Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 31 marca 2021

1279. "Żeby człowiek był człowiekiem" - E. Stachura, "Prefacja"

Pracując z różnymi ludźmi, mimowolnie się z nimi zżywamy, nawet jeżeli działamy im na nerwy, a oni nam. A co tu dopiero mówić o tych, których lubimy i z którymi praca to czysta przyjemność? Nawet jeżeli dotyczy to zwykłego wolontariatu. Jasne, najczęściej narzekam tutaj na funkcjonowanie Sz.P., a zwłaszcza jej liderki w naszym regionie. Jednak na jednej liderce team się nie kończy. I całe szczęście, bo w przeciwnym razie moja współpraca z tą organizacją skończyłaby się po pierwszym roku. Jednak są ludzie, dzięki którym wiem, że to co robię ma sens i że nie jestem w tym beznadziejna(to akurat usłyszałam sama). Np. taki Brutus. Całe życie mieszkaliśmy na jednym osiedlu, a spotkałam go dopiero w Sz.P. Co prawda on mnie kojarzył, ale ja go wcale. W każdym razie po tym jak "dobitnie"(jak na mnie) powiedziałam półtora temu liderce, że nie mam ochoty z nią współpracować(o powodach pisałam >>TUTAJ<<) z niechęcią bo z niechęcią, ale przydzieliła mnie do Brutusa. No po prostu współpraca z nim, a współpraca z nią to niebo, a ziemia. Oczywiście, na korzyść Brutusa.
Dlatego szczerze się zaniepokoiłam, kiedy kilka dni temu napisał na grupie, że coś się źle czuje. A że u jednej z osób, z którymi pracuje na zmianie wykryto covid, było bardzo prawdopodobne, że po prostu go przejął. Oczywiście w trybie natychmiastowym(czyli jak najszybszym, bo do natychmiastowego to mu było daleko) wykonał badania. W położonych o ok. 25 km K-cach, bo DG miała chwilowy zastój w tej kwestii. Wynik wyszedł mu pozytywny. Zamknął się więc we własnym M3 w nadziei, że na tym się skończy. Wszyscy niemal natychmiast zaproponowali mu pomoc. Niby wszystko ma, jednak dzisiaj musiał wykupić recepty. Do pomocy zgłosiło się sporo osób, jednak najszybciej mógł liczyć na ich pomoc dopiero wieczorem. A że ja byłam prawie wolna, i w dodatku mieszkamy po sąsiedzku, szybko się z nim skontaktowałam i zaproponowałam, że ja mu mogę iść po te lekarstwa, zostawię je pod drzwiami, a rozliczymy się przy okazji. Przesłał mi więc potrzebne dane, a ja, uzbrojona jak na wojnę(z covidem, rzecz jasna) wyruszyłam na podbój osiedlowej apteki.
Spodziewałam się tłumów, a tu byłam tylko ja i jeszcze jedna osoba. Więc wszystko załatwiłam w miarę szybko. Potem wystarczyło zanieść to Brutusowi pod drzwi. Miałam po drodze dylemat, w jaki sposób zrobić włam do jego bloku, ponieważ drzwi wejściowe były zatrzaśnięte, a domofon nie działał, jednak jestem tak popularna na osiedlu, że mieszkańcy sami mi je otwierają. To oczywiście żart z tą popularnością, faktem jest natomiast to, że ktoś z parteru otworzył mi je. 
Brutus mieszka na 7 piętrze, więc od razu pojawił się dylemat - korzystać z okazji i jechać windą, czy też "być jak kamikadze" i iść na górę schodami, w maseczce na paszczy. Wybrałam jednak pierwszy wariant, u mnie w bloku nie ma takich luksusów. Jazda windą - wydarzenie dnia trwające ok. 15 sekund. W drugą stronę tyle samo, co daje razem pół minuty przyjemności. Szaleństwo. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że gdybym nie wzięła z sobą komórki(a w 80% przypadków jej nie biorę, nawet na studia potrafiłam pojechać bez niej), to nawet bym nie wiedziała pod które drzwi mam mu to zanieść. Jednak po wyjściu z apteki zatelefonowałam i dopytałam się o szczegóły. 
Reklamówkę z zakupami zawiesiłam na klamce drzwi do mieszkania Brutusa, puściłam mu umówionego "sygnała" i grzecznie udałam się w kierunku windy, a potem mojego bloku. Po drodze dostałam smsa z podziękowaniami, a więc misja została wykonana w 100%.
Nie, nie czuję się bohaterem. Ja nawet nie zrobiłam nic wielkiego ani wyjątkowego. Po prostu zrobiłam to, co powinnam, postąpiłam tak, jak nauczyli mnie w domu. Mimo wszystko. Bo nawet w tych dziwnych i niepewnych czasach, gdzie każdy na każdego łypie podejrzliwym okiem i bardziej traktujemy się jak "wrogów" niż "przyjaciół"(mam nadzieję, że wiecie co chcę przez to powiedzieć) też zachować jakieś minimalne cząstki naszego człowieczeństwa. Wydaje mi się, że słowa z "Prefacji" Edwarda Stachury: "Żeby człowiek był człowiekiem" doskonale tutaj pasują. Bo być może ktoś nie da rady bez naszej pomocy. Tak, jest strach, ale może przez to i w tym przypadku zmorzona ostrożność. Jedno drugiego przecież nie wyklucza a wręcz może być uzupełnieniem.

A ja tylko żałuję, że nie miałam już ani jednej pisanki, bo bym mu dorzuciła gratis. Może by się ucieszył.

Pozdrawiam Was serdecznie i proszę, uważajcie na siebie.

P.S. Wydaje mi się, że rzadko tutaj o coś proszę, ale jakby ktoś mógł ciepło pomyśleć o moim tacie. Ostatnio w pracy miał kontakt z osobą zarażoną COVID-em i teraz jest na kwarantannie oczekując rezultatu tego "spotkania". A to wszystko w Holandii, gdzie pojechał na 4 tygodnie z firmy w której jest zatrudniony do pracy...

poniedziałek, 29 marca 2021

1278. Ale jaja(w dosłownym tego zwrotu znaczeniu)

O sile kontaktów internetowych można napisać i powiedzieć wiele. Może ona przybierać zarówno negatywne, jak i pozytywne odcienie. Osobiście doświadczyłam zarówno jednych, jak i drugich, jednak szala sprawiedliwości zdecydowanie przechyla się na korzyść tych, które są pozytywne.
Co rusz doświadczam od Was sytuacji, które wywołują u mnie szczere wzruszenie. W zeszłym tygodniu odebrałam sympatyczną przesyłkę od Basi, dzisiaj natomiast otrzymałam paczuszkę od niezaprzeczalnej królowej drutów - Uleńki.
Było kilka minut po ósmej, gdy ktoś zadzwonił do moich drzwi, a krótko potem Puśka wykonała swój słynny sprint kończący się na ich klamce. A że kotka ich i tak nie otworzy(powód prosty - były zamknięte na klucz) odłożyłam na chwilę laptopa i poszłam sama to zrobić. Za nimi stał sympatyczny młody chłopak, dzierżący w dłoniach niewielką paczkę, którą niemal od razu wcisnął w moje ręce. Podziękowałam, zamknęłam drzwi i spojrzałam na adresata. To była Ula, której serwetki i gwiazdki cieszyły moje(i nie tylko moje) oczy w okresie Bożego Narodzenia. Paczka była dosyć lekka, jednak zauważywszy naklejkę "Ostrożnie" zaczęłam się z nią obchodzić jeszcze bardziej delikatnie. W tle leciał wykład na temat psychoanalizy Freuda, a ja z przejęciem szukałam nożyczek, którymi mogłabym otworzyć przesyłkę. W końcu wpadły w moje łapki i mogłam bezpiecznie przeciąć taśmę klejącą. W końcu dostałam się do jej wnętrza. A tam, o rany, takich cudeniek się nie spodziewałam. Zresztą sami zobaczcie:

Serwetka + 5 jajeczek w wyszywanych "mundurkach" + uroczy królicek + przesympatyczne życzenia świąteczne. Naprawdę, chwilę musiałam ochłonąć z wrażenia. Bo wszystko jest takie cudowne, wspaniale wykonane. Będzie ślicznym udekorowaniem(obok jajeczek od Basi i Marzenki) mojego gniazdka na święta.
Jajka z kicaczkiem w koszyczku, a koszyczek na serwetce
Stary, poczciwy, znany na całą rodzinę królik Baks wypatruje z młodszym kolegą wiosny, a przy okazji opowiada mu o życiu w tym mieszkaniu

Ech, patrzę na te podarunki, na kartki, na komentarze, na wszystko i nie mogę uwierzyć, że to właśnie tutaj, w internetowym świecie znalazłam tyle wspaniałych, pokrewnych dusz. 
Dziękuję, że jesteście, kimkolwiek jesteście :).

Ale, żeby nie było że tylko biorę nic nie dając w zamian, to ja też coś dla Was mam. 10 z Was (oczywiście tym, do których mam adresy), wyślę jutro coś mojego. Sąsiadka widziała co dla Was stworzyłam i była zachwycona. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba. Ech chciałabym zrobić całej 15 adresów, a najlepiej każdemu z Was, ale za późno na to wpadłam, a jedna taka rzecz jednak trochę mi schodzi z wykonaniem. Jednak jeżeli mogę sprawić choć cień radości chociaż tej 10 moich czytelników to zrobię to z miłą chęcią :).

niedziela, 28 marca 2021

1277. "Uwielbiam... (...) z krzyża siedem słów": rozważania wielkopostne 2021 - cz. 6: finał

"Wykonało się!" (J 19, 30)

W naszych tegorocznych rozważaniach wielkopostnych dobrnęliśmy do finału. Ostatnim słowem wypowiedzianym przez Zbawiciela na krzyżu brzmiały: "Wykonało się". Jezus wisiał na krzyżu, a w tle rozciągało się niespokojne niebo. Jak czytamy w Ewangeliach, przybrało ono ciemną barwę. Sam krzyż wyrastał na wyjałowionym od naszych grzechów wzgórzu Golgoty. W tle widniała przygotowująca się na święto Paschy Jerozolima. Miasto pustoszało i coraz bardziej pogrążała się w ciszy. Taka właśnie sceneria towarzyszyła dramatowi Jezusa, który w kluczowym momencie rzekł: "Wykonało się". Był to sposób, w którym Najwyższy i Wieczny Kapłan złożył całopalną ofiarę z samego siebie. Oddał wszystko, co posiadał na tej ziemi, łącznie ze swoją Matką. Jezus swoim "Wykonało się" oświadcza, że dokonało się wszystko, co przepowiedział, co miało się wydarzyć oraz co miało Go spotkać. Skłoniwszy głowę oddał ducha. Jednak poprzez śmierć Jezusa rodzi się nowa społeczność Kościoła powszechnego, a upokorzony i milczący Jezus jest paradoksalnie Panem i Sędzią wszystkich tych, którzy Go sądzili i w dalszym ciągu sądzą, bo ten proceder trwa po dzień dzisiejszy.
Przed siedzibą Jałmużnika Jego Świątobliwości ustawiona została rzeźba autorstwa kanadyjskiego artysty Timothy'ego P. Schmalza. Przedstawia leżącego na ławce człowieka, który jest przykryty kocem. Jego jedyną widoczną częścią ciała są wystające spod koca stopy ze śladami po ukrzyżowaniu. Rany człowieka ukryte są w ranach cierpiącego Jezusa. Umierając na krzyżu, Zbawiciel nie tylko powiedział, że wszystko się wykonało, ale też z Jego przebitego boku wypłynęły Krew i Woda - czyli zdroje Bożego miłosierdzia i błogosławieństwa. Jak zauważa papież Benedykt XVI, wyznanie wykonało się "odsyła do początku Męki, do godziny obmywania nóg; jego opis ewangelista zaczyna od podkreślenia, że Jezus umiłował swoich 'do końca'(13, 1). Ten 'koniec' to szczytowe dopełnienie miłości, nastąpił teraz, w momencie śmierci. Jezus rzeczywiście doszedł aż do końca, aż do samej granicy, i ją przekroczył. Urzeczywistnił pełnię miłości - oddał siebie samego"(Jezus z Nazaretu, cz. II, s. 238).
Kiedy człowiek doświadcza Bożej miłości, zaczyna intuicyjnie pojmować, czym tak właściwie jest życie. Co więcej, "zaczyna przeczuwać, co znaczy słowo nadziei, które napotkaliśmy w obrzędzie chrztu: od wiary oczekuję <<życia wiecznego>> - prawdziwego życia, które całkowicie i bez zagrożeń, w całej pełni, po prostu jest życiem. Jezus, który powiedział o sobie, że przyszedł na świat, abyśmy mieli życie i mieli je w pełni, w obfitości (por. J 10, 10), wyjaśnił nam także, co oznacza <<życie>>. <<A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa>> (J 17, 3). Życia we właściwym znaczeniu nie mamy dla siebie ani wyłącznie z samych siebie: jest ono relacją. Życie w swojej pełni jest relacją z Tym, który jest źródłem życia. Jeśli pozostajemy w relacji z Tym, który nie umiera, który sam jest Życiem i Miłością, wówczas mamy życie. Wówczas <<żyjemy>>" (Spe salvi 27)
Jezusowe "Wykonało się" nie jest więc tylko rozpaczliwym krzykiem cierpiącego człowieka, lecz wyraża jego pełną świadomość, że powierzone Mu przez Ojca zbawcze posłannictwo zostało zrealizowane. W krzyżu Chrystusa Bóg, który jest przecież bogaty w miłosierdzie, wypowiada swoją miłość względem świata oraz każdego człowieka. Przypomina o tym papież Jan Paweł II pisząc, że w krzyżu "objawienie miłości miłosiernej osiąga swój szczyt"(DiM 8), zaś "ukrzyżowany jest dla nas najwyższym wzorem, natchnieniem, wezwaniem" (DiM 14). Tym samym Jezus stworzył nową relację pomiędzy ludźmi a Bogiem. Stało się to dokładnie w chwili, kiedy wraz ze śmiercią Mesjasza "zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół" (Mt 27, 51). Taka zasłona zakrywała w Świątyni Jerozolimskiej miejsce uważane za Święte Świętych. Było ono zarezerwowane dla Boga w takim stopniu, że arcykapłan mógł tam wejść jedynie raz w roku. Rozdarcie owej zasłony w chwili śmierci Jezusa sprawiło, że miejsce Święte Świętych stało się dostępne dla wszystkich ludzi. Jak zauważył w jednym ze swoich listów św. Paweł: "Bóg zaś okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami"(Rz 5, 8).
Jezus poprzez wykonanie swojej ziemskiej misji, zaprasza nas do podążania Jego drogą z pełną świadomością konsekwencji pełnionych przez nas czynów pozwalających każdemu na odkrywanie już teraz wieczność ukrytą pośrodku czasu. Jak napisał w jednym ze swoich wierszy Józef Ungaretti: "[Jezu], Twe serce jest pełnym pasji siedliskiem / Miłości  nadaremnej / Chryste, czułe uderzenie serca / Gwiazdo wcielona w ludzkie ciemności, / Bracie ofiarujący się / Wiekuiście, aby odbudować / Po ludzku człowieka, / Święty, święty, który cierpisz, / Aby wyzwolić od śmierci umarłych, / I podtrzymywać nas nieszczęśliwie żyjących, / Już nie płaczę moim tylko płaczem, / Oto nazywam Cię Świętym, który cierpisz".

***

Niedziela Palmowa, tydzień przed Wielkanocą. Nowe rozporządzenia weszły również w kościelne życie. 33 osoby jednocześnie na Mszy, kościół zamykany na klucz(Ulcia, zwracam honor). Kto nie zdąży, stoi na zewnątrz i słucha nabożeństwa przez głośniki wystawione na zewnątrz. Dobrze, że chociaż ksiądz wychodzi do nich z Komunią. Po cichu cieszę się, że poszłam na wcześniejsze nabożeństwo Gorzkich Żali, przynajmniej mogłam spokojnie zostać na Eucharystii. Nabożeństwa w Wielki Czwartek i Piątek nieobowiązkowe, w Wielką Sobotę święcenie pokarmów przed kościołem (lepszy rydz niż nic), w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego zwiększona ilość Mszy święte. Ech, mogło być gorzej. Ale mogło i być lepiej. Co do życzeń o których pisałam w ostatnim poście, to napisałam, wysłałam, dzisiaj przyszła do mnie meilowa odpowiedź od pani Dyrygent. Na szczęście spodobały jej się i wykorzysta je w Wielki Czwartek oraz wyśle je księdzu Franklinowi. Więc: "Śpiewaj hosanna!".

sobota, 27 marca 2021

1276. Piątkowe obawy i radości

 - Udało się, prawda? - z niepokojem spojrzałam po nabożeństwie Drogi Krzyżowej na panią Dyrygent.
 - Udało się Lolku, udało - usłyszałam w odpowiedzi. - W ogóle przepraszam, ale dopiero po rozdaniu zobaczyłam w twoim tekście ten cały "ekshibicjonizm". Ale poradziłaś sobie z nim znakomicie.
Dwa tygodnie temu, po niedzielnej Mszy świętej na której śpiewała schola, rozdano nam teksty na drugą w tym roku Drogę Krzyżową. Również i mnie przypadło do przeczytania jedna, konkretnie dziesiąta, stacja. Tematem przewodnim nabożeństwa była Eucharystia(zresztą tak samo jak rozważań sprzed miesiąca, tylko sama ich treść była inna). W domu przeczytałam wszystko raz, drugi, trzeci. Niby wszystko grało. Wszystko, oprócz jednego słowa - "ekshibicjonizm". No sami przyznajcie, że nawet dla przeciętnego człowieka jest ono ciężkie w wymowie. A co dopiero dla człowieka, któremu plącze się język, chociaż nie wypił nawet kropelki alkoholu. Nie mogłam jednak się poddać, bo to nie w moim stylu. Co prawda jeszcze w niedzielę nie było wiadomo, czy Droga Krzyżowa się odbędzie, a w ogóle to nawet w ostatniej chwili mogliśmy zrezygnować, z tego co widziałam, to chyba nikt nie skorzystał z tej opcji i wszyscy przyszli. Trochę się stresowałam tym "ekshibicjonizmem", np. nie mogłam podnieść ze statywu mikrofonu, do którego czytaliśmy, ale jak już zaczęłam czytać, to cała trema poszła wniwecz. I nawet wypowiedzenie tego trudnego i niezbyt przyjemnego słowa jakoś mi się udało. Na pewno czytałam wolniej od innych, jednak coś za coś. Mikrofon odkładałam już na pełnym luzie. Wiedziałam, że wszystko już za mną. Tradycyjnie wyszłam z założenia, że ten kto chciał, to mnie zrozumiał. A reszta? To już ich sprawa. 
Zakochałam się w tym pyszczku od pierwszego wejrzenia
Do samego końca czułam się jakoś tak lżej. Na koniec nabożeństwa dzieci, które na nie przyszły dostały na pamiątkę Baranka Paschalnego oraz batonika. Zazwyczaj wyróżnione zostawały te dzieciaki, które regularnie chodziły, ale w tym roku wszyscy wiemy jaka jest sytuacja, więc i frekwencja była niezbyt duża. Tak się złożyło, że po zaśpiewaniu pieśni na zakończenie(tradycyjnie już było to "Powiedz ludziom") pani Dyrygent zeszła na dół i przyniosła dzieciom i młodzieży czytającej rozważania po Baranku oraz batoniku. Nawet ja dostałam jeden "pakiet". Hmmm... wszak wszyscy jesteśmy Dziećmi Bożymi, prawda? A swoją drogą, dzisiaj miałam udać się na poszukiwanie takiego Baranka. Kolejny przypadek? Nie sądzę.
Ponieważ to ostatnie oficjalne spotkanie scholi przed świętami. W normalnych czasach pewnie śpiewalibyśmy podczas świąt albo w scholi albo wspomagając zespół, jednak z powodu najnowszych obostrzeń(wreszcie jest czarno na białym napisane, że w naszej świątyni mogą przebywać maksymalnie 33 osoby na jednej Mszy) zrezygnowaliśmy z tego. Były więc życzenia, zarówno świąteczne jak i odnośnie tego, abyśmy jak najszybciej się spotkali na śpiewaniu. Wszyscy mamy nadzieję, że podczas wizytacji biskupa będziemy już mogli się zaprezentować. A ta przewidziana jest na 11 kwietnia. Wszystko jednak jest w rękach Boga i jeżeli on zechce, abyśmy uświetnili naszym śpiewem tą wizytę, to nam na to pozwoli, jeżeli nie - to nie. Wracając jeszcze do życzeń, to pani Dyrygent coś tam zaczęła "marudzić", że ktoś musi jeszcze napisać życzenia dla księży na Wielki Czwartek. W domyśle miała to zrobić ona. Jednak zaproponowałam jej, że ja to mogę zrobić. Może nie będą wow, bo wymyślone przeze mnie, ale przynajmniej to jej odpadnie. Na koniec jeszcze ją zapewniłam, że wcale nie żartowałam i naprawdę mogę coś tam skrobnąć z tej okazji. Zgodziła się, z zapytaniem, czy mogłaby potem przerobić je na życzenia dla byłego opiekuna naszej scholi. Czemu nie. 
Z życzeniami wyrobiłam się do dzisiejszego południa i to jeszcze w dwóch wersjach: pojedynczej (dla księdza Franklina) oraz mnogiej (dla księży z naszej parafii). Może wykorzysta. Mam cichuteńką nadzieję że się spodoba i chociażby na wiecznie marsowej twarzy naszego proboszcza pojawi się cień uśmiechu.

czwartek, 25 marca 2021

1275. Niespodziewana przesyłka

Echa mojego zeszłotygodniowego występu na konferencji wraz z podziwem, że zmieściłam się w przepisowych 10 minut i w dodatku nie "przynudzałam"(tego ostatniego nie jestem taka pewna, bo wiem, że przez niepełnosprawność mam "nudny" ton głosu, zwłaszcza kiedy mówię wolno). I pomyśleć, że kiedy na początku miesiąca wysłałam zgłoszenie byłam pełna obaw. Nie wiedziałam, czy fizycznie dam radę wszystko wygłosić, czy technika mnie nie zawiedzie, czy uczelnia nie stwierdzi, że przynoszę jej więcej wstydu niż radości(nie piszcie, że z tym już przesadzam, raz promotor na seminarium mówił, że blisko 25% prelegentów przynosi wstyd reprezentowanym przez siebie jednostkom, więc statystycznie 1 na 5 prelegentów z UPJP2 przyniosło mu ową hańbę)... Tak jednak się nie stało, a ja raczej zbieram laury niż cięgi. Jednak nie mogę popaść w samo zachwyt, bo skapcanieję, a tego raczej bym nie chciała.
Konferencje konferencjami, laury laurami, zachwyty zachwytami, a życie toczy się dalej. Kolejne obostrzenia przed nami. W sumie najbardziej dokucza mi, a jakżeby inaczej, zamknięcie bibliotek. Co prawda zaopatrzyłam się w maksymalną możliwą do wypożyczenia listę tytułów(czyli 10, przy czym samych książek jest 11), mam jednak nadzieję, że ten stan będzie trwał krócej niż rok temu. Mam jeszcze zaległe książki od Lidzi do przeczytania, więc może nie będzie tak źle. Na razie jednak mam co robić - czytam, robię styropianowe pisanki, jeszcze muszę zrobić kartki i nadać je na poczcie. Co jak co, ale poczty to raczej nie zamkną. No, chyba że...
A propos poczty. Cały zeszły piątek przesiedziałam w domu. Dlatego jakież było moje zdumienie, kiedy w niedzielę znalazłam w skrzynce pocztowej awizo, abym odebrała z poczty przesyłkę. Tak się złożyło, że zrobiłam to dopiero dzisiaj. Ogólnie to miałam ochotę zrobić larum. Koronawirus koronawirusem, ale to chyba obowiązek listonosza przynajmniej dostarczyć przesyłkę... Ogólnie to nie spodziewałam się niczego dostać. Może co najwyżej kartki od kilku blogowych duszyczek. Ale kopertę z kartką można wrzucić do skrzynki. A na awizo wyraźnie widniało, że przesyłka niewymiarowa. Sympatyczny pan po drugiej stronie okienka(twarzy nie widziałam, ale dobrze mu z oczu patrzyło) na chwilę zniknął za drewnianą ścianką, po czym po chwili wrócił z faktycznie niewymiarową paczką. "O kurczaczek" przemknęło mi przez myśl. Samą paczkę odebrałam, dla wygody, w okienku obok. Szybki rzut oka na nadawcę - nasza Basia. Czyli to raczej nie bomba. Ewentualnie bomba emocjonalna. Nie wiem jak Wam, ale mnie rozpakowywaniu paczek i kopert towarzyszą takie emocje, że ich energia z powodzeniem zasiliłaby moje miasto na kilka chwil.
Tak było i tym razem. Zawsze się śmieję, że moje krzywe ręce chociaż raz mi się przydają - przy szybkim rozpakowywaniu papieru pakowego. To nie jest oczywiście tak, że nie akceptuję siebie taką jaka jestem. Po prostu czasami lubię pożartować sama z siebie i swoich niedoskonałości. Jednak nie myślcie sobie, że mogłam od razu rozpakować przesyłkę. Mój prywatny domowy inspektor jakości musiał wywęszyć, czy spełnia ona jej tajemnicze normy. Aż żałuję, że nie zdążyłam cyknąć fotki Pusi niuchającej obok pudełka, pocieszny widok. Kiedy paczka została zaakceptowana przez miałczące futerko, mogłam zacząć cieszyć się jej zawartością. A naprawdę, jest czym:

Coś do poczytania
Coś do obejrzenia(już dawno chciałam obejrzeć ten film o Karolinie, teraz mi się to uda)
Coś dla ciała
Coś dla ducha
Basiu, jeszcze raz bardzo, bardzo Ci dziękuję :).
A wracając do domu coś mnie podkusiło, aby po drodze wstąpić do jednego z zagranicznych hipermarketów po białe cekiny, których mi zabrakło. Jakoś tak ekonomicznie wyszły mi tam najtańsze. I jeszcze kilka kopert dokupiłam. Wiecie, tzw. błyskawiczne zakupy(chociaż moja koleżanka uważa, że błyskawiczna może być co najwyżej zupa). Jak zobaczyłam kolejki to aż się przestraszyłam. I już wiedziałam, że swoje odstoję. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy kolejnym obostrzeniem nie jest całkowite zamknięcie sklepów, skutkiem czego ludzie rzucili się na sklepowe półki. Myślę że moje zakupu mieszczące się w granicy niespełna 10 złotych mogły trochę dziwnie przy innych wyglądać, ale ja naprawdę nie ulegam zbędnej panice czy też szałowi. W razie czego w piwnicy mam kilka półek przetworów, za mięsem nie przepadam, gorzej by było z pieczywem, ale podobno drożdże można zamrozić. Jakoś bym sobie dała radę :).

środa, 24 marca 2021

1274. "Leczysz schorzenie, to wygrasz lub przegrasz. Leczysz osobę - gwarantuję ci, że wygrasz" - po obejrzeniu filmu "Patch Adams"

W niedzielę, w ramach przygotowań do odbywającego się w tym tygodniu koła naukowego, poświęciłam dwie godziny na obejrzenie amerykańskiej tragikomedii "Patch Adams". Już raz widziałam ten film, kilka lat temu oglądaliśmy go w ramach tzw. czasu wolnego, więc mniej więcej kojarzyłam fabułę.
Produkcja z 1998 roku opowiada historię młodego mężczyzny, tytułowego Patch Adamsa(w tą rolę wcielał się Robin Williams), który przez wiele lat przebywał w szpitalu psychiatrycznym jako pacjent. Dostrzegając podmiotowość traktowania przebywających w nim ludzi, postanawia coś z tym zrobić. Po wyjściu z zakładu wstępuje na studia medyczne. Chociaż odbiega wiekiem od większości kolegów z roku, przewyższa ich wiedzą oraz nietypowym podejściem do pacjentów. Ignorując wszelkie zasady mówiące o tym, że przyszły lekarz ma mieć kontakt z pacjentem dopiero na trzecim roku studiów, angażuje się w spotkania z chorymi już na początku swojej edukacji medycznej. Wykorzystując poczucie humoru oraz umiejętność wprawiania w ten humor inne osoby sprawia, że pobyt w szpitalu staje się o wiele milszym doświadczeniem, niż można by było się tego spodziewać. Na twarzach dzieci pojawiał się szczery uśmiech, a nawet najbardziej uciążliwi pacjenci zmieniali się w pokorne owieczki. Nie leczył dolegliwości somatycznych, ale, powiedzielibyśmy, dusze pacjentów w myśl zasady: "Leczysz schorzenie, to wygrasz lub przegrasz. Leczysz osobę - gwarantuję ci, że wygrasz".

Działalność Patcha, chociaż nie do końca akceptowana przez władze wydziału(dostaje m.in. zakaz widywania się z pacjentami w czasie zajęć na studiach - obchodzi go spotykając się z chorymi pomiędzy nimi), znajduje uznanie wśród personelu szpitalnego. Z czasem w działaniach zaczyna go wspierać koleżanka z roku, Carin. Patch nie ukrywa, że czuje do niej coś więcej. Zaczyna planować wspólną przyszłość, planuje też otworzyć własną klinikę, w której leczono by ludzi, według przyjętych przez niego zasad. Niestety, jedna chwila przekreśla wszystkie jego plany i marzenia. W dodatku zostaje oskarżony o bezprawne stosowanie praktyki lekarskiej(nie miał jeszcze skończonych studiów medycznych) i postawiony przed wymiar sprawiedliwości. Czy znajdzie w sobie na tyle determinacji, aby spełnić swoje marzenia? Tym bardziej, że nawet na sali sądowej może liczyć na wsparcie wdzięcznych małych pacjentów.

Film "Patch Adams" oparty jest na autentycznej historii. Hunter 'Patch' Adams, pierwowzór głównego bohatera, faktycznie istnieje. W 1971 roku założył Gesundheit Institute, której celem po dzień dzisiejszy jest łączenie medycyny tradycyjnej z alternatywną. Przykłada się w niej szczególną uwagę do sztuki, rzemiosła i rekreacji, jako nieodłącznych elementów terapii. Film, chociaż na pierwszy rzut oka podejmuje dosyć trudną tematykę, jest dosyć przyjemny w odbiorze. Patch, wieczny optymista z nadzieją patrzy na świat. Jego przeciwieństwem jest sprowadzająca go na ziemię Carin. Zarówno Robin Williams, jak i Monica Potter wytworzyli wspaniałe kreacje granych przez siebie postaci. Produkcja śmieszy, a zarazem uczy. Uczy, że czasami zwykła ludzka empatia może zdziałać więcej niż stosowane przez lata środki medyczne, że czasami uniżając się do poziomu pacjenta lepiej zrozumiemy jego chorobę, że czasami problem tkwi w tzw. psyche, a nie somie(wow, nawet nie przypuszczałam, że wiedza zdobyta na studiach przyda mi się w taki sposób). Zarazem kolejny raz miałam okazję podziwiać rewelacyjną grę Robina Williamsa i przekonać się, że postacie komediowe, jakie wykreował w wielu produkcjach, nie zawsze znalazły odzwierciedlenie w jego realistycznym życiu, niestety. Zbierając materiały na dzisiejszą notatkę natrafiłam na informację, że historia Patcha Adamsa została opisana w książce, więc jak tylko otworzą biblioteki, wybiorę się na jej poszukiwania.

wtorek, 23 marca 2021

1273. Wielkanoc inna niż zwykle?

Zeszłoroczne święta Wielkiej Nocy były dość specyficzne. Wszyscy jeszcze mamy w pamięci brak możliwości poświęcenia koszyczka z pokarmami w kościele, Msze święte ograniczone do pięciorga wiernych oraz zakaz odwiedzania bliskich. I zapewne jeszcze na dłuższy czas będziemy je pamiętać. Jednak to nie pierwszy raz, kiedy wiosenne pełne nadziei i najważniejsze dla chrześcijan święto odbywało się pod znakiem ograniczeń i obaw.
Zeszłoroczne Święto Zmartwychwstania Pańskiego dla wielu ludzi były smutne z prozaicznego powodu - utraty lub ograniczenia zarobków. Posiadający odpowiednie fundusze musieli odstać w wielogodzinnych kolejkach, aby pokupować wszystkie potrzebne produkty. I chociaż wielu narzekało na taki stan rzeczy to jednak takie sytuacje zdarzały się już wcześniej i jakoś nasi przodkowie wszystko to przetrwali.
Weźmy na przykład realia II wojny światowej, które najbardziej były odczuwalne w chwilach takich jak narodziny dzieci, śluby czy święta. Wszystkie powyższe chwile miały więcej wspólnego z walką o przetrwanie niż z radosną celebracją. I chociaż obawa o życie swoje i bliskich była najważniejsza, to zaraz na drugim miejscu plasowała się walka o byt. Ta ciężka sytuacja nie ulegała zmianie w okresie Wielkiej Nocy. Pisze o tym chociażby Aleksandra Zaprutko - Janicka w książce "Okupacja od kuchni". Wspomina w niej chociażby o złych nastrojach doprowadzających do sytuacji, kiedy ludzie zaczęli się zastanawiać, czy w ogóle szykować niedzielne śniadanie. Jeśli nawet im się je przygotować, to było ono bardzo skromne - niejednokrotnie jedno jajko musiało wystarczyć na kilka osób. W dodatku śniadania wielkanocne odbywały się w cieniu tragedii rodzinnych oraz problemów ze zdobyciem podstawowych produktów. Zresztą samo jedzenie zdobywano na czarnym rynku, gdzie panowała niemała drożyzna. A więc nie tylko we współczesnych czasach ceny idą w górę. Wszystko to sprawiało, że nawet w tym wyjątkowym czasie wielu ludzi odczuwało głód. W dodatku symboliczne koszyczki były wykradane z kościołów przez głodne dzieci, które najpierw wypatrywały koszyczków, w których było najwięcej smakołyków. Najczęściej przygotowywały je żony volksdeutschów i szmalcowników, skromniejsze przygotowywały doświadczone wojną gospodynie. Paradoksalnie podczas okupacji ludzie stawali się niezwykle kreatywni. Kiedy na stole brakowało potraw, dbano chociaż o ozdoby - siano rzeżuchę oraz ścinano młode gałązki i wstawiano je do wody.
Wbrew pozorom zaraz po wojnie komuniści nie negowali roli wiary katolickiej, a nawet byli jej wyznawcami. Chociaż dzisiaj trudno w to uwierzyć, to w Mszach świętych uczestniczył sam Bolesław Bierut zaś Gomułka zasiadał do wielkanocnego stołu. W późniejszych czasach dla osób wierzących trudne do zniesienia były wszelkie represje religijne, najbardziej odczuwalne w czasie świąt. Poza tym mnożyły się różne problemy aprowizacyjne. Przy pustych półkach i ciągnących się w nieskończoność kolejkach nie lada wyzwaniem było zaopatrzenie kuchni w kiełbasy, składniki na żurek i szynkę. Brak drożdży, papieru toaletowego oraz mydła byłby drobnostką, gdyby nie walki między kupującymi o wiele podstawowych produktów. Propaganda dobrobytu w państwie jednak nie próżnowała, toteż na sklepowe wystawy niejednokrotnie trafiały smakołyki z plastiku, bądź produkty, które nie były przeznaczone na sprzedaż. Toteż dzisiejsze rozczarowania z powodu niewielkich sklepowych braków wydaje się przy tym czymś niewielkim.
Chyba najbardziej denerwującą rzeczą w okresie przedświątecznym są kolejki do sklepów. Za czasów PRL-u było to codziennością. Jeśli w sklepie "rzucili" coś, najczęściej trzeba było przygotować się na wielogodzinne stanie w "ogonku". A i tak towaru nie zawsze starczyło dla wszystkich.
Dziennik Telewizyjny z 1987 r. przedstawiał przygotowania do świat - porządki, zakupy, mycie auta. Pod tym względem PRL nie różnił się od współczesności. To, co go różniło to to, że Polacy wszystkimi środkami lokomocji docierali na święta do swoich rodzin. Oraz to, że chleb był normalnie dotykany palcami przez wielu ludzi, bo nikt nie bał się żadnego wirusa...
Jednak w historii naszego kraju nie brakuje pozytywnych wydarzeń mających miejsce w Wielkanoc. To wtedy(w Wielką Sobotę) książę Mieszko I miał przyjąć chrzest, zaś jego syn Bolesław miał być koronowany na króla Polski w Wielką Niedzielę 1025 r. W Wielką Sobotę 1918 roku wyzwolone zostało Wilno, zaś podczas Wielkanocy w 1943 roku z obozu w Oświęcimiu zbiegł rotmitrz Witold Pilecki*. 
Jaka będzie tegoroczna Wielkanoc? Tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Co prawda rząd jeszcze nie wydał żadnych rozporządzeń w tej sprawie, jednak zważając na ponowny skok zachorowań, wszystkiego można się spodziewać. Jednak pamiętajmy, że święta Wielkanocne to czas nadziei. Nawet jeżeli jesteśmy niewierzący, nadzieję niesie nam nadchodząca wiosna. I tej nadziei się trzymajmy, mimo wszystko. A jak będziemy jeszcze cieszyć się z życia jak motyle z poniższego wiersza, to już żadne restrykcje nie będą nam straszne.

Bądź jak motyl

Czy gdyby motyl wiedział
jak mało ma dni do przeżycia
to cieszyłby człowieka swoim pięknem?
Pewnie siedziałby w jakiejś dziurze,
rozmyślając, że jutro już go nie będzie,
a on tak dużo ma jeszcze do zrobienia.
Przegapiłby piękno ostatniego zachodu słońca
i rześkość ostatniej porannej jutrzenki.
A my nie uśmiechalibyśmy się sami do siebie,
kiedy przeleciałby obok nas,
zmierzając do pachnących, barwnych kwiatów.
On jednak tego nie wie,
i nie wie, ile daje radości sobą innym.
Mały i niepozorny, a jednak - jak ważny,
by cieszyć innych, do końca swych chwil.
Więc stań się jak motyl, radosnym, beztroskim,
z ufnością idź przez życie, nie bojąc się jutra.
Bądź radością dla innych, a inni - dla Ciebie,
ciesz się słońcem złotym i deszczu ochłodą,
a odkryjesz wtedy, czym naprawdę jest szczęście.

niedziela, 21 marca 2021

1272. "Uwielbiam... (...) z krzyża siedem słów": rozważania wielkopostne 2021 - cz. 5: pragnienia

"Pragnę" (J  19, 28)

Piątym słowem wypowiedzianym przez umierającego w męczarniach Syna Bożego było krótkie "Pragnę". Podobnie jak zawołane wcześniej: "Boże mój, czemuś mnie opuścił"(Mt 27, 46), także i ono odnosi się do proroctwa zawartego w Psalmie 22: "Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci(w. 16) oraz w Psalmie 68: "Dali mi jako pokarm truciznę, a gdy byłem spragniony, poili mnie octem"(w. 22).
Jak pisze papież Benedykt XVI w drugiej części powieści "Jezus z Nazaretu", Jezus w szczytowym momencie swojej męki, kiedy słońce niesamowicie paliło, ostatkiem sił krzyczy krótkie "Pragnę". Jest to najbardziej osobiste wołanie spośród wszystkich słów, które wypowiedział umierający Zbawiciel. W odpowiedzi na nie podano Mu kwaskowate wino, tak bardzo popularne wówczas przez ubogich i nazywane przez nich po prostu octem. Gasiło ono co prawda pragnienie, ale jednocześnie przedłużało cierpienie. Jezus jako cierpiący Sprawiedliwy cierpi z powodu swojego ludu. Według papieża emeryta nie tylko Izraelici i Kościół, ale także wierni odpowiadają octem - skwaszonym sercem - na Bożą miłość.
Jan Ewangelista, umiłowany uczeń Jezusa, nie chce zatrzymać czytelnika jedynie na fizycznym pragnieniu swojego Mistrza. Bo było to coś więcej od zwykłej prośby spragnionego wody człowieka. To "Pragnę" wypowiedziane przez umierającego po wypełnieniu swojej misji Zbawiciela, jest wołaniem o spełnienie się pragnienia Jego serca. Jan chce nam pokazać tym samym konającego Jezusa, który został uwielbiony przez Ojca z powodu spełnienia się do końca Jego pragnienia. Paradoksalnie uwielbienie Jezusa przejawia się w wywyższeniu Go na krzyżu. Jednocześnie jest to też pragnienie zesłania ludziom daru Ducha Świętego: "Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was"(J 16, 7). Śmierć Jezusa jest więc otwarciem przejścia do Ducha, przekazanego wszystkim przez zmartwychwstanie. 
Męka Chrystusa to najlepsze świadectwo prawdy o tym, jak boli zbawienie świata. Wezwanie "Pragnę" wypowiedziane przez konającego Mesjasza, jest skierowane do każdego z nas. Jak twierdzi ksiądz Jose Tolentino de Mendonca: "Nie mylmy pragnienia z potrzebami. Pragnienie to pewien brak, który nigdy nie jest całkowicie zaspokojony, to napięcie, rana ciągle otwarta, to bezkresne otwarcie się na wieczność. Pragnienie to aspiracja, która nas przekracza, ale nie determinuje, tak jak koniecznosć, koniec. Konieczność jest brakiem wpisanym w podmiot. Nieskończoność pragnienia jest pragnieniem nieskończoności". A Bóg zna nasze pragnienia, o czym świadczy chociażby fragment Psalmu 38: "Przed Tobą, Panie, wszelkie me pragnienie i moje wzdychanie nie jest przed Tobą ukryte". To tak naprawdę jedynie od nas zależy ich rozeznanie oraz wybór sposobu zaspokojenia.
Co ciekawe, to niepozorne słowo "Pragnę" było umieszczane przez świętą Matkę Teresę z Kalkuty na ścianie kaplic Zgromadzenia Misjonarek Miłości na całym świecie. Wiele lat wcześniej, w dniu 10 września 1946 roku, jeszcze jako lotetanka, miała odbyć rekolekcje. Podczas podróży pociągiem usłyszała "ponowne wezwanie" do opuszczenia klasztoru i zajęcia się posługą wśród ubogich. W owym "dniu natchnienia" otrzymała zawarte w jednym słowie Jezusa przesłanie: "Pragnę". Jak je jednak rozumiała sama przyszła święta? W jednej ze swoich notatek zapisała następujące zdanie: "On, Stwórca wszechświata, poprosił Swoje stworzenie o miłość". Natomiast w listach pisanych do sióstr Misjonarek Miłości kilka lat przed śmiercią, tłumaczyła to przesłanie w następujący sposób: "On tęskni za tobą. Pragnie Ciebie... Moje dzieci, gdy już doświadczycie pragnienia, miłości Jezusa do was, nigdy nie będziecie potrzebować, nigdy nie będziecie pragnąć tych rzeczy, które mogą jedynie oddalić was od Niego, prawdziwego i żywego Źródła. (...) Jak zbliżyć się do Jezusowego pragnienia? Jest tu tylko jedna tajemnica: im bliżej przychodzisz do Jezusa, tym lepiej poznasz Jego pragnienie. 'Nawracajcie się i wierzcie', mówi sam Jezus. Z czego mamy się nawracać? Z naszej obojętności, zatwardziałości naszych serc".
Jezus z sercem będącym rozdartym miłością, woła: "Pragnę". Kiedyś pewien mądry lekarz stwierdził, że "najlepszym lekarstwem dla człowieka jest miłość". Wtedy ktoś go zapytał: "A jeśli to nie działa?". Lekarz z uśmiechem odpowiedział: "Należy wtedy zwiększyć dawkę". Jezus zaprasza nas więc do otwarcia naszych serc, ponieważ pragnie nas kochać takimi, jacy jesteśmy. Nawet jeżeli funkcjonujemy jako "niewidzialni chrześcijanie", poszukujący własnej chwały i wygody, a nie królestwa Bożego. My mamy dać Jezusowi otwarte serca, reszta należy do niego, w myśl słów jednej z pieśni: "Panie, pragnienia ludzkich serc Ty zaspokoisz sam. (...) Ty, Panie, dajesz siebie nam, by naszym życiem być, Jak braciom służyć, naucz, jak miłością, prawdą żyć".

czwartek, 18 marca 2021

1271. Było całkiem nie najgorzej

Nie mów...
Nie mów, że świat jest bez sensu,
gdy coś nie po twej myśli poszło.
Popatrz z nadzieją przed siebie,
i powiedz po prostu - "Jest bosko".
Nie mów, że czegoś nie umiesz,
nie podejmując wyzwania.
Bo zawsze znajdzie się ten ktoś,
kto doceni Twoje starania.
Nie mów, że masz życie stracone,
że żyjesz bez większego celu.
Rozejrzyj się wokół i zobacz,
jak dużo znaczysz dla wielu.

Mój dzisiejszy nastrój po konferencji chyba najlepiej opisuje napisany spontanicznie nieco sztubacki wiersz. Jednak kiedy wysłałam go Pe., która mentalnie i duchowo wspierała mnie podczas tych 10 minut, po chwili otrzymałam w wiadomości zwrotnej cztery litery - "cudo". Ech, jestem jednak krytyczna wobec pisanych przez siebie wierszy i co do prawie wszystkich mam jakieś ale. Lubię je pisać, bo to jakiś sposób na wyrażenie siebie, ale nie uważam je za jakieś wybitne(a lajki na fb wciąż rosną).
Co do samej konferencji, to wyszła jak najbardziej na plus. Z czasem poświęconym tematowi wykluczenia społecznego, na który planowałam przeznaczyć maksymalnie 10 minut) wstrzeliłam się idealnie w ogólne ramy sesji, do której zostałam przydzielona. Oczywiście, na temat wykluczenia społecznego dzieci i młodzieży niepełnosprawnej można by opowiadać bez końca, musiałam jednak brać pod uwagę moje własne fizyczne ograniczenia. A owe 10 minut uznałam za optymalne. Jak się potem okazało, referaty na początku sesji nieco się przedłużyły, toteż te na końcu, w tym mój, musiały zostać skrócone do 10 - 15 minut. Więc obliczyłam sobie wszystko w sam raz.
W samym wygłoszeniu prelekcji pomogła mi technika, a konkretniej słynna prezentacja PowerPoint. Nigdy nie byłam zwolennikiem wrzucania do prezentacji całego wystąpienia, raczej traktowałam ją jako "podpórkę", zamieszczając tylko najistotniejsze rzeczy. I tak było tym razem - na poszczególnych stajdach zamieściłam m.ni. definicje wykluczenia społecznego i niepełnosprawności, rodzaje wykluczeń społecznych dzieci i młodzieży z niepełnosprawnością, ich skutki oraz sposoby zapobiegania. Tak, aby wszystko było w miarę zrozumiałe(jeżeli nie w mojej wymowie, to chociaż na piśmie). Dziesięć minut mojej paplaniny szybko zleciało, a z każdą kolejną chwilą stres stawał się coraz mniejszy i mniejszy. Aż w końcu nastał koniec wypowiedzi, a ja odetchnęłam z ulgą. To nie jest tak, że boję się wystąpień, bo wbrew pozorom jestem gadułą. Bardziej zastanawia mnie to, czy inni właściwie mnie zrozumieją. A i z tym zdaję się mieć coraz mniejszy kłopot. Ale chyba wszystko poszło dobrze(znajomi, którzy byli na moim referacie, piszą mi teraz, że było ok :))
Zdawałam sobie też sprawę z tego, że jestem jednym z wielu prelegentów, a przez to nie będę 
na kontuarach. Zresztą, nie o to w tym wszystkim chodzi. Dlatego z radością i autentycznym zainteresowaniem słuchałam pozostałych prelegentów. Co ciekawe, moje miasto miało ich aż 3 - oprócz mnie(chociaż bardziej reprezentowałam Kraków), było jeszcze 2 z naszej miejskiej uczelni. Chociaż UPJP2 miał ich ciut więcej. Szczególnie zaciekawiło mnie pierwsze z wystąpień dotyczące czynników zagrożeń oraz czynników chroniących dziecko we współczesnym świecie, to o wpływie mediów społecznościowych na psychikę dzieci i młodzieży oraz to o sektach jako zagrożeniach dla współczesnej młodzieży. Jak większość z Was wie, zanim światem zawładnął złowieszczy COVID i wszyscy zamknęliśmy się w czterech ścianach własnych mieszkań, swój wolny czas poświęcałam na posługę w parafialnym Oratorium, toteż tego typu tematów nigdy dosyć. Oczywiście z uwagą wysłuchałam wykładu poprzedzający mój, który dotyczył funkcjonowania rodzeństwa osób niepełnosprawnych - dobrze jest czasami dowiedzieć się czegoś z tej drugiej strony.
Trochę żałuję, że się wylogowałam przed końcem, ale musiałam się przelogować na inny kanał. Podobno coś o mnie wspominali na podsumowaniu i podobno w pozytywnym znaczeniu. A to już dużo. I w dodatku dodaje odwagi i wiary nie tylko w samego siebie, ale i w to, że to co się robi jest dobre i przydatne. I jeszcze może się komuś przysłużyć.

A za oknem wiosna! I to trzy dni przed terminem. No i jak tu się nie cieszyć? Toż to kumulacja większa niż w totolotku! Pozdrawiam Was serdecznie

środa, 17 marca 2021

1270. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego...

- Pani Karolino, czy pani bierze udział w tej jutrzejszej konferencji na KULu? - głos pani Dyrektor 2 wydobył się z głośnika. Nieśmiało włączyłam swój mikrofon.
 - Tak - potwierdziłam zgodnie z prawdą.
 - No właśnie tak sobie pomyślałam, że to pani, kiedy zobaczyłam znajome nazwisko. Gratuluję. Co prawda jesteśmy w innych sesjach, ale będę się starała przełączyć na pani przemówienie. W ogóle cieszę się, że nasi studenci angażują się w różne przedsięwzięcia. No i oczywiście, że pani udało się dostać w grono prelegentów. Znając panią to jestem pewna, że przemówienie będzie na przysłowiowe tip-top - po czym dodała do grupy - Pani Karolina ukończyła mój instytut z wyróżnieniem, a dojeżdżała na zajęcia ze Śląska, więc możecie brać z niej przykład. I jest doskonałym dowodem na to, że siła tkwi w umyśle...
"To ostatnie to mogła sobie darować" - napisałam w szybkiej wiadomości do znajomej, która też była na zajęciach. System nauczania on-line zmusza nas do komunikowania się w niestandardowy sposób. "Przecież wszyscy tak cię postrzegają" - dostałam odpowiedź zwrotną. "Taa... zwłaszcza G. wraz z M..." - odpisałam jej, mając w pamięci niektóre rozmowy z tymi osobami. "Pewnie tak samo myślą, tylko nie wiedzą jak to wyrazić. A G. to pewnie będzie dumny z tego, że wystąpisz". Ooo, w to ostatnie to nie wątpię: albo faktycznie będzie dumny, albo wylecę z tzw. "wilczym biletem". No, chyba że pani Dyrektor 2 mnie wybroni. No i Pe. Ewentualnie x. Gie. To już 3 na jednego, więc jest szansa, że go przekrzyczą.
Jako temat swojej prelekcji wybrałam sobie "Izolacja nie tylko w czasach kwarantanny. Wykluczenie społeczne dzieci niepełnosprawnych". Co prawda mnie ten problem raczej nie dotyczy, bo rodzice wręcz mnie wypychali do innych dzieci. Jednak wiem, że jest cała masa dzieciaków, którzy nie mają takiego szczęścia. I to jest problem, a skutki takiego trzymania pod kloszem są niezbyt dobre dla ich przyszłości. Mam nadzieję, że wykład zaciekawi słuchaczy. I że będzie w miarę dla nich zrozumiały dla innych.
- No wie pani, pani profesor, ja najbardziej się boję tego, że mnie nie zrozumieją - wyznałam pani Dyrektor 2. 
- Pani Karolino, do odważnych świat należy - pocieszyła mnie. - Będzie dobrze.
Będzie dobrze? Cytując Mery Poppins - "daj Boże, żeby tak było".

A swoją drogą - w zeszłym roku miałam przemawiać w warszawskim Caritasie na konferencji z okazji 100 lecia urodzin Jana Pawła II. Przez tą całą sytuację epidemiologiczną niestety się ona nie odbyła, mój referat znalazł się jednak w książce poświęconej temu wydarzeniu. Po roku ponownie staję przed szansą wypowiedzenia się przed szerszą, nieznaną sobie publicznością. To nic, że on-line, ważne żeby podejmować nowe wyzwania, jakie niesie nam życie.

niedziela, 14 marca 2021

1269. "Uwielbiam... (...) z krzyża siedem słów": rozważania wielkopostne 2021 - cz. 4: nadzieja

"Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" (Mt 27, 46).

Czwarte przesłanie wypowiedziane przez Jezusa z krzyża rozległo się z mroku ogarniającego całą ziemię. Zbawiciel modlił się w nim słowami Psalmu 22. Jego treść skupia w sobie całą teologię cierpiącego Mesjasza. Co więcej - On nie tylko wypowiada słowa, ale wręcz do głębi przeżywa ich treść. Mrok zapadający w godzinach ukrzyżowania symbolizował tak często zapowiadany przez proroków Dzień Sądu. W umierającym Synu Ojciec dokonuje sądu nad światem oraz realizuje obiecane odkupienie.
W okrzyku świadczącym o bólu i opuszczeniu słychać głos biednych i sprawiedliwych, którzy wytrwale dobijają się do Boga. W wypowiadanych pierwszych słowach Psalmu 22, Jezus odkrywa kulminacyjny moment swojej Męki. Skatowany i odrzucony przez wszystkich odczuwa ludzkie opuszczenie i milczenie, również ze strony Boga. Cierpienia skazanego potęgowane są poprzez doznawane szyderstwa z powodu wiary i zaufania Najwyższego: "Zaufał Bogu, niechże go wyzwoli"(Ps 22, 9a). W owym momencie traci znaczenie wszelkie ludzkie oparcie. Pozbawiony pomocy i udręczony Człowiek rzuca się całym sobą w ręce Ojca i tam znajduje wszelkie ocalenie.
Słowa Jezusa trzeba jednak interpretować w kontekście całego psalmu. Bije z niego głęboka nadzieja ostatecznego zwycięstwa Boga wraz z wdzięcznością za okazane miłosierdzie. Dlatego cierpienie Jezusa nie jest pozbawione nadziei. Przyjmuje On za osobiste słowa wspomnianego psalmu oraz wypełnia je swoim skrajnym cierpieniem.
Papież Benedykt XVI w książce "Jezus z Nazaretu" stwierdza, że "Nie jest to jakieś ogólnie rozumiane wołanie w opuszczeniu. Jezus modli się słowami wielkiego Psalmu cierpiącego Izraela i w ten sposób bierze na siebie i streszcza w sobie całe udręczenie nie samego Izraela, lecz wszystkich cierpiących na tym świecie z powodu ukrywania się Boga. Trwożne wołanie świata, dręczonego nieobecnością Boga, zanosi przed serce samego Boga. Utożsamia się z cierpiącym Izraelem, z ludzkością, która cierpi z powodu ciemności Boga, przyjmuje do swojego wnętrza jej wołanie, jej udręczenie, całą jej bezradność, a przez to jednocześnie je przeobraża"(cz. 2, s. 229).
Żyjąc we współczesnym, niejednorodnym świecie, w którym sprzeczność goni sprzeczność, a tzw. ludzie sukcesu spychają na margines życia tych mniej zaradnych i zdolnych bliźnich, człowiek sam z siebie chce się stać "żebrakiem miłosierdzia". Każdy z nas szuka bowiem nadziei, będącej pewnym oparciem oraz bezpieczną przystanią. Nadzieja, która znacząco różni się od płytkiego optymizmu, wywodzi się od "spodziewać się", to znaczy: oczekiwać. Jednocześnie jedyne źródło nadziei wypływa z Bożego miłosierdzia, a nie, jak twierdzą niektórzy, z wiary w ludzkie możliwości i oparcia.
Jezus przypomniał tą prawdę w objawieniach, których doświadczyła św. siostra Faustyna. Jak zapisała w Dzienniczku: "Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie moje; niepojętych łask pragnę udzielić duszom, które ufają mojemu miłosierdziu"(Dz. 687), "Nie zazna ludzkość spokoju, dopóki nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego"(Dz. 699).
Powyższe słowa uzupełnia znany kompozytor i wokalista, Darek Malejonek: "Boże Miłosierdzie to jest coś, czego najbardziej potrzebuje dzisiejszy świat pełen wojen. Potrzebujemy dzisiaj kotwicy, którą jest Bóg. [...] Miłosierdzie jest lekiem na zło, lęk i ból istnienia. Jesteśmy zbyt dorośli, bo uważamy, że sami damy sobie radę ze wszystkim, a powinniśmy stać się, jak małe dzieci, żeby móc w pełni zaufać Bogu. On nie potrzebuje wielkich ludzi, żeby czynić wielkie dzieła. On potrzebuje ludzi pokornych. Ważne jest to, żeby być blisko Pana Boga, Ewangelii, aby głosić Dobrą Nowinę, Jego Miłosierdzie, to, że On kocha grzesznika. To jest szczególnie ważne dziś, gdy ludzie są pogubieni, pogrążeni w ciemności, w różnych zniewoleniach, nałogach. To w dużej mierze dotyczy też artystów. Myślę, że w tym świecie trzeba pokazywać [Boga] jako miłosiernego Ojca, który kocha grzesznika, chce człowieka przyjąć, wie, w jakiej jest sytuacji i nie gorszy się nim. Chce go wyrwać z ciemności do światła, do tych promieni, które wytryskuję z Jego miłosiernego Serca"("Iskra Miłosierdzia", nr 1(3)/2018, s. 31).
Jak pisał św. Paweł w Liście do Rzymian, wypływająca z chrystusowego krzyża chrześcijańska nadzieja "zawieść nie może, ponieważ miłość Boga rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany"(Rz 5, 5). W związku z tym nie powinniśmy się smucić "jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei"(1 Tes 4, 13), bo przecież "tylko wtedy, gdy przyszłość jest pewna jako rzeczywistość pozytywna, można żyć w teraźniejszości. (...) Kto ma nadzieję, żyje inaczej; zostało mu dane nowe życie"(Spe salvi, 2).

czwartek, 11 marca 2021

1268. Pogodowy misz-masz

Tydzień temu, po kilku dniach wskazujących na wiosnę, a przynajmniej przedwiośnie, świat zza szyby okna w pokoju na nowo pokrył się białą sanną. Z pewnym niedowierzaniem wyglądałam, chcąc się upewnić, czy to prawda. Prawda, najprawdziwsza prawda. Szaleć na puchu to jeszcze nie mogę, zresztą było go naprawdę niewiele, ale był. Aż wyszłam na korytarz i z perspektywy mojego 3-go piętra cyknęłam pamiątkową fotografię.

Jeżeli uważnie się przyjrzycie, to gdzie nie gdzie zauważycie płatki śniegu, ale i ośnieżone krzewy i drzewa

Potem tylko goniłam Pusię po korytarzu, bo postanowiła zrobić sobie wycieczkę krajoznawczą. A raczej blokoznawczą. W sumie każdy powód jest dobry, aby poszerzyć swoje horyzonty. 
Wróciłyśmy do mieszkania, ja wzięłam się za angielski. Puśka niby spała, ale słuchała jednym uchem. Kto wie, może nauczy się jeszcze obcego języka? 
W piątek zima na całego. W Kościele podczas Drogi Krzyżowej z niedowierzaniem patrzałam na kręcące się za oknami płatki śniegu. "Fajna zima..." - usłyszałam głos dezaprobaty jednej z moich scholowych znajomych. W sumie, jeszcze ma trochę czasu, wszak wiosna oficjalnie przychodzi dopiero 21 marca, jakby nie patrzeć. A że ostatnimi czasy zima tak mało przypominała zimę, to staram się cieszyć tym białym, cudownym płatkom. Przecież zima też musi po coś być, nie tylko na złość innym(na złość innym to można sobie co najwyżej uszy podczas niej odmrozić).
Sobota była dniem, kiedy podjechałam sobie do S-ca po książkę. Już po wyjściu z autobusu powitał mnie jeden z najbardziej rozpoznawanych jego obywateli, Jan Kiepura, zapewne śpiewający swoje słynne "Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki...".

A kilkaset metrów dalej równie słynny Władysław Szpilman wyglądał z okna kamienicy, w której ponad 100 lat temu przyszedł na świat.
Śnieg leżał gdzie, nie gdzie. Wyglądał magicznie na tle ledwo puszczonych przez pąki krzewów.
W poniedziałek i te niewielkie połacie śniegu stopniały, odsłaniając burą, zeszłoroczną trawę, tudzież czarną jak węgiel ziemię. Za to na niebie rozgrywał się przepiękny spektakl barw, za który bez wątpienia przyroda, tudzież Bóg, powinni dostać statuetkę Oscara, w kategorii efekty specjalne.
Gdyby nie te znaki drogowe, to zdjęcie byłoby cudowne...

A ptaki siedziały na latarni ulicznej i z ciekawością się temu przyglądały.

Niby dzisiaj zima miała ponownie wrócić, ale u nas na Śląsku na razie ani widu, ani słychu. Aż ulepiony z plasteliny Bałwanek zaczął się zastanawiać, czy zobaczy w tym roku jakiś śniegowych braci. No cóż, nie mogłam ulepić sobie bałwana ze śniegu(kto powiedział, że to zbyt dziecinne dla kogoś, kto ma 31 lat na karku?), to sobie ulepiłam tyci-tyci Bałwanka z niezbyt lubianej przeze mnie w dzieciństwie masy. Trochę krzywy, trochę mały(nawet nie wiecie jak trudno mi było go sfotografować), ale jest.

niedziela, 7 marca 2021

1267. "Uwielbiam... (...) z krzyża siedem słów": rozważania wielkopostne 2021 - cz. 3: zawierzenie

"Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: <<Niewiasto, oto syn Twój>>. Następnie rzekł do ucznia: <<Oto Matka twoja>>. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie"(J. 19, 26 - 27)

Tak samo jak na początku działalności Pana Jezusa tak i na jej końcu pojawia się Maryja. Tak, jakby była klamrą spinającą całą Jego trzyletnią działalność wśród ludzi. Nie stoi Ona jednak z dala, jak wielu jego uczniów, ale pod samym krzyżem, wraz z umiłowanym uczniem swojego Syna, Janem.
Zadziwiające jest to, że umierający w straszliwych mękach Chrystus był w stanie jeszcze myśleć o najbliższych Mu osobach. Kiedy spuszczał swój wzrok, widział stojących tuż obok Matkę i Jana. Gdyby mógł, wyciągnąłby do nich ręce. One jednak były przykute do belko. Jednak mógł zrobić coś innego, dużo wymowniejszego: w pełnym majestacie oraz pokoju spełnia ostatni obowiązek syna wobec rodzicielki, powierzając Ją pod opiekę swojego umiłowanego ucznia. A św. Jan wypełnia tą prośbę.
Jak napisał św. Bonawentura w dziele "Vita mistica", słowa skierowane przez Jezusa do Maryi i Jana charakteryzuje pełnia "czułej troski. Jak wielka w Jezusie była miłość do Matki, wyjaśnia to i sankcjonuje w tych krótkich słowach, teraz, kiedy bliski jest opuszczenia jej cieleśnie". Widział więc Ją, kiedy stała z pękającym z bólu sercem, skrzyżowanymi rękami, oczami pełnymi łez, jak też z drżącym głosem. Wykazała się przy tym niemałą odwagą, ponieważ zebrała wszystkie swoje siły i mimo wszystko stanęła przed Ukrzyżowanym Synem.
Święty Jan, zgodnie z wolą Mistrza, zabrał Jego Matkę do swojego domu. Tradycja widzi w nim przedstawiciela wszystkich ludzi, za których Jezus oddał życie. Zaś ci ludzie zostali oddani przez Chrystusa opiece swojej Matki. Święty Ambroży dostrzegał w stojącej u stóp krzyża Maryi tajemnicę całego Kościoła. Jana zaś postrzegał jako chrześcijanina, czyli przedstawiciela tegoż kościoła. Siłą rzeczy Maryja stała się Matką Kościoła, który podąża na spotkanie z Chrystusem. Każdy ochrzczony jest dzieckiem Kościoła, a więc został wezwany do wzięcia Maryi do siebie, a tym samym powierzyć się "Matce, która pod krzyżem stała, / Matce, która się z Synem żegnała, / Która uczyć cię będzie pokory, / cierpienie znieść co pomoże.
Święty Jan Paweł II uważał, że całkowite oddanie się Maryi jest właściwą drogą prowadzącą na spotkanie z Jej Synem. Udzielając odpowiedzi na pytanie Vittorio Messoriego w książce wywiadzie - rzece "Przekroczyć próg nadziei" przyznał, że "(...) w odniesieniu do pobożności maryjnej każdy z nas musi być świadom, że nie chodzi tylko o potrzebę własnego serca, o pewną skłonność uczuciową, ale o obiektywną prawdę o Bogarodzicy. Maryja jest nową Ewą, którą Bóg stawia wobec nowego Adama - Chrystusa. [...] Matka Chrystusa odkupiciela jest matką Kościoła".
Jan Paweł II sam zawierzył siebie Matce Bożej. Zrobił to w sposób bezgraniczny włączając wszystkich, wobec których pełnił posługę podczas swojego pontyfikatu. Tym samym stanął przed wiernymi jako świadek zawierzenia Maryi, u stóp III tysiąclecia. Jasna Góra to jedno z tych miejsc, gdzie Ojciec Święty uczył ich zawierzenia Bogu oraz Jego Matce. Nie ulega więc wątpliwości, że miejsce to może nosić miano sanktuarium zawierzenia Jana Pawła II.
Sama istota zawierzenia została wyjaśniona w encyklice "Matka Odkupiciela". Papież Polak dokonuje w niej analizy testamentu Jezusa, który został przekazany z krzyża: powierzając Maryję Janowi, zobowiązał go do otoczenia Jej troską oraz zapewnienia niezbędnej opieki. Natomiast oddając Matce swojego umiłowanego ucznia, wprowadził go w "jedyny i niepowtarzalny związek osób", który może tworzyć rodzic z dzieckiem. Papież tym samym podkreślił, że słowo "zawierzenie" to szczególna osobowa relacja, pojawiająca się jako odpowiedź na miłość.
Poprzez kroczenie przez życie śladem zawierzenia, podświadomie czujemy, że naśladując cnoty Maryi dojdziemy do Jej Syna. Jak zaznacza bł. ks. Michał Sopoćko, w osobie Matki Jezusa bez wątpienia uderza Jej głęboka pokora, niezrównana czystość, bohaterskie męstwo, bezgraniczna ufność, a nawet samozaparcie i umartwianie. Dlatego możemy nie tylko brać z niej przykład, ale i prosić o radę, uciekać się pod Jej opiekę, naśladować Ją w posłuszeństwie Duchowi Świętemu, kształtowania życia w taki sposób, aby było coraz pełniejsze Bogiem, uczyć się, jak żyć wiarą zarówno w tych dobrych, jak i złych chwilach, w końcu możemy naśladować Maryję w trosce o bliźnich, solidarności z bliskimi, uczciwości w pracy.
Maryja wymaga od wierzących, aby współpracowali z nią w codziennych sytuacjach życia osobistego. Nie tylko buduje w nich miłość do Syna, ale także jest fundamentem przyjaźni z nim. Chce ich kształtować i prowadzić tak, jak przed wiekami prowadziła i kształtowała Chrystusa.

czwartek, 4 marca 2021

1266. Kiedy świat się zatrzymał...

No może nie dosłownie, ale w przenośni na pewno.
Kiedy na początku roku ze świata zaczęły napływać pierwsze informacje o tajemniczym wirusie z chińskiej prowincji Wuhan, wielu z nas myślało, że nas to nie dotyczy. Bo przecież z Chin do Polski jest prawdziwy kawał drogi i jakaś tam zaraza nie ma szans dotrzeć do nas. Boszszsz... jak mnie denerwowało tego typu gadanie. Tak jakbyśmy zapomnieli o tym, że świat stoi przed nami tak bardzo otworem, że bez problemu i niemal błyskawicznie przemieszczamy się z jednego krańca świata na drugi. Zresztą przyroda wkrótce zweryfikowała jak bardzo byliśmy w błędzie. Dokładnie rok temu tzw. "pacjent zero" przywiózł słynnego już COVIDa do naszego kraju. Z dnia na dzień liczba chorych rosła. Zaczął się szał zakupów, zwłaszcza produktów z dłuższym terminem ważności i środków dezynfekujących(paradoksalnie zauważyłam, że Ci co najbardziej o siebie dbali i dezynfekowali się co chwila, najszybciej łapali to COŚ, a więc zbyt duża dezynfekcja też nie jest dobra). Zastanawiałam się, czy za chwilę wybuchnie bomba atomowa, czy może napadną na nas kosmici. Szczególnie to było denerwujące, kiedy chciało się kupić np. rolkę papieru toaletowego(no dobrze, w mojej drogerii był 10-pak), a osoba przed tobą kupiła ich 10(rachunek prosty 10x10 = 100 rolek papieru), nie pozostawiając nic dla innych. W takich momentach zastanawiałam się, czy reglamentacja towaru nie byłaby lepsza, naprawdę. W końcu zarządzono narodową kwarantannę. Szkoły, uczelnie i większość zakładów pracy przeszła na tryb on-line. Na początku miały to być 2 tygodnie, skończyło się na ok. 2 miesiącach. Na szczęście sklepy były otwarte, chociaż liczba przebywających w nim ludzi uległa zmniejszeniu. Nie wszystkim się to podobało(jak czytałam niektóre "wypowiedzi" znajomych, to aż się przeraziłam, tyle było w nich jadu i nienawiści wobec całego świata - rządu, pracodawcy i nawet pracowników sklepu), ale większość z nas jednak stosowała się do odgórnych zaleceń. Czyli stosowała DMD - dystans, maseczka, dezynfekcja. Rozwój wirusa przypomina sinusoidę: jednego dnia odnotowuje się wzrost liczby chorych, drugiego spadek. Ilość zgonów już dawno przestałam śledzić. Kiedy świat znowu się rozpędzi i zacznie obracać swoim dawnym tempem? Tego chyba nikt nie jest w stanie przewidzieć.
Na szczęście jeszcze nie złapałam tego cholerstwa, chociaż nie dezynfekuję się co 0,5 sekundy, a i czasami jestem w tłumie bez maseczki(np. na zawodach sportowych - jednak takich sytuacji było może  6). Więc może taka 100%(POWTARZAM 100%, a nie mówię, że całkowite wyeliminowanie) dezynfekcja nie jest taka dobra. Z drugiej stronie bardziej dbam o maseczce na paszczy, w myśl zasady, że wirus w pierwszej kolejności rozprzestrzenia się drogą kropelkową. A przy okazji - nie straszę innych swoją twarzą :).

Nie wiem jak Wam, ale mnie najbardziej brakuje takich ludzkich kontaktów z drugim człowiekiem. Bez maseczek, bez dystansu. Co prawda w obecności najbliższych można sobie trochę pofolgować w tej sprawie, jednak w stosunku do innych jest to znacznie utrudnione. Zostają rozmowy telefoniczne, przez skype, na odległość. I uśmiechanie się do innych, pomimo maseczki na twarzy. A przecież

Z Memoriału Kamili Skolimowskiej 
Ta druga osoba
Patrzę głęboko w Twe wymowne oczy,
niczym w prześliczne, maleńkie obrazki,
ciesząc się Twoją obecnością przy mnie,
gdy siadasz obok z kubkiem ciepłej kawy.
I pytasz: "Jak Ci minął dzisiejszy dzień,
co ciekawego się w nim wydarzyło?".
Czy byłoby życie bez innych ludzi?
Chyba tylko pustą szklanką, co stoi na szafce,
zapomnianą przez wszystkich dookoła.
Dziękuję, że jesteś, kimkolwiek jesteś.
Dziękuję, że dajesz mi cząstkę siebie. 

Lolek, marzec 2021

Na szczęście ta cała kwarantanna nie we wszystkich zabiła hart ducha, ani nie odebrała każdemu nadziei na lepsze jutro. Jeszcze umiemy się wspierać dobrym słowem, czy też gestem. Czasami pomachanie do ekranu komputera może dać drugiemu niezwykłe pokłady energii. Energii do czekania na lepsze dni... I ja Wam dzisiaj przesyłam moc gorących myśli. Zresztą nie tylko ja, ale i moje nowe "dziecko". 

Przypomina choć trochę kogucika?
A tak w ogóle to próbuję po tej ponadmiesięcznej przerwie wyjść na prostą z czytaniem i komentowaniem Waszych blogów, na razie bezskutecznie. Dlatego wybaczcie mi, że nie komentuję Was na bieżąco jak kiedyś, chociaż tak bardzo bym tego chciała. Ech, ciemna strona tego, że po prostu chcę zobaczyć co się u Was działo, kiedy mnie nie było. A blogów do odwiedzenia mam dość sporo.