Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 30 marca 2023

1551. Wielkanocny jarmark świąteczny na katowickim rynku

W wielu polskich miastach tuż przed świętami Wielkanocy pojawiają się jarmarki, albo chociaż kiermasze świąteczne. Pojawiają się wtedy budki i stragany, które cieszą oczy przechodniów, a i niejeden z nich upoluje coś dla siebie pośród tych cudeniek.
Jednym z takich miast są też Katowice. Na Katowickim rynku jarmark pojawia się przynajmniej dwa razy w roku - w okolicach świąt Bożego Narodzenia oraz Wielkanocy. Jarmark Bożonarodzeniowy w moim obiektywie mogliście zobaczyć w >>TYM<< oraz w >>TYM<<. Dzisiaj natomiast chciałam Was zabrać na wielkanocny jarmark, który miałam okazję zobaczyć w ciągu ostatniego tygodnia. Akurat zdążyłam go zwiedzić zanim miałam przygodę z kolanem, z czego bardzo się cieszę, bo nie wiem czy dałabym radę zrobić to teraz. Jest już co prawda lepiej, ale nie tak dobrze, jak było.
Wielkanocnego jarmarku jeszcze Wam chyba nie przedstawiałam, więc tym bardziej robię to z radością i uśmiechem na mordce. Mam nadzieję, że nie będziecie się nudzić podczas odwiedzin.
Na rynku warto zwrócić uwagę nie tylko na jarmark.
Czyżby to były tulipany? Przekonamy się niebawem
Nakombinowałam się, aby zlokalizować tego kruka, ale jak już tego dokonałam to musiałam go utrwalić
W centrum miasta znajduje się jeden z kilku fortepianów, do którego może zasiąść niemal każdy
A to już widok na jarmark. Tylko ten słup pasuje tam jak pięść do nosa
Już od wejścia kuszą nas babki wielkanocne i inne smakołyki
Śliczny ten serwis
Mniam, tyle łakoci na raz...
Zające, widzę zające
Armii zajęcy ciąg dalszy
Wielkanocne akcenty są także na budkach
Apetycznie wygląda a jednak to świeczki
I znowu zające
Pisanki z naturalnych wydmuszek
A tutaj żółciutkie kurczątka 
Zachwyciło mnie wykonanie wnętrza tego jaja
Ozdoby świąteczne
Cukierki M&M?
Różnokolorowe łapacze snów
Jarmark ma być do 10 kwietnia, więc jeżeli jesteście chętni, aby zobaczyć go na własne oczy, to serdecznie zapraszam. Tym bardziej, że nie wszystko utrwaliłam na fotografiach.

środa, 29 marca 2023

1550. "Filip" - o wojnie z innej perspektywy

Film "Filip" należy do tych, które chciałam zobaczyć od pierwszego zobaczonego jego zwiastuna. Został on nakręcony w taki sposób, że zachęcił mnie do obejrzenia całości:

Dodatkowo dowiedziawszy się, że został on nakręcony na podstawie książki Leopolda Tyrmanda pod tym samym tytułem, postanowiłam również ją przeczytać.
(źródło plakatu)
Być może byłby to kolejny film, który obejrzałabym dopiero w momencie, kiedy puściliby go w telewizji, względnie umieścili na jakiejś bezpłatnej platformie internetowej. Tak było w przypadku wielu filmów, na które początkowo miałam ochotę iść do kina, jednak albo brak czasu, albo to, że mieliśmy iść na coś całą grupą, ale nie wyszło sprawiało, że jednak nie obejrzałam ich na dużym ekranie. Było bardzo prawdopodobne, że "Filipa" spotka kolejny los - kiedy wchodził na ekrany, ja zmagałam się z infekcją, w zeszłym tygodniu nadrabiałam powstałe w jej wyniku zaległości na uczelni. W planach był więc ten tydzień, ale okazało się, że znana sieć kinowa mająca też siedzibę w moim mieście, zakończyła już jego emisję. Podobnie zresztą w zeszłym roku rzecz się miała z "Prorokiem" opowiadającym o Stefanie Wyszyńskim - szedł zaledwie jakieś dwa tygodnie, a kiedy ksiądz Darek chciał nas na niego zabrać, okazało się, że już skończyli go wyświetlać nie tylko u nas, ale i w pobliskich punktach sieci. Jednak coś mnie tknęło i zobaczyłam jeszcze inne kina. Okazało się, że film można jeszcze obejrzeć w innej sieciówce, tyle że w Kato. Jedna z godzin emisji była na tyle przystępna, że mogłam na nią iść jeszcze przed rozpoczęciem pracy. I chociaż nie zdążyłam jeszcze przeczytać pierwowzoru książkowego (w wersji pdf jednak schodzi to dużo dłużej), to jednak skusiłam się na seans filmowy. Kto wie, drugiej takiej okazji może nie być.
Filipa, tytułowego bohatera ekranizacji, poznajemy w 1941 roku w warszawskim getcie, gdzie przebywa razem z rodzicami i dziewczyną, Sarą. Właśnie ma się odbyć premiera występu kabaretowego, w którym młodzi mają występ taneczny. Na widowni siedzi wiele osób, w tym rodzice Filipa. Tuż przed występem Filip oświadcza się Sarze, a ona przyjmuje je. Szczęście młodych trwa kilka chwil - wkrótce do pomieszczenia wpadają Niemcy i strzelają do widzów oraz występujących na scenie osób. W jednej chwili Filip traci wszystkich swoich bliskich, sam cudem unika ich losu.
Występ kabaretowy chwilę przed tragedią (źródło zdjęcia)
Od tamtych wydarzeń mijają dwa lata. Filip przebywa w nazistowskich Niemczech. Nikt nie wie, że jest Polakiem, a tym bardziej Żydem. Mężczyzna przybiera bowiem postać Francuza. Wraz z innymi obcokrajowcami pracuje w restauracji w jednym z hoteli. W wolnych chwilach "trudni się" podrywaniem dziewczyn i szybkimi przygodami seksualnymi. Chociaż wie, że prawo niemieckie zabrania obcowania płciowego rodowitym obywatelom Niemiec z obcokrajowcami pokusa jest silniejsza. Filipa nie odstrasza nawet pokazowy proces stracenia przyłapanych na tym procederze współpracowników, ani przesłuchanie na gestapo. Wkrótce zakochuje się w poznanej na basenie Lisie. Ponieważ jeden ze znajomych Filipa wyrobił mu lewy paszport, para postanawia uciec do Paryża. Niestety, bombardowanie przez aliantów niweczy ich plan. Kiedy za kradzież alkoholu zostaje zastrzelony największy przyjaciel Filipa, ten przestaje widzieć sens w otaczającym go świecie. Najpierw pragnie umrzeć, ale potem chce się zemścić na Niemcach. W tym zamiarze pomaga mu dawna znajoma z Polski.
Eryk Kulm jako Eryk (źródło zdjęcia)
Film obrazuje w jaki sposób wojna wpływała na ludzi, zwłaszcza młodych, którzy poznali ją od najbardziej mrocznej strony. W getcie Filipowi może nie wiodło się najlepiej, ale miał bliskich, w których zawsze mógł znaleźć oparcie. Zresztą nawet chciał się żenić z Sarą. Dwa lata później był już wolny, jednak brakowało mu tej takiej opoki, na której mógłby się oprzeć. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że ma on oparcie w Pierre'u, Staszku, aż w końcu w Lisie. Niestety, traci je kiedy Pierre zostaje zastrzelony, Staszek popełnia samobójstwo, a związek z Lisą zostaje zerwany. 
Robert Więckiewicz jako Staszek
(źródło zdjęcia)
Filip daje się poznać, jako ryzykant, a zarazem człowiek obdarzony niesamowitym szczęściem. Ryzykuje, kiedy współżyje z Niemkami. Raz nawet zostaje w tej sprawie wezwany na posterunek gestapo i brutalnie pobity. Ryzykuje, kiedy wdaje się w dziwne interesy ze Staszkiem, który "opiekuje się" Polakami w Niemczech. Za każdym razem wynosi dla niego z restauracji jakiś dobry alkohol. Ryzykuje, kiedy chce uciec z Lisą do Paryża. Nie tylko to, że zginie podczas nalotu aliantów (w ogóle tego pewnie nie bierze pod uwagę, bo nalot był niespodziewany), ale też to, że zostanie stracony za ucieczkę z pracy. Ryzykuje, kiedy pod wpływem emocji mówi pracodawcy prawdę o swoim pochodzeniu oraz wyznawanej religii. W końcu ryzykuje wtedy, kiedy chce się zemścić na Niemcach za wszelkie doświadczone zło. Ze wszystkich opresji wychodzi jednak cało, a więc można mówić, że ma szczęście.
Trochę mnie zaskoczył finał historii. To znaczy wiedziałam, że główny bohater ocaleje, ale nie pomyślałabym, że tak skończy się film. Dla mnie wyglądało to tak, jakby on się urwał w trakcie jakiejś akcji. Nie wiem jak się kończy książka, bo tak jak pisałam wcześniej, jeszcze jej całej nie przeczytałam. Jednak co do filmu czuję tutaj pewien niedosyt. Ale to jedyny minus. No, może poza aktami seksualnymi, które są trochę wulgarne (podobnie jak niektóre zwroty) ale z tego co wiem, to wpuszczają na ten film od 16 roku życia, a więc mogę na nie przymknąć oko.
A skąd wiedziałam, że Filip przeżyje wojnę? Książka zawiera elementy autobiograficzne jej autora. A skoro Leopold Tyrmand przeżył wojnę, to było niemal pewne, że stworzony przez niego bohater też. Trzeba jednak pamiętać, że to nie jest taka typowa biografia Tyrmanda, a więc nie odzwierciedla całego jego życia (a przynajmniej tych trzech lat). Są pewne rozbieżności, które jednak nie wpływają na ogólny odbiór całości.

wtorek, 28 marca 2023

1549. Gdyby kózka nie skakała...

Tak właściwie to ani nie skakałam, ani nóżki nie złamałam. Ale cóś mi się stało z kolanem. A było to tak:

W okolicach godziny 10:00 byłam na etapie poszukiwania autobusu mającego mnie zawieść w określone miejsce. Ponieważ w zasadzie jechałam tam po raz drugi (za pierwszym razem dojeżdżałam z 3 przesiadkami), nie za bardzo się jeszcze orientuję skąd odjeżdża najlepszy dla mnie na tą trasę autobus. Owszem, strona internetowa podaje lokalizację przystanku, ale jest ona zbyt ogólna... Inaczej, taką nazwę mają trzy przystanki, z których odjeżdżają różne autobusy w różnych kierunkach. Jeżeli człowiek nie ma pojęcia na które stanowisko ma podejść, to ma 33,33... (kocham takie nieskończone wyniki) szans, że trafi. Sama nie wiem, czy to dużo, czy też mało. Na pewno sporo. 
Obeszłam wszystkie trzy przystanki i nic. Nawet nie zlokalizowałam takiego kursu na rozkładzie jazdy. Owszem, był rozkład dla linii 840, ale nocny. Tymczasem ja potrzebowałam dziennego. Wzruszyłam ramionami, sądząc że w pośpiechu w domu nie zwróciłam uwagi na to, że jeździ on tylko po ciemku i wzięłam go za normalny. 
Poszłam więc na Dworzec Autobusowy, szumnie nazwany Międzynarodowym. Oprócz autokarów rejsowych odjeżdża z niego sporo autobusów miejsko - podmiejskich. Ale i tam okazało się, że na tablicy rozkładowej nie było oczekiwanego kursu. 
Podjechałam jeszcze na dworzec autobusowy pod dworcem kolejowym PKP, z którego też odjeżdżają różne kursy, niekoniecznie te same, co spod Dworca Autobusowego. Ale tego jednego, konkretnego nie było. I nie wiem co mnie podkusiło, ale postanowiłam iść na ten pierwszy przystanek (gdzie są te trzy różne). Stamtąd chciałam podjechać bliżej Ch-wa, a następnie przesiąść się na jakiś autobus, który zawiezie mnie na miejsce. 
No, ja nie wiem dlaczego nie zostałam na tamtym dworcu, bo z niego też pewnie coś jedzie. Człowiek w stresie robi różne dziwne rzeczy (w tym pisze na maksymalną liczbę punktów rozszerzoną maturę z matematyki). W każdym razie zaczęłam iść po schodach do góry (na halę dworcową) i w pewnym momencie jak mi coś nie strzyknie w kolanie. Ale wiecie, tak porządnie, że ani nogi wyprostować, ani na nią stanąć, a w oczach łzy z bólu. Przede mną było jeszcze kilka schodów, których nie byłam w stanie pokonać. Trochę mnie to przestraszyło, bo jednak nie przypominałam sobie podobnej sytuacji.
Powoli, bo powoli, ale jakoś wyskrobałam się na górę. A potem poczłapałam w obranym kierunku. Ból nie ustępował. Nie mogłam też w dalszym ciągu ani wyprostować lewej nogi w kolanie, ani na niej stanąć więc bardziej kulałam, niż szłam. Pocieszało mnie jednak to, że posuwałam się na przód. W końcu dotarłam na miejsce. 
Na autobus nie musiałam długo czekać. Co prawda to nie był wyczekiwany przeze mnie 840, jednak dowiózł mnie do granicy miast. A stamtąd udało mi się podjechać już innym w odpowiednie miejsce. Jak myślicie jaki był jego numer? O dziwo - 840. 
Po 2 godzinach wracałam z powrotem. Tym razem bez większych przygód, za to z coraz bardziej obolałym kolanem. Zresztą wcale mu się nie dziwię. Może odnowił w nim się jakiś dawny uraz? Po tylu zderzeniach z ziemią to wcale nie byłoby takie dziwne. Ledwie chodzę, a trener jeszcze się pyta, dlaczego nie chodzę. Może gdyby treningi były treningami, a nie szopką, to bym chodziła. A tak. No sorry. Jakbym też olewała swoje zadania i wykonywała pracę w świetlicy byle jak, to nie dość, że nie dostałabym wypłaty, to jeszcze by mnie zwolnili. I to nie jest tylko moje zdanie.

A na koniec okazało się, że daleko szukałam przystanku, z którego odjeżdża poszukiwana 840, a tak właściwie jest on na tym samym dworcu, na który przyjeżdżam z D-G. Sprawdzałam to po powrocie do domu, nie ma go w oficjalnym spisie przystanku na stronie internetowej komunikacji metropolitarnej. Ale z drugiej strony, wiedziałam że dosyć często widzę ten numer, ale nie umiałam skojarzyć miejsca. Dobrze o tym wiedzieć, zwłaszcza że czeka mnie jeszcze ok. 10 takich wypraw. Mam tylko nadzieję, że bez bolącego kolana w bonusie. 

niedziela, 26 marca 2023

1548. Przyjaciele z Szarych Szeregów

Nie wiem, czy współcześni uczniowie to czytają, ale za moich czasów gimnazjalnych była taka lektura jak "Kamienie na szaniec" autorstwa Aleksandra Kamińskiego*. Dokładnie w drugiej klasie. A skoro wymagana była od niepełnosprawnych, również tych lekko upośledzonych umysłowo (bo i tacy znaleźli się w naszym sportowym zespole klasowym), to musiała być ona odgórnie obowiązkowa. Bo oni mieli do czytania tylko takie, my z normą intelektualną czytaliśmy także lektury dodatkowe (a wszyscy dookoła mi zazdrościli, że skoro uczę się w szkole "specjalnej", w dodatku w klasie sportowej, to uczę się minimum z minimum). 

Alek Dawidowski
(3 listopad 1920 - 30 marzec 1943)
(źródło zdjęcia)
Jej akcja rozgrywa się w okresie II wojny światowej i opowiada historię działalności organizacji nazywającej się Szare Szeregi na kanwie życia trzech przyjaciół Aleksego Dawidowskiego (ps. "Alek"), Jana Bryntala oraz Tadeusza Zawadzkiego (ps. "Zośka"). Trzeba tutaj zaznaczyć, że są to autentyczne postacie, które żyły w rzeczywistości. Trzech młodych, działających w harcerstwie chłopaków, których u progu dorosłości (mieli 18 - 19 lat) zastał wybuch II wojny światowej. Zamiast iść na uczelnie wyższe, zaciągnęli się do wspomnianych Szarych Szeregów. 
Jedną z najbardziej spektakularnych akcji zbrojnych polskiego podziemia, była niewątpliwie akcja pod Arsenałem, którą opisał Kamiński na łamach wspomnianej lektury. Miała ona miejsce 26 marca 1943 roku, czyli 80 lat temu. Grupy szturmowe Szarych Szeregów, po wcześniejszym rozpoznaniu działań o kryptonimie "Meksyk", uwolniły z transportu na Pawiak 21 polskich więźniów. Wśród nich był też aresztowany kilka dni wcześniej Janek Bytnar. Jednocześnie była to pierwsza tak spektakularna akcja uliczna polskiego ruchu oporu.
Jan Bytnar (6 maj 1921 - 30 marzec 
1943)(źródło zdjęcia)
Jan Bytnar, dla znajomych po prostu "Rudy" i taki też przybrał sobie konspiracyjny pseudonim, był jednym z dowódców Szarych Szeregów. Gestapo aresztowało go 23 marca 1943 roku. Wcześniej Niemcy zatrzymały innego działacza Szarych Szeregów - Henryka Osowskiego pseudonim "Heniek". Wydarzenie to było bezpośrednią przyczyną zaplanowania oraz realizacji akcji pod Arsenałem. Ponieważ rewizja w mieszkaniu Bytnara mogła skończyć się obciążeniem zbyt wielu osób, trzeba było w miarę szybko działać. Jeszcze tego samego dnia "Zośka", czyli Tadeusz Zawadzki, otrzymał informację, że jeden z jego przyjaciół, "Rudy", trafił do więzienia na Pawiaku. Opracował wstępny plan ataku nazwany "Meksyk I", a następnie zwołał grupę bojową. Niestety, akcja została odwołana ze względu na brak jej zatwierdzenia przez dowództwo kedywu. Po zatrzymaniu, "Rudy" został poddany brutalnym przesłuchaniom bezpośrednio zagrażającym jego życiu. W dodatku stwarzały one ryzyko dekonspiracji i zdradzeniu tożsamości wielu członków Szarych Szeregów. To tłumaczy, dlaczego chciany go odbić nawet z narażeniem życia pozostałych członków organizacji.
Tadeusz Zawadzki (24 styczeń 1921
- 20 sierpień 1943) (źródło zdjęcia)
Kolejną próbę odbicia Jana Bytnara z transportu zaplanowano na 26 marca. W ataku miało wziąć udział 28 członków z grup szturmowych Szarych Szeregów, którzy byli zgrupowani w czterech sekcjach. Dowodził nimi Stanisław Broniewski pseudonim "Orsza". Plan zakładał unieruchomienie ciężarówki przewożącej więźniów za pomocą butelek z benzyną. Atakujących mieli ubezpieczać strzelcy, którzy byli uzbrojeni w karabiny typu Stern oraz granaty. Samo miejsce akcji zostało wybrane nieprzypadkowe - chodziło o możliwie jak największą odległość od siedziby Gestapo.
Tym razem Kedyw zatwierdził plan o kryptonimie "Meksyk II". Po potwierdzeniu, że wśród więźniów przewożonych na przesłuchanie jest "Rudy", zaczęła się koncentracja sił w rejonie ulic Długiej, Bielańskiej oraz Nalewki. Szturm nastąpił o godzinie 17:30, zaś cała akcja wraz z wymianą ognia zakończyła się kwadrans później.
Do dzisiaj uważa się, że "Meksyk II" to perfekcyjnie przygotowana i zrealizowana akcja bojowa Armii Krajowej. Zaangażowanych w nią było około 100 osób. Wywiadowca Szarych Szeregów, harcmistrz i podchorąży Zygmunt Kaczyński pseudonim "Wesoły" był komiwojażerem Wedla, który sprzedawał słodycze. Dzięki temu nie tylko regularnie bywał, ale też w dość swobodny sposób poruszał się po siedzibie gestapo przy ul. Szucha. To właśnie on przekazał informację, że skatowanego "Rudego" ładują na noszach do więziennej ciężarówki. Z wartowni gestapo i w dodatku w obecności Niemca zadzwonił do konspiracyjnego lokalu z hasłem: "Wysyłam towar, bezwzględnie musi być odebrany". W kilku konspiracyjnych lokalach zostały przygotowane profesjonalne punkty sanitarne dla rannych - nie mogli oni przecież trafić do ogólnodostępnych szpitali. Rozpoznanie zidentyfikowało pojazd o numerze rejestracyjnym Pol 72076 - to nim przewożono więźniów. Udało się nawet ustalić trasę wraz z godzinami przejazdu.
Ciężarówkę zatrzymano rzucając w nią zapalającymi butelkami. Powstały w ten sposób pożar skutecznie unieszkodliwił kierowcę i konwojenta przebywających w kabinie. Dodatkowo żołnierze sekcji "Sten I" i "Sten II" wiedzieli, pod jakim kątem mogą otworzyć ogień do pojazdu w taki sposób, aby wyeliminować pozostałych siedzących z tyłu pojazdu konwojentów, nie zabijając jednocześnie przewożonych więźniów. W trafny sposób wybrano miejsce uderzenia, w którym kierowca musiał wyhamować, kiedy wyjeżdżał z ulicy Długiej w Nalewki.
Ostatecznie oswobodzono 21 więźniów. Wśród nich znajdował się też "Rudy". Po stronie polskiej na miejscu zginęły trzy osoby. Czwarta osoba została zakatowana podczas śledztwa (Hubert Lenk, pseudonim "Hubert"). Kolejne trzy zostały ranne. Po stronie niemieckiej były to cztery ofiary śmiertelne i dziewięciu rannych. Nazajutrz, w ramach odwetu za akcję pod Arsenałem, Niemcy rozstrzelali 140 więźniów Pawiaka - zarówno Polaków, jak i Żydów. Niestety, cztery dni po akcji, 30 marca 1943 roku, zmarł Jan Bytnar. Tego samego dnia w wyniku ran postrzałowych odniesionych podczas akcji odszedł Alek Dawidowski, a trzy dni później inny uczestnik zdarzeń - Tadeusz Krzyżewicz "Buzdygan". Wydawać by się mogło, że chociaż "Zośkę" ominął los przyjaciół. Szczęście go opuściło pięć miesięcy później, kiedy poległ w ataku na punkt graniczny pod Sieczychami.
Żadnemu z nich nie udało się dotrwać do końca wojny, ale żyją w polskiej świadomości, głównie dzięki wspomnianej książce Aleksandra Kamińskiego. Na jej kanwie powstały dwa filmy: starszy - "Akcja pod Arsenałem", z Cezarym Morawskim w roli Janka Bytnara opowiadający o akcji (pamiętam, że nawet oglądaliśmy go na lekcjach) i nowszy - "Kamienie na szaniec", będący odzwierciedleniem treści książki.
Osobiście dostrzegam też pewną analogię pomiędzy bohaterami akcji pod Arsenałem, a Piątką Poznańską, której historię przybliżałam Wam na przełomie marca i kwietnia 2017 roku. Byli w podobnym wieku, zginęli z rąk Niemców, nikogo nie wydali. Piękne postaci...

My znamy tą historię z książki i może też z lekcji historii. Współczesne pokolenie może ją poznać dzięki interaktywnej grze zamieszczonej na zintegrowanej platformie edukacyjnej -> https://niepodlegla.mein.gov.pl/niepodlegla/mission6/. Przeznaczona jest głównie dla uczniów drugiego etapu edukacyjnego (klasy 4 - 8). Młodsze klasy mogą się zmierzyć z poziomem podstawowym, a starsze - zaawansowanym. Gra składa się z pięciu misji, w które wejdziemy klikając kolejno w ciężarówkę. Pierwsza polega na przyporządkowaniu nazw wydarzeń kampanii wrześniowej w odpowiednich miejscach na mapie. Druga to quiz składający się z kilku pytań na temat II wojny światowej. Trzecia to dopasowanie imion i nazwisk do sylwetek związanych z Armią Krajową. Czwarta to połączenie pojęć z ich wyjaśnieniami. I w końcu piąta to ułożenie obrazka przedstawiającego znak "Polski Walczącej", a następnie zdecydowanie, czy dane stwierdzenie jest prawdą czy też fałszem. Tak jak pisałam, gra jest w dwóch wersjach. Zaawansowana ma po prostu więcej pytań/zadań. Plusem gry jest to, że od razu informuje ona czy odpowiedź jest dobra czy zła oraz to, że na końcu zadania jest podsumowanie wiadomości. Minusem informacja o konieczności kliknięcia w ciężarówkę po skończeniu każdej misji. Sprawdziłam grę i w jednej i w drugiej wersji i sama byłam zaskoczona, że tak wiele pamiętam. Zwłaszcza, że rozszerzona historia w szkole średniej była jakąś abstrakcją.

Na podstawie: https://muzeum1939.pl/wojennydzien-akcja-pod-arsenalem/aktualnosci/4214.html
https://dzieje.pl/wiadomosci/dr-hab-t-p-rutkowski-akcja-pod-arsenalem-byla-perfekcyjnie-pzygotowana-akcja-bojowa-ak

* Nota bene na pedagogice czytam wiele jego książek poświęconych tej dziedzinie nauki

sobota, 25 marca 2023

1547. Jeżeli ktoś Ci mówi, że jesteś pijany, to idź do łóżka

A co, jeżeli kilka osób twierdzi, że proboszcz urzędujący aktualnie na parafii nie jest dobrym proboszczem? Z drugiej stroni "pocieszające" dla mnie jest to, że coraz więcej osób dostrzega to, co ja już zauważyłam kilka lat temu.

Jak wiecie, od pewnego czasu sobota ponownie jest dla mnie dniem, w którym ponownie (po przerwie spowodowanej najpierw pandemią, a potem humorami właśnie x. proboszcza) chodzę na zajęcia oratoryjne jako animator. Nie powiem, lubię to robić, chociaż bardzo często rzuca mi się kłady pod nogi. Ale robię to dla dzieci, a nie np. dla księży. Gdybym chodziła dla księży to uwierzcie mi, już dawno bym z tego zrezygnowała. To prawda, niektórzy z nich byli w porządku, za to inni za wszelką cenę chcieli mi udowodnić, jak bardzo moja niepełnosprawność mnie ogranicza. Ja jednak staram się robić swoje mimo wszystko, chociaż niekiedy jest mi bardzo przykro.
Teraz za Oratorium teoretycznie odpowiedzialny jest wikary, ksiądz Darek, który wydaje mi się, że akceptuje mnie taką jaka jestem. Jakoś się z nim dogaduję. Widać jednak, że ostateczne decyzje należą do proboszcza. Chcieliśmy zrobić oratoryjną Drogę Krzyżową - nie dało się (taaa, ale schola jakoś dostała dwa terminy, naprawdę nie dało się jednego z nich odstąpić nam?). Dzisiaj ksiądz Darek pojechał za Wrocław głosić rekolekcje, zajęć jednak nie odwołaliśmy, bo i ja mogłam być, i inne dziewczyny też. Wystarczyło tylko otworzyć nam drzwi do budynku. Nie było mnie przy tym, ale Zuza i Paula mi mówiły, że proboszcz zrobił to w taki sposób, jakby wyświadczał nam jakąś łaskę. W takich chwilach mam ochotę przypomnieć mu regułę napisaną przez założyciela księży salezjanów - św. księdza Jana Bosko.
Dzisiaj też przyszła tylko czwórka chłopców. Myśleliśmy, że będzie więcej... Po krótkiej modlitwie poszliśmy z nimi na boisko. To znaczy chłopcy z Paulą i Zuzą poszli. Ja udałam się do sklepu po chleb. Nie było księdza Darka, nie miał więc kto zadbać o jakiś posiłek. Ksiądz proboszcz oczywiście nie wpadł na to, aby chociaż zapytać, czy dzieci mają co jeść. A przecież wie, że w zajęcia wpisuje się też jakiś posiłek. Ktoś zatem musiał iść i coś kupić. Na szafkach widziałam słoiki z dżemem, więc założyłam, że będzie czym posmarować chleb. Po drodze jeszcze podleciałam do domu, bo oczywiście byłam bez grosza przy duszy, a na sponsoring ze strony księdza proboszcza nie miałam co liczyć. W "owadzie" kupiłam dwa bochenki małego krojonego chleba i wróciłam do Oratorium.

Chłopcy jak to chłopcy - biegali za piłką, a dziewczyny grały w badmintona. Około 11:30 wróciliśmy do budynku. Zresztą dzieciaki już chyba były zmęczone, bo same chciały iść już do środka. Po zdjęciu kurtek, odłożeniu sprzętu sportowego oraz umyciu rąk zajęliśmy się przygotowaniem kanapek. I wtedy okazało się, że dżemy zapleśniały. No tak, ale z drugiej strony leżały tam już z czwarty tydzień. Trochę sobie w brodę plułam, że wcześniej tego nie sprawdziłam, jednak było już za późno, aby iść jeszcze raz po coś do sklepu. Wiedzieliśmy, że księża na pewno coś mają do smarowania, ale nikt nie miał odwagi iść i prosić o to proboszcza. Na szafce był jeszcze keczup i to z nim były kanapki. No cóż, Wielki Post w wersji premium.
Chcieliśmy dokończyć oglądanie filmu "Charlie i fabryka czekolady", jednak nie mieliśmy ani laptopa (którego pewnie ksiądz Darek wziął ze sobą na rekolekcje), poza tym górna część budynku, a w tym i sala konferencyjna, były zamknięte. Od biedy można by było obejrzeć ten film w pomieszczeniach Oratorium, no ale nie było żadnego laptopa. Dlatego, na życzenie zebranych, przeprowadziliśmy warsztaty plastyczne. Najpierw był pomysł, aby zrobili kwiaty na patyku, ale patyków a'la szaszłykowych też nie mieliśmy. No po prostu dramat jakiś. Stanęło w końcu na wykonaniu laurek trójwymiarowych. Dziewczyny powycinały ich części z resztek papieru kolorowego (trzeba napisać księdzu Darkowi, aby dokupił), a chłopcy przyklejali je na swoje podstawy laurek. A przy okazji słuchali koreańskich piosenek. W sumie, nawet jeżeli były tam przekleństwa, to i tak nikt ich nie rozumiał. Efekt ich pracy można zobaczyć na zdjęciu obok. Całkiem nieźle, jak na dziewięciolatków, prawda?

O 13:00 zakończyliśmy zajęcia. Chłopcy poszli do domu, a my trochę ogarniałyśmy pomieszczenia. Nic wielkiego - przetarcie stołu, zamiecienie podłogi, pozmywanie kubków. Przy okazji trochę rozmawialiśmy o przyszłości Oratorium. Dziewczyny zgodnie przyznali, że proboszcz jest dziwny. W tym roku teoretycznie mija jego 6-cio letnia kadencja i jest szansa, że go zmienią na innego. Z tym nowym od początku trzeba porozmawiać, chociażby na temat zaangażowania animatorów w życie nie tylko Oratorium, ale i parafii. Powiedziałam, że mogę pisać scenariusze akademii i czytania na nabożeństwa, bo to dla mnie frajda. Ale jak spotykam się z murem nie do przebicia to co mam robić.
Po drugie - rozreklamowanie naszych działań. Nowy plakat, fanpage. Profil na fb jest, ale ostatni wpis jest jeszcze sprzed pandemii. Przeszkodą jest brak zgody rodziców na publikowanie wizerunków dzieciaków. A zgodę tą ksiądz proboszcz drukuje od listopada... A myślę, że gdyby rodzice widzieli, że coś robimy na zajęciach, to przyprowadzaliby do nas dzieci. Dla mnie wzorcowym fanpage jest to prowadzone przez Oratorium w sąsiednim S-cu. Po każdych zajęciach i wydarzeniach jest relacja na stronce, są zdjęcia. Da się? Da się. Ale oni mają bardziej salezjańskiego proboszcza... Z plakatem obiecałam, że zrobię go po powrocie do domu.
No i trzecia rzecz - półkolonie. Swego czasu słynęliśmy z nich, chociaż organizowane były nie do końca legalnie (szczegóły zachowam dla siebie, na szczęście nic nikomu przez ten czas się nie stało, bo inaczej księża mogliby mieć problem). Z czasem jednak wyszliśmy na prostą. Sama byłam w nie zaangażowana od wakacji 2011 roku, najpierw jako animator, potem raz jako wychowawca (miałam już zrobiony kurs), potem mnie cofnęli do animatora, a po ŚDM w Krakowie w 2016 roku ponownie jako wychowawca. I powiem Wam, że to były te punkty w ciągu roku, na które czekało się z niecierpliwością. Te przygotowania, konsultacje co do planu, atrakcji, wycieczek. A potem przyszła całkowita wymiana księży i się wszystko skończyło. Proboszcz woli zrobić tygodniowy wyjazd do Włoch z własną ekipą wychowawców, niż tygodniowe półkolonie, które wychodzą dużo taniej. Tak jak pisałam, nie wiem dlaczego ksiądz Darek nie może ich zrobić. Może nie ma odpowiednich papierów, a może proboszcz mu nie pozwala. Ale spokojnie, już w przyszłym roku akademickim będę mogła wyrobić papiery na kierownika kolonijnego (na uczelni mogą to zrobić za darmo studenci ostatniego roku pedagogiki, bez względu na stopień studiów). Nawet, jeżeli byłoby to dla mnie równoznaczne z jeżdżeniem po całej inspektorii w celu uzyskania zaświadczeń od poprzednich kierowników Oratorium, że mam 3-letni okres stażu pracy z dziećmi (w pracy zabraknie mi roku). Co prawda wynosi on 13 lat z pominięciem okresu pandemii, ale wiecie, na wszystko trzeba mieć potwierdzenie. Ale myślę, że taki papierek będzie sporym ułatwieniem, kiedy znowu trafi nam się krnąbrny proboszcz.

A po powrocie do domu zrobiłam taki oto plakat, który będzie wydrukowany na błękitnych kartkach.

Na końcu oczywiście nie ma tej pionowej kreski będącej kursorem😊. Tutaj jest screen.

Przyciąga uwagę?

czwartek, 23 marca 2023

1546. Deszcz i czas gonią nas

Początek wiosny tradycyjnie już jest dla mnie okresem, kiedy rozpoczyna się u mnie kichanie i kasłanie spowodowane alergią. Ale spokojnie, po ponad 30 latach już się do tego przyzwyczaiłam. Tylko ludzie, np. w transporcie publicznym, dziwnie się na mnie patrzą. Nie wiem, może myślą, że chcę ich pozarażać koronawirusem? Teraz dodatkowo doszedł do tego kaszel będący powikłaniem po ostatniej infekcji. I tak do końca nie wiem z jakiego powodu kaszlę...
Wypadałoby zacząć robić kartki wielkanocne. Rychło w czas, ale naprawdę, ta ostatnia choroba nieźle mnie wykończyła fizycznie. Kurcze, nie pamiętam kiedy byłam aż taka osłabiona. Może to naprawdę był ten cały koronawirus w wersji "samo chorowanie jest lajt, ale potem człowieku będziesz mega zmęczony". Pocieszają mnie nadchodzące święta - może wreszcie coś się odpocznie.
Za oknem pogoda iście marcowa. Dzisiaj przez większość dnia padało, na szczęście kiedy przemierzałam ulice K-c i DG nie było deszczu. Jak na zamówienie. Zwłaszcza że w plecaku miałam nie tylko nowy laptop, ale i stos książek z biblioteki. 1 książka obyczajowa, 9 pozostałych to naukowe. Jakoś tak nie chciałam, aby się zmoczyły, skoro później miały służyć też innym ludziom.
A propos deszczu, ostatnio udało mi się na jego temat ułożyć taki oto wierszyk:

Deszcz wiosenny

Dzień mokry i dżdżysty.
Kawki i gawrony oburzone wrzeszczą
o zmoczone garnitury czarnych piór.
Czarne chmury suną po niebie,
bawiąc się z sobą w berka.
Idę szybkim krokiem przed siebie.
Moje marzenia spadają na ziemię
wraz z kolejnymi kroplami deszczu,
odbijając się w kałużach 
niczym w łazienkowym zwierciadle.

Pozdrawiam Was serdecznie

środa, 22 marca 2023

1545. Wzorcowe rekolekcje

Od jakiegoś czasu czuję jakieś takie zmęczenie. Dokładniej to od czasu mojej ostatniej choroby. Nie potrafię wytłumaczyć na czym to konkretniej polega, w każdym razie najchętniej przespałabym cały dzień. Żeby tak się dało... Może to tylko przesilenie wiosenne, a może i nie. Na szczęście jeszcze nie zasnęłam na zajęciach, ani w pracy, ani w żadnej innej ważnej dla mnie chwili, więc nie jest tak najgorzej. Z drugiej strony jeszcze jestem na etapie nadrabiania zaległości na uczelni z okresu, kiedy byłam na L4. Tych jest już coraz mniej, a wyniki jakie uzyskuję za zaległy materiał całkowicie mnie satysfakcjonują (na dzisiejszych zajęciach z podstaw diagnozy pedagogicznej automatycznie przypomniało mi się, jak uczyłam się tych rzeczy, ale na inny przedmiot, cztery lata temu podczas przelotu na trasie Polska - Panama, albo na odwrót, i do dzisiaj jeszcze je pamiętam).
Dzisiaj w parafii mieliśmy ostatni dzień rekolekcji wielkopostnych. Trochę żałuję, że budżet czasowy nie pozwolił mi na uczestnictwo we wszystkich czterech dniach, ale myślę, że zważając na mój aktualny tryb życia, to te dwa dni kiedy udało mi się być (niedziela oraz dzisiaj) nie są takim tragicznym wynikiem. Nie to, żebym na siłę szukała rozgrzeszenia mojej nieobecności, jednak naprawdę przy popołudniowej pracy w innym mieście niż mieszkam, czasami trudno jest mi dotrzeć do kościoła na tą 18:00. Zwłaszcza jadąc autobusami komunikacji miejskiej.
Ogólnie kiedy usłyszałam imię i nazwisko księdza rekolekcjonisty, zaczęłam się zastanawiać skąd je kojarzę. W końcu po dłuższym namyśle, niczym nad głową pomysłowego Dobromira, zapaliła mi się lampka - ksiądz Michał przyjął swoje święcenia kapłańskie wraz z księdzem Boskim Oskim. Czyli jest stosunkowo młodym kapłanem (jest nim od niecałych 6 lat). Jednak kazania mówi całkiem ciekawe. W niedzielę zastanawiał się w nim czym tak właściwie są rekolekcje i na co nam są one potrzebne. Dzisiaj nawiązał do Ewangelii opowiadającej o synu marnotrawnym. Nie zanudzał, nie przedłużał na siłę (pamiętam jeszcze dwugodzinne Msze święte rekolekcyjne, które miały miejsce w czasach, kiedy chodziłam do gimnazjum, czyli dawno temu). Mówił krótko i treściwie. Czyli można by powiedzieć, że właściwie wzorcowo.
Oj, oj, oj - czy to oznacza, że do świąt pozostało jedynie 2,5 tygodnia? I w dodatku zleci to szybciej, niż człowiek by się spodziewa? Chyba niestety tak...

wtorek, 21 marca 2023

1544. O ojcu Augustynie Kordeckim słów kilka

Pomnik o. Augustyna Kordeckiego w Częstochowie
(źródło zdjęcia)
W tym tygodniu na Jasnej Górze w szczególny sposób obchodzona jest 350 rocznica śmierci jednego z ojców przeorów tamtejszego sanktuarium - ojca Augustyna Kordeckiego. Dla klasztoru, a niejako i dla całego narodu, jest to niezwykle ważna postać o czym może świadczyć fakt, że został on utrwalony przez Henryka Sienkiewicza na kartach "Potopu", który wchodzi w skład trylogii napisanej "ku pokrzepieniu serc".
Ojciec Augustyn Kordecki urodził się 16 listopada 1603 roku w położonych w województwie kaliskim Iwanowicach jako Klemens. Przy ulicy Garbarskiej stoi nawet stara drewniana chata, w której wedle tradycji miał przyjść na świat. Tego samego dnia został ochrzczony w kościele św. Katarzyny w Iwanowicach. Jego rodzice, Marcin i Dorota Kordeccy byli mieszczanami. Klemens miał jeszcze starszą siostrę Katarzynę i młodszego brata Tomasza. Marcin Kordecki był nawet burmistrzem Iwanowic.
W 1615 roku Klemens rozpoczął naukę w miejscowej szkole parafialnej, którą ukończył z wynikiem bardzo dobrym. Rodzice postanowili kształcić go dalej w kaliskim jezuickim gimnazjum. Następnie studiował filozofię w Kaliszu oraz teologię w Poznaniu.
Na to, że wybrał życie zakonni mogli wpłynąć spotkani na studiach paulini. Do ich zakonu wstąpił w wieku 30 lat w dniu 19 marca 1633 roku. Przyjął sobie wtedy imię Augustyn. Rok później złożył śluby zakonne. Po święceniach kapłańskich skierowano go do klasztoru na Jasnej Górze.
źródło zdjęcia
Ojciec Kordecki zajmował się pracą wychowawczą oraz uczył retoryki (czyli poprawnego układania i wygłaszania przemówień w języku łacińskim) i teologii (a zwłaszcza teologii moralnej). Miał dosyć znaczącą pozycję w zakonie paulinów, toteż w trakcie swojej posługi duchowej był przeorem lub przedprzeorem klasztorów w Wielgomłynach, Wieluniu, Beszowej, Oporowie, Pińczowie i na Jasnej Górze. W tym ostatnim miało miejsce wydarzenie, które na zawsze zapisało go na kartach historii Polski.
W 1655 roku Polska toczyła ze Szwedami VI wojnę polsko - szwedzką. Kiedy wojska nieprzyjaciela niebezpiecznie zbliżyły się pod mury jasnogórskiego klasztoru, ojciec Kordecki postanowił, że za nic nie pozwoli, aby wkroczyły one na jego teren. Oblężenie klasztoru trwało 40 dni - od 18 listopada do 27 grudnia. Według historyka z Uniwersytetu Śląskiego profesora Idziego Panica, Szwedzi przystąpili do niego zbyt pewni siebie. Nie spodziewając się znaczącego oporu przysłali oddziały "drugiej kategorii", chociaż ze znakomitym dowódcą. Mieli za mało artylerii, a także byli zaskoczeni zaciętym oporem obrońców klasztoru, których chwilami było o wiele mniej niż napastników.
W nocy z 26 na 27 grudnia 1655 roku wojska szwedzkie zakończyły oblężenie klasztoru paulinów na Jasnej Górze, którego obroną kierował przeor o. Kordecki.
Według prof. Panica o. Kordecki przez jednych postrzegana jest przez pryzmat sienkiewiczowskiego "Potopu". Inni próbują zanegować legendarny obraz obrony Jasnej Góry oraz udziału w nim ojca Augustyna Kordeckiego, zarzucając mu nawet paktowanie ze Szwedami. Według prof. Panica prawda leży gdzieś pośrodku - postawa o. Kordeckiego podyktowana była względami praktycznymi, a jego list do króla Szwecji był grą na zwłokę.
Chodzi tutaj o list przeora do króla Karola X Gustawa znajdujący się w sztokholmskich archiwach. Ojciec Kordecki miał w nim zadeklarować poddanie się klasztoru w zamian za gwarancję jego nienaruszalności. Warto jedna zwrócić uwagę na okoliczności, w jakich przeor wysłał ten list - Szwedzi zajęli już Kraków i nic nie wskazywało na to, że Polska może się jeszcze obronić. W dodatku król Polski został zmuszony do ucieczki. Wydawało się więc, że nie ma żadnego ratunku, toteż jedynym wyjściem było opóźnienie szwedzkiego marsz na Jasną Górę, oczekiwanie na mroźną zimę, a w końcu liczenie na to, że fortuna wojny w końcu się odwróci. Dlatego prawdopodobnie ojciec Kordecki napisał list do szwedzkiego króla. Jednocześnie miał on świadomość, że nawet gdyby klasztor dostał gwarancję nienaruszalności to wzorem podobnych wydarzeń, Szwedzi w końcu złamaliby ją. Również to, że przeor ukrył obraz Matki Bożej, zastępując go kopią, świadczy o tym, że zbytnio nie liczył on na pakty ze Szwedami. Ojciec Kordecki chciał tym samym uchronić klasztor przed rabunkiem oraz zniszczeniem.
Obrona Jasnej Góry pędzla Januarego Suchodolskiego (źródło obrazu)
Ojciec Kordecki pisał pamiętnik, gdzie przedstawił historię oblężenia klasztoru. Na jego podstawie stworzył "Nową Gigantomachię" - dzieło opowiadające o oblężeniu i obronie Jasnej Góry. To ono posłużyło dwa wieki później do opisania obrony klasztoru przez Henryka Sienkiewicza w "Potopie".
(źródło zdjęcia)
Po zwycięskiej obronie Jasnej Góry król Jan Kazimierz chciał uczynić ojca Kordeckiego dożywotnim przeorem jasnogórskiego klasztoru, a także biskupem. Ojciec Kordecki nie zgodził się jednak na to. Odmówił też przyjęcia oferowaną mu w zakonie funkcję wikariusza generalnego. Do śmierci pełnił funkcję prowincjała paulinów w Polsce.
Ojciec Augustyn Kordecki zmarł 20 marca 1673 roku, kiedy wizytować klasztor w Wieruszowie. Pogrzebano go w podziemiach jasnogórskiego sanktuarium. Dziś urna z jego prochami znajduje się w niszy po lewej stronie kaplicy cudownego obrazu.
W częstochowskim sanktuarium przechowywana jest gotycko - renesansowa monstrancja z 1542 roku. To z nią ojciec Kordecki miał obchodzić jasnogórskie wały w procesji w trakcie oblężenia szwedzkiego. Tradycja mówi, że została ona ufundowana przez króla Zygmunta I Starego, natomiast według paulińskiego inwentarza skarbca z 1685 roku jest to dar jego syna, Zygmunta II Augusta.
W maju 1973 roku, 300 rocznicę śmierci przeora, uczczono w Wieruszowie. W zasobach biura prasowego Jasnej Góry znajduje się treść homilii, wygłoszonej przez kardynała Karola Wojtyłę. Późniejszy papież Karol Wojtyła nazwał heroicznego zakonnika tym, który "na wiele stuleci nauczył polskie pokolenia niepodległości ducha". Mówił też o dziejowym geniuszu przeora, który podejmując bohaterską i heroiczną decyzję o obronie Jasnej Góry zapoczątkował nowego "ducha polskiego" pomagającego Polakom przetrwać w czasie rozbiorów. W jego postaci dostrzegał "splot pokory i wielkoduszności, pokory i heroizmu".
(źródło zdjęcia)
"Decyzja żołnierska, ale o dziwo, podejmuje ją mnich, kapłan. Widać do takiej wielkiej decyzji trzeba było nie tylko odwagi wodza, ale także i poświęcenia i pokory zakonnika. I wiemy, że o. Augustyn Kordecki odniósł zwycięstwo. Jasna Góra zadziwiła cały naród. Ona jedna potrafiła się obronić przed potopem; ostatnia wyspa niepodległego bytu i niepodległego ducha. Ten fakt mówił bardzo wiele współczesnym, ale ten fakt mówił jeszcze więcej potomnym. Bo potop wieku XVII był tylko zapowiedzią gorszego potopu, który przyszedł na Polskę w wieku XVIII, w wieku rozbiorów. (...) Ten pokorny Sługa Boży pokazał swoim potomnym, że trzeba mieć niepodległego ducha, nawet jeżeli Ojczyzna jest w niewoli. I mieli Polacy niepodległego ducha, zachowali go i okazało się, że niepodległy duch potrafi nadawać kształty, nowe kształty najbardziej nawet opornej materii dziejowej. Polska wszystkich stuleci, Polska naszych czasów musi patrzeć w stronę o. Augustyna Kordeckiego, bo w nim się wyraziły, skupiły jak gdyby w soczewce najgłębsze prawdy o bycie, o duchu naszego Narodu" - mówił późniejszy papież.

Na podstawie:

poniedziałek, 20 marca 2023

1543. Największa katastrofa lawinowa w polskich górach

W końcówce stycznia tego roku pisałam Wam o tragedii tyskich licealistów, którzy 20 lat temu zostali porwani przez lawinę w Tatrach. Chociaż wstrząsnęła ona wieloma ludźmi, to tak naprawdę nie była ona największą tego typu tragedią na terenie naszego kraju. Dużo większa pod względem ofiar katastrofa wydarzyła się 35 lat wcześniej w Karkonoszach. Nie wiem, czy przy okazji śmierci tyskich uczniów została ona przypomniana, nie pamiętam już tego. Myślę jednak, że warto o niej tutaj wspomnieć. Tym bardziej, że dzisiaj mija 55 lat od tego tragicznego dnia w historii gór polskich.
 
Nazwano ją największą tragedią lawinową w polskich górach. 20 marca 1968 roku w Białym Jarze w Karkonoszach zeszła lawina, która pogrzebała żywcem 19 osób. Wśród nich znalazło się 13 Rosjan, 4 obywateli NRD i dwoje Polaków. W akcji ratunkowej wzięło udział 1100 osób: GOPR, czescy ratownicy i wojsko. 
Do tej pory w polskich górach nie wydarzył się inny na taką skalę dramat. Laikom, którzy nie znają Karkonoszy oraz nieobytymi z górami masyw ten raczej nie będzie kojarzył się z "białą śmiercią". Ale tutejsze kotły lodowcowe i głębokie nisze niwalne zamieniają się zimą w śmiertelne pułapki.
Zima z przełomu 1967 i 1968 roku była wyjątkowo śnieżna. Dużym opadom śnieżnym towarzyszyły zmienne temperatury oraz silne wiatry wiejące z południa oraz południowego-zachodu. W skutek tego z dnia na dzień na krawędzi Białego Jaru narastała potężna masa nawianego śniegu.
W raporcie Andrzeja Brzezińskiego, ratownika i starszego instruktora ratownictwa Grupy Karkonoskiej GOPR, który zajmował się też lawinoznawstwem i badaniem śniegu, można wyczytać: "17 marca 1968 roku/niedziela nadeszło pierwsze ostrzeżenie. Z powodu silnego wiatru wyciąg krzesełkowy na Małą Kopę nieczynny. Brak widoczności, zamieć śnieżna. Grupa siedmiu narciarzy mimo bardzo złych warunków pogodowych wybiera się na narty w rejon Strzechy Akademickiej, trasa ich marszu przebiega przez Biały Jar, gdzie lawina zasypuje całą grupę, ale na szczęście odkopują się sami, o czym powiadamiają ratownika GOPR Jurka Janiszewskiego "Szatana", który w dn. 18.03.68 r. spisuje oświadczenie dotyczące sytuacji pogodowej i lawinowej.".
20 marca była piękna pogoda. Panowało stosunkowe ciepło, świeciło też słońce. Co prawda wiał wiatr z prędkością ok. 25-30 m/s., przez co zamknięto wyciąg krzesełkowy na Małą Kopę, jednak większość turystów nie zniechęciło to przed wycieczką w góry. Ci, którzy zostali na dole opalali się na słońcu. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że tego dnia skumulowały się czynniki, takie jak ocieplenie i silny wiatr, gwałtownie zwiększając ryzyko lawinowe w Białym Jarze.
W dalszej części raportu Andrzej Brzeziński zanotował: "W tym gronie są turyści z ZSRR, kilku młodych Niemców z NRD, oraz kilku Polaków. Nie ma wśród nich przewodnika, tylko pilot grupy Rosjan. Udają się czarnym szlakiem do góry, podchodzą pod Biały Jar. Tu ścieżka rozdziela się na łagodniejszą letnią i stromą zimową. Wybierają tę letnią, która za chwilę staje się dla dziewiętnastu osób zgubną (...) Było około godz. 11.00".
Właśnie w tym momencie z Białego Jaru zeszła lawina, która porwała i zabiła 19 osób. Pozostali turyści, częściowo zasypani albo ci, którzy nie znaleźli się w zasięgu lawiny, są w szoku. Jeszcze nie zdają sobie sprawy z tego, co tak właściwie się stało. Ich oczom, gdzie przez nimi przed chwilą za zakrętem zniknęli maszerujący ludzie, ukazała się masa śniegu.
Ratownik GOPRu, Andrzej Schubert tak wspomina ten dzień - "W 1968 roku prowadziłem biuro turystyczne w Karpaczu. Pamiętam, że tego dnia była piękna pogoda. Ciepło. Nagle telefon. >>Słuchaj, w Białym Jarze poszła niesamowita lawina. Bierz, co możesz i przybywaj na miejsce". Tak jak stałem, wybiegłem i wskoczyłem w pierwszą karetkę, która jechała już do góry. Gdy znalazłem się na miejscu, zobaczyłem zrujnowany krajobraz, wszędzie śnieg. Nikogo. Tylko pierwsi ludzie szukający ofiar. Tego nie da się zapomnieć.
- W czasie tragedii nie byłem jeszcze ratownikiem, ale plątałem się już koło ratownictwa. Miałem 19 lat. Gdy informacja się rozniosła, wielu młodych chłopaków udało się do góry na miejsce zdarzenia, raz z ciekawości, a wielu jak ja, z myślą, że być może się do czegoś przydamy. Gdy przybyliśmy na miejsce, zobaczyliśmy rozmiar tej lawiny. Była ogromna. Pracowały już na niej ekipy ratowników polskich i czeskich z Horskiej Służby. Wraz z kolegą, który później tak jak ja został ratownikiem, zostaliśmy zaangażowani przez starszych do transportu potrzebnego sprzętu, który był dostarczany na dolną stację wyciągu krzesełkowego. My przenosiliśmy go dalej na lawinisko. I tak to trwało kilka dni - zachowało się w pamięci Andrzeja Brzezińskiego.
Andrzejowi Schubertowi, który swoją służbę zaczął w 1959 roku i przez ten czas wiele w górach widział w przeżył, w pamięci najbardziej utkwił inny obraz - To było później, gdy zaczęliśmy wydobywać ciała. Czasem spod 5-metrowej warstwy śniegu. Pamiętam, że pierwszą odnaleźliśmy kobietę. Ciała wydobywaliśmy na linach, nie mieliśmy wtedy sprzętu. Trwało to kilka dni, i choć wiedzieliśmy, że nie ma szans, by kogoś wydobyć żywego, była w nas nadzieja, że a nuż, ktoś jednak przeżył... Ciała zawijane były w koce brezentowe i toboganami zwożone na dół - wspomina ratownik.
Na lawinowisku pracowali ratownicy GOPR i pracownicy wyciągu. Z pomocą przyjechali ratownicy czeskiej Horskiej Służby z psem. Dojeżdżali żołnierze i strażacy.
- Cały czas dochodzili ludzie, którzy chcieli nieść pomoc zasypanym. Była to bardzo trudna akcja, brakowało sprzętu - wspomina Brzeziński.
W tym samym czasie w znajdujących się na dole pensjonatach i domach wczasowych rozmawiano z turystami. W ten sposób próbowano ustalić liczbę osób zasypanych przez lawinę. Przybyła też straż pożarna i przedstawiciele ambasady ZSRR oraz NRD.
Sama lawina miała ok. kilometra długości, a jej czoło było wysokie na ok. 15 metrów. Dlatego lawinisko zostało przekopane do głębokości kilku metrów na całej szerokości i długości.
Jak napisał w swoim raporcie Andrzej Brzeziński: "W pierwszym dniu akcji odkopano 10 osób: 9 Rosjan i Polaka. Ratownicy byli potwornie zmęczeni, cały czas organizowano posiłki. W drugim dniu odkopano tylko jedną osobę - Rosjankę. Istniało niebezpieczeństwo zejścia wtórnej lawiny. Powiadomiono jednostkę wojskową z Żagania i Jeleniej Góry. Żołnierze przywieźli moździerze i działa bezodrzutowe. Postanowiono odstrzelić pozostałe nawisy, jednak bez skutku. Trzeciego dnia odkopano 5 osób. Wiedziano, że pod śniegiem są jeszcze ludzie, kopano dalej, czwarty dzień akcji - znaleziono kolejną Rosjankę. Dalsze dni ciężkiej pracy nie przynoszą efektów, aż do 1 kwietnia, kiedy to znaleziono kolejną ofiarę - obywatela NRD. 5 kwietnia, po piętnastu dniach akcji, spod śniegu wydobyto ostatnią ofiarę.". - Ci turyści po prostu nie byli kompletnie świadomi zagrożenia - ocenia po latach ratownik. Niektórzy z nich nie mieli nawet odpowiednich butów na takie warunki. - Dziś w Internecie można sprawdzić prognozę pogody, stopień zagrożenia lawinowego. Ogłaszane są bardzo dokładne komunikaty. Wielu turystów jest świadomych zagrożenia, choć zdarzają się niestety osoby zupełnie nierozsądne.
Jakiś czas później ratownicy GOPR potwierdzili, mimo różnych spekulacji na ten temat, że lawina została uruchomiona samoistnie. Na miejscu tragedii ustawiono poświęcony pamięci ofiar tej tragedii pomnik, ale kolejna lawina zmiotła ważący kilkadziesiąt ton monument już na początku lat 70. Jego pozostałości do dziś leżą w Białym Jarze.
- Po polskiej, północnej stronie masywu, kotły lodowcowe oraz nisze niwalne są bardzo strome. Co więcej, znajdują się na stokach zewnętrznych, gdzie śnieg jest nawiewany i odkładany w postaci potężnych magazynów. Takim wielkim magazynem jest Równia po Śnieżką - bardzo duży płaskowyż nad Białym Jarem. Z tego miejsca jest on transportowany przez wiatr na strony zawietrzne - wyjaśnia Andrzej Brzeziński.
Biały Jar jest niszą niwalną, która została utworzona przez lodowiec jakieś 10 mln lat temu. Szeroki kocioł zwęża się i przechodzi w jar. Taki specyficzny układ terenu wraz z północną wystawą to książkowy przykład terenu, na którym istnieje zwiększone ryzyko wystąpienia lawiny. Obrywająca się na krawędzi niszy lawina niżej, w zwężającym się jak lejek jarze, nabiera prędkości, a masy śniegu spiętrzają się i tworzą wielometrowe czoło lawiny.
Sam Biały Jar znajduje się pomiędzy popularnymi rejonami turystycznymi oraz narciarskimi, takimi jak Mała Kopa i Polana Złotówki. Aktualnie szlak trawersujący Biały Jar jest zamknięty przez zimę. Dawniej jednak tak nie było.
Od 1968 roku w miejscu tragedii wydarzył się jeszcze jeden śmiertelny wypadek: 22 marca 2008 roku w ogromnej lawinie zginął młody snowboardzista.

niedziela, 19 marca 2023

1542. Zapraszam nad Sadzawkę Siloe

W dzisiejszej Mszy świętej uwagę może przykuć przydługawy fragment Ewangelii św. Jana (hmm... naprawdę Ksiądz, który będzie błogosławiony aż tyle miał do przeczytania zaprowadzając nas nad TĄ Sadzawkę). Opowiadał on o spotkaniu Pana Jezusa z niewidomym od urodzenia, a następnie uzdrowienie go poprzez nałożenie na jego oczy błota. Całość działa się nad sadzawką Siloam.
Schodki prowadzące w dół sadzawki Siloe
Myślę, że sama sadzawka ma bardzo ciekawą historię, którą miałam okazję poznać na miejscu, czyli w Jerozolimie. Do sadzawki, czy też basenu (ten drugi termin znacznie częściej funkcjonuje w Ziemi Świętej), można dotrzeć przechodząc np. przez Miasto Dawidowe (są to udostępnione wykopaliska archeologiczne, które pochodzą z czasów króla Dawida, dlatego ich nazwa to Miasto Dawidowe). Warto jednak wejść do niego grupą, ponieważ bilet za jego zwiedzenie wynosi aż 600 dolarów, niezależnie od ilości osób.

Takim znakiem rozpoznawczym Miasta Dawidowego są sporych rozmiarów harfy (przynajmniej dla mnie wyglądają jak harfy), znajdujące się zarówno przy wejściu na jego teren, jak i przy wejściu na różne oddzielne znajdujące się na jego terenie obiekty. Również przed tym, co do dziś zachowało się z basenu.
Sadzawka znajduje się u końca Miasta. Pierwszy raz zbudowano ją około 2700 lat temu, chociaż są też źródła mówiące, że powstała na 3000 - 1200 lat przed narodzeniem Chrystusa. Była częścią systemu wodnego Jerozolimy za panowania króla Ezechiasza (był to VIII w. p. n. e.). Można o tym znaleźć wzmiankę w Drugiej Księdze Królewskiej (Stary Testament):

"A czyż pozostałe dzieje Ezechiasza i cała jego potęga oraz sposób, w jaki wykonał sadzawkę i kanał, i doprowadził wodę do miasta, nie są opisane w Księdze Kronik królów judzkich?"(20, 20)

Sadzawka Siloe służyła jako zbiornik dla wód ze źródła Gichon. Woda była do niej kierowana przez podziemny tunel wodny. W czasach starotestamentalnych źródło to było jedynym źródłem zaopatrzenia miasta w wodę pitną, dlatego już w okresie Pierwszej Świątyni uważano go za jeden z najważniejszych obszarów Jerozolimy.
Zresztą Gichon był wyjątkowym źródłem, na co miała wskazywać sama jego nazwa oznaczająca "wytryskujący". Działa ona na zasadzie syfonu, który przez 30 minut w intensywny sposób wyrzuca w intensywny sposób duże ilości wody, a następnie zatrzymuje się na od czterech do dziesięciu godzin. Tłumaczy to konieczność budowy zbiornika, będącego w stanie gromadzić wodę na okres, kiedy nie byłaby ona dostępna. Dodatkowo Gichon znajduje się po przeciwnej stronie wzgórza, niż sama starożytna Jerozolima. Dlatego trzeba było wybudować kanał, który doprowadzałby wodę do miasta.

Źródło Gichon (źródło zdjęcia)
Taki kanał powstał już w epoce brązu. Przebiegał częściowo przez wydrążone tunele, a częściowo przez ogólnie dostępne koryto. Kanał ten nazywał się Siloe. Co więcej, według niektórych uczonych inna nazwa na źródło Gichon brzmiała również Siloe.
Termin siloe (siloam) wywodzi się od hebrajskiego słowa shalah oznaczającego posyłać. Być może chodziło w nim o to, że woda wytryskująca co kilka godzin ze źródła Gichon jest darem posyłanym z  niebios. A może o sam kanał przesyłający wodę do sadzawki. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to źródło wody żywej - było ono źródłem wody, która utrzymywała mieszkańców Jerozolimy przy życiu. Doświadczali tego w szczególny sposób podczas wielokrotnych oblężeń Jerozolimy przez wrogie wojska.
Zanim powstała sadzawka Siloe przy źródle Gichon dokonywano wielu ważnych aktów polityczno-religijnych, np. namaszczono następcę króla Dawida - jego syna Salomona. Także dla chrześcijan źródło zachowuje swoje niezwykłe znaczenie. Miejscowi nazywają je Ain Sittim Marjam - źródłem Maryi. Niedaleko znajduje się Kościół Grobu Najświętszej Maryi Panny, który został wybudowany w miejscu, z którego według tradycji Matka Boża została wzięta duszą i ciałem do Nieba.
Kanał łączący źródło z sadzawką wielokrotnie przebudowywano i ulepszano. Ostatniej jego gruntownej przebudowy dokonano za panowania wspomnianego już króla Ezechiasza. Władca, spodziewając się długiego oblężenia miasta przez Asyryjczyków, postanowił usunąć ostatni jego słaby punkt, czyli to, że kanał częściowo przebiegał poza murami Jerozolimy. Woda w nim mogła więc zostać zatruta lub też mógł zostać zniszczony przez wroga. Wykuto więc w skale tunel o długości 530 metrów, który istnieje do dzisiaj i w dalszym ciągu prowadzi wodę do sadzawki.
Wróćmy jednak do samej Sadzawki Siloe. Ze względu na swoje położenie z znaczenie została ona odnowiona i rozbudowana pod koniec okresu Drugiej Świątyni (ok. 2000 lat temu). Uważa się, że w tym czasie sadzawka używana była jako miejsce do rytualnej kąpieli (czyli jako "mykwa") przez miliony pielgrzymów, którzy gromadzili się przy niej, zanim udali się przez Miasto Dawidowe do Świątyni.

Po zburzeniu Jerozolimy przez Rzymian również Sadzawka Siloe ucierpiała i przestała być używana. Jednak tunel Ezechiasza zachował się w dobrym stanie. Kiedy w IV w. zaczęto odkrywać miejsca związane z życiem i działalnością Pana Jezusa uznano, że to właśnie u wylotu tego tunelu znajdowała się Sadzawka Siloe. Z woli cesarzowej Eudoksji w pierwszej połowie V w. w tym miejscu wybudowano kościół i basen upamiętniające cud uzdrowienia niewidomego, a zarazem sam zbiornik wodny. Kościół ten został zburzony przez Persów w 614 roku i nigdy już go nie odbudowano, a błędna lokalizacja Sadzawki utrzymywała się aż do początków XXI wieku.
W 1880 roku w tunelu wodnym kilkadziesiąt metrów od Sadzawki został odkryty napis Siloam. Jest on napisany starożytnym pismem hebrajskim i opisuje, w jaki sposób woda ze źródła Gichon została skierowana do Sadzawki za panowania króla Ezechiasza. Aktualnie znajduje się ona w Muzeum Archeologicznym w Stambule.
Przez lata z Sadzawką Siloe związanych było wiele tradycji, a do końca XIX wieku była ona celem ekspedycji archeologów z całego świata.
W 2004 roku podczas prac infrastrukturalnych odsłonięto część stopni basenu. W ramach wykopalisk został odsłonięty północny obwód oraz niewielka część wschodniego obwodu Sadzawki Siloe. Warto tu zaznaczyć, że pierwszy raz w historii wykopaliska prowadzone były w ramach oficjalnych prac archeologicznych. Obwód basenu zbudowano jako szereg stopni, które pozwalały kąpiącym się usiąść, a następnie zanurzyć w jego wodach. Według szacunków u szczytu swojej świetności Sadzawka była rozmiaru ok. 125 m2 i była wyłożona płytami chodnikowymi.
Odkrycia z 2004 roku pozwoliły nie tylko zobaczyć prawdziwą Sadzawkę Siloe, ale też odtworzyć drogę, jaką przebył niewidomy od urodzenia od Świątyni do zbiornika z wodą. Jak można przeczytać w Ewangelii wg św. Jana - Jezus nałożył mu na oczy błoto powstałe z Jego śliny i prochu, a następnie kazał mu się iść obmyć w Sadzawce. Jego droga wiodła w dół po schodach, a na dodatek była dłuższa od tzw. drogi szabatowej. Jest to o tyle ważne, że Jezus uczynił ten cud właśnie w szabat. Niewidomy musiał więc pokonać wiele trudności zewnętrznych i oporów wewnętrznych, aby mógł przejrzeć na oczy.
Mam nadzieję, że chociaż trochę przybliżyłam Wam to niezwykłe miejsce (zarówno pod względem samej genezy jego powstania, jak i wizualnym). A Wy przeczytaliście o nim z nie mniejszym zainteresowaniem, niż my słuchaliśmy wykładu lokalnego przewodnika (spokojnie, mówił po polsku) na jego temat. Nie wiem jak inni, ale ja tego dnia już walczyłam sama ze sobą - przylot o 4 rano do Jerozolimy, a następnie cały czas na nogach dały mi w kość. Na szczęście nie poddałam się i wytrwałam.
Mimo zmęczenia z uwagą wszystkiego słuchamy