Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 31 stycznia 2020

1089. Wyzwanie u Lidzi "Czytamy książki 2020" - styczeń

Zapisałam się na wyzwanie. W sieci jest ich multum, większość jednak dotyczy prac plastycznych, z którymi jestem na bakier. Dlatego ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam, że Lidzia organizuje takie związane z czytelnictwem. Jak wiecie - kocham czytać, robię to wszędzie i w każdej wolnej chwili(których nie mam dużo). Już raz brałam udział w czymś takim(tzn. wyzwaniu czytelniczym) i była to dla mnie wspaniała zabawa, a przy okazji motywacja do jeszcze częstszego sięgania po książki.
Na styczeń Lidzia zaproponowała następujące wytyczne: Imię lub nazwisko autora książki na literę "S", tytuł na literę "N" i coś na okładce na literę "R". Oczywiście to nie jest tak, że każda z pozycji musi zawierać wszystkie trzy wymogi. Ważne jest, aby zgłaszana książka spełniała przynajmniej jeden z nich.
W styczniu przeczytałam 11 książek. Nie wszystkie wkomponowały się w wyzwanie. Prawdą jest, że sporo książek zamówiłam w bibliotece jeszcze w końcówce grudnia, kiedy jeszcze nie wiedziałam o nim. Co ciekawe, w partii zupełnie przypadkowo znalazły się takie, które mieszczą się w założeniach. Najwięcej trudności sprawił mi trzeci wymóg, ponieważ nie wiem na ile elastycznie podejdzie do sprawy Lidzia. Bo ja mogę zawszę widzieć na okładce coś, co nie jest oczywiste na pierwszy rzut oka.

Przeczytane w tym miesiącu pozycję, które zgłaszam do wyzwania, to:
  1. Tytuł "Tsunami"
    Autor: Sonali Deraniyagala
    Okładka: -
    Liczba stron: 264

    O książce słyszałam już dawno, jednak dopiero teraz zdobyłam się na odwagę, żeby po nią sięgnąć. Przebrnięcie przez nią całą zajęło mi raptem kilka godzin.
    Książka jest zapisem wspomnień Sonali Deraniyagala, która w wyniku tsunami, które nawiedziło m.in. Sri Lankę(gdzie przebywała) w grudniu 2004 roku, straciła wszystkich swoich bliskich: męża, dwójkę dzieci, rodziców...
    Kobiecie bardzo trudno pogodzić się z tym, że została sama. Pierwotny szok powoli jest wypierany przez rzeczywistość. A nie jest ona taka prosta, kiedy brakuje w niej bezpiecznych ramion ukochanego męża, radosnych krzyków dzieci, beztroski i brak obawy o następny dzień. Chociaż Sonala jest otaczana miłością i opieką pozostałych członków rodziny oraz przyjaciół, to tak naprawdę sama musi sobie poradzić z pogodzeniem się z tym, co się wydarzyło w piękny grudniowy poranek w raju na ziemi. Zajmuje jej to kilka kolejnych lat, a każdy rok jest opisany w książce. Czytelnik współuczestniczy więc w uczuciach związanych ze sprzedażą domu po zmarłych tragicznie rodzicach, powrotem do domu, w którym wszystko przypomina o tych, których w nim zabrakło, czy też wizytą w miejscu, gdzie miała miejsce tragedia.
    Książkę, chociaż porusza trudne tematy, czyta się w miarę sprawnie. Napisana jest w pierwszej osobie, co sprawiło, że odebrałam ją tak, jakby Somala osobiście opowiadała mi historię swojego życia. Czasami tylko denerwowały mnie pojawiające się w niej przekleństwa, ale rozumiem, że autorka w ten sposób chciała ulżyć swoim emocjom.
  2. Tytuł: "Ostatni całus dla mamy"
    Autor: Casey Watson
    Okładka: ramiona, w których trzymane jest dziecko(nie wiem Lidziu, czy zaliczysz mi takie coś)
    Liczba stron: 288

    Na książki autorstwa Casey Watson natchnęłam się zupełnie przypadkowo. Jednak pokochałam je już od pierwszej pozycji.
    Kobieta w mistrzowski sposób opisuje historie dzieci, które trafiają pod jej dach. Wraz z mężem tworzą rodzinę zastępczą dla tzw. "trudnych dzieci i młodzieży". Jest to tymczasowe schronienie dla dzieci do czasu, aż ich rodzice nie uregulują swojego życia lub nie znajdzie się dla nich stałej rodziny.
    Tym razem pod opiekę Casey trafia czternastoletnia Emma wraz ze swoim maleńkim synkiem, Romanem. Matka dziewczyny specjalnie się nią nie interesowała, o  ojcu nic nie wiadomo. Sama Emma jest niezaradna życiowo, bardziej od Romana interesuje ją przebywający w więzieniu ojciec chłopczyka. Tymczasem pracownicy opieki społecznej coraz bardziej interesują się tym, czy młoda matka daje radę zajmować się kilkumiesięcznym synkiem? Czy dzięki Casey uda się uniknąć rozdzielenia tej dwójki? Tym bardziej, że na horyzoncie pojawiają się kolejne problemy, w tym następna ciąża nastolatki...
    Książka porusza dwa istotne problemy społeczne, jakimi są porzucenie dziecka przez rodziców oraz ciąża i macierzyństwo nastolatek. Przedstawia je jednak w "otoczce" codzienności, wraz z pozytywnymi i negatywnymi aspektami życia. Jestem też pozytywnie zaskoczona samą historią. Przy czytaniu niektórych z poprzednich powieści Casay otwierał mi się nóż w kieszeni, że aż tak można skrzywdzić dzieci. Tym razem książka nie jest aż tak "ciężka", dzięki czemu łatwiej mi było się na niej skupić.
  3. Tytuł: "Nadzy wśród wilków"
    Autor: Bruno Apitz
    Okładka: -
    Liczba stron: 398

    Nie będę ukrywać, że bardzo zależało mi na przeczytaniu tej pozycji od chwili, kiedy obejrzałam film nakręcony na jej podstawie. A czy może być ku temu lepsza okazja niż zbliżająca się rocznica wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu? Nawet, jeżeli sama akcja rozgrywa się gdzieś indziej.
    Akcja powieści rozgrywa się u schyłku II wojny światowej w obozie koncentracyjnym w niemieckim Buchenwaldu. Jednym z transportów z Auschwitz przyjeżdża podejrzanie zachowujący się mężczyzna, który pilnuje walizki jak oka. Zaintrygowani tym więźniowie z dłuższym stażem bycia w obozie, sprawdzają co jest w środku. Jakież jest ich zdumienie, kiedy zamiast spodziewanych kosztowności znajdują w niej małego chłopca. Okazuje się, że jest to trzyletni Stefan, syn warszawskiego adwokata, ocalały z warszawskiego getta oraz obozu w Auschwitz. Poruszeni sytuacją więźniowie postanawiają za wszelką cenę ukryć chłopca. Dzięki ich sprytowi oraz nierzucającemu się w oczy zachowaniu dziecka istnieje szansa na powodzenie tego planu. Tymczasem komendanci obozu zaczynają czegoś się domyślać...
    Nie będę ukrywała, że literatura dotycząca holokaustu jest bardzo bliska mojemu sercu, dlatego książkę czytało mi się bardzo dobrze. Znałam zakończenie, więc wielkiego zaskoczenia nie przeżyłam. Chwilami jednak denerwowała mnie postawa niektórych z bohaterów i ich nie do końca zrozumiałe dla mnie dialogi. Momentami też akcja tak bardzo odbiegała od głównego wątku, że aż się zastanawiałam, co się stało z malcem. I to właściwie jest jedyna rzecz, do której mogłabym się doczepić.
4) Tytuł "Narzeczona z getta"
Autor Sabina Waszut
Okładka: Ręce
Liczba stron: 304

Lata współczesne. Barbara i Marcin są młodymi ludźmi, planującymi wspólne życie. Pewnego razu dostają do swojego mieszkanie starą, trzydrzwiową szafę. Po pewnym czasie kobieta zaczyna odczuwać dziwne zjawiska tak, jakby przedmiot chciał jej coś przekazać. Zaczyna szukać pierwszych właścicieli mebla. W ten sposób trafia do niewielkiego Sławkowa, miejscowości położonej między Olkuszem, a Dąbrową Górniczą. Zaprzyjaźnia się tam z niejakim Mikołajem, pasjonata historii i opiekuna kirkutu. Razem odkrywają, że przed wojną należała ona do pewnej żydowskiej rodziny. Koniec lat 30 XX wieku. W Sławkowie mieszka wiele rodzin żydowskich. Wśród nich jest też rodzina Morgensternów. Pewnego razu ich córka, Sara, niosąc garnek z szabatowym czulentem upuściła go na ziemię. Scenę tą zauważył syn miejscowego szklarza, Janek. Niemal od razu się w niej zakochał, chociaż małżeństwa gojów z Żydami nie były mile widziane. Wkrótce wybucha II wojna światowa, a wraz z nią nadchodzą prześladowania wyznawców religii mojżeszowej. W dodatku Janek zostaje powołany do wojska. Samotność Sary staje się jeszcze bardziej dotkliwsza, kiedy rodzina dostaje przydział w miejskim getcie. Z powodu małej ilości miejsca, w dotychczasowym mieszkaniu Morgensternów zostaje chociażby szafa z ukochanymi sukienkami Sary. Kiedy mienie żydowskie zostaje wysprzedawane, trafia ona do domu Janka. Czy miłość młodych przetrwa próbę? Czy Sara zdoła wydostać się z getta? Jaką rolę tak naprawdę odegrała stara szafa? Tego wszystkiego dowiemy się czytając książkę.
Ze wzruszeniem czytałam książkę, której akcja rozgrywała się w położonym nieopodal Sławkowie oraz jednej z dzielnic mojego miasta - Strzemieszycach. W ogóle było to dla mnie niemałym zaskoczeniem. Nawet nie wiedziałam, że w Sławkowie było otwarte getto. Interesuję się losem mieszkających na moich terenach Żydów, toteż przypadła mi ona do gustu. Bo chociaż bohaterowie "Narzeczonej z getta" są fikcyjni, to tak naprawdę ta historia mogła się zdarzyć naprawdę.

5) Tytuł: "Najdłuższa podróż"
Autor: Nicholas Sparks
Okładka: Ranczo w Stanach Zjednoczonych(?)
Liczba stron: 464

Pewnego zimowego dnia samochód, którym kieruje starszy mężczyzna o imieniu Ira, wypada z zakrętu, spada z nasypu i uderza w drzewo. Chociaż wypadek wygląda strasznie, Irze udaje się go przeżyć. Czekając w zimnym pojeździe na pomoc, przypomina sobie najpiękniejsze momenty swojego życia. Towarzyszy mu w tym jego zmarła przed laty żona, która co jakiś czas siada na fotelu koło kierowcy. To ona dodaje mu otuchy i wspiera go w walce o każdy kolejny oddech. Czy uda mu się doczekać do nadejścia pomocy?
Kilka miesięcy wcześniej studentka historii sztuki Sophia spotyka młodego kowboja, Lukę. Zdradzona jakiś czas wcześniej przez chłopaka i najlepszą przyjaciółkę poszukuje miłości i ciepła. Para szybko zakochuje się w sobie, pomimo licznych różnic. Pewnego razu Luka zabiera ukochaną na ranczo, które lada chwila przestanie do niego należeć. Tam kobieta poznaje jego przeszłość. Chociaż istnieje szansa na wykupienie posiadłości za wygraną w ujeżdżaniu byków, to jednak może mieć tragiczne skutki dla jego zdrowia. Czy rozsądek wygra z pragnieniem?
Nie będę ukrywała, że bardzo lubię książki Nicholasa Sparksa, dlatego ta lektura była dla mnie prawdziwą przyjemnością. Sparks rewelacyjnie operuje słowem, toteż nie mam większych problemów ze zrozumieniem jej treści. Zabieg dwutorowości powieści bardzo mi przypadł do gustu, a połączenie obu historii uważam wręcz za mistrzostwo.

6) Tytuł: "Noce w Rodanthe"
Autor: Nicholas Sparks
Okładka: -
Liczba stron: 208

Amanda po śmierci ukochanego męża pogrąża się w coraz większą depresję. Nie ma na nic ochoty, a dwójką jej synków częściej zajmuje się jej mama i bracia niż ona sama. Pewnego dnia jej mama Adrienne postanawia opowiedzieć swoją historię.
To się działo 25 lat wcześniej. Rozwiedziona od trzech lat Adrianne, matka trójki małych dzieci, zostaje poproszona przez swoją najlepszą przyjaciółkę o opiekę nad prowadzoną przez nią Gospodę w tytułowym Rodanthe, nadmorskim miasteczku położonym w Karolinie Północnej. W tym samym czasie w pensjonacie przebywa dobrze prosperujący chirurg i ojciec rodziny, Paul Flanner. Pomiędzy tą dwójką dochodzi do ognistego romansu. Chociaż planują razem spędzić resztę swojego życia, Paul dostaje propozycję stażu w jednym z afrykańskich państw. Jednak przelotny romans trwał tylko chwilę, odcisnął na Adrienne pewne piętno.
Nicholas Sparks jak zwykle zabiera nas w pełną przygód wyprawę po meandrach ludzkich uczuć. Wartka akcja, dogłębne opisy przeżyć głównych bohaterów, element zaskoczenia - to cechy charakterystyczne jego stylu. A ja pragnę dodać jeszcze jedną - niekończące się wzruszenia czytających to ludzi. Wszystko to sprawiło, że na przeczytanie "Nocy w Rodanthe" potrzebowałam... zaledwie jednego dnia.

7) Tytuł: "Na zakręcie"
Autor: Nicholas Sparks
Okładka: ręce, ramiona
Liczba stron: 400

Szczerze powiedziawszy, w pewnym momencie zwątpiłam w to, czy zdążę ją przeczytać do końca stycznia. Tutaj z pomocą przyszedł mi 1,5 godzinny dojazd w jedną stronę na trening pływacki(co w dwie strony daje już 3 godziny). A ponieważ w czasie jazdy ludzie się nudzą, przynajmniej ci, którzy zamiast smatfonów mają stare nokie, to wykorzystują ten czas na czytanie książek.
Tym razem Nicholas Sparks przedstawia nam historię trzydziestokilkuletniego Milesa, który po tragicznej śmierci żony Missy, samotnie wychowuje ich jedynego synka, Johana. Jako prowincjonalny szeryf próbuje trafić na ślad człowieka, który dwa lata wcześniej potrącił samochodem Missy i uciekł z miejsca wypadku. Tymczasem w mieście pojawia się nowa nauczycielka nauczania początkowego, Sara. Już po kilku dniach odkrywa, że siedmiolatek, chociaż miły i posłuszny, ma spore zaległości w nauce. Kobieta postanawia pomóc osieroconemu chłopcu i po rozmowie z Milesem udziela mu korepetycji, co skutkuje też tym, że zaprzyjaźnia się z nim. Częste kontakty z Milesem, np. podczas meczu malca sprawiają, że dorośli zakochują się w sobie. Niestety, ich romans ma też swoje negatywne skutki.
Po raz kolejny jestem zaskoczona lekkością, z jaką Sparks napisał swoją książkę. Powieść czytało mi się bardzo dobrze. Tym razem moją uwagę zwróciło uczucie, jakim Miles darzył swojego osieroconego synka. Myślę sobie nawet, że mógłby to być wzorcowy model dla mężczyzn, którym przyszło być samotnym rodzicem.

I to by było na tyle, jeżeli chodzi o pierwszy miesiąc wyzwania. Teraz czas rozejrzeć się za kolejnymi książkami, tym razem z tytułami zaczynającymi się na "Z", imieniem lub nazwiskiem autora na literę "F"(już jestem w trakcie czytania jednej takiej pozycji) oraz czymś na obrazku na literę "W".

wtorek, 28 stycznia 2020

1088. 75-rocznica wyzwolenia obozu w Auschwitz

Wczoraj obchodziliśmy 75 rocznicę wyswobodzenia obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Chociaż przeglądając program na ten tydzień nie zauważyłam planowanej relacji z tego wydarzenia, telewizja polska oraz internetowa prowadziła z niej bezpośrednią transmisję, którą razem z Młodą obejrzałyśmy z zapartym tchem. Nawet, jeżeli oznaczało to niepójście na trening lekkoatletyczny.
Należę do tego szkolnego pokolenia, które na maturę ustną z języka polskiego musiało przygotować prezentację multimedialną na jeden z wybranych przez siebie tematów. Ku mojej radości na liście znajdował się też taki, który dotyczył zjawiska holokaustu. Czytając poszczególne pozycje literatury przybliżające mi ten temat niejednokrotnie uroniłam łzę. Już wtedy postanowiłam sobie, że trzeba robić wszystko, aby to zjawisko nie miało już nigdy miejsca. Bo chociaż wtedy dotyczył on głównie ludności pochodzenia żydowskiego(chociaż nie możemy zapominać, że w szerszym znaczeniu dotyczył on prześladowania więźniów politycznych oraz grup narodowych, społecznych i etnicznych, w tym Romów i Sinti), to w następnym rozdaniu może dotyczyć każdej innej grupy społecznej.
Podczas uroczystości rocznicowych czterech(w TVP 1 było transmitowane tylko trzy) wybranych ocalałych z zagłady podzieliło się z nami swoimi wspomnieniami. Szczególnie uderzające, jak dla mnie, było to trzecie, wygłoszone przez sympatycznego staruszka, pana Mariana Turskiego. "Naszkicował" on genezę powstawania holokausty, że zaczęło się od zabraniania Żydom niemieckim siadania na niektórych ławkach, potem nie mogli śpiewać w miejskim chórze, pływać na miejskich basenach, kupować produktów żywnościowych przed godziną 17, żydowskie dzieci nie mogły się bawić z tymi niemieckimi. A potem nastały getta i obozy, które miały wyeliminować wszystkich niewygodnych dla władzy ludzi. Jak jednak mogliśmy się przekonać, wszystko zaczęło się od małych, z pozoru nieszkodliwych zakazów.
Tak sobie myślę, że powinno to być przestrogą dla następnych pokoleń. Nie wiem dlaczego, ale na myśl niemal od razu przyszedł mi los uchodźców z terenów aktualnie dotkniętych wojną. Tak bardzo są krytykowani(moje ulubione stwierdzenie to takie, że na pewno przyjadą do nas, żeby zrobić zamach terrorystyczny) i odrzucani, a tymczasem być może oni uciekają ze współczesnego Auschwitz? Bo przecież nie musi ono wyglądać tak, jakim znamy go ze zdjęć i wycieczek do Oświęcimia. Współczesne Auschwitz to niepewność jutra i strach o to, co się stanie z rodziną. To niekoniecznie druty i baraki, ale szykany i nietolerancja, to brak akceptacji ze względu na inność. Niegdyś za Auschwitz odpowiedzialni byli ludzie zwerbowani przez Nazistów, za współczesne Auschwitz jesteśmy my sami. Bo to od nas, naszych poglądów, naszego zachowania będzie zależało, czy druga osoba będzie się czuła jak w obozie koncentracyjnym, mimo że będzie przebywała na wolności.
Pomimo całego okrucieństwa obozu koncentracyjnego w Auschwitz, zdarzały się w nim też chwilę dające nadzieję na lepsze jutro. Ostatnio wpadła mi w rękę książka byłego więźnia obozu w Oświęcimiu "Człowiek w poszukiwaniu sensu" autorstwa Wiktora Frankla. Jest ona zapisem przeżyć człowieka, który w obozie stracił całą rodzinę, ale nie stracił nadziei na lepsze czasy. W jednym z fragmentów pisał: "Również w obozie zdarzało się, że ktoś zwracał uwagę pracującego obok sąsiada na piękny widok, jaki tworzyły promienie zachodzącego słońca przeświecające przez wysokie pnie drzew bawarskich lasów (zupełnie jak na akwareli Dürera) – tych samych, w których z mozołem budowaliśmy olbrzymią, tajną fabrykę amunicji. Pewnego wieczoru, gdy śmiertelnie zmęczeni odpoczywaliśmy na podłodze naszego baraku, posilając się miską zupy, jeden z więźniów wpadł do środka i zawołał, żebyśmy zaraz biegli na plac apelowy zobaczyć wspaniały zachód słońca. Na zewnątrz oczom naszym ukazały się złowieszcze chmury na horyzoncie, podświetlone jaskrawymi promieniami; całe niebo ożyło, chmury nieustannie zmieniały swe kształty, mieniąc się kolorami, od metalicznego błękitu po krwistą czerwień. W owej chwili opuszczone szare baraki stanowiły szczególnie przejmujący kontrast dla tego spektaklu barw, bo nawet w błotnistych kałużach odbijało się rozświetlone niebo. Po kilku minutach pełnego wzruszenia milczenia jeden z więźniów powiedział do drugiego: „Jaki piękny może być świat!”.". Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że taki opis nie mógł wyjść spod pióra kogoś, kto przeżył piekło Auschwitz. A jednak. Ten niezwykle obrazowo opisany zachód słońca był dla Frankla namiastką zwyczajności, tego, co utracił, za czym tęsknił(a co było wcześniej napisane).
Taki sam obraz utraconego świata mogą mieć współcześni więźniowie, którzy niejednokrotnie muszą porzucić to, co jest dla nich ważne. I chociaż robi mi się smutno po każdej wiadomości o ataku terrorystycznym, to jednak nie potrafię wrzucać ludzi do jednego worka, bo przecież każdy z nas jest indywidualną jednostką, która ma swoje imię i nazwisko. Nie numer, jak w obozie. I nie generację, jak w naszych umysłach. Przecież tyle się mówi o ludziach-numerach, teraz zostali oni zastąpieni przez takie przydomki jak np. "terrorysta", "islamista", "dżichadysta", a także, już bardziej łagodnie - "kaleka", "inwalida", "idiota", "ślepiec", "staruch"... Myślę, że domyślacie się, o czym chcę napisać.
75 rocznica wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Auschwitz zgromadziła 200 byłych jego więźniów. Kiedy zostali wygnani na tzw. "marsz śmierci" trwający kilka mroźnych dni, byli jednymi z najmłodszych wyzwolonych. Mimo to wielu z nich doskonale pamięta ten czas. Dzisiaj dobiegają już kresu swojej ziemskiej wędrówki. Za kolejnych pięć lat ich grono jeszcze bardziej się skurczy. Dlatego słuchajmy uważnie ich wypowiedzi i róbmy wszystko, aby ta straszna historia nie zatoczyła koła...

niedziela, 26 stycznia 2020

1087. A na zakończenie tygodnia - wolontariat podczas 4 Śląskiego Festiwalu Nauki

Chociaż początek tygodnia był niezbyt ciekawy(na samą myśl o tym zdarzeniu przechodzi mnie dreszcz), środek też raczej niczym się nie wyróżnił(chyba, że chronicznym zmęczeniem i brakiem czasu na wszystko), to jego koniec mogę zaliczyć jak najbardziej na plus. Udało mi się bowiem dostać na wolontariat podczas 4 Śląskiego Festiwalu Nauki odbywającego się w katowickim Centrum Kongresowym.
Co ciekawe, kiedy wypełniałam formularz rejestracyjny, za bardzo nawet nie wiedziałam co to właściwie będzie. Bo jednak pod pojęciem "Festiwal Nauki" może kryć się wiele różnych definicji. Jakiś tam opis był co prawda na stronie, jednak bardzo lakoniczny. Po szczegóły sięgnęłam po wysłaniu zgłoszenia. I muszę przyznać, że zaczęło mi się to coraz bardziej podobać. A już podczas zeszłotygodniowego szkolenia w rektoracie na USiu stwierdziłam, że to może być bardzo ciekawa przygoda. 
W piątkowe popołudnie dostaliśmy na meila grafik z godzinami, w których mamy działać. Zgodnie z moją sugestią zostałam przydzielona na cały dzień jako obsługa stref. Główna część festiwalu odbywała się bowiem na ogromnej hali podzielonej na mniejsze części. Podczas grudniowych Targów Książki były to stanowiska wystawców. Dzisiaj było podobnie, a dodatkowo wystawcy byli podzieleni na strefy według działów nauki. Była więc strefa przyrodnicza, sztuki, medyczna, nauk ścisłych, nauk społeczno-humanistycznych, techniczna, czy też klimatu. Ostatecznie zostałam przydzielona do tej ostatniej. Oprócz stref postawiona była również scena główna oraz dwa Przystanki Nauki - Marii Skłodowskiej - Curie oraz znajdujący się już poza halą główną P.N. Kopernik, w których odbywały się spotkania z naukowcami. Na wyższym poziomie budynku odbywały się natomiast różne warsztaty i wykłady.
Moje zadanie podczas Festiwalu nie było zbytnio skomplikowane - najpierw miałam z pozostałymi dwoma dziewczynami zapraszać gości przybyłych na Festiwal na wykłady dotyczące ochrony środowiska, które odbywały się w namiocie na terenie naszej strefy("tamten namiot, zielony... znaczy się biały"😂😂😂) oraz ogólne kontrolowanie sytuacji. Oczywiście kończyło się to tym, że ludzie widząc kogoś z obsługi oblegali go z tysiącem mniej lub bardziej dziwnych pytań. Szczęście, jeżeli znało się na nie odpowiedź. W przeciwnym razie można było popaść w niełaskę odwiedzającego(ja: "szczerze powiedziawszy to nie wiem, gdzie jest Przystanek Nauka Kopernik. Dużo jeżdżę komunikacją miejską, ale jeszcze się z nim nie spotkałam"; reakcja gościa: 😳; na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że wtedy nie wiedziałam, że to nazwa jednego z namiotów).
Chodzenie pomiędzy stanowiskami pozwalało przyjrzeć się przedstawianym na nich zagadnieniom. Wzięłam nawet aparat fotograficzny, aby utrwalić prezentowane rzeczy. Na miejscu jednak okazało się, że nie ma w nim karty pamięci. Wiedząc, że Młoda wybiera się na wydarzenie zadzwoniłam do niej, aby mi ją wzięła z domu. Niestety, była już w drodze do Katowic. Jak pech to pech. Musicie mi zatem uwierzyć na słowo. Najbardziej podobały mi się eksperymenty z zastosowaniem praw fizyki oraz, o dziwo, chemii. Podejrzewam, że gdyby na etapie gimnazjum było więcej eksperymentów chemicznych, to nawet polubiłabym ten przedmiot. Niestety, w mojej szkole nie było pracowni chemicznej, a kilka preparatów przechowywano w zwykłej szafie. Ciekawa była też strefa przyrody, zwłaszcza zagadnienia związane z budową ziemi, wulkanami, trzęsieniami ziemi... Ogólnie z geografią, do której zawsze miałam słabość. Nie sposób było się nie zatrzymać i nie spojrzeć na makietę miasta z jeżdżącą wokół niej ciuchcią, czy też na tor wyścigowy znajdujący się już w mojej macierzystej strefie. Na strefie poświęconej medycynie i zdrowiu można było zrobić podstawowe badania, poznać budowę ludzkiego ciała czy też zasady resuscytacji. Dział humanistyczno-społeczny to wszystko, co się wiąże z naszym ojczystym językiem. No i oczywiście niezwykle ciekawe wykłady w naszej strefie prowadzone przez specjalistów.
Działo się dużo, ale dzięki temu czas szybko płynął. W każdej chwili można było wyjść do strefy wolontariusza(oddzielne pomieszczenie), żeby napić się czegoś ciepłego, zjeść przysługujący nam posiłek, czy też po prostu odpocząć. Chociaż przyznam się szczerze, że w pewnej chwili złapał mnie "kryzys"(ale nie w dosłownym tego słowa znaczeniu) i miałam wszystkiego dosyć. Po chwili jednak mi przeszło. Zresztą i tak nie byłam do 19:00(od 8:00), tylko pozwolono mi się zbierać trochę wcześniej. Prawdę powiedziawszy największy tłok na dzień dzisiejszy już minął, a poza tym nasi prelegenci już skończyli na dzisiaj swoje wykłady. Dla mnie to duży plus, zwłaszcza że w niedziele komunikacja miejska kursuje trochę rzadziej niż w tygodniu. To nie jest oczywiście tak, że nie mam czym dojechać do stolicy województwa, ale nie ma aż takiego wyboru. A im później, tym gorzej. A tak przed 19. wsiadłam do autobusu i umilając sobie czas książką, wracałam do domu.
W sumie to bardzo dobre doświadczenie taki wolontariat, który można połączyć z poszerzeniem swojej wiedzy. Trochę mi smutno, że nie było ekipy z "SilesianWolo", bo nie miałam z kim się powygłupiać, ale w życiu nie da się mieć wszystkiego. Na pewno gdzieś tam w przelocie się z nimi spotkam. A teraz pora kłaść się spać, bo jutrzejszy dzień może nie być wcale taki łatwy...

piątek, 24 stycznia 2020

1086. Synalek...

Dźwięk syren pogotowia ratunkowego oraz policji rozdarł wieczorną ciszę. Zerwałyśmy się z Młodą z łóżek i doskoczyłyśmy do okna. Z naszej perspektywy niewiele było widać. Nawet światła pojazdów nie odbijały się od niczego. Młoda stwierdziła, że pewnie znowu była bójka pod pubem, polała się krew i ktoś wezwał "posiłki". W sumie nic nowego. Wróciłyśmy do łóżek i posnęliśmy.
Wtorkowy poranek pachniał mrozem. Dziwicie się, że piszę, że mróz pachnie? Tak, ja czuję jego niezwykły zapach. Nie proście mnie, abym go opisała, bo tego nie umiem, brakuje mi słów. Bardziej na wyobraźnię ludzką działałby pewnie skrzypiący pod nogami mróz, ale na razie nie ma co skrzypieć. Chwilkę popatrzałam na spektakl dziejący się w blasku lamp ulicznych, nasunęłam sobie bardziej czapkę na uszy i ruszyłam przed siebie. Nic nie wskazywało na to, że poprzedniego wieczoru działo się coś złego. W sumie to po piątej rano osiedle było jeszcze pogrążone we śnie i tylko w niewielu oknach paliło się słabe światło. Nie przeczuwałam też niczego niepokojącego. Ot, może było tak jak mówiła Młoda i ktoś się z kimś pobił pod budkę z piwem? Gdybym miała się tym przejmować, to zajęłoby mi to chyba pół życia. Bez uczuć czekałam na odpowiedni autobus, a potem skupiłam się nad aktualną lekturą(tym razem jest to "Narzeczona z getta" Sabiny Waszut).
A propos czytania w autobusach i innych środkach transportu zbiorowego - ostatnio siedząca obok mnie starsza pani pochwaliła mnie za to, że zamiast trzymać wzrok w urządzeniach elektronicznych, ja czytam książkę. Miłe, nie powiem że nie.
Kiedy wróciłam skonana do domu, dobiegł mnie głos Młodej, która po drodze z uczelni zrobiła zakupy na bazarku(a tego typu rzeczy rozchodzą się tam lotem błyskawicy), że mamy na osiedlu dzieciobójcę. A potem jeszcze słyszała o tym w regionalnych wiadomościach. Niewiele myśląc wyrwało mi się krótkie "Znowu?". To takie nawiązanie do tragedii sprzed kilkunastu lat, kiedy ojczym tak skatował trzylatka, że zmarł. Tymczasem Młoda z przejęciem zaczęła mi relacjonować gdzie(no proszę, nawet miejsce potencjalnej zbrodni jest to samo), kto, kiedy i co. Oczywiście bardzo ogólnikowo. Ale w pewnym momencie w mojej głowie zapaliła się lampka. O-MÓJ-BOŻE, przecież ja chyba znam tą rodzinę, kojarzę nawet tą małą. W sumie trudno to nazwać rodziną - synek pasożytuje u schorowanej matki, nad którą znęca się fizycznie i psychicznie, ma jednak zasądzone spotkania z córeczką. Pierwszy raz "spotkałam" go w busie z Krakowa, kiedy na cały głos lamentował, że ma rozwaloną wątrobę, bo przez ostatnie trzy tygodnie pił alkohol. A potem już podczas odwiedzin w lokalu jego matki. Za każdym razem wymyślał sobie nowe choroby, w tym złamany kręgosłup. Mieszkanie maciupeńkie(zresztą kiedyś mieszkaliśmy w takim z rodzicami), przysłowiowy brud, smród i ubóstwo. Na szczęście kobieta załapała się na pomoc, ludzie kupili jej materiały do odnowienia lokum, a nawet nową kuchenkę gazową. Miałam nawet zajrzeć tam w najbliższym czasie i zobaczyć, czy nie trzeba pomóc w remoncie. Teraz wiem, że to raczej niemożliwe, bo mieszkanie jest zaplombowane(kobieta jest u swoich rodziców).
Co się działo za drzwiami? Można się tylko domyśleć. Mężczyzna zadał dziecku kilka pchnięć nożem, a potem sam chciał popełnić samobójstwo. Jego mama była z odwiedzinami u rodziców. Zaniepokojeni dziwnymi odgłosami sąsiedzi zaalarmowali odpowiednie służby. Na szczęście nie doszło do najgorszego. Dziecku po operacji nic już nie grozi, ojciec też zbytnio się nie pociął. Oboje przebywają w szpitalu. Sprawę bada prokuratura. Tylko matki mężczyzny jest mi żal. Tak bardzo kochała swojego jedynaka, że nigdzie nie zgłaszała tego, że ją bije, czy też wykorzystuje. Może gdyby miała więcej odwagi, mężczyzna zostałby odizolowany i nie doszłoby do tego wszystkiego? A tak... Ukochany syneczek może spędzić kilka lat w więzieniu albo na oddziale zamkniętym. Bo wszystko wskazuje na to, że chciał popełnić poszerzone morderstwo z premedytacją. A to na pewno nie odbije się dobrze na zdrowiu psychicznym jej samej.

poniedziałek, 20 stycznia 2020

1085. Czy sen naprawdę jest taki ważny?

Sama się sobie dziwię, jak przetrwałam ubiegły tydzień, który był dla mnie nieco za szybki. Teoretycznie z powodu trwających w województwie ferii i braku w tym okresie zajęć w Oratorium powinnam mieć więcej czasu. Ale tak nie było. I w sumie w dalszym ciągu nie jest. Doszło do tego, że w niektóre dni spałam po 30 minut na dobę. Tak, tak, dobrze czytacie. Nie pytajcie jednak o powód, to zbyt skomplikowana sprawa. Co prawda to nie jest chroniczny stan, bo jednak z reguły staram się spać ok. 8 godzin. Ale czasami sytuacja zmusza nas do pójścia na pewne kompromisy. Ile jeszcze będzie takiego "czasami" w moim życiu? Mam nadzieję, że jak najmniej. I że mój sen w razie czego będzie ciut dłuższy.
Bo powinniśmy się wysypać moi drodzy, chociażby dla poprawnego funkcjonowania naszego organizmu. Wiem, że to czasami trudne, bo jednak żyjemy w takich czasach, gdzie albo pochłania nas wirtualna rzeczywistość(ta wersja w większości dotyczy młodego pokolenia), albo żyjemy "na konkretny czas"(a co za tym idzie, wykonujemy powierzone nam zadania, nawet kosztem snu i wypoczynku). Tymczasem sen ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie i życie. Zresztą sami przeczytajcie co dzieje się z naszym organizmem, kiedy nie śpimy przez 24, 36, 48 i 72 godziny*.

Gdy nie śpimy od 24 godzin:
  • Chory z powodu snu? - Układ immunologiczny zaczyna być coraz mniej wydajny. Produkuje przez to coraz mniejszą ilość białych krwinek, odpowiedzialnych za ochronę naszego ciała. Skutkiem tego gwałtownie wzrasta niebezpieczeństwo zachorowania.
  • Dlaczego pamięć przestaje normalnie funkcjonować? - Zdolność zapamiętywania zmniejsza się o 40%. Według naukowców jest to spowodowane zaburzeniem ustalonego dzienno-nocnego rytmu obwodu spoczynkowego. Poprzez niedobór snu dochodzi tutaj do błędnego przetwarzania dochodzących do nas sygnałów.
  • Brak ochoty na seks? - Wystarczy zaledwie 24 godziny bez snu, aby skutecznie odczuć zakłócenie rytmu produkcji męskiego hormonu płciowego, testosteronu, oraz jego żeńskiego odpowiednika - estrogenu. Z powodu ich niedoboru ochota na seks stale maleje.
  • Szybciej płynący czas - Po 24 nieprzespanych godzinach produkcja glukozy spada nawet do 11%. Organizm nie otrzymuje przez to wystarczającej ilości energii, przez co czas reakcji ulega podwojeniu. Człowiek ma wrażenie, że czas ulega przyspieszeniu.
Gdy nie śpimy przez 36 godzin(półtorej dnia)
  • Czy można usiąść za kierownicą? - Po 36 godzinach czuwania nie powinno się w żadnym wypadku kierować pojazdem. Po tak długim braku snu drastycznie spada szybkość reakcji: jesteśmy mniej więcej czterokrotnie mniej wydatni niż po przespanej nocy.
  • Hazardzista - Z powodu braku snu często wzrasta gotowość do podjęcia ryzyka. Dzieje się tak z powodu silniejszego ukrwienia ośrodków nagrody i przetwarzania emocji w mózgu. W praktyce oznacza to, że człowiek staje się optymistą, którego nie hamuje centrum kontroli.
  • Migrena - Światło dnia może wydawać się zbyt intensywne, odgłosy zaś nienaturalnie głośne. Pod sklepieniem czaszki już czujemy dotkliwy ból głowy. W tej fazie bez snu występują też często nudności. Symptomy są podobne do tych, które towarzyszą migrenie.
Gdy nie śpimy przez 48 godzin(dwa dni)
  • Pijani z bezsenności? - Obraz jest lekko rozmazany, pole widzenia zaś mocno ograniczone. Pogarsza się też kontrola nad własnym ciałem, czas reakcji na bodźce zewnętrzne zostaje znacząco wydłużony. Objawy po 48 godzinach bez snu są bardzo zbliżone do tych, jakie ma się przy zawartości 1,5 promila alkoholu we krwi.
  • Reumatyzm - Zmęczony organizm nie jest w stanie szybko rozkładać kwasów. Dochodzi więc do przekwaszenia z objawami przypominającymi reumatyzm. Mięśnie i stawy wysyłają do mózgu sygnały bólu.
  • Osłabienie organizmu - Po nieprzespanych 48 godzinach człowiek czuje się ciężki jak ołów. Dzieje się tak nie tylko z powodu wyczerpania, ale także zmniejszenia przez trzustkę produkcji insuliny, przez co cukier zamiast w energię zamienia się w tłuszcz.
  • Nagłe uczucie zimna - Coraz częściej dochodzi do wadliwego przetwarzania informacji z receptorów zimna. Wewnętrzny termostat w mózgu sygnalizuje nam wyraźny spadek temperatury, w skutek czego odczuwamy wyraźne dreszcze.
Gdy nie śpimy 72 godziny(trzy dni)
  • Zaburzenia osobowości - Niski poziom glukozy w mózgu w połączeniu z długotrwałym załamaniem biorytmu wywołują poważne zaburzenia psychiczne. Utrata poczucia rzeczywistości wraz z depersonalizacją(przekonaniem, że jest się kimś innym) ledwie dają się stłumić
  • Dlaczego zmysły zawodzą? - Po tym okresie czasowym bez snu widok jest rozmazany, zanika także zdolność rozpoznawania kolorów. Dochodzą też halucynację(np. poruszające się przedmioty). Lecąca z kranu woda wydaje się być czyimiś głosami, znikąd pojawiają się twarze, by po chwili po prostu zniknąć. Często występuje tzw. złudzenie kapelusza, kiedy na wysokości czoła odczuwalny jest pierścieniowaty ucisk wokół głowy.
  • Sen sekundowy - czyli mózg sam domaga się tego, czego potrzebuje - Po trzecim dniu czuwania coraz częściej następuje zjawisko tzw. mikrosnu. Wykonywana w danym momencie czynność jest przerywana i przez trwającą maksymalnie 6 sekund chwilę, człowiek wpatruje się w próżnię. W tym czasie fale mózgowe układają się na wzór typowy dla fazy snu.
  • Czy ktoś mnie prześladuje? - po tylu godzinach bez snu mogą występować halucynacje, depersonalizacje oraz urojenia. Wiele badanych pod tym kątem osób przyznało, że czuło się tak, jakby ktoś im dodał narkotyku do kawy, inne trwały w przekonaniu, że ktoś chce je podstępnie zabić;
  • Brak kontroli własnego ciała - Zaopatrzenie mięśni w substancje odżywcze jest mocno ograniczone. Powoduje to lekkie drżenie wraz z uczuciem odrętwienia rąk i nóg. Z powodu niebezpieczeństwa wystąpienia poprzez większy wysiłek połączony ze zmęczeniem zapaści, nie należy go podejmować.
Ciekawostką jest jednak to, że im jesteśmy starsi, tym mniej snu potrzebujemy. Kiedy niemowlęta przesypiają do 16 godzin, starszym ludziom wystarcza niespełna sześć. Co ciekawsze, średni czas snu dorosłych uległ wyraźnemu skróceniu w ciągu ostatnich stu lat: z dziewięciu godzin przed pierwszą wojną światową do około ośmiu w latach 80 ubiegłego wieku. Obecnie jest to już tylko 7,14 godziny. Jednocześnie 1/3 ankietowanych uskarżała się przy tym na przewlekłe zmęczenie.

Na szczęście w moim przypadku cała nieprzespana doba zdarza się raz na x lat. Wbrew pozorom nie wyglądam wtedy jak chodzące po ścianach zombie, a nawet potrafię dosyć logicznie myśleć i wypowiadać się. Udałe mi się też czytać książki. Ale przychodzi taka chwila, gdzie po prostu oczy same mi się zamykają. A że zdarza się ona w najmniej oczekiwanym momencie, to najczęściej muszę ją po prostu pokonać. Nie obawiajcie się, po każdej takiej zarwanej nocy kładę się wcześniej spać, co trochę mnie regeneruje i właściwie rano budzę się jak nowo narodzona.
Na szczęście ten tydzień zapowiada się nieco spokojniej. Przynajmniej będzie czas się wyspać. I poświęcić trochę czasu na własne przyjemności. Chociażby na przygotowanie mieszkania na doroczną wizytę duszpasterską, która mnie dzisiaj czeka.
A jak tam u Was? Wysypiacie się, czy może zarywacie noce?

* źródło: Świat Wiedzy 2/11(str 104-108)

poniedziałek, 13 stycznia 2020

1084. Poniedziałkowe zaskoczenia

Jadąc rano autobusem w kierunku Katowic odkryłam, jak przyjemne może być podróżowanie bez krzyków i przepychanek dzieci i młodzieży zmierzających do szkoły. W województwie Śląskim właśnie zaczęły się ferie zimowe. Jedynie studenci, w tym Młoda, której właśnie zaczęła się sesja egzaminacyjna, zmierzali na uczelnie i uniwersytety, gdzie studiują. 
Za oknem przesuwały się krajobrazy charakterystyczne dla naszego rejonu, a ja z zapartym tchem pochłaniałam się w lekturze dotyczącej rodzajów pomocy społecznej. Owszem, mogłam zabrać coś bardziej życiowego, jednak czasami trzeba przeczytać coś cięższego, żeby nie stracić zatracenia w życiu. Warga w dalszym ciągu wygląda nieciekawie ze strupkami, ale na to już nic nie poradzę. Biorę leki przeciwwirusowe, na razie to mi musi wystarczyć.
Działalność w ŚDSie otwiera mi też oczy na wiele spraw. Wydawać by się mogło, że praca terapeuty jest łatwa i przyjemna. Nic bardziej mylnego. Trzeba być pomysłowym, kreatywnym, a zarazem cierpliwym. Tym bardziej, że grupa odbiorców jest też dosyć specyficzna. Mam co prawda jakieś doświadczenie w pracy z dziećmi(9 lat w Oratorium robi swoje), z niepełnosprawnymi intelektualnie też miałam do czynienia i to nie raz. A jednak w dalszym ciągu uczę się cierpliwości. Bo owszem, może mnie się nie podobać wiele rzeczy, ale nie mogę tego zbytnio okazywać na zewnątrz. To w sumie nie takie trudne. Trzeba tylko trochę zmienić swoje nastawienie do życia i do tego, co nas otacza. 
Terapeutki pracujące na etacie w placówce mówią mi dużo ciepłych słów, zawsze służą dobrą radą. Cieszą się też, że ich podopieczni tak szybko mnie polubili. Może nie wszyscy, ale zdecydowana większość. Nie muszę być przecież lubiana przez całą społeczność, nie o to chodzi w naszym życiu. 
A w domu czekał na mnie obiad. I jeszcze ciepła herbata oraz mruczący kot ciągle domagający się pieszczot. Moje "centrum dowodzenia wszechświatem" zapełniło się różnymi notatkami i kserówkami. Ale to chyba nikogo już nie dziwi. Za to mnie zdziwił SMS od Pani Dyrygent z zapytaniem, czy będę w niedzielę na Mszy świętej, bo chce mi dać Modlitwę Wiernych. Szkopuł polega na tym, że w tym samym czasie mam szkolenie odnośnie wolontariatu podczas "Dni Nauki" na UŚiu... Szkoda, że nie da się jeszcze sklonować. 
Jak widzicie - dzieje się sporo. A przecież nie piszę o wszystkim. Jedyny minus tego wszystkiego to wciąż bolący brzuch. Stres jednak robi swoje. Nie uchodzi ze mnie na zewnątrz, ale kumuluje się jako ból. Na szczęście to przejściowy stan rzeczy.

sobota, 11 stycznia 2020

1083. To w sumie nic takiego

Poranny świt wpadał przez ogromne okna na majestatycznej klatce schodowej, malując jasne pasy na drewnianej podłodze. Z perspektywy bocznego korytarza wyglądało to tak, jakby malarz pociągał pędzlem po płótnie. Za oknem bił zegar oznajmujący, że do ósmej zostało jeszcze 30 minut. Mimo to budynek powoli budził się do życia. Najlepszą tego oznaką było to, że drzwi wejściowe raz po raz się otwierały. Kubek z gorącą herbatą zrobioną na dyżurce z jednej strony parzył mnie w dłonie, a z drugiej pobudzał do życia i rozgrzewał wewnętrznie. Ostrożnie postawiłam go na podłodze, nie mając nawet pewności, czy dam radę unieść go z powrotem. Ujęłam głowę w dłonie. Stukot kobiecych obcasów odbijał się echem od starych ścian.
 - Dzień dobry - powiedziałam, widząc jak pani B. zmierza do swojego sekretariatu. Odwzajemniła mi z uśmiechem. Chyba nawet pierwszy raz widziałam uśmiech na jej surowej twarzy. Zaczęłam zastanawiać się, co ona tutaj robi, w sobotę. Przecież sobotę powinni mieć wolną. Chyba. W mojej głowie trwała gonitwa myśli. Nie wiem, czy znacie taki stan, kiedy w Waszych głowach na ułamek sekundy zapala się jakaś lampka myślowa, po czym gaśnie. Wy jednak doskonale wiecie, czego ona dotyczyła. A w Waszym mózgu powstaje ogromny harmider. Nie wyciszycie go ot tak. Dobrze w ogóle jest, kiedy uda się go w miarę szybko ujarzmić...
Sekundy nieustannie posuwały się naprzód. Nie wiele docierało do mnie ze świata zewnętrznego.
 - Co pani tu robi? - usłyszałam znajomy głos zabarwiony zdziwieniem. Przede mną stała pani Poppins(dzięki Jotko za pomysł na ksywkę, jakby coś, to będzie pani D.) trzymająca w palcach klucze. Cicho wytłumaczyłam jej całą sytuację.
 - Widzę, że G. szaleje - westchnęła otwierając drzwi.
 - A pani co tutaj robi? Jest sobota - zapytałam zanim weszła do środka.
 - Pracuję. Średnio co drugi tydzień - usłyszałam. 
 - Bez sensu - wymknęło mi się. Pani Poppins uśmiechnęła się przyjaźnie. Zresztą zza rogu wyłoniła się Marynia(która już raz gościła na tym blogu i jak wtedy zaznaczyłam, ksywka nie ma nic wspólnego z jej imieniem), u której ostatnio zapunktowałam. Też była szczerze zdziwiona moim widokiem, ale miała inne sprawy na głowie. W rezultacie pani Poppins pobiegała sobie pomiędzy parterem, a pierwszym piętrem... 
A, wróć. Gdzieś po drugim biegu, znając jej sytuację zdrowotną pi razy drzwi, zaproponowałam, że spokojnie mogę wszystko zanieść na górę. Tylko, że wtedy nie wiedziałam, że pod tym "wszystkim" kryją się jeszcze cztery filiżanki z kawą... Zanim jednak do tego dotarłam, dostawałam po kilka teczek, które po chwili trafiały do odpowiedniej sali. Wszystko było poprzedzone: - Uniesie pani?
Jasne, że uniosę... Może nie na raz, ale partiami, czemu nie. Dopiero przy tych kawach się poddałam. Tego bym nie doniosła, zwłaszcza po schodach. Ale to pani Poppins już sama zaniosła. A ja miałam czas na dopicie herbaty, która już nieco ostygła. Oraz na doczytanie artykułu.
 - Dziękuję... - głos pani Poppins dobiegł mnie niczym zza światów. Uśmiechnęłam się nieśmiało. Zresztą opryszczka wcale mi tego nie ułatwiała. - Fatalnie wygląda ta pani warga - dodała siadając obok mnie. - Boli?
 - Yhm...- mruknęłam, bo usta miałam pełne herbaty. Odruchowo spojrzałam na zegarek na ręce - była dopiero dziewiąta. - Długo pani dzisiaj siedzi? - dodałam po chwili.
 - Jak zwykle do szesnastej.
 - A chłopcy?
 - Chłopcy są z teściami.
Pokiwałam głową, w rękach trzymając kubek z resztkami herbaty. Drzwi wejściowe coraz częściej otwierały się i zamykały, wpuszczając w mury budynku coraz to nowe osoby. Pani Poppins siedziała obok mnie na krześle. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam czuć się niekomfortowo. Nogi same huśtały mi się do przodu i do tyłu, kołnierzyk koszuli dziwnie uwierał.
 - Jakby dzisiaj coś się działo, to śmiało może pani do mnie przyjść - usłyszałam. Ale, co się ma dziać? Do tej 14:30 powinnam wytrzymać. A potem i tak wracam do domu. Mimo wszystko pokiwałam twierdząco głową. - Powodzenia i jeszcze raz dziękuję - dodała na koniec, kładąc mi rękę na ramieniu. Dreszcz przeleciał mi po plecach.
 - Nic takiego nie zrobiłam - szepnęłam, kiedy znikała w drzwiach. - Miłego dnia.
Drzwi wejściowe do budynku ponownie się uchyliły. Po chwili znalazła się w nich jedna z moich koleżanek. Łagodnie do niej pomachałam. Odpowiedziała mi tym samym gestem. Wolno wstałam z krzesła i podeszłam do niej.
 - Miło cię widzieć - usłyszałam na powitanie...

czwartek, 9 stycznia 2020

1082. Opryszczka

Witajcie moi Kochani!
Na początku chciałabym Wam podziękować za wszystkie komentarze pod postem o ślubie S. i O. Chwilami czułam się jak bohater. A przecież nic takiego nie zrobiłam. No, może spowodowałam radość na twarzach nowożeńców. To wszystko. Do bohatera jeszcze mi daleko.
Chciałabym Was też zapytać o Wasze zdrowie. Bo ja chyba zaczęłam odczuwać skutki moich poczynań z ostatniego przedłużonego weekendu. Ale i tak nie żałuję niczego, co w jego trakcie zrobiłam: ani pojechania na ślub, ani niedzielnego koncertu, ani udziału w Orszaku Trzech Króli.
Już wczoraj czułam, że coś jest nie w porządku - za każdym razem, kiedy dotykałam górnej wargi odczuwałam pieczenie. W lusterku jednak nie wyglądało to tak źle. Ot, opuchnięta warga, co przypisywałam hektolitrom kataru, jaki ostatnio wylał się z mojego nosa. Dopiero kiedy dzisiaj rano się obudziłam i podeszłam do lusterka, przestraszyłam się nie na żarty. Warga wyglądała okropnie. Opryszczka? Tak, dopadła mnie opryszczka. Drugi raz w życiu. 
Na szczęście można sobie z tym poradzić, np. poprzez stosowanie lekarstw zmniejszających stężenie wirusa w organizmie(nie antybiotyków). W aptece można je dostać bez recepty. Dzięki temu niemal od razu zaopatrzyłam się w jeden z nich. Co prawda opryszczka trwa tylko ok. dziesięciu dni, jednak po co się męczyć, skoro można sobie ulżyć w bólu i pieczeniu. Ogólnie terapia trwa pięć dni - każdego dnia zażywa się 5 tabletek co cztery godziny z przerwą na spanie. W praktyce pierwszą tabletkę mam zamiar zażywać ok. 6, ostatnią ok. 22.00. Mam nadzieję, że zadziała. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że dzisiaj chciałam się wcześniej położyć spać. Wcześniej, czyli przed 22:00. Ale się nie da.
Pocieszające w tym wszystkim jest to, że mimo wszystko nie straszę ludzi. Nawet niektórzy z daleka odmachiwali mi ręką. Co prawda nie załatwiłam tego, co miałam w planie załatwić, ale myślę, że jak przesunę to o kolejny tydzień, to świat się od tego nie zawali. Zresztą, nie moja wina, że o niektórych sprawach informuje się nas w ostatniej chwili. I kombinuj człowieku, załatwiaj wszystko sam... A czas pędzi nieubłaganie. Czasami mam ochotę go zatrzymać, poprosić, aby chociaż trochę zwolnił. Niestety, nie chce mnie posłuchać.

P.S. Wysłałam wreszcie świąteczne kartki z życzeniami. Mam nadzieję, że dojdą chociaż do kilku z Was...

wtorek, 7 stycznia 2020

1081. Zanim jeszcze przyszła codzienność

Świąteczne dni powoli ustępują miejsca tym zwyczajnym. Boże Narodzenie 2019 i nadejście nowego roku 2020 pozostają wspomnieniem, utrwalonych chociażby na stronach mojego bloga. Zwieńczyły je dwa wyjątkowo ważne jak dla mnie wydarzenia: niedzielny koncert kolęd w jednej z sąsiednich parafii oraz poniedziałkowy Orszak Trzech Króli ulicami naszego miasta.
Niedzielny występ naszego zespołu w parafii P. księdza wypadł nam dosyć niespodziewanie. Ostatni raz byłam w tym kościele we wrześniu ubiegłego roku podczas spotkania dla naszej grupy pielgrzymkowej zmierzającej kilka tygodni wcześniej na Jasną Górę. A wcześniej jeszcze byłam tam kilka razy za czasów, kiedy chodziłam do ogólniaka - szkoła podlegała pod tą parafię. Na nasz sobotni koncert zaprosiliśmy P. z jego młodzieżą, aby nam przygrywali do kilku kolęd. W ramach rewanżu zaprosili nas na ostatnią niedzielę do siebie. Cieszyłam się, że to miała być niedziela - sobota raczej nie wchodziła w rachubę ze względu na ślub S. i O. Raczej bym się nie wyrobiła na godzinę 19:00. A tak sobie trochę odpoczęłam i na drugi dzień byłam prawie jak nowo narodzona.
Tak sobie w niedzielny poranek pomyślałam, że chyba odpuszczę sobie Mszę świętą w mojej parafii, a po prostu pójdę sobie na tą przed koncertem w tamtym kościele. Tak też zrobiłam. A przedpołudnie poświęciłam na czytanie książki. W sumie nic nowego. Popołudniu powoli zaczęłam się zbierać, m.in. cieplej się ubrałam. A jednocześnie tak się guzdrałam, że z domu wyszłam pół godziny przed 18:00. Wbrew pozorom to nie tak dużo, zwłaszcza kiedy trzeba było przejść ponad 2 kilometry, w tym pomiędzy blokami na nieznanym sobie osiedlu. Bo Karolinka sobie umyśliła iść na skróty. Ale z drugiej strony, skoro dzień wcześniej udało mi się nie zgubić na zupełnie obcym sobie terenie, to dlaczego teraz miałoby być inaczej, prawda? W ostatecznym rozrachunku na miejscu byłam tuż przed rozpoczęciem Mszy. Ufff... zawsze mogło być gorzej.
Weszłam do środka, usiadłam w jednej z pierwszych ławek i czekałam. A przy okazji kontemplowałam tamtejszą szopkę bożonarodzeniową, do której wykonania wykorzystano sam ołtarz. Nietypowy pomysł, przyznajcie sami.
Po skończonej Mszy świętej przyszła reszta zespołu. Szybko się rozlokowali i czekaliśmy na początek koncertu. Jako pierwsza wystąpiła młodzież z tamtejszej Oazy, która wykonała wiązankę skocznych kolęd na tzw. góralską nutę(w tym np. Gore gwiazda Jezusowi, Oj Maluśki czy też Jezusa narodzonego wszyscy witajmy) po czym przed ołtarz wyszła nasza ekipa. Chwilkę nam zajęło, zanim żeśmy się rozlokowali, a następnie ruszyliśmy z repertuarem. Był on taki sam jak tydzień wcześniej, więc nawet moja nieobecność na próbie, która miała miejsce poprzedniego dnia, nikomu zbytnio nie przeszkodziła. Każdy nasz występ był zapowiedziany przez P., a na koniec gorąco oklaskiwany. W dodatku wszystko szło na żywo w internecie, więc można powiedzieć, że nasza publiczność była trochę większa, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Chyba wszystkim do gustu przypadła piosenka, jaką śpiewaliśmy na bis - "Jak w Betlejem". Bo w sumie opowiada ona o tym, że Chrystus nie przyszedł na ziemię tylko w Domu Chleba, ale w każdym miejscu na ziemi. To trochę jak z naszą starą, poczciwą scholową pastorałką mówiącą, że "Przyszła do Dąbrowy, wesoła nowina, że w Betlejem mieście, Panna rodzi syna". Na koniec natomiast usłyszeliśmy od P., że on ma w planach szerszą współpracę z naszą parafią. Aż strach się bać, co miał przy tym na myśli. Kiedy było już po wszystkim, posprzątaliśmy rzeczy z naszego kościoła i wróciliśmy do domu. Akurat miałam to szczęście, że znajoma mnie podrzuciła do domu. Bo jednak wracać samemu do domu przez park po 20 to trochę jest strach.
Wolny weekend skończył się wraz ze świętem Trzech Króli. Wiele ludzi, co ciekawe, chrześcijan, uważa że jest to niepotrzebny wolny dzień, że ucierpi na tym ekonomia, że jak ktoś chce tego dnia iść na Mszę świętą do kościoła, to zawsze pójdzie. Doskonale pamiętam ostatni 6 stycznia, który nie był dniem wolnym od pracy. Miałam akurat zajęcia na uczelni, potem na złamanie karku pędziłam do mojego kościoła, bo przecież schola śpiewała na Mszy. Teraz wszystko jest na spokojnie. Idę do kościoła na tą godzinę, na którą chcę, specjalnie nie muszę się spieszyć i myśleć, jak i czy w ogóle zdążę. Zresztą, jeżeli jesteśmy wierzący, to myśląc o ekonomii powinniśmy wziąć pod uwagę właśnie sytuację Trzech Króli. Pochodzili oni prawdopodobnie z Persji(za tą tezą przemawiają tzw. czapki frygijskie znajdujące się na malowidle przedstawiającym pokłon Magów w jednej ze świątyń znajdujących się w Ziemi Świętej), która leży na terenie współczesnego Iranu. Ich podróż musiała trwać tygodnie, jeżeli nie miesiące. Musieli wziąć w nią wiele kosztowności oraz dary. Prastara legenda mówi, że te dary miały być testem dla małego Jezusa - jeżeli wybrałby złoto oznaczałoby to, że jest królem ziemskim, kadzidło - że jest kapłanem, mirrę - lekarzem. Jezus przyjął wszystkie trzy pokazując, że jest królem, kapłanem i lekarzem w jednej osobie.
Wróćmy jednak do Trzech Mędrców. Wyruszając w tak daleką wędrówkę zostawili krainy z których pochodzili wraz z całym systemem gospodarczym. Zapewne mianowali kogoś na wzór ministra skarbu, jednak to nie oni dysponowali tym majątkiem. Mogło to przysporzyć kłopotów finansowych w państwie. Czy się tym przejmowali? Czy o tym myśleli? Nie, dla nich najważniejsze było pokłonić się Dziecięciu. Co ważniejsze, nie dostali oni właściwie nic w zamian. Nie wymienili się kosztownościami z Królem, co najwyżej mogli usłyszeć "Dziękuję" z ust Józefa, a Maryja mogła pomóc synkowi pomachać im na pożegnanie. Czy więc opłacała im się ta wielotygodniowa przerwa od pracy, kiedy w dodatku musieli wracać do siebie już inną, być może dłuższą drogą, co dodatkowo wpłynęło na ich absencję? Tak, bo przecież znaleźli to, czego szukali. Być może nawet zaczęli wierzyć, a ich życie stało się pełniejsze? Pamiętajmy o tym, idąc tego dnia do kościoła. Pamiętajmy, że po spotkaniu z Bogiem nasze życie zawszę będzie lepsze.
Takim wymiernym wydarzeniem 6 stycznia jako wolnego dnia są niewątpliwie barwne Orszaki Trzech Króli, które przemierzają ulice naszych miast i wsi. Czy gdyby święto Epifanii było normalnym dniem, to byłyby one możliwe? A przecież cały pochód wygląda tak barwnie i przysparza wiele radości biorącym w nim udział ludziom. U nas już trzeci raz Trzej Królowie prowadzili wiernych od kościoła p.w. św. Barbary(dawnej świątyni prawosławnej) do miejskiej bazyliki, którą wielu z Was zna z moich opowieści:
W samej bazylice po przemarszu odbył się uroczysty koncert kolęd i pastorałek, przy akompaniamencie Miejskiej Orkiestry Dętej. Wbrew pozorom wcale nie było tak bardzo głośno, jak się mogłoby wydawać. A tradycyjne kolędy, podobnie jak w przypadku naszych koncertów, przeplatały się z nowoczesnymi piosenkami.
Jedyny minus tego wszystkiego jest taki, że sama nie wiem kiedy przemarzłam(czy na ślubie, czy na koncercie, czy może na pochodzie), a w rezultacie znowu coś złapałam. Na szczęście to tylko przeziębienie, bo powoli trzeba wracać do starego rytmu. Siostra pojechała na studia, Młoda przyjechała. Szkolniaki za tydzień mają już ferie zimowe, po których rozpoczynam pracę z Kropką. I tak powoli toczą się kolejne dni 2020 roku...

niedziela, 5 stycznia 2020

1080. Chyba naprawdę się ucieszyli

Kiedy dwa tygodnie temu zobaczyłam na facebooku zaproszenie na ślub pary, którą poznałam na wyjeździe do Panamy, poczułam się dziwnie. Z jednej strony cieszyłam się, owszem, ale z drugiej... Zobaczyłam kto jeszcze jest z naszej ekipy panamskiej zaproszono na wydarzenie. Okazało się, że poprzez fb zaproszenie dostałam ja i jeszcze jedna dziewczyna. O kurczaczki. Oczywiście brałam pod uwagę inne formy zaproszenia(my akurat najczęściej "gadamy" poprzez messengera, od czasu do czasu do siebie dzwonimy, ale nie ukrywajmy, że dzisiaj najwygodniej jest stworzyć wydarzenie na fb i w ten sposób pozapraszać potencjalnych gości), ale i tak w mojej głowie pojawiło się podstawowe pytanie "dlaczego ja?"*. Przecież w naszej grupie było wiele ciekawych, bardziej barwnych osób, które bardziej by pasowały na gości. A jednocześnie się cieszyłam. 
Cieszyłam, bo nie byłam znajomością tylko "na chwilę". Bo może ktoś spoza mojej rodziny widział we mnie nie w miarę fajnego człowieka bez względu na to, co prezentował jego wygląd zewnętrzny.
Przez dobry tydzień zastanawiałam się, czy powinnam jechać. Bo jednak nasza znajomość trwała zaledwie trzy tygodnie. A jednak chęć zrobienia młodym przyjemności w tym dniu Młodym zwyciężyła. Poza tym, kto wie kiedy znowu nadarzy się taka okazja.
Wcześniej jednak postanowiłam sprawdzić gdzie znajduje się miejscowość, w której ma się odbyć uroczystość i czy w ogóle jest tam możliwość dojechania w sobotę. Wiecie, nie chciałam robić im nadziei, bo jednak jestem niezmotoryzowany człowiek, który musi dalej polegać na transporcie publicznym i prywatnym. Po przeanalizowaniu wszystkiego, łącznie z możliwościami przyjazdu i powrotu do domu, uznałam, że pojechanie na ten ślub jest w miarę realne. Zaznaczyłam więc, że będę i czekałam na ten wyjątkowy dla S. i O. dzień.
A on nadszedł jak gdyby nigdy nic w dniu wczorajszym. Pomimo soboty i w miarę wolnego dnia wstałam ok. godziny 5. rano. Szybko się zebrałam, tak, aby na 7:35 dotrzeć na dworzec kolejowy w Katowicach. Musiałam być tak wcześnie, ponieważ o tej godzinie odchodził pociąg jadący przez Opole. Z Opola zaś najbardziej pasujący mi bus, który jechał już bezpośrednio przez Kujawy, był o 9:30. Niestety, żadnym z późniejszych nie zdążyłabym na 13:00. A propos miejscowości, w której odbywał się ślub - kiedy zobaczyłam jej nazwę nie wiem dlaczego, ale pomyślałam sobie o krainie geograficznej o tej samej nazwie - Kujawy. Wtedy moja wyprawa raczej byłaby niemożliwa. Na szczęście w adresie podany był kod pocztowy, po którym doszłam, że to niewielka miejscowość położona w sąsiednim województwie. 
Pociąg z Katowic do Opola jedzie średnio 1,5 godziny. To doskonała okazja nie tylko do podziwiania widoku za oknem, ale też do pogrążenia się w lekturze. A ponieważ ostatnio wypożyczyłam z Biblioteki Śląskiej aż dziewięć pozycji(z czego przeczytałam już 2), to miałam w czym wybierać. Zdecydowałam się na "Tsunami" autorstwa Sonali Deraniyagala. Ciekawa, aczkolwiek nie najłatwiejsza opowieść o zdarzeniach z grudnia 2004 roku, kiedy Indonezję nawiedziło tytułowe tsunami.
Do Opola dojechałam chwilę po 9. Trochę byłam zdezorientowana, ponieważ pierwszy raz odwiedziłam to miasto, a mapa internetowa pokazało mi, że od Dworca PKP do Dworca Autobusowego, z którego odchodziły busy do okolicznych miejscowości było ok. 2 kilometrów. A jeszcze wypadało kupić jakieś kwiaty i kartkę z życzeniami. Tymczasem ja nawet nie bardzo wiedziałam, w którą stronę mam iść. Na szczęście pod halą dworcową stały taksówki. Któż nie zna lepiej miasta od taksówkarzy, prawda? Podeszłam więc do jednego z nich z pytaniem, w którą stronę należy iść, aby dotrzeć do Dworca Autobusowego. Wskazał mi zielone daszki po drugiej stronie ulicy. Serio? Miały być dwa kilometry... W każdym razie mogłam spokojnie iść do kwiaciarni, gdzie kupiłam bukiet i kartkę. A potem jeszcze trochę czekałam aż nadjedzie autobus.
Autobus nadjechał lekko spóźniony, przez co lekko zmokłam. Weszłam do środka, zapłaciłam za bilet, usiadłam na pierwszym miejscu i z zainteresowaniem obserwowałam przesuwające się za oknem widoki. A te, z początku przedstawiające zurbanizowane miasto, powoli ustępowały krajobrazy typowo wiejskie. Przy okazji na własne oczy zobaczyłam zjawisko, gdzie miejscowości miały dwie nazwy - polską i niemiecką. Wszak województwo opolskie znajduje się na poniemieckiej ziemi.
W końcu, po godzinie jazdy, dotarłam w docelowe miejsce. Na szczęście autobus zatrzymuje się w centrum miejscowości tuż przy kościele, toteż nie musiałam go czytać. Do uroczystości pozostało 2,5 godziny. Nie uśmiechało mi się spędzać tego czasu na dworze, gdzie było zimno i wiał wiatr. Wkrótce jednak zobaczyłam, że ktoś wchodzi do kościoła. Czyli musiał być otwarty. Postanowiłam to jednak sprawdzić. Nieśmiało nacisnęłam na klamkę i weszłam do środka.
W kościele może nie było jakoś wyjątkowo ciepło, ale przynajmniej jego mury chroniły od zimnego wiatru. Usiadłam w ostatnim rzędzie. Akurat trwała próba śpiewu. W ucho wpadła mi poniższa pieśń:
I już do końca dnia ją nuciłam.
Nawet nie wiem, kiedy przyszła godzina 12:00, 12:30. Świątynia powoli zaczęła zapełniać się gośćmi, w przeważającej ilości młodymi. Nic dziwnego, przecież zarówno S., jak i O. działają w Duszpasterstwie Młodzieżowym.
Tuż przed godziną 13:00 w kościele pojawili się państwo młodzi. Nasze spojrzenia na chwilę się skrzyżowały. Ku mojemu zaskoczeniu S. podeszła do mnie i serdecznie mnie przytuliła.
 - Wspaniale, że jesteś - szepnęła mi do ucha.
Po O. też było widać radość z tego, że mnie widzi. Tradycyjnie już przybił mi piątkę.
 - Idź do przodu - poradził mi. - Będziesz lepiej widzieć.
Spojrzałam na wiecznie uśmiechniętą S.
 - Idź, nie wstydź się - zachęcała.
W końcu przesiadłam się bliżej.
Chwilę później środkiem kościoła przeszła procesja, na której końcu zmierzali młodzi. Piękny widok. Tak samo, jak pięknie brzmiały słowa przysięgi małżeńskiej, które względem siebie wypowiadali. Czy im się uda wytrwać w złożonej sobie obietnicy? Będę trzymała za to kciuki. W procesji z darami, oprócz tradycyjnych hostii, chleba oraz wody i wina zaniesiono również tak nietypowo lekarski stetoskop(S. studiuje medycynę we Wrocławiu) oraz kask strażacki(O. jest w Ochotniczej Straży Pożarnej).
Po zakończonej ceremonii wyszliśmy przed kościół, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z nowożeńcami. Potem jeszcze złożyłam im najserdeczniejsze życzenia(O. m.in. kazałam dbać o poślubioną sobie małżonkę i pilnować jej jak oka w głowie, bo jak nie, to będzie miał ze mną do czynienia) i powoli wypadało zbierać się do domu. 
Tutaj spotkała mnie miła niespodzianka - O. zapytał mnie, jak wracam do domu. Powiedziałam mu, zgodnie z prawdą, że o 15:30 mam powrotnego busa do Opola, a stamtąd już pociągiem do Katowic. O. stwierdził, że bez sensu abym tyle czekała na zimnym przystanku. A że ich znajomi z Duszpasterstwa Akademickiego podwozili kogoś na tamtejszy Dworzec PKP, to załatwił mi, abym jechała z nimi. W sumie w Opolu też chwilę czekałam, ale co innego jest spędzić półtora godziny na zimnie, a co innego w miarę ciepłej poczekalni. Oczywiście wykorzystałam ten czas na czytaniu książki. Gdyby była inna pogoda, to może zdecydowałabym się na zwiedzanie najbliższej okolicy. Ale przy zimnym wiaterku oraz mżącym deszczu po prostu mi się nie chciało. Może latem to nadrobię.
Za dziesięć siedemnasta weszłam do pociągu relacji Świnoujście - Lublin. Przeżyłam szok widząc, jak dużo ludzi nim jedzie. Ze względu na moje ograniczenia ruchowe kasjerka sprzedała mi bilet na miejsce siedzące, które jednak okazało się zajęte przez Ukraińców(?). Miałam pierwszeństwo na tą miejscówkę - nie dość, że dostałam ją na bilecie, to jeszcze przedział w wagonie był uprzywilejowany.  Uwierzcie mi, gdyby się dało, to oddałabym te wszystkie przywileje dla większej sprawności... W każdym razie wywiązała się mała sprzeczka o mnie pomiędzy tym Ukraińcem, a pasażerami, którzy prosili o to, aby ustąpił mi to miejsce. W końcu się udało, chociaż widać było, że człowiek jest poirytowany.
Ponieważ w dworcowej poczekalni skończyłam czytać przywiezioną przez siebie książkę nie miałam za bardzo co robić i pogrążyłam się w półśnie. Niby spałam, ale wiedziałam co się wokół mnie dzieje. Podróż powrotna trwała trochę dłużej, a to dlatego, że pociąg zatrzymywał się w moim mieście. Tym sposobem już przed 19:00 byłam w domu. Co prawda kleryk gonił animatorów do zrobienia paczek z kadzidłem i kredą na poniedziałek, ale ja już nie miałam na to siły.

* Co ciekawe, nigdy sobie nie zadawałam tego pytania odnośnie mojej niepełnoprawności