Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 31 sierpnia 2023

1692. Nieodbyta rozmowa

Zawsze w okolicach września myślę o Niej. O mojej matematyczce z szkoły podstawowej. Uczyła mnie tylko rok, w czwartej klasie, jednak wywarła niezwykły wpływ na mnie. Jej osobowość, jej charyzma. Nawet przez chwilę chciałam, żeby się okazało... Ale nie, to było niemożliwe. Rzadko mi się śnią moje nauczycielki, ale jeżeli już to albo Ona, albo wychowawczyni mojej klasy w podstawówce i gimnazjum. Zresztą już kilka razy nawiązałam do tego we wpisach na blogu.
Wydaje mi się, że każdy człowiek po zmianie środowiska, w którym przebywa potrzebuje kogoś, kto pomoże mu się odnaleźć w nowej rzeczywistości. I taka właśnie była Ona. Niemal od pierwszego dnia w nowej szkole wzięła mnie dosłownie pod swoje skrzydła. Do dzisiaj pamiętam jej rozmowę z moją wychowawczynią, kiedy ukradkiem przyglądały się mojemu sposobowi i charakterowi pisma. I te jej pełne ciepła słowa: "Loluś nie pisze, Loluś rzeźbi". Pamiętam jej śmiech z naszych dziecięcych żartów, jej zapach, kiedy nachylała się nade mną, chcąc zanotować coś w moim zeszycie, jej błysk w jej czarnych oczach, kiedy w czwartej klasie rozwiązałam zadanie dla gimnazjalistów i dźwięk jej oklasków podczas szkolnych akademii. I jeszcze to, jak na jedną z rad pedagogicznych przyszła z młodszym synkiem prowadząc go za rączkę. To, że walczyła dla mnie o nauczyciela wspomagającego i wydłużony czas pisania konkursu z matematyki, już na poziomie ogólnopolskim i to, że się nigdy nie denerwowała na nas. Ani wtedy, gdy ktoś czegoś nie potrafił (a to zdarzało się nagminnie), ani nawet wtedy, gdy jeden z moich kolegów złapał ją za tyłek, kiedy stała przodem do tablicy.
A potem ten poukładany świat runął w jednej chwili, kiedy okazało się, że pracuje u nas tylko do końca roku szkolnego. Szczęście trwało zaledwie 9 miesięcy, a jeżeli wziąć pod uwagę wszystkie dni wolne od nauki i wyjazdy na zawody sportowe, to jeszcze mniej. Przez kilka tygodni płakałam podczas lekcji licząc, że ktoś odwoła ten wyrok. Podobno bywały dni, podczas których potrafiłam płakać przez cały dzień w szkole. To wtedy zaczęłam się obwiniać za to, że może trzeba było się bardziej starać i spróbować ogarnąć program z matematyki nie tylko z klasy 4 i 5, ale też 6 i w ogóle całego gimnazjum. Że może wtedy by nie odeszła, że może by została. Że może gdyby nie nasze szczenięce żarty nie miałaby powodu, żeby odejść. Teraz wiem, iż prawdopodobnie nic by to nie zmieniło. Ale wtedy miałam tylko dziesięć lat i z takiej perspektywy widziałam otaczający mnie świat. Może gdyby w tamtym czasie ktoś ze mną porozmawiał i zapewnił mnie, że to nie moja wina, wyjaśnił, dlaczego tak się stało, to nie zamartwiałabym się tym przez większość życia. Kto wie, być może nawet bym o niej zapomniała. Jednak nikt z nami nie przeprowadził takiej rozmowy. Pewnie myśleli, że sami z czasem przestaniemy o niej pamiętać. I tak się chyba stało z wszystkimi moimi kolegami i koleżankami z klasy*. Oprócz mnie. Może gdyby nas odwiedzała tak jak obiecała na odchodnym to też inaczej by to wszystko wyglądało. Ale przyszła tylko raz na kilka minut 7 września. A potem widziałam ją raz na rozdaniu nagród Prezydenta Miasta za osiągnięcia naukowe. Wiecie, że nawet nie mam jej fotografii? Ale najpiękniejsze z możliwych zdjęć zostało zapisane w moim sercu - "rozbłyska jej złoty śmiech, przerwany w pół czuły gest (...) rysunek ust, barwa słów". A ja "uniosę go, ocalę wszędzie, czy będzie przy mnie, czy nie będzie (...). Gdy kiedyś powie do mnie >>wybacz<<, przez życie pójdę oglądając się wstecz".
Czasami wyobrażam sobie, że ją spotykam ot tak, na ulicy. Jak jeszcze chodziłam do szkoły i zbliżał się jakiś konkurs matematyczny, zwłaszcza na szczeblu miejskim miałam cichą nadzieję, że ją na nim spotkam. Jak się potem okazało, były one złudne. Potem moja fantazja przeniosła miejsce tych spotkań na ulicę. Ona mnie nie rozpoznaje, ale ja Jej tłumaczę, kim jestem. Dopiero wtedy szczery uśmiech rozpromienia Jej oblicze, a Ona sama mocno przytula mnie do siebie. Jak wtedy, kiedy zdobyłam tytuł laureata w Kangurze Matematycznym. Ja zaś streszczam jej te wszystkie lata, mówię, co mi się udało, zapewniam, że raczej by się na mnie nie zawiodła, bo matematyka zawsze mi dobrze szła. Może nawet najlepiej ze wszystkich moich przedmiotów szkolnych? A Ona wtedy mi odpowiada, że bardzo się z tego cieszy. A potem zadaję jej najtrudniejsze pytanie: "dlaczego?" - dlaczego musiała wtedy odejść? I dlaczego nie znalazła czasu na głupie odwiedziny? Tak bardzo czekałam na ten dzień przez pięć lat, aż do chwili przejścia do szkoły średniej. Naprawdę wierzyłam w to, że któregoś dnia wyjdzie z klatki schodowej jak kiedyś. Nie doczekałam się. Nie byłam na nią zła. Było mi po prostu przykro. A wtedy Ona mi tłumaczy, że po prostu nie mogła i prosi o przebaczenie. A ja nawet nie potrafię mieć o to do niej żalu. Więc tylko mówię jej, że w zasadzie nic się nie stało, bo przyzwyczaiłam się już do tego, że większość ludzi nie ma dla mnie czasu. Że nie chciałam w niej wzbudzić winy, a jeżeli tak się stało, to najmocniej ją za to przepraszam, tylko chciałam znać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, aby to wszystko na nowo sobie poukładać. I jeszcze poprosiłabym Ją o jakiś kontakt do siebie, tak aby nie musieć czekać na następną rozmowę kolejne 22 lata.
To oczywiście tylko moje wyobrażenie sytuacji, w której udaje mi się ją spotkać. Co by się stało, gdyby rzeczywiście doszło do naszego spotkania? Czy na pewno zachowałabym spokój, czy może emocje wzięłyby górę, czego raczej bym nie chciała. W sumie wiem, gdzie pracuje teraz, teoretycznie można by było tam podejść, ale... Wiem, że to nie jest najlepszy pomysł. Bo co tak naprawdę miałabym jej powiedzieć? "Dzień dobry pani Basiu, to ja, Lolek z czwartek klasy sportowej"? Przecież nie możliwe, aby mnie po tylu latach pamiętała. Chyba nigdy nie poznam odpowiedzi na nie dające mi spokoju pytania. Ale może dzięki temu nie zostanie obalony mój wewnętrzny mit o ideale jej osoby?

Pragnienie
Jest takie pragnienie,
ukryte w głębi serca,
niewypowiedziane na głos,
żeby nie zniszczyć jego płomienia.
Zobaczyć raz jeszcze jej oczy,
pełne radości i zrozumienia,
usłyszeć jej perlisty śmiech ,
odbijający się echem od szkolnych ścian.
Poczuć raz jeden ten dotyk,
dający otuchę w trudnościach.
Wpaść w jej mocne ramiona,
i zamknąć w nich cały mój świat...
* Kiedy w rozmowach o Niej wspominam, nie wiedzą o kim mówię

środa, 30 sierpnia 2023

1691. Pożegnanie Andrzeja Precigsa

Na wsi przebywałam zaledwie 24 godziny, a tyle się w tym czasie wydarzyło, że głowa mała. Na przykład kraj obiegła wiadomość o śmierci Andrzeja Precigsa, aktora filmowego, teatralnego i telewizyjnego, znanego szerszej publiczności z takich seriali, jak "Klan", czy "M jak miłość". Andrzej Precigs zmarł w sobotę 26 sierpnia w wieku 74 lat.
Informację o jego odejściu przekazał Związek Artystów Scen Polskich: "Z przykrością informujemy, że odszedł Andrzej Precigs - wspaniały aktor teatralny, filmowy i serialowy oraz reżyser dubbingu. Od lat związany z Teatrem Polskiego Radia. Były członek Zarządu Głównego ZASP oraz były prezes Fundacji Artystów Weteranów Scen Polskich". Przez wiele lat współpracował z podkowiańskim teatrem sąsiedzkim, Nieformalną Grupą Teatralną "Między słowami", gdzie reżyserował wieczory poetycko - muzyczne według pomysłów jej członków, jak i komedie del - arte czy też dramaty punktujące trudne doświadczenia życiowe. Pomimo doświadczenia ciężką chorobą, kiedy tylko siły mu na to pozwoliły, nie odmawiał współpracy i pomocy. Współpracownicy cenili go za ciepły, aksamitny głos, w którym zawsze brzmiała życzliwość. 
Andrzej Precigs ukończył Łódzką Szkołę Filmową. W 1972 roku zadebiutował na scenie Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie w sztuce "Turoń". Występował w nim przez kolejne dwa lata. Następnie grał na scenach Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, Teatru Reduta 77, Teatrze Polskim w Warszawie, Teatrze w Targówku oraz Teatrze Nowym w Warszawie.
Równolegle rozwijała się jego kariera telewizyjna. W filmie zadebiutował w 1971 r. w komedii obyczajowej Wandy Jakubowskiej "150 na godzinę". Można go było zobaczyć w takich filmach, jak "Akcja pod Arsenałem" (reż. Jan Łomnicki), "Białym mazurze" (reż. Wanda Jakubowska), "Polonia Restituta" (reż. Bohdan Poręba), "Miś" (reż. Stanisław Bareja), "Nad Niemnem" (reż. Zbigniew Kuźmiński), "Trzy kolory. Biały" (reż. Krzysztof Kieślowski), czy też "Gry uliczne" (reż. Krzysztof Krauze).
Wystąpił też w takich serialach, jak "Lalka", "Daleko od szosy", "Polskie drogi", "07 zgłoś się", "Dom", "Życie jak poker", "Klan", "Pensjonat pod Różą", "Ojciec Mateusz", "Czas honoru", "Na dobre i na złe", "Belle Epoque", "Wojenne dziewczyny", a w ostatnim czasie również "M jak miłość", w którym wcielał się w rolę ojca jednej z głównych bohaterek, Kingi Zduńkiej.
Andrzej Precigs był też odpowiedzialny za dubbing w takich produkcjach jak "Dennis Rozrabiaka", "Ach, ten Andy!", "Noddy", Klub Winx", "Maluchy spod ciemnej gwiazdki", a także "Franklin i skarb jeziora".
Mało kto wie, że Precigs startował też w 2006 roku w wyborach samorządowych. Uzyskał w nich mandat radnego gminy Brwinów z listy Platformy Obywatelskiej. Był również członkiem lokalnych struktur PO.
Teraz znowu oboje występują, z tym, że na niebiańskiej scenie

wtorek, 29 sierpnia 2023

1690. W zasadzie można było tego uniknąć

Całkiem niedawno minęła 50 rocznicy katastrofy kolejowej pod Radkowicami nieopodal Kielc. W jej skutku zginęło 14 pasażerów pociągu relacji Zakopane - Warszawa, a 24 zostało rannych. O tej zapomnianej tragedii, o której dowiedziałam się całkiem niedawno, w krótkim artykule przypomniał portal onet.pl. Pozwoliłam sobie ją Wam przedstawić, bo myślę że warto o niej przypomnieć.

Maszynista krzyknął: "rany boskie, giniemy". Przed tragedią zgubili 20 wagonów

Maszynista Walenty Haduch prowadził pociąg pospieszny z Zakopanego do Warszawy. Za kilkanaście minut skład miał zameldować się w Kielcach. Nagle, tuż za Radkowicami, 150 m przed czołem pociągu, zobaczył stojące samotnie na jego torze wagony towarowe. Zdążył tylko krzyknąć: "rany boskie, giniemy". Był 27 sierpnia 1973 r. Mija pięćdziesiąt lat od "czarnego poniedziałku" polskich kolei.
Krótko przed północą 27 sierpnia 1973 r. pociąg pospieszny relacji Zakopane-Warszawa minął przystanek Wolica i popędził w kierunku oddalonych o 20 km Kielc. Składał się głównie z wagonów sypialnych, wypełnionych wczasowiczami wracających z wakacji na Podhalu. Po przejechaniu trzech kilometrów maszynista spostrzegł na swym torze, 150 m przed lokomotywą, nieoświetlony koniec wagonów towarowych, których nie powinno tam być.
- Natychmiast odwróciłem się do mojego pomocnika i zawołałem "rany boskie, giniemy" i chwyciłem za klamkę do drzwi korytarza maszynowni. Zdążyłem jeszcze opuścić pantografy i wdrożyć nagłe hamowanie - zeznawał później maszynista pociągu, Walenty Haduch.
W efekcie lokomotywa najechała na wagony towarowe i obróciła się do góry kołami, zaś reszta ciągniętego składu odczepiła się od niej. Całkowicie został zniszczony pierwszy wagon tuż za lokomotywą. Jechała nim drużyna konduktorska. Na miejscu zginął kierownik pociągu - Jan Karaś. Jego dwaj kolegom, konduktorom Julianowi Mędzie i Władysławowi Barei udało się przeżyć.

Kolejarze uratowali pasażerów przed wielką katastrofą

Mimo katastrofy, konduktorzy nie stracili zimnej krwi pomimo tego, że trasa w obu kierunkach była zablokowana. Mężczyźni wyskoczyli z pociągu i pobiegli w dwóch przeciwnych kierunkach. Jeden założył na torach spłonki alarmowe, czyli rodzaj petard ostrzegawczych, eksplodujących pod kołami nadjeżdżającego pociągu i zaczął machać latarką. Drugi pobiegł w kierunku oddalonej o trzy km budki dróżnika po pomoc. Podziałało. Pociąg do Krynicy Górskiej i Zakopanego wyhamował. Następnie obaj wrócili na miejsce, ratować poszkodowanych.
Ratownicy mieli utrudnione zadanie, ponieważ do wypadku doszło na terenach podmokłych.
 - Przyjechała karetka i pytali, jak jechać. Poprowadziłem ich polną drogą wzdłuż torów. W ciemnościach było słychać krzyki i jęki. Zapakowali troje rannych i pojechali - relacjonował jeden z mieszkańców Radkowic, Bogdan Wojcieszyński, w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".
Rannych i tragicznie zmarłych wyciągali ratownicy medyczni, okoliczni mieszkańcy oraz służby techniczne. Liczba osób poszkodowanych w tej tragedii wynosiła 14 zabitych i 24 rannych.

"Ze zmęczenia spałem na stojąco"

Kolejarze i milicja rozpoczęły odrębne śledztwa. W toku dochodzenia dochodzenia udało się ustalić, że o pozostawieniu 20 wagonów towarowych w tym miejscu zdecydował przypadek i nonszalancja kolejarzy. Po prostu odczepiły się od pociągu jadącego z Jaworzna-Szczakowej do Skarżyska. Według ekspertów doszło do "zmęczeniowego pęknięcia sprzęgu".
Śledczy musieli znaleźć odpowiedź na jeszcze jedno pytanie - dlaczego ostatni z wypiętych wagonów towarowych do samego końca był praktycznie niewidoczny. Nie paliły się jego tylnie lampy. Załoga składu towarowego wiedziała o tym, ale sprawę zbagatelizowano. W trakcie śledztwa ustalono też, że załoga pociągu towarowego w ogóle nie zauważyła, że zgubiła po drodze 20 z 51 wagonów. W dodatku kolejarze nagminnie fałszowali karty czasu pracy - ustalono, że tego dnia byli nieprzerwanie od 16 godzin na służbie. Nie zareagował też dróżnik pobliskiej stacji, który powinien obserwować skład i zauważyć braki. Zeznał, że "ze zmęczenia spał na stojąco".
Władzy zależało na w miarę szybkim zakończeniu sprawy. Dwa tygodnie po tragedii rozpoczął się proces kolejarzy pociągu towarowego. Po miesięcznym procesie sąd skazał maszynistę pociągu towarowego na 9 lat więzienia, a jego pomocnika na 7 lat. Na 12 i 7 lat więzienia skazano dróżników, którzy nie dopilnowali przejeżdżających pociągów.


poniedziałek, 28 sierpnia 2023

1689. Dożynkowy zawrót głowy

Jeszcze dobrze nie dotarłam do Częstochowy, jeszcze nie odpoczęłam, jeszcze stałam w kolejce do Kaplicy Cudownego Obrazu, a poczułam, jak w kieszeni spodni wibruje mi telefon. Spojrzałam na jego wyświetlacz i zobaczyłam, że wyświetla się na nim, że dzwoni tata. Ogólnie w czasie kiedy ja szłam na Jasną Górę, to on przebywał na naszej działce na wsi. Na razie tak dziwnie mi było oddzwaniać stojąc w kolejce, ale postanowiłam to zrobić po wyjściu i znalezieniu jakiegoś miejsca na odpoczynek.
Ten ostatni znalazł się pod pomnikiem św. Jana Nepomucena, niedaleko placu przed klasztorem. W zasadzie to znalazła go koleżanka mojej znajomej ze scholi. Tam rozłożyliśmy koc. Dziewczyny poszły po coś ciepłego do jedzenia dla naszej trójki, a ja wykorzystałam ten czas na oddzwonienie do taty i dowiedzenie się, czego ode mnie chce. 
Okazało się, że w niedzielę po pielgrzymce we wsi organizowane są dożynki i jakbym się spięła, to mogłabym na nie przyjechać. Jęknęłam, że na drugi dzień (czyli w sobotę) nie wstanę z samego rana aby jechać na wieś. I to jeszcze nie na samą wieś, bo w wakacje dostęp jest na nią utrudniony*. W najlepszym wypadku musiałabym dojść jakieś 2 kilometry z sąsiedniej wsi. Poza tym w sobotę trzeba było jeszcze odebrać bagaż z bazyliki. W odpowiedzi usłyszałam, że jak chcę to mogę przyjechać porannym busem w niedzielę. Będę miała czas i na odpoczynek, i na wyspanie się, i na odebranie bagażu, i na wybawienie Pusi. Odpowiedziałam mu, że się zastanowię, bo prawdę powiedziawszy to na tamtą chwilę o niczym innym nie marzyłam, jak o odpoczynku.
Wiecie chyba jednak jak to jest, że natura ciągnie wilka do lasu, a wieś do siebie Lolka. W sobotę załatwiłam wszystkie swoje sprawy wraz z uproszeniem sąsiadki, aby jeszcze kilka razy zajrzała do sierściuszka i w niedzielę z samego rana wybyłam na wieś. Tylko nie wiem co mi się ubzdurało, że bus jest o godzinie 6:30. Doszłam więc na tą godzinę na przystanek i czekam, i czekam, i nic. Wątpliwe było, że już pojechał, bo widziałabym go po drodze. Coś mnie tknęło i poszłam zobaczyć, czy to na pewno ta godzina. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że bus jedzie, ale o 7:33. Miałam jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam na chwilę wrócił do domu i dopakować kilka rzeczy. Akurat jechał autobus, w który mogłam wsiąść, co też zrobiłam. 
Wykalkulowałam sobie, że jeżeli z domu wyjdę o 7:15, to spokojnie zdążę na 7:33 (bus odjeżdża z przystanku w centrum miasta, czyli jakiś kilometr ode mnie). Nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że przewoźnik nie dość, że podjedzie szybciej, to jeszcze nie będzie mu się chciało czekać z odjazdem na przepisową porę. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy minęłam go po drodze. Tym bardziej, że nie słyszałam dzwonów z bazyliki, bijących o 7:30. Zdumiona spojrzałam na zegarek w komórce i zobaczyłam, że jest dopiero 7:27. Przez tych sześć minut spokojnie bym doszła na przystanek, nawet przez te wykopy, które mijam po drodze.
Plan A nie wypalił, trzeba było przejść do planu B, którego de facto nie było. Został utworzony na poczekaniu. A więc najpierw pojechałam do K-c, stamtąd do Grodu Kraka, a dopiero spod Grodu Kraka do D-c. A potem już tylko wystarczyłoby przejść kilka kilometrów i było się na miejscu. Nie głupie, tym bardziej, że i na jednym, i na drugim odcinku coś musiało jechać. Może nie z taką częstotliwością, jak w tygodniu, ale zawsze coś. 
Najpierw jednak musiałam dostać się do K-c, co nie było trudne, zważając że chwilę po moim dotarciu na przystanek jechał autobus w tamtym kierunku. W stolicy Górnego Śląska udałam się na dworzec autobusowy. Prawda jest taka, że o 7:00 prawdopodobnie odjeżdża z niego ten kurs, który mi uciekł. I to jest jedyna opcja w weekendy w kierunku tamtej wsi. Ale na szczęście autobusy do Grodu Kraka były średnio co 30 minut. Wsiadłam w jeden z nich o 9:00 i już po 70 minutach byłam na krakowskim dworcu autobusowym. 
Z drżeniem serca poszłam na jego górną płytę zobaczyć, czy i o której coś mi jechało do D-c, względnie do Sk-a. Ogólnie wiedziałam, że są takie kursy, przynajmniej moja kuzynka takimi dojeżdżała na zaoczne studia na AGH-u. Sprawdziłam wszystko na rozkładzie jazdy i okazało się, że najbliższy taki bus jest o 11:25. Postanowiłam nim dojechać, nawet gdyby to oznaczało potem przejście kilka kilometrów do odpowiedniej wsi. 
Szczerze powiedziawszy to myślałam, że jego trasa jest nieco szybsza. I że dojadę na miejsce ok. 12:00, a wtedy jeszcze zdążę na sumę w kościele w D-cach. Bo już wiedziałam, że za nic w świecie nie dotrę na Mszę świętą dożynkową w parafii, do której należy nasza wieś. Tymczasem w mieście byłam tuż po 13:00. Trochę kicha, ale jak się nie ma samochodu i jest się zdanym na transport publiczny to tak to się czasami kończy.
Wysiadłam z pojazdu i udałam się w dalszą drogę, tym razem pieszo. Na szczęście droga do wsi jest w miarę prosta i logiczna, i w zasadzie trudno jest się zgubić. Z tym, że trzeba trochę przejść. Nawet więcej, niż trochę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że cienia po drodze jest mało, a słońce tego dnia dość mocno grzało. Niby po pielgrzymce byłam zaprawiona i w ilości kilometrów, i w warunkach atmosferycznych. Co prawda do Częstochowy przez większą część drogi idziemy w cieniu, ale są i odcinki, kiedy o ten cień jest trudno. A tutaj jest na odwrót. No, ale skoro sobie zaplanowałam, że przyjadę i dotarłam już prawie do celu, to nie wypadało się poddać na tym etapie. 
Droga do wsi zajęła mi ok. godzinę i wyzuła z sił. W każdym razie udało mi się w końcu dotrzeć na miejsce. Niestety, nie zdążyłam ani na Mszę świętą (jeszcze jedna była wieczorem w D-ch, ale nie miałam już siły na nią iść), ani na te wszystkie rytuały związane z wieńcem dożynkowym, a szczerze powiedziawszy na tym najbardziej mi zależało. Wieczorem jeszcze była dyskoteka przed świetlicą wiejską. Jednak nikt się tak specjalnie nie bawił, młodzież bardziej stała na drodze, niż była skora do zabawy. Ja też trochę sobie tam postałam, posłuchałam muzyki, aż w końcu wraz z tatą wróciliśmy do domu. W sumie jest on tak blisko świetlicy, że muzyka dobiegała do niego aż do późnej nocy.

* w ciągu roku szkolnego jest ciut lepiej, ale z drugiej strony młodzież musi jakoś codziennie docierać do szkół podstawowych i ponadpodstawowych

niedziela, 27 sierpnia 2023

1688. Moje słodkie wypieki na pielgrzymkę

W tym roku na pielgrzymkę na Jasną Górę postanowiłam zrobić coś od siebie i upiec jakieś ciasteczka na drogę. Owszem, mogłam kupić coś w sklepie, jednak wolałam spróbować zrobić coś samodzielnie. Niekoniecznie dla siebie, bardziej myślałam wtedy o innych współpielgrzymach, a w szczególności o idących z nami dzieciach. Tych co prawda nie było zbyt dużo, ale dla nawet jednego dziecka warto poświęcić kilka godzin w kuchni, aby finalnie zobaczyć uśmiech na ich twarzy. Zresztą nie tylko ich, bo ogólnie jakoś tak miło się człowiekowi robi cieplej na sercu, kiedy ktoś, w tym dorosły, doceni efekt jego pracy. A tutaj nawet nie trzeba słów, wystarczy mi, że ktoś po zjedzeniu jednego ciastka sięgnie po kolejne i kolejne. Przecież gdyby im nie smakowało, to chyba poprzestaliby na jednym. Przynajmniej tak mi podpowiada logika.
Za wypieki wzięłam się niemal w ostatniej chwili, czyli w poniedziałek (a w środę mieliśmy wyjście). Po wyciągnięciu ostatniej blaszki z upieczonymi ciasteczkami i spojrzeniu na zegarek, który wskazywał dosłownie środek nocy, cieszyłam się, że nie zostawiłam tego na wtorek. Oj, myślę że ciężko by mi było wstać w środę o 4:00 rano, kiedy położyłabym się spać o 2 w nocy. Co prawda podczas moich studiów w Grodzie Kraka i takie rzeczy się robiło, ale tutaj wolałam być w miarę możliwości wypoczęta przed pieszą wędrówką (przygoda z nietoperzem wydarzyła się noc wcześniej).
Nie zastanawiałam się długo nad rodzajem ciastek, jaki miałam zamiar zrobić. Mój wybór padł na dwa ich rodzaje: ciasteczka maślane oraz owsiane. Przyznam się szczerze, że to był mój debiut w tej dziedzinie, więc była mała trema z mojej strony. Z drugiej strony wyszedł ze mnie mały egoista - zazwyczaj jak coś upiekę, to z powodu alergii pokarmowej to na to, to na tamto, wszelkie ciasta i inne wypieki są jedzone przez wszystkich, ale nie przeze mnie. Teraz chciałam upiec coś, co będę mogła sama bezkarnie zjeść. A samodzielny wypiek dawał mi gwarancję, że w składzie ciasteczek nie znajdzie się nic niepożądanego. 
Założę się, że w stercie książeczek z przepisami zalegających w mieszkaniu moich rodziców znalazłyby się jakieś przepisy pozwalające na przygotowanie tego typu wypieków, szybszym sposobem na ich znalezienie okazał się jednak Internet. Po przejrzeniu kilku propozycji wybrałam ciasteczka maślane z TEGO przepisu oraz owsiane z TEGO. W zasadzie w przypadku pierwszego wypieku bardziej kierowałam się ogólnym brzmieniem i prostotą przepisów, niż np. smakiem ciastek. Jeszcze tylko musiałam dokupić brakujące składniki (np. płatki owsiane, których na co dzień nie mam w szafkach, jajek też brakowało) i wieczorem mogłam wziąć się do pracy.
Najpierw upiekłam ciasteczka maślane. Ze składników zawartych w przepisie wyszły 3 i pół blaszki, czyli około 80 sztuk. Jak na złość nie mogłam znaleźć foremek do pierniczków, a szkoda, bo maślana chatka albo renifer mogłyby ciekawie wyglądać. W zamiar wycinałam kółka miarką do syropu na kaszel. Na początku nawet rysowałam na nich wykałaczką uśmiechnięte buzie. Jednak było to na tyle pracochłonne, że szybko od tego odeszłam. Zresztą tylko jakieś 30% ciastek było idealnie okrągłych. Większość wycinków nie chciała tak ładnie wychodzić z formy (a i wyjąć je było trudno, bo nie dało się od góry), toteż daleko im było do idealnych kółek, jakie sobie wymarzyłam. Ale to nic. Przecież najważniejszy powinien być smak, prawda?

To jeszcze nie wszystkie ciasteczka maślane :)
Zaliczyłam jedną wpadkę. Kuchenkę, w której piekłam ciasteczka mam stosunkowo nową (pamiętacie moją przygodę z pieczeniem kremówki z 2020 roku? Dopiero zimą tego roku udało mi się ją wymienić na taką z funkcjonalnym i działającym piekarnikiem) i pomału uczę się jej funkcji. Już na początku odkryłam, że ma wbudowany czasomierz z alarmem. Ale jakoś nie było okazji go używać, bo zazwyczaj włączam minutnik w telefonie. Teraz jednak tego pieczenia było trochę, a więc postanowiłam używać tego wbudowanego czasomierza. Nastawiłam na 10:00 i zabrałam się do szykowania kolejnej porcji, która niebawem miała znaleźć się w piekarniku. W pewnym momencie zorientowałam się, że coś długo nie włącza się alarm informujący o końcu czasu pieczenia. Sprawdziłam czasomierz (trzeba zmienić wyświetlacz z godziny na czas pieczenia) i owszem, okazało się, że ustawiłam na 10, ale godzin. Brawo ja! Ciekawa jestem, co by zostało z tych ciastek po tym czasie... Szybko wyjęłam blachę z ciut przypieczonymi ciasteczkami, które na szczęście były jadalne, i włożyłam kolejną partię. Teraz byłam mądrzejsza i ustawiłam licznik na 00:10, czyli na sugerowany czas pieczenia.
Po wykrojeniu kółek z całego ciasta maślanego zabrałam się za przygotowywanie masy pod ciasteczka owsiane z ziarnami słonecznika i mielonymi migdałami, które zostały mi ze świąt. Tutaj zwiększyłam o 100% wszystkie składniki, dzięki czemu tych ciastek wyszło nie 20, a ponad 40. 
Znowu rozdzieliłam wszystko na trzy blaszki, które kolejno wkładałam tym razem na 20 minut do piekarnika. No, może znowu mojej wersji trochę brakowało do koła*, za to w smaku były niczego sobie. I liczba 40** sztuk wydawała mi się całkiem przyzwoita na trzydniową wyprawę na piechotę. Jeszcze tylko popakowałam wszystko w pudełka śniadaniowe, żeby się ani nie pogniotły, ani zbytnio nie obeschły.
Wydaje mi się, że ten pomysł z upieczeniem ciastek na pielgrzymkę nie był taki zły, chociaż pochłonął pół nocy. Poczęstowani nimi na postojach ludzie z apetytem się nimi zajadali, prosząc o dokładkę. Dzieciom szczególnie przypadły słodkie ciasteczka maślane i niemal na każdym postoju przychodziły do mnie, aby się nimi poczęstować. Można tutaj mówić o sile reklamy - już podczas pierwszego postoju powiedziałam im, że są to specjalne ciasteczka, które dają siłę na pokonywanie kolejnych kilometrów. Efekt placebo murowany. Dorośli też chętnie się częstowali, co wewnętrznie mnie cieszyło. Brali, czyli im smakowało. W przeciwnym razie nikt by nie brał kolejnej porcji. A nawet usłyszałam od znajomej ze scholi, że dla takich ciastek pielgrzymka mogłaby być częściej. No miód na moje serce i najlepsza opinia, jaką mogłam usłyszeć. A tak na poważnie to niech mi wykombinuje obiecaną wspólnotową pielgrzymkę do Wadowic, to upiekę im nie tylko ciastka, ale i słynne kremówki. Nikt się nie potruł i nie pochorował, co bardzo mnie ucieszyło, bo zawsze przy kulinarnych debiutach mam obawy, że coś od tej strony pójdzie nie tak. No i oczywiście już zamówiono podobne ciasteczka na przyszłoroczną pielgrzymkę.
Dzięki temu, że upiekłam te ciastka w poniedziałek, dzień przed pielgrzymką kilka ciastek zaniosłam na plebanię Księdzu Niosącemu Światło. Uznałam, że nawet jak on ich nie zje, to może proboszcz, albo ten drugi wikary. Duchowny ucieszył się, choć z tych dwóch rodzajów mógł się skusić na maślane. I sam przyznał, że żałuje, że w tym roku nie jest w stanie z nami iść, bo dla takich ciastek naprawdę warto. Ja też żałuję, że z nami nie był, ale wiem, że nie miałby siły dojść. Niby mieliśmy ten samochód i mógłby nim jeździć, ale czy jemu by to odpowiadało? Znając go myślę że nie. Zresztą ten brak siły to naprawdę najlepsza opcja, jaka mogłaby mu się przydarzyć. Moja wizyta u niego trwała moment, tyle ile potrzeba na przekazanie torebki ze słodkościami, wymienienie kilku zdań i otrzymanie od niego błogosławieństwa na drogę. "Wiesz, że wierzę, że dasz radę dojść?" - powiedział mi na koniec z nadzieją w oczach, trzymając dłonie na moich barkach. Jakoś tak w tym momencie jego nadzieja udzieliła się i mi. Dlatego też podczas pielgrzymki poczułam smutek - wierzył we mnie, a ja nie dałam rady. Ale mam nadzieję, że mimo to go nie zawiodłam. O ile oczywiście żaden ksiądz idący w mojej grupie przez przypadek mnie nie wyda, bo on nie wie, że jednak mi się tego nie udało dokonać. A jakby co, to zawsze za rok mogę próbować się poprawić, może nie będę miała takiego pecha z odciskiem pod paluchem. No i zawsze można próbować go udobruchać kolejną partią ciasteczek maślanych.

* hmm..., nawet przypominały moje "koła" rysowane na matematyce za pomocą cyrkla, ale bez wspomagania nauczyciela
** kilka odłożyłam dla Księdza Niosącego Światło, a z 2 zjadłam jeszcze w domu, na spróbowanie

sobota, 26 sierpnia 2023

1687. Z czym innym miałam wyruszyć w tę drogę?

Na tegoroczną pielgrzymkę poszłam z dwoma ważnymi intencjami. Pozwólcie jednak, że tym razem się nimi z Wami nie podzielę, ponieważ są dla mnie zbyt intymne. Mam je jednak w sercu, tak samo, jak w sercu niosłam je w drodze do Częstochowy. Myślałam, że jeżeli przejdę na nogach całą drogę i włożę w to swój trud, to Matka Boża zlituje się i wszystko ode mnie przyjmie. I wtedy staną się "cuda". Nie, nie prosiłam o nic dla siebie, zresztą wydaje mi się, że niczego wielkiego nie potrzebuję.
- Zdrowie? Mózgowe Porażenie Dziecięce nie jest chorobą. Jasne, że lepiej by się żyło, gdyby go nie było, ale jak już mi się przydarzyło, to nie pozostaje mi nic innego, niż po prostu z nim żyć, najlepiej jak się da. Mogłabym prosić o to, aby choroby przewlekłe dały mi spokój, ale może wtedy inaczej postrzegałabym otaczający mnie świat. Może czasami warto pocierpieć, pozmagać się z bólem, aby na nowo nauczyć się cieszyć życiem.
- Praca? Mam. Może nie jest zbyt górolotna, ale daje mi satysfakcje. Wiecie, wolę chodzić do pracy, w której może i nie zarabiam kokosów, a jednak daje mi masę radości, niżby było na odwrót. A może kiedyś znajdzie się coś innego, mniej stresującego. Może kiedyś zostanę wymarzonym pedagogiem szkolnym? A może Bóg ma wobec mnie inny plan i po prostu w pewnym momencie dyskretnie da mi znak, którą drogą mam iść. Wierzę, że tutaj wszystko się ułoży bez Jej interwencji, a w ostateczności zostanie tak, jak jest. 
 - Rodzina? Był w moim życiu taki okres, w którym pragnęłam mężczyzny, przy którym spędzę resztę swojego życia. Ale jakoś mi przeszło. Co oczywiście nie oznacza, że całkowicie zrezygnowałam z tej drogi życia. Może kiedyś. Jednak nie czuję już takiego musu, jak tą dekadę temu. Wierzę, że i miłość do mnie przyjdzie niespodziewanie. A jeżeli nie, to też nic wielkiego się nie stanie - życie w pojedynkę też ma swoje pozytywne strony.
 - Edukacja? Naprawdę nie wiem o co więcej mogłabym prosić w tej dziedzinie.
Co prawda mogłabym prosić o jakieś cechy charakteru, które były by bardziej pożądane, ale to przecież mogę zrobić w parafialnym kościele. Poza tym nic mi to nie da, jeżeli sama nie będę chciała się zmienić. Dlatego wolę poprosić o coś dla kogoś, a w zamian ofiarować swój trud. Nawet, jeżeli nie został on poniesiony w 100%.
To był jeden z tematów, na który wieczorami dyskutowałam z Paulem. Jako ksiądz podał mi kilka argumentów typowo teologicznych przemawiających za tym, że zawsze trzeba mierzyć siły nad zamiary, a nigdy odwrotnie. Że tak naprawdę najważniejsza jest intencja. Chciałam przejść całe 83 km bo to i to, ale się nie udało. No trudno, na siłę nic się nie zdziała, a tylko można sobie zaszkodzić. Oczywiście ja to wiem, ale chyba potrzebowałam ku temu potwierdzenia kogoś, kto się na tym zna lepiej ode mnie. Poza tym Paul, kiedy w Częstochowie zobaczył co mam pod paluchem, to stwierdził, że on by mi zaliczył tą intencję za samo przejście z takim odciskiem od Łyśca do Jasnej Góry. Taki z niego żartowniś.
Poza tym trochę rozmawialiśmy o sensie cierpienia i sensie śmierci (nawet, kiedy z pozoru jedno i drugie jest pozbawione sensu) i znowu poukładał mi w głowie pewne rzeczy, a inne rozjaśnił. Niby mam prawie zrobiony dyplom z tanatopedagogiki, a jednak czasami sama gubię się w swoich myślach oraz pojmowaniu pewnych spraw. Dlatego cieszę się, że Paula znam właściwie od wczesnego dzieciństwa i mogę z nim porozmawiać na różne tematy. Czasami są one śmieszne, a czasami, tak jak teraz, całkiem poważne.

piątek, 25 sierpnia 2023

1686. Dojść do celu, nawet z bąblem na stopie

Przełom lipca i sierpnia to czas, w którym setki tysięcy pątników wyruszają na pielgrzymi szlak, aby na jego końcu pokłonić się przed tronem orędującej na Jasnej Górze Matce Bożej Częstochowskiej, od wieków nazywanej Królową Narodu Polskiego. Tradycja ta sięga zamierzchłych czasów, ponieważ wierni niemal od początku obecności Cudownego Obrazu w niepozornym kościele na niewielkim wzgórzu przybywali do niego, zanosząc prośby i podziękowania za doznawane łaski. O ogromnym kulcie tego miejsca niech świadczy to, że z czasem na miejscu kościoła wybudowano reprezentacyjny klasztor paulinów, którym od początku powierzono sprawowanie opieki nad łaskami słynącym wizerunkiem Czarnej Madonny. 
Zwyczaj letniego pielgrzymowania do Jasnogórskiej Pani był kultywowany w czasie, kiedy Polska była pod zaborami i wtedy, gdy toczyły się wojny światowe. To tutaj przybywali królowie i prezydenci naszego kraju, to przed nią klękali papieże Jan Paweł II, Benedykt XVI oraz Franciszek, a o mały włos nie przybyłby też i wcześniejszy zwierzchnik Kościoła Katolickiego, Paweł VI, którego niespełnionym pragnieniem było uczestniczenie w obchodach 1000-lecia Chrztu Polski, których centralne wydarzenia odbywały się właśnie na Jasnej Górze. W 1991 roku z wielu polskich parafii wyruszyły piesze pielgrzymki młodych chcących spotkać się z papieżem-Polakiem w ramach VI Światowych Dni Młodzieży. Ćwierć wieku później ten piękny zwyczaj został pokazany pielgrzymom, którzy przybyli na 31 Światowe Dni Młodzieży do Krakowa. Wiele diecezji zorganizowało wtedy jednodniowe pielgrzymki, podczas których młodzież z całego świata miała okazję przejść te kilka kilometrów, aby poczuć się w jakiś sposób pielgrzymem.
Z mojej diecezji wychodzą aż trzy piesze pielgrzymki na Jasną Górę. Pierwsza Olkuska zmierza na 15 sierpnia, czyli Wniebowstąpienie Najświętszej Maryi Panny. Druga, Zagłębiowska, dochodzi na miejsce w wigilię wspomnienia Matki Bożej Częstochowskiej, czyli 25 sierpnia. Z kolei trzecia, Jaworzańska, kończy swoją wędrówkę 6 września, czyli dwa dni przed liturgicznym wspomnieniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Ciekawostką może być dla Was to, że każda z tych pielgrzymek ma inną nie tylko trasę, ale i ilość razy, podczas których się odbyła. 
Podobnie jak w zeszłych latach, także i teraz, do Częstochowy wybrałam się wraz z Zagłębiowską Pieszą Pielgrzymką, która była zorganizowana już po raz 32. Jej tegoroczne hasło brzmiało "Jesteśmy Kościołem Chrystusa". Może 2 i pół dnia pieszego pielgrzymowania nie jest nie wiadomo jakim wyczynem, jednak dla mnie jest to optymalna wersja, zarówno pod względem dni, jak i samego dziennego kilometrażu, jaki się wykonuje. No i mam jakąś gwarancję, że dam radę przejść całą trasę. 
Trochę emocji przysparza zawsze pakowanie. W zasadzie nigdy nie biorę na te wyprawy dużo rzeczy. Dwie koszulki na zmianę, drugie spodnie, klapki, bielizna na zmiany, przybory higieniczne i rzeczy do spania. Po powrocie z Światowych Dni Młodzieży nie chowałam na dobre karimaty (jestem z siebie zadowolona, bo to pierwszy ŚDM, z którego ją przywiozłam, na poprzednich ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach), dzięki czemu nie musiałam jej szukać po palwaczach. Dodatkowo w tym roku bagaż na transport mogliśmy zapakować dopiero pod kościołem, skąd wyruszała pielgrzymka, a tam też trzeba było dojechać.
Zagłębiowska Pielgrzymka tradycyjnie wyrusza z kościoła Najświętszej Maryi Panny w Będzinie-Syberce, znanego też pod nazwą sanktuarium Polskiej Golgoty Wschodu. Jest to pierwsza w Polsce świątynia - pomnik martyrologii Polaków na Wschodzie. To w niej o 7:00 odbywa się uroczysta Msza święta pod przewodnictwem biskupa diecezji sosnowieckiej, na której pielgrzymi otrzymują od niego błogosławieństwo na drogę. Biskup wygłasza też kazanie, w tym roku nawiązał w nim do jednego z objawień Maryjnych w Fatimie, a konkretniej tego, które miało miejsce 13 lipca. Maryja miała w nim mówić małym pastuszkom o pokucie połączonej z nawróceniem. Podobnie i dla nas pielgrzymowanie do częstochowskiej Madonny powinno być tak samo okazją do pokuty, jak i wewnętrznego nawrócenia. 
Następnie, najczęściej ok. godziny 8:30, wyruszamy w grupach w drogę. Pierwszego dnia mamy do pokonania ok. 23 km. Postoje od lat są w tych samych miejscach: Będzinie-Łagiszy (tutaj przy okazji są robione pamiątkowe fotografie grup z biskupem, nie wiem co się z nimi stało w tym roku, bo ani nie można ich było kupić, ani nigdzie ich nie ma, a szkoda, bo to piękna pamiątka), pod kościołem w Targoszycach, przy remizie w Mierzęcicach (tutaj przy okazji jest nabożeństwo pokutne), aż wreszcie dociera się do Zendka. W tym roku taką nowością było to, że w drodze do Mierzęcic z każdą grupą przez chwilę szedł Chrystus ukryty w monstrancji. Ciekawostka - w parafii w Zendku został ochrzczony najstarszy syn jednego z braci mojej mamy, a ona sama trzymała go do chrztu. 
Nasz dekanat wchodzi na teren parafii w Będzinie - Łagiszy
A tutaj już gdzieś na drodze
W Zendku na większość pielgrzymów czekały podstawione autokary, które zawiozły ich do domów na nocleg, a nazajutrz przywiozły z powrotem na trasę. Ale powiem Wam szczerze, że taka opcja była obowiązkowa w 2021 roku w związku z pandemią koronawirusa i dla mnie osobiście był to jakiś koszmar. Ale jak kto woli, ja wolałam wybrać nocleg na postojach, inni z chęcią wracali do domów, aby się wyspać w wygodnych łóżkach.
Jeszcze na niedzielnym spotkaniu padła decyzja, że po dotarciu do Zendka najpierw pójdziemy do tamtejszego kościoła parafialnego na modlitwę (a przy okazji odśpiewaliśmy Apel Jasnogórski). Mnie już tego dnia siły opuściły (przeszłam te 23 km, ale do kościoła były jeszcze z 3 km., których za nic w świecie nie miałam siły pokonać), jednak za zgodą Paula podjechałam sobie naszym grupowym samochodem (każda grupa miała prawo posiadać jeden samochód, który podwoziłby na miejsce postoju tych, którzy nie mieli siły już iść dalej). Potem tradycyjnie zakwaterowano naszą grupę w szkole podstawowej. Jeszcze jedna grupa wyraziła chęć noclegu, ale oni byli w budynku OSP. Po dotarciu do budynku (ten kawałek już przeszłam), każdy szukał kawałka miejsca na podłodze, aby rozłożyć swoją karimatę lub materac. Potem już tylko marzyło się o ciepłym prysznicu, z którym nie było problemów i albo szło się spać, albo na placu zabaw przed szkołą rozmawiało się z innymi pielgrzymami.
Nazajutrz autokar dowiózł część naszej grupy do Zendka na godzinę 7:00, po czym po spakowaniu naszych bagaży ruszyliśmy w dalszą część trasy, liczącą tego dnia ok. 29 km. Słońce było już ponad horyzontem, kiedy śpiewając Godzinki opuszczaliśmy miejscowość. Po przejściu pierwszych pięciu kilometrów mieliśmy krótki postój w lesie (tzw. przerwę śniadaniową), po którym ruszyliśmy w kierunku Woźnik. W zasadzie ten odcinek jest podzielony na cztery (chociaż dla nas w tym roku na pięć) odcinków: właśnie na polanie przy autostradzie, w Woźnikach, w okolicach Pakułów, w kościele w Starczy, i nasza grupa tym razem musiała jeszcze iść do remizy strażackiej w Łyścu, gdzie część naszej grupy miała zapewniony nocleg. W Woźnikach mieliśmy obiad (przepyszny żurek), natomiast w kościele w Starczy odbyła się Msza święta. Po jej zakończeniu szliśmy jeszcze przez jakieś 2 kilometry do Łyśca, aż wreszcie naszym oczom ukazała się remiza. Ponieważ była dosyć wczesna pora (18:00) wielu z nas spędziło ten wieczór na grach na boisku przylegającym do budynku albo w altance.
Trzeciego dnia wyszliśmy z Łyśca około godziny 7:30, tak aby na 8:00 dotrzeć do Nierady, gdzie już czekała na nas grupa, która przyjechała autokarem. Po drodze trochę nam się rozwalił emblemat, na szczęście w Nieradzie udało się go naprawić na tyle, że został doniesiony do celu bez "zgubienia" po drodze Matki Boskiej Anielskiej. Po upewnieniu się, że wszyscy nasi już są, oraz otrzymaniu znaku od kierujących ruchem, ruszyliśmy w ostatni, ok. 14 km. etap drogi. Towarzyszyły nam tradycyjne Godzinki, a potem inne pielgrzymkowe pieśni, które tylko zachęcały do drogi. W ostatnim dniu mamy tylko jedną przerwę, śniadaniową, u wejścia do Częstochowy, a potem już idziemy prosto pod szczyt. Podczas tej przerwy była ostatnia okazja, aby rozdać innym specjalnie upieczone na ten cel ciasteczka. I od razu plecak stał się lżejszy. 
Wiele osób nie lubi tego ostatniego odcinku, prowadzącego już ulicami Częstochowy. Ja jednak do nich nie należę. Wystarczy, że na autostradzie mignie mi charakterystyczna wieża, a już wstępują we mnie zdwojone siły. Gdzieś podświadomie wiem, że już zostało naprawdę niewiele drogi do przebycia. A jak już wejdzie się na słynną Aleję Najświętszej Maryi Panny, człowiek ma przeświadczenie, że prawie już jest w domu. Jeszcze tylko trzeba poczekać na swoją porę i można podejść pod jasnogórski szczyt i tradycyjnie uklęknąć przed nim.
"Powołani przez Słowo Jezusa, spośród świata wybrani na świadków,
Przyjmujemy zadanie i łaskę, czynić uczniów ze wszystkich narodów.
Odrodzeni przez Ogień i Wodę, w mocy Ducha wezwani do Prawdy,
Ewangelie czyniąc Światłem i Chlebem, nowych uczniów rodzimy przez wiarę.
W tej wspólnocie jesteśmy Kościołem, Uczniem Pana i drogą dla Uczniów, 
Jak latorośl, w Winnym Krzewie, by być drzewem dojrzałym i siewem*"
Ta mistyczna chwila trwa dosłownie moment, po czym trzeba wstać i można udać się do Kaplicy Cudownego Obrazu, aby jeszcze raz się pokłonić, tym razem Czarnej Madonnie. Stojąc w kolejce, zamieniłam kilka słów z Paulem, który gratulował mi tego, że udało mi się przejść całą trasę. "Prawie" - zauważyłam, zważając na te dwie podwózki, z których skorzystałam. Co zrobił Paul? Z uśmiechem machnął ręką, dając mi wyraźnie znak, że to nic, że on i tak powie Księdzu Niosącego Światło, że dałam radę. W ogóle jestem mu wdzięczna za jedną rozmowę w Zendku, podczas której nieco podniósł mnie na duchu. Nie spowiedź, ale rozmowę, jak dwójka przyjaciół. Rozmowę, którą nieco mnie uspokoił. Może nie całkiem, ale ciut, ciut.
W czasie wolnym pomiędzy dotarciem na miejsce, a wieczorną Mszę świętą będącą zwieńczeniem pielgrzymki udało mi się spotkać ze znajomą, którą poznałam podczas polskiej rekrutacji na wolontariuszy ŚDM w Lizbonie. Wzruszyłam się tym, że poświęciła swój czas i przyjechała aby się ze mną spotkać, ale nie tylko. Okazało się bowiem, że od jakiegoś czasu jest przewodnikiem-wolontariuszem po jasnogórskim sanktuarium i oprowadziła mnie po niektórych jego częściach, przybliżając historię.
Po Mszy świętej, sprawowanej m.in. przez naszego biskupa, wszyscy wracający autokarem zebrali się pod dwoma charakterystycznymi drzewami na placu przed klasztorem, a stamtąd już wspólnie udaliśmy się pod podstawiony autokar, który zabrał nas do DG. Po niewiele ponad godzinie kierowca wysadził nas w centrum miasta. Jeszcze tylko trzeba było przejść przez park miejski. Na szczęście nie szłam sama, w większości towarzyszyli mi znajomi ze scholi, którzy też udali się na tą samą pielgrzymkę.
Za rok znowu idziemy. Nawet jeżeli było trochę niedociągnięć, np. zbyt mało czasu na odpoczynek podczas przystanków, czy też małe niedogadania odnośnie ostatniego noclegu, ale to nic. To przecież jest pielgrzymka i pewne niewygody mogą się zdarzyć. Mnie nawet się zrobił już w pierwszym dniu bąbel na palcu, i z tym bąblem doszłam do celu. Bolało jak nie wiem, bo dopiero w Częstochowie mi go przebili, ale to nic, ważne że dałam radę przejść prawie całą trasę mimo to. Co prawda miałam w planach przejść całe ponad 80 kilometry. I kto wie, może gdyby nie ten bąbel, to by mi się to udało... Ale skoro Paul twierdzi, że i tak to się liczy, to tak bardzo się tym nie przejmowałam. Może za rok się  mi uda przejść całą trasę bez ani jednej podwózki?

* fragment utworu "Uczniowie Pana" New Life'm

czwartek, 24 sierpnia 2023

1685. O studiowaniu osób niepełnosprawnych tak mało się mówi...

Zauważyłam, że temat studiowania osób niepełnosprawnych jest niezbyt często poruszany w mediach, a jeżeli już ktoś o tym pisze, to najczęściej my, niepełnosprawni, czy to na prowadzonych przez nas blogach, fanpage, czy też stronach www. Tak, jakby ta grupa studentów w ogóle nie istniała. Tymczasem jesteśmy, o czym świadczą Biura Osób Niepełnosprawnych*, działające przy niemal każdej uczelni. W każdym razie było ono i na AWFie, i na UPJPII, i na Uniwersytecie Śląskim. Co prawda nie zawsze ich wsparcie było mi potrzebne (czasami wystarczyło dogadać się z prowadzącymi odnośnie formuły zaliczenia ich przedmiotu - ja np. nie byłam w stanie napisać ręcznie kolokwium opisowego), ale wiem, że w niektórych przypadkach osoby w nich pracujące potrafią zdziałać cuda.
Przykładowo chorujący na SMA Antek, o którym pisałam chociażby >>tutaj<< w zeszłym roku zdał maturę i zdecydował się na studia, pomimo tego, że jest podłączony do respiratora, a poza tym, jest w stanie pisać jedynie na komputerze, jedynie jednym palcem i jedynie przez krótki okres czasu. Dzisiaj jest po pierwszym roku politologii na Uniwersytecie Poznańskim. Dzięki życzliwości oraz wyrozumiałości osób pracujących w BONie, wyrozumiałości wykładowców oraz otwartości kolegów i koleżanek dostał możliwość uczestniczenia w zajęciach bez wychodzenia z pokoju. Z kolei na UPJPII studiował chłopak z tą samą chorobą, Kamil, z którym do Krakowa przeprowadziła się mama. To ona zajmowała się wymagającym opieki synem, to ona chodziła z nim na trzy uczelnie, na których studiował i służyła mu swoją pomocą.
Biuro Osób Niepełnosprawnych jest więc ważnym i przydatnym miejscem dla każdego, kto posiada orzeczenie o niepełnosprawności. Może ono pomóc zamienić formę zaliczania egzaminów, zamienić salę, w której odbywają się zajęcia, wypożyczyć specjalistyczny sprzęt niezbędny do nauki, czy też pomóc załatwić asystenta naukowego. Na studiach zazwyczaj jest też możliwe pobieranie specjalnego stypendium dla niepełnosprawnych, które otrzymuje się niezależnie od dochodów i postępów w nauce. Może być ono pobierane równocześnie ze stypendium naukowym oraz socjalnym. Warto także starać się o dofinansowanie do studiów z programu STUDENT II. Z funduszy PFRON możliwe jest np. pokrycie kosztów czesnego w przypadku studiów zaocznych, paliwa do samochodu, czy po prostu materiałów niezbędnych w procesie kształcenia.
Pomimo licznych inicjatyw mających na celu wyrównywanie szans na uczelni, sama nauka i ukończenie studiów wymaga od niejednego z nas ogromnego wysiłku. Niepełnosprawność utrudniająca notowanie, niewyraźna wymowa, problemy ze słuchem lub z wzrokiem, niedostosowane budynki uczelniane oraz toalety (chociaż to już rzadkość) nieobecność związana z pobytami w szpitalach i u lekarzach - to tylko niektóre z ograniczeń, z którymi musimy się mierzyć w procesie zdobywania wykształcenia wyższego. Niektórzy z nas mają też problemy z zaadaptowaniem się do wymogów stawianych im przez społeczeństwo i grupę, w jakiej się znajduje na zajęciach. Inna sprawa, że niejednokrotnie musimy przełożyć marzenia nad racjonalność. Nie każdy z nas będzie miał możliwość zostania lekarzem, architektem, matematykiem, chemikiem, fizjoterapeutą, trenerem personalnym. Nie, nie dlatego że nie ogarnie materiału przewidzianego programem studiów. Ograniczeniem mogą być względy praktyczne i sprawnościowe. Czy to jednak oznacza, że jesteśmy mniej warci od kogoś, kto wybrał "cięższe" studia? Niekoniecznie, ponieważ w zdobycie wykształcenia wkładamy niejednokrotnie podobne pokłady wysiłku jak oni. 
Tylko czy ktoś zwróci na to wszystko uwagę? Podejrzewam, że niewielu. Kiedyś nawet usłyszałam, że zajmuję miejsce na studiach innej osobie. Możliwe, jednak udało mi się je ukończyć. A potem ze szczęściem (nie mylić z dumą!) trzymałam dyplom, który to potwierdzał. Taki sam, jak dyplom moich kolegów i koleżanek z roku. Bo przecież uczyłam się tych samych treści, co oni.

* Na różnych uczelniach mogą one nosić różne nazwy

środa, 23 sierpnia 2023

1684. Nieproszony gość

Wiecie co, Puśka miała różne przygody w swoim kocim życiu (np. zniknięcie bez śladu na trzy tygodnie), ale ta ostatnia przebiła wszystko.
W ciepłe noce śpię przy otwartym oknie. A raczej próbuję spać, bo ostatnie wydarzenia w moim życiu zaburzyły mój wewnętrzny spokój i harmonię. Odbija się to między innymi na moim śnie i odpoczynku. W nocy długo nie mogę zasnąć, a rano budzę się już o 4, 5 nad ranem i na tym się kończy. Nie ważne. W każdym razie przed pielgrzymką chciałam się po prostu wyspać, żeby potem nie wyglądać jak zombii, a tym samym uniknąć dziwnych pytań.
Tego wieczoru jakoś mi się udało zasnąć o normalnej porze, chociaż fizycznie to było trochę trudne. W pewnym momencie słyszę jakiś jazgot i dziwny pisk. Obudziłam się, ale że było ciemno (1-2 w nocy), to nie za wiele byłam w stanie dostrzec. No, ale słyszę, że Puśka się dziwnie chraboszcze, więc zaciekawiona tym, co też tam ona robi wstałam i zapaliłam światło. 
I wtedy zobaczyłam, jak w mojej kotce odezwał się zew zwierzęcia łownego. Okazało się bowiem, że polowała ona na... nietoperza. A raczej już go upolowała i dumna z siebie jak paw trzymała przerażone zwierzątko przyciśnięte łapkami do podłogi. Ten maluch z kolei piszczał ile miał sił w płucach. Po trochu rozbawiona, a po trochu przerażona tą sceną, postanowiłam interweniować. Wystarczyło, że mocniej tupnęłam na Pusię nogą, a bez sprzeciwu wypuściła zakładnika ze swoich szponków. Nietoperzyk był lekko zdezorientowany tym wszystkim, wydaje mi się też, że go oślepiłam jeszcze bardziej światłem, ale szybko doszedł do siebie. Odsunęłam firankę w oknie, żeby mógł sobie spokojnie wyfrunąć. I tak też zrobił.
A Pusia znowu się na mnie boczyła za to, że pozbawiłam jej rewelacyjnej rozrywki. No cóż, takie życie.
Hm... ale skąd w ogóle nietoperz wziął się w tym mieszkaniu?

wtorek, 22 sierpnia 2023

1683. Seriale, do których lubię wracać

Czasami, kiedy mam więcej czasu niż zazwyczaj, lubię wracać do programów i seriali, znanych mi z czasów dzieciństwa. W ten sposób już kilka razy obejrzałam emitowany na Polsacie serial "Czułość i kłamstwa", który kochałam swego czasu oglądać na równi z "Na dobre i na złe". Inna sprawa, że polsatowski serial szedł w tygodniu, co przy treningach było dość problematyczne w byciu z nim na bieżąco. Co innego dwójkowe "Na dobre i na złe", które szło w niedzielne popołudnia. Śledzeniu losów jego bohaterów mogłam oddać się bez reszty, a na wspomnienie mojej platonicznej, naiwnej miłości do doktora Jakuba Burskiego do dzisiaj chce mi się śmiać. Ileż to ułożyłam na jego temat opowiadań zapisywanych gdzieś w plikach komputerowych. Żałuję, że nie zachowały się do dzisiaj, bo pewnie miałabym doskonały powód, aby się pośmiać z mojej naiwności, że lekarz jest nieomylny i zna lekarstwa na wszystkie schorzenia świata. Co do "Czułości i kłamstw" to poszłam jeszcze dalej i napisałam kilka scenariuszy dalszych odcinków w dodatku dopisując siebie do obsady. Te scenariusze też się niestety nie zachowały. Niemniej, moja sympatia do tych dwóch seriali pozostała do dzisiaj. Czasami nawet rzucę okiem na "Na dobre i na złe", ale to już nie jest to co kiedyś. Szkoda tylko, że tych pierwszych odcinków jest tak mało w sieci.
Kiedy miałam w 2018 roku rozpocząć studia magisterskie z pracy socjalnej, zaczęłam oglądać na nowo "Adama i Ewę", serial również emitowany przez Polsat. To 180 odcinkowa produkcja opowiadająca o miłości dojrzałej mężatki z dwójką dzieci imieniem Ewa oraz trochę młodszego od niej mężczyzny, Adama. Historia romantyczna, aczkolwiek trochę jak dla mnie naiwna. Z drugiej strony wzruszała mnie zawsze miłość, jaką Ewa darzyła swojego ojca, Kazimierza, który niemal przez cały czas swojego występowania w serialu, był sparaliżowany. Bardzo mi się też podobała para małżonków Karola i Melanii Laudańskich, którzy wychowali Adama po śmierci jego rodziców oraz Antoniego i Melanii Wahutasów, gajowych z Rozdrażewa. W pamięć wryła mi się też rola Bogdana Wernera, a zwłaszcza jego podły charakter.
Jak wiele dzieciaków urodzonych na przełomie lat 80 i 90 XX wieku, nie mogłam się doczekać wakacji nie tyle ze względu na wolne od szkoły, bo tą uwielbiałam, ale dlatego, że niemal było pewne, że w tym czasie puszczą dwa młodzieżowe seriale w klimacie s-f: "Słoneczną Włócznię" oraz "Tajemnicę Sagali". Pierwsza opowiadała o chłopcu imieniem Max, którego ojciec-naukowiec odkrywa w Alpach tajemniczy przedmiot. Jak się potem okazuje jest to pochodząca z kosmosu włócznia posiadająca niezwykłą moc. Dzięki niej chłopiec nabywa niesamowitych umiejętności, ale jego życie znajduje się też w wielkim niebezpieczeństwie. Drugi serial opowiada o chłopcu imieniem Kuba, który posiada magiczny kamień - sagalę. Nieświadomy jego mocy wypowiada życzenie, zmieniając mamę w małą dziewczynkę. Aby odczynić urok wybiera się w przeszłość, gdzie ma za zadanie znaleźć pozostałe części kamienia. Towarzyszy mu starszy brat, Jacek oraz tajemniczy Jarpen będący strażnikiem kamienia.
Innym serialem, do którego lubię wracać, poniekąd też medycznym, jest "Doktor Quinn". Pamiętam jak w pierwszych latach podstawówki śledziłam z mamą niemal każdy odcinek w sobotnie przedpołudnia. To był taki rytuał - najpierw serial, potem porządki. Podobno zadawałam wtedy mnóstwo pytań na temat różnych chorób oraz... Indian, których wątek nierozerwalnie złączony był z fabułą serialu. Serial opowiada o Michaeli Quinn, lekarzu medycyny, która po studiach trafia do Colorado. Początkowo nieufni wobec kobiety-lekarki mieszkańcy miasteczka, z czasem nie tylko przyzwyczajają się do tej niecodziennej jak na owe czasy sytuacji, ale też zdobywa ich zaufanie. Już w pierwszym odcinku Michaeli zostaje powierzona opieka nad trójką dzieci: Metthewem, Colin oraz Brajanem, których matka umiera po ukąszeniu przez węża. O względy kobiety walczy sympatyzujący z Indianami Sally, z czasem stają się małżeństwem. W serialu za każdym razem zachwycam się wiedzą Michaeli na temat medycyny, która nie była aż tak rozwinięta, jak obecnie. A mimo to kobieta starała się pomóc każdemu, kto ją o tą pomoc poprosił. Bardzo mi się podobały też jej relacje z przybranymi dziećmi i to, jakim je darzyła uczuciem. Była dla nich prawdziwą matką, taką, na jaką zawsze mogły liczyć.
Ostatnim serialem, o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, a który oglądam ponownie (tym razem od pierwszego odcinka) od pewnego czasu, jest "Strażnik Teksasu" z legendarnym Chuckiem Norrisem w roli głównej. Pamiętam jak w wieku 7 czy też 8 lat pierwszy raz świadomie obejrzałam jeden z odcinków, w którym tytułowy strażnik Teksasu, czyli Cordell Walker, zajmował się chorym na AIDS małym chłopcem imieniem Lukas. Od tamtego czasu często siadałam przed telewizorem, aby wraz z tatą obejrzeć kolejny odcinek o dzielnym stróżu prawa. Serial, chociaż typowo męski, przypadł mi do gustu, ponieważ pomimo przemocy, której w nim nie brakuje, dobro zawsze wygrywało. Serialowy strażnik Teksasu jawi się jako przykładny stróż prawa, przestrzegający jego zasad. Osierocony w dzieciństwie przez rodziców wychowywał się w rezerwacie wśród Indian. Bardzo wiele nauk i zachowań wyniesionych z plemiennego życia wciela w codzienną pracę. Jest sprawiedliwy i odważny. W pracy pomaga mu nieco szalony wspólnik, Jimmy Trivette oraz piękna pani prokurator Alex Walker. Z czasem do zespołu dołączają także Francis i Sidney. Bardzo ciekawą postacią jest jeden z poprzedników Cordella - C.D. Parker, który na emeryturze prowadzi bar. To tam bardzo często spotykają się bohaterowie serialu.

Seriali, do których wracam jest znacznie więcej, tutaj wymieniłam tylko kilka z nich. 

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

1682. Granica prywatności

Wbrew pozorom nie piszę na tym blogu o wszystkim. Wiele spraw, zwłaszcza tych najtrudniejszych, zostawiam dla siebie, nie widząc potrzeby informowania o całym moim i moich krewnych i znajomych życiu. Ale też nie zawsze piszę o sukcesach. Utwierdziło mnie w tym takie dziwne myślenie, które zauważyłam u niektórych ludzi - jak zdrowy, to może pisać o wszystkim, jak niepełnosprawny, to brak mu pokory pisząc o swoich sukcesach, z kolei pisząc o problemach, czy negatywnych stronach swojego życia, to od razu użala się nad sobą. Tylko, że w ten sposób człowiek nie miałaby o niczym pisać.
Czasami pisząc notatkę zastanawiam się, czy nie przekraczam cienkiej granicy prywatności mojej i innych. Staram się nie używać imion, żeby trudniej było ich zlokalizować. Chociaż można do wielu rzeczy dojść, szperając w internecie. Kurcze, kiedyś myślałam, że pisząc w ten sposób w jaki piszę bloga, pokazując że niepełnosprawny, nawet ten z ograniczeniami ruchowymi też może do czegoś dojść, osiągnąć sukces. Że może studiować i pracować. Wiem, że wiele osób chętnie tu zagląda, mimo że blog odbiega od ich profilu. I może chcieliby przeczytać o bardziej "ciekawszych" rzeczach. Ale nie przeczyta. Co nie znaczy, że czasami nie jest mi źle, nie wyję w poduszkę, nie mam wszystkiego dosyć. To, że o czymś nie piszę nie oznacza, że nie mam słabszych dni...

niedziela, 20 sierpnia 2023

1681. Przed pielgrzymkowe spotkanie i moje obawy

 - Lolek, Looolek - głos Księdza Niosącego Światło odbijał się od ścian salonu na plebani - zobaczysz, spodoba ci się ten nowy ksiądz - przewodnik waszej grupy.
Korzystając z tego, że kapłan był na przepustce postanowiłam go odwiedzić, a przy okazji podpytać o jego kolegę po koloratce, który miał z nami iść w pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Bo pełną relację z mojej wyprawy do Portugalii poznał najszybciej, jak tylko się dało. 
Opiekunów grup poznaliśmy dosyć wcześnie. Zresztą bez problemu można było znaleźć informacje na ten temat na Internecie. Postanowiłam to sprawdzić po powrocie z ŚDM-u, bo raczej było pewne, że Ksiądz Niosący Światło raczej w swoim stanie z nami nie pójdzie. Było mi smutno z tego powodu, bo z żadnym innym duchownym nie żartuje mi się tak dobrze, jak z nim. No i pobił rekord świata w uwierzeniu, że mogę powiedzieć słowa modlitwy do mikrofonu. Zajęło mu to, uwaga, uwaga, kilka godzin. Zważając na to, że we własnej doczekałam się tego dopiero po kilku latach śpiewania w scholi, byłam wtedy w takim szoku, że po prostu odmówiłam. Ale Ksiądz Niosący Światło nie odpuszczał i trzeciego dnia pielgrzymki* tak nalegał, że tuż przed Częstochową się zgodziłam. I tym chyba "kupił" mnie na dobre. W zasadzie istniała szansa, iż przewodnikiem naszej grupy będzie Paul, jak przez kilka lat. Tymczasem okazało się, że przydzielili nam zupełnie innego.
Jednak nazwisko naszego opiekuna nic a nic mi nie mówiło. Postanowiłam więc go sobie wygooglać. W końcu "Internet prawdę ci powie". Z informacji znalezionych na stronie diecezji dowiedziałam się, że jest to w zasadzie świeży ksiądz, bo wyświęcony zaledwie rok temu. I że jest wikarym w parafii obok. Czyli niewiele. Postanowiłam więc zasięgnąć opinii u księdza niosącego światło. Może to dziecinne i infantylne, bo rok temu nie czułam takiego niepokoju, kiedy ni stąd, ni zowąd okazało się, że również nie znany mi wcześniej Ksiądz Niosący Światło będzie naszym opiekunem. Co ciekawe, on sam mnie już kojarzył. Po krótkiej wizycie, wszak nie wypada za długo siedzieć u księdza, szczególnie chorego księdza, wróciłam do domu i z niecierpliwością czekałam niedzieli przed pielgrzymką, kiedy miało się odbyć spotkanie organizacyjne. Bo na samą pielgrzymkę miał mnie zapisać tata w naszej parafii, kiedy byłam w Portugalii. Ot tak, na wszelki wypadek.
W niedzielę, w którą było spotkanie poszłam po Mszy świętej na zakrystię zapytać się, czy nie trzeba zabrać listy z osobami, które idą na pielgrzymkę. Proboszcz nie musiał nic mówić, wystarczyło że spojrzał na mnie tym swoim bazyliszkowym wzrokiem, abym opuściła pomieszczenie szybciej niż się w nim pojawiłam. Nie to nie, widocznie umówił się z kimś innym, że przekaże mu po ostatniej Mszy, co też nie byłoby takie głupie. 
Wieczorem podczas spotkanie ksiądz zbierał listy z danymi pielgrzymów z poszczególnych parafii wchodzących w skład dekanatu.
 - A święty Paweł? - zapytał zorientowawszy się, że czegoś mu brakuje.
 - Proboszcz nikomu nie dał listy z parafii - odpowiedziałam zauważając, że nikt od nas nie ma kartki.
 - Dlaczego?
 - Bo jest głupi? - przemknęło mi przez myśl, ale przecież nie mogłam tego powiedzieć na głos, zwłaszcza w kościele, więc tylko wzruszyłam ramionami, dodając do tego - Nic nowego.
Jednak nie omieszkałam się podzielić tym spostrzeżeniem z jedną znajomą ze scholi, która tłumiąc śmiech, pokiwała twierdząco głową, czym chyba przyznała mi rację.
 - Ej - usłyszałam za sobą mocny, charakterystyczny głos Paula. Wiedziałam, że jest skierowany do mnie.
 - No bo taka prawda - wytłumaczyłam mu. Nie wiem, co sobie pomyślał, wszak to też jego rodzinna parafia. Znamy się od dzieciaka, pewnie dlatego pozwolił mi mówić do siebie na ty. W każdym razie tylko westchnął i pokręcił głową.
Całe spotkanie tylko częściowo odbyło się w kościele, ponieważ ksiądz nie wyrobił się z ogłoszeniami pomiędzy jedną, a drugą Mszą. Na szczęście do bazyliki przylega dom parafialny, w którym kiedyś odbywały się katechezy dla dzieci i młodzieży. I tam ksiądz kazał nam (czyli ludziom z mojej parafii) dopisać się do listy z bazyliki. Ogólnie do wyboru mieliśmy opcję nocowania po drodze w szkole w Zendku i remizie w Łyścu, albo codzienne dojeżdżanie do domu. Wybrałam pierwszą opcję, bo to jednak pielgrzymka i pewne niewygody można było znieść. Za to wszystko jest wynagradzane tym, co się dzieje na noclegu, rozmowami, zabawami, grami w karty. Choćby po to warto iść na pielgrzymkę.
A nowy ksiądz wcale nie najgorszy, chociaż do Księdza Niosącego Światło to mu jeszcze trochę brakuje...

* w drugim się od nas odłączył, bo musiał wrócić do DG na badania

sobota, 19 sierpnia 2023

1680. Myślenie młodych

Młodsza znowu oblała maturę z matematyki. Do poprawki sierpniowej już nawet nie podchodzi. Może za rok jej się uda. Ale morze jest szerokie i głębokie. I można się w nim utopić. Jeszcze rodzice niepotrzebnie ją nakręcają gadaniem: "Karolina nie utrzyma nawet długopisu, zdała rewelacyjnie rozszerzenie z matematyki, a ty nie potrafisz nawet zaliczyć podstawy". Młodsza się frustruje i w stosunku do nich, i do mnie. Chyba zachowywałabym się podobnie, gdyby ktoś nieustannie porównywał mnie z kimś, kto teoretycznie miałby gorsze predyspozycje, a jednak rzeczywistość byłaby zupełnie inna. Raz, drugi, trzeci jeszcze bym zniosła, ale nie co chwilę. Niby staram się jej pomóc zrozumieć materiał, ale ona po prostu tego nie chce. Zresztą ja sama nie lubię, nie chcę być stawiana innym za przykład. No bo jaki tam ze mnie wzór do naśladowania. Że zdałam maturę? Ludzie w gorszym stanie są w stanie temu podołać. Ja to przy nich naprawdę nic.
Młodsza chciałaby za to studiować na AWFie. Nawet sądziła, że skoro jest w Kadrze Narodowej, to dostanie się na tą uczelnię bez matury. Ale to tak nie działa. I tam liczy się świadectwo maturalne, chociażby z minimalną ilością punktów ze zdawanych przedmiotów. Po perswazji rodziców poszła do szkoły policealnej uczyć się na technika administracji. Nawet podrzuciłam jej moje notatki, wszak też sobie zrobiłam, równolegle do studiów, ten kierunek. Też nic z tego nie wyszło, została relegowana za frekwencję, a raczej jej brak. W ogóle zauważyłam, że na wielu rzeczach przestało jej zależeć, a już w ogóle na zdobyciu jakiegoś wykształcenia. Nie każdy musi być magistrem, a tym bardziej doktorem, ale po samym ogólniaku też trudno znaleźć pracę. Chyba, że ma się znajomości. A tych co prawda jej nie brakuje, jednak nie wydaje mi się, aby byli w stanie załatwić jej jakąś stabilną pracę. Szkoda, bo renty Młodsza raczej nie dostanie, a i stypendium sportowe kiedyś się skończy. Rodzice też nie będą żyli wiecznie. Liczy na emeryturę za miejsce na Paraolimpiadzie, ale najpierw na tą Paraolimpiadę trzeba się dostać. 
Czyli wracamy do punktu wyjścia - najlepiej zdać maturę, iść na studia (albo do szkoły policealnej - do tego nie trzeba matury), mieć papierek. Zawsze pracodawcy jakoś będą na to lepiej patrzeć. Może za rok jej się uda...

Ech, źle mi tak jakoś ostatnio...

piątek, 18 sierpnia 2023

1679. Wierzę, że kiedyś tam dotrę

Zaczynam "kochać" samobójców rzucających się pod pociąg. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że ktoś podziwia ich za taką odwagę. Bzdura totalna! Nie dość, że bezpowrotnie rezygnują z czegoś, czego nie da się przywrócić, to jeszcze dezorganizują dzień innym. Tak, przyznam się szczerze, że też wiele razy już myślałam o pozbawienie siebie życia w myśl zasady, że i tak w oczach wielu jestem nikim. Zresztą zauważyłam, że wiele osób tak ma. Na szczęście od myśli do ich realizacji zawsze jest daleka droga. Ale jakbym miała wybierać drogę samobójstwa, to na pewno byłaby to taka, na której ucierpi jak najmniej osób. Czyli w domowym zaciszu.
W planach miałam udanie się do Zabawy do sanktuarium błogosławionej Karoliny Kózkówny. Niestety nie posiadam samochodu, bo ten sposób transportu byłby najlepszy i najpraktyczniejszy. Jak zwykle byłam zdana na transport publiczny. I w teorii możliwe było dojechanie do Tarnowa pociągiem, a z Tarnowa busem do Zabawy, a potem w ten sam sposób wrócić. Nawet dzień wcześniej wszystko sobie dokładnie rozplanowałam, wraz ze sprawdzeniem w Tarnowie przystanków, z których odjeżdżają busy. Na szczęście znajduje się on niedaleko dworca kolejowego, w dodatku w tej części miasta, którą jako tako kojarzę (dwa razy byłam w Tarnowie na zawodach sportowych). 
Pociąg z Katowic do Przemyśla przez Tarnów miałam o 9:03. Nawet gdybym wsiadła w kolejny, o 9:53, spokojnie zdążyłabym na bus o godzinie 13:00 (ten drugi pociąg docierał na miejsce przed 12). Tymczasem kiedy dotarłam na dworzec w Katowicach okazało się, że ruch od strony Sosnowca jest wstrzymany (te pociągi w kierunku Tarnowa jechały właśnie od Sosnowca). Samo opóźnienie pociągu do Przemyśla wynosiło przynajmniej 270 minut (!!!). 
Już nawet nie myślałam o dotarciu tą drogą i udałam się na dworzec autobusowy, z którego są autobusy jadące przez Tarnów. Ale i tutaj miałam pecha, bo okazało się, że wpadłam w "dziurę", podczas której nic tam nie jedzie. Chłopaczek w kasie nie potrafił mi nawet powiedzieć, czy autobus do Medyny zatrzymuje się w Tarnowie. W ogóle wyglądał tak, jakby był na kacu. Dobra, ja podobno wyglądam, jakbym ciągle była pod wpływem alkoholu lub narkotyków, więc się nie czepiam. 
Więc może spróbować dostać się przez Kraków? Akurat jechał autokar, który regularnie przemierza tą trasę w jedną i w drugą stronę. Kupiłam na niego bilet i po 10:10 byłam na miejscu. W Krakowie pociąg do Tarnowa był dopiero o 11:00. Na miejsce miał dotrzeć ok. 12:30. Przy odrobinie szczęścia mogłabym zdążyć. Jednak tego szczęścia mi zabrakło, bo i ten miał opóźnienie. Nie zdążyłam. A następny bus miałam o takiej porze, że nie opłacało mi się jechać. Trochę pokręciłam się po okolicy i postanowiłam wracać. 
No trochę mi było smutno i przykro. Wiem, że gdybym miała samochód, to wszystko byłoby o wiele prostsze. Ale w życiu nie można mieć wszystkiego. Tak samo, jak nie można zdobyć sympatii i zainteresowania niektórych osób, będąc zwyczajnym, nie potrafiącym się podlizywać człowiekiem... Gdybym wcześniej wiedziała, nigdy, naprawdę nigdy bym się aż tak w pewne sprawy nie angażowała.

Ale do Zabawy kiedyś dotrę, zobaczycie. Tylko trochę szkoda mi tego dnia, który mogłam spędzić w zupełnie inny sposób.

czwartek, 17 sierpnia 2023

1678. Nie mam odwagi zapytać go o to

Rok temu na letnią edycję "Biegu Zbója" Baca przyjechał rowerem. Nie miał wtedy jeszcze Poli (psa), którego wszędzie ze sobą ciągnie, więc mógł sobie na to w pełni pozwolić. Teraz byłoby z tym trudniej, zważając, że Pola jest dosyć słusznych gabarytów. Wtedy tak żeśmy się zgadali, że od słowa do słowa wyszło, że nie potrafię jeździć rowerem.
Jeszcze pamiętam, jak dokładnie 20 lat temu (akurat szłam do gimnazjum) mama obiecała mi przy ciotce, a swojej kuzynce, że przyjedzie na tydzień na wieś i wtedy spróbuje mnie nauczyć jeździć na dwukołowcu. To były jeszcze czasy, kiedy dziadkowie żyli i niemal każde wakacje spędzaliśmy u nich. Ucieszyłam się, bo jazda na rowerze była moim marzeniem. Uwierzyłam też mamie naiwnie sądząc, że skoro obiecała coś przy kimś, to dotrzyma tej obietnicy. O ja naiwna! Mama oczywiście przyjechała, nawet na dłużej niż na tydzień, ale nie znalazła nawet chwili, żeby chociaż wyciągnąć ten przeklęty rower ze stodoły. A tata tyle poświęcił, żeby doprowadzić go do stanu użytkowania. Z jednej strony było mi przykro, bo kolejny raz poczułam się oszukana przez własną mamę, ale z drugiej przyzwyczaiłam się już do jej wiecznych obietnic bez pokrycia. Nie mniej jednak wiele nocy przeryczałam w poduszkę. Może i nie nauczyłabym się na nim jeździć z powodu problemów z utrzymaniem równowagi, ale przynajmniej dotrzymałaby słowa. Miałam niespełna trzynaście lat i już dawno poznałam gorzką prawdę przysłowia "umiesz liczyć licz na siebie". Niestety, nauka jazdy na rowerze była jednym z nielicznych przypadków, gdzie do końca na siebie nie mogłam liczyć.
Dlatego na propozycję Bacy odnośnie przynajmniej spróbowania nauczenia mnie jazdy na jednośladzie aż zaświeciły mi się oczy. Przez pewien czas miałam wypożyczony trójkołowy rower, na którym jeździło mi się wspaniale, jednak mieszkając w bloku bez windy na dłuższą metę nie ma to sensu. Rower trzeba wnieść do klatki, a swoje on waży i jest nieco większy gabarytowo od standardowego jednośladu. W dodatku nie należy do tanich, ale cena to najmniejszy pikuś. Zresztą już dawno nazwali mnie "mistrzem oszczędzania". Dwukołowy rower jest i lżejszy, i poręczniejszy, i łatwiej go przechowywać. Rower na pewno ułatwiłby mi mobilność i wpłynął na sprawność. A jak już widzę Wasze fotografie z przejażdżek rowerowych, to aż serce mi się raduje, zaś oczami wyobraźni widzę, jak sama biorę w czymś takim udział.
Jedyny szkopuł to odległość dzieląca mnie i Bacę, ale wystarczy się umówić. Myślę, że dałoby się wyrwać do Bielska - Białej w kilka sobót. Wystarczy napisać do niego na messengerze, wysłać SMS-a, zagadać na wolontariacie. Już wiele razy chciałam to zrobić, nawet ostatnio, ale po prostu zabrakło mi odwagi. Myślę, że raczej by mi nie odmówił, a nawet jeśli, to zrobiłby to w najbardziej z delikatnych sposobów.

Wiem, że ma sympatię. Nie chcę stawiać go w niezręcznej sytuacji ani ograniczać jego szczęścia. Nawet kosztem braku realizacji własnych marzeń. Chociaż coraz częściej zastanawiam się, czy na pewno mam do nich takie samo prawo jak inni.

środa, 16 sierpnia 2023

1677. "Kursk", tragedia "na życzenie"

Wczoraj, po kilku latach oczekiwania, miałam wreszcie okazję zobaczyć film o jednej z pierwszych światowych katastrof, które odebrałam w sposób w pełni świadomy - zatonięciu rosyjskiego podwodnego okrętu atomowego "Kursk". Samą tragedię pamiętam jak przez mgłę, minęło już przecież 23 lata jak miała ona miejsce, ja zaś byłam niespełna dziesięcioletnim dzieckiem i z tej perspektywy spoglądałam na świat. Z opowieści rodzinnych wiem jednak, że bardzo to przeżywałam, a nawet przez jakiś czas temat nie schodził z mojej domowej gazetki ściennej.
Do tematu zatonięcia okrętu pewnie jeszcze kiedyś wrócę (zastanawiam się, dlaczego nie poruszyłam go przy okazji 20 rocznicy zatonięcia w 2020 roku 😣). Dzisiaj chciałabym się skupić na filmie z 2018 roku w reżyserii Thomasa Vinterberga. Sam film chciałam obejrzeć już jakiś czas temu, tym bardziej, że jakiś czas temu jego reklamy skutecznie przeszkadzały mi w oglądaniu filmów na platformie CDA. Cóż z tego, skoro sam film był możliwy tylko po wykupieniu wersji premium? Postanowiłam więc poczekać, aż puszczą film w telewizji. 
Akcja filmu rozpoczyna się w mieszkaniu jednego z głównych jej bohaterów, Mikhaila. Mikail jest marynarzem pływającym na okrętach podwodnych. Jego synek, Misha, próbuje pobić rekord wytrzymania pod wodą na wdechu w domowej wannie. W przyszłości chce być bowiem taki sam jak ukochany tata. Żona mężczyzny, Tanya, spodziewa się drugiego dziecka. Cała trójka tworzy szczęśliwą, kochającą się rodzinę. Taką, jakich wiele na całym świecie.
Niebawem jeden z kolegów Mihkaila z jednostki, Pavel Sonin, bierze ślub z wybranką swojego serca, Daryą. Planują wspólne, długie życie. Na wystawnym weselu bawią się również marynarze wraz ze swoimi partnerkami. Jest dużo śmiechu i radości. Widać, że marynarzy łączy prawdziwa przyjaźń, taka na dobre i na złe.
Wraz z początkiem sierpnia marynarze wypływają podwodną łodzią atomową "Kursk" na lodowate Morza Barentsa, aby wziąć udział w manewrach wojskowych. Towarzyszy im 30 innych jednostek oraz trzy inne łodzie podwodne. Sam "Kursk" uważany jest za dumę i chlubę Rosji - niezatapialny niczym legendarny "Titanic". Wszyscy byli tym podekscytowani, ponieważ była to największa operacja od czasów upadku w 1991 roku Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Na pokład Kurska weszło 118 osób. Wśród nich znalazł się również Mihkail oraz Pavel. 
Przez dwa dni wszystko szło zgodnie z planem. 12 sierpnia okrętem wstrząsa ogromna eksplozja, a przez kadłub przetacza się kula ognia. Większość załogi ginie od razu. Udaje się przeżyć 23 osobom, w tym wspomnianemu Mihkailowi i Pavlowi. Schronieni w ostatnim przedziale czekają na pomoc, która nigdy nie przybyła.
Tymczasem na powierzchni wszyscy już wiedzą, że na okręcie nastąpił wybuch (eksplozję odnotowały nawet sejsmografy na Alasce), a sama jednostka jest w dużych tarapatach. Wiadomo też, że nie wszyscy zginęli. Co prawda została zerwana z nim łączność radiowa, ale co jakiś czas ze środka słychać stukanie stali. Żony marynarzy, w tym Tanya, do końca walczą o ich ocalenie. 
Rozpoczyna się akcja ratunkowa, na którą są zwrócone oczy całego świata. Szanse na ocalenie żołnierzy oraz zasoby tlenu na okręcie maleją z każdą godziną. Swoją pomoc oferują m.in. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Norwegia. Spotykają jednak mur nie do przebicia, Vladimira Petrenkę. Jest to cyniczny, wysoko postawiony urzędnik państwowy, który uosabia bezduszną, zbiurokratyzowaną machinę propagandową Rosji. Jedno jego słowo mogłoby zmienić cały bieg historii. Tymczasem on konsekwentnie odmawia przyjęcia oferowanej mu pomocy.
Film pokazuje nieudolność rosyjskich władz w przeprowadzeniu akcji ratunkowej ocalałych żołnierzy.  Bo wymiarów tej tragedii spokojnie można było uniknąć. Nie ocaliłoby się tych, którzy zginęli w chwili wybuchu, ale tych schronionych w ostatnim przedziale już tak. Tym bardziej, że Rosjanie posiadali przestarzały sprzęt, pamiętający jeszcze czasy Związku Radzieckiego. Nie bardzo też wiedzieli, jak w ogóle wziąć się do całej akcji. Rodziny ofiar nieustannie zbywane były zapewnieniami, że wszystko idzie zgodnie z planem. Tylko, że żadnego planu ratunku nie mieli. Szczególnie przeraża postać Vladimira Petrenki, nie chcącego nawet słyszeć o pomocy innych krajów. Tymczasem, kiedy uwięzieni pod pokładem oficerowie zdali sobie sprawę z tego, że zostało im zaledwie kilka minut życia, zaczęli śpiewać starą rosyjską patriotyczną pieśń, w celu dodania sobie otuchy w tych ostatnich chwilach. Bardzo wymowne jest tutaj zachowanie małego Mishy podczas nabożeństwa żałobnego w rosyjskiej cerkwi prawosławnej. Wraz z innymi osieroconymi dziećmi stał w szeregu. Do każdego z nich podchodził Petrenko i składał kondolencje. Kiedy przyszła pora na Mishę, ten ich nie przyjął. W ślad za nim poszły pozostałe dzieci, wywołując zakłopotanie na twarzy urzędnika.

wtorek, 15 sierpnia 2023

1676. No i nie pobiegłam

Jednym z moich wakacyjnych planów było wzięcie udziału w kolejnej już edycji oświęcimskiego biegu "Biegać jest Bosko", któremu patronuje święty Jan Bosko. Jego termin wypada w przeddzień urodzin tego wielkiego przyjaciela młodzieży i prekursora oraz zwolennika prewencyjnego systemu wychowania, czyli 15 sierpnia. Jednocześnie impreza biegowa wpisuje się w odbywające się w tym samym czasie Dni Oświęcimia, któremu patronuje od 2013 roku ten turyński święty.
Już nawet byłam na ten bieg zapisana, wystarczyło tylko wnieść opłatę startową. Szkopuł polegał na tym, że musiałabym to zrobić przed wylotem do Lizbony. Blankiet wpłaty był zresztą wydrukowany, wystarczyło tylko podbiec na pocztę. I teoretycznie mogłam to zrobić w drodze powrotnej z pracy. Tylko wiecie jak to jest przed wyjazdem, zwłaszcza dłuższym - tu trzeba coś dokupić, tam załatwić, to jeszcze wysłać ostatnie meile, a i coś sprawdzić, skoro jedzie się w nieznane sobie miejsce. W ostateczności nie wniosłam tej opłaty w terminie. Mogłam oczywiście spróbować poprosić o jego przedłużenie, wszak mam dobre relacje z jego organizatorami, ale już nie chciałam robić zamieszania - niech zostanie tak jak jest. W końcu takich biegów będzie jeszcze cała masa, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Ostatecznie jednak myślę, że dobrze iż stało się tak jak się stało. Przy ostatnim wypadku, tym, którego skutkiem było podbite oko (pisałam Wam o tym w przedostatnim wpisie), przy okazji uderzyłam kolanem o tą nieszczęsną szafkę (jak to ktoś powiedział na Zbóju - nic, tylko ją roztrzaskać siekierą i spalić w piecu lub na ognisku 😁). Ale oczywiście nie uderzyłam się w podkolano, tylko centralnie, w rzepkę. Ból jest taki, że klękajcie narody. A w dodatku miałam nieźle sfatygowane te kolana przez wywrotki na lizbońskim bruku. Ale skoro zdarzają się one nawet sprawnym, więc może nie jest ze mną aż tak źle. W każdym razie do biegania chwilowo się nie nadaję. 
Nawet nie wiem, czy zmieściłabym się z pokonaniem 5 kilometrów w regulaminowym czasie 60 minut. Tak, owszem można tą trasę pokonać w tym czasie spacerkiem. Ale niekoniecznie kiedy bolą człowieka kolana, a przejście kilkuset metrów wymaga od niego nie lada wysiłku i odpoczynku na końcu. Więc myślę, że byłoby ciężko.
Zauważyłam, że moja kondycja pogorszyła się przy obecnym trenerze. Poprzedni, nie licząc pierwszej trenerki, chociaż starali się o zapewnienie mi prowizorki z biegania. Ten nic, rozstawi płotki do biegów przez nie na bieżni i każe przechodzić pod nimi człowiekowi przez całą godzinę w myśl jego zasady, że "motoryka jest najważniejsza". Ta..., jasne. Wiecie co, miałam dosyć takich "treningów", które dla mnie treningami nie były. Co najwyżej zabawą. Przestałam na nie przychodzić. Zresztą nie tylko ja, ale i część moich szkolnych koleżanek i kolegów. Albo robimy coś na poważnie, albo się bawimy niczym w przedszkolu. Już wolę sama sobie potruchtać po parku. Może i nikt mi nie zmierzy czas, ale przynajmniej nie denerwuje mnie zachowanie olewające wszystko. Szkoda, że z Frame Runningiem na razie nie wyszło, bo to by była dla mnie jakaś szansa. Ale krążą plotki, iż ma zostać zmieniony, więc jest jakaś nadzieja na normalność. 
W każdym razie nie pobiegłam w tym biegu. Za to na spokojnie poszłam do kościoła poświęcić bukiet z kwiatów i zbóż. A potem pooglądałam sobie defiladę Wojska Polskiego z okazji ich święta. Było na czym oko zawiesić, mówię Wam. W końcu za mundurem...