Zachciało mi się dzisiaj po pracy pozwiedzać trochę nieznanego mi świata. Plan był ambitny - pojechać na zamek w Siewierzu, który znajduje się na słynnym "Szlaku Orlich Gniazd". Od niedawna uruchomiono nawet szybką linię autobusową z Kato, która swój ostatni przystanek ma właśnie w Siewierzu. Ja jednak chciałam jechać ode mnie z miasta, aby niejako zaznajomić się z trasą łączącą te dwa miasta, a w szczególności z czasem, jaki potrzebny jest do pokonania tego odcinka, komunikacją miejską. Kiedyś, kiedy chodziłam do liceum, miałam kolegę z Siewierza. Na zajęcia dojeżdżał 1,5 godziny. Ale to było ponad 15 lat temu (o matko, ale ten czas szybko biegnie). Z drugiej strony autokarem, czyli bez żadnych postojów na przystankach, jedzie się ok. 30 minut. Przynajmniej w teorii. Fakt, na rozkładach jazdy jest podany orientalny czas przejazdu, ale on w większości przypadków nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Do DG dojechałam po godzinie 13:00. Wysiadłam w centrum miasta i spojrzałam na tablicę z odjazdami autobusów. Dosyć szybko znalazłam kurs do Siewierza, który miał być za jakieś pół godziny. Usiadłam więc na ławeczce i pogrążyłam się w lekturze "Piołunu na zapomnienie", o którym pisałam Wam w ostatnim czasie. Za każdym razem, kiedy podjeżdżał autobus, podnosiłam głowę, aby jednak zobaczyć, gdzie on jedzie. W pewnym momencie patrzę, podjeżdża autobus z napisem zaczynającym się na literę "S". Mój mózg, prawdopodobnie zmęczony ilością wiadomości, jaką w ostatnim czasie musiał przyswoić, dziecięcym gwarem oraz ogólnym upałem, przeczytał go jako... "Siewierz". Niewiele myśląc wsiadłam do pojazdu, który ruszył przed siebie. Wciągnięta w akcję czytanej książki, co jakiś czas zerkałam przez okno. Co prawda trochę mnie zdziwiło to, że autobus jedzie dzielnicami znajdującymi się dalej od obranego kierunku oraz że trasa jego wiedzie przez Sławków, no ale z drugiej strony może tak miało być?
W końcu kierowca zatrzymał się gdzieś na obrzeżach wspomnianej miejscowości i poinformował mnie, że to koniec trasy. Rzeszszsz, pomyliłam autobusy - przemknęło mi przez myśl. Cóż było robić, wysiadłam z pojazdu. Po drugiej stronie ulicy był przystanek autobusowy. Poszłam na niego zobaczyć, o której jedzie mi coś w drugą stronę. Jednak kiedy zobaczyłam, że kurs powrotny jest za ok. półtorej godziny, postanowiłam iść na nogach w kierunku rynku miejskiego, który mijałam po drodze. Szybko trafiłam na szlak rowerowy (oczywiście nie szłam jego środkiem, ale poboczem), który wedle mapy prowadził do centrum miejscowości, która jeszcze niedawno była dzielnicą mojego miasta (prawa miejskie uzyskała po raz kolejny w 1984 r.). Wstyd się przyznać, ale w Sławkowie byłam tylko raz, z powodu pogrzebu wujka (którego nota bene nawet nie znałam), dlatego po trochu czułam się jak zdobywca nowego, nieznanego sobie terenu. A okoliczności wręcz temu sprzyjały, zwłaszcza że początkowy odcinek marszu wiódł przez gęste drzewa.
Droga trochę mi się dłużyła (według tablicy informacyjnej znajdującej się na początku mojej wędrówki, trasa do centrum wynosiła 1,4 km), ale tak już mam, kiedy po raz pierwszy jestem w jakiejś okolicy. Wkrótce jednak zabudowa stawała się coraz bardziej gęsta, a moim oczom ukazał się dosyć intrygujący budynek.
Na razie, idąc w kierunku rynku głównego, minęłam kilka obiektów leżących na trasie tego szlaku. Jednak zanim do nich dotarłam, przeszłam jeszcze niewielki fragment drogi wśród pięknych okoliczności przyrody. Po drodze minęłam przepływającą przez miasteczko Białą Przemszę, która swoją nazwę zawdzięcza niesionemu przez siebie osadowi. Co prawda aktualnie nie jest on aż tak jasny jak kiedyś, ale nazwa w dalszym ciągu została ta sama. Zresztą przymiotnik "czarna" jest już zarezerwowany**.
Dołem mostu płynie rzeka, a górą droga zachęca do dalszego wędrowania.
Uwielbiam takie widoki i tylko żałuję, że trzeba się bardzo dużo naszukać, aby znaleźć takie, które będą człowieka w pełni satysfakcjonować...
"A cóż piękniejszego nad niebo...?" - nie ma nic bardziej pięknego.
Po pewnym czasie udało mi się dojść do ruin zamku biskupiego usytuowanych w urokliwym kompleksie parkowym. Ku mojemu zaskoczeniu bez większych problemów można było wejść na jego teren, a otwarta brama wręcz do tego zachęcała.
