Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 31 października 2019

1048. Oczekiwanie jednak popłaca

Dziesięć lat temu moje najdłuższe wakacje powoli dobiegały końca. Pamiętam jak dzisiaj, że musiałam szybciej wracać od babci, ponieważ trenerka, która dopiero co wróciła z Wielkiej Brytanii, zapisała mnie na zawody. Wszystko ładnie i pięknie, był w tym wszystkim jednak mały szkopuł: o ile do klasy maturalnej dość regularnie uczęszczałam na treningi(nawet przy zmianie trenerki), o tyle w trzeciej klasie liceum sobie odpuściłam. Ale matura zbliżała się wielkimi krokami, a ja "mądrze" wybrałam matematykę na poziomie rozszerzonym, przy nauce na poziomie podstawowym. Ktoś mógłby się popukać w głowę, że nie dość, że dodałam sobie nauki, to jeszcze nie skorzystałam z ostatniej szansy pisania matury w wersji bez matematyki. Ale ja chciałam udowodnić, przede wszystkim sobie, że potęgi naszego umysłu nie można mierzyć na podstawie naszej pełnosprawności, czy też niepełnosprawności(jeżeli nie chodzi tutaj oczywiście o niepełnosprawność umysłową, bo to zupełnie inna bajka). Żeby było ciekawiej, na żadne korepetycje nie mogłam liczyć. I tak, kiedy moi rówieśnicy przerabiali materiał pod okiem mentorów, ja musiałam sama sobie wszystko wytłumaczyć(no, może czasami z pomocą taty). Na przyjemności zabrakło już czasu. Ale do sportu planowałam wrócić, z tym że po wakacjach(czyt. w okolicach października). Nawet studia wybrałam z tej działki - zarządzanie w fizjoterapii i sporcie osób niepełnosprawnych.
Na razie jednak rozkoszowałam się ostatnimi chwilami laby. Aż w końcu pewnego wieczoru w salonie babci rozbrzmiał dźwięk telefonu. Dzwoniła mama z informacją, że znów do niej dzwoniła trenerka z informacją, że w najbliższą sobotę są jakieś zawody lekkoatletyczne, w których mam wziąć udział. "Pięknie" - przemknęło mi przez myśl. Nie tak wyobrażałam sobie moje 19 urodziny(chociaż zawody w urodziny już kilka razy się zdarzyły, ale wtedy byłam jakoś do nich przygotowana, a teraz miałam wystąpić z marszu). Nie miałam jednak telefonu do trenerki, aby zadzwonić do niej i odmówić. Musiałam więc szybciej(o jakiś tydzień) się spakować i wrócić do domu. Ale wcześniej jeszcze pobiegałam sobie po pagórkach ciesząc ostatnimi chwilami wakacji.
26 września 2009 roku był wyjątkowo ciepły. Rano wszyscy zawodnicy zgromadzili się przed będzińskim stadionem, spod którego odjechaliśmy busem do Wisły. Z klubu była nas 4, z jednego z będzińskich liceów ok 10(jakoś połączyliśmy nasze składy) Pamiętam, że w drodze czytałam jakąś książkę. Na miejsce dotarliśmy po jakiejś godzinie. 
Stadion w Wiśle jest mi dobrze znany, ponieważ za starych, dobrych czasów były tam organizowane zimowiska. Wtedy przywitał nas jesienną aurą. Wystartowałam wtedy w dwóch "koronnych" dla mnie dyscyplinach - bieg na 100 m i skok w dal. I, ku mojemu zaskoczeniu, w obydwóch zdobyłam pierwsze miejsca. Fakt, konkurencja była mała, ale sukces i tak cieszył. Może to głupio zabrzmi, ale przez kolejny tydzień nosiłam te złote medale na szyi.
W okolicach wiosny zobaczyłam na fb informację o tym, że 22 września odbędzie się w Katowicach bieg upamiętniający powstania śląskie. Co prawda dzień wcześniej zaplanowany miałam Bieg Dobroczynności w Wadowicach, jednak przy odpowiednim rozplanowaniu działań udałoby mi się pogodzić jedno z drugim. Powoli zaczęłam zacierać ręce z radości, kiedy pojawiła się pewna przeszkoda, a mianowicie dokonanie opłaty. Nie było możliwości tradycyjnej opłaty, organizator przewidział jedynie przelew internetowy. A że człowiek nie ma konta internetowego... W każdym razie zrezygnowałam z uczestnictwa w biegu.
I nawet o nim zapomniałam, kiedy ponownie na internecie pojawiła się informacja, tym razem o możliwości odbycia indywidualnego biegu wirtualnego na dystansie 5 km w dowolnym wybranym przez siebie czasie i miejscu. Warunek był jeden - musiało się to odbyć 26 września. Jako dowód odbycia biegu trzeba było tylko wysłać zrzut z aplikacji endomondo, a dla każdego uczestnika biegu przewidziany był pamiątkowy medal, taki sam jak ten z 22 września. A że tym razem organizator przewidział możliwość zapłacenie za wszystko przelewem tradycyjnym, zdecydowałam się wziąć w nim udział bez większego namysłu.
26 września był raczej zachmurzony. W takich dniach dużo trudniej o motywacje do aktywności fizycznej. Zwłaszcza kiedy co chwilę ktoś dzwoni z życzeniami urodzinowymi. A jednak, koło 11 godziny, zaopatrzona w wypożyczony smartphone z odpowiednią aplikacją, ruszyłam swoje cztery litery i poszłam zrealizować swój cel. A że chwilę wcześniej odebrałam od listonoszki paczkę przesłaną przez Basię oraz kopertę od Gosi, to miałam powód, aby przebiec te 5 kilometrów najszybciej jak się da. Oczywiście w ramach rozsądku, bo jednak biegłam sama, w niezorganizowanej imprezie i musiałam uważać na własne bezpieczeństwo, zwłaszcza podczas pokonywania przejścia dla pieszych. Po drugie, zawsze mogłam wywinąć orła po drodze, a to byłby już problem. Na szczęście nic takiego mi się nie przydarzyło, a trasa mojego biegu wyglądała o tak:
Co ja się ukombinowałam, aby zrobić zrzut ekranu w celu wysłania potwierdzenia odbycia biegu. Te nowinki techniczne są zdecydowanie nie na moje łapki. Oprócz trasy wysłałam także uzyskane wyniki. I czekałam na medal. Czekałam i czekałam, aż w końcu zwątpiłam. Bo niby w regulaminie nie było nic o limicie czasu, ale zawsze mogłam za wolno pobiec.
I kiedy już zupełnie straciłam nadzieję na otrzymanie medalu, dostałam SMSa z prośbą o podanie im adresu na który mają mi go wysłać. Tu pojawił się mały problem, ponieważ moja prehistoryczna komórka, odziedziczona po tacie, nie ma możliwości pisania z polskimi znakami. A ci z Was, którzy mają mój adres wiedzą, że kilka nich w nim występuje. I o ile nazwa miejscowości jeszcze jakoś może przejść(chociażby po kodzie pocztowym można dojść jej poprawnej pisowni), o tyle z nazwiskiem różnie to bywa. Na szczęście korzystali chyba z danych z przelewu bankowego, bo koperta była zaadresowana prawidłowo(nawet nazwisko zawierało "ł" zamiast napisanego w SMSie "l"). A w środku był taki piękny medal:
Kolejny medal to kolejny powód do radości. Bo dołożyłam jakąś maleńką cegiełkę do świętowania 100 lecia powstań śląskich. To jednak nie koniec, ponieważ już 16 listopada czeka mnie w Katowicach "Bieg Wolność na 5", tym razem poświęcony pierwszemu powstaniu śląskiemu. Rok temu brałam udział w podobnej imprezie, z tym że upamiętniającej 100 lecie odzyskania przez Polskę niepodległości. W tym roku, i przez następne dwa lata, będziemy biec dla 100-lecia każdego z trzech powstań śląskich, a trzy pamiątkowe medale mają połączyć się w jedną całość. Jak dla mnie to piękna, lokalna inicjatywa pozwalająca lepiej poznać miejsce, w którym się mieszka.

wtorek, 29 października 2019

1047. To aż tak to wszystko widać?

Zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawę z tego, że nasze emocje mogą być wyraźnie widoczne dla osób z otoczenia, w którym się znajdujemy. Dla tych, którzy chociaż trochę poznali nas i naszą osobowość. Ja sama zazwyczaj jestem bardzo powściągliwa w okazywaniu swoich uczuć i emocji. I raczej mi się to udaje. Ale ta sytuacja z soboty całkowicie mnie dobiła.
Najchętniej nie wychodziłabym z domu. Żyć jednak trzeba, zwłaszcza kiedy ma się pewne obowiązki. Robiłam więc dobrą minę do złej gry i prawie wszyscy myśleli, że wszystko jest dobrze. No, może byłam trochę bardziej markotna niż zwykle, grzecznie jednak tłumaczyłam wszystkim to moje samopoczucie ogólnym przemęczeniem(co przy moim trybie życia nie jest znowu takie dziwne). 
Dlatego szczerze zdziwiło mnie, kiedy pani D. wezwała mnie do sekretariatu. Chociaż samo wezwanie nie było takie znów dziwne. Czasami potrzebuje czyjejś pomocy. Ale teraz jej nie potrzebowała. Za to kazała mi wygodnie usiąść po drugiej stronie biurka. Najpierw zaczęła mnie wypytywać o bardziej przyziemne rzeczy. Potem zadała mi pytanie, czy dam radę w przyszłym tygodniu na dwie godziny ją zastąpić, bo znowu ma jakieś badania lekarskie. Powiedziałam jej, że spokojnie mogę przez ten czas posiedzieć w sekretariacie. Aż w końcu przeszła do sedna sprawy:
 - Pani Karolino, co się dzieje?
Nie chciałam jej się zwierzać. Nie chciałam jej obarczać moimi problemami. Ma dosyć własnych. Wzruszyłam tylko ramionami i spuściłam wzrok.
 - Bo coś się dzieje, prawda. Ludzie się na panią "skarżą", że jest pani rozkojarzona.
No pięknie, już nie mają o czym z nią rozmawiać. A pani D. jak za dotknięciem magicznej różdżki zamieniła się z sekretarki(fachowo się to nazywa specjalista od spraw administracyjnych) w psychologa. W sumie przy dwójce małych dzieci to chyba nie takie trudne.
 - Ja rozumiem, że może ta jesienna pogoda tak na panią wpływa. Ale może wzięła pani za dużo na siebie obowiązków.
Wbrew pozorom nigdy nie biorę na siebie więcej, niż jestem w stanie udźwignąć.
 - Coś mi się wydaje, że dzisiaj sobie szczerze nie porozmawiamy. Czasami jednak naprawdę lepiej się komuś wygadać.
 - Głowa mnie boli. Mogę już iść? - to był oczywiście blef, pierwsze co przyszło mi do głowy, aby uciec z pomieszczenia.
 - To może wcześniej pani pójdzie dziś do domu, odpocznie. Do której pani dzisiaj siedzi?
 - 18:15, ale naprawdę, zaraz mi przejdzie. Niech sobie pani nie zawraca mną głowy, nie warto...
Bojąc się jej odpowiedzi na to stwierdzenie pospiesznie wyszłam z sekretariatu. To nie tak, że ją olewam, bo bardzo ją lubię i szanuję. Ale naprawdę, w tej sytuacji niewiele by mi pomogła. Zresztą z każdym dniem rzeczywistość każe mi coraz mniej ufać ludziom... A może lepiej napisać, że coraz mniej obdarzać ich swoim zaufaniem. Właściwie to chyba nikt z zewnątrz raczej mi nie pomoże. Tutaj muszę zadziałać sama. 
Teraz trochę się martwię, że może za bardzo zlekceważyłam panią D. Najwyżej pójdę do niej po niedzieli, przeproszę, "przekupię" kolejnym medalem(bo tego z ostatniego biegu jeszcze nie widziała). A może się na mnie nie gniewa. 

poniedziałek, 28 października 2019

1046. Kolejny, jesienny bieg

Na początek chciałam Wam podziękować za słowa wsparcia pod poprzednim postem. To prawda, nie powinnam się tym wszystkim przejmować, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie nas wodził za nos. Niby to wiem, a jednak za każdym razem kiedy komuś zaufam(a jest to bardzo trudne po 29 latach życia i masie nie zawsze pozytywnych doświadczeń), a ten ktoś zawiedzie to moje zaufanie, to zawsze to "odchorowuję" emocjonalnie. Dlatego coraz częściej ludziom po prostu nie wierzę - wtedy rozczarowanie mniej boli. Nie oznacza to jednak, że nikomu nie wierzę, ale staram się wszystko weryfikować.
Przejdźmy jednak do przyjemniejszej części mojego życia, czyli do biegów. Można nawet uściślić - biegów przełajowych. Albo crossowych. Jak zwał tak zwał. W każdym razie po raz trzeci(a drugi w aurze jesiennej) pokonywałam sosnowiecki park na trasie 5 kilometrów. Można było wybrać sobie też 10 kilometrów do przebiegnięcia, albo nawet 21 kilometrów(tak, tak, półmaraton), to jednak nie na moje nogi. Zresztą te 5 kilometrów też okazało się wyjątkowo niefortunnych, ponieważ 2 razy zaliczyłam wywrotkę na trasie, a przez to zbicie kolana i czas poniżej moich możliwości, ale to już jest wpisane w moje życie.
Tym razem fotograf uchwycił mnie tylko raz, na starcie.
Jak oceniam całą trasę? Była wymagająca, znacznie różniła się od tej zeszłorocznej, miała dwa większe podbiegi i dużo gałęzi pod nogami. I to właśnie te gałęzie spowodowały, że się wywróciłam. Ogólnie ja wiem, że trzeba uważać, ale przy MPD to nie takie proste. Mimo wszystko nie chcę rezygnować z biegania, bo to świetna forma aktywności. Na plus całej imprezy działała pogoda oraz piękne jesienne krajobrazy w parku. Szkoda, że najpierw nie było możliwości(trasa się sama nie przebiegnie), a potem siły, aby obfotografować wyznaczoną ścieżkę. Aha, i wreszcie oznaczyli porządnie całą ścieżkę biegu, bo rok temu kilka biegaczy się zgubiło.
Czasem nie będę się chwalić, bo jak pisałam - przez przewrócenie się i zbicie kolan nie był taki, jakiego bym oczekiwała. Pochwalę się za to medalem, pamiątką z biegu. 
Całkiem ładne są te medale.
Ale też całkiem ciężkie...

sobota, 26 października 2019

1045. Nie obiecuj...

Powiedziałaś:
będziesz mogła do nas przychodzić kiedy chcesz.
A jak miałam potrzebę nie potrafiłaś znaleźć dla mnie czasu.
Powiedziałaś:
tak pięknie przeczytałaś ten tekst, będę dawać Ci go częściej.
Zapomniałaś o tym, kiedy dołączyły do nas dzieci.
Powiedziałaś:
po co wybrałaś taki kierunek studiów, przecież nic z niego nie będziesz miała.
A ja po prostu chciałam poszerzyć moją wiedzę o to, co mnie interesuje.
Powiedziałaś:
nie dałam ci nic do czytania na występ, bo nie chodzisz na próby.
Inni też nie chodzą, a mimo to występują na przedstawieniach.
Powiedziałaś:
będziesz mogła zorganizować wycieczkę dla nas do Wadowic.
A potem wiosną słyszałam, że pojedziemy jesienią,
a jesienią - że na wiosnę.
Powiedziałaś:
Te 10 słów pieśni będzie twoim zadaniem do zaśpiewania.
Dlaczego więc na moich oczach dałaś je po roku komuś innemu mówiąc:
"On będzie się z tego cieszył"
Ale ja też się cieszyłam.
Cieszyłam się z Twoich obietnic na normalność.
Ale mi chyba nie wolno się cieszyć.
Ani mieć planów i marzeń.
Bo zawsze mi udowodnisz, że będę gorsza od innych.
Za każdym razem czuję się oszukana i zdradzona.
Za każdym razem z oczu kapią mi łzy.
Za każdym razem słyszę od Ciebie: "Zrozum mnie..."
Ja mogę Ciebie zrozumieć, ale czy zaznam tego samego od Ciebie?

Po raz kolejny zawiodłam się na jednej i tej samej osobie. Tym razem jednak czara goryczy się przelała. Nie chcę wnikać w szczegóły, bo to nie jest tego rodzaju blog. W każdym razie po raz kolejny polały się z moich oczów łzy rozczarowania. Nie robi się takich rzeczy... Nie robi się takich rzeczy na oczach innych, zwłaszcza tych, których to dotyczy. Walczę, ale po prostu mam coraz mniej sił na tą walkę. I na pewno coraz mniej motywacji...
Na razie muszę to wszystko przetrawić, przeanalizować. Jutro mam kolejny bieg, będzie więc dużo czasu ku temu.
P.S. Tylko mi nie radźcie rozmowy z tą osobą. Chyba jej długo nie zaufam. Poza tym zawsze znajduje taki argument, że rozmówca nie wie jak się bronić. A ja wbrew pozorom nie jestem dobrym rozmówcą...

czwartek, 24 października 2019

1044. O Jerzym Kukuczce w 30 rocznicę śmierci

Pomnik Jerzego Kukuczki znajdujący się od 2015 roku przed
głównym wejściem do AWF Katowice(źródło zdjęcia)
Moje pierwsze studia z zarządzania pobierałam na AWFie w Katowicach. Uczelnia ta nosiła, i w dalszym ciągu nosi, imię jednego z najwybitniejszych polskich taterników, alpinistów i himalaistów - Jerzego Kukuczki. Szczerze powiedziawszy, kiedy składałam na niej papiery, niewiele wiedziałam o jej patronie. Tak się jednak złożyło, że podjęcie studiów, a następnie ich inauguracja, zbiegła się w czasie z 20 rocznicą śmierci patrona uczelni(24 październik 1989 - październik 2009). 
Była to uroczysta gala w Teatrze Nowym w Gliwicach. Pamiętam, że kilka słów skierowała do nas przyszła złota medalistka w biegach narciarskich podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Vancouver i Soczi, Justyna Kowalczyk, absolwentka studiów magisterskich na tejże uczelni. I pamiętam ogromne formaty czarno-białych zdjęć przedstawiających Jerzego Kukuczkę podczas zdobywania kolejnych szczytów górskich. Czy był tam wtedy ktoś z jego rodziny? Tego moja pamięć nie zanotowała, niestety. Na pewno były jednak jakieś wspomnienia o patronie, jak przez mgłę słyszę głos rektora przypominający, jak 24 października 1989 roku spiker telewizyjny mówi o tragedii, jaka rozegrała się w Nepalu.
Szczerze powiedziawszy na tamten czas(2009 rok) niewiele było książek poświęconych Kukuczce, nawet w naszej uczelnianej bibliotece(co bardzo mnie zaskoczyło), a jego nazwisko i życiorys często pojawiało się w opracowaniach "przy okazji". Na zajęciach, przynajmniej na wydziale zarządzania, też nie poświęcano mu zbytnio uwagi. Swoją wiedzę na temat patrona uczelni czerpałam więc głównie z internetu, ale umówmy się - nie licząc wikipedii(która też nie zawsze jest wiarygodna), były to bardzo chaotyczne informacje. Dlatego, kiedy w 2016 roku pojawiła się książka "Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście" postanowiłam ją zdobyć. Ot, choćby po to, aby umieć odpowiedzieć na pytania dotyczące patrona mojej pierwszej uczelni.

Tytuł: "Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście"
Autorzy:  Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski
Wydawnictwo Agora SA
Warszawa 2016
Ilość stron: 400

Wiadomość o śmierci polskiego himalaisty Jerzego Kukuczki podczas zdobywania kolejnego szczytu na pewno wstrząsnęła niejednym Polakiem. Ci, którzy nie śledzili jego poczynań, zapewne na chwilę zatrzymali się aby pomyśleć
Kiedy pierwszy raz wzięłam do ręki książkę Dariusza Kortko i Marcina Pietraszewskiego, poczułam się tak, jakbym cofnęła się w czasie. Pierwsze co zwróciło moją uwagę, to wbrew pozorom nie sam tekst, ale przepiękne zdjęcia z wypraw Kukuczki w ukochane góry. I nie tylko, bo w publikacji znalazło się też miejsce na te ukazujące życie prywatne himalaisty. Nawet te czarno-białe robiły piorunujące wrażenie. Każde z nich jest opisane, każde z nich zostało dobrane po przemyśleniu. 
Co do tekstu, to można zaliczyć go do biografii. Całość została ujęta w siedemnastu rozdziałach, którym zostały przypisane tytuły - klucze. Historia zaczyna się od wspomnienia ostatniej wyprawy na górę Lhotse. Tą, gdzie stracił swoje życie. Kilka godzin po tragedii do drzwi katowickiego mieszkania Kukuczków puka prezes klubu wysokościowego w mieście wraz z żoną. Kiedy żona Jerzego, Celina, otwiera drzwi, już wie z czym przychodzą. Wie, że straciła męża, a ich synowie, Maciek i Wojtek, ojca. I że nic już nie będzie takie same. Oni nic nie musieli mówić. To się po prostu czuje. A przecież Jerzy jeszcze przed tą tragiczną wyprawą planował wybudować dom, żeby nie gnieździli się w małym mieszkaniu w bloku. Tak bardzo się cieszył na tą myśl. Tym bardziej, że Polska wkraczała w nową erę, w której wszystko miało być lepsze i bardziej dostępne.
Życie Jurka z jednej strony było zwyczajne. Urodził się w Katowicach i tam też wychowywał w jednym z robotniczych familoków. Uczęszczał do szkoły. Nie od razu jednak ciągnęło go w góry. W młodości z powodzeniem uprawiał bowiem... ciężary. Jednak w pewnym momencie lekarz zabronił mu tego sportu. Ambitny chłopak znalazł sobie więc nową pasję, której poświęcił całe swoje życie - wspinaczkę wysokogórską. W książce znajdziemy opisy większości jego wypraw wysokogórskich, które zostały uzupełnione o fragmenty prowadzonego przez niego pamiętnika oraz wypowiedzi towarzyszy jego wypraw.
Ale przecież nie samym sportem człowiek żyje. Jerzy Kukuczka miał przecież żonę, z czasem na świecie pojawiła się dwójka jego synów: Maciej i Wojtek. Mężczyzna pracuje też zawodowo, chociaż kierownictwo z powodu licznych nieobecności kilka razy chce go zwolnić ze stanowiska. Za każdym razem jednak ktoś się za niego wstawia. Kukuczka często ma problemy z finansowaniem wypraw, a nawet uzyskaniem na nie zgody, czy też zgromadzeniem wyposażenia. Nigdy jednak się nie poddaje i uparcie prze do przodu, tak jakby wiedział, że nie zostanie mu na wszystko czasu...
Ciało Jerzego Kukuczki nigdy nie wróciło do kraju. Nawet nigdy nie zostało odnalezione. Spoczęło w scenerii, którą ten Ślązak szczególnie sobie upodobał - w wysokich i tajemniczych górach. Przetrwała jednak pamięć o nim i jego wyczynach wtedy, kiedy tego typy wyprawy były niedostępne dla zwykłych ludzi. Pamięć zapisana chociażby na kartach powyższej książki. Bo przecież kiedyś poumierają wszyscy ci, którzy znali Jerzego Kukuczkę, a wraz z nimi umrą wszystkie wspomnienia. A dzięki tej książce przetrwają i będą znane też przez kolejne pokolenia.

środa, 23 października 2019

1043. I jak tu nie kochać jesieni?

Piękna polska jesień cieszy swoimi kolorami i bogactwem darów. Na wielu blogach czytam opisy wędrówek po lasach, kto jednak powiedział, że w mieście, wśród bloków nie znajdziemy jej piękna?Co rusz napotykam się na jakiegoś kasztana, żołędzia, czy też szyszkę, którą wiatr strącił z otaczających parkowe alejki drzew. Zdmuchiwane przez wiatr kolorowe liście tańczą sambę w powietrzu. A ptaki? Ptasie trele wygrywają najpiękniejsze melodie, jakie stworzyła natura. Czasami mam ochotę rzucić się w zagrabione kupki liści. Ktoś jednak się napracował, aby taka kupka powstała. Nikt z nas pewnie nie cieszyłby się, gdyby zniszczono efekt jego ciężkiej pracy. Dlatego hamuję się przed tym szaleństwem, a upust moim emocjom daję np. w tworzenie nowych wierszy. Nie są one idealne, ale cieszą. A oto jeden z najnowszych moich wytworów.

Jesienny song
Chodzi jesień po świecie,
z pełnym liści nałęczem,
co mieni się w słonecznym blasku.
Chodzi jesień po świecie,
w rękach kosz grzybów niesie,
pełen borowików i pachnących kurek.
Chodzi jesień po świecie,
gubi kasztany i żołędzie,
które wiatr zawiesi później na drzewach.
Chodzi jesień po świecie,
wypędzając gromady ptaków za granicę,
aby im nie było za zimno w dni zimowe.
Chodzi jesień po świecie,
chodzi i ciągle przypomina,
"Kochani, cieszcie się kolorami,
bo już za chwilę, za moment,
przyjdzie nieubłagana zima".

Może nie jest idealny, ale cieszy tak samo, jak nasza tegoroczna jesień.

wtorek, 22 października 2019

1042. Każdy temat trzeba najpierw oswoić

Edukację, przynajmniej tą obowiązkową, ukończyłam 10 lat temu. Jednak jak większość z Was wie, pracuję z dziećmi oraz daję korepetycje, co wymaga ode mnie pewnego bycia na bieżąco z szkolnym programem nauczania. Wiadomo, w ciągu tej dekady nikt nie zrobił przewrotu na miarę Kopernika i nie udowodnił, że 2 + 2 to jednak 5(w tym przykładzie bardziej mi chodzi o jakąś rewolucję, zwłaszcza w obszarze nauk ścisłych, wszak każdy wie, że to nie Kopernik odkrył, że 2 + 2 to 4), sam program nauczania zmieniał się niczym w kalejdoskopie.
Weźmy na przykład reformę znoszącą gimnazja. Nie mnie oceniać jej słuszność, bo własnych dzieci nie mam. Jednak objęła ona m.in. M., który aktualnie jest w siódmej klasie, której program jeszcze kilka miesięcy temu był dla mnie totalną abstrakcją. Jednak w myśl zasady, że to co poznane nie jest nam obce, wypożyczyłam sobie kilka książek do matematyki i fizyki z biblioteki na wakacje(mina bibliotekarki bezcenna, zwłaszcza kiedy doszedł do tego podręcznik do rozszerzonej fizyki dla klasy 3 liceum*) i oswajałam zakres materiału. Nie było to łatwe, bo komu chciałoby się uczyć, kiedy za oknem grzeje aż miło, ale jakoś dawałam radę. Swoją drogą przypomniałam sobie, jak na drugim semestrze zarządzania miałam we wrześniu poprawkę z angielskiego i całe wakacje męczyłam się z... gramatyką. Bo słówka to pikuś. Wymęczyłam jednak na 3, która całkowicie mnie satysfakcjonowała i spokojnie zdałam na 3 semestr. Czasami nie do końca wiedziałam o co chodzi w niektórych tematach, nie jestem jednak po studiach ścisłych(naprawdę, zarządzanie jest raczej na pograniczu nauk ścisłych z humanistyczno-społecznymi i trudno je jednoznacznie gdzieś zaliczyć), nie mam więc fachowej wiedzy na każdy temat. Jest jednak internet, który na różne sposoby otwierał mi drzwi do poszczególnych tajników matematyki czy też fizyki. Co prawda nie czuję się fachowcem w tych dziedzinach, jednak moje wiadomości pozwalają mi usiąść czy to z siódmoklasistą, czy to z maturzystką, czy to z obojętnie jakim dzieckiem(bo w ramach sobotnich zajęć oratoryjnych jest też możliwość korepetycji, ale tutaj niekoniecznie musi być Oratorium) i coś im wytłumaczyć.
Np. ostatnio Słowiczek dostał czarne pełne kółko z ortografii(czyli wszytko miał dobrze - dla uczniów  z upośledzeniem umysłowym bardziej wymiernymi ocenami są znaki graficzne niż tradycyjna skala liczbowa, dlatego szkoły specjalne bardzo często się nią posługują). W sumie przez 3 godziny w sobotę(akurat nie było ani próby scholi, ani zajęć w oratorium) ćwiczyliśmy z zadaniami z "Klika"**, więc jakiś skutek tego musiał być. A z rozmowy na skeype z Archimedesem wynika, że liceum po podstawówce nie jest takie straszne i że w sumie da się je przeżyć. Tylko rodzice musieli mu wykombinować jakieś korepetycje z angielskiego, bo u nich jest słaby poziom, a on chce się dobrze z niego przygotować do matury. Taki paradoks, w większości przypadków korepetycje bierze się dlatego, że jest się z czegoś słabym, a tutaj zadziałał odwrotny mechanizm. Teoria oswajania materiału się sprawdza w 100%😃.

* wytłumaczy mi ktoś sens uczenia fizyki na poziomie rozszerzonym przy jednoczesnej nauce matematyki na poziomie podstawowym? Bo dla mnie to jakieś nieporozumienie
** taki multimedialny program komputerowy, ja jednak wydrukowałam potrzebne mi zadania

poniedziałek, 21 października 2019

1041. Można...

Można nic nie robić ze swoim życiem.
Można nie mieć planów, ani marzeń.
Można liczyć tylko na to, co przyniesie nam los.
I można mieć jeszcze wiele tego typu myśli.
Ale... W sumie to nie wyobrażam sobie życia bez celu i przynajmniej próby jego zrealizowania. A potem kolejnych i kolejnych. Bez porażek oraz sukcesów.
Bo można poddać się po pierwszej lepszej porażce i ze spuszczoną głową zejść  wszystko sobie odpuścić. Ale można też walczyć o samego siebie, do ostatniej szansy. Cieszyć się z osiągniętych sukcesów, porażki przyjmować jako lekcje życia. I dopiero na końcu zejść ze swojej sceny życia niczym niepokonany.
Za mną kolejne przebiegnięte kilometry. A przede mną jeszcze więcej.

sobota, 19 października 2019

1040. Film na sobotę - "Popiełuszko. Wolność jest w nas"

35 lat temu Polską wstrząsnęła wiadomość o uprowadzeniu znanego księdza Jerzego Popiełuszki. Kilkanaście dni później jego potwornie zmasakrowane ciało(wyniki sekcji zwłok zamieszczone zostały z prawej strony) zostało wyłowione z nurtów Wisły. Kiedy media podały tą informację, w oczach Polaków pojawiły się łzy. 3 listopada 1984 roku na pogrzebie kapłana wstawiły się tłumy ludzi, przede wszystkim wywodzących się ze środowiska ludzi pracy, którzy przybyli z różnych stron Polski pożegnać swojego kapelana. 
Film w reżyserii Rafała Wieczyńskiego "Popiełuszko. Wolność jest w nas" to fabularna opowieść o życiu Jerzego Popiełuszki z 2009 roku(wtedy też pierwszy raz go obejrzałam w ramach szkolnych rekolekcji wielkopostnych). Reżyser próbował przedstawić w nim nie tylko życie księdza, ale i wydarzenia, które wpłynęły na jego zachowanie i światopogląd.
Akcja filmu rozpoczyna się w 1956 roku w tradycyjnej, podlaskiej wsi. Kilkuletni Alfons, bo tak pierwotnie nazywał się Popiełuszko, wraz z ojcem zbierają grzyby w pobliskim lesie, kiedy nagle zza drzew wyłania się pościg za ukrywającym się w lesie partyzantem. Kiedy w oddali słychać wystrzały z pistoletu, ojciec odwraca uwagę chłopca. Chociaż dookoła panuje ideologiczny terror, rytm życia w rodzinie Popiełuszków wyznacza wiara. Mija kilka lat, Alfons, kleryk seminarium duchownego, zostaje wcielony do wojska. Pomimo surowej dyscypliny młody chłopak pozostaje wierny ideałom, które wyznaje. Spotykają go za to szykany i represje, nadwyręża swoje wątłe zdrowie, a jednocześnie zostaje duchowym przywódcą innych kleryków przebywających w jednostce. Następnie przenosimy się do roku 1980 roku, kraj coraz bardziej ogarniają strajki. Pełniący posługę duszpasterską w warszawskim kościele pw. św. Stanisława Kostki ksiądz Jerzy zostaje poproszony o odprawienie Mszy świętej dla strajkujących pracowników Huty Warszawa. Z czasem coraz bardziej angażuje się w rodzący się ruch Solidarności, ale i zaczynają się wobec niego pogróżki, które z czasem przybierają na sile.
To co zwróciło moją szczególną uwagę w filmie to dobór aktorów do odgrywanych przez siebie ról. Wielkie gratulacje dla reżysera za obsadzeniu w głównej roli mało wówczas rozpoznawalnego Adama Woronowicza, który zagrał ją z sercem. Widać było, że autentycznie przeżywa tragizm tej niezwykłej postaci. Poza tym sam Popiełuszko został przedstawiony nie jako bohater, ale zwyczajny człowiek, który np. ma problem ze śpiewem pieśni liturgicznych, czy też nazywa swojego psa "Tajniakiem". Bardzo mi się też podobał nieżyjący już Marek Frąckowiak w roli proboszcza warszawskiej świątyni. Zagrany przez niego ksiądz był równie charyzmatyczny jak Jerzy Popiełuszko, a zarazem zachowywał się jak prawdziwy ojciec - z jednej strony umiał skarcić wikariusza, a jednak stał za nim murem. Zresztą widać było, że dobór aktorów do odgrywanych przez nich ról był przemyślany i nieprzypadkowy, a każdy aktor doskonale się w niej czuł.
Druga rzecz, która zwróciła moją uwagę to wydarzenia, na tle których toczyła się akcja filmu. Już na na początku na pierwszy plan wysuwa się pościg i rozstrzelanie ukrywających się po podlaskich lasach partyzantów. A przecież to nie był jednorazowy incydent. Widzimy w filmie stosunek władzy do młodych kleryków odbywających przymusową służbę więzienną oraz w ogóle do kościoła. Jako przeciwwagę tej rzeczywistości ukazano pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II do ojczyzny, czy też pielgrzymkę ludzi pracy do Częstochowy. W filmie ukazano też takie wydarzenia jak kontrowersyjne zabójstwo Grzegorza Przemyka przez służby MO, czy też zabronienie aktorom występów na deskach teatralnych.
Trzecia rzecz, która nasunęła mi się na myśl po obejrzeniu filmu, to piękne plenery. Za pomocą kamery przenosimy się do malowniczej, chociaż ubogiej krainy Podlasia, nad polskie morze, do serca religijnego narodu, czyli na Jasną Górę. Tak, jakby reżyser sprzeciwiał się temu, że życie w okresie PRLu było szare i zdominowane przez bloki z wielkiej płyty, jakby chciał pokazać, że tamtejsze życie miało też swoje jasne strony. Chociażby przyjazdy zapracowanego Jerzego do rodzinnego domu, gdzie zawsze czekało na niego smaczne jedzenie i dobre słowo od tych, którzy naprawdę go kochali - rodziców i rodzeństwa.
Film "Popiełuszko. Wolność jest w nas" zrobił na mnie niesamowite, pozytywne wrażenie. Postać błogosławionego Jerzego Popiełuszki została w nim przedstawiona w naturalistyczny, niewyniosły sposób. W filmie nie ma czasu na gloryfikację tej postaci. Reżyser pokazał go jako człowieka z krwi i kości. Dużo scen opartych jest na kanwie prawdziwych wydarzeń, co nadaje temu wszystkiemu jeszcze większą autentyczność. Dla mnie był prawdziwą wyprawą w tamten świat, a zarazem okazją do jeszcze lepszego poznania osoby Jerzego Popiełuszki.

piątek, 18 października 2019

1039. Pogadanka o spódnicy

 - Dlaczego pani tak rzadko chodzi w spódnicach? - pani D. była wyraźnie zaskoczona tym, że zamiast tradycyjnego ,,Dzień dobry'' po przekroczeniu progu sekretariatu, z moich ust padło pytanie.
 - Dzień dobry - poprawiła mnie niczym nauczycielka unosząc swój wzrok znad komputera. W jej spojrzeniu nie było jednak nic karcącego.
 - Wie pani jak pani ładnie w środę wyglądała w spódnicy? Zupełnie inna osoba.
 - Dziękuję. Na co dzień wolę jednak spodnie. 
 - Ale mnie się naprawdę podobała pani wersja w spódnicy.
 - Tylko widzi pani, ja mam czasami tyle do chodzenia, że spodnie są wygodniejsze. W spódnicach chodzę w niedziele i święta.
 - Szkoda, że 16 października jest tylko raz w roku. I że w tym roku nie było wyróżnień dla najlepszych pracowników...
 - Nie zawsze musimy być nagradzani z górnej półki. Ważne, abyśmy lubili swoją pracę. 
 - Racja, ale miło też jest być docenionym.
 - A co do spódniczek to pani też zbyt często w nich nie chodzi - stwierdziła z uśmiechem pani D.
 - Ja tam nie mam co pokazywać. W ogóle to pod koniec października jest święto spódnicy. Może wtedy by pani w niej przyszła ponownie.
 - No proszę, co za żartowniś się znalazł. Co się tak dzisiaj pani uwzięła na tą spódnicę? Zresztą dziewiąta dwie, obowiązki czekają!(tutaj wymownie spojrzała na wiszący nad drzwiami zegar)
Podejrzewam że miało to zabrzmieć groźnie, ale nie za bardzo jej wyszło. Skutek był taki, że parsknęłam śmiechem. A potem miałam głupawkę do końca dnia. Ludzie dziwnie na mnie patrzyli. Ale jak sobie przypomnę jej ton i wymowną minę, to innej reakcji nie mogło być.

czwartek, 17 października 2019

1038. To mi chłopak zaimponował...

Zupełnie przypadkowo spotkałam ostatnio na przystanku jednego z moich starych znajomych. Właściwie to widzieliśmy się tylko raz, podczas wycieczki do Włoch w 2013 roku. Jednak to co zrobiliśmy w autokarze w drodze powrotnej do Polski zapadło w pamięć niejednemu jej uczestnikowi - otóż w pewnym momencie T. zaczął chodzić po pojeździe i zachęcać innych do zatańczenia w nim. Pomysł w pierwszej chwili szalony, toteż raczej nie było ku temu chętnych. Widząc rozczarowanie na twarzy chłopaka postanowiłam zgodzić się na jego prośbę. Jedyne co z tego pamiętam to to, że tańczyliśmy do tej piosenki w wykonaniu zespołu "Bayer Full":
I to, że zaskoczeni ludzie zaczęli cykać nam zdjęcia...
Na zdjęciu tego nie widać, ale uwierzcie mi, że co chwilę odwracali głowy w naszym kierunku, a na zakończenie bili nam nawet brawo.
Jak to zwyczajowo bywa, podczas spotkania wywiązała się rozmowa typu "Co u ciebie słychać?". Pokrótce opowiedziałam mu co u mnie, jak się miewam itp., po czym skierowałam to pytanie w stosunku do niego.
I tutaj mnie chłopak zaskoczył. Ogólnie to T. od kilku lat jest uczestnikiem Warsztatów Terapii Zajęciowej. On jednak szybko uznał, że to jest tylko kręcenie się w kółko i zabijanie czasu. I właściwie nic z tego nie ma. Dlatego postanowił zrobić krok na przód i zapisał się do liceum uzupełniającego dla dorosłych (z tego co mi wiadomo, to ma wykształcenie zawodowe). Chce zrobić maturę, być może iść na studia związane z historią, która jest jego pasją. Będzie mu dużo trudniej niż reszcie, bo jednak ma lekkie upośledzenie umysłowe, wierzę jednak, że jakoś mu się uda. Tym bardziej, że większość uczestników WTZ traktuje je jako bezpieczną przystań, w której najchętniej spędziłoby całe swoje życie. Tymczasem niewiele ludzi pamięta, że pierwotnym założeniem takich placówek była aktualizacja uczestników na gruncie zawodowym. Wiem, że nie we wszystkich przypadkach tak się da, ale w większości jest to możliwe. Niestety, WTZ-ty poszły w zupełnie innym kierunku i stały się "przechowalnią" osób niepełnosprawnych. Skutkuje to tym, że tracą one motywacje do rozwijania się. I koło się zamyka.
Dlatego tym bardziej imponują mi tacy ludzie jak T., którzy chcą działać i się rozwijać, które nie chcą stać w miejscu i być biernymi na to, co się dzieje dookoła. I nawet jeżeli mu się nie uda, to zdobył u mnie prawdziwe uznanie. Nawet zaproponowałam mu pomoc w matematyce w razie czego(chociaż czasami po sprawdzeniu arkuszy maturalnych Młodszej mam wątpliwości, czy 2 + 2 to na pewno 4). I oczywiście zawsze będę w niego wierzyć, bo zasługuje na to.

środa, 16 października 2019

1037. Pozabiegowe przemyślenia

Skończyły mi się pierwsze zabiegi rehabilitacyjne, te wykupione na "Hucie Katowice"(10 masaży i 10 ćwiczeń ogólnych). Piorunujących efektów mi to nie przyniesie, a już na pewno nie ten wymiar czasowy. Ale zawsze coś. 
Co do masaży nic nie mam. Tak jak pisałam, miałam je z niewidomym masażystą. Ależ on miał siły w rękach. I nawet na koniec stwierdził, że widzi(ot, ten paradoks o którym pisałam w jednym z poprzednich postów) wyraźną poprawę, zwłaszcza w lewej ręce.
Za to rehabilitant... Ogólnie nic do niego nie mam. Ale zastanawiam się, co ci fizjoterapeuci mają z tym, że każde polecenie wypowiadają z naciskiem na końcówkę "-my".
Zaraz, zaraz, zaraz, jakie właściwie my? Przecież to ja wykonuję dane ćwiczenie, bez udziału, a na pewno już z bardzo małym, rehabilitanta. Więc jakie "my"? Nie rozumiem tej identyfikacji z pacjentem, zwłaszcza, kiedy to on sam wykonuje dane zadanie. Spokojnie wystarczyło by polecenie "Proszę zrobić to i to", czy też "Zrób to i to", a nie "Zrobimy to i to". Bo nie zrobimy. Co najwyżej ja zrobię. A te pierwsze rozkazy brzmią bardziej dojrzale. 
A może sami jesteśmy sobie winni? Pomijając to, że czasami nasz wygląd może naprawdę zaniżać naszą metrykę(wiem coś o tym) to może sami powodujemy, że inni traktują nas jak wieczne dzieci. Czasami nawet nieświadomie. MPDziaki, doroślaki - wiele razy czytałam takie żartobliwe określenia względem niepełnosprawnych. Czasami były one używane przez rodziców w stosunku do swoich dzieci, a czasami wręcz przez samych niepełnosprawnych. Tak, wiem, czasami jest to wołanie o pomoc dla najbliższych, a innym razem próba pogodzenia się ze schorzeniem. No bo przecież są to takie miłe dla ucha określenia, o wiele lepsze np. od mózgowego porażenia dziecięcego. Tylko, że często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że takie zdrobnienia wychodzą poza nasze środowisko i trafia do społeczeństwa, które w większości działa na zasadzie skojarzeń. A jakie jest pierwsze skojarzenie do MPDZiaka, czy też doroślaka? Nie zdziwię się, jeżeli okaże się, że to... dzieciak. I tak też czasami jesteśmy traktowani - jako nierozumne dzieci. Problem jest tylko jeden - każdy z nas ma swoją godność. I nawet kiedy jesteśmy "więźniami własnych ciał" nie oznacza to, że nie rozumiemy tego, co się dzieje dookoła. Pamiętajcie jednak, że nie zawsze każdy z nas będzie umiał w odpowiedni sposób zareagować, chociażby z powodu problemów werbalnych.
Dlatego sama przedstawiam się w "normalny" sposób: "Witajcie, jestem Karolina, ale możecie zwracać się do mnie Lolek i jestem dorosłą osobą, z mózgowym porażeniem dziecięcym, pozwólcie jednak, że będę używała tutaj ogólnie przyjętego skrótu MPD". Od razu dojrzalej brzmi, czyż nie? 
A z drugiej strony cholernie cieszę się z tego, że większość wykładowców na studiach zwracała się do mnie per Pani(oczywiście byli też tacy, którzy mówili per ty, ale zauważyłam też, że w stosunku do innych się tak samo zwracali, więc się nie czepiam), co podkreślało mój statut jako studenta i w końcu jako obywatela. To ważne, kiedy naprawdę nie za bardzo wygląda się na swój wiek.

poniedziałek, 14 października 2019

1036. Najpiękniejsza laurka...

Czasami zdarza się, że przeglądając internet natchnę się na jakiś artykuł, który szczególnie zwraca moją uwagę. Niejednokrotnie dzielę się nim później z Wami na blogu. Tak będzie i tym razem. I chociaż poniższy tekst oryginalnie ukazał się w czerwcu b.r. postanowiłam poczekać z jego publikacją do Dnia Nauczyciela. Dlaczego? Ponieważ wydaje mi się, że każdy nauczyciel chciałby otrzymać taką "laurkę". Zapraszam zatem do lektury.

Opowieść o polonistce, która obiecała sobie, że żaden uczeń nie będzie przez nią płakał
Katarzyna Michalak, 28 czerwca 2019 r

Beata Nowak, nauczycielka z III LO zmarła we wrześniu ub. roku(EWELINA SZWENDROWSKA)
Kiedy przychodzę do niej wieczorem 14 września, by poczuć resztki jej ciepła, w szpitalnej sali zastaję tych, którzy najbardziej ją kochali. Czuję, że nie zasłużyłam, aby tu być, a jednocześnie tak bardzo chcę wyrazić swą wdzięczność.

Kobalt
Kobalt. Wtedy poznałam znaczenie tego słowa. Patrzyłam na nią i pomyślałam, że nie każdemu byłoby ładnie w tym odcieniu niebieskiego. 
Ubrana w kobaltową sukienkę na ramiączkach szła alejką w kierunku stołówki, rozprawiając o czymś z dziewczynami - tak samo jak one szczupła i świeża. Pomyślałam: jakie to ciekawe połączenie - ten szalony niebieski i czarne jak heban, długie włosy. I jeszcze uśmiech, trochę nieśmiały, trochę frywolny. I głos. Raczej niski, cichy.
Lublin. Polonistka Beata Nowak podczas warsztatów dziennikarskich. Materiały organizatora akcji
Beata Nowak. Polonistka z III LO w Lublinie. Tyle o niej wiedziałam. W lipcu 2009 roku przyjechaliśmy do Siennicy Różanej koło Krasnegostawu na pierwszą edycję Wakacyjnej Akademii Reportażu im. R. Kapuścińskiego. Beata ze swoimi uczniami, ja z wykładami o radiu. Projekt - fenomen. Do małej wioski na Lubelszczyźnie jego pomysłodawcom: Franciszkowi Piątkowskiemu - dziennikarzowi i wykładowcy z UMSC i Markowi Kusibie - poecie z Kanady, udało się sprowadzić największe tuzy reportażu: Małgorzatę Szejnert, Hannę Krall, Andrzeja Mularczyka, Wojciecha Jagielskiego i wielu innych. Powietrze pomiędzy Gminnym Domem Kultury a Internatem Zespołu Szkół Rolniczych z dnia na dzień gęstniało od dyskusji, śmiechu, zapachu róż i skoszonej trawy. Wyjątkowa atmosfera, by napisać coś swojego pod okiem Mistrzów, ale przede wszystkim, by spotkać prawdziwie drugiego człowieka.
W wykładach i warsztatach uczestniczyli studenci kierunków humanistycznych z kilku polskich uczelni. Tylko dla Beaty zrobiono wyjątek - mogła przyjechać ze swoimi licealistami. Miała imponujące wyniki. Beata, nauczycielka zafascynowana dziennikarstwem w duchu Kapuścińskiego, już od dziesięciu lat wydawała w szkole czasopismo "Sensor". Wielu jej wychowanków odnosiło sukcesy, pracując w ogólnopolskich mediach. Ona sama twierdziła, że czuje się bardziej dziennikarką niż nauczycielką. Kiedy siadałyśmy wieczorem w altanie przy piwie, obserwowałam prawdziwą magię. Między nią a młodszymi średnio o 20 lat uczniami nie było żadnego dystansu. Gadali ze swoją Sorką o życiu, ale też o literaturze. Nie wierzyłam własnym uszom, jak recytowali na głos teksty, wiersze(byłam pewna, że współczesna młodzież tego już nie praktykuje). Prowadzili w ten sposób rozmowę. A potem były opowieści o jej Podkarpaciu. O miasteczku Nowy Żmigród, gdzie życie toczyło się na ulicy. Ulica, przy której mieszkała z rodzicami i rodzeństwem, nazywała się Wenecja, a Beata była jej królową - animatorką przedstawień, koncertów, wieczorków. Znali i kochali ją tam wszyscy.
Pewnego wieczoru w Siennicy obiecała, że zabierze mnie do swojego przyjaciela - niepełnosprawnego poety - Janusza Szubera z Sanoka.
Miałyśmy plan, by jechać w Bieszczady następnego lata. A wspólne plany oznaczały jedno: nie chcemy wyjechać z Siennicy i zapomnieć o sobie.

Heban
Beata uwielbia Kapuścińskiego. Przede wszystkim jako mistrza życia. Uwielbia poezję Julii Hartwig(której kiedyś asystuje) i księdza Szymika. Uwielbia Perfekt. W czasie lekcji o Norwidzie włącza ich przebój "Niepokonani". W wierszu "Po to właśnie" jest taki cytat: "Czy popiół tylko zostanie i zamęt/Co idzie w przepaść z burzą?/Czy zostanie/Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament/Wiekuistego zwycięstwa zaranie?".
Perfekt zaś śpiewa: "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść Niepokonanym, wśród tandety lśniąc jak diament".
Odległa w czasie, hermetyczna poezja staje się w ten sposób bardzo bliska. Akordy "Niepokonanych" to sygnał jej komórki. "Niepokonani" zagrani przez szkolny radiowęzeł to znak, że klasa chce ją za coś przeprosić.
A w ogóle lekcje. Dociera do mnie co nieco, bo sama niewiele o tym mówi. Zdarza się, że na zajęciach zasuwają zasłony. Zapalają świeczki, recytują, stojąc na ławkach. Piją herbatę, albo barszczyk czerwony z torebki. Rozmawiają o literaturze, gramatyce, życiu. Beata łamie schematy, nie naucza według klucza, ale każdego roku jej uczniowie wygrywają olimpiady. Są też tacy, o których walczy, nawet gdy oni sami nie mają już siły. Nikogo nie pozostawia na drugi rok. Kiedyś wspomina, jak w liceum polonistka ostudziła jej zapał i wiarę w siebie.
Beata wtedy momentalnie z entuzjastki zmieniła się w wycofaną dziewczynę, choć nie porzuciła marzeń o nauczaniu. Obiecała sobie jednak, że będzie takim nauczycielem, przez którego nikt nie zapłacze.
Beata Nowak, nauczycielka III LO w Lublinie EWELINA SZWENDROWKA
Z zazdrością słucham jej opowieści o przyjaźni z Alicją Kapuścińską i wizytach w pracowni autora "Hebanu". Jeździ do Warszawy, rzecz jasna, ze swoją klasą. Tak jak Piątkowski i Kusiba - twórcy Wakacyjnej Akademii Reportażu - Beata nie zgadza się na dziennikarską bylejakość i łamanie standardów etycznych. Z Kapuścińskiego bierze przesłanie coraz mniej rozumiane w świecie współczesnych mediów: do tego, żeby uprawiać dziennikarstwo, przede wszystkim trzeba być dobrym człowiekiem. Źli ludzie nie mogą być dobrymi dziennikarzami. (...) Jedynie dobry usiłuje zrozumieć innych, ich intencje, ich wiarę, ich zainteresowania, ich trudności, ich tragedię("Autoportret reportera"). Słowa te stają się mottem Warsztatów Dziennikarskich, które organizuje rokrocznie na wiosnę w siedzibach lubelskich mediów. O pracy w zawodzie opowiadają znani dziennikarze, wśród nich - jej uczniowie. Na widowni zasiada ponad dwustu gimnazjalistów i licealistów z Lubelszczyzny i jej ukochanego Podkarpacia. Podczas otwarcia wydarzenia słuchamy "Niepokonanych".
A latem jest Siennica.
Bieszczady jeszcze muszą poczekać. Brakuje czasu.
W marcu 2016 roku Beata przychodzi do radia, by przy kawie porozmawiać o organizacji kolejnej edycji Warsztatów. "Musicie mi pomóc. Czeka mnie przeszczep szpiku. 50 procent szans".

Lekcja
Beata od wielu lat chorowała. W 2016 r. nastąpiło tąpnięcie. Poznałam znacznie trudniejszy wyraz: mielofibroza. Włóknienie szpiku kostnego to rzadki nowotwór związany z nieprawidłowym funkcjonowaniem szpiku. Trzeba znaleźć dawcę. Co do tego, że dawca dla Sorki się znajdzie, nie mają wątpliwości uczennice Beaty, które wraz z fundacją DKMS organizują w Lublinie trzydniową akcję rejestracji potencjalnych dawców szpiku. Przez trzy dni rejestruje się ok. 1000 osób. W lipcu Beata trafia do kliniki w Katowicach. Odizolowana od świata, za kilkorgiem szklanych drzwi wciąż przyjmuje gości, uczniów i przyjaciół. Metoda jest taka. Beata staje za szybą, a rozmawia się przez telefon. W grudniu samolotem zza oceanu przylatuje do Sorki szpik. Niestety, nie przyjmuje się. Beata wraca do szpitala w Lublinie - jest jeszcze szansa na metodę eksperymentalną. I właśnie tu, w klinice przy Karmelickiej, uczymy się od Beatki najwięcej. Przychodzimy z pytaniem, jak się czuje, i po chwili odkrywamy, że to ona wypytuje o naszą codzienność. Przez internet wyciąga jednego z uczniów z depresji. Organizuje zbiórkę pieniędzy dla Kamili - młodej dziewczyny z sąsiedniego łóżka. Doradza, łagodzi spory. Prawie nigdy nie jest sama. "Niepokonani" w telefonie rozbrzmiewają setki razy na dzień. Do jednej z uczennic napisze:
"Pamiętasz... jak zawsze ubolewałam nad samotnością? Dziś wszyscy przychodzą do mnie... cud".
Kiedy przychodzę do niej wieczorem 14 września, by poczuć resztki jej ciepła, w szpitalnej sali zastaję tych, którzy kochali ją najbardziej. Czuję, że nie zasłużyłam, aby tu być, a jednocześnie tak bardzo chcę wyrazić swą wdzięczność. Myślę o tym, jak to dobrze, że uśmiechnęła się do mnie kiedyś czarnowłosa kobieta we kobaltowej sukience i zaprosiła do swojej klasy. 
Może kiedyś razem pojedziemy w Bieszczady.
Na razie napisałam dla mojej Sorki wiersz:
Powiedziałaś:
pojedziemy w Bieszczady
do przyjaciela poety

ja będę prowadzić
ty tylko patrzeć i słuchać
rozpuścimy włosy
i ruszymy w świat

Powiedziałaś:
poeta na pewno cię zachwyci
ma chore ciało 
lecz wciąż pałające serce 
opowieścią zamienia życie w los

Powiedziałaś:
najlepiej jechać późnym sierpniem
gdy niskie słońce
zmiękcza kontury gór i twarzy
a wieczorem można zawinąć się w koc i pić nalewkę

przyszedł sierpień
nie miałam czasu

przyszedł drugi
nie miałaś włosów

przyszedł trzeci
ten który był ostatnim

i tylko tyle dziś pamiętam 
z naszej podróży w Bieszczady 
do poety 
który życie zamieniał w los.

Beata Nowak(z lewej) z autorką tekstu Katarzyną Michalak, Archiwum prywatny
Katarzyna Michalak - reportażystka radiowa. Od 2001 r. pracuje w Polskim Uprawia głównie feature, czyli reportaż artystyczny - gatunekj z pogranicza dziennikarstwa i literatury, muzyki i filmu. Radiu Lublin. Laureatka wielu znaczących nagród europejskich. W ub. r. zdobyła Nagrodę Grand Press za reportaż "Człowiek, którego nie znałem". Inspiracją dla autorki była praca nagrodzona w konkursie "Najważniejszy człowiek w moim życiu", który towarzyszył pierwszej edycji Akademii Opowieści.

źródło tekstu: http://wyborcza.pl/AkcjeSpecjalne/7,155762,24939278,opowiesc-o-polonistce-ktora-obiecala-sobie-ze-zaden-uczen.html

I tak zupełnie na koniec wszystkim nauczycielom składam najszczersze życzenia z okazji ich święta.

niedziela, 13 października 2019

1035. I od razu poprawia mi się humor

Czy tylko u mnie to wykonanie wywołuje uśmiech na twarzy:
Ot, taki przerywnik pomiędzy sprawami dnia codziennego.

sobota, 12 października 2019

1034. Pierwsze zajęcia w Oratorium za nami, z jesiennymi kadrami w tle

Niestety, plan wyjazdu grupowego w góry musieliśmy przełożyć na wiosnę. Tak się złożyło, że główna organizatorka złapała jakiegoś wirusa i wszystko odwołała. Wiadomo, zdrowie ważniejsze. Po długiej konwersacji na messengerze zdecydowaliśmy, że nadrobimy to wiosną. Teoretycznie moglibyśmy w jakimś późniejszym jesiennym terminie, ale wiadomo, że i dzień się robi coraz krótszy, i coraz zimniej jest na dworze. Spokojnie, poczekamy na korzystniejszy czas. Ja i tak jestem szczęśliwa już z tego, że zaproponowali mi ten wyjazd bez żadnych dziwnych podtekstów. Jak równemu sobie. 
W związku z tym, że nie pojechałam w góry, poszłam na zajęcia w Oratorium. Pierwsze w tym roku. Jeszcze na spotkaniu organizacyjnym zastanawialiśmy się ile przyjdzie dzieci i czy w ogóle przyjdą. Finalnie pojawiło się 11 dzieci. Dużo to i mało. Zależy z której strony spojrzeć. Chociaż bardziej zawiedziona jestem z animatorów. Zadeklarowało się, że będzie ponad 10, a w rezultacie przyszło 6. Najgorsze jak dla mnie jest jednak to, że w ostatniej chwili piszą, że ich nie będzie. A Boski Oski wydaje się zupełnie nie zwracać na to uwagi. Trochę to przykre. Tak samo jak to, że coraz częściej przestaje się zauważać mnie, jako tego najbardziej doświadczonego animatora na polu walki(aż trudno uwierzyć, że to już 9 lat w tej organizacji)... Może nie jestem tak szybka i wygadana jak inni, ale to przecież nie musi oznaczać, że ma się mieć gdzieś to co chcę powiedzieć. I nie chodzi mi o to, że nie słuchają mnie dzieciaki, bo one akurat mnie słuchają. Mnie po prostu zaczyna ignorować "góra"...
Pomińmy jednak moje żale i wróćmy do Oratorium. Na pierwsze spotkanie zaplanowaliśmy coś w rodzaju podchodów w pobliskim parku miejskim. Ponieważ nie wiedzieliśmy ile dokładnie będzie dzieci, zrobiliśmy tylko jedną grupę, z którą chodziliśmy. 
Zadania w parku były różne - dzieciaki miały np. zebrać liście z 10 różnych drzew, poprosić ludzi będących w skateparku o zrobienie jakiejś sztuczki na deskorolce, wykonać jakieś zadanie w parku sensorycznym, przebiec przez fontanny, zatańczyć przed PKZ-tem, zmówić modlitwę w miejskiej bazylice, kupić kilo kiełbasy, czy też zagrać w klasy. A wszystko to odbywało się w cudownej jesiennej scenerii:
Ogólnie jak dla mnie było za mało animatorów(3) na taką liczbę dzieci. Co prawda na koloniach miałam większą gromadę, ale tam nikt mi nie wchodził w drogę. A tutaj - ledwie upomniałam jedno dziecko, już ktoś inny mi przerywał.
Po jakiś 1,5 godziny wróciliśmy do Oratorium, gdzie już czekał na nas rozpalony grill. Jeszcze tylko trzeba było wrzucić na ruszt kupioną kiełbasę i wśród zabawy, śmiechów i chichów czekaliśmy na upragniony posiłek. A liczba dzieci nam się powiększyła, bo przed budynkiem czekali już na nas H. z siostrą M., którzy po próbie scholi(ja sobie nią podarowałam, bo przecież były podchody na mieście). postanowili do nas na chwilę dołączyć. Dosłownie na chwilę, ponieważ ledwie zjedli swoją kiełbasę, już musieli pędzić na działkę. Ale i samo Oratorium miało skróconą formę, bo kończyło się już o godzinie 13:00. Nawet i dobrze, bo silny wiatr raz po raz zwiewał coś z wyniesionych na zewnątrz stołów(mnie np. zwiał papierowy talerz z kiełbasą).
Na koniec jeszcze animatorzy mieli swoje spotkanie podsumowujące dzień(oczywiście moje uwagi zostały w idiotyczny sposób skomentowane) i mogliśmy iść do domów. Chociaż nie, wcześniej jednak Boski Oski zapytał, czy ktoś z nas nie chce przyjść na wieczorne spotkanie grup parafialnych. I chociaż wskazał osobę, to zapytał o to każdego z nas z osobna. I teraz żałuję, że powiedziałam "nie"(chociaż on pewnie się z tego cieszył), bo może udałoby się wreszcie zrealizować obiecaną mi 5 lat temu wycieczkę do Wadowic(tzn. obiecali mi, że będę mogła ją zorganizować w ramach praktyk studenckich). Za rok przypada 100 rocznica urodzin Jana Pawła II, okazja ku temu byłaby idealna. Trudno jednak się przełamać, kiedy traktują cię jako tą gorszą, naprawdę trudno. Może uda mi się to zrobić na przyszłym posiedzeniu?

piątek, 11 października 2019

1033. "A widział pan wczorajszy mecz"?

 - A widział pan wczorajszy mecz? - zapytałam masażystę podczas kolejnego zabiegu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że mężczyzna jest niewidomy(a i tak masuje lepiej od niejednego bez wady wzroku). Pan M. zwrócił twarz w moim kierunku.
 - Widziałem, a pani?
 - Też.
 - I jak się pani podobał?
 - Wynik niezły, ale całość od strony wizualnej to już lipa...
 - Też tak uważam. Widziałem lepsze akcje.
Dla nas zwyczajna rozmowa. Dla nieobytych z niewidomymi może jednak wydawać nieco dziwna. No bo dlaczego mówi się do niewidomych "czy widziałeś", czy też "do widzenia"? Przecież oni i tak nie widzą, więc tego typu zwroty wydają się być całkowicie bezsensowe. Tymczasem oni sami zwracają się tak do innych. Bo może nie widzą oni oczami, ale np. słuchem i dotykiem. Jak wiecie przez pewien czas chodziłam do szkoły dla dzieci niepełnosprawnych, do której uczęszczały też dzieci niewidome. Jaki oni mieli do siebie i swojej ułomności dystans, a ich ulubionym zwrotem było "Nie widzę przeszkód", które wypowiadali z uśmiechem na twarzy. I my też śmialiśmy się z tego.
Pamiętajmy też, że współczesna technika poszła niesamowicie do przodu, niewidomi zaś korzystają z szerokiej gamy aplikacji i programów, które niejako zastępują im oczy. Dlatego wcale nie zdziwiło mnie to, że pan M. powiedział, że widział ten mecz, ponieważ mógł np. włączyć autodestrukcję albo wysłuchać całej relacji w radiu, i w ten sposób "zobaczyć" co się dzieje na murawie.
A więc kochani, jeżeli będziecie mieli kiedyś wątpliwości czy powiedzieć do niewidomego np. "do widzenia", bo nie wypada, to nic się nie martwcie, tylko mówcie tak. Bo oni widzą, tylko na swój sposób.

czwartek, 10 października 2019

1032. Na kanwie Literackiej Nagrody Nobla

Jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość o przyznaniu polskiej pisarce, Oldze Tokarczuk, Literackiej Nagrody Nobla za 2018 rok(w tymże roku nie została ona przyznana, z powodu skandalu w komitecie wyborczym). 
Z jednej strony radość, bo praca kolejnego Polaka została dostrzeżona w świecie. Z drugiej strony w sieci pojawiło się mnóstwo tzw. hejtu. Czytałam te komentarze, czytałam i własnym oczom nie wierzyłam.
Skąd w ludziach tyle jadu i nienawiści do drugiego człowieka. W katolikach! Dlaczego tak bardzo pomiatamy drugim człowiekiem, chociażby za pomocą słów, tylko dlatego, że ma na pewne sprawy inny pogląd niż nasz. Wielu zarzuca Tokarczyk to, że częściej bywa w Niemczech niż w Polsce. Tak, jakby zapominali, że Maria Skłodowska-Curie też zdobyła Nobla będąc we Francji. To była inna sytuacja? A komu to oceniać? Zarzuca się jej też wiele kontrowersyjnych idei, m.in. to, że popiera pomoc dla uchodźców, że jest feministką, że jest za świeckim państwem. Tylko, że ma prawo myśleć co chce, o ile nie obraża tym myśleniem innych osób. Coraz częściej wstydzę się za innych katolików, za ich pogardę do wszystkiego, co nie skłania się ku Bogu. A gdzie w tym wszystkim miłosierdzie wobec bliźniego? Niektóre ich wypowiedzi są jeszcze bardziej ziejące od nienawiści niż wypowiedzi pisarki. Piękne dajemy świadectwo naszej wiary, oj piękne.
Przyznam szczerze - nie znam książek Olgi Tokarskiej, z jej twórczości przeczytałam tylko "Prawiek i inne czasy". Jakoś mnie jednak nie przekonała do jej stylu pisania. Może byłam za bardzo niedojrzała emocjonalnie (miałam zaledwie 13 lat), może teraz odebrałabym ją inaczej? Nie szydzę jednak z jej twórczości. Zresztą nie tylko jej. Pamiętacie może notatkę na temat książek Browna(jeżeli nie to zapraszam >>tutaj<<). Mam wrażenie, że tutaj zadziałał podobny mechanizm. Zastanawiam się tylko, czy ci, którzy tak bardzo krytykują książki noblistki sięgnęli po chociaż jedną z nich, czy tylko snują swoje wywody w oparciu o to, co usłyszeli, czy też przeczytali np. w Internecie. Przy okazji przypominają mi się słowa mojej polonistki z liceum: "Trudne książki są dla mądrych ludzi. Bo tylko oni zrozumieją ich sens. Dla wszystkich innych pozostaje literatura lekka i przyjemna, nie wymagająca zbytnio myślenia i analizy". Puenta? Nie wszystkie książki nadają się dla wszystkich. I na przekór innym gratuluję pani Oldze tak wysokiego wyróżnienia!

A automatyczna sekretarka z serwisu naprawczego oddzwoniła, a jakże. Tylko że o 4 rano. Wrrr...

środa, 9 października 2019

1031. Pogadałam sobie z sekretarką. Automatyczną sekretarką

Po dwóch tygodniach wrócił do mnie laptop. Naprawiony. Co prawda kurier przyszedł z nim akurat wtedy, gdy byłam na zabiegach(a tak na niego "polowałam" przez całe przedpołudnie...), na szczęście udało się zostawić przesyłkę u sąsiada z mieszkania obok. Po zabiegach wróciłam do domu i z radością rozpakowałam paczkę. Tak, smartfon zdecydowanie ma się nijak do laptopa, chociaż to i to jest małe i poręczne. Ale na smartfonie zdecydowanie trudniej jest mi napisać notatkę na bloga, czy nawet zostawić u Was ślad po swojej wizycie. Chociaż jednego z Waszych blogów udało mi się w całości przeczytać na tym małym urządzonku... Powoli nadrabiam zaległości na blogach zakwalifikowanych jako "Przeczytane od pierwszej do ostatniej notki", kończę czytać jednego z nieprzeczytanych, piszę i odpowiadam na meile. Nie lubię mieć zaległości, ale czasami sytuacja mnie do nich zmusza. 
Wieczorem niespodziewanie zadzwoniła moja komórka. W pierwszej chwili myślałam, że to liderka Sz.P., która chce mnie pogonić z pracą, jednak kiedy spojrzałam na wyświetlacz ekranu stwierdziłam, że nie znam tego numeru. Z pewną niepewnością odebrałam, bo w sumie różni ludzie i instytucje do mnie wydzwaniają. Czasami wręcz się zastanawiam skąd mają mój numer telefonu. W każdym razie po drugiej stronie odezwała się automatyczna sekretarka Centrum Naprawiania Szkód, gdzie naprawiali laptopa. Z jednej strony odetchnęłam z ulgą, a z drugiej...
Generalnie nie lubię "rozmawiać" z automatyczną sekretarką. Wiem, że wiele firm ułatwia sobie w ten sposób życie, jednak są one zaprogramowane chyba na ludzi bez wad wymowy. Kiedy zadzwoniłam w sprawie naprawy laptopa do serwisu też najpierw połączono mnie z taką sekretarką. Ona zadawała pytania, ja odpowiadałam najwyraźniej jak umiałam. Jednak i tak co chwilę słyszałam metaliczny głos "Nie zrozumiałam. Proszę powtórzyć odpowiedź". Z tego wszystkiego w pewnym momencie wyrwało mi się aż przekleństwo(wiecie, nawet święty by został wyprowadzony z równowagi). I w tym momencie zostałam cudownie przełączona z automatu na normalną osobę - więc może to jest jakaś metoda. Sprawnie wyjaśniłam o co chodzi(i ani razu nie usłyszałam "Nie zrozumiałam. Proszę powtórzyć odpowiedź"), na drugi dzień przyjechał kurier i wziął sprzęt do zakładu. A potem tylko serwis przysłał mi SMS, kiedy zwrócą mi sprzęt.
Z mieszanymi uczuciami odebrałam połączenie. Oczywiście odezwała się automatyczna sekretarka.
 - Tu serwis coś tam, coś tam, coś tam. Czy rozmawiam z Karoliną XYZ?
 - Tak.
Zgadnijcie co usłyszałam po drugiej stronie?
 - "Nie zrozumiałam. Proszę powtórzyć odpowiedź"
Matko i córko, to nawet proste "Tak" jest ciężkie dla zrozumienia dla maszyny? A przecież są osoby, które mają jeszcze większą wadę wymowy. No nic, powtórzyłam jeszcze kilka razy "Tak", aż w końcu "sekretarka" chyba się poddała i oznajmiła:
 - "Nie zrozumiałam. Skontaktujemy się z panią w innym terminie"...

niedziela, 6 października 2019

1030. Nie czuję się wyjątkowa poprzez niepełnosprawność. Co najwyżej mogę czuć się wyjątkowa przez to, co robię...

"Bohaterowie dnia", "jesteśmy wyjątkowi", "Niepełnosprawność jest super". Zawsze mam z tego typu określeniami problem. No bo nie czuję się wyjątkowa z powodu mojej niepełnosprawności. Ten rodzaj, z którym ja się zmagam mógł tak naprawdę dotknąć każdego. To trochę tak jak z odwróconą loterią - w normalnej każdy z nas ma szansę na wygraną, ale nie każdemu z nas się uda. Z dziecięcym porażeniem mózgowym okołoporodowym jest na odwrót - każdy ma szansę urodzić się zdrowy, ale wystarczy mały błąd, gdzie dochodzi do niedotlenienia mózgu, aby tak się nie stało. Więc gdzie tutaj jest ta wyjątkowość z powodu MPD? Zresztą uważam, że życie każdego z nas jest wyjątkowe i niepowtarzalne, że nie ma tutaj znaczenia, czy ktoś z nas jest niepełnosprawny, czy też nie. 
Kolejny Światowy Dzień Porażenia Mózgowego za nami. Dla niektórych było to szczególne święto. Dla mnie zaś kolejny, zwykły dzień. No, może nie do końca zwykły, bo byłam wolontariuszem podczas XI Silesian Marathonu, co było dla mnie niemałym wyzwaniem. Gwoli wyjaśnienia: Silesia Marathon to jedyny nie tylko w Polsce, ale i całej Europie bieg maratoński, który prowadzi przez cztery miasta: Katowice, Mysłowice, Siemianowice Śląskie i Chorzów. Jest największą imprezą biegową na Śląsku, a zarazem jednym z największych maratonów w Polsce. Jego początki sięgają 2009 roku, kiedy z inicjatywy prezesa fundacji Silesia Pro Active Bohdana Witwickiego, 3 maja spod bram chorzowskiego Stadiony Śląskiego wystartował pierwszy bieg. Jego meta znajdowała się przed katowickim "Spodkiem". W 2010 r. bieg ograniczono do jednego miasta - Katowic. W następnym roku jego trasa wiodła przez trzy miasta: Chorzów, Siemianowice Śląskie i Katowice, a w kolejnych dwóch latach prowadziła w odwrotnym kierunku, a jej meta znajdowała się w Parku Śląskim. Od 2014 do 2016 roku start i meta znajdowały się w Katowicach, zaś jego trasa przebiegała przez Katowice - Siemianowice Śląskie - Mysłowice - i z powrotem do Katowic. Natomiast na przełomie lat 2015 - 2018 zawody rozgrywane były pod nazwą "PKO Silesia Marathon" zaś jego sponsorem tytularnym był PKO Bank Polski. W 2017 roku meta biegu znajdowała się na Stadionie Śląskim. Był to swoisty powrót do historii, kiedy pierwsza edycja maratonu startowała z przed bram stadionu. Jednocześnie IX Silesia Marathon był pierwszym sportowym wydarzeniem na oddanym po modernizacji Stadionie Śląskim, zaś maratończycy dopingowani byli przez rekordową publiczność - tego dnia na obiekcie znajdowało się ok. 100 000 widzów. Kolejna edycja była jubileuszowa. Silesia Marathon Świętował 10 wspaniałych lat biegowych emocji wraz z kolejnym wzrostem frekwencji biegaczy. Po raz kolejny start i meta znajdowały się na największym obiekcie lekkoatletycznym w Europie. W obecnym roku głównym partnerem wydarzenia zostało Województwo Śląskie, zaś same zawody rozgrywały się pod oficjalną nazwą "Silesia Marathon, Śląskie 1919 - 2019". Silesia Marathon nie ogranicza się tylko do biegu głównego na dystansie 42 km i 195 m, ale też liczne biegi towarzyszące, m.in. półmaraton czy też zawody dla dzieci i młodzieży. Trasa maratonu posiada międzynarodowy atest, bieg należy też do Międzynarodowego Stowarzyszenia Maratonów i Biegów Ulicznych. Od początku zawody rozgrywane są pod honorowym patronatem Ministra Sportu i Turystyki, a od dwóch lat również Marszałka Województwa Śląskiego.
No właśnie, podczas tego wolontariatu po raz kolejny usłyszałam, że jestem wyjątkowym człowiekiem. Wiem jednak, że nie usłyszałam tego ze względu na moją niepełnosprawność, ale zaangażowanie, którego nie była ona w stanie przyćmić. No dobrze, może nie byłam wydolna tak samo jak inni wolontariusze, ale dawałam z siebie 100% mocy(aż chciałoby się napisać, że 150%, ale to tak nie do końca zgodne z logiką). I to zaangażowanie było zauważalne przez koordynatorów. Tym razem, podobnie jak podczas lipcowego wolontariatu na biegu w Jaroszowicach, siedziałam na depozycie. Plusem sytuacji było to, że depozyt znajdował się w budynku(a lało i wiało tego dnia niesamowicie). Minusem - wszechobecny chaos. Wyobraźcie sobie, że macie zgromadzić rzeczy osób z przedziału ok. 700 numerów na niewielkiej przestrzeni. Bo to nie było tak, że cała hala była dla nas, o nie. Na hali co 700 numerów był inny stolik, który odbierał rzeczy(błogosławieni Ci, którzy zostawili je w samochodach), wolontariusze opisywali je numerami startowymi zawodników, a potem układało się je numerami w rzędach. Inaczej człowiek by nie połapał się w tym wszystkim. Ale i tak jak ci wszyscy zawodnicy weszli razem do depozytu to zrobiło się straszne zamieszanie. Tym bardziej, że nie wszyscy szli do swojego boksu, tylko podawali numer w pierwszym lepszym. Jakoś jednak wspólnymi siłami daliśmy radę. A było nas trochę:
Cała akcja skończyła się tuż przed 15. Byłam nieziemsko zmęczona, zresztą kto o zdrowych zmysłach zrywa się w niedzielę o 4 rano? Chyba tylko szaleniec. Jeszcze tylko odebrałam certyfikat wolontariusza, wysłuchałam pochwał na swój temat i mogłam ruszać w drogę powrotną.
Tak sobie myślę, że co najwyżej po takich dniach mogę czuć się wyjątkowa. Bo wtedy daję z siebie wszystko, bo pokazuję, że może nie pracuję tak wydolnie jak inni, ale idzie mi to jako tako. Że moja wyjątkowość nie jest tylko w słowach i widoku wizualnym, ale przede wszystkim w czynach. A zresztą, tak jak wcześniej pisałam - wszyscy tak naprawdę jesteśmy wyjątkowi. Bez podziału na pełno i niepełnosprawnych. Pamiętajcie o tym! To też tak apropo poprzedniej notatki.