Wydaje mi się, że każdy człowiek po zmianie środowiska, w którym przebywa potrzebuje kogoś, kto pomoże mu się odnaleźć w nowej rzeczywistości. I taka właśnie była Ona. Niemal od pierwszego dnia w nowej szkole wzięła mnie dosłownie pod swoje skrzydła. Do dzisiaj pamiętam jej rozmowę z moją wychowawczynią, kiedy ukradkiem przyglądały się mojemu sposobowi i charakterowi pisma. I te jej pełne ciepła słowa: "Loluś nie pisze, Loluś rzeźbi". Pamiętam jej śmiech z naszych dziecięcych żartów, jej zapach, kiedy nachylała się nade mną, chcąc zanotować coś w moim zeszycie, jej błysk w jej czarnych oczach, kiedy w czwartej klasie rozwiązałam zadanie dla gimnazjalistów i dźwięk jej oklasków podczas szkolnych akademii. I jeszcze to, jak na jedną z rad pedagogicznych przyszła z młodszym synkiem prowadząc go za rączkę. To, że walczyła dla mnie o nauczyciela wspomagającego i wydłużony czas pisania konkursu z matematyki, już na poziomie ogólnopolskim i to, że się nigdy nie denerwowała na nas. Ani wtedy, gdy ktoś czegoś nie potrafił (a to zdarzało się nagminnie), ani nawet wtedy, gdy jeden z moich kolegów złapał ją za tyłek, kiedy stała przodem do tablicy.
Moje motto
Jaki był ten dzień
czwartek, 31 sierpnia 2023
1692. Nieodbyta rozmowa
Wydaje mi się, że każdy człowiek po zmianie środowiska, w którym przebywa potrzebuje kogoś, kto pomoże mu się odnaleźć w nowej rzeczywistości. I taka właśnie była Ona. Niemal od pierwszego dnia w nowej szkole wzięła mnie dosłownie pod swoje skrzydła. Do dzisiaj pamiętam jej rozmowę z moją wychowawczynią, kiedy ukradkiem przyglądały się mojemu sposobowi i charakterowi pisma. I te jej pełne ciepła słowa: "Loluś nie pisze, Loluś rzeźbi". Pamiętam jej śmiech z naszych dziecięcych żartów, jej zapach, kiedy nachylała się nade mną, chcąc zanotować coś w moim zeszycie, jej błysk w jej czarnych oczach, kiedy w czwartej klasie rozwiązałam zadanie dla gimnazjalistów i dźwięk jej oklasków podczas szkolnych akademii. I jeszcze to, jak na jedną z rad pedagogicznych przyszła z młodszym synkiem prowadząc go za rączkę. To, że walczyła dla mnie o nauczyciela wspomagającego i wydłużony czas pisania konkursu z matematyki, już na poziomie ogólnopolskim i to, że się nigdy nie denerwowała na nas. Ani wtedy, gdy ktoś czegoś nie potrafił (a to zdarzało się nagminnie), ani nawet wtedy, gdy jeden z moich kolegów złapał ją za tyłek, kiedy stała przodem do tablicy.
środa, 30 sierpnia 2023
1691. Pożegnanie Andrzeja Precigsa
Informację o jego odejściu przekazał Związek Artystów Scen Polskich: "Z przykrością informujemy, że odszedł Andrzej Precigs - wspaniały aktor teatralny, filmowy i serialowy oraz reżyser dubbingu. Od lat związany z Teatrem Polskiego Radia. Były członek Zarządu Głównego ZASP oraz były prezes Fundacji Artystów Weteranów Scen Polskich". Przez wiele lat współpracował z podkowiańskim teatrem sąsiedzkim, Nieformalną Grupą Teatralną "Między słowami", gdzie reżyserował wieczory poetycko - muzyczne według pomysłów jej członków, jak i komedie del - arte czy też dramaty punktujące trudne doświadczenia życiowe. Pomimo doświadczenia ciężką chorobą, kiedy tylko siły mu na to pozwoliły, nie odmawiał współpracy i pomocy. Współpracownicy cenili go za ciepły, aksamitny głos, w którym zawsze brzmiała życzliwość.
Równolegle rozwijała się jego kariera telewizyjna. W filmie zadebiutował w 1971 r. w komedii obyczajowej Wandy Jakubowskiej "150 na godzinę". Można go było zobaczyć w takich filmach, jak "Akcja pod Arsenałem" (reż. Jan Łomnicki), "Białym mazurze" (reż. Wanda Jakubowska), "Polonia Restituta" (reż. Bohdan Poręba), "Miś" (reż. Stanisław Bareja), "Nad Niemnem" (reż. Zbigniew Kuźmiński), "Trzy kolory. Biały" (reż. Krzysztof Kieślowski), czy też "Gry uliczne" (reż. Krzysztof Krauze).
![]() |
| Teraz znowu oboje występują, z tym, że na niebiańskiej scenie |
wtorek, 29 sierpnia 2023
1690. W zasadzie można było tego uniknąć
Maszynista krzyknął: "rany boskie, giniemy". Przed tragedią zgubili 20 wagonów
Krótko przed północą 27 sierpnia 1973 r. pociąg pospieszny relacji Zakopane-Warszawa minął przystanek Wolica i popędził w kierunku oddalonych o 20 km Kielc. Składał się głównie z wagonów sypialnych, wypełnionych wczasowiczami wracających z wakacji na Podhalu. Po przejechaniu trzech kilometrów maszynista spostrzegł na swym torze, 150 m przed lokomotywą, nieoświetlony koniec wagonów towarowych, których nie powinno tam być.
Kolejarze uratowali pasażerów przed wielką katastrofą
poniedziałek, 28 sierpnia 2023
1689. Dożynkowy zawrót głowy
Ten ostatni znalazł się pod pomnikiem św. Jana Nepomucena, niedaleko placu przed klasztorem. W zasadzie to znalazła go koleżanka mojej znajomej ze scholi. Tam rozłożyliśmy koc. Dziewczyny poszły po coś ciepłego do jedzenia dla naszej trójki, a ja wykorzystałam ten czas na oddzwonienie do taty i dowiedzenie się, czego ode mnie chce.
Wysiadłam z pojazdu i udałam się w dalszą drogę, tym razem pieszo. Na szczęście droga do wsi jest w miarę prosta i logiczna, i w zasadzie trudno jest się zgubić. Z tym, że trzeba trochę przejść. Nawet więcej, niż trochę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że cienia po drodze jest mało, a słońce tego dnia dość mocno grzało. Niby po pielgrzymce byłam zaprawiona i w ilości kilometrów, i w warunkach atmosferycznych. Co prawda do Częstochowy przez większą część drogi idziemy w cieniu, ale są i odcinki, kiedy o ten cień jest trudno. A tutaj jest na odwrót. No, ale skoro sobie zaplanowałam, że przyjadę i dotarłam już prawie do celu, to nie wypadało się poddać na tym etapie.
niedziela, 27 sierpnia 2023
1688. Moje słodkie wypieki na pielgrzymkę
W tym roku na pielgrzymkę na Jasną Górę postanowiłam zrobić coś od siebie i upiec jakieś ciasteczka na drogę. Owszem, mogłam kupić coś w sklepie, jednak wolałam spróbować zrobić coś samodzielnie. Niekoniecznie dla siebie, bardziej myślałam wtedy o innych współpielgrzymach, a w szczególności o idących z nami dzieciach. Tych co prawda nie było zbyt dużo, ale dla nawet jednego dziecka warto poświęcić kilka godzin w kuchni, aby finalnie zobaczyć uśmiech na ich twarzy. Zresztą nie tylko ich, bo ogólnie jakoś tak miło się człowiekowi robi cieplej na sercu, kiedy ktoś, w tym dorosły, doceni efekt jego pracy. A tutaj nawet nie trzeba słów, wystarczy mi, że ktoś po zjedzeniu jednego ciastka sięgnie po kolejne i kolejne. Przecież gdyby im nie smakowało, to chyba poprzestaliby na jednym. Przynajmniej tak mi podpowiada logika.
Za wypieki wzięłam się niemal w ostatniej chwili, czyli w poniedziałek (a w środę mieliśmy wyjście). Po wyciągnięciu ostatniej blaszki z upieczonymi ciasteczkami i spojrzeniu na zegarek, który wskazywał dosłownie środek nocy, cieszyłam się, że nie zostawiłam tego na wtorek. Oj, myślę że ciężko by mi było wstać w środę o 4:00 rano, kiedy położyłabym się spać o 2 w nocy. Co prawda podczas moich studiów w Grodzie Kraka i takie rzeczy się robiło, ale tutaj wolałam być w miarę możliwości wypoczęta przed pieszą wędrówką (przygoda z nietoperzem wydarzyła się noc wcześniej).
Nie zastanawiałam się długo nad rodzajem ciastek, jaki miałam zamiar zrobić. Mój wybór padł na dwa ich rodzaje: ciasteczka maślane oraz owsiane. Przyznam się szczerze, że to był mój debiut w tej dziedzinie, więc była mała trema z mojej strony. Z drugiej strony wyszedł ze mnie mały egoista - zazwyczaj jak coś upiekę, to z powodu alergii pokarmowej to na to, to na tamto, wszelkie ciasta i inne wypieki są jedzone przez wszystkich, ale nie przeze mnie. Teraz chciałam upiec coś, co będę mogła sama bezkarnie zjeść. A samodzielny wypiek dawał mi gwarancję, że w składzie ciasteczek nie znajdzie się nic niepożądanego.
Założę się, że w stercie książeczek z przepisami zalegających w mieszkaniu moich rodziców znalazłyby się jakieś przepisy pozwalające na przygotowanie tego typu wypieków, szybszym sposobem na ich znalezienie okazał się jednak Internet. Po przejrzeniu kilku propozycji wybrałam ciasteczka maślane z TEGO przepisu oraz owsiane z TEGO. W zasadzie w przypadku pierwszego wypieku bardziej kierowałam się ogólnym brzmieniem i prostotą przepisów, niż np. smakiem ciastek. Jeszcze tylko musiałam dokupić brakujące składniki (np. płatki owsiane, których na co dzień nie mam w szafkach, jajek też brakowało) i wieczorem mogłam wziąć się do pracy.
Najpierw upiekłam ciasteczka maślane. Ze składników zawartych w przepisie wyszły 3 i pół blaszki, czyli około 80 sztuk. Jak na złość nie mogłam znaleźć foremek do pierniczków, a szkoda, bo maślana chatka albo renifer mogłyby ciekawie wyglądać. W zamiar wycinałam kółka miarką do syropu na kaszel. Na początku nawet rysowałam na nich wykałaczką uśmiechnięte buzie. Jednak było to na tyle pracochłonne, że szybko od tego odeszłam. Zresztą tylko jakieś 30% ciastek było idealnie okrągłych. Większość wycinków nie chciała tak ładnie wychodzić z formy (a i wyjąć je było trudno, bo nie dało się od góry), toteż daleko im było do idealnych kółek, jakie sobie wymarzyłam. Ale to nic. Przecież najważniejszy powinien być smak, prawda?
| To jeszcze nie wszystkie ciasteczka maślane :) |
Po wykrojeniu kółek z całego ciasta maślanego zabrałam się za przygotowywanie masy pod ciasteczka owsiane z ziarnami słonecznika i mielonymi migdałami, które zostały mi ze świąt. Tutaj zwiększyłam o 100% wszystkie składniki, dzięki czemu tych ciastek wyszło nie 20, a ponad 40.
* hmm..., nawet przypominały moje "koła" rysowane na matematyce za pomocą cyrkla, ale bez wspomagania nauczyciela
** kilka odłożyłam dla Księdza Niosącego Światło, a z 2 zjadłam jeszcze w domu, na spróbowanie
sobota, 26 sierpnia 2023
1687. Z czym innym miałam wyruszyć w tę drogę?
Na tegoroczną pielgrzymkę poszłam z dwoma ważnymi intencjami. Pozwólcie jednak, że tym razem się nimi z Wami nie podzielę, ponieważ są dla mnie zbyt intymne. Mam je jednak w sercu, tak samo, jak w sercu niosłam je w drodze do Częstochowy. Myślałam, że jeżeli przejdę na nogach całą drogę i włożę w to swój trud, to Matka Boża zlituje się i wszystko ode mnie przyjmie. I wtedy staną się "cuda". Nie, nie prosiłam o nic dla siebie, zresztą wydaje mi się, że niczego wielkiego nie potrzebuję.
- Zdrowie? Mózgowe Porażenie Dziecięce nie jest chorobą. Jasne, że lepiej by się żyło, gdyby go nie było, ale jak już mi się przydarzyło, to nie pozostaje mi nic innego, niż po prostu z nim żyć, najlepiej jak się da. Mogłabym prosić o to, aby choroby przewlekłe dały mi spokój, ale może wtedy inaczej postrzegałabym otaczający mnie świat. Może czasami warto pocierpieć, pozmagać się z bólem, aby na nowo nauczyć się cieszyć życiem.
- Praca? Mam. Może nie jest zbyt górolotna, ale daje mi satysfakcje. Wiecie, wolę chodzić do pracy, w której może i nie zarabiam kokosów, a jednak daje mi masę radości, niżby było na odwrót. A może kiedyś znajdzie się coś innego, mniej stresującego. Może kiedyś zostanę wymarzonym pedagogiem szkolnym? A może Bóg ma wobec mnie inny plan i po prostu w pewnym momencie dyskretnie da mi znak, którą drogą mam iść. Wierzę, że tutaj wszystko się ułoży bez Jej interwencji, a w ostateczności zostanie tak, jak jest.
- Rodzina? Był w moim życiu taki okres, w którym pragnęłam mężczyzny, przy którym spędzę resztę swojego życia. Ale jakoś mi przeszło. Co oczywiście nie oznacza, że całkowicie zrezygnowałam z tej drogi życia. Może kiedyś. Jednak nie czuję już takiego musu, jak tą dekadę temu. Wierzę, że i miłość do mnie przyjdzie niespodziewanie. A jeżeli nie, to też nic wielkiego się nie stanie - życie w pojedynkę też ma swoje pozytywne strony.
- Edukacja? Naprawdę nie wiem o co więcej mogłabym prosić w tej dziedzinie.
Co prawda mogłabym prosić o jakieś cechy charakteru, które były by bardziej pożądane, ale to przecież mogę zrobić w parafialnym kościele. Poza tym nic mi to nie da, jeżeli sama nie będę chciała się zmienić. Dlatego wolę poprosić o coś dla kogoś, a w zamian ofiarować swój trud. Nawet, jeżeli nie został on poniesiony w 100%.
To był jeden z tematów, na który wieczorami dyskutowałam z Paulem. Jako ksiądz podał mi kilka argumentów typowo teologicznych przemawiających za tym, że zawsze trzeba mierzyć siły nad zamiary, a nigdy odwrotnie. Że tak naprawdę najważniejsza jest intencja. Chciałam przejść całe 83 km bo to i to, ale się nie udało. No trudno, na siłę nic się nie zdziała, a tylko można sobie zaszkodzić. Oczywiście ja to wiem, ale chyba potrzebowałam ku temu potwierdzenia kogoś, kto się na tym zna lepiej ode mnie. Poza tym Paul, kiedy w Częstochowie zobaczył co mam pod paluchem, to stwierdził, że on by mi zaliczył tą intencję za samo przejście z takim odciskiem od Łyśca do Jasnej Góry. Taki z niego żartowniś.
Poza tym trochę rozmawialiśmy o sensie cierpienia i sensie śmierci (nawet, kiedy z pozoru jedno i drugie jest pozbawione sensu) i znowu poukładał mi w głowie pewne rzeczy, a inne rozjaśnił. Niby mam prawie zrobiony dyplom z tanatopedagogiki, a jednak czasami sama gubię się w swoich myślach oraz pojmowaniu pewnych spraw. Dlatego cieszę się, że Paula znam właściwie od wczesnego dzieciństwa i mogę z nim porozmawiać na różne tematy. Czasami są one śmieszne, a czasami, tak jak teraz, całkiem poważne.
piątek, 25 sierpnia 2023
1686. Dojść do celu, nawet z bąblem na stopie
Zwyczaj letniego pielgrzymowania do Jasnogórskiej Pani był kultywowany w czasie, kiedy Polska była pod zaborami i wtedy, gdy toczyły się wojny światowe. To tutaj przybywali królowie i prezydenci naszego kraju, to przed nią klękali papieże Jan Paweł II, Benedykt XVI oraz Franciszek, a o mały włos nie przybyłby też i wcześniejszy zwierzchnik Kościoła Katolickiego, Paweł VI, którego niespełnionym pragnieniem było uczestniczenie w obchodach 1000-lecia Chrztu Polski, których centralne wydarzenia odbywały się właśnie na Jasnej Górze. W 1991 roku z wielu polskich parafii wyruszyły piesze pielgrzymki młodych chcących spotkać się z papieżem-Polakiem w ramach VI Światowych Dni Młodzieży. Ćwierć wieku później ten piękny zwyczaj został pokazany pielgrzymom, którzy przybyli na 31 Światowe Dni Młodzieży do Krakowa. Wiele diecezji zorganizowało wtedy jednodniowe pielgrzymki, podczas których młodzież z całego świata miała okazję przejść te kilka kilometrów, aby poczuć się w jakiś sposób pielgrzymem.
Z mojej diecezji wychodzą aż trzy piesze pielgrzymki na Jasną Górę. Pierwsza Olkuska zmierza na 15 sierpnia, czyli Wniebowstąpienie Najświętszej Maryi Panny. Druga, Zagłębiowska, dochodzi na miejsce w wigilię wspomnienia Matki Bożej Częstochowskiej, czyli 25 sierpnia. Z kolei trzecia, Jaworzańska, kończy swoją wędrówkę 6 września, czyli dwa dni przed liturgicznym wspomnieniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Ciekawostką może być dla Was to, że każda z tych pielgrzymek ma inną nie tylko trasę, ale i ilość razy, podczas których się odbyła.
Podobnie jak w zeszłych latach, także i teraz, do Częstochowy wybrałam się wraz z Zagłębiowską Pieszą Pielgrzymką, która była zorganizowana już po raz 32. Jej tegoroczne hasło brzmiało "Jesteśmy Kościołem Chrystusa". Może 2 i pół dnia pieszego pielgrzymowania nie jest nie wiadomo jakim wyczynem, jednak dla mnie jest to optymalna wersja, zarówno pod względem dni, jak i samego dziennego kilometrażu, jaki się wykonuje. No i mam jakąś gwarancję, że dam radę przejść całą trasę.
Trochę emocji przysparza zawsze pakowanie. W zasadzie nigdy nie biorę na te wyprawy dużo rzeczy. Dwie koszulki na zmianę, drugie spodnie, klapki, bielizna na zmiany, przybory higieniczne i rzeczy do spania. Po powrocie z Światowych Dni Młodzieży nie chowałam na dobre karimaty (jestem z siebie zadowolona, bo to pierwszy ŚDM, z którego ją przywiozłam, na poprzednich ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach), dzięki czemu nie musiałam jej szukać po palwaczach. Dodatkowo w tym roku bagaż na transport mogliśmy zapakować dopiero pod kościołem, skąd wyruszała pielgrzymka, a tam też trzeba było dojechać.
Zagłębiowska Pielgrzymka tradycyjnie wyrusza z kościoła Najświętszej Maryi Panny w Będzinie-Syberce, znanego też pod nazwą sanktuarium Polskiej Golgoty Wschodu. Jest to pierwsza w Polsce świątynia - pomnik martyrologii Polaków na Wschodzie. To w niej o 7:00 odbywa się uroczysta Msza święta pod przewodnictwem biskupa diecezji sosnowieckiej, na której pielgrzymi otrzymują od niego błogosławieństwo na drogę. Biskup wygłasza też kazanie, w tym roku nawiązał w nim do jednego z objawień Maryjnych w Fatimie, a konkretniej tego, które miało miejsce 13 lipca. Maryja miała w nim mówić małym pastuszkom o pokucie połączonej z nawróceniem. Podobnie i dla nas pielgrzymowanie do częstochowskiej Madonny powinno być tak samo okazją do pokuty, jak i wewnętrznego nawrócenia.
| Nasz dekanat wchodzi na teren parafii w Będzinie - Łagiszy |
| A tutaj już gdzieś na drodze |
czwartek, 24 sierpnia 2023
1685. O studiowaniu osób niepełnosprawnych tak mało się mówi...
Zauważyłam, że temat studiowania osób niepełnosprawnych jest niezbyt często poruszany w mediach, a jeżeli już ktoś o tym pisze, to najczęściej my, niepełnosprawni, czy to na prowadzonych przez nas blogach, fanpage, czy też stronach www. Tak, jakby ta grupa studentów w ogóle nie istniała. Tymczasem jesteśmy, o czym świadczą Biura Osób Niepełnosprawnych*, działające przy niemal każdej uczelni. W każdym razie było ono i na AWFie, i na UPJPII, i na Uniwersytecie Śląskim. Co prawda nie zawsze ich wsparcie było mi potrzebne (czasami wystarczyło dogadać się z prowadzącymi odnośnie formuły zaliczenia ich przedmiotu - ja np. nie byłam w stanie napisać ręcznie kolokwium opisowego), ale wiem, że w niektórych przypadkach osoby w nich pracujące potrafią zdziałać cuda.
Przykładowo chorujący na SMA Antek, o którym pisałam chociażby >>tutaj<< w zeszłym roku zdał maturę i zdecydował się na studia, pomimo tego, że jest podłączony do respiratora, a poza tym, jest w stanie pisać jedynie na komputerze, jedynie jednym palcem i jedynie przez krótki okres czasu. Dzisiaj jest po pierwszym roku politologii na Uniwersytecie Poznańskim. Dzięki życzliwości oraz wyrozumiałości osób pracujących w BONie, wyrozumiałości wykładowców oraz otwartości kolegów i koleżanek dostał możliwość uczestniczenia w zajęciach bez wychodzenia z pokoju. Z kolei na UPJPII studiował chłopak z tą samą chorobą, Kamil, z którym do Krakowa przeprowadziła się mama. To ona zajmowała się wymagającym opieki synem, to ona chodziła z nim na trzy uczelnie, na których studiował i służyła mu swoją pomocą.
Biuro Osób Niepełnosprawnych jest więc ważnym i przydatnym miejscem dla każdego, kto posiada orzeczenie o niepełnosprawności. Może ono pomóc zamienić formę zaliczania egzaminów, zamienić salę, w której odbywają się zajęcia, wypożyczyć specjalistyczny sprzęt niezbędny do nauki, czy też pomóc załatwić asystenta naukowego. Na studiach zazwyczaj jest też możliwe pobieranie specjalnego stypendium dla niepełnosprawnych, które otrzymuje się niezależnie od dochodów i postępów w nauce. Może być ono pobierane równocześnie ze stypendium naukowym oraz socjalnym. Warto także starać się o dofinansowanie do studiów z programu STUDENT II. Z funduszy PFRON możliwe jest np. pokrycie kosztów czesnego w przypadku studiów zaocznych, paliwa do samochodu, czy po prostu materiałów niezbędnych w procesie kształcenia.
Pomimo licznych inicjatyw mających na celu wyrównywanie szans na uczelni, sama nauka i ukończenie studiów wymaga od niejednego z nas ogromnego wysiłku. Niepełnosprawność utrudniająca notowanie, niewyraźna wymowa, problemy ze słuchem lub z wzrokiem, niedostosowane budynki uczelniane oraz toalety (chociaż to już rzadkość) nieobecność związana z pobytami w szpitalach i u lekarzach - to tylko niektóre z ograniczeń, z którymi musimy się mierzyć w procesie zdobywania wykształcenia wyższego. Niektórzy z nas mają też problemy z zaadaptowaniem się do wymogów stawianych im przez społeczeństwo i grupę, w jakiej się znajduje na zajęciach. Inna sprawa, że niejednokrotnie musimy przełożyć marzenia nad racjonalność. Nie każdy z nas będzie miał możliwość zostania lekarzem, architektem, matematykiem, chemikiem, fizjoterapeutą, trenerem personalnym. Nie, nie dlatego że nie ogarnie materiału przewidzianego programem studiów. Ograniczeniem mogą być względy praktyczne i sprawnościowe. Czy to jednak oznacza, że jesteśmy mniej warci od kogoś, kto wybrał "cięższe" studia? Niekoniecznie, ponieważ w zdobycie wykształcenia wkładamy niejednokrotnie podobne pokłady wysiłku jak oni.
Tylko czy ktoś zwróci na to wszystko uwagę? Podejrzewam, że niewielu. Kiedyś nawet usłyszałam, że zajmuję miejsce na studiach innej osobie. Możliwe, jednak udało mi się je ukończyć. A potem ze szczęściem (nie mylić z dumą!) trzymałam dyplom, który to potwierdzał. Taki sam, jak dyplom moich kolegów i koleżanek z roku. Bo przecież uczyłam się tych samych treści, co oni.
* Na różnych uczelniach mogą one nosić różne nazwy
środa, 23 sierpnia 2023
1684. Nieproszony gość
Wiecie co, Puśka miała różne przygody w swoim kocim życiu (np. zniknięcie bez śladu na trzy tygodnie), ale ta ostatnia przebiła wszystko.
W ciepłe noce śpię przy otwartym oknie. A raczej próbuję spać, bo ostatnie wydarzenia w moim życiu zaburzyły mój wewnętrzny spokój i harmonię. Odbija się to między innymi na moim śnie i odpoczynku. W nocy długo nie mogę zasnąć, a rano budzę się już o 4, 5 nad ranem i na tym się kończy. Nie ważne. W każdym razie przed pielgrzymką chciałam się po prostu wyspać, żeby potem nie wyglądać jak zombii, a tym samym uniknąć dziwnych pytań.
Tego wieczoru jakoś mi się udało zasnąć o normalnej porze, chociaż fizycznie to było trochę trudne. W pewnym momencie słyszę jakiś jazgot i dziwny pisk. Obudziłam się, ale że było ciemno (1-2 w nocy), to nie za wiele byłam w stanie dostrzec. No, ale słyszę, że Puśka się dziwnie chraboszcze, więc zaciekawiona tym, co też tam ona robi wstałam i zapaliłam światło.
I wtedy zobaczyłam, jak w mojej kotce odezwał się zew zwierzęcia łownego. Okazało się bowiem, że polowała ona na... nietoperza. A raczej już go upolowała i dumna z siebie jak paw trzymała przerażone zwierzątko przyciśnięte łapkami do podłogi. Ten maluch z kolei piszczał ile miał sił w płucach. Po trochu rozbawiona, a po trochu przerażona tą sceną, postanowiłam interweniować. Wystarczyło, że mocniej tupnęłam na Pusię nogą, a bez sprzeciwu wypuściła zakładnika ze swoich szponków. Nietoperzyk był lekko zdezorientowany tym wszystkim, wydaje mi się też, że go oślepiłam jeszcze bardziej światłem, ale szybko doszedł do siebie. Odsunęłam firankę w oknie, żeby mógł sobie spokojnie wyfrunąć. I tak też zrobił.
A Pusia znowu się na mnie boczyła za to, że pozbawiłam jej rewelacyjnej rozrywki. No cóż, takie życie.
Hm... ale skąd w ogóle nietoperz wziął się w tym mieszkaniu?
wtorek, 22 sierpnia 2023
1683. Seriale, do których lubię wracać

Kiedy miałam w 2018 roku rozpocząć studia magisterskie z pracy socjalnej, zaczęłam oglądać na nowo "Adama i Ewę", serial również emitowany przez Polsat. To 180 odcinkowa produkcja opowiadająca o miłości dojrzałej mężatki z dwójką dzieci imieniem Ewa oraz trochę młodszego od niej mężczyzny, Adama. Historia romantyczna, aczkolwiek trochę jak dla mnie naiwna. Z drugiej strony wzruszała mnie zawsze miłość, jaką Ewa darzyła swojego ojca, Kazimierza, który niemal przez cały czas swojego występowania w serialu, był sparaliżowany. Bardzo mi się też podobała para małżonków Karola i Melanii Laudańskich, którzy wychowali Adama po śmierci jego rodziców oraz Antoniego i Melanii Wahutasów, gajowych z Rozdrażewa. W pamięć wryła mi się też rola Bogdana Wernera, a zwłaszcza jego podły charakter.
poniedziałek, 21 sierpnia 2023
1682. Granica prywatności
Czasami pisząc notatkę zastanawiam się, czy nie przekraczam cienkiej granicy prywatności mojej i innych. Staram się nie używać imion, żeby trudniej było ich zlokalizować. Chociaż można do wielu rzeczy dojść, szperając w internecie. Kurcze, kiedyś myślałam, że pisząc w ten sposób w jaki piszę bloga, pokazując że niepełnosprawny, nawet ten z ograniczeniami ruchowymi też może do czegoś dojść, osiągnąć sukces. Że może studiować i pracować. Wiem, że wiele osób chętnie tu zagląda, mimo że blog odbiega od ich profilu. I może chcieliby przeczytać o bardziej "ciekawszych" rzeczach. Ale nie przeczyta. Co nie znaczy, że czasami nie jest mi źle, nie wyję w poduszkę, nie mam wszystkiego dosyć. To, że o czymś nie piszę nie oznacza, że nie mam słabszych dni...
niedziela, 20 sierpnia 2023
1681. Przed pielgrzymkowe spotkanie i moje obawy
- Lolek, Looolek - głos Księdza Niosącego Światło odbijał się od ścian salonu na plebani - zobaczysz, spodoba ci się ten nowy ksiądz - przewodnik waszej grupy.
Korzystając z tego, że kapłan był na przepustce postanowiłam go odwiedzić, a przy okazji podpytać o jego kolegę po koloratce, który miał z nami iść w pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Bo pełną relację z mojej wyprawy do Portugalii poznał najszybciej, jak tylko się dało.
Opiekunów grup poznaliśmy dosyć wcześnie. Zresztą bez problemu można było znaleźć informacje na ten temat na Internecie. Postanowiłam to sprawdzić po powrocie z ŚDM-u, bo raczej było pewne, że Ksiądz Niosący Światło raczej w swoim stanie z nami nie pójdzie. Było mi smutno z tego powodu, bo z żadnym innym duchownym nie żartuje mi się tak dobrze, jak z nim. No i pobił rekord świata w uwierzeniu, że mogę powiedzieć słowa modlitwy do mikrofonu. Zajęło mu to, uwaga, uwaga, kilka godzin. Zważając na to, że we własnej doczekałam się tego dopiero po kilku latach śpiewania w scholi, byłam wtedy w takim szoku, że po prostu odmówiłam. Ale Ksiądz Niosący Światło nie odpuszczał i trzeciego dnia pielgrzymki* tak nalegał, że tuż przed Częstochową się zgodziłam. I tym chyba "kupił" mnie na dobre. W zasadzie istniała szansa, iż przewodnikiem naszej grupy będzie Paul, jak przez kilka lat. Tymczasem okazało się, że przydzielili nam zupełnie innego.
Jednak nazwisko naszego opiekuna nic a nic mi nie mówiło. Postanowiłam więc go sobie wygooglać. W końcu "Internet prawdę ci powie". Z informacji znalezionych na stronie diecezji dowiedziałam się, że jest to w zasadzie świeży ksiądz, bo wyświęcony zaledwie rok temu. I że jest wikarym w parafii obok. Czyli niewiele. Postanowiłam więc zasięgnąć opinii u księdza niosącego światło. Może to dziecinne i infantylne, bo rok temu nie czułam takiego niepokoju, kiedy ni stąd, ni zowąd okazało się, że również nie znany mi wcześniej Ksiądz Niosący Światło będzie naszym opiekunem. Co ciekawe, on sam mnie już kojarzył. Po krótkiej wizycie, wszak nie wypada za długo siedzieć u księdza, szczególnie chorego księdza, wróciłam do domu i z niecierpliwością czekałam niedzieli przed pielgrzymką, kiedy miało się odbyć spotkanie organizacyjne. Bo na samą pielgrzymkę miał mnie zapisać tata w naszej parafii, kiedy byłam w Portugalii. Ot tak, na wszelki wypadek.
W niedzielę, w którą było spotkanie poszłam po Mszy świętej na zakrystię zapytać się, czy nie trzeba zabrać listy z osobami, które idą na pielgrzymkę. Proboszcz nie musiał nic mówić, wystarczyło że spojrzał na mnie tym swoim bazyliszkowym wzrokiem, abym opuściła pomieszczenie szybciej niż się w nim pojawiłam. Nie to nie, widocznie umówił się z kimś innym, że przekaże mu po ostatniej Mszy, co też nie byłoby takie głupie.
Wieczorem podczas spotkanie ksiądz zbierał listy z danymi pielgrzymów z poszczególnych parafii wchodzących w skład dekanatu.
- A święty Paweł? - zapytał zorientowawszy się, że czegoś mu brakuje.
- Proboszcz nikomu nie dał listy z parafii - odpowiedziałam zauważając, że nikt od nas nie ma kartki.
- Dlaczego?
- Bo jest głupi? - przemknęło mi przez myśl, ale przecież nie mogłam tego powiedzieć na głos, zwłaszcza w kościele, więc tylko wzruszyłam ramionami, dodając do tego - Nic nowego.
Jednak nie omieszkałam się podzielić tym spostrzeżeniem z jedną znajomą ze scholi, która tłumiąc śmiech, pokiwała twierdząco głową, czym chyba przyznała mi rację.
- Ej - usłyszałam za sobą mocny, charakterystyczny głos Paula. Wiedziałam, że jest skierowany do mnie.
- No bo taka prawda - wytłumaczyłam mu. Nie wiem, co sobie pomyślał, wszak to też jego rodzinna parafia. Znamy się od dzieciaka, pewnie dlatego pozwolił mi mówić do siebie na ty. W każdym razie tylko westchnął i pokręcił głową.
Całe spotkanie tylko częściowo odbyło się w kościele, ponieważ ksiądz nie wyrobił się z ogłoszeniami pomiędzy jedną, a drugą Mszą. Na szczęście do bazyliki przylega dom parafialny, w którym kiedyś odbywały się katechezy dla dzieci i młodzieży. I tam ksiądz kazał nam (czyli ludziom z mojej parafii) dopisać się do listy z bazyliki. Ogólnie do wyboru mieliśmy opcję nocowania po drodze w szkole w Zendku i remizie w Łyścu, albo codzienne dojeżdżanie do domu. Wybrałam pierwszą opcję, bo to jednak pielgrzymka i pewne niewygody można było znieść. Za to wszystko jest wynagradzane tym, co się dzieje na noclegu, rozmowami, zabawami, grami w karty. Choćby po to warto iść na pielgrzymkę.
A nowy ksiądz wcale nie najgorszy, chociaż do Księdza Niosącego Światło to mu jeszcze trochę brakuje...
* w drugim się od nas odłączył, bo musiał wrócić do DG na badania
sobota, 19 sierpnia 2023
1680. Myślenie młodych
Młodsza znowu oblała maturę z matematyki. Do poprawki sierpniowej już nawet nie podchodzi. Może za rok jej się uda. Ale morze jest szerokie i głębokie. I można się w nim utopić. Jeszcze rodzice niepotrzebnie ją nakręcają gadaniem: "Karolina nie utrzyma nawet długopisu, zdała rewelacyjnie rozszerzenie z matematyki, a ty nie potrafisz nawet zaliczyć podstawy". Młodsza się frustruje i w stosunku do nich, i do mnie. Chyba zachowywałabym się podobnie, gdyby ktoś nieustannie porównywał mnie z kimś, kto teoretycznie miałby gorsze predyspozycje, a jednak rzeczywistość byłaby zupełnie inna. Raz, drugi, trzeci jeszcze bym zniosła, ale nie co chwilę. Niby staram się jej pomóc zrozumieć materiał, ale ona po prostu tego nie chce. Zresztą ja sama nie lubię, nie chcę być stawiana innym za przykład. No bo jaki tam ze mnie wzór do naśladowania. Że zdałam maturę? Ludzie w gorszym stanie są w stanie temu podołać. Ja to przy nich naprawdę nic.
Młodsza chciałaby za to studiować na AWFie. Nawet sądziła, że skoro jest w Kadrze Narodowej, to dostanie się na tą uczelnię bez matury. Ale to tak nie działa. I tam liczy się świadectwo maturalne, chociażby z minimalną ilością punktów ze zdawanych przedmiotów. Po perswazji rodziców poszła do szkoły policealnej uczyć się na technika administracji. Nawet podrzuciłam jej moje notatki, wszak też sobie zrobiłam, równolegle do studiów, ten kierunek. Też nic z tego nie wyszło, została relegowana za frekwencję, a raczej jej brak. W ogóle zauważyłam, że na wielu rzeczach przestało jej zależeć, a już w ogóle na zdobyciu jakiegoś wykształcenia. Nie każdy musi być magistrem, a tym bardziej doktorem, ale po samym ogólniaku też trudno znaleźć pracę. Chyba, że ma się znajomości. A tych co prawda jej nie brakuje, jednak nie wydaje mi się, aby byli w stanie załatwić jej jakąś stabilną pracę. Szkoda, bo renty Młodsza raczej nie dostanie, a i stypendium sportowe kiedyś się skończy. Rodzice też nie będą żyli wiecznie. Liczy na emeryturę za miejsce na Paraolimpiadzie, ale najpierw na tą Paraolimpiadę trzeba się dostać.
Czyli wracamy do punktu wyjścia - najlepiej zdać maturę, iść na studia (albo do szkoły policealnej - do tego nie trzeba matury), mieć papierek. Zawsze pracodawcy jakoś będą na to lepiej patrzeć. Może za rok jej się uda...
Ech, źle mi tak jakoś ostatnio...
piątek, 18 sierpnia 2023
1679. Wierzę, że kiedyś tam dotrę
W planach miałam udanie się do Zabawy do sanktuarium błogosławionej Karoliny Kózkówny. Niestety nie posiadam samochodu, bo ten sposób transportu byłby najlepszy i najpraktyczniejszy. Jak zwykle byłam zdana na transport publiczny. I w teorii możliwe było dojechanie do Tarnowa pociągiem, a z Tarnowa busem do Zabawy, a potem w ten sam sposób wrócić. Nawet dzień wcześniej wszystko sobie dokładnie rozplanowałam, wraz ze sprawdzeniem w Tarnowie przystanków, z których odjeżdżają busy. Na szczęście znajduje się on niedaleko dworca kolejowego, w dodatku w tej części miasta, którą jako tako kojarzę (dwa razy byłam w Tarnowie na zawodach sportowych).
czwartek, 17 sierpnia 2023
1678. Nie mam odwagi zapytać go o to
Rok temu na letnią edycję "Biegu Zbója" Baca przyjechał rowerem. Nie miał wtedy jeszcze Poli (psa), którego wszędzie ze sobą ciągnie, więc mógł sobie na to w pełni pozwolić. Teraz byłoby z tym trudniej, zważając, że Pola jest dosyć słusznych gabarytów. Wtedy tak żeśmy się zgadali, że od słowa do słowa wyszło, że nie potrafię jeździć rowerem.
Jeszcze pamiętam, jak dokładnie 20 lat temu (akurat szłam do gimnazjum) mama obiecała mi przy ciotce, a swojej kuzynce, że przyjedzie na tydzień na wieś i wtedy spróbuje mnie nauczyć jeździć na dwukołowcu. To były jeszcze czasy, kiedy dziadkowie żyli i niemal każde wakacje spędzaliśmy u nich. Ucieszyłam się, bo jazda na rowerze była moim marzeniem. Uwierzyłam też mamie naiwnie sądząc, że skoro obiecała coś przy kimś, to dotrzyma tej obietnicy. O ja naiwna! Mama oczywiście przyjechała, nawet na dłużej niż na tydzień, ale nie znalazła nawet chwili, żeby chociaż wyciągnąć ten przeklęty rower ze stodoły. A tata tyle poświęcił, żeby doprowadzić go do stanu użytkowania. Z jednej strony było mi przykro, bo kolejny raz poczułam się oszukana przez własną mamę, ale z drugiej przyzwyczaiłam się już do jej wiecznych obietnic bez pokrycia. Nie mniej jednak wiele nocy przeryczałam w poduszkę. Może i nie nauczyłabym się na nim jeździć z powodu problemów z utrzymaniem równowagi, ale przynajmniej dotrzymałaby słowa. Miałam niespełna trzynaście lat i już dawno poznałam gorzką prawdę przysłowia "umiesz liczyć licz na siebie". Niestety, nauka jazdy na rowerze była jednym z nielicznych przypadków, gdzie do końca na siebie nie mogłam liczyć.
Dlatego na propozycję Bacy odnośnie przynajmniej spróbowania nauczenia mnie jazdy na jednośladzie aż zaświeciły mi się oczy. Przez pewien czas miałam wypożyczony trójkołowy rower, na którym jeździło mi się wspaniale, jednak mieszkając w bloku bez windy na dłuższą metę nie ma to sensu. Rower trzeba wnieść do klatki, a swoje on waży i jest nieco większy gabarytowo od standardowego jednośladu. W dodatku nie należy do tanich, ale cena to najmniejszy pikuś. Zresztą już dawno nazwali mnie "mistrzem oszczędzania". Dwukołowy rower jest i lżejszy, i poręczniejszy, i łatwiej go przechowywać. Rower na pewno ułatwiłby mi mobilność i wpłynął na sprawność. A jak już widzę Wasze fotografie z przejażdżek rowerowych, to aż serce mi się raduje, zaś oczami wyobraźni widzę, jak sama biorę w czymś takim udział.
Jedyny szkopuł to odległość dzieląca mnie i Bacę, ale wystarczy się umówić. Myślę, że dałoby się wyrwać do Bielska - Białej w kilka sobót. Wystarczy napisać do niego na messengerze, wysłać SMS-a, zagadać na wolontariacie. Już wiele razy chciałam to zrobić, nawet ostatnio, ale po prostu zabrakło mi odwagi. Myślę, że raczej by mi nie odmówił, a nawet jeśli, to zrobiłby to w najbardziej z delikatnych sposobów.
Wiem, że ma sympatię. Nie chcę stawiać go w niezręcznej sytuacji ani ograniczać jego szczęścia. Nawet kosztem braku realizacji własnych marzeń. Chociaż coraz częściej zastanawiam się, czy na pewno mam do nich takie samo prawo jak inni.
środa, 16 sierpnia 2023
1677. "Kursk", tragedia "na życzenie"
Akcja filmu rozpoczyna się w mieszkaniu jednego z głównych jej bohaterów, Mikhaila. Mikail jest marynarzem pływającym na okrętach podwodnych. Jego synek, Misha, próbuje pobić rekord wytrzymania pod wodą na wdechu w domowej wannie. W przyszłości chce być bowiem taki sam jak ukochany tata. Żona mężczyzny, Tanya, spodziewa się drugiego dziecka. Cała trójka tworzy szczęśliwą, kochającą się rodzinę. Taką, jakich wiele na całym świecie.


















