Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 29 maja 2018

727. "Tobie, synku, nie sutanna, tylko mogiła..."

Powyższe słowa miał usłyszeć przyszły Prymas Tysiąclecia, ksiądz Stefan Wyszyński na chwilę przed przyjęciem swoich święceń kapłańskich. On sam, zmagający się z chorobą płuc, prosił Boga o to, aby mógł odprawić chociaż jedną Mszę w swoim życiu. Tych Mszy miało być jednak znacznie więcej. Same święcenia kapłańskie otrzymał w dniu swoich 23 urodzin - 3 sierpnia 1924 roku z rąk biskupa Wojciecha Owczarka. Urodził się w Zuzeli jako drugie dziecko w rodzinie. Matkę stracił jeszcze przed przyjęciem Pierwszej Komunii Świętej. Kształcił się w jednoklasowej szkole elementarnej, następnie w warszawskim Gimnazjum Wojciecha Górskiego z carskim systemem nauczania, jednak w języku polskim. Podczas I wojny światowej został przeniesiony do Prywatnej Siedmioklasowej Szkoły Handlowej Męskiej w Łomży. Następnie uczęszczał do włocławskiego liceum im. Piusa X, które było zarazem Niższym Seminarium Duchowym, aż wreszcie kształcił się w Wyższym Seminarium Duchownym w tym samym mieście i na samym KULu. Podczas II wojny światowej cudem uniknął najpierw deportacji do obozu w niemieckim Dachau, a następnie złapania podczas pobytu w Zakopanym. W tym okresie opiekował się ociemniałymi z podwarszawskich Lasek. Rok po zakończeniu wojny został wyświęcony przez prymasa Augusta Hlonda na biskupa diecezjalnego diecezji lubelskiej. Za motto obrał sobie zawołanie "Soli Deo", zaś zważając na ojcowskie umiłowanie do Matki Boskiej Częstochowskiej umieścił jej wizerunek w swoim herbie. Jednak jego Matka Boska z Dzieciątkiem nie miały koron, bo, jak tłumaczył, Polska jest za biedna na takie korony. Po śmierci prymasa Hlonda, to on przejął jego urząd. Przebywając w latach 1953-1956 w odosobnieniu napisał na nowo Śluby Jasnogórskie Narodu Polskiego oraz nakreślił program Wielkiej Nowenny, 10-letniego duchowego przygotowania Polaków do 1000-lecia państwa Polskiego. Z powodu braku wyrażenia przez PRL zgody na przyjazd na uroczystości milenijne ówczesnego papieża Pawła VI, sam musiał przewodniczyć uroczystością na Jasnej Górze. Jako jeden z nielicznych z Polski brał udział w sesjach Soboru Watykańskiego II. Kiedy podczas konklawe po śmierci Jana Pawła I coraz bardziej realny był wybór papieża - Polaka, w przerwie pomiędzy kolejnymi głosowaniami podszedł do Karola Wojtyły i szepnął mu: "Gdy Cię wybiorą musisz przyjąć dla Polski". A kiedy już spełniła się ta piękna wizja zapowiedział nowemu papieżowi: "Musisz wprowadzić świat w III tysiąclecie". Sam zmarł dwa i pół roku później, wyniszczony przez chorobę. Jego pogrzeb zgromadził na Placu Piłsudskiego rzesze wiernych. Zresztą mówi się, że gdyby nie to, że papież sam leżał w szpitalu po zamachu na swoje życie, to prawdopodobnie sam przyleciałby do Polski aby poprowadzić Mszę pogrzebową.

Tak w skrócie można przedstawić biografię Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Ostatni mój tydzień zdecydowanie do niego należał. Przeczytałam kilka książek na jego temat, poczytałam sobie też o czasach, w których żył. Wbrew pozorom sporo to daje, ponieważ pozwala zrozumieć takie czy inne zachowania ludzkie. Obejrzałam też dwa filmy na jego temat.
A wczoraj, wczoraj zasiadłam do arkusza sprawdzającego moją wiedzę z życiorysu Prymasa Tysiąclecia podczas diecezjalnego konkursu wiedzy o Słudze Bożym Stefanie kardynale Wyszyńskim.
W zasadzie wszystkie arkusze egzaminacyjne miałam zawsze takie same jak inni, nigdy nie chciałabym mieć nawet forów w tej kwestii. Tak było i tym razem. Trochę mnie tylko zdziwiło, że zamiast testu, tak jak to było napisane w regulaminie, dostaliśmy pytania otwarte, na szczęście było ich tylko cztery i w zasadzie dosyć łatwe. Pierwsze dotyczyło miejsc i dat internowania Prymasa, w drugim mieliśmy krótko opisać Jego "okres lubelski", w trzecim wyjaśnić co to było "non possumus", a w czwartym opisać herb prymasowski. I w sumie to czwarte przysporzyło mi najwięcej problemów, bo i ręka już bolała, a i do końca nie wiedziałam jak nazwać niektóre rzeczy.
Na konkurs pojechałam z zamiarem dobrej zabawy i może niejakiego pokazania, że niepełnosprawni też mogą w miarę aktywnie żyć i realizować swoje pasje i zainteresowania. Dlatego pierwsze miejsce (ex aequo z klerykiem, który też zdecydował się zmierzyć z tematem) przyjęłam z zaskoczeniem, a zarazem myślę, że nie do końca mi się ono należy. Ale jest i bardzo cieszy posiadacza. Motywuje też do dalszej pracy wraz z poszerzaniem horyzontów posiadacza. A przy okazji otrzymałam pięć książek od organizatora konkursu, więc będzie co czytać w wakacje :)
Zdjęcia pochodzą ze strony: http://diecezja.sosnowiec.pl/

sobota, 26 maja 2018

726. Wrzucanie do jednego worka, czyli mam dość szufladkowania osób

W Sejmie od ponad miesiąca trwa strajk mający na celu poprawę komfortu życia osób niepełnosprawnych. Na razie udało się uzyskać zrównanie renty socjalnej z rentą minimalną. Jednak osoby strajkują jeszcze w sprawie dodatku 500 złotych dla osób ze znacznym stopniej niepełnosprawności. W tej sprawie mam mieszane uczucia. Bo weźmy sobie takie 500+ na dziecko. W mediach owszem dużo się mówi na temat pozytywnego wykorzystania tych środków, ale dlaczego nie mówi się o ciemnej stronie tego dodatku? Ale o tym później. Myślę, że odpowiednie wprowadzenie aktualnej propozycji prezydenta(częstsze dofinansowania do sprzętu rehabilitacyjnego, szybsze dostawanie się do lekarzy specjalistów, itp) byłoby dużo lepszym rozwiązaniem.
Strajk w Sejmie ma też inną, mroczniejszą stronę medalu. Siedzi sobie taki przeciętny człowiek przed telewizorem, patrzy na rozgrywające się na ekranie sceny i nabiera przekonania, że niepełnosprawny to albo na wózku inwalidzkim, a jak już nie ma tego wózka, to na pewno jest niepełnosprawny umysłowo i ubezwłasnowolniony. Zauważyłam, że to drugi stereotyp umacnia się zupełnie wtedy, kiedy człowiek ma problemy z wyrazistą mową, a u słuchacza jest brak woli zrozumienia go. Aha, no i niepełnosprawny koniecznie wszędzie musi się pojawiać ze swoim opiekunem. Inaczej nie potrafi on wychować swojego dziecka.
Jak wiecie wszędzie mnie pełno. Tydzień temu wybrałam się na pewną imprezę w sąsiednim mieście. A ponieważ nie byłam nigdy w tamtej dzielnicy i nie wiedziałam gdzie wysiąść, wysiadłam nie na tym przystanku co trzeba. Zdarza się. Kiedy na początku studiów w Krakowie nie wiedziałam gdzie się znajduje jakaś ulica, po prostu pytałam przechodniów i nie zdarzyło się, aby ktoś mi nie pomógł. Dlatego także i teraz postanowiłam spytać kogoś o drogę. Weszłam do najbliższego sklepu, przed którym kilkoro ludzi delektowało się piwem(w sumie jedni o 7 rano piją kawę, a inni zaczynają dzień od piwa). Niestety, sprzedawczyni co rusz kogoś obsługiwała i nie miałam się jej jak zapytać o drogę nad jezioro. Wyszłam więc przed sklep i podeszłam do tych ludzi pijących piwo w nadziei, że mimo wszystko mi pomogą. W razie jakiś dziwnych sytuacji planowałam czmychnąć z powrotem do sklepu. Spokojnie zapytałam, jak dotrzeć w to i to miejsce. Jedna z kobiet powiedziała, żebym się nie martwiła, że jej partner(który też był po piwie) akurat jedzie autobusem w tamtym kierunku, to mi pokaże gdzie wysiąść. No spoko, gdyby powiedziała o samochodzie to nigdy bym się nie zgodziła, ale publiczny autobus jest już trochę pewniejszy. Przystanęłam przy nich, jednak w pewnej odległości, bo licho nie śpi. W pewnym momencie babka(która zdążyła już wypić z 2 butelki piwa) zaczęła mi się wypytywać skąd ja w ogóle jestem i co ja tutaj robię. Odpowiedziałam jej ogólnikowo, że przyjechałam z sąsiedniego miasta na rajd, który wyrusza spod "Balatonu"(to nazwa takiego domu rekreacyjnego nad jeziorem) i że pomyliłam przystanki, bo nigdy nie byłam w tej okolicy. Na to usłyszałam, że pewnie czmychnęłam z domu, i że zmyślam, bo gdyby była jakaś impreza to wisiałyby plakaty i skąd w ogóle wiem o Rajdzie. Ja, że z internetu. Babka zaczęła się śmiać, a że przyszła jakaś jej koleżanka, to powiedziała jej, żeby mnie pilnowała, bo ona musi iść po psa. Ta jej koleżanka, też była wstawiona, więc znowu weszłam do sklepu. Wkurzona byłam sama na siebie, że tak dałam się podejść. Po chwili przyszła tamta druga z psem, i zaczęła żądać ode mnie dowodu osobistego. Powiedziałam jej, że nie dam jej mojego dowodu, bo z jakiej racji? To tamta zatelefonowała na policję, że ma tutaj głupią dziewczynę, która nie potrafi powiedzieć jak się nazywa, ani gdzie mieszka, nie ma też przy niej opiekuna prawnego i twierdzi że się zgubiła, i że jest kaleką... O przepraszam, na jakiej podstawie tamta kobieta uznała, że jestem głupia i że potrzeba mi opiekuna? Tylko dlatego, że niewyraźnie mówię i chwiejnie chodzę? Na upartego niewiele się w tym różniłam od niej...
W między czasie do sklepu weszła jakaś starsza kobieta. Tamta wlazła za nią i do mnie, że skoro im nie chcę pokazać dokumentów, to zaraz gliny przyjadą i mnie odwiozą do pogotowia opiekuńczego. No ręce mi opadły. Ta pani, która weszła chwilę przed nią popatrzyła na mnie i zapytała, co się stało. Ale to był ten ton głosu, któremu można zaufać. Wyciągnęłam więc dokumenty i powiedziałam co i jak było. Kobieta przejrzała wszystko, pokręciła głową i kazała mi się nie przejmować. Tak samo sprzedawczyni zastanawiała się, co tamta kobieta może wiedzieć o wychowaniu kogokolwiek, skoro swoje najpierw oddała do domu dziecka, a po ogłoszeniu 500+ cudownie sobie o nich przypomniała. Teraz dzieciaki biegają same sobie, a ona bez przerwy przesiaduje pod sklepem z butelkami z piwem.
Wyszłam ze sklepu z kobietą, tamta od razu do nas doskoczyła z jakimś bełkotem. I muszę przyznać, że jak z reguły rozumiem niewyraźną mowę, tak teraz, czy to z nerwów, czy dlatego że naprawdę pod wpływem alkoholu niewyraźnie mówiła, nie rozumiałam nic, a nic. No, może poza zdaniem które brzmiało: "Ale kłócić się w Sejmie o dodatek 500 złotych i wyższą rentę dla swoich kalek to umieją...". Na to ta pani powiedziała, że może owszem, trochę niewyraźnie mówię, ale ze to bardziej logiczniej od niej. I żeby dali mi spokój. Potem razem ze mną poszła na przystanek, aby mi powiedzieć, który autobus tam jedzie. 
Szybciej jednak przyjechał radiowóz. Tamta babka od razu zaczęła się drzeć, że pewnie jestem z patologicznej rodziny, która nie umie mnie pilnować, ale w Sejmie strajkuje". Na szczęście wkrótce wyszła sprzedawczyni ze sklepu i zaprosiła mnie i policjanta do jego wnętrza, gdzie na spokojnie wszystko wyjaśniłam, a ona to potwierdziła. A ponieważ dokumenty miałam w porządku, policjanci postanowili podwieźć mnie na miejsce imprezy. Na szczęście zdążyłam na czas.
Takie wypadki nie zdarzają mi się często, ale się zdarzają. Wkurzyłam się sama na siebie, że źle spojrzałam na rozkład jazdy autobusów, że nie zaczekałam, aż sprzedawczyni obsłuży klientów. Wiem, że społeczeństwo przychylne jest niepełnosprawnym, że jeżeli widzi, że normalnie się zachowujemy, to nie robi nam kłopotu. Tak samo, jak nie mam kłopotów z tzw. załatwianiem spraw na mieście. Bo tak naprawdę każdy z nas, niepełnosprawnych, jest inny, nawet jeżeli mamy takie samo schorzenia. Dlatego nie można wciskać wszystkich do jednego worka, czy też układać według szufladek. Zaś do każdego z nas warto podejść indywidualnie. To powoli zaczyna się zmieniać, ale czy kiedyś zmieni się całkowicie?
A poza tym mam trochę pracowity weekend... Zaś zza okna dochodzą mnie dźwięki z koncertu z okazji dnia miasta...

wtorek, 22 maja 2018

725. Czasami warto jest przedłożyć obowiązki nad przyjemności

Jakiś czas temu w niedzielę w Oratorium był robiony wieczór filmowy. No wiecie - pizza, popcorn, cola i mało ambitne filmy. Wcześniej napisałam na grupie na facebooku, że mnie nie będzie, ponieważ muszę się poduczyć do kolokwium z niemieckiego, które miało być w najbliższy po tym terminie wtorek. Specjalnych zdolności językowych nie mam, ale jak siądę do książki i jak porządnie się przyłożę, to zdaję materiał bez większych kłopotów. Nie chciałam też sobie wszystkiego odkładać na poniedziałek. Rok temu popełniłam ten błąd, teraz jestem w tej kwestii mądrzejsza. A ponieważ w tym roku chcę wreszcie obronić licencjata, to nie mogę sobie pozwolić na żadne tam nieprzygotowanie. 
Rano po Mszy świętej podeszłam do Boskiego Oskiego wytłumaczyć mu, czemu mnie nie ma. On na to machnął ręką, że jasne, że rozumie. Jednak kiedy wspomniałam o tym na grupie, to od razu zaczęło się, że się z nimi nie integruję, że oni też mają klasówki, ale jakoś potrafią pogodzić jedno z drugim itp. itd. Nie powiem, zrobiło mi się trochę przykro. Chciałam być wobec nich fair, powiadomiłam ich o powodzie mojej nieobecności, a oni nawet tego nie potrafili zrozumieć. Wyłączyłam komputer, usiadłam przy stole nad rozłożoną książką. A że tematyka rozdziału zupełnie mi nie podeszła(związki międzyludzkie) to trochę musiałam się namęczyć.
Po dwóch dniach usiadłam do kolokwium takiego samego, jak moi koledzy. Napisałam na tyle, na ile się nauczyłam. Jak zawsze - na uczelnianym laptopie i z wydłużonym czasem. Ale mimo to musiałam polegać na własnej wiedzy. W końcu oddałam swoją pracę niepewna, czy dobrze ją napisałam. Chociaż coś przeczuwałam, że zaliczyłam ją, zagadką jednak zostawało to, na ile.
Tak się składa, że we wtorki mamy też spotkania oratoryjne przed sobotnimi zajęciami. Z reguły przychodzę na nie spóźniona, bo naprawdę nie jestem w stanie kończąc zajęcia na Franciszkańskiej o 16:30 dotrzeć na busa, który odjeżdża spod Galerii Krakowskiej dziesięć minut później. Muszę więc czekać godzinę na kolejny. Ksiądz to rozumie, reszta nie głośno komentując moje spóźnienia. Tego się doczekałam po prawie 8 latach bycia animatorem - komentują mnie za przeproszeniem smarki, którzy są w nim rok, 2, 3... Przykre...
Po moim dołączeniu do grupy, ksiądz zadał pytanie, kto będzie w sobotę. Dwoje z nas powiedziało, że ich nie ma, ponieważ nie zaliczyli testu, bo za długo siedzieli w niedzielę tutaj... Nic nie mówię, ale kiedyś animator za takie coś dostałby bana na przychodzenie do placówki. Bo jasne, wszystko jest dla ludzi, ale wszystko trzeba robić z umiarem, z wyczuciem, niejednokrotnie rezygnując z przyjemności na rzecz obowiązku. Tym bardziej, jeśli przez takie zaniedbanie wychodzi mi zagrożenie na koniec. No, ale to jest moje zdanie...
Wracając jednak do mojego kolokwium. W pierwszy wtorek po majówce germanistka zapomniała go wydrukować i sprawdzić. Ok., zdarza się, zwłaszcza kiedy laptop jest służbowy i zostaje na uczelni. I kiedy już wszyscy mieli jasną sytuację, mi pozostało czekanie na wynik. 
Tydzień temu zajęcia odwołano z okazji juwenalii.
Niemiecki nadszedł dzisiaj. Podczas sprawdzania obecności, przy moim nazwisku, germanistka spojrzała na mnie i oznajmiła mi:
 - Frau Karolino, vier(pani Karolino, cztery)
Uff, kamień z serca, zaliczyłam. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, abym mogła zaliczyć egzamin z tego przedmiotu - ustny i pisemny. Do ustnego mam zamiar przystąpić jeszcze przed Bożym Ciałem. Mam małego stracha, że z powodu mojej niewyraźnej mowy coś mi nie pójdzie, ale z drugiej strony, ustnej matury z niemieckiego też miałam nie zdać z tego samego powodu. A zdałam go na 85%. Co prawda w sobotę mamy zajęcia w Oratorium(znowu pominęli mnie w przydziale zadań), a w poniedziałek konkurs diecezjalny, ale liczę na to, że uda mi się to wszystko ogarnąć, pomimo huku sztucznych ogni oraz dźwięków muzyki za oknem(ach te Dni Miasta i towarzyszące temu atrakcję). 
A jako nagrodę za tą czwórkę mogę uznać odczytanie dwóch wezwań podczas Modlitwy Wiernych podczas czwartkowej Mszy świętej. Prowadząca scholę specjalnie pisała do mnie imiennego SMS-a(a to oznacza, że zależy jej na obecności tej konkretnej osoby) z zapytaniem czy mogłabym przeczytać. Wcześniej oczywiście rozpytywała się, kto będzie. A że w mojej sytuacji więcej jest rzeczy niepewnych niż pewnych, to się zgodziłam. Według moich obliczeń to będzie 10 czytanie czegokolwiek na Mszach świętych podczas mojej 11 letniej kariery scholowej. Jeszcze raz, a ten stosunek wyniesie już 1:1. Cierpliwość popłaca, a za razem uczy pokory.

niedziela, 20 maja 2018

724. I powrót do teraźniejszości z rocznicą koronacji w tle

Ależ mnie nogi bolą... Jednak chyba wczoraj przesadziłam z tym chodzeniem po Dąbrowie Górniczej i podziwianiu jej uroków z 1968 roku. Jedne miejsca się zmieniły, inne pozostały takie jakie ich znam z XXI wieku. No, może tylko stały się bardziej nowoczesne.
Przez to zmęczenie wcale mi się nie chce budzić i wstawać. Ale, ale, kto to pcha się na mnie i za wszelką cenę chce mnie ugryźć. Pusia? Zupełnie nie zauważyłam jej nieobecności podczas tych trzech dni. Ładna ze mnie pani, prawda? Ale skoro Pusia jest ze mną, to musiałam już trafić do teraźniejszości. Już kotku, już, muszę tylko otworzyć oczy, mimo że wcale mi się tego nie chce.
Wstaję z łóżka i rozglądam się dookoła. Tak, to mój pokój, moje meble, mój kot. I widok za oknem ten, który tak dobrze znam. Wreszcie wróciłam do teraźniejszości, do 2018 roku! Do moich uszów dociera bicie dzwonów. Niedziela? Przez tą podróż w czasie zupełnie straciłam jego poczucie. Włączam telewizję i szukam jakiegoś programu informacyjnego. Tak, niedziela, 20 maja 2018 roku. Witajcie w domu!
Bardzo się cieszę, że wylądowałam we właściwym miejscu o właściwym czasie. Bo dzisiaj w bazylice o godzinie 12:00 odbędzie się uroczysta Msza święta z okazji 50 rocznicy koronacji figury Matki Boskiej Anielskiej z dzieciątkiem. Dziwnie to brzmi zważając na to, że zaledwie wczoraj byłam tego świadkiem. Przez te 50 lat dużo się zmieniło. Powstały nowe osiedla i zakłady pracy, w latach 70 uruchomiono "Hutę Katowice", na terenie której dziesięć lat później działała "Solidarność", do miasta przyłączano kolejne dzielnice. A z drugiej strony nie ma już z nami ani prymasa Stefana Wyszyńskiego, ani papieża Jana Pawła II, ani ówczesnego proboszcza parafii - Jana Domarańczyka. A ile anonimowych świadków tego wydarzenia zmarło? Nikt tego nie wie.
Mam jeszcze w pamięci uroczystą Mszę świętą, która miała miejsce dekadę temu. Przewodniczył jej ówczesny prymas Polski, kardynał Józef Glemp, który szedł ramię w ramię z biskupem sosnowieckim, Adamem Śmigielskim. Dzisiaj ani jednego, ani drugiego nie ma już z nami.
Nie będę ukrywać, że po tych trzech ostatnich dniach udział w tej uroczystej Sumie. Tak jak przed laty przyjechał do nas z Krakowa kardynał Karol Wojtyła, tak samo dzisiaj naszą bazylikę miał nawiedzić kardynał Marek Jędraszewski. Dotąd widziałam go tylko w katedrze na Wawelu albo w Kalwarii Zebrzydowskiej, dlatego byłam ciekawa, jak będzie prezentował się w naszej dąbrowskiej świątyni.
Czas płynął niezwykle wolno, a ja już chcę wyjść i udać się na miejsce uroczystości. A z drugiej strony bez sensu jest czekać kilka godzin na jakieś wydarzenie, skoro można wyjść trochę później. Ja akurat wychodzę z domu o wpół do 12:00 - akurat biją w dzwony. Na miejsce idę niecałe 10 minut. Nie wchodzę jednak do kościoła, ale zostaję na placu przed nim, gdzie radosne dźwięki wygrywane są przez miejską orkiestrę dętą w galowych, górniczych strojach.
A zaraz potem ksiądz proboszcz powitał wszystkich zgromadzonych gości i poczty sztandarowe oraz księża procesyjnie weszli do świątyni.

I tych zdjęć byłoby na tyle, bo w samej bazylice mi nie wyszły. 
Przekroczeniu progu świątyni towarzyszy tutejszy hymn:
1. W sercu Zagłębia, wśród fabrycznych dymów,
gdzie błyszczy bielą robotniczy kask,
obrałaś Mario dla dąbrowskich synów
swoją siedzibę i źródło Twych łask.
    Ref. Matko Zagłębia, Dąbrowy Górniczej
    oto przed Tobą zagłębiowski lud,
    wpatrzony w Twoje przedobre Oblicze
    składa miłości i wierności ślub.
2.  Od lat Maryjo tu w naszym kościele
Twoja figura patronuje nam,
wiele pomocy, łaskawości wiele
za Twą przyczyną Bóg udzielił nam. Ref.
3.  Czciciele Twoi dniem każdym i nocą
w Tobie Maryjo upatrują znak,
chcą Cię mieć Matką, Pociechą i Mocą
i śpiewać ufnie za ojcami tak: Ref.
We wnętrzu bazyliki dostojników kościelnych wita zgromadzony tłum wiernych nie tylko z tej parafii, ale i parafii ościennych. Z mojej co rusz widzę jakieś znajome twarze, które przyjaźnie się do mnie uśmiechają. Ja zaś staram się odwzajemniać ten uśmiech.
Obrzędy wstępne wprowadzają wszystkich w tajemnicę Mszy świętej. Jak już to kiedyś wspominałam, uroczystość Zesłania Ducha Świętego zawsze była dla mnie wyjątkowa. Tego dnia pierwszy raz przyjęłam Pana Jezusa do swojego dziecięcego serca. Czytania z liturgii Zielonych Świątek towarzyszyły mi podczas sakramentu bierzmowania. No i zeszłoroczna Msza prymicyjna Pawełka. A dzisiaj ta wspaniała uroczystość...
Kardynał Jędrzejewski nawiązał do niego w swojej homilii. Bo przecież Maryja trwała z apostołami w wieczerniku na modlitwie podczas pierwszego w historii kościoła bierzmowania. Czy czuła strach? A może swoim spokojem uspokajała także przerażonych uczniów? Tego nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że trwale wpisała się w historię świętą. Porodziła Dzieciątko w grocie, potem dzięki jej prośbie Jezus przemienił wodę w Kanie Galilejskiej, aż w końcu szła z Synem w Jego drodze krzyżowej, by zostać oddaną jako Matka całej ludzkości. Dlatego nie mogło jej zabraknąć tutaj, na zagłębiowskiej ziemi. Przywędrowała wraz z księdzem Augustynikiem w postaci obrazu w 1897 roku, aby po siedmiu latach ludzkie oczy mogły ją oglądać, jako powyższą figurę(bo figura Matki Bożej Anielskiej znajduje się w ołtarzu głównym bazyliki). Każdy, kto tu przychodzi może spojrzeć w jej pełne miłości oczy i powierzyć jej swoje problemy. Dopełnieniem cudownego wizerunku miało zostać jego ukoronowanie koronami papieskimi w 1968. To, o czym pewnie ksiądz Augustynik nawet nie marzył, stało się faktem ponad pół wieku później. Przedsionkiem do tego wydarzenia było ogłoszenie przez prymasa Stefana Wyszyńskiego Matki Boskiej Anielskiej patronką Zagłębia Dąbrowskiego. Wiadomo, chociażby ze źródeł IPNu, że władza za wszelką cenę nie chciała dopuścić do tego wydarzenia, widząc w tym zagrożenie dla wyznawanej przez nią ideologii marksistowskiej, w której nie było miejsca dla Boga. Nie byli jednak w stanie zapobiec temu wydarzeniu i mogli tylko bezradnie się temu przyglądać. Bóg po raz kolejny zwyciężył nad pysznym, ludzkim umysłem.
Wzruszającym momentem jest procesja z darami eucharystycznymi. Wśród nich, prezes Poczty Polskiej, który zanosi specjalnie na tą okazję wyemitowany znaczek pocztowy. Wśród darów znajduje się kopia obrazu Matki Bożej z Włoszczowa, który stał się inspiracją do wykonania kopii. Następnie nastąpiło przemienienie chleba w Ciało, a wina w Krew. Przemienieniu temu towarzyszyły fanfary w wykonaniu orkiestry miejskiej. Za kilkanaście minut wierni przebywający w stanie łaski uświęcającej przystąpią do Stołu Pańskiego, aby je spożyć. Na koniec obrzędów Komunii wszyscy śpiewamy "Magnificat". Ale to jeszcze nie koniec. Po Komunii przychodzi pora na oficjalne podziękowania dla dostojników kościelnych. Przedstawiciele wiernych w prostych, aczkolwiek pięknych słowach wyrazili wdzięczność za tą piękną Mszę świętą, po czym przyklękamy, aby odmówić litanię do Matki Bożej Anielskiej ułożoną przez samego księdza Grzegorza Augustynika! A następnie? Następnie ze śpiewem na ustach wychodzimy ze świątyni, aby w uroczystej procesji, z Chrystusem ukrytym w monstrancji na czele, okrążyć kościół. Ponownie jak pół roku temu, także i dzisiaj po drodze widzę poustawianych policjantów. Ci jednak mają łagodność na twarzy, z pokorą zdejmują swoje czapki i przyklękają przed boskim majestatem. Nie muszą już ukrywać swojej wiary, jak ich poprzednicy. Do kościoła wracamy śpiewając podniosłe "Ciebie Boga wysławiamy". Jeszcze tylko uroczyste błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, odśpiewanie "Boże coś Polskę" i można wracać do domu. Ja jednak idę w stronę zachrystii. Chwilę czekam, aż w końcu wychodzi z niej kardynał wraz z proboszczem tutejszej świątyni. Wymieniamy uśmiechy, kardynał Jędraszewski robi znak krzyża na moim łebku, proboszcz wyraża radość z mojej obecności, chociaż to nie moja parafia.
Wracam do domu, siadam na wersalce. Pusia wskakuje mi na kolana domagając się pieszczot. Głaskam futrzaka, który odwzajemnia mi się mruczeniem. I zastanawiam się nad zdarzeniami ostatnich dni. Czy to była naprawdę podróż w czasie, czy tylko sen. Bądź co bądź dzięki temu niezwykłemu zbiegowi okoliczności byłam naocznym świadkiem tak pięknych i znaczących wydarzeń dla mojego kościoła dekanalnego.
A o roli, jaką w moim życiu odgrywa obraz Matki Bożej Anielskiej z dzieciątkiem na ręku, próbowałam napisać wiersz. Chociaż żadne słowa nie są tego w stanie wyrazić.'
Matce Boskiej Anielskiej - Królowej Zagłębia
Przychodzę do Ciebie 
każdego dnia rano, lub wieczorem,
powierzam Ci moje problemy i troski,
klęcząc w świątyni z pochylonym czołem.
A Ty milcząca patrzysz na mnie z góry,
z ołtarza, w którym jesteś umieszczona,
spoglądasz na mnie matczynym wzrokiem,
jakbyś mnie chciała wziąć w swoje ramiona.
Przybyłaś tutaj z ojcem Augustynikiem,
przed ponad wiekiem, gdy kościół tworzono,
do umieszczonej w skromnym ołtarzu,
gorliwe modły przynoszono.
Koronowana przez Karola Wojtyłę,
gdy krakowskim był metropolitą jeszcze,
oraz prymasa Stefana Wyszyńskiego,
zebrałaś wśród siebie wiernych całe rzesze.
Od pół wieku w papieskie korony odziana,
królujesz w tym naszego kraju regionie,
za Twoją przyczyną o Panno Niebiańska,
"Zagłębie miłością do Boga płonie".

sobota, 19 maja 2018

723. Moja podróż w czasie cz. 3

Dudniący o szyby deszcz zbudził mnie ze snu. Ociężale powieki, a następnie głowę. Spodziewałam się za oknem krajobrazu analogicznego do wczorajszego. Tymczasem moim oczom ukazał się plac budowy. Czyżbym znowu przeniosła się w czasie? A przecież miałam taki ambitny plan na dzisiaj - iść i zobaczyć co znajdowało się w 1912 roku na miejscu mojego kościoła parafialnego. Wydaje mi się, że była tam kolonia(czyli zbiorowisko kilkunastu domów mieszkalnych pracowników danej fabryki lub kopalni) Reden, ale czy to prawda? Tego się raczej nie dowiem. No chyba, że znowu wpadnę w tunel czasoprzestrzenny.
W którym roku teraz się znajduję? Meble i wystrój mieszkania wskazują na czasy PRLu. W oddali majaczyły jakieś drzewa. Coś mi się wydaje, że jest to Miejski Park Hallera. Nad miastem w dalszym ciągu górują dwie wieże bazyliki. 
Postanawiam wyjść na zewnątrz, aby nieco zorientować się w sytuacji. Wychodząc z klatki natykam się na młodego chłopaka, który krzyczał co tchu w piersiach:
 - Ludzie, darmowe koncerty i zabawy w Pałacu Kultury Zagłębia! Ludzie, nie przegapcie takiej okazji!
Czyli już wiem, że jestem po roku 1958, kiedy to socjalistyczny symbol miasta wyparł dopiero co wczoraj poświęcony i otwarty Dom Ludowy. Chociaż nie, przez tą podróż w czasie zupełnie straciłam jego poczucie. 
Pomimo deszczu postanawiam przejść się po okolicy. Pierwsze moje kroki kieruję w stronę, gdzie teraz stoi mój kościół. Na razie jest tam barak, który w 1985 roku zostanie przekształcony w skromną kaplicę. Z czasem na placu obok stanie okazały kościół.
Potem idę do parki, po którym tak bardzo lubię spacerować. U wejścia od mojej ulicy wita mnie budynek pogotowia ratunkowego, który na początku XXI wieku ustąpił miejsca akwaparkowi. Dalej wyłaniają się czworaki czynszowe, po których z czasem próżno szukać śladów. No i basen, główna atrakcja miasta. Jego też zabrakło w parku w XXI stuleciu. Wokół mnie raz po raz przemykają pędzący gdzieś ludzie. Czyżby do Pałacu Kultury Zagłębia?
U wylotu parku ukazuje mi się Pałac Kultury Zagłębia. Jednak czegoś mi tutaj brakuje... Ach tak, już wiem, nie ma jeszcze pomnika Bohaterom Czerwonych Sztandarów, stojącego po lewej stronie pomnika. Za to tuż pod prowadzonymi do niego schodami przejeżdżają "ogórki". Za moich czasów nie miałoby to miejsca...
źródło zdjęcia
Ale, ale, ludzie wcale nie idą do Pałacu, ale odbijają na prawo, w stronę bazyliki. O co tutaj chodzi. Kiedy dochodzę do drogi i zerkam rzeszę ludzi zgromadzonych pod świątynię. Deszcz pada jak z cebra, a oni dalej tam stoją. Na co czekają...
Nie, czyżbym cudownym zbiegiem okoliczności trafiła do dnia 19 maja 1968 roku, w którym tutejszej słynącej łaskami figurze korony papieski nałożył nie kto inny niż kardynał krakowski Karol Wojtyła oraz prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński. Ta, która powstała na wzór niepozornego 
Matka Boża z Włoszczowej (źródło obrazu)
Skąd się w ogóle wzięła ta figura w dąbrowskiej bazylice? Kiedy w 1897 roku ksiądz Augustynik opuszczał swoje probostwo we Włoszczowej, przyjaciele ofiarowali mu kopię obrazu Matki Bożej Miłosierdzia, który wisiał w tamtejszej parafii, a który kapłan tak sobie ukochał. W nowym miejscu zamieszkania umieścił go na honorowym miejscu, aby Maryja inspirowała jego duchowość i pomagała w działalności kapłańskiej. Następnie podzielił się z parafianami swoją miłością do łaskawego spojrzenia Maryi Włoszczowskiej. Nakazał nawet wykonać kopię tego obrazu i w uroczystej procesji z gołonoskiego kościoła intronizował 8 września 1897 roku obraz w kaplicy św. Aleksandra. Polecił też namalowanie na nim dwójki franciszkańskich świętych: Franciszka i Klarę. W dniu pojawienia się obrazu w dąbrowskiej świątyni tak tłumaczył prostym ludziom jego symbolikę: "Matka Boża stoi na kuli ziemskiej i depcze łeb węża na znak, że Ona niewiastą obiecaną w raju, która miała zwyciężyć Szatana czyhającego na zgubę dusz naszych, i miała wziąć pod swoją macierzystą opiekę cały okrąg ziemi. Aniołowie ją otaczają jako swoją Królową, a święci klęczą u Jej stóp i modlą się za biednymi wygnańcami ziemi". Od początku wizerunek Matki Bożej Anielskiej cieszył się wśród wiernych niezwykłą czcią. Bardzo często prosili o odprawienie Mszy Świętej przy tym obrazie i składali wota. Nie bez znaczenia był fakt, że wielu z nich otrzymało za jego pośrednictwem ogromnych łask. Również budowę nowego kościoła ksiądz Augustynik powierzył Matce Bożej. Ponieważ już podczas projektowania nowej świątyni było wiadomo, że ten niewielkich rozmiarów obraz nie będzie widoczny w ogromnym kościele, dlatego zaplanował monumentalny ołtarz o wysokości dwudziestu metrów, a w nim postanowił wyeksponować włoszczowski obraz w formie rzeźby ołtarzowej. Matka Miłosierdzia miała zostać na nim ukazana jako Królowa Aniołów z motywami świętych franciszkańskich. Aby nadać kościołowi jeszcze większe cechy franciszkańskie, nowemu kościołowi jako patronkę dano Matkę Boską Anielską de Porcjunkula, a także obowiązywały w nim odpusty i przywileje franciszkańskie. Rzeźbę Matki Boskiej z Dzieciątkiem wykonał rzeźbiarz Józef Baltazar Proszowski. Figura wykonana z drewna cyprysowego ma 170 cm. wysokości. Maryja, stojąca na kuli ziemskiej i depcząca głowę węża, w prawej ręce trzyma berło, na lewej zaś Jezusa, który na kolanach trzyma królewskie jabłko. Dzieciątko wyciąga rączki do wiernych i obdarza ich uśmiechem. Maryja jest poważna, swoją twarz kieruje ku Synowi. Ubrana jest w różową sukienkę z wzorami oraz niebieski płaszcz okrywający także jej głowę. Na jego brzegu widoczna jest ozdobna lamówka, która przetkana jest szlachetnymi kamieniami. Dzieciątko natomiast ubrane jest w białą szatkę ozdobioną złotymi krzyżami. Na głowie ma maleńką koronę ze srebrnych lilii. Korona Maryi jest identyczna tylko, rzecz jasna, większa. Ich głowy okalają złociste promienie oraz 12 gwiazd. Również na berle trzymanym przez Matkę Bożą pojawia się motyw lilijki. Kompozycja sceny otaczającej figurę Matki Bożej jest przemyślanym układem. Z jednej strony przedstawia Najświętszą Dziewicę w otoczeniu świętych charakterystycznych dla danego regionu lub kościoła. Z drugiej jest wyraźnym ukazaniem chwały Maryi Niepokalanej, która unoszona przez dwa anioły, depcząc węża - symbol Szatana, dostępuje łaski Wniebowzięcia i Ukoronowania. Świadkami tej sceny są Trójca Święta wraz z zastępami niebieskimi. Zastępy trzymają świece lub instrumenty muzyczne, dzięki którym uświetniają ten moment. Figura jest centralnym punktem ołtarza głównego. Obok niej znajdują się rzeźby św. Rozalii oraz św. Antoniego Padewskiego. Ponadto dzieło zdobią mniejsze figury archaniołów Michała, Gabriela oraz Rafała. W zwieńczeniu widoczny jest zmartwychwstały Chrystus z krzyżem oraz para aniołów po lewej oraz prawej stronie. Figura w uroczystej procesji została przeniesiona z kościoła św. Antoniego do bazyliki w dniu 19 listopada 1904 roku i spokojnie czekała na chwilę, aż jej głowy będą zdobić korony papieskie.
Figurka Matki Bożej Anielskiej(źródło zdjęcia)
Ta chwila miała nadejść właśnie dzisiaj. Niemy świadek tutejszej historii oraz powiernik tak wielu ludzkich spraw miał otrzymać korony papieskie z rąk tych, którym historia nada tytuł Prymasa Tysiąclecia oraz Jana Pawła II - papieża - Polaka. Co ciekawe, ten pierwszy jedenaście lat wcześniej wydał dekret, na mocy którego ogłosił Matkę Boską patronką Dąbrowy Górniczej i matką Zagłębia. Nie mogę przegapić tej chwili, po prostu nie mogę. Z trudem udaje mi się wejść w tłum, a potem, wśród syków i potrąceń przejść do przodu.
Przed wejściem już stoją ubrane w ludowe oraz komunijne stroje dzieci, które wraz z proboszczem,  Janem Domarańczykiem, tu i ówdzie kręcą się księża z diecezji(jeszcze częstochowskiej) i inni hierarchowie Episkopatu Polski. Rozejrzałam się wokoło, tu i ówdzie stały oddziały Milicji Obywatelskiej oraz Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej.
 - No tak, wróg nie śpi, ORMO czuwa - jakże wymowny dzisiaj stał się ten PRLowski slogan. Starałam się nie zwracać na nich większej uwagi.
Wreszcie podjechał odświętny samochód, z którego najpierw wysiadł wysoki i szczupły Stefan Wyszyński(przypomniało mi się, że mam wypożyczyć z biblioteki jego "Zapiski więzienne", o ile oczywiście uda mi się trafić do "moich" czasów), a za nim nieco pucołowaty Karol Wojtyła. Z marszu podeszły do nich dzieci, które w wierszowanych słowach mówionych gwarą śląską, przywitały dostojników kościelnych.
- Ale ja Cię nic a nic nie słyszałem - mówi Wojtyła do stojącego przed nim chłopca w górniczym stroju.
 - To się trzeba było nachylić i uważnie słuchać - brzmi niespodziewana riposta malca. Ta riposta niejako rozładowała atmosferę. Być może za dziesięć lat będzie się jej wstydził, ale skąd może wiedzieć, że stoi przed nim przyszły papież?
źródło zdjęcia
Każdy kto może, wchodzi do świątyni, reszcie muszą wystarczyć głośniki wystawione na zewnątrz. Głównym celebransem Mszy świętej jest Karol Wojtyła. To z jego ust padają słowa:
 - Tu wszystko dźwiga się ku Ojcu: i to co na ziemi i to co pod ziemią (...), a Maryja jest rzeczywiście skuteczną Orędowniczką u Boga i najpewniejszą pomocą w trudnościach. (...) Na zakończenie uroczystości dzisiejszej pragnę wam powiedzieć, że z radością przyjmujemy do wspólnoty tylu sanktuariów maryjnych metropolii krakowskiej to nowe sanktuarium, które staje obok Częstochowy i obok Kalwarii i obok Ludźmierza i obok Tuchowa i obok tylu innych miejsc, gdzie się czci Maryję, gdzie się przez Nią najskuteczniej wchodzi w tajemnicę Chrystusa i Kościoła, tego Chrystusa i tego Kościoła, który nie pozwala nam przywrzeć tylko do ziemi, ale zgodnie z naturą naszego ducha, dźwiga wszystkie sprawy tej ziemi, sprawy ludzkie ku Ojcu. Liturgia dzisiejsza, liturgia V niedzieli po Wielkanocy jest pełna oczekiwania na przyjście Ducha Świętego, na coroczne Zielone Święta. Wierzymy, że gdy On przyjdzie, wówczas zawsze urzeczywistnia w życiu człowieka i w życiu społeczeństw ludzkich to doskonałe prawo wolności, o którym mówi w dzisiejszej liturgii św. Jakub. I oto my, Polacy, to doskonałe prawo wolności spisaliśmy i zarazem odczytujemy w Matce Chrystusa. Dlatego nie lękaliśmy się i nie lękamy się zawierzać Jej siebie, aż do oddania się w jej Macierzyńską Niewolę, bo w Niej jest zapisane prawo wolności i to wolności doskonałej. (…) Gratuluję wam Matki Bożej, Królowej Aniołów, Królowej Zagłębia i gratuluję Matce Bożej, Królowej Aniołów, Królowej Zagłębia, was, ludu Boży tej pracowitej ziemi.
Wcześniej jednak podczas homilii prymas Stefan Wyszyński mówi:
Każdy, kto obiektywnie i spokojnie bada dzieje Kościoła, ten musi zerwać z tą legendą, tendencyjnie niekiedy umacnianą, że Kościół jest niewrażliwy na potrzeby klasy pracującej, że nie miał nic do powiedzenia i nic dla tej klasy pracującej nie zrobił. Wasze miasto – Dąbrowa Górnicza i całe Zagłębie – niezawodnie w dziejach swoich znalazłoby też dowody tego, że właśnie Kościół – trwając wśród was – najmilsze dzieci Boże – dodawał wam otuchy w trudnych chwilach udręki i niesprawiedliwości i krzywdy społecznej. I jak uczył was i pokoju Bożego, a jednocześnie budził nadzieję i pobudził do wysiłku, ażeby życie ludzkie na ziemi lepiej, uczciwiej, sprawiedliwiej urządzić. (…) Królowo Aniołów i ludzi! Oddajemy się dzisiaj w Twoją szczególną opiekę. Patrzymy z radością na Twoje Ukoronowanie. Stało się to, czego pragnął rzetelny, pracowity, gorliwy, wierzący Lud Dąbrowy Górniczej i Zagłębia Dąbrowskiego. Jesteś ukoronowana, nasza Oblubienico i Matko! I my dzisiaj, patrząc na Ciebie, głosimy radosną nowinę: Niech będzie słyszana, Alleluja! Po krańce polskiej ziemi, niech będzie opowiadane, że Pan swój naród wyzwolił, Alleluja, Alleluja! Amen.
Aż wreszcie nadchodzi moment samej koronacji. W imieniu parafian przysięga jest składana przez proboszcza, księdza prałata Jana Domarańczyka:
 - Ja, proboszcz parafii Matki Bożej Anielskiej w Dąbrowie Górniczej, pełen wdzięczności Bogu za łaskę koronacji figury Matki Bożej Anielskiej postanawiam i obiecuję stać na straży tutejszego sanktuarium. Wespół z moimi współpracownikami, w imieniu wszystkich naszych następców przyrzekam ze wszystkich sił rozszerzać kult maryjny według zdrowej nauki Kościoła w całkowitej jedności ze Stolicą Apostolską.
Po chwili dwie korony zostają nałożone na skronie Matki Bożej Anielskiej oraz Dzieciątka na jej ręku.
źródło zdjęcia
Po Mszy świętej wychodzimy na zewnątrz, aby procesyjnie trzy razy obejść bazylikę. Trochę się bałam tych wszystkich służb mundurowych rozlokowanych wokół placu kościelnego. Tymczasem dzieje się coś zupełnie niezrozumiałego, a na pewno niespodziewanego - w obliczu Majestatu wielu z nich zdejmuje swoje nakrycia głowy, a nawet przyklęka. Gdzieś tam w głębi budzą się w ludziach religijne uczucia.
źródło zdjęcia
Pomimo niepogody tłumy ludzi uczestniczą w uroczystościach, które trwają do późnych godzin popołudniowych. Osobiście jestem niesłychanie zmęczona i zmoknięta, ale nie przejmuję się tym. Idę pozwiedzać moje miasto sprzed półwiecza. Przecież nie wiem, w którym roku się jutro obudzę...

piątek, 18 maja 2018

722. Moja podróż w czasie cz. 2

Ależ mi się dobrze spało - taki wysiłek przed snem w zasadzie dobrze człowiekowi robi. Leniwie przeciągam się i wstaję z łóżka w nadziei, że wydarzenie konsekracji kaplicy świętego Aleksandra było tylko pięknym snem. Jednak już po otwarciu oczów wiem, że jednak nie mam racji. Za oknem widzę to samo co wczoraj, tylko domów jakby przybyło. I dwie szpiczaste wieże kościelne górowały nad miastem. Śmiało mogłyby konkurować z sanktuarium świętego Antoniego położonym na najwyższym wzniesieniu w osadzie.
Nic mi się nie zgadza - w jaki sposób w ciągu jednej nocy wzniesiono w górę dwie neogotyckie wieże. Chyba że jest to kolejny mój skok w czasie. Nie dowiem się jednak tego, jeżeli będę siedzieć w mieszkaniu. Zarzucam na siebie katanę i wybiegam z kamienicy. 
Biskup Augustyn Łosiński
(źródło zdjęcia)
Ponownie trafiam na ubitą ulicę. Tu i ówdzie idą ludzie, zachwalając między sobą trzy dni rekolekcji, na których poszerzali swoją wiarę. Ze strzępek usłyszanych słów dowiaduję się, że w środę 25 ksiądz proboszcz Grzegorz Augustynik wygłosił naukę wstępną przedstawiającą wszystkim pożytek płynący z rekolekcji. Nazajutrz od wikarego z pobliskiego Zagórza, księdza Kazimierza Błasika usłyszeli o znaczeniu sakramentów dla osobistego uświęcenia, następnie podczas kazania miejscowego wikariusza, księdza Franciszka Siermantowskiego dowiedzieli się o okazywaniu miłości Panu Jezusowi poprzez budowanie kościołów, nawiedzanie ich oraz utrzymywanie w należytym porządku. W piątek odbyła się Msza święta za zmarłych parafian. Po Mszy świętej ksiądz Augustynik wygłosił kazanie na temat życia i działalności Piotra Skargi, którego 300 rocznica śmierci właśnie przypadała. Po południu odprawiono Drogę Krzyżową z rozważaniami ułożonymi przez księdza proboszcza, suplikacjami oraz błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Aż w końcu wczoraj prefekt dąbrowskich szkół, ksiądz Antoni Zimniak, wygłosił naukę o sakramencie bierzmowania. Po południu zaś parafianie mieli wyruszyć w procesji ze sztandarami i feretronami do Gołonoga, gdzie powitano i procesyjnie wprowadzono do Dąbrowy kieleckiego biskupa, księdza Augustyna Łosińskiego. W procesji tej czterej kapłani ubrani na czarno nieśli relikwie świętych Lucyda i Celestyna oraz Stanisława, patrona Polski. Całej procesji towarzyszyła Orkiestra Stowarzyszenia Robotników Chrześcijańskich. Na granicy osady na bramie rozwinięto napis "Witamy Cię najdostojniejszy Pasterzu", a obok stały dzieci z ochronek i miejscowych szkół wraz z nauczycielami, przedstawiciele zakładów przemysłowych, a także zacniejsi obywatele osady. Dyrektor jednej z tutejszych kopalń, o światowej nazwie "Paryż", podał biskupowi chleb i sól mówiąc: "Wasza Ekscelencjo, Najdostojniejszy Pasterzu. Po raz drugi spotykamy Cię wchodzącego w progi naszej Dąbrowy, po raz drugi witamy naszego Pasterza jako przedstawiciela naszego Kościoła Katolickiego i posłannika miłości i wiary(...) Witaj nam i przyjmij oto te symbole naszej polskiej gościnności, chleb i sól, oraz przywiązanie do wiary ojców naszych, tych ideałów szczytnych, których przedstawicielem sam jesteś". Następnie dziewczynki podały biskupowi bukiet kwiatów. Wszyscy weszli na kościelny cmentarz, gdzie stała kolejna brama przyozdobiona wieńcami oraz insygniami biskupimi. Przy niej zaś stali członkowie Stowarzyszenia Robotników Chrześcijańskich wraz ze swoją chorągwią Matki Boskiej Anielskiej. Gdy procesja weszła do kościoła, miejski chór zaśpiewał przy akompaniamencie organów antyfonę "Ecce sacerdos magnus". Następnie biskup złożył relikwie świętych w specjalnie przygotowanej mensie, następnie ubrał szaty i poszedł do prowizorycznej dzwonnicy, aby konsekrować dwa dzwony. Po powrocie do świątyni biskup zaniósł relikwie świętych męczenników do przygotowanej kaplicy. Towarzyszył temu dźwięk nowych dzwonów. Przez całą noc wierni mogli czuwać i modlić się przy relikwiach.
No nie, tego się nie spodziewałam. Jakimś cudem przeniosłam się do dnia 29 września 1912 roku. Kilka miesięcy temu cały świat żył zatonięciem "Titanica". Dzisiaj miało się odbyć ponowne poświęcenie istniejącego tu kościoła. Najpierw trzeba jednak uzupełnić zaistniałą lukę w czasie. Jak pamiętamy wczoraj byłam świadkiem wydarzenia z 18 października 1885 roku. Od tego momentu minęło prawie 30 lat. 
Ks. Grzegorz Augustynik(źródło zdjęcia)
Wkrótce po konsekracji kaplicy p.w. świętego Aleksandra okazało się, że jest ona zbyt mała, aby pomieścić wciąż napływające rzesze wiernych, którzy przybywali "za chlebem" do Dąbrowy. Ksiądz Dutkiewicz rozpoczął więc starania o pozwolenie na wybudowanie drugiego kościoła, tym razem w górnej części osady. Władze carskie przystały na to pod warunkiem zamiany istniejącej już kaplicy na cerkiew prawosławną. Proboszcz w obawie przed masowym przechodzeniem tutejszej ludności na protestantyzm nie zgodził się na taki układ. Wkrótce z powodu wygłaszanej krytyki wobec władz, musiał uciekać z Dąbrowy. Udało mu się dotrzeć do Ameryki, skąd regularnie przysyłał składki na budowę nowego kościoła. Na jego miejsce przysłano pochodzącego z sąsiedniego Zagórza księdza Grzegorza Augustynika, który okazał się prawdziwym taktykiem w sprawach budownictwa. Tym bardziej, że władze, tak bardzo niechętne budowie nowej świątyni, zgodziły się na rozbudowę istniejącego już kościoła św. Aleksandra. Postanowiono więc rozebrać dwie wieże w przedniej części kościoła. Spowodowało to w praktyce wybudowanie nowego kościoła, który był połączony ze starym, stanowiącym teraz jedną z jego bocznych kaplic. Ponownie ogłoszono konkurs na projekt kościoła, który wygrał Józef Pomianowski. Według jego zamysłu miała to być budowla trójnawowa z dwoma transeptami, trzema wieżami w fasadzie zachodniej oraz dwiema bocznymi, w stylu neogotyckim, halowym, w której pierwotny kościół byłby poprzeczną kaplicą. Fundatorami budowy byli wszyscy lokalni robotnicy, ponieważ zakłady w których pracowali przez wiele lat potrącały im z pensji składkę na ten cel. Kamień węgielny pod budowę nowego kościoła położono 2 sierpnia 1898 roku, poświęcił go dziekan z Będzina, ksiądz Leopold Dobrzański. Dzięki przedsiębiorczości księdza Augustynika budowę tego wspaniałego kościoła zakończono całkiem niedawno. Wcześniej jednak postarał się u papieża Leona XIII o nadanie wznoszonemu kościołowi tytułu probazyliki(bazyliki mniejszej) oraz otrzymania przywileju obchodzenia odpustów aż w 3 dniach: 3 maja(wspomnienie św. Aleksandra), 2 sierpnia(wspomnienie Matki Boskiej Anielskiej) oraz 13 listopada(wspomnienie Stanisława Kostki). Było to o tyle niezwykłe, o ile Dąbrowa dopiero za kilka lat miała stać się miastem. Zmieniono też wezwanie parafii ze świętego Aleksandra(który jak już wiemy był pewnym podstępem) na Matkę Boską Anielską, tak bardzo bliską księdzu Augustynikowi. Teraz trwały już tylko prace wykończeniowe, nie stało to jednak na przeszkodzie, aby konsekrować świątynię. Wszak podobna sytuacja była z moim parafialnym kościołem. A propos, trzeba będzie zobaczyć co teraz się tam znajduje.
źródło zdjęcia
Na razie jednak słyszę trzy uderzenia kościelnych dzwonów oznajmiające wszystkim, że za 15 minut rozpocznie się Msza święta. Jeżeli mnie pamięć nie myli, to o godzinie 7:00 rano miała się odbyć Msza święta konsekracyjna. Przyspieszam więc kroku i już po chwili stoję pod bazyliką, która jeszcze pachnie zaprawą i świeżą farbą. Delikatnie popycham ciężkie, dębowe drzwi. Pomimo tego, że pierwsze nabożeństwo było już o godzinie 4 rano, świątynia była pełna ludzi, chcących uczestniczyć w tym podniosłym wydarzeniu. Widząc takie tłumy przestaję się dziwić temu, że uroczystość ta została przeniesiona z piątku na niedzielę. Gdyby odbyła się ona w piątek, zapewne mało który zakład pracy byłby czynny.
Widzę, jak w uroczystej procesji wprowadzają relikwie świętych, po czym zamurowują je w głównym ołtarzu. Następnie następują kolejne ceremonie konsekracji, zostaje też wniesiony Najświętszy Sakrament, znak oddania Bogu nowej świątyni. Rozpoczęła się uroczysta suma, w czasie której udzielono sakramentu święceń kapłańskich bratankowi księdza Grzegorza Augustynika, diakonowi Piotrowi. Nazajutrz o godzinie 11:00 mają się odbyć jego prymicje. Okolicznościowe kazanie wygłosił proboszcz z Kroczyc, ksiądz Kajetan Szymkiewicz.
Adam Piwowar(źródło zdjęcia)
Po Mszy świętej 80 osób udaje się na obiad w sali obok plebanii, gdzie na co dzień odbywają się zebrania robotników, odczyty oraz amatorskie przedstawienia. Wśród zaproszonych osób znajdują się kapłani, dyrektorzy fabryk oraz wybitniejsi parafian. Dziwnym zbiegiem okoliczności, podczas wychodzenia z kościoła ktoś złapał mnie za rękę i powiedział:
 - Chodź, ty też coś zjesz.
Odwracam głowę w stronę głosu. Kurcze, znam skądś tą twarz. Ach tak, to Adam Piwowar, pierwszy prezydent naszego miasta, którego podobizna wisi w centrum Urzędu Miejskiego. To naprawdę on! Trochę nieśmiało wchodzę do jadalni, gdzie w wazach już paruje smakowity rosół.
Papież Leon XIII(źródło zdjęcia)
Następnie wszyscy udajemy się do nowego domu ludowego wybudowanego przez Stowarzyszenie Robotników Chrześcijańskich. Wcześniej ludność dąbrowska spotykała się w tzw. Resursie, która przypominała typowy klub. To tam kilka lat wcześniej Maria Konopnicka, której córka z mężem mieszkała właśnie w Dąbrowie, prezentowała jedną ze swoich nowelek - "Dym" - której akcja toczy się w... Dąbrowie. Samą fabrykę będącą miejscem pracy Marcysia, "Hutę Bankową" widać było bardzo dokładnie z klubowych okien. Na marginesie, po latach uczniowie dąbrowskich szkół przerabiający lekturę "Dym" będą przychodzić do huty, aby poznać miejsce pracy Marcysia. Jednak z czasem Resursa zaczynała być za mała na wciąż rosnącą liczbę ludności i postanowiono wybudować coś większego. Po kilku latach, kilkaset metrów od bazyliki, powstał właśnie dom ludowy. Korzystając z okazji wizyty biskupa, postanowiono go poświęcić. Po dotarciu na miejsce naszym oczom ukazuje się budynek będący jeszcze w budowie, jednak pokryty już dachem. Na dzisiejszą uroczystość przybrano go w zielone wieńce, a nad estradą na ścianie powieszono podobiznę Leona XIII, opiekuna robotników, który napisał wiekopomną encyklikę "Rerum novarum". W momencie kiedy biskup zajmuje honorowe miejsce na wybudowanym podium, wszyscy intonują jedną z moich ulubionych pieśni kościelnych: "My chcemy Boga". Po chwili do podium podchodzi pan Bogusław Jędrusiak, którego wybrano na przedstawiciela robotników. To do niego należało powitanie biskupa w tym miejscu. Poruszony tym przemówieniem biskup pochwalił pracę Stowarzyszenia, zachęcił ich do wytrwałości, życząc aby gmach został jak najszybciej ukończony i oddany do użytku publicznego, po to, aby robotnicy mogli w nim spotykać się, jednoczyć, pożytecznie spędzać czas, a także uczyć. Wyraził też nadzieję, że zebrana na poświęceniu dąbrowska inteligencja poprze szlachetne wysiłki robotników. Jutro tak wielu z nich będzie miało okazję zjeść z dostojnikiem kościelnym obiad we wspomnianej Resursie i podziękować mu za dzisiejszy dzień.
Słucham tego wszystkiego z zapartym tchem, obserwując szczęśliwe twarze górników. Oni jeszcze nie znają przyszłości, nie wiedzą, że za kilka lat Dąbrowa otrzyma prawa miejskie, za kilkanaście w katastrofie kopalnianej zginie tak wielu z nich, zaś wybudowany w okresie PRLu Pałac Kultury Zagłębie spowoduje, że święcony dzisiaj dom ludowy zostanie zamieniony w budynek mieszkalny, aż wreszcie 100 lat później popadnie w ruinę. Nie chcę jednak psuć im tych pięknych chwil.
Poświęciwszy dom ludowy wracamy do bazyliki, gdzie kilka tysięcy osób przyjmuje sakrament bierzmowania. I znowu nachodzi mnie refleksja, kiedy tutejsza ludność czekała na tą chwilę nawet i całe życie, dzisiaj z ust tak wielu wierzących młodych ludzi słyszę, że bierzmowanie to tylko strata czasu i chodzenie na bezsensowne zbiórki. To gdzie tutaj mowa o dojrzałości chrześcijańskiej? Sam sakrament bierzmowania będzie udzielany jeszcze w dniu jutrzejszym.
Nadchodzi wieczór. Wszyscy udajemy się na salę obok plebani, gdzie przygotowano program artystyczny. Na przygotowaną scenę weszły dzieci uczęszczające do miejscowych ochronek, które recytują wierszyki oraz śpiewają kantaty. Jutro po południu biskup odwiedzi te dzieci w przedszkolach, do których uczęszczają, kiedy ich rodzice pracują w tutejszych zakładach. Za chwilę oglądamy utwór sceniczny autorstwa biskupa Bandurskiego - "Złote usta, złote serce", który jest poświęcony sławnemu kaznodziei oraz obrońcy ludu, księdzu Piotrowi Skardze.
Po tak intensywnym dniu ostatkiem sił wróciłam do mieszkania. To była wspaniała uroczystość, pełna wzruszeń i łez. Tak bardzo, bardzo się cieszę, że mogłam to wszystko, o czym wcześniej czytałam, zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy... Zaraz, zaraz, miałam przecież zobaczyć co się znajduje na miejscu mojego kościoła parafialnego... Nie szkodzi, pójdę jutro...

czwartek, 17 maja 2018

721. Moja podróż w czasie cz. 1

Tak przyjemnie mi się dzisiaj spało... Czas otworzyć oczy i delektować się nowym dniem. Ale, ale, czy ja na pewno położyłam się wczoraj w moim mieszkaniu? Bo przecież widok za oknem wcale nie przypomina tego, który wita mnie codziennie rano. Zamiast bloku znajdującego się naprzeciwko jakieś huty i szyby kopalniane. No i gdzie się podziały wieże bazyliki, która jest jedną z wizytówek mojego miasta. Nawet pomieszczenie, w którym się znajduję wcale nie przypomina tego, w którym przebywam na co dzień. 
źródło zdjęcia
Przez zachmurzone niebo przebijają się promyki słońca. Postanawiam wstać i rozejrzeć się po okolicy. Zamykam drzwi na skobel(dlaczego tutaj nie ma klamki?), zbiegam po drewnianych schodach i wybiegam na ulicę. W pierwszej chwili zganiłam sama siebie za taką postawę, wszak może mnie przejechać jakieś supernowoczesne auto. Ale zamiast samochodów po uklepanych ulicach (ciekawe kto zwinął asfalt?) jeżdżą bryczki i furmanki. Odwracam głowę w jedną stronę - sanktuarium św. Antoniego dumnie stoi na wzniesieniu nazwanym Wzgórzem Gołonoskim. Ale gdzie jest bazylika? Idę w miejsce, gdzie powinna się znajdować. Nagle zza niewielkich familiaków wyłania mi się niepozorna kaplica. Coś zaczyna mi świtać. Zaczepiam pierwszego napotkanego przechodnia i pytam o datę.
 - Dzisiaj jest 18 października 1885 roku, szanowna panno.
18 października 1885 roku? Nagle mnie olśniło - skoro cofnęłam się jakimś cudem w czasie, to wszystko wskazuje na to, że będę świadkiem konsekracji kaplicy, która da podwaliny pod budowę neogotyckiej bazyliki, jednego z symboli miasta. Szybko przemieszczam się pod przykościelny plac, na którym aż czarno było od narodu. Wszyscy czekali na biskupa kieleckiego Tomasza Teofila Kulińskiego, który lada chwila miał przyjechać koleją, której linię otwarto zaledwie kilka miesięcy wcześniej, 26 stycznia. 
Parafia p.w. Świętej Trójcy w Będzinie, fotografia z 1912 r.
źródło zdjęcia
Wśród zgromadzonych wiernych bez trudu można dostrzec sylwetkę księdza Józefa Dutkiewicza, pierwszego proboszcz dąbrowskiej kaplicy będącej tylko filią parafii p.w. Świętej Trójcy w Będzinie. Ponieważ macierzysta parafia znajdowała się w sporej odległości od osady, zresztą tak samo jak kościół znajdujący się na Wzgórzu Gołonoskim, od dawna starało się, aby w osadzie powstał jakiś kościół, bądź choćby filia. Tak, aby zmęczeni całym tygodniem pracy górnicy i hutnicy(zaledwie 400 metrów od kościoła znajdowała się Huta Bankowa wytapiająca w olbrzymiej temperaturze stal), nie musieli wybierać pomiędzy pójściem na nabożeństwo, czy też Mszę świętą, a zasłużonym odpoczynkiem. Nie było to łatwe, ponieważ Stara Dąbrowa znajdowała się pod zaborem rosyjskim, a władze carskie niezbyt przychylnym okiem patrzyli na powstawanie nowych katolickich świątyń. Wszyscy wiedzieli, że w całym zaborze zlikwidowano większość zakonów, więc dlaczego mieliby zezwolić na świątynię w osadzie górniczej. Może gdyby wieś znajdowała się w zaborze austriackim, który znajdował się tuż obok... Ale na tą zmianę przyjdzie mieszkańcom jeszcze trochę poczekać. Tymczasem wysyłano do władz kolejne prośby i otrzymywano kolejne odpowiedzi odmowne.
Car Mikołaj II; źródło zdjęcia
Znaleziono jednak skuteczny sposób do przekonania władz na wybudowanie chociażby niewielkiej kaplicy. Niedawno niejaki Antoni Bezerowski chciał przeprowadzić zamach na przebywającego aktualnie na wystawie we Francji, cara Aleksandra II. Władca wyszedł jednak z niego bez szwanku, zaś sam Bezerowski został zesłany na wyspę Nowa Kaledonia, gdzie zmarł w zapomnieniu. Pomysłowi górnicy i hutnicy wykorzystali to niezwykłe ocalenie i wymyślili sobie, że nie dość, że nowy kościół miałby być wotum za ocalenie "ukochanego" cara, to jeszcze nadadzą mu wezwanie świętego Aleksandra. Tak też napisali do władz carskich, w nadziei, że "rybka złapie haczyk". Jakież to było ich szczęście, kiedy otrzymali pozytywną odpowiedź. 
Ogłoszono konkurs na projekt świątyni. Wygrał go Julian Polcera. 29 lipca 1875 roku wmurowano kamień węgielny pod jej budowę. Od tego dnia dzień w dzień górnicy i hutnicy po pracy przychodzili na plac budowy i cegła po cegle wznosili kaplicę w górę. Właściciele kopalń i hut nie tylko nie mieli nic przeciwko temu, ale nawet wspierali datkami, czy też kupnem materiałów. Budowa zakończyła się we wspomnienie świętej Barbary - 4 grudnia 1877 roku. Problemem stało się tylko oficjalne oddanie kaplicy do użytku. Zagłębie Dąbrowskie administracyjnie należało pod diecezję kielecką, jednak z powodu braku połączenia kolejowego biskup nie miał jak dotrzeć do osady górniczej. Na to musiano poczekać jeszcze kilka lat. Mimo tego mieszkańcy Dąbrowy gromadzili się w niedzielę i święta w kaplicy i wraz z księżmi przybywającymi z parafii p.w. Świętej Trójcy, a od 1881 roku, kiedy to biskup kielecki wydał dekret nadający kościołowi uprawnienia kościoła parafialnego, z przydzielonym do osady proboszczem Dutkiewiczem uczestniczyli we Mszach świętych.
Wciąż rozrastający się przemysł kopalniany oraz hutniczy zmusił władze carskie do podciągnięcia linii kolejowej do Zagłębia Dąbrowskiego. Jedna ze stacji była w Starej Dąbrowie. Teraz przybycie do osady biskupa kieleckiego, księdza Tomasza Teofila Kulińskiego było tylko kwestią czasu...
ksiądz Tomasz Teofil Kuliński
Biskup kielecki
źródło zdjęcia
Z daleka słychać było dźwięki honorowej orkiestry kopalnianej.
 - Oho, pewnie biskup Kuliński już do nas dotarł - szepnął ktoś obok mnie. I faktycznie, z daleka już można było dostrzec dostojną postać biskupa idącego na czele orkiestry i błogosławiącego stających po obu stronach drogi ludzi. Uśmiechnięty, strojny brał na ręce podawane mu dzieci i czule gładził je po główkach. Ludzie promienieli szczęściem, wszak lada chwila miało nastąpić to, na co tak długo czekali.
W przedsionku kościoła na dostojnego gościa czekał gospodarz tego miejsca, ksiądz Dutkiewicz trzymający w drżących rękach tacę z chlebem i solą, a obok niego dziewczynka z bukietem kwiatów w ręce oraz chłopczyk przebrany za górnika trzymający bryłkę tutejszego skarbu - węglem kamiennym. Przed wejściem do kaplicy stali także księża z będzińskiego kościoła oraz ze świątyni św. Antoniego. 
Biskup powoli posuwał się do przodu, tłum wiwatował. Jeszcze trochę, jeszcze kawałek i znalazł się tuż przy wejściu do kaplicy.
 - Czcigodny księże biskupie - mówił ze wzruszeniem ksiądz Dutkiewicz - jakaż to radość, jakież to wyróżnienie gościć dobrodzieja na naszej zagłębiowskiej ziemi. W imieniu wiernych zamieszkujących naszą osadę pragnę złożyć księdzu podziękowania, że już za chwilę dokona ksiądz biskup aktu konsekracji tej skromnej kaplicy...
Wybrani weszli do kaplicy, reszta pozostała na zewnątrz. Rozpoczęła się uroczysta Msza święta, której głównym punktem było poświęcenie świątyni. W ciszy wysłuchaliśmy słów konsekracji, po czym biskup poświęcił ołtarz, ściany kościoła, wodę oraz wszystkich zgromadzonych na uroczystości. W powietrze wzniosła się burza oklasków. Na koniec odśpiewano uroczyste "Te Deum", którego dźwięk zdawał się nieść ponad kominami hut i szybami kopalnianymi.
Kaplica św. Aleksandra(źródło zdjęcia)
Księża wyszli z kaplicy i udali się na uroczysty obiad do znajdującego się na plebani refektarza. Ludzie powoli wracali do swoich domostw, jednak spora część z nich poszła do jednego z miejscowych szynków, na urządzoną z okazji tej uroczystości zabawy. Pomyślałam sobie, że w XXI wieku trochę byłoby to dziwne, ale przy końcu XIX... Inne czasy, inna mentalność. Spodziewający się dzisiejszego świętowania właściciele kopalń i hut pozwolili swoim pracownikom nie przychodzić jutro do pracy. Nieczęsto się to zdarza, co nadawało dzisiejszej uroczystości szczególny charakter. Górnicy i hutnicy korzystali z tego przywileju ile wlezie. Tańcom do skocznych rytmów nie było końca, tak samo jak piwie lejącemu się strumieniami na koszt przedsiębiorców. Było radośnie, beztrosko, swojsko.
Zmęczona wróciłam do swojej kwatery i nie rozbierając się nawet padłam na twardy materac. To był cudowny dzień, ja jednak miałam nadzieję, że nazajutrz obudzę się znowu w 2018 roku.

środa, 16 maja 2018

720. Dopóki jeszcze jest nadzieja...

Jakiś czas temu na blogu Ani(https://zycienitkmalowane.blogspot.com), którym zainteresowałam się całkiem niedawno, pojawił się apel dotyczący jej dobrej znajomej, Basi. Basia to ten typ nauczycielek, które są na całego oddane swojej pracy pedagogicznej. Wuefistka, wychowawca klasowy, którą uwielbiają zarówno uczniowie, jak i koledzy z pracy. Do listopada 2016 roku wiodła życie takie samo jak większość z nas. I nagle ni z stąd ni zowąd pojawiły się problemy z mową, prawa ręka zrobiła się bezwładna. Wszystko wskazywało na udar mózgu, jednak zarówno tomografia komputerowa, jak i późniejszy rezonans magnetyczny wskazują, że coś jest w głowie. Lekarze uspokajają, że to prawdopodobnie niegroźny oponiak, że zrobią operację i będzie po wszystkim.
Podczas operacji okazało się jednak, że to nie oponiak. Co to jest mają potwierdzić dopiero badania histopatologiczne. Wynik przychodzi po świętach Bożego Narodzenia - to glejak wielopostaciowy IV stopnia. Wiadomość zwaliła rodzinę z nóg. Zaczął się wyścig z czasem, który bardzo trudno jest wygrać.
W styczniu rozpoczęto chemio i radioterapię, które trwały do 8 marca. Następnie przez pół roku, co miesiąc po 5 dni, Basia przyjmuje chemię w domu. Wszystko zmierza ku dobremu, jednak rezonans magnetyczny wykonany pod koniec roku wykazuje jakieś drobne zmiany. Lekarze twierdzą, że to nic groźnego, tylko jakieś pozostałości po zeszłorocznej operacji i nie ma się czym przejmować...
Nadchodzi marzec 2018 roku, a wraz z nim pojawiają się niewielkie i sporadyczne problemy z mową, a wraz z nimi strach i niepewność jutra. Niestety rezonans potwierdza wszelkie przypuszczenia i obawy - to jest wznowa choroby.
Rozpoczęło się drogie, niekonwencjonalne leczenie, chociaż będzie prawdopodobnie konieczna ponowna operacja. Neurochirurg nie ukrywa, że może się ona nie udać. Rodzinę kolejny raz czeka ciężka walka, być może jeszcze bardziej zaciekła niż poprzednio. Ale oni nie są z tych, którzy się poddają.
W walce z tym nierównym przeciwnikiem może pomóc klinika w Niemczech. Stosuje ona terapię NanoThetm, polegającą na wstrzyknięciu do guza płynu o właściwościach magnetycznych, który następnie rozgrzewany jest za pomocą pola magnetycznego. W wyniku działania powstałego ciepła, komórki nowotworowe zostają zniszczone lub uwrażliwione na dalsze metody leczenia. Jest to inwazyjna metoda, a co za tym idzie, bardziej bezpieczna niż zwykła operacja chirurgiczna. Niestety, koszt terapii, 40 tysięcy euro, wykracza poza możliwości rodziny. Dlatego Pan Ryszard zdecydował się w tajemnicy przed żoną otworzyć zbiórkę publiczną na portalu pomagam.pl. Dodatkowo Anna ze wspomnianego przeze mnie na początku bloga zorganizowała 20 kwietnia kiermasz, z którego dochód został przekazany na leczenie Basi. Również jedna z fundacji miała przekazać brakujące fundusze, jednak w ostateczności przekazała... 1000 złotych.
Nie wiadomo, czy Basia w ogóle zakwalifikuje się do tej terapii, być może będzie trzeba szukać innego rozwiązania. Wiadomo jednak jedno - cokolwiek by to nie było, na pewno będą potrzebne na to niemałe fundusze. 
Wiem, że spora ilość czytelników mojego bloga czyta też Anię i wie o tej akcji, ale przecież nie wszyscy. Jeżeli ktoś o niej jeszcze nie słyszał, a zainteresowany by był pomocą Basi, odsyłam na stronę zbiórki -> >>klik<<. Poza tym w najbliższy piątek Basia ma mieć operację, więc szturmujmy niebo i ziemię, modlitwami, trzymaniem kciuków, zaklinaniem losu, aby się wszystko udało.
Kochani, dla Basi jest jeszcze być może szansa, dla młodej, niespełna czternastoletniej Madzi, miłośniczki zwierząt, a w szczególności koni już jej nie ma. To dzielne dziecko po kilku latach ciężkiej walki z mięsakiem odeszło wczoraj do wieczności. Już nie cierpi, nie musi przyjmować okropnych lekarstw, nic ją nie boli. Tylko tutaj na ziemskim padole pozostawiła zrozpaczonych rodziców. I konika Zivę, którego tak bardzo kochała. Madziu... dlaczego skarbie?
"Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..."

poniedziałek, 14 maja 2018

719. A może wśród tych osób znajdzie się ktoś, kto uratuje czyjeś życie

Jakiś czas temu zgłosiłam się do bazy wolontariuszy fundacji DKMS. Dawcą szpiku niestety nie mogę być, jednak jeżeli mogę w jakiś sposób pomóc w tym, czy tamtym to czemu nie.
W ostatni piątek miałam okazję być takim wolontariuszem podczas rejestracji potencjalnych dawców szpiku kostnego, która odbyła się w większości sklepów sieci Auchan. Do hipermarketu naprawdę rzadko chodzę, jednak teraz sprawa była raczej słuszna. Dzień wcześniej zadzwoniła do mnie koordynatorka całej akcji, pani M., z którą wstępnie omówiłyśmy wszystkie niezbędne szczegóły. Tym bardziej, że to była nasza pierwsza współpraca(i mam nadzieję, że nie ostatnia).
Nazajutrz wstawiłam się o określonej godzinie w hali sklepowej. Szybko znalazłam stoisko i oczywiście się odmeldowałam. W zamian dostałam plakietkę z imieniem, firmową smycz oraz zostałam wstępnie poinstruowana o procedurze rejestracji nowych dawców. Jednak żeby tak na dobre załapać o co w tym wszystkim chodzi, musiałam poobserwować tych, którzy dłużej są w nią wtajemniczeni. Nie jest to dosyć skomplikowane, dlatego już po godzinie mogłam z powodzeniem zasiąść po właściwej stronie stołu. I nawet zarejestrowałam 3 osób. Może wynik nie jest jakoś oszałamiający, ale zawsze coś. Ogólnie w ciągu 8 godzin udało nam się zarejestrować 22 osoby. Zakładając, że badania ich materiału genetycznego nie zdyskwalifikują ich jako dawców, to można będzie pomóc 22 osobom na całym świecie. Wiem, że akcja była też w sobotę, jednak strona DKMS-u podała tylko piątkowy termin. Mam nadzieję, że w sobotę wynik rejestrujących się osób był taki sam, jeżeli nie wyższy. Tym bardziej, że przed galerią handlową, w której znajduje się hipermarket, odbywał się zlot motocykli.
W akcji, jako wolontariusze, brali też udział uczniowie pobliskiej szkoły podstawowej oraz jednego z miejskich gimnazjum. Dzieciaki chodziły po sklepie i zachęcali klientów do udziału w akcji, jak także na drobne datki do puszki na rzecz fundacji. O ile z gimnazjalistów pracownicy Auchan byli zadowoleni, o tyle z dzieciaków z podstawówki już nie za bardzo...
I na koniec takie dwa pozytywne akcenty. Pracownicy sklepu, którzy brali udział w akcji musieli go pogodzić ze swoją zmianą(o ile nie wzięli sobie na ten dzień wolnego). W pewnym momencie usiadła obok mnie kobieta i zaczęła mi się przyglądać. W sumie po tylu latach natarczywy wzrok kogoś obcego przestał mi już przeszkadzać. Jednak nagle usłyszałam.
 - A ja ciebie znam. Ty chodziłaś z moją córką do klasy. XYZ, kojarzysz?
Co jak co, ale żadnej XYZ nie mogłam sobie przypomnieć. Grzecznie więc przeprosiłam kobietę, ale tym razem pamięć mnie zawiodła.
 - No przecież chodziłaś do szkoły podstawowej XYZ. Kojarzę cię ze zdjęcia klasowego. Miałaś takie piękne, długie włosy... Jak mi się one podobały...
No tak, chodziłam przez trzy lata do tamtej szkoły, niewykluczone więc, że i z córką tej kobiety do klasy. Za nic na świecie nie mogłam sobie jej skojarzyć(i w sumie, patrząc na nasze klasowe zdjęcie dalej nie mogę). Na swoje usprawiedliwienie mam jednak to, że w klasach 4 podstawowa - 3 gimnazjum w mojej nowej szkole była taka roszada uczniów(co roku była częściowa zmiana składu uczniów), że człowiek już się gubił kiedy z kim chodził do klasy, tym bardziej, że nie było zwyczaju zdjęć klasowych. Aczkolwiek miło, że ta kobieta mnie rozpoznała pomimo upływu lat.
I druga sytuacja, kiedy jedną z klientów sklepu była kobieta z naszej parafii. Przechodząc obok stoiska od razu mnie wypatrzyła.
 - O, Lolek. Ty tutaj też się udzielasz? Szczerze podziwiam.
Ech, co jak co, ale anonimowość, to mi chyba nie grozi, niestety.
A następna tego typu akcja w Auchan dopiero w grudniu, więc może znowu się na nią załapię jako wolontariusz. Tym bardziej, że dziewczyny serdecznie mnie zapraszały, więc może moja skromna pomoc na coś się przydała...