Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 29 listopada 2024

2073. Warsztaty tworzenia kartek świątecznych

To była bardzo spontaniczna decyzja, aby po skończonych zajęciach obowiązkowych jechać nie do domu, ale do S-ca. Większość młodzieży pojechała na Oratoriadę, a ksiądz Jacek potrzebował pomocy przy tworzeniu kartek świątecznych dla hospicjum przez dzieci. Postanowiłam, że pojadę. 
Choć tak na prawdę istniało ryzyko, że się nie wyrobię w czasie. Niby 60 minut to dużo, ale nie w sytuacji, kiedy w mieście, zwłaszcza wojewódzkim, prowadzone są remonty głównych dróg. Ja już pominę to, że drogi remontują od wiosny. Może do końca roku zdążę. Ratowało mnie jednak to, że salezjanie znajdują się tuż przy granicy S-ca z K-mi. Wystarczyło tylko przebrnąć przez korek, potem poszło już gładko i w miarę szybko.
A efekt końcowy warsztatów był naprawdę niezły. Zresztą sami zobaczcie sami.
Może z niewielką pomocą, ale powstały w miarę ładne i zgrabne kartki. W każdym razie - mnie się podobają. Tak na marginesie, to wykonały je dzieci w wieku 9-13 lat. I na pewno włożyły w to dużo serca. Mam też nadzieję, że spodobają się obdarowanym. Tylko trzeba wymyśleć jakieś ciekawe życzenia. Ale to nie problem. Chociaż wiadomo, że najprostsze z pozoru rozwiązania bywają zarazem najtrudniejsze.

środa, 27 listopada 2024

2072. Echa imienin

 - Lolek, coś ty tak wczoraj szybko uciekła z Kręgu Biblijnego. Ja tu chciałem dowiedzieć się jak po imieninach, wołałem cię, a tyś mi nawiała.
Mniej więcej tak powitał mnie dzisiaj Ksiądz Niosący Światło przed wieczorną Mszą Świętą. No tak, coś tam mówił, kiedy wychodziłam, ale rozmawiał wtedy z innymi, którzy zostali po spotkaniu, więc równie dobrze mógł do nich się zwrócić. Poza tym mi się trochę spieszyło do domu. A tak w ogóle to po całym dniu na nogach mogę być trochę przymulona i nie ogarniać, że ktoś coś do mnie mówi. Ale tego ostatniego mu nie powiedziałam. Istniała jeszcze jedna możliwość - mógł mnie opierniczyć za wyrywanie się do odpowiedzi na temat Świątyni Jerozolimskiej, tylko chciał to zrobić dyskretnie i bez świadków. No, w końcu kiedyś musiał stracić do mnie cierpliwość, a moja wyobraźnia podsuwała mi różne scenariusze.
Jak tak sobie pomyślałam, to w zeszłym tygodniu jakoś nie mogliśmy się zgrać. W poniedziałek pojechałam na Drogę Krzyżową do Wał-Rudy. We wtorek zostałam na próbie duszpasterskiej scholi. W środę zastępowałam go na spotkaniu z kandydatami do sakramentu bierzmowania, bo był nie w formie i tylko proboszcz dał mi klucze do salki katechetycznej. W czwartek zostałam w Kato na "Piekarniku". W piątek nie wyrobiłam się z pracy. W sobotę byłam najpierw na wycieczce na Magurkę, a potem na nieszporach inaugurujących 100-lecie istnienia archidiecezji katowickiej. W niedzielę świętowaliśmy jako duszpasterskie LSO. Niestety, nie dałam rady upchać jeszcze wieczornej Mszy w jego parafii do grafiku. 
Podobno w miniony poniedziałek wysłał mi nawet życzenia imieninowe SMSem. Co prawda owa wiadomość tekstowa do dzisiaj do mnie nie dotarła, ale i tak zrobiło mi się miło. Może nie tyle, że pamiętał, bo wspomnienie błogosławionej Karoliny Kózki jest w naszym kraju obowiązkowe, więc na pewno kilka razy wspomniano o niej na Mszy, ale że po prostu mu się chciało wysłać mi te życzenia. Ten SMS trochę mnie zastanawia, gdzie się "podział". Jest jeszcze taka ewentualność, że wysłał go komuś innemu. Ale intencje miał dobre i to się powinno liczyć. Na razie nie zdążyłam mu powiedzieć gdzie byłam w poprzedni poniedziałek i co robiłam, bo nie chciałam go zbyt przetrzymywać (akurat szedł spowiadać i trochę zboczył z toru). Może za tydzień na kolejnym Kręgu Biblijnym mu o tym opowiem? A swoją drogą, to chyba mnie lubi... Bo czy w przeciwnym razie zawracałby sobie głowę moimi imieninami? Nie wydaje mi się.
Tradycyjnie niespodziankę zrobiła mi Basia W z bloga 5 pór roku przesyłając paczkę imieninową. Chociaż wiedziałam, że coś dostanę (zdradziła mi to podczas mojej zeszłotygodniowej wizycie w Wał-Rudzie), to i tak z niecierpliwością udałam się na pocztę po przesyłkę. Wzruszyła mnie jej zawartość (ale pozwólcie, że zdjęcie zrobię w bardziej sprzyjających warunkach świetlnych), chociaż poczta niestety się nie popisała i gdzieś po drodze nieco potłukła świąteczny kubek. Ale to nic, spróbujemy go z tatą skleić. Może nie będzie jak nowy, ale będzie cieszył oczy i serce.

poniedziałek, 25 listopada 2024

2071. Wokół Świątyni Jerozolimskiej

Na dzisiejszym Kręgu Biblijnym wyszłam na jakiegoś nadzwyczajnego znawcę judaizmu. Trochę przez przypadek. Raz Ksiądz Niosący Światło czegoś nie wiedział na temat Świątyni Jerozolimskiej. W ostatnim czasie z ciekawości coś sobie przeczytałam na ten temat, zupełnie niezależnie od tematyki spotkania, której nie znałam, i wiedziałam o co chodzi. Tak więc nieśmiało wyręczyłam go w tym, co chciał powiedzieć. Okazało się, że księdzu otworzyła się jedna z tajemnych klapek w głowie i stwierdził, że w zasadzie mam rację. A potem już do końca spotkania pytał mnie z rzeczy, których nie wiedział, czy też nie kojarzył. 
Oczywiście nie wszystko wiedziałam, mam też spore braki w posiadanych wiadomościach i informacjach, ale myślę, że mimo to dosyć sporo mu powiedziałam. A właściwie to im, bo na Kręgu była spora grupa parafian. Z drugiej strony, dzieje Izraela niesamowicie mnie interesują już od bardzo długiego czasu. Pewnie po krótce związane jest to z moimi archeologicznymi zainteresowaniami, lekturą Pisma Świętego, ogólną ciekawością świata. Większość informacji zdobyłam sama, czytając artykuły w internecie, tematyczne książki oraz oglądając filmy na ten temat. Wiele wiadomości zapamiętałam też z wyjazdu studyjnego do Ziemi Świętej. I tylko cieszy mnie niezmiernie to, że nie muszę tej wiedzy trzymać tylko dla siebie, że mogę się nią podzielić z innymi. Wszak nikt nie zapala lampy, by ją potem schować pod korcem (Łk 11, 33). A dla mnie taką lampą jest właśnie wiedza Pytania, na które nie znałam odpowiedzi nie zraziły mnie, a tylko zmotywowały, aby poszukać na ten temat informacji w różnych dostępnych źródłach.
Sama Świątynia Jerozolimska jest dla mnie symbolem wielowiekowej historii Narodu Wybranego. Widzę w niej też pewną analogię do katolickich kościołów - w Świątyni było Miejsce Najświętsze w którym znajdowała się Arka Przymierza. U nas będzie to tabernakulum, w którym przechowuje się Ciało Jezusa pod postacią Chleba Eucharystycznego.
Jako podsumowanie spotkania Ksiądz Niosący Światło wyświetlił nam krótki film przedstawiający wygląd Świątyni Jerozolimskiej. Widziałam już kilka takich symulacji i za każdym razem jestem nimi zachwycona. A jednocześnie mogę skonfrontować moje wyobrażenia z wizjami np. zawodowych historyków. Ciekawostką jest, że istnieją plany odbudowy Świątyni, jednak z racji tego, że na jej terenie znajduje się meczet (nie mówiąc o działaniach zbrojnych), są one mało realne do zrealizowania. Pomarzyć i powyobrażać sobie jednak zawsze można.
 - Lolku, to może wiesz, gdzie jest ukryta Arka Przymierza? (dla przypomnienia Arka Przymierza zaginęła podczas niewoli babilońskiej).
 - Księże, to chyba tylko Indiana Jones wie - nawiązałam do znanego filmu. 

niedziela, 24 listopada 2024

2070. Magurka skąpana w śniegowej szacie

 - Księże, miał ksiądz zamówić ładną pogodę - nie żadnym "Szczęść Boże", czy też "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", ale właśnie tym zdaniem powitałam księdza Krisa we wczorajszy poranek w pociągu mającym nas zawieść do Wilkowic. Tą niewielką miejscowość położoną tuż za Bielskiem - Białą obraliśmy sobie jako początek trasy mającej zaprowadzić nas na Magurkę (909 m. n. p. m.). Ksiądz spojrzał na mnie z nieokreślonym wyrazem twarzy.
 - Ty się ciesz, że nie ma zamieci - odparł zaspanym głosem.
Fakt, kiedy w piątek spadł pierwszy w tym sezonie śnieg, byłam trochę przestraszona perspektywą sobotniego wyjazdu w góry. Nie do końca wiedziałam czego mogę się spodziewać z zakresu warunków atmosferycznych, ani czy w ogóle podołam tempu narzuconemu przez grupę zaprawionych w bajach górołazów. Tym bardziej, że po drodze księdzu wymknęło się, że właściwie mamy bardzo ograniczony czas, aby wejść na szczyt i z niego zejść, maksymalnie 4,5 godzinny, tak więc prawdopodobnie pokonamy tą trasę biegiem. Nawet tego nie skomentowałam, tylko na nowo zatopiłam się w zabraną w podróż książkę - "Bibliotekarce z Paryża" Janet Skeslien Charles. Z drugiej strony czułam ekscytacje tym wyjazdem, tym bardziej, że w dwóch poprzednich nie mogłam wziąć udziału. I chyba ta radość zdecydowała, że nie wycofałam się w ostatniej chwili z wyjazdu.
Po opuszczeniu pociągu nasze kroki skierowały się na czerwony szlak, mający nas doprowadzić do celu. Po przejściu pierwszych kilkuset metrów chodnikiem zatrzymaliśmy się pod miejscowym kościołem. Tam przedstawiliśmy się sobie (jednak nie wszyscy się znali). Następnie zostaliśmy podzieleni na dwójki, w których mieliśmy przemierzać kolejny odcinek drogi. Była więc okazja na to, aby bliżej poznać tą drugą osobę. A po drodze mieliśmy takie oto widoki:
Niczym w zimowej baśni. 
Po przejściu kolejnych kilkuset metrów zatrzymaliśmy się na odmówienie pierwszej dziesiątki różańca, chwilę wytchnienia oraz zmianę partnerów naszych rozmów. Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę. Ku mojemu zaskoczeniu tempo i trasa były w miarę spokojne, choć nie ukrywam, że kilkakrotnie miałam momenty, kiedy mogłabym upaść. Doszło do tego raz, co uważam za osobisty sukces.
Po przejściu kolejnego odcinka, zmówiliśmy drugą dziesiątkę różańca i znowu zmieniliśmy naszych rozmówców. Ten odcinek drogi wiódł już bardziej przez lokalne drogi niż leśne ścieżki. A ponieważ droga była już wyjeżdżona, to automatycznie było trudniej utrzymać równowagę. Ale przynajmniej było śmiesznie/
Pojawiające się już powoli zmęczenie (jednak szliśmy dosyć raźnym krokiem) rekompensowały nam śliczne widoki oraz świadomość, że do schroniska jest z każdym krokiem coraz bliżej. Zauważyłam też, że im bliżej szczytu, tym bardziej przyczepna była nawierzchnia, po której kroczyliśmy. Ale może dlatego, że śnieg, który ją pokrywał, nie był jeszcze tak bardzo udeptany.
Po niecałych dwóch godzinach cała nasza grupa dotarła do obranego sobie celu. Wraz z koleżanką dochodziłyśmy, jako ostatnie, na miejsce, kiedy cała grupa ustawiała się do zdjęcia. Ciekawe, czy poczekaliby na nas, czy też sfotografowaliby się sami. 
Na szczycie odmówiliśmy też czwartą dziesiątkę różańca (a po drodze zatrzymaliśmy się oczywiście też na trzeciej). Po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia na tle ośnieżonych po raz pierwszy po sezonie letnim gór, udaliśmy się do tamtejszego schroniska, gdzie każdy otrzymał gorącą kawę/herbatę (wedle deklaracji). Znalazło się nawet miejsce, gdzie mogliśmy usiąść wszyscy razem, jako grupa. Zaplanowane 30 minut postoju upłynęło nam na rozmowach i żartach, z kubkiem z parującym napojem w jednej ręce i kanapkami w drugiej.
Po rozgrzaniu się gorącymi napojami, posileniu oraz nabraniu sił, wyruszyliśmy w drogę powrotną, która tym razem prowadziła czarnym szlakiem. Wydaje mi się, że była ona ciut trudniejsza, chociażby ze względu na spadek terenu i to, że łatwo było stracić w takich warunkach równowagę. Cała grupa ruszyła pełną parą. Ze mną jednak został Artur, Ala i Ewelina, którzy wiedząc, że nie pójdę tak szybko jak inni, postanowili mi towarzyszyć. Artur dodatkowo stał się moją opoką w momentach, kiedy zaczęłam tracić grunt pod nogami.
Udało nam się jednak dogonić grupę w momencie, kiedy zatrzymała się na sprawdzenie, czy na pewno wszyscy są, a przy okazji czy ja żyję, więc, przynajmniej na początku, tempo naszej czwórki, nie było tak bardzo żółwie. Dopiero potem wszyscy uciekli nam tak bardzo, że nie sposób ich było dogonić.
Zauważyłam, że im niższy pułap, tym bardziej oblodzona ścieżka, a tym samym trudniej się szło. Dlatego jedną wywrotkę uważam za niemały sukces. Okazji było oczywiście więcej, ale albo sama łapałam równowagę, albo łapał mnie Artur. Po wyjściu z lasu wcale nie było lepiej. A nawet ciut gorzej, bo drzewa nie osłaniały naszej czwórki od wiatru. Szło się jednak z myślą, że jest się już bliżej dworca PKP niż dalej.
Ostatni kilometr trasy to był sprint. Zależało nam (chociaż chyba najbardziej księdzu Krisowi) na tym, aby zdążyć na pociąg, który o 14:10 odjeżdżał do Katowic. O 16:30 bowiem w archikatedrze Chrystusa Króla miały miejsce uroczyste nieszpory, otwierające jubileusz stulecia istnienia archidiecezji katowickiej. Na szczęście los nam sprzyjał, pomimo oblodzonych i ośnieżonych chodników, i na stację PKP dotarliśmy ok. 15 minut przed czasem. Mieliśmy więc idealny zapas po to, aby odmówić ostatnią dziesiątkę różańca. Następnie pożegnaliśmy tych, którzy przyjechali samochodami (wiecie jak miło było usłyszeć zwyczajne "do następnego razu") po czym wsiedliśmy do naszego pociągu i pojechaliśmy w stronę stolicy Górnego Śląska.
Wielu uczestników wyprawy wysiadło po drodze, np. w Pszczynie i w Tychach. Najwięcej jednak pojechało do końca. A ponieważ od przyjazdu do nieszporów było jeszcze trochę czasu, ci którzy zdecydowali się w nich uczestniczyć udali się do ośrodka Duszpasterskiego, gdzie mogli się przez ten czas ogrzać.
Wypełniona archikatedra zrobiła na mnie duże wrażenie. Wraz z pozostałymi uczestnikami wyprawy i wychowankami DA stanęliśmy na jej tyle. Dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć imponującą procesję zmierzającą przez środek świątyni. Wśród dostojnych monarchów szli też biskupi z mojej diecezji i nawet powiedziałabym, że biskup Artur Ważny, dostrzegłszy mnie w tłumie (akurat stałam na przodzie szeregu) skinął głową. A może mi się to tylko wydawało? Bo przecież to niemożliwe, aby mnie kojarzył po 2, 3 przelotnych spotkaniach...
Nieszporom przewodniczył nuncjusz apostolski, abp Antonio Filipazzi. Było to moje drugie spotkanie z tym człowiekiem w tym tygodniu - w poniedziałek był bowiem obecny podczas Drogi Krzyżowej w Wał-Rudzie w 110 rocznicę męczeńskiej śmierci błogosławionej Karoliny Kózkównej.
Całe nieszpory odbywały się w języku łacińskim i w większości były wykonywane przez archikatedralny chór, co nadawało im podniosłości. Dla wiernych wydrukowano jednak broszurki, w których było tłumaczenie na język polski. Muszę tutaj przyznać, że wysiłek włożony w dojście na Magurkę dał mi się we znaki i miałam chociażby problem z wstaniem po adoracji z kolan. Na szczęście inni w miarę potrzeby służyli mi pomocną dłonią.
Nieszpory co prawda nieco się przedłużyły, ale udało nam się zrobić pamiątkowe zdjęcie obecnym na nich członkom Duszpasterstwa.
Na pożegnanie usłyszałam od księdza, że "jestem wielka". Ja się zawsze w takich przypadkach śmieję, że mam tylko 154 cm wzrostu (zresztą tą dysproporcję widać nawet na zdjęciach). A tak na serio, to miło, że mnie docenił. Chociaż nie myślę, że dokonałam jakiegoś dużego wyczynu - po prostu tak jak inni weszłam na szczyt. Mam jednak nadzieję, że to nie ostatnia zdobyta przeze mnie góra w tym towarzystwie.

piątek, 22 listopada 2024

2069. Gra w kółka i krzyżyki

Mniej więcej tak wyglądają ćwiczenia z pedagogiki kultury. Myślałam, że po ponownym przerobieniu "Podstaw pedagogiki" Hessena nic nie jest w stanie mnie zdziwić czy też zaskoczyć (o moja święta naiwności!). Tymczasem już na pierwszych zajęciach, na które udało mi się dotrzeć, przekonałam się, że pomysłowość wykładowców nie ma chyba granic - po co stawiać aktywnym studentom plusiki, zwane też krzyżykami, skoro dużo oryginalniej jest dać "kółeczko" (chociaż z mojej perspektywy był to okrąg). Wpadlibyście na to? Bo ja chyba nie.
Tak więc Moi Drodzy (ech, chyba udzielił mi się ten zwrot od Księdza Niosącego Światło, bo w tak sympatyczny sposób zwraca się do wiernych na każdej Mszy, której jest głównym koncelebransem), są zajęcia, na których otrzymuje się plusy za aktywność i takie, z których można wyjść z kółkiem / kręgiem (jak kto woli). Co prawda nie za bardzo rozumiem system ich przyznawania, bo niektórzy mówili dużo i nie otrzymali nic, a inni, np. ja, mówili niewiele, a mimo to zostali obdarowani kółkiem. Ciekawa jestem, czy w ostatecznym rozrachunku będzie ono brane pod uwagę. Oby...

środa, 20 listopada 2024

2068. Być tym jednym z 5000 ludzi

Dziedzictwo
Mała wioska za Tarnowem,
pola obsiane złotym zbożem,
bądź ziemniakami otulonymi ziemią.
Zapach kwiatów w obejściach,
psy szczekające, łaszące się koty.
Śpiewy godzinek pobożnego ludu,
ciągnące się hen w dal.
Dom na uboczu, a za nim las.
Grusza, pod którą dzieci 
słuchały Prawdy o dobrym Bogu
i świecie, który stworzył -
To cały świat nastoletniej Karoliny.
Tak pięknie i przykładnie żyła.
Iskra Bożej Miłości,
zgaszona w szesnastym roku życia,
kilkoma machnięciami szabli.
Nikt nie słyszał, nie widział,
rosyjski żołnierz odszedł niewzruszony,
pozostawiając kwiat biały na mokrych liściach.
I tylko niebo zapłakało, a olchy litościwie opuszczały swe liście
zakrywając młode, poranione ciało.
Dziś idę tamtą męczeńską drogą
znaczoną niewinną krwią Karolinki,
dziękując za jej wzór i męstwo,
dziękując, że wytrwała w swej czystości do końca.

Miałam takie małe marzenie - pojechać do Wał - Rudy na tradycyjne nabożeństwo Drogi Krzyżowej w 110 rocznicę męczeńskiej śmierci błogosławionej Karoliny Kózkównej. Marzenie z pozoru trudne do spełnienia zważając i na porę (listopad), i na godzinę (15:00), i na odległość (Wał - Ruda leży pod Tarnowem). Marzenie, które wymagało ode mnie pewnych zdolności logistycznych, zważając chociażby na to, że na miejsce muszę dojechać transportem publicznym. A i sama podróż koleją z Katowic do Tarnowa trwa minimum 2 godziny, potem jeszcze trzeba dojechać do wioski i dojść pieszo jakieś 2,5 kilometra. Ale pomyślałam, że jak nie spróbuję, to nie ma żadnej szansy na to, aby tam dotrzeć. Z drugiej strony, nie chciałam za bardzo mówić wszystkim dookoła, że jadę, a potem się tłumaczyć, czy też mieć wyrzuty sumienia, że nie dotarłam. Nawet dzień wcześniej nie zdradziłam księdzu Niosącemu Światło, dlaczego nie mogę być na Kręgu Biblijnym. Ale spokojnie - ten kto miał wiedzieć - wiedział. 
Z domu wyszłam jeszcze przed świtem. Dzień miałam tak zaplanowany, że na 7 rano idę na Mszę do archikatedry, potem na jedne ćwiczenia (właściwie to 1,5) na studiach, a potem pociągiem o 11:02 jadę do Tarnowa. W Tarnowie planowo miałam być o 13:06, a o 13:30 był bus jadący w stronę Wał - Rudy. Prosty plan, prawda? No, nie do końca. W Krakowie-Płaszowie okazało się, że trzeba odpiąć jeden z wagonów, przez co pociąg miał półgodzinne opóźnienie. Wiedziałam, że nie mam szans, aby zdążyć na zaplanowanego busa. Nie wiem dlaczego, ale znowu wykorzystałam mój ukochany akt strzelisty "niech się dzieje Twoja wola". Tak się przy okazji zgadzałam z jedną z kobiet jadących w tym samym przedziale, że okazało się, iż po nią ktoś przyjeżdża i jadą w okolicy Wał-Rudy, a więc mogą o nią zahaczyć i mnie podwieźć. Odebrałam to jako znak od Boga. Tym sposobem na miejscu byłam po 14:00 (kolejnym busem na pewno bym nie zdążyła). Jeszcze tylko musiałam pokonać wspomniane 2,5 kilometra, aby dotrzeć przed ubogą chatę, w której dojrzewała wiara i świętość Karoliny, i z której 110 lat temu została wyprowadzona przez rosyjskiego żołnierza. Idąc w deszczu mijałam liczne autokary wiozące rzesze wiernych chcących uczestniczyć w niezwykłej Drodze Krzyżowej, nie zważając na trudy podróży, czy też pogodę.
Karolina Kózka przyszła na świat 2 sierpnia 1898 roku w drewnianym, pokrytym słomą domu, który zachował się do dzisiaj. Pięć dni później została ochrzczona w parafialnym kościele w Radłowie. Życie codzienne w rodzinie Karoliny przepełnione było ciężką pracą w gospodarstwie, modlitwą oraz wypoczynkiem, podczas którego śpiewano pieśni religijne i patriotyczne. Rodzie każdego dnia odmawiali wraz z dziećmi różaniec oraz śpiewali godzinki, prenumerowano też "Posłańca Serca Jezusowego". Pomimo tego, że do kościoła mieli ok. 7 kilometrów, to zawsze ktoś z rodziny pojawiał się na codziennej Mszy świętej. Dodatkowo w okresie Wielkiego Postu odmawiano u nich Drogę Krzyżową oraz Gorzkie Żale.
Karolina prowadziła głębokie życie wewnętrzne. Widziano w niej naturalny blask. Potrafiła rozporządzać posiadanym bogactwem duchowym dodając do tego swoją pracowitość. W poszukiwaniu prawdy wykazywała zapał w zdobywaniu wiedzy, szczególnie przy pomocy książek. Raz obranej wartości pozostawała wierna do końca. Odznaczała się autentyczną pobożnością. Jej śpiew godzinek i nieszporów podczas pasienia bydła słychać było z daleka. Była aktywnym członkiem Bractwa Wstrzemięźliwości, Apostolstwa modlitwy Bractwa Komunii św. wynagradzającej oraz zelatorką róży panien. Zresztą to modlitwa różańcowa była tą jej ulubioną. Uczyła katechizmy młodsze rodzeństwo i dzieci z sąsiedztwa. Zwykle robiła to przed gruszą nieopodal domu. Kilkoro z nich przygotowała do I Komunii św. Z kolei rówieśników i starszych zachęcała do czytania książek. Chętnie odwiedzała chorych i starszych, czytając im religijne czasopisma oraz pomagała w codziennej pracy.
10 listopada 1914 roku do Tarnowa wkroczyły pierwsze patrole kozackie, a tydzień później pojawiły się w Zabawie oraz Wał-Rudzie. 18 listopada do wsi przybył pojedynczy żołnierz, który z jednego z domów chciał zabrać ze sobą 13-letnią dziewczynkę. To mu się jednak nie podało, więc poszedł do Kózków. Tam chwilę wcześniej zastanawiano się, kto ma uczestniczyć w nowennie ku czci św. Stanisława w pobliskiej Zabawie: mama czy Karolina. Ostatecznie zdecydowano, że będzie to matka.
Około godziny 9:00 do domu Kózków wszedł carski żołnierz i wypytywał o wojska austriackie. Nie uzyskawszy odpowiedzi kazał ubierać się ojcu i dziewczynie i razem poszli do oficera. Ojciec, Jan, błagał go, aby zostawił w spokoju Karolinę, tym bardziej, że nie miał kto zostać z młodszymi dziećmi. Agresor był jednak nieustępny. Jednym ruchem ręki wskazał las, jako kierunek ich drogi. Kiedy doszli na jego skraj pod groźną śmierci kazał Janowi wrócić do domu. Sterroryzowany chłop wykonał to polecenie. 
Tymczasem Karolina i żołnierz weszli do lasu. Według zeznań dwóch chłopców szli powoli, ponieważ dziewczyna stawiała opór. W pewnym momencie Karolina zaczęła uciekać. Niestety, po kilkuset metrach oprawca dopadł ją i zabił. Na ścianie stodoły widnieje tablica, na której pokazano ostatnie chwile życia Karoliny wraz z zadanymi jej ranami.
Ciało Karoliny zostało odnalezione po 2 tygodniach, 4 grudnia. Przez ten czas matka wyrzucała sobie, że nie pozwoliła córce iść wtedy do kościoła, a ojciec, że zostawił córkę na pastwę żołnierza. W poszukiwaniu dziewczyny uczestniczyli nawet żołnierze rosyjscy. Zwłoki znalazł jeden z sąsiadów Karoliny. Kilka innych pojechało wozem wraz z Janem po ciało dziecka do lasu. Skostniałe ciało leżało na wznak, prawe ramię było oparte na łokciu na ziemię z zaciśniętą dłonią skierowaną ku górze, lewa ręka leżała na ziemi, ściskając zdjętą z głowy chustkę. Po przywiezieniu ciała do domu zbadano je pod kątem otrzymanych ran i dziedzictwa. Okazało się, że zachowała swoją czystość. Miejscowy proboszcz zwrócił się do Kurii w sprawie pogrzebu, jednocześnie informując o przekonaniu miejscowej ludności o świętości i męczeństwie Karoliny. Na razie jednak pochowano ją w zwyczajnym grobie na parafialnym cmentarzu. Tuż obok domu, w którym mieszkała błogosławiona Tarnowskiej Ziemi znajduje się pomnik przedstawiający rodziców Karoliny, opłakujących śmierć swojego ukochanego dziecka. Skąpany w strugach deszczu wyglądał jeszcze bardziej majestatycznie. Myślę, że te krople deszczu symbolizowały łzy wylane przez Jana i Marię, zarówno po uprowadzeniu nastolatki, jak i po odnalezieniu jego ciała.
Pogrzeb miał miejsce 6 grudnia 1914 roku. Wzięło w nim udział ponad trzy tysiące ludzi. Miał charakter manifestacji religijno - patriotycznej i był pierwszym aktem kultu, który z czasem stawał się coraz bardziej powszechny. Na beatyfikację trzeba jednak było czekać ponad 70 lat. Dokonała się ona w 1987 roku, a uroczystej Mszy przewodniczył sam Jan Paweł II.
Od wielu lat w Wał - Rudzie 18 dnia każdego miesiąca odbywa się Droga Krzyżowa śladem błogosławionej Karoliny pozwalająca na szerzenie jej kultu wśród wiernych. To dopiero mój drugi udział w tym wydarzeniu, ale myślę że gdyby nie odległość i to, żem niezmotoryzowany człek, to pewnie byłabym tam więcej razy. No i jeszcze dochodzą liczne obowiązki, ale któż ich nie ma.
Nabożeństwo Drogi Krzyżowej w Wał - Rudzie zaczyna się zawsze o godzinie 15:00, czyli w godzinę śmierci Pana Jezusa. Nie powinno więc nikogo dziwić, że w czasie jego trwania odmawia się m.in. Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Na początku procesji idą m.in. relikwiarz z relikwiami błogosławionej Karoliny oraz przedstawiający ją wizerunek. Co jakiś czas wśród wiernych kroczy ktoś z głośnikami na plecach, aby wszyscy mogli słyszeć treść czytanych rozważań.
Specjalnym gościem rocznicowej Drogi Krzyżowej był abp Antonio Filipazzi, nuncjusz apostolski w naszym kraju.
Wspomniany deszcz zrządzeniem losu przestał siąpić, dzięki czemu obawa pokonania trasy w deszczu została odłożona w czasie. Majestatyczne krzyże, w większości ustawione w lesie, będącym świadkiem ostatnich chwil życia Karoliny, wyznaczały kolejne stacje Drogi Krzyżowej. Tzw. powagi chwili nadawał dźwięk dzwonka, który za każdym razem odmierzał ich ilość.
Kolejne rozważania Drogi Krzyżowej coraz dobitniej docierały do mojego umysłu, ale też i serca, otwierając je jeszcze bardziej na piękno drugiego człowieka wraz z Bogiem, który w nim zamieszkał. Cisza leśna sprzyjała przemyśleniom na ich temat i w ogóle na temat naszego życia, tego, jakie ono jest i do czego nas prowadzi. Czy na pewno do życia wiecznego, czy może gdzieś indziej. Z kolei wspólne odmawianie "Zdrowaś Maryjo" podczas modlitwy różańcowej, czy też "Dla jego bolesnej męki" w czasie przeplataną z nią Koronką do Bożego Miłosierdzia dawały poczucie jedności wśród zgromadzonych wiernych. 
Z każdym krokiem, mimo wszystko w błocie, ale niezbyt dużym, zapadał coraz większy mrok. Nadawało to swoistej atmosfery całemu wydarzeniu. Z drugiej strony pod koniec trzeba było być ostrożnym, aby nie wywrócić się o wystające kamienie i gałęzie, czy też nie zawadzić o resztki traw. Listopadowy wiatr poruszał koronami drzew. Ciekawe, ile z nich było niemym świadkiem wydarzeń, sprzed 110 lat. Być może było zimno, ja jednak tego nie odczuwałam, to chyba mimo wszystko pozytywne emocje tak na mnie podziałały. 
Podczas ostatniej stacji autor rozważań odczytanych podczas Drogi Krzyżowej, odśpiewał pieśń poświęconą błogosławionej Karolinie. Chwilami człowiek czuł trwogę, słysząc ten śpiew. Ale myślę, że też i żal, że taka tragedia miała miejsce tutaj, na tym z pozoru bezpiecznym i spokojnym skrawku ziemi. Spojrzałam wtedy jeszcze raz w górę - ostałe się liście drzew zdawały się wtórować temu śpiewowi swoim szumem. Nabożeństwo dobiegło do końca - można było schować różaniec do bezpiecznej kieszeni.
Było już ciemno, kiedy procesja wróciła w miejsce, spod którego wyszła, czyli spod domu błogosławionej Karolinki. To odpowiedni moment na udanie się do kaplicy, na którą została zaadoptowana jedna z izb niewielkiego domu, w którym wraz z liczną rodziną mieszkała przyszła święta. Zawsze mnie fascynowało, że kiedyś w małych pomieszczeniach mieszkały całe rodziny. Jak one tam się mieściły? W lecie dzieci mogły spać w stodole na sianie, ale zimą? Chwila osobistej modlitwy w ważnych dla mnie sprawach została zwieńczona przyjęciem Komunii świętej. Nie wiem dlaczego, ale w takich miejscach wyczuwam ducha i w dalszym ciągu obecność tych, którzy przed laty przebywali w nim. Czy była to otoczka świętości, jaką roztacza postać Karoliny Kózki? Chcę wierzyć, że tak, w myśl słów "Wierzę w świętych obcowanie".
Wizyta na męczeńskim szlaku błogosławionej Karoliny była okazją do kolejnego spotkania z Basią z 5 pór roku i jej sympatyczną kuzynką, Danusią. Nawet nie wiem, czy odnalazłybyśmy się w tym całym tłumie, gdybym dosłownie nie zderzyła się z Danusią w drzwiach toalety. Tym sposobem miałam tą niesamowitą przyjemność przemierzyć całą drogę w towarzystwie dwóch niezwykle sympatycznych, ciepłych i kibicujących mi osób. A wykonane na koniec zdjęcie z całą pewnością wyląduje w albumie i będzie piękną pamiątką z tego niezwykłego spotkania. To chyba najpiękniejszy prezent imieninowy, jaki można sobie wyobrazić - być z tymi, którzy akceptują cię takim, jaki jesteś, z twoimi wadami, niedoskonałościami, ale i zaletami. Bo przecież każdy z nas je ma.
Szacuje się, że w Drodze Krzyżowej w 110 rocznicę śmierci błogosławionej Karoliny Kózkówny wzięło udział ok 5000 osób z całej Polski. Piękny wynik. Nikogo nie odstraszyła droga niemal z drugiego końca Polski, ani wspomniany deszcz, który padał tuż przed całą uroczystością. Wprost nie mogłam uwierzyć, że wśród tych tłumów znalazł się ktoś taki, jak ja, że to się udało. Ta liczba wydaje się wprost niesamowita, ale kiedy w pewnym momencie odwróciłam się do tyłu, zobaczyłam prawdziwe rzesze wiernych, niestrudzenie kroczących w grząskim błocie, jakie utworzyło się po ulewie. Starzy i młodzi, zdrowi i chorzy, rodziny i osieroceni, grupy i prywatni pielgrzymi - wszyscy szli tą samą drogą, którą okazała się ostatnią drogą szesnastoletniej Karoliny.
Podczas Drogi Krzyżowej podano do wiadomości, że kilka dni wcześniej postulator procesu kanonizacyjnego Karolina Kózki - ks. Łukasz Niepsuj, spotkał się z papieżem Franciszkiem i opowiedział mu o błogosławionej nastolatce spod Tarnowa. Do samego sanktuarium w pobliskiej Zabawie co rusz ludzie zgłaszają cuda, jakie dzieją się za wstawiennictwem bł. Karolinki. Kto wie, być może niebawem i ona zostanie włączona oficjalnie w grono świętych kościoła katolickiego.
Kiedy słyszymy słowo "świętość", wielokrotnie wyobrażamy sobie kogoś, kto robi wielkie rzeczy. Tak, Karolina Kózkówna zrobiła coś wielkiego - pomimo swojego wieku, i takiej słabości związanej z bądź co bądź, kobiecością, udało jej się obronić to, co miała najpiękniejsze - swoją godność i czystość. Przez wiele lat zastanawiałam się, jak jej się to udało. Przecież tamten żołnierz mógł ją powalić na ziemię, zgwałcić, a następnie i tak zabić. Albo nawet zabić, a następnie zbeszcześcić jej ciało, co przecież też się zdarza (jeżeli mogę być szczera, to dla mnie takie wykorzystanie już zwłok jest jeszcze większym zezwierzęceniem, niż gwałt na osobie żyjące, co nie oznacza, że popieram to drugie, gwałt to gwałt). A on po prostu ją zabił i zostawił. Czy działał pod wpływem chwili, emocji, afektu? Czy po prostu był zamroczony alkoholem i nie do końca wiedział co robi? Tego chyba nigdy się nie dowiemy. Grunt, że tego nie zrobił, a dzięki temu ta skromna i prosta dziewczyna mogła wieczną przyoblec się chwałą.
Coś mi się wydaje, że wiem o czym będę mówić z kandydatami do bierzmowania na najbliższym spotkaniu. Myślę, że Karolinka również i dzisiaj, po tych 110 latach, może być wzorem i inspiracją dla niejednego z nich.

poniedziałek, 18 listopada 2024

2067. Chyba zostałam cenzorem kazań

W tym roku akademickim zazwyczaj uczęszczam na niedzielne akademickie Msze święte w Katowicach. A jeżeli nie, to na wieczorną Mszę świętą do Maxa (którą w październiku łączyłam z poprzedzającym ją nabożeństwem różańcowym. Wczoraj miałam zaplanowaną wieczorną Mszę w Kato, ale że jeszcze chciałam przekazać Księdzu Niosącemu Światło zaległe życzenia imieninowe (prawie miesiąc po, ale cicho, on i tak się z tego cieszył), to postanowiłam pójść jeszcze wcześniej do jego parafii.
To ostatnie robiłam z dużą dozą niepewności, nie wiedząc kto będzie odprawiał Mszę i czy w ogóle oczekiwany przeze mnie ksiądz będzie. Bo ostatnio (czyli w piątek) twierdził, że chyba znowu coś go rozkłada. A w jego przypadku naprawdę lepiej dmuchać na zimne. W ostateczności miałam w planach poprosić proboszcza, aby dał mu kopertę z kartką w środku. Co prawda raz kiedy zostawiłam coś dla księdza Darka w mojej parafii pod okiem proboszcza to nie dotarło to do adresata, ale przecież tym razem nie musiałoby tak być. Zresztą tamten proboszcz wydaje się naprawdę w porządku. I po roku zapamiętał moje imię (dotąd nazywał mnie Kasią).
Na szczęście kiedy weszłam do kościoła, to pierwsze co usłyszałam to głos Księdza Niosącego Światło czytającego wypominki, a następnie odmawiającego Anioła Pańskiego. Nieco zachrypnięty, ale był. A potem okazało się, że w ogóle odprawia Mszę świętą, więc byłam już niemal pewna, że złapię go po. 
Dlatego po zakończeniu wyszłam na zewnątrz i tam czekałam, aż wyjdzie z zakrystii. Mogłam oczywiście w kościele, bo pewnie go zamykał, ale dzisiaj były cztery chrzty na sumie w południe, więc też nie chciałam tam się zbytnio pałętać. Na dworze złapał mnie proboszcz, który, domyślając się do kogo przyszłam, polecił mi iść na zakrystię, aby nie marznąć, a widząc moją niepewność, poszedł nawet ze mną.
Ksiądz Niosący Światło już prawie wychodził, musiał tylko pogasić wszystkie zbędne światła, a potem oczywiście pozamykać wszystko. W międzyczasie znalazł czas, aby mnie wychwalić przed swoim proboszczem pod niebiosa, że, jak on to ujął, jak dostaje ode mnie jakieś życzenia, to potem jest nimi wzruszony przez kolejne dwa tygodnie. Oczywiście przesadził, ale zrobiło mi się miło. Sięgnęłam więc po kopertę z kolejnymi życzeniami, tym razem imieninowymi, przepraszając, że dopiero dzisiaj, ale wcześniej się nie złożyło żeby je przynieść. 
 - To które z moich kazań tym razem wykorzystałaś? - zapytał nie kryjąc rozbawienia. Niemal w każdym z dotychczasowych życzeń nawiązałam w jakiś sposób do wygłoszonego przez niego kazania. Ale przynajmniej ma pewność, że nie tylko go słucham, ale i też to co mówi, w jakiś sposób we mnie pracuje. Tym razem moje życzenia oparłam o to co powiedział biskup Ważny podczas debaty na 100-leciu Ciemnych Typów oraz abp Galbas na tegorocznym rozpoczęciu roku akademickiego. Życzyłam mu więc dojścia do świętości, a z przyziemnych spraw, to aby jego kazania w dalszym ciągu były przystępne i zrozumiałe dla każdego. Tylko, że bardziej to rozbudowałam. Ale tego dowie się, jak to przeczyta.
 - A dzisiejsza homilia była dla ciebie ortodoksyjna, czy nie - dodał znienacka. - Wiem, że nie było żadnych odwołań, ale już nie miałem siły nic takiego zrobić.
A nie zgodzę się. Przecież w pewnym momencie zacytował jedno z kazań Chryzostoma i to, że nie bał się śmierci. To było bardzo spójne z jego homilią. A i porównanie kapłanów do jasnych gwiazd i czarnych dziur uważam za bardzo trafne. Swoją drogą, poczułam się trochę jak cenzor, który wytyka komuś ewentualne błędy. Tylko, że w tym przypadku większych błędów nie dostrzegam.
 - Ej, Karolina, a czy ty przypadkiem nie masz jutro imienin? - rzucił na odchodne.
 - Tak jakby - odparłam niepewnie.
 - No, chyba jeszcze nie miałem okazji złożyć ci życzeń...
 - Tylko, że mnie jutro nie ma - odparłam niepewnie. Ksiądz od razu zaczął żartować, że jak mogę robić imprezę i go nie zaprosić. Ale nie, to nie to. Akurat na jutro mam coś innego w planach. I mam nadzieję, że z Bożą pomocą uda mi się tego dokonać. I wtedy mu powiem, co też takiego sprawiło, że nie byłam na wieczornym Kręgu Biblijnym.
Ale ja i cenzor? W życiu bym o tym nie pomyślała.

niedziela, 17 listopada 2024

2066. Muzyczna relaksacja

Wczorajszy dzień, a właściwie wieczór, minął pod znakiem muzyki. Nie ukrywam, że muzyka odgrywa ważną rolę w moim życiu - lubię jej słuchać i delektować się dźwiękami napływającymi do mnie z zewnątrz. Nie mam jakiś specjalnych preferencji w tym względzie, chociaż zdecydowanie lepiej słucha mi się łagodniejszych utworów. W związku z tym, jeżeli tylko mam taką możliwość, to lubię włączyć w telewizji jakiś muzyczny program. 
Myślę, że moich znajomych nie zdziwiłby fakt, że wczorajszego wieczoru królowało u mnie TVP2. Najpierw, od 18:00, transmitowano na niej odbywający się w Madrycie Konkurs Eurowizji Junior. Jest to odpowiednik odbywającego się najczęściej w maju Konkursu Eurowizji, podczas którego konkurują ze sobą w muzycznych bojach przedstawiciele bardzo dużej liczby europejskich państw (ale nie wszystkich, i nie tylko europejskich, bo taki Izrael leży w Azji, nie mówiąc już o Australii). Zwycięzca otrzymuje pamiątkową statuetkę, a kraj, który reprezentował, może w następnym roku organizować kolejną edycję konkursu. Pierwszy Konkurs Eurowizji miał miejsce w 1956 roku, a więc za dwa lata minie 70 lat od momentu, kiedy pojawił się w popkulturze. Polska pierwszy raz wzięła udział w konkursie w 1994 roku, a piosenka "To nie ja" Edyty Górniak uplasowała się na 2 miejscu. Przez 30 lat nie powtórzyliśmy tego sukcesu.
Eurowizja Junior to młodsze rodzeństwo Eurowizji dla dorosłych. Wystartowała w 2003 roku. Z założenia przeznaczona jest dla dzieci w wieku 8-14 lat. Polska brała udział w konkursie 11 razy, z czego odnotowaliśmy dwie wygrane. Należały one do Roksany Węgiel w 2018 roku (z piosenką "Anyone I Want to Be") oraz Wiki Gabor rok później (wykonała "Superhero"). Na podium stanęła również Sara James, która w 2021 roku z piosenką "Somebody" zajęła drugie miejsce. Ale i inni wykonawcy otrzymywali dosyć ładne pozycje w rankingach końcowych. Tutaj trzeba powiedzieć, że w przeciwieństwie do Eurowizji dla dorosłych, w tej dla dzieci można głosować na swój kraj.
W tym roku reprezentował nas 11-letni Dominik Arim spod Stargardu Szczecińskiego. Do stolicy Hiszpanii, Madrytu, pojechał z piosenką "All Together".
Ciekawostką jest, że jest to pierwszy chłopiec, który reprezentował nasz kraj podczas "Eurowizji Junior". Tak, tak, dotychczas były to same dziewczęta.
Widać było, że Dominik dawał z siebie wszystko, ale ostatecznie wylądował na 12 miejscu. Nie sądzę, aby specjalnie się tym jakoś przejął i chyba mimo wszystko potraktował to jako zabawę, przygodę, nawet jeżeli na początku był tym rozczarowany. Chyba dużo bardziej "przeżywały" to polskie media, zwłaszcza Internet, co rusz publikując jakieś teorie spiskowe. O matulu... Przecież ktoś musi przegrać, aby ktoś inny mógł wygrać. Raz (a właściwie to dwa razy pod rząd) wygrywaliśmy my, a teraz przyszła pora, aby cieszył się ktoś inny. Co nie oznacza, że nie kibicowałam Dominikowi czy też nie podobała mi się jego piosenka i jej wykonanie, bo i kibicowałam, i podobał mi się "All Together". I mam nadzieję, że jego kariera będzie się rozwijać, bo uważam, że Młody ma potencjał. 
A zwycięska piosenka Andrii z Gruzji też mi się bardzo podobała. I szczerze powiedziawszy, tak myślałam, że to właśnie ona może okazać się tą zwycięską.
A po Eurowizji wyemitowano "The Voice of Poland". To program, który cenię sobie szczególnie, zwłaszcza za to, że jest skierowany do różnych grup wiekowych. Zauważmy, że są edycje skierowane stricte dla dzieci, czyli "The Voice Kids", dla dorosłych, powiedzmy, że w wieku produkcyjnym, czyli właśnie "The Voice of Poland" oraz dla seniorów, nazwany analogicznie "The Voice Senior". W nawiązaniu do Eurowizji Junior można wspomnieć, że wielu naszych reprezentantów debiutowało właśnie w tym programie.
Przyznam szczerze, że tą edycję oglądam z tzw. doskoku. Boleją nad tym bardzo, ponieważ jednym z jurorów jest Kuba Badach, którego twórczość i głos bardzo sobie cenię. Niestety, moja doba nie jest z gumy (nawet jeżeli czasami wszystko na to wskazuje), czasami mam też inne aktywności, które uniemożliwiają wygodne rozsiądzięcie się w sobotni wieczór przed telewizorem. Ale tym razem udało mi się to, co nie ukrywam, jest dla mnie powodem do małej radości.
Wykonania jak zwykle mi się podobały, nawet mimo wielu niedociągnięć. A może właśnie te niedociągnięcia sprawiały, że były one wyjątkowe i niepowtarzalne? Przyzwyczailiśmy się do tego, że jesteśmy perfekcjonistami, ale czy perfekcyjny świat istnieje? Wydaje mi się, że nie. To my chcemy go takim uczynić odrzucając to, co do niego nie pasuje. A szkoda, bo niszczymy tym samym naszą bądź innych, indywidualność i niepowtarzalność.
Wieczór okazał się więc miłym zakończeniem męczącego tygodnia i niejako okazją do zrelaksowania się przed kolejnym. Byle tylko było więcej takich okazji.

piątek, 15 listopada 2024

2065. O pięciu różnych obrazach starotestamentowego Boga

Wstyd mi się przyznać, ale wczoraj byłam właściwie pierwszy raz w tym roku akademickim na spotkaniu grupy Duszpasterstwa Akademickiego - "Piekarnik". Co prawda grupa wystartowała już w drugim tygodniu października, ale nie ukrywam, że ten dziesiąty miesiąc w kalendarzu był dla mnie tak wykańczający, że nie miałam siły iść na któreś ze spotkań. A to na ostatnią chwilę wypisywałam dzienniczek praktyk, a to byłam przeziębiona, a to pojechałam na Krajowe Forum Duszpasterstw Młodzieżowych. Tydzień temu już już byłam na spotkaniu, ale dosłownie tuż przed uznałam, że niewiele potrafię na kolokwium z logiki i postanowiłam wrócić do domu zamiast na nie iść. Ale w tym tygodniu postanowiłam, że choćby nie wiem co, to idę na Duszpasterstwo. Tym bardziej, iż podczas weekendu rekolekcyjnego spędzonego w naszej studenckiej chatce ksiądz Kris wyraził zmartwienie, że coś mnie ostatnio nie widzi na spotkaniach. Niech już nie przesadza, ostatnio przyjechałam specjalnie na niedzielną wieczorną akademicką Mszę świętą.
Z drugiej strony sama tematyka spotkania w tym tygodniu wydawała mi się bardzo ciekawa. Nasi moderatorzy zaprosili na nie biblistę, ks. dra Rafała Bogackiego, na co dzień redaktora katowickiego "Gościa Niedzielnego"*. Miał on wygłosić dla nas wykład odnoszący się do obrazów Boga w Starym Testamencie. Nawet nie wiecie jak ja lubię tego typu tematy. Tym bardziej zależało mi, aby poukładać swoje zajęcia w taki sposób, aby być na spotkaniu. Co znowu nie było takie trudne, zwłaszcza że materiał na dzisiejsze zajęcia powtórzyłam w środę pomiędzy treningiem, a spotkaniem z bierzmowanymi.
Jednak zanim odbyło się samo spotkanie, mieliśmy tradycyjnie Msze świętą. Mam taki zamiar zgłosić się kilka razy w tym roku formacyjnym do przeczytania Pierwszego Czytania. Bo gdzie, jak nie tam.  Tylko czy to nie będzie przejawem pychy z mojej strony? Nie, nie chcę nikomu zaimponować, chcę po prostu pokazać, że nie zawsze musi być wszystko tak pięknie. No właśnie mam problem z określeniem, gdzie kończy się pewność siebie i świadomość swoich możliwości (co przecież jest ważne i potrzebne w naszym życiu), a zaczyna pycha. A tego bym raczej nie chciała.
Po zakończeniu Mszy przeszliśmy do ośrodka i rozsiedliśmy się w największym z pomieszczeń. Chwilę poczekaliśmy na naszego gościa, a czas upływał nam m.in. na rozmowach ze sobą. Wkrótce pojawił się ksiądz Rafał, który po rozłożeniu i uruchomieniu sprzętu elektronicznego rozpoczął swój wykład, który przedstawił pięć różnych obrazów Boga, jakie można znaleźć na kartach Starego Testamentu** (Stwórcy, Wojownika, Oblubieńca, Prawodawcy i Ojca).

Myślę, że najbardziej oczywisty jest obraz Boga - Stworzyciela (czyli tego, kto stworzył świat, a wraz z nim i człowieka na Jego obraz i podobieństwo) oraz Boga - Ojca. Ciekawostką jest to, że Żydzi uważają, że to ich naród jest "ukochanym dzieckiem Boga Jahwe", dlatego tak trudno jest im przyjąć fakt, że Jezus jest Synem Bożym (aczkolwiek widzą w nim pobożnego Żyda).
Zaskakujące mogą być natomiast trzy pozostałe obrazy. Bóg - Wojownik uwidacznia się w tych chwilach, kiedy Izraelici toczyli walki z innymi narodami. Dobrze to widać chociażby w momencie, kiedy w Morzu Czerwonym utonęły wojska faraonem, albo podczas bitwy pod Refidim (kiedy Mojżesz miał ręce w górze, Żydzi wygrywali, kiedy je opuszczał - przewaga przechodziła na stronę Amalekitów. Nie oznacza to jednak, że Bóg zawsze był po stronie swojego umiłowanego narodu, a raczej po obydwóch stronach walczących. Bo nie chce wojen, a zgody między ludźmi i narodami.
Bóg Oblubieniec jest obrazem zaślubin go z Kościołem, dając tym samym obraz idealnego Kochanka. Doskonale to widać w Księdze Ozeasza. Bóg, podobnie jak Ozeasz, kocha swoje dzieci pomimo posiadanych przez nich wad. Inna księga Starego Testamentu przedstawiająca Boga jako Oblubieńca to oczywiście Pieśń nad Pieśniami, nota bene erotyk, obrazującą najczystszą miłość, jaką mogą darzyć się ludzie.
I w końcu Bóg jako prawodawca, który ustanawia prawo według którego powinni żyć wyznający go ludzie. Oczywiście wraz z przyjściem na świat Syna Bożego, a potem jego śmiercią, wiele z tych praw zostało zniesionych (np. ofiara całopalna, którą symbolicznie stał się Jezus Chrystus).
Myślę, że niektóre z obrazów Boga zostały by jeszcze bardziej rozwinięte, a może poznalibyśmy kolejne i kolejne, gdyby nie czas, który nas ograniczał. Ale i tak uważam, że było to niezwykłe spotkanie. Nie wiem jak innym, ale mnie bardzo się ono podobało. Tym bardziej, że o niektórych z przedstawień Boga nawet bym nie pomyślała. Albo uchwyciłabym je w zupełnie inny sposób.
Jako zadanie domowe wyznaczyłam sobie sama wynalezienie w Starym Testamencie jeszcze innych obrazów (nie imion, bo to nie to samo) Boga. Będzie to trudne, ponieważ w weekend nie przeczytam wszystkich 46 ksiąg (aż taka mądra nie jestem, a tym bardziej nie mam tyle wolnego czasu), ale zastanowić się bazując na mojej ogólnej wiedzy mogę. A może w poniedziałek podzielę się tym na studiach na Wydziale Teologicznym? Bo na Wydziale Nauk Społecznych, pod który należy pedagogika, mogą tego nie zrozumieć. Chociaż najlepiej by to było skonsultować to z Księdzem Niosącym Światło. Może też jakoś złapię go po niedzieli. 

* Zastanawia mnie, czy gdyby Ksiądz, który będzie błogosławionym nie pojechał na stypendium do Rzymu pisać swoją habilitację, to byłby kiedyś zaproszony na takie spotkanie
** Oczywiście jest ich więcej, ale czas był wyraźnie ograniczony

czwartek, 14 listopada 2024

2064. Pomału też dotrze się do celu

Coraz zimniejsze dni zwiastują to, że zima zbliża się do nas wielkimi krokami. Chociaż staram się całkowicie nie rezygnować z codziennych spacerów, to jednak nie są one tak długie, jak na przełomie wiosny i lata. Inna sprawa, to nie lubię bez potrzeby spacerować po ciemku, chociaż deszcz jest dla mnie do zaakceptowania. Ale ciemność już nie. Z kolei długie wieczory zachęcają do spowolnienia tempa życia i pogrążenia się w wyciszających nas zajęciach. Głaskanie wylegującego się na moich kolanach kota, mruczącego w rytm kolejnych wyuczonych słówek na łacinę to skutecznie odstresowującego po całodziennej gonitwie. Do tego kubek z ciepłą herbatą i nic więcej mi do szczęścia nie trzeba.
To takie chwile, kiedy człowiek mimo wszystko nabiera dystansu do siebie i otaczającego go świata, kiedy może sobie przemyśleć to i owo, czy nawet coś zaplanować. Moje plany nie wybiegają zbyt daleko, ale myślę, że warto je mieć, chociażby po to, aby wiedzieć, do czego dążyć. Więc planuję chociażby to, czego muszę się nauczyć na najbliższy czas, co ugotować na obiad, co zrobić z dzieciakami na zajęciach.
Czuję, że powoli zmierzam do przodu. Może to nie są jakieś spektakularne rzeczy. Nie szkodzi. Przecież nigdzie nie muszę być pierwsza. A idąc własnym rytmem też prędzej czy później dotrę do wyznaczonego celu.

środa, 13 listopada 2024

2063. Zdążył jeszcze zdobyć dwa medale Paraolimpijskie

Zaledwie 3 miesiące temu reprezentował nasz kraj podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Paryżu. Zdobył na nich dwa medale - srebrny w szabli i brązowy w szpadzie. Jednak prawdziwą walkę przyszło mu stoczyć z nowotworem.
Michał Dąbrowski 10 lat temu w wyniku nieszczęśliwego wypadku złamał kręgosłup. Wózek inwalidzki nie przeszkodził mu w byciu mężem, tatą Jasia i Małgosi, przyjacielem. A nawet otworzył przed nim nowe możliwości. Przygodę z szermierką rozpoczął w 2018 roku w Stowarzyszeniu Szermierka Wołomin. Dzięki wieloletnim treningom i osiągnięciom został członkiem kadry narodowej w szermierce na wózkach nominowanym do tytułu sportowca Guttmanny 2023. Poprzez ciężką pracę i wygranym walkom w czasie Pucharów Świata, Mistrzostw Europy i Mistrzostw Świata zakwalifikował się do udziału w Igrzyskach Paraolimpijskich w Paryżu, gdzie wywalczył dwa medale.
W zeszłym roku w październiku w czasie Mistrzostw Świata w Terni we Włoszech źle się poczuł, mimo to aż dwa razy stanął na podium. Miesiąc później zdiagnozowano u niego nowotwór przewodów żółciowych wewnątrzwątrobowych. Brał chemię, a w celu zwiększenia skuteczności leczenia zaproponowano mu dodatkową immunoterapię oraz podanie nowoczesnego leku, który nie jest refundowany. Lek ten musiał być podawany co trzy tygodnie przez około dwa lata z możliwością modyfikacji. Potrzebne były także środki finansowe na zastosowanie nowoczesnych technik leczenia raka, takich jak embolizacja, termoablacja i nanoknife. Ponieważ koszty leczenia przewyższały możliwości finansowe sportowca, założył on zbiórkę pieniędzy na ten cel.
Marzył, aby widzieć jak dorastają jego dzieci, aby towarzyszyć żonie w codziennych zmaganiach. Oraz o tym, aby nie zostawiać ich samych.
Dzisiaj przyszła wiadomość, że Michał nie żyje. Miał zaledwie 38 lat. Może szermierka i szpada nie leżą jakoś szczególnie w obszarze moich zainteresowań, ale o Michale wielokrotnie czytałam, także w kontekście Igrzysk Paraolimpijskich w Paryżu. I jakoś tak mu po prostu kibicowałam i w walce na macie, i poza nią. 
Jakoś tak po trafieniu na informacje na temat śmierci Michała Dąbrowskiego moje myśli automatycznie powędrowały ku innemu niepełnosprawnemu szermierzowi - Jackowi Gaworskiego. On też reprezentował nasz kraj podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Rio de Janeiro, gdzie wraz z Dariuszem Penderem i Michałem Nalewajkiem zdobył srebrny medal w turnieju drużynowym. Już wtedy zmagał się ze stwardnieniem rozsianym oraz nowotworem. W ostatnim czasie jego stan znacznie się pogorszył. Ale żyje. I to jest niejako dobra informacja. W końcu dopóki człowiek żyje jest jakaś nadzieja.

poniedziałek, 11 listopada 2024

2062. Tym razem Chatka okazała się z gumy...

Było nas dużo, ale pomieściliśmy się
W stałym kalendarzu Duszpasterstwa Akademickiego "Centrum" uwzględniony jest jesienny wyjazd rekolekcyjny do naszej Chatki w Brennej w okolicach 11 listopada. Dlaczego właśnie wtedy? Otóż z jednej strony nowicjusze już nieco są oswojeni z funkcjonowaniem w nowej wspólnocie. Z drugiej - w takim przypadku jest szansa, że z okazji wolnego dnia wyjazd może trwać trochę dłużej. No i jest to właściwie ostatni dzwonek, aby pojechać do naszego ośrodka przed zimą - na tą porę roku wyłączane są wszelkie media, a domek zamykany jest na cztery spusty aż do kwietnia.
Rok temu byłam zbyt zaaferowana dołączeniem do Duszpasterstwa, a z drugiej strony jeszcze nieco onieśmielona, aby pojechać na zeszłoroczną edycję poświęconą osobie św. Piotra. Jednak przez rok nieco się oswoiłam w nowym środowisku, zaaklimatyzowałam i nabrałam swoistej pewności siebie na tyle, żeby zdecydować się na czterodniowy, bo na tyle pozwalał nam weekend, wyjazd. W Chatce byłam już dwa razy, co jest dobrym wynikiem jak na mój staż w tej wspólnocie.
Obładowana plecakiem turystycznej, wśród nocnej ciszy, wspinałam się wraz ze znajomymi, z którymi przyjechałam, kamienistą ścieżką do położonego na uboczu domku. Egipskie ciemności wcale tego nie ułatwiały, na szczęście zawsze ktoś poświecił mi latarką. W końcu, po około półgodzinnym marszu, dotarliśmy na miejsce.
Nasze rekolekcje rozpoczęliśmy od Mszy świętej, która odbyła się o 22:00. Wielu z nas było zmęczonych, ale nikt nie zasnął, skutecznie się przed tym broniąc. Po Mszy, która trwała niecałą godzinę poszliśmy na kolację do kuchni. Zosia zaserwowała nam przepyszne pesto z makaronem, a do tego chętni mogli zjeść jeszcze kanapki. Zakończywszy kolację odmówiliśmy kompletę, a następnie rozpoczęliśmy integrację polegającą na grze w planszówki, które posiadamy na stanie.
Tematem tegorocznych rekolekcji była postawa Jezusa podczas spotkania z Mateuszem (Łk 9, 27 - 32), z Zacheuszem (Łk 19, 1-10), z kobietą przy studni (J 4, 6 - 25) oraz z Poncjuszem Piłatem (18, 28 - 19, 16). Cztery różne spotkania, cztery różne sytuacje, piątka zupełnie różniących się od siebie osób. Podczas czterech sesji, które miały miejsce dwa razy w sobotę, raz w niedzielę i raz w poniedziałek, staraliśmy się scharakteryzować przedstawione osoby oraz przeanalizować przebieg tych spotkać, wymieniając to, co w nich zwróciło naszą uwagę. Próbowaliśmy się też zastanowić jak my zachowalibyśmy się w takich sytuacjach oraz jak moglibyśmy zareagować na dane zachowanie Jezusa. Oprócz tego każdego dnia mieliśmy Mszę świętą, a sam dzień rozpoczynaliśmy jutrznią, a kończyliśmy nieszporami oraz kompletą.
Ale żeby nie było tak monotonnie, to w sobotni poranek wybraliśmy się w góry, aby zdobyć mieszczący się niedaleko szczyt zwany Kotarz (974 m n.p.m.). Nie jest to daleko od miejsca naszego przebywania, ale już pierwsze podejście, strome i śliskie, niesamowicie dało mi się we znaki. Na dowód niech będzie to, że w połowie chciałam się wycofać, co raczej jest do mnie nie podobne. Ale dobrzy koledzy wsparli mnie swoimi ramionami, dzięki czemu jakoś dałam radę. Potem było już tylko lepiej, a sympatyczne rozmowy z innymi oraz widok ze szczytu skutecznie rekompensował mi tą pierwszą niedogodność.
Do Chatki wróciliśmy po około 5 godzinach marszu. Zmęczeni i głodni, ale zadowoleni. Pomijając, że ksiądz zgubił po drodze kilka osób, to było całkiem ciekawe przeżycie. Tym bardziej, że tegoroczna jesień nas rozpieszczała i bardzo długo cieszyła ciepłem i pogodą.
W niedzielne popołudnie wybraliśmy się natomiast do miejscowej cukierni na tradycyjne rogale marcińskie. Co prawda wspomnienie św. Marcina było nazajutrz, ale planowaliśmy wyjechać z Chatki ok. 12.00, tak aby na spokojnie wrócić do naszych domów. Na cukiernię mogłoby nie starczyć czasu. Poza tym część osób wyjeżdżała już w niedzielę po południu, a ksiądz chciał, aby jak najwięcej z nas było na tym spotkaniu przy rogalu i kawie / herbacie. To nic, że zajęliśmy praktycznie cały taras, przynajmniej było widać, że tworzymy wspólnotę.
Te rekolekcje z całym powodzeniem mogłyby mieć hasło "ile ludzi może pomieścić Chatka". Domek, a zwłaszcza jego trzy sypialnie (męska, żeńska i powiedzmy, że klauzurowa, która służyła też za konfesjonał), mają ograniczoną powierzchnię, a nas było sporo. Sam ksiądz przyznał, że za jego kadencji jeszcze nigdy nie było tak dużo osób, choć z drugiej strony była i pewna rotacja uczestników. Mimo to na noc byliśmy poupychani dosłownie wszędzie, nawet przy zejściu ze strychu. Trochę było też obawy, że ktoś na kogoś nadepnie idąc w nocy do łazienki, albo na swój dyżur podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, ale chyba nic takiego nie miało miejsca. A nawet jeśli, to zostało to przyjęte z największą wyrozumiałością.

czwartek, 7 listopada 2024

2061. Pokonferencyjnie

Niedawno na Wydziale Teologicznym organizowano interdyscyplinarną i międzynarodową konferencję "Chrystianity in Europe. Questions on Unity". Było to jedno z wydarzeń, jakie miały miejsce w ramach ogłoszenia Katowic "Miastem Nauki". Jednymi z współorganizatorów konferencji były Koła Naukowe działające na wydziale. A że należę do obydwóch (Teologów i Familiologów - nie pytajcie, kiedy znajdują na to czas, na szczęście spotkania z reguły są na długich przerwach międzyzajęciowych), to raczej oczywiste było, że zaangażuję się w pomoc w jej organizacji. Tym bardziej, że było to jedne z największych wydarzeń organizowanych przez mój wydział w ostatnich latach. Jak tylko pojawiła się okazja, to zgłosiłam się do pomocy. Bardzo szybko zostałam przydzielona do przerzucania slajdów oraz obsługi szatni, co jak najbardziej mi odpowiadało.
O poniedziałkowej sensacji, gdzie w czasie konferencji okazało się, że arcybiskup Adrian Galbas został mianowany metropolitą warszawskim już pisałam. Myślę, że każdy z uczestników był poruszony tą wiadomością i do końca dnia w większym lub mniejszym stopniu ten temat kołatał mu się po głowie. Przynajmniej tak wynikało z rozmów przeprowadzonych w przerwie obiadowej oraz przerwach kawowych. Nawet dobrze, że tego dnia załatwiono tłumaczenie symultaniczne wystąpień, bo nie wiem ile osób byłoby w stanie skupić się na zrozumieniu wystąpień prelegentów. W drugiej połowie pierwszego dnia konferencji zaangażowana byłam w przesuwanie slajdów podczas prelekcji. W pewnym momencie z tego wszystkiego uczelniany laptop odmówił posłuszeństwa i nie pomogła tutaj nawet ręka naszego dziekana. Było trochę stresu, bo czas wystąpienia leciał, a tu urządzenie za nic na świecie nie chciało ruszyć. Na szczęście laptop się namyślił i grzecznie ruszył do przodu. A ja już do końca konferencji miałam jakąś urazę, że coś pójdzie nie tak.
Nie będę ukrywała, że z powodu zaangażowania się w pomoc przy organizacji konferencji, byłam nieco stratna we wtorek, środę oraz w czwartek w sferze wykładów. Nie mogłam bowiem ot tak sobie zejść z szatni wiedząc, że w każdym momencie może ktoś wyjść z auli i poprosić o swoją odzież wierzchnią. Poza tym ktoś musiał pilnować dobytku gości, zważając na to, że szatnia na naszym wydziale nie jest pilnowana i praktycznie każdy mógł do niej wejść. Co ciekawszych wykładów słuchałam z perspektywy otwartych drzwi do auli, jednak na dłuższą metę nie miało to sensu. Na szczęście w najbardziej gorących momentach był ktoś do pomocy, bo raczej nie dałabym radę w pojedynkę. Chociaż poza tymi momentami praca była w miarę spokojnie - mogłam nawet poczytać sobie notatki na niektóre przedmioty, albo pograć z Dorkiem w komórkową wersję "Milionerów" (raz nawet udało nam się "wygrać" główną nagrodę), a nawet z powodzeniem zdać kolejne kolokwia u wymagających wykładowców.
Wydaje mi się, że Konferencja cieszyła się sporym powodzeniem, jak na niszową jej tematykę. Jednak wraz z promotorem mojej pracy magisterskiej doszliśmy do jednego wniosku - zbyt dużo się mówi o synodalności w Kościele, a zbyt mało się tłumaczy, co to w ogóle jest. Z całości wyniosłabym pewnie więcej wniosków, gdybym częściej była na auli, gdzie trwały wykłady, niż w szatni. Ewentualnie gdybym bardziej rozumiała język angielski typowo specjalistyczny. Coś tam oczywiście rozumiałam, ale nie tyle, ile bym chciała. I wiele rzeczy musiałam się domyśleć. A z tym różnie mogło być.