Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 31 marca 2025

2162. A ja mówię, że to za wcześnie

Odpowiedź na pytanie postawione w poprzednim wpisie przyszła niespodziewanie szybko i brzmi - za wcześnie. Jako że niektóre poniedziałki mam wolne, przynajmniej do południa, wyrabiam wtedy godziny na świetlicy w szkole, w której uczy ksiądz. Sama nie wiem, czy te 60 godzin to dużo czy mało. Mi się wydaje, że mało, dla kadry jest to dużo. Pomału jednak je wyrabiam z cichą nadzieją, że zdążę do czerwca. A jak nie to przecież we wrześniu też mogę się obronić.
Pierwsze trzy lekcje przebiegły w miarę spokojnie - tradycyjnie na pierwszych dwóch godzinach są te dzieciaki z pierwszych trzech klas, którzy mają na późniejsze godziny, a nie ma ich kto przyprowadzić na odpowiednią godzinę. Podobna sytuacja jest po 13. W międzyczasie na świetlicę przychodzą najczęściej ci, którzy nie chodzą na religię. Ewentualnie klasy, dla których w ostatniej chwili nie udało się znaleźć zastępstwa. Ale to sporadyczne przypadki. Niemniej, są.
Na czwartej lekcji na świetlicę przyszła w całości jedna z siódmych klas. Powinna mieć z Księdzem Niosącym Światło religię. Ale ksiądz godzinę wcześniej gorzej się poczuł i zwolnił się z pracy. "A nie mówiłam" - przeleciało mi przez głowę, chociaż tak właściwie to nic nie mówiłam. No nic, o ile ksiądz teoretycznie powinien zająć się sobą, o tyle trzeba było zająć się grupą siódmoklasistów. Jedna z nauczycielek świetlicy przyprowadziła ich do pomieszczenia. Sami za bardzo nie wiedzieli co ze sobą począć, bo gry planszowe nieciekawe, a od prac plastycznych uchowaj Boże. Bo już się nie czepiam, że w tym wieku i klocki i bajki są nieatrakcyjne. Zresztą powtórkę z rozrywki mam popołudniami na świetlicy. 
Ale żeby to nie był czas stracony, tudzież spędzony na klikaniu w ekran smartfona, wymyśliłam coś innego. Mieli mieć religię? To ją mieli, tylko że w ciut innej formie. Dobrze, że to nie polski lub matma, gdzie zbytnie odbiegnięcie od podstawy programowej mogłoby mieć katastrofalne skutki. Zaproponowałam im temat związany z Pier Giorgiem Frassatim. I tak przygotowuję prezentację z nim związaną na zajęcia do Oratorium, coś też chcę powiedzieć o nim bierzmowanym, więc mniej więcej byłam z nim obeznana. Akurat ci z siódmej klasy to pierwszy rok przygotowań, więc oni mieli o Carlu Acutisie na spotkaniach opowiadane. Pier Giorgio jest im raczej mniej znany. 
Wcale jednak nie wyszłam od wiary Jurka, a od jego pasji do gór. Trochę im opowiedziałam o Towarzystwie Ciemnych Typów, do którego sama należę, trochę o jego wycieczkach po Alpach. I w tym duchu wysokogórskich wędrówek nawiązałam do jego niezwykłej więzi z Bogiem, przejawiającej się w uczynkach miłosierdzia względem bliźnich. Potem trochę dyskutowaliśmy o tym, w jaki sposób to my możemy realizować takie uczynki względem innych osób. Oczywiście nie wymagałam od nich, aby tak jak Jurek poszli od razu do bezdomnych i oddali im swoje kieszonkowe, ale mogliby np. pomóc starszej sąsiadce przynieść zakupy, albo pobawić się z młodszym rodzeństwem. Każdy z nich miał swój pomysł na taką banalną pomoc innym. Nawet jeżeli nie obrócą go w czyn, to cieszy mnie, że chociaż mieli taką refleksję względem siebie. Ale żeby nie zapomnieli, to każdy z nich miał na kartce górę, a na jej szczycie dobry uczynek. Bo nie zawsze jego wykonanie przychodzi nam z łatwością. Wręcz przeciwnie, droga do niego może być równie stroma i trudna, jak droga na szczyt. Ale kiedy uda nam się go wypełnić, to odczujemy taką satysfakcję, jak po zdobyciu góry. Zmówiliśmy też modlitwę do błogosławionego Pier Giorgia.
Ufff, myślę że jak na całkowicie improwizowane zajęcia to poszło nie najgorzej. Może nie wszyscy byli super zainteresowani, ale też nie przeszkadzali w prowadzeniu ich. Po zajęciach zadzwoniłam do księdza z pytaniem, czy wszystko w porządku i czy czegoś nie potrzebuje. Uspokoił mnie, że to tylko chwilowa niedyspozycja. I że jutro już wraca do szkoły. I jeszcze że ma nadzieję załapać się na próbę generalną akademii o Janie Pawle II. Ja nic nie mówię, ale jego ostatnia niedyspozycja skończyła się dwumiesięcznym pobytem w szpitalu i dwoma operacjami. Z tego wszystkiego zapomniałam go zapytać czy czegoś nie potrzebuje z apteki po fabrycznych cenach, czyli bez marży. Najwyżej potem wyślę mu SMSa. Bo raczej na Mszy wieczornej już się nie pojawi. A może jednak...

niedziela, 30 marca 2025

2161.To jest za wcześnie, nie jest za wcześnie

"Stare Dobre Małżeństwo" śpiewało, że "Jest już za późno, nie jest za późno". Pamiętacie? Kojarzycie? Nie? To dla przypomnienia wrzucam klip muzyczny.
A ja się zastanawiam, czy nie za wcześnie do swoich obowiązków wrócił Ksiądz Niosący Światło.
Nawet nie wiedziałam, że go wypisali ze szpitala. Właściwie to miałam do niego podejść w przyszłym tygodniu i opowiedzieć o tym, jak pierwszemu rokowi przygotowań do bierzmowania wypadła Droga Krzyżowa z Carlo Acutisem (proboszcz był zachwycony, więc chyba dobrze) oraz pokazać mu zdjęcia z części trasy Ekstremalnej Drogi Krzyżowej, jaką przebyłam zaledwie wczoraj. Właściwie to jakichś 2/3 całości, bo według jej opisu przeszłam ok. 30 kilometrów, docierając w ten sposób do mniej znanych zakątków miejscowości, z którą jestem związana od urodzenia. Wiem, że bardziej by się ucieszył z gór, ale dopóki nie wyleczę ostatniej infekcji, to nawet się w nie nie zapuszczam. Zresztą na razie Towarzystwo Ciemnych Typów nie ma wpisanej żadnej wyprawy do kalendarza, a tak samemu to trochę mi się nie uśmiecha chodzić po górach. 
Chociaż i u nas są tego typu wzniesienia
Te 30 km czuję w nogach jeszcze teraz. Dlatego poszłam dopiero na wieczorną Mszę, a przy okazji zahaczyłam jeszcze o poprzedzające ją nabożeństwo Gorzkich Żali, na których w tym roku nauki ma ksiądz proboszcz z tamtej parafii. Patrzę, a tu na ołtarz wychodzi Ksiądz Niosący Światło i zapala świece. A potem to on odprawiał całe Gorzkie Żale oraz mówił na nich kazanie. Myślałam, że pociągnie temat z zeszłego roku, gdzie nawiązywał do siedmiu grzechów głównych. Ale nie, tym razem nawiązał do legendy o św. Wacławie, wedle której miał on zimą nawiedzać boso wszystkie kościoły w stolicy. Wraz z nim podążał, również boso, jego giermek. Pewnego razu giermek pożalił się królowi, że mu zimno w stopy. Wacław poradził mu, aby stawiał stopy w ślady jego stóp. Kiedy giermek tak zrobił poczuł przyjemne ciepło. I wtedy giermek zrozumiał, że warto mieć w życiu kogoś, kto jest przewodnikiem. Bo wtedy łatwiej jest iść nawet wtedy, kiedy droga nie należy do łatwych.
Potem poszedł spowiadać (ciekawe dlaczego miał aż taką kolejkę), a następnie chodził z tacą po ofierze. Mijając mnie rzucił zwykłe "cześć Lolek" czym rozbawił mnie w duchu do reszty. Potem jeszcze komunikował część osób. W końcu po Mszy wbiłam na zakrystię z powitaniem i pytaniem, co on tu robi. No to usłyszałam, że skoro ja nie chcę go odwiedzić, to on musiał urwać się ze szpitala, a poza tym on koniecznie chce zobaczyć nasz montaż słowno-muzyczny na temat Jana Pawła II oraz Drogę Krzyżową z Pier Giorgio Frassatim. A tak w ogóle to ma przerwę w leczeniu, więc wrócił na parafię (po dwóch miesiącach) i do szkoły. No dobrze, tylko zastanawiam się, czy to może nie za szybko. No bo jak ma mu się pogorszyć i znowu wylądować na święta w szpitalu (już ja mu w razie czego przypomnę, dlaczego teraz na tyle wylądował, chociaż nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło), to może lepiej, aby wracał stopniowo. Ale cieszę się, że wrócił. 
I z tego wszystkiego zapomniałam powiedzieć mu o tej mojej prawie Ekstremalnej Dziennej Drodze Krzyżowej. Alle pewnie by mi nie uwierzył...

czwartek, 27 marca 2025

2160. Byle do świąt

Wbrew pozorom ostatnie wydarzenia nie spłynęły po mnie jak po przysłowiowej kaczce, ale utkwiły we mnie wraz z pytaniem, co można było zrobić, aby do tego nie dopuścić. Wiem, że niektórzy są ciekawi o co chodzi, ale są też pewne granice intymności, których nie chcę przekraczać. Tak samo, jak nie chcę pisać do końca co się wydarzyło na wydziale, bo według mnie to zbyt intymna sprawa. Wolę pisać ogólnikowo, bo to nikomu nie ujmuje. Mam nadzieję, że to rozumiecie.
Pierwszy raz od dłuższego czasu czuję jakiś taki wewnętrzny niepokój. Bo z jednej strony cieszę się, że wyraziłam własne zdanie na ten temat (a przez to nieco mi ulżyło), ale z drugiej odczuwam wyraźną niechęć Przewodniczącej względem mojej osoby. Ale z drugiej strony, gdybym wyraziła jakąkolwiek aprobatę względem jej postępowania, to byłoby znowu przeciwko mojemu sumieniu. Wydział Teologiczny Wydziałem Teologicznym, ale pewne zewnętrzne reguły nas obowiązują, jako część uczelni. I wykorzystywanie swojej pozycji aby dogryźć drugiemu też nie jest dobre, ani tym bardziej - potrzebne.
W mojej głowie jest więc kłótnia pomiędzy wyznawanymi zasadami a lojalnością względem Przewodniczącej. Kłótnia, gdzie ciężko jest o wynik wygrany, bo jakkolwiek by się nie postąpiło - zawsze będzie się przegranym - albo przed kimś innym, albo, co gorsza, przed samym sobą. Miało być dobrze, ale nie wyszło.
W trochę bojowym nastawieniu poszłam na spotkanie "Piekarnika". Animatorzy grupy wymyślili na nie godzinną adorację Najświętszego Sakramentu, więc można było się wyciszyć i ukoić swoje nerwy. Chociaż podejrzewam, że ta sytuacja będzie jeszcze długo we mnie siedzieć. Widać już taka moja natura - przejmująca się wieloma rzeczami i analizująca wiele sytuacji, z którymi musi się mierzyć. Wiem, że to nie jest dobre dla mnie samej, bo czuję skutki takiego stanu rzeczy w funkcjonowaniu mojego organizmu. No, ale nic już na to nie poraadzę.
Ech, byle do świąt. Byle do majówki. Byle do sesji. Byle do obrony...

środa, 26 marca 2025

2159. Mleko się wylało...

"Chcesz kogoś poznać, daj mu władzę" - ta jedna z myśli Księdza Niosącego Światło zrobiła na mnie duże wrażenie i jakoś tak zapadła mi w pamięć i w serce. No bo po tym jak ktoś obchodzi się z  innymi, czy bardziej jest dla nich, czy dla własnych interesów. A z tym ostatnim łatwo jest przesadzić. Wiem to z autopsji. Przez wiele lat byłam przewodniczącą klasy, z dwa razy przewodniczącą szkoły. Chociaż w zasadzie byłam jeszcze dzieciakiem, to pamiętam jak chodziłam za nauczycielami i prosiłam, aby dali jeszcze jedną szansę temu z mojej klasy albo tamtemu z klasy X. A potem nie raz siedziałam pod klasą, gdzie poprawiali oceny i trzymałam za nich kciuki. Albo jako przewodnicząca szkoły ogarniałam akademie i oficjalne powitania. Czy działałam na szkodę innych? Mam nadzieję, że nie, a nawet jeśli, to skutki tego nie były zbyt duże. Teraz, po latach, odpowiedzialność nie spadła. Nawet nie wiecie ile razy zastanawiałam się czy pod tym względem nie nadwyrężę zaufania, jakim obdarzył mnie chociażby ksiądz. Na razie nie ma raczej do mnie pod tym względem zastrzeżeń i mam nadzieję, że tak zostanie. Chociaż, znając życie, to podsumowanie mojej pracy otrzymam na zakończenie pracy. Albo i nie, co pewnie też specjalnie mnie nie zdziwi. Już nie.
Niestety, mam wrażenie, że wiele osób sięga po władze głównie dla osiągnięcia własnych korzyści. To, co się działo kiedy przewodniczącą była nasza eks-starościna, było nie do przyjęcia. Myślałam, że już nic bardziej kreatywnego nie można wymyślić w celu "dokopania" ludziom, których się nie lubi. Można, i to uderzając w najczulsze punkty.
Nie rozumiałam ekscytacji Madziołka, kiedy na drzwiach samorządu zawisł ten zakaz. Co istotne, zakaz dotyczący jednej osoby z jej roku, z którą jest skonfliktowana. Myślę, że kto jak kto, ale wiem, co to znaczy być wykluczonym czy też odrzuconym z powodu inności, cokolwiek by to nie oznaczało. A takie postępowanie do tego się sprowadzało. Może dlatego bywałam w samorządzie tylko wtedy, kiedy musiałam, czyli na jego posiedzeniach. I zazwyczaj zawsze była prośba, aby ta kartka znikła. Była też obietnica, że wkrótce tak się stanie.
Ale nie doszło to do skutku, a o sprawie dowiedziały się władze wydziału. I wezwały cały zarząd do siebie. Przewodnicząca próbowała się z tego wytłumaczyć, a raczej wytłumaczyć swoje zachowanie i dlaczego to zrobiła, ale bądźmy szczerzy - niezbyt udanie i raczej jeszcze bardziej się pogrążała niż sobie pomagała. Wszyscy wyrażali żal i skruchę z powodu tego, co się stało, tylko nie ona. Trochę mnie to zdziwiło, bo z jednej strony powoływała się na chrześcijańskie wartości, a jednak jej działanie mówiło coś innego. Delikatnie, przy władzach odważyłam się wyrazić moje zdanie na ten temat. Myślałam,  że nieco spasuje. Spasowała, do momentu opuszczenia gabinetu władz. Wtedy się zaczęło. Pretensje o wszystko były do nas, tak samo jak obwinianie o zaistniałą sytuację. Tylko, że każdy z nas obecnych był za zdjęciem tego zakazu z drzwi. Jedynie Madziołek ją popierała, ale akurat ona była chora. Czy teraz też byłaby za tym, aby ta beznadziejna kartka tam wisiała? Wątpię.  Mleko się wylało, trzeba je sprzątnąć i czekać na konsekwencje, a jeżeli takież będą to przyjąć je z pokorą.
A ja mam wyrzuty sumienia. Nie dlatego, że okazałam się "zdrajcą" względem przewodniczącej (chociaż według Wisi nie zrobiłam nic takiego, tylko grzecznie wyraziłam swoje zdanie na ten temat, w żaden sposób nie uderzając w przewodniczącą), ale dlatego, że tak późno wyraziłam swoje zdanie odnośnie tej sprawy. Ale lepiej późno, niż wcale. Zresztą zaczyna się od takich sytuacji, co do których nikt nie mówi nie, a kończy całkowitym wykluczeniem z danej społeczności. A tego chyba nikt nie chce. 

wtorek, 25 marca 2025

2158. Własna definicja "słabości"

Kilka dni temu wracałam w środku nocy z K-wic do domu. Nie zdarza mi się to dosyć często, na szczęście, no, ale ten powrót był całkowicie planowany i pod kontrolą. I co by nie było, nie była to jakaś balanga, a nocna studencka droga krzyżowa ulicami K-wic. 21 kilometrów, cisza, ciemność i 6 godzin marszu sam na sam z sobą. No, może nie tak całkowicie sam na sam, bo szłam w parze z Dorkiem, ale na pewno łatwiej nam się było skupić, niż byśmy szli całą bandą. Koniec trasy przypadał na kościół w dzielnicy "Dąb", gdzie zostaliśmy obdarowani drożdżówkami i gorącą herbatą, co okazało się zbawienne dla naszych zmęczonych organizmów. Potem wsiedliśmy do tramwaju i część z nas podjechała pod archikatedrę, a niektórzy, w tym ja, wysiedli po drodze. Ja opuściłam pojazd pod dworcem PKP, spod którego odjeżdżał jedyny w tym czasie autobus w moim kierunku.
Akurat w tą samą stronę zmierzała grupa rozwrzeszczanych nastolatków. Ja się pytam co o tej godzinie (było po 3!) dzieciaki w ich wieku robiły w stolicy województwa? Nawet ja zazwyczaj o tej porze śpię w najlepsze. Zwłaszcza kiedy byłam w ich wieku. I na pewno nie włóczyłam się po mieście. Zresztą nadal się nie włóczę.
Traf chciał, że jedna z nastolatek zaczepiła mnie i zapytała o godzinę. Przeczuwając kłopoty postanowiłam nie odzywać się. No wiecie, żeby jeszcze na dobranoc nie oberwać. Wiadomo co takim dzieciakom wpadnie do głowy, kiedy nie będą mogły mnie zrozumieć. Ta nastolatka (dałabym głowę, że była na małym rauszu, albo coś w tym stylu) popatrzyła na mnie mało przytomnym wzrokiem, wybuchła śmiechem i rzuciła, niby to ze zrozumieniem: "Nie może pani mówić? Ale słabe...". 
Teoretycznie powinno mi się zrobić smutno, przykro i w ogóle. A tymczasem było mi żal tej dziewczyny. Bo co z tego, że nie ma problemów z wysławianiem się, skoro co drugie jej słowo zaczyna się na k, ch, p, d itd. Nawet jeżeli chciała się tylko popisać przed znajomymi z którymi była, to i tak przykro się tego słuchało. Taka ładna dziewczyna, a tak nieładnie się wyraża. To dopiero jest słabe.
W ogóle zauważyłam, że niezbyt lubię przebywać w towarzystwie osób, które tak ciągle przeklinają. Np. Młodszej. Ostatnio nawet nie potrafię wrócić z nią do domu z tego powodu. Może dlatego, że sama staram się nie przeklinać. Co prawda nie jestem taka całkowicie święta i czasami zdarza mi się przekląć, ale staram się ograniczać w tej kwestii na tyle na ile mogę. Przecież nie po to nauczyli mnie mówić. 
Myślę też, że z tą moją mową nie jest tak najgorzej. Kto chce, ten mnie z reguły rozumie. Chociażby wykładowcy. Dzisiaj na przykład miałam referat na temat męczenników XX wieku i prowadzący zajęcia był pod wrażeniem tego, ile na ten temat wiem. A przecież najpierw musiał mnie zrozumieć. 
Tak więc Kochani - słabość nie polega na nieodzywaniu się w sytuacjach zagrożenia, albo kiedy nie mamy nic do powiedzenia, słabe jest posługiwanie się naszą mową w nieumiejętny sposób.

poniedziałek, 24 marca 2025

2157. Dni otwarte kół naukowych

Kilka dni temu mieliśmy na Wydziale Teologiczne dni otwarte, a dzisiaj Uniwersytet Śląski zorganizował wewnętrzne targi, podczas których Koła naukowe prezentowały swoje kierunki. Oczywiście zgłosiłam się do pomocy. Co prawda nie miałam planowych zajęć na Wydziale Teologicznym, a jedynie na pedagogice, ale za udział w wydarzeniu miało się usprawiedliwioną nieobecność na zajęciach. Wiecie na czym więc polegał mój największy problem. W zasadzie to na tym, że działam w obydwóch kołach naukowych na wydziale, a że nie mogłam się sklonować, to musiałam zdecydować się na reprezentowanie tylko jednego z nich. Mój wybór padł na Koło Teologów, z czego bardzo się cieszę, bo nasz kwintet tworzył naprawdę zgrany zespół.
Zadaniem każdego Koła Naukowego było zaprezentowanie kierunku studiów, z którym jest ono związane. Jak można się domyśleć, Koło Naukowe Teologów jest ściśle powiązane z teologią. Dla przybyłych na targi Kół gości, potencjalnych przyszłych studentów przygotowaliśmy zabawę polegającą na rozpoznawaniu zapachów występujących w Biblii (ten ogórek ewidentnie pachniał bardziej aloesem), były krzyżówki z Śląskiego Festiwalu Nauki, możliwość przejrzenia Mszału, z którego odprawiana jest Msza Święta, a także różne ciekawostki związane z Pismem Świętym. Byliśmy też przygotowani na ewentualne pytania zainteresowanych osób.
Tych nie było aż tak wielu. Ludzie kojarzą studia teologiczne głównie z wiarą, a ta, nie ukrywajmy, jest niemodna, zwłaszcza wśród młodych. Sama widzę to przecież na co dzień. Ale, co ciekawe, na studiach z teologii są u nas osoby niewierzące, które bardziej przyszły na nie, aby dowiedzieć się czegoś o Piśmie Świętym od strony praktycznej. U mnie na roku z Nauk o rodzinie jest studentka wyznania protestanckiego. To tyle, o ilu wiem. Akceptują zasady panujące na wydziale, ale i społeczność wydziału akceptuje ich. I to jest dla mnie piękny dialog i ekumenizm. Trochę gorzej jest z poszanowaniem osób odmiennej orientacji seksualnej, ale tu jest bardziej problem dwójki osób z jednego roku.

niedziela, 23 marca 2025

2156. Boże ojcostwo

Pamiętam jak ponad dekadę temu pierwszy raz zetknęłam się z powieścią "Cień Ojca" autorstwa Jana Dobraczyńskiego. Opowieść o świętym Józefie, tak bardzo odległa od tej, którą znamy z kart Pisma Świętego (chociaż w wielu fragmentach nawiązująca do niego), zrobiła na mnie niebagatelne wrażenie. Potem długo nie mogłam przestać o tym myśleć, tak że w pewnym momencie nabyłam w jakimś antykwariacie jeden egzemplarz powieści na własność. Kto wie, kiedy może się przydać? Były roraty na temat wędrówki czwartego króla do Betlejem, to może kiedyś uda się zrobić coś podobnego ze świętym Józefem?
Co mnie zachwyciło w tej niepozornej książce? Może pokazanie Józefa nie jako ojca Boga, ale jako ojca małego dziecka. Jezus przecież przyszedł na świat, jako mały chłopiec, któremu trzeba było zapewnić opiekę i bezpieczeństwo, jak każdemu dziecku. I ten obowiązek spoczął na prostym cieśli z Nazaretu - Józefie. Tradycja chce, aby był on starszym człowiekiem, a przecież musiał on być dosyć młodym i pełnym sił człowiekiem, który mógłby sprostać zadaniu, jakie zostało mu powierzone. Książka w piękny sposób otwiera przed czytelnikiem tą owianą tajemnicą część życia świętej rodziny. Zresztą recenzję książki możecie przeczytać w >>tym<< wpisie.
Podczas ostatnich ogłoszeń duszpasterskich ksiądz proboszcz ogłosił, że organizowany jest grupowe wyjście do kina na film "Serce ojca" opowiadający o świętym Józefie. Pomyślałam, że może to być dobra okazja ku temu, aby jeszcze lepiej poznać tą postać. Trochę niepewnie wstawiłam się o określonej godzinie przed salą, gdzie był wyświetlany film i wraz z innymi weszłam do środka.
Film, jak mówi nam tytuł, a może bardziej podtytuł, opowiada widzowi o cudach, jakie działy się za przyczyną wstawiennictwa św. Józefa. Reżyser produkcji Andres Garrigo przemierza świat wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu tego typu ludzi. Dotarł m.in. do kilkorga uleczonych z ciężkich chorób osób, bezpłodnych par, którzy po odmówieniem modlitwy do świętego Józefa poczęli potomstwo, tych, którzy wyrwali się z jakiś nałogów, czy też ateistów, którzy po wykonaniu jakiejś rzeźby czy też namalowaniu obrazu odzyskali wiarę. Jeździł też po różnych sanktuariach, których patronem jest święty Józef (w tym naszym rodzimym w Kaliszu). Wszędzie zastanawiał się, jak to się dzieje, że również po latach święty opiekun Pana Jezusa pomaga w wymodleniu potrzebnych łask. A jednocześnie zastrzegał, że jest on tylko pośrednikiem pomiędzy wiernymi, a Panem Bogiem.
W zasadzie pomysł na film niezły, chociaż na początku myślałam, że będzie to typowa opowieść o życiu świętego Józefa. Nie mniej znalazło się w niej miejsce na kilka scenek z jego życia w Betlejem i Nazarecie. Nie da się nie wzruszyć na widok Jezusa, którego Maryja i Józef tak po prostu biorą na ręce albo jak Józef pokazuje mu tajemnice swojego fachu. Ogólnie film wywarł na mnie pozytywne wrażenie, chociaż odbiegał od moich pierwotnych wyobrażeń.
Następne wyjście zaplanowane zostało na film o niepokalanym poczęciu. Podczas zwiastunów przed projekcją rzuciła mi się zapowiedź filmu "21:37" opowiadającego o czasie po śmierci Jana Pawła II. Ciekawe czy na niego też będzie wyjście w formie grupowej. Bo na niego chętnie bym się wybrała z moimi prawie bierzmowanymi. Tym bardziej, że na 2 kwietnia przygotowujemy mini montaż słowno - muzyczny z tej okazji. Już mam gulę w gardle, bo przypomniałam sobie te wszystkie akademie z tej okazji, które tak bardzo angażowały chętną młodzież. To było takie piękne i owocne, chociażby dla nas samych. A teraz? 

sobota, 22 marca 2025

2155. Osiedlowa wiosna

W związku z nastaniem astronomicznej wiosny pozwoliłam sobie wziąć ze sobą aparat i popstrykałam sobie oznaki wiosny na osiedlu, które mijam w drodze na praktyki. Co prawda pogoda była mało wiosenna, jestem jednak w stanie iść pod tym względem na ustępstwa i kompromisy.
Wiecie co? W takich okolicznościach przyrody aż milej się spaceruje. A jak tam moi Kochani u Was z wiosną? Widać już pierwsze jej oznaki czy nie za bardzo?

czwartek, 20 marca 2025

2154. Mądra to była dyskusja

Z kandydatami do bierzmowania (1 rok przygotowania) jestem już po pierwszej próbie przed piątkową Drogą Krzyżową. Pierwszej i chyba jedynej, bo bardziej tutaj chodziło o to, żeby wiedzieli co, kiedy i jak, a nie o samo przeczytanie tekstów. Temat, jak wspominałam w jednym z ostatnich wpisów, bardzo na czasie, bo o Carlo Acutisie, który za niewiele ponad miesiąc dołączy do grona świętych. Druga Droga Krzyżowa, już z drugim rokiem przygotowań, będzie pod innego świętego - Pier Giorgia Frassatiego.
W ogóle to szykowałam się do organizacji tylko jednego nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Ksiądz Niosący Światło dostał obydwa napisane scenariusze i miał zdecydować, który z nich jest lepszy i bardziej nadaje się do wystawienia. Chyba nie mógł tego zrobić i wysłał mi SMS-a, że najlepiej będzie przedstawić je oba. I tak młodszy rocznik dostał Carla Acutisa, a starszy - Pier Giorgia.
Podobało mi się, że po próbie wywiązała się dyskusja na temat wartości, którymi powinni kierować się w życiu dojrzali (czyli już po bierzmowaniu) chrześcijanie. I trzeba przyznać, że dzieciaki miały naprawdę fantastyczne pomysły na to, jak można łączyć wiarę z codziennym życiem. Oczywiście nie wiem, w jaki sposób przełoży się to na praktykę, ale cieszy mnie, że myślą w taki, a nie inny sposób, że wiara jest dla nich czymś ważnym, a nie tylko dodatkiem do życia. Że chcą, a nie muszą, przystąpić do tego sakramentu. Dyskutowaliśmy też (wiem, że po niewczasie) nad przesłaniem, jakie przekazał w tegorocznym orędziu wielkopostnym papież Franciszek i co dla każdego z nas oznaczają trzy zawarte w nim hasła - podążać, wspólnota oraz nadzieja na spełnienie się obietnicy. Opisywaliśmy różne drogi, jakie musieliśmy przemierzyć w naszym życiu, także te realne, dzieliliśmy się informacjami na temat wspólnot, niekoniecznie religijnych, do których należymy, wspominaliśmy obietnice, które ktoś nam złożył - te spełnione i niespełnione. Myślę, że dzięki temu łatwiej nam było zrozumieć wystosowany przez papieża dokument. 
Co do samej jego treści to mnie osobiście ujął następujący jego fragment: "W tym Wielkim Poście Bóg wzywa nas do zweryfikowania, czy w naszym życiu, w naszych rodzinach, w miejscach, w których pracujemy, we wspólnotach parafialnych lub zakonnych, jesteśmy zdolni do kroczenia z innymi, do słuchania, do przezwyciężania pokusy zakorzeniania się w swojej autoreferencyjności i dbania wyłącznie o własne potrzeby. Zapytajmy siebie przed Panem, czy jesteśmy w stanie pracować razem jako biskupi, kapłani, osoby konsekrowane i świeccy, w służbie Królestwa Bożego? Czy zachowujemy postawę gościnności, z konkretnymi gestami, wobec tych, którzy się do nas zwracają, i do tych, którzy są daleko? Czy sprawiamy, że ludzie czują się częścią wspólnoty, czy też trzymamy ich na marginesie. To jest drugie wezwanie: nawrócenie do synodalności.". Tak sobie myślę, że we współczesnym świecie nie za bardzo potrafimy ze sobą współpracować i to na różnych poziomach. Każdy z nas może mieć odmienny, ciekawy pomysł na zrobienie czegoś, a często uważamy, że to my mamy prawo do decydowania o czymś. A gdybyśmy tak zebrali kilka pomysłów i zrobili z nich jeden, wspólny? Och, i wilk byłby syty i owca cała.
Za kilka dni spotkanie z drugim rokiem przygotowywanych do bierzmowania. Ciekawa jestem ich przemyśleń na temat wspomnianego orędzia.

środa, 19 marca 2025

2153. Po dziewięciu miesiącach od ślubu jednym rodzą się dzieci, a inni...

W czerwcu ubiegłego roku dwójka znajomych wzięła śluby. O jednym z nich, tym, na którym byłam, pisałam. Drugi wzięła moja koleżanka z roku (nauki o rodzinie). Od tego momentu minęło około 9 miesięcy. Dorcia i Robcio (czyli ci, u których byłam) na dniach spodziewają się córeczki, Weronisi. Angela, czyli moja koleżanka, chce się rozstać i już chodzi po wykładowcach związanych z prawem kościelnych i podpytuje, w jaki sposób najlepiej unieważnić sakrament małżeństwa.
A wszystko było tak piękne i łatwe - kilkuletnie chodzenie ze sobą, bajeczny ślub, wymarzona podróż poślubna. Były jednak i małe ryski - dziewczyna nie chciała wraz z narzeczonym chodzić na nauki przedmałżeńskie (bo według niej to niepotrzebna strata czasu, a ona jest na naukach o rodzinie i wie, co i jak). Pomoc zaproponowała jej nasza była-Starościna, która niby miała pracować w poradni przedmałżeńskiej. Niby, bo okazało się finalnie, że to nie prawda, a pieczątkę wykradła z kancelarii i bezpodstawnie przybiła na zaświadczeniu o odbyciu kursu. Jak to usłyszałam to się załamałam (bardziej z powodu oszustwa), ale dobra, nie moja sprawa. Angela się cieszyła i nie zwracała na to uwagi.
Czerwiec to było przedślubne szaleństwo, przenoszenie egzaminów, dopinanie różnych spraw i snucie dalekosiężnych planów. Dobra, każdy ma do tego prawo, ale coś mi w tym wszystkim nie grało. Miałam nawet wrażenie, że w tym wszystkim miłość schodziła na dalszy plan. Tym bardziej, że obserwowałam przygotowania moich znajomych do ślubu, obserwowałam wcześniej przygotowania mojej siostry i mojego kuzynowstwa. I w tym przygotowaniu Angeli brakowało mi tej iskry.
Potem od października do grudnia słuchanie jak było, oglądanie filmików z wesela, słuchanie opowieści o życiu rodzinnym. Trochę raziło mnie z jaką czasami pogardą opowiada o swoim mężu i jego niedoskonałościach, ale ogólnie wszystko raczej im się układało. Do teraz. 
Dzisiaj bowiem na zajęciach oznajmiła, że nie jest szczęśliwa w małżeństwie, że nie dogadują się z chłopem, że nie pasują do siebie i że w ogóle to małżeństwo to była jakaś jej życiowa pomyłka. Czyli przez cały okres znajomości (w tym kilku lat wspólnego mieszkania) nie dostrzegali swoich wad, a teraz nagle zaczęli je widzieć. Ona też ma swój charakterek, więc...
Jakoś tak boli mnie to, jak ludzie nie mają szacunku do sakramentu małżeństwa i jego wagi, jak bardzo go lekceważą. Jak nie potrafią walczyć o przetrwanie związku. Jak bardzo gubi ich pewność siebie (jestem na naukach o rodzinie, więc wiem wszystko). Jak nienależycie się do niego przygotowują. Przecież mogliby wziąć ślub cywilny, zwłaszcza że dziewczyna sama przyznała, że nie przykłada wagi do wiary, a jej mąż to w ogóle ateista. Więc po co przysięgali sobie przed ołtarzem? Dla ładnych zdjęć? Dla gości? Dla rodziny? Dla mnie to bez sensu. Tak samo, jak załatwienie wielu spraw "na skróty". Ale dobra, nie znam się na tym, może tak działa aktualny świat - byle jak, byle szybko. 
Pozytywnie napala mnie myśl, że powyższa sytuacja nie jest regułą, że są jeszcze małżeństwa zawierane w dojrzały i przemyślany sposób, które ze sobą rozmawiają, kiedy mają kryzys.

wtorek, 18 marca 2025

2152. Oj, żeby ta frekwencja przełożyła się na tegoroczną rekrutację...

Przełom lutego i marca to czas, kiedy na Uniwersytecie Śląskim odbywają się różnego rodzaju akcje mające na celu przybliżenie maturzystom (najczęściej) specyfiki studiowania na naszej uczelni. No bo w kwietniu to już się myśli o maturze, w maju się ją pisze, a w czerwcu odpoczywa. Tak, luty i marzec to najlepszy moment na tego typu inicjatywy.
Co się dzieje na Wydziale Nauk Społecznych nie mam pojęcia. Bardziej zorientowana jestem w tym, co się dzieje na Wydziale Teologicznym. Bo tu i działam w Samorządzie Studenckim, i w dwóch Kołach Naukowych, więc informacje na temat Dnia Otwartego na nim napływają do mnie ze wszech stron. Nawet zapisałam się do pomocy w quizie, ale ostatecznie zrezygnowali ze mnie. Machnęłam na to ręką, chociaż było mi początkowo przykro. Najbardziej chyba przez to, jak mi to oznajmili. No, ale nic, nie będę rozpaczać i robić afery. Jest tyle innych spraw, np. przygotowanie kandydatów do bierzmowania. Albo referat z "Filozofii Boga" na temat "Pojęcie Boga w filozofii Blisha Pascala" (ocena bardzo dobra szybko poprawiła mi humor i przyspieszyła odzyskanie wiary w siebie. A udział w akcjach typu Dni Otwarte jest tylko kwestią przyjemności.
Mimo odmowy mojej pomocy (chociaż słowo "odmowa" wydaje mi się za ciężkie) przez chwilę byłam na auli i słuchałam dwóch wykładów demonstracyjnych. Na pierwszym czułam się jak na metafizyce. A więc nudno. Sam profesor mówił prawie słowo w słowo to co na zajęciach. Już bardziej zainteresował mnie drugi z wykładów poświęcony etyce w badaniu wszechświata z włączeniem zagadnień teologicznych. No, ale wiecie - kosmos to fizyka, a fizyka to moja niespełniona miłość. Trochę szkoda, że jeden z wykładów nie był z mojego kierunku "Nauki o rodzinie", ale nie ja o tym decyduję.
Młodzież była raczej zaciekawiona i potem chętnie zadawała pytania. Ku mojemu zdziwieniu było ich całkiem sporo. Szczególnie ze szkoły Kropki. Jej samej nie było, ale do matury to ma ona jeszcze ponad rok. Zarzeka się, że na studia nie pójdzie, ale kto to wie. Chociaż ja bardziej bym ją widziała w zawodach medycznych niż teologicznych.
Potem wraz z prowadzącą przedmiot Filozofia Boga uznałyśmy, że dobrze by było, gdyby frekwencja przełożyła się na rekrutację. A jak będzie okaże się we wrześniu.

poniedziałek, 17 marca 2025

2151. Praktyki zaczyna się od szkolenia

Podobnie jak w przypadku rozpoczęcia nowej pracy, także tuż przed rozpoczęciem praktyki praktykant, przynajmniej podejmujący praktykę w placówce oświatowej (a podejrzewam, że i w innych przypadkach też), zobowiązany jest do odbycia szkolenia BHP. Ku mojej radości, szkole w której rozpoczynam praktyki udało mi się je zorganizować niemalże z dnia na dzień. Inna sprawa, to taka, że akurat w tym samym dniu co ja rozpoczynałam praktykę, pracę w szkole rozpoczynała nauczycielka wspomagająca, więc chcąc nie chcąc, placówka i tak musiała załatwić to szkolenie w firmie zewnętrznej i tak, więc można powiedzieć, że mnie pod niego podpięli.
Trochę obawiałam się, że nie trafię do siedziby wspomnianej firmy, bowiem nie do końca znam tamtą część miasta, w której jest ona usytuowana. Co prawda miałam jej adres, co prawda sprawdziłam na google.maps, gdzie mniej więcej się ona znajdowała, co prawda pojechałam tam duuużo przed czasem, ale i tak gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że już na początku nawalę i nie dotrę na wskazaną godzinę. Jak się potem okazało - dosyć szybko odnalazłam poszukiwany budynek. Musiałam ciut poczekać na to szkolenie, ale jak możecie się domyśleć - miałam ze sobą książkę, więc nie był to czas stracony.
Szkolenie było w dużej mierze powtórką z pozyskanych już na wcześniejszych etapach informacji. Nie odebrałam tego jednak jako przykry obowiązek, ale jako szansę na utrwalenie i powtórzenie wiadomości. Wszak nigdy nie wiadomo co i kiedy może się przydać. Podobało mi się to, że była to luźna rozmowa (co byłoby raczej trudne przy całej sali osób) na zasadzie: co by panie zrobiły, gdyby... Teoretycznie powinnyśmy mieć też test na końcu, ale prowadzący szkolenie stwierdził, że poprzez rozmowę zorientował się, że w zasadzie to nasza wiedza na temat zagrożeń i pierwszej pomocy jest całkiem duża. Jeszcze tylko wypełnił odpowiednie papiery i mogłyśmy z Monią jechać do szkoły.
Po drodze wywiązała się między nami rozmowa i okazało się, że obydwie ukończyłyśmy te samo liceum, chociaż w różnych odstępach czasowych (ona jest o 10 lat starsza ode mnie). Jak możecie się domyśleć, tematów do rozmowy było bez liku, bo uczyło nas wiele tych samych nauczycieli. Nawet nie wiem, kiedy minęła nam podróż, która nie trwała długo. Ale aż miło mi się zrobiło, że nasza rozmowa przybrała dynamiczny i spontaniczny przebieg. I że nasze odczucia odnośnie niektórych nauczycieli są bardzo zbieżne.

niedziela, 16 marca 2025

2150. Święty Anzelm i jego dowód na istnienie Boga

Trochę mi głupio, kiedy ludzie mnie pytają, czy mam typowe wykształcenie teologiczne, a ja im odpowiadam, że nie. A przynajmniej - jeszcze nie. Teologii jednak coś tam liznęłam - a to na turystyce religijnej, a to na naukach o rodzinie. Ale to naprawdę było liznięcie, minimum, jakie narzucały Wydziały Teologiczne, na których były owe kierunki. Chociaż w przypadku nauk o rodzinie to lepiej brzmi, że jest, czyli czas teraźniejszy. Bo przecież jeszcze jestem studentem tego kierunku.
Lubię jednak czytać różne ciekawostki i w ten sposób najczęściej poszerzam moją wiedzę. Lubię to, ponieważ sprawia mi to przyjemność. Czasami z błahego artykułu wyniosę więcej niż z uczelnianych zajęć. A potem wykorzystuję zdobyte wiadomości w codziennych kontaktach. Nawet nie koniecznie w ramach ewangelizacji. Częściej ot tak, w formie ciekawostki. Kto wie, komu i kiedy się przydadzą. 
W zeszłym semestrze, po przebrnięciu przez filozofię w wydaniu Tatarkiewicza (komentarz Księdza Niosącego Światło - to to się jeszcze czyta? bezcenny) i dziwne kolokwium z jej treści, zainteresowała mnie postać świętego Anzelma i jego dowód na istnienie Boga. Bo, jak wiemy, jedni twierdzą, że Bóg istnieje, inni, że Go nie ma, a jeszcze inni, że uwierzą, jak dostaną wiarygodny dowód. Czy na miano takiego zasługuje ten zaproponowany przez św. Anzelma? Nie mnie to oceniać, bo po prostu wierzę w to, że Bóg istnieje.
Całkiem niedawno natchnęłam się na artykuł na portalu onet.pl, który mówił o tym problemie. Nie byłabym sobą, gdybym go nie przeczytała. Co prawda nie był dla mnie wyjątkowo odkrywczy (głównie dzięki wspomnianemu Tatarkiewiczowi), aczkolwiek przypomniał mi kilka faktów związanych ze świętym Anzelmem i jego dowodem na istnienie Boga.
Święty Anzelm uważany jest za ojca scholastyki, przeszedł jednak do historii filozofii za sprawą argumentu dowodzącego istnienia Boga. Znany jest też jako mnich, który żył zgodnie z regułą świętego Benedykta "módl się i pracuj", wybitny wychowawca, zwolennik perswazji zamiast twardej dyscypliny.
"Nie porywam się, Panie, by zgłębić Ciebie, bo nawet w przybliżeniu nie mogę porównać mego intelektu do Twej wielkości; pragnę tylko pojąć przynajmniej do pewnego stopnia Twą prawdę, którą serce moje kocha i w nią wierzy. Nie zamierzam bowiem pojąć, by wierzyć, ale wierzę, by zrozumieć. Gdyż wierzę, też w to, że jeśli nie uwierzę, nie będę mógł zrozumieć" - zapisał w swoim Proslogionie. To w nim zawarł swój koronny argument za istnieniem Boga.
Anzelm urodził się w 1033 r. w Aoście. Jest to niewielkie miasteczko położone w Piemoncie u stóp samego Mont Blanc, najwyższego szczytu Alp na styku Szwajcarii, Francji i Włoch. Wywodził się z rycerskiej rodziny. Jego ojciec Gondulf był szorstkiego usposobienia, uchodził za lekkoducha i trwonił majątek, który posiadał, oddając się rozkoszom życia. Natomiast jego mama Ermenerii była zupełnym jego przeciwieństwem, uchodziła bowiem za kobietę pobożną, ale i szlachetną. To na niej spoczywał obowiązek wychowania syna, zadbania o jego odpowiednie wykształcenie i formację religijną. Dlatego oddała go pod opiekę benedyktynów. Anzelm był pilnym uczniem zaś ascetyczne życie, jakiego doświadczył, było mu bardzo bliskie.
Kiedy skończył 15 lat poprosił rodziców o zgodę na wstąpienie do zakonu. Przyśniło mu się bowiem, że został wysłany do królestwa niebieskiego mieszczącego się w wysokich i ośnieżonych szczytach Alp. To tam Bóg prowadził z nim serdeczną ale i długą rozmowę, a później poczęstował go "śnieżnobiałym chlebem". Anzelm był przekonany, że Bóg chce powierzyć mu jakieś szczególne zadanie. Ale ojciec nie zgodził się na to, aby został mnichem, a benedyktyni, nie chcąc narazić się rodzicielowi, nie przyjęli młodzieńca do wspólnoty.
Po śmierci matki Anzelm poszedł w ślady ojca. Miał 20 lat, kiedy zabrał swój majątek i wyjechał w świat w poszukiwaniu przygód. Przez kolejne trzy lata wędrował i używał życia. Jednak im bardziej oddawał się temu, co oferował świat, tym większa pustka tkwiła w jego wnętrzu.
bł. Lanfrank
Wszystko uległo zmianie, kiedy trafił do klasztoru benedyktynów we francuskim Le Bec. Jego opatem był sławny w tamtym czasie filozof i teolog, dziś już błogosławiony Lanfrank. Anzelm z ochotą został jego uczniem, na nowo odkrywając czym tak właściwie jest ascetyczne życie, którym tak był zafascynowany w dzieciństwie. Powoli zaczęło też w nim dojrzewać powołanie. W wieku 27 lat wstąpił do zakonu i przyjął święcenia kapłańskie. W końcu odnalazł spokój, którego tak usilnie szukał po świecie.
Jego gorliwość w wypełnianiu sztandarowej reguły św. Benedykta "módl się i pracuj" była wzorem dla współbraci. W zakonie Anzelm cieszył się dużym szacunkiem i sympatią. Nie powinno więc dziwić, że w miarę krótkim czasie wybrano go przeorem klasztoru oraz mistrzem szkoły klauzurowej. Papież Benedykt XVI tak go scharakteryzował: "nie lubił metod autorytarnych, porównywał młodych ludzi do małych roślin, które rosną lepiej, kiedy nie są zamknięte w pomieszczeniach, i pozostawił im 'zdrową' swobodę. Był bardzo wymagający wobec samego siebie i wobec innych, gdy chodziło o postrzeganie wymogów życia monastycznego, lecz zamiast narzucać dyscyplinę, stosował perswazję".
Po śmierci opata Erulina w 1078 roku jednogłośnie wybrano go na jego następcę. Kilka lat wcześniej, w 1070 roku, Lanfrank został arcybiskupem Cantenbery. W związku z tym sprowadził do siebie kilku mnichów z Le Bec, aby pomogli mu w odbudowaniu tamtejszego Kościoła po najeździe Normanów. Wśród nich był też Anzelm, który podczas pobytu na Wyspie, zdobył sobie sympatię i szacunek zarówno wśród świeckich, jak i duchownych. Po śmierci Lanfranka to Anzelm był najlepszym kandydatem na jego następcę.
Po objęciu arcybiskupstwa w 1093 r. od razu rozpoczął pracę na rzecz uwolnienia Kościoła spod wpływów królewskich. Wspierał go w tym sam papież. Takie działanie spowodowało jednak narażenie się Anzelma królowi Wilhelmowi Rudemu, który skazał go na wygnanie. Anzelmowi udało się wrócić do Canterbury po trzech latach, wraz z zrzeknięciem się przez Henryka I władzy mianowania biskupów i obsadzania urzędów kościelnych. Ostatnie lata życia Anzelm poświęcił na kształcenie duchowieństwa i intelektualnym badaniom zagadnień teologicznych. Zmarł 21 kwietnia 1109 r.

źródło: https://www.onet.pl/informacje/stacja7/swiety-anzelm-i-dowod-na-istnienie-boga/8fqtmzv,30bc1058

A na czym polega wspomniany dowód ontologiczny na istnienie Boga? Według Anzelma jeżeli istnieją rzeczy, które względnie do innej rzeczy posiadają w stosunku do innej rzeczy, to nie ma innego wyjścia i musi istnieć owa inna rzecz. Dlatego dobra względne, będące mniej lub bardziej dobre, zakładają, że istnieje coś, co jest bezwzględnie dobre - czyli Boga. W podobny sposób każda względna wielkość wskazuje na coś bezwzględnie wielkiego, tj. Boga oraz każdy byt względny zakłada, że istnieje byt bezwzględny, czyli znowu Bóg. 
Osnowa tego dowodu pochodzi od Augustyna, Anzelm go tylko rozwinął dodając do niego samodzielny wariant - istoty stworzone są nierównej doskonałości, tworzą szereg o doskonałości wzrastającej, ale szereg ten, jak każdy szereg rzeczywisty, nie może biec w nieskończoność. A zatem musi być jakaś istota, ponad której nie ma doskonalszej. Tą istotą jest właśnie Bóg.
Dodatkowo św. Anzelm był autorem zupełnie samodzielnego dowodu, wyłożonego w Proslogionie. Podjął w nich próbę dowodzenia na istnienie Boga bez odwoływania się do świata, ale wyłącznie na podstawie samego pojęcia Boga. Rzeczą zwyczajną w teologii było wywodzić z Boga własności, które posiadał (że jest jeden i że jest wieczny). To na tej drodze Anzelm poszukiwał dowodu na istnienie Boga. Oparł się na pojęciu Boga, jako istoty najdoskonalszej lub największej. Oto jak przeprowadzał swój dowód: Jeżeli posiadamy pojęcie istoty najdoskonalszej, to istnieje ona w naszej myśli. Pojawia się tutaj pytanie, czy istnieje tylko w ludzkiej myśli, czy także w rzeczywistości. Jeżeli zatem istnieje w rzeczywistości, to posiada własność, której pozbawiona byłaby istota najdoskonalsza istniejąca tylko w naszej myśli - własność istnienia rzeczywistego. A więc jest o tą własność doskonalsza. Istota najdoskonalsza, gdyby istniała jedynie w myślach, nie byłaby najdoskonalsza, a więc byłaby czymś sprzecznym. Zatem istota najdoskonalsza nie może istnieć tylko w myśli, ale musi też istnieć w rzeczywistości - wynika to z samego pojęcia Boga. To właśnie ten dowód, z logicznego pojęcia, wnosi o istnieniu jego przedmiotu pod nazwą dowodu ontologicznego.

Na podstawie "Historii filozofii. Tom 1. Filozofia starożytna i średniowiecza" autorstwa Władysława Tatarkiewicza.

Hmm... jak tak teraz myślę, to ta teza jest całkiem logiczna, chociaż wiem, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli ją podważyć. No ok, każdy ma prawo do swojego zdania. Mam tylko nadzieję, że nie wyniknie z tego żaden konflikt.

sobota, 15 marca 2025

2149. Miłość przetrwa wszystko

Wydaje mi się, że ta tragedia wstrząsnęła całą Polską. Bo któż wtedy nie znał Anny Jantar, któż nie nucił jej piosenek, z której wiele stało się szlagierami. Miała urodę, sławę, męża oraz córeczkę. Nie była pierwszą artystką, która poleciała za ocean w trasę koncertową. Ale była jedną z niewielu, które z niej nie wróciły, ginąc w katastrofie samolotowej tuż przed końcem lotu. Aż trudno uwierzyć, że z tej katastrofy ocalał list będący dowodem na to, że Jarosławowi Kukulskiemu zależało na Annie.

Anna Jantar zginęła 45 lat temu. Miała przy sobie list od męża
14 marca 1980 roku w pobliżu warszawskiego lotniska Okęcie rozbił się lecący z Nowego Jorku samolot. Na liście pasażerów była m.in. Anna Jantar. Spotkania ze sławną w tamtych czasach piosenkarką wyczekiwali jej mąż Jarosław Kukulski, wraz z 4-letnią córeczką, Natalką. - W tym zamieszaniu, wśród płaczących ludzi nie rozumiałam, co się stało. Pamiętam, jak babcia wyrwała mi z rąk bukiet frezji i rzuciła je na ziemię - wspominała dorosła już Natalia Kukulska.
- (...) Pamiętam, jak babcia wyrwała mi z rąk bukiet frezji i rzuciła je na ziemię. Pamiętam karetki pogotowia, które reanimowały rodziny, rozlewał się alkohol podawany na uspokojenie - opowiada Natalia Kukulska.
Po śmierci Anny Jantar zaczęły krążyć plotki, jakoby miała romans, a w dalszym planie odejście od męża. Jednak córka pary wielokrotnie zaprzeczała tym przykrym doniesieniom. 
Po latach Natalia Kukulska niewiele pamięta z tamtego dnia, w którym wśród 88 osób, które zginęły w katastrofie samolotu "Mikołaj Kopernik" była też jej mama. Wie, że na lotnisku czekała na nią wraz z babcią, tatą oraz menadżerem Anny Jantar. Byli jednymi z tych osób, którzy już nigdy więcej nie zobaczyli swoich bliskich. 
W rozmowie z "Galą" dorosła już Natalia tak wspominała ten dzień: "Pamiętam, jak babcia wyrwała mi z rąk bukiet frezji i rzuciła je na ziemię. Pamiętam karetki pogotowia, które reanimowały rodziny, rozlewał się alkohol podawany na uspokojenie". Z kolei w wywiadzie dla "Vivy" przyznała, że nie mogła wtedy zrozumieć, co tak właściwie się stało, bo nikt nie powiedział małej dziewczynce prawdy. Jednak pomimo upływu lat dalej ma w pamięci wygląd swojej mamy: "Choć nie wiem, czy moja pamięć opiera się o zdjęcia i wspomnienia innych, czy o realne wspomnienie - zastanawiam się. - (...) Na pewno przypominam sobie, jak wzięłam lokówkę mamy do ręki i oparzyłam się nią, bo była gorąca. Albo jak mama niechcący mnie zadrapała paznokciami, a wiem, że nosiła bardzo długie".
Po śmierci piosenkarki pojawiły się plotki na temat jej rzekomego romansu i planów odejścia od męża. Córka pary wielokrotnie temu zaprzeczała. Świadczy o tym chociażby list od Jarosława Kukulskiego, który Anna Jantar miała przy sobie w chwili śmierci: "Kocham Cię całym sercem i możesz liczyć na mnie w każdej sytuacji, a czy Ty odczytasz moją spowiedź jako słabość, czy też jako miłość, której trzeba pomóc, to zależy tylko od Ciebie. Szczęście nasze, Anusiu, zależy tylko od nas samych. By jednak to było możliwe, musimy tego chcieć obydwoje. Całuję Cię mocno, Twój Jarek. PS. List taki do Ciebie jest jedynym i ostatnim. Gdybym musiał go pisać po raz wtóry, będziesz musiała chyba dokończyć go sama".
Natalia jest przekonana, że jej matka chciała się zobaczyć z mężem po wylądowaniu w Warszawie. Przytacza tutaj inny fragment zachowanego listu: "Powinniśmy stanowić nierozerwalną całość, mając na uwadze fakt, że tylko i wyłącznie skazani na własne siły doszliśmy do czegoś i z tego to właśnie okresu datują się Twoje i moje największe sukcesy (...) Wiem, że miłość tkwi w nas i od nas zależy, gdzie się ją ukierunkuje. Wydaje mi się, że wszystko zależy od nas samych (...) Mamy o co walczyć! Chodzi przecież o naszą miłość, chodzi o nasze życie".
Jarosław Kukulski zmarł 13 września 2010 r. i został pochowany obok Anny Jantar.

źródło: https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/anna-jantar-zginela-45-lat-temu-miala-przy-sobie-list-od-meza/evn0ct1,2b83378a

Na temat katastrofy powstało wiele filmów i artykułów. Mnie najbardziej ujął "26 sekund. Tragedia Kopernika", "Czarny serial - Kopernik" oraz ostatnio odkryty cykl podcastów Polskiego Radia - "Katastrofa Kopernika".

czwartek, 13 marca 2025

2148. Wokół Pier Giorgia Frassatiego i Carla Acutisa

Jestem mile zaskoczona tym, że w ankiecie, czy moi kandydaci do bierzmowania chcą, abyśmy mieli do dyspozycji i obstawienia jedną z Dróg Krzyżowych, aż 19 opowiedziało się pozytywnie. Na początku miałam obawy, czy zbierze się chociaż siódemka chętnych osób, tak aby każda miała te dwie stacje do przeczytania. Tymczasem z każdym dniem przybywali kolejni chętni nastolatkowie, aż uzbierała się prawie dwudziestka. 
Dlaczego jestem zaskoczona? Bo dzisiejsi nastolatkowie zazwyczaj mają inne plany na piątkowe popołudnia niż spędzanie ich w kościele z własnej, nieprzymuszonej woli. Bo, żeby nie było - to była luźna, niezobowiązująca do niczego propozycja. Z drugiej strony, może to właśnie na tym polega dojrzałość chrześcijańska, do której dążą? Ucieszyłam się, ale i zdałam sobie sprawę z tego, że czeka mnie pewne zadanie - napisanie rozważań do każdej z czternastu stacji Drogi Krzyżowej. Niby jest ich pełno na Internecie, do wyboru do koloru. Ale ja wolę coś sama naskrobać. Może będzie niedoskonałe, ale moje. Pamiętam, jak kilka lat temu napisałam rozważania do Drogi Krzyżowej poświęconej błogosławionej Piątce Poznańskiej >>klik<<. Wydaje mi się, że wtedy nie poszło tak źle, ludziom chyba się podobało. A jak jeszcze takie pisanie przynosi mi przyjemność, to czemuby tego nie połączyć?
Tematyka nasunęła mi się sama. I to nie na jedną, ale na dwie Drogi Krzyżowe. Tematem przewodnim jednej jest postać błogosławionego Carla Acutisa, a drugiej - błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego. Obaj wyprzedzili pod pewnymi względami epokę, w której żyli, obaj łączyli pasję z wiarą, obaj posługiwali wśród ubogich, obaj zmarli w młodym wieku i obaj niebawem zostaną włączeni w poczet świętych. I jeszcze oboje niezwykle mi imponują swoim życiem i myślę, że z powodzeniem zaprzyjaźniliby się z niejednym współczesnym młodym człowiekiem.
Jako bazę informacyjną potraktowałam trzy książki związane ze wspomnianymi błogosławionymi. Tylko jedną z nich, biografię Pier Giorgia, znałam już wcześniej (nawet napisałam o niej >>tutaj<<). Z pozostałymi dwoma dopiero się zapoznaję. Sprzyja temu początek semestru, kiedy jeszcze nie ma takiego natłoku nauki, długie powroty autobusem do domu (ach te "niekończące się" remonty ulic) oraz długie wieczory, podczas których czekam, aż jedna tabletka uśmierzy ból kolan, druga związaną z tym gorączkę, a dzięki temu będę mogła iść spokojnie spać, chociaż na tych 5-6 godzin.
Sylwetkę błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego, który żył w Turynie na początku XX wieku na poważnie zaczęłam poznawać rok temu, w związku ze stuleciem powstania Towarzystwa Ciemnych Typów. Oczywiście wiedziałam o nim co nieco dzięki corocznemu "Górskiemu Biegowi Frassatiego", teraz jednak postanowiłam iść krok dalej i nieco się doszkolić pod względem jego życiorysu. Dotychczas przeczytałam dwie jego biografie (oprócz wspomnianej i widocznej na zdjęciu była jeszcze jedna zaproponowana przez wydawnictwo Znak, w związku z ogłoszeniem Frassatiego jednym z patronów Światowych Dni Młodzieży w Krakowie -> >>klik<<), teraz zaopatrzyłam się w książkę z jego listami, których fragmenty wykorzystuję do rozważań. Jeszcze nie przeczytałam całości, nie będę ukrywać, ale z dotychczasowej lektury bije tak autentyczna wiara i tak autentyczne przemyślenia, że z każdą kolejną stroną cieszę się, że postanowiłam poświęcić historii Jurka tych 14 stacji.
Wydaje mi się, że Carlo Acutis jest jednym z pierwszych błogosławionych, żyjących na przełomie XX i XXI wieku. Społeczeństwo okrzyknęło go "Bożym influencerem", ponieważ jedną z jego pasji było tworzenie stron internetowych, za pomocą których przybliżał innym, w tym swoim rówieśnikom, sprawy związane z teologią. Podobnie jak Pier Giorgio, codziennie starał się uczestniczyć we Mszy świętej i przyjmować Komunię świętą, pomagał biednym i bezdomnym, a jednocześnie realizował swoje pasje i żył tak, jak jego rówieśnicy. Zmarł w wieku zaledwie 15 lat po kilkudniowej walce z białaczką. Kilka lat temu, w związku z jego beatyfikacją, przeczytałam "Eucharystia. Moja autostrada do nieba. Historia niezwykłego nastolatka", z której zaczerpnęłam pierwsze szersze informacje na jego temat. Kilka dni temu (dosłownie) udało mi się nabyć na własność jedną z nowszych pozycji na temat Acutisa - "Tajemnica mojego syna. Dlaczego Carlo Acutis jest uznawany za świętego". Dzięki temu poznałam jeszcze więcej ciekawostek związanych z jego życiem, które wykorzystałam w scenariuszu. Każda ze stacji zawiera jakiś cytat, którego autorem jest Carlo. Trochę się bałam, że nie uzbiera się ich 14, a jednak jakoś się udało. Zaś historia nastolatka przeplata się z dylematami i problemami współczesnych nastolatków, będąc niejako odpowiedzią i receptą na ich bolączki.
Teoretycznie mogłabym poprzestać na jakiś standardowych rozważaniach opartych na samej Drodze Krzyżowej i tym, co się wtedy działo, bez wgłębianie się w życiorysy młodych błogosławionych, a niebawem świętych. Ale postanowiłam wykorzystać nabożeństwo do zapoznania młodzieży i pewnie też dzieci i dorosłych z ich sylwetkami. Dostałam wolną rękę co do formy, więc postanowiłam to wykorzystać. A że czas mnie goni, to poszczególne rozważania powstają wszędzie, nawet na uczelnianym korytarzu pomiędzy jednymi zajęciami a drugimi.
Mam nadzieję, że do soboty skończę, w niedzielę wydrukuję i zaniosę księżom do sprawdzenia. Może  Księdzu Niosącemu Światło też uda się rzucić na to okiem. Co prawda ja na razie wolę do niego nie zachodzić, bo znowu ma jakąś infekcję, więc nie chcę mu dodatkowo nic sprzedać, ale z tego co wiem, to któryś ksiądz z parafii do niego codziennie wpada. Może mu zabierze przy okazji. Tak, żeby wiedział, co robimy. Chociaż o tej Drodze Krzyżowej bierzmowanych wie, bo wysłałam mu krótkiego SMSa. Odesłał mi jakąś emiotkę, niestety, moja przedpotopowa Nokia jej nie odczytuje. Mogę mieć tylko nadzieję, że była ona pozytywna. A może to ksiądz zdecyduje, którą wystawić i będzie miał jakiś w tym udział? Dobrze by było. Proboszcz coś przebąkiwał o tym, że możemy obstawić już przyszłotygodniowe nabożeństwo, więc w poniedziałek bym im przesłała z podziałem na to, kto co czyta. Mam nadzieję, że do piątku to ogarną. Jedyne co mnie martwi to to, że wtedy mam też akademicką Nocną Drogę Krzyżową. Wydaje mi się jednak, że dam radę ogarnąć jedno i drugie, zwłaszcza że Nocna Droga Krzyżowa zaczyna się dopiero o godzinie 20:00.

wtorek, 11 marca 2025

2147. Nie chcę go nawracać, chcę zrozumieć jego wyznanie

Na świetlicę środowiskową przychodzą różne dzieci. Przez ostatnie trzy lata przewinęło się sporo Ukraińców. Było też kilkoro Arabów, Nigeryjczyk, Węgier, Bułgar. O wiarę nie pytamy, najczęściej sami mówią, że są ateistami i Boga nie ma. Nie jestem tam po to, aby ich nawracać, czy też przekazywać prawdy wiary katolickiej (to robię na spotkaniach z bierzmowanymi), jestem za to po to, aby zapewnić im bezpieczeństwo i opiekę. A więc muszę się wykazać pełną tolerancją. No, prawie pełną, bo jak raz pewien muzułmanin zaczął grozić innym, że ich "pozabija za wiarę" musiałam interweniować. Wysłałam go do pedagoga, dostał ostrzeżenie. Pomogło na tyle, że do końca pobytu u nas nie robił już tego typu akcji.
Ostatnio do mojej grupy przyszła dziewczynka będąca wyznania Świadków Jehowy. Miałam styczność z tym wyznaniem w szkole podstawowej i gimnazjum, kiedy jedna z moich koleżanek też wyznawała tą wiarę. Później, w liceum, też miałam styczność z takimi osobami. Wiem więc mniej więcej o co w tym chodzi, nigdy jednak specjalnie nie wnikałam w ich system wierzenia. Aż do teraz. Wiecie, żeby lepiej wiedzieć z czym tak naprawdę mam do czynienia. Teraz jestem też dużo bardziej świadoma tych różnic i tak też odebrałam to, czego się dowiedziałam - nie jako zaspokojenie własnej ciekawości, choć to pośrednio też, ale jako różnice, które są między nami.
Na youtube nie brakuje świadectw osób, które były kiedyś członkami Świadków Jehowy, jak można się domyślać - krytycznie odnoszą się do tej organizacji. Co ciekawe, oni sami uważają się za wyznawców religii, bo:
  1. Mają spójny system wierzeń, który jest oparty na interpretacji Biblii,
  2. Prowadzą regularne spotkania religijne, takie jak zebrania w Salach Królestwa,
  3. Prowadzą działalność misyjną oraz ewangelizacyjną,
  4. Mają ustaloną strukturę organizacyjną, z centralnym zarządem (Ciało Kierownicze) w Brooklynie w Nowym Jorku.
I to by nie było takie złe, gdyby Świadkowie Jehowy nie przejawiali tak dużo zachowań typowych dla sekt, czyli grup religijnych, które wyłoniły się z większej religii i mają odmienne praktyki lub wierzenia. Sektą nazywamy również taką grupę religijną, która jest postrzegana jako odizolowana, manipulująca czy też kontrolująca. Świadkom Jehowy zarzuca się m.in.:
  1. Kontrolę nad członkami grupy pod postacią izolacji od społeczeństwa - Świadka Jehowy zachęca się do ograniczenia kontaktów z osobami spoza organizacji. Może to prowadzić do izolacji społecznej, jak też utrudniać integrację z szerszą społecznością. Także zakładanie rodzin poza organizacją nie jest mile widziane. Świadkowie łamiący zasady organizacji albo samowolnie ją opuszczający, są wykluczani i poddawani ostracyzmowi przez rodzinę i znajomych, którzy w dalszym ciągu są członkami grupy. To z kolei może prowadzić do stresów emocjonalnych i psychologicznych. Wiele osób wykluczonych przeżywa depresję i popełnia samobójstwa.
  2. Kontrola informacji (ograniczony dostęp do informacji) - uważają, że jedynym odpowiednim źródłem informacji jest Pismo Święte bądź literatura publikowana przez Towarzystwo Strażnica. Nawet taka decyzja, jak pójście na studia, nie jest przez nich mile widziana.
  3. Emocjonalna manipulacja (strach i poczucie winy): organizacja często wykorzystuje strach przed Armagedonem i poczucie winy jako środki motywacyjne. Nieposłuszeństwo może prowadzić do wiecznego zniszczenia.
  4. Zasady medyczne (zakaz transfuzji krwi): Świadkowie Jehowy mają zakaz transfuzji krwi, to zaś może prowadzić do zagrożenie zdrowia, a nawet życia. Zakaz ten może być w szczególności niebezpieczny dla dzieci, które nie mogą decydować o własnym leczeniu.
  5. Brak tolerancji dla niezależnego myślenia - krytykowanie lub kwestionowanie decyzji Ciała Kierowniczego jest silnie zniechęcane. To najczęściej prowadzi do utraty samodzielnego myślenia.
Znalazłam też ciekawy filmik przedstawiający to, czego dzieci będące Świadkami Jehowy nie mogą robić w szkole (chociaż podejrzewam, że w ogóle w życiu).
Myślę, że to będzie bardzo ciekawe funkcjonowanie młodego człowieka w naszej społeczności. A tak na serio to jestem tym trochę przerażona, ale nie mniej niż jakiś czas temu propozycją pełnego prowadzenia kandydatów do bierzmowania. Chciałabym napisać, że będzie dobrze... jednak co, jeśli nie będzie? Nie chcę nawracać dzieciaka, ale nie chcę też, aby dezorganizował zajęcia, bo jego wiara mu na coś nie pozwala. Przecież to tylko dziecko...

poniedziałek, 10 marca 2025

2146. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa!

Mniej więcej tak się czułam po dzisiejszych zajęciach z "Opieki nad małym dzieckiem". Pewnie zupełnie niesłusznie, pewnie z powodu głupiego błędu systemowego, pewnie w innych okolicznościach jeszcze bym się z tego śmiała. A tak wyszło jak wyszło.
Mieliśmy właśnie drugie zajęcia ze wspomnianego przedmiotu (mamy go co 2 tygodnie). Po raz drugi nie zostało wyczytane moje nazwisko podczas sprawdzania obecności. Za pierwszym razem jeszcze myślałam, że to albo przeoczenie, albo po prostu nie odczytała, ale zaznaczyła, że jestem. Teraz jednak trochę mnie to zaniepokoiło, więc grzecznie zwróciłam jej uwagę, że mnie nie wyczytała. Bez pretensji, bez oskarżania, po prostu "Przepraszam, pominęła mnie pani doktor podczas wyczytywania obecności". Tylko tyle, i, jak się okazało - aż tyle.
Babce zwężyły się te jej oczka, których boję się od pierwszych chwil, kiedy się z nią zetknęłam na pierwszym roku licencjatu. I najbardziej chłodnym z możliwych głosów oznajmiła mi, że ona ma listę wydrukowaną z USOSa i skoro nie ma mnie na niej, to pewnie nie ma mnie w systemie, a skoro nie ma mnie w systemie, to może zostałam skreślona z listy studentów, a skoro zostałam skreślona z listy studentów, to nie powinno mnie być na zajęciach. Zrobiło mi się przykro, poczułam się jak oszustka, zwłaszcza, że nie mam sobie nic do zarzucenia. Zresztą, z tego co mi wiadomo, póki trwa sesja poprawkowa nikt nikogo nie może skreślić. No, chyba że na moją własną prośbę.
Co prawda od początku czuję, że ta wykładowczyni mnie nie toleruje, ale bez przesady. Przypomniała mi się sytuacja z AWFu, gdzie babka od angielskiego też przez kilka semestrów próbowała mnie zniszczyć i udało jej się to. Kurczę, wiem, że jestem specyficznym studentem, ale ta moja specyficzność wynika z niepełnosprawności, a nie np. złośliwości. A że np. dłużej piszę ręcznie od innych albo potrzebuję dłuższej chwili na wypowiedź, to nie do końca moja wina. Z drugiej strony, u jej małżonka piszę pracę i jest w porządku, tak samo jak podczas zaliczania przedmiotów. Więc o co chodzi?
Zresztą nie tylko mnie brakuje na liście. Koleżanka trochę mniej łagodnie to zgłosiła i została bez problemu dopisana do niej. Tak samo druga. Więc o co chodzi? Hm... miałam do prowadzącej podejść z kartą z warunkami zaliczenia (nie mogę być na wszystkich zajęciach), ale tak się przeraziłam jej niezrozumiałą dla mnie reakcją, że nie zrobiłam tego. Za to do końca dnia chodzę rozbita. I na studiach, i w pracy. Na szczęście dzisiaj nie miałam bierzmowanych, a zamiast tego poszłam na trening. Co prawda przez zapalenie stawów kolanowych nie pobiegałam, ale powyżywałam się podczas kuli. Tak, że już wieczorem na "Kręgu Biblijnym" było w miarę dobrze z moją wewnętrzną stabilizacją.
A po powrocie do domu z ciekawości zerknęłam na listy z tego przedmiotu na USOSie. I jak myślicie, co się okazało? Oczywiście, że jestem na nich, i to jako "aktywna". Ale przecież to "mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa", że nie ma mnie na tych jej. Boszszsz... przetrwać tych 13 tygodni (mniej więcej tyle zostało mi do końca), obronić magistra i zamknąć ten interes. O ile ta kobieta nie będzie mi rzucać kłód pod nogi, bo to nigdy nic nie wiadomo.

niedziela, 9 marca 2025

2145. Czy jest ktoś, kto nie chciałby takiego kamienia?

Kończę czytać jedną z poleconych przez kogoś z Was, moi drodzy czytelnicy, książkę zatytułowaną "Światło, którego nie widać" Anthony'ego Doerra (pamiętacie może, kto z Was mi ją polecił? Bo chyba nie odnajdę tego komentarza). Nie jest ona cienka, ma 656 stron, ale wciągająca. Doszło do tego, że przeczytałam ok. 300 stron za jednym razem, czekając przez 2,5 godziny na zajęcia w Oratorium w S-cu. Aż ksiądz Jacek nie krył zaskoczenia, bo to już drugie opasłe tomisko, które przy nim przerabiam. Ale co ja na to poradzę, że lubię to robić?
Czytam, czytam i robi mi się tak cieplej od środka. Ogólnie przedstawiona została w niej historia niewidomej dziewczyny, Marie - Laure, która wraz z ojcem aż do wybuchu II wojny światowej mieszka w Paryżu. Kiedy w wieku 6 lat dziewczynka straciła wzrok, kochający rodzic wystrugał dla niej makietę miasta, aby mogła lepiej je poznać. Kilka lat później wybucha wojna i zostają zmuszeni do przeniesienia się do krewnego w Saint-Malo. Niebawem ojciec dziewczynki znika, pozostawiając jej podobną jak w Paryżu makietę miasta Saint-Malo oraz kamień Morze Ognia, który prawdopodobnie posiada niesamowite właściwości.
Ową legendę słyszał śmiertelnie chory niemiecki sierżant nazwiskiem Rumpel. Przekonany o niezwykłej sile kamienia postanawia go znaleźć. To z kolei nie jest takie łatwe, ponieważ nie wie, gdzie szukać ślusarza i jego niewidomej córki. W końcu wpada na pewien trop.
Werner jest utalentowanym w sferze techniki Niemcem w wieku Marie. Po szkoleniu w nazistowskim ośrodku trafia na front, gdzie do jego zadań należy namierzanie i likwidowanie radiostacji wrogów. W pamięci ma jednak chwile z dzieciństwa, gdy razem z siostrą słuchali audycji radiowych na poddaszu w domu dziecka. W trudnych chwilach, kiedy w zbombardowanej piwnicy czeka na pomoc, albo na śmierć, udaje mu się złapać falę, na której dziewczyna czyta fragment powieści "200 mil podmorskiej żeglugi", co dodaje mu otuchy. Nie wie jednak, że owa dziewczyna jest niewidoma, książka napisana jest Breillem, a drogi całej trójki osób zbiegną się w dość nieoczekiwany sposób.
Podczas lektury moją uwagę zwrócił dosyć niepozorny drobiazg, jakim był wspomniany kamień, Morze Ognia. Aż sprawdziłam, czy istnieje coś takiego i okazało się, że jest to wymysł autora. Wedle książki miał on posiadać magiczną moc chroniącą jego właściciela. Ojciec Marie wierzył, że ochroni on córkę w czasie nalotów, Rumpel, że uzdrowi go z nowotworu. Czy faktycznie miał magiczne właściwości, nie wiadomo. Finalnie trafił on jednak do morza. Ale tak podczas czytania fragmentów z nim związanych przyszła mi na myśl serialowa Sagala, która też spełniała życzenia właściciela. I też była poszukiwana przez czarny charakter (niejakiego Kruksa), który dzięki niej miał się stać bogaty. Bo w sumie chyba każdy chciałby mieć takie kamienie posiadające cudowne moce. Tylko czy umielibyśmy umiejętnie z nich korzystać?

sobota, 8 marca 2025

2144. Ptasia kartka

Mówi się, że na studiach dziekanat to to miejsce, które najlepiej omijać szerokim łukiem. Muszę jednak przyznać, że pod tym względem mam chyba miałam niesamowite szczęście. Pomijając dziekanat na AWFie w Katowicach, który jak nic był odzwierciedleniem stereotypowego obrazu tej instytucji*, to raczej nie mogę narzekać pod tym względem. I w Instytucie Pedagogicznym i na Wydziale Teologicznym pracują panie, które naprawdę z chęcią służą pomocą i dobrą radą. I to nie tylko w dziekanatach, ale i w sekretariacie na Teologicznym. A może nawet tam bardziej? Bo częściej tam bywam, niż w dziekanacie? Ale co ja na to poradzę, że z sekretariatu przechodzi się do gabinetu władz, a z prodziekanem umówiłam się na zaliczanie wejściówek w ramach jego dyżurów? Ale chyba po prostu mam szczęście do sekretariatów na uczelniach. Pamiętacie jak pisałam tutaj o pani Mary Poppins? Ona też pracowała w uczelnianym sekretariacie.
We wspomnianym sekretariacie na Wydziale Teologicznym pracuje mama jednej z moich koleżanek z grupy. Bardzo ją lubię, ale to jest tego typu osoba, której nie da się nie lubić. Zawsze uśmiechnięta, zawsze pierwsza chętna do pomocy, czasami odsyła mnie na zajęcia, a potem powiadamia Zuzę, że mogę już zejść i załatwić to, co mam do załatwienia. Podobno też od czasu do czasu rozmawia o mnie z Zuzą, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. 
Ostatnio miała imieniny. Nie wiem dlaczego, ale poczułam wewnętrzną potrzebą złożenia jej życzeń, aby choć w ten skromny sposób odwdzięczyć się za jej dobro. Chociaż to i tak za mało, wobec tego, co od niej otrzymałam. Z tej okazji postanowiłam zrobić dla niej skromną kartkę imieninową. A ponieważ idzie wiosna, to nie mogło być inaczej i pojawił się na niej ptaszek.
Mam nadzieję, że jej się spodoba.

* przypomina mi się pytanie osoby odpowiedzialnej za sprawy studentów niepełnosprawnych na AWFie w Kato - co chcielibyśmy zmienić na uczelni aby ułatwić nam funkcjonowanie. Odpowiedź była jednoznaczna - panie w dziekanacie :).

czwartek, 6 marca 2025

2143. Czy Bóg może mieć kobiece cechy?

Nad takim pytaniem zastanawialiśmy się podczas dzisiejszego spotkania studenckiej grupy formacyjnej "Piekarnik". Temat spotkania z zaproszonym gościem, czyli pracującą w "Gościu Niedzielnym" Magdaleną Jóźwik, zbiegł się w czasie z wypadającym na dniach Dniem Kobiet.
Zanim jednak w ośrodku formacyjnym przy kawie i cieście wysłuchaliśmy tego, co pani Magda ma do powiedzenia, zgromadziliśmy się w kaplicy Wydziału Teologicznego na Mszy świętej, która otwiera praktycznie każde spotkanie. Cieszę się, że są one o godzinie 18:30, bo dzięki temu mogę spokojnie na nie dotrzeć po pracy. Tym razem swoją obecnością zaszczycił nas rektor Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego w K-cach, wykładowca naszego wydziały, rocznikowy i pokojowy kolega księdza Krisa, a nawet przez jakiś czas opiekun mojego rocznika. Podczas kazania opowiedział nam o trudnej i wymagającej chrystusowej drodze błogosławieństw, o współczesnej kulturze przesytu, a także o swoich dziecięcych dylematach, czy z okazji Pierwszej Komunii Świętej otrzymać od rodziców rower BMX czy też Commodore 64. 
Po Mszy oraz grupowym zdjęciu udaliśmy się do ośrodka duszpasterstwa akademickiego, gdzie przy rozmowach czekaliśmy na przybycie pani Magdaleny. Kiedy już to się stało, każdy z nas przedstawił się z imienia, miasta, z którego przybył, a także kierunku, który studiuje. Kiedy kolejka dotarła do mojej osoby i wymieniłam wymagane dane, ksiądz Kris z humorem dodał, że na koncie mam jeszcze kilka ukończonych kierunków. Po sali przeszedł pomruk śmiechu. No, jakoś tak wyszło.
Następnie odbył się wykład, który przybrał trochę niespodziewaną dla mnie formę i treść. Tutaj chciałabym zaznaczyć, że jest to już drugie podejście pani Magdy do jego wygłoszenia - pierwotnie miała się u nas zjawić jeszcze w czerwcu, ale choroba pokrzyżowała jej plany. Ale jak mówi pewna mądrość ludowa - co się odwlecze to nie uciecze, spotkanie to zostało po prostu przesunięte na inny termin. Pani Magda mówiła sporo o obrazie kobiet w Piśmie Świętym - że odzwierciedlały one większość ludzkich cech - od delikatnej i opiekuńczej Maryi po władcze i waleczne kobiety z kart Starego Testamentu, np. Rut i Estery. A skoro każdy z nas został stworzony na Boży obraz i podobieństwo, toteż i kobiety. A zatem Bóg, chociaż występuje w rodzaju męskim, posiada w swojej naturze i cechy żeńskie. W bardzo ciekawym kierunku poszła dyskusja odnośnie tego, jak wyglądałyby znane nam historie biblijne napisane kobiecą ręką (bo praktycznie 99% treści na pewno zostało spisanych z męskiej perspektywy). Na co zwróciłyby uwagę? Co opisałyby w dokładny sposób, a co pominęły. Mówiliśmy też o naszej różnorodności i jak ważne jest, abyśmy zwracali na nią uwagę, na zalety tego, że każdy z nas jest inny. Bo to, że kobiety posiadają inny zestaw cech, a mężczyźni inny, jest czymś pięknym. Wszak świat byłby wręcz nudny, gdybyśmy byli tacy sami (skojarzyło mi się to ze spektaklem "Inny", o którym pisałam Wam >>tutaj<<). I tak zupełnie na koniec rozmowa zeszła na temat księży, na co obecny wśród nas ksiądz Kris zareagował wymownym milczeniem (zwłaszcza na tezę, że również on ma w sobie choć minimalny pierwiastek cech kobiecych).
To było, przynajmniej dla mnie, ciekawe i ważne spotkanie, otwierające mi oczy na wiele spraw, z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy. Mam nadzieję, że ksiądz wrzuci nagranie wykładu na naszą wewnętrzną grupę, bo chciałabym sobie wynotować kilka rzeczy z niego. A jak nie, to też nic wielkiego i strasznego się nie stanie. Najważniejsze dla mnie rzeczy wynotowałam sobie po powrocie do domu. Nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie mogą się przydać.
A zainteresowanych odsyłam na kanał pani Magdy na youtubie, gdzie znajduje się wiele ciekawych treści religijnych - Teologia przy kawie.

wtorek, 4 marca 2025

2142. Naszkicować plan działania

Na początek chcę się z Wami podzielić przepięknym niebem, którym miałam zaszczyt zachwycać się o 6:30 rano czekając na autobus. Aż dech mi zaparło z wrażenia.
I już wiedziałam, że to będzie dobry, chociaż długi dzień.
Jeżeli człowiek zostaje po godzinach na uczelni, to musi się dziać coś szczególnego. Tym czymś szczególnym okazało się spotkanie większej części naszej Wydziałowej Rady Samorządu Studenckiego z duszpasterzem akademickim, księdzem Krisem. Pierwotnie mieliśmy się spotkać po Mszy świętej na rozpoczęcie nowej kadencji (pisałam o niej >>tutaj<<), ale wtedy mieliśmy małą obsówkę w czasie i w ostateczności przenieśliśmy to spotkanie na nieokreślony termin. Kilka dni temu nasza obecna przewodnicząca rozpytywała nas, czy mamy czas zostać we wtorek po długiej przerwie, bo wtedy ksiądz zgłosił swoją chęć i czas, aby z nami usiąść i porozmawiać. Większości z nas pasowało, więc "klepnęliśmy" ten termin.
Tym sposobem pięcioosobowa reprezentacja miała okazję podebatować z księdzem Krisem i podzielić się pomysłami na współpracę pomiędzy Wydziałem Teologicznym, a Duszpasterstwem Akademickim "Centrum". Bo jak dotąd była ona raczej na minimalnym poziomie. Nie będę pisać dlaczego, ale mam wrażenie, że byłej-Starościny, która przez kilka lat pełniła funkcję przewodniczącej Wydziałowej Rady Samorządu Studenckiego (jak to się mogło stać?) naprawdę niewiele osób lubi. Szczególnie na naszym wydziale. Na spotkaniu padło wiele ciekawych propozycji, m.in. rozreklamowanie akademickich Mszy świętych, spotkań duszpasterstwa, może jakiś wspólny wyjazd, może konferencja. W każdym razie jest chęć wzajemnej współpracy, a to jak na razie wydaje się najważniejsze. Podstawowym kanałem informacyjnym, poza komunikatorami internetowymi, zostałyśmy ja i Madziałek, jako członkinie duszpasterstwa. Oj, oj, robi się odpowiedzialnie.
A poza tym był to czas po prostu na rozmowę, na poznanie siebie wzajemnie, zwłaszcza tych, którzy nie są związani z Duszpasterstwem Akademickim. Na wspomnienia księdza związane ze studiowaniem na tym wydziale. Niektóre z nich były zabawne, a inne ciekawe. No cóż, nie zawsze jest tak wesoło i przyjemnie jak byśmy chcieli. Jednak z perspektywy czasu nie żałuję, że złożyłam papiery najpierw na pierwszy stopień studiów, potem na drugi, chociaż pierwotnie tego nie planowałam. Wiele się nauczyłam przez tych niespełna 5 lat na temat pracy z rodzinami, zwłaszcza tymi, które mają jakieś deficyty. Bo o to głównie chodzi na tym kierunku, a nie jak wiele osób w komentarzach sugerowało, że dla założenia rodziny nie są potrzebne studia. To tak, jakby pisać, że na pedagogikę idzie się po to, aby wiedzieć jak wychowywać swoje dzieci, a na bibliotekarstwo, aby wiedzieć co im czytać. A myślę, że nie taka była główna motywacja wyboru tego typu studiów.
Po wyjściu z uczelni tradycyjnie 3,5 godziny spędzone w pracy, a potem najszybciej jak się dało (co jest awykonalne przy rozkopanym S-cu) wracałam do domu. No, prawie, bo jeszcze wstąpiłam do kościoła, aby pomóc w budowie (chociaż to chyba nie jest adekwatne określenie) dekoracji wielkopostnej. Wiecie, nie spodziewałam się obecności kogoś z kandydatów do bierzmowania, myślałam, że będą mieli coś innego do roboty na wieczór. A tu proszę, przyszło kilka sztuk, ot tak. Ale z drugiej strony to każda para rąk była na miarę złota, bo dzięki temu szybciej zakończyliśmy naszą pracę.

Przy okazji trochę porozmawialiśmy o okresie Wielkiego Postu, jego sensie, nabożeństwach (chociaż jeszcze ich nie podpytałam co z Drogą Krzyżową), jak każdy z nich go rozumie. Podzieliłam się też z nimi pewną grafiką, na temat wyrzeczeń związanych z tym okresem liturgicznym.
Bo kto powiedział, że musimy rezygnować z czegoś wielkiego i spektakularnego? Czasami warto zacząć od niewielkich rzeczy, w których uda nam się wytrwać. To od nas zależy, czy wykorzystamy ten okres, aby w jakimś stopniu stać się lepszym, czy też nie. I chociaż pewnie w komentarzach przeczytam, że każdy czas jest ku temu dobry, to tak właściwie od czegoś trzeba zacząć. Dlaczego więc nie miałoby to być tych 40 dni poprzedzających Wielkanoc?