Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 31 marca 2018

698. Wśród całego rozgardiaszu trochę świątecznej atmosfery też się znajdzie

Wielki Piątek to dla mnie dzień refleksji, wyciszenia i zadumy. Gdzieś od drugiej klasy gimnazjum tego dnia nie włączam telewizora ani komputera. Czy się nudzę? Nie, swój wolny czas poświęcam, oprócz codziennym obowiązkom, jakiejś ciekawej lekturze. Wczorajszego dnia towarzyszyła mi powieść Thoma Lemmonsa "Tamtego dnia na krzyżu". Opowiada ona o młodym mężczyźnie, cieśli imieniem Linus, który którejś nocy otrzymuje zlecenie wykonania krzyża dla skazańca, którego mają na nim powiesić następnego dnia. Linus jest zdziwiony tym zleceniem, wszak podobne dostawał kilka dni przed egzekucją. Jeszcze bardziej dziwi go to, kto na tym krzyżu ma zawisnąć. Spełnia jednak tą prośbę. Całą noc spędza na wykonaniu krzyża. Kiedy następnego dnia Jezus umiera na jego dziele, Linus zaczyna mieć wyrzuty sumienia, że przyczynił się do jego śmierci. Przygnębiony ucieka potajemnie z Jerozolimy i wyrusza w świat, aby doznać ukojenia własnej duszy...
Wieczorem wyjście na Drogę Krzyżową, po której nastąpiło nabożeństwo Wielkopiątkowe, o 21:00 przeprowadziliśmy zaś jako schola godzinną adorację Najświętszego Sakramentu przy Grobie Pańskim. Na nabożeństwie Wielkopiątkowym kilkoro osób ze scholi(w tym ja) śpiewało wraz z młodzieżowym zespołem. Ponieważ tradycyjnie tego dnia milkną wszystkie dzwony kościelne, wszystko odbywało się a'capella. Zresztą na adoracji było podobnie.
Dzisiejszego dnia w tradycji chrześcijańskiej święci się wiklinowy koszyczek z produktami, które jutro będziemy spożywać podczas uroczystego śniadania na znak zakończenia Wielkiego Postu. I chociaż w różnych rejonach naszego kraju zawartość koszyczka nieco się różni, to zasadniczo możemy znaleźć w nim takie produkty jak:
  1. wykonany z cukru lub czekolady baranek - symbolizuje Zmartwychwstanie Pańskie;
  2. jajka - oznaczają nowe życie;
  3. chleb - to znak przemiany, która dokonała się podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy Chrystus Pan przemienił swoje Ciało w chleb, symbolizuje pomyślność;
  4. wędlina lub jakiekolwiek inne mięso - to oznaka zakończenia okresu Wielkiego Postu, ma zapewnić rodzinie zdrowie, dostatek i... płodność;
  5. ciasto - powinno być przygotowane samodzielnie, jako symbol naszych umiejętności;
  6. chrzan - to symbol ludzkiej siły;
  7. sól - ma chronić od zepsucia;
  8. masło - symbolizuje dobrobyt.
Generalnie nie jest wskazane, aby w naszym koszyczku znalazł się słynny wielkanocny zając(który jest raczej pogańskim symbolem nadchodzącej wiosny), alkoholu, sprzętu elektronicznego(tak, tak, pomysłowość ludzka jest bardzo duża), czy też maskotek.
Wieczorem wielu z nas zapewne uda się do swoich kościołów na Liturgię Światła, podczas której po raz pierwszy od 7 tygodni zabrzmi radosne "Alleluja" oznajmiające światu, że Chrystus wstał z martwych. U nas dodatkowo będzie ona połączona z procesją rezurekcyjną wokół kościoła na koniec. Nie wiem, na ile ten pomysł wypali, bo pora będzie dosyć kosmiczna, ale zobaczymy. Jeszcze muszę się Boskiego Oskiego zapytać, czy ta Msza liczy się już jako normalna rezurekcja, tzn. czy potem w niedzielę już można nie przyjść na legalu do kościoła, czy też nie...
I na koniec pragnę podziękować tym wszystkim, którzy sprawili że w moim mieszkanku zrobiło się chociaż trochę świątecznie. Basiu, Basiu, Gosiu, Marzenko - dziękuję Wam bardzo mocno i przepraszam, że w tym całym remontowym zamieszaniu nie zdążyłam Wam nic wysłać...

czwartek, 29 marca 2018

697. Można się pogubić, czyli co nieco o moim(i każdego z nas) pochodzeniu

Dzisiejszy śpiew na Mszy świętej obstawiała schola. Jeszcze dwa tygodnie temu wzięłam sobie albę do prania, aby była świeża na nadchodzące święta. Co prawda obstawialiśmy tylko dzisiejszą Mszę świętą i jutrzejsze czuwanie(dodatkowo ja i jeszcze kilka osób śpiewamy podczas nabożeństw w Wielki Czwartek oraz Wielką Sobotę, ale to już w normalnych ubraniach), ale i tak wypadało ją odświeżyć. Dzisiaj była już gotowa do użycia.
Mimo tego, że nie było mnie ani w sobotę, ani w niedzielę, bo byłam na wspomnianym wcześniej Forum Młodych, dostałam informacje w związku z dzisiejszym dniem. Wiedziałam więc, że dzisiejsza zbiórka jest już o 17:20, ponieważ musieliśmy jeszcze przećwiczyć repertuar a'capella przed jutrzejszym czuwaniem.
O umówionej godzinie pojawiłam się na górnej salce nad zakrystią, gdzie mamy taki swój pokoik. Wyjęłam z plecaka starannie złożoną albę.
 - Ale masz ślicznie złożoną albę. Niczym harcerka - usłyszałam za plecami. No cóż, to że mam ograniczoną sprawność, nie oznacza, że nie potrafię robić prozaicznych rzeczy. No, może z wiązaniem średnio sobie radzę, ale składać ubrania umiem bez problemu. Założyłam sobie albę i zaczęłam szukać mojej fioletowej pelerynki. Pani B. tradycyjnie podeszła do mnie i zapięła mi tylni zasuwak.
 - A ty dzisiaj prosto z Kalwarii Zebrzydowskiej...? Czy z Piekar Śląskich...? Skąd Ty w ogóle pochodzisz?
Chciało mi się śmiać. No tak, co roku właściwie się jeździło na te dwa, trzy dni na Kalwarię, a potem wpadało się do Kościoła pięć minut przed rozpoczęciem Drogi Krzyżowej po to, aby przeczytać swoją kwestię. Czasami była nerwówka, chociaż nie wiem czy to ja się bardziej denerwowałam, czy oni, czy w ogóle zdążę na czas. Ale zawsze z Bożą pomocą jakoś mi się udało. A że w położonych nieopodal Piekarach Śląskich też jest jakaś Pasja, to faktycznie, można się pogubić... Jednak najbardziej rozbroiło mnie to ostatnie pytanie. W sumie trudno na nie odpowiedzieć. Niewiele myśląc wypaliłam:
 - Jak to skąd? Z nieba!
Wszystkich zebranych w salce zatkało. Nastała cisza, którą przerwała pani B.:
 - No to ja już wiem, dlaczego nam w scholi tak wszystko jako tako idzie. Jeżeli mamy takiego wysłannika z nieba, to któż przeciwko nam?
W sumie - jeżeli wierzyć teologii to każdy z nas pochodzi od Pana Boga, a co za tym idzie też i jest z nieba. Przynajmniej takie jest moje rozumowanie, z którym nie każdy z Was musi się zgadzać. I to też rozumiem i jak najbardziej szanuję.
A ponieważ dzisiaj wspominamy modlitwę Pana Jezusa w Ogrójcu, przedstawiam Wam jedną z moich ulubionych pieśni religijnej opowiadającej o tym wydarzeniu. Mam nadzieję, że i Wam przypadnie ona do gustu.

środa, 28 marca 2018

696. Mówiłam, że remont przed świętami to nie jest najlepszy pomysł...

Kiedy u wielu z Was przygotowania do świąt idą pełną parą, w moim skromnym mieszkaniu panuje istny armagedon. Że też na 365 dni w roku moi rodzice zdecydowali się na generalny remont właśnie teraz. Rozumiem, że po 12 latach pomalowanie na nowo ścian w dwóch pokojach, kuchni i łazience oraz zrobienie na nowo przedpokoju jest czymś normalnym, ale pora na to nie należy do najlepszych. Tym bardziej, że majster zrobił przedpokój, pomalował mały pokoik i zostawił rozp... w dużym oznajmiając, że resztę dokończy po świętach. Niby nie powinnam się tym przejmować, wszak już tam nie mieszkam. A jednak jestem zdenerwowana. I to niekoniecznie chodzi o to, że walają mi się pod nogami kartony i worki z rzeczami moich rodziców(Puśka szczęśliwa, bo ma gdzie niuchać), ale o całokształt. Zastanawiam się, gdzie zjemy śniadanie wielkanocne. No bo mieszkanie moich rodziców odpada, moje poniekąd też(gdyby nie te kartony i worki to mogłoby jeszcze ono wchodzić w grę), pozostaje jedynie babcia. A babcia, jak to babcia - zjedz Lolku jeszcze trochę, bo jesteś taki chudziutki... Tylko, że Lolek nie może tak dużo jeść, bo ma refluks. Czarno to wszystko widzę, naprawdę czarno to wszystko widzę... Tym bardziej, że w tym roku nie jadę do Kalwarii Zebrzydowskiej na Misterium Męki Pańskiej. Za dużo jest w domu do zrobienia. Ale z drugiej strony muszę przyznać, że przedpokój śliczny wyszedł. I tak jak 20 lat temu wszyscy zachwycali się naszymi panelami, tak teraz każdy kto przyjdzie do rodziców, podziwia wykonanie ścian.
Dlatego ostatni weekend potraktowałam jako duchowe wprowadzenie do świąt. Te trzy dni, spędzone wśród cudownej młodzieży, gdzie nikt mnie nie znał, a jednak nie dawali mi odczuć, że jestem "inna"(z wyjątkiem rejestracji) naprawdę dużo mi dały. Pozwoliły na nowo zastanowić się nad moim życiem, powołaniem. Jestem jeszcze w takim wieku, kiedy na wiele rzeczy ma się jeszcze wpływ. Za dwa, trzy lata będzie już inaczej. Dlatego chcę te kilka lat młodości mądrze wykorzystać. Od pewnego czasu mam pewien pomysł. Szalony na pozór pomysł, ale czyż święci Boscy nie byli szaleńcami? Trudno mi go będzie zrealizować, gdyż w osoby takie jak ja po prostu się nie wierzy... Ale może jednak uda mi się go obrócić w czyn? Może właśnie tego chce ode mnie najwyższy?
Jutro wkraczamy w Triduum Paschalne. Może z grubsza uda mi się ogarnąć mieszkanie. Okien to już mi nikt raczej nie umyje, ale chociaż kurze pościeram, książki poukładam. A propos książek - udało mi się w tym rozgardiaszu zgubić książki z biblioteki. W piątek jeszcze leżały na stole, a w niedzielę już ich nie było. Za to były wspomniane pudła i worki...

P.S. Dzisiaj na TVP1 w ramach "WIELKIEGO TESTU" był test na temat gigantów wiary, czyli świętych, błogosławionych i Sług Bożych. I wiecie co - nie chwaląc się, wszystkie odpowiedzi miałam poprawne. A jednak 3 lata na turystyce religijnej mają swój oddźwięk.

niedziela, 25 marca 2018

695. "Nie bój się..." - czyli kolejny Światowy Dzień Młodzieży za nami

"Maryjo, jesteśmy młodzi,
Maryjo, jesteśmy młodzi,
już dzisiaj zależy od polskiej młodzieży,
następnych tysiąc lat!"

O Światowych Dniach Młodzieży odbywających się co 2 - 3 lata w różnych częściach świata słyszał chyba każdy. Nawet osobie kompletnie nieinteresującej się tematem musiało obić się o uszy coś o przygotowaniach do tego wielkiego spotkania, kiedy dwa lata temu odbywały się one w naszym polskim Krakowie.
Mało kto jednak wie, że międzynarodowe Święto Młodzieży odbywa się każdego roku. Genezę tego terminu przedstawiłam mniej więcej w >>tym<< poście, więc pozwólcie, że nie będę jej jeszcze raz przypominać. Kto zainteresowany, zapraszam. Od 1985 roku w każdą Niedzielę Palmową w kościołach diecezjalnych na całym świecie gromadzą się młodzi ludzie, aby wspólnie przeżywać ich święto. Jednocześnie jest to jeden z etapów przygotowań do Światowych Dni Młodzieży. 
W każdym roku spotkaniu przyświeca inny cytat z Pisma Świętego. W tym roku było to "Nie bój się Maryjo, znalazłaś łaskę u Boga". Taką drugą tradycją Światowego Dnia Młodych jest napisanie kilku słów do młodych ludzi przez aktualnego Ojca Świętego. Tak było za papieży Jana Pawła II i Benedykta XVI, tak jest też teraz, kiedy władzę katolicką sprawuje papież Franciszek. A co w tym roku chciał przekazać młodym? Sami przeczytajcie -> >>klik<<.
Archidiecezja krakowska od 16 lat organizuje w tym dniu Forum Młodych, na które zaprasza młodzież. Szczerze powiedziawszy to w tym roku pierwszy raz dowiedziałam się o nim, dzięki facebookowi. "Ulotka" reklamująca zdarzenie wyglądała dosyć zachęcająco:
*eszłam na stronkę duszpasterstwa i przeczytałam resztę informacji. Program spotkania był bardzo zbliżony do tego, jakie znam z naszych salezjańskich Oratoriad. Jeszcze tylko wysłałam meila z informacją, czy osoby spoza archidiecezji mogą uczestniczyć w forum, a po otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi wypełniłam formularz i dałam go do podpisania Boskiemu Oskiemu. Teraz Forum stało przede mną otworem.
Do Krakowa pojechałam w piątkowe popołudnie. Rejestracja w szkole, w której odbywało się Forum odbywała się od godziny 16:00, spokojnie mogłam więc dojechać na miejsce. Co prawda za bardzo nie wiedziałam gdzie znajduje się ten budynek, na szczęście po drodze spotkałam innych młodych, zmierzających na forum. Bez większych problemów dogadaliśmy się i razem zmierzaliśmy do miejsca spotkania.
Na miejscu szok organizatorów... Ja rozumiem, że większości społeczeństwa człowiek niepełnosprawny = człowiek niesamodzielny, ale błagam, nie wrzucajcie nas do jednego worka. W każdym razie jak w piątkowy wieczór patrzyli na mnie ze zdziwieniem(zwłaszcza kiedy im tłumaczyłam, że przez trzy lata dzień w dzień dojeżdżałam uczelnię, że brałam udział w ŚDM jako wolontariusz oraz, że jeżdżę nawet z dziećmi jako wychowawca na kolonie) i wątpliwością, tak dzisiaj pytali się, czy przyjadę za rok...
Piątek to tradycyjnie Dzień Męki Pańskiej. Dlatego tuż po kolacji udaliśmy się do krakowskiego kościoła św. Mikołaja, gdzie znajduje się kopia Krzyża Światowych Dni Młodzieży. Rozważania poszczególnych stacji oparte były na życiorysie Sługi Bożej Hanny Chrzanowskiej, która już za niecały miesiąc zostanie włączona w poczet błogosławionych. Następnie odbyła się uroczysta Msza Święta inaugurująca spotkanie. Po jej zakończeniu kilkoro mężczyzn wzięło na swoje ramiona replikę Krzyża ŚDMu i w uroczystej procesji zanieśliśmy ją do szkoły, gdzie stanął na trzy dni w tamtejszej auli. Po dotarciu do szkoły nastąpiło oficjalne powitanie wszystkich uczestników Forum przez jego organizatorów oraz przez duszpasterza młodzieży archidiecezji krakowskiej. W ciekawy sposób przedstawiono nam koncepcję Światowych Dni Młodzieży w Panamie, przybliżono nam projekt Panamska10, a także zaproszono do stworzenia autorskiego teledysku do hymnu "Oto ja, służebnica Pańska". Dzień zakończyliśmy modlitwą, którą poprowadził jeden z obecnych kleryków.
Sobotę rozpoczęliśmy poranną jutrznią oraz adoracją Najświętszego Sakramentu, która odbyła się w auli przy Krzyżu i ikonie Światowych Dni Młodzieży. Pomimo tego, że pierwszy raz byłam na tego typu nabożeństwie, to bardzo mi się ono podobało. Pewnie dzięki jego podniosłej atmosferze. Następnie szybkie śniadanie na szkolnym korytarzu i udaliśmy się do kościoła p.w. Trójcy Świętej na Mszę Świętą. Po nabożeństwie odbyła się gra miejska pozwalająca poznać uczestnikom Forum lepiej poznać królewskie miasto. Chociaż osobiście trochę inaczej poprowadziłabym trasę, ale w sumie nie było tak źle. Ostatnią "stacją" gry było goszczące nas liceum, w którym dzięki pysznemu obiadowi uzupełniliśmy spalone podczas zabawy kalorie. Po południu odbyły się dwie konferencje: pierwsza poświęcona roli teatru w kościele, druga zaś dotyczyła interpretacji fragmentu listu papieża Franciszka na ten szczególny dzień. Zwieńczeniem usłyszanych wykładów była praca w grupach, podczas której zastanawialiśmy się, w jaki sposób nie zmarnować naszej młodości. Na koniec każda grupa przedstawiała efekty swojej pracy na ogólnym forum. Wieczorem natomiast odbył się koncert muzyki gospel, podczas którego uczestnicy forum rewelacyjnie się bawili.
W niedzielę na Wawelu odbyły się kulminacyjne obchody XXXIII Światowego Dnia Młodych. Jednak zanim udaliśmy się na miejsce siedziby dawnych królów naszego kraju udaliśmy się na jutrznię, która odbyła się o godzinie 6:00. Pomimo zmiany czasu nie zabrakło na niej nikogo z nas, młodych. Potem szybkie śniadanie, ostatnie pakowanie swoich rzeczy i mogliśmy udać się na Wawel. Na czele procesji szła grupka młodych mężczyzn, którzy nieśli kopię Krzyża ŚDM. Nie wiem co sobie myśleli przypadkowi przechodnie, jednak niemal każdy się za nami oglądał. Po przejściu ok. 2,5 km. dotarliśmy na miejsce, gdzie lada moment miała zacząć się Msza sprawowana przez jego ekscelencję, kardynała Marka Jędraszewskiego, który krótko przed godziną 10:00 wyszedł na plac przed Katedrą, aby pobłogosławić wiernych i przyniesione przez nich palmy.
Następnie udaliśmy się do wnętrza katedry, gdzie została sprawowana Najświętsza Ofiara. Podczas kazania usłyszeliśmy, że mamy się nie bać podejmować decyzji istotnych dla nas samych. Że mamy być odważnym, jak Maryja, która w wieku kilkunastu lat nie zawahała się powiedzieć TAK na prośbę samego Boga, aby została Matką jego syna. Na koniec Mszy świętej odbyło się uroczyste zaprzysiężenie młodych ludzi z archidiecezji krakowskiej, którzy przez następne dwa lata będą działać przy kardynale i doradzać mu w kwestii ich rówieśników.
Ostatnim punktem Forum Młodych, a za razem Dnia Młodzieży, był obiad i koncert uwielbienia odbywający się w gmachu krakowskiego seminarium duchownego, które znajduje się tuż przy Wawelu. Specjałem tego dnia była... zupa panamska. Nie pytajcie mnie z czego ona była wykonana(chociaż ksiądz kardynał się śmiał, że będziemy mieli zaprawę przed wylotem do Panamy, gdzie mogą nas nie wiadomo czym poczęstować), ale była w miarę smaczna i jadalna :)
Niestety, to już był koniec spotkania i każdy z nas musiał powoli wracać do swoich domów. Mnie to też dotyczyło. Kiedy już obładowana swoim bagażem(plecak z ubraniami + reklamówka z karimatą oraz śpiworem) podeszłam do rejestracji, aby się odhaczyć, dostałam zaproszenie na następny rok(i pomyśleć, że na początku nie za bardzo widziano mnie na tym Forum). Heh, czy przyjadę? Trudno powiedzieć. Na razie muszę też żyć dniem dzisiejszym, ustabilizować pewne rzeczy w swoim życiu. I częściej powtarzać sobie: "Nie bój się Karolino...". Tak, być może dzięki temu zdaniu gdzieś dojdę... Chcę w to wierzyć.
I jeszcze na koniec przedstawiam Wam Hymn tegorocznego spotkania w Krakowie:

środa, 21 marca 2018

694. Zaczarowujemy zimę

Czy i u Was padał dzisiaj śnieg? Bo u mnie sypało się, jakby był przynajmniej środek zimy, a nie pierwszy dzień astronomicznej wiosny. I jeszcze ten przeraźliwie zimny wiatr... Brrr... 
Naprawdę zmarzłam podczas wyprawy do katowickiego Sądu Okręgowego w celu zdobycia zaświadczenia o niekaralności. Strasznie brzmi? Spokojnie, nic nie zmalowałam. No, nie licząc tego, że znowu staram się wyjechać na kolonie z dziećmi.
Wczoraj, podobnie jak przed rokiem, złożyłam podanie o wakacyjną pracę w charakterze wychowawcy kolonijnego w dwóch miejscach: tak jak przed rokiem w XYZ(umówmy się, że nie będę tutaj robiła nikomu reklamy) oraz w firmie ABC. O ile w tej drugiej składałam wszystko na luzie, o tyle w tej pierwszej, paradoksalnie, już nie. Mam papiery, dosyć bogate CV(kilka lat działalności w Oratorium oraz wolontariat podczas ŚDM w Krakowie robią swoje, w tym roku mogłam sobie dopisać jeszcze zeszłoroczny wyjazd do Jastrzębiej Góry), a jednak nie wiedziałam jak zaopiniowała moją pracę kierowniczka obozu. Przypominam, że w pewnym momencie była nawet wersja, żeby mnie odesłać do domu, bo bazowej nie podobało się, że wychowawca jest niepełnosprawny. Nosz kurcze, może wykonuję wiele czynności wolniej, ale czy to oznacza, że trzeba mnie z góry przekreślać. W dodatku jeden z moich podopiecznych rozciął sobie dłoń i musiałam jechać z nim do szpitala. Ale to też może przytrafić się każdemu. Ku mojemu zdziwieniu już po dwóch godzinach(rok temu czekałam kilka dni) dostałam od nich decyzję zwrotną, pozytywną. Czyli może ta opinia kierowniczki nie była taka zła? Chwilę później dostałam też odpowiedź zwrotną, również pozytywną, z ABC. Teraz kompletuję dokumenty i właściwie czego mi brakowało to właśnie tego zaświadczenia o niekaralności, bo zeszłoroczne straciło na ważności(papierek jest ważny tylko 12 miesięcy). 
Musiałam więc pojechać do Katowic i zdobyć to zaświadczenie. Jeszcze przed wyjściem z domu sprawdziłam, gdzie ten cały sąd jest. No bo wiecie, Karolinka mijała budynek przez 5 lat i nawet nie wiedziała co się tam znajduje. Na szczęście szybko znalazłam go i nawet dostałam potrzebny papierek. Chociaż nie powiem, żeby wypełnienie dokumentów sprawiło mi łatwość, podołałam jednak temu zadania. I nawet pewien pan mnie przepuścił, bo widział że byłam przed nim tylko wypełnienie świstka trochę mi zajęło czasu. 
A potem, korzystając z okazji, podeszłam do Biblioteki Śląskiej w celu wymiany książek. Tym razem zdecydowałam się na "Kryształowego Anioła" Grocholi, "Wenecką intrygę" Berry'ego(ostatnio polubiłam tą serię książek związany z detektywem Cottonem Malone i postanowiłam przeczytać wszystkie części) oraz "Świadectwo prawdy" Picoult. Wcześniej prologowałam sobie jeszcze "Królestwo" Emmanuela Cerrera. Tej książki nie da się przeczytać ot tak sobie. Trzeba się nad nią zastanowić co kilka stron. Ale takie lektury też są potrzebne w życiu.
I mimo tego, że przez blisko 5 lat opanowałam wszystkie drogi prowadzące od strony AWFu do Biblioteki, to i tak w pewnym momencie się zgubiłam. Na szczęście równie szybko się odnalazłam i to bez pomocy GPSa. Ech, biegało się na orientację, biegało. Ale podczas szukania odpowiedniej drogi zaczął padać śnieg i trochę zmarzłam. Na szczęście w bibliotece w miarę szybko poszło, a i na autobus nie musiałam długo czekać. Tylko nie chciało mi się już podejść na ksero aby wydrukować te wszystkie umowy czy też wyborze ubezpieczenia itp. Ale to mogę zrobić jutro... Mam nadzieję, że będzie chociaż troszeczkę bardziej wiosennie. Chociaż tyci-tyci.

wtorek, 20 marca 2018

693. Przygotowania idą pełną parą

W tym roku jako schola nie organizujemy Drogi Krzyżowej podczas Wielkiego Piątku. Nowy proboszcz, nowe rządy. Co niektórzy są źli, ale takie jest życie. Mamy za to czuwanie przy grobie, ba, nawet ja coś czytam w dwóch miejscach(pierwszy raz od lat!). Z wrażenia zapytałam się prowadzącą scholę, czy te teksty to trzeba na pamięć umieć. Rozbawiona kobieta w żartach odpowiedziała mi, że jak chcę, to mogę jako jedyna powiedzieć wszystko z pamięci. Pieśni, chociaż śpiewane a'capella, są dosyć wyćwiczone przez nas, toteż mimo wszystko nie powinno być problemów z nimi już podczas samego występu. Będzie dobrze, przynajmniej mam taką nadzieję.
Przez ostatnie dwie niedziele ksiądz proboszcz ogłaszał, że jest nabór ludzi chętnych do śpiewania podczas Triduum Paschalnego. Co prawda w przeciwieństwie do innych członków scholi nikt mnie nie zapraszał na niedzielną próbę, to ja i tak postanowiłam na nią wbić. Wiecie jak to jest - jak człowiek sam nie zadba o swoje interesy to już nikt mu w tym nie pomoże. I do niczego się nie dojdzie. I chociaż ludzie ze scholi patrzyli na mnie ze zdziwieniem, to J.(nota bene panna młoda, o której >>tu<< pisałam), główna odpowiedzialna za oprawę muzyczną tych trzech, a właściwie to dwóch dni, przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Fajnie jest się czuć potrzebnym.
Przez blisko 2 godziny ćwiczyliśmy śpiewanie pieśni. A repertuar jest bardzo ambitny, nie powiem że nie. Nowością dla mnie jest śpiewanie a'capella na trzy głosy. Bo w scholi owszem, śpiewaliśmy, ale na dwa. Jednak "Kantyk Mojżeszowy" śpiewa się właśnie na trzy głosy. Zresztą, sami posłuchajcie:
Szczerze powiedziawszy, to przez to śpiewanie na głosy to myli mi się czasami tekst, ale to akurat jest do wyćwiczenia. Jeszcze jest jedna próba, więc się tak nie denerwuję. Trochę trudne jest dla mnie też śpiewanie, jakże pięknego, "Króla wznoszą się ramiona":
Ale to też jest do wyćwiczenia. Zresztą ja i tak śpiewam cichuteńko, tak że mojego fałszowania nawet nie będzie słychać. A reszta pieśni jest w miarę do opanowania. "Odszedł Pasterz od nas"(czy to się jakoś odmienia?) oraz "Nic, nie musisz mówić nic" pamiętam jak śpiewaliśmy kilka lat temu podczas czuwania wielkoczwartkowego przygotowanego przez animatorów z Oratorium, "Oto są baranki młode" i "Cała ziemio wołaj z radości na cześć Pana" to moje ukochane Światowe Dni Młodzieży w Krakowie.
Aha, mam do Was takie nieśmiałe pytanie: jak u Was wygląda sprawa Mszy w Wielką Sobotę i Rezurekcji? Bo u nas dotychczas było tak, że Wigilia Paschalna była w sobotę ok. 20:00-22:00(w zależności od aktualnego proboszcza), a Rezurekcja w niedzielę o 6:00. Tymczasem nowy proboszcz zadecydował, że połączy jedno z drugim i jak zacznie wszystko Liturgią Światła o 22:00(podobno nie ma kto rozpalić ogniska), tak skończy procesją wokół kościoła ok. godziny 1:00 w nocy. Bo tak podobno jest w wielu parafiach. Zatem pytam się Was(tzn. wierzących czytelników) jak to jest w Waszych parafiach - czy faktycznie te dwie rzeczy są połączone, czy może oddzielne?

niedziela, 18 marca 2018

692. Zamiast tradycyjnej jałmużny wielkopostnej

Kościół w okresie Wielkiego Postu wzywa nas do nawrócenia poprzez trzy rzeczy:
  1. post;
  2. modlitwę; 
  3. jałmużnę
Dwie pierwsze z nich należą do sfery duchowo-cielesnej, natomiast trzecia, jałmużna, zachęca do podzielenia się swoimi funduszami z bardziej potrzebującymi od nas. 
Tak sobie jednak ostatnio pomyślałam, że to nie muszą być osoby żebrzące na ulicach, które rzekomo nie mają na chleb. Owszem, nie twierdzę, że część z nich faktycznie nie ma na podstawowe produkty spożywcze, ale bardzo często nie mamy pewności, czy te pieniądze na pewno zostaną wydane na jedzenie. Zresztą na temat ubóstwa pisałam już w >>TYM<< poście. Dużo bezpieczniejszą formą przekazania pieniędzy na potrzebujących jest wpłacenie ich na konto jakiejś fundacji bądź zbiórki. Dlaczego? Ponieważ są one tak skonstruowane, że wypłacają swoim beneficjentom(bądź ich rodzinom) środki dopiero wtedy, kiedy zostanie udokumentowana taka konieczność. Tym samym możemy być pewni, że pieniądze nie są marnotrawione.
14 - letni Bartuś i 9 - letnia Weronika są rodzeństwem. Mieszkają z kochającą mamą w Białej Nyskiej w województwie opolskim. Od lat zmagają się z... Zresztą niech sami powiedzą:
Pierwszy krzyżyk lekarze postawili na Bartku. SMA, Rdzeniowy Zanik Mięśni jest wyrokiem rozłożonym w czasie. Specjaliści nie dawali mu cienia szansy. Tylko mama wierzyła, że synek nie umrze po statystycznych dwóch latach od jej wykrycia. Była chyba jedyną osobą, która nigdy nie zwątpiła. Kiedy cztery lata po Bartku na świecie pojawiła się Weronika, strach mamy był niewyobrażalny. Wiadomo, że kiedy pierwsze dziecko jest tak bardzo chore, to ryzyko zachorowania drugiego jest jeszcze większe niż w rodzinie, gdzie nie ma choroby. Weronikę zdiagnozowano szybciej niż jej braciszka, być może dlatego jest teraz w lepszym stanie niż on. Jednak częściej niż on jest smutna, przygnębiona, nie zadaje też pytać. Jej anielska buzia rozbraja każdego, kto na nią popatrzy. Dziewczynka jeszcze pamięta czasy jak mogła chodzić. Dzisiaj porusza się na wózku, tak jak brat. Kocha go nad życie, bo jest on przy niej zawsze: kiedy się budzi, zasypia, jest uśmiechnięta lub smutna. Gdyby on zniknął, Weronika by tego nie przeżyła...
Dziś Bartuś waży zaledwie 13,5 kilograma. Jeszcze nie tak dawno zapytany o swoją chorobą odpowiadał z powagą w głosie: "Ja wiem, że umrę". Jednak zawsze był twardy i dzielny starając się podtrzymywać na duchu swoją młodszą siostrę, również chorą na SMA. Delikatna i bardzo nieśmiała 9-latka wtula się w przeraźliwie wychudzone ciało brata. Przy nim zawsze czuje się bezpiecznie, chociaż dzieci razem ważą zaledwie 27 kilogramów.
Kilka lat temu matka obiecała synkowi, że będzie żył. Kiedy dzisiaj widzi, jak choroba całkowicie zdeformowała jego kruche ciałko, ma chwile zwątpienia. Młodsza jej córka jest silniejsza, być może dlatego, że choroba nie odcisnęła na niej tak dużego piętna jak na chłopcu. Weronika ciągle w niego wierzy, bez brata boi się patrzeć w oczy innych. Kiedy przyszła na świat, on już walczył ze SMA. Być może dlatego stał się dla niej kimś w rodzaju bohatera. Pytana o to, kto z nich jest silniejszy, odpowiada bez namysłu, że Bartek. Wierzy, że ukochany brat pierwszy wyzdrowieje, chociaż od miesięcy sama karmi go łyżką.
Niesamowita moc pozwalająca podnieść Bartkowi łyżkę z jedzeniem jest jego największym marzeniem. Tymczasem chłopiec słabnie z godziny na godzinę. Dzięki darczyńcom dzieci dostały 5 podań komórek macierzystych. Być może dlatego jeszcze żyją. Choroba co prawda złagodniała, ale nie odpuściła. 
Nie wynaleziono jeszcze leku, który byłby w stanie wyleczyć chorych ze SMA. Na rynku pojawił się jednak Nusinersen. Jest to lek, który powoduje zatrzymanie choroby. Niestety, mimo że jest on już dostępny na rynku, to jednak nie został on objęty refundacją i nie wiadomo, czy kiedykolwiek tak się stanie.
Pojawiła się nadzieja, dzięki której Bartuś zaczął niepewnie planować swoją przyszłość...
Jednak, aby plany Bartka się spełniły, trzeba mu podać lek. Zresztą nie tylko niemu, ale i jego siostrze. Jeden jedyny lek, który pomoże im w walce i jedna osoba, która chce, aby oni żyli - ich mama. W tej nierównej walce liczy się każda chwila, ponieważ choroba nie robi sobie wakacji. Każdego dnia powoduje jakieś spustoszenie w ciałkach dzieci. Bartek jest skrajnie odwapniony, a przed anemią chronią go jedynie specjalne Nutrodrinki. Chłopczyk pogodził się z tym, że już nigdy nie stanie na swoich chudziutkich nóżkach. Jednak jego najważniejszy mięsień, serce, działa. I oczy pozostały te same, mądre, przeszywające powagą oraz zrozumieniem. Słabość i kruchość są całym jego życiem. Matkę chłopca martwi też stan jego kręgosłupa i klatki piersiowej - nienaturalnie powykrzywiane, nieosłonięte mięśniami, kurczą się i deformują każdego dnia, że aż żal jest na to patrzeć. I jeszcze trzeba usunąć wszystkie ząbki, bo inaczej same wypadną...
Teraz, chociaż czasami aż nie da się patrzeć na ich powykrzywiane kręgosłupy i żebra, nie można uciec i odwrócić wzroku. Będzie to dla nich wyrok śmierci, bo dostali od losu bardzo drogą szansę - właściwie ostatnią i jedyną w swoim krótkim życiu. Bartek jest dzielny, nie boi się zastrzyków, choć wbicie igły w jego wychudzone ręce nie należy do rzeczy łatwych. Weronika dzięki niemu uczy się być odważna, ale to nie wystarczy. Leczenie za kilka milionów złotych to ich wybawienie. Udało się raz, uda się i kolejny, choć mamie dzieci mieszają się przed oczami zera, kiedy patrzy na tą kwotę. Lek zgodzili się podać lekarze z CZD, ale najpierw trzeba go zdobyć. Warunek jest jeden - zabezpieczyć roczną dawkę zabezpieczającą ich życie. Ratujmy Weronikę i Bartka, póki nie jest jeszcze na to za późno...
Zbiórkę funduszy prowadzi: https://www.siepomaga.pl/weronikaibartek
Pomoże ktoś w ramach wielkopostnej jałmużny?

sobota, 17 marca 2018

691. "Z powodu mojego imienia..."

Plakat reklamujący tegoroczne Misterium
Który to już raz moja parafia wybrała się w okresie Wielkiego Postu na Misterium Męki Pańskiej odgrywane na salezjańskiej scenie w Krakowie? Trudno powiedzieć. 
Pierwszy taki wyjazd, głównie dla scholi i ministrantów zorganizowano w 2007 roku przez ówczesnego proboszcza, który sprawował swoją posługę dopiero od sierpnia poprzedniego roku. I chociaż wszystkim się on podobał, to jednak nastąpiła kilkuletnia przerwa w wyjazdach na nie, aż w końcu jak ponownie pojechaliśmy, tak jeździmy po dzień dzisiejszy.
Tegoroczne Misterium Męki Pańskiej wystawiono już po raz 86. Tradycyjnie w przedstawienie zaangażowani byli klerycy z krakowskiego seminarium salezjańskiego, natomiast role kobiece odgrywane są przez dziewczęta zaangażowane w salezjańskie duszpasterstwo akademickie. Bardzo wielu kapłanów z naszej parafii, czy też tych, którzy odbywali w naszym kościele swoją praktykę, brało udział w tych przedstawieniach. Nota bene, kiedy pierwszy raz zobaczyłam księdza Oskara, to zastanawiałam się, gdzie go kiedyś widziałam. Na początku obstawiałam, że może gdzieś mi mignął na uczelni(wszak też studiował na Uniwersytecie Papieskim), ale teraz już wiem, że to były właśnie te Misteria.
Każdego roku przyświeca mu inna tematyka skupiona wokół głównego wydarzenia, jakim oczywiście jest czas od Ostatniej Wieczerzy po Zmartwychwstanie Pańskie(w przybliżeniu, bo czasami akcja rozgrywa się w szerszych ramach czasowych). W tym roku była to historia świętego Pawła, na kanwie których opowiedzianych zostało 5 historii współczesnych osób prześladowanych za swoją wiarę. Jest to nawiązaniem do chrześcijan, których prześladował sam Szaweł, zanim stał się Pawłem. Dopiero w drodze do Damaszku, kiedy jadąc na koniu został z niego zwalony i usłyszał tajemniczy głos "Szawle, Szawle, dlaczego mnie prześladujesz?" zrozumiał, że to sam Bóg do niego mówi. Nie dość, że zaprzestał swoich praktyk, to jeszcze stał się głosicielem nowej wiary w Syna Człowieczego i w Jego imię zginął ścięty mieczem w Rzymie.
P.S. Z powodu zakazu robienia zdjęć podczas spektaklu pozwoliłam sobie zamieścić kilka ze strony "Gościa Niedzielnego", którego reporter(ka) był obecny podczas prób do niego(oprócz zdjęć napisał(a) też recenzję przedstawienia zachęcającą do udanie się na niego)
Aktorzy odgrywający role ludzi prześladowanych za wiarę(źródło zdjęcia)
Tak jak wspominałam wcześniej na kanwie prześladowań wyrządzonych chrześcijanom przez nienawidzącego ich Szawła, zostało opowiedzianych pięć historii ukazujących prześladowania współczesnych wyznawców chrześcijaństwa. Pierwsza przedstawiała młodego mężczyznę, który w wyniku wybuchu bomby w kościele stracił całą rodzinę. Mimo ogromnego bólu, kiedy rok później spotkał się podczas rozprawy sądowej z kobietą, która podłożyła bombę w świątyni, potrafił spojrzeć jej w twarz i najzwyczajniej w świecie jej wybaczyć. 
Mężczyzna, który stracił w wybuchu bomby w kościele całą rodzinę(źródło zdjęcia)
Druga historia opowiadała o wyświęconym w tajemnicy chińskim księdzu. Aby tego dokonać wkraść się w środku nocy do pałacu biskupiego, otoczonego policjantami, gdzie w areszcie domowym przebywał biskup. Msza święta, podczas której udzielono święceń kapłańskich, trwała zaledwie... 37 minut. Po wszystkim biskup poprosił neoprezbitera, aby nikomu nie mówił o tym, czego właśnie dokonano, bo w przeciwnym razie biskup trafi do prawdziwego więzienia, gdzie nie będzie mógł nawet odprawić Mszy świętej...
Wyświęcony w tajemnicy ksiądz(źródło zdjęcia)
Trzecia historia przedstawiała muzułmankę o imieniu Fatima, która z całego serca chciała być służebnicą Pańską. Gorliwie studiowała Koran i odmawiała modlitwy. Po rewelacyjnie zdanej maturze przeprowadziła się do Francji, gdzie zaczęła studia na kierunku zarządzanie mediami. Pewnego razu, szukając czegoś na internecie, trafiła na stronę jej rówieśnika, który przeszedł z islamu na chrześcijaństwo. Zainteresowała się tą religią i zaczęła zbierać o niej informację. W końcu przeczytała całą Biblię, a Ewangelię wg świętego Mateusza" wydrukowała sobie i nosiła zawszę przy sobie. Ukochane "Osiem błogosławieństw" znała wręcz na pamięć. Wreszcie zrozumiała czego chce od niej Bóg, czuła się szczęśliwa. I wtedy jej brat zorientował się, że Fatima oddala się od Allacha. Kiedy zapytał się jej, co się dzieje, usłyszał w odpowiedzi, że jego siostra chce przejść na chrześcijaństwo. Zdenerwował się nie na żarty - najpierw zamknął siostrę na kilka godzin w pokoju, potem skatował, uciął język, a ją samą wrzucił do ognia, gdzie spłonęła żywcem. Do końca jednak nie wyrzekła się Chrystusa.
Fatima, kobieta, która przeszła z islamu na chrześcijaństwo(źródło zdjęcia)
Czwarta przedstawia lekarza, który dokonywał aborcji. Bywały dni, kiedy usuwał nawet 35 płodów dziennie. Wychowany w komunistycznym państwie uważał je tylko za kawałek tkanki. Pewnej nocy miał dziwny sen: zobaczył rozległą łąkę, na której bawiły się dzieci. Pośród nich kroczył jakiś nieznajomy mu mężczyzna, który zobaczywszy go, zmierzał w jego kierunku... Kiedy spotkali się twarzą w twarz, lekarz zapytał się nieznajomego kim jest i co to za dzieci. Nieznajomy przedstawił się jako święty Tomasz z Akwinu, zaś te dzieci były tymi, których usunął z matczynych łon w czasie wykonywanych przez niego zabiegów. Kilka tygodni później przyszedł do niego krewny wraz ze swoją dziewczyną, w celu usunięcia niechcianej ciąży. Lekarz bez mrugnięcia okiem zaczął przeprowadzenie zabiegu i nagle przypomniał mu się święty Tomasz z Akwinu z jego niedawnego snu. I te dzieci... Na przerwanie zabiegu było już za późno - w dłoniach trzymał coś, co jeszcze przed chwilą było bijącym sercem i zapłakał zaprzysięgając sobie, że już nigdy nie podejmie się zabiegowi usunięcia ciąży. Teraz dostaje telefony z szykanami odnośnie zmiany swojego postępowania, na które odpowiada szczerze, że o mały włos, a jego własna matka też by go usunęła, kiedy rozwijał się w jej łonie. Zabieg się jednak nie udał, dzięki czemu on może dzisiaj promować życie...
 
Lekarz, który najpierw dokonywał aborcji, a potem sam bronił nienarodzonych dzieci(źródło zdjęcia)
Piąta i ostatnia historia przedstawiała Nigeryjczyka, który mieszkał w niewielkiej wiosce wraz z żoną i 6-letnim synkiem. Pewnego dnia ich osadę napadli wyznawcy islamu. Każdego dorosłego mężczyznę pytano, czy zostanie muzułmaninem. Kiedy odmawiał, zostawał zastrzelony z zimną krwią. Nasz Nigeryjczyk także powiedział, że "nie wyrzeknie się wiary w Jezusa Chrystusa". Po chwili rozległ się strzał, a on sam padł u stóp swojej żony i przerażonego dziecka. Jednak nie umarł tak jak inni. Ucieszona żona pobiegła do miasta po lekarza. Nigeryjczyka zabrano do szpitala, gdzie okazało się, że potrzebna jest skomplikowana operacja, inaczej mężczyzna umrze jak tamci. Żaden lekarz nie chciał jej się jednak podjąć. Kilka dni później okazało się jednak, że nie jest ona potrzebna - Nigeryjczyk został bowiem cudownie uzdrowiony.
Afrykanin, który cudem uniknął śmierci(źródło zdjęcia)
Pięć różnych historii, które potrafią zmusić człowieka do zastanowienia się, czy naprawdę mamy tak źle? Przecież mamy wolność religii, nikt nas w naszym kraju nie rozlicza nas z tego, że jesteśmy tego, czy innego wyznania. A gdzieś obok ludzie giną tylko dlatego, że wyznają chrześcijaństwo. 
Ale przecież po każdym męczeństwie jest zmartwychwstanie dusz i radość z bycia w Królestwie Bożym. Bo czyż to nie to jest kwintesencją zbliżających się świąt Wielkiej Nocy?
Finałowa scena czyli zmartwychwstanie (źródło zdjęcia)

środa, 14 marca 2018

690. Naukowiec, jakich mało

Można być całkowicie niesprawnym człowiekiem, a za razem geniuszem w nauce ścisłej jaką jest fizyka? Okazuje się, że jest to możliwe. Dokonał tego zmarły dzisiaj w wieku 76 lat Stephen Hawking, który dla mnie był dowodem na to, że niemożliwe jest tylko w naszych głowach. Ten, który w wieku 21 lat zachorował na stwardnienie zanikowe boczne, w wyniku którego zostało sparaliżowana połowa jego ciała i który miał żyć 2, może 3 lata, po uzyskaniu tytułu doktora w 1965 roku, był profesorem matematyki oraz fizyki teoretycznej na Uniwersytecie w Cambridge. Dziewięć lat później Stephen nie mógł już samodzielnie wstać z łóżka, zaś jego mowa była na tyle niewyraźna, że rozumieli ją tylko ludzie dobrze znający naukowa. W końcu Hawking utracił ją zupełnie wraz z zabiegiem tracheotomii w 1985 roku. Nie przeszkodziło mu to jednak w prowadzeniu wykładów - ze światem zewnętrznym porozumiewał się za pomocą syntezatora mowy, do którego wirtualną klawiaturą wprowadzał swoje wypowiedzi. W ostatnich latach życia porozumiewał się za pomocą grymasu policzka, który rozpoznawał czujnik zamocowany na oprawce okularów, które nosił. Pomimo zaawansowanej niepełnosprawności Stephen był bardzo aktywny nie tylko w fizyce, ale też w życiu publicznym, czym imponował ludziom całym świecie.
Nie pytajcie mnie, kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym niezwykłym naukowcu, bo tego nie pamiętam. Za pewne było to gdzieś w gimnazjum, może na początku liceum. Pamiętam za to, jakie zrobił na mnie wrażenie i stał się dla mnie niejako symbolem tego, że bycie więźniem własnego ciała nie oznacza tego, że nie można wpłynąć na świat nauki. Bo można. I Hawking doskonale to udowodnił. Ja zaś miałam dodatkową motywację do nauki przedmiotów ścisłych. Bo chociaż nie mogę utrzymać dłużej w ręku długopisu(dlatego od liceum porzuciłam zeszyty na rzecz dużo bardziej praktyczniejszego dla mnie laptopa), czy też posługiwać się przyborami geometrycznymi(niech żyje możliwość uzyskania nauczyciela wspomagającego na maturze, bo marnie by wyglądała moja matura z matmy) to przecież nie oznacza, że nie mogę być dobra z przedmiotów ścisłych. Kiedy było mi naprawdę ciężko i traciłam chęć do dalszej nauki, to właśnie przypominałam sobie o Stephenie, to jakoś tak od razu znajdowałam energię i chęć do pracy.
Raz nawet pani prowadząca scholę zapytała mnie, dlaczego z moją maturą z matematyki nie poszłam na studia stricte związane z tym kierunkiem(chociaż zarządzanie poniekąd się z nią wiąże, ale nie do końca). Wytłumaczyłam jej jak ja to widzę od strony mojego schorzenia.
 - Ale przecież ten angielski naukowiec, Hawking, wiesz o kim mówię, jest doskonały w tym co robi.
 - Ale on jest fizykiem...
 - No tak, fizyka to nie matematyka - przyznała ze zrozumieniem. 
Cóż, na studia fizyczne chyba bym się nie zdecydowała. W moim gimnazjum lekcje były prowadzone "na sucho", zaś dwa lata fantastycznie prowadzonej fizyki w liceum na pewno nie przygotowały mnie do studiów z tej dziedziny. 
Dobrze, że przynajmniej Hawking udowadniał, że niepełnosprawni też mogą dużo osiągnąć...
Będąc w londyńskim Muzeum figur nie mogłam nie zrobić sobie tego zdjęcia

wtorek, 13 marca 2018

689. Wezwano go z "końca świata"

To nie był prosty wybór,
źródło zdjęcia
wyłonić nowego papieża,
co swoją postawą i życiem
lud by do Boga przybliżał.
Zebrali się kardynałowie,
w Kaplicy Sykstyńskiej przepięknej,
zaczęło się znowu konklawe,
już drzwi na klucz są zamknięte.
Środową ciszę przerwały,
bijące głośno dzwony,
i dym z komina już leci,
biały jest, wymarzony.
Szum wiernych na Watykanie,
wrzawa wielka wszędzie,
i każdy się zastanawia,
"cóż to za papież będzie"?
Wyszli już kardynałowie
przedstawić swojego wybrańca
Franciszek, tak brzmi jego imię,
to papież z "świata końca".
W dalekiej Argentynie,
społeczność cieszy się cała,
że właśnie tamta ziemia,
papieża na świat wydała.
K.P. marzec 2018 r.

2013 rok był dziwnym rokiem. Najpierw niespodziewanie ze swojego urzędu ustąpił umiłowany przez wielu papież Benedykt XVI. Jako powód podał swój podeszły wiek, chociaż nieoficjalnie mówiło się o nadużyciach duchownych z którymi nie potrafił sobie poradzić. Dla wielu z nas ta decyzja była szokiem, bowiem ostatnim papieżem przed nim, który skorzystał z prawa renuntiatio(czyli zrzeczenia się swojej funkcji) był Grzegorz XII w dniu 4 lipca 1415 roku. Potem, przez blisko 600 lat(bez dwóch lat) następcy Świętego Piotra sprawowali swoją posługę aż do samej śmierci.
Zgodnie z obyczajem należało wybrać kolejnego, 266 następcę Świętego Piotra. Zbliżające się konklawe zgromadziło kardynałów ze wszystkich diecezji świata. Wśród nich był 77 letni biskup z Argentyny, Jorge Mario Bergoglio, jezuita. Nie był typowany przez bukmacherów jako papież, co więcej, po spełnieniu swojego kardynalskiego obowiązku chciał złożyć u nowego papieża rezygnację z urzędu kardynała i przejść na upragnioną emeryturę. Jak widać, Bóg miał wobec niego zupełnie inny plan. To prawda, przestał być kardynałem, ale bynajmniej nie przeszedł na zasłużony odpoczynek. Jakby coś przeczuwali w jego diecezji, bo tuż przed wylotem kupiono mu nowe, czarne buty, tak "żeby miał się w czym pokazać wśród ludzi".
Drugiego dnia konklawe, 13 marca, w piątym głosowaniu został wybrany na nowego papieża. Stał się tym samym pierwszym papieżem z Ameryki Łacińskiej, chociaż jego korzenie sięgają włoskiej ziemi. O 19:06 lokalnego czasu nad Watykanem dostrzeżono tradycyjny biały dym. Za chwilę świat zobaczył Bergogliego już jako papieża Franciszka. Wybór imienia(przypominam, że dotąd jeszcze nie było papieża o tym imieniu) podyktowany był chęcią skierowania się ku problemom biednych i nędzarzy, tak, jak to robił św. Franciszek z Asyżu.
Na początku inauguracyjnego wystąpienia nowy papież odmówił tradycyjne "Ojcze nasz" w intencji swojego poprzednika, papieża Benedykta XVI, następnie poprosił wiernych o modlitwę za jego pontyfikat i udzielił błogosławieństwa Ubi et Orbi, po czym wezwał do modlitwy o ogólnoświatowe braterstwo. Sam siebie nazwał "papieżem z końca świata".
Radość mieszkańców Buenos Aires była bezcenna. Ludzie padali sobie w ramiona, kierowcy trąbili klaksonami swoich aut na jego cześć. Nawet jeżeli nie znali kardynała z nazwiska, to znali go z jego dobroczynności na rzecz biedoty w dzielnicach nędzy. Wiedzieli, że chodzi do nich, interesuje się ich sprawami, że nie nadużywa swojej funkcji kardynalskiej, a do pracy nie jeździ służbowym samochodem, a komunikacją miejską. Ich radość była porównywalna z tą, jaka ogarnęła Polskę 16 października 1978 roku.

A dla zaciekawionych osobą Jorga Mario Bergoglio mogę polecić jedną z moich aktualnych lektur - "Franciszek. Papież ludzi" autorstwa Evangeliny Himitian. To 333 strony niezwykłej opowieści o Argentyńczyku z prostej, robotniczej rodziny włoskich emigrantów, który został papieżem :).

niedziela, 11 marca 2018

688. Skoro dzisiaj jest Niedziela Laetare to radujmy się!

Niedziela Laetare(z łacińskiego "radować się"), przypadająca w połowie okresu Wielkiego Postu, znakomicie wkomponowała się w Mszę świętą imieninową naszego obecnego księdza proboszcza, która została odprawiona o godzinie 11:00. Dla mnie ta niedziela była Niedzielą Radości z jeszcze jednego powodu - dostałam do przeczytania dwa wezwania z Modlitwy Wiernych, którą miała do przygotowania schola. Pierwszy i ostatni raz czytałam wezwania na niedzielnej Mszy Świętej podczas diecezjalnych Dni Młodzieży. 
A potem, aż do Wielkiego Piątku 2017 roku, jakby o mnie zapomniano. Tłumaczyłam to sobie jednak tym, że komuś może wtedy w końcu zrobiło się wstyd, że ktoś taki jak ja już za kilka godzin zacznie swoją służbę podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. A skoro ŚDM już dawno przeszedł do historii to i ja pozostawałam niejako w cieniu scholistek. 
Ostatnio jednak coś zaczęło się zmieniać. Od września ubiegłego roku kilka razy przeczytałam coś na środowych nowennach. Ale to był środek tygodnia i na Mszy było też mniej wiernych niż w niedzielę. Dlatego byłam szczerze zaskoczona, kiedy wczoraj po próbie scholi pani B. powiedziała:
 - Karolina, to ty jutro przeczytaj pierwsze dwa wezwania Modlitwy Wiernych.
Ale, że co, że ja? Wszak w scholi śpiewają dwie Karoliny. A sytuacja z dnia w którym kościół wspomina świętego Jana Bosko nauczyła mnie nie cieszyć się za wcześnie z takich rzeczy. Lecz tego oczywiście nie mogłam powiedzieć na głos, bo od razu usłyszałabym, że robię problem tam gdzie go nie ma. A może po prostu walczę w ten sposób o swoje.
 - Tak, o tobie mówię - utwierdziła mnie - Przecież dzisiaj nie ma Karoliny W.
Dalej byłam zaskoczona, bo nie dość, że niedziela, nie dość, że imieniny proboszcza, to jeszcze od dzisiaj rozpoczynają się w naszym kościele rekolekcje wielkopostne, więc i ludzi było trochę więcej. A jednak podjęłam to wyzwanie - kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. 
Przeczytałam najlepiej jak umiałam. Wychodzę z założenia, że ten kto chciał ten zrozumiał. A reszta? Resztą się nie przejmuję, naprawdę nie warto. Tak samo jak nie przejmuję się tym, że nikt z animatorów Oratorium nie poszedł z kwiatkiem do proboszcza. Jasne, ja bym mogła iść. Wkurzyło mnie jednak to, że kiedy zapytałam innych kto idzie z kwiatkami do księdza, odpowiedzieli mi pełnym pogardy:
 - Chyba żartujesz...
Nie wiem, może i jestem staroświecka, ale albo identyfikuję się z całą parafią, nawet jeżeli do niej formalnie nie należę, albo nie identyfikuję się wcale. Bo identyfikacja z jednym księdzem Oskarem jak dla mnie nie ma sensu. Rozumiem, że mogą nie zgadzać się z niektórymi jego zarządzeniami, ale z drugiej strony to on im w dużej mierze płaci za wszelkie szkolenia itp. pomimo tego, że nie są z naszej parafii. Więc skąd taki sarkazm w ich wypowiedziach? Ale tym oczywiście nie mam zamiaru się przejmować, nie moja sprawa. Lepiej cieszyć się np. z nadchodzącej wiosny :).

Radości naszych dni

Świat jest piękny, aż nadto,
pachnie kwitnącym kwieciem,
cieszy oczy swoimi kolorami,
gra melodią śpiewaną przez kosy!
Czy jednak umiemy dostrzec to piękno,
gnając w bieganinie codziennego życia?
Człowieku, zwolnij na chwilę 
i nad pięknem otaczającego cię świata
podumaj przez moment.

K.P. marzec 2018

sobota, 10 marca 2018

687. Panowie życia, panie śmierci

źródło zdjęcia
Ostatnio udało mi się przeczytać książkę Paula Coelha pt. "Weronika postanawia umrzeć". W sumie dosyć długo przymierzałam się do tej pozycji, wszak nie za bardzo gustuję w powieściach psychologicznych, aż w końcu przemogłam się, wzięłam pozycję z półki do ręki i zaczęłam czytać. W ciągu dwóch dni przeczytałam całe 208 stron.

Tytuł: "Weronika postanawia umrzeć"
Autor: Paulo Coelho
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Warszawa 2009
Ilość stron: 213

Książka opowiada o 24 letniej kobiecie o imieniu Weronika, która na co dzień mieszka w celi francuskiego klasztoru. Nie, nie jest zakonnicą, pracuje jako kelnerka. Zakon narzucał jej jednak dyscyplinę powrotu do domu o określonej godzinie. Weronika czuje się wyraźnie znużona i znudzona swoim życiem. Oliwy do ognia dolewa to, że któregoś dnia natrafia w czytanej gazecie na pytanie gdzie leży Serbia? Ponieważ sama jest rodowitą Serbką, czuje się nim dotknięta. W ramach protestu łyka garść tabletek nasennych w nadziei na szybką śmierć. Zostaje jednak odratowana przez siostry zakonne, a następnie, jako niedoszła samobójczyni, umieszczona w zakładzie dla psychicznie chorych. Tam dowiaduje się, że owszem, została odratowana, ale jednocześnie jej serce zostało na tyle uszkodzone, że pożyje pięć dni, góra tydzień. Do kobiety powoli zaczyna docierać to, że na prawdę może umrzeć. Postanawia wykorzystać pozostały jej czas najlepiej i najpełniej jak tylko może. Pomaga jej w tym poznana na oddziale, zmagająca się z depresją Zedka.
Podczas czytania książki nasunęła mi się refleksja, że nie zawsze potrafimy żyć pełnią życia. Czasami boimy się podjąć ryzyka naszego wyboru, który wprowadziłby trzęsienie ziemi w naszym życiu. Ale to właśnie zmiany powodują, że nasze życie jest urozmaicone, a nie po prostu nudne. Nie warto go więc kończyć, bo tak nam się podoba, ponieważ nie wiemy co się w nim zdarzy, za dzień, dwa, czy za rok. Może i łatwo mi mówić, bo ktoś mi powie, że jestem jeszcze młoda, ale tak naprawdę mało brakowało, a nie pisała bym tutaj dzisiaj do Was... Czytając "Weronikę" zastanawiałam się też, gdzie jest granica w etyce lekarza. Bo rozumiem, że niektóre niebezpieczne na co dzień zabiegi mogą być pomocne w leczeniu niektórych schorzeń, nawet tych o podłożu psychicznym, jednak niektóre sceny z książki odebrałam jako istne znęcanie się nad Zedką. Moje wątpliwości budzi też samo zachowanie psychiatry względem Weroniki. Zastanawiałam się nawet jakbym się sama czuła na miejscu Weroniki, gdybym odkryła prawdę. I wiem jedno, na pewno miałabym do lekarzy po takim czymś ograniczone zaufanie...

czwartek, 8 marca 2018

686. To co było - nie wróci, chociaż czasem mam nadzieję

Pamiętam taki jeden Dzień Kobiet sprzed kilku lat. Byłam wtedy na drugim roku zarządzania w fizjoterapii i sporcie osób niepełnosprawnych, ponadto dzięki w miarę znośnego planu zajęć na uczelni włączyłam się też na nowo w działalność parafialnego Oratorium. Wtorek był dniem informacyjno - próbowo - formacyjnym w naszej wspólnocie. Wcześniej takim dniem była środa i z tego co pamiętam na trzecim semestrze kolidowało mi to z wykładami(ćwiczeniami?), dlatego z bólem serca musiałam sobie odpuścić te spotkania. Nawet nie wiecie jak się cieszyłam, kiedy po jednej z niedzielnych Mszy świętych podszedł do mnie ówczesny kierownik i opiekun duchowy animatorów, ksiądz W., i oznajmił że zaprasza mnie na spotkania we wtorki.
Wtorek 8 marca 2011 roku wypadł w przeddzień Środy Popielcowej rozpoczynającej Wielki Post oraz 17 urodzin jednej z animatorek, a prywatnie mojej serdecznej przyjaciółki - P. Porządek takiego spotkania był z reguły za każdym razem taki sam:
  1. Modlitwa;
  2. przekazanie nam informacji związanych z najbliższymi wydarzeniami w parafii, w które mogłyby się też włączyć osoby z Oratorium;
  3. przydział czytań na najbliższą Mszę świętą;
  4. próba śpiewu pieśni;
  5. formacja;
  6. "słówko wieczorne"
  7. przejście do kaplicy i prywatna adoracja Najświętszego Sakramentu;
  8. czas dla nas, czas na prywatną rozmowę z kapłanem;
Rano pojechałam do Katowic na zajęcia, po południu byłam umówiona do dentysty, który po sprawdzeniu stanu moich kiełków stwierdził, że wszystko z nimi w porządku. Tylko po raz kolejny musiałam opowiadać, jak to w 6 klasie szkoły podstawowej kolega na w-fie zamiast w piłkę trafił kolanem w moje zęby i dlatego jedynka jest martwa. W sumie gdyby nie aparat ortodontyczny to pewnie bym jej wcale nie miała. Była mała afera ale wszystko rozeszło się po kościach.
Z niecierpliwością wyczekiwałam wieczoru, bo przecież miałam spotkać się z moimi przyjaciółmi, jeszcze w niedzielę ustaliliśmy, że śpiewamy na spotkaniu P. "Sto lat" oraz składamy jej życzenia. Ksiądz miał załatwić coś do picia, P. obiecała ciasto. 
Naprawdę, nie spodziewałam się tego, że po przyjściu do Oratorium każda z nas dostanie od piątki naszych mężczyzn po czekoladzie oraz kwiatku. To było takie niespodziewane, a za razem miłe. Sympatyczny bardzo gest. Ogólnie tamto spotkanie było takie jakieś na luzie. Pamiętam, że dyskutowaliśmy o środowym ścisłym poście, zastanawialiśmy się też nad Drogą Krzyżową oraz czuwaniem w Wielki Czwartek, które mieliśmy przygotować. Aż trudno w to uwierzyć, że ze wszystkim wyrobiliśmy się w przepisowym czasie 90 minut. 
Coraz częściej ostatnio wracam z sentymentem do tego, co kiedyś działo się w Oratorium z przeświadczeniem, że tamte czasy już nie wrócą. 10-letnia różnica pomiędzy mną, a obecnymi animatorami jest zbyt duża, mamy już inne priorytety, oni żyją już bardziej cudami techniki i na nie bardziej stawia, niż na własnej kreatywności, tak jak to było przez lata. I to nie tylko ja dostrzegam.
 - Wydaje mi się, że zakup x-boxa do Oratorium to nie był dobry pomysł. Wy jako animatorzy powinniście być kreatywni, a nie iść na łatwiznę - usłyszałam kiedyś od osoby prowadzącej parafialną scholę. I ja się z nią wyjątkowo zgadzam. 
To, co wtedy przeżywaliśmy skrycie przechowuję w mojej pamięci. I będę przechowywać tak długo, jak tylko się da.

środa, 7 marca 2018

685. Idzie wiosna, więc czas na nową fryzurę

Poszłam dzisiaj do "mojego" zakładu fryzjerskiego w nadziei na obcięcie się, albo chociaż umówienie się na wizytę. Denerwowała mnie już wchodząca do oczów grzywka. Zachodzę na miejsce i okazało się, że zakład został zlikwidowany. Trochę mnie to zasmuciło. Wiadomo, nie jeden fryzjer w mieście, ale tam akurat pracowały osoby, którym nie przeszkadzała ani moja niewyraźna wymowa, ani moje ruchy mimowolne głowy.
Widziałam jednak po drodze inny zakład fryzjerski i tam postanowiłam się udać. Wchodzę do środka, patrzę, jakaś młoda dziewczyna obcina starszego pana. Ok, przecież mogę poczekać. Po chwili skończyła swoją bieżącą robotę.
 - Chcesz czegoś? - burknęła w moją stronę.
 - Chciałabym się umówić na wizytę - powiedziałam.
 - Nie rozumiem cię... - odparła z lekceważeniem stukając w klawiaturę swojego telefonu. Może gdyby odłożyła go i skupiła się na tym co mówię, to łatwiej byłoby jej zrozumieć to co mówię. Od razu przypomniała mi się sytuacja z poprzedniego dnia, kiedy w busie dałam kierowcy banknot 100 złotowy, a ten nie patrząc na nominał, rzucił go między inne i wydał mi tylko 1 złoty zamiast 91. Oczywiście zwróciłam mu delikatnie uwagę, na co najpierw stwierdził, że mnie nie rozumie, a potem, że nie widział co mu dałam, więc nie ma pewności, czy to na pewno była 100. Ale jak już postraszyłam go policją, to cudownie mnie zrozumiał, spokorniał i wydał mi brakujące pieniądze mrucząc coś pod nosem. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie 90 złotych to jest całkiem spora kwota. Dzisiaj znowu ktoś miał problem ze zrozumieniem mnie. Powtórzyłam swoją prośbę. Bez skutku. W dodatku kazała mi przyjść następnym razem z kimś dorosłym. Ręce mi opadły. W końcu trochę zdołowana wyszłam z zakładu i poszłam szukać innego. 
Znalazłam go dosłownie dwie ulice dalej. Mały, niepozorny z sympatyczną starszą panią jako fryzjerką. Bez problemu zrozumiała o co mi chodzi, podczas obcinania pytała o szczegóły - pełen profesjonalizm. I nawet trzęsąca się głowa nie stanowiła żadnego problemu. Podziękowałam, zapłaciłam, szczęśliwa wróciłam do domu. Od razu lepiej się czuję. I pomyśleć, że kiedyś miałam warkocze do samego pasa...
Wiecie co, tak sobie myślę, że na każdych studiach, czy też szkołach policealnych, szkoleniach i kursach powinny być zajęcia z powiedzmy "obsługi osób niepełnosprawnych". No bo przecież większość z nas żyje normalnie, chodzimy do różnych lekarzy, robimy zakupy, jeździmy komunikacją międzymiastową, załatwiamy sprawy urzędowe, jesteśmy klientami banków, bywamy w restauracjach i kinach. Z reguły ze wszystkim dajemy sobie rady, tylko trzeba nam dać trochę więcej czasu i trzeba chcieć nas zrozumieć. To dla osób pełnosprawnych naprawdę niewiele, ale dla nas wiele do tego, aby stać się jeszcze bardziej samodzielnym i niezależnym.

I jeszcze taka anegdotka z wczoraj. Germanistka rzuciła pytanie:
 - Kto z was wie z jakimi czasownikami łączy się spójnik "zu".
 - Zu Hause! - powiedziałam dumna, że w końcu coś wiem. Mina germanistki bezcenna - das Haus to nic innego niż nasz polski "dom". 

poniedziałek, 5 marca 2018

684. Niech już będzie ciepło

Pamiętam czasy, sprzed powiedzmy 10 lat, kiedy co prawda zima była zimna i mroźna(przez własną głupotę, czyli bieganie na treningu w za lekkim ubraniu, skończyło się na tym, że w najbardziej gorącym okresie przed końcem semestru zostałam uziemiona przez zapalenie płuc w domu, a przez to nie pisałam większości testów semestralnych i średnią miałam dużo niższą niż ta, na jaką mnie było stać), ale za to już na początku marca powoli, powoli robiło się ciepło. W Niedzielę Palmową, która była chyba jeszcze przed 17 marca, praktycznie cała płeć żeńska scholi śpiewała w spódniczkach, na tzw. "małą maturę"*, która przypadała na początku kwietnia, można było też iść iście na galowo ubranym.
A teraz? Teraz kiedy o 6:00 rano patrzę na wystawiony za okno termometr, widzę temperaturę w granicach - 12 - - 9. Przez to zimno nie zdecydowałam się nawet na wczorajszy bieg Tropem Żołnierzy Wyklętych, chociaż odbywał się w parku tuż za drogą szybkiego ruchu. Gotowa byłam nawet poświęcić na to śpiew w scholi podczas Mszy świętej. Jednak temperatura w ostatnich dniach spowodowała, że zrezygnowałam z tego zamiaru. Zwłaszcza, że nieźle zmarzłam podczas wspomnianej Mszy. I nawet po powrocie do cieplutkiego domu i wypiciu hektolitrów ciepłej herbaty nie mogłam się rozgrzać. Już w grudniu i styczniu było dużo cieplej, chociaż to typowo zimowe miesiące, podczas których mróz powinien odmrażać nam policzki i uszy. Jednak z tego co widzę na zdjęciach, to dla sporej grupki osób niedzielna aura nie okazała się problemem, aby przebiec dystans 1963 metrów.
źródło zdjęcia
Planuję za to w sierpniu wystartować w "Boskim biegu", który rok rocznie organizuje Zespół Szkół Salezjańskich w Oświęcimiu. Muszę tylko zgrać termin z wyjazdem w ramach wychowawcy z dzieciakami na kolonie. No i jeszcze chcę wziąć udział w biegu z okazji 100 rocznicy odzyskania niepodległości przez nasz kraj.
Ostatnio odważyłam się zrobić dwie rzeczy(w tym zapisać na wyjazd do Panamy), teraz muszę jeszcze wrócić do jednej rzeczy, z której musiałam zrezygnować, a której bardzo, ale to baaardzo mi brakuje. Co prawda odstrasza mnie to zimno, ale przecież papież Franciszek życzył wolontariuszom w+ Tauron Arenie odwagi, prawda?
Kwestią nierozwiązaną pozostaje dla mnie praca, chociażby była dorywcza. No bo wiecie, niby środki na wyjazd do Panamy mam, ale przecież nie mogę iść na łatwiznę, bo nie na tym polega życie. Facet odpowiedzialny za rekrutację w tej, o której Wam pisałam ostatnio powiedział mi, że jeśli bym mogła, to żebym podjechała w tym tygodniu do ich siedziby w Rudzie Śląskiej. Problem polega jednak na tym, że nie znam miasta kompletnie, a siedziba jest w jakiejś dziwnej lokalizacji. Poza tym musiałabym jechać tam z 4 przesiadkami. No i mam dylemat, czy zadzwonić do niego i wytłumaczyć całą sytuację(i liczyć na to, że zgodzi się na spotkanie w Katowicach, do których łatwiej mi dojechać, czy po prostu rezygnować. Wysłałam też CV do dwóch innych firm, z tym, że w jednej wyraźnie zaznaczyli, że zatrudniają też osoby niepełnosprawne, więc jest jakiś cień szansy na dostanie jej.
Ostatnio rozrosła mi się sieć moich sieciowych znajomych, co nie ukrywam, bardzo mnie cieszy. Kiedyś zastanawiałam się, czy ktoś w ogóle będzie mnie czytał, wszak nie wyróżniam się niczym specjalnym, w życiu codziennym niezbyt potrafię się wybić ponad innych, a poza tym, czy życie osoby niepełnosprawnej może być naprawdę takie interesujące? A tutaj proszę, co rusz przybywa mi czytelników.
A poza tym to fryzjer mi się kłania bo ostatnio zarosłam jak, nie przymierzając, jakiś dzikus z buszu.

* w liceum do którego uczęszczałam, w połowie drugiej klasy pisało się coś na wzór matury, z tym, że z przerobionego dotąd materiału. Na początku roku szkolnego uczniowie musieli tylko zadeklarować jaki język obcy(bo polski był obowiązkowy, ja wybrałam niemiecki) oraz jakie przedmioty dodatkowe i na jakim poziomie(matematyka - rozszerzenie: i to nikogo nie dziwiło, geografia - podstawa: profesor potem namawiał mnie na rozszerzenie na maturze oraz WOS - podstawa: tutaj też było ale, że nie rozszerzenie, ale po prostu nie chciałam sobie brać zbyt dużo na głowę, zwłaszcza, że pisało się coś każdego dnia. I chociaż  jej wyniki nie były zobowiązujące, chociaż chyba wpływały na ocenę końcową, bo profesorka od niemca była zła o to, że zamiast 3, która mi wychodziła, musiała mi dać 4, bo dobrze napisałam arkusz maturalny, to pozwalała zorientować się nie tylko w poziomie swojej wiedzy, ale też w procedurach maturalnych już rok wcześniej(chociaż ja do pisanie małej matury na komputerze nie potrzebowałam podania, wszak to był "egzamin" wewnętrzny, a w szkole wszyscy wiedzieli dlaczego nie napiszę jej ręcznie)

sobota, 3 marca 2018

683. Oszczędzanie - pożyteczna rzecz

Kiedy prawie 10 laty temu uzyskałam prawo do otrzymywania renty socjalnej z tytułu całkowitej niezdolności do pracy(teoretycznie, bo jednak pracodawca może mnie zatrudnić) wspólnie z rodzicami zdecydowaliśmy o otwarciu dla mnie konta bankowego w jednym z bardziej znanych banków w naszym kraju. Powód był bardzo prosty - w godzinach pracy listonosza w naszym rejonie moi rodzice byli w pracy, ja zaś w szkole(wszak to jednak ostatnia klasa liceum była, a do liceum chodziłam tak jak moi zdrowi/sprawni rówieśnicy, czyli uczyłam się z nimi w szkole w jednej klasie). W przeciwnym razie musiałabym co miesiąc chodzić z awizo na pocztę... Nie, konto bankowe jest zdecydowanie prostszym rozwiązaniem. 
Przy okazji zakładania konta bankowego rodzice, a także doradca klienta, doradzili mi, abym otwarła sobie też konto oszczędnościowe, na które z renty wpływało by mi miesięcznie 100 złotych. Wiecie, młodym się było i głupim, więc kręciło się na to nosem(no bo wiecie, renta niewielka, jeszcze nie miało się pojęcia o jej corocznej kilkuzłotowej waloryzacji), ale w końcu zgodziłam się na takie coś. Bo wiecie - czego oczy nie widzą, tego serduchu nie żal. I kompletnie o tym zapomniałam. A te 100 złotych każdego miesiąca sobie wpływało i jeszcze raz w roku zgromadzona na rachunku oszczędnościowym kwota powiększała się o jakiś tam procent(nie pamiętam jaki).
Chyba jeszcze na długi czas nie wiedziałabym o tym całym rachunku, gdyby nie ten cały wylot do Panamy. Potrzebowałam 2000 złotych na zapłacenie pierwszej raty. Wiedziałam, że na koncie mam coś ponad 1000 złotych. Miałabym więcej, ale pewna kwota miesięcznie wpływa mi na lokatę. A i z czegoś trzeba żyć, jeść, zapłacić rachunki. Z pracą jeszcze nic nie wiem, bo osobę odpowiedzialną za rekrutację zasypał śnieg i nie dotarła na czas na spotkanie ze mną. Ech, zdarza się. Jednak zadzwoniła, wyjaśniła sytuację, przeprosiła - nie mam do niej za to żalu. Zwłaszcza, że słyszałam o przypadkach, kiedy ludzie o takich sytuacjach zostają powiadomieni SMSem. Po niedzieli mamy się ponownie umówić. Trochę przeraża mnie to, że będę musiała podjechać do Rudy Śląskiej, bo nie znam miasta, ale może dam radę... Ewentualnie napisałam też do innej placówki tego typu, zobaczymy co z tego wyjdzie, bo w tej drugiej ewentualności pisali, że zatrudniają też osoby niepełnosprawne.
Wracając do tematu, będąc przy "okienku" poprosiłam kasjerkę o zlikwidowanie jednej z lokat, a właściwie tej, na którą miesięcznie wpływają mi środki, ponieważ potrzebuję wypłacić owe 2000 złote. Kobieta coś tam poklikała w swoim komputerku i zapytała się mnie, czy zamiast likwidacji tej lokaty, nie wolałabym po prostu wypłacić tej kwoty z rachunku oszczędnościowego. Nagle mnie olśniło, że fakt, kiedyś założyłam sobie coś takiego. Nieśmiało zapytałam, jaka jest na nim kwota. O mamusiu moja - za to co sobie na nim uzbierałam mogłabym jechać prawie na trzy ŚDMy do Panamy. Ale nie szalejmy - ile się da zarobię czy to teraz(o ile dostanę tą pracę), czy to podczas wakacji(znowu wysłałam zgłoszenie jako wychowawca kolonijny). Może to będą i grosze, ale grosz do grosza...
A ja dziękuję rodzicom za namówienie mnie na tą lokatę oszczędnościową, przed którą tak bardzo się wzbraniałam...
źródło zdjęcia

czwartek, 1 marca 2018

682. Małe, codzienne troski

Dostałam dzisiaj na meila wiadomość od koordynatora wyjazdu na ŚDM + załącznik z najważniejszymi informacjami na jego temat. I w sumie tragedii nie ma, za wszystko wychodzi w najgorszym rozrachunku 8 000 złotych. W początkowej wersji było to o 500 złotych więcej. Tylko jutro muszę wpłacić pierwsze 2000 złotych w ramach zaliczki. Co prawda trzeba było wpłacić ją do wczoraj, ale przecież wczoraj dopiero się zgłosiłam. 
A tak poza tym to jutro mam rozmowę w sprawie pracy. Dorywczej, mało ambitnej i nie najwyższych lotów. Ale z drugiej strony rzecz jasna - pieniądze na Panamę same się nie zarobią, a jakoś w gry typu "Toto - lotek" nie wierzę. Ale jak mi się już uda ją dostać, to będę miała chociaż na bieżące potrzeby... No i już zapisałam się na kolonie z dziećmi. Tylko myślę, czy na dwa, czy może na trzy turnusy. Także możecie trzymać za jutro kciuki.✊✊✊ I jeszcze muszę zacząć robić porządek w moim mieszkaniu, bo ostatnio gubię się w pokoju :). Ale najpierw chcę doczytać pierwszy segregator z serii "Historia Polski". A swoją drogą to ciekawe - historia naszego kraju do I wojny światowej zmieściła się w jednym segregatorze, zaś reszta w dwóch pozostałych. 
Czy i do Was zawitała zima? Bo kiedy dzisiaj wstałam z łóżka, to zobaczyłam za oknem biały śnieg. Co prawda do wieczora zdążył stopnieć, jednak kiedy byłam w Krakowie zdążyłam porządnie zmarznąć. Ciepła herbata z imbirem po powrocie do domu okazała się wręcz niezbędna. 
A ośmioosobowa ekipa paraolimpijska złożyła wczoraj przyrzeczenie i odebrała swoje nominacje na mistrzostwa. Wśród kadry jest też chłopak z mojego miasta - Maciej Krężel, który mimo tego, że ma problemy ze wzrokiem, uprawia narciarstwo alpejskie(oczywiście z jadącym przed nim przewodnikiem). I tutaj taka mała anegdotka: cztery lata temu, podczas paraolimpiady w Soczi, władze naszego miasta dopiero pod koniec igrzysk wywiesili afisz informujący, że z DG pochodzi jeden ze sportowców. Ciekawa jestem po jakim czasie teraz się ockną.
Dobra, biorę się za dzisiejszy materiał z angielskiego. Język się sam nie nauczy, niestety... Ciekawe, czy kota można nauczyć języka obcego. Bo ostatnio z uwagą wsłuchuje się w lektora mówiącego angielski tekst :).