Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś z niczego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś z niczego. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 maja 2024

1943. Historia dwudziestu owieczek

"Było sobie dwadzieścia owieczek. Chociaż były rodzeństwem, to każda z nich była inna. Wszystkie były nieidealne, ale to może właśnie to sprawiało, że ludzie zwracali na nie uwagę. One same, pomimo tej swojej nieidealności, zawsze potrafiły podnieść innych na duchu w trudnych chwilach, niosąc im to, co miały najcenniejsze - dobre słowo dające wsparcie. Pilnował ich dobry pasterz, opiekuńczy i troskliwy, taki który dbał o ich bezpieczeństwo, rozwój oraz o to, aby nie zabrał ich żaden wilk czy też zły człowiek".
W tym roku przypadła dwudziesta rocznica święceń kapłańskich Księdza Niosącego Światło. Kilkakrotnie wspomniał przy mnie, że bardzo chciałby do niej dotrwać. Bardzo często w ciężkich chorobach jest tak, że pacjent wyznacza sobie kolejne cele do osiągnięcia (a brutalniej mówiąc - do dożycia do nich) w kalendarzu na dany rok i robi wszystko, aby do nich dotrwać. A potem kolejne, i kolejne. W przypadku księdza Niosącego Światło takim celem była właśnie przypadająca w końcówce maja rocznica. 
Kiedyś sobie obiecałam, że z tej okazji zrobię dla niego jakąś kartkę z życzeniami. Może nie mam szczególnego talentu w tej kwestii, a efekt końcowy najczęściej odbiega od zamierzonego. Ale wiedziałam, że komu jak komu, ale akurat temu księdzu nie będzie to przeszkadzać. W końcu z górskiej kartki urodzinowej się ucieszył, dlaczego więc nie zaryzykować jeszcze raz?
Koncepcja motywu ewangelicznego Dobrego Pasterza przyszła mi niemal od razu. Gdzieś z tyłu głowy miałam zapamiętane dwie homilie, które usłyszałam do tej pory. Na podstawie pierwszego z nich powstał >>ten<< wpis, a o drugiej pisałam przy okazji podzielenia się z Wami wydarzeniem objęcia zwierzchnictwa nad naszą diecezją przez biskupa Artura Ważnego. I właściwie też odniosłam się do przedstawionego w obydwóch przemówieniach wizerunku Dobrego Pasterza, ale również pastucha, złodzieja i rozbójnika we wstępie do życzeń dołączonych do kartki. Sama kartka, z wizerunkiem Dobrego Pasterza i owiec, po wykonaniu jej w kilka godzin, wyszła tak:
Nie wyobrażałam sobie, aby zabrakło na niej cytatu z Ewangelii św. Jana opowiadającym o Jezusie jako Dobrym Pasterzu. No, ale skoro jest pasterz, to muszą być i owce. Na to też miałam pewien pomysł. Kilka z nich zamieściłam na ilustracji. A oprócz tego zrobiłam dwadzieścia osobnych owieczek, po jednej na każdy z minionych lat kapłaństwa. Poświęciłam na to dwa wieczory, ale byłam zadowolona z efektu końcowego. Może nie są one idealne, ale ksiądz sam wielokrotnie mi powtarzał, że nikt nie jest, a co ważniejsze, nie musi być idealny, byle tylko był dobrym człowiekiem, a przede wszystkim - sobą. Ze wszelkimi wadami, ale i zaletami. 
Arkusz z dwunastoma owcami. Pozostałych osiem trafiło na inną stronę papieru
Następnie nastąpiła zabawa w ich wycinanie. Nie jestem w tym dobra, zwłaszcza w takim szczegółowym (w większości utnę coś więcej niż trzeba), dlatego poszłam na łatwiznę (choć nie do końca, zważając na moje umiejętności manualne) i tylko z grubsza je porozcinałam. A i to nie było takie łatwe. Obrazowo mówiąc - wyobrażacie sobie coś równo wyciąć będąc pod większym wpływem alkoholu? Ja mam ten problem bez procentów. Więc myślę, że i tak wyszło nieźle.
To jednak jeszcze nie był koniec, bo na odwrocie każdej owieczki wypisałam Księdzu sigle* biblijne, z ciekawszymi fragmentami z ksiąg Pisma Świętego. Wybrałam je i ze Starego i z Nowego Testamentu. 
A na koniec wszystkie owieczki trafiły do swojej zagrody, czyli do koperty przyklejonej wewnątrz kartki.
A na koniec przyszedł czas na napisanie mu życzeń. To wbrew pozorom nie było takie proste, bo nie chciałam też, aby były jakieś standardowe. Nie ukrywam, było to dla mnie trudne, a przede wszystkim - emocjonalne. Tak jak pisałam wcześniej - nawiązałam w nim do ewangelicznego wizerunku Dobrego Pasterza, życząc mu przede wszystkim, aby w swojej posłudze jak najbliżej mu było do owego obrazu, mino wszelkich przeciwności losu. Bo te zawsze będą.
Można powiedzieć, że obchody tej rocznicy podzielono na dwa etapy. Chociaż wyniknęło to przez przypadek. Pierwszym takim dniem była miniona niedziela, kiedy parafianie, także ci z parafii, w których poprzednio posługiwał, a także ze wspólnoty osób niepełnosprawnych, w której jest kapelanem oraz bezdomni, którym kiedyś posługiwał, zamówili Mszę świętą z jednej strony dziękczynną za te wszystkie lata, a z drugiej strony błagalną o zdrowie dla niego. Kościół pełen był ludzi, co było dla mnie niezwykłe i niecodzienne. Zaś sam jubilat nie mógł świętować z resztą, przebywając jeszcze w szpitalu. Wzruszyło mnie kazanie, w którym proboszcz podkreślał wszystkie piękne cechy, w jakie wyposażone został ksiądz Niosący Światło. I zaznaczył, że z całą pewnością gdyby nie one, to nie zgromadziłoby się tutaj na tej Mszy tyle osób.
Targały mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony cieszyłam się, że aż tyle osób przyszło na Mszę świętować okrągły jubileusz księdza Niosącego Światło. Jak dla mnie to bardzo wymowny i wymierny dowód na to, jak w jak wielu ludziach wzbudził sympatię, że chciało im się przyjeżdżać na tą godzinę z różnych części diecezji i nie tylko. A równocześnie było mi przykro, że on sam nie mógł w tym uczestniczyć, a tym samym osobiście odebrać życzeń i podziękować za nie z tym swoim przemiłym uśmiechem. I jeszcze jedna dygresja mi się nasunęła - proboszcz mojej rodzinnej parafii też obchodził dwudziestolecie święceń kapłańskich, tylko że tydzień wcześniej. Jeszcze żadnej Mszy z tej okazji nie było. Ciekawi mnie najzwyczajniej w świecie czy będzie i ilu ludzi z jego poprzednich parafii się zjawi... Ponieważ był to Dzień Matki podjechałam jeszcze na cmentarz, na którym pochowani są rodzice księdza i zapaliłam znicz na jej grobie.
Dużo bardziej kameralnie było w dniu dzisiejszym, kiedy przypadła dokładna 20-sta rocznica święceń księdza. Co prawda Mszy za niego nie było, ale za to on sam już stał przy ołtarzu. Akurat mają w parafii drugą turę Białego Tygodnia. Z tym, że ze Szkoły Muzycznej i Społecznej, a więc dzieci było niewiele, bo niektórzy przystępowali do Pierwszej Komunii w swoich parafiach. Tak sobie patrzyłam na księdza i pomyślałam, że chyba się cieszy ze swojej posługi, tak zwyczajnie, po ludzku. A potem po nabożeństwie majowym, wraz z innymi legalnymi parafianami, wkroczyłam na zakrystię. Jako ostatnia podeszłam do niego z życzeniami, ale to nawet dobrze, bo jeszcze chciałam z nim zamienić kilka zdań na temat wyjazdu na Lednicę. Bo właściwie niewiele relacjonowałam mu z naszych poczynań. A tyle rzeczy było mu do przekazania. Głównie to, że przez przypadek zaproponowano mi pomoc w promowaniu Światowych Dni Młodzieży z ramienia Biura Komitetu Organizacyjnego. Myślałam, że się zdenerwuje, ale nie, wręcz przeciwnie, bardzo ucieszył się z tego faktu (hm..., czy on się kiedyś złości?). Z tych kilku zdań zrobił się kwadrans. 
Kartka mu się spodobała, szczególnie pomysł z owieczkami. Od razu, w żartach oczywiście, powiedziałam mu, że jako Dobry Pasterz, powinien pilnować całego stada. A za kolejnych pięć lat dostanie kolejnych pięć, i kolejnych pięć, i kolejnych pięć. Pismo Święte jest pełne ciekawych cytatów. Zawsze coś się znajdzie. 

A na następny raz zażyczył sobie ilustracje Jezusa obmywającego stopy apostołom... Czyli poprzeczka poszła do góry. Jakiś pomysł jak to "ugryźć"?

* Chyba tak należy odmienić słowo "sigla" w liczbie mnogiej, ale mogę się mylić

środa, 27 marca 2024

1896. Dorzucanie kamyczków

Z tym budowaniem Bożego Grobu to okazało się, że "przyszłam na gotowe". Przynajmniej tyle usłyszałam od Księdza Niosącego Światło. Podobno liczył na to, że zostanę po wczorajszej Mszy świętej. I powiem Wam, że zostałam. Ale że nikogo nie było w kościele, ani księży, ani parafian, a grób był już praktycznie postawiony, zaś w ogłoszeniach było, że zapraszają panów w poniedziałek, wtorek i środę, no więc wniosek nasunął mi się taki, że wieczorem już nic nie robią. Mój błąd? Być może, ale to jednak nie moja parafia, więc wolałam się nie narzucać.
Dzisiaj jednak po Mszy zauważyłam, że księża krzątają się po kościele, więc postanowiłam chwilę poczekać i niby tak przypadkiem podeszłam pod ołtarz, aby z bliska zobaczyć dekorację świąteczną. Niemal od razu zauważył mnie ksiądz proboszcz i ze swoją wrodzoną bezpośrednością zapytał, czy zostaję do pomocy w dokończeniu przygotowania Ciemnicy oraz Grobu Pańskiego. Odpowiedziałam mu, że jeżeli mogę, to chętnie. Na to kazał mi poczekać na Księdza Niosącego Światło, który na chwilę poszedł na plebanię. A że akurat drugi z wikarych rozbierał dekorację wielkopostną, więc mu pomogłam na tyle, na ile mogłam. Całego baneru ze stelażem bym nie dała rady przenieść, ale pojedyncze elementy dekoracyjne - już tak. W zasadzie nie było tego tak dużo i w miarę szybko to wszystko ogarnęliśmy. Potem jeszcze poprzestawiano duże donice z zielonymi roślinami, które stały w przedsionku kościoła. Tego też raczej bym nie zrobiła, więc wykorzystałam złotą zasadę, że jeżeli nie potrafię pomóc, to przynajmniej nie przeszkadzam. 
Dopiero wtedy pojawił się ksiądz Niosący Światło niosący skrzynię z narzędziami. Tak jak pisałam na początku - większość prac budowlanych zostało już wykonanych, teraz zostały już tylko tzw. prace wykończeniowe, które może są niepozorne, ale nie mniej ważne. Polegały one głównie na ustawieniu podświetlenia Ciemnicy i Grobu Pańskiego i ogólnego zabezpieczenia całej dekoracji przed rozpadnięciem się w drobny gruz i pył. Czyli, jak można się domyśleć, było to wszelkie dokręcanie, doklejanie, dopasowywanie tak, aby wszystko jakoś ze sobą współgrało i współharmonizowało. Każde oko okazywało się tutaj niezbędne, bo pomagało ocenić wszystko z różnej perspektywy. A to z kolei było ważne, bo na przykład takie lampy rzucają światło pod różnym kątem w zależności od tego, gdzie kto stoi. I tak mogą nazbyt razić wiernych stojących w jednej z części kościoła. Dlatego ksiądz prosił, aby tych kilka osób będących w kościele chodziło po nim i sprawdzało jak pada światło oświetlające Grób od strony ołtarza w różnych jego miejscach. A potem wspólnie decydowaliśmy, jak najlepiej ustawić oświetlenie. 
Oprócz tego ksiądz poprosił mnie o pomoc w podklejeniu tła Ciemnicy, które jest reprodukcją obrazu Hieronima Bosha - "Siedem grzechów głównych". Ci, którzy chodzili na Gorzkie Żale wiedzą, że jest to nawiązanie do kazań wygłoszonych w ich trakcie, nawiązujących właśnie do tego obrazu. Za pierwszym razem myślałam, że ściągnął ich treść z Internetu. Ale nie, przeszukałam sieć i nie znalazłam ich. Wynika z tego, że ksiądz Niosący Światło naprawdę wszystko sam wymyślił i wcielił w życie. I chyba to jest jedna z jego unikatowych w dzisiejszym świecie cech, która wzbudza we mnie pełen szacunek do niego - że nie idzie na łatwiznę, nie szuka gotowców. On szuka przykładów z życia, z zasobów kultury, z wiary, które najlepiej obrazowałyby omawiany temat, chce zainteresować wiernego na różne sposoby i chyba mu się to udaje. I naprawdę dziwnie mi się słuchało jego pełnych pokory słów, że on też ma problem z wieloma z tych grzechów. Bo jest tylko człowiekiem, który grzeszy, upada i też korzysta z sakramentu pokuty i pojednania. Z tego wszystkiego zapomniałam go zapytać do którego z grzechów nawiązał ostatnio, bo niestety, nie mogłam na nim być. Ale kiedyś go o to zapytam.
"Siedem grzechów głównych i cztery rzeczy ostateczne" albo "Stół Mądrości", obraz Hieronima Bosha
Oprócz tego jeszcze czasami podawałam panu Gabrielowi rzeczy, o które mnie prosił (młotki, śrubki itp.), a także podkleiłam wraz z księdzem kable od przedłużacza taśmą klejącą - najpierw tylko trzymałam mu ją za to kółko i rozwijałam, a potem poszłam krok dalej i powiedziałam coś w rodzaju: "Księże, ja to mogę przytentegować" - chodziło mi o przyciśnięcie taśmy do podłoża, tak aby lepiej przylegała, ale akurat zabrakło mi słów (to stwierdzenie "przytentegować" tak "spodobało się" księdzu i innym, że już do końca go używali w stosunku do mnie). Trochę przypominało mi to obklejanie boiska do gry w goadball, więc też nie było to dla mnie nie wiadomo jakim wyczynem. Potem jeszcze przycięłam nożyczkami taśmę klejącą, udowadniając że można to zrobić trzymając nożyczki oburącz (pan Gabryś miał co do tego pewne wątpliwości).
Na koniec wraz z innymi stanęłam, aby jeszcze raz spojrzeć na efekt naszej wspólnej pracy. Aż żałuję, że nie wzięłam ze sobą aparatu fotograficznego, aby Wam je pokazać. Ksiądz wykazał się znowu oryginalnym pomysłem. I jest dobrym przykładem na to, że mężczyzna też może być niesamowicie twórczy.
 - Podoba ci się - szepnął do mnie ksiądz. Pokiwałam mu twierdząco głową. Właściwie niewiele pomogłam im w tym wszystkim, ale zawsze powtarzam sobie, że zrobiłam tyle, ile byłam w stanie. Bo przecież nie wszystko jestem w stanie wykonać. Ale te moje małe i na pierwszy rzut oka niepozorne kamyczki być może też pomogły zbudować wielką górę, a przynajmniej wypełniły szczeliny tych dużych na tyle, aby się nie rozsypały. Może w ten sposób zaoszczędziłam pracy drugiej osobie? Nie wiem, czy tak jest, ale na pewno chciałabym, aby tak było. 
Jeszcze tylko poznosiłam na zakrystię to, co mogłam - skrzynki z narzędziami raczej nie przeniosłabym (zresztą podejrzewam, że ksiądz i tak by mi na to nie pozwolił), ale pojedyncze i lżejsze rzeczy nie stanowiły do mnie żadnego problemu. Zresztą tą skrzynkę to na plebanię, aby ksiądz już jej nie dźwigał, zwłaszcza, że widać było, że trochę go to wszystko zmęczyło. W zasadzie to on chyba jeszcze powinien się oszczędzać i niezbyt forsować, ale temu typowi człowieka raczej się nie przegada. Kiedyś mi powiedział, że najgorsze co dla niego jest to to, kiedy musi leżeć w szpitalu na leczeniu albo zabiegach. Bo zawsze wtedy ma pomysły co zrobić, ale nie może tego wykonać od razu. Musi się wtedy ćwiczyć w cnocie pokory i cierpliwości.
Wychodząc z kościoła zdałam sobie sprawę z tego, że nie zrobiłam dwóch rzeczy: nie złożyłam mu życzeń z okazji Wielkiego Czwartku i nie zapytałam go o jeszcze jedną rzecz. Zabrakło mi odwagi, a poza tym już nie chciałam go jeszcze przetrzymywać i męczyć. Niech odpocznie, bo napracował się niemało.

czwartek, 11 marca 2021

1268. Pogodowy misz-masz

Tydzień temu, po kilku dniach wskazujących na wiosnę, a przynajmniej przedwiośnie, świat zza szyby okna w pokoju na nowo pokrył się białą sanną. Z pewnym niedowierzaniem wyglądałam, chcąc się upewnić, czy to prawda. Prawda, najprawdziwsza prawda. Szaleć na puchu to jeszcze nie mogę, zresztą było go naprawdę niewiele, ale był. Aż wyszłam na korytarz i z perspektywy mojego 3-go piętra cyknęłam pamiątkową fotografię.

Jeżeli uważnie się przyjrzycie, to gdzie nie gdzie zauważycie płatki śniegu, ale i ośnieżone krzewy i drzewa

Potem tylko goniłam Pusię po korytarzu, bo postanowiła zrobić sobie wycieczkę krajoznawczą. A raczej blokoznawczą. W sumie każdy powód jest dobry, aby poszerzyć swoje horyzonty. 
Wróciłyśmy do mieszkania, ja wzięłam się za angielski. Puśka niby spała, ale słuchała jednym uchem. Kto wie, może nauczy się jeszcze obcego języka? 
W piątek zima na całego. W Kościele podczas Drogi Krzyżowej z niedowierzaniem patrzałam na kręcące się za oknami płatki śniegu. "Fajna zima..." - usłyszałam głos dezaprobaty jednej z moich scholowych znajomych. W sumie, jeszcze ma trochę czasu, wszak wiosna oficjalnie przychodzi dopiero 21 marca, jakby nie patrzeć. A że ostatnimi czasy zima tak mało przypominała zimę, to staram się cieszyć tym białym, cudownym płatkom. Przecież zima też musi po coś być, nie tylko na złość innym(na złość innym to można sobie co najwyżej uszy podczas niej odmrozić).
Sobota była dniem, kiedy podjechałam sobie do S-ca po książkę. Już po wyjściu z autobusu powitał mnie jeden z najbardziej rozpoznawanych jego obywateli, Jan Kiepura, zapewne śpiewający swoje słynne "Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki...".

A kilkaset metrów dalej równie słynny Władysław Szpilman wyglądał z okna kamienicy, w której ponad 100 lat temu przyszedł na świat.
Śnieg leżał gdzie, nie gdzie. Wyglądał magicznie na tle ledwo puszczonych przez pąki krzewów.
W poniedziałek i te niewielkie połacie śniegu stopniały, odsłaniając burą, zeszłoroczną trawę, tudzież czarną jak węgiel ziemię. Za to na niebie rozgrywał się przepiękny spektakl barw, za który bez wątpienia przyroda, tudzież Bóg, powinni dostać statuetkę Oscara, w kategorii efekty specjalne.
Gdyby nie te znaki drogowe, to zdjęcie byłoby cudowne...

A ptaki siedziały na latarni ulicznej i z ciekawością się temu przyglądały.

Niby dzisiaj zima miała ponownie wrócić, ale u nas na Śląsku na razie ani widu, ani słychu. Aż ulepiony z plasteliny Bałwanek zaczął się zastanawiać, czy zobaczy w tym roku jakiś śniegowych braci. No cóż, nie mogłam ulepić sobie bałwana ze śniegu(kto powiedział, że to zbyt dziecinne dla kogoś, kto ma 31 lat na karku?), to sobie ulepiłam tyci-tyci Bałwanka z niezbyt lubianej przeze mnie w dzieciństwie masy. Trochę krzywy, trochę mały(nawet nie wiecie jak trudno mi było go sfotografować), ale jest.

wtorek, 2 kwietnia 2019

892. "Lepiej jest zrobić coś, choćby niedoskonale, niż wymigać się z tego z podkulonym ogonem"

Już wczoraj miałam napisać tą notatkę, zmęczenie spowodowane przeziębieniem skutecznie mi to uniemożliwiło. Dla równowagi mogę powiedzieć, że na trening i rekolekcje wielkopostne też nie poszłam. Za to udało mi się wyrobić z komentowaniem przeczytanych już blogów. Co więcej, kolejny blog trafił na tą listę. Stara Kobieto, a właściwie Dorotko - to właśnie jesteś Ty. Na blogu witam też Anię inspiruje oraz bohomazing. Mam nadzieję, że zagościcie u mnie na dłużej.
Wczorajszy dzień był dla mnie ciężki nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Jak już wcześniej pisałam - miałam za zadanie przeprowadzenie jakiś zajęć dla grupy niepełnosprawnych dorosłych ze znacznym stopniem niepełnosprawności umysłowej. Byłam trochę tym przerażona, ale wzięłam to na swoją wątłą klatę. Wszak jeszcze kilkanaście lat temu lubiłam wymyślać zabawy dla dzieci przebywających na świetlicy szkolnej. No i czasami rzucę jakiś pomysł pracy na Oratorium. Z reguły moje pomysły idą w eter, staram się jednak tym nie zrażać. Minusem zaistniałej sytuacji jest brak doświadczenia i, nie ukrywajmy, odpowiedniego wykształcenia. Co prawda w piątek miałam indywidualne zajęcia z podopiecznymi ośrodka(wspomniane przeze mnie PUS-y), mogłam jednak wybrać sobie dowolnego gagatka(a nawet dwóch). 
Teraz miałam mieć zajęcia teoretycznie z całą dziewiątką. Dziewięć osób upośledzonych umysłowo, z rozwojem na poziomie kilkuletnich dzieci. Niektórzy z nich miewają niekontrolowane ataki agresji, autoagresji lub epilepsji. Każdy z nich ma inny poziom rozwoju intelektualnego i emocjonalnego. I w tym wszystkim ja - malutki, raczej drobny człowiek, któremu natura poskąpiła fizycznej tężyzny. A jednak postanowiłam postawić czoła wyzwaniu. Ktoś mi kiedyś powiedział, że lepiej jest zrobić coś, choćby niedoskonale, niż wymigać się z tego z podkulonym ogonem. Tak robią tchórze. A ja nie chcę uchodzić za tchórza. Poza tym dobrze jest się pokazać z pozytywnej strony. I nawet jeślibym przegrała, to z honorem.
W sobotę i w niedzielę kompletowałam materiały potrzebne mi do zajęć. Musiałam zdobyć przynajmniej dziewięć styropianowych jajek, klej, nasiona, materiały sypkie. Pędzelki miałam zaklepane z pracowni plastycznej. Pierwszy raz kupowałam jajka i przyznam szczerze, że trochę mi to przyprawiło kłopotów. Najłatwiej, i stosunkowo najtaniej, byłoby zamówić je przez internet. Ale na to nie było zbytnio czasu. W "Empiku" ceny zwalały z nóg. Na szczęście jest jeszcze osiedlowy kiosk. Wyobrażacie sobie, że za cenę jednego jajka 10-centymetrowego w "Empiku" kupiłam w kiosku 6 takich samych? Rozbój w biały dzień... Wszelkie sypkie materiały kupiłam na miejskim targu, a kleje w "Auchan", bo tam jest stosunkowo najtańszy.
Na zajęcia jechałam pełna obaw jak mi to wszystko wyjdzie. I czy w ogóle dam radę ujarzmić całe towarzystwo. Już na dzień dobry okazało się, że trójka uczestników jest chorych i nie przyjechała na zajęcia. Czyli została mi szóstka podopiecznych, z czego jeden był tak pobudzony, że terapeuci wzięli go na długi spacer, a druga dziewczyna dostała ataku epilepsji. W efekcie końcowym miałam pod sobą czterech w miarę spokojnych ludzi. Do końca nie było pewne, czy ich liczba nie skróci się do trzech, bo jedna dziewczyna była chora, ale kiedy dowiedziała się, kto prowadzi zajęcia, polepszyło jej się momentalnie. 
Pomału i spokojnie wytłumaczyłam wszystkim na czym polega ich zadanie. Musiałam to zrobić w sposób w miarę prosty, aby zrozumieli o co mi chodzi. A za razem niezbyt infantylnie, w myśl zasady, że każdemu należy się prawo do godności. A uwierzcie mi, ta granica w przypadku osób głęboko niepełnosprawnych umysłowo jest bardzo, bardzo cieniutka. 
Każdy otrzymał po jajku, kleju na kartce i pędzelku. Materiały sypkie były porozstawiane na stole w zasięgu dłoni każdego z uczestników. Był tam i ryż, i różne rodzaje kasz, i płatki owsiane, i mak, i sezam, i makaron, i siemię lniane, i słonecznik w łupinach. Do wyboru do koloru. I o to chodziło. Każdy mógł zdecydować jak chce ozdobić swoją pisankę, wszyscy z radością dotykali różnych materiałów dziwiąc się, że są takie drobne i przesypują się z dłoni do dłoni. Świetne doświadczanie bodźców sensorycznych i ćwiczenia z czucia głębokiego. 
Zabawa była przednia, chociaż potem było co sprzątać. Każdy ozdabiał jajko według swojego uznania i pomysłu.. Jedni obtaczali jajka w produktach, inni sypali je z góry na pokrytą klejem powierzchnie. Wychodziły całkiem ciekawe wzory. I nawet nie zużyli do końca wszystkich produktów. No, ale z drugiej strony były one przewidziane na 9 osób. No cóż, to co nie zostało wykorzystane zabrałam do domu. Szkoda marnować jedzenia, prawda?
Wydaje mi się, że mimo przeziębienia, które rozsadzało mi głowę, nos i płuca, wybrnęłam z zadania obronną ręką. Ale nie mnie to oceniać...

środa, 27 marca 2019

889. Kreatywnym być

Siedzę sobie przy stole i myślę. Panujący za oknem mrok temu sprzyja. W tle zamiast nastrojowej muzyki słyszę mruczenie głaskanej przez Młodą Pusi. Przede mną stoi kubek z ciepłą herbatą. A  obok dzienniczek, który wypadałoby wypełnić. Bo w końcu pani D. straci do mnie cierpliwość i popadnę w jej niełaskę. A tego bym jednak nie chciała. Cud, że jeszcze mnie nie wyrzuca z sekretariatu, cud, że wytłumaczyła mi, jak załatwić jedną sprawę. Młoda twierdzi, że to nie cud, tylko wdzięczność, ewentualnie moja osobowość. Ale ja to wolę tłumaczyć na swój sposób.
Dzisiejszy trening był na stadionie, dlatego trochę zmarzłam. Dla równowagi Młoda zmarzła wracając z basenu. Podobno nawet tamtejszy trener się o mnie pytał. A wcześniej jeszcze wyszłam z grupą niepełnosprawnych osób na szkolne boisko, gdzie rzucaliśmy do siebie piłkami. Prawie zupełnie zapomniałam jak to jest obcować z ludźmi z głęboką niepełnosprawnością intelektualną. Przy okazji zaczęłam żałować, że nie mam dodatkowych rąk i mogłam prowadzić tylko dwójkę z nich za rękę. Bo chwilami miałam wrażenie, że cała ekipa chce, abym ich trzymała na rękę. Pominę już to, że jestem dużo mniejsza od większości z nich i trochę mam mniej siły. Trochę jest to męczące, ale da się wytrzymać.
Wczoraj zostałam wezwana do pedagog pracującej w dziennym ośrodku adaptacyjnym dla osób niepełnosprawnych. Akurat wyrabiam w nim 60 godzin. Nawet mi się tam podoba, chociaż łatwo nie jest. Po krótkiej rozmowie dowiedziałam się, że mam na ten piątek przygotować konspekt zajęć dla jednego z podopiecznych. I trochę mnie to przerosło. Tym bardziej, że nie mam ani odpowiedniego wykształcenia, ani doświadczenia. Jeżeli ktoś myśli, że wymyślenie kreatywnych zajęć dla dorosłej osoby o mentalności kilkulatka to takie hop-siup, to jest w dużym błędzie. Bo co z tego, że wymyślę sobie to czy tamto, skoro oni tego nie ogarną. Mój problem polega też na tym, że nie chcę nic robić na typowe "odwal się". To nie w moim stylu. Co prawda mam pewien pomysł, muszę go jednak skonsultować z przełożonymi. Mam nadzieję, że przejdzie. W dodatku na wtorek mam do przygotowania konspekt zajęć dla całej grupy. Tutaj mam podpatrzony pomysł. Muszę tylko znaleźć styropianowe jajka(nie chce mi się robić wydmuszek i takie jajka będą trwalsze) oraz różne przyprawy. 

środa, 9 stycznia 2019

854. Niby nic a cieszy

W dalszym ciągu laptopa mam w naprawie, a moim jedynym sposobem na połączenie się z Internetem jest dotykowy smatrfon. Pozwala mi to na zapanowaniu m.in. nad tym, co dzieje się na moim i Waszych blogach, chociaż nie odpowiadam na komentarze ani sama nie komentuję Waszych blogów(obiecuję nadrobić wszystko po odbiorze naprawionego laptopa, względnie po powrocie z Panamy). Dzięki temu wiem, że moje skromne świąteczne kartki powoli zaczynają do Was dochodzić. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ zawsze jak wysyłam własnoręcznie zaadresowaną kartkę istnieje możliwość, że pracownicy poczty, tudzież listonosz, nie będą chcieli doczytać się po mnie. Oczywiście staram się pisać wyraźnie, najlepiej drukowanymi literami(zresztą dotyczy to nie tylko adresu) obawa jednak zawsze zostaje. Dlatego z uśmiechem na twarzy czytam od Was wiadomości, że kartka doszła. Mam nadzieję, że otwieracie je i czytacie z taką samą radością. Nie są to dzieła sztuki, nad odczytaniem ich treści też czasami trzeba się zastanowić, wiedzcie jednak jedno - są wysłane z sercem.

Ogólnie przepraszam też, że wysłałam je już po świętach, a jedną to nawet wczoraj wieczorem(tak się jakoś zawieruszyła i nie trafiła z innymi do skrzynki). Trochę jednak skomplikowały mi się sprawy i za bardzo nie miałam ani czasu ani głowy do takich rzeczy. Na szczęście powoli wszystko wraca do normy(chociaż do tego to jeszcze daleka droga). Do Panamy polecę jednak z dużo spokojniejszym sumieniem. Dzieciaki co prawda pytają mnie ciągle czy i kiedy wrócę(najbardziej żal mi tych z PO), ja jednak znowu zaczynam się cieszyć. Co prawda mam trochę spraw do załatwienia, ale wszystko zmierza ku dobremu.

Dzisiaj jeszcze mam księdza po kolędzie... W sumie to miałam nadzieję, że nie zdąży do mnie dotrzeć przed ŚDMem. Nie to, abym coś miała do Boskiego Oskiego. Ale on nawet nie wie, że lecę do Panamy. I niech tak zostanie. Nie chcę potem słyszeć pod swoim adresem dziwnych komentarzy. Po prostu nie mam na to już siły...

czwartek, 12 kwietnia 2018

705. A pomysłów na pracę w grupie brak...

W sobotę kolejne spotkanie z dzieciakami w ramach cotygodniowych zajęć w Oratorium. Bez księdza Oskara, ponieważ jedzie na dni skupienia, a następnie do rodziców. Oficjalnie będzie z nami ksiądz T., jednak już o 10:30 idzie do kościoła na próbę dzieci pierwszokomunijnych. A że formalnie dzieciaki nie mogą przebywać na zajęciach bez opieki osoby pełnoletnich, zaś jedyną osobą, która ma ukończone 18 lat i będzie tego dnia w Oratorium jestem ja, to mi przypada w udziale nadzorować całą gromadę urwisów. No brawo! I pomyśleć, że jeszcze rok temu x. J. wołał w takich sytuacjach kogoś ze wspólnoty "Ś.", pomimo tego, że miał mnie pod ręką... Jeszcze w niedzielę po Mszy świętej zgłosiłam, że nie będzie mnie w sobotę na próbie, bo przecież się nie rozdwoję.
Na sobotę oprócz pilnowania dzieci na zajęciach dostałam jeszcze jedno bojowe zadanie mam wymyślić coś na pracę w grupach. Praca w grupach to nic innego jak wszelkiego rodzaju zajęcia plastyczno - techniczne, które są stałym elementem każdego spotkania. Dobrze jest, jeżeli pokrywają się one z tematem dnia. A tematem sobotnich zajęć są siostry salezjanki. Problem w tym, że trudno jest wymyślić coś naprawdę wow, co łączyło by się tak stricte z nimi.
Ogólnie to mam zamysł, aby zrobić coś w rodzaju >>tego<< pomysłu(nota bene ostatnio Alis też podrzuciła mi ten pomysł, chociaż już wcześniej na niego trafiłam, ale i tak dzięki Kochana), z tym że zamiast przypadkowych zdań, dzieciaki musiałyby napisać jakąś cechę, którą uważają do niezbędną do bycia siostrą salezjanką. A ponieważ siostry salezjanki są takimi Bożymi kwiatami, to cechy te będą wypisane na kwiatach. Ewentualnie, szczególnie chłopcy, będą mogli zrobić to na gwiazdkach. Tłumaczenie? Bardzo proste: siostry salezjanki są jak gwiazdy na ciemnym niebie - rozjaśniają one ludziom drogę do Boga.
Myślicie, że dobry pomysł na 30 minut pracy? Dzieciaki musiałyby same narysować sobie kwiat, bądź gwiazdkę, wyciąć ją z papieru, napisać, pozaginać. Myślę, że miskę uda mi się zdobyć z Domu Młodzieżowego, muszę jeszcze napisać w tej sprawie SMSa do Boskiego Oskiego. Bo jak nie, to będę musiała przytachać ją z własnego domu. Na szczęście nie waży ona nie wiadomo ile... Mam też nadzieję, że dzieciaki nie skończą zadania zbyt wcześnie. 
A może Wy macie jakiś ciekawy pomysł, który nadawałby się do pracy w grupach z dzieciakami i wpisywałby się w tematykę "siostry salezjanki"?
Jedno jest pewne - po przeczytaniu bloga >>Olgi<< biorę się za czytanie blogów, na których opisywane są ciekawe sposoby na spędzenie kreatywnego czasu z swoim dzieckiem.

niedziela, 21 stycznia 2018

661. I od razu lepiej się czyta książki oraz o pewnym niezwykłym blogerze

Jakiś czas temu, z okazji 800 notatki na swoim blogu, nasza Agaja napisała, że zrobi dla każdej chętnej osoby zakładkę lub zawieszkę. Ponieważ od dawna podobały mi się jej dzieła postanowiłam nieśmiało poprosić o zakładkę. Wiecie, u kogoś, kto czyta książki pasjami, nigdy ich za wiele. Wczoraj ze skrzynki wyjęłam kopertę ze skrzynki pocztowej i sami zobaczcie co w niej znalazłam:
Aż łezka mi się zakręciła w oku. Bo oprócz zamówionej zakładki w kopercie znalazłam też zawieszkę, drugą zakładkę z motywem z Ewangelii wg. św. Jana oraz karteczkę pocztową ze wzruszającym liścikiem. Zakładka od razu powędrowała do aktualnie czytanej książki, czyli "Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił". I chociaż tematyka książki nie jest prosta, to jakoś tak od chwili otrzymania zakładki jakoś lepiej mi się ją czyta.
Jak wiecie, lubię czytać Wasze blogi w całości. Już nawet na moim blogu powstała osobna kategoria z przeczytanymi w całości blogami. Dzisiaj skończyłam czytać pokoik jednego z Was. Celt ma 32 lata i przez swoją niepełnosprawność jest niejako uziemiony w swoim domu. Zgodnie z swoim nickiem interesuje się kulturą celtycką, którą przedstawia na swoim blogu. Znajdziemy też na nim opis jego codziennego życia, jego radości i smutków. Ludzie, jak ta osoba mi imponuje swoją wiedzą i podejściem do życia. Zresztą sami się przekonajcie. Jego niezwykły blog znajduje się pod adresem: https://zyciecelta.wordpress.com. Wchodźcie, bo naprawdę warto. Ja od siebie dodam tylko tyle - Piotrze, to zaszczyt gościć na takim blogu jak Ty prowadzisz.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

565. Dzięki Jadzi gotowa jestem polubić awiza z poczty, czyli zabawa PODAJ DALEJ po raz drugi :)

Od ponad dwóch miesięcy podarki od naszej Marzenki otrzymane w ramach blogowej zabawy PODAJ DALEJ cieszą moje oczy i z dumą zajmują przyznane im miejsce w moim niewielkim mieszkanku. Ale równocześnie zgłosiłam się do tej samej zabawy organizowanej na blogu Jadzi. Jako że byłam w regulaminowym gronie dwóch pierwszych osób, które to uczyniły, po pewnym czasie upewniłam się, że załapałam się też na podarek od tej wspaniałej, umiejącej zrobić coś z niczego, kobiety. Pozostało mi tylko czekać na paczkę.
Dzisiaj rano wracając z zakupów znalazłam w skrzynce na listy awizo z piątku. Trochę mnie to zdziwiło, ponieważ w piątek siedziałam raczej cały dzień w domu... Ponieważ jeszcze przed wyjściem na zakupy dostałam telefon z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w sprawie ankiety ewaluacyjnej, która jeszcze do nich nie dotarła(gdyby byli tacy punktualni co do wypłacania świadczeń, to byłoby dobrze) myślałam, że to po prostu ponaglenie co do tego. Jakież było moje zaskoczenie, a za razem radość, kiedy po chwili pani w okienku wróciła nie z kopertą, ale paczką. Nie, to nie mogło być ponaglenie. Za to buzia jeszcze bardziej mi się uśmiechnęła, kiedy zobaczyłam nadawcę - Jadzia 😄. A przy okazji nadałam ten nieszczęsny list z wypełnioną ankietą ewaluacyjną.
Do domu wracałam jak na skrzydłach. Tajemnicą Poliszynela zostaje skąd Jadzia zdobyła mój adres, ale umówmy się, że ma jakiś tajemny nadajnik GPS😁. Zaraz po doniesieniu przesyłki do domu położyłam ją na stole i zaczęłam szukać odpowiedniego narzędzia do rozparcelowania oklejoną taśmą klejącą przesyłkę.
Samego momentu otworzenia paczki nie uchwyciłam, zresztą trudno by mi było tego dokonać. Za to, kiedy już uniosłam górną część pudełka moim oczom ukazał się taki oto widok:
Drżącymi rękami zaczęłam wyjmować kolejne cuda, przygotowane dla mnie przez Jadzię. Czego tam nie było(chociaż zdjęcia nie oddają piękna tego wszystkiego)...
Nawet nad morzem nie znalazłam tak wspaniałych pamiątek:
Cudowny albumik na niewielkie zdjęcia z trzema herbatkami w środku:
 
Notesik - na pewno się przyda po tym jak mój dotychczasowy zeszycik z adresami bliskich mi osób został przez przypadek w ferworze pospiesznego pakowania się pozostawiony w pokoju...
Kolejny albumik z kieszonkami:
Książka "Amandine" autorstwa Marleny de Blasi - strzał w 10. Czytam wszystko, łącznie z encyklopediami z 1937 roku(już słyszę Wasz śmiech, kiedy to czytacie, ale naprawdę tak jest - właśnie przerabiam hasła na literę "O"), więc bardzo się ucieszyłam z kolejnej pozycji, która zasili moją domową biblioteczkę. Tym bardziej, że treść zapowiada się ciekawie.
Książeczki z sentencjami na życie zawsze są u mnie mile widziane :)
 Jak ja podziwiam ludzi, którzy potrafią tak pięknie tworzyć pomimo braku rąk:
I na koniec coś dla ciała, czyli wspomniane wcześniej herbatki owocowe oraz czekolada do picia:
Rewelacyjna przesyłka od wspaniałej Osoby. Zresztą większość z Was pewnie zna Jadzię, a kto jej jeszcze nie zna, to musi koniecznie wpaść do Niej na bloga -> http://jadwiga-sercemtworzone.blogspot.com i ją poznać. Ręczę, że od razu ją polubicie. Ja zaś po raz drugi ogłaszam u siebie nabór na dalszy ciąg zabawy PODAJ DALEJ. Zgłoszenia przyjmuję do końca września, a ponieważ ostatnim razem nikt się nie zgłosił, teraz szansę mają 3 osoby.
---------------------------------------------------------------------
Zostałam namówiona na pewną ciekawą akcję, której bohaterem jest niezwykle ciepła, empatyczna, zawsze chętna do pomocy i nie szczędząca ciepłych słów wsparcia osoba. Z reguły nie biorę udziału w tego typu sprawach, ponieważ nie mam jakiegoś tam talentu, teraz jednak nie trzeba mnie było specjalnie ku temu namawiać. Nie chcę pisać o co dokładnie chodzi. Powiem tylko tyle, że z powodu szybkiego męczenia się moich rąk podczas prac manualnych, podzieliłam całą pracę na etapy. Dzisiaj narysowałam pierwszą część - może to nie jest sztuka wysokich lotów, ale na pewno z serca. Mam nadzieję, że efekt końcowy będzie zadowalający dla obu stron. Wierzę, że dobro powraca, a względem tej osoby powróci ze zdwojoną siłą💪

piątek, 5 maja 2017

519. Majowo z krzyżówką religijną

Nadszedł maj, a wraz z nim nieco dłuższe dni. Dla mnie maj dodatkowo oznacza smarkanie, kasłanie i prychanie z powodu alergii. Dlatego, może to głupio zabrzmi, ale kocham wszelkie załamania pogodowe uwalniające atmosferę z wszelkich pyłków, które powodują moje rozbicie i obniżenie się koncentracji. Wszelkie deszcze są dla mnie dużo lepsze od wszystkich innych farmaceutycznych wspomagaczy.
Od kilku dni żyję wyjazdem do Lwowa, który mam w ramach studiów. To już w poniedziałek, a ja ciągle mam poczucie zbyt szybko uciekającego czasu. A jeszcze przed wczoraj ksiądz proboszcz pokazywał mi swoje zdjęcia z czasów, kiedy on sam pracował na tamtejszej parafii. Zamieszania z organizacją było co niemiara, a o ich powodach pisałam w jednym ze wcześniejszych postów. Na szczęście wszystko poszło na plus dla mnie. Mam oprowadzać po dwóch obiektach i czuję pewną tremę. Wszak Lwów to nie moje Wadowice, o których mogę opowiadać godzinami. Ale taka już jest dola przewodnika. I nie piszcie mi, że to najfajniejszy zawód świata, bo tak jak właściwie w każdym innym trzeba się naharować za kilku.
Wracajmy jednak do rzeczywistości. Jutro sobota, więc dzień dla dzieciaków z naszego parafialnego Oratorium. W planach mamy podchody, które mam przygotować. A poza tym obiecałam scholi krzyżówkę i dotrzymałam słowa. A teraz dzielę się efektem moich wysiłków z Wami. Myślicie, że bardzo jest trudna?
Rozwiąż krzyżówkę. Litery z ponumerowanych kratek wpisane w odpowiednie miejsca poniżej ułożą hasło, mój ulubiony cytat z Pisma Świętego.




A na tego czytacza mojego bloga, który odważy się rozwiązać krzyżówkę i pierwszy odgadnie hasło czeka drobna nagroda :)

sobota, 25 marca 2017

494. Jajcarze...

Coś mi się wydaje, że dawno nie pisałam o tym, co dzieje się w naszym parafialnym Oratorium. A dzieje się sporo. Cotygodniowe czwartkowe spotkania organizacyjne pozwalają nam zastanowić się czym wypełnić im te kilka godzin spędzonych we wspólnym gronie. Zawsze jest czas na naukę, na gry i zabawy ruchowe, na zajęcia plastyczno - techniczne. 
W tym tygodniu, z racji zbliżających się świąt Wielkanocnych, zaoferowaliśmy dzieciakom warsztaty z dekorowania styropianowych jajek za pomocą cekinów. Chyba każdy z Was wie o co chodzi - mamy jajko i wbijamy w nie cekiny za pomocą szpilek, tworząc różnorakie wzorki. Szczerze powiedziawszy to nie wiem jak im poszła pierwsza część tych zajęć, ponieważ byłam wtedy w Kościele na próbie przed wielkopiątkową Drogą Krzyżową. Co prawda trzy tygodnie przed finałem dalej nie wiem o co chodzi, ale to już przemilczę. Udało mi się dotrzeć jednak na drugą część warsztatów, która była już pod koniec zajęć i z uśmiechem na twarzy obserwowałam pracę naszych podopiecznych. Zresztą sami zobaczcie jak im poszło:
Dodatkową radością dla dzieciaków było to, że mogły zabrać swoje dzieła do domu. Wiecie, każde jajeczko było unikalne, bo dzieci włożyły w nie pasje i serce. A że niektóre były bardziej okazalsze od innych? Nie szkodzi, wszak każde jajeczko wykonane przez dziecko będzie wyjątkowe w oczach jego rodziców i dziadków.
Poza tym pierwszy raz wprowadziliśmy tablicę z oceną z zachowania każdego dziecka w danym dniu. Oj, polały się co niektórym łezki, kiedy zobaczyli przy swoim nazwisku piorun symbolizujący naganne zachowanie. Ale naprawdę, kiedy ktoś ucieka opiekunom tam, gdzie jest tzw. klauzura i żadne upomnienia nie pomagają, to może taki okropny piorun będzie blokadą przed tego typu zachowaniem? Czas pokaże, czy to się przyjmie na dłuższą metę.