Była kiedyś taka piosenka, że "Znamy się tylko z widzenia, a jednak lubimy się trochę". Tak sobie myślę, że doskonale opisuje ona historię pewnej znajomości, która zrodziła się zupełnie przypadkowo i przyniosła jeszcze bardziej niesamowite i smaczne owoce.
Tak naprawdę to z Robciem znamy się ze Szlachetnej Paczki, z czasów, kiedy byłam wolontariuszem. Nie była to jakaś szczególnie zażyła relacja, ale zwyczajna, taka, jakich wiele. Kiedy odeszłam z tego wolontariatu, to czasami coś tam do siebie pisaliśmy, głównie życzenia urodzinowe i świąteczne. A więc można powiedzieć, że standard. Potem przyszła zeszłoroczna Lednica. Widziałam jego nazwisko na liście, tak myślałam, że to on, a moje przeczucie mnie nie myliło. Na spotkanie pojechał z dziewczyną, bardzo sympatyczną osobą. To wtedy Ksiądz Niosący Światło oficjalnie poznał nas ze sobą. To znaczy mnie i Dorcię, bo Robcia przecież znałam. Na zawiązanie głębszych relacji jednak zabrakło czasu. A może po prostu byliśmy wszyscy zbytnio onieśmieleni tym wszystkim. Dwa miesiące później szliśmy w jednej grupie w pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Często wymienialiśmy uśmiechy, jakieś zwyczajne "cześć" rano i tyle. Potem widziałam ich często na wieczornych Mszach świętych. I znowu uśmiechaliśmy się do siebie, kiedy spotykał się nasz wzrok. Ja jednak zazwyczaj siedzę w ostatniej ławce po prawej stronie ołtarza, a oni w którejś po lewej. Okazji do zamienienia większej ilości słów raczej nie było. Co ja piszę, "większej". Właściwie to żadnej. To nie tak, że nie chciałam, ale brakowało mi odwagi.
I chyba nic by się nie zmieniło w tej kwestii nie zmieniło, gdybym nie przyszła pomóc w sprzątaniu dekoracji wielkanocnej. Oni też tam wtedy byli, bardziej jednak ustalić dekorację jaka ma być podczas ślubu. Jednak tak jakoś w pewnym momencie Dorcia zaczęła mi pomagać w różnych czynnościach (a ja jej) i tak od słowa do słowa zaczęłyśmy się bliżej poznawać. Przy okazji zapisałam ich na wyjazd na tegoroczną Lednicę, bo pamiętali, że m.in. za to byłam rok temu odpowiedzialna. Zresztą Ksiądz Niosący Światło przez niemal cały maj walczył z infekcją, obił się nawet o szpital, więc ktoś musiał (nie no, umówmy się, że chciałam) przejąć tą funkcję, przynajmniej w naszym rejonie. Już wtedy padła ze strony Dorci wstępna propozycja, abym przyszła na ich ślub do kościoła. Zrobiło mi się miło, bo w końcu jestem dla nich bardziej obcą niż znajomą osobą. Powiedziałam jej, że postaram się przyjść. Tym bardziej, że mam stosunkowo blisko (pamiętacie jeszcze wpis o ślubie S. i O.? To dopiero była wyprawa). Tą godzinę mogłam poświęcić.
Jednak na tym się nie skończyło. Kiedy mieliśmy jechać na tegoroczne spotkanie Młodych Lednica, zaproponowali mi, abym zaczekała na wyjazd, który miał miejsce w późnych godzinach nocnych, u nich w mieszkaniu. Wiedzieli, że gdyby nie to, to pewnie przyszłabym na nogach te 2 kilometry. Jasne, nie jest to daleko, ale i pora dnia, i odbywające się w Parku Miejskim Dni Miasta sprawiły, że niekoniecznie była to bezpieczna droga. Oni zaś mieszkają kilka kroków od kościoła, różnica jest więc kolosalna. Powiedziałam im więc, że jeżeli nie będę sprawiać kłopotu, to chętnie. Ugościli mnie prawie a po królewsku. Czas mijał nam na rozmowie o wszystkim i o niczym. I na układaniu puzzli, co, jak się okazało, lubi cała nasza trójka. W pewnym momencie Dorcia spojrzała wymownie na przyszłego męża.
- Ty czy ja mam jej to powiedzieć? - zapytała.
- Ty jej to powiedz - zdecydował.
Poczułam lekki niepokój, a następnie szok. Bo Dorcia jak gdyby nigdy nic dodatkowo zaprosiła mnie na wesele. Rozumiecie, praktycznie obcą sobie osobę.
Zamurowało mnie, poprosiłam o czas do namysłu, bo jednak nie chciałam uzależniać mojej decyzji od chwilowych emocji. Zastanawiałam się też, dlaczego właściwie ja dostąpiłam tego zaszczytu. I w zasadzie to dalej tego nie wiem. Tymczasem w pracy mi radzili, abym poszła, bo jednak na wesele nie zaprasza się przypadkowych osób. To samo usłyszałam i na jednych, i na drugich studiach, na duszpasterstwie, a także od samego Księdza Niosącego Światło, przez którego właściwie nasze drogi się zeszły. Ten to w ogóle kazał mi się nie zastanawiać - jak mnie proszą i mam ochotę, to mam iść. Napisałam im więc SMS-a (bo jednak zabrakło mi odwagi na rozmowę telefoniczną), że będę. A potem pozostawało mi tylko czekać na ten wyjątkowy dla nich dzień.
Ten zaś wypadał w ostatnią sobotę czerwca. Ze skromnym prezentem w postaci dwóch pudełek puzzli pojechałam do kościoła. Trochę się bałam, że nie zdążę, ale nie, byłam nawet przed czasem. Usiadłam w ławce i z niecierpliwością czekałam, aż to się zacznie. Wkrótce Ksiądz Niosący Światło, a jakżeby inaczej, wyszedł przed kościół (po drodze oczywiście musiał rzucić "O, Lolek, dobrze cię widzieć" w moją stronę, no bo by nie był sobą) powitać młodych. Następnie młoda para uroczyście przeszła przez środek świątyni i usiadła na krzesłach przed ołtarzem. Zaczęła się Msza. W swoim kazaniu Ksiądz Niosący Światło opowiedział anegdotkę o tym, jak to ojciec papieża Benedykta XVI szukał wybranki serca. Następnie nawiązał do tego, że dla obojga wiara jest bardzo ważna w życiu, życząc im jednocześnie, aby w tej wierze wytrwali do końca. Całość zakończył nawiązaniem do usłyszanej Ewangelii mówiącej o tym, aby dom budować na skale, a nie na piasku. Zaznaczył, że da im wyjątkowy prezent - jeden z kamieni z jakiejś jego wyprawy w góry, który ma symbolizować ową skałę. Kazanie jak zwykle nie było długie i trafiało w sedno. Chociaż w jego głosie słyszało się oznaki przeziębienia, z którym zmagał się od kilku dni. No cóż, z turnieju LSO żadnego miejsca nie przywiózł, ale infekcję - i owszem.
Po Mszy Dorcia z Robciem i świadkami poszli na zachrystię załatwić formalności, a zaproszeni goście udali się na przyjęcie weselne. Było ono bardzo kameralne, dla ok. 35 osób. Niekiedy na Pierwszą Komunię Świętą jest zaproszonych więcej ludzi. Dlatego cieszyło mnie to, że znalazłam się w tym zacnym gronie. Był szampan, życzenia, piękny pierwszy taniec, a potem wszyscy bawili się do drugiej w nocy. Wesołe tańce przerywało zaproszenie na kolejne jedzenie. Co ciekawe, prawie nikogo nie znałam, a wytańczyłam się chyba ze wszystkimi przedstawicielami płci męskiej, w tym z panem młodym. Nawet na weselu mojego kuzyna nie miałam takiego powodzenia, chociaż na nim miałam sporo znajomych i z rodziny osób. Na koniec wszyscy dostali gromkie podziękowania za zabawę, a na pamiątkę magnesik z tego dnia i bukiet polnych kwiatów. To raczej niecodzienne, bo zazwyczaj jest wódka (ona też była). A potem wszyscy wrócili busami do domu.
Muszę przyznać, że to był cudowny dzień także dla mnie. Bardzo się cieszę, że w tym wyjątkowym dniu mogłam być z nimi i dzielić ich radość. Chociaż w dalszym ciągu zastanawiam się, czym sobie zasłużyłam na to wyróżnienie (bo ja to tak odbieram). Bo przecież ani nie jestem urodziwa, bardziej łamaga ze mnie, a i nasza znajomość nie jest taka długa. A jednak coś skłoniło ich do tego gestu. Hmmm... i pomyśleć, że kilka osób ze scholi, z którymi znamy się od lat, zawarło już związek małżeński, ale nikt nie zaprosił mnie nawet do kościoła. Jasne, do kościoła mogę iść i bez zaproszenia, ale to tym bardziej mnie zastanawia, dlaczego w tym przypadku stało się zupełnie inaczej. A może to ja szukałam na siłę dobrych znajomych, a znalazłam ich w zupełnie przypadkowy sposób? Bo myślę, że mogę tak o nich mówić i myśleć. I że nasza znajomość będzie trwać w dalszym ciągu.














.jpg)


