (była to kartka przylepiona do spodu ławki), eurytmii (to z szkoły waldorfskiej), szydełkowaniu, lepieniu z gliny oraz rysowaniu (to już ze szkoły Summerrhill). Studenci bawili się niczym dzieci. Owszem, były drobne niedociągnięcia, m.in. jedna dziewczyna za szybko mówiła swoją kwestię (na co pani profesor zwróciła uwagę), ale ogólna ocena 4,5 też cieszy. A jako walor naszej pracy została wyróżniona notatka, więc radość jest jeszcze większa.
Na deser zostało seminarium dyplomowe. Tutaj trochę się obawiałam, bo i rozdział wysłałam dzień po terminie, i sama jego tematyka (czyli metodologia pracy badawczej) nie była zbyt porywająca, co jednocześnie sprawiało, że pisanie zaledwie 10 stron dłużyło mi się w nieskończoność. Jednak promotorka nie miała do mnie żadnych uwag, a nawet stwierdziła, że wyjątkowo dobrze się to wszystko czyta, i nawet najnudniejszy w teorii rozdział metodologiczny u mnie ją zaciekawił. Miło to słyszeć. Teraz już tylko zostało mi opracowanie badań własnych, wstęp i zakończenie, dopieszczenie pod względem formalnym i będzie można ją złożyć do obrony. Ale i tak jestem już z tym bliżej niż dalej. Mam tylko nadzieję, że zaliczę sesję w pierwszym terminie i będę mogła podejść do obrony w lipcu. W ogóle to już dostałam propozycję studiowania na drugim stopniu. Ja jednak chcę na razie skupić się na zaliczeniu obydwóch sesji, obronie, a potem myśleć co dalej.
Kurcze, chciałam dodać dzisiejsze zdjęcia z nowego aparatu, ale komputer ich "nie widzi". "Widzi" aparat, "widzi" stare zdjęcia na karcie, ale tych nowych już nie. A wiem, że są, bo na aparacie się zapisały. Trzeba to rozgryźć przed wyjazdem...

czwartek, 18 maja 2023

1588. Nie należy ufać górom do końca, nigdy!

Lubię chodzić po górach, chociaż nieczęsto mam ku temu okazję. Najbardziej brakuje mi towarzysza, z którym mogłabym zdobywać kolejne szczyty. Wszystko dlatego, że boję się zaproponować Bacy wspólne w nie wyjście. Z jednej strony wiem, że na 75% by mi nie odmówił, ale z drugiej strony wiem, że ma dziewczynę. A ja już raz zostałam pobita przez zazdrosną dziewczynę jednego z moich szkolnych kolegów i dziękuję. Powód był błahy - pomagałam mu w zadaniach z matematyki albo fizyki (pomagałam mu w tych, i w tych, ale nie pamiętam, po czym miało miejsce to zdarzenie), a tamta dziewczyna myślała, że to coś w rodzaju randki. Skutek był taki, że przez następny tydzień nie pokazywałam się w szkole, żeby nikt nie drążył tematu moich siniaków. Studencki Klub Górski na ten semestr zakończył swoją działalność, kolejne podboje gór planuje dopiero w następnym roku akademickim. Na razie więc zdobywam góry palcem po mapie i myszką w internecie. Lubię je, chociaż wiem, że niosą z sobą pewne niebezpieczeństwo.
Dlatego z jakimś takim drżeniem serca przyjęłam wiadomość, że gdzieś tam w dalekich górach zginął specjalizujący się we wspinaczce sportowej, a prywatnie mąż utytułowanej polskiej biegaczki narciarskiej Justyny Kowalczyk 38-letni Kacper Tekieli.
Tą smutną informację jako pierwszy podał portal dts24.pl, a potwierdził ją dyrektor Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki, Jerzy Natkański. Dodał też, że dzisiaj udało się odnaleźć jego ciało.
Kacper Tekieli urodził się 23 listopada 1984 roku. Był specjalistą we wspinaczce sportowej - ten tytuł nadał mu Polski Związek Alpinizmu. W Tatrach przeszedł w przybliżeniu 300 dróg wspinaczkowych, wśród nich najważniejsze ściany górskie. Z czasem uczestniczył w wyprawach na Makalu i Broad Peak Middle, pokonał też liczne drogi w Alpach (m.in. "Trylogię Alpejską" północnych ścian: Eigeru, Matterhornu, Grandes Jorasses), Kolorado, a także na Alasce i Nevadzie.
Silnie angażował się w himalaizm. W 2016 roku wziął udział w wyprawie na Shivling, gdzie razem z Pawłem Kaczmarczykiem dotarł do śmiertelnie rannego Łukasza Chrzanowskiego, chcąc mu pomóc.
W 2019 roku dokonał podwójnego trawersu Matterhornu (przejścia wszystkich czterech grani z dwukrotnym zdobyciem wierzchołka w ramach jednej akcji górskiej). Był też nominowany do najbardziej prestiżowej nagrody Piolet d'Or za wejście nową drogą na położony w Norwegii Snovasskierdingan.
W sierpniu 2020 roku Tekieli zdobył wszystkie szczyty Wielkiej Korony Tatr, poprawiając poprzedni rekord o ponad 11 godzin. Natomiast w marcu 2021 razem z Maciejem Ciesielskim i Piotrem Sułowskim jako pierwsi ludzie w historii przeszli Expandera w zimowych warunkach.
We wrześniu 2020 roku Kacper Tekieli poślubił Justynę Kowalczyk, a rok później na świat przyszedł ich syn, Hugo.
Uwagę przykuwa jego ostatni wywiad, w którym opowiadał o swojej pasji do gór -> https://sport.interia.pl/gory/news-kacper-tekieli-jeden-z-ostatnich-wywiadow-mowiac-wprost-to-b,nId,6785535

Kacper Tekieli: 23 listopad 1984 - 18 maj 2023 (źródło zdjęcia)
W związku z tą tragedią automatycznie przypomniała mi się historia dwóch alpinistów związanych z moim miastem, którzy zginęli w podobnych okolicznościach. O Tomaszu Kowalskim, który zginął w 2013 roku było w mediach dosyć głośno. Śmierć Przemka Krawczyka w 2015 roku odbiła się w mediach bez większego echa. Ale to ona dotknęła mnie w większym stopniu. Wszak Przemka znałam osobiście, a jego ojciec pochodzi dosłownie z tej samej parafii co moja mama. Do dzisiaj często podwozi nas on w tamte strony.

Góry są piękne i kuszące, nie można jednak zapominać, że są też niezwykle niebezpieczne i zdradzieckie!

środa, 17 maja 2023

1587. Pomysł na wycieczkę

Wczoraj działałam z referatem na temat szkół wychowujących do wolności, dzisiaj walczę z prezentacją multimedialną na temat św. Klemensa Aleksandryjskiego i wskazań na temat życia w napisanej przez jego książce pt. "Wychowawca", wraz z uaktualnieniem ich do czasów współczesnych. Co prawda nasilająca się alergia ogranicza moje działanie, staram się jednak nie poddawać. Ta prezentacja multimedialna to jedyny warunek zaliczenia tego monografu, a kilka następnych zajęć mi przepada. Za tydzień mnie nie ma, za trzy tygodnie jest Boże Ciało. Więc najlepiej zaliczyć to jak najszybciej, aby mieć to z głowy. Tym bardziej, że to taki typowy przedmiot "zapchaj dziura". Niewiele z niego wyniosę, a i nie sądzę, aby wiedza na temat starożytnych świąt jakoś mi się przydała w przyszłości. A może jednak...
W pracy dostałam za zadanie ułożyć dla dzieciaków jednodniową wycieczkę, najlepiej gdzieś niedaleko. Nie wiem czy wiecie, ale podobnie jak wizytówką Wrocławia są słynne figurki krasnali, tak Katowice powoli są opanowywane przez... beboki. Zastanawiacie się co może mieć tak śmieszną, a zarazem dziwną nazwę? Otóż bebok to najprawdopodobniej demon ze słowiańskich wierzeń. W gwarze wielkopolskiej i małopolskiej to "bobok", na Kujawach - "babok", a na Śląsku to "bebok". Wedle wierzeń to mała brzydka istotka, którą straszono niesforne dzieci. Coś w tym było, bo nawet moja prababcia Antosia mówiła, że jak będziemy niegrzeczni, to z pieca wyjdzie bobok i nas porwie.
Władze Katowic postanowili zamazać złe wyobrażenie związane z tą postacią i uczynili go wizytówką swojego miasta. Najpierw pojawiły się w jednej z dzielnic, Nikiszowcu, a następnie opanowywały kolejne ulice w Katowicach. Aktualnie jest ich już 15, i jak zapowiadają włodarze miasta, to jeszcze nie koniec. Przykładowego beboka (a raczej beboki, bo to jest parka) pokazywałam Wam w >>tym<< wpisie. Niech Was nie zwiodą jednak ich sympatyczne mordki, niektóre figurki, np. ta na schodach prowadzących do słynnego katowickiego Spodka, jest nieco przerażająca i bardziej odpowiada ludowym wyobrażeniom tego stworka.
Wymyśliłam więc wycieczkę po Katowicach śladami beboków z jednoczesnym bliższym poznaniem obiektów, przy których się znajdują. Podejrzewam, że nie wszystkie dzieci znają całe Katowice, a tym bardziej niektóre jego obiekty. Ja też jestem ich ciekawa, jeżeli mam być szczera. Wszystko zrobiłabym w konwencji gry terenowej z zadaniami, aby nie było nudno i żeby jakoś ich zaangażować. Wiem, że w Informacji Turystycznej można pobrać karty, na których przybijane są pieczątki z większości miejsc związanych z bebokami. Można by umówić się z właścicielami lokali, że za wykonane zadanie dzieciaki dostają pieczątkę. A potem za komplet dać im jakiś drobniutki upominek. Taka niecodzienna wycieczka by była. Nawet nie wiecie jakie współczesne dzieci są wymagające pod tym względem. Standardowe zwiedzanie raczej by je zanudziło. 
Jedynie co mnie martwi to odległości między nimi. Na szczęście dzieciaki mają darmowe przejazdy, trzeba jednak będzie jakoś zharmonizować całość z godzinami odjazdu autobusów. Ale to nie problem. A jak się sprawdzi pomysł, to można będzie go wykorzystać dla dzieciaków z Oratorium.

wtorek, 16 maja 2023

1586. Wychowanie do wolności

Zastanawiam się, gdzie się podziało ciepło i słoneczko. Bo jak na razie za oknem widzę deszcz, któremu towarzyszy zimny wiatr. Gdyby jeszcze padało od rana, to może zamiast bluzy wzięłabym kurtkę. Ale rano było całkiem przyjemnie, ba, powiedziałabym nawet, że zachęcająco do spacerów. Kto by pomyślał, że do wieczora pogoda tak się zmieni na gorsze. Tymczasem, kiedy w pewnym momencie w pracy spojrzałam za okno, to zobaczyłam ścianę deszczu. I tym sposobem w tymże deszczu wracałam do domu. No, może trochę przesadziłam, bo właściwie to wracałam autobusem. Ale i w Kato musiałam pokonać odcinek dzielący miejsce pracy od przystanku i w DG też. A po drodze jeszcze odebrać z paczkomatu aparat fotograficzny (a więc doszedł na czas). Trochę przy tym zmoknęłam, ale mam nadzieję, że nie skończy się to przeziębieniem. Teraz nie chciałabym dostąpić tego wątpliwego "zaszczytu".
Właśnie jestem na etapie przygotowywania wystąpienia na czwartkowe zajęcia z Teorii wychowania (pedagogika). Wróć, przygotowaniem prezentacji oraz tekstu, który finalnie mają przedstawić moje koleżanki z grupy. Oto taki mój wkład w całość. Temat dosyć ciekawy: "Wychowanie do wolności w pedagogice zaproponowanej przez Rudolfa Steinera oraz Alexandra Neilla". Innymi słowy, przedstawienie założeń szkół, które oni zapoczątkowali: szkoły waldorfskiej oraz Szkoły Summerhill. 
Wcześniej słyszałam tylko o pierwszej z nich. Akurat na jej temat miałam część ustną egzaminu z języka niemieckiego na UPJPII. Za to zagadnienia Szkoły Summerhill są dla mnie zupełną nowością.

Rudolf Steiner żył na przełomie XIX i XX wieku w ówczesnych Austro - węgrach. Czhociaż uczęszczał do wiejskiej szkoły maturę zdał na bardzo dobrym poziomie. Dzięki temu mógł podjąć studia z biologii, chemii, a następnie z filozofii. Te ostatnie umożliwiły mu stworzyć i rozwinąć taką jej dziedzinę jak atropozofię. Jest to szkoła duchowa, mająca na celu bezpośrednie poznanie duchowego, wsparte na indywidualnym doświadczeniu, praktyce duchowej oraz na związanej z tą praktyką całkowitej przemiany człowieka. Na podstawie tego nurtu, Steiner w 1919 roku otworzył pierwszą szkołę waldorfską. Działała ona przy fabryce tytoniu Waldorf - Astoria (stąd jej nazwa) i była przeznaczona dla dzieci pracowników tejże fabryki. Głównym jej założeniem jest wspieranie dziecka w jego całkowitym rozwoju. Dotyczy ona trzech sfer:
  • myślenia
  • uczuć
  • woli
Cechami charakterystycznymi tych szkół są brak ocen i podręczników, holistyczne podejście do każdego ucznia, nauka umiejętności praktycznych, edukacja przez doświadczenia i przeżycia oraz koncentrację na otaczającej ucznia naturze. Szczególna uwaga przykładana jest do zajęć artystycznych. W związku z tym Szkoła waldorfska wprowadziła jako samodzielny przedmiot eurytmię (piękno rytmu). Ma ona na celu uwidocznić mowę i dźwięk poprzez piękny ruch i kolor. Eurytmia łączy się z holistyczną filozofią Steinera.
Sama pedagogika dziecięca została podzielona przez niego na trzy okresy:
1) pierwszy obejmuje okres od narodzin do 7 roku życia (przedszkole waldorfskie)
2) drugie obejmuje okres od 7 do 14 roku życia (waldorfska szkoła podstawowa)
3) trzeci obejmuje okres od 14 do 21 roku życia (w większości obejmuje naukę w waldorfskim liceum)

Kształcenie w szkole waldorfskiej odbywa się na partnerskich relacjach pomiędzy uczniem, a nauczycielem. Przedmioty nauczane są w cyklach trzy, - czterogodzinnych przez pięć dni w tygodniu. W godzinach 8:00 - 10:00 odbywają się lekcje wymagające myślenia, koncentracji uwagi, wiedzy oraz zrozumienia. W nauczaniu początkowym będzie to rysowanie form, opowiadanie z natury i pór roku, otoczenia i ojczyzny dziecka, pisanie, czytanie i liczenie, natomiast w klasach starszych język ojczysty, Wiedza o rzeczach, wiedza o zwierzętach, wiedza o człowieku, matematyka, fizyka, chemia. W godzinach 10:00 - 11:00 realizowane są ćwiczenia techniczne wymagające powtórzeń, takie jak język obcy, eurytmia, gimnastyka. W godzinach 11:00 - 12:00 mają miejsce zajęcia rzemieślniczo - artystyczne.

W podobnym okresie co Steiner, żył angielski nauczyciel - Alexander Sutherland Neill. W wieku 25 lat ukończył on anglistykę na Uniwersytecie w Edynburgu. Po zwolnieniu ze służby oficerskiej znalazł pracę w londyńskim King Alfred School w wyuczonym zawodzie nauczyciela. W szkole tej poznał pewnego psychologa, twórcę alternatywnej szkoły przeznaczonej dla niedostosowanej młodzieży, The Little Commonwealth. Zainspirowało to Neilla do założenia w 1921 roku demokratycznej szkoły o nazwie Summerhill. Do dzisiaj mieści się ona w szkockiej miejscowości o nazwie Leiston. Reprezentowała ona dość nowatorskie podejście w pedagogice, pozwalające dzieciom na sporą swobodę w nauce, brak obowiązku szkolnego oraz wspieranie rozwoju dziecka w zgodzie z jego indywidualnymi predyspozycjami i ciekawością świata. Według Neilla celem wychowania jest wolność, którą rozumiał jako robienie tego, co dziecku sprawia przyjemność z zachowaniem granic innych ludzi. Było to dość innowacyjne podejście, jak na owe czasy, ponieważ wtedy w większości domów dzieci były bite, a podstawowym narzędziem wychowawczym była surowa dyscyplina.
Wychowanie w Summerhill ma charakter emancypacyjny (polega na wyzwoleniu i obdarzeniu dzieci pełnym pakietem przysługujących mu praw), a system szkoły oparty został na trzech podstawowych założeniach:
  1. wolność
  2. samorządność
  3. prawo do decydowania dzieci o sobie.
Aktualnie szkoła Summerhill to sprawnie prosperująca społeczność demokratyczna. Jej przykład jest dowodem na to, że jeżeli tylko dzieciom pozwoli się po prostu być sobą, to staną się one pewne siebie, tolerancyjne wobec inności oraz liczące się z innymi. Społeczność Summerhill liczy sobie około stu osób, z czego większość stanowią dzieci i młodzież w wieku od 5 do 18 lat. Resztę stanowią nauczyciele, opiekunowie oraz pozostali pracownicy. Jest placówką koedukacyjną, która cieszy się zainteresowaniem pobiegania w niej nauki uczniów z całego świata. Szkoła umiejscowiona jest w dużym budynku w wiktoriańskim stylu do którego przylega ogromny teren. Większość dzieci na czas nauki mieszka w przynależącym do szkoły internacie, dzięki czemu jeszcze bardziej integruje się ze sobą.
Szkoła oferuje szeroki wybór przedmiotów. Na początku semestru uczniowie ze starszych klas zapisują się na wybrane zajęcia, po czym przygotowywany jest dla nich plan lekcji. Jednocześnie został zniesiony przymus uczestnictwa w nich. Poza zajęciami uczniowie mają wolny dostęp do pracowni komputerowych, plastycznych, stolarskiej. Do woli mogą też przebywać na wolnej przestrzeni (mają na niej do dyspozycji m.in. basen, boisko sportowe, ścieżki do spacerowania, korty tenisowe), gdzie spędzają czas na zabawach, spotkaniach towarzyskich, czy też granie w różne gry. Ponieważ dorośli nie organizują im czasu wolnego, dzieci same dla siebie wymyślają zajęcia w zależności od odczuwanej potrzeby. W końcu prawo do zabawy jest bardzo ważnym elementem edukacji w Summerhill, kiedy same lekcje są nieobowiązkowe.
W założeniu funkcjonowania szkoły brak jest presji autorytetu dorosłych, czy też podporządkowania się ich poglądom. Za to każdego dnia od dzieci wymagane są rozsądne i odpowiedzialne zachowanie. Wszelkie akty znęcania się nad słabszymi, wandalizm oraz zachowania uznawane za antyspołeczne rozstrzygają demokratycznie wybrani rzecznicy praw obywatelskich albo cała społeczność podczas codziennych spotkań.
Szkoła Summerhill (źródło zdjęcia)
Obie szkoły, waldorfska oraz Summerhill, prezentują dość innowacyjne podejście do nauczania. Może trochę kontrowersyjne (np. szkolnictwo bez ocen, podręczników czy też obowiązku uczęszczania na wszystkie zajęcia lekcyjne), ale co ciekawe - wyniki nauczania i w jednej, i w drugiej szkole są na dosyć wysokim poziomie. Dużo się nad nimi zastanawiałam i widzę pewne ich zastosowanie szczególnie w szkolnictwie specjalnym. Z szkoły waldorfskiej wzięłabym sposób przeprowadzenia lekcji (najpierw te wymagające intelektualnego wysiłku, potem artystyczne, gimnastyczne oraz religię i etykę, a także całkowicie opisowy system nauczania. Z Summerhill - wybieranie zajęć, na które chcieliby uczęszczać. To wybieranie zajęć, a może konkretniej przedmiotów lekcyjnych, mogłoby się sprawdzić w późniejszych klasach szkoły średniej w przypadku przedmiotów realizowanych w podstawowym wymiarze (nie rozszerzonych). Przez pierwsze dwie klasy mogłaby być zrealizowana niezbędna ich podstawa, a później tylko dla zainteresowanych. Ja do dzisiaj zastanawiam się po co na moim profilu socjo-historycznym przez 3 lata była realizowana biologia i chemia (na poziomie podstawowej), skoro cały ich program przerobiliśmy do końca 2 klasie. Czy nie można było ich zakończyć w tym drugim roku nauki, tak jak fizykę (nad czym bardzo ubolewałam, bo ją kochałam, tak bardzo, że zakończyłam ją z oceną celującą), informatykę, bądź przystosowanie obronne? Zwłaszcza, że nikt z nas nie zdawał ani biologii ani chemii na maturze. A tak to w moim odczuciu były to zajęcia prowadzone na siłę, na zasadzie zapchajdziury. Pytanie czy naszej, czy prowadzących je nauczycieli. Z chęcią wymieniłabym je na dodatkową matematykę lub geografię, które już pisałam na maturze i to w rozszerzeniu (chociaż w szkole realizowałam materiał z matematyki w zakresie podstawowym). A inni mogliby je wymienić np. na zajęcia z historii, wosu, czy też języków.
A czy Wy chcielibyście się uczyć w którejś z tych szkół?