Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 25 lipca 2025

2239. Jednak jestem antyspołecznościowa, ale tylko w wirtualnym świecie

Namawiają mnie na założenie sobie istagrama, względnie tik-toka. Ale mnie to jakoś nie pociąga. No bo po co mi to? I co niby miałabym na nich publikować? Nie mam manii robienia zdjęć, nawet nie widzę potrzeby fotografowania wszystkiego dookoła. Lubię fotografować, ale staram się robić to z dystansem i umiarem. Zawsze się zastanawiam, czy to, co fotografuję warte jest utrwalenia, co za sobą niesie, co chcę tym pokazać innym. Inna sprawa, że spastyka bardzo często utrudnia mi czy wręcz uniemożliwia mi wykonanie takich zdjęć, jakie bym chciała. A więc ładnych, wyraźnych, ostrych. Czasem czuję z tego powodu frustrację, częściej jednak pokorę, że nie wszystko musi być "po mojemu", że mam te ograniczenia, których nie przeskoczę. I muszę się z tym pogodzić. Nawet jeżeli widzę u innych piękne fotografie. Ale ja nie jestem "inni", jestem mną, indywidualnym człowiekiem wyposażonym w unikalne talenty. A że fotografia do nich nie należy... Trudno. Co do mediów społecznościowych to blog i facebook w zupełności mi wystarczają. Niczego więcej do szczęścia nie potrzebuję.
Inna sprawa, że wysiadł mi mój aparat kompaktowy. Tradycyjnie - w najmniej odpowiednim momencie. To znaczy wysiadał od jakiegoś czasu, ale teraz to już tak chyba na dobre. Pewnie pomyślicie, co za problem, skoro każdy smartfon wyposażony jest w aparat fotograficzny. Może i każdy, ale mój na pewno nie.
No, trochę obciach, wiem. Ale przynajmniej spełnia swoje podstawowe funkcje, takie jak dzwonienie i wysyłanie wiadomości tekstowych. Właściwie to nic więcej mi do szczęścia nie jest potrzebne. Internet mam na laptopie, dzięki czemu nie czuję się niewolnikiem messengera - aby z niego skorzystać, muszę być zalogowana w domu. Zdjęcia robię kompaktem i wrzucam na dysk. Muzyka? Eee, wystarczy mi ta z radia.
I po co takiemu dziwakowi jak ja jakieś dodatkowe portale społecznościowe? Wolę żyć w realnym niż w wirtualnym świecie. I tego też uczę moje dzieciaki.
A propos realnego świata - muszę dokończyć pisanie konspektów spotkań z bierzmowanymi z grupy Carla Acutisa. A przede wszystkim zmienić go z błogosławionego na świętego. Zresztą tak samo, jak w przypadku Pier Giorgia Frassatiego. Jak już ruszą nasze przygotowania, to obydwoje będą świętymi. Wyjątkowi młodzi patroni będący świetnymi patronami i przewodnikami dla młodych ludzi, którzy niestety, coraz częściej odchodzą od kościoła i Kościoła. No cóż, wiary ich nie nauczę, mogę co najwyżej pomóc im jej doświadczyć. Podczas tych kilku razy, kiedy "służyłam" do Mszy, w mojej głowie zrodził się pomysł, aby przybliżyć młodzieży czym tak w ogóle jest Eucharystia i jakie kryje w sobie tajemnice. I właśnie dlatego zamówiłam już sobie tą książkę z lewej strony. Mam nadzieję, że będzie dobrą ku temu inspiracją i pomocą. Szukam jeszcze czegoś na temat siedmiu grzechów głównych. 
Wracając jednak do Carla to udało mi się nabyć jeszcze jedną jego biografię, tą, którą widzicie z prawej strony. Niezwykle inspirująca postać, która w naturalny sposób godziła pasję z wiarą. Mam nadzieję, że uda mi się pokazać młodym, że jedno drugiego nie wyklucza, a tylko może być dobrym uzupełnieniem.

środa, 23 lipca 2025

2238. Na skraju Europy

Takim określeniem można nazwać 38. Światowe Dni Młodzieży odbywające się w stolicy Portugalii, Lizbonie. Geograficznie Lizbona usytuowana jest tuż przy ujściu rzeki Tag do Oceanu Atlantyckiego. W okresie średniowiecznych oraz nowożytnych podróży morskich bywała ona ostatnim punktem na mapie Europy, jaki widzieli wypływający na szerokie wody marynarze i odkrywcy. Kilka wieków później stała się ona miejscem spotkania młodzieży całego świata, którego centralne wydarzenia odbywały się od 1 do 6 sierpnia 2023 roku.
Pierwotnie wydarzenie miało mieć miejsce w 2022 roku, jednak pandemia koronawirusa wymusiła na organizatorach przesunięcie terminu przynajmniej na następny rok. Jako hasło 38 spotkania młodych wybrano fragment Ewangelii św. Łukasza: "Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem". Było to niejako przesłanie dla każdego uczestnika, aby nie bać się i podejmować różne wyzwania, nawet te najbardziej nierealne na pierwszy rzut oka. Z Bogiem w sercu wszystko jest możliwe. Tradycyjnie na wydarzenie został napisany specjalny hymn, który zatytułowano "Powietrze już drga":
Spotkanie promowano oficjalnym logo. Przedstawiało ono zielono - czerwony krzyż. W krzyż ten wpisany jest płomień nawiązujący do Ducha Świętego, a także droga, symbol tradycji pielgrzymowania, tak bardzo bliskiej mieszkańcom Portugalii i stanowiący ważny wymiar Światowych Dni Młodzieży. W logotypie umieszczono też różaniec, nawiązanie do duchowości maryjnej tak silnie obecnej w portugalskim Kościele, a w szczególności nawiązujący do historii objawień w Fatimie. Jednym z elementów widocznych w krzyżu jest też podobizna Maryi, przedstawionej jako młoda dziewczyna gotowa wyruszyć w drogę w odpowiedzi na Boże wezwanie. Spotkaniu patronowało aż 13 świętych i błogosławionych: święci Jan Paweł II, Jan Bosko, Wincenty, Antoni Padewski, Bartłomiej od Męczenników, a także Jan de Brito oraz błogosławieni Joanna Portugalska, Jan Fernandes, Maria Klara od Dzieciątka Jezus, Pier Giorgio Frassati, Marcel Callo, Chiara Badano i Carlo Acutis.
Tym razem pojechałam na spotkanie w roli wolontariusza. Nie było łatwo przejść przez gęste sito rekrutacji, zwłaszcza w systemie portugalskim, ale dzięki wstawiennictwu polskiego Komitetu Organizacyjnego jakoś się udało. Kiedy standardowi pielgrzymi przez tydzień poprzedzający centralne wydarzenia gościli u rodzin i poznawali różne zakątki Portugalii, my mieliśmy różne szkolenia, które przygotowywały nas do podjęcia powierzonych nam zadań. Oczywiście jakiś tam czas na zwiedzanie był, jednak chyba dla wszystkich była to sprawa drugorzędna.
Miejsca centralnych wydarzeń były dwa - położony w pięknej miejskiej scenerii Park Edwarda oraz położony nad brzegami rzeki Tag Park Tejo. W Parku Edwarda odbyła się wtorkowa ceremonia otwarcia Światowych Dni Młodzieży, czwartkowa ceremonia powitania Ojca Świętego Franciszka oraz piątkowa Droga Światowa, z kolei Park Tejo wykorzystano na czuwanie z soboty na niedzielę oraz jako miejsce niedzielnej Mszy Posłania.
I podczas tej ostatniej Mszy padły słowa, których znaczenia nie do końca zrozumiałam. Otóż najpierw papież powiadomił wszystkich, że następne Światowe Dni Młodzieży odbędą się w 2027 roku w Seulu (co specjalnie mnie nie zdziwiło, patrząc na to, co się działo na ulicach Lizbony), ale potem dodał, że zaprasza wszystkich na Jubileusz Młodych do Rzymu w 2025 roku. Zgłupiałam, ale potem wytłumaczyli mi, o co chodzi.

wtorek, 22 lipca 2025

2237. Spełniony sen

Wylot do Panamy na 34. Światowe Dni Młodzieży wydawał mi się snem nie do spełnienia. Za daleko, za drogo, na studiach sesja. Powody, aby nie jechać mnożyły się niczym króliki. A jednak za każdym razem pojawiały się okoliczności, które przybliżały mnie do realizacji mojego skrytego snu. To dofinansowanie biletów, to przesunięcie sesji egzaminacyjnej na studiach. Nawet się nie obejrzałam, a nadszedł styczeń 2019 roku, a wraz z nim prawie trzytygodniowy pobyt w jakże odległej Panamie.
Panama jest krajem leżącym w strefie podzwrotnikowej, przez co występują tam dwie pory roku: sucha oraz deszczowa. Dlatego organizatorzy odeszli od tradycyjnego terminu spotkań przypadającego na przełom lipca i sierpnia, kiedy przypada pora deszczowa, i zdecydowali się na styczeń, czyli na porę raczej suchą. Tym sposobem 34. Światowe Dni Młodzieży odbywały się w dniach 22 - 27 stycznia 2019 roku. Hasłem przewodnim spotkania był cytat: "Oto ja, służebnica Pańska. Niech mi się stanie według słowa Twego". Był to też tytuł hymnu spotkania.
Logo spotkania przedstawiało zarys słynnego Kanału Panamskiego na tle granic kraju, krzyż pielgrzymi, a także zarys postaci Maryi z 5-ma gwiazdami nad Jej głową, a wszystko to ujęte w kształt serca.
Spotkaniu patronowali również święci i błogosławieni, którzy mogą być inspiracją i natchnieniem dla młodych pielgrzymów. Organizatorzy na takich inspiratorów wybrali: świętych: Jose Sancheza del Rio, Juana Diego, Oskara Romero, Jana Bosko, Jana Pawła II, Marcina de Porresa oraz Różę z Limy, a także błogosławioną siostrę Marię Romero Meneses. Z kolei centralne uroczystości odbywały się na Kampusie św. Marii oraz Kampusie św. Jana Pawła II.
Dla mnie były to jak dotąd jedyne Światowe Dni Młodzieży, na które przybyłam jako zwykły pielgrzym, a nie pielgrzym-wolontariusz. Do aplikowania na wolontariat zabrakło mi odwagi, tak samo jak na udanie się do proboszcza po pieczątkę na liście polecającym. Myślicie, że by się ucieszył? Że dałby mi tą pieczątkę bez mruczenia pod nosem? Wątpliwe. Niemniej, podróżowanie z grupą z diecezji miało swoje plusy, a najbardziej wymierną wartością dodaną była moja obecność na ślubie poznanych tam przyjaciół: S. i O.
Po tygodniu spędzonym w diecezji Chitre udaliśmy się busem do Panamy, gdzie odbywały się centralne uroczystości. Zakwaterowawszy się u rodzin goszczących czekaliśmy na Mszę inaugurującą kolejne już Światowe Dni Młodzieży. A miała ona miejsce we wtorek, 22 stycznia. Podekscytowani szliśmy na znajdujący się w środku miasta Kampus. Pamiętam dokładnie tą plątaninę mostów i wiaduktów, którą musieliśmy po drodze pokonać. Ale udało się. W czasie homilii arcybiskup Panamy przypominał nam, czym tak właściwie jest świętość: "Być świętym, drodzy młodzi, to nie jest mit, to rzeczywistość. To dlatego przyszliśmy tutaj w pielgrzymce – aby być świętymi, aby być świadkami życia jak nimi byli patronowie ŚDM w Panamie – Marcin de Porres, Róża z Limy, Juan Diego, José Sánchez del Río, Jan Bosko, siostra Maria Romero Meneses, Jan Paweł II i przede wszystkim Oscar Arnulfo Romero”. Bo świętym może zostać każdy z nas, jeżeli tylko żyje w zgodzie i w przyjaźni z Bogiem".
Środa, jednodniowa przerwa w centralnych wydarzeniach, to dzień w którym można było wysłuchać katechez głoszonych przez polskich biskupów w jednym z kilku kościołów w mieście. Po południu można było trochę pozwiedzać miasto, natomiast wieczorem na nabrzeżu miała miejsce Msza święta dla pielgrzymów z Polski przy legendarnym już żaglowcu "Dar Młodzieży", a następnie wszyscy bawiliśmy się w najlepsze przy rytmach "Siewców Lednicy".
Czwartkowe spotkanie z papieżem, będące zarazem jego powitaniem z przybyłą młodzieżą, zaplanowano na popołudnie. Do tego czasu można było skorzystać z bogatej oferty różnych atrakcji przygotowanych przez organizatorów. Ale i tak chyba każdy wyczekiwał tej chwili, kiedy główny gospodarz spotkania pojawi się wśród nas. Nastąpiło to około godziny 17:00, kiedy papamobile okrążało sporych rozmiarów plac, na którym znajdowała się młodzież całego świata. Następnie miało miejsce oficjalne powitanie Franciszka, część artystyczna, m.in. przedstawiająca kraje, z których przybyli pielgrzymi. Osobiście "uderzyło" we mnie wykonanie mojego ukochanego "Emmanuela" w rytmach charakterystycznych dla danego kontynentu. To było coś niezwykłego. Tak samo jak morze tych wszystkich flag. Może i jestem dziwna, ale wzruszają mnie takie momenty. W wyobraźni miałam obraz Światowych Dni Młodzieży w 1995 roku, kiedy tancerze wykonali dla Jana Pawła II lokalny taniec. To musiało być równie niezwykłe, chociaż tamto wydarzenie znam tylko z relacji z drugiej ręki. Aż w końcu przyszła chwila na słowo powitania wypowiedziane przez samego papieża. Podziwiał w nim wszystkich tych, którzy podjęli ten wysiłek, aby dostać się do Panamy: "Wiem, że dotarcie tutaj nie było łatwe. Wiem, jaki wysiłek, jakie wyrzeczenia podjęliście, aby uczestniczyć w tym dniu. Wiele dni pracy i poświęcenia, spotkań refleksji i modlitwy, których nagrodą jest w dużej mierze sama droga. Uczeń to nie tylko ten, który przychodzi na miejsce, ale który zaczyna od decyzji, który nie boi się zaryzykować i wyruszyć w drogę". Tak jakoś z automatu przypomniało mi się, co odpowiedział, kiedy zapytano się go w Krakowie: "Nie wiem, czy ja będę, ale będzie na pewno Piotr naszych czasów". A jednak przybył. I przewodniczył całemu wydarzeniu.
Nadszedł piątek, a wraz z nim tradycyjna popołudniowa Droga Krzyżowa, która ponownie odbywała  się na Kampusie Maryi. W słowie skierowanym do młodych Franciszek rzekł: "Droga Jezusa na Kalwarię jest drogą cierpienia i samotności, która wciąż trwa w naszych czasach. Idzie On i cierpi w wielu obliczach, które cierpią z powodu zadowolonej i znieczulającej obojętności naszego społeczeństwa, społeczeństwa, które konsumuje i które zużywa się, które ignoruje innych i ignoruje siebie w cierpieniu swoich braci [...] Również my, Twoi przyjaciele, Panie, ulegamy apatii i marazmowi. Niejednokrotnie pokonał nas i sparaliżował konformizm. Trudno było rozpoznać Ciebie w cierpiącym bracie: odwracaliśmy wzrok, by nie widzieć; chroniliśmy się w hałasie, by nie słyszeć; zakryliśmy usta, żeby nie krzyczeć". 
Przykładem poprzednich Światowych Dni Młodzieży, także i teraz w nocy z soboty na niedzielę odbywało się czuwanie poprzedzające Mszę Posłania, kończącą wydarzenie. Odbywało się ono na położonym za miastem Kampusie Jana Pawła II. Aby się na niego dostać, podobnie jak w Krakowie, trzeba było przejść kilka kilometrów. Z drugiej strony, już z daleka widać było okazały ołtarz, a każdy krok coraz bardziej przybliżał nas do celu. Na miejscu wolontariusze kierowali nas do odpowiednich sektorów, w których oczekiwaliśmy na przybycie Franciszka. Ponieważ spotkanie rozpoczynało się o 20.00, w przypadku wielu pielgrzymów oznaczało to czekanie nawet przez cały dzień. Ale chyba opłacało się. Stałym zwyczajem papież przejechał między sektorami, po czym udał się na ołtarz. Ponownie na początku wysłuchaliśmy kilka świadectw młodych ludzi borykających się z różnymi problemami wynikającymi z realiów świata, w jakim przyszło im żyć. Świadectwa te były przeplatane pantomimami, które je obrazowały. W homilii adresowanej do zgromadzonego tłumu papież powiedział: "Za chwilę spotkamy Jezusa, Jezusa żywego w Eucharystii. Z pewnością będziecie mieli Mu wiele do powiedzenia, wiele do opowiedzenia o różnych sytuacjach w waszym życiu, waszych rodzinach i krajach. Stając przed Jezusem twarzą w twarz, bądźcie odważni, nie bójcie się otworzyć przed Nim swego serca, by odnowił On ogień swojej miłości, aby pobudził was do przyjęcia życia ze wszystkimi jego kruchościami i małościami, ale również z całą jego wspaniałością i pięknem. Niech Jezus wam pomoże odkryć piękno, że żyjemy i jesteśmy przebudzeni, żywi i przebudzeni. Nie bójcie się powiedzieć Jezusowi, że także i wy chcecie wziąć udział w Jego historii miłości w świecie, że jesteście gotowi na coś więcej! (...) Przyjaciele: proszę was, abyście w tym spotkaniu twarzą w twarz z Jezusem byli dobrzy i pomodlili się także za mnie, abym i ja nie bał się przyjąć życia, bym potrafił strzec korzeni i mówił jak Maryja: >>Niech mi się stanie według Twego słowa!<<". Czuwanie zwieńczyła adoracja, podczas której tysiące młodych serc przedstawiało Bogu intencje, z którymi przybyli.
W niedzielny poranek mieliśmy dosyć oryginalna pobudkę w latynowskich rytmach. Cóż, przynajmniej było ciekawie. Potem musieliśmy już tylko czekać na przybycie papieża Franciszka na miejsce spotkania. A to nastąpiło niedługo przed godziną 9., kiedy przez środek głównej alei przejechało papamobile z papieżem w środku, który błogosławił zgromadzonemu tłumowi młodych ludzi. To podczas niej usłyszeliśmy, że „Pan i jego misja nie są «międzyczasem» w naszym życiu i czymś ulotnym: są naszym życiem" oraz, że nie jesteśmy "jutrem", ale "Bożym dzisiaj". Tak mi naszła na myśl jedna ze zwrotek Hymnu Światowych Dni Młodzieży w Rzymie w 2000 roku: "Nie czekaj jutra, dziś jest darem, przyjmij to z zapałem". Na koniec ogłoszono termin i miejsce kolejnego spotkania młodych - Lizbona 2022 rok. Jak zwykle wybuchnął entuzjazm, a wielu z nas zaczęło już obliczać dni do tego wydarzenia.

poniedziałek, 21 lipca 2025

2236. W centrum Bożego Miłosierdzia

Kiedy zbliżały się Światowe Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 roku, zabrałam moich ówczesnych czytelników w wirtualną podróż w czasie poprzez kolejne edycje tego niezwykłego spotkania młodych osób z całego świata pod wodzą papieża. Większość z tamtych wpisów oparłam na książce "Młodym być" Pawła Zuchniewicza, który w rewelacyjny sposób opisał spotkania Jana Pawła II z młodymi ludźmi. Pozostałe spotkania, aż do 2013 roku, kiedy odbyły się Światowe Dni Młodzieży odbywały się w Rio de Janeiro, opisywałam na podstawie różnych materiałów dostępnych w sieci. 
31. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie były tymi pierwszymi, w których miałam okazję brać czynny udział, i to od razu w roli wolontariusza na dwóch poziomach przygotowania - parafialnym i centralnym. Kiedy trzy lata wcześniej papież ogłaszał miejsce spotkania w 2016 roku, wiedziałam, że wezmę w nich udział. Ale nigdy bym nie przypuszczała, że w takim charakterze. To było drugie zaskoczenie, tuż po ogłoszeniu samego miejsca spotkania. Chociaż z drugiej strony, Kraków to całkiem ciekawe miasto pełne zabytków i świętych, a więc - dlaczego nie.
31. spotkanie młodych całego świata z papieżem Franciszkiem odbyło się od 26 do 31 lipca. Jako hasło wybrano jedno z ewangelicznych błogosławieństw - "Błogosławieni miłosierny, albowiem oni miłosierdzia dostąpią". Było ono trafione w punkt, ponieważ Kraków nazywany jest "Stolicą Bożego Miłosierdzia" - to stąd święta Faustyna Kowalska przekazała światu prawdę o Bożym Miłosierdziu. Do hasła został skomponowany hymn oparty na Psalmie 121 "Błogosławieni miłosierni".
Logo spotkania prezentowało krzyż wpisany w kontury Polski - to nawiązanie do jej chrześcijańskiego dziedzictwa. Nie możemy bowiem zapominać, że w 2016 roku w Polsce obchodziliśmy także 1050 rocznicę przyjęcia przez kraj chrztu. Z ramion krzyża wypływają dwie wstążki - czerwona i niebieska. To odzwierciedlenie dwóch promieni wypływających z serca Pana Jezusa na obrazie Jezusa Miłosiernego. Wstążki te obejmują kółko, którym zaznaczono Kraków, czyli miejsce spotkania.
Tydzień wcześniej niemal wszystkie diecezje w naszym kraju gościły przybyszów z różnych zakątków świata, pokazując im tym samym najpiękniejsze i godne uwagi miejsca. Przykładowo moja diecezja zaproponowała wycieczki do Częstochowy oraz Obozu Koncentracyjnego w Oświęcimiu. Oprócz tego był tzw. Dzień dekanalny, podczas którego świętowaliśmy całym dekanatem w lokalnym parku oraz dzień parafialny. Włączałam się we wszystko na ile mogłam, pomiędzy zabiegami rehabilitacyjnymi, a szkoleniami przed centralnymi wydarzeniami, na które musiałam dojechać busami do Krakowa (to jedna z tych goryczy, które czuję, kiedy słyszę, że za mało udzielam się w parafii).
W poniedziałek, 25 lipca, do Krakowa oraz okolic zaczęli napływać pielgrzymi. Nasza diecezja miała bazę w niedalekich Jerzmanowicach. Tam przygotowywali się na spotkanie z papieżem np. poprzez konferencje i spotkania z ciekawymi ludźmi. Ja jednak, jako wolontariusz centralny, zakwaterowana byłam w Krakowie. Dzięki temu mogłam jak na dłoni widzieć to, co się działo w samym sercu wydarzeń. Te tłumy ludzi, tą radość na ich twarzach. I wyjątkowe grafiki zdobiące miasto, skonstruowane przez przedwcześnie zmarłego Maćka Cieślę.
We wtorkowe popołudnie uroczystą Mszą świętą sprawowaną na krakowskich Błoniach, chociaż jeszcze bez papieża Franciszka, zaingurowano centralne uroczystości. Eucharystii przewodniczył ówczesny kardynał krakowski Stanisław Dziwisz, a koncelebrowali ją kapłani z różnych kontynentów. W homilii kardynał prosił młodych: "Niech płomień miłości ogarnie nasz świat, by umacniała się cywilizacja dobra, pojednania i pokoju; dzielmy się naszą wiarą, naszymi doświadczeniami, naszymi nadziejami. Z czym wrócimy? Lepiej nie uprzedzać odpowiedzi na to pytanie. Ale podejmijmy wyzwanie". Z perspektywy czasu ważnym dla mnie momentem było zaniesienie przez przedstawicieli Towarzystwa Ciemnych Typów obrazu z błogosławionym Pier Giorgiem Frassatim. Osobiście nie mogłam jednak być na tej Mszy, ponieważ jako wolontariusz miałam posługę w innym miejscu. Od wtorku do piątku trwały bowiem dodatkowe wydarzenia dla pielgrzymów, na których też potrzebowano ludzi do pomocy. Dlatego obejrzałam transmisję z tego wydarzenia dopiero po powrocie do domu.
Środa była dniem, w którym była przerwa w centralnych głównych wydarzeniach. Nie oznacza to, że w Krakowie zamarło życie, wręcz przeciwnie. Były turnieje sportowe, koncerty, wystawy, prelekcje i wykłady, przewodnicy oprowadzali po mieście, a kapłani głosili katechezy w różnych językach świata. Pamiętam, że na AGH, gdzie byłam przydzielona, były wykłady i dyskusje na temat encykliki papieża Franciszka "Laudato Si". Tak naprawdę życie w mieście zamarło tylko na moment - tego dnia Franciszek przyleciał do Polski i z lotniska na Balicach przejechał do zamku na Wawelu na spotkanie z władzami kraju oraz Konferencją Episkopatu Polski, pozdrawiając zgromadzonych przy drodze wiernych i przypadkowych ludzi. Tego dnia kończyłam służbę dosyć późno, miałam jednak nadzieję, że uda mi się zdążyć na spotkanie z papieżem pod oknem na Franciszkańskiej. Nie udało. Ale wiem, że w kilku słowach wspominał o Maćku Cieśli, czym wzruszył niejednego człowieka.
Na czwartkowe popołudnie zaplanowane było powitanie papieża Franciszka z młodzieżą na krakowskich Błoniach. Jednak zanim to się stało, to większość wolontariuszy udała się do przydzielonych im zadań. Sam papież pojechał na Jasną Górę, gdzie przewodniczył Mszy świętej z okazji 1050 rocznicy Chrztu Polski. Wiele osób w Krakowie było na bieżąco z tym, co się dzieje w Częstochowie i dzieliło się tym z innymi (w tym ze mną). Przyznam, że im bliżej było tego spotkania, tym większą czułam ekscytację. I naprawdę nie mogłam się doczekać tego, aż papież w końcu dotrze na krakowskie Błonia i skieruje do na swoje słowa. A docierał w dosyć nietypowy sposób, bo tramwajem i z niepełnosprawnymi ludźmi.
To zdjęcie nabrało dla mnie wyjątkowej mocy - Marta, niepełnosprawna poetka z Krzeszowic, która z powodu niepełnosprawności pisała swoje piękne wiersze malutkim palcem u lewej dłoni (spróbujcie tak napisać na komputerze chociaż jedno zdanie, jedno słowo), a na studiach była prymuską i całujący ją czule papież. Oboje już po tamtej stronie życia...
Kiedy w końcu papamobile zaczęło objeżdżać sektory wokół Błoni, emocje sięgnęły zenitu. Zwłaszcza w momencie, kiedy Franciszek był na wyciągnięcie ręki. Potem wszystko jakoś toczyło się dalej. Dźwięki hymnu "Błogosławieni miłosierni" oficjalnie powitały najważniejszego pielgrzyma, tak samo jak kardynał Stanisław Dziwisz, gospodarz miejsca. Jak żywe przed oczyma mam sceny z przemarszu przedstawicieli różnych krajów z ich flagami oraz podawanie sobie Ewangelii przez młodych żyjących na przestrzeni wieków w różnych częściach świata (św. Agnieszka Rzymska, święta Jadwiga królowa, św. Dominik Savio, św. Kizito, św. Teresa od Dzieciątka Jezus, błogosławiony Pier Giorgio Frassati, św. Maria Goretti, bł. Jose Sanchez del Rio oraz błogosławieni Zbigniew Strzałkowski i Michał Tomaszek). A także słowa Franciszka, te na które tak bardzo czekaliśmy. To z tamtego przemówienia do codziennego języka weszły takie zwroty, jak: "młodzi emeryci", "miłosierdzie ma zawsze młode oblicze", czy też "serca otwarte na marzenia".
W piątkowe popołudnie odbyła się Droga Krzyżowa pod przewodnictwem papieża Franciszka. Dla mnie był to też ostatni dzień posługi wolontariackiej podczas przypisanego mi przez "górę" zadania. Sobota oraz niedziela była dla mnie wolna, dzięki czemu mogłam bez przeszkód iść na Pole Miłosierdzia. Rano Ojciec Święty udał się do liceum sióstr prezentek oraz, dosyć niespodziewanie dla wszystkich, do Szpitala Uniwersyteckiego, gdzie od tygodni przebywał w śpiączce kardynał Franciszek Macharski. Można powiedzieć, że zdążył w ostatniej chwili - kardynał kilka dni później zmarł. Następnie udał się do Oświęcimia, a po powrocie pojechał na spotkanie z młodymi pacjentami Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu. Zgodnie z programem po godzinie 17:00 papież ponownie spotkał się z przybyłą do Krakowa młodzieżą, aby wspólnie modlić się i przeżywać kolejne stacje Drogi Krzyżowej, które wyszły spod pióra biskupa Grzegorza Rysia. Czy ktoś jeszcze pamięta, że w tamtym czasie był on biskupem pomocniczym archidiecezji krakowskiej? Tym razem Franciszek niestety nie jeździł między sektorami, a pojechał prosto pod specjalnie zbudowany na tą okazję ołtarz, z którego przewodniczył nabożeństwu. Pomimo upływu lat, bardzo dobrze pamiętam to skupienie na twarzy zgromadzonych ludzi, wsłuchujących się w treść rozważań. A rozważania, jak przystało na Rok Bożego Miłosierdzia, dotyczyły uczynków miłosierdzia względem duszy i ciała. Mądre, życiowe teksty trafiające w sam punkt i w serce młodzieży. Do owych czternastu uczynków miłosierdzia nawiązał papież podczas przemówienia na zakończenie nabożeństwa. Potem udało mi się iść pod okno na ulicy Franciszkańskiej. Co prawda niewiele widziałam i jeszcze mniej rozumiałam, ale za to poczułam tą niesamowitą atmosferę, która roztaczała się dookoła.
Kulminacyjnym punktem spotkania młodych całego świata było czuwanie z soboty na niedzielę na Polu Miłosierdzia, usytuowanym kilka kilometrów za Krakowem. Chętnych chcących w nim uczestniczyć czekał dosyć długi marsz w dość wysokiej temperaturze. Z drugiej strony mieli na to cały dzień, więc mogli spokojnie dotrzeć na miejsce. Czuwanie rozpoczęło się o godzinie 20:00 od przybycia papieża na kampus i symbolicznego przejścia Franciszka z przedstawicielami młodzieży przez Bramę Miłosierdzia.
Następnie wysłuchaliśmy świadectw młodych osób o tym, jak Bóg i Jezus wpłynęli na ich życie. Niektóre z nich były radosne, a od innych ciarki przechodziły po plecach. Pewnym podsumowaniem ich wypowiedzi było wystąpienie papieża. Kojarzycie motyw z tym, aby wstać z wygodnej kanapy, założyć wygodne buty i iść zmieniać świat? To właśnie z tamtego wieczoru i tamtego przemówienia. Dzień został zwieńczony koncertem "Wierzę w Boże miłosierdzie", na którym wystąpiło wiele polskich i zagranicznych gwiazd.
Niedziela 31 sierpnia to był ostatni dzień oficjalnych obchodów 31. Światowych Dni Młodzieży. Rano tradycyjnie odbyła się Msza Posłania, po południu - spotkanie z wolontariuszami. Wbrew pozorom noc spędzona na świeżym powietrzu nie była taka zła. Przed rozpoczęciem Mszy, na polecenie koordynatorów, chodziliśmy po sektorach i prosiliśmy pielgrzymów, aby powoli składali swoje namioty. Papież przybył na Pole Miłosierdzia tuż przed Mszą. Z niecierpliwością czekałam na jedne z ostatnich słów Franciszka skierowanych do młodych podczas kazania. Tym razem opiewały one wokół ewangelicznego Zacheusza - człowieka małego wzrostem, ale wielkiego odwagą i duchem. I takiej też odwagi życzył każdemu z nas. Na koniec papież ogłosił miejsce kolejnego spotkania - Panama w 2019 roku. Na Brzegach wybuchnął autentyczny entuzjazm. W wyśmienitych nastrojach wracaliśmy ze spotkania. I nie zniszczył ich nawet padający po drodze deszcz. Jedyne czego było mi żal to tego, że nie dotarłam na czas na spotkanie papieża z wolontariuszami na Tauron Arenie, ale w życiu nie można mieć wszystkiego, na co ma się ochotę.

niedziela, 20 lipca 2025

2235. Niepewność płynąca prosto z głębi serca

Czy powinno mnie dziwić to, że po powrocie z obozów wspólnotowych zostałam zasypana pytaniami na temat wrażeń, jakie z nich przywiozłam? Nie powinno. I nawet byłam przygotowana na nie. Bo gdyby było inaczej, to pewnie to dopiero by mnie zdziwiło. A tak po Mszy świętej szybko zdałam raport z tego, co się gdzie dzieje, żeby Ksiądz Niosący Światło miał spokojną głowę. 
Kurcze, ja wiem, że on najchętniej wciągnąłby mnie do wspólnoty, tylko nie wiem w jakim charakterze. Jej głównymi odbiorcami są osoby z niepełnosprawnością intelektualną i ich rodziny. Ja z kolei jestem w tzw. normie intelektualnej (cokolwiek to oznacza). Wierzcie mi, przez połowę podstawówki i całe gimnazjum byłam w jednej klasie z kolegami i koleżankami z upośledzeniem umysłowym (nie utworzyli oddzielnych klas sportowych) i albo ja i mnie podobni byliśmy sfrustrowani, bo przerabiany materiał był banalny, albo oni byli źli, kiedy nie rozumieli tego, co nauczyciele nam tłumaczyli. Dlatego lekcje były z reguły dostosowane do nich, przez co my dosłownie umieraliśmy na nich z nudów, a po lekcjach zostawaliśmy na zajęciach wyrównawczych, aby nadgonić materiał. Albo robiliśmy to w domu. 
No dobra, powiecie że zajęcia szkolne to coś innego. Nie mówię, że nie. Ale myślę, że zasada funkcjonowania może być podobna. Może, chociaż nie musi. Pracy w grupie liznęłam na obozie. Trochę przypominały mi te prowadzone podczas salezjańskich półkolonii. Gdyby tak wyglądały spotkania, albo ich większość, to byłoby dobrze. 
Wracając do charakteru mojego członkostwa we wspólnocie, to mogłabym być po prostu wolontariuszem (jak córka mojej kuzynki), ewentualnie animatorem. Albo prowadzić kronikę wspólnotową, ewentualnie fanpage, którego ani jedna, ani druga wspólnota nie ma. Mogłabym to zaproponować, jednak gdzieś z tyłu głowy pojawia mi się myśl - czy to czasem nie jest oznaka mojej wewnętrznej pychy i chęci bycia ponad innymi? Niby jestem tym wychowawcą na świetlicy, a kiedy trzeba to i animatorem salezjańskim i nie ma zbyt dużo skarg na mnie, niby przez lata prowadziłam parafialną kronikę i wiernym podobało mi się to co piszę, więc może to właśnie są te ewangeliczne talenty, którymi mogę się dzielić z innymi, a jednak zastanawiam się, czy to nie jest już wychodzenie ponad szereg. Wiem też, że nie otrzymam żadnej funkcji tak na wstępie. No, ale skoro na bycie animatorem salezjańskim cierpliwie czekałam przez parę lat, to i tutaj mogę spokojnie poczekać, stopniowo pokazując, co tak naprawdę potrafię, nawet jeżeli na pierwszy rzut oka tego nie widać. Poczekam tyle, ile będzie trzeba. Chyba, że wcześniej zrezygnuję z uczęszczania na spotkania wspólnot, bo np. nie znajdę na nie czasu. Tak też się może zdarzyć, jestem tylko człowiekiem, nie cyborgiem. Jednak tak sobie myślę, że lepiej zrezygnować z takiego powodu, niż np. z braku cierpliwości. Zresztą Ksiądz Niosący Światło tyle razy życzył mi cierpliwości podczas spowiedzi (jakbym jej nie miała...), że nie ma bata, aby mi jej zabrakło.
Logo całego ruchu
Tak sobie po cichu myślę, że naukę jaką wyniosę z obecności w tych wspólnotach (bo głęboko wierzę w to, że będzie ona pozytywna) przekuję w coś dobrego. Może z czasem uda się przeprowadzić z parafialną scholą podobne spotkania formacyjne, bo nigdy czegoś takiego nie mieliśmy. Raz w miesiącu to nie jest dużo (a tak właśnie funkcjonują te wspólnoty). Pewnie uzyskam negatywną odpowiedź, jak zawsze, ale pomarzyć można. A swoją drogą to jak ja mam się udzielać w parafii, skoro od wszystkiego mnie odsuwają... Dobra, czekam na zmianę proboszcza z nadzieją na lepszy czas. A takie spotkania mogłyby być w moim mieszkaniu, on nie musiałby o tym wiedzieć.
Bardziej hardgorowy pomysł też mam. Ale on to już się nie spełni. No, nie realne to jest i tyle. A może jednak...

sobota, 19 lipca 2025

2234. Dobrze mi się tam rozmyśla

Tak sobie myślę, że to moje życie to jednak jest po trochu szalone. Jeszcze na dobre nie wypoczęłam po wojażach niemalże po całej Polsce (chociaż aż tak bardzo znowu się tam nie zmęczyłam, nie myślcie sobie), a już nogi gnały mnie do dalszej wędrówki. Wolne miałam do końca tygodnia, szkoda było nie skorzystać i siedzieć w domu. Chociaż nie powiem, w domu też miałam co robić, np. ubrania same się nie wypiorą ani nie wyprasują, a jeszcze chwila a Puśka dostanie kociej choroby sierocej. A jednak nie mogłam usiedzieć w miejscu i musiałam ruszyć w kolejną drogę.
Chciałoby się powiedzieć, że ruszyłam w drogę w nieznane. Ale nie, tym razem pojechałam w miejsce i na wydarzenie, które są mi znane i w zasadzie gdzie lubię wracać. Chociaż samo dostanie się w tamto miejsce jest niemałym wyzwaniem, ale za każdym razem kiedy udaje mi się tam dotrzeć czuję niesamowite szczęście i taki jakby wewnętrzny pokój. Musiałam też przemyśleć kilka spraw, a jakież to okoliczności mogą bardziej sprzyjać, niż te wśród szumu koron drzew. Z drugiej strony, zawsze kiedy podczas drogi krzyżowej zaszumi drzewo zastanawia mnie, czy taki dźwięk mógł być ostatnim, jaki słyszała błogosławiona Karolina Kózkówna.
Poranny pociąg do Przemyśla wypełniony był po brzegi podróżującymi nim osobami. Szybko napisałam do Księdza Niosącego Światło, że wpadnę do niego z relacją z obozów, na których byłam, dopiero na drugi dzień, i zatopiłam się w lekturze "Heretyka" Carla Martigliego. Czasami warto przeczytać jakiś odmóżdżacz, a ta książka do takich należy. I tak byłam już przy jej końcu. Tak mnie ona wciągnęła, że nawet nie wiem, kiedy minęły mi te niecałe dwie godziny i znalazłam się na dworcu w Tarnowie. Potem wystarczyło wsiąść do busa jadącego przez Wał-Rudę i w końcu przejść ok. 4 kilometrowy odcinek, aby dotrzeć do zagrody, gdzie ponad 100 lat temu mieszkała Karolina Kózka. Niegdyś było to spokojne obejście na skraju wioski, dzisiaj to tętniące życiem miejsce, gdzie każdego 18-stego dnia miesiąca odprawiane jest nabożeństwo Drogi Krzyżowej ku czci błogosławionej Karoliny. Tak było i tym razem, a piękna pogoda zapowiadała, że przybędzie na nie dość dużo osób. I tak też było, bo co jakiś czas mijały mnie autokary wypełnione ludźmi.
W zasadzie już z daleka wypatrzyłam przy samochodzie Basię z 5 pór roku. No, ale do niej nie podeszłam, bo był z nią Maks ze Świata z mojej perspektywy. Nie chciałam im przeszkadzać i szybko wtopiłam się w tłum ludzi. Za to w pewnym momencie spotkałam kuzynkę Basi (którą bardzo lubię) i tak razem już razem przemierzałyśmy kolejne stacje Drogi Krzyżowej wsłuchując się w rozważania dotyczące kolejnych ran, jakie może zadać nam życie i inne osoby. Tych niewidocznych ran, które jednak chyba najbardziej bolą. Ale może świadomość, że ktoś może przeżywać to samo może jakoś pomóc w uporaniu się z tym bólem. 
Dzięki kuzynce Basi udało mi się na chwilkę spotkać z Basią i jej mężem. Chyba nawet się ucieszyła z mojej obecności (mój Boże, ktoś się cieszy, że jestem...). Ale nie chciałam też robić z siebie bohatera, którym nie jestem. Z Wał-Rudy wyjechałam z takim jakimś pokojem w sercu. I z nadzieją, że wszystko jakoś ułoży, mimo ran zadawanych przez otaczającą mnie rzeczywistość. I że jeszcze będzie dobrze pomimo tego, jak ja będę odbierać otaczający mnie świat. No bo w końcu w życiu musi być czas i na dobre chwile i na te złe.

piątek, 18 lipca 2025

2233. Od Sanu po Zieloną Górę

Tak się zapierałam przed Księdzem Niosącym Światło, że nie pojadę na żaden obóz wspólnotowy Wiary i Światło, że ostatecznie pojechałam na dwa. Co prawda jako wizytator w zastępstwie kapłana i tylko na kilka dni, ale zawsze. Trzeba uczciwie przyznać, że przez ostatnie tygodnie nie drążył już tego tematu i myślałam, że go odpuścił. Aż pewnego dnia poprosił, abym została chwilę po Mszy. Spraw to  on mógł mieć do mnie multum, toteż naprawdę nie wiedziałam o co może mnie zagadać. Ale na pewno nie obstawiałam, że o wyjazd wspólnotowy.
Teoretycznie to on powinien na nie jechać i je zwizytować, ale czuł się na tyle źle, że nie był w stanie tego zrobić. Musiałby jechać pociągiem przez pół Polski, co też przy aktualnych temperaturach jest uciążliwe dla zupełnie zdrowych ludzi. Wie, że jest na to za słaby. Myślę, że to ważne, że ma tego świadomość, bo dzięki temu może powiedzieć, co jest w stanie jeszcze zrobić, a co już nie. I ewentualnie to drugie zlecić innym. Na trzy obozy wysłał koordynatorkę prowincji. Pozostały mu dwa, mniej więcej w tym samym czasie. Pomyślał o mnie. A ja nie miałam serca mu odmówić. Nie teraz. Teraz nie mógł zaprzątać sobie tym głowy. Udało mi się wziąć wolne w pracy, kosztem całych dni w przyszłym tygodniu w niej spędzonych. Coś za coś. Przed wyjazdem życzyłam jeszcze księdzu dużo sił i cierpliwości na czekającą go rehabilitację, którą zaczynał od poniedziałku.
Najpierw pojechałam do znajdującego się nad Sanem ośrodka, gdzie wypoczywała jedna z grup. Nie będę Wam opowiadać, jak wyglądała moja tam podróż, trzymajmy się wersji, że bezproblemowo (tja, bardzo trzymajmy się tej wersji, jeszcze bardziej "polubiłam" komunikację podmiejską). Sama wspólnota jest jedną z tych docelowych, w których chciałabym działać. Co ciekawe, nie zdradziłam się jeszcze z tym księdzu, więc raczej o tym nie wie. W każdym razie spędziłam z nimi pierwsze trzy dni, podczas których przypatrywałam się metodom ich pracy, współprowadziłam spotkania, ale także w ich sama brałam udział, asystowałam podczas codziennych spacerów po okolicy, grałam w gry planszowe z uczestnikami spotkania oraz rozmawiałam z nimi i z opiekunami, uczestniczyłam też w Eucharystii, która była centralnym i najważniejszym punktem każdego dnia. Trochę poznałam ich od wewnątrz i polubiłam. I chyba ze wzajemnością. Wyciągnęłam też kilka metod pracy, które mogłabym i chciałabym wykorzystać podczas zajęć z dziećmi czy to na świetlicy, czy w Oratorium, czy nawet z bierzmowanymi. Żałuję, że nie mogłam podskoczyć w Bieszczady i odwiedzić ich po 25 latach, ale w życiu nie można mieć wszystkiego. Trzeba w nim iść na pewne ustępstwa. Może kiedy indziej mi się to uda. Wiem, jak tam dojechać, więc nie jest źle.
W nocy z poniedziałku na wtorek przemieściłam się pociągiem z zupełnego wschodu naszego kraju na jego zachód, w okolice Zielonej Góry. Myślcie co chcecie, taka pora jest najlepsza na tego typu podróże. Stosunkowo mało ludzi, nie ma gorąca i można się kimnąć. Chociaż zanim się zdrzemnęłam, to jeszcze porobiłam notatki z wyjazdu, aby mieć co przedstawić księdzu. Kiedy dotarłam wczesnym rankiem do Zielonej Góry, na miejscu czekał już na mnie jeden z opiekunów, Jakub, który dowiózł mnie na miejsce obozowiska. Sporo jego uczestników pamiętało mnie z majowej pielgrzymki całej pielgrzymki do Rychwałdu, na której pojawiłam się dosyć niespodziewanie. Nawet dla samego księdza. I to właściwie wtedy miałam z nimi pierwszy raz styczność. To druga wspólnota, do której mogłabym przynależeć i z moich rozmów z Księdzem Niosącym Światło wynika, że i on tego by chciał. Jak Bóg da siły i zdyscyplinowanie, to może uda mi się pogodzić obydwie wspólnoty. Na razie jednak o tym nie myślę, bo jeszcze mam ciut czasu. Tutaj też głównie obserwowałam zajęcia w grupie i jej funkcjonowanie. Dużo też rozmawiałam, zwłaszcza z koordynatorkami grupy, które wyjaśniły mi pewne wątpliwości, których nie brakowało. Wiele radości dała wszystkim wyprawa nad jezioro. I choć zupełnie nie byłam na to przygotowana, bo nie wzięłam stroju kąpielowego, to i tak finalnie wylądowałam w wodzie w tym, co miałam na sobie. Robiliśmy też kartki z wakacji, które miały być wysłane do innych wspólnot.
Tamtejszy pomost nad jeziorem okazał się być idealnym miejscem nie tylko do porannego i wieczornego odmawiania brewiarza, ale i rozmyślań. Sprzyjała ku temu nie tylko pogoda, ale i cisza połączona z niewielką liczbą ludzi. Kilka razy polały mi się łzy, kiedy uświadomiłam sobie, jak bardzo Ksiądz Niosący Światło jest lubiany i szanowany w tych wspólnotach. Przecież i w jednej i w drugiej szczegółowo o niego wypytywali. Czasem sama nie wiedziałam, co mam im odpowiedzieć. Ale to chyba taki typ osobowości - szczerze uśmiechnięty, nawet jeżeli jest źle, z uwagą słuchający każdego, z pokorą znoszący wszystko, nawet nieprzyjemne docinki innych i medyczne, czy też pielęgnacyjne, zabiegi. Widziałam, jak niektóre niezbędne czynności były dla niego trudne, a jednak musiał się na nie godzić. Zwłaszcza, gdy bez siły leżał w łóżku. Nigdy nie słyszałam, aby marudził albo narzekał, czy też pytał Boga: dlaczego ja. Nawet teraz, kiedy jest już bardzo źle. Dbający o swoją godność i o dobre relacje z Bogiem i z drugim człowiekiem. Nie poddający się tak łatwo, traktujący każdego z szacunkiem, wierzący w Boga i w ludzi. To były wspaniałe dwa lata budujące naszą szczerą relację na nieskazitelnym gruncie. Osobiście nigdy nie pomyślałam o nim inaczej niż "ksiądz". Ale i on nie dał mi ku temu powodów, nawet kiedy obejmował mnie ramieniem, czy wręcz przytulał. To nie był ten rodzaj gestów, w których człowiek mógłby się doszukiwać drugiego dna, czy też czegoś więcej, jakiejś głębszej relacji. To raczej były przyjacielskie gesty. Mam też wrażenie, że włączał mnie w różne akcje po to, aby zbudować we mnie pewność siebie, pokazać mi, jak wiele potrafię. I jakoś będę musiała nieść te zasoby dalej, kiedy jego już nie będzie.

sobota, 12 lipca 2025

2232. O zapas manny trzeba się zatroszczyć tylko na jeden dzień

Powyższy cytat usłyszałam całkiem niedawno w wieczornej audycji w Radiu EM, o którym pisałam Wam w jednym z ostatnich wpisów. Jakoś tak do mnie on przemówił, zapadł w pamięć i w serce. 
Izraelici wędrujący przez pustynię otrzymywali każdego dnia mannę z nieba, która miała osiadać na trawie niczym rosa. Bóg zsyłał jej tyle, aby starczyło im jej na jeden dzień (wyjątek stanowił dzień poprzedzający szabat - wtedy otrzymywali jej zapas na dwa dni). Jeżeli nie spożyli jej w ciągu danego dnia, nazajutrz była już niezdatna do spożycia i trzeba ją było wyrzucić.
Często planujemy przyszłość, nawet tą bardzo odległą, a zapominamy o teraźniejszości. Tymczasem żyjemy tu i teraz, tu i teraz możemy czynić dobro na tej Ziemi. A czymże tak właściwie jest dobro? To nieczynienie zła nikomu i niczemu myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Dbanie o siebie, o innych, o zwierzęta, o przyrodę. Wywoływanie uśmiechu u drugiego człowieka. Nie myśl za dużo o tym, co będzie jutro - Bóg zatroszczy się o Twoje jutro, tak jak troszczy się o każdy dzień ludzkiego życia.
Czy to jednak oznacza, że mamy nic nie planować? Nie, plany są ważne, pomagają obrać cel naszego życia. Przecież nawet marzenia, które niejednokrotnie poprzedzają plany, są darem od samego Boga. Po coś one zostały nam one dane. Ale nie może być tak, że przekreślają nam one dzień dzisiejszy. Bo to głównie nim powinniśmy żyć i w nim działać. To w teraźniejszości toczy się głównie nasze życie.
I jeszcze jedna myśl z tej samej audycji: Nie martw się zmartwieniami tego świata, ale umacniaj je nadzieją. Nadzieja - słowo, które w ostatnim czasie słyszę bardzo często. Wszak każdy z nas powinien być takim pielgrzymem nadziei. Nie tylko nią żyć, ale i zanosić ją innym. A kiedyż mamy to robić, jeżeli nie w rzeczywistym czasie? Kiedy mamy ją podarować tym, co jej potrzebuje.
Tak oto teraźniejszość przeplata się z przyszłością. Jednak świadomość, że "o zapas manny trzeba się zatroszczyć tylko na jeden dzień" uświadamia mi, że o życie wieczne również troszczymy się tu i teraz.

piątek, 11 lipca 2025

2231. Jan Bosko XXI wieku

Jakiś czas temu pisałam o nawiązaniu na nowo znajomości, czy też jej odnowieniu, z jednym z moich ulubionych księży posługujących w mojej parafii - księdzem Wojtkiem. Niegdyś opiekunem naszego Oratorium, który tych 15 lat temu uwierzył w małego, kalekiego, ciągle pozostającego w tyle za całym peletonem, nie zawsze potrafiącego się wysłowić Lolka i jak gdyby nigdy nic ustanowił go animatorem, na równi z pełnosprawnymi członkami wspólnoty. Dla innych to nic, dla mnie bardzo dużo. Z późniejszymi kapłanami posługującymi w parafii miałam raczej neutralne stosunki. Kolejni opiekunowie Oratorium, słysząc że jestem animatorem, dopuszczali mnie do posługiwania w nim, nawet kiedy nie do końca wierzyli w to, że mogę. No, ale inni animatorzy wstawiali się za mną, więc było ok. No, może większą "miłością" darzyłam opiekuna scholi, księdza Franklina, no ale do reszty miałam życzliwy stosunek, życząc im jak najlepiej.
W 2016 roku, tuż po Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie, mieliśmy zmianę na stanowisku proboszcza. Po trzech latach odszedł ksiądz Grigorii, a w jego miejsce przyszedł młodziutki, zaledwie 43 letni ksiądz Jan. Kogoś mogłoby dziwić, że tak młody kapłan został powołany na proboszcza. Tymczasem na swojej poprzedniej placówce też piastował ten urząd, który został mu powierzony w wieku 37 lat i w 8 roku kapłaństwa. Nieźle, co?
Powitanie i zaprzysiężenie księdza Jana
Już podczas swojego pierwszego expose powiadomił w żartach parafian, że mama ich miała czwórkę - dwie siostry założyły rodziny, a on z bratem bliźniakiem, obecnym zresztą na zaprzysiężeniu, wybrali życie zakonne - jeden jako salezjanin, a drugi w zakonie jezuickim. Nie będę ukrywała, ze od początku ujął mnie swoją szczerością, bezpośredniością oraz uśmiechem.
Był z nami zaledwie rok, ale swoją postawą pokazywał, że zakon który wybrał to naprawdę jego powołanie. Widać było, że lubi pracę z dziećmi chociażby w zaangażowaniu i pomocy w prowadzeniu sobotnich zajęć oraz półkolonii. Raz nawet mnie zastępował, kiedy musiałam jechać do Krakowa coś zdawać na uczelni. Tak po prostu, bez publicznego "ale". Można? Można. Zresztą współtworzył też roczne plany pracy Oratorium (1. wtedy dotyczył on błogosławionej Piątki Poznańskiej, 2. Czy ktoś jeszcze je u nas pisze? - pytanie retoryczner) oraz programy półkolonii. Pamiętam też jak przyszedł do nas na wspólnotową Wigilię Oratorium i prowadził z nami normalne rozmowy, aby jeszcze lepiej poznać każdego z animatorów. Dofinansowywał nam też wyjazdy na Oratoriady i Szkoły Animatora Salezjańskiego, a także nasze wypady w góry. Wiadomo, że nie to jest najważniejsze, ale pokazuje, że życie i sprawy młodzieży były dla niego ważne.
Na zimowych półkoloniach
Wigilia
Ze scholą też żył w zgodzie. Właściwie już na początku jego kadencji obchodziliśmy uroczyście 10-cio lecie naszego istnienia. Ksiądz Jan, chociaż nie zdążył jeszcze nas poznać (to był dopiero koniec września, drugi miesiąc jego obecności u nas), odprawił dla nas Mszę świętą rocznicową. Miałam w niej zaszczyt zanieść kwiaty w procesji z darami. A potem ochoczo ustawił się z nami do pamiątkowego zdjęcia.
Patrzę na to zdjęcie i zastanawiam się, gdzie się podziali ci wszyscy ludzie. Przecież teraz w scholi śpiewa zaledwie parę osób
Przystawał też na nasze propozycje ożywienia życia parafialnego. Tu akademia z okazji rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża, tam rozważania różańcowe prowadzone przez scholę, to znowu Koncert kolęd i pastorałek, czy też rozważania Drogi Krzyżowej. Bardzo mnie cieszyło, że włączał mnie w przygotowania różnych nabożeństw poprzez napisanie do nich tekstów. Niby nic, a naprawdę czułam się członkiem wspólnoty. Przez tamten czas bardzo rozwinęłam warsztat pisarski i chyba najbardziej systematyczne prowadziłam parafialną kronikę.
Z samym księdzem Janem bardzo szybko znalazłam wspólny język. Średnio raz w tygodniu spotykaliśmy się jako zespół, aby omówić bieżące sprawy Oratorium. Ale wiadomo, że tematy rozmów spadały też na prywatne tematy. Ksiądz Jan żywo interesował się naszym prywatnym życiem, tym, jak spędzamy nasz wolny czas, jakie mamy zainteresowania. Wyrażał szczere uznanie tym, że studiuję w Krakowie i codziennie do niego dojeżdżam, że mimo wszystko byłam wolontariuszem na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. To z nim jechałam w samochodzie najpierw na święcenia kapłańskie Boskiego Oskiego do Wrocławia, a potem naszego parafianina Paula do S-ca.
Wtedy jeszcze dało się zrobić ognisko dla młodzieży z parafii
Przez rok zrobił dużo, zwłaszcza formacyjnie. Dużo miał też planów na przyszłość, m.in. chciał zrobić jakieś wycieczki dla parafii (a ja miałam mu pomóc w ich przygotowaniu), myśleliśmy o wznowieniu gazetki parafialnej, o wyjazdach dla młodzieży w góry. Przełożeni mieli jednak dla księdza Jana inne plany i odwołali go z naszej parafii. Miałam to szczęście, że mogłam go pożegnać w imieniu animatorów z Oratorium.
O księdzu Janie pamiętam w moich modlitwach oraz odmawiam w jego intencji różaniec w poniedziałek (ponieważ wniósł w moje życie wiele radości). Ostatnio jednak chciałam dowiedzieć się, co u niego słychać, tak po prostu. Z internetu dowiedziałam się, że jest proboszczem w niewielkiej parafii w diecezji lednickiej. Ma ta niewielu parafian, że jest na niej jedynym kapłanem. Za to pod jego parafię podlega kilka wsi i dwa kościoły filiowe. Z tego co wyczytałam, to w głównym ma w niedziele dwie Msze, w filiowych po jednej. W tygodniu podzielił Msze po dwie w każdym kościele. Poza tym remontuje na bieżąco świątynie, dokupuje wyposażenie, remontuje też Oratorium, organizuje dla parafian pielgrzymki dalsze i bliższe, prowadzi katechezę przed Pierwszą Komunią Świętą i bierzmowaniem, prowadzi też Krąg Biblijny oraz spotkania formacyjne dla ministrantów oraz animatorów. Jest odpowiedzialny za stronę internetową parafii oraz facebooka, na których wraz z młodzieżą umieszcza informację. I jeszcze znajduje czas, aby poprowadzić dla dzieci w sobotę Oratorium czy też zorganizować im półkolonie, albo wziąć udział w lokalnym biegu ulicznym. Kiedy on znajduje na to czas - nie wiem. Ale przy takiej petardzie czuję, jak niewiele robię.
Patrzyłam na to wszystko z mieszanymi uczuciami. Cieszyłam się, że ksiądz Jan wykorzystał daną mu szansę i tak pięknie wykorzystał talenty, jakimi obdarzył go Bóg. Ale z drugiej strony pojawia się to nieprzyjemne uczucie zazdrości i pytanie: dlaczego u nas nie może być podobnie? Dlaczego proboszcz nie potrafi wykorzystać posiadanych zasobów (i nie chodzi mi o mnie)? Niby jest opiekunem Oratorium, ale jest ono po prostu zamknięte. Bez sensu. Właściwie wszyscy ci, którym zależało na Oratorium poszli do S-ca. Tamtejszy opiekun bardzo się z tego cieszy, ale niesmak pozostaje. W ogóle on chciał rozkręcić Oratorium, kiedy był u nas, ale proboszcz nie dość, że się nie zgodził, to jeszcze doprowadził do przeniesienia księdza Jacka na inną placówkę. Tylko dlatego, że się jąkał, kiedy się stresował... To gdzie ja mam walczyć z takim człowiekiem? Z góry jestem skazana na porażkę.
Wiecie, mam taką nieodpartą chęć nawiązać kontakt z księdzem Janem. Choćby po to, aby mu powiedzieć, że jestem dumna, że go poznałam. I że może o sobie myśleć, jako o salezjaninie przez duże "S". Jak dla mnie to realizuje on salezjański charyzmat w 100% poprzez to, co i ile robi. Jak dla mnie jest takim współczesnym Janem Bosko. Na razie brakuje mi ku temu odwagi, ale może w końcu zdecyduję się na tego meila. 

czwartek, 10 lipca 2025

2230. W długie, bezsenne poranki i wieczory

Nie mogę ostatnio spać, chociaż wiem, że powinnam. No ale zbyt wiele negatywnych spraw i myśli sprawia, że tak się nie dzieje. Leżę w łóżku, wgapiam się w cienie na suficie, tudzież wschodzące słońce na horyzoncie i nic, zero reakcji. Niby próbuję coś tam czytać, ale jednak zmęczenie nie pozwala mi się skupić na treści lektury. Naprawdę, zaczynam błogosławić chwilę, w której zdałam tą przeklętą filozofię, dzięki czemu wyszłam na zero. Nie wiem, czy dałabym radę ogarnąć cały materiał na poprawkę we wrześniu, nawet jeżeli czasu na to miałabym na to więcej. 
Leżę więc sobie z kotem na piersiach i myślę, analizuję to, co się dzieje, najczęściej okraszam to kilkoma łzami. W ogóle coraz częściej łapię się na tym, że budzę się z płaczem. W tak złej kondycji byłam chyba w wieku jedenastu lat, kiedy ukochana matematyczka odeszła do innej szkoły. Nikt wtedy ze mną o tym nie porozmawiał, a ja żyłam w przekonaniu, że to na pewno moja wina, że za mało się starałam, że mogłam spróbować opanować materiał do konkursów przedmiotowych z całego gimnazjum, a nie tylko z pierwszej klasy. Wyobraźcie sobie, jak bardzo to musiało być obciążające dla psychiki jedenastoletniego dziecka. Ostatnio pisałam o mojej wspaniałej wychowawczyni z szkoły podstawowej i gimnazjum, wcześniej o katechecie z tamtego okresu. Bardzo ich cenię, ale myślę, że zawalili w tej jednej jedynej rzeczy. Że może jedna rozmowa zmieniłaby mój tok myślenia. Nie obwiniałabym się za tą sytuacją. Potem, z czasem, zrozumiałam, że to nie moja wina, że prawdopodobnie nawet gdybym opanowała matematykę na poziomie uniwersyteckim, to i tak nic by nie dało. Ale byłam wtedy jeszcze małym, naiwnym dzieckiem.
Dziś, chociaż okres dzieciństwa już dawno jest za mną, też czuję podobną bezsilność wobec niektórych sytuacji, na które za bardzo nie mam wpływu. W dzień muszę jakoś się trzymam - praca, spotkania z ludźmi, sto tysięcy problemów dzieciaków. Ale w nocy... w nocy nadchodzi starożytne katharsis. Przynajmniej ja to tak odbieram.
Jednak żeby nie zwariować w ciszy, włączam radioodbiornik. Czasami są to piosenki z kasety Starego Dobrego Małżeństwa (pierwsza kaseta - uwielbiam i polecam), czasami Piotra Rubika, czasami Krzysztofa Krawczyka, Zbyszka Wodeckiego, Janusza Laskowika, Tadeusza Woźniaka, Lecha Makowskiego, czy też Piotra Szczepanika i Maryli Rodowicz. Jakiś "odmóżdżacz" trzeba mieć. Ale dużo częściej włączam sobie RadioM, którego rozgłośnia przez ścianę graniczy z moim Wydziałem Teologicznym. Z przyczyn ideologicznych nie słucham "Radia Maryja", ale EMka jest dla mnie OK. Dużo w niej religijnej treści, ale leci i normalna, świecka muzyka. A i audycje wieczorne są bardzo ciekawe i przydatne. Ostatnio na przykład dawano przykłady błędów wychowawczych rodziców względem dzieci z różnych punktów widzenia. Aż miło było posłuchać. Rankiem włączam stację na poranne wiadomości i różaniec. A także aby posłuchać muzyki. Wieczorem lubię posłuchać krótkich opowieści o świętych z danego dnia, krótkich komentarzy do pierwszego albo drugiego czytania oraz Ewangelii z dnia, a także złotych myśli świętych osób. Kiedyś słuchałam też audycji związanych z roratami, w ostatnich latach brakuje mi jednak na to czasu. Może nie wpływa to jakoś znacząco na moje samopoczucie, ale na chwile kieruje moje myśli na inne tory.

środa, 9 lipca 2025

2229. I z szkaplerzem tak wędruję, jakbym trzymała się za rękę, Matki Bożej co wsłuchuje się w modlitwę, jak w piosenkę

Podręczniki do patrologii, które po dekadzie od pierwszego zderzenia się z tym przedmiotem wydają mi się bardziej ciekawe niż kiedyś, na chwilę musiały ustąpić miejsca biografii św. Jana od Krzyża oraz monografii poświęconych duchowości karmelitańskiej. Niebawem bowiem minie 25 lat od dnia, w którym jako 10-letni bąk przyjęłam dwa płócienka materiału, czyli po prostu szkaplerz karmelitański. Sama nie wiem, kiedy to minęło. A działo się to w sanktuarium św. Józefa na tzw. wadowickiej górce. W tym samym miejscu, gdzie przed laty szkaplerz przyjął mały Karol Wojtyła. Podejrzewam, że wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopiero z biegiem lat wszystko to do mnie dotarło.
Na początku, przez jakieś 5 lat faktycznie nosiłam owy płócienny szkaplerz, potem przerzuciłam się na dużo bardziej praktyczny medalik. Na szczęście reguła zezwala na praktykowanie obydwóch form. Dobrze, bo szczerze powiedziawszy to ten płócienny rozwalił mi się od zdejmowania i zawieszania. A wiadomo - dług szkaplerz bardziej przeszkadza w uprawianiu sportu niż pomaga. Ten obecny jest w porządku i nie muszę go zdejmować. Ten pierwszy zachowałam jednak jako pamiątkę. Nie mam zdjęć z tamtej uroczystości, to niech chociaż rozleciany szkaplerz przypomina mi o tamtym ważnym dla mojego rozwoju duchowego dnia.
Jak można się domyśleć - trudno, abym w wieku 10-ciu lat przeczytała ze zrozumieniem coś na temat duchowości karmelitańskiej, która nie jest taka łatwa. Jak przez mgłę pamiętam jednak, jak kuzynki prowadziły mnie na Msze święte podczas nowenny poprzedzające święto. To z głoszonych na nich kazań dowiadywałam się podstaw na ten temat. Teraz jestem już jednak na tyle dojrzała i ugruntowana wewnętrznie, że mogę sama poczytać książki poruszające to zagadnienie. Poczytać i zastanowić się nad ich treścią. I tak sobie myślę, że skoro teraz nie wszystkie treści są zrozumiałe dla mnie teraz, to cóż mógłby wtedy powiedzieć ten mały dzieciak? Ale może nie wszystko trzeba poznać, może coś musi pozostać dla mnie okryte tajemnicą, niczym kielich mszalny welonem. Duchowość karmelitańska jest piękna, ale i trudna. Ale warto się wczytać w pisma Jana od Krzyża czy też św. Teresy z Avilla, aby jeszcze bardziej i jeszcze lepiej ją poznać.
I ostatnia kwestia - nowenna przed uroczystością Matki Bożej Szkaplerznej. Za radą Księdza Niosącego Światło nie odprawiam jej ani w klasztorze sióstr karmelitanek znajdującym się tuż obok Oratorium w S-cu, ani w parafii mającej za patronkę tą właśnie Maryję, ale w niepozornym kościele, gdzie kapłan był kiedyś wikarym. I wiecie co - podoba mi się tam. Cisza, spokój, kameralna atmosfera, głębokie kazania. Kiedy z ciekawości zapytałam księdza, jaki związek ma owa parafia z Matką Bożą Szkaplerzną, poczochrał mi tylko z uśmiechem włosy. Bo wezwanie ma ona zupełnie inne. Moja ciekawość nie została więc wystarczająco zaspokojona. Przynajmniej na  razie. Może kiedyś się uda... Jedyny minus to nie odległość od mojego domu (godzina jazdy autobusem), ale to, że kiedy wszyscy dowiedzieli się kim jestem, to zaczęli wypytywać o Księdza Niosącego Światło. Oczywiście cieszy mnie, że tak go lubią, że pamiętają i po latach bardzo ciepło wspominają, ale te odpowiedzi naprawdę są dla mnie ciężkie pod względem psychicznym.
Co tak właściwie daje mi noszenie szkaplerza karmelitańskiego? Poczucie przynależności do jakiejś większej wspólnoty (jak to się ładnie łączy z poprzednim wpisem) ludzi należących do rodziny szkaplerza. Poczucie pozamaterialnej opieki. Niewytłumaczalny dla mnie pokój (nie mylić ze spokojem) serca. I jakieś takie poczucie radości, nawet jeżeli smutek i strach wdzierają się bezkompromisowo w moje życie. Ot, taki paradoks. Ale może lepiej mieć smutek na twarzy, a radość w sercu, niż na odwrót? Przez tych 25 lat mam naprawdę przeświadczenie, że Matka Boża mnie nie opuszcza, że jest gdzieś tuż obok mnie, że mogę w trudnych chwilach złapać za jej niewidzialną, ale wciąż obecną dłoń. To dużo mi daje, naprawdę.

wtorek, 8 lipca 2025

2228. Moje i Twoje potrzeby

Jakiś czas temu wywiązała się pod jednym z wpisów na blogu dyskusja z pewną personą, co do niektórych moich spraw. Starałam się jej wytłumaczyć, że po prostu chciałabym, aby co niektóre osoby z mojego otoczenia rozumiały moje potrzeby, ot tyle. Bo to, że jestem osobą z niepełnosprawnością nie oznacza, że ich nie mam, bo mam. I to zarówno te niższego, jak i wyższego rzędu. Dla przypomnienia piramida potrzeb stworzona przez Abrahama Maslova:
W odpowiedzi przeczytałam, że nikt nie ma obowiązku respektować moich potrzeb. No i zrobiło mi się niezwykle przykro. Bo te słowa padły nie ze strony kogoś pełnosprawnego, kto faktycznie może mnie nie rozumieć, ale kogoś, kto zmaga się z takim samym schorzeniem jak ja, kto też niejednokrotnie doświadczył odrzucenia ze względu na ograniczenia narzucone jej przez MPD. Więc skąd ta złośliwość?
Umówmy się - słynna Piramida Maslova przedstawia piramidę potrzeb odnoszącą się dla zdrowej psychicznie jednostki. Myślę, że nie ma nic dziwnego w tym, że tak jak każdy człowiek, także i ja odczuwam potrzebę przynależności do pewnej jednostki, szacunku oraz samorealizacji. I dążę do ich osiągnięcia, może czasami zbyt chaotycznie, zbyt gwałtownie, ale... Ale nie wydaje mi się, aby moje potrzeby były bardziej czy też mniej ważne od potrzeb innych osób. Ja respektuję i uznaję potrzeby innych osób, nawet w miarę możliwości staram się im pomóc w ich realizacji. Czy więc nie mam prawa oczekiwać tego od innych? Czy inni mają prawo mnie za to obwiniać? Ech, jakoś tak mi dziwnie z tego powodu. To nie tak, że mam o te słowa jakiś szczególny żal czy też pretensje o to, co napisała, ale jakaś mikroranka powstała i trudno ją zagoić.

A co do samorealizacji - pozapalałam dzisiaj sama wszystkie świece w kościele, co przy drżących łapach jest nie lada wyzwaniem. Wiem, że dla niektórych to nic, ale dla mnie dużo. I będę się z tego cieszyć, mimo wszystko...

poniedziałek, 7 lipca 2025

2227. Znajomość co przetrwała próbę czasu

Napisałam wczoraj wieczorem SMSa do mojej byłej wychowawczyni z klas 4 szkoły podstawowej - 3 gimnazjum, a potem jeszcze przez wiele lat była moją trenerką z lekkiej atletyki. Można powiedzieć, że nasza klasa to był jej potrójny debiut - jako trenerki (mieliśmy profil sportowy), jako wuefistki, no i jako wychowawczyni. A że była osobą dopiero co po studiach (a studiowała równocześnie wychowanie fizyczne na katowickim AWFie i pedagogikę specjalną na UŚiu) to właściwie praktyki uczyła się dopiero na nas. Trzeba jednak przyznać, że nasz zespół klasowy był prawdziwym miksem tego, co może zaoferować szkoła specjalna, więc chwilami było "ciekawie". A kiedy już sytuacja stawała się podbramkowa, najczęściej interweniowałam i załagodzałam ją jako przewodnicząca klasy. Jak patrzę na tamtych sześć lat to muszę przyznać, że moja współpraca na linii wychowawca - przewodniczący przebiegała w miarę dobry sposób, chociaż nie zawsze miałyśmy takie samo zdanie na dany temat. W końcu dzieliło nas wiele, chociażby 14 lat różnicy. Ale to chyba zbytnio nie przeszkadzało we wspólnym działaniu na rzecz klasy.
Potem, po zakończeniu nauki w gimnazjum, jeszcze przez wiele lat trenowałam bieganie i skok w dal pod jej okiem, ponieważ równocześnie była trenerem lekkiej atletyki w wojewódzkim klubie sportowym dla niepełnosprawnych, pod którego skrzydła przeszła większość ludzi z mojej klasy. W dalszym ciągu była wiedziała, co się u mnie dzieje, jak przebiega moja edukacja, cieszyła sukcesami, motywowała przy porażkach. Zawsze mnie korciło, aby zapytać ją, czy wie co słychać u pani B., ale... ale nigdy nie miałam aż tak wielkiej odwagi. To chyba zbyt intymny jak dla mnie temat. Za to zawsze pozwalałam jej siebie przytulać, głaskać, czochrać włosy. Zawsze robiła to tak naturalnie, że aż chciało mi się płakać z emocji.
Nawet teraz, kiedy zrezygnowała z trenowania nas, mam z nią w miarę regularny kontakt. Wiem, że mogę z nią porozmawiać w podbramkowej sytuacji. A w takiej się chyba aktualnie znalazłam. Tutaj jak najbardziej udana obrona magistratu, radość z sukcesów znajomych, z wyjazdu na Jubileusz Młodych do Rzymu jako wolontariusz. A z drugiej strony jedno zmartwienie goniące drugie.
Potrzebowałam pogadać z kimś neutralnym, ale i wyrozumiałym, co do którego miałam pewność, że mnie wysłucha, a może i coś mądrego powie. No i z automatu padło na nią. "Przychodź" - przeczytałam w odpowiedzi zwrotnej. To przyszłam. I chyba z dwie godziny trwało moje wyrzucanie z siebie tego, co mi leży na wątrobie. Pomogło do tego stopnia, że dopiero na koniec powiedziałam jej o obronie drugiej magisterki. Ucieszyła się tak jak wtedy, gdy mówiłam jej o moich ocenach na świadectwach z liceum, o wynikach matury, o wynikach na studiach, o zdobyciu pracy. Ucieszyła się tak, jak cieszy się rodzic z sukcesów dziecka. Bo chyba dzięki tym wszystkim latom każdy uczeń naszej klasy tak po trochu stał się już jej przybranym dzieckiem. Takim, którego trzeba upominać, ale też chwalić i wspierać. Takiej znajomości aż szkoda kończyć i mam nadzieję, że będzie trwała ona jak najdłużej. A jednocześnie sama chciałabym być takim pedagogiem. Do tego to mi chyba jeszcze daleko...

niedziela, 6 lipca 2025

2226. Dbajmy o Ziemię, to ważne

W ciągu ostatniej dekady norweska pisarka Maja Lunde stworzyła "Klimatyczny kwartet", czyli cykl czterech powieści, które w futurystyczny sposób przedstawiają dzieje ludzkości w przyszłości, na jakie "zapracowały" całe jej pokolenia. Autorka wyszła od ukazania tego, jak może wyglądać ludzkie życie, kiedy wymrą wszystkie pszczoły (tom 1 - "Historia pszczół"), poprzez to, kiedy na Ziemi zacznie brakować wody (tom 2 - "Błękit") oraz zaczną wymierać unikatowe gatunki zwierząt (tom 3 - "Ostatni").
Te trzy wspomniane tomy przeczytałam dosłownie jednym tchem. Do dziś trzymam w pamięci obraz, jak ze ściśniętym gardłem przerzucałam na dworcu autobusowym w Krakowie kolejne strony "Historii pszczół", kiedy po skończonych zajęciach na Papieskim czekałam na busa powrotnego do domu. Albo jak czytałam "Błękit", ciesząc się zaliczonym rokiem akademickim. Czy też umilając sobie drogę na wolontariat sportowy wertując "Ostatniego". Za każdym razem nachodziła mnie refleksja - czy można coś zrobić, aby uniknąć tego scenariusza? Ale myślę, że tak.
Nic dziwnego, że z niecierpliwością oczekiwałam ostatniej części. A kiedy już udało mi się ją zdobyć z Biblioteki Śląskiej, to z zapartym tchem, w wolnych chwilach (głównie w szpitalu) pochłaniałam kolejne jej strony. I nie wiem dlaczego, ale niejako rozczarował mnie jej koniec. Bo naprawdę liczyłam na mocne, a przynajmniej konkretne zakończenie cyklu, a tymczasem wydaje mi się ono takie jakieś nijakie...
Tytuł: "Sen o drzewie"
Autor: Maja Lunde
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2024
Liczba stron: 544

Po przeczytaniu trzech pierwszych tomów "Kwartetu klimatycznego" autorstwa Mai Lindy z niecierpliwością czekałam na pojawienie się czwartej części będącej zwieńczeniem całej serii. W między czasie zastanawiałam się co może się stać na samym jej końcu. I chociaż wyobraźnia podsuwała mi różne scenariusze, to na pewno żaden nie zakładał zakończenia zaproponowanego przez autorkę.
Pewnego razu na brzeg norweskiej osady Svalbard zostaje wyrzucone drzewo. Zaciekawiony nieznanym znaleziskiem kilkuletni Tommy mocno się do niego przytula po to, aby po chwili stoczyć jedną z dziecięcych bitew z koleżanką o imieniu Rakel. Dzieci zostały rozdzielone przez babcię chłopca, która była opiekunką kolekcji nasion należących niegdyś do radzieckiego naukowca, Nikołaja Wawiłowa. Po śmierci synowej zajmowała się także Tommym i jego dwójką młodszych braci - Hilmarem i Henrym. Kilka lat później w osadzie wybucha tajemnicza epidemia, a David, ojciec dzieci, postanawia pomóc w pozbywaniu się ciał, babcia wraz z chłopcami ucieka do innej osady. Wkrótce dołącza do nich Rakel z siostrą Runą. Gdy niebezpieczeństwo mija, wszyscy wracają do dawnego miejsca zamieszkania. Wszyscy wiedzą, że David zaraził się i zmarł, ale niebawem umiera i babcia. Pozostawione bez opieki dzieci jakoś sobie radzą. Pewnego dnia zdesperowana Rakel nadaje sygnał "SOS", który zostaje odebrany na chińskim statku. Na jego pokładzie znajduje się Tao (znana z tomu 1 - "Historia pszczół") oraz Li Chiara. Pierwszej zależy na ocaleniu dzieci, drugiej na nasionach. Kiedy Tommy odkrywa prawdę, postanawia zniszczyć nasiona. Przynosi to dosyć nieoczekiwany skutek.
W porównaniu do poprzednich części cyklu, w tej mi czegoś zabrakło. Może konkretnego zakończenia? Może podświadomie miałam nadzieję, że ludzkość zostanie unicestwiona z powodu braku nasion? Tudzież nasiona się odnajdą i wszyscy ludzie na Ziemi zostaną cudownie ocaleni? Nic takiego się nie stało - Tao z ocalonymi dziećmi dotarła do tzw. cywilizacji, Tommy został w osadzie i od czasu do czasu nawiązywał kontakt z rodzeństwem. Zagadka nasion nie do końca została dla mnie rozwiązana. Ale może taki właśnie był zamysł autorki. Do mnie to jednak nie przemówiło. Nie mniej, sama książka raczej mi się podobała i nie żałuję, że po nią sięgnęłam, nawet jeżeli finał nieco mnie rozczarował.

Jeżeli jesteście ciekawi poznać moją opinię na temat poprzednich części cyklu to zapraszam Was do tych wpisów:

sobota, 5 lipca 2025

2225. No to gramy!

Ostatnie w tym roku szkolnym spotkanie w Oratorium zbiegło się w czasie z 100 rocznicą śmierci błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego. Osobiście uczciłam ją krótką wędrówką po Beskidzie Śląskim, wszak przyszły święty był zapalonym górołazem. Co prawda on gustował w Alpach, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Na razie Beskidy muszą mi wystarczyć. A przecież nie są one takie złe. I dają mnóstwo radości, jeżeli tylko człowiek tego chce. Co jednak dla mnie najważniejsze, to w wędrówce na Skrzyczne towarzyszyła mi grupka tegorocznych bierzmowanych, którzy obrali sobie Frassatiego na patrona. No dobra, ja im go wybrałam. Ale oni nie protestowali. Trochę mi przykro, że moja cyfrówka mi padła, ale grupowe zdjęcie ze szczytu dotarło do Księdza Niosącego Światło.
Najchętniej to bym wzięła i dzieciaki z Oratorium w góry. Nie mam jednak aż takiej siły sprawczej. Może to i dobrze, jeszcze bym je pogubiła po drodze. Młodzież mogłam jeszcze jakoś spacyfikować. Ale te rozwrzeszczane dzieci? O nie, nigdy. A na pewno nie w najbliższym czasie. Może kiedyś. Na razie musiały im wystarczyć moje opowieści o Towarzystwie Ciemnych Typów i wyprawami górskimi przez nie organizowanymi. Chociaż w tym roku nie byłam na jakiejś ich szczególnie dużej liczbie. To było w pierwszej części spotkania.
Bo w drugiej, po Mszy, zaproponowałam dzieciakom gry planszowe nawiązujące zarówno do postaci Pier Giorgia Frassatiego ("Sigma", o której już Wam pisałam), jak i samych gór ("Szlaki" i "Pięć szczytów"). 
Wiecie, w takich chwilach dostrzegam sens inwestowania własnych środków w tego typu rzeczy. Bo te gry nie były tanie. Ale uśmiech na twarzy dzieci wyrównał mi wszelkie straty materialne. Tym bardziej, że myślałam, że nie zainteresuję planszówkami pokolenia wychowanego na grach komputerowych. A tutaj proszę, wszyscy zgodnie się bawili. Na koniec młodsi dostali do pokolorowania obrazek przedstawiający Pier Gorgia Frassatiego.
A starsi mogli pograć w ping-ponga, bilarda i na playstacon. I chyba każdy był zadowolony. Nawet animatorzy. Teraz teoretycznie mamy trochę przerwy w Oratorium (w praktyce część z nas jedzie z dzieciakami na obóz w dolnośląskie, a część pomaga przy organizacji półkolonii, a część jest tu i tu), a od września ruszamy na nowo z zajęciami. Opiekun Oratorium został ten sam, więc jest dobrze. Tylko szkoda, że czas, odległość i obowiązki nie pozwalają na takie zaangażowanie się w to dzieło tak na 100%. No cóż, to już nie te czasy, kiedy było się bardziej dyspozycyjnym.
Hmm, ale takie Alpy to brzmią kusząco...