Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 30 czerwca 2024

1971. Niepozorna znajomość, która przerodziła się w coś więcej

Była kiedyś taka piosenka, że "Znamy się tylko z widzenia, a jednak lubimy się trochę". Tak sobie myślę, że doskonale opisuje ona historię pewnej znajomości, która zrodziła się zupełnie przypadkowo i przyniosła jeszcze bardziej niesamowite i smaczne owoce.
Tak naprawdę to z Robciem znamy się ze Szlachetnej Paczki, z czasów, kiedy byłam wolontariuszem. Nie była to jakaś szczególnie zażyła relacja, ale zwyczajna, taka, jakich wiele. Kiedy odeszłam z tego wolontariatu, to czasami coś tam do siebie pisaliśmy, głównie życzenia urodzinowe i świąteczne. A więc można powiedzieć, że standard. Potem przyszła zeszłoroczna Lednica. Widziałam jego nazwisko na liście, tak myślałam, że to on, a moje przeczucie mnie nie myliło. Na spotkanie pojechał z dziewczyną, bardzo sympatyczną osobą. To wtedy Ksiądz Niosący Światło oficjalnie poznał nas ze sobą. To znaczy mnie i Dorcię, bo Robcia przecież znałam. Na zawiązanie głębszych relacji jednak zabrakło czasu. A może po prostu byliśmy wszyscy zbytnio onieśmieleni tym wszystkim. Dwa miesiące później szliśmy w jednej grupie w pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Często wymienialiśmy uśmiechy, jakieś zwyczajne "cześć" rano i tyle. Potem widziałam ich często na wieczornych Mszach świętych. I znowu uśmiechaliśmy się do siebie, kiedy spotykał się nasz wzrok. Ja jednak zazwyczaj siedzę w ostatniej ławce po prawej stronie ołtarza, a oni w którejś po lewej. Okazji do zamienienia większej ilości słów raczej nie było. Co ja piszę, "większej". Właściwie to żadnej. To nie tak, że nie chciałam, ale brakowało mi odwagi.
I chyba nic by się nie zmieniło w tej kwestii nie zmieniło, gdybym nie przyszła pomóc w sprzątaniu dekoracji wielkanocnej. Oni też tam wtedy byli, bardziej jednak ustalić dekorację jaka ma być podczas ślubu. Jednak tak jakoś w pewnym momencie Dorcia zaczęła mi pomagać w różnych czynnościach (a ja jej) i tak od słowa do słowa zaczęłyśmy się bliżej poznawać. Przy okazji zapisałam ich na wyjazd na tegoroczną Lednicę, bo pamiętali, że m.in. za to byłam rok temu odpowiedzialna. Zresztą Ksiądz Niosący Światło przez niemal cały maj walczył z infekcją, obił się nawet o szpital, więc ktoś musiał (nie no, umówmy się, że chciałam) przejąć tą funkcję, przynajmniej w naszym rejonie. Już wtedy padła ze strony  Dorci wstępna propozycja, abym przyszła na ich ślub do kościoła. Zrobiło mi się miło, bo w końcu jestem dla nich bardziej obcą niż znajomą osobą. Powiedziałam jej, że postaram się przyjść. Tym bardziej, że mam stosunkowo blisko (pamiętacie jeszcze wpis o ślubie S. i O.? To dopiero była wyprawa). Tą godzinę mogłam poświęcić.
Jednak na tym się nie skończyło. Kiedy mieliśmy jechać na tegoroczne spotkanie Młodych Lednica, zaproponowali mi, abym zaczekała na wyjazd, który miał miejsce w późnych godzinach nocnych, u nich w mieszkaniu. Wiedzieli, że gdyby nie to, to pewnie przyszłabym na nogach te 2 kilometry. Jasne, nie jest to daleko, ale i pora dnia, i odbywające się w Parku Miejskim Dni Miasta sprawiły, że niekoniecznie była to bezpieczna droga. Oni zaś mieszkają kilka kroków od kościoła, różnica jest więc kolosalna. Powiedziałam im więc, że jeżeli nie będę sprawiać kłopotu, to chętnie. Ugościli mnie prawie a po królewsku. Czas mijał nam na rozmowie o wszystkim i o niczym. I na układaniu puzzli, co, jak się okazało, lubi cała nasza trójka. W pewnym momencie Dorcia spojrzała wymownie na przyszłego męża. 
 - Ty czy ja mam jej to powiedzieć? - zapytała. 
 - Ty jej to powiedz - zdecydował.
Poczułam lekki niepokój, a następnie szok. Bo Dorcia jak gdyby nigdy nic dodatkowo zaprosiła mnie na wesele. Rozumiecie, praktycznie obcą sobie osobę. 
Zamurowało mnie, poprosiłam o czas do namysłu, bo jednak nie chciałam uzależniać mojej decyzji od chwilowych emocji. Zastanawiałam się też, dlaczego właściwie ja dostąpiłam tego zaszczytu. I w zasadzie to dalej tego nie wiem. Tymczasem w pracy mi radzili, abym poszła, bo jednak na wesele nie zaprasza się przypadkowych osób. To samo usłyszałam i na jednych, i na drugich studiach, na duszpasterstwie, a także od samego Księdza Niosącego Światło, przez którego właściwie nasze drogi się zeszły. Ten to w ogóle kazał mi się nie zastanawiać - jak mnie proszą i mam ochotę, to mam iść. Napisałam im więc SMS-a (bo jednak zabrakło mi odwagi na rozmowę telefoniczną), że będę. A potem pozostawało mi tylko czekać na ten wyjątkowy dla nich dzień.
Ten zaś wypadał w ostatnią sobotę czerwca. Ze skromnym prezentem w postaci dwóch pudełek puzzli pojechałam do kościoła. Trochę się bałam, że nie zdążę, ale nie, byłam nawet przed czasem. Usiadłam w ławce i z niecierpliwością czekałam, aż to się zacznie. Wkrótce Ksiądz Niosący Światło, a jakżeby inaczej, wyszedł przed kościół (po drodze oczywiście musiał rzucić "O, Lolek, dobrze cię widzieć" w moją stronę, no bo by nie był sobą) powitać młodych. Następnie młoda para uroczyście przeszła przez środek świątyni i usiadła na krzesłach przed ołtarzem. Zaczęła się Msza. W swoim kazaniu Ksiądz Niosący Światło opowiedział anegdotkę o tym, jak to ojciec papieża Benedykta XVI szukał wybranki serca. Następnie nawiązał do tego, że dla obojga wiara jest bardzo ważna w życiu, życząc im jednocześnie, aby w tej wierze wytrwali do końca. Całość zakończył nawiązaniem do usłyszanej Ewangelii mówiącej o tym, aby dom budować na skale, a nie na piasku. Zaznaczył, że da im wyjątkowy prezent - jeden z kamieni z jakiejś jego wyprawy w góry, który ma symbolizować ową skałę. Kazanie jak zwykle nie było długie i trafiało w sedno. Chociaż w jego głosie słyszało się oznaki przeziębienia, z którym zmagał się od kilku dni. No cóż, z turnieju LSO żadnego miejsca nie przywiózł, ale infekcję - i owszem.
Po Mszy Dorcia z Robciem i świadkami poszli na zachrystię załatwić formalności, a zaproszeni goście udali się na przyjęcie weselne. Było ono bardzo kameralne, dla ok. 35 osób. Niekiedy na Pierwszą Komunię Świętą jest zaproszonych więcej ludzi. Dlatego cieszyło mnie to, że znalazłam się w tym zacnym gronie. Był szampan, życzenia, piękny pierwszy taniec, a potem wszyscy bawili się do drugiej w nocy. Wesołe tańce przerywało zaproszenie na kolejne jedzenie. Co ciekawe, prawie nikogo nie znałam, a wytańczyłam się chyba ze wszystkimi przedstawicielami płci męskiej, w tym z panem młodym. Nawet na weselu mojego kuzyna nie miałam takiego powodzenia, chociaż na nim miałam sporo znajomych i z rodziny osób. Na koniec wszyscy dostali gromkie podziękowania za zabawę, a na pamiątkę magnesik z tego dnia i bukiet polnych kwiatów. To raczej niecodzienne, bo zazwyczaj jest wódka (ona też była). A potem wszyscy wrócili busami do domu.
Muszę przyznać, że to był cudowny dzień także dla mnie. Bardzo się cieszę, że w tym wyjątkowym dniu mogłam być z nimi i dzielić ich radość. Chociaż w dalszym ciągu zastanawiam się, czym sobie zasłużyłam na to wyróżnienie (bo ja to tak odbieram). Bo przecież ani nie jestem urodziwa, bardziej łamaga ze mnie, a i nasza znajomość nie jest taka długa. A jednak coś skłoniło ich do tego gestu. Hmmm... i pomyśleć, że kilka osób ze scholi, z którymi znamy się od lat, zawarło już związek małżeński, ale nikt nie zaprosił mnie nawet do kościoła. Jasne, do kościoła mogę iść i bez zaproszenia, ale to tym bardziej mnie zastanawia, dlaczego w tym przypadku stało się zupełnie inaczej. A może to ja szukałam na siłę dobrych znajomych, a znalazłam ich w zupełnie przypadkowy sposób? Bo myślę, że mogę tak o nich mówić i myśleć. I że nasza znajomość będzie trwać w dalszym ciągu.

sobota, 29 czerwca 2024

1970. "Od Paryża do Paryża" 100-lecie Polski na Letnich Igrzyskach Olimpijskich - Helsinki 1952

XV Letnie Igrzyska Olimpijskie w Helsinkach w 1952 roku były szóstymi igrzyskami, w których wystartowała polska reprezentacja. Podobnie jak w przypadku Londynu, mistrzostwa miały się odbyć wcześniej, bo od 20 lipca do 4 sierpnia 1940 roku. Stało się jednak inaczej - niemiecka agresja na Polskę oraz sowiecki atak na Finlandię z 30 listopada tego samego roku odsunęły w czasie sportowe zmagania. II wojna światowa była zupełnym zaprzeczeniem olimpijskiej idei.
W igrzyskach tych po raz pierwszy wystąpili przedstawiciele ZSRR i od razu stali się nie tylko najliczniejszą ekipą, ale też taką, która realnie zagrażała amerykańskiej dominacji. Ponadto do rywalizacji stanęły reprezentacje krajów zza "żelaznej kurtyny".
Inauguracja Igrzysk Olimpijskich w 1952 roku miała miejsce 19 lipca na Stadionie Olimpijskim w Helsinkach. Został on wybudowany jeszcze przed wybuchem II wojny światowej i nie ucierpiał zbytnio w jej trakcie. Sam obiekt istnieje do dzisiaj. Jego cechą charakterystyczną jest bardzo wysoka wieża. Stadion mógł w tamtych latach pomieścić 70 tysięcy widzów (dziś jest to jedynie 40 tysięcy). Prezydent Finlandii, Juho Paasikivi wygłosił przemówienie inaugurujące najpierw po francusku, następnie po angielsku, aż w końcu po fińsku. Natomiast arcybiskup Ilmani Solomies odmówił modlitwę po łacinie. Znicz olimpijski został zapalony przez dwójkę znakomitych fińskich biegaczy - 9. krotnemu mistrzowi olimpijskiemu Paavo Nurmiemu oraz 4. krotnemu złotemu medaliście olimpijskiemu, Hannesowi Kohelmainenowi. Podczas przemarszu drużyn reprezentacja Polski wyróżniła się czerwonym kolorem marynarek, który spłynął w strugach deszczu. Chorążym naszej reprezentacji był wioślarz Teodor Kocerka.
Ceremonia otwarcia została zakłócona przez małą Niemkę, Barbarę Pleyer. Udało jej się przedostać do mikrofonu, gdzie rozpoczęła swoje przemówienie od słów "moi przyjaciele" (po fińsku) oraz "panie i panowie" (w języku angielskim), a następnie usunięto ją z mównicy. Dziewczynka tłumaczyła to tym, że chciała wystosować do wszystkich apel o pokój na świecie.
Igrzyska trwały do 3 sierpnia. Podczas ceremonii ich zamknięcia na Stadionie Olimpijskim przemówienie wygłosił Przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, Sigrid Edstroma. Zapomniał jednak zabrać z hotelu tekstu swojego przemówienia. Aby wyjść z opresji, musiał improwizować. Poszło mu nie najgorzej, zapomniał jednak zamknąć Igrzyska oficjalną formułą: "Ogłaszam zamknięcie Igrzysk XV Olimpiady". Teoretycznie więc Olimpiada w Helsinkach nigdy się nie skończyła i trwa po dzień dzisiejszy.
W Helsinkach sportowcy rywalizowali w 18 dyscyplinach sportowych. Porzucono konkurs sztuki i literatury, co stało się dosłownie w ostatniej chwili. Prace zostały przysłane już na konkurs, a nawet zrobiono z nich wystawę towarzyszącą igrzyskom. Najliczniejszą drużynę wysłał Związek Sowiecki - aż 295 osób, obsadzając tym samym wszystkie konkurencje z wyjątkiem hokeja na trawie. Druga pod tym względem była reprezentacja Stanów Zjednoczonych (286 sportowców), a trzecia Finlandii, czyli gospodarzy (260). Polska do Helsinek wysłała 125 zawodników startujących w 11 dyscyplinach sportowych. Byli to:
  • BoksHenryk Kukier, Henryk Niedźwiedzki, Leszek Drogosz, Aleksy Antkiewicz, Leszek Kudłacik, Zygmunt Chychła, Jerzy Krawczyk, Henryk Nowara, Tadeusz Grzelak, Antoni Gościański;
  • Gimnastyka sportowaStefania Świerzy, Stefania Reindl, Helena Rakoczy, Zofia Kowalczyk, Honorata Marcińczak, Barbara Wilk, Dorota Horzonek, Urszula Łukomska, Szymon Sobala, Paweł Świętek, Paweł Gawron, Zdzisław Lesiński, Paweł Gaca, Jerzy Jokiel, Ryszard Kucjas, Jerzy Solarz;
  • Hokej na trawieZdzisław Wojdylak, Bronisław Pawlicki, Jan Małkowiak, Antoni Adamski, Ryszard Marzec, Narcyz Maciaszczyk, Eugeniusz Czajka, Maksymilian Małkowiak, Jan Flinik, Alfons Flinik, Tadeusz Adamski, Jerzy Siankiewicz, Zdzisław Starzyński;
  • LekkoatletykaElżbieta Bocian, Eulalia Szwajkowska, Maria Arndt, Genowefa Minicka, Maria Ilwicka, Elżbieta Duńska, Magdalena Breguła, Elżbieta Krysińska, Maria Ciach, Emil Kiszka, Gerard Mach, Roman Budzyński, Zdobysław Stawczyk, Edmund Potrzebowski, Roman Korban, Mieczysław Długoborski, Stefan Lewandowski, Alojzy Graj, Winand Osiński, Jan Kielas, Dominik Sucheński, Zygmunt Buhl, Zenon Ważny, Henryk Grabowski, Zygfryd Weinberg, Stanisław Kowal, Tadeusz Krzyżanowski, Janusz Sidło, Zbigniew Radziwonowicz;
  • Piłka nożnaTomasz Stefaniszyn, Edward Szymkowiak, Władysław Gędłek, Edward Cebula, Hubert Banisz, Kazimierz Kaszuba, Czesław Suszczyk, Józef Mamoń, Zdzisław Bieniek, Kazimierz Trampisz, Jerzy Krasówka, Henryk Alszer, Gerard Cieślik, Jan Wiśniewski, Paweł Sobek;
  • PływanieIrena Milnikiel, Aleksandra Mróz, Gotfryd Gremlowski, Jerzy Boniecki, Marek Petrusewicz, Antoni Tołkaczewski, Józef Lewicki, Jerzy Boniecki;
  • Podnoszenie ciężarówAugustyn Dziedzic, Henryk Skowronek, Edward Ścigała, Czesław Białas;
  • StrzelectwoJózef Kiszkurno, Olgierd Darżynkiewicz:
  • SzermierkaIrena Nawrocka (floret), Maria Sołtan (floret), Anna Włodarczyk (floret), Jerzy Pawłowski (floret, szabla), Jerzy Twardokens (floret), Adam Krajewski (szpada), Andrzej Przeździecki (szpada), Wojciech Rydz (szpada), Zygmunt Grodner (szpada), Jan Nawrocki (szpada), Leszek Suski (szpada), Wojciech Zabłocki (szpada), Zygmunt Pawlas (szpada);
  • WioślarstwoTeodor Kocerka, Jan Świątkowski, Stanisław Wieśniak, Czesław Lorenc, Romuald Thomas, Zdzisław Michalski, Zbigniew Schwarzer, Edward Schwarzer, Henryk Jagodziński, Zbigniew Żarnowski;
  • ZapasyRudolf Toboła, Ernest Gondzik, Zbigniew Szajewski, Antoni Gołaś, Jerzy Gryt.
Zygmunt Chychła
Jedyny złoty medal w fińskiej stolicy wywalczył nasz bokser w wadze półśredniej, Zygmunt Chychła. Już w pierwszej walce pokonał Belga, Pierre'a Woutersa, a zarazem sprawił kłopot fińskim dziennikarzom niepotrafiącym wymówić jego nazwiska. Do końca rozgrywki nazywano go więc z niemiecka Sziszlą. Nie przeszkodziło mu to w pokonaniu kolejnych przeciwników: Meksykanina Jose'a Davalosa oraz Słowaka Julisa Torma. Szczególnie ten drugi sprawił mu dużo problemów. Mimo wszystko udało mu się awansować do półfinału, w którym pokonał Niemca, Gunthera Heidemanna. W finale zmierzył się on z reprezentantem ZSRR, Wasilijem Szczerbakowem. Pierwsze dwie walki były w miarę wyrównane, jednak w trzeciej Polak wypunktował Szczerbakowa, który pod koniec walki ledwie trzymał się na nogach. Na koniec z głośników padła wiadomość: "Sziszla, Poula" ("Chychła, Polska"). Pierwszy raz od dwudziestu lat na Igrzyskach Olimpijskich zabrzmiał "Mazurek Dąbrowskiego". Był to nasz pierwszy złoty krążek w tej dyscyplinie.
Srebrny medal zdobył medalista z Londynu w wadze lekkiej, Aleksy Antkiewicz. Według relacji dziennikarzy to jemu należał się złoty medal. Sędziowie byli jednak innego zdania i przyznali go Włochowi, Aureliano'wi Bolognesim'owi. Wcześniej w podobny sposób został Włoch Serio Caprari walczący w finale z Czechosłowakiem Janem Zacharą (w kategorii waga piórkowa). Wedle relacji dziennikarzy Aleksy szedł przez turniej jak burza, wygrywając pojedynki w znacznie pewniejszy sposób niż Chychła. Dlatego ten brak złotego medali przez błędne decyzje sędziów doskwierał tym bardziej.
Jerzy Jokiel
Drugi srebrny medal wywalczył Jerzy Jokiel w ćwiczeniach wolnych gimnastyki. Miał szansę na złoto, ale zagapił się podczas odliczania czasu. Jego pokaz trwał o dwie minuty za długo, dlatego też sędziowie odjęli mu za niego punkty. Ostatecznie zdobył drugie miejsce ex aequo z Japończykiem Tadao Uesako. Do zwycięzcy zabrakło im zaledwie 0,1 punktu (oboje otrzymali po 19,15). Brązowego medalu nie przyznano.
Do dorobku medalowego swój brązowy medal dorzucił chorąży naszej reprezentacji podczas ceremonii otwarcia, Teodor Kocerka. Nasz wioślarz w konkurencji jedynek stracił dosyć dużo do zwycięzcy, pochodzącego ze Związku Sowieckiego Jurija Tiukałowa (prawie 7 sekund), a także do wicemistrza olimpijskiego, którym okazał się Australijczyk Mervyn Wood (5 sekund). Jednak czytając polskie gazety z tamtego okresu szybko można wywnioskować, że dla współczesnych kibiców i dziennikarzy sportowych to trzecie miejsce było bardzo miłą niespodzianką.
Zawód sprawiła za to mistrzyni świata w wieloboju z 1950 roku, Helena Rakoczy. W konkurencji skoku przez konia zajęła dopiero siódme miejsce. Na tym samym miejscu swoje zmagania ukończyła oszczepniczka Maria Ciach. W półfinale turnieju szablistów odpadł Leszek Suski, a wraz z kolegami z reprezentacji: Zygmuntem Pawlasem, Jerzym Pawłowskim, Jerzym Twardokensem oraz Wojciechem Zabłockim zajął w zawodach drużynowych odległe 5-8 miejsca. Nieudane debiuty odnotowali także późniejsi mistrzowie w lekkoatletyce: Elżbieta Duńska i Janusz Sidło.

piątek, 28 czerwca 2024

1969. "Od Paryża do Paryża": 100-lecie Polski na Letnich Igrzyskach Olimpijskich - Londyn 1948

Na kolejne, XVI Letnie Igrzyska Olimpijskie, przyszło czekać długie 12 lat. Imprezy zaplanowane na 1940 rok (Helsinki) oraz 1944 rok (Londyn) nie doszły do skutku z powodu trwającej II wojny światowej. Wielu znakomitych sportowców straciło w niej życie, ale też walczyło z bronią w ręku. We wrześniu w mundurach Wehrmachtu najechali na Polskę ci sami niemieccy jeźdźcy, którzy trzy lata wcześniej wygrali WKKW. Dwukrotny mistrz olimpijski, Ludwig Stubbendorff, został dowódcą konnej artylerii. Zginął dwa lata po wybuchu wojny w czasie walk na froncie wschodnim. Rudolf Lippert, jeździec niemiecki, dowodził dywizją pancerną i poległ w kwietniu 1945 roku. Pułkownik Konrad von Wangenheim został schwytany w 1944 roku przez Rosjan i wywieziony do obozu jenieckiego nieopodal Stalingradu. Tam go zamordowano, albo popełnił samobójstwo. Gimnastyk Alfred Schwarzmann brał udział w niemieckiej inwazji na Polskę jako spadochroniarz. Udało mu się jednak przeżyć wojnę. Mniej szczęścia miał hitlerowski pupil, Hans Woellke, złoty medalista w pchnięciu kulą. Pełnił on funkcję komendanta obozu jenieckiego. Zginął z rąk partyzantów na Białorusi. W odwecie Niemcy spalili wieś Chatyń, wraz z jej mieszkańcami.
Wśród polskich olimpijczyków, którzy stracili życie podczas II wojny światowej można wymienić zabitego w Palmirach mistrza olimpijskiego z Los Angeles w biegu na 10 000 m - Janusza Kusocińskiego. Jego specjalizujący się również w biegach długodystansowych kolega, Józef Noji, zginął w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. W getcie warszawskim skończył swoje krótkie życie pływak Ilia Szrajbman. Zginęli też m.in. strzelec Władysław Karaś (zdobywca brązowego medalu w Berlinie), strzelec Jan Wrzosek, bokser Czesław Czesław Cyraniak, kajakarz Marian Kozłowski, kolarz Stanisław Zieliński, lekkoatleta Antoni Maszewski, czy też pływak Roman Bocheński. Także zdobywcy srebrnego miejsca w WKKW wzięli udział w obronie Polski. Rotmistrz Henryk Leliwa-Roycewicz w kampanii wrześniowej dowodził szwadronem ułanów, brał też udział w konspiracji oraz powstaniu warszawskim. Był dowódcą batalionu "Kiliński", który zdobył budynek PAST-y. Major Seweryn Kulesza również dowodził szwadronem ułanów. Trafił do niewoli niemieckiej i przebywał w obozie jenieckim w Maurau, skąd udało mi się wyjść. Najmniej szczęścia miał rotmistrz Zdzisław Kawecki, który był zastępcą dowódcy szwadronu, trafił do niewoli sowieckiej i obozu w Kozielsku, a w ostateczności został zamordowany w Katyniu w kwietniu 1940 roku. Symboliczny był los naszych oszczepników - Eugeniusz Lokajski zginął walcząc w powstaniu warszawskim, zaś Walter Turczyk służył w oddziałach SS.
XVI Letnie Igrzyska Olimpijskie zdawały się być powrotem do normalnego życia, w tym sportu. Trzy lata, które minęły od zakończenia II wojny wystarczyły, aby sportowcy odzyskali formę, jak też po to, aby rozejrzeć się za następcami tych, których kariera została zakończona. Odbyły się one od 29 lipca do 14 sierpnia 1948 roku w stolicy Anglii, Londynie. Była to rekompensata za to, że cztery lata wcześniej miasto nie mogło być gospodarzem potyczek z powodu trwającej wojny. Zawody odbywały się na nieistniejącym już stadionie Wembley, który mógł pomieścić 85 tys. widzów. Do potyczek nie stanęły reprezentacje Niemiec i Japonii (nie dostały zaproszenia) oraz ZSRR (nie posiadały jeszcze komitetu olimpijskiego). Za to zadebiutowało aż 14 państw, głównie z Azji. Ceremonii otwarcia dokonał król Jerzy VI, olimpijski znicz został wniesiony przez Johna Mark'a, a przysięgę olimpijską złożył lekkoatleta Donald Finlay.
Dawny stadion na Wembley, gdzie odbywały się VI Letnie Igrzyska Olimpijskie
Polska, osłabiona jeszcze po stratach wojennych, wysłała do Londynu reprezentację składającą się z 37 zawodników, którzy startowali w 4 dyscyplinach sportowych:
  • Boks: Janusz Kasperczak, Wawrzyniec Bazarnik, Aleksy Antkiewicz, Zygmunt Chychła, Antoni Kolczyński, Franciszek Szymura;
  • Kajakarstwo: Czesław Sobieraj, Alfons Jeżewski, Marian Matłoka;
  • Lekkoatletyka: Henryka Nowak, Melania Sinoracka, Edward Adamczyk, Mieczysław Łomowski, Witold Gerutto, Wacław Kuźmicki;
  • Szermierka: Irena Nawrocka (floret), Rajmund Karwicki (szpada), Jan Nawrocki (szpada), Antoni Sobik (szpada), Teodor Zaczyk (szpada), Jerzy Wójcik (szpada).
Aleksy Antkiewicz
Reprezentacja Polski zdobyła dwa medale, ale tylko jeden z nich został wywalczony w sportowej walce. Był to brązowy medal w bokserskiej wadze piórkowej, wywalczony przez znanego boksera Aleksego Antkiewicza, znanego też jako "Bombardier z Wybrzeża". Od sierpnia 1948 roku znalazł zatrudnienie w gdańskiej jednostce Milicji Obywatelskiej. Umożliwiło to większą możliwość opieki państwa nad treningami i zwycięstwami sportowymi Aleksego. A te przyszły dosyć szybko - już na następnej Olimpiadzie w Helsinkach, na której zdobył srebrny medal w boksie w kategorii waga lekka. Przegrał jedynie z bokserami z Włoch. 
Drugi medal Polska otrzymała w ramach Olimpijskiego Konkursu Sztuki i Literatury, który był organizowany niestety już po raz ostatni w ramach Zimowej albo Letniej Olimpiady. Medale w tych konkursach przyznawano w pięciu następujących kategoriach: architektura, muzyka, literatura, malarstwo oraz rzeźbiarstwie. Wśród wielu ciekawych i pięknych utworów i prac plastycznych na olimpiadzie najwyższe laury (złoty medal) zdobył utwór Zbigniewa Turskiego na chór i orkiestrę zatytułowany "Symfonia Olimpijska".
Niestety, reszta występów naszej reprezentacji była poniżej oczekiwań.
Igrzyska te zwiększyły repertuar kobiecych konkurencji - dodano bieg na 200 metrów, skok w dal oraz pchnięcie kulą.

czwartek, 27 czerwca 2024

1968. "Od Paryża do Paryża": 100-lecie Polski na Letnich Igrzyskach Olimpijskich - Berlin 1936

Kolejne, XI Letnie Igrzyska Olimpijskie odbyły się w dniach 1 - 16 sierpnia 1936 roku w Berlinie. Stolica Niemiec (wtedy III Rzeszy) miała być organizatorem VI Letnich Igrzysk Olimpijskich w 1916 roku, jednak z powodu trwającej wojny zostały odwołane. Decyzja o ponownym przyznaniu Berlinowi możliwości zorganizowania Igrzysk Olimpijskich została podjęta w 1931 roku w ramach 28 spotkania Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Było to dwa lata przed dojściem Hitlera do władzy. Poza Berlinem o prawo do organizacji Olimpiady starały się Barcelona, Rzym i Budapeszt. Ostatecznie przeszła kandydatura stolicy 
III Rzeszy, pomimo licznych protestów opinii publicznej i środowisk sportowych, jak też wcześniejszej krytyki ze strony Hitlera, według którego Igrzyska Olimpijskie były wymysłem masonerii i Żydów. 
Przed rozpoczęciem Igrzysk w Berlinie wiele krajów chciało je zbojkotować rozgrywając konkurencyjne zawody (np. w Barcelonie miała to być Olimpiada Ludowa). W ostateczności Hiszpania i ZSRR nie uczestniczyły w berlińskich Igrzyskach Olimpijskich.
Jeszcze przed rozpoczęciem igrzysk zakazano sportowcom żydowskiego pochodzenia uczestnictwa w sportowych organizacjach. 1 kwietnia zostali oni wykluczeni ze związku bokserskiego, 8 maja - z turniejów tenisowych, kilka dni później podobne przepisy zastosowano w wioślarstwie. Po zapewnieniu, że zawody odbędą się w myśl zasad Karty Olimpijskiej przy złagodzeniu polityki antysemickiej, w reprezentacji Niemiec wystąpiła florecistka Helene Mayer, zaś na czele komitetu organizacyjnego stanął Theodor Lewald (oboje byli pochodzenia żydowskiego).
Ceremonia otwarcia odbyła się 1 sierpnia na stadionie olimpijskim w Berlinie o godzinie 16:00. Wcześniej, rankiem, miały miejsca nabożeństwa w kościołach różnych wyznań. Na honorowym miejscu berlińskiego stadionu olimpijskiego zasiadał Adolf Hitler. Pięć minut później rozbrzmiał hymn III Rzeszy. Podczas parady reprezentacji sportowcy m.in. z Francji i Grecji wykonali salut olimpijski, natomiast reprezentacja Niemiec i Włochów wykonała salut rzymski, tak bardzo charakterystyczny dla faszystów. Inni, w tym Amerykanie i Polacy, wcale nie salutowali Hitlerowi. Ceremonii towarzyszyło wypuszczenie 20 tysięcy gołębi oraz odegranie Hymnu Olimpijskiego autorstwa Richarda Straussa. Pierwszy raz w historii nowożytnych olimpiad znicz olimpijski został odpalony od przywiezionego z Grecji ognia. Dokonał tego lekkoatleta Fritz Schilgen.
Fritz Schilgen wbiegający na stadion ze zniczem olimpijskim
W imieniu sportowców przysięgę olimpijską złożył niemiecki sztangista, Rudolf Ismayr. Kolejną nowością było filmowanie oraz transmitowanie w telewizji całego wydarzenia. Czarno-biały obraz telewizyjny docierał do 28 kablowych odbiorników rozmieszczonych w Berlinie i innych miastach Niemiec. Była to też pierwsza olimpiada, którą sfotografowano i sfilmowano w kolorze. Było to możliwe dzięki powstaniu w tym samym roku barwnej fotografii Agfacolor. Symbolem igrzysk był wielki dzwon zawieszony nieopodal stadionu olimpijskiego. Program olimpiady poszerzono o nowe dyscypliny sportowe, takie jak kajakarstwo, koszykówka i piłka ręczna, natomiast baseball i szybownictwo były konkurencjami pokazowymi. Rozgrywkom towarzyszyło też motto: Wzywam młodzież świata (ang. I call the young of the world, niem. Ich rufe die Jugend der Welt an).

Tym razem aż 144 polskich sportowców (w tym 17 kobiet), 29 lipca wyruszyło pociągiem do Berlina w czterech wygodnych wagonach, aby reprezentować nasz kraj w 15 dyscyplinach:
  • BoksEdmund Sobkowiak, Antoni Czortek, Aleksander Polus, Czesław Cyraniak, Józef Pisarski, Henryk Chmielewski, Stanisław Piłat;
  • Gimnastyka sportowaKlara Sierońska, Marta Majowska, Matylda Ossadnik, Wisława Noskiewicz, Janina Skirlińska, Alina Cichecka, Julia Wojciechowska, Stefania Krupa;
  • JeździectwoJanusz Komorowski, Michał Gutowski, Tadeusz Sokołowski, Henryk Leliwa - Roycewicz, Zdzisław Kawecki, Seweryn Kulesza;
  • KajakarstwoMarian Kozłowski, Antoni Bazaniak;
  • KolarstwoWacław Starzyński, Stanisław Zieliński, Mieczysław Kapiak, Wiktor Olecki;
  • KoszykówkaFlorian Grzechowiak, Paweł Stok, Andrzej Pluciński, Zdzisław Kasprzak, Edward Kasprzak, Jakub Kopowski, Ewaryst Łój, Zdzisław Filipkiewicz, Janusz Patrzykont, Zenon Różycki;
  • Lekkoatletyka: Stanisława Walasiewicz, Jadwiga Wajsówna, Maria Kwaśniewska, Kazimierz Kucharski, Józef Noji, Bronisław Gancarz, Kazimierz Fiałka, Tadeusz Śliwak, Antoni Maszewski, Kazimierz Kucharski, Klemens Biniakowski, Jerzy Pławczyk, Karol Hoffmann, Wilhelm Schneider, Edward Luckhaus, Eugeniusz Lokajski, Walter Turczyk, Teodor Bieregowoj;
  • Piłka nożnaSpirydion Albański, Henryk Martyna, Antoni Gałecki, Władysław Szczepaniak, Józef Kotlarczyk, Jan Wasiewicz, Ewald Dytko, Wilhelm Góra, Franciszek Cebulak, Ryszard Piec, Fryderyk Scherfke, Teodor Peterek, Hubert Gad, Gerard Wodarz, Walenty Musielak, Michał Matyas, Walerian Kisieliński;
  • PływanieRoman Bocheński, Ilja Szrajbman, Helmut Barysz, Joachim Karliczek;
  • StrzelectwoJan Kazimierz Suchorzewski, Zenon Piątkowski, Wojciech Bursa, Władysław Karaś, Jan Wrzosek, Antoni Pachla;
  • SzermierkaRoman Kantor, Antoni Franz, Rajmund Karwicki, Alfred Staszkiewicz, Kazimierz Szempliński, Teodor Zaczyk, Antoni Sobik, Władysław Segda, Władysław Dobrowolski, Adam Papee, Marian Suski;
  • WioślarstwoRoger Verey, Ryszard Borzuchowski, Edward Kobyliński, Jerzy Braun, Janusz Ślązak, Jerzy Skolimowski, Jerzy Ustupski, Władysław Zawadzki, Bronisław Karwecki, Stanisław Kuryłłowicz, Witalis Leporowski;
  • ZapasyAntoni Rokita, Henryk Szlązak, Zbigniew Szajewski;
  • Żeglarstwo: Leon Jensz, Jerzy Dzięcioł, Janusz Zalewski, Stanisław Zalewski, Alfons Olszewski, Juliusz Sieradzki, Józef Szajba.
Jak pisał "Przegląd Sportowy": "Przy rannym pociągu berlińskim dawno już nie było takiego ścisku, jak w środę. Pełno w wagonach, rojno na peronie, gdzie spośród szarych codziennych ubrań przeświecały jaskrawą czerwienią (coś nie bardzo amarant!) tużurki olimpijskie i bieliły się zawadjacko rogatywki (...) Nastrój wyjeżdżających był bardzo dobry, otucha wstąpiła też w tych, którzy czekać będą w kraju na wieści z areny berlińskiej. Trudno było jakoś uwierzyć, by te zgrabnie prezentujące się panie i chłopcy sprawić mieli zawód". Na trasie przejazdu polskich sportowców witano z niezwykłą serdecznością: "Przejeżdżamy pod wiaduktem poznańskim, jest wypełniony tłumem ludzi. Poznań wita orkiestrą. Przyjęcie jest nadzwyczaj ciepłe, entuzjastyczne" - relacjonował dziennik.
Polaków zakwaterowano w wiosce olimpijskiej w Doeberitz, gdzie w czasie I wojny światowej był obóz dla internowanych. Przed domkiem kierownictwa na maszt wciągnięta została polska flaga.
Pierwsze zwycięstwa przyszło jeszcze przed rozpoczęciem Igrzysk Olimpijskich. W odbywającym się równolegle olimpijskim konkursie sztuki Józef Klukowski zdobył srebrny medal za płaskorzeźbę "Piłka nożna), zaś brązowe przypadły Janowi Parandowskiemu za książkę "Dysk olimpijski" i Ostoi Chrostowskiemu za grafikę "Dyplom Yachtclubu RP).
Podczas defilady otwierającej igrzyska chorążym polskiej reprezentacji był rekordzista Polski w biegu na 400 m, Klemens Biniakowski. Jednak jego ogólny stan zdrowia pozostawiał wiele do życzenia, ponieważ do Berlina pojechał z naderwanym mięśniem czworogłowym uda. 
W pierwszej konkurencji olimpijskiej rozegranej 2 sierpnia Maria Kwaśniewska rzutem oszczepem na odległość 41,80 metrów zapewniła sobie brązowy medal. Wyprzedziły ją dwie Niemki. Później otrzymała gratulacje od samego kanclerza III Rzeszy. Podobno podczas uścisku ręki powiedział: "Gratuluję małej Polce". Kwaśniewska miała się wtedy żachnąć: "Wcale nie czuję się mniejsza od pana". Legenda mówi, że zdjęcie z Hitlerem niejednokrotnie ją ratowało, kiedy kilka lat później zaangażowana była w działalność konspiracyjną.
Maria Kwaśniewska (pierwsza z lewej) na zdjęciu z Adolfem Hitlerem
4 sierpnia po srebrnym medalu dorzuciły Jadwiga Wajs, która rzucając dysk na odległość 46,22 m wywalczyła wicemistrzostwo oraz Stanisława Walasiewicz, która z czasem 11,7 jako druga w biegu na 100 m przybiegła na metę. Obydwie dostały pochwały, szczególnie Walasiewicz, która wystartowała z kontuzją. Jak donosiły gazety, "zbolała noga nie pozwoliła jej na solidne odbicie się z dołków i zmuszała do spóźnionego wyjścia". Zresztą Stella, jak wołano na Walasiewicz, tym razem miała o wiele groźniejszą

kontuzjowana. "Zbolała noga nie pozwalała jej na solidne odbicie się z dołków i zmuszała do spóźnionego wyjścia" – oceniała gazeta. Zresztą Stella tym razem miała o wiele groźniejszą rywalkę niż przed czterema laty, gdy zdobyła złoto. Amerykanka Helen Stephens według naszych sprawozdawców "robi wrażenie ogromnego chłopaka, który biega z dziećmi".
Sukcesy lekkoatletek "Przegląd Sportowy" skomentował jako "Trójkę bez sternika, ale z medalami". Niestety były to jedyne medale zdobyte w "królowej sportu". Mimo wszystko Józef Noji w biegu na 5 km zdobył wysokie, 5 miejsce. Bardzo blisko podium był trenujący na co dzień w Pogoni Lwów Kazimierz Kucharski, który ukończył bieg na 800 m na czwartym miejscu. Liczono na oszczepników, ale kontuzjowany Eugeniusz Lokajski zakończył konkurencję na siódmym miejscu. Zawiedli zdrowi oszczepnik Walter Turczyk, który był dziesiąty oraz trójskoczek Edward Luckhaus, który zajął 11 miejsce.
Z oszustwem gospodarzy zetknęli się polscy jeźdźcy pędzący w WKKW po złoty medal. "Po 10. przeszkodzie zobaczyłem, że zaczęli do mnie wołać żołnierze niemieccy >>halt, halt!<< W pewnym momencie, kiedy dojeżdżałem już do przeszkody przez szosę (...), zauważyłem, że pięciu czy sześciu Niemców stoi na tej przeszkodzie i trzyma się za ręce, powstrzymując mnie, żebym dalej nie jechał. Musiałem zatrzymać konia. Zapytałem, o co chodzi. Odpowiedzieli mi, że zrobiłem jakiś błąd przy 10. przeszkodzie i zostałem wyeliminowany. Zastanawiałem się co robić. Jeżeli zostanę wyeliminowany, to zostaje wyeliminowana cała ekipa" - wspominał na antenie Polskiego Radia Henryk Leliwa - Roycewicz. Kawalerzysta zawrócił i jeszcze raz pokonał ową przeszkodę. Cała drużyna straciła przez to dużo czasu. Na mecie dowiedziała się od sędziego, że nikt ich nie zamierzał wyeliminować. W ten sposób Henryk Leliwa - Roycewicz, Zdzisław Kawecki i Seweryn Kulesza musieli zadowolić się srebrnymi krążkami na korzyść niemieckiego zespołu.
Srebrni medaliści igrzysk w Berlinie w jeździectwie WKKW, od lewej: Henryk Roycewicz, Seweryn Kulesza i Zdzisław Kawecki
Chwile grozy przeżyli także nasi wioślarze na torze w Grunau. "Przegląd Sportowy" typował Vareya jako pewniaka do zdobycia złotego medalu w jedynce, krytykując go za to, że uparł się startować w podwójnej dwójce z Jerzym Ustupskim. Według dziennika w tej konkurencji byliśmy bez szans. Jakież musiało być zdziwienie, kiedy w jedynkach Verey się poddał, a dwójka wywalczyła brąz.
Brązowy medal zdobył też były strzelec Legionów Polskich, Władysław Karaś, który wystrzelał go z kbks.
Bardzo dobrze te igrzyska zaczęły się dla naszych piłkarzy, którzy w pierwszym meczu pokonali Węgrów 3:0, a w ćwierćfinale Wielką Brytanię 5:4. Pokonali ich dopiero Austriacy w półfinale 1:3, a w meczu o brąz przegrali z Norwegami 2:3. W ostateczności uplasowali się na 4 miejscu, podobnie jak debiutujący w igrzyskach polscy koszykarze. Osiem dziewcząt z Towarzystwa Gimnastycznego Sokół zakończyło swoją rywalizację w wieloboju na szóstym miejscu.
Chociaż Polacy dzielnie walczyli podczas Igrzysk XI i przywieźli z nich sześć medali, to jednak pozostawał pewien niedosyt, że nikomu nie udało się wywalczyć tego najcenniejszego. Liczyli, że odrobią sobie tą stratę na kolejnej olimpiadzie, która miała być przecież za cztery lata. Nikt nie wiedział, że wtedy wielu z nich zamieni sportowy dres na ubiór żołnierski, inni dostaną się do niewoli, a jeszcze inni po prostu zginą w trakcie II wojny światowej.

środa, 26 czerwca 2024

1967. "Od Paryża do Paryża": 100-lecie Polski na Letnich Igrzyskach Olimpijskich - Los Angeles 1932

W naszej sportowej wędrówce przez poszczególne Letnie Igrzyska Olimpijskie z udziałem reprezentantów Polski, docieramy na kontynent Amerykański, a konkretniej do Los Angeles, gdzie odbyły się Igrzyska X Olimpiady. Żadne inne miasto nie starało się o ich organizację. Trwały one od 30 lipca do 14 sierpnia 1932 roku. Impreza została poprzedzona gigantyczną kampanią reklamową, która w połączeniu z wyjątkowym profesjonalizmem organizacyjnym (w tym dokładnym kontrolom) przyniosła gospodarzom 1,3 mln dolarów zysku, a swoim wysokim poziomem organizacyjnym zaskoczyła tak samo zawodników, dziennikarzy, jak i kibiców. Dużą rolę odegrali tutaj gwiazdy Hollywoodu, takie jak Marlena Ditrich i Charlie Chaplin, którzy nieodpłatnie zaangażowali się w promocję wydarzenia. Porządek na obiektach sportowych pilnowany był przez kowboi. Specjalnie na potrzeby igrzysk wybudowano wioskę olimpijską Baldwin Hills, która była wyposażona m.in. w punkty medyczne oraz odnowy biologicznej, jak i liczne miejsca rozrywki. Każda ekipa miała też do dyspozycji sztab tłumaczy i kucharzy. Ze względu na ówczesne zwyczaje amerykańskie w ponad 500 domkach, które znajdowały się na jej terenie zakwaterowano samych mężczyzn. Kobiety startujące w igrzyskach zamieszkały w hotelach oddalonych od wioski o kilka kilometrów. Uczestnicy narzekali również na wszechobecną prohibicję. Wyjątek zrobiono dla Francuzów, którzy upierali się, że wino jest niezbędnym elementem ich diety. Niedogodnością mogła być też niska frekwencja samych uczestników, na którą wpłynął trwający światowy kryzys ekonomiczny oraz ogólnie wysokie koszty podróży do Kalifornii. Głównym obiektem, na którym rozgrywano igrzyska był stadion Los Angeles Memorial Coliseum. Jego trybuny mogły pomieścić nawet 105 000 widzów. Jest to największy stadion olimpijski w historii igrzysk. Tuż obok powstał 50-metrowy basen, tor kolarski oraz wioślarski. Obecnie wykorzystany jest jako obiekt należący do Uniwersytetu Południowej Kalifornii.
Ceremonia otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w 1932 roku
Ceremonia Otwarcia IO miała miejsce 30 lipca. Dokonał jej wiceprezydent USA, Charles Curtis. Przysięgę olimpijską w imieniu sportowców złożył amerykański szermierz, George Calnan (kilka miesięcy później zginął w katastrofie sterowca "Akron"). Podczas tradycyjnej defilady drużyn najgłośniej witano przedstawiciela Chin - Chun Liu Chenga, który po raz pierwszy wniósł flagę tego kraju na stadion olimpijski. Pomimo niewielkiej liczby zawodników (zaledwie 1408) zawody były rozgrywane na wysokim poziomie. Potwierdziło to pobicie 19 rekordów świata oraz 40 rekordów olimpijskich. Jedyny raz w historii przyznano medale olimpijskie w dziedzinie alpinizmu.
Z powodu braku funduszy do Los Angeles wysłano wyselekcjonowaną i doskonale przygotowaną ekipę złożoną z 20 sportowców. 2 lipca na pokład transatlantyku "Puławski" wypływającego z Gdyni w kierunku Ameryki, wsiedli następujący sportowcy reprezentujące takie dyscypliny sportowe, jak:
  • Lekkoatletyka: Stanisława Walasiewicz, Felicja Schabińska, Jadwiga Wajsówna, Janusz Kusociński, Jerzy Pławczyk, Zygmunt Heljasz, Zygmunt Siedlecki;
  • Szermierka: Leszek Lubicz-Nycz (szabla), Adam Papee (szabla), Władysław Segda (szabla), Władysław Dobrowolski (szabla), Tadeusz Friedrich (szabla), Marian Suski (szabla); 
  • Wioślarstwo: Henryk Budziński, Jan Krenz - Mikołajczyk, Jerzy Braun, Janusz Ślązak, Jerzy Skolimowski, Edward  Kobyliński, Stanisław Urban.
Reprezentacja Polski (stoją od lewej: Tadeusz Friedrich, Jan Mikołajczak, Marian Suski, Władysław Dobrowolski, Janusz Ślązak, Jerzy Braun, Edward Kobyliński, Stanisław Urban, Henryk Budziński. Siedzą od lewej: Zygmunt Siedlecki, Zygmunt Heliasz, Janusz Kusociński i Jerzy Skolimowski)
Chorążym polskiej reprezentacji był wioślarz Janusz Ślęzak. Polacy współzawodniczyli w 3 konkurencjach. I we wszystkich zdobyli medale. Najlepiej wypadli lekkoatleci, którzy zdobyli trzy medale - dwa złote i jeden brązowy. Pierwszy z nich, złoty, zdobył Janusz Kusociński, który w pięknym stylu, pomimo za małych butach, pokonał dystans 10 000 metrów w zaledwie 30 minut, 11 sekund i 4 setnych. Kusociński ustanowił tym samym nowy rekord olimpijski w tej konkurencji. O dobyciu złotego krążka tak mówił na antenie Polskiego Radia:

Stanisława Walasiewicz w 1932 r
Nie zawiodła także Stanisława Walasiewicz. Co prawda w rzucie dyskiem uplasowała się dopiero na 6 miejscu, ale za to w biegu na 100 metrów przekroczyła linię mety jako pierwsza, pokonując Kanadyjkę i Amerykankę. Dystans ten pokonała w 11 sekund i 9 setnych, ustanawiając tym samym rekord świata. Tym sposobem 2 sierpnia na stadionie olimpijskim po raz drugi zabrzmiał "Mazurek Dąbrowskiego".
Tego samego dnia na najniższym stopniu podium stanęła Jadwiga Wajsówna, która we wspomnianym konkursie rzutu dyskiem okazała się lepsza od swojej koleżanki z reprezentacji. Rzucając dysk na odległość 38,74 m. wywalczyła sobie i Polsce brązowy medal.
Tydzień później, 11 sierpnia, drużyna szermierzy (startująca w składzie Adam Papee, Tadeusz Friedrich, Władysław Segda, Leszek Lubicz - Nycz, Władysław Dobrowolski oraz Marian Suski) powtórzyła swój sukces sprzed czterech lat i zdobyła brązowy medal.
Nie zawiedli też nasi wioślarze, którzy 13 sierpnia zdobyli medale we wszystkich konkurencjach, w których startowali. Do dorobku narodowego dorzucili dwa brązowe (zdobyte w konkurencjach dwójka bez sternika oraz czwórka ze sternikiem) oraz jeden srebrny (wywalczony w konkurencji dwójka ze sternikiem).
Drużyna wioślarska
Nie da się ukryć, że były to jedne z najlepszych Letnich Igrzysk Olimpijskich w historii polskiego olimpizmu. Pomimo tego, że zmagania sportowe działy się na drugiej stronie świata, a na kibicowanie na żywo mogła sobie pozwolić głównie mieszkająca za oceanem Polonia oraz dziennikarze, którzy znaleźli się w gronie szczęśliwców mogących pozwolić sobie na taką podróż, wiadomości o kolejnych sukcesach naszych sportowców docierały do kraju dosyć szybko. Nic też dziwnego, że reprezentacja Polski została gorąco powitana zarówno po opuszczeniu statku w Gdyni, jak i po pojawieniu się na dworcu kolejowym w Warszawie.

Medale, które przywieźli Polacy z Letnich Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w 1932 roku.

wtorek, 25 czerwca 2024

1966. "Tak się gra, jak przeciwnik pozwala" (K. Górski), "Od Paryża do Paryża": 100-lecie Polski na Letnich Igrzyskach Olimpijskich - Amsterdam 1928

W czasie kiedy w Niemczech trwa Euro, w nie tak bardzo odległej Łodzi drużyna złożona z lektorów pod wodzą Księdza Niosącego Światło walczyła w Mistrzostwach Polski Liturgicznej Służby Ołtarza. Dwa lata temu weszli do ćwierćfinałów, w zeszłym roku zdobyli wicemistrzostwo w swojej kategorii. Nikogo nie powinno dziwić, że w tym roku liczyli na tytuł mistrzów Polski. Początkowo miałam z nimi jechać jako kibic, ale w ostateczności nie udało mi się dostać wolnego w pracy, musiałam też zaliczyć jedną rzecz na uczelni i w ostateczności zostałam w D.G. Z drżącym sercem wypatrywałam wyników. Tych jednak wciąż i wciąż nie było. 
Myślałam, że cieszą się z awansu do ćwierćfinałów. Jednak kiedy dzisiaj włączyłam sobie retransmisję z porannej Mszy świętej i zobaczyłam wyraz twarzy Księdza Niosącego Światło, który ją koncelebrował, już wiedziałam, że coś nie poszło. Jeszcze wczoraj była ona pogodna, a dzisiaj, dzisiaj bardziej zadumana. Owszem mógł być zmęczony, ale ja chyba już za bardzo go znam, żeby nie wyczytać z niej co się dzieje. Ale nie odważyłam się też do niego zadzwonić, żeby go jeszcze bardziej nie denerwować. Zresztą niebawem na stronie Mistrzostw ukazał się komunikat z wynikami i okazało się, że nie wyszli nawet z grupy. Tym razem to już wysłałam księdzu tego SMSa, żeby się nie martwił, że nie zawsze trzeba być najlepszym, że dużo ważniejsze jest granie fair play do końca. Kurcze, tak się cieszył na ten turniej, a tu przeciwnicy okazali się silniejsi... Ale jak to mawiał trener stulecia Kazimierz Górski - "Tak się gra, jak przeciwnik pozwala".
Wracając do naszej podróży w czasie przez kolejne Letnie Igrzyska Olimpijskie, w których wystartowała polska kadra narodowa, to drugimi w kolejności były IX Letnie Igrzyska Olimpijskie odbywające się od 28 lipca do 12 sierpnia 1928 roku w stolicy Holandii, Amsterdamie. Wzięło w nich udział blisko 2883 sportowców, którzy wystartowali w 109 konkurencjach (14 dyscyplinach). Podczas ceremonii otwarcia w ich imieniu przysięgę olimpijską złożył piłkarz holenderski, Leonard Denis.
Decyzja o przyznaniu organizacji letnich igrzysk w 1928 roku Amsterdamowi zapadła jeszcze przed igrzyskami w Paryżu. Ceremonia otwarcia igrzysk, zawody lekkoatletyczne oraz kolarstwo torowe odbywało się na nowo wybudowanym stadionie olimpijskim zaprojektowanym przez Jana Wils'a. Obiekt z powodzeniem mógł pomieścić 40-tysięczną widownię. 
Od Letnich Igrzysk Olimpijskich wprowadzono nowy element protokołu olimpijskiego - na czele maszerujących sportowców podczas ceremonii otwarcia szła ekipa Grecji, kolumnę natomiast zamykali gospodarze przedsięwzięcia. Po raz pierwszy do udziału w dyscyplinach lekkoatletycznych dopuszczono kobiety, co spotkało się z ostrą krytyką środowisk sportowych. Pierwszy raz od zakończenia I wojny światowej pozwolono też wystartować reprezentacji Niemiec.
Na IX Letnie Igrzyska Olimpijskie Polska wysłała 75 sportowców. Byli to:
  • Boks: Stefan Glon, Jan Górny, Witold Majchrzycki, Jerzy Snoppek;
  • Jeździectwo: Kazimierz Gzowski, Kazimierz Szosland, Michał Woysym-Antoniewicz, Józef Trenkwald, Karol Rómmel;
  • Kolarstwo: Józef Lange, Jerzy Koszutski, Józef Oksiutycz, Alfred Reul, Jan Zybert, Stanisław Podgórski, Ludwik Turowski, Eugeniusz Michalak, Józef Stefański, Stanisław Kłosowicz, Julian Popowski;
  • Lekkoatletyka: Gertruda Kilos, Otylia Tabacka, Halina Konopacka, Genowefa Kobielska, Feliks Żuber, Czesław Foryś, Józef Jaworski, Wojciech Trojanowski, Zygmunt Weiss, Feliks Malanowski, Klemens Biniakowski, Stefan Kostrzewski, Zdzisław Nowak, Józef Baran-Bilewski, Antoni Cejzik;
  • Pięciobój nowoczesny: Zenon Małłysko, Stefan Szelestowski, Franciszek Koprowski;
  • Pływanie: Rozalia Kajzer - Piesiur, Władysław Kuncewicz;
  • Szermierka: Władysław Segda (floret, szabla), Tadeusz Friedrich (szabla), Kazimierz Laskowski (szabla), Aleksander Papee (szabla), Jerzy Zabielski (szabla);
  • Wioślarstwo: Franciszek Bronikowski, Edmund Jankowski, Leon Birkholz, Bernard Ormanowski, Otton Gordziałkowski, Stanisław Urban, Andrzej Sołtan-Pereświat, Marian Wodziański, Janusz Ślązak, Wacław Michalski, Józef Łaszewski, Henryk Niezabitowski, Bolesław Drewek (sternik), Jerzy Skolimowski (sternik);
  • Zapasy: Henryk Gazera, Leon Mazurek, Ryszard Błażyca, Jan Gałuszka;
  • Żeglarstwo: Władysław Krzyżanowski, Adam Wolff.
Stadion Olimpijski
Chorążym niosącym podczas defiladę flagę polską był zapaśnik Marian Cieniewski (nie wystąpił jednak na olimpiadzie z powodu zwichnięcia nogi). Ponownie zawodnicy z naszego kraju startowali w 10 dyscyplinach sportowych. Jedynie w pływaniu, żeglarstwie oraz pięcioboju nowoczesnym nie udało im się ani razu zająć miejsca w pierwszej ósemce. Reszcie poszło bardzo dobrze. Z Amsterdamu nasi reprezentanci przywieźli w sumie pięć medali.
Ich worek otworzyła w dniu 31 lipca lekkoatletka Halina Konopacka w rzucie dyskiem. W najlepszej próbie rzuciła dysk na odległość 39,62 m., co dało jej nie tylko rekord świata, ale i pierwsze miejsce wraz ze złotym medalem. Do dzisiaj zachowało się krótkie wideo obrazujące ten niebywały wyczyn.
Wśród Polaków zapanowała euforia. Na podium po obu stronach naszej mistrzyni stały reprezenetantki USA. Pierwszy raz na Igrzyskach Olimpijskich zabrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. O sukcesie rozpisywała się prasa: "A więc spełniły się nasze nadzieje i marzenia. Czerwono-biały sztandar Polski zatrzepotał na głównym maszcie olimpijskim, 20 tys. widzów stadionu amsterdamskiego wysłuchało Mazurka Dąbrowskiego. Zdecydował o tym rzut dyskiem Haliny Konopackiej, która za jednym zamachem zdobyła laur olimpijski i pobiła swój rekord świata".
Halina Konopacka
A przecież to nie jedyny medal, jaki zdobyli przedstawiciele naszej reprezentacji. Jak głosiły nagłówki ówczesnej prasy: "Sztandar Polski po siedmiokroć na maszcie zwycięstwa". Ponad tydzień później, 9 sierpnia, reprezentacja naszego kraju zdobyła dwa trzecie miejsca. Byli to wioślarze - czwórka ze sternikiem (w składzie Franciszek Bronikowski, Edmund Jankowski, Leon Birkholz, Bernard Ormanowski i Bolesław Drewek) oraz szermierze w szabli drużynowej (skład drużyny to Tadeusz Friedrich, Kazimierz Laskowski, Władysław Segda, Adam Papee, Aleksander Małecki oraz Jerzy Zabielski), którzy pokonali w finale Niemców wynikiem 9:7. Dwa dni później drużyna w składzie Karol Rómmel, Józef Trenkwald i Michał Woysym-Antonowicz zdobyła również trzecie miejsce we Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego. Ostatni, srebrny medal, przypadł w udziale drużynie jeźdźców w konkurencji skoków przez przeszkody (skład drużyny to ponownie Michał Woysym-Antoniewicz, Kazimierz Gzowski i Kazimierz Szosland.
Polska reprezentacja wioślarzy - czwórka ze sternikiem
Po powrocie do kraju sportowców witano jak bohaterów. Jeszcze w dniu zdobycia przez Halinę Konopacką złotego medalu, prezydent Polski Ignacy Mościcki, wysłał do Amsterdamu depeszę z gratulacjami. Ponadto została wybrana na sportowca 1928 roku w plebiscycie "Przeglądu Sportowego".
Kadrze polskiej na IO w 1928 roku towarzyszył por. lek. Józef Mazurek.

Złoty, srebrny i brązowy medal z IX Letnich Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie w 1928 roku

niedziela, 23 czerwca 2024

1965. Szybki wypad do Pszczyny

Wczorajszą pierwszą niedzielę wakacji postanowiłam spędzić na jakimś szybkim niedalekim wyjeździe. Mówię tutaj o wakacjach szkolnych, bo do tych studenckich zostały mi jeszcze ostatnie egzaminy, a nade wszystko - obrona licencjatu z pedagogiki. Nie za bardzo mogłam jechać gdzieś dalej, nawet z bólem serca zrezygnowałam z wyjazdu do Łodzi. Ale nie chciałam brać wolnego w pracy na początku wakacji, gdzie zmienia się nasz tryb pracy z popołudniowego na przedpołudniowy i zaczynają się półkolonie, a poza tym z rozgrywek piłkarskich wróciłabym we wtorek, a w środę, czyli pojutrze mam mieć egzamin z Naturalnego planowania rodziny. Pewnie pogodziłabym jedno i drugie, ale już nie chciałam szarżować. Wolałam zostać w domu i na spokojnie powtórzyć sobie materiał (który był nieco obłędny, przynajmniej jak na moją pustą głowę). Ale taki kilkogodzinny niedzielny wypad za miasto, przynajmniej w teorii, dlaczego nie.
Mój wybór automatycznie padł na Pszczynę. Nie potrafię jednak powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że od dawna chciałam odwiedzić kompleks pałacowy znany mi ze szkolnych wycieczek? Może dlatego, że mamy dosyć dobre połączenie kolejowe? A może zachęciły mnie wpisy naszej blogowej koleżanki Lusi, która bardzo często w malowniczy sposób opisuje u siebie to malownicze miejsce. Myślę, że wszystkie te czynniki po trochu wpłynęły na mój wybór.
W niedzielny poranek udałam się najpierw do kościoła na Mszę świętą, a przy okazji pożyczyć wyjeżdżającej na turniej do Łodzi drużynie lektorów dużo szczęścia. Dopiero potem ruszyłam ku mojemu celowi. Najpierw autobusem do K-c, potem pociągiem do Pszczyny. Tą niezbyt długą podróż umiliłam sobie lekturą wypożyczonej książki "Bella i Sebastian", na podstawie której nakręcono też film. Niektórzy z Was mogą uznać mnie za dziecinną, ale ja po prostu już nie mam pomysłów, co podrzucić moim dzieciakom, aby ich zainteresować książką. Czy to w ogóle jest możliwe? Wydaje mi się jednak, że dzieci lubią historię ze zwierzętami w tle, więc może mi się to uda. Sama historia jest mi znana ze wcześniejszej wersji powieści, napisanej nawet przez innego autora. Tamto dwuczęściowe wydanie gdzieś tam poniewiera się po naszym domku na wsi. Kilka razy je czytałam, a potem wyobrażałam sobie, że też mam takiego psiego przyjaciela jakim była Bella dla Sebastiana. Zwłaszcza, kiedy jechałam odwiedzić moją babcię mieszkającą w górach. 
Czas podróży pociągiem minął mi w błyskawicznym tempie na pochłanianiu kolejnych zdań powieści i ani się obejrzałam, a za oknami pojawiła się stacja kolejowa w Pszczynie. Przypomniało mi się, jak niespełna trzy lata wcześniej wysiadłam na tym samym miejscu, a następnie poszłam do tamtejszego domu dziecka, gdzie mieliśmy wizytę studyjną. Wtedy zaczynałam studia z pedagogiki, teraz byłam na ich finiszu. Nie będę ukrywać, że podobnie jak owe trzy lata temu byłam nieco zdezorientowana co do tego, którędy mam iść. Co innego dojechać tam szkolnym autokarem, a co innego samemu dotrzeć. Na szczęście tuż przy dworcu kolejowym znajdował się plan miasta, za pomocą którego wyznaczyłam swoją trasę. W moim przypadku oznacza to zapamiętanie ulic, które muszę przejść, aby dotrzeć do celu. Tym razem owy cel był rozległym parkiem okalającym posiadłość książąt pszczyńskich. Mogłabym iść przez miasto, ale ja naprawdę lubię spacerować alejkami wśród zieleni, jeżeli tylko mam taką możliwość.
Kaczusie... uwielbiam oglądać ich psoty w wodzie :). Szkoda tylko, że stan jej czystości pozostawia wiele do życzenia.
Spacerując po parku wyobrażałam sobie, jak przed laty tymi samymi ścieżkami przechadzali się chociażby przedstawiciele dynastii Hochbergów, ostatniego rodu, który jeszcze sto lat temu miał w posiadaniu dobra pszczyńskie. To oczywiście nie jedyny ród, którego posiadłościami był zamek pszczyński, ale chyba najbardziej znany i najlepiej kojarzony z tym miejscem. 
W pewnym momencie pobłądziłam w ogromnym parku i wyszłam przed cmentarzem. Z tego co wyczytałam, jest to najstarszy cmentarz w mieście, którego początki sięgają XIV wieku (według wikipedii 1501 roku). Spoczywają tam m.in. wrocławski biskup pomocniczy ksiądz Bernard Bogedain, pszczyński proboszcz, ksiądz Walenty Hanuszek (żył w latach 1776 - 1883), młodo zmarłej żony Fryderyka Ferdynanda Anhalta, Marii Doroty Henrietty Luizy Schlezwig-Holstein-Sonderburg-Beck (1783-1803), czy też Mateusza Bieloka, proboszcza w Bieruniu Starym i Pszczynie, działacza plebiscytowego.
Nie wchodziłam na teren nekropolii, może innym razem, bo te stare nagrobki muszą wyglądać bardzo ciekawie. Moją uwagę przykuł za to znajdujący się tuż przy wejściu na jej teren krzyż, a szczególnie widniejący na nim malunek Matki Bożej. Odmówiłam "Wieczny odpoczynek" i ruszyłam w dalszą drogę, szukać właściwej drogi do zamku. Jak się okazało, to była ta sama ścieżka, która doprowadziła mnie na wspomniany cmentarz. Na czym polegał psikus? Na rozwidleniu skręciłam w prawo zamiast w lewo. No ale skąd mogłam wiedzieć? Wszak szłam tam po raz pierwszy. Nawet nie wiedziałam dokąd dojdę wspomnianą ścieżką. 
Plan był prosty, przynajmniej w moim mniemaniu - zobaczyć dokąd prowadzi druga strona ścieżki, a potem w razie potrzeby zejść na inną, prowadzącą jeszcze bardziej w głąb parku. Co prawda według googlemaps trasa od dworca PKP do Zamku Książąt Pszczyńskich wynosi ok 1,7 km, ale zawsze stan faktyczny mógł się różnić od tego zakładanego. Z drugiej strony, jeżeli taki dystans byłby prawidłowo obliczony, albo nieznacznie różnił się od poprawnego, to powoli powinnam była dochodzić do miejsca mojego przeznaczenia.
Zgodnie z założeniem udałam się sprawdzić dokąd prowadzi drugi koniec ścieżki. Spokojnie, nikt mnie przecież nie gonił, a i miałam czas, szłam przed siebie. Pierwsze co ukazało się moim oczom to budynki stajni książęcych. A raczej to, co z nich zostało, bo aktualnie nikt tam koni nie trzyma. Ale na początku nie wiedziałam o tym. Dopiero później, kiedy podeszłam bliżej i przeczytałam tabliczkę informacyjną, dowiedziałam się przed czym stoję. Stajnie książęce stanowią jedną z budowli gospodarczych, które wchodzą w skład zespołu zamkowego w Pszczynie. Stanowią środkową część kompleksu usytuowanego na północny wschód od pałacu, w którego skład wchodzą jeszcze ujeżdżalnia z powozownią. Budynek wydawał mi się ogromny. Ale to chyba świadczy o tym, jak wiele koni posiadali książęta zamieszkujący posiadłość. Jednak z drugiej strony żyli one w czasach, kiedy np. polowania na zwierzynę były jedną z podstawowych rozrywek arystokracji. A polować mieli gdzie, zważając na rozległy park okalający zamek. Oczami wyobraźni widziałam tych wszystkich koniuszy i masztalerzy doglądających codziennie koni.
Nieznacznie odwróciłam głowę, a moim oczom ukazał się okazały Zamek Książąt Pszczyńskich. Poczułam się niczym ekspedycja dowodzona przez Roberta Ballarda, która 1 września 1985 roku odkryła wrak "Titanica".
Zanim jednak zatopiłam się w odkrywaniu kolejnych ciekawostek architektonicznych obiektu, postanowiłam, jak to ja, zatrzymać się przed mapą kompleksu i dokładnie ją przestudiować, układając sobie zarys tego, co bym chciała zobaczyć, a przy okazji pokazać i Wam.
Wyszłam bowiem z założenia, że tym razem podaruję sobie zwiedzanie wnętrza zamku, a korzystając z przepięknej pogody skupię się na tym, co oferuje nam jego otoczenie.
Zamek w Pszczynie to tak właściwie pałac. Jest dawną rezydencją magnacką, która powstała na miejscu obronnego gotyckiego zamku datowanego na początek XV wieku. Wcześniej, być może, istniała tutaj fortyfikacja. Około XVI wieku zamek przebudowano w stylu renesansowym, a następnie, w XVIII wieku w stylu barokowym. W XIX wieku przerobiono go na styl francuski z czasów Ludwika XIII. W średniowieczu był on własnością m.in. książąt opolsko-raciborskich, książąt opawskich i książąt cieszyńskich. W latach 1548-1765 należał do śląskiego rodu Promnitzów, 1765-1847 do książąt Anhalt-Kothen-Pless, a od 1847 roku do książąt Hochberg von Pless z Książa. W latach 1870-1876 przebudowali oni zamek, przez co nadali mu aktualny kształt architektoniczny w stylu neobarokowym.
Wejścia na górę po schodach do pałacu pilnują dwa sympatyczne lwy.
Jedna z waz i latarni zdobiących te same schody.

Balkon, z którego książęta podziwiali kompleks parkowy.
Zielone skwery przy wejściu do pałacu.
Ostatnio jedna z ozdób została zdjęta z dachu, dzięki czemu można ją podziwiać z bliska.
Widok "od tyłu" - czyli od strony ulicy.
A taki widok mieli książęta po wyjściu z pałacu.
Park Pszczyński uważany jest za jeden z najpiękniejszych parków na Górnym Śląsku. Jego powierzchnia wynosi aż 156 ha. Park leży wzdłuż rzeki Pszczynki, przepływającej przez sztuczne stawy i jeziora. Jego początki wiążą się z renesansową przebudową zamku w XVI w. To wtedy w pobliżu zamku powstały ogrody warzywne oraz zwierzyniec, w którym trzymano zwierzynę płową i ptactwo, w tym pawie. Ten późnorenesansowy park użytkowo-ozdobny przekształcono i poszerzono w II połowie XVII w., w tym samym czasie, kiedy przebudowano rezydencję w stylu barokowym. Nowe tereny objęły obszar dawnych mokradeł po obydwóch brzegach Pszczynki. Było to nawiązanie do wieloosiowych założeń francuskuch, złożonych z różnorodnych elementów, które tworzyły kompozycyjną całość podporządkowaną budowli rezydencyjnej. Obecny kształt parku wzorowany na typie angielskim pochodzi z II połowy XIX wieku. Reprezentuje on spóźnioną formę ogrodu romantycznego. Zlikwidowano główną aleję na osi. W jej miejscu powstała rozległa polana sięgająca po meandry Pszczynki. W tym miejscu powstały elementy drobnej architektury, np. herbaciarnia, brama chińska, piwnica lodowa, czy też kapliczki. Dosadzono też wiele egzotycznych gatunków drzew, takich jak platan klonolistny czy tulipanowiec. Park dzieli się na trzy części: Park Zamkowy, Park Dworcowy, Park Zwierzyniec. Pałacowe drużki prowadzą też do położonej poza miastem bażantarni. 
Spacerując parkiem zachwycałam się otaczającą mnie zielenią. Uwierzcie mi, gdybym mogła, to zamieszkałabym tam chociażby w jakimś szałasie.
Zdjęcie kaczki musi być!
Figura przy zagrodzie żubrów
Całkowicie świadomie przeszłam na drugą część parku, gdzie od kilkunastu lat znajduje się Zagroda Żubrów". Jednak moim głównym celem był tamtejsze miejsce pamięci "Trzy dęby". Jest to jedno z wielu miejskich miejsc pamięci. Rozciąga się w zachodniej, dzikszej części parku zamkowego, niedaleko Pokazowej Zagrody Żubrów. Nazwa wzięła się od rosnących tam kiedyś okazałych dębów. Znajdują się tam mogiły rozstrzelanych w 1939 roku w parku zamkowym powstańców śląskich, harcerzy oraz żołnierzy z 6. Dywizji Piechoty Armii Kraków.
Do miejsca pamięci dojdziemy jedną z dwóch specjalnie utworzonych ścieżek edukacyjnych. Ja wybrałam tą krótszą, bardziej poświęconą przyrodzie parku pszczyńskiego. Następnym razem skuszę się na tą dłuższą. Przebiegała ona w cieniu drzew, co było o tyle ważne, że słońce zaczęło coraz wyżej wznosić się na nieboskłonie i coraz mocniej grzać. Na szczęście człowiek mógł się bez problemu schronić w przyjemnym cieniu i z przyjemnością posłuchać ptasich treli.
Przechodząc obok zagrody z żubrami rzuciłam oko na cennik biletu wstępu. Tak na przyszłość, bo teraz powoli kończył mi się czas przeznaczony na zwiedzanie kompleksu. To chyba największy minus niezmotoryzowanego człowieka - zależność od komunikacji zbiorowej. Sama cena jest (na razie) całkiem znośna i myślę, że nie byłoby większym szaleństwem. Może następnym razem.
Wkraczających na tą stronę parku wita napis oznajmujący, że właśnie wkracza się na teren zagrody żubrów. Mała uwaga, trzeba jeszcze trochę przejść, aby do niej dojść.

Po drodze można znaleźć różne tablice z informacjami na temat fauny i flory parku.
Mnie zachwyciła ta mini-ścieżka informacyjno-edukacyjna dla najmłodszych.
Wreszcie, po przemierzeniu niewielkiego odcinka trasy znalazłam to, na czym mi tak zależało, czyli "Polanę Trzech Dębów".
A całkiem niedaleko można zobaczyć inny pomnik, tym razem poświęcony harcerzom.
Spokoju mi nie dają te litery w środku łąki.
A tutaj widać herb właścicieli parku.
I na koniec sam pałac, tym razem widoczny od strony ulicy.