Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 29 lutego 2020

1104. Wyzwanie u Lidzi "Czytamy książki 2020" - luty

Trudno mi uwierzyć w to, że luty pozostał już tylko wspomnieniem. Chociaż jest on najkrótszym miesiącem w roku, to dzięki temu, że mamy rok przestępny, zyskaliśmy jeden dzień. Dzień, w którym można by chociażby podoczytywać książki. 
Wprawdzie był to najkrótszy miesiąc w roku, jednak udało mi się w nim przeczytać aż 15 książek, z czego większość wpisuje się w wytyczone przez Lidzię zasady na ten miesiąc, czyli tytuł na literę Z, imię lub nazwisko autora na literę F i coś na okładce na literę W. Niestety, z powodu nadmiaru obowiązków nie zapisywałam wszystkiego na bieżąco, chociaż jeszcze na początku miesiąca tak sobie to wszystko zaplanowałam. W ogóle konto na portalu lubimyczytać.pl też muszę odświeżyć i uzupełnić. Ech, uwierzcie mi ten miesiąc miałam naprawdę napięty i cieszę się, że w ogóle udało mi się zamieścić tutaj tych kilkanaście notatek. Może gdybym miała możliwość pisania na smartfonie, to wszystko szłoby mi sprawniej, a tak jestem skazana na komputer. Na pisanie na bieżąco o książkach już nie miałam siły. Na szczęście z książkami sprawa jest o wiele prostsza - mogę po prostu wrzucić je do plecaka i wyciągnąć w wolnej chwili.
Dlatego dzisiaj przedstawię tylko część książek. Po resztę zapraszam jutro. A przy okazji planuję zamieścić notatkę z "Biegu Wilczym Tropem".


Tytuł "Zemsta"
Autor: Aleksander Fredro
Okładka: wąsy(?)
Liczba stron: 264

Książka chyba wszystkim znana, ponieważ od pokoleń zaliczana jest do kanonu lektur szkolnych. Co prawda czytałam ją już w gimnazjum, a nawet wystawialiśmy ją jako przedstawienie szkolnego teatru amatorskiego, jednak ze względu na to, że Kropka aktualnie omawiała ją w szkole, postanowiłam odświeżyć sobie nieco jej treść(mam co prawda film Wajdy, ale przecież to nie to samo co książka).
Znana wszystkim historia zakazanej miłości, tym razem w wydaniu polskim. Akcja, jak przystało na dramat, toczy się w ciągu jednego dnia na fikcyjnym zamku. Jeden z głównych bohaterów książki, Cześnik, od jakiegoś toczy spór z Rejentem Milczkiem, który był właścicielem połowy zamku i postawił pomiędzy obydwoma częściami mur graniczny. Jednocześnie zastanawiał się, czy powinien się żenić z młodziutką Klarą, czy też dojrzałą Podstoliną. Tymczasem do Klary zaleca się też jej rówieśnik, Wacław, który chce ją wziąć za żonę. Jednak spór między Rejentem(ojcem Klary) i Cześnikiem stanowi ku temu przeszkodę. Wkrótce Wacław zostaje aresztowany przez Papkina, a Rejent przebywa w domu Cześnika jako jeniec. Przyprowadzony do Cześnika Wacław bezskutecznie namawia go do zawarcia pokoju z Rejentem. Chociaż Papkin daruje mu wolność, Wacław chce zostać w niewoli, ujawniając tym samym swoją tożsamość i zamiary. Klara, dowiedziawszy się o tym wszystkim wpada w panikę. Namawia Wacława, aby spróbował zyskać przychylność Podstoliny w nadziei, że wtedy się pobiorą. Okazuje się jednak, że kobieta jest dawną kochanką Wacława, z którą jego ojciec chce go ożenić. W dodatku Cześnik wyzywa Rejenta na pojedynek. W oczekiwaniu na przeciwnika przygotowuje się do wesela. Po powrocie Papkin odczytuje list od Rejenta, w którym chce ożenić syna z Podstoliną, co wzbudza wściekłość Cześnika. Postanawia ożenić Wacława z Klarą, mszcząc się tym samym na sąsiedzie. Doprowadza to jednak do zgody pomiędzy sąsiadami.
Myślę, że książkę czytała większość z nas. Osobiście średnio przypadają mi do gustu dramaty, z drugiej jednak strony znałam treść i problematykę książki, więc nie było tak źle. Na plus działały też słynne cytaty, które nie straciły na sile i wydźwięku pomimo upływu czasu.

Tytuł "Zbrodnia w błękicie"
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Okładka: -
Liczba stron: 380

Książkę zaczęłam czytać jeszcze w grudniu ubiegłego roku, jednak kiedy zobaczyłam u Lidzi, że jedną z wytycznych na luty jest tytuł na literę "Z", postanowiłam się wstrzymać.
Akcja "Zbrodni w błękicie" rozgrywa się u schyłku XIX wieku na terenie zaboru pruskiego. Główny bohater książki, a zarazem całej serii, przyjeżdża w pewien zimowy dzień do pałacu swoich znajomych w Tarnowicach. Podczas wspólnej kolacji wybucha konflikt pomiędzy jej uczestnikami. Nazajutrz pokojówka dokonuje wstrząsającego odkrycia - w jednej z sypialni umiera młodziutka Zosia, narzeczona sławnego posła Wacława. Ponieważ przez całą noc na zewnątrz szalała zadymka i nikt w tym czasie nie opuścił budynku było jasne, że sprawca morderstwa znajduje się wewnątrz. Do akcji wkracza Jan Morawski, który równolegle z policją prowadzi własne śledztwo mające na celu wyjaśnienie, kto i dlaczego popełnił zbrodnie na młodej kobiecie.
To moje pierwsze spotkanie z bohaterem całego cyklu, Janem Morawskim, detektywem-amatorem, który stara się rozwikłać tajemnicze zagadki, w szczególności zbrodnie. Chociaż nie przepadam za kryminałami, to jednak sposób opisywania wydarzeń przez Katarzynę Kwiatkowską tak mi przypadł do gustu, że postanowiłam poznać kolejne części. Szczególnie spodobał mi się sposób osadzenia powieści w realiach życia pod zaborami, co w dużej mierze zadecydowało, że książkę czytałam z dużym zainteresowaniem.

Tytuł "Człowiek w poszukiwaniu sensu"
Autor: Victor E. Frankl
Okładka: -
Liczba stron: 224

Victor Frankl był austriackim psychiatrą i psychoterapeutą, jednym z pionierów wykorzystywanej w tej dziedzinie medycyny metody zwanej logoterapią, której podstawy opracował jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Był więźniem obozów koncentracyjnych m.in. w Auschwitz i Dachau, w których została zgładzona niemal cała jego rodzina.
Fragmenty napisanej przez niego książki znałam już wcześniej, teraz chciałam iść o krok dalej i poznać ją całą, chociaż wiedziałam, że jej treść może być dosyć "ciężka". Całość podzielona jest na dwie części. Pierwsza z nich to wspomnienia Frankla pobytu w obozach koncentracyjnych napisane z perspektywy lekarza - psychiatry. Opisuje w niej nie tylko obozową codzienność, ale też próbuje dokonać analizy czynników wpływających na motywowanie więźniów do przetrwania tej próby oraz tych, które powodowały, że tracili oni wiarę w sens życia. Natomiast druga część to już stricte opis samej metody logoterapii wraz z przykładami jej zastosowania w praktyce.
Nie będę ukrywać, że czytanie tej książki, a szczególnie jej drugiej części, po prostu mnie zmęczyło. Bo o ile literaturę dotyczącą życia w obozach koncentracyjnych lubię, o tyle psychologia jest dla mnie zupełną abstrakcją. Dlatego podejrzewam, że to jest jedna z tych książek, po którą sięgnęłam tylko raz w życiu.

Tytuł "Za pięć godzin zobaczę Jezusa. Dziennik więzienny"
Autor: Jacques Fesch
Okładka: więzienie(?)
Liczba stron: 156

Już dawno chciałam przeczytać tą książkę, która za razem jest dzienniczkiem pisanym przez Jacquesa Frescha w ostatnich dwóch miesiącach życia. Ten w sumie przeciętny i niczym nie wyróżniający się Francuz i ojciec zaledwie 6-letniej dziewczynki, Weroniki, w wieku 27 lat napada na bank, przy okazji śmiertelnie raniąc policjanta oraz przypadkowego przechodnia. W rezultacie zostaje skazany przez sąd na śmierć poprzez zgilotynowanie. Nie chcąc jednak, aby nie pozostał po nim żaden ślad, postanawia pisać dziennik, który dedykuje małej Weronice. W więzieniu przeżywa też swoiste nawrócenie i z każdym dniem coraz bardziej zbliża się do Boga. Często rozmawia z więziennym kapelanem, który po jego śmierci postanawia wydać zapiski więźnia w postaci książki.
Publikacja, chociaż może z początku wydawać się trudna w odbiorze, jest pięknym obrazem bezwarunkowego zaufania Najwyższego w trudnych chwilach. Dzieli się na dwie części. Pierwsza, napisana przez jezuitę Andre Manaranche przybliża nam nieco postać Jacquesa, zastanawiając się jednocześnie, co mogło wpłynąć na tego młodego człowieka, że wybrał taką, a nie inną drogę życiową. Druga część to już dwumiesięczne zapiski Jacquesa, które tak naprawdę są wejściem w głąb jego duszy. Wielokrotnie przeżyłam chwilę wzruszenia czytając kolejne jej strony. Nawet nie pomyślałabym, że twardy mężczyzna może tak pięknie pisać o swoim obcowaniu z Bogiem.

Tytuł "
Zbrodnia i kara"
Autor: Aleksander Fiodor Dostojewski
Okładka: -
Liczba stron: 456

Kolejna klasyka literatury, która znalazła się w tym miesiącu na liście przeczytanych książek, tym razem za sprawą przygotowującej się do matury Młodszej.
Myślę, że treść książki jest większości z nas znana. Młody mężczyzna, 23-letni Rodion Raskolnikow w przypływie negatywnych emocji pozbawia siekierą starą lichwiarkę, Alonę Iwanownę oraz jej siostrę Lizawietę. Miało to pomóc mu w poprawie jego sytuacji zarówno finansowej, jak i materialnej. Chwilę przed popełnieniem zbrodni Raskolników rozmawia z miejskim pijaczkiem, Marmieładowem, którego córka Sonia trudni się prostytucją. Ten utwierdza go w przekonaniu, że jego czyn będzie dobry. Po dokonaniu zbrodni Rodion ukrywa zrabowane rzeczy i zaciera jej ślady. Wkrótce zostaje wezwany na policję, ponieważ u Alony zostaje znaleziony weksel na jego nazwisko. Oczywiście nie przyznaje się do popełnionego czynu. Raskolnikow odwiedza Sonię, z którą czyta i omawia Ewangelię mówiącą o wskrzeszeniu Łazarza. Lektura, jak również późniejsze wydarzenia(w tym śmierć Marmieładowa i rozmowa z prowadzącym śledztwo Porfirym), jak też ciążące na Rodii wyrzuty sumienia powodują, że mężczyzna poważnie zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem.
Nie będę ukrywała, że "Zbrodnia i Kara" była jedną z moich ulubionych lektur szkolnych w liceum i z miłą chęcią do niej wróciłam. Podobało mi się w niej ukazanie XIX wiecznego Petersburga, życia i obyczajów jego mieszkańców, ich zmartwień i trosk. Zaciekawił mnie też opis wewnętrznych przeżyć Raskolnikowa, jego wewnętrznej walki sumienia. Wprowadzenie motywu snów do powieści uważam za wspaniały zabieg. No i jeszcze to ponadczasowe przesłanie - jeżeli popełniło się przestępstwo, to nic nas nie uchroni przed karą. Nawet, jeżeli mają to być wyrzuty naszego sumienia.

Tytuł "Zapiski niewidomego taty"
Autor: Ryan Knighton
Okładka: -
Liczba stron: 288

Kolejna książka przeczytana z przyjemnością. Jak już sugeruje sam tytuł, są to zapiski ojca, który ma problemy ze wzrokiem.
Ryan Knighton z powodu wady genetycznej jest osobą niewidomą. Mimo to żyje pełnią życia. Ma kochającą żonę, mieszkanie, jest wykładowcą w jednym z uniwersytetów w Vancouver. Kiedy okazuje się, że jego żona Tracy jest w ciąży, mieszają nim skrajne uczucia. Niestety, ta pierwsza ciąża kończy się poronieniem oraz pewnymi komplikacjami medycznymi. Mimo to rodzice nie poddają się i już po roku Tracy ponownie zachodzi w ciążę. Tym razem wszystko idzie po ich myśli i wkrótce na świat przychodzi dziewczynka, którą szczęśliwi rodzice nazywają Tess. Przed Ryanem pojawia się wyzwanie bycia ojcem, który w dodatku jest niewidomy. Pomimo obaw wywiązuje się z nowej życiowej roli znakomicie udowadniając, że nawet z ułomnością można być szczęśliwym i spełnionym rodzicem.
Książka napisana jest z humorem. Jej lekki język sprawia, że czyta się ją sprawnie i w miarę szybko. Wielokrotnie też zaśmiewałam się z jej treści do łez. A z drugiej strony jest piękną lekcją pokory osoby wobec tego, co przyniósł jej los. To niesamowite, jak wiele może się zmienić w życiu człowieka kiedy pojawi się w nim maleńkie dziecko, bez względu na naszą sprawność, płeć czy też przekonania.

Tytuł "Z nienawiści do kobiet"
Autor: Justyna Kopińska
Okładka: -
Liczba stron: 224

Książkę zamierzałam przeczytać już jakiś czas temu, dlatego cieszę się, że dzięki motywacji Lidzi wreszcie to się stało.
"Z nienawiści do kobiet" jest cyklem ośmiu reportaży, których tematami żyła kiedyś cała Polska. Otwiera go wywiad z synem słynnej piosenkarki Violetty Villas, Krzysztofem, oraz jego żoną - Małgorzatą. Syn słynnej diwy zdradza, jakimi symptomami objawiały się "dziwactwa" jego matki, jego żona dodawała swoje obserwacje. To smutna historia o tym, jak ktoś będący na samym szczycie popularności, pod wpływem różnych urojeń stacza się na samo dno. Druga historia, "Ksiądz pedofil odprawia dalej" opowiada o głośnym w ostatnich latach zjawisku pedofilii w polskim kościele na przykładzie historii 13-letniej Kasi. Trzecia, "Z nienawiści do kobiet", szokuje obrazem wykorzystywania seksualnego kobiet służących w wojsku. Czwarta, "Gej Twoim bratem w Kościele" odnosi się do miejsca homoseksualistów w Kościele Katolickim oraz ich problemów z tym związanych. Piąta - "Dyrektor więzienia, który chciał być więźniem" jest przedstawieniem zamkniętego środowiska pracowników więzień, obciążeń ich psychiki oraz zaburzeń, które mogą prowadzić do tragedii. Szósta, "Ostatni Klezmer", to wspomnienia zmarłego niedawno Leopolda Kozłowskiego, który w czasie II wojny światowej stracił całą rodzinę, a i po wojnie był dla ówczesnej władzy problemem. Siódma, "Ile mamy trupów w szafie" to przypomnienie zabójstw rodziny Sobańskich i Siudzińskich przez młodych chłopaków dla korzyści majątkowych. Cykl zamyka reportaż "W obliczu zła" przedstawiający zagrożenia wynikające z uprawiania sportu przez młode dziewczęta. Całość wieńczy wywiad z autorką książki, Justyną Kopalińską.
Książka, chociaż dotyczy dosyć kontrowersyjnej tematyki, wciągnęła mnie. Z zainteresowaniem czytałam kolejne reportaże, w których "głos" wzięli ludzie związani z prawem i kryminologią zastanawiając się, do czego zdolni są ludzie. Najbardziej wstrząsnęły mną rozdziały dotyczące wykorzystywaniem dzieci przez księży pedofilów oraz zabójstwa tych dwóch rodzin, kiedy ich sprawcy bawili się z funkcjonariuszami policji w "kotka i myszkę". Jedyne zastrzeżenie miałabym do tytułu książki, który może być trochę mylący(wszak nie zawsze to kobiety były ofiarami), ale poza tą jedną uwagą nie mam więcej żadnych.

Tytuł: Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)
Autor: Pavol Rankov
Okładka: -
Liczba stron: 464

Napisana w 2008 roku powieść "Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej) została uhonorowana w następnym roku Europejską Nagrodą Europejską oraz kilkoma prestiżowymi nagrodami słowackimi. Już to powinno sprawić, że warto zwrócić na nią uwagę.
Akcja rozpoczyna się tytułowego 1 września 1938 roku na jednym z czeskich basenów. Trzech przyjaciół: Peter, Gabriel i Jan urządza zawody pływackie. Ten, który wygra będzie mógł ubiegać się o względy ich koleżanki, Marii. Niestety, wyścig nie zostaje rozstrzygnięty, ale przyjaciele obiecują sobie, że kiedyś go powtórzą. Los jednak chce, że rok później wybucha II wojna światowa, a następnie w Czechosłowacji pojawia się komunizm. Mimo upływu lat, mężczyźni nie tracą zainteresowania atrakcyjną Marią, zaś ich przyjaźń wielokrotnie zostaje wystawiona na próbę.
W powieści została zastosowana ciekawa formuła akcji - wydarzenia w niej opisywane toczą się przez kolejne lata w okolicy tytułowego 1 września. Co się działo w pozostałych miesiącach dowiadujemy się najczęściej z dialogów pomiędzy bohaterami. Ponadto akcja została wpleciona w historyczne ramy czasowe, takie jak II wojna światowa, czy też komunistyczną Czechosłowację. Dzięki temu czytelnik może poznać realia życia w tamtych czasach, pasje i zainteresowania tamtych ludzi, czy też specyfikę funkcjonowania tamtych zakładów przemysłowych.

Tytuł: Zapomniane dziecko
Autor: Cathy Glass
Okładka: włosy
Liczba stron: 384

Kolejna wzruszająca historia napisana przez życie, którą przyszło mi przeczytać w ostatnim czasie. Tym razem jej autorką jest Cathy Glass, z której książkami już się kiedyś spotkałam.
Książka opowiada wstrząsającą historię uroczej, kilkuletniej dziewczynki o imieniu Aimee. Ośmiolatka pochodzi z patologicznej rodziny, w której było miejsce na wszystko, ale na pewno nie na miłość dla dzieci. W chwili poznania małej jej ojciec siedzi w więzieniu, a matka woli narkotyki od opieki nad dzieckiem. Kiedy Aimee trafia do rodziny zastępczej, czyli pod opiekę Cathy Glass, jest wyraźnie zaniedbana, ma braki w szkole, nie posiada też większości codziennych umiejętności. W dodatku opinia opieki społecznej przedstawia ją jako osobę przejawiającą agresję. Jednak czas spędzony u Cathy wzbudza w Amiee poczucie zaufania i bezpieczeństwa, a przez to podzielić się z opiekunką coraz bardziej mrocznymi tajemnicami. Każda z nich jest jeszcze bardziej przerażająca niż poprzednia. Cathy zaś nie może zrozumieć jak to się stało, że Amiee została zapomniana przez system opieki społecznej pomimo tego, że tuż po urodzeniu została umieszczona w rejestrze nieletnich zagrożonych przemocą.
Podobnie jak podczas czytania książek napisanych przez Casey Watson, również i w tym przypadku uroniłam niejedną łzę. Po prostu w głowie mi się nie mieści, że niektórzy potrafią zgotować swoim dzieciom piekło już tutaj, na ziemi. I zawsze w takich chwilach zastanawiam się, czy można było coś dla nich zrobić, a jeżeli tak, to co? Ot, takie ćwiczenie dla wyobraźni i na logiczne myślenie.

Tytuł: Zanim się pojawiłeś
Autor: Jojo Moyes
Okładka: włosy
Liczba stron: 383

Chyba jedna z najgłośniejszych książek ostatnich lat, na podstawie której powstał chyba nawet film.
Dwudziestosześcioletnia Lou Clark nagle traci pracę w Kawiarni Bułka z masłem. Ponieważ w jej rodzinie nigdy się nie przelewało, zdaje sobie sprawę z tego, że jej wkład w budżet rodzinny jest bardzo ważny. Chce jak najszybciej zatrudnić się w nowej pracy, aby w ten sposób pomóc rodzicom z którymi mieszka. Wkrótce trafia do domu rodziny Traynorów, w którym zostaje zatrudniona w charakterze opiekunki syna gospodarzy domu, Willem. Chociaż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że jest on małym chłopcem, to tak naprawdę mężczyzna w kwiecie wieku, który ogromnie interesuje się motocyklami. I to właśnie ta jego pasja doprowadza do wypadku, w wyniku którego mężczyzna staje się całkowicie sparaliżowany. W jednej chwili ten atrakcyjny i pełen wewnętrznej radości człowiek traci całą chęć swojego życia. W jego głowie rodzi się plan, w jaki sposób przerwać koszmar, który go spotkał. Tymczasem towarzystwo Lou sprawia, że nie tylko zaczyna inaczej postrzegać inne rzeczy, ale też poznaje, czym jest miłość.
Przyjemna, pełna ciepła książka, która sprawia, że człowiek nabiera nadziei na lepsze jutro.

Tytuł: Zaklinacz koni
Autor: Nicholas Evans
Okładka: -
Liczba stron: 352

Kiedyś już oglądałam film, który był ekranizacją tejże powieści, dlatego nieco znałam zarys fabuły i wiedziałam, czego mogę się spodziewać.
Pewnego zimowego dnia trzynastoletnia Grace wybiera się wraz z najlepszą przyjaciółką na przejażdżkę konną. Pech chciał, że w pewnym momencie Pielgrzym, bo tak ma na imię jej koń, wpada w poślizg i ląduje wraz ze swoją właścicielką pod kołami rozpędzonej ciężarówki. Chociaż nikt nie traci w tym wypadku życia, to Grace w wyniku zdarzenia traci nogę, zaś Pielgrzym zostaje ciężko ranny. Weterynarz sugeruje uśpienie konia, jednak matka dziewczynki zna jej przywiązanie do zwierzęcia i wie, że taka decyzja mogłaby negatywnie wpłynąć na jej stan zdrowia. Postanawia znaleźć i sprowadzić zaklinacza, który "uzdrowiłby" Pielgrzyma. Kiedy udaje jej się odnaleźć Toma Bookera, człowieka wchodzącego w zwierzęcą psychikę, postanawia sprowadzić go na swoje ranczo. Początkowo niechętnie odnoszący się do sprawy Tom z każdym dniem coraz bardziej zaprzyjaźnia się z rodziną. A przy okazji odkrywa, że pomocy potrzebuje nie tylko koń, ale i cała rodzina.
Bardzo ciepła i wzruszająca powieść opowiadająca o mocy miłości i potrzebie posiadania kogoś, kogo można by było tą miłością obdarzyć. Zachwyciły mnie opisy przyrody, które bardzo dobrze działały na wyobraźnię.

Tytuł: Zbrodnia Katyńska.
Autor: Andrzej Przewoźnik, Jolanta Adamska
Okładka: -
Liczba stron: 208

Zbrodnia katyńska przez lata była ukrywana oraz zatajana przez ówczesną władzę PRLu. Chociaż większość ludzi znała prawdę, bała się o niej mówić. Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem nowej, wolnej Polski. Coraz częściej zaczęto mówić o tym, co stało się z polskimi oficerami wiosną 1940 roku. Nie bez znaczenia był fakt, że sama Rosja przyznała się do popełnionej wtedy zbrodni.
Na rynku zaczęło pojawiać się coraz więcej publikacji poświęconych zbrodni katyńskiej. Wiele z nich zostało napisanych przez sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Andrzeja Przewodnika. Wśród nich znajduje się również, napisana przy współudziale Jolanty Adamskiej, "Zbrodnia Katyńska. Mord-Kłamstwo-Pamięć". Książka jest analiza blisko 50 - letniego kłamstwa sowietów na temat zbrodni na polskich oficerach, ciągłym spychaniu odpowiedzialności na naród Niemiecki, a także przykładami sposobów okazywania pamięci wobec tego faktu. Dla mnie przeczytanie tej książki było też rozpoczęciem przygotowań do 10 rocznicy katastrofy pod Smoleńskiem.
Zrządzenie losu chciało, że Andrzej Przewoźnik znajdował się 10 kwietnia 2010 roku na pokładzie prezydenckiego samolotu lecącego na uroczystości rocznicowe do Katynia, który rozbił się w Smoleńsku. Historyk wraz z innymi poniósł śmierć na miejscu. Powyższa książka jest ostatnią, przy której przyszło mu współpracować, a zarazem testamentem Andrzeja Przewoźnika. Swoistą prośbą, aby starać się pielęgnować pamięć o oficerach, którzy zginęli w tym samym miejscu co on sam.

A ja dzisiaj musiałam nieco zmodyfikować moje życiowe plany. Co prawda zajęcia w Oratorium oraz próba scholi zostały odwołane ze względu na parafialny dzień skupienia, ja jednak miałam jeszcze bardziej skomplikowany plan. Pokrzyżował mi on nieco cele na dzisiaj, bo chciałam chociażby poczytać Wasze blogi oraz dokończyć pisać o przeczytanych książkach, jednak musiałam dostosować się do większości. Dużo by pisać, na razie jednak nie mam na to siły. Chociaż nie, napiszę że było ciekawie. Zwłaszcza, kiedy na wioskach leżał śnieg, który prawdopodobnie napadał w nocy. Przynajmniej jakaś namiastka zimy jest. 

czwartek, 27 lutego 2020

1103. Rozważania wielkopostne 2020: Grzech pierwszy - Pycha

7 grzechów głównych - to hasło, pod jakim w trakcie Wielkiego Tygodnia publikowane były w zeszłym roku teksty o 7 zjawiskach, które często dotykają nas, Polaków. Opisywane były z nieoczywistej strony, czasem luźno związanej z fundamentalnym grzechem. Celem tego zabiegu było pobudzenie czytelników do refleksji. W moim przypadku udało im się to w stu procentach. Dlatego postanowiłam się nimi z Wami podzielić. Mam cichą nadzieję, że i w Waszym przypadku efekt będzie podobny. A że na czele grzechów głównych stoi pycha, to właśnie od niej zaczniemy nasze tegoroczne wielkopostne rozważania.

Pycha? 80 proc. badanych uważa, że są ponadprzeciętni. "Przecież to niemożliwe".

Autor tekstu: Marcin Kozłowski
14.04.2019

- Jeśli zapyta pan grupę ludzi, czy uważają swój poziom inteligencji za ponadprzeciętny, to zapewniam Pana: większość powie, że owszem. Generalnie wydaje nam się, że jesteśmy lepsi niż przeciętna. Absurdalne, bo przecież nie jest możliwe, by tak było w rzeczywistości - mówi w rozmowie z Gazeta.pl dr Jarosław Kulbat, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.
Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: Być pysznym, to tak naprawdę być jakim?
Dr Jarosław Kulbat, psycholog społeczny, Uniwersytet PWPS we Wrocławiu: To zachowywać się zarozumiale, z poczuciem bycia lepszym od innej osoby lub osób. Wynika to z nadmiernie wysokiej samooceny. Samoocenę można interpretować nie tylko w kategoriach indywidualnych, czyli tego, jak ja patrzę na siebie, ale również w kategoriach grupowych: jak "my" patrzymy na "nich". W związku z tym jeśli przedstawiciele danych grup porównują się ze sobą, to każdy z nich stwierdza, że jest od drugiej lepszy. Przykład: pychą ze strony kierowcy drogiego samochodu może być ignorowanie tych, którzy mają gorsze auta. I tak naprawdę się dzieje. Są badania, które mówią, że gdy światło zmienia się na zielone, to im gorsze auto stoi tuż przed sygnalizatorem, tym szybciej można się spodziewać, że inne zaczną na nie trąbić, by jak najszybciej ruszyło. Co więcej, w innych badaniach stwierdzono, że właściciele lepszych i droższych marek aut mają większą skłonność do łamania przepisów, na przykład zatrzymania się w miejscu niedozwolonym czy wymuszania pierwszeństwa.
M. K.: Na jakich podstawach budujemy poczucie własnej wartości?
Dr J. K.: Z badań wynika, że to pięć głównych filarów: zdolności i sukcesy osobiste, udane związki i relacje międzyludzkie, umiejętności społeczne, czyli np. zdolność nawiązywania znajomości, samoakceptacja i poczuciu bycia lepszym, czyli przeświadczenie o byciu mądrzejszym, posiadania ponadprzeciętnych zdolności.
M.K.: Każdy jest pyszny z natury?
Dr J. K.: Jeśli zapyta pan grupę ludzi, czy uważają swój poziom inteligencji za ponadprzeciętny, to zapewniam pana: większość powie, że owszem. W Stanach Zjednoczonych z tego założenia wychodzi ok. 80 proc. badanych. Osoby przekonane o tym, że są wyjątkowo bystre, w rzeczywistości aż tak bardzo bystre nie są. Generalnie wydaje nam się, że jesteśmy lepsi niż przeciętna. Absurdalne, bo przecież nie jest możliwe, aby tak było w rzeczywistości.
Prof. Zbigniew Mikołejko wzbudził kilka lat temu sporą sensację pisząc o matkach z dziecięcymi wózkami, oczekujących specjalnego traktowania. Zwrócił uwagę na to, że niektóre osoby wychodzą z założenia, że skoro są matkami, to im się należy. To też objaw ich pychy. Podobnie jest ze starszymi ludźmi, którzy oczekują tego, że ktoś ustąpi im miejsca w autobusie. Ich oczekiwania oczywiście często są uzasadnione, bo takie osoby bywają fizycznie słabe, schorowane. Jeśli natomiast taki ktoś uważa, że powinien usiąść tylko dlatego, że jest starszy, to automatycznie stawia się na wyższej pozycji od innych.
M. K.: Wydawało mi się dotychczas, że zjawisko pychy dotyka głównie ludzi bogatych, wykształconych.
Dr J. K.: Rzeczywiście, ze względu na moje wykształcenie i charakter pracy funkcjonuję w specyficznym "bąblu kulturowym", któremu czasem trudno oprzeć się pokusie manifestowania swojej wyższości: intelektualnej, moralnej nad innymi. I stąd niektórzy wyznają poglądy, że to właśnie oni powinni lepiej zarabiać, mieć lepszą pracę. Wśród szkoleniowców krąży anegdota: jeśli grupie sprzedawców samochodów nie podoba się prelegent, pytają: "a ile pan sprzedał w swoim życiu samochodów?". Dla nich to miara wartości danej osoby.
Konsekwencją pychy może być pogarda, dlatego objawem zbyt wysokiego mniemania o sobie może być również to, w jaki sposób niektórzy traktują kasjerki w sklepach, kelnerów, ulotkarzy. Pamiętajmy jednak, że pycha to uniwersalny mechanizm. Dotyka wszystkich grup. I jest to mimowolne.
M. K.: Jakie jeszcze mogą być to grupy?
Dr J. K.: Nawet te najprostsze: wysokim wydaje się, że są bardziej wartościowi od niskich, jasnoskórzy uważają się za lepszych od czarnoskórych, kobiety od mężczyzn. I odwrotnie. Widać to również w podejściu niektórych osób do obcokrajowców: "My jesteśmy lepsi, bo to nasz kraj, ty jesteś tu na innych zasadach". Konsekwentnie podtrzymujemy, bronimy i podwyższamy poczucie własnej wartości.
Czasami dochodzi wręcz do kuriozalnych sytuacji. W badaniach dzieli się ludzi na dwa zespoły: dajmy na to, wielbicieli malarza abstrakcjonisty Kandinsky'ego i wielbicieli innego malarza - Pollocka. O przynależności do tych grup decyduje jedynie rzut monetą. Okazuje się potem, że wielbiciele jednego z malarzy uważają tych drugich za gorszych. W prawdziwy życiu te podziały są oczywiście bardziej oczywiste.
M. K.: Mówi pan, że pyszni są wszyscy, ale przecież niektórzy aż porażają swoją skromnością.
Dr J. K.: Nie wszyscy jawnie okazują swoje poczucie bycia lepszym. Pamiętajmy, że w polskiej kulturze obowiązują normy skromności. Mówi się przecież, że nie wolno przesadzać w entuzjastycznych opiniach na swój temat. Dlatego też wiele osób ma w różnych codziennych sytuacjach ciche przekonanie o swojej wyższości, ale nie mówi o tym na głos. Doświadczenie pychy niekoniecznie oznacza, że znajdzie to ujście w zachowaniu i słowach.
M. K.: Mam wrażenie, że dla niektórych powodem do odczuwania wyższości są ich trudne życiowe doświadczenia. "Co ty wiesz o życiu, ja się tyle nacierpiałem" lub "Haruję dniami i nocami, nie mam czasu na nic".
Dr J. K.: Sami decydujemy, co staje się składnikiem poczucia naszej własnej wartości. To kultura podpowiada, jakie cechy charakteru, umysłu są szczególnie cenne. I jeśli ktoś nie może się niczym pochwalić na innych polach, bo nie jest ani bogaty, ani bystry, ani nie odnosi sukcesów, to będzie szukać innego wymiaru definiowania siebie. Cierpienie może być takim przykładem, dzięki temu ludzie mogą myśleć o sobie w sposób wyjątkowy.
M. K.: Czy pycha zawsze jest czymś złym?
Dr J. K.: Pycha kojarzona jest też z hardością, czyli przeciwstawieniem się presji z zewnątrz. Idąc tym tropem, można powiedzieć, że na ludzi o wysokim mniemaniu o sobie trudno wywierać wpływ. Takie osoby nie boją się nawiązywać nowych znajomości, są śmiałe w swoich działaniach, wykazują się nawet pewną brawurą. Taki ktoś podejmie wyzwanie, bo przecież wierzy w swoje ponadprzeciętne zdolności, a dzięki temu ma szanse na sukces. Tego osoba skromna, niepyszna nie zrobi, pozbawiając się przy tym wielu okazji.
M. K.: Mówiąc o pysze nie sposób chyba nie wspomnieć o wątku politycznym.
Dr J. K.: W świecie politycznym także to funkcjonuje, chociażby podział na "dobrych patriotów" i "złych patriotów". Dochodzi do konfliktów między zwaśnionymi grupami, każda z nich niejako mówi: "my jesteśmy mądrzejsi od was, wy jesteście ciemni". Członkowie grup przeciwnych wydają nam się gorsi pod wieloma względami.
M. K.: To znaczy, że jak głosuję na PiS lub na PO, to uważam wyborców konkurencyjnej partii za mniej wartościowych?
Dr J. K.: Nie trzeba pytać o przykłady, to oczywiste. Każda strona przedstawia inną stronę w negatywnych barwach. Poczucie wyższości jest nieuchronnym elementem konfliktu. Jeśli nie zbudujemy platformy porozumienia, trudno będzie ten konflikt przezwyciężyć.
M. K.: Tylko jak w praktyce taką platformę zbudować>
Dr J. K.: Potrzebny byłby wybitny przywódca, który mógłby zjednoczyć naród. Dla niektórych takim przywódcą był prezydent USA Barack Obama, dla innych premier Kanady Justin Trudeau. Kluczowe byłoby wskazanie wspólnego celu, który byłby ważny dla jednej i dla drugiej grupy. To jednak utopijne myślenie.
M. K.: Pyszni są nie tylko wyborcy, ale również, a może przede wszystkim, politycy. Widać to na polskim i zagranicznym podwórku. Jak to się stało, że Donald Trump, polityk o niezwykle wysokim mniemaniu o sobie, dyskredytujący swoich przeciwników w sposób spektakularny, przekonał do siebie ludzi i został prezydentem USA? Przecież ludzi pysznych się nie lubi.
Dr J. K.: Co do zasady, nie bardzo lubię mówić o politykach, bo to zazwyczaj oznacza zajęcie określonego stanowiska.
Proszę jednak pamiętać, że to, czy jest się skutecznym, zależy od tego, kto nas będzie obserwować. To,  że panu się wydaje, że jakiś polityk jest zarozumiały, nie oznacza, że inna osoba będzie go tak postrzegać. Nie jest żadnym zaskoczeniem, że politycy dostosowują swoje wizerunki do oczekiwań wyborców. To ma cel strategiczny, robi się badania i sprawdza, czego elektorat chce. Zadaniem polityka jest wtedy zaprezentowanie się w ten sposób, by przemówić do jak największej grupy ludzi. Do jednych może to  trafić, do innych nie.
M. K.: Czy pycha mogła być powodem np. Brexitu i nieoczekiwanego zwycięstwa Donalda Trumpa? Wcześniej elity polityczne nie dostrzegały, co mówią do nich zwykli obywatele, z czego są niezadowoleni, czego tak naprawdę oczekują.
Dr J. K.: W życiu politycznym funkcjonuje już od dawna kultowa fraza "ciemny lud to kupi". Odzwierciedla on cynizm polityków, którzy są przekonani o tym, że wszystko wiedzą lepiej, bo są wybrani przez naród, bo są kompetentni. I wtedy ta arogancja może prowadzić do zaskoczeń. Komentatorzy dziwią się, dlaczego dana osoba lub dana partia ma tak wysokie poparcie, a powód jest prosty: po prostu trafia do wyborców. Nagle okazuje się, że "ciemny lud" wcale tego wszystkiego nie kupuje.

źródło: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,24615318,pycha-wsrod-polakow-my-jestesmy-od-was-madrzejsi-wy-jestescie.html

Mój komentarz: Pycha jest nieodłącznym elementem ludzkiej egzystencji. Tak jak w zamieszczonym wywiadzie powiedział dr Jarosław Kulbat, nie ma człowieka, który nie uważa, że nie jest w jakiejś dziedzinie lepszy od innych. Odrobina pychy w człowieku nie jest jednak niczym złym - to dzięki niej startujemy w konkursach, dzielimy się naszym zdaniem i przemyśleniami, czy choćby publikujemy na blogu własną twórczość. Niejednokrotnie wpływa to na zachwyt innych osób, zmianę sposobu ich myślenia, postrzegania świata. Jednak granica pomiędzy "dopuszczalną" pychą, a taką, która przeobraża się w coś złego jest bardzo cienka i łatwo ją przekroczyć. Lekceważenie innych, narzucanie im ciągle swojego zdania, niedostrzeganie innych, chęć bycia w centrum uwagi - to tylko niektóre pozycje z tej listy. Każdy z nas chce być doceniany i lubiany, jednak nie każdy umie się upokorzyć, przyznać do błędu, przyznać, że nie jest we wszystkim najlepszy. Zamiast tego odwraca wszystko tak, aby w dalszym ciągu być na piedestale. Ale z tego piedestału prędzej czy później się spadnie. A upadek może być bardzo bolesny...
Czy walczę z pychą, która we mnie siedzi? Oczywiście, że tak! Przynajmniej się staram. Nie jest to łatwe w świecie, który dąży do doskonałości, wymaga wielu przemyśleń. Przede wszystkim staram się nie żyć w przeświadczeniu, że jestem najlepsza, a na pewno nie we wszystkim. To cholernie trudne, np. przy wysokich wynikach w nauce, a jednak z tyłu głowy mam, że są osoby mądrzejsze ode mnie: moi rodzice, nauczyciele, koledzy. Zresztą według mnie od ocen ważniejsza jest zdobyta wiedza. Tutaj trudniej się konkuruje, bo każdy może wyrażać swoje zdanie, ale przyznawaniu komuś racji wiąże się z pokorą. Staram się też motywować innych do działania, a jednocześnie nie lubię być stawiana za wzór do naśladowania. Oj, to dopiero jest narzędzie pychy. Zawsze wtedy mówię, że są lepsi ode mnie. Jest jeszcze wiele innych sposobów na tłumienie nadmiernej pychy, ale na razie tylko to mi przychodzi do głowy.

Dzisiaj pogrążam się też w smutku po przeczytaniu wiadomości o śmierci aktora Pawła Królikowskiego. Szkoda, wielka szkoda, ale jak widać, śmierć nikogo nie omija...

wtorek, 25 lutego 2020

1102. Bo w życiu najlepiej być sobą

Długi korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność, chociaż założę się, że od sali na jego końcu do monumentalnych schodów nie mierzył nawet 50 metrów. Dyskretnie obejrzałam się za siebie - Smoczyca z każdym krokiem niebezpiecznie zbliżała się do mnie. "Oho" - pomyślałam sobie w duchu - "zaraz będzie afera o to, że się spóźniłam". Wkrótce była już na mojej wysokości. Niemal równocześnie odwróciłyśmy głowę w swoim kierunku. Zamiast spodziewanego ochrzanu usłyszałam potok miłych słów na swój temat. No wiecie, takich od których rośnie serce. Bo przyjemnie jest widzieć, że ktoś cieszy się z naszych sukcesów, czy też decyzji. Dlatego zawsze staram się cieszyć z tego, co osiągną moi podopieczni. Nigdy natomiast bym się nie spodziewała, że to "wróci" do mnie.
 - Coś ty jej zrobiła? - zapytała idąca za nami K. - Jak ci się udało ujarzmić taką żmiję jak ona?
W sumie sama nie wiem jak. Może po prostu nie szłam do niej jak do wroga, czy też na pole bitwy, której finał z góry można przewidzieć? Może doceniła moje starania i pracę nad samą sobą? Może zauważyła, że staram się(jak zwykle zresztą) udzielać tak często, jak to tylko możliwe... Mozaika z takich "może" szalała w mojej głowie niczym kalejdoskop, a ja nie potrafiłam znaleźć odpowiedniej odpowiedzi. Może po prostu podziałało to, że jestem sobą i do wszystkiego podchodzę z pogodnym usposobieniem?
***
Kilka godzin później. Stołówka, w której unosi się aromatyczny zapach. Siedzimy z Godzillą przy stole i szukamy na internecie kościoła, do którego mogłybyśmy jutro iść w ramach Środy Popielcowej. Przy okazji wygłupiamy się, jak to po dłuższej przerwie. Nagle podchodzi do naszego stolika pani Dyrektor i pyta, czy może się dosiąść. Nie ma sprawy. Przygląda się mnie przez moment i nagle wypala:
 - Nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze kiedy panią widzę, napawa mnie optymizm...
O kurcze, a już myślałam, że odstraszam ludzi...
 - Widzisz, musisz się przenieść do sekretariatu - skwitowała Godzilla klepiąc mnie po ramieniu. - Albo lepiej nie, bo Kapral nie da nam żyć...
Tutaj zdziwione oczy pani Dyrektor.
 - Nie będzie miał kto bronić honoru grupy - wyjaśniła jej koleżanka.
 - No to może wreszcie weźcie się do pracy - skwitowała Dyrektorka. - A pani niech w wolnych chwilach podejdzie do sekretariatu. Pani Poppins wyjaśni pani, co dalej z tym pani podaniem zrobić.
W sumie pani Poppins ma mnie chyba chwilowo dosyć, bo wysłała mi skan decyzji na maila. Jednak nie za bardzo zrozumiałam wyjaśnienie, więc chyba i tak do niej jutro wbiję. Najwyżej mój widok będzie ją napawał pesymizmem...
 - Widzisz - szepnęła Godzilla, kiedy pani Dyrektor sobie poszła. - Lubi cię. Coś ty w tym sekretariacie porobiła?
Bo ja wiem... Może po prostu nie narobiłam bagna w ich papierach.
***
Późne popołudnie. Siedzę w Ośrodku wraz z N. i słucham jak czyta opowiadanie o "Skarbie", czyli wynalezieniu druku. Nota bene, to jest to pamiętne opowiadanie, z którego wiem, czym jest zecer. Dochodzimy do połowy i nagle słyszę.
 - Boże, a gdyby ten zakrystian Kasper przyszedł chociaż chwilę wcześniej lub później to wszystko potoczyło by się inaczej, nie odkryto by druku, a ja nie musiałabym ani chodzić do szkoły, ani czytać opowiadań.
 - A wiesz, kiedy odkryto druk?
 - Wtedy, kiedy wynaleziono komputer i drukarkę? - pada odpowiedź z błyskiem w oku.
W sumie logiczne, prawda? Aż się bałam dochodzić do zadań z matematyki...
Plus sytuacyjny jest taki, że dzieciaki mnie polubiły, w dodatku w miarę mnie rozumieją, więc nie jest źle... I znowu sprawdza się stwierdzenie, że w życiu najlepiej być sobą, czyli kimś autentycznym. Inaczej dzieciaki, zwłaszcza z upośledzeniem umysłowym nam nie zaufają...

poniedziałek, 24 lutego 2020

1101. Burzowo, to znaczy strasznie

Burza

Huk, huk, huk - 
za oknem wciąż grzmi,
szum wiatru potrząsa firanką.
Huk, huk, huk -
to nie łoskot do drzwi,
lecz burza przed trzecią rano.
Huk, huk, huk,
przemierza swą drogę ku ziemi,
po niebie błyskawica,
Grzmot, grzmot, grzmot,
serce człowieka drży,
w oknie się pali gromnica.


To nie jest pierwsza burza, która przydarzyła się w mojej okolicy(i chyba nie tylko u mnie) w środku kalendarzowej zimy. Jeżeli przejrzelibyśmy kalendarium blogowe, to podobne zdarzenie miało już miejsce kilka lat temu, tylko że o trochę późniejszej godzinie. Automatycznie przypomniał mi się werset z Księgi Hioba, który nawiązuje do burzy. I zamieściłam go też w tamtym wpisie. 
Już wczoraj wieczorem wiało za oknem tak, jakby chciało wybić szyby w oknach i wdrzeć się do środka pomieszczenia. Młoda kilka razy musiała sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, zanim położyła się do łóżka. Ja jeszcze chwilę spędziłam na czytaniu książki "Zdarzyło się pierwszego września(albo kiedy indziej)" Pavola Rankova, jednak nie chciałam zbytnio przesadzać z siedzeniem do późna w nocy(czy i Wy też tak macie, że kiedy zaczytacie się w czymś, to czas Wam mija nie wiadomo kiedy?) i wyznaczyłam sobie czas maksymalnie do 22:30. Co prawda dzisiaj rano mogłam spać do tzw. oporu, jednak nie chciałam przesadzać i po prostu się wyspać.
Niczego nie podejrzewając zgasiłam lampkę nocną i poszłam spać. Teoretycznie mój niepokój powinno wzbudzić to, że Pusia nie leżała przy mnie, tylko gdzieś się zaszyła. No, ale Puśka to Puśka i nigdy nie wiadomo, co ma na myśli. Chyba nawet szybko zasnęłam, nawet mi się coś śniło w miarę spokojnego. 
Jak tutaj jednak coś nie łupnie w środku nocy... Obie z Młodą zerwałyśmy się na równe nogi i spojrzałyśmy w stronę okna, za którym szalała ulewa. W dodatku wiało tak, że firanka aż się ruszała. W takich chwilach człowiekowi przychodzą różne dziwne myśli do głowy, np. czy piorun kulisty może wybić okno? Za nic nie mogłam sobie przypomnieć, czy o tym kiedyś czytałam lub słyszałam... Swój strach postanowiłam na coś spożytkować. I w ten sposób powstał wiersz z początku notatki. Przynajmniej przestałam myśleć o tym, co się dzieje za oknem. Przynajmniej na krótką chwilę.
Młoda była chyba jeszcze bardziej przerażona ode mnie. Ja, jako mieszczuch wiem, że budynki mają piorunochrony. Ona, wychowana na prostej wsi, jeszcze się do tego nie przyzwyczaiła. Tylko czekałam, aż zaproponuje zapalenie gromnicy i ustawienia jej w oknie. Tutaj jednak pamiętałam opowiadania jednej z nauczycielek, że kiedyś najwięcej pożarów w czasie burzy powstawało właśnie od zapalonych gromnic. Dlatego nie chciałam kusić losu. No i pozostała zagadka zaginionego kota. Na szczęście teren jego ewentualnych poszukiwań sprowadzał się tylko do mieszkania.
Za oknem jeszcze z dwa razy huknęło i wszystko się uspokoiło. Nawet wiatr przestał wiać jak oszalały. Spojrzałam najpierw na zegarek, który wskazywał kilka minut po 2, a następnie bladą ze strachu Młodą. Poszłam do kuchni, z której przyniosłam kubek i butelkę z wodą. Postawiłam jej kubek z wodą na biurku, powiedziałam kilka słów na uspokojenie i położyłam się dalej spać.
Mam nadzieję, że Młoda szybko zasnęła, bo ja tak. Zresztą wiedziałam, że muszę być dzisiaj(i nie tylko dzisiaj) w miarę wyspana. Ona zresztą też, wszak zaczyna od dzisiaj czwarty semestr studiów.
Rano na zewnątrz wszystko wróciło do normy, tylko olbrzymie kałuże na chodniku przypominały o nocnej ulewie. A Pusia jak gdyby nigdy nic spała sobie smacznie na mojej kołdrze.

sobota, 22 lutego 2020

1100. Trochę nerwów na koniec tygodnia i miła niespodzianka

Byłam sobie wczoraj odebrać papiery z SDŚiu. Pojechałam tam dosyć późno, bo dopiero na godzinę 10. Niestety, okazało się, że kierowniczka pojechała do MOPS-u. Początkowo zaproponowano mi, abym przyjechała po nie w poniedziałek. Ale ja nie mogłam czekać do poniedziałku(zresztą z kierowniczką umówiłam się na piątek), bo musiałam je oddać najpóźniej w piątek. Jeszcze w środę Mery Poppins złapała mnie na ulicy.
 - Pani P., kiedy będzie pani miała te papiery. Bo podczas rozmowy telefonicznej mówiła pani, że doniesie mi je w tym tygodniu.
Chyba chciała nadać swojemu głosowi surowy ton, niezbyt jej się to jednak udało. Spojrzałam z uśmiechem na stojącą obok Dyrektorka. Ona też wyglądała tak, jakby miała lada moment wybuchnąć śmiechem.
 - Ale przecież mam czas do piątku, prawda pani Dyrektor?
 - No właśnie, ma czas do piątku - powtórzyła Dyrektorka.
 - Dobrze, nie było pytania - uśmiechnęła się Poppins. Pożegnałam się, bo przecież musiałam jeszcze pędzić do Ośrodka Wychowawczo - Opiekuńczego, gdzie mnie wrzucili na 90 godzin. A ponieważ jest to placówka dla dziewcząt z upośledzeniem umysłowym, to można powiedzieć, że niewiele zmienił się profil moich odbiorców. W każdym razie w domu jestem ok. 20:30(chwilowo mam przerwę w treningach) i jedyne na co mam siłę, to na przeczytanie kilku stron książki.
Dlatego musiałam poczekać na kierowniczkę ok. dwóch godzin. Musiałam zaryzykować, chociaż istniała szansa, że nie zdążę oddać papierów na czas i będzie problem. A żeby nie zmarnować tego czasu, poszłam do uczestników ŚDS-u.
W ogóle czwartkowe przedpołudnie spędziłam w ogromnej placówce prowadzonej przez ojców Bonifratrów, która skupiała w sobie Dom Pomocy Społecznej, Środowiskowy Dom Samopomocy, Warsztaty Terapii Zajęciowej oraz Zakład Aktywności Zawodowej. Jak dla mnie super sprawa. Szkoda tylko, że nikt nam nie powiedział jak tam dojechać. Bo okazało się, że miejskie autobusy podjeżdżają niemal pod sam ośrodek. Tylko, że przystanek jest już w innej miejscowości niż ośrodek o czym nie wiedziałam i znowu szłam prawie 4 kilometry z przystanku, który jest w tej samej wiosce. W drugą stronę było lepiej, chociaż spieszyłam się jak mogłam, aby jak najmniej się spóźnić do tego Ośrodka O-W. 
Uczestnicy ŚDS-u przywitali mnie bardzo ciepło, dopytywali, dlaczego mnie nie było przez ostatnie trzy dni(jak dobrze pamiętają, że ostatnio byłam w poniedziałek). Trochę z nimi pogadałam(co prawda mieli zaplanowane oglądanie jakiegoś filmu, ale część z nich nalegała, że chce zostać ze mną na mniejszej sali), trochę pograliśmy w "Memory" i poodwzorowaliśmy obrazki z drewnianych figur geometrycznych. Większość z nich pochwaliła mi się ile zjadła pączków poprzedniego dnia. Aż wstyd mi się było przyznać, że nie zjadłam ani jednego. Zapomniało mi się, że to jest ten dzień, chociaż dziewczyny z Ośrodka co rusz się nimi zajadały. Co kilkanaście minut spoglądałam nerwowo na zegarek. Niby wiedziałam, że pani Poppins w piątki siedzi dłużej w pracy, ale i tak się denerwowałam, że nie zdążę na czas. I zrobi się kłopot.
W końcu się doczekałam. A przy okazji usłyszałam, że papiery(które leżały u kierowniczki od poniedziałku) zaraz zostaną wypisane. Jak potem powiedziałam o tym pani Poppins, to biedna przez chwilę nie mogła opanować śmiechu. No, ale lepiej późno niż wcale. Przynajmniej miałam czas na pomoc w posprzątaniu pomocy dydaktycznych przed obiadem. Chwilę później otrzymałam wszystkie papiery, pożegnałam się ze wszystkimi(obiecując, że będę wpadać) i biegiem udałam się na przystanek autobusowy. Potem jeszcze trochę nerwówki, bo nie dość, że nie wiedziałam, czy zdążę do sekretariatu, to jeszcze wiedziałam, że znowu się spóźnię do Ośrodka.
Z drżeniem zapukałam do odpowiednich drzwi, na szczęście pani Poppins była jeszcze w środku. Zażartowała, że rzutem na taśmę przynoszę jej wszystko, ale grunt, że zdążyłam. A potem jeszcze rzuciła okiem na opinię i pogratulowała mi jej. Z tym, że ja w sumie nic takiego nie robiłam. A że kierowniczka wychwaliła mnie pod niebiosa... Ja o to nie prosiłam. Niestety, nie mogłam dłużej zostać, bo kolejne obowiązki czekały. Zostawiłam jeszcze pani Poppins podanie i pobiegłam na odpowiedni tramwaj. Na odchodnym jeszcze usłyszałam, żebym częściej do niej przychodziła. Miałam wrażenie, że chce mi jeszcze coś powiedzieć... Ale to chyba tylko wrażenie. 
Dyżur w Ośrodku trwał trochę krócej, bo dziewczyny zawsze są bardziej padnięte pod koniec tygodnia. Ale za to wcześniej wróciłam do domu i mogłam wreszcie zrealizować awizo, które zostawił listonosz we wtorek. Na początku myślałam, że przyszła w końcu umowa do SDŚ-u, ale ta pojawiła się w mojej skrzynce dopiero na drugi dzień. A że i tak wysiadam w centrum, gdzie mieści się poczta. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że pani w okienku przynosi mi niewielką paczkę. Spojrzałam na adresata - to przesyłka od naszej Ewuni. Wraz z kartką świąteczną wysłałam też kartę do "Dziennika Emerytki". Ewunia postanowiła mi się odwdzięczyć przepięknym albumem. Aż mnie zatkało, kiedy w domu otworzyłam niepozorną paczkę. Takie cudo za zwyczajną kartkę. Do oczu napłynęły mi łzy wzruszenia, a ja muszę znaleźć ciekawe jego wykorzystanie, co nie będzie łatwe. 

Zobaczcie jakie to śliczne i kunsztownie wykonane:

Ewuniu, jeszcze raz Ci dziękuję z całego serca :)

niedziela, 16 lutego 2020

1099. VI Parkowe Hercklekoty

Dzisiaj kolejny raz miałam okazję działać jako wolontariusz, tym razem podczas "VI Parkowych Hercklekotów", które odbywały się w Parku za Lotniskiem, znajdującym się w dzielnicy Muchowiec. Jak w większości wolontariatów, także i o tym dowiedziałam się z internetu. Tradycyjnie już trzeba było wypełnić ankietę zgłoszeniową opisując w niej swoje doświadczenie w tego typu akcjach(a poszerza się ono z każdym kolejnym wolontariatem) i czekać na odpowiedź. Te doświadczenie jest o tyle ważne, że dużo łatwiej jest dzięki niemu przydzielić daną osobę do odpowiedniej funkcji. Ja zostałam przydzielona na strefę medalową.
To już moje trzecie spotkanie z tą lokalizacją - Park na Muchowcu(poprzednie to wolontariaty podczas majowego Biegu z Flagą oraz wrześniowy Katowice Business Run) oraz druga współpraca ze stowarzyszeniem MK Team(pierwsza to wspomniany już Bieg z Flagą). Zarazem Parkowe Hercklekoty to pierwszy z czterech biegów Grand Prix w ciągu roku organizowany przez stowarzyszenie. Co prawda rok temu pojawiła się szansa pomagania przy okazji organizacji czerwcowego Biegu Świetlików, jednak zbieg pewnych okoliczności sprawił, że musiałam zrezygnować w ostatniej chwili.
Bycie wolontariuszem wymaga pewnej dyscypliny. Dzisiaj np. wstałam jeszcze przed świtem, aby zdążyć na czas. I chociaż kiedy o 5 otwierałam oczy było zupełnie ciemno, to kiedy czekałam na przystanku na odpowiedni autobus(ponad 30 minut), niebo z każdą chwilą zachwycało spektaklem rozbłyskających na nich barw.
Miałam bardzo ambitny plan pojechania do Katowic jakimś autobusem ok. godziny 6:30. Tym samym spokojnie zdążyłabym na kolejny, tym razem już w Katowicach, który dowiózłby mnie na miejsce. Sęk w tym, że nic o tej godzinie nie jechało, nawet prywatna linia(chociaż ona planowo powinna być u mnie o 6:32, 6:52 i 7:12). Pierwszy odpowiadający mi autobus(nie ten ze zdjęcia) przyjechał o 7:14. Trochę sobie pomarzłam, ale się doczekałam. Ale oczywiście w Katowicach nie zdążyłam już na kolejny. Nie pozostawało mi nic innego, niż iść te 4 kilometry na nogach. Pocieszające było to, że chodniki nie były skute lodem.
Kiedy minęłam Drogę na Lotnisko(do dzisiaj nie wiem, czy to jest nazwa ulicy, czy czego innego) moim oczom ukazała się panorama leśna. Żałuję, że nie cyknęłam temu zjawisku fotki, ale moje ręce zamarzały z zimna. Na szczęście w oddali było już widać zarysy namiotów ustawionych na miejscu rozpoczęciu biegu.
Doszłam tam trochę przed czasem(moja ekipa miała zbiórkę o 9:20), ale dzięki temu mogłam na spokojnie zgłosić moją obecność organizatorowi i odebrać pakiet wolontariusza(wreszcie dostałam kamizelkę, w której nie "utonęłam"), a nawet zrobioną przez Dziadziusia herbatę. Z wypiciem tej herbaty był sam przebój, bo papierowe kubki nie są dla mnie stworzone, ale jakoś się mi udało i wypić i nie wylać całej zawartości na siebie.
O 9:20 przyszedł koordynator naszej grupy z medalami(4 pudełka), które mieliśmy rozwiesić na takich specjalnych drążkach. W pewnym momencie myślałam, że pękną one od tego ciężaru, na szczęście wytrzymały.
Nasz Team
Uczestnicy biegli na dwie tury. Pierwsza, na 10 kilometrów, wystartowała o godzinie 10:00, a jej uczestnicy mieli na przebiegnięcie dwóch pętli po 5 kilometrów maksymalnie 1,5 godziny. Tymczasem najszybszy zawodnik zjawił się na mecie po 32 minutach biegu. Jak dla mnie super czas. Zresztą cała pierwsza trójka pokonała cały dystans w czasie poniżej 35 minut. Natomiast najszybsza kobieta pokonała trasę w 41 minut, co też jest dla mnie rewelacyjnym czasem. Zwycięscy w poszczególnych kategoriach płciowych zostali uhonorowani pucharami.
 Drugą turę stanowili zawodnicy startujący w biegu na 5 kilometrów(czyli obiegający jedną pętlę) oraz idący z kijami na tym samym odcinku(oni mieli start minutę po biegaczach). Chociaż jeżeli mam być szczera to z obserwacji mogę powiedzieć, że część nording-walking'owców powinna zostać zdyskwalifikowana... W każdym razie obie grupy miały godzinę na przemierzenie całej trasy. Tutaj najszybszy zawodnik wśród biegaczy przekroczył linię mety po 16 minutach, natomiast zawodniczka - po 20. Najlepszy kijowiec przeszedł całe 5 kilometrów w 29 minut, najlepszej kobiecie zajęło to dwie minuty dłużej. Podobnie jak w przypadku biegaczy na 10 km., także i teraz najlepsi otrzymali puchary.
Wszyscy zawodnicy otrzymali pamiątkowy medal. Na mecie było nas 11. Ktoś powiedziałby, że sporo. Trzeba jednak wziąć pod uwagę jedną rzecz - na początku i na końcu przybiega stosunkowo mało zawodników, największe ich apogeum jest w środku. Wtedy potrzebna jest każda para rąk, aby nadążyć z wydawaniem medali. W dodatku trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby nie dać pamiątki dwa razy tej samej osobie. I tutaj podzielę się z Wami tym, co mnie najbardziej irytowało w zawodnikach - dlaczego po otrzymaniu medalu nie wyjdą poza strefę medalową, tylko kręcą się po niej jak bezpańskie psy. Jeszcze jakby na kogoś czekali, rozumiem, ale np. takie zdjęcia mogliby sobie robić gdzieś z tyłu. Nawet nie wiecie, jak to denerwuje, kiedy przechodzi koło ciebie kilku zawodników, z czego jeden nie ma jeszcze medalu, a ty musisz się pilnować, żeby nie dać go też tym, którzy go już otrzymali.
W pewnym momencie obciążenie zawodnikami było tak duże, że zastanawiałam się, czy starczy medali dla wszystkich. Na szczęście każdy wyszedł z naszej strefy z tzw. blaszką na piersi. Pozytywne też było to, że za sprawą pogody trasa nie była oblodzona i nikomu nic większego się nie stało. Co prawda dwójka uczestników zasłabła po dotarciu na metę, ale było to tylko chwilowa niemoc. Moją uwagę zwróciły drony, a także przelatująca co jakiś czas na niebie awionetka. Zastanawiałam się nawet skąd ona wystartowała. Co prawda tuż obok parku jest lotnisko wojskowe, jednak wątpię, aby to właśnie z niego.
Dochodziła 13:30, moja służba powoli dobiegała końca. Zdałam organizatorce moją kamizelkę, a w zamian otrzymałam certyfikat wolontariusza. Kolejny do kolekcji. Zastanawiałam się, czy bez kamizelki dostanę posiłek, na szczęście na gastronomii stał Dziadziuś, który nie wypuścił mnie głodnej z imprezy. Tak więc na koniec delektowałam się jakąś zupą, przeglądając zarazem kalendarz z tegorocznymi imprezami biegowymi organizowanymi przez MK Team. Jedyny mankament tego wszystkiego był taki, że znowu musiałam iść na nogach na dworzec... Ale cóż, takie jest życie.
A jutro znów trzeba wracać do rzeczywistości. Życie, ach życie...

czwartek, 13 lutego 2020

1098. Pozytywy kontra negatywy

Zaczynam powoli się cieszyć, że na zajęcia w ŚDSie będę chodzić tylko do poniedziałku. W zasadzie nie jest tam tak źle. A raczej nie było, do kiedy nie przyszła kolejna kobieta na praktykę. Bo ja dużo zniosę, nawet to, że jakiś uczestnik ŚDSu przeszkadza mi w prowadzeniu zajęć. Trudno, w większości przypadków Ci ludzie nie są tego świadomi. Można im powtarzać do znudzenia, żeby nie przeszkadzali, ale oni jakby nie pamiętali, co do nich się mówi. Ale co mam powiedzieć, kiedy w prowadzeniu zajęć przeszkadza mi inny praktykant?
Wymyśliłam sobie bowiem, że podczas bloku przedpołudniowych zajęć pogramy z podopiecznymi ośrodka w "Biznes po polsku"(na wymyślonych zasadach, bo tych zaproponowanych przez producenta to nawet ja nie rozumiem), a przy okazji poćwiczymy posługiwanie się nominałami pieniężnymi(w podstawowym zakresie, np. wpłacenie do banku 450 zł, wydanie 60 zł z 200 itp.). Jeszcze wczoraj wieczorem razem z Młodą sprawdziłyśmy zawartość mojego pudełka, wyjęłyśmy też "czeki" 500 i 1000 zł., bo one akurat nie były mi potrzebne, przejrzałam też karty zakupów, czy żadna nie zginęła w Oratorium. Dzisiaj przedstawiłam plan terapeutkom, uzyskałam zgodę(a nóż zadanie mogłoby się okazać za trudne dla nich) i dostałam grupkę osób, z którymi miałam pracować. Na początku przypomnieliśmy sobie wszystkie nominały, porozmawialiśmy też o tym, skąd się biorą pieniądze i zaczęliśmy grać. Ogólnie, żeby nie robić mętliku, postanowiłam, że poszczególne karty będziemy kupować za wartość, którą trzeba zapłacić w przypadku, kiedy dana osoba stanie na tym polu i jest ono już wykupione(a wartość ta jest znacznie mniejsza od faktycznej wartości każdej karty).
Początek - porażka. Wszystko przez jednego uczestnika, który nie grał z nami, ale siedział obok i wszystko bezsensownie komentował. A przy okazji denerwował większość moich podopiecznych. Kazałam mu wyjść, problem jest jednak taki, że część z nich(w szczególności ci, którzy znają mnie ze szkoły) traktuje mnie nie jak jakiegoś zwierzchnika, ale równą sobie. No i B. niestety do nich należy i wszystko co mówię ma dosłownie w d... W końcu interweniowała pani psycholog i kazała mu opuścić salę i iść do telewizyjnej.
Nareszcie można było pracować. I nawet fajnie nam to wszystko szło, przy okazji utrwaliliśmy też wiadomości o zawodach, w których można pracować. 45 minut przeleciało nie wiem kiedy. I wtedy do sali weszła ta druga praktykantka. Najpierw podeszła do drugiego stołu. Nawet się ucieszyłam, że z nimi tam siądzie, bo dotąd co prawda siedziałam z jedną grupą, ale z polecenia pań terapeutek "rzucałam okiem" też na drugi stół. Co prawda siedzący przy nich są "spokojni", jednak nigdy nie należy być w przypadku takich osób pewnymi w 100%, że nic się nie stanie. Ale po chwili, kiedy zobaczyła, że raczej sobie z nimi nie pogada, dosiadła się do nas. I zaczęła gadać z moimi, przy okazji ich rozpraszając. Tylko nie po to usuwałam B., który rozwalał pracę całej grupy, żeby na jego miejsce przyszedł ktoś inny, kogo w dodatku nie mogę odsunąć ot tak. Oczywiście, delikatnie zwróciłam jej uwagę, że prowadzę teraz zajęcia z nimi i że mi przeszkadza. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do większości osób nie mogę liczyć na siłę swojego głosu i nie przekrzyczę jej, niestety. Myślicie, że coś sobie z tego robiła? Gdzie tam. Nawet chwilami miałam wrażenie, że traktuje mnie jak kolejnego uczestnika... 
Trochę mi się przykro zrobiło. Bo przecież przygotowałam się do zajęć, skonsultowałam ich przebieg z kadrą pracującą w ośrodku, dostałam zielone światło i połowa czasu była dla mnie czasem straconym. Zastanawiam się, dlaczego tamta praktykantka sama nie zrobi jakiś zajęć dla tych osób, albo czy tak ciężko było jej poczekać do czasu po obiadu, kiedy faktycznie jest czas do rozmawiania o wszystkim i o niczym ze wszystkimi... W sumie tak bardzo się tym nie przejęłam, jednak trochę irytujące jest to, jak ktoś dezorganizuje tobie ćwiczenia. Chociaż sama pod tym względem w podstawówce i gimnazjum nie byłam lepsza - zwykle odpowiadałam na pytania, które kierowane były do starszych ode mnie uczniów(bo jakoś w szóstej klasie nie interesowało mnie to, co robiła siedząca po drugiej stronie sali czwarta klasa, za to na odwrót, czyli co robi się w szóstej klasie, kiedy byłam w czwartej - i owszem). No, ale miałam wtedy 10-14 lat, a ona ma ponad 30...
Z pozytywnych rzeczy, chociaż pierwszą połowę zajęć z pieniędzmi uważam za w miarę udaną, to na prośbę Mery Poppins uzupełniłam w Wordzie kilka grafików i wysłałam jej w pliku zwrotnym. Lubię taką dłubaninę z tabelkami, nawet z "diabelskim" Excelem, więc dla mnie to sama przyjemność, a nie wyzysk(aż się wzruszyłam, kiedy przeczytałam "przepraszam, że Panią się wyręczam"). Mam tylko nadzieję, że o to jej chodziło. Ale dla równowagi - miałam już prawie gotowy półroczny ramowy plan działania Oratorium, kiedy komputer postanowił się uaktualnić. Wszystko ok., tylko dlaczego nie zadziałało automatyczne zapisywanie pliku? Jak można się domyślić, całą moją pracę wykasowało... Dlatego cieszę się, że te harmonogramy udało się bezproblemowo zrobić. 

środa, 12 lutego 2020

1097. Kompromis

Życie jest cholernie trudnym zadaniem. Zwłaszcza przebywanie w jakiejś społeczności ludzkiej. Każdy z nas jest inny, każdy ma inne cechy charakteru i poglądy. Gdyby każdy z nas chciał nieustannie stawiać na swoim, do niczego byśmy nie doszli. Dlatego tak ważne dla relacji międzyludzkich jest pójście na pewne kompromisy, czy też ustępstwa.
Mój stosunek do "świąt" typu Walentynki jest w środowisku powszechnie znany - nie potępiam nikogo, kto je świętuje, sama jednak mam neutralny do nich stosunek. Niech będą, skoro mają być, ja się jednak w nie nie bawię. Zresztą codziennie staram się świętować miłość względem drugiego człowieka. Oczywiście to nie jest tak, że rzucam się każdemu napotkanemu przechodniowi na szyję, ale chociażby poprzez życzliwy stosunek względem innych i uśmiech na twarzy. A uwierzcie mi, jest to trudne kiedy druga osoba zalezie za skórę... Zresztą chyba każdy z nas był w takiej sytuacji.
Dzisiaj jednak musiałam trochę zmienić "reguły życiowe". Podczas zajęć w ŚDSie były warsztaty walentynkowe prowadzone przez panią z pobliskiej biblioteki. To było w sumie do przewidzenia. Więc specjalnie mnie to nie zdziwiło. W normalnych okolicznościach stałabym z boku i obserwowała pracę innych. Dzisiaj było jednak jedno "ale" - niewidomy uczestnik ŚDSu, który koniecznie chciał zrobić laurkę dla swojej... mamy. Nie wiem dlaczego, ale ruszyło mnie to. W dodatku jedna z terapeutek poprosiła mnie, abym usiadła obok A.(którego znam jeszcze z czasów przedszkolnych) i mu pomogła. Jasne, mogłam odmówić powołując się na swój światopogląd, ale czy o to chodzi?
Usiadłam więc obok A. i słuchając jego wskazówek, wykonywałam laurkę. Nota bene przypomniało mi się, jak jakieś 25 lat temu odrabiałam za niego zadania z katechezy. To jeszcze były czasy wspomnianego przedszkola, więc chyba powinno być mi to wybaczone. A. też zaczęło coś świtać, że skądś mnie zna, i tak od słowa do słowa wyjaśniłam mu skąd mnie może kojarzyć.
Wracając jednak do laurki, to wyszła nam obwódka serduszka z przyklejonych cekinów, a środek wykleiliśmy czerwoną bibułą. Początkowo miałam pomysł, że zrobię A. obwódkę serca z kleju, a on ponakleja na to cekiny - to jednak okazało się dla niego za trudne. Sama więc zajęłam się wyklejaniem, on tylko darł mi bibułę na mniejsze części. Na koniec zaś za pomocą jego dłoni wszystko docisnęłam. Nie mogłam przecież wszystko za niego zrobić, bo nie o to w tym chodziło. A. też musiał mieć w tym wszystkim jakiś wkład, chociażby mały. Wszak to była jego laurka, prawda?
Ja tylko żałuję, że nie wzięłam ze sobą aparatu fotograficznego i nie utrwaliłam naszego dzieła. Jest takie trochę pogardliwe powiedzenie, że prowadził ślepy kulawego. Bardzo go nie lubię, jednak podczas zajęć pomyślałam sobie, że doskonale obrazuje zaistniałą sytuację. Jednak efekt naszej współpracy był zupełnie inny niż finał powiedzenia(mam nadzieję, że każdy z Was wie, o co w nim chodzi). Ciekawa jestem, czy mamie A. spodobała się nasza praca. Muszę go jutro o to podpytać.

Na razie próbuję jednak odtajać od godziny, bo akurat śnieg sobie przypomniał o naszym rejonie, kiedy byłam na treningu. I chyba postanowił nadrobić dotychczasowe zaległości w swojej dziedzinie, bo sypał się jak dziki. Skutkiem tego powstał niezły paraliż na drogach, w tym opóźnienie komunikacji miejskiej. Czekałam więc sobie na autobus i z każdą chwilą czułam, że zamieniam się w bałwanka. Na szczęście ten wreszcie przyjechał, w 10 minut dowiózł mnie na odpowiedni przystanek, potem w miarę szybko dotarłam do domu. Jednak i tak dzwonię zębami z zimna...

poniedziałek, 10 lutego 2020

1096. W 80 rocznicę wywózki Polaków na Sybir zaczytuję się "Dziewczynami z Syberii" Anny Herbich

Jednym z czarnych dni zapisanych na kartach historii naszego kraju była z całą pewnością noc z 9 na 10 lutego 1940 roku, kiedy z polecenia NKWD niezliczona rzesza Polaków zamieszkujących Kresy Wschodnie została wywieziona w głąb Rosji i Kazachstanu. Na obcej ziemi, z dala od ojczyzny, mieli dożyć kresu swoich dni, wykonując niejednokrotnie pracę ponad swoje siły za racje żywieniowe, które nie zaspakajały ich dziennego zapotrzebowania na kalorie. "Wybawienie" przyszło w sierpniu 1941 roku na mocy amnestii uwalniających obywateli Rzeczpospolitej Polskiej, przebywających głównie we wszelkich kołchozach i łagrach. Chociaż na pozór byli wolni, ich odyseja wędrownicza dopiero się zaczęła, a powrót do kraju prowadził nieraz przez pół świata.
W rocznicę tej strasznej nocy postanowiłam sięgnąć po książkę dziennikarki Anny Herbich - "Dziewczyny z Syberii. Historie prawdziwe". To nie jest moje pierwsze spotkanie z twórczością tej kobiety, toteż po trochu wiedziałam, czego mogę się spodziewać. I przyznam szczerze, że wcale się nie zawiodłam.

Tytuł: "Dziewczyny z Syberii. Historie prawdziwe"
Autor: Anna Herbich
Wydawnictwo Znak Horyzont
Kraków 2015
Ilość stron: 302

Charakterystyczną cechą książek - reportaży napisanych przez Annę Herbich są historię opowiedziane przez dziesięć kobiet, które wpisują się w tematykę danego wydania. Tym razem w książce znajdziemy wspomnienia dziesięciu kobiet, które przeszły przez piekło zesłania na Syberię i do Kazachstanu.
Niektóre z nich trafiły tam właśnie po akcji przesiedleńczej z lutego 1940 roku, inne już po zakończeniu II wojny światowej, w ramach kary za działalność prowadzoną przeciwko Rzeczpospolitej Ludowej. Wszystkie rozmówczynie Anny były wtedy jednak młodymi kobietami, czasami wręcz dziećmi, mającymi przed sobą całe życie. Nie chcąc umrzeć na nieludzkiej ziemi postanowiły walczyć nie tylko o swoje życie, ale też o godność i przyszłość. Tułające się po nieznanym terenie, przechodzące z jednego obozu do drugiego, rozdzielone z rodzinami, zmuszone sprzedać cenne rzeczy, żeby przetrwać kolejne dni - aż włos się jeży na głowie od czytania takich rzeczy. A jednak, wszystkim im udało się przetrwać te ciężkie chwile, a nawet wrócić do ojczyzny.
W książce znajdziemy historię Janiny, która wraz z mamą zgłosiła się do wywózki pociągiem, do którego wprowadzono już jej starszą siostrę i babcię, Stefanii, która została przegrana dwa razy, a ocalała tylko dzięki przyjaciółce, Danuty, która poślubiła bogatego perskiego księcia, Aliny, której rodzina przed wybuchem wojny zajmowała się dystrybucją nafty, Natalii, która bez wahania stanęła w obronie słabszej współwięźniarki i za to miała zamarznąć w karcerze, Danuty, która była w armii generała Andersa, Weroniki, która była Żołnierzem Wyklętym, Grażyny, która stała oko w oko z dwoma wilkami, Barbary, która musiała uciec ze Lwowa oraz Zdzisławy, która uciekała z ukochanym przez tajgę. 
Nie będę ukrywać, że mam słabość do książek napisanych na podstawie czyiś wspomnień, jak również interesuje mnie życie na Syberii. Dlatego książkę przeczytałam jednym tchem, na swój sposób przeżywając opisywane w niej zdarzenia i współczując każdej kobiecie, która podzieliła się w niej swoją historią. Lektura zajęła mi niecały dzień, co jednak nie znaczy, że przeczytałam ją pobieżnie. Bardzo podobało mi się zamieszczenie przy każdej z opowieści archiwalnych zdjęć rodzinnych, co nadało wszystkiemu głębszego wydźwięku.

niedziela, 9 lutego 2020

1095. A ja wierzę, że mu się uda

W tym roku odbędzie się chyba najważniejsza sportowa impreza, czyli Igrzyska Olimpijskie oraz Igrzyska Paraolimpijskie, w których startują ludzie niepełnosprawni, a ściślej pisząc, niepełnosprawni fizycznie i z ubytkiem wzroku. Jeżeli ktoś myśli, że dostanie się na Paraolimpiadę jest takie proste, to muszę go zmartwić - także u nas obowiązują tzw. minima paraolimpijskie, które trzeba spełnić, aby reprezentować kraj w tej ważnej imprezie. A z Igrzysk na Igrzyska są one coraz wyższe. Siłą rzeczy trzeba więc dawać z siebie wszystko na treningach oraz zawodach sportowych, aby zostać dostrzeżonym i zakwalifikować się do kadry narodowej. 
Z sekcji pływackiej, w której trenuję, już dzisiaj nominację na Paraolimpiadę w Tokio zdobył jeden chłopak. Jednak to nie o nim chcę dzisiaj napisać. Jakiś czas temu moją uwagę(lubię sobie czasami poczytać o niepełnosprawnych sportowcach) pewien niewidomy pływak z Częstochowy. Tak mnie zainspirował swoją osobowością, że postanowiłam zajrzeć na jego fanpage. Tam znalazłam ciekawy artykuł sprzed dwóch lat(teraz to prawie osiemnastoletni młodzieniec). Chociaż tytuł jest już nieaktualny, chyba że zamienimy "15-latek" na "18-latek", to jego przesłanie nie straciło na czasie. Zresztą sami zobaczcie jak wielką siłę ma do walki i jakie serce do sportu pomimo niepełnosprawności, z jaką przyszło mu się zmagać.

15-latek z Częstochowy z szansą na paraolimpiadę w Tokio. "W wodzie czuję się wolny".
Tekst autorstwa Zuzanny Suligi z dnia 25 lutego 2018 r.
Przemysław Drąg, pływak LKS Gol Start Częstochowa


Przemek Drąg udowadnia, że bycie niewidomym nie oznacza, że nie można czerpać z życia garściami. Jest znakomitym pływakiem, jeździ na nartach, gra na gitarze. I co ważne - mobilizuje innych do działania.
O rodzinie Drągów można w Częstochowie usłyszeć sporo dobrego. Mama Małgorzata, tata Artur - i ta dwójka chłopaków: 15-letni Przemek i 23-letni Sebastian. Obaj niewidomi od urodzenia. Wada genetyczna. Lekarz określił ich jako "podwójną wygraną w totolotka". I są zwycięzcami.
Potwierdza to choćby Ilona Juszczyk, szefowa Ośrodka Wychowawczo-Rewalidacyjnego dla Dzieci i Młodzieży Niewidomej i Słabowidzącej Polskiego Związku Niewidomych w Częstochowie(który od kilku lat wspiera "Wyborcza"). - Sebastian jest dziś studentem Uniwersytetu Jagiellońskiego, Przemek to sportowiec roku. Obaj są naszymi podopiecznymi. Sebastian jeździ z nami na turnusy. Przemka osobiście uczyłam brajla. Z obu jestem bardzo dumna - podkreśla Juszczyk.
Zaznacza też, że na to, iż bracia są w takim, a nie innym miejscu życia, wpłynął nie tylko ogromny hart ducha, ale przede wszystkim siła rodziców, którzy walczą o zwyczajność swoich dzieci.
Przemysław Drąg
Mówi to także Sylwia Oksiuta-Warmus, aktorka Teatru im. Mickiewicza, która rodzinę Drągów poznała w 2012 r. przy okazji artystycznego projektu "Akcja-TeatRakcja", do którego zaprosiła podopiecznych Domu Małego Dziecka oraz wspomnianego już ośrodka dla niewidomych: - W rodzinie Drągów siła! Niesamowite jest to, że choć rodzice mają dwóch synów z poważną dysfunkcją wzroku, to nie wyręczali ich, nie użalali się nad nimi, tylko dali im narzędzia... A chłopaki działają, i to jak!
Słuchając takich opowieści, także chce się poznać tych ludzi i doświadczyć tej ich pozytywnej energii.

Bracia różni, wada ta sama

Choć w Częstochowie za sprawą licznych sukcesów sportowych lepiej znamy Przemka, to opowiadając o nim nie można zapomnieć o Sebastianie. Obecnie szykuje się on do obrony pracy licencjackiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Podobno byłby świetnym nauczycielem historii. Umiejętności te szlifuje... przepytując Przemka.
Starszy brat jest typowym humanistą, młodszy to umysł ścisły, który lubi konkrety i fakty. Jeden o zamkach czyta, drugi chętniej je konstruuje - czy to z klocków, piasku, czy śniegu.
Zainteresowania i pasje mają przeróżne, łączy ich ta sama dysfunkcja wzroku.
- Gdy Przemek się urodził i było widać, że te oczka nieco fiksują, diagnozowany był na podstawie opinii brata. Sebastian miał bowiem zrobione szczegółowe badania - zwyrodnienie siatkówki. U Przemka droga diagnostyki była krótsza. Okazało się, że ma on poczucie światła, które trzeba było maksymalnie wykorzystać, dlatego Przemek walczy. Choć mówiono, że taki stan utrzyma się tylko do ósmego roku życia, to dziś Przemek ma 15 lat i się nie pogorszyło - mówi Małgorzata Drąg, mama chłopaków.
 - Wiadomo, że ten wzrok jest zawodny i nie mogę na nim polegać, ale ogromne litery dojrzę - zaznacza 15-latek.
Gdy był mały, bawił się jak inne dzieci, mozolnie siedział nad kolorowankami, chwytał za pastele czy plastelinę.

Pójść do teatru, pograć na gitarze

- Tak wychowaliśmy chłopaków, żeby nie robić żadnych problemów z tego, że są niewidomi, i żeby oni nie czuli się inni. Od początku chodzili do teatru, do kina. Czasami mieliśmy z tego niezły ubaw. Choćby w sklepie. Pani z lusterkiem biegała, żeby się przejrzeli w przymierzalni. To ja do nich: "Przeglądajcie się, chłopaki". Przeglądali się - wspomina pani Małgorzata.
Jeśli chodzi o kino, to tu większym pasjonatem jest Sebastian, ale Przemek również nie pogardzi rodzinnym seansem. Widzącej osobie trudno to sobie wyobrazić. Wychodzi na to, że nasza wyobraźnia jest mocno ograniczona - jak to niewidomy "ogląda" film?
- Mama czy tata muszą mi opowiedzieć, co się dzieje na ekranie, a jest potrzebne, żeby połapać się w akcji. Robią za suflerów. A resztę wychwycę z tego, co mówią aktorzy. Jeśli film jest z napisami, to oczywiście nie idę. Nie jestem kinowy, wolę książki. Podobnie jak brat jestem fanem Harry'ego Pottera. Uwielbiam słuchać audiobooków. Sebastian woli papierowe książki, mnie od razu bolą palce od czytania. Lubię fantasy, książki, w których dużo się dzieje. Jednak nie interesuje mnie tylko współczesna literatura, "Trylogii" też chętnie posłucham.
W życiu braci ważna jest także muzyka: starszy gra na perkusji, młodszy - na gitarze akustycznej.
- Tata potrafi grać, wiedziałem, że to fajne, ale do nauki musiałem dojrzeć. Trafiła się okazja: w szkole są dodatkowe zajęcia. Lubię grać, choć na razie są to głównie szlagiery typu "Przeżyj to sam" czy "Gdybym miał gitarę" - wyjaśnia młody gitarzysta.
- Mówiłam Przemkowi, że na gitarę można poderwać fajne dziewczyny. Skusił się - śmieje się pani Małgorzata.

Wyciąg narciarski na żywo i z klocków

Kolejną pasją Przemka są klocki Lego. Rodzice podkreślają, że nie mają pojęcia, jak on je układa i skąd czerpie wszystkie niesamowite pomysły.
- Światło jest zgaszone i on rękami szuka klocków. Czasem prosi nas o pomoc, żebyśmy znaleźli taki czy inny element. Ale my w tym stosie często nie dajemy rady. On zawsze znajdzie. Nie umiemy wytłumaczyć, jak to robi - mówi mama.
Jedna z najciekawszych konstrukcji? Wyciąg narciarski. Zgadza się każdy detal. Pomysł przyszedł... z życia. Poznając Przemka, człowiek nawet się nie dziwi, że do licznych zainteresowań dorzuca on jazdę na nartach. - Czekaliśmy z tatą w kolejce, żeby wjechać na stok. Musiał mi wszystko opisać, jak co działa. Stąd wiem jak wygląda stok. Po prostu zbudowałem go z klocków - opowiada 15-latek. - Na wyciągu talerzykowym nie dam sobie rady, ale na krzesełkowym już spokojnie. Najgorszą przeszkodą-i to nie tylko na stoku- są dla mnie ludzie. Ich lokalizacja jest nieprzewidywalna. Tego nie da się zapamiętać - przyznaje.
Z góry Przemek lubi nie tylko zjeżdżać, równie chętnie się wspina i mobilizuje do tego innych. - Byliśmy w Dolinie Pięciu Stawów, chłopcy weszli i wciągnęli matkę - śmieje się pani Małgorzata.
Przemek Drąg (w żółtej kamizelce) na stoku narciarskim
Góry to kolejna forma zmęczenia. Nie lubię po asfaltowej drodze iść na Morskie oko, ale na Osicę już chętnie. Staramy się też zwiedzać Polskę: muzea, zabytki, zamki. Te ostatnie interesują mnie od strony architektonicznej - mówi Przemek.

Po co mam siedzieć na ławce?

Przemek nie lubi się nudzić. Na grzecznościowe pytanie: "Jak było w szkole?" odpowiada bezpośrednio, że nudno. Uczeń gimnazjum nr 18 z Oddziałami Integracyjnymi przy ul. Orkana(wcześniej chodził do SP nr 53) mówi, że nauczyciele wiedzą, jaki jest jego stosunek do lekcji. - Lubię ścisłe przedmioty, choć geografia i historia też mnie interesują. Z ortografią mam problem, wolę gramatykę, bo to jest konkret - zaznacza.
- Przemek wszystko wie z lekcji. Musi się skupić, wzrok mu nie pomoże, więc musi uważnie słuchać. Dzięki temu, jak już wróci z treningu, ma trochę luzu - wtrąca mama.
15-latek nie usiedzi bez ruchu. Także na wf. Nigdy go nie unika, nigdy nie prosi o zwolnienie.
- Jak jest siatkówka, to gram z asystentem. On mi łapie piłkę, ja rzucam. Po co mam siedzieć na ławce? A jak są jakieś zajęcia, które nie bardzo mi pasują, to proszę, żebym mógł pobiegać. Jak jest pogoda, idę na bieżnię. Jak nie ma, to poćwiczę na materacu. Zawsze trafi się coś w zastępstwie. Jak byłem mały, bywało, że się nudziłem, teraz już nie - wyjaśnia.
Mało działań? To dodajmy, że przez sześć lat młody Drąg związany był z Chórem Jasnogórskim. Tekstów uczył się na pamięć podczas prób - a pamięć ma świetną. Potem próby zaczęły nakładać się z treningami na basenie. Trzeba było wybierać pomiędzy pasjami.
Przyszła pora na pierwszą poważną decyzję. Bo jak coś robić, to tylko na 100 proc.
- Z chóru zrezygnowałem wraz z końcem podstawówki. Postanowiłem sobie to już w maju, myślałem o tym jeszcze przez całe wakacje, a we wrześniu - wraz z pójściem do gimnazjum - nastąpił koniec. Bardzo trudno było mi się zdobyć na ten krok, ale koncerty i zawody się nakładały, tak samo wyjazdy. Żal mi, bo chór był ciężką pracą, ale nagrodzoną czymś pięknym i doniosłym. Mówię sobie, że kiedyś do tego wrócę - zaznacza Przemek.
Sentyment pozostał i dziś często jeździ z rodzicami na Jasną Górę, by posłuchać chóru podczas Mszy.

W wodzie jest swoboda

I tak w opowieści stajemy nad brzegiem basenu. Pływanie polubił w drugiej klasie podstawówki, gdy zajęcia były jeszcze obowiązkowe.
- Wcześniej, jak zachęcali mnie rodzice, to wręcz bałem się basenu. Zwłaszcza tego makaronu do pływania, myślałem, że chce mnie zjeść - zdradza Przemek.
Intensywnie pływa od piątej klasy. Wtedy treningi były dwa-trzy razy w tygodniu. Od dwóch i pół roku trenuje na poważnie. Wyjątkiem są tylko niedziele(choć i to się zmieni). Pływanie dwa razy w tygodniu zaczyna się o godz. 6, cztery razy już po południu. W niedalekiej przyszłości treningi będą już dwa razy dziennie.
Drąg jest zawodnikiem Ludowego Klubu Sportowego "Gol-Start" osób niepełnosprawnych. W mniej więcej 10-osobowej grupie jako jedyny ma dysfunkcje wzroku, pozostali koledzy głównie dysfunkcje ruchu.
Przemysław Drąg, pływak LKS Gol Start Częstochowa
- Takich dzieciaków, które mogłyby dołączyć do tej grupy, jest na pewno więcej. Tylko jakoś nie mogą do nas dotrzeć, choć cały czas się ogłaszamy, promujemy, zapraszamy. Rodzice początkowo traktują pływanie jak rehabilitację, zresztą najlepszą, ale potem myślenie się zmienia, bo to jest znacznie więcej - zaznacza pani Małgorzata.
- Pływanie jest najlepsze. Zapach basenu jest piękny. A oprócz dwóch ścian nie ma tam żadnych ograniczeń. Nie można na nic wpaść. W wodzie jest swoboda, czuję się wolny. Nawet jak biegam, jestem w niebezpieczeństwie - albo ja na coś wpadnę, albo ktoś na mnie. A tu tor jest wydzielony - opowiada Przemek.
Przy tym wszystkim bardzo ważny jest trener - Robert Nowakowski. - Nie mogliśmy trafić lepiej - przyznaje pani Małgorzata.
Co jeszcze jest ważne? Towarzystwo. Żeby czas spędzony między zawodami był przyjemny. I różnorodność zajęć, żeby nie było... nudy.

Medale wiszą na kinkiecie

Ulubiony styl? Kraul i żabka. Przemek pływa na krótsze dystanse, takie, które lepiej znosi jego organizm: 50, 100 m, maksymalnie 200. Dotychczasowe życiówki? Oto wyniki: 100 m grzbiet - 1.29,40, 100 m klasyk - 1.35,91, 100 m styl dowolny - 1.15,43, 50 m klasyk - 41,38, 50 m grzbiet - 40,82.
Medale wiszą, póki co, na kinkiecie. Dyplomy są schowane w specjalnej teczce.  Ale przy okazji remontu w mieszkaniu Drągów zawiśnie specjalna półka na trofea. A sukcesów jest sporo. Częstochowianin jest m.in. dwukrotnym brązowym medalistą Letnich Otwartych Mistrzostw Polski Osób Niepełnosprawnych, brązowym medalistą Zimowych Otwartych Mistrzostw Polski Osób Niepełnosprawnych i trzykrotnym złotym medalistą Mistrzostw Polski Osób Niepełnosprawnych.
- Trochę się tego uzbierało, ale jak są zawody integracyjne, to każdy otrzymuje medal. To motywuje do działania. Jest dobrą bazą i przygotowaniem do poważniejszych zawodów. Tak samo ważne jest kibicowanie. Ja głośno dopinguję innych, bo wiem, że mnie to pomaga. Świadomość, że ktoś jest, czy to rodzice, czy trener. Od razu wynik jest lepszy. A moment na podium jest taki doniosły, podobne uczucie jak wtedy, gdy śpiewałem w chórze - podkreśla Przemek.
Przemysław Drąg na zawodach w Berlinie
Systematyczna praca przyniosła efekty: w ubiegłym roku częstochowianin został powołany do Kadry Narodowej Osób Niepełnosprawnych w Pływaniu. Jak tam trafił? - Musiał nastąpić progres. Musiało być widać, że robię duże postępy - mówi skromnie.
W lipcu 2017 r. Przemek reprezentował Polskę w Pucharze Świata w Berlinie. Konkurencja była ogromna, ponieważ w rywalizacji uczestniczyło ponad 800 niepełnosprawnych pływaków z całego świata. Ze stolicy Niemiec przywiózł brąz, zajął bowiem trzecie miejsce na dystansie 100 m stylem grzbietowym w swojej grupie (S11) z czasem 1.35,73.

Sprawy ważniejsze od medali

W Berlinie nastąpił przełom, który dla najbliższych Przemka wart jest więcej niż brązowy medal. Okazuje się bowiem, że chłopak był dotąd niejadkiem, którego główne pożywienie stanowił chleb z masłem. Ewentualnie jeszcze frytki na obiad. Trochę mało, jak na sportowca.
- Nie dawałem rady trenować dwa razy dziennie. Nie miałem siły. Nawet jak chciałem coś zjeść, nie mogłem się do tego zmusić. Trener kadry mówił mi, że mam nie dwa, a pięć treningów. Pierwszy normalny. Potem śniadanie, czyli drugi trening, obiad, normalny trening i ostatni-kolacja - wspomina Przemek.
- My z mężem mogliśmy sobie wcześniej tylko pogadać. A trener kadry dał radę. Podsuwał mu jedzenie i się udało. To ważniejsze od medali. Widać do wszystkiego trzeba dorosnąć. A teraz je wszystko: mielone, buraczki, fileciki z indyka. Na talerzu jest spory kopczyk - śmieje się mama.
Rodzina nie ukrywa, że Berlin stanowił wyzwanie. Potrzebna była pomoc finansowa życzliwych ludzi, bo przed wyjazdem trzeba było zrobić szereg badań, przetłumaczyć je na język angielski. A to pochłonęło spore kwoty.
Przemysław Drąg

Zawody w Berlinie wywarły ogromne wrażenie nie tylko na rodzinie Drągów. - W ostatni dzień pojechaliśmy po Przemka. Basen był ogromny. A widok dzieci bez nóg, które zdejmują protezy, wskakują do wody i płyną z taką siłą... jest niesamowity. Choć my się już z tym oswoiliśmy, ale dla kogoś, kto widzi to po raz pierwszy, jest to niezwykłe wrażenie. Mieliśmy szczęście, że na zawodach była pani Kosmalska, wychowawczyni Przemka. W tym samym czasie odwiedziła córkę w Berlinie i zajrzała też na zawody. Była głęboko poruszona hartem ducha tych osób, tą ich siłą i radością życia. Rzadko można coś takiego zobaczyć, bo to zamknięte grupki, takich zawodów nie transmituje się w telewizji - wspomina pani Małgorzata.

Nie możemy ich ograniczać

Plany na przyszłość? Trenować jeszcze więcej. Także w niedzielę. Wtedy szansa na start w paraolimpiadzie w Tokio w 2020 r. jest jeszcze bardziej realna. I kolejne dorosłe decyzje. - Muszę wybrać liceum i jakiś ścisły profil. Kusi mnie "Sienkiewicz", bo ma basen i prosto z niego mógłbym chodzić na lekcje - mówi Przemek.
- Syn zawsze twierdzi, że chce zostać architektem. Ja niewidomego nie znam. Może będzie pierwszy? Przed Przemkiem jeszcze sporo decyzji do podjęcia, ale ma już w tym wprawę - dodaje mama sportowca.
Przemkowi energii nie brakuje, ale czy mamie nie grozi spadek formy?
- Nie, zaczęłam nawet ćwiczyć, żeby przedłużyć sobie życie w dobrej kondycji. Jestem zmobilizowana. Jak Przemek ma wolne, ja jestem odłączona od "respiratora" i się gubię. Wszyscy musimy być na petardzie, nakręceni. Na treningi często jeździmy rowerem. Mamy randem. Syn bardzo nas z mężem mobilizuje. Mamy świadomość, że trzeba się ruszać, i najlepszego trenera osobistego na świecie. Jak już wracamy z basenu... pędzimy na jogę - zaznacza pani Małgorzata.
Rodzice Przemka i Sebastiana robią wszystko, żeby ich synowie żyli normalnie.
- Założyliśmy sobie, że nie wolno płakać. Wypłakaliśmy się na początku, a teraz robimy wszystko, żeby dzieci nam niczego kiedyś nie zarzuciły. Traktujemy synów tak, jakby widzieli. O Przemku nikt pewnie by nie powiedział, że jest niewidomy. Nie chcemy ich ograniczać. Teraz Sebastian wylatuje z kolegami do Izraela. Może nie powinniśmy go puszczać, ale nie mamy wyjścia. Ja osiwieję alby wyłysieję z nerwów, ale dlaczego on ma nie lecieć. Może nie zobaczy naocznie tych kanionów, ale poczuje to mocniej niż ktoś, kto widzi - mówi pani Małgorzata.
- Niepotrzebnie się martwicie, to tylko przeszkadza. Damy radę - zapewnia Przemek.

A tak odbiegając od głównego tematu - to trzymam kciuki za naszego kandydata do prestiżowego Oskara, czyli film "Boże Ciało". Cieszy, że polska kinematografia jest zauważona w świecie, że ktoś ją dostrzega i ceni. Czasami jest to o wiele bardziej cenne niż sama statuetka.