Moje motto
Jaki był ten dzień
środa, 31 maja 2023
1601. Zmiana sterów w archidiecezji katowickiej
wtorek, 30 maja 2023
1600. Ulica Mickiewicza w Katowicach
| Współczesny widok na ulicę Mickiewicza |
| Dom Handlowy "Skarbek" |
| Budynek dawnej Łaźni Miejskiej |
| Budynek pierwszy od lewej (ten z banerem) to wspomniana kamienica przy ul. Mickiewicza 6, następna to dawna kawiarnia "Wojko" |
| Kamienica przy Mickiewicza 10 |
| Wszystkich wchodzących do liceum wita przed jego wejściem bebok Kasia |
| Kamienica przy ul. Mickiewicza 12 |
| Budynek pośrodku to kamienica przy Mickiewicza 14 |
| Technikum nr 8 |
| Kamienica nr 18. Na prawo widać przykrytą banerem kamienicę noszącą numer 20 |
| Kamienica przy Mickiewicza 22 |
| Kamienica przy ul. Mickiewicza 26 |
| Kamienica przy ul. Mickiewicza 28 |
poniedziałek, 29 maja 2023
1599. Nadliczbowa ilość "studentów"
Kiedy powiedziałam dzieciakom na świetlicy, że dzisiaj będę musiała trochę posiedzieć przy laptopie i proszę ich o chwilę spokoju, ponieważ mam wyjątkowo zajęcia uczelniane podczas pracy, najpierw zareagowały zdziwieniem i zaskoczeniem, a następnie wielu z nich również wyraziło chęć "wzięcia udziału" w owych zajęciach. Trochę mnie to zaskoczyło, ponieważ większość z nich nie radzi sobie z materiałem przewidzianym dla ich etapu rozwojowego, a tymczasem garną się do treści o dużo trudniejszym poziomie. No, ale skoro sami chcieli, to dlaczego miałabym im tego zabronić?
- O rany, ale pani dużo wie!
niedziela, 28 maja 2023
1598. Wieczernik - miejsce ustanowienia aż trzech sakramentów świętych
![]() |
| Bystre oko wypatrzy mnie na tym zdjęciu |
sobota, 27 maja 2023
1597. Z ołtarza wszystko widać
Człowieka nie było zaledwie pięć dni w Kościele. W swoim parafialnym kościele, żeby nie było. Nie wydaje mi się, abym była świętoszkowata, czy coś w tym rodzaju. Po prostu lubię nabożeństwa majowe i tyle. A że czasami zostaję potem na Mszy świętej (oczywiście, jak pozwala mi na to czas), to już swoją drogą. Powiedziałby ktoś: "Przecież to nic, nikt nie zauważy nieobecności jednego człowieka, siedzącego gdzieś na końcu świątyni". Tymczasem zupełnie nieoczekiwanie dostałam całkiem miłego SMSa od parafialnego katechety z pytaniem, czy wszystko w porządku, bo dawno mnie nie widział. Hm... dawno? Zaledwie wspomniane 5 dni. Prawie tyle, co nic. Z drugiej strony miło, że z perspektywy ołtarza dostrzega kto jest, a kogo nie ma. Z trzeciej zaś strony - widać tutaj wyraźny kontrast pomiędzy proboszczem, a jego współpracownikami. Ksiądz katecheta przynajmniej odpowiada na pozdrowienia...
Ale spokojnie, pójdę dzisiaj do Kościoła, to może i go zobaczę. O ile tylko będzie miał dzisiaj nabożeństwo, tudzież będzie sprawował / koncelebrował wieczorną Mszę świętą. Skoro tak wszystko bacznie obserwuje, to powinien być zadowolony z mojej obecności. Przynajmniej w teorii.
Właśnie mi się przypomniało, jak w zamierzchłych czasach straszono nas, dzieci, żebyśmy zbytnio nie kręcili się w ławkach, bo księża z ołtarza wszystko widzą i jeszcze nie udzielą nam rozgrzeszenia w sakramencie pokuty i pojednania. W zasadzie to pierwsza część się zgadza, a druga to po prostu kwestia interpretacji.
Jeszcze muszę podskoczyć i zobaczyć jak tam żyje ksiądz niosący światło. Podczas mojej niedostępności na miejscu miałam z nim co prawda kontakt meilowy (który jest tańszy niż dzwonienie za granice naszego kraju), jednak słowo pisane to nie to samo co słowo mówione, a tym bardziej widok wizualny. Mam coś dla niego, coś zupełnie specjalnego, unikatowego, coś, co nie miało prawa normalnie się wydarzyć znając mój sceptycyzm do tego typu spraw. A jednak, stało się sprawiając, że przeżyłam jedną z najbardziej wyjątkowych chwil w swoim życiu. I wtedy automatycznie pomyślałam sobie o księdzu niosącym światło, o jego walce z chorobą i tym, jak to wszystko znosi. Tak, jakby tamto trwające moment dotknięcie miało moc podróżowania w czasoprzestrzeni...
Teraz czekają mnie 2 - 3 dni odpoczynku i na nowo trzeba będzie działać. Mam nadzieję, że poniedziałek okaże się jednak wolny, a przynajmniej nie będzie trzeba iść na zajęcia, tylko będą one on-line, jak było wspominane ostatnio. Trochę cienko, że być może będą się one odbywać w godzinach mojej pracy, ale może uda mi się połączyć jedno z drugim.
piątek, 26 maja 2023
1596. Filip Neriusz, prekursor tworzenia Oratoriów
Cóż było robić. Trzeba było poszukać pozycji, która przybliżyłaby mi tą sylwetkę. W sieci znalazłam jeden pdf., dosyć stary, ale jednocześnie w miarę wiernie przedstawiał postać Filipa Neri. To głównie z niego czerpałam inspiracje do moich krótkich, ujętych w 50 słowach, przemyśleń. Czasami chciałoby się więcej napisać, no ale cóż, limit to limit. Dzisiaj chciałabym Wam po krótce przedstawić tego radosnego świętego, którego życiorys w pewnych momentach przypominał mi biografię św. Jana Bosko.
czwartek, 25 maja 2023
1595. Tęsknię za tym, tak po prostu
Kiedyś księża sami je układali. Po czym to poznać? Chyba najlepiej po tym, że czasami zapominali, o czym chcieli na nich powiedzieć. Poza tym wyczuwało się w tym, co mówili, że są to ich autorskie myśli. Teraz kupują gotowe czytanki zawarte w gotowych wydaniach. A ja jakoś tęsknię za tym, co było wcześniej. Za tymi "słówkami na dobranoc" układanymi przez samych księży, za śpiewaniem scholi podczas nabożeństw majowych (och, chyba nigdy nie zapomnę tego, jak rano pisałam matury, a wieczorem przed nabożeństwem zdawałam relację z tego, co było i jak mi poszło), za wierszyki recytowane przez scholę po "słówkach". Gdzieś to zniknęło po drodze... Tęsknię za angażowaniem Oratorium w różne rzeczy...
Ostatnio szukałam czegoś na konwersacji starego składu. I coś odkryłam - kilka razy zgłaszałam się do czegoś i byłam kolokwialnie mówiąc, olewana. Jakby niezauważana. Tyle razy się do czegoś zgłaszałam i nic, jakby nikt tego nie widział, tudzież nie chciał zobaczyć. Jak zwykle. Zrobiło mi się przykro. Tak samo, jak robi mi się przykro wtedy, kiedy jestem pomijana w scholi. Bo zawsze byłam i jestem najmniej brana pod uwagę. W rodzinnej parafii, bo są księża, którzy nie widzą we mnie problemu*. Zauważyłam też, że na początku jeszcze trochę Boski Oski był mi życzliwy, dopiero z czasem zaczął mnie pomijać, zarówno w działalności Oratorium, jak i pozaoratoryjnej. Wszyscy inni byli zauważani. Podobnie ze scholą. Tyle razy jakby mnie nie zauważano. Tyle razy wszyscy byli w coś zaangażowani, ale nie ja. Tylko, że ja się z nich ostałam. A większość z nich porezygnowała. I z Oratorium, i ze scholi. Nie, nie myślę, że jestem wyjątkowa i wszystko mi się należy. Ale skoro jesteśmy wspólnotą, to bądźmy, na 100%, a nie na kilka.
Ogólnie miałam nadzieję, że zmienią nam już proboszcza. Nie, żebym była złośliwa, ale naprawdę w tym roku mija już sześcioletnia kadencja w naszej parafii, co jest maksymalnym czasem w naszej inspektorii. Owszem, zdarzają się przypadki, kiedy probostwo jest przedłużane (np. WAŻNE inwestycje w parafii, np. budowa kościoła), albo kiedy ksiądz zostaje umieszczony na parafii na stałe z powodu wieku, ale to są wyjątki. Jednak ostatnio podczas ogłoszeń duszpasterskich usłyszałam, że organizuje on we wrześniu wycieczkę do Mediugorie (ale na wycieczkę do Wadowic się nie zgodził). W związku z tym coś mi się wydaje, że jeszcze się z nim nie pożegnamy. A więc czeka nas, Oratorium, kolejny stracony rok. Staram się być optymistą i myśleć pozytywnie, ale po tym, co się działo przez ostatnie lata po prostu nie umiem.
środa, 24 maja 2023
1594. Podcasty kryminalne mnie wciągnęły
Skąd takie zainteresowanie? Jakoś tak zawsze z ciekawością połączoną ze współczuciem dla ofiar czytałam w gazetach (a brukowce kupowane przez mojego sąsiada-taksówkarza wiodły w tym prawdziwy prym) o wszelkich zbrodniach i niewyjaśnionych zaginięciach zupełnie obcych mi osób. Z reguły wyobrażałam sobie co muszą wtedy czuć ich najbliżsi, śledziłam etapy poszukiwań, analizowałam wszelkie działania policji i śledczych. Sprawy czasami wywoływały u mnie oburzenie, czasami zaskoczenie, ale zawsze najbardziej szkoda mi było tych, którzy byli w nich najbardziej poszkodowani, czyli ogólnie rzecz biorąc - ofiar tych wszystkich zdarzeń,
Nie inaczej jest teraz. Za każdym razem słuchając nowego podcasta zastanawiam się, czy danej tragedii można było uniknąć. Wśród wszystkich nagrań zrobionych dotychczas przez Justynę Mazur, a jest ich ponad 100, są bardzo dobrze znane sprawy (jak np. dotyczące zaginięcia Iwony Wieczorek, tragedii rodziny Perzyńskich, śmierci Madzi z Sosnowca, Szymonka z Będzina, Zdzisława Beskińskiego, Andrzeja Zauchy, Iwony Cygan, czy też Krzysztofa Olewnika), jak też te, które szybko ucichły w mediach. Niektóre z tych mniej znanych kojarzę z gazet, toteż tylko sobie je odświeżyłam. Ale były i takie, o których usłyszałam pierwszy raz. Szczególnie zainteresowała mnie sprawa, która miała miejsce w mojej miejscowości całkiem niedawno, a o której w ogóle nie wiedziałam. Ale tak to już jest, że najciemniej pod latarnią.
Justyna Mazur nagrywa dosyć dobre pod względem merytorycznym odcinki, co nie jest takie proste, szczególnie w przypadku starszych spraw. Chociaż przyznam szczerze, że był taki okres, że poszczególne odcinki były dosyć słabej jakości w porównaniu z poprzednimi. Co ciekawe, stało się to tuż po umieszczeniu przez Justynę swojej kandydatury na serwisie patronait, a więc powinno być według mnie wręcz odwrotnie. Byłam wtedy rozczarowana tym wszystkim i nawet rozważałam zaprzestanie słuchania jej. Jednak ostatnio jakość wszystkiego się poprawiła, co sprawia, że automatycznie lepiej i przyjemniej się wszystkiego słucha.
wtorek, 23 maja 2023
1593. "Tlen" pozwalający mi na relację z Bogiem
Do dzisiejszej notatki nakłonił mnie projekt realizowany na facebookowej stronie mojego Wydziału Teologicznego, w którym nasi wykładowcy będący jednocześnie księżmi (ale uwaga, nie wszyscy wykładowcy są duchownymi, mamy też świeckich, a nawet żonatych/mężatych i dzieciatych wykładowców), a także klerycy z Katowickiego Wyższego Seminarium Duchowego dzielą się tym, co dla nich jest takim "tlenem" w ich życiu duchowym. Ciekawy temat, bo ile ludzi, tyle różnych wypowiedzi. Jedne są oczywiste i raczej przewidywalne, ale niektóre to prawdziwe perełki, nad którymi pojawia się potrzeba głębszego zastanowienia się i przemyślenia. A ponieważ znam osobiście większość wypowiadających się osób, to jakoś tak automatycznie czytając ich przemyślenia zaczęłam zastanawiać się, jak owe słowa mogły brzmieć w ich ustach (podejrzewam, że oni po prostu to napisali, ale takie ćwiczenie jest bardzo dobre dla pobudzenia wyobraźni), jaki zastosowaliby ton, czy mówiliby to z uśmiechem na twarzy, czy też z pełną powagą.
Czytając poszczególne wypowiedzi, które w sumie są krótkie, acz treściwe, sama zaczęłam zastanawiać się, co w moim życiu jest takim "tlenem" w mojej relacji z Bogiem. Na pewno jest to codzienna modlitwa, nawet ta najkrótsza i na pierwszy rzut oka - niepozorna. Nie ważne, czy to w kościele, zaciszu mojego mieszkania, na spacerze, czy też w autobusie, w drodze do, albo z, Katowic. Modlitwa, w której nie tylko proszę o coś, ale też dziękuję. Dziękuję za każdy dzień, za to, że w pracy nic złego się nie wydarzyło (a uwierzcie mi, dzieci, a szczególnie nastolatki, bywają bardzo "pomysłowe"), za to, że na studiach dowiedziałam się tyle ciekawych rzeczy, za każdą relację międzyludzką. Myślę, że można tutaj też zaliczyć życie sakramentalne. Wiele razy czytałam u niewierzących dosyć wyśmiewające wpisy, w których twierdzili, że nie rozumieją jak katolicy mogą tak podniecać się z jedzenia "białego wafelka". Dla jednych jest to owy "biały wafelek", dla katolików jest to Komunia z samym Bogiem. Komunia, czyli moment zjednoczenia. Tak samo często staram się przystępować do sakramentu pokuty i pojednania. To też "tlen", który mnie umacnia.
Myślę, że tym "tlenem" jest też każda relacja z drugim człowiekiem, nawet tym najbardziej mi nieprzychylnym. A może właśnie z nim. Bo takie spotkania najbardziej uczą pokory i uniżenia się przed innymi. Co nie oznacza, że powinno się rezygnować ze swoich zdań i przekonań. Jednak czasami trzeba ustąpić. Staram się szanować moich rozmówców wierząc, że w każdym z nich, nawet wyznającym inne poglądy, wartości, czy też deklarującym się jako ateista, jednak jest ten Boży pierwiastek. Owszem, czasami jestem na kogoś zła, w końcu sam Pan Jezus wyraził swoją złość wobec kupców w Świątyni Jerozolimskiej podczas Niedzieli Palmowej, a więc to uczucie samo w sobie nie jest złe. Ważne jest jednak to, co z tą złością potem robimy, gdzie dajemy jej upust, czy krzywdzimy przy okazji innych? Niewłaściwie "przeżyta" złość niszczy nie tylko innych, ale i nas samych. A przez to stajemy się coraz bardziej napięci, drażliwi, wredni wobec otaczającego nas świata. Ciężko się z nami rozmawia. Można powiedzieć, że więcej w nas śmierciodajnego czadu niż życiodajnego tlenu. Naprawdę cieszę się, że sama nie potrafię żywić do innych urazy na dłuższą metę. Po pewnym czasie moja złość wobec innych albo całkowicie mi przechodzi (najczęściej), albo przybiera neutralny wymiar. Tak było np. z Liderką Sz.P. Byłam na nią zła, ale aktualnie to nic do niej nie czuję. Ani sympatii, ani, co wydaje mi się ważniejsze, złości czy też nienawiści. Tak było też z Panią Dyrygent z parafialnej scholi - kilka razy po zrobieniu mi nadziei na pewne rzeczy, a potem jej odebraniu, czy też powiedzeniu kilku gorzkich słów po prostu płakałam w domu z bezsilności. Teraz, teraz nawet mogę powiedzieć, że nawet ją lubię.
Jest jeszcze jeden "tlen", który jest znaczący w mojej relacji z Bogiem. To czytanie i analizowanie Słowa Bożego. Czasami nie mam na to czasu podczas dnia, to się zgodzę. Jednak kiedy nic nie stoi na przeszkodzie, to biorę do rąk Pismo Święte. Albo włączam internetową wersję "Radia eM" i odsłuchuję audycję "Na początku było Słowo", w którym bibliści tłumaczą fragment czytania z lekcjonarza z danego dnia. Audycję tą odkryłam właściwie przez przypadek przed rokiem i zakochałam się w niej od pierwszego odsłuchania. Samo radio znam, bo słuchało się go w moim domu rodzinnym, jednak wtedy nie było jej w ramówce. Potem przyszło samodzielne życie, studia w Krakowie (audycja jest nadawana od września 2014 r., a więc nałożyła się na studia z turystyki religijnej), czasu coraz mniej, a więc i na radio go nie starczyło. Trochę szkoda, że wtedy o niej nie wiedziałam, bo myślę że wiele zawartych w niej informacji byłoby przydatnych w tamtym okresie nauki. Przez ostatni rok udało mi się jednak przesłuchać wszystkie dotychczasowe audycje, co otworzyło mi oczy na wiele niezrozumiałych dla mnie dotychczas spraw zawartych w Słowie Bożym. Wiem też, że zawsze mogę napisać meila do Księdza, który będzie błogosławionym (który jest biblistą) z pytaniami dotyczącymi niezrozumiałych kwestii, a on prędzej czy później wszystko mi wytłumaczy, albo podeśle odpowiednią literaturę (także w języku angielskim). Dzięki temu nie boję się już sięgać po Pismo Święte tak jak jeszcze kilka lat temu.
poniedziałek, 22 maja 2023
1592. Nessum problema
Przez ostatnie dwa tygodnie byłam więc w różnych parafiach należących do tego samego dekanatu, aby zebrać zgłoszenia od chętnych. Wczoraj natomiast podrzuciłam księdzu do szpitala, w którym aktualnie przebywa, listę z dotychczasowymi zapisami. Szału nie ma, ale tragedii też nie. Lista nie jest zamknięta i jeszcze można się zapisywać, ale po kościach czuję, że kompletu do autokaru nie będzie. A to niestety regeneruje wyższe koszty wyjazdu jednostkowe. Dodatkowym problemem jest szalejąca inflacja i wszechobecna drożyzna, czyli coś, czego nie przeskoczy się, choćby się nie wiem jak chciało. Jednak po trzech latach przerwy spowodowanych pandemią koronawirusa oraz jakimś dekanatowym zastojem postanowiliśmy z księdzem, że w tym roku jedziemy, choćby miał się na te dwa dni wypisać z oddziału na własne życzenie. Na to jednak nie pozwolę, głównie ze względu na własne sumienie. Myślę, że w razie czego będę potrafiła sama wszystko ogarnąć, łącznie z ubezpieczeniem wszystkich.
Trochę porozmawiałam z księdzem nie tylko o jego zdrowiu, ale też o moich planach na najbliższy czas. Chociaż starałam się, aby to ostatnie nie zdominowało całej naszej rozmowy. Bardzo wypytywał o nasz studencki projekt badawczy, o pracę licencjacką, o to, jak mi się podoba w pracy. Jak wiecie, raczej jestem osobą, pozytywnie nastawioną do życia, toteż moje wypowiedzi raczej miały taki charakter. Owszem, czasem jest ciężko, ale też nikt nie obiecywał nieba bez chmur, prawda?
niedziela, 21 maja 2023
1591. A czy nie da się tak skromniej?
Maj zazwyczaj kojarzony jest z sezonem komunijnym. Dużo emocji w internecie w ostatnich latach wzbudzało to, co i za ile dzieci dostaną z tej okazji jako prezent oraz gdzie, i też za ile, odbędzie się uroczyste przyjęcie dla rodziny. Co złośliwsi zastanawiali się, ile przy okazji wydano na wszelkie alkohole, tak jakby na siłę stawiano znak równości między słowami Polak, impreza i alkoholik. Trochę to dla mnie niesprawiedliwe, bo znam rodziny, które całkowicie zrezygnowały z tego typu umilacza spotkania. No, ale kto komu broni tworzenia własnej mitologii. Jak to mówią: jeżeli ktoś chce kogoś zmieszać z błotem to zawsze znajdzie do tego powód.
W ostatnim czasie zauważyłam zmianę kierunku dyskusji, która z ceny za wystawienie przyjęcia komunijnego oraz za prezenty zeszła na to, co obecnie daje się jako tzw. "dar dzieci komunijnych", czyli podziękowanie księżom i katechetom za przygotowanie całej uroczystości od strony duchowej. Nie wiem, jaki dar w dniu naszej Pierwszej Komunii Świętej zaniosła druga szkoła należąca pod parafię (która miała swoją Mszę godzinę wcześniej), ale jak sięgam pamięcią, to takim darem podczas mojej Pierwszej Komunii Świętej był ornat, który potem jeszcze przez wiele wiele lat był używany. Koszt był naprawdę niewielki, zważając na tym, że na Mszy były trzy klasy, z których średnio 30 osób z każdej przyjęło tego dnia po raz pierwszy Ciało Chrystusa do swoich serc. Ogólnie nasza komunia była podzielona na dwie tury też z tego powodu, że wszystko odbywało się jeszcze w niewielkiej kaplicy. Jak dzisiaj patrzę na jej fundamenty, to naprawdę zastanawiam się, jak i gdzie myśmy się wtedy pomieścili w tej klaustrofobicznej przestrzeni. Nawet w przypadku podzielenia nas na dwie części. Poza tym wszyscy trzej księża, katechetka oraz ówczesna schola dostali na koniec uroczystości kwiaty i coś słodkiego. Przeżyli? Przeżyli.
Pięć lat później do Pierwszej Komunii Świętej przystępowała moja siostra. To był jeden z pierwszych roczników, które przeżywały uroczystość już w murach nowej świątyni. A ponieważ trwały jeszcze prace wykończeniowe, to rodzice zdecydowali, że jako dar dla kościoła ufundują jeden z witraży. Chociaż to był sporo droższy prezent, to też w rezultacie nie wyszło tak drogo w przeliczeniu na jedną osobę, zwłaszcza, że grupka dzieci z dwóch szkół liczyła ponad 100 osób (to była jedna większa Msza). Proboszcz protestował, że to zdecydowanie za drogi prezent, że wystarczy coś znacznie skromniejszego, ale rodzice też chcieli mieć jakiś wkład w powstanie świątyni. Dzieci niosły więc podczas procesji z darami projekt witraża, który został wstawiony po pewnym czasie. Poza tym znowu na koniec były kwiaty i łakocie dla księży i katechetów (bo schola już nie działała).
Potem przez parę lat obserwowałam wszystko z boku, śpiewając wraz z nowopowstałą scholą na parafialnych Mszach pierwszokomunijnych. Najbardziej zapadła mi w pamięć ta z maja 2009 roku. Nie tylko dlatego, że był to dla mnie ważny miesiąc ze względu na maturę, ale też dlatego, że chyba to był jedyny raz, kiedy nawet scholi dostały się słodkości za oprawę uroczystości. Ostatni raz śpiewaliśmy za księdza Jana, od którego dostaliśmy podziękowania. Nie śpiewałam za każdym razem, bo czasami nakładały mi się na ten dzień zawody sportowe, jednak zawsze jak byłam, to zwracałam uwagę na upominki. A były one skromne - kwiaty, słodycze, wazony, szaty i naczynia liturgiczne, i to wcale nie z najwyższej półki, materiały do zbudowania ołtarza na Boże Ciało, sprzęt sportowy do Oratorium, raz się dorzucono do konfesjonału (DORZUCONO, a nie całkowicie go sfinansowano!!!). Czyli jak sami widzicie, raczej bez szału i bez jakiegoś nadwyrężania budżetu domowego. Zwłaszcza, że liczba dzieci pierwszokomunijnych była jeszcze dosyć spora.
Dlatego ze zdziwieniem przyjęłam to, że aktualny proboszcz, a to zażyczył sobie od dzieci pierwszokomunijnych pulpit na ołtarz, a to pieniądze na nowe nagłośnienie. Nie, żeby się dorzuciły, ale całkowicie to sfinansowały. Hm... Nie wiem co w tym roku wymyślił, ale zważając na to, że dzieciaków do Komunii poszło około 30-35, to może nieźle nadwyrężyć ich rodzinny budżet. Wiecie, ja myślę, że taki dar powinien być symboliczny, a nie żeby całkowicie finansowali wyposażenie kościoła. Tym bardziej, że skończyły się już czasy, kiedy do sakramentu przystępowała dość spora gromadka dzieci i wszystko się tak jakoś rozkłada na nie w miarę sensownie.
A może proboszcz (wreszcie) pozytywnie mnie zaskoczy i zażyczy sobie czegoś na każdą kieszeń. Rozumiem, inflacja, wszystko drożeje. Ale wszystko drożeje też dla normalnych rodzin. No i tak apelowana przez niego skromność w uroczystości powinna dotyczyć każdego jej aspektu, także daru dzieci pierwszokomunijnych.
sobota, 20 maja 2023
1590. W soboty zazwyczaj sprzątam
W tym tygodniu jednak nie ma ani zajęć w Oratorium (bo spowiedź dzieci pierwszokomunijnych), ani wyjazdu na zawody w Gorzowie Wielkopolskim (z powodów o których wiele razy pisałam). Był więc czas i na poukładanie upranych ubrań w szafie, i na pozmywanie kuchni, i na spisanie dwóch zaległych wykładów nagranych na dyktafon, i na powtórzenie sobie podstawowych słówek z języka włoskiego, i nawet na krótki spacer po przylegającym do osiedla parku. Ale to ostatnie to dopiero po wieczornej Mszy świętej połączonej z nabożeństwem majowym.
Zresztą ostatnio polubiłam takie wieczorne spacery po okolicy, kiedy można fizycznie i psychicznie odpocząć od wszelkich otaczających mnie bodźców. A tych nie brakuje i w pracy i na studiach. Każdy dzień przynosi coś nowego, w każdym doświadczam czegoś niezwykłego, zaczynając od ogromnych pokładów zdobywanej wiedzy, a kończąc na kontaktach międzyludzkich. Ani w jednym, ani w drugim nie szukam taryfy ulgowej. Co nie oznacza, że nie zdaję sobie sprawy z ograniczeń, jakie niesie moje ciało. Muszę przyjmować je takie, jakie jest, bez marudzenia.
piątek, 19 maja 2023
1589. Dobrze jest dobrze zakończyć tydzień
Na szczęście wszystko poszło jak po maśle. Egzamin z opieki paliatywnej - więcej było strachu niż było to warte. Dwa pytania, średnia arytmetyczna z trzech ocen, i po wszystkim. Pytania z serii łatwych. Trochę na wiedzę, trochę na myślenie. Co prawda z powodu drugiego kierunku studiów opuściłam sporo wykładów, ale bardzo dużo wiedzy wyniosłam z Uniwersytetu Papieskiego i na niej się opierałam. Zasada zakuć, zdać, zapomnieć jest nie dla mnie. W każdym razie ocena bardzo dobra wylądowała przy moim nazwisku, co nie ukrywam, że mnie cieszy.
Z Klemensem Aleksandryjskim też dałam radę. Ponieważ było sporo tekstu do czytania poprosiłam, za zgodą prowadzącego zajęcia, jednego z kleryków, aby przeczytał tekst na slajdach. On czytał - ja komentowałam. Jakoś to poszło. Jeszcze nie wiem jak zostało to ocenione, ale liczę na notę pomiędzy 4 a 5 (w zależności od tego, jak profesor oceni aktualizacje tamtych zaleceń na współczesne czasy). Tym bardziej, że wykładowca sprawiał wrażenie zadowolonego z treści. A jest to ten sam, z którym półtora roku temu miałam przeboje przy innym zaliczeniu.
Na deser zostało seminarium dyplomowe. Tutaj trochę się obawiałam, bo i rozdział wysłałam dzień po terminie, i sama jego tematyka (czyli metodologia pracy badawczej) nie była zbyt porywająca, co jednocześnie sprawiało, że pisanie zaledwie 10 stron dłużyło mi się w nieskończoność. Jednak promotorka nie miała do mnie żadnych uwag, a nawet stwierdziła, że wyjątkowo dobrze się to wszystko czyta, i nawet najnudniejszy w teorii rozdział metodologiczny u mnie ją zaciekawił. Miło to słyszeć. Teraz już tylko zostało mi opracowanie badań własnych, wstęp i zakończenie, dopieszczenie pod względem formalnym i będzie można ją złożyć do obrony. Ale i tak jestem już z tym bliżej niż dalej. Mam tylko nadzieję, że zaliczę sesję w pierwszym terminie i będę mogła podejść do obrony w lipcu. W ogóle to już dostałam propozycję studiowania na drugim stopniu. Ja jednak chcę na razie skupić się na zaliczeniu obydwóch sesji, obronie, a potem myśleć co dalej.
czwartek, 18 maja 2023
1588. Nie należy ufać górom do końca, nigdy!
Lubię chodzić po górach, chociaż nieczęsto mam ku temu okazję. Najbardziej brakuje mi towarzysza, z którym mogłabym zdobywać kolejne szczyty. Wszystko dlatego, że boję się zaproponować Bacy wspólne w nie wyjście. Z jednej strony wiem, że na 75% by mi nie odmówił, ale z drugiej strony wiem, że ma dziewczynę. A ja już raz zostałam pobita przez zazdrosną dziewczynę jednego z moich szkolnych kolegów i dziękuję. Powód był błahy - pomagałam mu w zadaniach z matematyki albo fizyki (pomagałam mu w tych, i w tych, ale nie pamiętam, po czym miało miejsce to zdarzenie), a tamta dziewczyna myślała, że to coś w rodzaju randki. Skutek był taki, że przez następny tydzień nie pokazywałam się w szkole, żeby nikt nie drążył tematu moich siniaków. Studencki Klub Górski na ten semestr zakończył swoją działalność, kolejne podboje gór planuje dopiero w następnym roku akademickim. Na razie więc zdobywam góry palcem po mapie i myszką w internecie. Lubię je, chociaż wiem, że niosą z sobą pewne niebezpieczeństwo.
Dlatego z jakimś takim drżeniem serca przyjęłam wiadomość, że gdzieś tam w dalekich górach zginął specjalizujący się we wspinaczce sportowej, a prywatnie mąż utytułowanej polskiej biegaczki narciarskiej Justyny Kowalczyk 38-letni Kacper Tekieli.
Tą smutną informację jako pierwszy podał portal dts24.pl, a potwierdził ją dyrektor Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki, Jerzy Natkański. Dodał też, że dzisiaj udało się odnaleźć jego ciało.
Kacper Tekieli urodził się 23 listopada 1984 roku. Był specjalistą we wspinaczce sportowej - ten tytuł nadał mu Polski Związek Alpinizmu. W Tatrach przeszedł w przybliżeniu 300 dróg wspinaczkowych, wśród nich najważniejsze ściany górskie. Z czasem uczestniczył w wyprawach na Makalu i Broad Peak Middle, pokonał też liczne drogi w Alpach (m.in. "Trylogię Alpejską" północnych ścian: Eigeru, Matterhornu, Grandes Jorasses), Kolorado, a także na Alasce i Nevadzie.
Silnie angażował się w himalaizm. W 2016 roku wziął udział w wyprawie na Shivling, gdzie razem z Pawłem Kaczmarczykiem dotarł do śmiertelnie rannego Łukasza Chrzanowskiego, chcąc mu pomóc.
W 2019 roku dokonał podwójnego trawersu Matterhornu (przejścia wszystkich czterech grani z dwukrotnym zdobyciem wierzchołka w ramach jednej akcji górskiej). Był też nominowany do najbardziej prestiżowej nagrody Piolet d'Or za wejście nową drogą na położony w Norwegii Snovasskierdingan.
W sierpniu 2020 roku Tekieli zdobył wszystkie szczyty Wielkiej Korony Tatr, poprawiając poprzedni rekord o ponad 11 godzin. Natomiast w marcu 2021 razem z Maciejem Ciesielskim i Piotrem Sułowskim jako pierwsi ludzie w historii przeszli Expandera w zimowych warunkach.
We wrześniu 2020 roku Kacper Tekieli poślubił Justynę Kowalczyk, a rok później na świat przyszedł ich syn, Hugo.
Uwagę przykuwa jego ostatni wywiad, w którym opowiadał o swojej pasji do gór -> https://sport.interia.pl/gory/news-kacper-tekieli-jeden-z-ostatnich-wywiadow-mowiac-wprost-to-b,nId,6785535
![]() |
| Kacper Tekieli: 23 listopad 1984 - 18 maj 2023 (źródło zdjęcia) |
Góry są piękne i kuszące, nie można jednak zapominać, że są też niezwykle niebezpieczne i zdradzieckie!
środa, 17 maja 2023
1587. Pomysł na wycieczkę
W pracy dostałam za zadanie ułożyć dla dzieciaków jednodniową wycieczkę, najlepiej gdzieś niedaleko. Nie wiem czy wiecie, ale podobnie jak wizytówką Wrocławia są słynne figurki krasnali, tak Katowice powoli są opanowywane przez... beboki. Zastanawiacie się co może mieć tak śmieszną, a zarazem dziwną nazwę? Otóż bebok to najprawdopodobniej demon ze słowiańskich wierzeń. W gwarze wielkopolskiej i małopolskiej to "bobok", na Kujawach - "babok", a na Śląsku to "bebok". Wedle wierzeń to mała brzydka istotka, którą straszono niesforne dzieci. Coś w tym było, bo nawet moja prababcia Antosia mówiła, że jak będziemy niegrzeczni, to z pieca wyjdzie bobok i nas porwie.
Władze Katowic postanowili zamazać złe wyobrażenie związane z tą postacią i uczynili go wizytówką swojego miasta. Najpierw pojawiły się w jednej z dzielnic, Nikiszowcu, a następnie opanowywały kolejne ulice w Katowicach. Aktualnie jest ich już 15, i jak zapowiadają włodarze miasta, to jeszcze nie koniec. Przykładowego beboka (a raczej beboki, bo to jest parka) pokazywałam Wam w >>tym<< wpisie. Niech Was nie zwiodą jednak ich sympatyczne mordki, niektóre figurki, np. ta na schodach prowadzących do słynnego katowickiego Spodka, jest nieco przerażająca i bardziej odpowiada ludowym wyobrażeniom tego stworka.
wtorek, 16 maja 2023
1586. Wychowanie do wolności
Zastanawiam się, gdzie się podziało ciepło i słoneczko. Bo jak na razie za oknem widzę deszcz, któremu towarzyszy zimny wiatr. Gdyby jeszcze padało od rana, to może zamiast bluzy wzięłabym kurtkę. Ale rano było całkiem przyjemnie, ba, powiedziałabym nawet, że zachęcająco do spacerów. Kto by pomyślał, że do wieczora pogoda tak się zmieni na gorsze. Tymczasem, kiedy w pewnym momencie w pracy spojrzałam za okno, to zobaczyłam ścianę deszczu. I tym sposobem w tymże deszczu wracałam do domu. No, może trochę przesadziłam, bo właściwie to wracałam autobusem. Ale i w Kato musiałam pokonać odcinek dzielący miejsce pracy od przystanku i w DG też. A po drodze jeszcze odebrać z paczkomatu aparat fotograficzny (a więc doszedł na czas). Trochę przy tym zmoknęłam, ale mam nadzieję, że nie skończy się to przeziębieniem. Teraz nie chciałabym dostąpić tego wątpliwego "zaszczytu".
Właśnie jestem na etapie przygotowywania wystąpienia na czwartkowe zajęcia z Teorii wychowania (pedagogika). Wróć, przygotowaniem prezentacji oraz tekstu, który finalnie mają przedstawić moje koleżanki z grupy. Oto taki mój wkład w całość. Temat dosyć ciekawy: "Wychowanie do wolności w pedagogice zaproponowanej przez Rudolfa Steinera oraz Alexandra Neilla". Innymi słowy, przedstawienie założeń szkół, które oni zapoczątkowali: szkoły waldorfskiej oraz Szkoły Summerhill.
Wcześniej słyszałam tylko o pierwszej z nich. Akurat na jej temat miałam część ustną egzaminu z języka niemieckiego na UPJPII. Za to zagadnienia Szkoły Summerhill są dla mnie zupełną nowością.
- myślenia
- uczuć
- woli
Sama pedagogika dziecięca została podzielona przez niego na trzy okresy:
1) pierwszy obejmuje okres od narodzin do 7 roku życia (przedszkole waldorfskie)
- wolność
- samorządność
- prawo do decydowania dzieci o sobie.
![]() |
| Szkoła Summerhill (źródło zdjęcia) |









