Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznice. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2026

2345. Zbawienne numerki na życie

Prawdopodobnie dzisiejszego wpisu by nie było, gdyby nie to, że poniższy artykuł opracowałam już jakiś czas temu i tylko czekał na wciśnięcie odpowiedniego przycisku. Wydaje mi się, że kolejna rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim jest idealną ku temu okaą. Zapraszam Was do przeczytania niezwykle ciekawej opowieści o tym, w jak niezwykły sposób kilkoro, a dokładniej 6 pielęgniarek wydostało się z piekła getta.

"Numerek na życie" dostało tylko sześć pielęgniarek z getta. Usłyszały jedno pytanie

na podstawie tekstu  Pauliny Wieczorek

Mieszkały w najpiękniejszym gmachu warszawskiego getta. Były młode, niektóre z nich nie miały nawet 14 lat. Uczyły się, jak odbierać poród i co powiedzieć komuś, kto za chwilę umrze. Później celowo łamały pacjentom ręce i nogi, aby uchronić ich przed rychłą śmiercią. Kiedy same stanęły w jej obliczu, miały tylko jedną szansę, by przeżyć. Był nią najlepszy stopień na świadectwie. "Numerek na życie" przyszłe pielęgniarki dostawały za odpowiedź na jedno pytanie.
"Numerek na życie" dostało tylko sześć pielęgniarek z getta. Usłyszały tylko jedne pytanie. Na zdj. Szpital na Czystem w Warszawie, 1939 r. (Anka Grupińska, Bogna Burska, Żydzi Warszawy, Warszawa, Żydowski Instytut Historyczny, 2003, p. 121)
  • Szkoła Pielęgniarstwa przy Szpitalu Starozakonnych w czasie wojny działała przy ul. Mariańskiej, w samym sercu warszawskiego getta.
  • "Uczennice, przeważnie zawsze głodne, musiały chodzić na drugi koniec miasta, żeby pielęgnować chorych na tyfus; nie miały do dyspozycji ani bielizny, ani łazienek" - wspominała ówczesna dyrektorka placówki Luba Blum - Bielicka.
  • Po rozpoczęciu akcji eksterminacyjnej ludności żydowskiej pielęgniarkom darowano życie. Uznano je za "niezbędne do zwalczania zarazy".
  • 18 stycznia 1943 r. oglądały jak Niemcy bestialsko mordują pacjentów, którymi się opiekowały. Wśród ofiar były także noworodki.
  • Z 350 pielęgniarek, które ukończyły szkołę, wojnę przeżyły zaledwie 42.
Trudno było uwierzyć, że to getto. Budynek był solidny, piętrowy, w środku niemal sterylnie czysty, wypełnione wspaniałymi młodymi dziewczętami, które o siódmej rano zbiegały z piętra, gdzie mieścił się internat, do sali wykładowej na parterze, aby z wypiekami na twarzy słuchać o tym, jak pielęgnować pacjentów.

Serce warszawskiego getta
Był listopad 1940 roku, a one mieszkały i uczyły się przy ul. Mariańskiej, w samym środku odizolowanej od reszty miasta "dzielnicy żydowskiej". Pielęgnowanie pacjentów, nawet tych z chorobami zakaźnymi i wenerycznymi, było najlepszym, co mogło je spotkać. Wiedziały, że w tym trudnym czasie, to utopia. Że pod ich opiekę będą trafiać głównie ranni. Że gdy uda im się wrócić do zdrowia, to i tak wkrótce zostaną rozstrzelani albo wywiezieni.
Szkoła Pielęgniarstwa przy Szpitalu Starozakonnych miała działać w zupełnie innym miejscu. Powstała w 1923 roku na osiedlu Czyste w Woli (dlatego mówiono o niej "szkoła na Czystem"). Nazwa "Czyste" doskonale oddawała jeden z priorytetów kształcenia w niej: bycie wzorem higieny, czyli najlepszego środka chroniącego przed chorobami, zwłaszcza tymi zakaźnymi. To wówczas nieoczywiste zalecenie było jednym z wielu nowatorskich rozwiązań, jakie szkoła chciała wdrożyć.

Serce warszawskiego getta
Inną nowoczesnością było powierzenie kierowania szkołą zagranicznym ekspertkom. Do Polski oddelegowano dwie dyplomowane pielęgniarki, Amerykanki żydowskiego pochodzenia: Ruth Hoffman i Amelię Greenwald. Greenwald została pierwszą dyrektorką placówki. Była to pielęgniarka z ogromnym doświadczeniem - uczyła się w Nowym Orleanie, Baltimore i Nowym Jorku, pomagała w tworzeniu szpitala na Florydzie, podczas I wojny światowej służyła w Amerykańskim Korpusie Ekspedycyjny, a potem we Francji, w Verdun i Savoy. Do Warszawy wkroczyła pewnym krokiem z programem nauczania New York State University pod pachą, gotowa uczyć młode dziewczęta pielęgniarstwa na światowym poziomie.
Pod jej pieczą Szkoła Pielęgniarstwa rozkwitła i szybko stała się jedną z najnowocześniejszych placówek tego typu w kraju, rozpoznawalną nawet za granicą. Wykładali tu najlepsi lekarze Szpitala Starozakonnego, pomagały cztery pielęgniarki z Anglii. Wysokie standardy kształcenia szybko zaowocowały. Absolwentki szkoły trafiły do najlepszych szpitali, szkół i przychodni w kraju. Te najzdolniejsze wysyłano za granicę, aby się doszkoliły. W najlepszych czasach w szkole uczyło się nawet 120 dziewcząt.
Kiedy możliwości lokalowe stały się niewystarczające, tuż obok szpitala zakupiono plac pod budowę nowego gmachu placówki. Wtedy wybuchła wojna.

Pielęgniarki były "przeważnie zawsze głodne"
Wraz z wybuchem wojny wszystko się skomplikowało. Trwała epidemia tyfusu, brakowało wody, prądu, gazu, żywności, leków, mimo to szpital ciągle działał. Funkcjonowała też szkoła, bo pielęgniarki były potrzebne bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej: opatrywały rannych, doglądały chorych po zabiegach, odbierały porody, uczyły higieny. Dziewczęta na praktyki jeździły po całej Warszawie, zdobywając doświadczenie, którego pozazdrościłby im niejeden "zakaźnik" czy specjalista medycyny ratunkowej. Największym wyzwaniem była praca w "punktach dla uchodźców" i poradniach, do których trafiały dzieci z chorobą głodową.
"Uczennice, przeważnie zawsze głodne, musiały chodzić na drugi koniec miasta, aby pielęgnować chorych na tyfus; nie miały do dyspozycji ani bielizny, ani łazienek. Jedyne, co chroniło pielęgniarki przed zarażeniem, to wzorowo zorganizowana sala przyjęć. Chorzy byli strasznie zaniedbani, zawszeni, brudni, w łachmanach. Parokrotnie ich więc kąpano, golono na całym ciele, oglądano przy reflektorach, przebierano i dopiero potem kierowano na oddział" - pisała w swoich wspomnieniach ówczesna dyrektorka szkoły, żona działacza Bundu i powstańca w getcie warszawskim Abraszy Bluma - Luba Blum - Bielicka.
Na nową siedzibę szkoły wybrano budynek Ubezpieczalni Społecznej przy ul. Mariańskiej 1. Stał w samym centrum nowo utworzonego getta. Placówka pod nazwą Żydowska Szkoła Pielęgniarek działała tam półtora roku. Było to też jedyne miejsce, w którym mogła szkolić się ludność żydowska. Przedstawiciele władz niemieckich nie zaglądali do tej szkoły, chociaż wprowadzono limity przyjęć - z 300 kandydatek wybrano 32 uczennice, "które najbardziej nadawały się do zawodu ze względu na zdrowie, wykształcenie i referencje".

"Niezbędne do zwalczania zarazy"
W lecie 1942 roku szkołę przeniesiono do budynku przy ul. Stawki, tuż obok tzw. placu przeładunkowego, skąd Żydów wywożono m.in. do obozu zagłady w Treblince. 22 lipca rozpoczęła się akcja eksterminacyjna ludności żydowskiej. Na pielięgniarki przyszła kolej 6 sierpnia. Stanęły w swoich mundurach wśród 40 tys. innych Żydów. Decyzją inicjatorów akcji zostały jednak zwolnione, ponieważ uznano je za "niezbędne do zwalczania zarazy".
"Z nami razem był wtedy sędziwy inż. Weisblatt. Próbowałam tłumaczyć, że jest on prezesem naszego zarządu, w odpowiedzi dostałam pałką po głowie. Pobili do krwi staruszka, krew mu ciekła po skroniach, zawlekli go razem ze skazańcami na Umschlagplatz" - wspominała Luba Blum-Bielecka. Kobieta była mocno zaangażowana w ratowanie rodaków przed wywózką. Mówiono o niej "pielęgniarka o kostycznych zasadach zakonnicy". Miała jednak wielkie serce, a jeśli była bezkompromisowa to tylko wobec okupantów. Świadkowie opowiadali, że nawet namawiała swoich podopiecznych do łamania pacjentom rąk lub nóg, aby w ten sposób ocalić ich przed zagładą (chorzy i kalecy byli w tamtym czasie pomijani przez Niemców). Udało im się też uratować od śmierci wiele dzieci, przemycając je do przyszpitalnego ambulatorium dla nagłych wypadków.
Blum-Bielecka uratowała też wielokrotnie swoje podopieczne od pewnej śmierci. Pierwszy raz niemal w ostatniej chwili, gdy czekały na wejście do wagonu pociągu, który miał je zawieźć na "roboty": "Wpuszczali wszystkich, ogłoszenia wzywały do dobrowolnego zgłaszania się na roboty, a naprawdę na śmierć. Tym, którzy sami przychodzili, dawali na drogę dwa chleby i 1 kg marmolady. Zastałam tam dzieci, moją siostrę, również pielęgniarkę i 12 uczennic ze szpitala dr Braude - Hellerowej. Okazało się, że zezwolenie niemieckie na uruchomienie Domu Pielęgniarek (Schwesternheim) było jednocześnie gwarancją życia dla tych pielęgniarek. Dzieci nie wchodziły, naturalnie, w rachubę. Wyprowadziłam zwycięsko z Umschlagplatzu niedobitki naszej szkoły. Ten pochód pielęgniarek pośród tysięcy skazańców, obłąkanych z rozpaczy, z wyczerpania, z głodu, o spieczonych ustach i nieprzytomnych oczach, był jedynym w swoim rodzaju marszem do życia. Wiedziałam, że za chwilę mogą załadować moje dwoje dzieci do wagonów śmierci".

"Kartki za życie" za odpowiedź na pytanie egzaminacyjne
Luba Blum-Bielicka wręczała też słynne "numerki na życie", o których w książce "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall wspomniał Marek Edelman. Według jednej z relacji kobieta dostała zaledwie sześć karteczek z pieczątkami niemieckimi, które chroniły przed wywózką. Musiała je rozdysponować wśród swoich uczennic, których było 60. Luba nie chciała i nie mogła wybierać spośród nich, dlatego zdecydowała, że dostaną je te, które uzyskają najwyższy stopień z egzaminu i najlepiej odpowiedzą na pytanie: "Jak wygląda opieka pielęgniarska w pierwszych dniach świeżego zawału serca?".
Sama Blum - Bielecka wspominała o "kartkach na życie" w opublikowanym w "Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego" (nr 40, z 1961 r.) artykule, podając inną ich liczbę - 20*.
Kiedy zlikwidowano szpital przy ul. Stawki, część personelu została przeniesiona do nowego, otwartego przez Niemców szpitala dla żydowskich ratowników. Był wrzesień 1942 r. Udało im się przetrwać jesień i początek zimy.

Brutalny mord na pacjentach
18 stycznia 1943 r. Niemcy wtargnęli do placówki i bestialsko wymordowali pacjentów, nie oszczędzając w tym dzieci. Te wydarzenia zostały opisane przez Blum-Bielicką w następujący sposób: "18 stycznia 1943 r. udałam się do szpitala o godz. 6 rano. Zastępowałam siostrę przełożoną, panią Fryd. Nigdy nie wiadomo było, ile tego dnia pielęgniarek przyjdzie do pracy. Niektóre bowiem chorowały na skutek głodu i wycieńczenia, inne usiłowały się wydostać na >>aryjską stronę<<. Urzędowałam w kancelarii szpitala, przez telefon dowiedziałam się o kolejnej >>akcji<<, nie miałam już złudzeń. Żydowska Organizacja Bojowa w getcie spodziewała się >>akcji<< o tydzień wcześniej. Wróciłam na Franciszkańską po uczennice i swoje dzieci. Ulokowałam chorych w schronach, w które szpital był zaopatrzony. Nawet położnice uciekły do schronu. Niemowląt nie można było ukryć, byłyśmy przekonane, że hitlerowcy nie tkną noworodków. Jakże byłyśmy naiwne! >>Akcja<< trwała cały dzień. Lekarz niemiecki w wojskowym mundurze spytał, ilu jest chorych zakaźnych. Kiedy usłyszał, że w szpitalu jest 400, zawołał: >>Mein Gott, ich kann doch nicht so viel Alkohol trinken!<<. Okazało się, że polecono mu zabić chorych zakaźnych i ciężko rannych w łóżkach, a za każdego miał dostać litr alkoholu. Martwił się więc ten przedstawiciel >>Herrenvolku<<, że nie potrafi spożyć tak wielkiej ilości alkoholu. (...) Po odejściu SS-manów w łóżkach leżały trupy z wyciągami chirurgicznymi i z szynami. Uratował się jakiś chłopiec (był trupio blady), hitlerowcy wzięli go za zmarłego. Noworodki leżały w krwawych kałużach, w pięknych białych łóżeczkach. Tego dnia postanowiłam szukać ratunku po >>stronie aryjskiej<<. Nie chciałam już nigdy wrócić do getta".
Z 350 pielęgniarek, które ukończyły szkołę, wojnę przeżyły 42. Wśród nich była Luba Blum-Bielicka. Gdy wojna dobiegła końca, kierowała żydowskim domem dziecka w Otwocku, a jej podopieczną była m.in. Hanna Krall. W 1949 r. ponownie została dyrektorką Szkoły pielęgniarstwa nr 3 przy ul. Kasprzaka w Warszawie. Zmarła w 1973 roku.

źródło: https://www.medonet.pl/zdrowie/zdrowie-dla-kazdego,numerek-na-zycie-dostalo-tylko-szesc-pielegniarek-z-getta--uslyszaly-jedno-pytanie,artykul,16983736.html?2290=&utm_campaign=cb

* prawdopodobnie chodzi tutaj o inną sytuację - dzięki swoim kontaktom Blum-Bielicka kilkukrotnie zdobywała dla swoich bliskich pieczątki

U mnie w miarę stabilnie...
Na koniec dziękuję tym wszystkim, którzy zostawili tyle ciepłych słów pod poprzednim wpisem. Szczerze powiedziawszy - nie spodziewałam się tak pozytywnego odzewu. Nie wiem jednak kiedy i czy w ogóle wrócę do pisania w miarę regularnego. Jasne, blog jest ciekawą formą pamiętnika, no ale...

Dziękuję też Natalii (chyba nawet podejrzewam kto to jest), Jadzi oraz Agai za przemiłe kartki świąteczne. I znowu jest mi niezwykle głupio, że nawaliłam pod tym względem...

czwartek, 19 marca 2026

2338. Wyjątkowe miejsce, mimo wszystko

O naszej miejskiej bazylice pisałam już tutaj nie raz. W krótką "podróż w czasie" zabrałam Was w 2018 roku, kiedy wspólnota przeżywała 50-cio lecie koronacji łaskami słynącej figurki Matki Bożej Anielskiej. Był to >>ten<<, >>ten<<>>ten<< oraz >>ten<< wpis. Czas jednak tylko na chwilę stanął w miejscu, aby następnie ruszyć w swoim równym tempie.
Tymczasem zupełnie niepostrzeżenie dotarliśmy do kolejnej rocznicy. Dokładnie 125 lat temu miało miejsce jedno z najważniejszych wydarzeń w historii nie tylko mojego miasta, ale i całego regionu, a może nawet i kraju. 19 marca 1901 roku ówczesny papież Leon XIII wydał breve, na mocy którego kościół Matki Bożej został wyniesiony do godności bazyliki (a konkretniej probazyliki), jak też agregowany do bazyliki św. Piotra w Rzymie. Wiązało się to nie tylko z prestiżowym tytułem, ale też realnymi przywilejami duchowymi - wierni, którzy nawiedzili świątynię mogli uzyskać identyczne łaski i odpusty, co pielgrzymi modlący się w sercu Kościoła powszechnego, czyli w Watykanie.
Na przełomie XIX i XX wieku Dąbrowa Górnicza rozwijała się jako dynamiczny ośrodek przemysłowy. Nieustanny napływ ludności spowodował, że dotychczasowy kościół św. Aleksandra przestał im wystarczać. Ksiądz prałat Grzegorz Augustynik zdecydował, że pora rozpocząć budowę nowej, dużo większej świątyni.
Kamień węgielny pod nią położono w 1898 roku, a projekt bazyliki w stylu neogotyckim został przygotowany przez Józefa Stefana Pomiana - Pomianowskiego. Sama jej budowa to wspólne dzieło mieszkańców, w większości robotników, którzy przez lata wspierali budowę materialnie. Jeszcze podczas wznoszenia budynku jego proboszcz podjął starania o nadanie jej szczególnego statusu w całym Kościele.
W 1900 roku ksiądz Augustynik wyruszył do Rzymu, gdzie zabiegał o przyznanie świątyni przywilejów odpustowych. Te starania przyniosły niezwykły efekt - dokument papieski z 19 marca 1901 roku, który:
  • Podniósł kościół do godności bazyliki,
  • Włączył go w szczególną więź z bazyliką św. Piotra, 
  • Przyznał wiernym możliwość uzyskiwania odpustów i łask duchowych na wzór rzymskich.
Było to wydarzenie zdecydowanie bez precedensu - oto bowiem pierwsze maryjne sanktuarium na ziemiach polskich (bo jednak nie w Polsce), otrzymało tak szerokie przywileje.
W następnym roku, 16 marca 1902, Stolica Apostolska potwierdziła je dodatkowymi decyzjami. Było to chociażby prawo do obchodzenia odpustów w tym tzw. Porcjunkuli, czyli święta Matki Bożej Anielskiej. Na pamiątkę tego wydarzenia powstała kaplica Porcjunkuli, w której spoczywa ciało ks. Augustynika.

wtorek, 3 marca 2026

2330. Tragedia w Dolinie Goryczkowej

W 1956 roku, a więc 70 lat temu, miał miejsce jeden z najtragiczniejszych wypadków lawinowych w Tatrach. Potężna lawina doszczętnie zniszczyła schronisko w Dolinie Goryczkowej, zabijając przy tym pięć osób.
Zofia i Władysław Marcinowscy z córką Marią
W nocy z 2 na 3 marca 1956 roku z masywu Goryczkowej Czuby Żlebem Marcinowskich (nazwanych tak na cześć ofiar) zeszła ogromna lawina. Zmiotła ona z powierzchni ziemi schronisko w Dolinie Goryczkowej. W budynku przebywali prowadzący je Zofia i Władysław Marcinkowscy oraz trzech żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza. Wszyscy zginęli. W wyjątkowo trudnej akcji ratunkowej, która wymagała przeszukania rozległego lawiniska, wzięło udział około 500 osób, w tym ratowników, strażaków i ratowników. Samego schroniska nigdy nie odbudowano.
Tragedia ta została przypomniana kilka lat temu przez Tatrzański Park Narodowy, realizujący film dokumentalny w ramach akcji edukacyjnej "Lawinowe ABC".
Wystąpiła w nim m.in. Maria Gąsienica - Marcinowska, córka właścicieli schroniska, która wspominała dzień tragedii. Miała wtedy zaledwie dwa lata, trochę chorowała i dlatego nie została w schronisku na noc z kochającymi rodzicami. Mama zdążyła zwieść ją na dół, a następnie wróciła do męża, wjeżdżając po zmroku jako jedyna pasażerka kolejki na Kasprowy Wierch. Wydaje się, że mało brakowało, a mogłaby nie zdążyć na lawinę i nie osierocić córeczki.
Akcja ratunkowa po lawinie pod Żlebem Marcinowskich w 1956 roku
Z kolei naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego Jan Krzysztof zwrócił uwagę na to, że rok 1956 był szczególny pod względem ilości i skutków wypadków lawinowych. Intensywne opady śniegu i bardzo niekorzystne warunki sprawiły, że w marcu panowało bardzo duże zagrożenie lawinowe. Feralna lawina zeszła samoczynnie, a zniszczenie schroniska było bezprecedensowym zdarzeniem w historii polskich Tatr.
Schronisko w Dolinie Goryczkowej i zniszczenia po lawinie w 1956 roku
 - To była góra śniegu, belek, wszystko to razem pomieszane i oni zostali zepchnięci, byli blisko siebie, a Marcinowska obierała kartofle i nawet nożyk miała w ręku. To musiała być chwila, jak to się wszystko zwaliło - wspominał akcję ratunkową Michał Gajewski, ratownik TOPR.
Córka Marcinowskich wspominała, że jej ojciec niedługo przed tragedią miał przestrzegać, żeby nie robić zbyt dużej przycinki w lesie, ponieważ przy dużych opadach śniegu jest dużo prawdopodobieństwo zejścia lawiny. Jak widać, jego słowa okazały się prorocze...
Akcja ratunkowa po lawinie pod Żlebem Marcinowskich w 1956 roku

źródło: https://podroze.onet.pl/ciekawe/tragiczna-historia-nie-mieli-szans-lawina-zmiotla-schronisko-w-tatrach/ze0bppg

środa, 28 stycznia 2026

2316. Jeden z najmłodszych członków Cichych Robotników Krzyża

Postać Sługi Bożego Angielino Bonetty, który odszedł z tego świata w wieku zaledwie 13 lat na skutek choroby nowotworowej, już kilkakrotnie przemknęła mi w odmętach Internetu. Nigdy jednak specjalnie nie zgłębiałam się w jego biografię, ale kojarzę kilka zdjęć tego jednego z najmłodszych członków Cichych Robotników (Pracowników) Krzyża. Dziś przez przypadek zobaczyłam wzmiankę o nim na facebookowej tablicy. Okazało się, że przypada 63 rocznica narodzin dla Nieba włoskiego chłopca, którego pokora wobec losu połączona z głęboką wiarą mogłaby zawstydzić niejednego z nas. Mnie na pewno zawstydza. 
Angiolino urodził się 18 września 1948 roku w Cigole, niedaleko Brescii (miasto w północnych Włoszech) w rodzinie Francesco Bonetty oraz Giulii Scarlatti. Chociaż rodzina była uboga materialnie, nie przeszkodziło jej to w byciu bogatą w miłość oraz czerpaniu autentycznej radości ze swojej wzajemnej obecności. Chłopiec uczęszczał do szkoły prowadzonej przez siostry kanonsjanki. To one zauważyły żywy płomień wiary, który charakteryzował malca. To one przygotowały go do Pierwszej Komunii Świętej już w wieku 6 lat. Angiolino równie szybko został ministrantem. Zostawał też po skończonych lekcjach u sióstr, żeby pomagać im przy klasztorze, ale też po to, aby po prostu z nimi być. Zawsze był żywy, radosny i bystry, a jego ulubioną zabawą była gra w piłkę nożną.
W pewnym momencie Angiolino zaczął kuleć oraz uskarżać się na ból w prawej nodze. Jego rodzice na początku bagatelizowali problem, kładąc to na karb żywotności i obrotności synka, przy której o stłuczenie, przewrócenie się, skaleczenie czy inne kontuzje nie trudno. Kiedy jednak ból nie ustępował, zaniepokojeni rodzice udali się z nim do lekarza. Po serii przeprowadzonych w szpitalu badań lekarze zdiagnozowali u ich syna nowotwór: mięsaka kościopochodnego kości piszczelowej
Dwa lata po wystąpieniu pierwszych objawów chirurdzy zdecydowali się na amputację nogi. Młodzieniec miał wtedy tylko 13 lat. Po operacji Angiolino doświadczał bólu zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Na przykład wyobrażał sobie, że w dalszym ciągu ma nogę, w której odczuwał ból.
W trakcie choroby nasiliło się w nim poczucie obecności Jezusa i siła modlitwy, w szczególności zwracania się do Najświętszej Maryi Panny. Choć początkowo zmaganie się z chorobą i spowodowanym nią bólem było dla niego trudnym doświadczeniem, to z czasem nauczył się je ofiarować w wybranych przez siebie intencjach. Pomogło mu to w zdobyciu cierpliwości i pokoju serca. Ważny wpływ wywarła na nim książka o Fatimie i zawarta w niej prośba Maryi, aby ofiarować swoje cierpienia w intencji nawrócenia grzeszników. Chłopiec tą prośbę potraktował bardzo serio. Był to wstęp do spotkania przyszłego błogosławionego, który nauczył go porządkować tylko dobre pragnienia - 1 maja 1962 spotkał Alojzego Novarese. W tym samym czasie wraz z innymi chorymi uczestniczył w pielgrzymkach do Lourdes. To tam podczas rekolekcji spotkał Novaresego. Novarese wiedział, że choroba nastolatka jest nieuleczalna i zaproponował mu włączenie się do ruchu Cichych Robotników Krzyża.
Cisi Robotnicy (bądź też Pracownicy) Krzyża to stowarzyszenie założone w 1950 roku przez włoskiego kapłana, błogosławionego już Alojzego Novarese. Ma ono charakter wspólnoty osób konsekrowanych: kapłanów oraz wiernych świeckich zaangażowanych w uświadamianie ludziom chorym i niepełnosprawnym chrześcijańskiego sensu ich cierpienia.
Tymczasem choroba Angiolina nadal postępowała. On sam musiał dzielić czas między domem, a szpitalem. Pewnego razu jego koledzy z klasy wpadli na pomysł, aby wysłać mu kartkę z pozdrowieniami. Chcieli tym samym dodać mu otuchy.
Ucieszony tym gestem chłopiec odpisał im: "Drodzy koledzy, pragnę podziękować Wam za kartkę, którą mi przesłaliście. Czuję się umocniony kiedy myślę, że moi koledzy myślą o mnie i modlą się w mojej intencji. Odwzajemniając to, co Wy dla mnie robicie, prosząc w modlitwach Boga, bym mógł wyzdrowieć jak najszybciej, ofiaruję Maryi całe moje cierpienie, abyście z Jej pomocą byli czyści, posłuszni i uczący się*".
Pewnej nocy powiedział do swojej matki: "Gdybym wkrótce umarł, to co byś zrobiła?" Ona niemal natychmiast mu odpowiedziała: "Wspólnie wykonalibyśmy wolę Bożą". To stwierdzenie uspokoiło Angiolino, który przeczuwał, że czas jego ziemskiego życia dobiega końca. Zmarł 28 stycznia 1963 roku wpatrując się w figurkę Madonny. Prawie 60 lat później, w 2020 roku, papież Franciszek potwierdził heroiczność jego cnót.

* Nie pytajcie o co chodzi, tak jest w oficjalnym tłumaczeniu, które znalazłam

poniedziałek, 26 stycznia 2026

2314. Czasami "ten zły" niesie największą pomoc

Koniec stycznia i przypadający wtedy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu powodują, że telewizja zaczyna nadawać więcej filmów poświęconych tej tematyce. Tych zaś nie brakuje, tak samo produkcji polskiej, jak i zagranicznej. Pamiętam, jak w lutym 2002 roku, jako jedenastoletnie dziecko pierwszy raz świadomie obejrzałam jeden z nich, nota bene do dzisiaj mój ulubiony, "Lata dzieciństwa" i tak zaczęło się moje zainteresowanie tym tematem. W ogóle żałuję, że ten film jest tak trudno dostępny (mnie rodzice kupili go na kasecie VKS, chociaż założę się, że tata też go kupił dlatego, że sam chciał go zobaczyć) i właściwie niepuszczany w telewizji, bo wydaje mi się idealny do wprowadzenia dzieci w tematykę. Niedrastyczny i opowiedziany z perspektywy świata widzianego oczami kilkuletniego dziecka. Coś w rodzaju "Chłopca w pasiastej piżamie". I to dzięki niemu poznałam piosenkę "Gam, Gam, Gam", zanim jeszcze stała się sławna.
W ogóle scena na tym drugim filmiku, w której siedmioletni Jona widzi zmarłego ojca i odzyskuje swoją dziecięcą radość, będąca finałową sceną filmu, jest jedną z moich ulubionych w filmografii, i wielokrotnie była odtwarzana w moich dziecięcych zabawach.

W ostatnich dniach różne stacje telewizyjne wyemitowały oscarową produkcję "Pianista" w reżyserii Romana Polańskiego. Jest to przedstawienie postaci znanego w okresie międzywojennym, ale też po wojnie, pochodzącego z Sosnowca pianisty, Władysława Szpilmana. Szpilmanowie byli Żydami, toteż doświadczyli piekła Holokaustu. Zamknięci w warszawskim getcie, w większości wywiezieni do Treblinki, gdzie stracili życie. Z całej rodziny ocalał tylko Władysław, który do końca wojny musiał się ukrywać, czy to u znajomych, czy też w ruinach Warszawy.
W filmie jest wiele scen, które mnie wzruszają. Jedną z nich jest ta, kiedy Władysław zostaje znaleziony przez niemieckiego oficera. Sytuacja kuriozalna, Szpilman wie, że to jego koniec, że tamten wkrótce go zabije, bo takie było prawo, a z prawem się nie dyskutuje. Tym bardziej, że muzyk ma typowo semicki wygląd. Tymczasem wywiązuje się rozmowa, podczas której Władysław mówi wprost, że gra na pianinie. Traf chciał, że w zbombardowanym i opuszczonym mieszkaniu był ten instrument. Tamten poprosił Szpilmana, aby dla niego coś zagrał. I tak oto, ponad zniszczonym i obróconym w proch miastem, poniosły się piękne takty muzyki Chopina. Wzruszony oprawca nie tylko nie zastrzelił utalentowanego Żyda, ale wręcz pomagał mu tak długo, jak tylko mógł.
Mogłoby się wydawać, że jest to wymysł reżysera, który też przeżył Holokaust ukrywany u polskich rodzin. No bo jak Niemiec mógł ocalić nieznanego sobie wcześniej Żyda i jeszcze pomagać mu przynosząc jedzenie i oddając ciepły płaszcz? Tymczasem jest to historia jak najbardziej prawdziwa, wielokrotnie przytaczana po latach przez samego artystę. Zresztą sami przeczytajcie:


Niemiecki oficer wyznał, że "wstydzi się za swój naród". To spotkanie ocaliło pianistę

W dowód wdzięczności za uratowanie życia, Władysław Szpilman otworzył swój pierwszy powojenny koncert w warszawskim radiu tym samym "Nokturnem c-moll", który zagrał niemieckiemu oficerowi w listopadzie 1944 r. w opuszczonym domu przy Alei Niepodległości 223. To wtedy doszło do spotkania, które miało zaważyć na całym życiu pianisty - i zaowocować jednym z najbardziej poruszających filmów we współczesnej kinematografii. Oto historia relacji, która przywraca wiarę w człowieka.

Władysław Szpilman i Wilm Hosenfeld sportretowani w filmie "Pianista" w reż. Romana Polańskiego (EPA / DPA / PAP)
23 września 1939 roku Władysław Szpilman, wśród ogłuszającego huku bomb, ledwo mogąc dosłyszeć dźwięki fortepianu, grał przez pół godziny recital utworów Fryderyka Chopina w rozgłośni Polskiego Radia. Tamtego dnia niemieckie bombardowania na lata przerwały funkcjonowanie rozgłośni.

Polski Robinson
Wojenne losy cudem ocalałego Władysława Szpilmana były gotowym materiałem na film. Mało kto dziś pamięta, że pierwsze próby przeniesienia wspomnień wybitnego pianisty na wielki ekran podjęto tuż po zakończenia wojny. Autorami scenariusza pt. "Robinson Warszawski" byli Czesław Miłosz i Jerzy Andrzejewski. W trakcie prac nad scenariuszem filmowa historia zaczęła jednak coraz bardziej odbiegać od pierwowzoru - był koniec lat 40., Polska była areną gwałtownych zmian politycznych: cenzura wprowadziła do oryginalnego scenariusza tyle zmian, że obraz finalnie miał już niewiele wspólnego z relacją samego Szpilmana. Film miał premierę w 1950 roku, wyszedł pod tytułem "Miasto nieujarzmione". Miłosz ostatecznie wycofał swoje nazwisko z czołówki filmu.
Ci, którzy znali relację Szpilmana, jego dramatyczną historię odczytywali jako uniwersalną opowieść o współczesnym, "warszawskim Robinsonie": osadzonej w realiach Zagłady historii o samotności i skrajnej bezbronności człowieka, którego ratuje wola przetrwania.
Szpilman przeżył zarówno zagładę getta żydowskiego, jak i całej Warszawy, miesiącami ukrywając się w jej gruzach. Po upadku powstania i wysiedleniu ludności pozostał w na wpół wypalonej kamienicy. "Byłem teraz sam, z odrobiną sucharów na dnie torebki i brudną wodą w wannie jako całym zapasem żywności" - wspominał.
Po wojnie spisał swoje wspomnienia, wydane w 1946 r. w formie książki "Śmierć miasta". Według pamiętników Szpilmana Roman Polański nakręcił uhonorowany licznymi nagrodami, w tym trzema Oscarami, film "Pianista". W artystę wcielił się Adrien Brody, natomiast niemieckiego oficera zagrał Thomas Kretschmann. Film odniósł ogromny sukces.

Spotkanie z niemieckim oficerem. Historia prawdziwa
Szpilman w trakcie wojny wielokrotnie otarł się o śmierć. Już w pierwszych miesiącach okupacji wraz z ojcem i bratem zostali złapani przez patrol żandarmerii, gdy po godzinie policyjnej wracali do domu. "Zanim zdołaliśmy zorientować się, co zamierzają, postawili nas twarzami do ściany, odeszli parę kroków i odbezpieczyli karabiny. Tak więc miała wyglądać nasza śmierć (...). Usłyszałem, jak ktoś powiedział: >>To jest już koniec!<<. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to był mój własny głos". Stał się jednak cud, a żandarmi zmienili zdanie - i pozwolili im odejść.
Film Polańskiego upamiętnia niecodzienne spotkanie kompozytora z niemieckim oficerem, który natrafił na niego w kryjówce przy alei Niepodległości 223, gdzie pianista ukrywał się od kilku miesięcy. Tak wspominał to spotkanie sam Szpilman:
"Opadłem na krzesło stojące przy drzwiach do spiżarni. Poczułem nagle, z nieodwracalną pewnością, że nie starczy mi już sił na wydobycie się z tego nowego potrzasku. Opuściły mnie tak nagle, jak przy omdleniu. Siedziałem wpatrzony tępym wzrokiem w oficera, ciężko dysząc. Dopiero po chwili zdobyłem się na odpowiedź: >>Niech pan ze mną robi, co chce. Ja się stąd nie ruszę<<. >>Nie mam zamiaru robić panu nic złego!<< - oficer wzruszył ramionami. >>Kim pan jest?<<. >>Jestem pianistą<<.
Traf, że w jednym z pokojów znajdował się fortepian. Oficer zaprowadził tam wycieńczonego Szpilmana i wskazał mu instrument, by na nim zagrał. Pianista wybrał jeden z nokturnów Chopina. Tak wyglądał początek niecodziennej relacji.
Ów dzień Szpilman wspominał później w rozmowie z Anną Skulską na antenie Polskiego Radia. Jak relacjonował, "w pewnym momencie usłyszałem nad głową >>Hande hoch!<< i już widziałem siebie leżącego w kałuży krwi. - A tu widzę takiego przystojnego oficera, który wcale nie wyjął rewolweru. I w pierwszych słowach mówi, ja powiem po polsku, on mówił do mnie po niemiecku, "Proszę pana, niech się pan nie boi. Ja panu nic nie zrobię" - opowiadał.
"Bardzo się za mój naród wstydzę"
Owym oficerem był kapitan Wilhelm Hosenfeld. Niemiec nie tylko nie wydał Szpilmana, ale do chwili opuszczenia miasta regularnie przynosił mu żywność. Podarował też pianiście ciepły wojskowy płaszcz.
"Czy pan jest Niemcem?" - zapytał go Szpilman podczas ich pierwszego spotkania. "Zaczerwienił się i prawie krzyknął, wzburzony, jakbym go obrażał: >>Tak. Niestety jestem Niemcem. Wiem dobrze, co się tu w Polsce działo, i bardzo się za mój naród wstydzę<<".
Hosenfeld trafił do Polski w czerwcu 1940 roku. Został przeniesiony do Warszawy, gdzie do końca wojny stacjonował w stołecznej komendzie Wehrmachtu. Jako "oficer sportowy" był odpowiedzialny za organizację ćwiczeń i wydarzeń sportowych dla Niemców. Wcześniej, w latach 20. i 30., pracował jako nauczyciel historii. Koncesję nauczycielską odebrano mu za krytykowanie poglądów Adolfa Hitlera w czasie, gdy dyktator coraz bardziej otwarcie pokazywał swoje rasistowskie i antykatolickie oblicze (Hosenfeld został członkiem NSDAP w 1935 r. i początkowo popierał ówczesną politykę).
Wewnętrzne odchodzenie od doktryny nazizmu u kapitana było długim procesem. Jego świadectwem są listy, jakie Hosenfeld po sobie pozostawił. Z lipca 1942 r. pochodzą słowa: "Ostatnia resztka ludności żydowskiej w getcie została unicestwiona (...) Całe getto jest ruiną. I tak chcemy wygrać wojnę! To są bestię. Tym strasznym mordem na Żydach przegraliśmy wojnę. Sprowadziliśmy na siebie nieusuwalną infamię, nieusuwalne przekleństwo. Nie zasługujemy na łaskę; wszyscy jesteśmy winni. Wstyd mi chodzić po tym mieście, każdy Polak ma prawo pluć przed nami. Codziennie giną niemieccy żołnierz; ale będzie jeszcze gorzej i nie mamy prawa narzekać. Na nic innego nie zasługujemy".
Ze Szpilmanem ostatni raz widzieli się 12 grudnia 1944 r. Zaledwie kilka tygodni później trafił do niewoli radzieckiej.
"Skoro i pan, i ja przetrwaliśmy przeszło pięć lat tego piekła, to widocznie jest nam pisane pozostać przy życiu. Trzeba w to wierzyć" - miał powiedzieć w trakcie ich ostatniego spotkania.
- Ja zawsze zasypiałem, gdy zmierzch zapadał. Mam wrażenie, że on po raz ostatni przyszedł właśnie, gdy zasypiałem, bo słyszałem, jak się oddalały kroki. Chciał się ze mną pożegnać - wspominał Szpilman na antenie Polskiego Radia. Nazwisko swojego wybawiciela poznał dopiero w 1951 r. Po wojnie stale utrzymywał kontakt z jego szkołą i dziećmi.

"Nikt nie żądał, żeby wchodzili do wagonu"
Po latach Szpilman zapytany o to, co w doświadczeniu wojennym było dla niego największą tragedią, wskazał utratę bliskich. Przeżył Zagładę jako jedyny z całej rodziny.
"W 1942 r. rozpoczęło się wysiedlanie i zaraz trafili do pociągu. Najbardziej tragiczny w tym wszystkim jest fakt, że od mojego brata, który był jeszcze bardzo młody, a także od siostry, nikt nie żądał, by wchodzili do wagonu. Postanowili jednak wspólnie z resztą rodziny udać się na wysiedlenie, jak się wtedy mówiło i myślano. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że pociągi jadą w kierunku Treblinki. Mnie jeden z żydowskich policjantów wypchnął z transportu, a oni wszyscy wyruszyli w tę ostatnią, jak się później okazało, podróż" - wspominał w wywiadzie, który ukazał się 17 kwietnia 2000 r. na łamach "Plus Minus", dodatku do "Rzeczpospolitej".
Niespełna dwa miesiące później zmarł.
W wywiadach podkreślał też, że zawsze czuł się bardziej Polakiem niż Żydem. "Nie wypieram się wprawdzie mojego pochodzenia - dowodem jest fakt, że nie zmieniłem mojego nazwiska. Brzmi, jak brzmiało. (...) Urodziłem się w Polsce, wychowałem się w niej, jest moją ojczyzną. Żyć mogę na całym świecie, ale umierać chcę w Polsce" - mówił.
W dowód wdzięczności za tamto spotkanie i uratowanie życia, Szpilman otworzył swój pierwszy powojenny koncert w warszawskim radiu tym samym "Nokturnem c-moll", który zagrał Hosenfeldowi w listopadzie 1944 r. w opuszczonym domu przy Alei Niepodległości 223.
Dalsze losy samego kapitana były pasmem nieszczęść i cierpienia.
Śmierć w łagrze
Po tym, jak 17 stycznia 1945 r. Hosenfeld dostał się pod Błoniem do niewoli radzieckiej, został umieszczony w obozie przejściowym, a potem wywieziony do Mińska. Dopiero w sierpniu 1989 r. jego syn, Helmut (urodzony w 1923 r.), zdołał ustalić dokładne miejsce pochówku ojca przy pomocy Czerwonego Krzyża.
Oficerowie radzieccy byli przekonani, że Hosenfeld pracował w wywiadzie. Wiadomo, że był torturowany. W 1946 r. udało mu się potajemnie wysłać kartkę z listą osób, którym pomógł podczas wojny - widniało wśród nich także nazwisko Władysława Szpilmana. Mimo wstawiennictwa osób, które pomógł ocalić, wytoczono mu proces i skazano na karę śmierci za rzekome zbrodnie wojenne. Oskarżono go o służbę w obozach jenieckich w 1939 r. i "działalność antyradziecką".
Wyrok śmierci zmieniono po amnestii na 25 lat obozu pracy, jednak ciężkie warunki bytowe doprowadziły u mężczyzny do wylewu i paraliżu, a w konsekwencji także do śmierci; zmarł
w łagrze znajdującym się nieopodal Stalingradu.
W 2007 r. został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Orderem Odrodzenia Polski.
Dzięki staraniom między innymi Andrzeja Szpilmana, syna kompozytora, w 2009 r. Niemiec otrzymał tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. W imieniu ojca wyróżnienie to odebrały jego dzieci.


Skoro już jesteśmy przy muzyce, to odebrałam już zamówiony flet prosty. Taki sam, na jakim dzieci uczą się grać na lekcjach muzyki w podstawówce. Pierwsza umiejętność jaką muszę nabyć, być może kuriozalna dla innych, to ułożenie moich koślawych i powyginanych palców na otworów. Próbuję, próbuję... Na razie ciężko mi to wychodzi. Na razie też się tym zbytnio nie zrażam. Przecież to dopiero moje początki. Może za setnym razem mi się uda. 
Gdy miałam chwile zwątpienia włączyłam sobie wirtualne pianino, na którym można grać nie tylko myszką, ale i klawiaturą. Wzięłam coś prostego - "Gdy adwentowy wieczór nadchodzi". Może po nie w czasie, ale... Początek potrafię już zagrać. Reszta? Mam nadzieję, że też się nauczę :). A jak nie, to pierwszych 5 taktów to już jest coś...

sobota, 24 stycznia 2026

2313. "Boży chłopczyna"

Pomagając podczas katechizacji dzieci przy parafiach (to w ramach "zabranej" przez rząd jednej godziny religii w szkole) staram się wskazywać im młodych ludzi, na których mogliby się wzorować w swoim życiu. Był już św. Pier Giorgio Frassati, św. Carlo Acutis, św. Stanisław Kostka. Kandydatów na dalsze spotkania nie brakuje, bo i wielu młodych żyło tak pięknie, że zostali włączeni przez Kościół Katolicki do grona świętych i błogosławionych.
I wciąż wyszukuję i poznaję nowych, w tym także tych, którzy dopiero są kandydatami na ołtarze. Całkowicie przypadkiem dowiedziałam się o francuskim chłopcu Guy'u Pierre de Fontgallandzie, który zmarł w opinii świętości w wieku zaledwie 12 lat. Dzisiaj przypada 101 rocznica jego narodzin dla Nieba.
Guy urodził się 30 listopada 1913 roku. Był synem Pierre'a Heurarda de Fontgallanda i Marie Renee Mathevona. Uchodził za chłopca kapryśnego, złośliwego i często popadającego w gniew. Nigdy nie zdarzyło mu się jednak skłamać. Zarazem był czuły i wrażliwy, w szczególności na Boże Tajemnice. Potrzebował cierpliwego serca mamy, żeby nauczyć się odróżniać to, co warto zachować od tego, co należy w sobie zmienić.
Jedną z najcenniejszych informacji, które pomogły mu podjąć decyzję o "współpracy" z Bogiem, była wiadomość od jego babci, że Pan Jezus przebywa w sercach grzecznych dzieci. Mały Guy Pierre zaś marzył, aby Pan Jezus nie opuszczał jego dziecięcego serca.
Od dzieciństwa jego wielką pasją była liturgia, pilnie śledził każdą Mszę świętą i uwielbiał przebywać na adoracji Najświętszego Sakramentu. Raz nawet pokłócił się z mamą, kiedy zauważył, że na spotkanie ze znajomymi zakłada lepszą sukienkę, a do kościoła gorszą. Miał wtedy krzyknąć "Nie rozumiem cię!". Mały Guy szczególnie upodobał sobie modlitwę "Zdrowaś Maryjo" i odmawiał ją wiele razy w ciągu dnia. Wszystko, co było związane z Matką Bożą, budziło jego zachwyt. W swoim pokoju miał figurę Maryi, którą zawszę kiedy mógł, ozdabiał świeżymi kwiatami.
W 1917 roku razem z mamą odwiedził grób św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która jeszcze wtedy była Służebnicą Bożą. Postać Małej Tereski tak zachwyciła chłopca, że postanowił wziąć z niej przykład. Co ciekawe, przy grobie przyszłej świętej czuje cudowny zapach kwiatów.
W swoim dzienniczku prowadzonej przed Pierwszą Komunią Świętą notuje trzy postanowienia:
  1. Odmawiać co dzień ranne i wieczorne modlitwy.
  2. Nie przeżyć ani jednego dnia bez zrobienia przynajmniej jednego poświęcenia dla Jezusa, które wymagałoby wysiłku,
  3. Starać się o to, by stać się mniej leniwym, by lepiej pracować, aby kiedyś zostać księdzem.
Na końcu tych postanowień napisał "O Jezu, pobłogosław mi, spraw, bym Cię kochał zawsze całym sercem".
Podczas swojej Pierwszej Komunii Świętej usłyszał w swoim sercu głos samego Jezusa: "Mój mały, zabiorę cię wkrótce do siebie, umrzesz młodo". Tak bardzo ufał Jezusowi, że odpowiedział: "Tak, niech się dzieje wola Twoja". Nikomu przez dłuższy czas nie opowiadał o tym zdarzeniu. Zdradził to dopiero mamie, w momencie kiedy zachorował i zrozumiał, że wypełnia się obietnica Pana Jezusa.
Będąc w 1924 roku na pielgrzymce w Lourdes otrzymał od Maryi potwierdzenie słów, które kilka lat wcześniej powiedział mu Pan Jezus. Maryja miała mu wtedy obiecać, że umrze w jej dzień, czyli w sobotę. Zaledwie kilka miesięcy po tym zdarzeniu Guy Pierre zapadł na błonicę - zakaźną chorobę występującą u dzieci, wywoływaną przez bakterię maczugowca błonicy. Powoli tracił siły, ale całe cierpienie oddał w intencji zadośćuczynienia za grzechy. "Dziś umrę - powiedział matce po wielu tygodniach chorowania - nie płacz, to będzie bardzo miłe. Kiedy zabraknie mi tchu i nie będę już mógł mówić, żeby powiedzieć Jezusowi, że go kocham, połóż krucyfiks na moich ustach, abym mógł go jeszcze całować". Zgodnie z tym życzeniem, przed śmiercią zdążył jeszcze ucałować krzyż i powiedzieć: "Jezu, kocham Cię, Mamusiu!". Mama chłopca zorientowała się, że to nie ją woła, ponieważ jego wzrok był utkwiony w kogoś innego, kogo nikt inny nie widział w pokoju chłopca. To, co Guy widział, zdradzały jego oczy i uśmiech. Maryja, tak jak obiecała, przyszła po chłopca w sobotę, 24 stycznia 1925 roku.
Biografia nastolatka, która pojawiła się zaledwie kilka lat po jego śmierci, została przetłumaczona na 13 języków i rozeszła się w 100 000 egzemplarzach. Około 300 ludzi przypisuje mu swoje nawrócenie, a 700 twierdzi, że zawdzięcza mu odnalezienie powołania. Do kurii diecezjalnej trafiło w sumie ponad 80 000 informacji o otrzymanych łaskach za wstawiennictwem chłopca. Zebrano 1 312 000 podpisów dzieci i dorosłych pod petycją o beatyfikację Guya Pierre de Fontgallanda. W latach 40 kongregacja zamknęła proces beatyfikacyjny, a chłopcu przysługuje tytuł Sługi Bożego.

wtorek, 23 grudnia 2025

2292. Zaczęło się dwadzieścia lat temu

O mamo moja! W tym całym zamieszaniu codziennego życia zupełnie przegapiłabym jedną małą rzecz. Choć czy ja wiem, czy taką znowu małą. Otóż 23 grudnia 2005 roku pewna niepozorna uczennica trzeciej klasy gimnazjum, zafascynowana w tamtym okresie zespołem "Ivan i delfin" oraz wieloma blogami na ich temat postanowiła założyć podobnego. Po kilku kliknięciach myszką, jako zupełny nowicjusz pod tym względem, zaczęła istnieć w sieci. Choć od tego czasu minęło dwadzieścia lat, ona w dalszym ciągu pamięta ten pierwszy historyczny wpis - był to czterowiersz zawierający życzenia z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Przez kilka lat z uporem zamieszczała na nim newsy dotyczące swojego ówczesnego idola, gdzieś między wierszami pisząc co nieco o swoim życiu.
Tamtego bloga próżno dzisiaj szukać w sieci. Przepadł wraz z innymi podczas likwidacji platformy blogowej na onecie. Ale pamiętam, jak dużo frajdy mi dawał. W ogóle jak wiele radości dawało mi publikowanie kolejnej nowinki o Ivanie Komarence i dzielenie się nią z wąskim gronem odbiorców. Bo wiadomo, że tego typu tematyka nie będzie każdego interesowała. Była jednak mała grupka fanek, która wzajemnie się odwiedzała na swoich blogach, szukając nowych wiadomości o sławnym w tamtym czasie muzyku.
Nie mniej, pasja do blogowania mi została, chociaż sama "miłość" do Ivana wygasła. Czasami zastanawiam się, czy gdyby nie tamten blog, to teraz też bym była blogerką? Może tak, może nie. Z drugiej strony czasem żałuję, że go już nie ma. Z miłą chęcią przypomniałabym sobie jaką zwariowaną byłam nastolatką. Publikowanie nawet najgłupszej informacji o zespole? Czemu nie? Pisanie opowiadań inspirowanych wątkiem Madzi i Saszy w "M jak miłość"? A jakże (powstało może ze 100 odcinków, na resztę zabrakło pomysłów, do pani Łepkowskiej jest mi dużo daleko). Pamiętam nawet jedną piosenkę, którą napisałam na konkurs około 2007-2008 roku:
1. Dziecinne lata, bezcenne lata,
minęły mi gdzieś na dalekiej Syberii.
Lecz przyszła data, graniczna data,
i trzeba przyznać to bez fanaberii:
Ref: Że Polska to mój najpiękniejszy dom,
to w niej znalazłem swój bezpieczny schron.
I kumpli, i wszystko co chciałbym mieć,
wystarczy tylko chcieć, chcieć, chcieć.
2. Daleka Syberia, przepiękna Syberio,
niestety nie chcę do Ciebie wracać.
Tutaj mi dobrze, i tak całkiem serio,
muszę Cię szczerze teraz przepraszać:
Ref: Że Polska to mój najpiękniejszy dom,
to w niej znalazłem swój bezpieczny schron.
I kumpli, i wszystko co chciałbym mieć,
wystarczy tylko chcieć, chcieć, chcieć.
3. Marzenia dziecinne, marzenia niewinne,
spełniłem tutaj niczym jakiś sen.
Marzenia te nie były naiwne,
i teraz mogę nucić refren ten:
Ref: Że Polska to mój najpiękniejszy dom,
to w niej znalazłem swój bezpieczny schron.
I kumpli, i wszystko co chciałbym mieć,
wystarczy tylko chcieć, chcieć, chcieć.

Dobrze, nie jest to poezja najwyższych lotów, ale uznajmy, że dopiero się wtedy rozkręcałam. A teraz tak sobie myślę, że dzięki tamtemu pierwszemu blogowi w jakiś sposób realizowałam moją pasję dziennikarską i uczyłam się gospodarowania czasem, tak aby starczyło mi go i na obowiązki i na przyjemności. Kurcze, ale to były piękne czasy. Aż żal, że nie wrócą.

A ja chyba sobie włączę jakieś piosenki zespołu "Ivan i delfin". Wszak to od nich rozpoczęła się moja dwudziestoletnia bloggerska przygoda.

środa, 10 grudnia 2025

2283. "Gdzieś tu jest! Gdzie się przed nami chowasz, Maryla?"

Myślę, że nie ma w Polsce osoby, która nie znałaby Maryli Rodowicz. Można jej nie lubić, można nie cenić jej twórczości, ale chyba każdy słyszał chociaż jeden z jej (nie ukrywajmy) ponadczasowych przebojów albo widział jej odważne kreacje sceniczne. Znamienne jest to, że już nie od lat, ale od dekad, bawi kolejne pokolenia swoimi występami, które zapadają w pamięć widza.
źródło zdjęcia
Maryla Rodowicz przyszła na świat 8 grudnia 1945 roku w Zielonej Górze. Tak naprawdę nazywała się Maria Antonina Rodowicz, a imię Maryla przyjęła jako sceniczny pseudonim.
Nic nie zapowiadało, że mała Marysia zostanie jedną z największych gwiazd polskiej sceny. Owszem, nuciła pod nosem różne piosenki, jednak niewiele brakowało, by jej kariera przybrała charakter sportowy. W młodości Maryla Rodowicz była bowiem lekkoatletką. Kiedy zdecydowała się na udział do eliminacji do Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie, nie tylko była już studentką Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie, ale też posiadała na swoim koncie m.in. brązowy medal w biegu na 80 m przez płotki na Mistrzostwach Polski Młodzików w 1959 roku oraz złoty medal w sztafecie 4 x 100 m na Mistrzostwach Polski Młodzików w 1962 roku. 
Mimo tak znaczących sukcesów postawiła jednak na muzykę i już w 1970 roku odnosiła w niej pierwsze sukcesy. To wtedy ukazał się jej pierwszy album zatytułowany "Żyj mój świecie". Od tego czasu wydała ponad 20 płyt, a także uczestniczyła w najważniejszych wydarzeniach muzycznych. Dawała koncerty nie tylko w Polsce, ale też w Europie, Ameryce, Azji, czy też w Australii. Rodowicz wylansowała ponad 2 tysiące piosenek, dlatego też wiele osób nadaje jej tytuł "królowej polskiej piosenki". Do jej najsłynniejszych hitów można zaliczyć m.in.: "Małgośkę", "Damą być", "Sing-Sing", "Kolorowe jarmarki", "Niech żyje bal", "Łatwopalni" czy też "Wszyscy chcą kochać". 
Maryla Rodowicz zagrała też w serialu "Rodzina zastępcza", wcielając się w niej w rolę próbującej twardo stąpać po ziemi cioci Uli. W wielu produkcjach, takich jak np. "Klan", czy też "Niania" wcieliła się w rolę samej siebie. Wykonywała też piosenkę tytułową serialu "Tak czy nie".
Na planie "Rodziny zastępczej" (źródło zdjęcia)
Maryla była w nieformalnym, chociaż głośnym związku, z Danielem Olbrychskim. Z drugiego związku, z aktorem Krzysztofem Jasińskim ma dwoje dzieci - Jana oraz Katarzynę. W 1989 roku wyszła za mąż za Andrzeja Dużyńskiego, z którym ma syna Jędrzeja. Para rozstała się w 2021 roku.

czwartek, 4 grudnia 2025

2279. Takie ciekawostki lubię najbardziej

Morderstwo polskiej mistrzyni. Po autopsji chciano odebrać jej medale i rekordy
4 grudnia 1980 roku na parkingu jednego z centrów handlowych w Cleveland dwóch rabusiów postrzeliło Stellę Walsh, w kraju nad Wisłą znaną jako Stanisława Walasiewicz. Jedna z najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletek kilkadziesiąt minut później zmarła w szpitalu, do którego została przewieziona. Po ujawnieniu wyników autopsji rozgorzała gorąca dyskusja czy należy jej odebrać medale i liczne rekordy świata. Dlaczego tak się stało?
Stanisława Wasilewska podczas treningu. Zdjęcie wykonano w 1932 roku (domena publiczna)
zSwoje dzieciństwo i młodość przyszła sportsmenka spędziła w Stanach Zjednoczonych. W wieku zaledwie 14 miesięcy wyemigrowała wraz ze swoimi rodzicami do Cleveland. O mały włos, a olimpijskie medale wywalczyłaby dla USA. Ostatecznie wybrała jednak polską reprezentację.
Daniel Lis w książce "Stulecie przeszkód. Polacy na igrzyskach" pisze, że w dniu swoich 21. urodzin Walasiewicz dostała telegram od polskiego konsula w Nowym Jorku. Proponował jej pracę oraz stypendium, jeżeli wystartuje dla Polski. Chociaż miała otrzymać amerykańskie obywatelstwo, nie wahała się, mimo wciąż trwającego Wielkiego Kryzysu.
W lipcu podczas Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles (1932 r.) wystartowała w barwach biało-czerwonych. Wystąpiła w rzucie dyskiem, gdzie zajęła 6 miejsce oraz w biegu na 100 metrów, gdzie nie miała sobie równych i zdobyła złoty medal. Tym samym wyrównała swój własny rekord świata (11,9 sekundy) ustanowiony zaledwie dzień wcześniej. 
Stanisława Walasiewicz i Helen Stephens podają
sobie ręce w czasie berlińskich igrzysk.
(domena publiczna)
Przed kolejnymi igrzyskami, mającymi odbyć się w Berlinie, wszyscy byli pewni, że Stasi ponownie uda się stanąć na pierwszym miejscu podium. Niestety, tym razem musiała ona uznać wyższość Amerykanki, Helen Stephens. Co ciekawe, polscy dziennikarze od razu dopatrzyli się w Stephens czegoś dziwnego - "Przegląd Sportowy" pisał, że Amerykanka robiła wrażenie ogromnego chłopaka biegającego za dziećmi. W niczym nie przypominała kobiety, miała metr osiemdziesiąt wzrostu, a jej stopa była rozmiaru co najmniej czterdzieści trzy. Stąpała niezdarnie, kiwając się przy tym na boki, a białej koszulki z ukośnym trójkolorowym pasem nie wypełniają żadne zarysy kobiecych piersi. Zauważono też, że zawsze chodziła poważna, a wręcz ponura. Nikt nie widział, aby kiedyś się śmiała.
Podobne spostrzeżenia miał "Kurier Warszawski". Według niego Helen Stephens w kostiumie lekkoatletycznym wcale nie zdradzała cech kobiecości. Według gazety była zbyt rosła, barczysta, o zupełnie męskiej muskulaturze ramion i nóg, że biegała także bardziej w sposób męski niż żeński. 
Co ciekawe, polska prasa zdawała się pomijać fakt, że Stanisława także prezentowała bardziej męski typ budowy od większości zawodniczek.
Niepowodzenie na igrzyskach Walasiewicz powetowała sobie z nawiązką podczas mistrzostw Europy w 1938 roku. Zdobyła tam dwa złote medale w biegu na 100 i 200 metrów oraz srebro w rzucie dyskiem, a także w sztafecie 4 x 100 metrów.
II wojnę światową Stanisława spędziła w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyjechała jeszcze przed napaścią Niemiec na Polskę. Przez cały ten okres startowała w licznych zawodach, chociaż formalnie obywatelstwo uzyskała dopiero w 1947 r. Zdobywała liczne tytuły mistrzyni USA w biegu na 100 i 200 metrów oraz skoku w dal. Ostatnie złoto udało jej się zdobyć w 1954 r, w wieku 43 lat.
Wraz z przejściem na sportową emeryturę została trenerką, m.in. współpracowała z polonijnym "Sokołem". Pomimo jawnej niechęci do komunistów wielokrotnie odwiedzała Polskę Ludową. Brała też czynny udział w organizowaniu przyjazdów sportowców znad Wisły do Cleveland. I właśnie przed jedną z takich imprez, 4 grudnia 1980 r., straciła swoje życie.
Po ujawnieniu wyników sekcji zwłok
pojawiły się głosy, że powinno się
odebrać Walasiewicz medale i rekordy.
Na zdjęciu moment dekoracji w Berlinie.
(domena publiczna)
To wtedy nasze koszykarki miały rozegrać mecz z miejscową drużyną uniwersytecką. Zanim zawodniczki stanęły na boisku, Stanisława postanowiła, że w jednym z centrum handlowych kupi jeszcze biało-czerwone wstążki. Kiedy wracała już do samochodu, została zaatakowana na parkingu przez dwóch mężczyzn, zmierzających ukraść jej torebkę. Wywiązała się szarpanina, podczas której jeden ze sprawców sięgnął po broń i pociągnął za spust. Ciężko ranna mistrzyni olimpijska została przewieziona do szpitala, gdzie zmarła.
Wkrótce przeprowadzono sekcję zwłok, której wyniki były szeroko komentowane w amerykańskich mediach. Na przykład "The New York Times" w numerze z 23 stycznia 1981 roku pisał: "Raport [z autopsji] mówi również, że panna Walsh nie miała żeńskich narządów płciowych. Testy płciowe chromosomów nie przyniosły jednoznacznych wyników i trwają dalsze testy".
W związku z powyższym pojawiła się sugestia, że Wasilewicz tak naprawdę była mężczyzną i przez całe życie udawała kobietę, zdobywając w ten sposób kolejne medale. Nie do końca było to prawdą. 
Stella urodziła się jako osoba interseksualna, co oznacza, że nie dało się jednoznacznie określić, jakiej była płci. Statystycznie zdarza się to raz na pięćdziesiąt tysięcy narodzin. Kiedy przyszła na świat, uznano że jest dziewczynką. W dorosłym życiu miała mały, niedorozwinięty penis i jądra, a pod moszną mały otwór, którym oddawała mocz. Stella nie miesiączkowała, a testy chromosomów wykazały przewagę męskich i nietypowe żeńskie. Dwa miesiące po śmierci lekkoatletki doktor Samuel Gerber w końcowym raporcie z autopsji napisał, że "Żyła i umarła jako kobieta. Społecznie, kulturowo i prawnie Stella Walsh była uważana za kobietę przez sześćdziesiąt dziewięć lat".
Niby wszystko powinno być jasne. A jednak po ogłoszeniu wyników sekcji zwłok pojawiły się liczne głosy, że Walasiewicz trzeba odebrać zdobyte medale, jak też anulować osiągnięte rekordy świata. Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych wraz z Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim nigdy tego nie zrobili. Na koniec warto przytoczyć słowa jednego z biografów Walasiewicz, który podsumował tą decyzję: "Najprawdopodobniej więc przyjęto, iż interpłciowość nie dawała jej aż tak znaczącej przewagi nad innymi zawodniczkami, aby zastosować dyskwalifikację".

https://wielkahistoria.pl/smierc-stanislawy-walasiewicz-po-sekcji-zwlok-chciano-jej-odebrac-medale-olimpijskie-i-rekordy/

sobota, 9 sierpnia 2025

2242. Czytając wspomnienia powstańców warszawskich po prostu czuję wzruszenie

Podczas mojego pobytu na Jubileuszu Młodych przypadła 81. rocznica wybuchu powstania warszawskiego. Zresztą podobnie było w czasie mojego pobytu w Lizbonie w ramach Światowych Dni Młodzieży dwa lata temu. Postanowiłam ją uczcić w dosyć typowy dla mnie sposób - poprzez przeczytanie tematycznej książki. Tym razem byli to "Powstanie Warszawskie. Rozpoznani. Prawdziwe historie ludzi z powstańczych kronik z 1944 roku" Izabeli Michalewicz i Macieja Piwowarczuka, które na zmianę z "Wyznaniami" św. Augustyna stały się moją lekturą na ten czas. Taka anegdotka - mój główny bagaż ważył 9 kg, z czego 1 kg to musiały być książki. Ale co ja na to poradzę, że lubię je czytać?
Na Jubileuszu działo się dużo. Pozorna wolność kusiła do zrobienia sobie wakacji od pewnych rzeczy - i duchowych, i dla rozwoju. A jednak wśród młodzieńczej młodości znalazłam, z trudem bo z trudem, czas na to, co w jakimś stopniu mnie umacnia i buduje wewnętrznie. Każdego dnia starałam się więc znaleźć kilkanaście minut na przeczytanie i kawałka Augustyna, i kawałka "Rozpoznanych". I wiecie co? Chyba mi się to udało, chociaż wymagało to ode mnie niemałego wysiłku.
Nie będę Was przekonywała do czytania "Wyznań" św. Augustyna, bo to dosyć specyficzna lektura. Nawet mnie trudno było zrozumieć niektóre fragmenty jego tekstu. A to doskonały dowód na to, jak mało wiem na temat wiary. Za to "Rozpoznanych" mogę polecić z czystym sercem. Ciekawa, pełna ciepła i niesamowitych opowieści książka, która nie tylko uczy, ale i wzrusza. Taka do odpoczynku, do spojrzenia na koszmar powstania warszawskiego z innej strony.
Tytuł: "Powstanie Warszawskie. Rozpoznani. Prawdziwe historie ludzi z powstańczych kronik z 1944 roku"
Autor: Izabela Michalewicz, Maciej Piwowarczuk
Wydawnictwo: Biblioteka Gazety Wyborczej
Warszawa 2014
Liczba stron: 248

W czasie Powstania Warszawskiego, pomimo toczących się ciężkich walk, znajdowali się ludzie, którzy dokumentowali wszystko za pomocą prężnie rozwijającej się w tamtych czasach filmografii. To dzięki nim możemy sobie wyobrazić jak wyglądało życie w ówczesnych czasach. Wiele ujęć nie było jednak opisanych, a przez to nie do końca wiadomo, kto tak naprawdę się na nich znajduje.
Autorzy publikacji zadali sobie trud i przez całe miesiące szukali odpowiedzi na pytania, kim tak właściwie są ci wszyscy anonimowi ludzie na licznych klatkach filmowych obrazujących te 63 dni powstańczych walk. Szukali po archiwach prywatnych i państwowych, po prywatnych ludziach. Ich wysiłek dążenia do osiągnięcia zamierzonego celu przyniósł spodziewane owoce - udało się nie tylko zidentyfikować bardzo wiele powstańców z czarno-białych fotografii, ale i zrekonstruować ich losy. Stworzyło to materiał na kolejną publikację dotyczącą Powstania Warszawskiego, która pojawiła się na polskim rynku. Dzięki temu czytelnik poznaje życiorysy takich powstańców warszawskich, jak: Stanisław Firchał, Bill i Lili Biegowie, Wanda Traczyk-Stawska, Wojciech Luterek, Zygfryda Otwinowska, Aleksander Zubek, Witold Kieżun, Kazimierz Mikos oraz operatorów kamer.
Czy warto przeczytać przywoływaną przeze mnie książkę? Myślę, że tak. Dla wielu z nas Powstanie Warszawskie jest równoznaczne z zagładą i klęską. I tego nie kwestionuję. Ale gdzieś obok walk i świstu kul toczyło się życie. Ktoś się śmiał, zakochiwał, komuś rodziły się dzieci, a ktoś inny kłócił się z współmałżonkiem. Po 63 dniach walki trzeba też było wrócić do normalnego życia na tyle, na ile to było możliwe. Bohaterom tej książki, o ile nie polegli w walkach zazwyczaj to się udawało. I chociażby po to warto jest po nią sięgnąć.

środa, 6 sierpnia 2025

2240. Jedenastoletnia wędrówka "po ścieżkach codzienności"

Tydzień spędzony w Rzymie na Jubileuszu Młodych, nieco wytrącił mnie z codzienności i sprawił, że straciłam rachubę czasu. A tu w tym czasie minęła 11-sta rocznica istnienia bloga, na którym dzielę się z Wami właściwie tym, czym żyję. Co jest dla mnie ważne i istotne. Co cieszy, ale i smuci. Bloga, na którym wspólnie przemierzamy kręte ścieżki mojej codzienności.
Był koniec lipca 2014 roku, kiedy zamieściłam pierwszą notatkę, w której niepewnie się przedstawiłam. I tak to się zaczęło. Chociaż nie był to mój pierwszy blog, to jednak miałam obawy, jak się przyjmie i czy znajdą się osoby, które zechcą go czytać, a tym bardziej - komentować. Dzisiaj wiem, że te obawy były zbyteczne, a grono czytelników i komentatorów nie tylko przerosło moje najśmielsze oczekiwania, ale czasami wręcz onieśmiela moją osobę. Co nie oznacza, że mnie to wszystko nie cieszy, bo cieszy, i to bardzo. Tym bardziej, że mam wrażenie, że z roku na rok jest Was coraz więcej.
Wiem, że moje notatki bywają niedoskonałe, a nawet irytujące. Nie jestem idealna i nigdy nie będę. Zresztą, gdybym była idealna, to nie miałabym czego doskonalić, czego naprawiać, czego szlifować, czego zmieniać. Nie, ideały są nie dla mnie. Nie ukrywam też, że często są pisane w emocjach tak silnych, że ciało nie tylko odmawia posłuszeństwa, ale wręcz boli mnie każdy mięsień. Często kończę pisać notkę zmęczona, ale zadowolona. Bo dosłownie czuję, że w każdej z nich zostawiam cząstkę siebie.
Tak sobie czasami czytam wpisy sprzed lat, analizuję moje zachowanie w tamtym momencie, zastanawiam się, w jaki sposób postąpiłabym teraz w takiej samej sytuacji. Widzę, ile zadziało się w moim życiu i tego dobrego, i tego złego. Cieszę się, że to zapisywałam. Dziś wiem, że jestem silna, mimo postury, mimo licznych upadków, tych dosłownych i w przenośni. Że każdy taki upadek mnie wzmocnił, a wiara, która jest jednym z moich fundamentów, naprawdę dodaje mi sił w każdym dniu, nawet kiedy brakuje tych fizycznych.
I naprawdę dziękuję Wam wszystkim i każdemu z osobna. Za Waszą obecność. Za każdy komentarz (a jest ich ponad 23 tysiące). Za rady, zazwyczaj dobre rady. Za wyrozumiałość. Za wsparcie. Jak sobie pomyślę ile wirtualnych znajomych zyskałam przez te lata to łezka mi się w oku kręci. Mam też w pamięci i w sercu te osoby, które kiedyś tutaj zaglądały, a teraz przestały. Tych zmarłych polecam w swoich modlitwach, o tych, co do których los nie jest mi znany, po prostu ciepło myślę, życząc im tego, co najlepsze. Dziękuję Wam też za kulturę na tym blogu, za to, że naprawdę mało było tak obraźliwych komentarzy, które musiałam usunąć, bo aż przykro było je czytać. I za to, że jest tu tak mało hejtu (właściwie to zaledwie ułamek procenta), a tak dużo ludzkiej życzliwości i solidarności. Za to, że jakoś się rozumiemy, pomimo odmiennych zdań na pewne tematy.
Mam też nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz, że w dalszym ciągu będziemy trzymać tak piękną dyscyplinę jak dotąd. Zarazem przepraszam za to, co było nie tak, za przejawy mojej pychy, za wywyższanie się. Jestem tylko człowiekiem z ludzkimi wadami, z którymi staram się bezskutecznie walczyć...
A na koniec zapraszam na wirtualny tort i szampana. Częstujcie się śmiało.

sobota, 5 lipca 2025

2225. No to gramy!

Ostatnie w tym roku szkolnym spotkanie w Oratorium zbiegło się w czasie z 100 rocznicą śmierci błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego. Osobiście uczciłam ją krótką wędrówką po Beskidzie Śląskim, wszak przyszły święty był zapalonym górołazem. Co prawda on gustował w Alpach, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Na razie Beskidy muszą mi wystarczyć. A przecież nie są one takie złe. I dają mnóstwo radości, jeżeli tylko człowiek tego chce. Co jednak dla mnie najważniejsze, to w wędrówce na Skrzyczne towarzyszyła mi grupka tegorocznych bierzmowanych, którzy obrali sobie Frassatiego na patrona. No dobra, ja im go wybrałam. Ale oni nie protestowali. Trochę mi przykro, że moja cyfrówka mi padła, ale grupowe zdjęcie ze szczytu dotarło do Księdza Niosącego Światło.
Najchętniej to bym wzięła i dzieciaki z Oratorium w góry. Nie mam jednak aż takiej siły sprawczej. Może to i dobrze, jeszcze bym je pogubiła po drodze. Młodzież mogłam jeszcze jakoś spacyfikować. Ale te rozwrzeszczane dzieci? O nie, nigdy. A na pewno nie w najbliższym czasie. Może kiedyś. Na razie musiały im wystarczyć moje opowieści o Towarzystwie Ciemnych Typów i wyprawami górskimi przez nie organizowanymi. Chociaż w tym roku nie byłam na jakiejś ich szczególnie dużej liczbie. To było w pierwszej części spotkania.
Bo w drugiej, po Mszy, zaproponowałam dzieciakom gry planszowe nawiązujące zarówno do postaci Pier Giorgia Frassatiego ("Sigma", o której już Wam pisałam), jak i samych gór ("Szlaki" i "Pięć szczytów"). 
Wiecie, w takich chwilach dostrzegam sens inwestowania własnych środków w tego typu rzeczy. Bo te gry nie były tanie. Ale uśmiech na twarzy dzieci wyrównał mi wszelkie straty materialne. Tym bardziej, że myślałam, że nie zainteresuję planszówkami pokolenia wychowanego na grach komputerowych. A tutaj proszę, wszyscy zgodnie się bawili. Na koniec młodsi dostali do pokolorowania obrazek przedstawiający Pier Gorgia Frassatiego.
A starsi mogli pograć w ping-ponga, bilarda i na playstacon. I chyba każdy był zadowolony. Nawet animatorzy. Teraz teoretycznie mamy trochę przerwy w Oratorium (w praktyce część z nas jedzie z dzieciakami na obóz w dolnośląskie, a część pomaga przy organizacji półkolonii, a część jest tu i tu), a od września ruszamy na nowo z zajęciami. Opiekun Oratorium został ten sam, więc jest dobrze. Tylko szkoda, że czas, odległość i obowiązki nie pozwalają na takie zaangażowanie się w to dzieło tak na 100%. No cóż, to już nie te czasy, kiedy było się bardziej dyspozycyjnym.
Hmm, ale takie Alpy to brzmią kusząco...

piątek, 30 maja 2025

2197. Chwile godne zapamiętania

Nie mogłam iść z osobistymi życzeniami do Księdza Niosącego Światło w dniu rocznicy jego święceń kapłańskich. Wysłałam do niego co prawda życzenia SMSem, ale przecież zawsze lepiej zrobić to osobiście. Tym bardziej, że od kilku dni była już przygotowana kartka na tą okazję. No, nie jest ona może idealna, może jest nierówno narysowana, a pismo to już zupełnie, ale jest. Dla mnie dokonał się za to kolejny kamień milowy. Wiem, że dziwnie to zabrzmi, ale pierwszy raz w życiu udało mi się użyć cyrkla, aby oddać kulistość Ziemi. Dla innych to nic, ale dla mnie... coś co po wielu, wielu latach w końcu mi się udało.
Nawet nie wiecie jak trudno jest wymyśleć kartkę dla kapłana, żeby nie była banalna i żeby nie przesadzić. Nie jestem z niej w 100% zadowolona, ale chyba nie wyszła tak najgorzej. A do tego kolejna owieczka z cytatem biblijnym. Słodyczy nie może jeść, niech się chociaż takim czymś takim. Rok temu był zachwycony tym pomysłem więc już wtedy postanowiłam go kontynuować. Tym razem wybrałam fragment z Psalmu 116, a mianowicie wersety 12-13.
Wiedziałam, że szybciej niż wieczorem nie dam rady podejść. I w sumie to dobrze się stało, że nie poszłam wczoraj, bo i ja miałam pierwszy w tym semestrze dosyć obszerny egzamin na głowie, i jak się okazało, ksiądz wczoraj też się tak źle czuł, że właściwie cały dzień przeleżał w łóżku. Aż ciśnie mi się na usta "a nie mówiłam po bierzmowaniu, że ten kaszel to raczej nie przeziębienie". Ale dzisiaj, dzisiaj już miałam głowę wolniejszą od myśli typu "do zobaczenia we wrześniu na poprawce". W sumie dobrze mi poszedł ten egzamin, rzec by - za dobrze. I naprawdę było mi przykro, że wyszłam z lepszą oceną od Madziołka, który dwoił się i troił, aby odpowiedzieć w satysfakcjonujący sposób. Czasami coś jej tam podpowiedziałam, ale też bez przesady, żeby wykładowca się za bardzo nie zdenerwował.
Po egzaminie wróciłam do domu, bo do pracy miałam dopiero na 13:30. Miałam więc chwilę, aby napisać księdzu całą kartkę A4 życzeń i popisać się swoją interpretacją treści teologicznych (jak to ostatnio było na Piekarniku? "Teologia milczy. I Karolina też"). Ale też nie chciałam przesadzić. Jeszcze by mi się chłop za bardzo wzruszył, spadłyby mu z tego wszystkiego wyniki, na Lednicę by nie pojechał. Kogo by to była wina. No oczywiście, że moja.
Przez remonty spóźniłam się na wieczorną Mszę. Do tego jednak zdążyłam się przyzwyczaić. I nie tylko ja. Księdza jednak nie było przy ołtarzu. No ok, chociaż wszystko się mogło zdarzyć. Po nabożeństwie majowym z drżącym wnętrzem poszłam na zakrystię zapytać, co z Księdzem Niosącym  Światło. Proboszcz mi powiedział, że nie najlepiej się dzisiaj czuje i jest na plebani. Ale jak bardzo go potrzebuję, to żebym chwilę poczekała, bo oni zaraz i tak idą do domu. Dodatkowo zapytał o moją ostatnią operację, bo dotąd nie miał okazji, a trochę się zmartwił. Nie no, wszystko idzie ku dobremu - szwy zdjęte, a wycięcie objętego zapaleniem obszaru było najlepszą z możliwych opcji. Na jakiś czas mam spokój. Teoretycznie.
Na plebani chwilkę czekałam, aż wielebny zejdzie z góry. W zasadzie to nie wydawał się zbytnio zdziwiony moją obecnością, a raczej mimo wszystko się cieszył. Bez sutanny, w samej koszulce i spodniach dresowych wyglądał zgoła inaczej. Wreszcie przytył, ale nie oznacza to, że jest gruby. Jak sobie pomyślę jak wyglądał w styczniu - cieniutki jak patyczek. A wystarczyło zmienić sposób żywienia. Tak trochę jąkając się powiedziałam mu z czym przychodzę i wyjęłam z plecaka Tatarkiewicza (na co usłyszałam komentarz: "Lolek, chowaj to z moich oczu. Do dzisiaj mam awersje do filozofii". W sumie to ja się tej awersji dopiero nabawiam), w którego wepchnęłam kopertę z kartką i owieczką. I wtedy powtórzył mi to, co napisał dzień wcześniej w SMSie zwrotnym - że prawdopodobnie jestem jedyną osobą, która pamiętała o rocznicy jego święceń albo w ogóle wiedziała. Przesada, gdyby tylko widział ile osób przyszło na Mszę z okazji jego 20lecia kapłaństwa. A potem zaproponował mi herbatę. Żartował, że ciasta co prawda nie ma, ale herbata zawsze się znajdzie.
Trochę mi było głupio, że siedzę w tej ich kapłańskiej kuchni, a on robi mi herbatę. Tym bardziej, że było widać, że jeszcze nie najlepiej się czuje. Ale gorączki już nie miał, nie był taki osłabiony jak dzień, dwa wcześniej, nie bolała go głowa, a już na pewno nie tak bardzo jak wcześniej. No właśnie, ta jego głowa trochę mnie niepokoi, ale twierdzi, że ma już termin i do neurologa i awaryjnie do onkologa na lipiec, ale to raczej nic poważnego, bo takie bóle miewał już wcześniej. Nie no, lepiej jest to sprawdzić. Tak trochę też podpytywał o moją ostatnią operację. Powiedziałam mu, że już wszystko dobrze, nawet szwy już mi zdjęli dzień wcześniej. No i oczywiście po ubiorze (biała koszula, kamizelka i granatowe spodnie) domyślił się, że miałam jakieś zaliczenie. Opowiedziałam mu jak rano zdawałam HK i z czego mnie odpytywali. I tak przez jakeś 30 minut gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Tak sobie myślę, że ksiądz Kris może być ze mnie dumny, przedstawiłam Księdzu Niosącemu Światło całą historię Frassatiego i Ciemnych Typów.
A potem, kiedy wracałam, po prostu chciało mi się wyć. Wiem, że to wszystko skończy się stosunkowo szybko. Może kwestia tygodni, miesięcy, może roku. I Ksiądz pewnie też to wie. Ale jakoś nie daje tego odczuć. Robi wszystko, aby było normalnie na tyle, na ile może i na ile pozwalają mu siły. Teraz widać, że żyje Lednicą, że nie może się jej doczekać, że po raz 20 będzie mógł nam potowarzyszyć w tym wyjeździe. A jedzie nas pełny, 70 osobowy, autokar. Chyba pierwszy raz. Będzie pięknie, musi być pięknie. I jemu też będzie się podobać... A przed Lednicą jeszcze czeka go Rychwałd z "Wiarą i Światło".
Ale że tylko ja pamiętałam o jego święceniach? Nie, w to akurat nie uwierzę. Na pewno jeszcze ktoś tam o nich pamiętał. A już na pewno - sam Pan Bóg. Przecież to On powołał go do kapłaństwa. Przynajmniej tak mówią.

niedziela, 18 maja 2025

2188. Cud narodzin...

Każde narodziny są cudem. Nawet te, na które nikt nie czeka. Nie łudźmy się, nie każde dziecko jest przemyślaną decyzją, niektóre są po prostu wynikiem tzw. "wpadki". Czasami matki decydują się na usunięcie takich ciąż, czasami zostawiają w szpitalu albo oddają do placówki opiekuńczo - wychowawczej, czasami traktują jako zło konieczne, a czasami przyjmują je i mimo wszystko wychowują. 
Tamte narodziny też były cudem. Według ówczesnej wiedzy lekarskiej stanowiły poważne zagrożenie dla zdrowia i życia matki. Kiedy lekarz zaproponował przyszłej matce usunięcie płodu, rodzice zaczęli szukać innego medyka, który zdecydowałby się na poprowadzenie ciążę. Znaleźli go, choć pewnie nie bez problemów. Lekarz doglądał ciężarnej. Aż w końcu przyszedł ten ważny dzień, 18 maja 1920 roku, kiedy na świecie pojawił się mały chłopiec, tulony w ramionach szczęśliwych rodziców i starszego brata.
Zdjęcie poglądowe
Ten sam chłopiec po 58 latach i pięciu miesiącach został wybrany 263. następcą świętego Piotra i przyjął imię Jan Paweł II. Przez ponad 26 lat kierował całym Kościołem Katolickim. Raz lepiej, raz gorzej. Jednak w znaczący sposób zapisał się w historii powszechnej. A przecież mogło go w ogóle nie być. Wystarczyłoby aby Emilia Wojtyła posłuchała sugestii pierwszego lekarza. Nie byłoby kolejnego cudu narodzin, nie byłoby papieża - Polaka, nie byłoby wielu pięknych chwil tego pontyfikatu. Nie świętowano by 105 rocznicy jego urodzin. A świętowanie to w piękny sposób zbiegło się w czasie z inauguracją pontyfikatu jego następcy - Leona XIV. I oto jeszcze raz Wadowice połączyły się z Watykanem poprzez osobę papieża. Urodziny jednego oraz rozpoczęcie, już oficjalne, pontyfikatu drugiego.
Żyjemy w bardzo dziwnych czasach. Czasach, w których życie zwierząt jest bardziej chronione od życia nienarodzonych dzieci. Jeżeli ktoś zrobi krzywdę psu, to jest on potępiony przez społeczeństwo. Aborcja płodu przechodzi bez echa. A nawet jest popierana, w myśl zasady, że kobieta ma prawo decydować o swoim ciele. Tylko, że płód to osobny człowiek, który już w łonie matki czuje ból, a może i strach. Jestem przerażona tym bardziej, kiedy wychodzi to od lekarzy, młodych lekarzy. Że z jednej strony są jawnie za aborcją, a z drugiej uczłowieczają zwierzęta. Że życie zwierząt stawiają wyżej od życia zupełnie bezbronnego dziecka w łonie matki. Bo jak ono ma się bronić przed światem? A może to właśnie ono będzie takim drugim Karolem Wojtyłą, który też miał zostać bezdusznie usunięty z bezpiecznego matczynego łona? Może cud narodzin będzie silniejszy od chęci sławy i zysku...