Dziesięć lat temu moje najdłuższe wakacje powoli dobiegały końca. Pamiętam jak dzisiaj, że musiałam szybciej wracać od babci, ponieważ trenerka, która dopiero co wróciła z Wielkiej Brytanii, zapisała mnie na zawody. Wszystko ładnie i pięknie, był w tym wszystkim jednak mały szkopuł: o ile do klasy maturalnej dość regularnie uczęszczałam na treningi(nawet przy zmianie trenerki), o tyle w trzeciej klasie liceum sobie odpuściłam. Ale matura zbliżała się wielkimi krokami, a ja "mądrze" wybrałam matematykę na poziomie rozszerzonym, przy nauce na poziomie podstawowym. Ktoś mógłby się popukać w głowę, że nie dość, że dodałam sobie nauki, to jeszcze nie skorzystałam z ostatniej szansy pisania matury w wersji bez matematyki. Ale ja chciałam udowodnić, przede wszystkim sobie, że potęgi naszego umysłu nie można mierzyć na podstawie naszej pełnosprawności, czy też niepełnosprawności(jeżeli nie chodzi tutaj oczywiście o niepełnosprawność umysłową, bo to zupełnie inna bajka). Żeby było ciekawiej, na żadne korepetycje nie mogłam liczyć. I tak, kiedy moi rówieśnicy przerabiali materiał pod okiem mentorów, ja musiałam sama sobie wszystko wytłumaczyć(no, może czasami z pomocą taty). Na przyjemności zabrakło już czasu. Ale do sportu planowałam wrócić, z tym że po wakacjach(czyt. w okolicach października). Nawet studia wybrałam z tej działki - zarządzanie w fizjoterapii i sporcie osób niepełnosprawnych.
Na razie jednak rozkoszowałam się ostatnimi chwilami laby. Aż w końcu pewnego wieczoru w salonie babci rozbrzmiał dźwięk telefonu. Dzwoniła mama z informacją, że znów do niej dzwoniła trenerka z informacją, że w najbliższą sobotę są jakieś zawody lekkoatletyczne, w których mam wziąć udział. "Pięknie" - przemknęło mi przez myśl. Nie tak wyobrażałam sobie moje 19 urodziny(chociaż zawody w urodziny już kilka razy się zdarzyły, ale wtedy byłam jakoś do nich przygotowana, a teraz miałam wystąpić z marszu). Nie miałam jednak telefonu do trenerki, aby zadzwonić do niej i odmówić. Musiałam więc szybciej(o jakiś tydzień) się spakować i wrócić do domu. Ale wcześniej jeszcze pobiegałam sobie po pagórkach ciesząc ostatnimi chwilami wakacji.
26 września 2009 roku był wyjątkowo ciepły. Rano wszyscy zawodnicy zgromadzili się przed będzińskim stadionem, spod którego odjechaliśmy busem do Wisły. Z klubu była nas 4, z jednego z będzińskich liceów ok 10(jakoś połączyliśmy nasze składy) Pamiętam, że w drodze czytałam jakąś książkę. Na miejsce dotarliśmy po jakiejś godzinie.
Stadion w Wiśle jest mi dobrze znany, ponieważ za starych, dobrych czasów były tam organizowane zimowiska. Wtedy przywitał nas jesienną aurą. Wystartowałam wtedy w dwóch "koronnych" dla mnie dyscyplinach - bieg na 100 m i skok w dal. I, ku mojemu zaskoczeniu, w obydwóch zdobyłam pierwsze miejsca. Fakt, konkurencja była mała, ale sukces i tak cieszył. Może to głupio zabrzmi, ale przez kolejny tydzień nosiłam te złote medale na szyi.
W okolicach wiosny zobaczyłam na fb informację o tym, że 22 września odbędzie się w Katowicach bieg upamiętniający powstania śląskie. Co prawda dzień wcześniej zaplanowany miałam Bieg Dobroczynności w Wadowicach, jednak przy odpowiednim rozplanowaniu działań udałoby mi się pogodzić jedno z drugim. Powoli zaczęłam zacierać ręce z radości, kiedy pojawiła się pewna przeszkoda, a mianowicie dokonanie opłaty. Nie było możliwości tradycyjnej opłaty, organizator przewidział jedynie przelew internetowy. A że człowiek nie ma konta internetowego... W każdym razie zrezygnowałam z uczestnictwa w biegu.
I nawet o nim zapomniałam, kiedy ponownie na internecie pojawiła się informacja, tym razem o możliwości odbycia indywidualnego biegu wirtualnego na dystansie 5 km w dowolnym wybranym przez siebie czasie i miejscu. Warunek był jeden - musiało się to odbyć 26 września. Jako dowód odbycia biegu trzeba było tylko wysłać zrzut z aplikacji endomondo, a dla każdego uczestnika biegu przewidziany był pamiątkowy medal, taki sam jak ten z 22 września. A że tym razem organizator przewidział możliwość zapłacenie za wszystko przelewem tradycyjnym, zdecydowałam się wziąć w nim udział bez większego namysłu.
26 września był raczej zachmurzony. W takich dniach dużo trudniej o motywacje do aktywności fizycznej. Zwłaszcza kiedy co chwilę ktoś dzwoni z życzeniami urodzinowymi. A jednak, koło 11 godziny, zaopatrzona w wypożyczony smartphone z odpowiednią aplikacją, ruszyłam swoje cztery litery i poszłam zrealizować swój cel. A że chwilę wcześniej odebrałam od listonoszki paczkę przesłaną przez Basię oraz kopertę od Gosi, to miałam powód, aby przebiec te 5 kilometrów najszybciej jak się da. Oczywiście w ramach rozsądku, bo jednak biegłam sama, w niezorganizowanej imprezie i musiałam uważać na własne bezpieczeństwo, zwłaszcza podczas pokonywania przejścia dla pieszych. Po drugie, zawsze mogłam wywinąć orła po drodze, a to byłby już problem. Na szczęście nic takiego mi się nie przydarzyło, a trasa mojego biegu wyglądała o tak:
Co ja się ukombinowałam, aby zrobić zrzut ekranu w celu wysłania potwierdzenia odbycia biegu. Te nowinki techniczne są zdecydowanie nie na moje łapki. Oprócz trasy wysłałam także uzyskane wyniki. I czekałam na medal. Czekałam i czekałam, aż w końcu zwątpiłam. Bo niby w regulaminie nie było nic o limicie czasu, ale zawsze mogłam za wolno pobiec.
I kiedy już zupełnie straciłam nadzieję na otrzymanie medalu, dostałam SMSa z prośbą o podanie im adresu na który mają mi go wysłać. Tu pojawił się mały problem, ponieważ moja prehistoryczna komórka, odziedziczona po tacie, nie ma możliwości pisania z polskimi znakami. A ci z Was, którzy mają mój adres wiedzą, że kilka nich w nim występuje. I o ile nazwa miejscowości jeszcze jakoś może przejść(chociażby po kodzie pocztowym można dojść jej poprawnej pisowni), o tyle z nazwiskiem różnie to bywa. Na szczęście korzystali chyba z danych z przelewu bankowego, bo koperta była zaadresowana prawidłowo(nawet nazwisko zawierało "ł" zamiast napisanego w SMSie "l"). A w środku był taki piękny medal:
Kolejny medal to kolejny powód do radości. Bo dołożyłam jakąś maleńką cegiełkę do świętowania 100 lecia powstań śląskich. To jednak nie koniec, ponieważ już 16 listopada czeka mnie w Katowicach "Bieg Wolność na 5", tym razem poświęcony pierwszemu powstaniu śląskiemu. Rok temu brałam udział w podobnej imprezie, z tym że upamiętniającej 100 lecie odzyskania przez Polskę niepodległości. W tym roku, i przez następne dwa lata, będziemy biec dla 100-lecia każdego z trzech powstań śląskich, a trzy pamiątkowe medale mają połączyć się w jedną całość. Jak dla mnie to piękna, lokalna inicjatywa pozwalająca lepiej poznać miejsce, w którym się mieszka.
I nawet o nim zapomniałam, kiedy ponownie na internecie pojawiła się informacja, tym razem o możliwości odbycia indywidualnego biegu wirtualnego na dystansie 5 km w dowolnym wybranym przez siebie czasie i miejscu. Warunek był jeden - musiało się to odbyć 26 września. Jako dowód odbycia biegu trzeba było tylko wysłać zrzut z aplikacji endomondo, a dla każdego uczestnika biegu przewidziany był pamiątkowy medal, taki sam jak ten z 22 września. A że tym razem organizator przewidział możliwość zapłacenie za wszystko przelewem tradycyjnym, zdecydowałam się wziąć w nim udział bez większego namysłu.
26 września był raczej zachmurzony. W takich dniach dużo trudniej o motywacje do aktywności fizycznej. Zwłaszcza kiedy co chwilę ktoś dzwoni z życzeniami urodzinowymi. A jednak, koło 11 godziny, zaopatrzona w wypożyczony smartphone z odpowiednią aplikacją, ruszyłam swoje cztery litery i poszłam zrealizować swój cel. A że chwilę wcześniej odebrałam od listonoszki paczkę przesłaną przez Basię oraz kopertę od Gosi, to miałam powód, aby przebiec te 5 kilometrów najszybciej jak się da. Oczywiście w ramach rozsądku, bo jednak biegłam sama, w niezorganizowanej imprezie i musiałam uważać na własne bezpieczeństwo, zwłaszcza podczas pokonywania przejścia dla pieszych. Po drugie, zawsze mogłam wywinąć orła po drodze, a to byłby już problem. Na szczęście nic takiego mi się nie przydarzyło, a trasa mojego biegu wyglądała o tak:
Co ja się ukombinowałam, aby zrobić zrzut ekranu w celu wysłania potwierdzenia odbycia biegu. Te nowinki techniczne są zdecydowanie nie na moje łapki. Oprócz trasy wysłałam także uzyskane wyniki. I czekałam na medal. Czekałam i czekałam, aż w końcu zwątpiłam. Bo niby w regulaminie nie było nic o limicie czasu, ale zawsze mogłam za wolno pobiec.
I kiedy już zupełnie straciłam nadzieję na otrzymanie medalu, dostałam SMSa z prośbą o podanie im adresu na który mają mi go wysłać. Tu pojawił się mały problem, ponieważ moja prehistoryczna komórka, odziedziczona po tacie, nie ma możliwości pisania z polskimi znakami. A ci z Was, którzy mają mój adres wiedzą, że kilka nich w nim występuje. I o ile nazwa miejscowości jeszcze jakoś może przejść(chociażby po kodzie pocztowym można dojść jej poprawnej pisowni), o tyle z nazwiskiem różnie to bywa. Na szczęście korzystali chyba z danych z przelewu bankowego, bo koperta była zaadresowana prawidłowo(nawet nazwisko zawierało "ł" zamiast napisanego w SMSie "l"). A w środku był taki piękny medal:
Kolejny medal to kolejny powód do radości. Bo dołożyłam jakąś maleńką cegiełkę do świętowania 100 lecia powstań śląskich. To jednak nie koniec, ponieważ już 16 listopada czeka mnie w Katowicach "Bieg Wolność na 5", tym razem poświęcony pierwszemu powstaniu śląskiemu. Rok temu brałam udział w podobnej imprezie, z tym że upamiętniającej 100 lecie odzyskania przez Polskę niepodległości. W tym roku, i przez następne dwa lata, będziemy biec dla 100-lecia każdego z trzech powstań śląskich, a trzy pamiątkowe medale mają połączyć się w jedną całość. Jak dla mnie to piękna, lokalna inicjatywa pozwalająca lepiej poznać miejsce, w którym się mieszka.

















