Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 30 września 2019

1028. U progu październikowych dni

Wrzesień już za nami, powoli wchodzimy w październik. Młoda zjechała już do mnie i czeka na kolejny rok akademicki. Już drugi, bo pierwszy przeszedł już do historii. Dni są coraz krótsze, za oknem robi się coraz chłodniej. Od czasu do czasu pada deszcz. Aż chce się powiedzieć - żegnaj lato na rok. Ale ja wierzę, że będzie jeszcze ciepło. Wiadomo, że nie w takim stopniu jak w lecie, ale że nie będzie minusowej temperatury. Liczę, że pogoda "zlituje się" chociaż na sobotę 12 października. Dlaczego tak mi zależy na tym dniu? Otóż tak się złożyło, że koleżanka ze studiów zaprosiła całą grupę do siebie do domu na spotkanie. Szczerze powiedziawszy to od dawna marzyłam o takim wypadzie. Co prawda wiele osób się wykruszyło, aż śmialiśmy się z drugą koleżanką, że zjadą się same VIPy, ale z drugiej strony inaczej jest kiedy studiuje, powiedzmy 30 osób i wymiksuje się 10, a inaczej kiedy studiuje 8 osób i nie przyjedzie 3. Wiem, że czeka mnie intensywny dzień z pobudką o 4 rano(w sumie nic nowego) i powrotem o kosmicznej porze(ach, ta komunikacja publiczna, nawet prywatna - i tu nasuwa mi się pytanie, czy prywatną komunikację można nazwać publiczną w sensie logicznym?), ale niesamowicie cieszę się na ten wyjazd. Nawet jeżeli ma się on odbyć kosztem zajęć w Oratorium i próby scholi.
Trochę późno w tym roku rozpoczynamy zajęcia z dzieciakami. Niestety, nie ode mnie to zależy. Za to ode mnie zależą zajęcia, powiedzmy że wyrównawcze, z panem M. A przy okazji, od czasu do czasu, dołączy się do nas pan B., klasowy kolega M. Dobrze, że Oratorium jest dostępne, przynajmniej mam gdzie z nimi siedzieć. Śmieję się, że dzięki nim w końcu przerobię materiał z matematyki dla klasy siódmej. Bo tak jak już kiedyś pisałam, pominęłam program matematyki obejmujący zakres pierwszej klasy gimnazjum. A przy okazji tłumaczę ananasom moją ulubioną fizykę. Zresztą nie tylko jemu, ale i Młodszej. Nawet nie przypuszczałam, że materiał rozszerzonej fizyki(w liceum byłam na podstawie) może być taki fascynujący(matematykę też jej tłumaczę, lecz w podstawowym zakresie). Młoda, widząc stosy "nie moich" podręczników do przedmiotów ścisłych, po trochu się nabija, że cofam się w rozwoju, ale ja po prostu chcę być na bieżąco z tym, co oni robią. Czytam sobie je w wolnych chwilach, np. jadąc w południe na zabiegi rehabilitacyjne na "Hutę Katowice". W 20 minut spokojnie można przerobić jeden temat.
Poza tym po wakacyjnej przerwie wróciłam do treningów lekko atletycznych(dostałam "dobrą" grupę startową, trzeba to wykorzystać), a także, po kilkuletniej... do pływania. Niestety, aby pogodzić pływanie z bieganiem i innymi rzeczami, zdecydowałam się na trenowania w Tychach. W praktyce oznacza to dojazd minimum 1,5 godziny w jedną stronę. Trochę hardgor, ale na razie daję radę. Przynajmniej mam kiedy czytać książki inne niż podręczniki szkolne :). Co prawda we wtorki i w czwartki padam po powrocie do domu na mordkę(nie pytajcie o której wracam...), za to dawno mi się tak dobrze nie spało. Trochę się boję co będzie zimą, może na ten okres podaruję sobie dojazdy.  
A co u Was ciekawego słychać? Zamieniam się w słuch...

piątek, 27 września 2019

1027. Błędy są po to, aby się na nich uczyć, okazje - by z nich korzystać

Wraz z upływem lat coraz częściej przekonuję się, jak bardzo moje życie zależy ode mnie samej. Nie od rodziny, nie od znajomych i ,,dobrze radzących'', ale mnie. Dlatego coraz częściej idę za głosem serca połączonego z głosem rozumu. Czasami się sparzę, to fakt, ale po to są błędy, aby się na nich uczyć. Okazje zaś są po to, żeby z nich korzystać.
Niedawno stanęłam przed pewnym dylematem - miałam dwie możliwości wyboru: albo poddać się bez podjęcia walki, albo zaryzykować. A ponieważ kto nie ryzykuje ten nie pije szampana, postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. Pewnie będzie ciężko(co nie oznacza, że trudno), być może będę miała chwilę zwątpienia, a po moich policzkach potoczy się niejedna łza rozpaczy i złości (w końcu jestem tylko szarym człowiekiem, nie żadnym herosem). A jednocześnie wiem, że może być pięknie i wspaniale. Wiem, że dobre chwile będą się przeplatać z tymi złymi. Bo takie jest to nasze życie - moje, i każdego z Was.
Nie wiem co przyniesie mi przyszłość, zarówno ta bliższa, jak i ta dalsza. Nie wiem na jaki meander rzuci mnie moja rzeka życia. Nie wiem, czy się potłukę, czy tylko nieznacznie obiję. Wiem tylko tyle, że będę chciała walczyć do końca, tak samo jak walczę podczas biegów ulicznych. Zapisując się na nie wiem, że będę daleko za zwycięzcami. A jednak wkładam dres i obuwie sportowe i biegnę przed siebie. Biegnę nawet wtedy, gdy nie mam sił. Bo przecież inaczej nie dotrę do celu.

I na koniec dziękuję Małgosi X oraz Basi P. za przepiękne kartki i książkę. A przede wszystkim za pamięć. Sprawiły mi one dużo radości. I osłodziło nieco kolejną scysję z J. Nie ogarniam tej kobiety - tym razem przyczepiła się o to, że chwilowo nie mam komputera... Choinka, celowo go przecież nie uszkodziłam, mnie też jest bez niego ciężko, bo z każdym dniem niektóre sprawy się mnożą (posty piszę na komórce, zresztą nie mojej, od 1,5 godziny, na komentowanie Waszych blogów już nie mam siły, ale w tym wszystkim blogosfera to najmniejszy problem), a ta ma jeszcze pretensję, że jej nie poinformowałam, o braku komputera. Nie wiem o co się tak piekli, bo system otwiera się dopiero w połowie października, do tego czasu nic się nie zrobi. Komputer zaś wraca z serwisu po 6, więc nie wiem o co te pretensje w moim kierunku. A może po prostu ten typ tak ma?

wtorek, 24 września 2019

1026. Lepiej późno niż wcale

Udało mi się załatwić drugą w tym roku wizytę u neurologa. Nie wiem jak mi się to udało, w każdym razie zrobiłam to na początku roku, kiedy kalendarz specjalisty nie był jeszcze zapełniony przez terminy wizyt pacjentów. Z drugiej strony spodziewałam się w tym okresie ot otrzymania z ZUSu papierów do wypełnienia na komisję w celu ponownego przyznania mi renty socjalnej, więc nie było na co się oglądać. Papiery mam już wypełnione i zaniesione do placówki, teraz tylko trzeba czekać na termin komisji. 
Przy okazji zapisałam się do szpitalnej poradni rehabilitacji. Generalnie jak byłam ostatni raz u neurologa poprosiłam o skierowanie na rehabilitację. Z samym skierowaniem nie ma problemu. Gorzej z terminami. Kiedy po otrzymaniu skierowania tradycyjne poszłam na zakład rehabilitacji w celu ustalenia terminu  zabiegów, jako osobie z umiarkowanym stopniem niepełnosprawności dostałam termin na... grudzień 2023 r. Tak, tak, dobrze czytacie(nawet ostatnio rozmawiałam o tych terminach z panią D., tą samą, którą kilka razy zastępowałam, np. jej 89 letni teść ma czekać 1,5 roku, a gdyby ona w czerwcu nie poszła prywatnie na zabiegi to też musiałaby trochę czekać). Nikt mi jednak nie powiedział, że tego typu sprawy najlepiej załatwić przez poradnię rehabilitacji. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że neurolog dała mi skierowanie do takiej poradni, ja jednak byłam święcie przekonana, że jest ona do zewnętrznej poradni (podczas wizyty wspomniałam, że chciałbym też skierowanie poza szpital - inni mi podpowiedzieli, aby próbować też się dostać na zabiegi na słynną ,,Hutę Katowice''). Po rozmowie z tatą zdecydowaliśmy, że na ,,Hutę...'' zapiszę się i prywatnie(tata mi opłaci zabiegi) i państwowo. W efekcie zabiegi mam już od przyszłego tygodnia, a na te państwowe już sobie poczekam. 
Jednak ten szpital nie dawał mi spokoju. Tym bardziej, że coraz więcej osób namawiało mnie, abym załatwiła to przez kierowniczkę zakładu. W końcu trzy tygodnie temu poszłam do rejestracji zakładu. I wtedy pani z rejestracji uświadomiła mi, że powinnam już w czerwcu przyjść z tym skierowaniem do poradni. Udało się jej jednak tak ustalić mi termin, abym za jednym zamachem załatwiła neurologa i rehabilitanta.
Sama wizyta przebiegła w dość sympatycznej atmosferze. Lekarka to moja znajoma z parafialnej scholii, więc ogólnie zdziwiła się wiem że tak późno do niej trafiłam. A ja poprostu nie chciałam nadużywać moich moich znajomości. I tak dziwnie się czułam kiedy powiedziała mi, że przyspieszy moje zabiegi tak szybko, jak tylko się da. Najchętniej zapisałaby mnie od razu, ale wszyscy fizjoterapeuci w zakładzie znowu strajkują(a nie wierzyłam, kiedy podali tą informację w ogólnopolskim radiu). Mam jednak śledzić wszystko w mediach i kiedy strajk się zakończy, to mam po prostu do niej przyjść. Wiecie, myślałam że dobrze będzie jak uda mi się dostać chociaż na początek przyszłego roku, a tutaj prawdopodobnie załapię się jeszcze w tym roku. Oczywiście sumienie mnie trochę gryzie(pewnie nie słusznie), ale z drugiej strony ,,ciocia'' sama przyznała, że w moim przypadku rehabilitacja dwa razy w roku to minimum z minimum i żadna ustawa nie powinna tego regulować. Mam tylko nadzieję, że kiedy skończy się strajk to nie najdą mnie wątpliwości i udam się do niej w celu ustalenia terminu.

I taki ,,kwiatek'' z poczekalni:
Podchodzi do mnie starszy mężczyzna i pyta:
- Długo już się pani z tym męczy?
- Prawie 29 lat.
- Długo...
Hmm... ciekawe co by powiedział za 20 lat? A swoją drogą ja się z tym nie męczę, ja po prostu z tym żyję.

niedziela, 22 września 2019

1025. Rozmyślania wieczorową porą

Czasami zastanawiam się, dlatego ludzie w ocenianiu innych tak często kierują się stereotypami. Podaruję sobie przykłady, bo mogłabym nimi strzelać jak z karabinu. Niekiedy mam wręcz wrażenie, że całe moje życie składa się z walki z nimi. Oczywiście są ludzie, również w blogosferze, którzy nie patrzą na mnie przez pryzmat niedoskonałości, a osobowości, jednak jest to zdecydowana mniejszość.
A przecież można po prostu opierać się na zaufaniu naszym umiejętnościom. Można postrzegać nas jako indywidualne jednostki, a nie całą zbiorowość. Można, ale trzeba tego chcieć. A że wielu ludziom się nie chce... Najlepsze w tym wszystkim jest to, że w 90 % po wykonaniu zadania słyszę ochy i achy wraz ze stwierdzeniem,  że dana osoba nie spodziewała się tego, że mnie, właściwie niepiśmiennej i niezbyt komunikatywnej osobie wszystko tak dobrze pójdzie. Zawsze muszę więc udowadniać, że mimo wszystko jestem w stanie zrobić wiele rzeczy. I tak przez cały czas.
Nie wiem ile jeszcze tak wytrzymam. Bo ja też mogę przestać walczyć o swoje życie i swoją godność. Może po prostu zabraknąć mi na to siły.

sobota, 21 września 2019

1024. W miejscu które znamy też można się zgubić

Jedni chodzili na kremówki po maturze.
Inni po biegu ulicami Wadowic.
A jeszcze inni mają opcję ,,ful wypas'' - czyli kremówki i po maturze, i po biegu w papieskim mieście(a czasami to nawet za sam wolontariat).
Domyślacie się, do której grupy należę?
W każdym razie jak dla mnie kremówka nigdzie nie smakuje tak dobrze jak tam - w Wadowicach.
Kocham to niewielkie galicyjskie miasteczko  z farą w rynku i otaczającymi go romantycznymi kamieniczkami. Lubię szum wody w Skawie i liści na drzewach rosnących w parku. Lubię też stukot butów o tamtejszy bruk.
To tam, przy plusku wody w fontannie na rynku (ach, kto jeszcze pamięta starą poczciwą fontannę), w cieniu rzucanym przez iglaki, powstały pierwsze moje wiersze i bajki. Albo na zboczu Górki Karmelickiej. Siadało się z kuzynostwem i wymyślało mniej lub bardziej realne historie. A oni słuchali ich z rozdziawionymi buziami.
Dzisiaj miałam okazję poznać Wadowice od innej strony. Ostatnio, jak pewnie już to zauważyliście, poświęcam się wolontariatowi sportowemu. Ale przecież ja też uprawiam sport. Wiecie też, że marzę o tym, żeby w przyszłym roku pobiec 10 kilometrów ulicami Wadowic(i chyba położonej tuż obok Zawadki - a przez Zawadkę mój tata chodził do szkoły w Wadowicach). Do tego wydarzenia mam jeszcze trochę czasu(będzie w maju przyszłego roku), dlatego postanowiłam zmierzyć się z o połowę krótszym dystansem, też w Wadowicach.



Od dwóch lat jest bowiem organizowany ,,Wadowicki Bieg Dobroczynności'' na takim właśnie odcinku. Już  rok temu chciałam pobiec, przerosło mnie jednak wykonanie opłaty startowej (organizator nie przewidział dokonania jej przelewem tradycyjnym, tylko internetowym, ja zaś mam tylko tradycyjne konto w banku). W tym roku było podobnie, ale organizator wprowadził usługę TRISTO, dzięki czemu mogłam wystartować. To dobra wiadomość. Była jednak i zła - kiedy na stronie wydarzenia opublikowano mapkę biegu, okazało się że większa jego część biegnie przez gorzej mi znaną lewą część miasta(jeżeli uznać, że od rynku w stronę Tomic jest jego lewą część, a w stronę Gorzenia Dolnego i Górnego - prawa). Tymczasem ja lepiej znam prawą część miasta, w lewej orientuję się te o ile. To jednak o wiele za mało aby dać sobie radę. Na stronie była co prawda mapka trasy, ale przecież nie będę biegła z mapką w rękach, ze względów bezpieczeństwa. Żeby było ciekawiej, to na mapce nie było zaznaczonego nawet kierunku biegu... Na początku łudziłam się jeszcze, że może niektórzy ludzie nie będą biec tak szybko, a dzięki temu będę wiedziała gdzie biec, ewentualnie, że będą jakieś drogowskazy. Tja, pobożne życzenia. Najpierw, na wysokości szpitala miejskiego zgubiłam ludzi, a potem wybiegając z ulicy Spadzistej sama się zgubiłam i zamiast polecieć w dół w kierunku ulicy Lwowskiej, pobiegłam w górę w Aleję MB Fatimskiej. Coś mi jednak nie grało (nie przypominałam sobie, aby trasa biegu przebiegała obok kościoła św Piotra Apostoła i zawróciłam. Na szczęście u skrzyżowania Alei MBF z ulicami Lwowską i Kościelną stał strażnik miejski, który pokierował mnie dalej (szkoda, że nikt nie stał na Spadzistej i MB Fatimskiej, bo nie traciła bym energii i, nie ukrywajmy, czasu. Nie biegłam co prawda po któreś z trzech miejsc, co nie oznacza, że nie chciałam poprawić życiówki na tym dystansie. Moja obecna wynosi 43 minuty z hakiem i została ustanowiona w listopadzie ub. r. podczas Biegu na 5. Taki wynik pozwoliłby mi się zmieścić w dzisiejszym teoretycznym limicie 45 minut, ale przecież śmiało mogłam to poprawić. Co prawda dalsza trasa była raczej znośna(nie licząc dwóch sporych podbiegów, ale taki teren i nic się nie poradzi) i nawet znalazł się Pan zamykający bieg (na czas imprezy zamknięty jest ruch uliczny i dopóki on nie przejdzie żaden samochód nie ma prawa przejechać - tutaj przepraszam wszystkich kierowców, zwłaszcza tych z ul. Mickiewicza, że musieli tyyyle czekać), który nieco kierował mnie do końca, ale sytuacja z początku biegu tak wyzuła mnie z sił, że nie byłam w stanie pobiec na miarę swoich możliwości.
Na miejsce, wśród oklasków innych zawodników i kibiców(zresztą po drodze oklaskiwali mnie też przypadkowi przechodnie) wbiegłam 54 minuty i 4 sekundy po starcie. Gdybym się postarała, byłyby 53 minuty. Skąd znam wynik? Otóż pomimo informacji, że po przekroczeniu limitu minut, czas może już nie być mierzony, mnie i tak przyszła informacja z wynikiem, jaki uzyskałam. Ale wcześniej na mojej szyi zawisł pamiątkowy medal. W depozycie wraz z plecakiem(dobrze, że nie podrzuciłam go ciotce) dostałam kremówkę (wszak trzeba jakoś uzupełnić kalorie) oraz butelkę wody mineralnej(a było bardzo gorąco).
już bliżej niż dalej 
upragniona meta 
Ogólnie nie uważam biegu za zły, bo wydaje mi się, że gdyby nie tamto skrzyżowanie, to wszystko byłoby po mojej myśli. Zwłaszcza, że wystarczyło kogoś tam postawić. Czy wystartuję za rok? Myślę że tak, tym bardziej że znam trasę, a prawda jest taka, że wystarczy jak raz zobaczę na żywo jakąś drogę i już na drugi raz potrafię nią przejść. Gorzej jak ją zmienią. No nic, wtedy będziemy się martwić...
Pamiątki biegu 

środa, 18 września 2019

1023. Kotek - Kłopotek

Kotek - Kłopotek
Chcecie kotka?
Oto kotek.
Kotek, co się
zwie Kłopotek.
Lubi z ranka 
mleczko pić.
Lubi też o
mleczku śnić.
Ma on mamę,
ma on tatę.
Chętnie bawi się
też z bratem.
Razem psocą,
figle robią.
Raz za razem
coś przeskrobią.

Od zawsze lubiłam malować farbami. Najpierw w domu, potem w przedszkolu, aż w końcu na lekcjach w szkole. Doszło do tego, że kiedy byłam mała, to tata nazywał mnie drugim Matejką, co strasznie mnie denerwowało. Ale skąd w wieku 5 lat miałam wiedzieć, kto to był Matejko.
Oczywiście malowałam "na swoich zasadach", bo z powodu spastyki i atetozy dłoni nie jestem w stanie robić to w, powiedzmy, naturalny sposób. Kiedy inni siedzą przy stole, czy też sztalugach i trzymając pędzel w dominującej dłoni tworzą prawdziwe dzieła sztuki, ja muszę stać nad stołem i nie dość, że trzymam pędzel w lewej, sprawniejszej ręce, to jeszcze prawą podtrzymuję sobie tą lewą w nadgarstku, aby wykonać bardziej precyzyjne ruchy. Skomplikowane? Wybaczcie, nie pomyślałam, aby strzelić fotkę tego wszystkiego, dla zobrazowania całej sytuacji. Jedno jest pewne - do dzisiaj dziękuję wszystkim moim nauczycielkom plastyki za wyrozumiałość dla moich dziwactw.
Spod pędzla nie zawsze wychodziło to, co chciałam. Ten kotek też nie do końca wyszedł mi taki, jak chciałam(czy on w ogóle przypomina kotka?). Ale jest, chociaż nadgarstek boli od napiętych mięśni. A przy okazji powstał powyższy wierszyk, bardziej dla dzieci, niż dla dorosłych. Bo niemal zawsze tworzeniu jakiejś pracy towarzyszy powstanie na jej temat jakiegoś wierszyka bądź opowiadania. To jeszcze jedno z moich dziwactw. 
Obrazek zaś powstał dla Olinka na jego urodziny. Dodatkowo do koperty wrzuciłam też kartkę z życzeniami i historię o św. Franciszku w wersji dziecięcej, czytaną przez Zbigniewa Zamachowskiego. 

Przed chwilą dzwoniła do mnie pani J. ze Sz.P. z wiadomością, że ona nie potrafi sobie wyobrazić mojej pracy z kimś innym niż z nią. Wrrr... upierdliwe babsko(za przeproszeniem) ze zbyt słabą, a może wręcz stereotypową wyobraźnią. Ale ja w dalszym ciągu byłam nieugięta. Nie, nie i jeszcze raz nie! Ja też mam prawo do swojego zdania. Tym bardziej, że znowu zapowiada mi się bardzo pracowity czas.

wtorek, 17 września 2019

1022. "Jaki Bóg się nami zaopiekuje, skoro go zewsząd wygnano?"

Powyższe zdanie wyczytałam dwa lata temu w książce "Katyń. Post mortem". Tej samej, na której motywach Andrzej Wajda oparł film pod tym samym tytułem. Aż żal, że nie zawarł go w swoim dziele. Bo czytając książkę pomyślałam sobie, jak bardzo jest ono wymowne. Zwłaszcza z perspektywy wywiezionych do Związku Radzieckiego jeńców wojennych.
17 września 1939 roku napadnięta przez Niemców Polska została po raz drugi zdradzona, tym razem przez Sowietów, którzy napadli na nią od Wschodu. Dla wielu Polaków, którym przez pierwszych 17 dni wojny udało się dotrzeć za Bug i San, był to niewątpliwie szok. Szybko okazało się, że zawarty 23 sierpnia tego samego roku Pakt Ribbentrop - Mołotow, mający przeciwdziałać agresji, był tak naprawdę IV rozbiorem naszego kraju. Zrozpaczeni cywile musieli wracać do swoich domów, nierzadko po kilkaset kilometrów na nogach, tysiące żołnierzy Wojska Polskiego zostało zaś wywiezionych jako jeńcy wojenni w głąb ZSRR. Dla zdecydowanej większości z nich była to podróż w jedną stronę. Jechali z nadzieją, że zostaną ochronieni przez konwencję międzynarodową, tymczasem wielu z nich w kwietniu następnego roku skończyło swoje życie poprzez strzał w tył głowy. 
Zanim jednak to się stało, tysiące jeńców trafiły do tymczasowych obozów, przerobionych najczęściej z potężnych, prawosławnych monasterów. Wschodnie monastery swoją strukturą przypominają zachodnie klasztory. W celu przygotowania ich na przyjęcie liczby ludzi liczonych w setkach(jeśli nie tysiącach), musiano usunąć z nich nie tylko prawosławnych mnichów, ale i ich sakralne wyposażenie. Sam budynek jednak w dalszym ciągu zachował swój dostojny, majestatyczny wygląd przypominając wszystkim, że jest Ktoś jeszcze, Ktoś, na kogo zawsze mogą liczyć, o ile Mu zaufają. Czując Ten majestat i widząc ogołocone ze wszelkich świętości to święte miejsce, przebywający w obozie główny bohater opowieści, rotmistrz Andrzej, zastanawia się, jakby sam siebie pytając - "Jaki Bóg się nami zaopiekuje, skoro go zewsząd wygnano". Nie wiem dlaczego, ale czytając to zdanie, coś we mnie pękło, wydało mi się takie prawdziwe, takie aktualne, takie ponadczasowe... 
Wróćmy jeszcze do tamtych jeńców wojennych, wywiezionych do obozów we wrześniu 1939 roku. Wielu z nich było ludźmi wierzącymi, praktykującymi. Z drugiej strony na pewno im było łatwiej, ponieważ niemal pewne jest to, że do obozów przewieziono również wielu księży kapelanów wojskowych. Chociaż praktyki religijne były zakazane, a na pewno szeroko ograniczone, podejrzewam, że podobnie jak to było pokazane na filmie Wajdy, w miarę możliwości starali się sprawować swoje funkcje duchowne, chociażby w ukryciu. Ilu ludziom dali przez to nadzieję, że Bóg jednak opiekuje się swoimi wiernymi? Ilu jeńcom udzielili ostatniego rozgrzeszenia przed ich ostatnią drogą? A przecież i ich spotkał ten sam los...
Pierwszy września 1939 roku nie powinien mieć nigdy miejsca. Gdyby nie tamten dzień, być może nie byłoby 17 września i dalszych dramatycznych wydarzeń, a gdyby nie 17 września, to siłą rzeczy uniknięto by kwietnia następnego roku. Wreszcie unikając kwietnia 1940 roku, nie byłoby też 10 kwietnia 2010 roku. Jedno wydarzenie - niezliczona liczba jego następstw. A ogromne monastery, być może stojące w tych samych miejscach po dzień dzisiejszy, nie byłyby niemymi świadkami ogromnej tragedii polskiego narodu. 

Jeńcom z września 1939 r.

Stali na peronie,
w swoich wojskowych mundurach,
w rogatywkach z polskim orzełkiem.
Żegnali swoich najbliższych,
szepcząc swym lubym na ucho:
"Nie płaczcie, my zaraz wrócimy,
niech tylko ta wojna się skończy".
Pisali w listach do Polski,
że dobrze im jest w niewoli,
i tęsknią do swoich najbliższych.
Monastyr był ich schronieniem,
i choć w nim Bóg był z majestatu obnażony,
wierzyli w Jego opaczność,
że przyjdzie im wraz z wolnością.
Nie przyszła wolność, 
lecz śmierć.
I tylko od grubych ich ścian,
po dzień dzisiejszy odbija się proste pytanie:
"Jaki Bóg się nami zaopiekuje, skoro go zewsząd wygnano?"

sobota, 14 września 2019

1021. Jak walczyć, to do końca

Po szkoleniu(11 września 2019 r)
Ostatnie trzy dni spędziłam na wolontariacie w ramach 10 memoriału im. Kamili Skolimowskiej, który kolejny raz z rzędu odbywał się na słynnym Stadionie Śląskim w Chorzowie. Co prawda samo wydarzenie trwało zaledwie 3,5 godziny(z czego na transmisję telewizyjną przeznaczono 1,5 godziny), mnie jednak przydzielono do biura zawodów mieszczącego się w jednym z katowickich hoteli, przez co moja służba trwała aż trzy dni. Z drugiej strony nie było tak tragicznie jak by się mogło zdawać - jedna zmiana trwała zaledwie 4 godziny, tak więc nawet wczoraj zdążyłam na nabożeństwo fatimskie podczas którego czytałam jedno z rozważań. Zresztą wczorajszy dzień był dosyć dziwny, bo w hotelu nie było nic do roboty, więc dano nam ulotki informujące o memoriale i kazano nam je roznieść. Dzisiaj działo się najwięcej. Do hotelu zgłaszali się ostatni lekkoatleci, bo musieli mieć akredytacje, bez której nie zostaliby wpuszczeni na stadion, a wydawano je właśnie w biurze zawodów, czasami trzeba było coś wytłumaczyć, choćby po angielsku. Czyli pracy nie brakowało, chociaż z drugiej strony wydaje mi się, że ta druga zmiana miała trochę gorzej, a na pewno - intensywniej.
Z racji tego, że nasz dyżur kończył się o 13:00, a dzisiejsze zawody rozpoczynały się dopiero o 16:00, razem z koleżanką udałyśmy się jeszcze na Stadion Śląski.  Ja, ponieważ chciałam pooglądać na żywo zmagania lekkoatletów. Ona, bo się tam z kimś umówiła. W ostateczności i ona i ja dostałyśmy dodatkowe zadanie do wykonania. Nie wiem co robiła J., ja w każdym razie zostałam ustawiona na bramce nr 5 i miałam rozdawać programy imprezy. Jeszcze przed udaniem się na bramkę zapytałam się koordynatorkę wolontariatu, czy mogę o tej 16:00 iść na stadion, bo bardzo chciałabym obejrzeć sobie zmagania lekkoatletów. K. nie widziała problemów(wszak od rana byłam na posterunku), co bardzo mnie ucieszyło. Potem przez jakąś godzinę rozdawałam te całe ulotki, a przy okazji spotkałam jedną znajomą rodzinkę. H., o którym już kilka razy wspominałam na blogu, z jednej strony był zaskoczony tym, że mnie widzi, a z drugiej śmiało wypytywał mnie o różne rzeczy.
Wraz z rozpoczęciem się imprezy weszłam na stadion, a ponieważ miałam plakietkę wolontariusza, mogłam iść w miejsca niedostępne dla zwykłego widza. Dzięki temu dostałam się na miejsca tuż przy samej linii mety biegów. Nie ukrywam, że bardzo mi na tym zależało, ponieważ chciałam obejrzeć zarówno biegi paraolimpijczyków(w których brali też udział moi znajomi, jak i zmagania RaceRunningu(o którym pisałam Wam w >>tym<< poście). I szczerze muszę przyznać, że ten ostatni sport wzbudził wśród publiczności najwięcej emocji. Nie wiem, czy pokazali tą konkurencję w transmisji telewizyjnej, ale co innego oglądać to w telewizji(kiedy można np. zmienić kanał), a co innego na żywo. A tutaj proszę - każdy z tych niepełnosprawnych sportowców do końca walczył głównie z samym sobą i swoimi ograniczeniami. Publiczność dopingowała ich okrzykami oraz oklaskami, a na koniec niektórzy nawet  nagrodzili ich owacjami na stojąco, kiedy wykonywali honorową rundę dookoła stadionu na swoich rowerach. Chciałam Wam nawet nagrać jeden bieg, ale nie dałam rady z ostrością, wybaczcie.
I chociaż na memoriale padło wiele wspaniałych wyników, to jak dla mnie wszyscy ci niepełnosprawni sportowcy byli zwycięzcami. Bo ani jeden się nie poddał w walce. Bo nikt z publiczności nie wyszedł podczas ich biegi ze stadionu. Bo pokazali swój hart ducha i to, jak się walczy do końca. Mam nadzieję, że przyjdą jeszcze takie czasy, że w telewizji nasze zmagania będą pokazywane podczas naszych mistrzostw czy też Olimpiad, a nie tylko przy okazji tych przeznaczonych głównie dla pełnosprawnych. Bo my też potrafimy pokazać emocjonujące zmagania. A tak, mimo wszystko, pozostaniemy zawsze w cieniu wielkich pełnosprawnych sław sportu. A dzisiaj cieszyłam się, że zarówno zwycięscy w biegu paraolimpijczyków na 100 metrów w kategorii męskiej i damskiej oraz RaceRunningu w tych samych kategoriach odebrali puchary na równi z innymi najlepszymi sportowcami. Wszyscy, zarówno sprawni, jak i niepełnosprawni, pokazali klasę i ducha walki. I oczywiście z niecierpliwością oczekuję Igrzysk Paraolimpijskich w 2024 roku, kiedy RaceRunning stanie się oficjalnie jedną z ich konkurencji. Kto wie, być może dane będzie zobaczyć je w telewizji...

środa, 11 września 2019

1020. Historia setek dzieci, które tego dnia straciły kogoś ważnego

11 września 2001 roku na zawsze odcisnął swoje piętno w najnowszej historii naszego świata. W nieludzkim i niewyobrażalnym zamachu, jaki miał wtedy miejsce po drugiej stronie oceanu, zginęły tysiące ludzi. Setki dzieci straciły na zawsze matki, ojców, babcie i dziadków. Jednym z nich jest Oskar, fikcyjny bohater książki Jonathana Safrana Foera - "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" oraz filmu nakręconego na jej podstawie pod tym samym tytułem.
źródło

Tytuł: "Strasznie głośno, niesamowicie blisko"
Autor: Jonathan Safran Foer
Wydawnictwo W.A.B
Warszawa 2012
Ilość stron: 496

Mały Oskar mieszka z rodzicami w Nowym Jorku. Z obydwojga ma doskonały kontakt, jednak silniejsza więź łączy go z ojcem, Thomasem. To on wymyśla dla synka różne misje, które mają pomóc mu przezwyciężyć własne obawy i lęki, a przy okazji są fantastyczną przygodą dla chłopca. 10 września wieczorem opowiada mu o legendarnej Szóstej Dzielnicy miasta, która aktualnie znajduje się na Antarktydzie pod lodem. Oskar nie do końca wierzy tej opowieści, ale cieszy się, że ojciec poświęca mu swój czas.
Szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo ośmiolatka kończy się wraz z następnym dniem, 11 września 2001 roku, kiedy w czasie wbicia się samolotów w wieże WTC Thomas znajduje się w jednej z nich na spotkaniu. Udaje mu się jeszcze dodzwonić do domu i zostawić kilka wiadomości na sekretarce domowego telefonu. Wiadomości te słyszy zwolniony wcześniej ze szkoły Oskar. Nie wie jeszcze, że słyszy głos ojca po raz ostatni, nie wie, że już go nigdy nie zobaczy. Nawet pogrzeb Thomasa był symboliczny - ponieważ jego ciało nie zostało nigdy odnalezione, w ziemi spoczęła pusta trumna.
źródło zdjęcia
Mija rok. Oskar buszując w szafie z rzeczami ojca przypadkowo strąca stojący na jednej z półek wazon. Ten rozpada się na drobne części, a z jego wnętrza wypada koperta z napisem "Black", a z niej mały kluczyk. Chłopiec, biorąc to wszystko za ostatnią misję od ojca, postanawia znaleźć jej właściciela. Pokonując swoje lęki(najprawdopodobniej będące następstwem Zespołu Aspergera* oraz szoku po tamtym dniu) za pomocą tamburynku z uporem puka od drzwi do drzwi osób z nazwiskiem Black szukając tego, do kogo należy intrygujący go przedmiot. Przez pewien czas towarzyszy mu sąsiad z tym nazwiskiem oraz tajemniczy staruszek, sublokator babci chłopca, który porozumiewa się ze światem za pomocą zeszytów. Chociaż każdy krok okazuje się tym niewłaściwym, Oskar nie poddaje się i w dalszym ciągu szuka tego właściwego zamka od klucza. Poznaje przy tym kolejnych ludzi, ich historie oraz zmartwienia. Czy uda mu się jednak rozwiązać tą tajemniczą zagadkę pozostawioną przez ojca, a przy okazji rozwiązać pewną rodzinną tajemnicę?
źródło zdjęcia
Książka, chociaż porusza trudny temat jakim jest strata rodzica w życiu małego dziecka(dla mnie każde dziecko w wieku do 10 lat jest jeszcze małe, co nie oznacza, że nie traktuję go poważnie), napisana jest bardzo przyjaznym językiem. Dzięki pierwszoosobowej narracji poznajemy uczucia, jakie targają Oskarem zarówno przed Tamtym Dniem, jak i podczas samych wydarzeń oraz potem. A te uczucia bywają różne. Czasami narracja może wydawać się nawet nieco chaotyczna, ale to najlepszy dowód na to, co dzieje się w duszy i umyśle kilkulatka. Oskar ma swój świat, swój punkt widzenia, który nie zawsze jest rozumiany przez innych(o czym świadczy chociażby scena podczas zajęć szkolnych). A jednocześnie jest bardzo wrażliwy, nawet może zbyt wrażliwy jak na otaczającą go rzeczywistość, która bywa okrutna. Nie oznacza to jednak, że jest mięczakiem. Umie kombinować, a nawet kłamać. Jest też trochę naiwny - pisze listy do znanych osób(np. Stephena Hawkinga) z propozycją pracy dla ich przedsięwzięć. Nie zraża się jednak swoim niepowodzeniem w tej kwestii i ciągle pisze.
źródło książki
Ciekawa jest też sama kompozycja książki. Opowieść Oskara przepleciona jest listami napisanymi przez milczącego sublokatora mieszkającego z jego babcią. Chociaż łatwo jest przewidzieć, kto tak naprawdę kryje się pod otoczką milczenia, to warto je przeczytać, aby nie tylko poznać motywy jego postępowania, ale też przekonać się o ogromnej miłości, jaką darzył swoją rodzinę. Od czasu do czasu na kartkach powieści zobaczymy różne zdjęcia. Wśród nich znajdziemy takie, które Oskar mógł zamieścić w swoim zeszycie zatytułowanym "Rozmaitości, na które natrafiłem", zobaczyć w telewizji bądź na żywo, podczas swoich poszukiwań. Zaskoczyły mnie też ostatnie strony - możemy w nich natrafić na postać, która wpada(tak, tak, wpada) do budynku WTC, a nie z niego wypada. Trzeba tylko odpowiednio "zaczarować" książką.
źródło zdjęcia
Jedyne co mnie rozczarowało to zakończenie książki. Pewnie popełniłam ten błąd, że najpierw obejrzałam film(nie wiedziałam wtedy jeszcze nic o papierowej wersji), a potem, a właściwie teraz przeczytałam powieść. Epilogi obydwóch wersji trochę się od siebie różnią i z bólem serca muszę przyznać, że ten filmowy bardziej do mnie przemówił, ponieważ spinał klamrą całą fabułę i stanowił podsumowanie opowieści Thomasa o istnieniu Szóstej Dzielnicy, nie ważne czy ona istniała, czy też nie. W książce tego zabrakło, co sprawiło, że zakończyła się dla mnie tak... nijak. Ale jest to właściwie jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić.
Kończąc czytać naszła mnie refleksja, że książka mimo wszystko jest świetna. Nie opowiada wprost o wydarzeniach z 11 września, ale raczej o ich następstwach. Jest w niej o stracie kogoś najbliższego, ale też o radzeniu sobie z tą stratą. O niezrozumieniu, które jest niczym, kiedy coś naprawdę nas interesuje. W końcu o miłości, która jest silniejsza od śmierci, bez względu na to, w co i jak wierzymy. To książka o życiu, którego nie może przekreślić żadna, nawet największa tragedia.

A na koniec kilka faktów związanych z tym, co się stało 18 lat temu:

FAKT 1: Domniemani zamachowcy mimo posiadania broni nie mieli żadnych problemów przy odprawie - Uzbrojonym braciom al-Hazmi oraz ich domniemanym wspólnikom bez problemów udało się przejść przez punkt kontroli bezpieczeństwa na lotnisku Waszyngton-Dulles, chociaż znajdowali się na liście amerykańskich służb bezpieczeństwa lotów. Trafiają na nią osoby, które należy dokładnie skontrolować. Podczas przechodzenia przez bramki czterech z pięciu mężczyzn wielokrotnie uruchomił się alarm wykrywacza metalu. Chociaż z powodu błędów w dokumentach podróży przeszukany został bagaż braci al-Hazmi, nie znaleziono w nim jednak niczego niepokojącego. Nawet kiedy strażnicy zauważyli w tylnej kieszeni jednego z nich niezidentyfikowany przedmiot, nie przeprowadzili dokładniejszej kontroli(w czasie śledztwa stwierdzili, że jest to 10-centymetrowy nóż do tapet. Także pozostałym czterem domniemanym zamachowcom udało się przemycić noże do samolotu. Około godziny ósmej wszyscy siedzieli już w samolocie lotu nr 77, który później uderzył w Pentagon.
FAKT 2: Wszystkie zapisy danych lotów wskazują na centralne sterowanie - Podczas porwania samolotów domniemani sprawcy nie mogli się ze sobą komunikować. Mimo to w ciągu zaledwie ośmiu minut miały miejsce następujące wydarzenia: godz. 8:46 - uderzenie maszyny(lot nr 11) w północną wieżę; godz. 8:47 - wyłączenie transpondera lotu 175, godz. 8:51 - zmiana lotu nr 175 w stronę Nowego Jorku; godz. 8:54 - zmiana lotu nr 77 w kierunku Waszyngtonu. Pojawia się pytanie w jaki sposób domniemani zamachowcy mogli przeprowadzić tak precyzyjne manewry jeden po drugim bez porozumiewania się ze sobą. Wiadomo, że te operacje nie mogły zostać z góry uzgodnione, co do minuty, ponieważ wszystkie cztery maszyny wystartowały z pewnym opóźnieniem. Jeśli ta równorzędność zdarzeń nie jest przypadkowa, wyjaśnieniem pozostaje centralne sterowanie maszyn i ich pilotów z zewnątrz.
FAKT 3: W momencie ataku na USA prezydent Bush był niezdolny do działania - 11 września 2001 George W. Bush przypominał bardziej marionetkę niż głowę państwa. Bezpośrednio po drugim uderzeniu szef sztabu na oczach kamer wyszeptał do prezydenta, że "Ameryka została zaatakowana". Kamery nie uchwyciły jednak rzecznika prasowego, który trzymał w górze kartkę głoszącą: "Proszę jeszcze niczego nie mówić". George W. Bush pozostał jeszcze od pięciu do siedmiu minut w klasie, zanim wsiadł na pokład Air Force One, którym odleciał do Waszyngtonu. Z powodu zbyt dużego niebezpieczeństwa, doradcy przekonali go do bazy sił powietrznych w Barksdale. Paradoksem wydaje się to, że przez pierwszą godzinę przechwytujące myśliwce nie chroniły prezydenckiego samolotu,, a w trakcie dwugodzinnego lotu nie udało się nawiązać stabilnego połączenia telefonicznego. Nie trudno się domyśleć, że w tym czasie prezydent był niezdolny do podjęcia jakichkolwiek działań. 
FAKT 4: Komisja nie mogła przesłuchać osób rzekomo stojących za zamachami - To co zostało skrytykowane przez niezależne komisje mające na celu wyjaśnienie okoliczności wydarzeń z 11 września to niewiarygodność źródeł, na które powołują się oficjalne sprawozdania. Np. w tzw "Raporcie 9/11" można wyczytać: "Pytania do świadków koronnych mogliśmy jedynie przekazywać tajnym służbom i wojskowym. Nie mieliśmy jednak żadnego wpływu na to, czy, kiedy i jak zostaną zadane". Z drugiej strony oznacza to, że 5 i 7 rozdział raportu(ok 70 stron) nie mogą być odczytywane jako wiarygodne. Jako główne źródła rekonstrukcji zdarzeń posłużyły w dużej mierze rzekome zeznania świadków.
FAKT 5: Najważniejsi przywódcy USA byli nieosiągalni w decydujących minutach - Upłynęła ponad godzina od zamachu na WTC, zanim prezydent nawiązał pierwszy raz rozmowę z przebywającym w tym czasie w Pentagonie sekretarzem obrony - Donaldem Rumsfeldem. Wcześniej nie można było go rzekomo znaleźć, jak zresztą Hugh'a Sheltona - doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa(który był w drodze na Węgry), Mika Canavana - koordynatora ds. uprowadzeń lotniczych(był w Portoryko) czy też generała Montague'a Wilfielda(który zaledwie dzień wcześniej poprosił swojego niedoświadczonego podwładnego w dniu 11 września).
FAKT 6: Myśliwce przechwytujące nie zostały wysłane bezpośrednio do Nowego Jorku - Pierwsze myśliwce wystartowały o 8:52, czyli sześć minut po uprowadzeniu lotu numer 175. Dowodzący akcją major planował za ich pomocą zabezpieczyć przestrzeń powietrzną nad Manhattanem, zapobiegając tym samym kolejnym atakom. Myśliwce te nie poleciały jednak bezpośrednio do Nowego Jorku, ale wykonały pętlę na odcinku 185 km. nad Adriatykiem, a następnie leciały przez cztery minuty w trybie lotu w strefie oczekiwania. Ostatecznie dotarły do miasta z dwudziestominutowym opóźnieniem. Do dzisiaj nie wyjaśniono dlaczego tak się stało, ponieważ nagrania rozmów pilotów myśliwców ze sztabem operacyjnym zniknęły po 11 września... 
FAKT 7: FBI zapłaciło wiele pieniędzy informatorowi, który zataił wiadomości o domniemanych zamachowcach - Abdussattar Szejk miał być "największą szansą FBI, aby przewidzieć wydarzenia z dnia 11 września, zanim ten dzień nastąpił". Był on bowiem głównym informatorem FBI, który zaledwie rok wcześniej wynajął pokoje w swoim domu dwóm domniemanym porywaczom samolotu, który uderzył w Pentagon. O ich wprowadzeniu się rzekomo nie poinformował swojego łącznika w FBI. Nawet kiedy łącznik dowiedział się o nowych lokatorach, informator nie zdradził ani ich nazwisk, ani tego, że odbyli oni kurs lotniczy. Co więcej, w prowadzonym potem śledztwie przyznał, że wiedział o ich kontaktach z osobami obserwowanymi przez FBI. 
FAKT 8: Dzięki ewakuacji wieży południowej można było ocalić życie setkom ludzi - Inna nieprawidłowa decyzja nie została poddana większej krytyce publicznej. Pomiędzy rozbiciem się pierwszego samolotu o północną wieżę a momentem nakazu ewakuacji wieży południowej upłynęło 12 cennych minut. W komunikatach nadawanych przez głośniki proszono znajdujących się w niej ludzi, aby pozostali w swoich biurach. Nawet Ci, którzy zebrali się już w holu, zostali wysłani z powrotem na swoje stanowiska pracy. Kilka minut później drugi z uprowadzonych samolotów uderzył w południową wieżę. Setki ludzi zginęły w pożarze budynku lub zostały pogrzebane pod gruzami walącej się konstrukcji. Co ciekawsze, w ogólnych planach ewakuacyjnych nie przewidziano ewakuacji ludzi z dachów budynków w przypadku pożaru na górnych piętrach obydwu wież.
FAKT 9: Władze USA dowiedziały się o uprowadzeniu lotu numer 93 dopiero cztery minuty po rozbiciu samolotu - Maszyna obsługująca lot 93 wystartowała z lotniska Newark w New Jersey z 42 minutowym opóźnieniem(o godz. 8:42). 48 minut później, jako ostatnia, została uprowadzona. Porywacze popełnili jednak błąd - wysłali komunikat o uprowadzeniu do kontrolerów lotu, a nie, jak zamierzali, do pasażerów. Od tego momentu kontrolerzy wiedzieli, że jest to porwanie, jednak nie przekazali dalej tej ważnej wiadomości. Do dzisiaj nie wiadomo dlaczego tak się stało. Samolot rozbił się o godzinie 10:03 w Shanksville, prawdopodobnie po próbie odbicia sterów z rąk terrorystów przez pasażerów. NORAD zostało jednak poinformowane o uprowadzeniu samolotu cztery minuty później(10:07). Mimo tych faktów NORAD do 2003 roku twierdziło, że miałoby mimo wszystko możliwość rozbiciu samolotu w Białym Domu lub Kapitolu.
FAKT 10: Głównodowodzący świadomie opóźniał start myśliwców przechwytujących - Głównodowodzący NEADS, który był odpowiedzialny za obronę wschodniego wybrzeża USA wielokrotnie opóźniał interwencję myśliwców. Najpierw nie wydał pozwolenia startu dwóm pilotom, gotowym do wylotu jeszcze przed pierwszym atakiem na WTC. Zamiast tego postanowił zatelefonować, przez co stracił cenne minuty. Gdyby nie to, prawdopodobnie myśliwcom udałoby się przechwycić drugi z samolotów. Po atakach na WTC został wezwany przez majora z dowództwa obrony koniecznej, w celu wydania nakazu startu dwóm myśliwcom, które miały stworzyć zaporę powietrzną nad Waszyngtonem. Była godzina 9:09. Rozkaz został wydany po kwadransie. Gdyby trwało to krócej, prawdopodobnie udałoby się zapobiec zamachowi na Pentagon.
FAKT 11: Ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, George W. Bush, dopatrywał się w atakach olbrzymiej szansy - Chociaż brzmi to absurdalnie, to kilka godzin po zamachu prezydent wydał oświadczenie, w którym stwierdził, że są one doskonałą okazją do nakłonienia Rosji i Chin do większego działania na swoją korzyść. Bush miał nadzieję, że ataki umożliwią podjęcie wspólnie z tymi państwami wojny z terroryzmem oraz pomogą wyciągnąć Amerykę ze stanu politycznej izolacji. Dlatego już kilka godzin po atakach twierdził, że oto nadeszła odpowiednia pora na zawiązanie koalicji z obydwoma państwami. Dzisiaj wiadomo, że ta wypowiedź była typowo propagandowa. Ani Chiny, ani tym bardziej Rosja nie wsparły USA w Iraku i Afganistanie.

Na podstawie artykułu "11 faktów na temat 11 września", "Świat wiedzy" nr 3/11

* Książka co prawda o tym nie mówi, ale film już tak

niedziela, 8 września 2019

1019. Ani deszcz, ani wiatr, ani żadna przeciwność losu...

Witajcie kochani! Jak tam po weekendzie? Mam nadzieję, że spędziliście go dobrze, chociaż pogoda, przynajmniej u nas na Górnym Śląsku nieco się popsuła. 
Jeszcze w piątek było ciepło, słońce wesoło świeciło na niebie. Aż chciałoby się, aby taka pogoda trwała i trwała. Niestety, od wczoraj czarne chmury zawisły nad naszą małą ojczyzną i co rusz coś z nich leci. Tym samym pod znakiem zapytania stanęło wczorajsze ognisko poprzedzone Mszą świętą za pątników pielgrzymujących z naszego dekanatu do Częstochowy. Wydarzenie to zostało zainicjowane przez (ks.*) P. Nie wiem, kiedy na nie wpadł, w każdym razie w piątkowy wieczór wysłał wszystkim SMSa z zaproszeniem. A tak go to wszystko zmęczyło(grupa liczyła 150 osób), że postanowił pójść krok na przód i założyć grupę na facebooku. Jeszcze rano zastanawiałyśmy się z U. czy w razie czego ma jakiś plan B., jednak wiedzieliśmy że wszystko wyjdzie w praniu. Pomijając to, że o mało nie spóźniłam się na Mszę, to było całkiem miło i sympatycznie. Pomimo pogody udało się rozpalić ognisko i nawet upiec kiełbaski, chociaż jedliśmy je już w salce katechetycznej. (Ks.) P. tradycyjnie tryskał humorem i rozśmieszał ludzi, żartował, ale też przyjmował propozycję na przyszłoroczną pielgrzymkę(m.in. koszulki i termos na ciepłą zupę). Szkoda tylko, że tak mało osób się pojawiło, ale pewnie przestraszyła je mżawka. 
Za to dzisiaj, jak wstałam o 5 rano, lało jak z cebra. Leniwie przeciągnęłam się na łóżku i nagle zdałam sobie sprawę, że dzisiaj jest bieg "Business Run", podczas którego miałam być wolontariuszem w Katowicach. Jak może pamiętacie, a jeżeli nie to z pewnością znajdziecie odpowiedni wpis w archiwum, rok temu pomagałam w jego organizacji w Krakowie. Ale ponieważ dowiedziałam się wtedy, że identyczna impreza odbywa się na Śląsku, postanowiłam w tym roku tutaj spróbować swoich sił. Pozytywnie przeszłam proces rekrutacyjny, podpisałam umowę, dostałam meila z zakresem obowiązków i dzisiaj miałam działać. Tylko ten deszcz... No nic, postanowiłam nie marudzić i zwlec się z łóżka. Musiałam bowiem zdążyć na autobus o 6:07(ew. ten sam o 6:17), aby następnie zdążyć na taki o 6:57, który był ostatnim przed biegiem zawożącym prawie a pod samo miejsce wydarzenia. Problem polegał jednak na tym, że nie jechał nie tylko ten, ale też żaden inny autobus. Tak, jakby zajezdnia nie była uruchomiona... Pierwszy autobus podjechał dopiero o 6:26. Wiedziałam, że raczej i tak nie zdążę już na ten o 6:57, ale przynajmniej będę w Katowicach. Zgodnie z moimi przewidywaniami, autobus wjechał na interesujący mnie przystanek akurat o 6:57. A przecież musiałam przecież dojść na ten, z którego odjeżdżał autobus w stronę Muchowca. A raczej jak najbliżej Muchowca, bo bezpośredni już odjechał. Mój wybór padł na taki, który zatrzymuje się dwa przystanki wcześniej, a potem skręca w drugą stronę. Stamtąd już trzeba było iść ok. 1,5 kilometrów w ulewie i wichurze. Na miejsce doszłam jak typowa kupka nieszczęścia. Potem wystarczyło już tylko odebrać pakiet wolontariusza i pakiet żywieniowy i iść na trasę. Ale zanim to się stało, wszystkich wolontariuszy zaproszono na scenę na pamiątkowe zdjęcie.
Teraz można było iść do przydzielonych zadań. W tym roku poczułam się szczególnie związana z biegiem, ponieważ jednym z beneficjentów fundacji, na których były zbierane w tym roku w Katowicach pieniądze, była moja znajoma z klubu sportowego, która urodziła się bez nogi i bez części ręki(a mimo to swego czasu była w kadrze narodowej pływaków niepełnosprawnych). Przypomnę jeszcze jak to wszystko działa - w biegu biorą udział firmy i przedsiębiorstwa, które uiszczają odpowiednią opłatę startową do puli fundacji w poszczególnych miastach biorących udział w biegu. Następnie ta pula jest rozdzielana pomiędzy 3 - 6 obecnorocznych beneficjentów albo pozbawionych kończyn, albo ze sprężoną niepełnosprawnością(w każdym roku jest to ktoś innych), a jakaś część kwoty idzie na, powiedzmy, awaryjne konto. Pieniądze te są wykorzystywane jako zwrot za rehabilitację, opłacenie z góry zabiegów, dofinansowanie lub w pełni zrefundowanie zakupu protezy bądź sprzętu ortopedycznego.
Tak jak już to wcześniej napisałam, zostałam przydzielona do obsługi trasy. Do moich zadań należało m.in. pilnowanie, aby nikt niepożądany nie wszedł na trasę biegu na moim odcinku, ale nie tylko. Fakultatywnym elementem tej funkcji było też dopingowanie biegnących zawodników. Wiecie jak to jest - 4 kilometry(oficjalnie, bo według mnie był to mniejszy dystans) przebiegnięte, przed nimi ostatni kilometr, ale czasami zaczyna już na niego sił brakować(znam to z autopsji). Chociaż nie jest to regułą(to też znam z autopsji). Dlatego naprawdę fajnie jest, kiedy ktoś cię dopinguje. Tak więc na początku, pomimo tego, że chlupało mi już w butach i ogólnie ociekałam wodą(na szczęście przestało padać, ale "firmowe" pelerynki wypadało mieć na sobie w razie kolejnego załamania się pogody), darłam japę na cały głos i biłam brawo, a chętni to nawet mogli przybić mi piątkę. Ale potem głos zaczął mi wysiadać(bo ileż można krzyczeć, zwłaszcza że bez przerwy ktoś biegł), więc tylko klaskałam, zaciskałam kciuki, unosiłam je go góry, pokazywałam znak zwycięstwa albo po prostu w dalszym ciągu przybijałam chętnym biegaczom piątki bądź informowałam ich, że do końca biegu został im jedynie kilometr. Z tego wszystkiego aż ponabijałam sobie siniaki na dłoniach. W sumie nawet bym nie pomyślała, że jest to możliwe. Widać sprawdza się powiedzenie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Na początku byłam sama, ale potem przydzielono mi drugą osobę do pomocy.
Bieg skończył się przed godziną 13(zaczął o 10:30, ale każda firma wystawiła do niego 5-osobową sztafetę i każda z tych osób musiała "przebiec" te 5 kilometrów). Potem trzeba było tylko sprzątnąć taśmę, która wyznaczała trasę biegu na swoim odcinku i można było wracać do namiotu wolontariuszy. Tam otrzymaliśmy m.in. dyplomy z podziękowaniem za pomoc w organizacji wydarzenia i ciepły posiłek(w sumie tak szybko się to wszystko działo, że nawet nie zdążyłam skonsumować suchego prowiantu przygotowanego przez jednego ze sponsorów wydarzenia, sieć sklepów "ALDI"), a pan J. rozdał nam jeszcze medale z tegorocznej edycji biegu. W sumie niczym się on nie różni od tego zeszłorocznego. No, może poza datą i miejscem biegu. Ale to przecież kosmetyczny drobiazg.
Zmęczona, nie do końca wysuszona, ale szczęśliwa postanowiłam wrócić do domu. Nie było to takie proste, ponieważ komunikacja miejska w tym rejonie w dalszym ciągu nie kursowała. Trzeba było znowu dreptać na Katowice - WORD i stamtąd łapanie czegoś jadącego w kierunku dworca PKP. W międzyczasie zdążyłam zjeść moją tackę obiadową, a raczej to co na niej było i z 10 razy przestudiować cały rozkład jazdy autobusów. A potem wsiadłam do autobusu i podziwiałam uroki Katowic, chociaż jazda nim trwała może niecały kwadrans. Potem jeszcze niecała godzinka jazdy (rano jednak szybciej jechał tą samą trasą) kolejnym autobusem i byłam już w cieplutkim domu. Odpalam internet, pierwszy raz dzisiaj, a tutaj TAKA informacja:

SZTAFETA POLSKIEGO KOMITETU PARAOLIMPIJSKIEGO DRUGA W POLAND BUSINESS RUN

Brawo nasi! Brawo niepełnosprawni, którzy udowodnili, że biegają na wspaniałym poziomie, a intensywne treningi zaprowadziły ich na samo podium!

P. S. Właśnie mija rok od szczęśliwego odnalezienia się Pusi. Mam nadzieję, że wybiła sobie wszelkie wycieczki ze swojego łebka.

* Mam ten przywilej, że mogę do niego mówić po imieniu

środa, 4 września 2019

1018. Chyba się przesłyszałam... i to w dodatku nie raz

Długo zastanawiałam się, czy zapisywać się w tym roku do "Szlachetnej paczki". Większość z Was zapewne pamięta, jak pisałam o przebojach z liderką wolontariuszy, której tak daleko do osoby kompetentnej w tej kwestii i która traktowała mnie bardziej jak własność, niż podwładnego. I która chyba żyła w jakimś dziwnym przekonaniu, że ja jako osoba niepełnosprawna nie mam nic innego do roboty i będę na każde jej zawołanie. A już akcją z kazaniem mi wpisać innej liczby paczek dla rodziny niż była w rzeczywistości(zawyżonej) przeszła samą siebie i nadwyrężyła moje nerwy i nie tylko. 
Pewnie uznacie, że się czepiam i wyolbrzymiam pewne sprawy. Jednak to nie jest mój pierwszy i jedyny wolontariat i mam rozeznanie w tym, jaki powinien być lider. Dla mnie takim odniesieniem jest liderka wolontariuszy podczas ŚDM-u w Krakowie, pod której skrzydła miałam okazję trafić. Wymagała, fakt, ale nikogo nie traktowała jako swoją własność, nikim się też nie wyręczała. Była wspaniała w tym co robiła i czuła się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Inni liderzy też byli bez większych zastrzeżeń. Wiadomo, nie każdy był rewelacyjny, ale też żaden nie robił mi takich akcji jak pani J.
Gdzieś koło połowy sierpnia wysłała wszystkim(chyba) SMS-a z wiadomością, że wszyscy zeszłoroczni wolontariusze mają być nimi też w tym roku... Jak dwie koleżanki się wypisały, bo przez nią miały kłopoty w MOPS-ie(kazała im zdobyć jakieś adresy kogoś tam), to wielce się oburzyła. Hmmm... a ja myślałam, że wolontariat jest dobrowolny i to ode mnie zależy, czy w nim uczestniczę czy też nie, a nie liderka. Mimo wszystko postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę i zgodziłam się przyjść na nie. Dzień przed spotkaniem zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy nie pożyczę jej swojej koszulki wolontariusza, bo ona potrzebuje na spotkanie z telewizją. Oho, zaczyna się - przeszło mi przez myśl. Nie, nie pożyczę, bo:
  1. moja koszulka jest starego typu(biała z niebieskim napisem "Lubię ludzi", a ona potrzebuje czerwonej z napisem "Szlachetna paczka")
  2. mogłaby cudownym zbiegiem okoliczności zmienić rozmiarówkę z "S" na "L", albo i większą(wiecie, ja jestem dosyć drobna, a ona to kobieta przy kości - nie żebym miała coś do otyłych, ale bez przesady), w ostateczności mogłyby z niej(koszulki) zostać strzępy.
Grzecznie odmówiłam, starając się nie wyjść z równowagi. Niech szuka u podobnych siebie posturą. Na drugi dzień odbyło się zebranie. Podpisanie umów, sprawy organizacyjne itp. itd. I nagle słyszę coś w stylu: "No, od nas to chyba w miarę dobrze szło pisanie opisów rodzin". Tja, w miarę dobrze. A to, że jej bez przerwy zwracali opis do poprawy, i że na wszystko miała wymówkę, że robi to pierwszy raz, to taki malutki szczególik. Gdybym była podła, to zabrałabym głos w tej sprawie. Tak samo, jak upominała nas, że nie odwiedzaliśmy naszych rodzin i pewnie nie wiemy, jak się mają. Ona raczej też nie odwiedziła, bo z jednej strony twierdziła, że jej rodziny radzą sobie fantastycznie, a z drugiej wiem z pewnych źródeł, że jednej z nich sąd od grudnia ubiegłego roku już dwa razy odebrał dziecko. Ale prawdziwą wisienkę pozostawiła na koniec. Rozdawała nowe karty do wywiadu z rodziną. Wszystkim. Poza mną. Bo wyszła z założenia, że znowu będę z nią. Niedoczekanie. Powiedziałam głośno i wyraźnie, że nie chcę być z nią w parze w tym roku. Niech sobie szuka innego "głupiego" i udaje, że jest super. Wiecie, ja nie uważam, że ja jestem najlepsza, bo mam swoje wady. Ale chcę się też czegoś nauczyć. A trudno zdobyć wiedzę od kogoś, kto jest na takim samym poziomie jak ty, a w dodatku chce aby wszyscy myśleli, że tak nie jest. Nie chcę też być jej własnością, na każde jej zawołanie. Ja też mam dosyć aktywne życie. I mogę je pogodzić z wolontariatem w "Sz.P". Trzeba mi tylko dać szansę. 
Babka była niezbyt szczęśliwa z mojego sprzeciwu, ale trudno. Ja za to jestem zadowolona z samej siebie. Bo powiedziałam "nie", kiedy coś mi się nie spodobało. Nie muszę się na wszystko zgadzać, też mogę mieć prawo do swojego zdania. Grunt tylko powiedzieć wszystko łagodnie i bez nerwów. To może być prawdziwy klucz do sukcesu. A jak w tym roku będzie mi robić takie akcje jak przed rokiem, to po prostu za rok, już na 100%, zmieniam rejon.

wtorek, 3 września 2019

1017. Opowieść o dyrektorce szkoły w Biesłanie

Tak jak obiecałam, wrzucam dzisiaj artykuł sprzed 14 lat o tragedii jaka wydarzyła się 1 września w Biesłanie. Tekst napisany przez Wacława Radzywinowicza, który ukazał się w grudniu 2005 roku w "Wysokich obcasach" nie jest "łatwy". Oprócz szerokiego zabarwienia emocyjnego jest dla mnie trochę dziwny stylistyczny. I to niekoniecznie w miejscach wypowiedzi, ale też narracyjnych. Mimo wszystko wolałam go nie ulepszać, a jedynie w dwóch miejscach w "[ ]" dodałam swoje sugestię wyrazów. Chcę Was też prosić o jedno - nie oceniajcie postępowania dyrektorki biesłańskiej szkoły, bo prawdopodobnie nikt z nas nie znalazł się nigdy w takiej sytuacji jak ona przez te 3 dni. Wydać opinię jest bardzo łatwo, jednak równie łatwo jest sprawić, aby była ona krzywdząca. Tym bardziej, że nikt nie wie, jak zachowałby się w takiej sytuacji...

Lidja Calijewa, dyrektorka szkoły w Biesłanie

Biesłan wiedział, że tragedii dzieci jest winna właśnie ona. Bo przeżyła. To ona wychodziła z sali gimnastycznej na rozmowy z terrorystami. Ktoś widział, że piła z nimi herbatę. Ktoś widział, że jadła snickersa. Chodziłem w Biesłanie od drzwi do drzwi, szukając tego, kto widział. Trafiłem tylko na tych, którzy słyszeli.

Co to jest szczęście, Lidjo Aleksandrowna?
- Szczęście to nie ideał niedościgniony. Z poezji czy traktatów filozoficznych. Szczęście pełne, dojrzałe, spokojne ma swój wymiar. Miejsce i czas, w których zastygło jak w kropli bursztynu.
Nie ma miejsca wśród żywych
Czas to pierwszy dzień września 2004 r. Siódma rano. Kiedy tu szła mimo swych 72 lat wyprostowana, postawna, z włosami starannie zaczesanymi w ogromny, kruczoczarny kok, każdy, kto ją mijał, przystawał i z szacunkiem witał: - Z prazdnikom was, Lidia Aleksandrowna. Wszyscy tu tak się do niej zwracali - z najwyższym szacunkiem po imieniu i otczestwie.
A ona im odpowiadała: - Dziękuję, Asłan. - Dziękuję, Susanna. Tobie też życzę wszystkiego najlepszego.
Ona tu wychowała prawie wszystkich. I ona jedna tu miała prawo mówić do wszystkich na ty. Kiedy dwa dni później padała na kolana przed prezydentem Auszewem, błagając o ratunek, nie zwróciła się do niego, jak należało: "Rusłanie Sułtanowiczu, niech pan nam pomoże", tylko "Rusłanie, pomóż". Auszew nie pozwolił jej uklęknąć. Objął i obiecał: "Zrobię co w mojej mocy, matko".
I nawet herszt terrorystów zwany "Pułkownikiem" lub "Alim", który bez namysłu rozkazał strzelać do każdego, kto go zirytował, do niej zwracał się z szacunkiem: "Matko".
Ale to było potem. A my o chwili, w której zastygło szczęście. 1 września 2004 r. Lidja Aleksandrowna Calijewa o siódmej rano przed wszystkimi szła na święto. Nie tylko to, które w Rosji z początkiem każdego roku szkolnego obchodzi się jako Dien' Znanii(Dzień Wiedzy). Także na swoje osobiste. Dziś rozpoczynała 53. rok pracy i drugie ćwierćwiecze dyrektorowania w szkole nr 1 w Biesłanie.
Starannie przygotowywała uroczystość. Wymyśliła galowe mundurki dla wszystkich uczniów. - Nie, nie takie jak mieliśmy w komunizmie. Podobne do tych, w jakich dzieci przychodziły na uroczystości szkolne jeszcze przed rewolucją. Chłopcy w granatowych mundurkach, dziewczęta w granatowych sukienkach i białych fartuszkach. Z ogromnymi kokardami.
W pustym jeszcze budynku przeszła długim korytarzem na piętrze do pokoju nauczycielskiego. Podskoczyła kilka razy przed wejściem jak dziewczynka grająca w klasy. Tu latem naprawiali podłogę. Zrobili porządnie. Deski pod nogami ani drgnęły. Nie spodobał jej się obrus na jednym ze stolików w pokoju nauczycielskim. Zabrała go do gabinetu, przeprasowała.
I teraz już wszystko gotowe. Można usiąść za biurkiem, zanim zaczną się schodzić nauczyciele, pomyśleć o latach pracy, przez które wychowała połowę mieszkańców Biesłanu, które dały jej tytuł Zasłużonego Nauczyciela Federacji Rosyjskiej i - jako jedynej kobiecie - Zasłużonego Obywatela Miasta.
- Przypomniało mi się: "Trwaj, chwilo" - wspomina Lidja. Trwaj, bo niedługo ranna, półnaga, ogłuchła od wybuchów, ciężko poparzona będzie pełznąć przez kałuże krwi, kup. Skalp dziewczynki z ogromną kokardą. A potem na ścianach jej zrujnowanej szkoły pojawią się te napisy: "Lida - zdrajca", "Lida, nie ma dla ciebie miejsca wśród żywych". Tak tu teraz na nią mówią. Nie, jak przywykła, "Lidja Aleksandrowna" czy choćby "Lidja", tylko pogardliwie "Lida".
Panorama dla snajpera
- Winna! Powierzyliśmy jej swoje dzieci. Nie ustrzegła ich. A sama przeżyła. Ona, jej nauczyciele się uratowali. A nie mieli prawa przeżyć, jeśli zginęły dzieci! - wybuchając gniewem, wyrokuje Ełła Kisajewa. Jej, jak przyznaje, tamte dni wyryły się w pamięci kolejnymi obrazami.
Obraz pierwszy. Cała jej czwórka wychodzi z domu jej rodziców przy ul. Kominternu. Jej ulubieniec, 16-letni siostrzeniec Ałan, którego nazywała Totuszką, bo przypominał niedźwiadka z kreskówki, przewiesił granatową marynarkę przez ramię. Upał był od rana. 13-latek Asłan, brat Totuszki, i ich ojciec Rusłan wzięli między siebie niosącą wielki bukiet Zarimę, córkę Ełły, która miała zacząć naukę w szóstej klasie. Odchodzili wysocy, zgrabni, mocni.
Minął ich wóz milicyjny odjeżdżający od pobliskiej komendy. Mężczyzna w mundurze siedzący na tylnym siedzeniu spojrzał na nich, potem na Ełłę i z zasmuconą miną pokręcił głową.
- Coś mnie tknęło. Na naszej ulicy zawsze rano stał milicyjny patrol. A teraz go nie było. I jeszcze ci odjechali. Czyżby coś się stało? Chciałam powiedzieć o tym moim. Spojrzałam, ale ich już nie było - Ełła, zamknąwszy oczy, przygląda się zapamiętanemu obrazowi ulicy, łąki dzielącej ulicę od torów kolejowych i piętrowego budynku szkoły za nimi. - Nikogo nie widać - powtarza.
Zawróciła do zielonej budki z piwem przytulonej do płotu domu rodziców. To był ich rodzinny interes. Prowadziły go z Emmą, matką Ałana i Asłana. Ale gospodarzem był tu Totuszka.
 - Miał dopiero 16 lat, ale mężczyźni, nasi klienci, szanowali go i lubili. Nawet bar nazywali Totuszką. Nie lubiłam tego, bo nadawanie czemuś ludzkiego imienia nie przynosi człowiekowi szczęścia. To on przyjmował zamówienia, przynosił piwo. Z każdym gościem potrafił poważnie porozmawiać. Traktowali go jak równego sobie mężczyznę. Powtarzali, że Ałan będzie wielkim człowiekiem - przypomina Ełła.
Spieszyła się. Apel niedługo się skończy. Zmęczonym upałem mężczyznom będzie się chciało pić. Totuszka stanie za barem, pewnie jak zawsze w święta zagra klientom na harmonii. 
Kiedy wynosiła przed budkę skrzynkę z pustymi butelkami, zobaczyła kolejny obraz, który na zawsze wrył jej się w pamięć. Pod szkołą biegało czterech mężczyzn w kominiarkach, polowych mundurach z automatami. Siekali powietrze długimi seriami. - Od razu zrozumiałam, że to na poważnie. U nas całe lato mówili, że przyjdą terroryści.
Rzuciła skrzynkę. Pobiegła w kierunku szkoły. Przez ulicę, przez łąkę. Zatrzymał ją ogłuszający ryk lokomotywy tuż nad głową. Najpierw wściekły, wygrażający jej z okienka maszynista. Potem cysterna, platforma z jakąś maszyną, znowu cysterna. Ile tych wagonów? - 24, liczy na przesuwającym się przed zamkniętymi oczyma obrazie.
Kiedy przejeżdżały ostatnie, schwytali ją sąsiedzi. - Dokąd, wariatko? Tam strzelają!
- Tam dzieci - próbowała się wyrwać.
Wagony przejechały. Na dachu szkoły i w oknach na piętrze zobaczyła celujących w nią ludzi w kominiarkach. A przecież stąd nie powinna ich była widzieć. Tu były wysokie topole gęstymi koronami zasłaniające szkołę od strony torów. Tak, ale te drzewa ścięli niedawno, i to jakoś dziwnie, bo pnie sterczą akurat do wysokości okien na piętrze.
- Ktoś zawczasu przygotował snajperom pole odstrzału! - zrozumiała.
Jeśli wyjdę stąd żywy, zabiję cię
- Na podwórku przed salą gimnastyczną, gdzie zaraz miał się zacząć apel, podbiegła do mnie Zarima Kisajewa. Podała bukiet. Z tymi kwiatami szłam do mikrofonu, kiedy ktoś popchnął mnie z tyłu. Kto śmiał dyrektorkę w takiej chwili [popchnąć?]. Zła odwróciłam się. Człowiek w masce, w czarnym kombinezonie, z karabinem. "Szybko do sali! Już" warknął - przypomina sobie Lidja.
Strzały, krzyk dzieci gnanych przez wąskie drzwi i okna do wewnątrz. Ścisnęli wszystkich. Dzieci, rodziców. Kazali siadać na podłodze i być cicho.
Ale jak uspokoić maluchy? Nie wiadomo, czemu w tym dniu nie pracowało pobliskie przedszkole. Matki, które nie mogły zostawić tam dzieci, zwabione muzyką na boisku podeszły pod szkołę i wpadły z nimi w pułapkę. W zatłoczonej, w ponad 30-stopniowym upale coraz bardziej dusznej sali dzieci darły się wniebogłosy.
Rusłan, ojciec Totuszki, nie usiadł, jak mu kazali. Potężny, absolutnie spokojny uspokajał dzieci: - Wszystko będzie dobrze, nie płaczcie.
Stojący za nim człowiek w masce kocim ruchem zdjął z ramienia automat i z odległości dwóch kroków wystrzelił w kark. Na moment zrobiło się cicho. Totuszka oderwał wzrok od znieruchomiałego ciała, podniósł oczy na zabójcę. Cała sala usłyszała, jak powiedział: - Zrobiłeś to, bo był silny. Bałeś się go. Ja też jestem silny. Jeśli wyjdę stąd żywy, zabiję cię.
- Jeśli wyjdziesz - wzruszył ramionami tamten.
- Siedziałam ze starszymi uczniami pod ścianą naprzeciw wejścia. Terroryści kazali zostawić wolną przestrzeń. Taką szeroką na dwa kroki ścieżkę, żeby bez przeszkód przechodzić. Na tę ścieżkę pod moje nogi zawlekli ciało Rusłana. Na twarz rzucili jakiś łach. Spod niego wyciekła krew - wzdryga się Lidja.
A resztę do piachu
- Dyrektor! - drobny chłopak w masce sam się spłoszył, kiedy wezwana jego okrzykiem zerwała się na nogi mocna, wyższa od niego prawie o głowę. . - Do sztabu! - powiedział już ciszej.
Sztab był w pokoju nauczycielskim. - Jak tak można? Chlew tu zrobiliście. Przecież to szkoła - nie wytrzymała, kiedy zobaczyła połamane meble, bezładnie porozrzucane worki, plecaki, skrzynki.
- Nie ucz mnie, matko. Ja w szkole zawsze miałem tylko dwójki - przerwał jej dowódca, łysy, brodaty mężczyzna około czterdziestki, którego inni nazywali "Pułkownikiem" albo "Alim". Widać było, że go ubawił jej belferski wybuch. On jedyny nie miał maski na twarzy.
Kazał jej obejrzeć wiadomości w telewizji. Powiedzieli o napadzie na jej szkołę. Że terroryści nie mają żądań i że trzymają 345 zakładników.
- Jak to 345? Samych uczniów mam 887. A z niektórymi przyszły całe rodziny! W sali jest ponad 1200 ludzi! - próbowała się kłócić z lektorem, ale ten opowiadał już o nowej inicjatywie Rosji z ONZ.
- Sama widzisz. Nikomu nie jesteście potrzebni! A skoro tak mówią, to niech tak będzie. Zostawimy was 345, a reszta do piachu. Przynajmniej raz wyjdzie na to, że Ruscy powiedzieli prawdę - biesił się.
"Góra" nie pozwoliła iść
Ełła i Emma szalały ze strachu o dzieci. Na plac przed domem kultury przyszły z plakatem: "W szkole jest 1200 zakładników". Próbowały rozwinąć go przed kamerami telewizyjnymi, "żeby świat poznał prawdę". Ale reporterzy rosyjscy wyłączali kamery. Tłumaczyli, że służby specjalne zakazały im przekazywać informacje o tym, ilu ludzi jest w sali gimnastycznej.
Tylko jakiś korespondent z Francji porozmawiał z Ełłą. Ona błagała władze, żeby nie dopuściły do szturmu, zaczęły negocjacje z terrorystami.
Tak naprawdę "negocjacje" prowadziła tylko Calijewa. "Pułkownik" pod wieczór przysłał po nią dwóch brodaczy z granatnikami. Zaprowadzili znowu do pokoju nauczycielskiego. - Mają was w nosie, matko. Nikt z władz się z nami nie kontaktuje. My chcemy, żeby Moskwa wycofała wojska z Czeczeni i wypuściła z więzień naszych braci - dyktował jej warunki, jakby była jakimś ważnym politykiem - Chcemy, żeby tu na rozmowy z nami przyszli Dzasochow[Aleksandr, prezydent Północnej Osetii, w której znajduje się Biesłan], Ziazikow[Murat, prezydent sąsiadującej z Osetią Inguszetii], Asłachanow[Asłanbek, Czeczen, doradca prezydenta Putina] i doktor Roszal[Leonid, pediatra, który brał udział w negocjacjach z terrorystami trzymającymi zakładników na moskiewskiej Dubrowce jesienią 2002 r.] - "Pułkownik" kazał jej zadzwonić do Dzasochowa, przekazać warunki, opowiedzieć, co się dzieje w szkole.
- Nie znam jego telefonu - przestraszyła się.
- To znajdź! - warknął.
- I wtedy popełniłam błąd. Powiedziałam mu, że u nas uczą się dzieci Tajmuraza Mamsurowa, przewodniczącego parlamentu Północnej Osetii. Selim i Zerimka powinni być w sali. I to pewnie z mamą. Ci z granatnikami poprowadzili mnie z powrotem. W sali zaczęłam wołać: "Łarisa! Łarisa Mamsurowa!". Ale jej nie było. Podniosły się dzieci. Selim szedł ze mną boso po szkle, którym usypana była podłoga korytarza. Podyktował numer telefonu. "Pułkownik" podał mi swoją komórkę. "Tajmuraz - krzyknęłam po osetyjsku - szafam! Szafam!(giniemy). Dzieci moje przepadają. Nie wolno im wychodzić do toalety. W tym upale nie dostają wody. Mocz piją. Oni, ci, którzy tu nas trzymają, chcą rozmawiać z Dzasochowem. Ratujcie dzieci.
Mansurow powiedział: "Zajmujemy się wami".
Nie wiedziała, że w czasie tej rozmowy siedział obok Dzasochowa. Wystarczyłoby, żeby podał mu słuchawkę. Może zaczęłyby się rozmowy. Ale było tylko "zajmujemy się". Prezydent tłumaczył potem, że to "góra" nie pozwoliła mu iść do szkoły. A Manmsurowa "góra" pouczyła, że ma "ukryć swoje ojcowskie emocje". I ukrył.
- Nie wiem, dlaczego tak postąpiłam. Nie pomyślałam, że narażam Selima i Zerimę na niebezpieczeństwo. Może emocje, rozpacz. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby im coś się stało. Ale "Pułkownik" odesłał dzieci Mamsurowa do sali. Oboje, choć zostali ranni, przeżyli.
Przeżyło też 26 kobiet z dziećmi przy piersi, które ze szkoły wyprowadził Rusłan Auszew, były prezydent sąsiadującej z Osetią Inguszetii odznaczony za odwagę na wojnie w Afganistanie gwiazdą Bohatera ZSRR. On nie przestraszył się ani terrorystów, ani srogiego zakazu "góry". Zadzwonił do "Pułkownika". Powiedział mu: "Tu Auszew. Idę". Wszedł do szkoły, przekonał terrorystów żeby wypuścił matki z niemowlętami.
Ale Auszew to nie "góra", to były prezydent już kilka lat temu odsunięty przez Kreml od władzy za zbytnią samodzielność.
Lidjo Aleksandrowna, nas zabiją?
W sali gimnastycznej było coraz duszniej. I coraz silniejszy smród. "Pułkownik" rozwścieczony, że telewizja kłamie, a "góra" nie chce z nim rozmawiać, jeszcze pierwszego dnia zabronił zakładnikom wychodzić do toalety. Dzieci załatwiały się pod siebie albo sikały do jednego z trzech wiader ustawionych w sali. Niektóre męczone pragnieniem moczyły w tych wiadrach koszulki, a potem wyciskały sobie ciecz do ust.
Tarkan Sabanow, po którym Lidja 25 lat temu przejęła dyrektorowanie szkołą, wycieńczony upałem i pragnieniem leżał na deskach podłogi tuż pod bombą zawieszoną na koszu do koszykówki.
Przyszedł do niego "Pułkownik". - Ty, ojcze, możesz stąd iść. Nam się nie przydasz - zaproponował.
- Tu zacząłem życie. Tu je skończę - uroczyście odmówił stary nauczyciel. Nie przeżył szturmu. Prawdopodobnie zabiła go bomba, która wisiała mu nad głową przez trzy dni dramatu w szkole.
- Siedziałam pod ścianą. Naprzeciw, po drugiej stronie przejścia i kałuży zaschniętej krwi, mur dziecięcych twarzy. Ogromne, rozpalone przerażeniem, upałem, gorączką oczy. "Lidjo Aleksandrowna, nas zabiją? Umrzemy? Lidjo Aleksandrowna, tak chce się wody". Kiedy pilnował nas drab z ogromną brodą, o nic nie prosiłam. Zawsze odpowiadał, że o wodę mamy się zwracać do Putina. Kiedy przychodził tamten mały, który w pierwszym dniu zaprowadził mnie do "Pułkownika", podnosiłam rękę jak uczennica i czekałam, aż mnie zauważy. "Słucham" - pytał. "Dzieci chcą pić" - mówiłam po cichu. Czasem pozwalał maluchom podejść do kranu w łazience. Chyba mu się podobało, że dyrektorka wielkiej szkoły traktuje go jak grzeczna uczennica.
- Ludzie mają do mnie pretensje, że byłam taka grzeczna, że nie traktowałam tych bestii tak, jak na to zasłużyli. Może mają rację. Mnie nikt nie uczył, jak się zachowywać, kiedy uzbrojona banda powiesi nad głowami twoich dzieci bomby. Nikt nie uczył, jak prowadzić negocjacje w imieniu ogromnego państwa. Sama pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli ja, moi nauczyciele nie będziemy drażnić terrorystów. Byle tylko nie strzelali do dzieci. Co robiłam źle? - pyta.
Putin nad łóżkiem
Kiedy się ocknęła, pomyślała, że już po wszystkim. Tak tu cicho. Nie rozumiała, że ogłuszył ją wybuch. Zobaczyła, że pod ścianą siedzi nauczycielka Zarima Biegsajewa. Bez ruchu, a pod nią rośnie czerwona kałuża. Spróbowała podpełznąć do rannej. Przeszkadzał jej kawał mięsa majtający się przy prawej łydce. Obok leżała dziecięca marynarka, owinęła nią nogę. Kiedy usiadła, zrozumiała, że ma na sobie tylko rękaw kostiumu. Resztę zdmuchnęła z niej eksplozja. Żar podpalił syntetyczne majtki i stanik. Tworzywo wtopiło się w skórę.
Podniosły ją silne ręce. Zobaczyła nad sobą twarz Aleksandra Michajłowa, nauczyciela techniki, kilku starszych uczniów, był chyba z nimi Totuszka. Wynieśli ją przez wielką wyrwę w ścianie za szkolne garaże. Tam Michajow nabrał w wielkie dłonie wody z kranu i dał jej pić. Pierwszy raz od trzech dni. Pobiegł szukać innych rannych. Chwilę potem zginął.
Kiedy się ocknęła drugi raz, leżała na łóżku szpitalnym, a nad nią stał Putin. W czarnej marynarce, czarnym golfie. Głaskał ją po ręce i powtarzał: - Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze.
- Dziękował?
- Mówił jeszcze jakieś słowa, ale nie usłyszałam. Po wybuchu popękały mi bębenki, zostało tylko 10 proc. słuchu - usprawiedliwia się Lidja.
Paznokcie
Ełła szybko znalazła Zarimę - w szpitalu. Kiedy stanęła na progu sali, mała przywitała ją: - Mamo, jaka dobra jest woda!
Synów Emmy nie było w szpitalu.
- Ja nigdy wcześniej nie widziałam martwych ludzi. No, starców w trumnach. Ale nigdy się specjalnie nie przyglądałam. A tu, na podwórzu, rzędy ciał. Niektóre czarne, spalone. Inne bez głów, rąk. Idziesz, patrzysz, twój, nie twój - Emma wspomina kostnicę w Władykaukazie, dokąd zwożono ciała ofiar.
Totuszkę znalazła szybko. W czystych spodniach, koszulce nawet nierozpiętej. Nawet jego białe skarpetki były czyste. Tylko w dole brzucha mała dziurka od kuli. On przeżył szturm, wybiegł z sali. Potem wrócił szukać brata, ratować rannych. Kuli z jego ciała nie wyjęli. Nie wiadomo, z czyjej broni ją wystrzelono - terrorysty czy jednego ze szturmujących.
Asłana szukała długo, chodząc między rzędami ciał. - Coś mnie tknęło, że to on. Stałam nad nim godzinę. Nie mogłam odejść. Spalony, czarny. Bez prawej ręki. Wzięłam do ręki lewą dłoń, rozprostowałam spalone palce. Obejrzałam paznokcie. Te same, które znam od 13 lat. Już wiedziałam, że młodszy syn też [nie żyje] - Emma opowiada monotonnym głosem.
Eksperci powiedzieli, że się pomyliła. Że to ciało dorosłego, wysokiego mężczyzny. Po miesiącu przyszło potwierdzenie z Rostowa nad Donem, z laboratorium identyfikacji poległych. Przeczucie Emmy nie zawiodło.
Worek fałszywych dolarów
Kiedy Emma na cmentarzu przy drodze do Władykaukazu chowała młodszego syna obok męża i Totuszki, Lidja w szpitalu w Moskwie czekała na trzecią operację rozerwanej wybuchem nogi.
- Powiedzieli mi, że to będzie za cztery tygodnie, że rany muszą się podgoić. Nie chciałam czekać. Chciałam jechać na cmentarz moich dzieci. Pokłonić się każdej matce. Popłakać z każdą. Przeprosić, że nie ocaliłam. Zapytać, czy czegoś nie trzeba. Wypisałam się ze szpitala. Nie wiedziałam, co się u nas dzieje - kręci głową Lidja.
A Biesłan huczał od plotek, Biesłan wiedział, że tragedii dzieci jest winna właśnie ona. Bo przeżyła. Zginął co trzeci pracownik szkoły, ale wszyscy pozostali są winni.
To ona trzy razy w ciągu trzech dni wychodziła z sali gimnastycznej na rozmowy z terrorystami. Ktoś widział, że piła z nimi herbatę. Ktoś widział, że jadła snickersa.
Chodziłem w Biesłanie od drzwi do drzwi, szukając tego, kto widział. Trafiłem tylko na tych, którzy słyszeli.
Wszyscy zapewniali, że Lidja była w zmowie z tamtymi. Że po rewizji w jej mieszkaniu agenci FSB wynieśli stamtąd worek z 40 tys. fałszywych dolarów.
- Terroryści wcale nie przyjechali do szkoły z tą masą broni, materiałów wybuchowych 1 września rano. I wcale nie było ich 32, jak mówią nam oficjalnie, tylko co najmniej 50. Część z nich była na miejscu już wcześniej. A wpuściła ich tam Lida - zapewnia Ałan, brat Ełły i Emmy. Jak prawie wszyscy wierzy, że ludzie "Pułkownika" byli w szkole całe lato, udając robotników prowadzących remont.
- Remont robili Sasza, nauczyciel techniki, i Swieta, moja zastępczyni. Pobielili ściany na korytarzach, naprawili podłogę przed pokojem nauczycielskim. Na to wszystko mieliśmy 8 tys. rubli [około 1 tys. zł], które wyżebraliśmy u moich dawnych wychowanków. Czy za takie pieniądze można wynająć brygadę budowlaną? Ja już to wszystko mówiłam sto razy, rozliczałam się. Świadkowie potwierdzają moje słowa. Prokuratura przyznała mi rację - broni się Lidja.
- A ludzie powtarzają swoje - przypominam.
- A co powiedzą na to? - kobieta zrywa się na równe nogi, podciąga sukienkę. Pokazuje głęboką szramę na łydce, oparzony bok. - Czy gdybym była w zmowie z tamtymi, wzięłabym ze sobą do szkoły dwoje własnych wnuków, rodzoną siostrę i jej wnuka? Oni wszyscy zostali ranni. Siostra straciła oko! - krzyczy.
Rasputin epoki Putina
- Musiałabym chyba zwariować, żeby tak postąpić. Ale to nie jaj zwariowałam, tylko te kobiety z Komitetu Matek Biesłanu, które mnie oskarżają. To one dały się opętać szarlatanowi obiecującemu, że lada dzień wskrzesi ich dzieci.
Szarlatan nosi nazwisko Grabowoj, ale dziennikarze rosyjscy często piszą je "Grobowoj"(od "grob" - trumna). Z imieniem nie ma problemu - Griegorij - tak jak tajemniczy mnich Rasputin, który na początku ubiegłego stulecia trząsł dworem Mikołaja II.
Podaje się za wcielenie Chrystusa, Buddy, Mahometa. Zapewnia, że matka niedawno przyznała mu się przez telefon, że był poczęty w sposób niepokalany. Jego współpracownicy urzędujący w luksusowym biurze w centrum Moskwy zapewniają, że zna 50 "technologii wskrzeszania ludzi". Wskrzesił już tysiące zmarłych, w tym marynarzy "Kurska" - całą poległą w roku 2000 załogę atomowego okrętu podwodnego. Nie wrócili do domów, bo ich rodziny nie wierzą jeszcze dosyć mocno w Grabowoja. Podaje się za prezydenta państwa Grigoria. Za trzy lata zamierza zostać prezydentem Rosji. Obiecuje, że natychmiast po objęciu urzędu wyda dekret "unieważniający śmierć".
Matki Biesłanu trafiły do niego niby przypadkowo. Do jednej z nich w samolocie przysiadła się kobieta z książką Grabowoja "Wskrzeszenie umarłych - od teraz to rzecz realna".
Pojechały do niego do Moskwy całą grupą. Obiecał, że wskrzesi dzieci. Każde za 39,5 tys. rubli (około 5 tys. zł).
- Chrystus. Wskrzeszał ludzi. A więc to jest możliwe. Zapowiedział, że wszyscy zmarli zmartwychwstaną. A kiedy to ma się zacząć, jeśli nie po takiej straszliwej tragedii jak nasza. Będę wierzyć mocno, mocno. Może dzięki temu moja córka wróci do mnie. Co mam do stracenia? Wierzę - zapewnia Susanna Dudijewa, która w ataku na szkołę straciła 13-letnią córkę, a teraz jest przewodniczącą Komitetu Matek Biesłanu i jednocześnie szefową miejskiego oddziału partii Grabowoja.
- Ale on wymaga od tych, którzy chcą wskrzesić bliskich, nie tylko absolutnej wiary. Także miłości ogarniającej bez wyjątku wszystkich ludzi.
- A co w takim razie z dyrektorką Calijewą? - pytam.
- Jest winna co najmniej zaniedbania, które doprowadziło do tragedii. Musi ponieść konsekwencje - słyszę.
Najdroższe gatunki mineralnej
- Czy pan zauważył, że tutaj czas zatrzymał się na tamtych trzech wrześniowych dniach? Jakby nie było nic wcześniej ani nic potem - pyta mnie Natalia pracująca w Biesłanie jako psycholog. - One stale przychodzą na ruiny szkoły z butelkami świeżej wody. Wodę noszą codziennie na mogiły. Najdroższe gatunki mineralnej. Najdroższe zabawki: samochodziki, gry, ogromne lalki za dziesiątki tysięcy rubli.
Cała ich uwaga jest skupiona na tych trzech dniach. Z fotograficzną dokładnością zapamiętały i stale analizują każdy szczegół. I nie mogą tego ułożyć w logiczną całość. Tego, że uzbrojona po zęby banda w biały dzień mijała przydrożne posterunki i bez przeszkód wjechała do miasta, że przy szkole akurat tego dnia nie było milicji. Zastępcy prokuratora generalnego powtarzają im, że miotacze ognia, których używali żołnierze szturmujący szkołę, były "nieszkodliwe". A one identyfikowały spalone ciała swoich dzieci. Mówią im, że czołgi strzelały do szkoły dopiero, kiedy nie było w niej żywych zakładników. A one widziały, jak czołg zaraz na początku szturmu z odległości stu metrów strzelał w stołówkę, gdzie część dzieci szukała schronienia. Wciąż pytają, dlaczego władze nie próbowała negocjować, tylko zdecydowała się na szturm.
- Wiedzą, że winni są nie tylko terroryści. Obwiniają Putina, jego współpracowników. Ale tamci są daleko, nieosiągalni. Szukają więc winnych też wśród tych, którzy są pod ręką. Mają dyrektorkę Calijewą - tłumaczy Natalia.
Skłócić Biesłan
- Na murach zniszczonej szkoły ludzie piszą też hasła, które o śmierć dzieci oskarżają Putina, jego współpracowników, prezydenta Dzasochowa. Ale te napisy szybko znikają. Ktoś je zamalowuje. A tych o Lidji nie. Kiedy zblakną, ktoś je starannie odnawia - mówi mi Anna Politkowska, dziennikarka "Nowej Gazety", dzielna kronikarka wieloletniej wojny na Północnym Kaukazie. - To nie przypadek.
- Nauczyciele, którzy przeżyli szturm, założyli fundację. Zebrali sporo pieniędzy, uczciwie rozdawali je rodzinom poległych, które po tragedii wpadły w nędzę. Ministrowie z rządu Północnej Osetii zwołali specjalny wiec krewnych poległych. Poszczuli ich na nauczycieli. Ludzie wsiedli na nauczycieli, że są winni, bo przeżyli. Że wprawdzie robią dobrą robotę, ale ta robota nie jest potrzebna rodzinom ofiar, a pomocą powinna się zająć tylko administracja państwowa - przypomina Politkowska.
- To jakiś absurd?
- O nie. Biesłan nie zapomina. Biesłan pyta, kto ponosi winę za szturm, który zakończył się masakrą, kto pozwolił terrorystom przygotować i przeprowadzić atak. I sporą część winy składają na Putina. Na Kremlu boją się tego. Próbują więc skłócić ofiary, poszczuć jednych na drugich.
- Grabowoj też nie wziął się znikąd. Miał wykłady w Akademii Administracji przy prezydencie Rosji, uczelni przygotowującej urzędników na kluczowe stanowiska państwowe. Należy do prezydenckiej Akademii Bezpieczeństwa. W jego otoczeniu są byli oficerowie służb specjalnych. Jestem przekonana, że Grabowoj w Biesłanie wykonuje specjalne zadanie. Ma pokazać światu, że matki, które rozpaczliwie szukają prawdy o tragedii, są - jak to się u nas mówi - nieadekwatne, gotowe uwierzyć nawet w taką bzdurę jak masowe wskrzeszenie zabitych dzieci - mówi Politkowska.
Tu zostanę do śmierci
1 września tego roku[2005] Lidja Calijewa poszła do swojej szkoły na rocznicową uroczystość żałobną. Kiedy wchodziła do zrujnowanej sali gimnastycznej, ktoś krzyknął: "Idzie!". I zrobiło się cicho. Z tłumu wyskoczyły dwie kobiety w czerni. Jedna z nich, Zalina Gubarowa, wbiła paznokcie w jej ramię. Wywlokły dyrektorkę z sali.
- Zabiły mnie. Zabiły na śmierć. Na co mi takie życie. Taka hańba - żali się Lidja.
- Dlaczego Pani nie wyjedzie z tego miasta, które Panią osądziło i skazało? Przecież tu nie może Pani nawet pokazać na ulicy, wyjść po zakupy?
- Tu zostanę do śmierci. Tylko tak mogę udowodnić, że jestem niewinna.