Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 30 sierpnia 2025

2258. Peregrynację czas zacząć

Lubię Go. Znaczy się biskupa mojej pokiereszowanej diecezji. I On chyba też mnie lubi. W Rzymie podczas tegorocznego Jubileuszu Młodych będąc na Casa Polonia niemal codziennie się ze mną witał poprzez zwyczajny uścisk dłoni, chociaż nie musiał tego robić. A kiedy biskup Suchodolski powiedział za głośno, że chyba sobie mnie zabierze ze sobą, z drugiego końca pokoju socjalnego odezwał się Artur, że on mu mnie nie odda. Myślałam, że padnę i nie wstanę. Na pieszych pielgrzymkach też podchodził na postojach i zagadywał. I zawsze podobno podpytuje o mnie księdza Krisa z Duszpasterstwa. Ciekawe co by powiedział na to mój proboszcz...
Teraz uparcie zabiegał o to, aby trzecia ogólnopolska peregrynacja obrazu Matki Bożej Częstochowskiej rozpoczęła się od naszej diecezji. Chodził, chodził i wychodził. 26 sierpnia, w święto Matki Bożej Częstochowskiej, podczas uroczystej Mszy świętej, została nam przekazana kopia cudownego obrazu. Jednak na jego oficjalne przybycie do diecezji musieliśmy zaczekać aż do dnia dzisiejszego, kiedy samochód-kaplica przywiózł obraz na granicę między Katowicami a Sosnowcem. Na tzw. Stawikach nastąpiło przywitanie obrazu, a następnie w uroczystej procesji został on przeniesiony do katedry w centrum miasta. Znamienne jest, że obraz był niesiony przez przedstawicieli różnych stanów, co pokazywało różnorodność naszego sosnowieckiego Kościoła. Nafaszerowana lekami przeciw- byłam jednym z tych wiernych, którzy na żywo wzięli udział w uroczystości.
Znamienne jest, przynajmniej dla mnie to, że papież Leon XIV wspominał o tym wydarzeniu podczas ostatniej środowej audiencji generalnej, a więc nabrało ono niejako globalnego znaczenia.
U stóp katedry obraz został powitany przez jej proboszcza oraz przedstawicieli parafian, po czym wniesiono go do katedry i ustawiono przy ołtarzu. Artur przybliżył nam trochę historię poprzednich peregrynacji cudownego obrazu i problemów z nimi związanych. Śmiał się, że ma nadzieję, że tym razem podróż jasnogórskiego wizerunku przez kolejne parafie na terenie diecezji okaże się mniej problemowa, a sama diecezja okaże się nie taka straszna, jak ją malują.
O godzinie 11:00 odbyła się uroczysta Msza święta, której przewodniczył kardynał Kazimierz Nycz, metropolita warszawski, a koncelebrowali ją m.in. Artur, biskup senior Grzegorz Kaszak, metropolita częstochowski Wacław Depo, biskup senior Antoni Długosz, metropolita katowicki nominat Andrzej Przybylski, biskup Grzegorz Suchodolski oraz wielu kapłanów diecezjalnych. W wygłoszonej do nas homilii obiecywał smaczne owoce, jakie mogą się zrodzić z owej peregrynacji oraz wyraził nadzieję, że przygotowania do niej staną się okazją do odrodzenia się życia w parafiach i jeszcze większej integracji ich członków. Osobiście mam pewien pomysł, jak można parafialnie "przeżyć" takie nawiedzenie. Ale nie mam pomysłu, gdzie to "sprzedać". Gdyby z Księdzem Niosącym Światło inaczej potoczyły się sprawy to sprawa byłaby jasna. A gdzie ja znajdę drugiego takiego pełnego wiary szaleńca, no gdzie? Z drugiej strony w dzisiejszej Ewangelii jest mowa o tym, żeby pomnażać swoje talenty. Może to właśnie jest mój talent? Może znajdę stabilny grunt, aby został zasiany i wydał owoce? Mogą być gorzkie, ale zawsze to owoce.
Zwieńczeniem wszystkiego był piknik na placu przed katedrą, na którym mogliśmy posilić się na ciele. Były przepyszne ciasta i smaczne kiełbaski, domowy żurek, chleb ze smalcem oraz kiszonym ogórkiem. Palce lizać. Do tego kawa lub herbata i góralskie rytmy. Od razu rozweselała się ludzka dusza - jeżeli nie na zewnątrz to na pewno od środka. A jeszcze kiedy połowa Twojej rodziny pochodzi z gór, to wewnętrzna radość jest tym większa.
Jedyne czego żałuję to tego, że nie wkręciłam się do asysty z Liturgicznej Służby Ołtarza. Awaryjnie miałam w plecaku moją komżę. Może by się udało, mimo statusu kandydata. A z drugiej strony gdzieś mi mignął ksiądz proboszcz z mojej parafii. Nie wiem jakby zareagował na mój widok w komży, zważając na to, że wykluczył mnie ze wszystkich aktywności. Nie, niech zostanie tak jak jest, niech myśli, że wygrał. A ja po prostu będę robić swoje, tam, gdzie mnie chcą i chociaż trochę uszanują to, co robię.
A jutro kanoniczne objęcie parafii przez Księdza z Gitarą. Cieszę się, że opóźniło się ono o miesiąc, dzięki temu mogę na nim być. O ile mnie nie pokona temperatura. Może nawet komża się przyda...
I dosłownie z ostatniej chwili:
Może faktycznie nie taka ta nasza diecezja sosnowiecka zła jak ją malują i opisują w mediach...

piątek, 29 sierpnia 2025

2257. Ze świętymi i błogosławionymi przez cały rok szkolny

Zainspirowana jednym z artykułów, jaki niedawno ukazał się na portalu aleteita, oraz pięknym włoskim zwyczajem, w którym losuje się świętego lub błogosławionego, który będzie patronował danej osobie przez cały rok, pomyślałam sobie: a właściwie dlaczego nie zrobić takiej akcji u nas, na polskim gruncie, w jednej z parafii w Zagłębiu Dąbrowskim?
W moim zamyśle były to małe, składane na pół kartoniki. Na pierwszej stronie widniała sylwetka patrona oraz podpis, na drugiej krótka jego biografia, na trzeciej - co może inspirować w tej postaci  i krótka modlitwa, którą sama wymyśliłam. A dziesiątka, która w tym roku stała się patronami dzieci i młodzieży na rok szkolny, to:

Błogosławiona Karolina Kózkówna
Urodzona w Wał Rudzie koło Tarnowa wychowała się w wielodzietnej rodzinie. Szkołę podstawową ukończyła z celującym wynikiem. Niestety, nie miała możliwości kontynuowania nauki, która była dla niej bardzo cenna. Wykorzystywała więc dostępne dla niej. Pomagała założyć małą, wiejską bibliotekę, czytała książki starszym i niepiśmiennym, a swoich kolegów i koleżanki uczyła katechizmu.
Błogosławiona Karolina to przykład wykorzystywania swoich pasji i talentów w takich okolicznościach, w jakich jest to możliwe i na pożytek innych ludzi.
Krótka modlitwa: Błogosławiona Karolino pozwól mi dzielić się moją wiedzą z innymi, tak aby również i im przynosiła wiele pożytku. Pomóż mi wytrwale i z gorliwością rozwijać talenty, pasje i zainteresowania, tak abym mógł służyć nimi innym, tak samo w szkole jak i poza nią.

Święty Tomasz z Akwinu
Ten dominikanin to jeden z najwybitniejszych teologów chrześcijańskich. Monumentalna "Suma teologiczna", którą napisał, to próba odpowiedzi na pytania związane z Bogiem, naturą człowieka oraz zbawieniem. Pomimo ogromu pracy, jaką włożył w przygotowanie swoich dzieł, pod koniec życia chciał je spalić. Miał w sobie bowiem tak wiele pokory, że wiedział, że nawet to dzieło nie jest w stanie opisać Boga.
Święty Tomasz uczy nas, że wiedza i zdolności muszą być rozwijane na równi z pokorą i świadomością własnych ograniczeń.
Krótka modlitwaŚwięty Tomaszu z Akwinu, chociaż byleś bardzo mądry wiedziałeś, że nigdy nie będziesz najmądrzejszy na świecie ze wszystkiego. Daj mi podobną łaskę, abym z pokojem w sercu znosił to, że inni są w czymś lepsi ode mnie, nie zazdrościł im, a nawet odczuwał radość z ich sukcesów.

Święta Maria Teresa Ledóchowska
Maria Teresa pochodziła z wielodzietnej rodziny szlacheckiej. Zaangażowała się w walkę z niewolnictwem w Afryce. Jej działania skupiły się na działalności publicystycznej i odczytach edukacyjnych. Założyła działające do dzisiaj czasopismo "Echo Afryki" oraz zgromadzenie misyjne. Organizowała też kongres antyniewolniczy we Wiedniu. Nazywano ją "Matką Afryki", chociaż nigdy nie zobaczyła tego kontynentu.
Maria Teresa uczy, że wiedza - chociaż sama w sobie jest wartością, ma służyć poprawie losu ludzi na świecie.
Krótka modlitwaŚwięta Mario Tereso Lechódowsko, wiedziałaś, że posiadana wiedza może przyczynić się do poprawy losów świata, w którym żyjemy. Proszę Cię, aby również i moja wiedza i zachowanie względem innych sprawiły, że świat chociaż trochę stanie się lepszy.

Święty Józef z Kupertynu
Józef pochodził z ubogiej rodziny. Wielokrotnie starał się, by przyjęto go do zakonu. W końcu został kapucynem. Mimo iż był niepiśmienny, z powodu głębokiej wiary, posłuszeństwa i pobożności został kandydatem na prezbitera. Nie miał żadnego wykształcenia i jedyny fragment Biblii, który umiał wyjaśnić pochodził z Ewangelii Łukasza: "Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś". To właśnie o niego został zapytany na egzaminie przed diakonatem!
Święty Józef uczy nas, że to nie oceny są najważniejsze, a egzaminy - choć generują tak wiele stresu - odejdą w niepamięć.
Krótka modlitwaŚwięty Józefie z Kupertynu, byłeś niestrudzony w dążeniu do wstąpieniu do zakonu i zostania kapucynem, pomimo różnych przeciwności losu. Daj mi taką samą siłę do pokonywania przeciwności, jakie przede mną stają każdego dnia podczas zdobywania wiedzy.

Święta Teresa z Lisieux
W czasach, kiedy żyła święta Tereska we francuskiej pobożności duży nacisk kładziono na pełnienie dobrych uczynków i zdobywane zasług. Na pewnym etapie swojego życia Tereska zapisywała nawet w swoim notesie ile dobra zrobiła w danym dniu. Udało jej się wyzwolić z tego niewolniczego systemu myślenia. Jej "Mała droga" przypomina, że nie jest ważne jak wielkie rzeczy robimy, ale czy czynimy je z miłością.
Tereska uczy, że w życiu ważna jest miłość, a nie wygrana.
Krótka modlitwaŚwięta Tereso z Lisieux, czyniłaś wiele dobrego nie na pokaz, ale z miłości do drugiego człowieka i do Boga. Dopomóż mi, abym tak samo przekładał dobro innych, nad swoje dobro w postaci zaszczytów i uznania. Niech moja nauka będzie wyrazem miłości do Boga i drugiego człowieka.

Błogosławiony Carlo Acutis
Błogosławiony Carlo niebawem zostanie ogłoszony świętym. Był normalnym nastolatkiem, który lubił wychodzić ze znajomymi, grać w piłkę oraz na saksofonie. A jednocześnie kochał Eucharystię i stworzył specjalną stronę internetową poświęconą cudom eucharystycznym.
Błogosławiony Carlo przypomina, że technologia jest narzędziem, które może służyć do ewangelizowania - tylko trzeba nauczyć się odpowiednio jej używać.
Krótka modlitwaŚwięty Carlo Acutisie, w doskonały sposób łączyłeś rozwój technologii z wiarą. Spraw, abym nie zatracił się w wirtualnym świecie, potrafił wybierać odpowiednie dla mnie treści, nie rozpowszechniał nienawiści. Abym nie trwonił czasu, a wykorzystywał go w mądry i przemyślany sposób.

Święta Edyta Stein - Teresa Benedykta od Krzyża
Edyta Stein pochodziła z żydowskiej rodziny. Studiowała u najwybitniejszych filozofów swoich czasów i sama była doskonale wykształconą filozof. Jednak to praca naukowa doprowadziła ją do poznania największej prawdy, jaką jest Jezus.
Święta Edyta Stein pokazuje, że w nauce chodzi o poszukiwanie prawdy. Ona z kolei prowadzi do wiary w Jezusa.
Krótka modlitwaŚwięta Edyto Stein. Ty poprzez swoje studia filozoficzne odkryłaś najpiękniejszą życiową prawdę, jaką jest Bóg. Dopomóż mi, abym tak samo zauważał obecność Boga, w każdej szkolnej lekcji, w której przyjdzie mi uczestniczyć. Tak samo w języku polskim, jak i prawach matematyki.

Błogosławiony Pier Giorgio Frassati
Wraz z błogosławionym Carlem Acutisem świętym zostanie ogłoszony Pier Giorgio Frassati. Ten włoski młodzieniec pochodził z bardzo bogatej rodziny. Od dzieciństwa interesował się wspinaczką górską i pracą socjalną. Zarażał innych swoim optymizmem i radością życia, wykorzystując do tego posiadane talenty. Wszystko po to, aby budować z nimi relacje i głosić Ewangelię.
Pier Giorgio Frassati przypomina, że okres szkoły jest także okresem rozwoju pasji i budowania przyjaźni - nieraz na całe życie.
Krótka modlitwaŚwięty Pier Giorgio Frassati. Umiłowałeś górskie wspinaczki, bo wiedziałeś, że wtedy jesteś najbliżej Boga. Spraw, aby moja nauka była taką wspinaczką górską - abym wytrwał, nawet gdy będzie bardzo ciężko. Wierzę, że po zdobyciu kolejnego naukowego szczytu, będę miał przed sobą najpiękniejsze widoki, jakie mogę sobie wyobrazić.

Błogosławiona Ciara Luce Badano
Ciara od dziecka pragnęła pomagać najuboższym. Już w wieku przedszkolnym posiadała specjalną skarbonkę, do której odkładała pieniądze na rzecz dzieci z Afryki. Marzyła też, aby ukończyć medycynę oraz wyjechać do pracy w Afryce.
Błogosławiona Ciara przypomina, że w życiu trzeba mieć marzenia i cele, które mają przynosić światu dobro.
Krótka modlitwaBłogosławiona Ciaro, ty wiedziałaś, że Twoje marzenia są darem od Boga i potrafiłaś dążyć do ich spełnienia na chwałę Boga i innych ludzi. Dopomóż mi, abym moich marzeń nie zachowywał tylko dla siebie, a dzielił się nimi z innymi w mowie i w czynach.

Święty Dominik Savio
Święty Dominik Savio to najbardziej znany wychowanek św. Jana Bosko. W wieku 12 lat wraz z kolegami założył Towarzystwo Niepokalanej. Jego celem był apostolat poprzez dobry przykład. Sam był znany z pobożności i gorliwości. Jego głównym celem było zachowanie czystego serca.
Święty Dominik przypomina nam, że wiedza, kariera i tytuły nie mają żadnego znaczenia wobec przyjaźni z Bogiem.
Krótka modlitwa: Święty Dominiku Savio, pozwól mi cieszyć się moją młodością. Pomóż mi widzieć braci i siostry we wszystkich moich szkolnych kolegach i koleżankach, wypełniać sumiennie moje szkolne obowiązki i i daj mi taką Bojaźń Bożą, abym bardziej chciał umrzeć niż zgrzeszyć.


Podzieliłam się moim pomysłem z proboszczem. Był wręcz zachwycony, a będący na rezydenturze Paul obiecał mi pomóc w wykonaniu. W zasadzie szablony miałam gotowe, wydrukowałam na sztywniejszym papierze w punkcie ksero. Jedyne o co go poprosiłam, to o wycięcie 120 kartoników i odpowiednie ich złożenie. Temu jednak mogłabym nie podołać. Wiecie, cieszę się, że mogłam coś takiego zrobić, bo przynajmniej chociaż na chwilę moje myśli zostały skierowane na inny tor.
Dzieciaki będą mogły wylosować swojego patrona na najbliższej niedzielnej Mszy świętej im dedykowanej (chociaż koszyk będzie wystawiony przez cały dzień). A potem jeszcze w następnym tygodniu, i w razie potrzeby - następnym. Mnie na najbliższej Mszy nie będzie, ale umówiłam się z księdzem proboszczem, że karteczki i tak zostaną rozdane. Mam nadzieję, że dzieci ucieszą się z takiego "upominku" na najbliższe 10 miesięcy. I że po powrocie nie cisną tych karteczek w kąt, ale od czasu do czasu naprawdę będą do nich wracać.

czwartek, 28 sierpnia 2025

2256. I tak będzie...

W związku z nowym rokiem szkolnym (oraz katechetycznym) i papierologią z tym związaną po głowie mi chodzi ten kawałek:
Dokładnie tak: I będą pytali, pytali. Oby te pytania były tylko takie, na które będziemy znali odpowiedzi.

środa, 27 sierpnia 2025

2255. A może Pan Bóg chce mieć taki dobry chleb przy sobie?

W ostatnich dniach coraz częściej w mojej głowie pojawia się z automatu pytanie: "Dlaczego Panie Boże tak ustawiłeś to ludzkie życie?". Szczególnie, kiedy przychodzę do Księdza Niosącego Światło, aby, tak jak mu obiecałam, przeczytać mu "Wyznania" św. Augustyna oraz "Spotkania Jasnogórskie" Jana Dobraczyńskiego. Dziennie wychodzi ok. 25 - 30 stron pierwszej pozycji oraz jeden rozdział drugiej. Nie wiem, ile rozumie z tego, co czytam, nie wiem, czy w ogóle słyszy coś. Ale skoro obiecałam, to czuła bym się nie fair wobec niego. Może kiedyś tam gdzieś wyrzuci mi z tym swoim uroczym, łobuzerskim uśmiechem, że nie dotrzymałam tej obietnicy. Patrzę na jego sylwetkę - zawsze był drobny i szczupły, na szczęście to jedyny efekt wcześniactwa (zawsze mogło być gorzej, czego jestem przykładem), teraz jest go jeszcze mniej. Za każdym razem też na chwilę dotykam jego dłonie. Święte dłonie, które starały się czynić tylko dobro. Te, które przez lata podawały chleb eucharystyczny innym. Jak sam mówił, gdyby dopuścił się czegoś niewłaściwego, to ani nie potrafiłby stanąć przy ołtarzu, ani podać Komunii świętej wiernym. Czułby, ze oszukuje ludzi, ale nade wszystko Boga. I wiem, że nie były to słowa rzucane na wiatr. Bardzo ważna była dla niego częsta spowiedź oraz czyste relacje z innymi.
Kiedyś poprosił mnie, abym w razie czego nie miała pretensji  do Boga o to, co się stanie. Nie podczas spowiedzi świętej, nie podczas kazania, ale w czasie prywatnej rozmowy. Że mogę mieć żal do całego świata, ale nie do Niego. Ale myślę, że wypowiedziane tak po prostu pytanie "Dlaczego" nie urasta do rangi pretensji. Zadaję te pytania tak samo, jak ciekawe świata dziecko dorosłemu. W końcu posiadam podmiotowość bycia dzieckiem Bożym, a więc myślę, że mam prawo zadawać pytania, nawet jeżeli nie otrzymam na nie odpowiedzi. Bo czy człowiek może w pełni poznać i zrozumieć Bożą Wolę? Myślę, że nie, o czym zresztą doskonale opowiada poniższe opowiadanie:
Boża wola
Pewien człowiek bardzo chciał poznać Bożą drogę, dlaczego świat wygląda jak wygląda. Kiedy położył się pod drzewem i rozmyślając nad tym prosił Boga o odpowiedź, stanął przy nim anioł i powiedział:
- Chodź ze mną, a pokażę ci drogi Pana. 
Nie namyślając się długo poszedł za aniołem. Spotkali na swojej drodze dwóch ludzi. Jeden człowiek zły wręczył złoty kielich drugiemu dobremu. Anioł zaczekał, aż zasną, zabrał kielich dobremu i zaniósł do złego. Człowiek idący z aniołem spytał:
 - Co robisz przecież to złodziejstwo.
 - Nie zadawaj pytań tylko chodź i patrz, a poznasz drogi Boże - odpowiedział anioł.
Poszli więc dalej do chaty pewnego biednego człowieka. Gdy wyszedł z domu, anioł podpalił jego dom. Zirytowany człowiek idący z aniołem oburzył się na niego i zaczął gasić płomień, jednak anioł mu nie pozwolił:
- Jak możesz podpalać dom tego biednego człowieka. Powinieneś pomagać ludziom, a nie ich dręczyć - krzyczał człowiek
- Powiedziałeś, że chcesz poznać zamysł Boga nie wtrącaj się więc tylko chodź dalej!
Idąc dalej dotarli do strumienia i zatrzymali się przed kładką. Gdy zbliżył się ojciec ze swoim synkiem i weszli na kładkę, anioł przewrócił kładkę tak, że ojciec z synkiem wpadli do wody. Prąd wody porwał dziecko i utopiło się. Ojciec wyszedł z wody i zasmucony wrócił do domu.
- Nie tego już za wiele. Zniosłem jak okradłeś sprawiedliwego, podpalałeś dom biednego człowieka, ale to że zabiłeś niewinne dziecko to za dużo. Nie jesteś żadnym aniołem tylko demonem - krzyczał człowiek zdzierając kaptur z głowy anioła.
- Jestem aniołem wysłanym na ziemię przez Boga aby wypełnić Jego wolę na ziemi, a tobie wyjaśnić jaka jest Jego droga - odpowiedział
- Nieprawda Bóg taki nie jest. Na pewno nie kazał Ci robić tego co robisz - krzyczał dalej człowiek.
- Dobrze! opowiem ci dlaczego zachowałem się właśnie tak w każdej sytuacji. Otóż w kielichu, który zabrałem sprawiedliwemu człowiekowi była trucizna. Gdybym zostawił ten kielich człowiek ten otrułby się. Człowiek podstępny, który chciał otruć sprawiedliwego poniesie karę za swoje czyny. Biedny człowiek, któremu podpaliłem dom, znajdzie w zgliszczach wielki skarb, który pozwoli mu żyć dostatnio do końca dni. Człowiek, którego spotkaliśmy tu nad strumieniem, był złym człowiekiem. Nie chce znać Boga i prowadzi życie bardzo rozwiązłe. Po stracie swego małego synka, który i tak znajdzie się w Niebie, nawróci się do Boga i zmieni swe życie. Tak obaj będą w Niebie, Gdybym tego nie uczynił obaj zostaliby potępieni. Czy te wyjaśnienia pomogły ci zrozumieć wolę Bożą?
Człowiek słuchając z zainteresowaniem opowieści anioła zrozumiał, że Bóg widzi wszystko inaczej i bardziej doskonale niż on sam. Zrozumiał też, że na wszystko ma najlepsze rozwiązanie, choć zewnętrznie wydaje się ono bardzo bolesne. 

źródło: internet

Bóg najlepiej wie, co dla każdego z nas jest dobre, nawet jeżeli my pierwotnie nie widzimy sensu w danym działaniu. Pytanie "Dlaczego?", zadane w naturalny i neutralny sposób, nie jest wyrazem niezgody czy też żalu wobec tego, co się dzieje w naszym życiu. To raczej prośba o pomoc, chociażby częściową w zrozumieniu otaczającego nas świata. Zresztą założę się, że Ksiądz Niosący Światło też nieraz je zadawał. Tych pytań musiało być multum, zważając na jego wrażliwą duszę i buntujące się na wszelkie zło serce. Może szukał odpowiedzi na te pytania w cichej modlitwie swojego wnętrza. Być może w tym celu wieczorami wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo, a wtedy:
Nocą gdy wszystkie światła pogasły,
w jednym oknie lampka pali się. 
Chłopiec mały patrzy na gwiazdy,
w oku łza zakręciła się. 
Jedną gwiazdkę zobaczył na szarej drodze, 
a ta droga do Ciebie prowadzi, o Boże. 
Na niej tyle radości, płomieni słońca, 
na niej chciałby pozostać i wytrwać do końca. 
Potem modlił się w milczeniu, 
chciałby taką gwiazdką być. 
Chciałby w swoją powołaniu, 
taką drogą iść. 
Dokonał swego powołania - 
sługą Bożym pozostał. 
Teraz kroczy drogą szarą, 
na której Boga spotkał.
("Gwiazdka", autor nieznany)
Kto pyta, poszukuje prawdy. O świecie i samym sobie. Wierzę, że z takich pytań o sens życia zrodziło się jego autentyczne powołanie.
Z drugiej strony mam wrażenie, że Bóg daje nam odpowiedź, choćby cząstkową, w subtelny i nieoczywisty sposób. Rano pojechałam do jednego z kościołów w sąsiednim mieście. Nosi on wezwanie świętego brata Alberta Chmielowskiego. To jeden z tych świętych, który jest mi szczególnie bliski oraz jeden z patronów mojej diecezji. Z księdzem łączy go to, że brat Albert założył w Krakowie przytułek dla bezdomnych. Dla tych nieraz niesamowicie cuchnących osób niepotrzebnych społeczeństwu. Traf chciał, że ksiądz jako diakon trafił na praktykę do takiej noclegowni dla bezdomnej, w której była też kaplica. I tam przez cały czas przebywał w ich obecności, ucząc się namacalnie, że życie może mieć też taki wydźwięk. Że można być śmierdzącym i odrzuconym, ale to w dalszym ciągu jest dziecko Boże, w dalszym ciągu posiada tą godność. Taką lekcję z tego miejsca wyniósł na całe swoje kapłańskie życie - że każdy zasługuje na szacunek, a on, jako duchowny, powinien być sługą wszystkich, a nie tylko wybranych, tych, którzy najbardziej mu pasują. Tak samo bogatych, jak i biednych.
Święty Brat Albert Chmielowski na figurze znajdującej się w prezbiterium trzyma dłoniach chleb. Ogólnie obraz ten już dawno tak wbił mi się w umysł, że czułam, że muszę go narysować w podobny sposób, w jakim narysowałam świętego Maksymiliana Kolbego dla księdza Marcina. Efekt moich poczynań widzicie na obrazku obok. Osobiście myślę, że Maksymilian bardziej mi się udał, ale brat Albert chyba też nie jest taki tragiczny, zważając na moje możliwości.
Chleb... W uszach brzmi mi fragment jednej z piosenek  Starego Dobrego Małżeństwa będącej interpretacją wiersza Edwarda Stachury "Sanctus" - "Święty chleb - chleba łamanie". Ileż to razy w ciągu ostatnich dwóch lat Ksiądz Niosący Światło robił mi kanapki po całym dniu spędzonym poza domem? Ileż razy dzielił się zwyczajnym chlebem? Tak po prostu. Zresztą, jak jeszcze miał siły, brał dzieciaki z ostatnich klas podstawówki, na plebani robili kanapki i szli na miasto, rozdać je potrzebującym, a przy okazji porozmawiać z nimi. Jednak najbardziej zaskoczył mnie, a także wzruszył, kiedy na jednym ze swoich kazań przywołał mój wiersz o kr.zyżu. I wtedy naprawdę pomyślałam sobie: "O kurcze, chyba ta moja twórczość nie jest taka zła". A potem pytał o inne wiersze  mojego autorstwa twierdząc, że lubi taki prosty przekaz, bez patetyzmu i niepotrzebnych słów. Chyba jako jedyny czekał na kolejne moje utwory. Jeszcze dwa i pół miesiąca temu w kazaniu wygłoszonym dla księży tłumaczył im na podstawie mojej definicji,  co to znaczy być pasterzem i pastuchem. Mam głupie wrażenie, że w innych starał się widzieć dobro, talenty, zwłaszcza w tych niechcianych za bardzo w społeczeństwie, niedostrzeganych, pomijanych, i tym dobrem dzielić się z innymi.
Jedną z myśli pozostawionych przez świętego brata Alberta było to, aby być dobrym jak chleb. I myślę, że ksiądz taki był. Dobry jak świeżo wypieczony chleb. A dobrym chlebem warto się dzielić z innymi, aby też poznali jego dobro. I jeszcze taka jedna myśl mnie naszła - może po prostu Pan Bóg chce mieć już takiego Księdza Niosącego Światło u siebie? Tą myślą podzieliłam się nawet z księdzem biskupem, który już poza protokołem przyjechał odprawić Mszę, zaopatrzyć Księdza Niosącego Światło w sakramenty święte i przywiózł mu obrazek Matki Bożej Częstochowskiej. Więc chyba naprawdę jest źle. 
Bóg chce Księdza dużo za wcześnie, bo przecież jeszcze powinno go czekać jeszcze raz tyle życia, oddanemu autentycznej służbie Bogu i drugiemu człowiekowi. Może to wszystko, co złego go spotkało w życiu, a zwłaszcza ostatnie dwa lata, to była tylko taka próba jak u biblijnego Hioba, aby sprawdzić, czy ksiądz do końca pozostanie mu ufny i posłuszny? Pozostał i wytrwał do końca. Tak długo, jak tylko się dało sprawował Eucharystię, głosił kazania, spowiadał. Kiedy go pytałam, czy nie lepiej zwolnić, odpowiadał, że taka jest rola i misja kapłana. Że kiedy stanie przed Bogiem, to On rozliczy go z niej. I właściwie to ksiądz tak bardzo nie boi się śmierci, bo ma nadzieję spotkać się po niej z rodzicami - mamą, która odeszła jak był zaledwie czteroletnim chłopcem (nie umiem sobie wyobrazić, co czuł ten drobny, blondwłosy malec o pięknych, błękitnych oczach, kiedy mama nie przyszła po niego do przedszkola, a on czekał cały dzień, aż zrobił to za nią tata) i tatą, który zmarł dwa lata temu, jak właśnie tego sądu. A ja myślę, że nie ma się czego obawiać, że zrobił co było w jego mocy, aby przybliżyć ludzi do Boga - i na szkolnej katechezie, i na kazaniach. A że nie udało mu się ze wszystkimi, cóż, efekt uboczny wolnej woli, którą zostaliśmy obdarowani. 
A może w Niebie też będą góry, na które wspinał się z sercem pełnym pasji? Kto to wie?

wtorek, 26 sierpnia 2025

2254. Półpielgrzymka

Myślę, że tytuł tego wpisu doskonale odzwierciedla wydarzenie, w którym brałam udział. No bo jak inaczej nazwać wydarzenie, w którym brało się udział przez dwa z zaplanowanych trzech dni? Ale sytuacja była też nieco nerwowa i niecodzienna.
Tak właściwie to wcale nie miałam ochoty po raz drugi iść w tym roku na pieszą pielgrzymkę. Nawet jak byłam tydzień temu w niedzielę u Księdza Niosącego Światło i pytał mnie czy idę, to mu odpowiedziałam, że nie. "Znam cię. Wiem, że pójdziesz" - stwierdził zadziornym głosem. No i miał rację, bo wracając do domu zahaczyłam o kościół, gdzie odbywało się spotkanie przedpielgrzymkowe i trochę wbrew sobie, zapisałam się na nią. 
Tradycyjnie już Sosnowiecka Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę wyruszyła 23 sierpnia z Sanktuarium Polskiej Golgoty Wschodu na Będzinie - Syberce. Rozpoczęła ją punktualnie o godzinie 7:00 Msza święta pod przewodnictwem biskupa Artura. Niestety, ciut się na nią spóźniłam. Gdyby nie to mogłabym iść z resztą LSO w asyście. Trudno, liczę na to, że jeszcze nie raz będzie ku temu okazja. Homilię wygłosił dla nas biskup, podkreślając, że w tych dniach każdy z nas będzie takim "Pielgrzymem nadziei", który z nadzieją będzie zmierzał przed jasnogórski tron. Wie, że może to być trudna droga pełna wątpliwości, ale życzył nam, aby nie przyćmiły nam one owej nadziei. Po Mszy wyruszyliśmy w trzydniową drogę, której finał był na Jasnej Górze.
Pierwszy odcinek trasy liczył około 5. kilometrów i kończył się na Będzinie Łagiszy, gdzie tradycyjnie wszystkie grupy miały wykonywane pamiątkowe zdjęcia z biskupem. Ogólnie kiedy Artur mnie zobaczył, to z rozbawieniem stwierdził, że "znowu idzie. Ależ ma siły". Oczywiście nikt w grupie nie wiedział, że to moja druga pielgrzymka w tym roku i nie zrozumiał kontekstu wypowiedzi. Nikt, oprócz mnie i niego. Ale coś czuję, że mam w nim sojusznika. Więc co ja się przejmuję proboszczem... Na Łagiszy zjedliśmy tradycyjnie śniadanie, po czym ruszyliśmy w dalszy odcinek drogi, kończący się przy kościele w Targoszycach.
W Targoszycach każdy z nas dostał miskę bigosu od Caritasu. Po posileniu się, w obawie przed deszczem, wielu z nas udało się do kościoła, gdzie mój serdeczny przyjaciel ksiądz Paweł (chociaż dla mnie to po prostu Paweł) wygłosił pierwszą konferencję. Wspominał swoją zeszłoroczną pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostela i ile trudu i wyrzeczeń go ona kosztowała. I trochę porównał ją do życia Maryi, gdzie też było wiele trudów i wyrzeczeń. Podobało mi się też porównanie Maryi do gwiazdy świecącej na nocnym niebie, która wskazuje drogę wędrowcom. W zasadzie to był dobry pomysł, aby udać się do kościoła, przynajmniej wszystko słyszałam. Po wysłuchaniu konferencji ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem do Mierzęcic, gdzie tradycyjnie miało miejsce nabożeństwo pokutne. Podobnie jak w poprzednim roku, jak również w przypadku wcześniejszej Zagłębiowskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę, także i w tym przez pewne odcinki trasy w każdej z idących grup szedł także Jezus ukryty w Najświętszym Sakramencie.
Nabożeństwo pokutne było doskonałą okazją nie tylko do skorzystania z sakramentu pokuty i pojednania, ale też do wyciszenia się. Kilka razy w jego trakcie spojrzałam w niebo, ponieważ ciemne chmury które co rusz się na nim pojawiały nie zwiastowały nic dobrego. Nabożeństwo zakończyło się błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem, po czym ruszyliśmy w ostatni tego dnia etap drogi. Trochę pokropło, ale bez tragedii. Metą pierwszego dnia pielgrzymowania jest Kościół w Zendku. I wiecie co, o ile na pierwszych pielgrzymkach ledwie dochodziłam do kościoła, o tyle teraz nie mam z tym najmniejszego problemu. Chwilkę odczekaliśmy, aż skończy się Msza, po czym weszliśmy na chwilę do środka. Po skończonej modlitwie wróciliśmy do szkoły, gdzie mieliśmy nocleg. Wieczorem, kiedy już szykowałam się do snu, Dorcia przysłała mi SMSa, że Księdzu Niosącemu Światło pogorszyło się. Trochę zdezorientowana zadzwoniłam do niej i to co usłyszałam sprawiło, że pożałowałam mojej decyzji o pielgrzymce. Poczułam, że muszę być gdzie indziej, choćby na jeden dzień.
Cóż było robić, czułam że muszę na ten jeden dzień, czyli na niedzielę, wrócić. Gdybym tego nie zrobiła, a coś by się wydarzyło, to pewnie do końca życia bym sobie tego nie darowała. Teraz wiem, że tak nie do końca to było rozsądne, bo problem byłby, gdyby coś mi się stało, ale uwierzcie mi, w stresie człowiek nie myśli racjonalnie. Ba, może w ogóle nie myśli. Udało mi się zwolnić u księdza przewodnika (uprzednio zapewniwszy go, że dam radę i że wrócę na nocleg), i po porannej Mszy świętej, pięcioma autobusami i trochę na nogach (pomyśleć, że to tylko 25 km) wróciłam na chwilę do naszego Zagłębia. Do księdza weszłam na moment, infantylnie powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze i żeby jeszcze trochę poczekał, bo nie skończyłam mu czytać i "Wyznań" św. Augustyna, i "Spotkań Jasnogórskich", a przecież obiecałam mu to. Wychodząc wpadłam na korytarzu na jego siostrę, co w zasadzie było do przewidzenia. Za to ona była tak zaskoczona moim widokiem (czyżby Ksiądz Niosący Światło powiedział jej, że idę na tą pielgrzymkę?), że aż zabrała mnie do nich na niedzielny obiad. A potem dopytywała, czy faktycznie poradzę sobie w powrocie na nocleg. To akurat było łatwiejsze niż przyjechanie - wystarczyło wsiąść do pociągu do Częstochowy, potem przesiąść się na autobus w stronę Nierady, i stamtąd na nogach przejść kilka kilometrów na nogach. Zresztą gdybym nie ogarnęła drogi powrotnej to raczej bym nie przyjeżdżała. A tak wieczorem dołączyłam już do pielgrzymki. Miałam małego stracha idąc wieczorem drogą przez las, ale dla dodania sobie odwagi założyłam komżę (w dodatku było mi cieplej) i dzwoniłam małym dzwoneczkiem trzymanym dotychczas w kieszeni. I jeszcze podśpiewywałam sobie pod nosem. 
Po dotarciu do remizy OSP zameldowałam się, że jestem, po czym zaczęłam szykować sobie legowisko. Na szczęście obok Ulencji i Wiolencji było trochę miejsca, więc tam się umieściłam. Mnie tam dużo do szczęścia nie trzeba. Mimo wszystko zmęczona położyłam się na posłaniu, jednak bardzo długo nie mogłam zasnąć.
Ostatniego dnia wyruszaliśmy dopiero po godzinie 8:00, więc można było się wyspać. Przynajmniej w teorii. Bo ja przez całą noc co chwilę się budziłam to z zimna, to z nerwów. Tak więc średnio wypoczęłam przed ostatnim etapem podróży. Na szczęście wynosił on tylko 15 kilometrów, z jedną przerwą śniadaniową po drodze. Podczas tej przerwy przyłączyły się do nas grupy idące z Targoszyc i Siewierza. A że w tej siewierskiej szły koordynatorki z Wiary i Światło z J-na, to na chwilę do nich podeszłam, aby się przywitać i zamienić kilka słów. Trochę były zaskoczone moją obecnością, ale też cieszyły się, że mnie widzą. 
Po odpoczynku połączonym ze śniadaniem ruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami był ostatni odcinek, prowadzący w większości przez samą Częstochowę. Nie wszyscy go lubią, ale ja tak. W końcu każdy krok przybliża nas do obranego celu. Niestety, na tym odcinku najczęściej poganiają innych. Nie wiem, boją się, że im Jasna Góra ucieknie czy biskup ich nie powita, czy co. I jak przez całą drogę jestem spokojna, tak na tych ostatnich kilometrach moja frustracja sięga najwyższego pułapu. Ciekawa jestem, czy w innych grupach też tak jest, czy też tylko nasza robi takie problemy. A w mieście za bardzo nie ma jak przyspieszyć, bo przecież jeżdżą samochody, a my idziemy w większości ulicą.
Pod jasnogórski szczyt podeszliśmy jako szóści w kolejności z naszej diecezji. 
Tam powitał nas biskup wraz z dyrektorami pielgrzymki. Po pierwszym pokłonieniu się, ruszyliśmy przed obraz jasnogórskiej Pani. Swoje musieliśmy odstać, ale uczucia, kiedy po tylu kilometrach marszu dociera się do swojego celu - bezcenne.
Opuściwszy kaplicę mieliśmy kilka godzin czasu wolnego. Wykorzystałam je na odpoczynek i na powłóczenie się po okolicy. Ale nie za bardzo, aby nie spóźnić się na Mszę, która była zaplanowana na godzinę 19.00. 
Ciekawa jestem, czy ktoś mnie wypatrzy na tym zdjęciu
Tegoroczna pielgrzymka, chociaż dla mnie to była półpielgrzymka, podobnie jak Zagłębiowska, miała bezpośrednio przygotować diecezjan do zbliżającej się peregrynacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w diecezji. Sprzyjały temu tematyczne konferencje i homilie wygłaszane po drodze. I myślę, że przyniosło to spodziewany efekt, przynajmniej w moim przypadku.

piątek, 22 sierpnia 2025

2253. "Na miły Bóg..."

Wczoraj wieczorem dotarła smutna informacja o śmierci wybitnego polskiego artysty muzycznego - Stanisława Sojki, który odszedł w wieku 66 lat. Miał wystąpić w wieczornym koncercie Top of the Top Sopot Festiwal. Zamiast tego przerwano widowisko po pierwszej części, a w mediach pojawiły się informacje o jego śmierci. Refren jego "Tolerancji" mógłby być takim drogowskazem życiowym dla niejednego z nas.
"Na miły Bóg,..
Życie nie tylko po to jest, by brać
Życie nie po to, by bezczynnie trwać
I aby żyć siebie samego trzeba dać"
Stanisław Sojka (26 kwietnia 1959 - 21 sierpnia 2025)

czwartek, 21 sierpnia 2025

2252. To nie dzieci są straszne, ale ich rodzice

Domyślam się, że wielu z Was kojarzy taką scenę z Nowego Testamentu, kiedy zdenerwowany Pan Jezus przepędza kupców ze świątynnych krużganków. Ilekroć słyszałam ją odczytywaną podczas Mszy świętej, albo samodzielnie zagłębiałam się w jego lekturze tego fragmentu, starałam się zastanawiać, co tak właściwie mogło wzburzyć Syna Bożego, że zdecydował się na takie zachowanie. A może nie było ono do końca przemyślane, a bardziej impulsywne. Tak samo jak moja reakcja na zachowanie dzieci w czasie dzisiejszej Mszy.
Ogólnie staram się być cierpliwa i wyrozumiała. Jak widzę, że rozmawiają, a nikt inny nie interweniuje, to podchodzę i upominam. Raz, drugi, dziesiąty. Dzisiaj jednak zaczęły przechodzić samych siebie - w pewnym momencie dwójka chłopców z niewiadomych powodów zaczęła wchodzić na ławkę. Wiedziałam, że matka jednego z nich jest w kościele. Spojrzałam w jej stronę, wyraźnie była zajęta przeglądaniem czegoś z drugą mamą na telefonie. To co robi synek najmniej ją obchodziło. Poszłam więc i go, oraz jego kolegę, upomniałam. Raz, drugi. Nic. Za trzecim razem wzięłam delikwentów za koszulki i przez środek kościoła, na oczach całej półkolonii, wyprowadziłam ze świątyni. Ich mogłam, mają po 9-10 lat, ze starszymi byłoby trudniej z uwagi na gabaryty. Pytanie czy moich, czy tych starszych. To co zrobiłam wywołało takie zdumienie, że nawet ksiądz Jack na chwilę przerwał odprawianie Mszy. A ja się czułam trochę tak, jak przywołany na początku Jezus wypędzający kupców z domu swojego Ojca.
Nie byłam dumna z mojego postępowania, nie myślcie sobie. W dodatku zaraz po incydencie mamusia przypomniała sobie o synku i ruszyła w ślad za nami. Nie myślcie sobie jednak, że po to, aby go upomnieć. Cięgi posypały się na mnie - jak ja tak mogłam postąpić, jej dziecko jest dopiero w trzeciej klasie i może tak się zachowywać. Ręce mi opadły. To znaczy, że od dziewięciolatka nie można egzekwować spokojnego zachowania przez niespełna godzinę? Jakby nie patrzeć, to w jego wieku byłam już po Pierwszej Komunii i potrafiłam względnie wytrzymać godzinę Mszy w spokoju i skupieniu. Wiem też, że to rodzice są od wychowywania dzieci, ale skoro ta pani nie reagowała na to, że syn włazi na ławkę, to wydaje mi się, że jako wychowawca, nie ważne, że innej grupy, miałam prawo interweniować. A gdyby się mu coś stało? Zresztą wydaje mi się, że ta mama też nie daje dzieciom dobrego przykładu przez praktycznie całą Mszę przeglądając to, co ma na ekranie smartphone. Ale może się czepiam.
Nie wiem co się dzieje. Przez całą moją długą karierę animatorską nie miałam takiego zdarzenia. Aż do teraz. Czy to dzieci zmieniły się na gorsze, czy to może ja teraz więcej widzę niż kiedyś? A może po prostu te kilka lat spędzonych na świetlicy sprawiły, że na pewne sytuacje reaguję bardziej stanowczo? Może nawet za bardzo.
Jak można się domyśleć, sytuacja ta znacznie wpłynęła na moje funkcjonowanie w dalszym ciągu dnia. Ksiądz Niosący Światło poznał to po zmianie barwy mojego głosu. Nic chciałam mu mówić o wszystkim. Dzisiaj sam bardzo źle się czuł. Nie mówił nic na ten temat, ale... W wywiadzie udzielonym onetowi na temat Jacka Gaworskiego jego żona Ela przyznała, że nawet jak Jacek nie mówi, że się źle czuje, to ona wie, kiedy tak jest. Wystarczy, że wsłucha się w jego oddech. I to właściwie jest prawda - ja też znam już księdza na tyle, że po samym sposobie oddychania wiem, że po prostu go boli. Dlatego chciałam, aby po prostu odpoczywał. I nie przejmował się mną za bardzo.
Wychodząc minęłam się z proboszczem z parafii Księdza Niosącego Światło. Nawet ucieszył się na mój widok. I zaczął wypytywać, czy w tym roku też idę na pielgrzymkę do Częstochowy. No idę, drugi raz w jednym miesiącu, ale idę. Chociaż nie wiem do końca, czy dojdę. 

środa, 20 sierpnia 2025

2251. Warto inwestować w Niebo - ono nigdy nie zbankrutuje

Salezjańskie kolonie charakteryzują się tym, że ich centralnym punktem jest Eucharystia. Czasami ksiądz Jack sprawuje ją na rozpoczęcie dnia, czasami na zakończenie. Nie wszyscy w niej uczestniczą, ale zdajemy sobie jako kadra sprawę z tego, że nie wszystkie dzieci pochodzą z praktykujących rodzin.
Przez ostatnie dwa lata przyzwyczaiłam się siadać na tyle kościoła. Raz, nikogo nie rozpraszają moje mimowolne ruchy pojawiające się w najmniej oczekiwanym momencie. Dwa, w ten sposób mogłam zamienić kilka słów z idącym do konfesjonału Księdzem Niosącym Światło (o ile miał dyżur). Trzy, dobrze mi się myślało tak na końcu, w ciszy i w skupieniu. A teraz jest jeszcze czwarty aspekt - z tyłu widać cały kościół i to, co robią nasze gagatki. Czasami naginają, ale jeszcze nie straciłam do nich mojej cierpliwości. Jeszcze.
Lekcjonarz z ostatnich kilku dni proponował nam fragmenty Ewangelii wg św. Łukasza. Nota bene to moja ulubiona Ewangelia, w którą tak naprawdę zagłębiłam się dopiero w momencie, gdy z okazji ustanowienia mnie animatorem salezjańskim, otrzymałam jej kieszonkową wersję na pamiątkę. Zachwyca mnie w niej język, jakim operuje autor i jakim stara się przekazać czytelnikom wydarzenia dziejące się dawno temu w Galilei. Kiedyś Ksiądz, który Będzie Błogosławionym powiedział, że święty Łukasz jest mistrzem słowa i myślę, że nie są to słowa na wyrost.
W poniedziałek było o spotkaniu młodzieńca z Jezusem. Nie będę ukrywać, dało mi ono do myślenia. Oto młody człowiek pyta Mistrza co ma zrobić, aby otrzymać życie wieczne. Jezus mu odpowiada, że ma zachowywać przykazania, które otrzymał Mojżesz na Górze Synaj*. Młodzieniec mu przyznał, że tak robi. Wtedy Jezus mu poradził, aby sprzedał wszystko co ma, rozdał zdobyte pieniądze ubogim i poszedł za nim. Reakcja młodzieńca była w sumie do przewidzenia - ponieważ posiadał bardzo dużo dóbr, żal mu było się z tym wszystkim rozstawać. Jezus skomentował to słowami, że "łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogaczowi wejść do królestwa Bożego (Łk 18, 24).
Bogactwa i posiadane dobra same w sobie są dobre. Każdy z nas musi przecież mieć gdzie mieszkać, w co się ubrać, co zjeść, jak się przemieścić na dalsze odległości, jakoś zagospodarować swój wolny czas w ciekawy sposób. To co posiadamy ma nam pomóc w pracy, w odpoczynku, w rozwijaniu swoich pasji i zainteresowań, naszych talentów. Problemem staje się to dopiero wtedy, gdy wychodzi to nieustannie na pierwszy plan, gdy nie potrafimy dzielić się tym co posiadamy z innymi, gdy tych innych wręcz nie zauważamy, bo widzimy tylko swoje sprawy. Nie o to chodzi, tak nie dojdziemy do życia wiecznego. Zwłaszcza w momencie, gdy przekładamy doczesność nad życie wieczne. Gdy zbyt bardzo przywiązujemy się do tego, co mamy. Jasne, że dobrze jest dbać o dobra tutaj, na ziemi, ale:
  • Można mieć piękny ogród, jednak w Niebie ani go się nie skosi, ani nie podleje;
  • Można mieć szybki samochód - w Niebie nie ma jednak autostrad;
  • Można mieć miliony na koncie bankowych - w Niebie nie ma jednak ani banku, w którym byśmy je wypłacili, ani kantorów, gdzie moglibyśmy je wymienić
Dlatego warto inwestować w Niebo - ono nigdy nie zbankrutuje, a to, co w nim otrzymamy po stokroć przewyższy nasze oczekiwania, wyobrażenia i marzenia. W końcu "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (Kor 2, 9).

* Zawsze mnie intryguje, dlaczego Jezus wskazuje tylko na te przykazania, które się tyczą drugiego człowieka, a pomija te, które odnoszą się do Boga

wtorek, 19 sierpnia 2025

2250. Rzecz o wykorzystaniu swoich talentów

Z pierwszego dnia letnich półkolonii wyszłam nie tylko z bólem głowy oraz mózgiem napakowanym gonitwą myśli, ale też z "zamówieniami" na rozważania do dwóch Dróg Krzyżowych oraz czuwanie z okazji nawiedzenia kościoła, w którym odbywa się wypoczynek, przez kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. A wszystko dlatego, że kiedyś napisałam księdzu Jackowi rozważania Drogi Krzyżowej dotyczące Sług Bożych, błogosławionych i świętych związanych z ruchem salezjańskim. Trochę mnie to kosztowało czasu, trochę posiedziałam przed komputerem w poszukiwaniu odpowiednich informacji. Ale finalnie i ja, i ksiądz raczej byliśmy zadowoleni z efektu końcowego. Na koncie mam też rozważania Dróg Krzyżowych dotyczących Salezjańskiej Piątki Poznańskiej oraz błogosławionych Pier Giorgia Frassatiego i Carla Acutisa. Nie mnie oceniać, czy były one dobre, czy nie. Ale wiernym chyba się podobały. Szkoda tylko, że tylko tą z Piątką Poznańską wykorzystałam w mojej parafii. Ale wtedy proboszczem był ksiądz Jan, przy którym wiele rzeczy było możliwe. Potem przyszedł obecny proboszcz, przy którym nawet nie mam co czego szukać i próbować współpracować.
Dlatego tym bardziej zaskoczyło mnie to, że ksiądz zareklamował moje zdolności kilku osobom. Ucieszyłam się, podziękowałam, no ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Po skończonych zajęciach podeszłam do księdza Jacka i zapytałam dlaczego właściwie to mnie zareklamował tym innym osobom. Odpowiedział z rozbrajającą szczerością, że talenty trzeba nie tylko pomnażać, ale i się nimi dzielić. Niech to samo powie mojemu proboszczowi. Chociaż podejrzewam, że dla niego takie osoby jak ja (niepełnosprawne, z wadą wymowy) nie mają żadnych talentów, ani jednego. Bo nawet, kiedy chciało się coś zrobić dla scholi, dla parafii, dla Oratorium, to zawsze było nie bo nie. A kiedy potrzebowałam zaświadczenia, aby gdzieś pojechać, to znowu argumentacja aby mi go nie wydać (ewentualnie abym nie mogła występować ze scholą) była jedna: "nie, bo ty się nie udzielasz". Błędne koło... Dlatego jestem wdzięczna za tych, którzy pozwalają mi się wykazać mimo wszystko.
Tak potem jeszcze rozmawiałam na ten temat z Księdzem Niosącym Światło, że może ja się za bardzo wychylam z tym wszystkim. Może niepotrzebnie się chwalę i tym, że potrafię zrobić wycieczkę, i tym, że potrafię napisać jakieś rozważanie. A może nie są one aż tak dobre, jak mi się wydaje. Że może faktycznie proboszcz ma rację i takie osoby jak ja powinny siedzieć cicho jak mysz pod miotłą? Powinnam się domyśleć, że odeśle mnie do przypowieści o talentach (dobrze, że nie do stu diabłów). Ogólnie to nie ma nic złego w tym, że prezentujemy to, w czym jesteśmy dobrzy, że o tym mówimy, pod warunkiem, że stajemy w prawdzie z naszymi faktycznymi umiejętnościami, że nie przewyższamy ich, i widzimy w tym także talenty innych, zwłaszcza tych najcichszych i najbardziej nieśmiałych pomagając im je rozwinąć. To ostatnie w dzisiejszych czasach to prawdziwa sztuka, kiedy tak bardzo jesteśmy skupieni na samych sobie.
W drodze do domu odebrałam przesyłkę zawierającą "Spotkania Jasnogórskie" autorstwa Jana Dobraczyńskiego. Już kilka lat temu czytałam tą książkę, podobała mi się. Nie pytałam księdza, czy zna ją, ale znając jego oczytanie, to nie zdziwiłabym się, gdyby ją czytał. A zbliżająca się peregrynacja obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej jest chyba bardzo dobrą okazją do tego, aby przypomnieć sobie jej treść.
256 stron, damy radę.

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

2249. Tajemnica

Welon, którym okryty jest kielich mszalny symbolizuje tajemnicę. Każdy katolik niby wie, co się pod nim znajduje, ale czy na pewno. Trochę tak, jak podczas niektórych magicznych sztuczek - wiemy, że magik skrywa pod chusteczką powiedzmy piłeczkę, ale czy na pewno? Tutaj skrywany jest kielich i patena z hostią. Odsłonięcie kielicha przed ofiarowaniem jest zapowiedzią odkrycia przed ludem Bożym tajemnicy jego zbawienia. Do kielicha podczas ofiarowania wlewane są woda i krew. W momencie przemienienia, kiedy kapłan wznosi w górę patenę i kielich, hostia symbolicznie przeistacza się w Ciało Chrystusa, a woda zmieszana z winem, w jego Krew. Trudno jednak doszukiwać się w tych materiach znamion ludzkiego ciała i krwi - hostia w dalszym ciągu zachowuje swój wygląd, a wino - smak. Nie spożywamy fizycznie ludzkiego mięsa, jak twierdzono w pierwszych latach chrześcijaństwa, nie pijemy czerwonego płynu dającego życie każdemu stworzeniu. A jednak wierzymy w to, że za sprawą modlitwy kapłana Jezus oddaje nam siebie samego w tych dwóch substancjach. Że hostia, a także komunikanty, oraz wino stają się Jego umęczonym Ciałem i Jego przelaną za nas Krwią. "To jest Ciało moje, które za was będzie wydane", "To jest kielich Krwi mojej, nowego i wiecznego przymierza, która za Was i za wielu będzie przelana" - słyszymy każdego dnia. Krwawa ofiara na krzyżu staje się dziś bezkrwawą ofiarą na ołtarzu. Bo przecież Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy prosił wyraźnie: "To czyńcie na moją pamiątkę".
Jednak kielich i patena nie są odkryte przed ludzkim wzrokiem do końca Mszy świętej. Zauważmy, że tuż po zakończeniu obrzędów Komunii Świętej kawałki hostii z pateny umieszczane są w kielichu z wodą, a następnie wypijane przez kapłana. Następnie ksiądz na powrót zakrywa patenę i kielich welonem. Tajemnica zbawienia ponownie zostaje zakryta przed oczami wiernych.

Wczoraj jednak próbowałam odkryć inną tajemnicę. Po Mszy świętej (już trzeciej tego dnia), a następnie przeczytaniu Księdzu Niosącemu Światło kolejnego fragmentu "Wyznań" świętego Augustyna oraz zorientowaniu się, że czuje się w miarę dobrze zapytałam go o to, co od dawna mnie dręczy: czy można kogoś nie lubić, czy wręcz nie tolerować, ale w głębi serca wcale mu nie złorzeczyć, a nawet dobrze mu życzyć i modlić się za niego. No bo mniej więcej takie ambiwalentne uczucia żywię do mojego proboszcza (i myślę, że kilka innych osób też by się znalazło) i sama nie wiem, czy to jest dobre, czy złe. To jest właśnie moja tajemnica, mój kielich przykryty welonem, który chcę poznać. To pytanie nurtowało mnie od jakiegoś czasu, nie dając spokoju mojemu wewnętrznemu ja. Jak myślicie co usłyszałam? "A jak Lolku myślisz?". Spacerowaliśmy po przestronnym korytarzu, aby jak najmniej przeszkadzać innym osobom w sali.
Wzruszyłam ramionami, bo nie wiedziałam, co myśleć - jedna część mnie odpowiadała, że takie postępowanie jest właściwe, ale druga, druga podpowiadała, że jedno drugie jakoś wyklucza. Wiem, że nie muszę wszystkich lubić, a zwłaszcza tych, którzy nie robią dosłownie nic, aby tak się stało, ale chcę być przynajmniej w porządku. Podzieliłam się z nim moimi wątpliwościami, a on tylko potwierdził mój tok myślenia: nie muszę wszystkich lubić, ale też nie powinnam im w żaden sposób złorzeczyć. Jedno nie musi łączyć się z drugim. A nawet będzie aktem miłości agape względem nieprzyjaciela. 
Myślę, że ten kawałek welonu z mojego kielicha niepewności i tajemnicy został trochę odchylony. Jeszcze chwilę porozmawiałam z nim na temat Ewangelii z dnia, ale naprawdę, były to może 2-3 zdania moich przemyśleń, bo już widziałam, że znowu zaczynał źle się czuć, a poza tym przyszła do niego siostra z rodziną w odwiedziny. Właściwie jego najbliższa rodzina. Niech się sobą nacieszą póki mają czas. A. ostatnio poprosiła mnie, abym jej nie potępiała za to, co zrobiła. Nie potępiam jej, bo nie mam do tego prawa. Poza tym kiedyś rozmawiałam z księdzem i zdradził mi, że jak będzie już naprawdę źle, to chciałby tu trafić. Żeby nie sprawiać innym kłopotów. Ma dobra opiekę. Więc dlaczego mam ją potępiać? Zamiast tego wolałam po odprowadzeniu księdza do pokoju zabrać chłopców na patio i tam pokopać z nimi piłkę, a potem poszliśmy na lody, żeby dorośli mogli spokojnie ze sobą porozmawiać, czy chociażby pobyć. Może niewiele, ale dla mnie bardzo dużo.

niedziela, 17 sierpnia 2025

2248. Spotkań ciąg dalszy

Podjechaliśmy wraz z kilkoma znajomymi ze szkoły podstawowej i z gimnazjum do księdza z gitarą z tzw. wizytą na nowej parafii. Paradoksalnie jak jesteśmy porozrzucani po różnych dzielnicach naszego miasta, tak żaden z nas nie mieszka w dzielnicy, w której znajduje się jego parafia. Ale to nie problem dla nas, bo przecież zawsze można tam podjechać autobusem. Względnie na rowerze. Wiecie, w takich chwilach żałuję, że nie opanowałam tej umiejętności. Trudno, czasu nie nadrobię. Dobrze, że są te autobusy. Zawsze to jakaś alternatywa jest.
Trochę onieśmieleni, trochę niepewni dotarliśmy przed bramy plebanii.
 - Lolek, ty dzwoń, on ciebie najbardziej lubił - usłyszałam zachęty ze strony znajomych. Nacisnęłam na dzwonek, po czym chwilkę odczekaliśmy, aż nasz dawny katecheta nam otworzy. 
Równie nieśmiało weszliśmy na jego nową posiadłość. Już nie do salki katechetycznej, jak to było zazwyczaj, ale do jadalni. Nie wiem, jak inny, ale mi tym bardziej było tak jakoś nieswojo. Niby za czasów Oratorium jedliśmy z dzieciakami posiłki na jadalni u nas na parafii, niby raz wylądowałam na herbacie na jadalni u Księdza Niosącego Światło, a jednak jakiś psychiczny dyskomfort i opory wewnętrzne miałam. No, ale skoro włodarz miejsca zaprasza, to chyba można.
Jednak herbata, zimna woda i ciasto jakoś nas nie zaskoczyły. Tak było na jego poprzednich parafiach w DG i w Jawo, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej. Tematów do rozmowy też nie brakowało. Wiadomo, on (no i moi znajomi) głównie chciał wiedzieć, jak tam było na Jubileuszu Młodych. Jedna z nielicznych kartek pocztowych z tego wydarzenia, jakie wysłałam do znajomych (chciałam do wszystkich, ale zabrakło mi czasu, wybaczcie), dotarła do niego, co wywołało moją radość. Mnie z kolei interesowało jak tam mu się funkcjonuje na nowej placówce i to w zupełnie nowej roli. Bo Jubileusz Młodych jak Jubileusz Młodych. Może gdyby w jego trakcie pierwotnie z planem odbyła się kanonizacja Frassatiego, to miałabym co opowiadać. To oczywiście nie tak, że mi się nie podobało, albo że żałuje, że na niego pojechałam. Było fantastycznie, atmosfera istnego świętowania młodości, a kilka cytatów z czuwania i niedzielnej Mszy świętej na pewno wykorzystam podczas spotkań z bierzmowanego. A jednak jako członek Towarzystwa Ciemnych Typów cieszyłam się, że jego założyciel zostanie kanonizowany w obecności młodych całego świata. Nawet jeżeli dla mnie już od zawsze jest święty. Ale i tak starałam się w miarę dokładnie i wyczerpująco odpowiadać na całą masę stawianych mi pytań. Z drugiej strony podpytywałam też innych, jak mijał im ten czas, żeby nie okazać się tym dominującym w rozmowie. 
No i cieszyło mnie to, że Ksiądz z Gitarą też podzielił się z nami swoimi wspomnieniami z Jubileuszu Młodych w 2000 roku. Chociaż coś niecoś przechowuję w mojej pamięci z tego, co nam opowiadał podczas szkolnej katechezy. Ale i tak warto było odświeżyć sobie te wspomnienia. Na nowej parafii też mu się dobrze powodzi. Parafianie dobrzy, chętni do współpracy. Ma kilka pomysłów, na to, jak ją poprowadzić, co nowego do niej wnieść. Niektórymi z nich nawet się z nami podzielił i trzeba przyznać, że brzmią one dosyć realnie. Mam cichą nadzieję, że spełnią mu się one. I że będzie miał satysfakcje z pełnionej funkcji. I że go ona nie zmieni, a na pewno - nie na gorsze.

sobota, 16 sierpnia 2025

2247. Dominik, któremu dużo się chciało

Tuż przed wyjazdem na Jubileusz Młodych w Rzymie kraj dotarła do mnie przykra wiadomość o śmierci zaledwie 15-letniego Dominika przebywającego na obozie harcerskim. I to nie przez własną głupotę, co mogłoby być naturalne w jego wieku, ale przez bezmyślność tych, którzy mieli się nim opiekować i zapewnić mu opiekę oraz bezpieczeństwo. Chłopiec dostał zadanie przepłynięcia w nocy wpław jezioro, nad którym rozbito obóz, w pełnym umundurowaniu, bez żadnego zabezpieczenia, a na brzegu miał rozpalić ognisko. Wszystko po to, aby zdobyć kolejną sprawność harcerską. Opiekunowie nie asekurowali go, nie płynęli obok łódką, oglądali wszystko z pomostu. Nawet nie wiadomo kiedy zorientowali się, że coś jest nie tak. Jedno jest pewne - zrobili to dużo za późno.
Dominik... Był taki przystojny, zdolny, pracowity. Patrzę na jego zdjęcie, jak stoi w białej koszuli na tle pola pełnego zboża z książką z zadaniami z planimetrii w dłoni. Zaledwie kilka tygodni przed tragedią ukończył pierwszą klasę w świdnickim liceum na kierunku matematyczno-fizycznym. Myślał o tym, żeby zostać informatykiem. Uzdolniony chłopak, laureat wielu konkursów matematycznych i fizycznych, ale też teologicznych. W końcu w swojej parafii posługiwał przy ołtarzu - najpierw jako ministrant, potem lektor, aż w końcu ceremoniarz. Był też prezesem Liturgicznej Służby Ołtarza. Aktywnie uczestniczył w Młodzieżowej Radzie Diecezji Świdnickiej. A jednocześnie pisał dojrzałe opowiadania, które zdobywały uznania na konkursach literackich. Lubił sport - grał w szkolnych drużynach koszykówki, siatkówki, piłki ręcznej, doskonale pływał, tym bardziej jego utonięcie było zaskoczeniem dla wszystkich. I jeszcze po lekcjach zostawał w szkole, aby pomóc w matematyce lub fizyce swoim kolegom i koleżankom. W końcu harcerz Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Swoim życiem i pasjami mógłby obdarzyć wielu ludzi, nie tylko swoich rówieśników, ale wydaje mi się, że i dorosłych. Bo jemu chyba po prostu się bardziej chciało niż nie chciało. W 100% wykorzystywał talenty otrzymane od Pana.
Tamtej pechowej nocy też mu się chciało. Jak wielu nastolatków pewnie czuł ekscytację przed kolejną przygodą, którą potem mógłby wspominać przez cały rok. A może czuł obawę przed przepłynięciem w nocy jeziora, tylko obawiał się jej zakomunikować? A może zakomunikował, ale usłyszał zapewnienie, że wszystko będzie dobrze? Nie, nie było dobrze. Ktoś tu zawinił, komuś zabrakło wyobraźni. I na pewno nie był to Dominik. Wiecie, od kiedy sama jestem wychowawcą, czy to na świetlicy, czy na półkoloniach, inaczej na to wszystko patrzę. A przede wszystkim myślę. Myślę nie tylko za siebie, ale i za powierzone mi dzieci. Bo nawet te najbardziej odpowiedzialne mogą czegoś nie przewidzieć. To tylko dzieci, nawet jeżeli mają 17 lat.
Na Jubileuszu Młodych współpracowaliśmy na polskiej strefie z harcerzami z Związku Harcerstwa Polskiego i Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Wspaniała młodzież. I myślę, że Dominik też taki był. Bo harcerstwo to wspaniała rzecz. I mówię to jako była harcerka. Trzeba tylko trafić na odpowiednich i odpowiedzialnych instruktorów. Takich, którzy będą wymagali, ale w bezpiecznych warunkach.

piątek, 15 sierpnia 2025

2246. Ta ostatnia Msza święta

Decyzją naszego biskupa jeden z wikariuszy parafii, do której aktualnie uczęszczam awansował na proboszcza jednej z parafii. Czy było to zaskoczenie? Myślę, że poniekąd tak. Dotychczas był on sędzią w Sądzie Biskupim, z racji tego w parafii pełnił rolę rezydenta. Z reguły spowiadał, ale zdarzyło mu się też odprawiać Msze święte. Wiadomo, z powodu pełnienia funkcji sędzi nie mógł się w pełni angażować w życie parafii. A teraz dostał takąż parafię, tylko w innym mieście, w swoje posiadanie. Chociaż, jak mówił św. Hieronim: "Nic co posiadam nie należy do mnie". Myślę, że kapłanów tyczy się to szczególnie - nigdy nie wiedzą na ile osiądą w danej parafii, dlatego nie powinni przywiązywać się zbytnio do niej. Nic nie drażni mnie bardziej, jak wypowiadane z ironią słowa mojego proboszcza, że on u nas zostanie na zawsze. Na pewno nie. Parafia kiedyś przejdzie w inne ręce, a to w jakim stanie, i od strony materialnej, i wizualnej, i wiernych, zależy od działań poprzednika. A więc nie przywiązywać się za bardzo do miejsca, ale tworzyć realne i trwałe sieci kontaktów. Takie, które przetrwają kolejne przenosiny na kolejne parafie. To możliwe, wiem to.
Pierwotnie parafia miała go pożegnać 24 sierpnia (od 26 miał objąć parafię), ale ostatecznie pożegnano go 14 sierpnia, dziesięć dni wcześniej, w dniu wspomnienia jej patrona. Przy okazji wygłosił kazanie po Ewangelii. Jak bardzo cieszył mnie fakt, że Zagłębiowska Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę docierała na miejsce 13 sierpnia. Dzięki temu mogłam wziąć udział i w odpuście parafialnym (chociaż to nie jest moja parafia) i w pożegnaniu księdza Marcina. W zasadzie to lubiłam go, chociaż jakichś głębszych relacji z nim nie miałam. Ot zwykłe "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", od jakiegoś czasu machał mi z daleka. Czyli w miarę normalna relacja.
Chociaż do parafii uczęszczam od dwóch lat, a tak bardzo regularnie to od półtora roku, to jeszcze nigdy nie słyszałam jego kazania, czy homilii. Najczęściej bowiem spotykałam go w tygodniu. Teraz miał być ten pierwszy i ostatni raz. Przynajmniej w teorii. Bo nigdy nie wiadomo, co przygotował dla Niego Bóg. A może spotkamy się gdzieś kiedyś w jakiejś parafii? To wie chyba tylko sam Najwyższy.
Podczas kazania nawiązywał do tego, co w życiu jest najważniejsze. Przekonywał, że to nie pieniądze, awanse i sława, które co prawda są istotne, ale szczęścia na dłuższą metę nie dają. Tym, co może nam dać prawdziwe szczęście, to szczere relacje z Bogiem i innymi ludźmi oraz poukładane z nimi relacje, jak także czyste i prawdziwe miłowanie ich. Nie chodzi tutaj o miłość fizyczną, połączoną z pożądaniem, ale o dobro innego człowieka. Jako przykład podał patrona dnia, św. Maksymiliana Kolbe, którego całe życie przepełnione było miłością do Boga i Maryi, a także do drugiego człowieka przejawiającą się troską o jego zbawienie. Ta miłość do Boga znalazła swoje odzwierciedlenie w decyzji oddania swojego życia za nieznanego sobie człowieka. Na koniec ksiądz Marcin kazał nam wszystkim zadać sobie pytanie - ile ja sam byłbym w stanie oddać dla szczęścia drugiego człowieka? Przy czym to nie musi być nasze życie, ale może zainteresowanie albo czas...
Po procesji wokół kościoła oraz odśpiewaniu "Ciebie Boga wysławiamy" i błogosławieństwie Najświętszym Sakramentem nadszedł czas na pożegnanie przez różne grupy działające w parafii. Było tego trochę, wszak posługiwał na parafii przez blisko 13 lat. Nawet jeżeli nie robił tego na 100% z racji innych obowiązków, to w jakimś stopniu był związany z tą społecznością. Nie obyło się więc bez łez i wzruszeń.
Ja z moim pożegnaniem poczekałam na zakończenie Mszy, kiedy weszłam na zakrystię. Mimo tego, że pełno na niej było księży, to szybko odnalazłam księdza Marcina. Podziękowałam mu za posługę oraz dałam mały upominek. Długo myślałam, co też mogłabym mu dać, aby nie było zbyt patetycznie, wyniośle, bogato, ale może żeby chociaż na chwilę ucieszyło obdarowanego. Pomysł przyszedł mi dosyć nieoczekiwanie. Zawsze podobały mi się markerowe obrazki z Maryjkami i świętymi wykonywane przez Izunię z bloga kicikicitata. Pomyślałam, czy nie wykonać czegoś w tym stylu? Może portret patrona parafii? Nie chciałam jednak obarczać tym Izuni, zwłaszcza w wakacje, i postanowiłam sama spróbować zrobić coś podobnego. Wiem, że daleko mi do jej talentu, zresztą trzęsące się ręce z powodu atetozy i emocji też zrobiły swoje, ale jak na pierwszy raz to chyba wyszło nie najgorzej. I myślę, że można się domyśleć, o co chodzi i rozpoznać niektóre charakterystyczne rzeczy.
Ku mojej radości księdzu Marcinowi ten skromny upominek spodobał się. Naprawdę miałam obawy, jak go przyjmie, ale nie spodziewałam się, że po prostu mnie przytuli i szepnie, że wszystko będzie dobrze, no i że... Ech, nie ważne. No i oczywiście zapewnił mnie, że zawsze będę mile widziana na jego nowej parafii. A więc to pożegnanie jakoś przeżyłam. I chyba nie było tak źle. Było mi smutno, ale też w głębi serca cieszyłam się z tego jego awansu. Niech św. Maksymilian ma go w swojej opiece, mimo wszystko.
Na odpuście, z racji wspólnego dekanatu, pojawili się też księża z mojej parafii, w tym ksiądz proboszcz. Wiecie co, chociaż zrobił nieokreślony grymas twarzy (ciekawe jak by zareagował, gdybym posługiwała do Mszy), to jakoś tak był mi obojętny. Nie czułam względem niego żadnych uczuć, ani pozytywnych, ani negatywnych. Może to i lepiej, jeszcze zrobiłabym coś, czego bym żałowała. Brak uczuć nie jest zły. Zresztą nie życzę mu wcale źle (chociaż chciałabym, aby już przeszedł gdzieś indziej, na inną parafię), nawet w czwartki czasami modlę się w jego intencji. Myślę, że to na razie jest wystarczające.

czwartek, 14 sierpnia 2025

2245. Pielgrzymka to przełamywanie własnych możliwości i czas na przemyślenia

Na piesze pielgrzymki na Jasną Górę chodzę od dziesięciu lat. Zresztą na blogu znajduje się wpis i z relacji z tej pierwszej wędrówki, pilotażowej, pełnej obaw i pytań, jak to w ogóle będzie, jak i z każdej kolejnej z moim udziałem. Przez ten czas wyłamałam się jedynie dwa razy: w 2017 roku w tym samym czasie odbywał się MGS poświęcony błogosławionej piątce poznańskiej w 75-rocznicę ich męczeńskiej śmierci, na który jechaliśmy jako animatorzy Oratorium, a w 2020 przez pandemię tradycyjną pielgrzymkę odwołano. Ale poza tym - byłam zawsze. I zawsze dochodziłam. No, może prawie.
Zawsze jednak szłam w drugim terminie pielgrzymki, który trwał 2 i pół dnia. W tym roku jednak ksiądz Jack z Oratorium w S-cu namówił mnie na pielgrzymkę w pierwszym terminie, czyli od 8 do 13 sierpnia. Właściwie to grupa Zielono-Czarna, z którą mieliśmy iść, wyrusza z kościoła Świętej Trójcy w Będzinie dzień wcześniej niż reszta (poza grupami z Jaworzna, które też startują 8 sierpnia) i łączy się z resztą drugiego dnia. Trochę byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, bo w końcu 128 kilometrów to nie 70 (+ / -), które dotychczas przechodziłam, a poza tym ledwie dwa dni wcześniej wracałam z Rzymu. No, ale z drugiej strony trasa Ekstremalnej Drogi Krzyżowej liczyła ok. 45 km i dałam radę ją przejść. Była więc nadzieja, że i tym razem się uda. W dodatku ksiądz Jack przyznał, że jak ja dojdę, to i on dojdzie. A więc byłam pod małą presją. W końcu zdecydowałam, że idę, wszak sierpień i tak mam wolny.
Trochę nie mogłam się dogadać z księdzem odnośnie rozpoczęcia pielgrzymki, a zwłaszcza zdania bagażu. W konsekwencji przybyłam przed kościół o godzinę za wcześnie. No, ale chyba lepiej w tą stronę. Pielgrzymkę rozpoczęła uroczysta Msza, w dosyć kameralnym gronie, po której nastąpił wymarsz w kierunku DG. Dla mnie pewnym zaskoczeniem było spotkanie najlepszej koleżanki z liceum, z którą niestety urwał mi się kontakt. Do teraz. Mojej radości nie było końca.
Na postoju we Włodowicach
trzeciego dnia
Pierwszego dnia mieliśmy do przejścia najwięcej kilometrów - 27,5, co było pewnym pocieszeniem. No bo dłuższej trasy już miało nie być. Z drugiej strony, w drugim dniu Zagłębiowskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę jest do przejścia 29 km, więc te 27,5 to nie są taką wielką tragedią. Co prawda pod koniec bolały mnie łydki, ale w takich momentach myślałam o czymś innym i po prostu o tym zapominałam. 
Oczywiście to nie było tak, że cały czas szliśmy, bo nie wiem, czy ktoś by to wytrzymał. Może znaleźli by się tacy, ale ja do nich zdecydowanie nie należę. Dlatego z małą dozą niecierpliwości wyczekiwałam kolejnych przystanków. Dla mnie były one o tyle ważne, że dopiero na nich mogłam ugasić swoje pragnienie. A zważając, że były to naprawdę upalne dni, to pić chciało się bardzo. Tymczasem Bóg tak mnie stworzył, że nie jestem w stanie iść i pić. Ba, nie jestem w stanie stać i pić. No, ale mogę siedzieć i wtedy ugasić męczące pragnienie, więc nie jest tak ze mną do końca beznadziejnie. Co by było, gdybym i tego nie mogła zrobić? Chociaż i wtedy zdarza mi się zakrztusić. Ale bez paniki, wszak zawsze mogło być gorzej.
Odpoczynek to także czas na rozmowy i integrację z innymi uczestnikami pielgrzymki. Ze wspomnianą koleżanką z liceum wygadałam się za tych 16 lat rozłąki. Z Oratorium z S-ca szło ze 20 osób, a więc miałam z kim zamienić słowo. W grupie szedł też Olek, który gorliwie i wytrwale towarzyszył mi w Ekstremalnej Drodze Krzyżowej, i Krzysiu, z którym byłam w Panamie. I Werka z mamą, które znam z parafialnej scholi. I Alicja, z którą chodzimy razem na Duszpasterstwo Akademickie do Kato. I jeszcze przy okazji poznawało się w międzyczasie nowe postacie. Z każdym starałam się zamienić chociaż słowo, mimo problemów z wymową. Ale myślę, że każdy w miarę mnie rozumiał. A przynajmniej starał się to zrobić.
Tylko pierwszą noc spaliśmy w budynku (OSP w jednej z dzielnic miejscowości, w której mieszkam), reszta noclegów była na polu namiotowym. Tym razem ksiądz Jack pożyczył mi jeden z oratoryjnych, ale na następny raz będę chciała kupić sobie własny. Wbrew moim obawom wcale nie marzłam - dres + śpiwór + koc w zupełności mi wystarczały. Choć nie ukrywam, że gorąca zupa i herbata przed snem też pozwalały mi nieco nagromadzić zapas ciepła na zbliżającą się noc. Tak samo jak poranna herbata rozgrzewała mnie po chłodnych nocach. Dużym ułatwieniem było dla mnie to, że zawsze mogłam kogoś poprosić o pomoc w przeniesieniu kubka z napojem albo miski z zupa, sama bym sobie z tym nie poradziła. Na każdym noclegu zorganizowano kaplicę, w której umieszczono Najświętszy Sakrament w monstrancji. Można więc było wejść do środka i rozmawiać z Najwyższym tak długo, jak tylko się potrzebowało. Zwieńczeniem każdego dnia był Apel Jasnogórski, zawsze (z wyjątkiem pierwszego dnia, kiedy na pielgrzymim szlaku byliśmy my i Jaworzno, i w dodatku spaliśmy w różnych miejscowościach) pod przewodnictwem biskupa Ważnego. W ogóle Artur pozytywnie mnie zaskoczył - we Włodowicach, kiedy przed grupowym zdjęciem podeszłam się z nim przywitać, to ze zdziwieniem w głosie zapytał (stwierdził) - "czy też idę". Wszak jeszcze kilka dni wcześniej widzieliśmy się w Rzymie. Na moją odpowiedź, że "tak wyszło" szczerze się roześmiał. A potem co widział mnie na postoju, to serdecznie ściskał mi dłoń zamieniając kilka słów. Podczas noclegu w Ogrodzieńcu mieliśmy okazję pooglądać pokazy lotnicze, co było ciekawym zwieńczeniem dnia.
Niemal każdy dzień rozpoczynał się od pobudki o godzinie 6:30. Ja wstawałam jednak około 6:00, aby zdążyć jeszcze odmówić z księdzem Jackiem, albo z siostrą Kornelią, przewidzianą na dany dzień modlitwę jutrznią. W ogóle na pielgrzymce było dużo modlitwy. Z noclegów wychodziło się z pieśnią "Kiedy ranne wstają zorze". Potem odmawiało się pacierz i Godzinki. Codziennie sprawowana była Msza święta. W poniedziałek miało miejsce nabożeństwo pokutne, ale każdy kto tylko miał taką potrzebę, mógł wyspowiadać się w czasie drogi u idącego na końcu grupy kapłana. Około godziny 15:00, a jeżeli o tej godzinie wypadał postój, to zaraz po wyruszeniu w dalszą drogę, odmawialiśmy Koronkę do Bożego Miłosierdzia. No i oczywiście był też różaniec. Poza tym w każdym dniu mogliśmy usłyszeć konferencje na temat Maryi głoszone przez mojego serdecznego przyjaciela z dzieciństwa (i nie tylko) - Paula, czy to w ramach kazań, czy też luźnych konferencji. Miały nas one przygotować do zbliżającej się peregrynacji obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w naszej diecezji. Z konferencją na temat Roku Jubileuszowego przyszedł też do naszej grupy ksiądz biskup, a oprócz tego mogliśmy wysłuchać świadectwa powołania księdza Jacka i siostry Kornelii. Na noclegi schodziliśmy śpiewając "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Każdy dzień kończył się "Apelem Jasnogórskim".
Podobnie jak w przypadku Sosnowieckiej Pieszej Pielgrzymki, tak i podczas Zagłębiowskiej utarł się zwyczaj, że przez pewien odcinek drogi w każdej grupie niesiony jest Najświętszy Sakrament w monstrancji. Odbywa się to we względnej ciszy, nie licząc odgłosów przyrody, czy też przejeżdżających drogą samochodów. Tak jakoś skojarzył mi się ten moment ze słowami jednej z bożonarodzeniowych pastorałek: "Jakaż łaska nas spotkała, że Bóg przyszedł, że chce zostać razem z nami", nawet, jeżeli chce zostać tylko na chwilę.
Na zakończenie czwartego dnia na polu namiotowym odbył się wspaniały koncert pieśni religijnych, zwieńczony Apelem Jasnogórskim. Wbrew pozorom nie jestem jakimś specjalnym miłośnikiem głośnych i tłumnych wydarzeń muzycznych. Nie wiem, może mam jakiś problem z przekaźnikami do mózgu. Dużo lepiej znoszę kameralne koncerty, i pewnie dlatego znosiłam występy podczas różnych koncertów w parafii, gdzie jednak nagłośnienie jest dużo słabsze. Ewentualnie stanie w naprawdę sporej odległości od sceny i głośników. Tą drugą opcję wybrałam teraz pozostając na naszej części pola namiotowego. Wszystko słyszałam, dobrze się bawiłam, a nie cierpiałam tak bardzo.
Myślę, że ostatniego dnia już wielu z nas było zmęczonych ciągłym maszerowaniem i z niecierpliwością odliczało ostatnie kilometry do ostatecznego celu pielgrzymki. Nawet, jeżeli nie przyznawali się do tego na głos. Nogi coraz bardziej bolały, zmęczenie i pragnienie coraz bardziej dawały nam się we znaki. A jednak każdy z nas szedł do przodu w rytm słów piosenki: "Krok, krok za krokiem krok, tchu brak, bo długi szlak. Lecz tam u kresu dróg czeka nas Matka, czeka nas Bóg. Ty mi daj swą dłoń, razem dojdziemy doń. Raz, dwa i jeszcze raz, razem wytrwale iść coraz dalej. Krok, krok za krokiem krok tchu brak, bo długi szlak. Lecz tam u kresu dróg czeka nas Matka, czeka nas Bóg. Krok, dwa, a może trzy, nasza grupa idzie aż ziemia drży"
Na słynnych Alejach prowadzących do jasnogórskiego szczytu pozdrawiali nas ustawieni wzdłuż nich ludzie. I chociaż czasem brakowało już sił do wykonania kolejnego kroku, to zawsze się one znalazły na odwzajemnienie im przesyłane nam uśmiechy. Na Alejach też trochę zwolniliśmy tempo, bo przed nami pod szczyt podchodziły idące przed nami grupy. To wtedy podszedł do mnie ksiądz będący przewodnikiem duchowych pielgrzymów z wyrazami uznania. Grzecznie mu za nie podziękowałam. W końcu i my mogliśmy podejść pod jasnogórskie wały, gdzie zostaliśmy powitani przez dyrektora pielgrzymki oraz biskupa Artura. Po pokłonieniu się na błoniach cala grupa udała się do Kaplicy Cudownego Obrazu, aby przedstawić Maryi swoje prośby, ale i podziękowania.
Sama się sobie dziwię, że dałam radę przejść całą trasę na własnych nogach bez ani jednej podwózki. Co prawda 20-25 (średnio) kilometrów na dzień nie jest jakimś wyczynem, ale i tak zastanawiałam się, czy podołam temu wyzwaniu. Były trudniejsze momenty, były chwile zwątpienia, ale zawsze wtedy powtarzałam w myślach: "Panie Boże, bardzo Cię proszę o siły na dojście do następnego postoju" i jakoś te siły przybywały. Czasem wręcz miałam wrażenie, że Ktoś w tych trudnych chwilach trzyma mnie za rękę i pomaga iść. Tak jakby odpowiadał na słowa "Składu Apostolskiego" z pacierza: "Wierzę w (...) świętych obcowanie". Ta świadomość pomogła mi przejść ostatni, 12-kilometrowy odcinek, w skwarze potęgowanym przez miejski asfalt i beton.
Po drodze nie mogłam nie myśleć o Księdzu Niosącym Światło, który przez wiele lat był przewodnikiem grup. Głównie z S-a, ale raz naszej, biało-żółtej. To właśnie wtedy go poznałam i... pokochałam za dobre i wielkie serce. Pokochałam, ale nie zakochałam się w nim. Wszak święty Augustyn (którego mu właśnie czytam) mówił, że miłość to pragnienie dobra dla drugiej osoby. A dobra po cichu pragnę dla wszystkich, i dla Was też, i nawet dla mojego proboszcza, który traktuje mnie jak osobę drugiej kategorii. Czy to znaczy, że każdego z Was kocham miłością typu eros? Nie, chciałabym, aby to była miłość typu agape.
Ksiądz Niosący Światło... już wtedy był chory, nawet opuścił nas na jeden dzień, bo miał wizytę u lekarza. Pamiętam, jak zbudziłam się w środku nocy, a zaintrygowana nieokreślonymi dźwiękami uniosłam się na łokciach. Siedział wtedy skulony na karimacie, walcząc z bólem ręki i czekając, aż lek przeciwbólowy zacznie działać. Podeszłam wtedy do niego z pytaniem, czy wszystko w porządku. Pierwszy raz objął mnie wtedy ramieniem, tym zdrowym, i szeptał, że tak, że mam się nie martwić, że wszystko będzie dobrze, żebym poszła spać, bo będę nazajutrz zmęczona. A przecież czekał nas najdłuższy odcinek drogi. Myślę, że on już wtedy wszystko wiedział, chociaż na oficjalną diagnozę czekał jeszcze kilka tygodni. Czy gdyby nie to, to chodziłby razem z nami jako przewodnik? Nie wiem, ale choroba na pewno mu to uniemożliwiła. Tak mi przyszło na myśl, że zdobędę "Spotkania Jasnogórskie" Jana Dobraczyńskiego, które swego czasu wzruszyły mnie do łez, że mu je poczytam, że może słuchając o pielgrzymkach znanych osobistości do Jasnogórskiej Panienki wyobrazi sobie, że sam tam podąża? Byle tylko nie bolała go tak bardzo głowa, bo wtedy jest wyjątkowo wrażliwy i drażliwy z powodu dobiegających do niego dźwięków.