Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 30 czerwca 2023

1630. Pozytywny aspekt zgubienia się we Sławkowie

Zachciało mi się dzisiaj po pracy pozwiedzać trochę nieznanego mi świata. Plan był ambitny - pojechać na zamek w Siewierzu, który znajduje się na słynnym "Szlaku Orlich Gniazd". Od niedawna uruchomiono nawet szybką linię autobusową z Kato, która swój ostatni przystanek ma właśnie w Siewierzu. Ja jednak chciałam jechać ode mnie z miasta, aby niejako zaznajomić się z trasą łączącą te dwa miasta, a w szczególności z czasem, jaki potrzebny jest do pokonania tego odcinka, komunikacją miejską. Kiedyś, kiedy chodziłam do liceum, miałam kolegę z Siewierza. Na zajęcia dojeżdżał 1,5 godziny. Ale to było ponad 15 lat temu (o matko, ale ten czas szybko biegnie). Z drugiej strony autokarem, czyli bez żadnych postojów na przystankach, jedzie się ok. 30 minut. Przynajmniej w teorii. Fakt, na rozkładach jazdy jest podany orientalny czas przejazdu, ale on w większości przypadków nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Do DG dojechałam po godzinie 13:00. Wysiadłam w centrum miasta i spojrzałam na tablicę z odjazdami autobusów. Dosyć szybko znalazłam kurs do Siewierza, który miał być za jakieś pół godziny. Usiadłam więc na ławeczce i pogrążyłam się w lekturze "Piołunu na zapomnienie", o którym pisałam Wam w ostatnim czasie. Za każdym razem, kiedy podjeżdżał autobus, podnosiłam głowę, aby jednak zobaczyć, gdzie on jedzie. W pewnym momencie patrzę, podjeżdża autobus z napisem zaczynającym się na literę "S". Mój mózg, prawdopodobnie zmęczony ilością wiadomości, jaką w ostatnim czasie musiał przyswoić, dziecięcym gwarem oraz ogólnym upałem, przeczytał go jako... "Siewierz". Niewiele myśląc wsiadłam do pojazdu, który ruszył przed siebie. Wciągnięta w akcję czytanej książki, co jakiś czas zerkałam przez okno. Co prawda trochę mnie zdziwiło to, że autobus jedzie dzielnicami znajdującymi się dalej od obranego kierunku oraz że trasa jego wiedzie przez Sławków, no ale z drugiej strony może tak miało być?
W końcu kierowca zatrzymał się gdzieś na obrzeżach wspomnianej miejscowości i poinformował mnie, że to koniec trasy. Rzeszszsz, pomyliłam autobusy - przemknęło mi przez myśl. Cóż było robić, wysiadłam z pojazdu. Po drugiej stronie ulicy był przystanek autobusowy. Poszłam na niego zobaczyć, o której jedzie mi coś w drugą stronę. Jednak kiedy zobaczyłam, że kurs powrotny jest za ok. półtorej godziny, postanowiłam iść na nogach w kierunku rynku miejskiego, który mijałam po drodze. Szybko trafiłam na szlak rowerowy (oczywiście nie szłam jego środkiem, ale poboczem), który wedle mapy prowadził do centrum miejscowości, która jeszcze niedawno była dzielnicą mojego miasta (prawa miejskie uzyskała po raz kolejny w 1984 r.). Wstyd się przyznać, ale w Sławkowie byłam tylko raz, z powodu pogrzebu wujka (którego nota bene nawet nie znałam), dlatego po trochu czułam się jak zdobywca nowego, nieznanego sobie terenu. A okoliczności wręcz temu sprzyjały, zwłaszcza że początkowy odcinek marszu wiódł przez gęste drzewa.
Droga trochę mi się dłużyła (według tablicy informacyjnej znajdującej się na początku mojej wędrówki, trasa do centrum wynosiła 1,4 km), ale tak już mam, kiedy po raz pierwszy jestem w jakiejś okolicy. Wkrótce jednak zabudowa stawała się coraz bardziej gęsta, a moim oczom ukazał się dosyć intrygujący budynek.

Na początku myślałam, że to jakiś dawny czworak (tak sobie wyobrażałam dom, w którym tytułowy Janko Muzykant przyszedł na świat, tylko oczywiście mniej zdemolowany i zaniedbany). Ale z tabliczki znajdującej się tuż obok wyczytałam, że kiedyś (w XIX w) znajdowała się tutaj walcownia. Sam obiekt znajduje się natomiast na Szlaku Kruszcowym, wiodącym z mojej miejscowości (konkretniej to z jednej z jej dzielnic) właśnie do Sławkowa. Otworzono (a raczej poszerzono go o nowe obiekty) dosłownie na dniach*. A że liczy ok. 13 kilometrów, to można go przejść w jeden dzień. Czy ktoś już domyśla się, co planuję zrobić w te wakacje..? I czy ktoś jest chętny towarzyszyć mi w tym w sposób wirtualny?
Na razie, idąc w kierunku rynku głównego, minęłam kilka obiektów leżących na trasie tego szlaku. Jednak zanim do nich dotarłam, przeszłam jeszcze niewielki fragment drogi wśród pięknych okoliczności przyrody. Po drodze minęłam przepływającą przez miasteczko Białą Przemszę, która swoją nazwę zawdzięcza niesionemu przez siebie osadowi. Co prawda aktualnie nie jest on aż tak jasny jak kiedyś, ale nazwa w dalszym ciągu została ta sama. Zresztą przymiotnik "czarna" jest już zarezerwowany**.
Dołem mostu płynie rzeka, a górą droga zachęca do dalszego wędrowania.
Uwielbiam takie widoki i tylko żałuję, że trzeba się bardzo dużo naszukać, aby znaleźć takie, które będą człowieka w pełni satysfakcjonować...
"A cóż piękniejszego nad niebo...?" - nie ma nic bardziej pięknego.
Po pewnym czasie udało mi się dojść do ruin zamku biskupiego usytuowanych w urokliwym kompleksie parkowym. Ku mojemu zaskoczeniu bez większych problemów można było wejść na jego teren, a otwarta brama wręcz do tego zachęcała.
Z wcześniejszej mapy kojarzyłam, że powyższe ruiny znajdują się bardzo blisko sławkowskiego rynku. I rzeczywiście, im bardziej się do niego przybliżałam, tym zabudowania były bardziej okazałe. Z daleka widziałam już słynną karczmę o nazwie "Austeria". Jednak postanowiłam nieco odbić w bok i udałam się pod miejską farę pw. Mikołaja i Podwyższenia Krzyża Świętego. To w nim ponad dekadę temu odbywał się pogrzeb wujka. Tym razem jednak nie próbowałam wejść do środka, ponieważ trochę mi się spieszyło, a nie wiedziałam też dokładnie, jak jeżdżą autobusy w moim kierunku. Ale następnym razem na pewno to zrobię.
Po przejściu kolejnych kilkaset metrów (w mojej ocenie było to jakieś 150) trafiłam na sławkowską starówkę z rynkiem o wymiarach 114 x 114. Zachwycił mnie niezwykle urokliwy układ okalających go kamieniczek. Wśród nich w wyraźny sposób wyróżniała się wspomniana już przeze mnie drewniana karczma "Austeria".
Na samym rynku warto zwrócić uwagę na znajdującą się na nim dawną drewnianą studnię.
I tutaj zobaczyłam niezwykle ciekawe klomby z kwiatami, które dodawały uroku centrum miasta.
Pewnie pozwiedzałabym, a przy okazji i pokazałabym Wam jeszcze jakąś część Sławkowa, jednak akurat podjechał autobus, którym mogłam dojechać do miejscowości, w której mieszkam. Wsiadłam więc do niego i zatopiłam się w lekturze. A jeszcze na koniec zrobiłam takie oto zdjęcie przez okno pojazdu.
Chociaż zmiana moich pierwotnych planów co do docelowego miejsca podróży uległa przypadkowej zmianie, nie uważam, aby była to zmiana na gorsze. Do Sławkowa na pewno jeszcze kiedyś przyjadę, a może i przyjdę na nogach wspomnianym Szlakiem Kruszcowym? Planuję w te wakacje, jednak to nie jedyny plan krajoznawczy, jaki mam na ten czas. Do Siewierza też podjadę. Mam nadzieję, że tym razem wsiądę we właściwy autobus.
Ale jakim cudem zobaczyłam w napisie "SŁAWKÓW" (jeszcze dużymi drukowanymi literami...) "SIEWIERZ" to nie mam bladego pojęcia...

* O tym akurat wyczytałam po powrocie do domu
** Biała Przemsza ma swoją siostrę, Czarną Przemszę, z którą łączy się w Sosnowcu, tworząc jedną rzekę, po prostu Przemszę

czwartek, 29 czerwca 2023

1629. Wpływ edukacji na wychowanie młodego człowieka

Jedną z lektur obowiązkowych w tym semestrze na pedagogice była książka "Jak wychować Nazistę. Reportaż o fanatycznej edukacji" autorstwa Gregora. Piszę o niej "obowiązkowa", ponieważ jedna z tez potrzebnych do zaliczenia Historii wychowania związana była bezpośrednio z nią. Taka odskocznia od "Historii wychowania" Stanisława Kota, czy też "Historii wychowania" napisanej pod redakcją Łukasza Kurdybachy (jeden tom tej ostatniej to ok. 750 stron, a tomów jest 2 do przeczytania). I chociaż sam tytuł jest dosyć odstraszający, to książka sama w sobie jest dosyć ciekawym przedstawieniem ideologii, jaka rodziła się w faszystowskich Niemczach w latach 30. XX wieku. W szczególny sposób zostało ukazane to, w jaki sposób ideologia ta była przekazywana dzieciom już od najmłodszych lat ich życia.

Tytuł: "Jak wychować Nazistę. Reportaż o fanatycznej edukacji"
Autor: Gregor Ziemer
Wydawnictwo: Znak
Kraków 2021
Liczba stron: 232

Gregor Ziemer był nauczycielem w jednej z amerykańskich szkół działających na terenie III Rzeszy. Pewnego dnia był świadkiem tego, jak niemieccy uczniowie terroryzują uczniów żydowskiego pochodzenia uczęszczających do tejże szkoły. Postanowił sprawdzić co stoi u podstaw takich przejawów nienawiści. Postarał się więc o pozwolenie na przyjrzeniu się wychowaniu małych Niemców, ponieważ to w nim doszukiwał się podstaw takiego postępowania. I wcale się nie mylił.
Według obserwacji Ziemera proces indoktrynacji rozpoczynał się jeszcze przed pojawieniem się dziecka na świecie. Ciężarne matki, najczęściej niezamężne, albo mające problemy rodzinne, przebywały na terenie specjalnych ośrodków prowadzonych przez Rzeszę. Dostawały tam wszystko, czego potrzebowały do życia, przez co nabierały przekonania o doskonałości funkcjonowania państwa. Po urodzeniu dziecka i odchowaniu go (najczęściej w okolicach pierwszego roku), maluchy były oddawane do instytucji działającej na zasadzie żłobka. Już wtedy wpajane im było fanatyczne zamiłowanie do własnego narodu oraz nienawiść do innych, zwłaszcza do tych, które Fuhrer uważał za wrogie. Specjalne bajki i zabawy miały im w tym pomóc. Następnie dzieci rozpoczynały edukację szkolną. Chłopcy najpierw zostawały Pimpferami, następnie Jungvolkami, aż wreszcie wstępowały do Hitlerjungen. Na każdym etapie przechodzili ciężką musztrę, mającą zahartować ich pod względem fizycznym i psychicznym. Przebywali w szkołach z internatami, gdzie mieli ograniczony kontakt z bliskimi. Również treści przekazywane im podczas lekcji były specjalnie wyselekcjonowane tak, aby młodzi Niemcy czysto aryjskiej krwi byli przekonani, że są najlepsi i jedyni w swoim rodzaju. Również dziewczynki były poddawane indoktrynacji, chociaż w mniejszym stopniu niż chłopcy. Wszystko w myśl zasady, że mężczyźni są po to, aby walczyć w wojsku, a kobiety po to, aby rodzić tych mężczyzn.
Książka pokazuje jak w młodych ludziach zaszczepiony zostawał nazizm i nienawiść do innych osób i narodów. Przebywające w zamkniętym środowisku dzieci i młodzież, odseparowane od rodziny, przesiąkały tą ideologią. A wszystko po to, aby w przyszłości nie wahali się chwycić za broń, zabić, a nawet oddać życie ku chwale Rzeszy i samego Hitlera. Co ważne, musiały to być zdrowe i silne dzieci, za takie zaś uważane te, które były w stanie nauczyć się prostych, ale przydatnych czynności, takich jak np. zamiatanie ulicy. Wszystkie inne były usuwane ze społeczeństwa. Można w tym upatrywać początków machiny śmierci działającej podczas II wojny światowej. Zastanawiające jest to, ile dzieci poddanych takiemu wychowaniu wzięło w niej udział.

Książka mnie zainteresowała, jednak na szczęście pytania jakie otrzymałam na egzaminie z historii wychowania dotyczyły:

  1. Poglądów na wychowanie według Platona lub Marii Grzegorzewskiej (trzeba było wybrać jedną z tych dwóch postaci, wybrałam Marię Grzegorzewską, bo jednak pedagogika specjalna jest bliższa mojemu sercu);
  2. Przedstawieniu i scharakteryzowaniu idei siedmiu nauk wyzwolonych (gramatyki, retoryki, dialektyki - tzw. stopień niższy, czyli trivium, arytmetyki, geometrii, muzyki oraz astronomii);
  3. Omówieniu wychowania dla pracy na przestrzeni wieków (powołałam się tutaj na poglądy Arystotelesa, uważającego że praca przeszkadza w rozwijaniu się filozofii, następnie na benedyktyńską zasadę "ora et labora", przedstawiłam poglądy Jana Kelwina na ten temat oraz właśnie Marii Grzegorzewskiej).
Pytania mi "siadły". Bo muszę Wam przyznać, że niektóre zagadnienia były takie, że kompletnie nie wiedziałam jak je ująć. Najlepsze było zdziwienie profesora, że podchodzę do zaliczenia pomimo maksymalnej oceny za projekt, czyli 3,5. Podobno prawie wszyscy sobie odpuścili i do egzaminu podchodzili tylko ci, którzy albo nie zdali projektu (trzeba przyznać, że był niełatwy, a przede wszystkim wymagał systematyczności), albo do niego wcale nie podeszli (nie był obowiązkowy). No, niby 3,5 to już zaliczenie, ale skoro można było podnieść ocenę, to czemu z tego nie skorzystać? Nawet kosztem poświęcenia kilku wieczorów na powtórzenie i utrwalenie wiadomości.

środa, 28 czerwca 2023

1628. Prawo wyboru

Zawsze staram się szanować i zrozumieć wybory, jakie podejmują inni ludzie. Ktoś może iść na studia matematyczne, a ktoś inny na medycynę, ktoś może być "wszystkożerny", a ktoś inny wegetarianinem, ktoś może uwielbiać wakacje nad morzem, opalając się leżąc plackiem na plaży, a ktoś inny w górach, zdobywając kolejny szczyt, ktoś słucha rapu, a inny disco - polo. Mamy wybór, z którego możemy korzystać jak chcemy i kiedy chcemy i ja to w pełni uznaję. Może dlatego wśród znajomych mam prawicowców i lewicowców, wierzących i ateistów, fanów różnych gatunków muzyki i filmu, wegan i mięsożerców, pełno i niepełnosprawnych, osoby podejmujące spontaniczne decyzje i takich, którzy racjonalnie myślą.
Jedyny wyjątek od tego stanowią sytuacje, które szkodzą zdrowiu i życiu swoim bądź innych osób. Nigdy nie będę aprobować czy też rozumieć wielu zachowań ryzykownych, takich jak upijanie się do nieprzytomności, narkomania, nikotynizm, odurzanie się, prostytuowanie, działalność w gangach i grupach przestępczych a nawet w większości przypadków kradzież. Zwłaszcza, jeżeli dotyczą one osób nieletnich, z którymi na co dzień mam do czynienia. W minionym roku szkolnych mieliśmy kilkoro podopiecznych, którzy przyszli do świetlicy pod wpływem alkoholu lub narkotyków, mieli konflikt z prawem, jeden miał nawet zasądzonego kuratora. Co prawda to nie były osoby z mojej grupy, ale wiadomo, że każda taka sytuacja jeszcze bardziej wyczulała każdego z nas na zachowania naszych dzieciaków. W przyszłym roku prawdopodobnie dostanę grupę wyżej (czyli jedenasto i dwunastolatki) i już się boję, bo to ten wiek, w którym bez odpowiedniego zaopiekowania zdarzają się "głupie" pomysły.
Kilkakrotnie spotkałam się na fb z dziwnymi komentarzami, w których komentator podważał decyzje drugiej osoby. A to nie podobało mu się, że ktoś chce iść na Warsztaty Terapii Zajęciowej, aby tylko nie siedzieć w domu, a to miał zastrzeżenia do tego, że ktoś pisze o tym, że chciałby w przyszłości założyć rodzinę, a to, że ktoś wyjeżdża na turnus rehabilitacyjny... W pierwszym przypadku padło stwierdzenie, że komentator nigdy by się nie uniżył ze swoim intelektem do zamknięcia się w jakimś zakładzie, w drugim, że on jest samotny i jest mu z tym dobrze, a w trzecim, że on woli inne formy aktywności. Ok., ma prawo do swoich wyborów i do tego, aby one były takie, a nie inne. Ale ta druga strona też ma takie samo prawo do podejmowanych przez siebie wyborów i decyzji, nawet tak odmiennych, niż nasze. Nie musimy ich akceptować, ale mam wrażenie, że niektórzy w ogóle nie mogą zrozumieć tego, że ktoś ma zupełnie inny pomysł na życie, niż on. A szkoda, bo właśnie ta różnorodność sprawia, że każdy z nas jest niepowtarzalny, a przez to na swój sposób - ciekawy. I takie jest też nasze życie: niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju.
Dlatego wolę wspierać czyjeś wybory (z wyjątkiem wspomnianych przeze mnie okoliczności), niż je krytykować tylko dlatego, że nie wpisują się w mój "życiowy standard". Bo może wpisują się one w standard tej drugiej osoby.

wtorek, 27 czerwca 2023

1627. Wieczorne spacery moimi ścieżkami

Tak jak pisałam kilka wpisów temu - ostatnio polubiłam wieczorne spacery po najbliższej okolicy, które niezwykle mnie odprężają. Dlatego, o ile tylko nie pada, wracam dłuższą drogą prowadzącą obok lokalnej szkoły do domu, chciwie delektując się pięknem otaczającej mnie przyrody. Jestem akurat tą szczęściarą, która ma tuż przy osiedlu park, po którym można do woli spacerować. Doceniam to i wykorzystuję, inni albo muszą się zadowalać niewielkimi skarpami zieleni na osiedlach, albo właśnie wybrać na dłuższy spacer, aby chociażby dojść do owego parku, noszącego dumnie imię Józefa Hallera, który jest jednym z dwóch na terenie mojego miasta.
Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić moją definicją "piękna najbliższej okolicy". Wiem, że jest to pojęcie względne i subiektywne, ja jednak naprawdę kocham po niej spacerować i na nowo odkrywać każdą tajemnicę skrywaną w płatkach kwiatów, szumie liści, drzewach, krzewach, odgłosach przyrody. Zapraszam więc każdego z Was na spacer moimi ścieżkami.
O "moim" przydomowym ogródku już Wam kiedyś pisałam. W tym roku trochę go zaniedbałam, bo a to pisanie pracy dyplomowej, a to malowanie bloku (na zdjęciu można nawet dostrzec fragment rusztowania po drugiej jego stronie). Szału nie ma, a za rok trzeba zastanowić się nad poprawieniem ogólnego wizerunku.
A tu już ogródek uprawiany przez mieszkańców wieżowca znajdującego się naprzeciwko mojego bloku.
Jednak nasze osiedle to również liczne krzewy rosnące na zielonych skwerkach przy blokach i wieżowcach.
Kolejny z miniogródków, które dane jest mi podziwiać.
A tutaj widzicie wieżę bazyliki, o której wielokrotnie Wam pisałam, skąpaną w blasku zachodzącego słońca. Uwielbiam takie widoki :).
Jak widać, iglaki też upodobały sobie moje osiedle i chyba dobrze się na nim czują...
A ten ogródek szczególnie lubię za jego niezwykły urok i piękno.
Nie umiem nazwać tych wszystkich kwiatów, ale jedno jest pewne - podobają mi się :).
Wbrew pozorom ta ścieżka prowadzi na kolejne osiedle. Prawda, ale w pewnym momencie można z niej wejść na ścieżkę prowadzącą do parku miejskiego.
Hm... Kto powiedział, że owoce rosną tylko na wsiach i na działkach? U nas rosną też przy alejkach. Ciekawe, czy jadalne i jak smakują...
Czasami warto podnieść wyżej głowę, aby zobaczyć, jak piękne potrafi być niebo...
Pomimo tego, że mieszkam w okolicy, w której "rządzą" bloki i wieżowce, znalazło się na jej terenie kilka jednorodzinnych domów prywatnych. Praktycznie każdy z nich ma niewielki ogródek. Niestety, niektóre są bardzo zaniedbane. Ale można i zobaczyć takie, po których widać, że właściciele o nie się troszczą. Nie mogłam się oprzeć i nie utrwalić tego, na terenie którego zauważyłam krzew różany...
I znowu warto było popatrzeć na niebo, aby zachwycić się spektaklem, specjalnie przygotowanym na ten konkretny wieczór.
Malwy królują nawet w dzikich i zaniedbanych ogródkach.
Liście dają cień nawet w najbardziej upalne dni...
Wbrew pozorom nawet na miejskich terenach, w środku ogromnego osiedla, można znaleźć nieśmiało wyrastające z ziemi kłosy zbóż...
A tutaj już wkraczamy na teren parku z różnorakimi drzewami rosnącymi wśród alejek. Niektórych nazw nawet nie znam. W podstawówce było to idealne miejsce do zbierania liści potrzebnych do wykonania zielnika na przyrodę. W połączeniu z tymi, które przywiozłam ze wsi tworzyły naprawdę bogatą bazę naukową. Ciekawe, co się stało z tym moim zielnikiem? Jak widać na zdjęciach, nie tylko ja wpadłam pomysł wieczornego spaceru.
Po drodze mijam osiedlową szkołę podstawową, do której uczęszczałam w klasach 1-3. Niby to niewiele, ale wystarczyło do zawarcia znajomości, które trwają po dzień dzisiejszy. Za moich czasów przed budynkiem była popękana nawierzchnia asfaltowa (oj, ile razy rozwaliłam na niej kolana), teraz jest na niej ogólnodostępny Orlik. Sama nieraz korzystałam z znajdującej się na nim skoczni w dal, przygotowując się do zawodów sportowych.
Słońce powoli chyli się ku zachodowi (wiem, że nie widać tego na zdjęciu, musicie mi uwierzyć na słowo), zegarek pokazuje, że dochodzi 21, czas więc wracać do domu. Ta ścieżka, wśród drzew i krzewów, z pewnością mnie doprowadzi pod właściwy blok.
Po takich spacerach od razu lepiej się myśli i czyta. Jak można się domyśleć, na przełomie maja i czerwca moimi głównymi lekturami były podręczniki akademickie i notatki, których treści stopniowo musiałam sobie przyswoić, aby zaliczyć tą niełatwą sesję. Teraz, po każdym kolejnym kolokwium i egzaminie, o którym wiem, że zdałam, luźne kartki są wkładane do koszulek, a potem do odpowiedniego segregatora (a następnie tradycyjnie je zbinduję i trafią do "archiwum"), opasłe tomiska zaś zostają zwrócone bibliotekom. Trzeba być tylko ostrożnym i uważać, aby zwrócić odpowiednią książkę do właściwej biblioteki. Ja zaś mogę przed snem oddać się dużo przyjemniejszej lekturze.
Aktualnie czytam powieść "Piołun na zapomnienie" będącą pierwszym tomem cyklu o tej samej nazwie. Akcja powieści toczy się w Warszawie na przełomie XIX i XX wieku. Lea, młoda kobieta wychodzi za mąż za aptekarza, którego nawet nie zna. Wie o nim tylko tyle, że miał żonę, która zmarła. Z plotek sąsiadek dowiaduje się, że to nie była naturalna śmierć. Lea postanawia odkryć co tak naprawdę się wydarzyło. Nie przestaje nawet wtedy, gdy Józef umiera na zawał serca i na pozór zabiera całą tajemnicę do grobu. Książka w ciekawy sposób przedstawia nie tylko codzienne życie w ówczesnych czasach w Warszawie, ale i stopniową emancypację kobiet, które z podporządkowanych mężom gospodyń domowych stawały się coraz bardziej niezależnymi paniami. Widać to po Leokadii, która jeździ bez męża na wakacje, odbywa praktykę aptekarską, w końcu sama mieszka i utrzymuje się.
Trzymajcie się ciepło i korzystajcie z uroków lata!