Miałam nadzieję na luźniejszy tydzień. Ale nadzieja nadzieją, a rzeczywistość rzeczywistością. Przeziębienie, czy co to tam było, w miarę opanowane. Pozostała mi tylko niewielka chrypka, ale z tym da się żyć. Grunt, że nie kaszlę niczym w ostatnim stadium gruźlicy...
Poniedziałek i wtorek - istna sielanka, czyli wprowadzenie w działalność ŚDS-u w S-cu. W poniedziałek jeszcze byłam niczym wystraszony kurczak. Wiecie jak to jest, z jednej strony niby domyślacie się z czym możecie się spotkać(lata spędzone w szkole z przymiotnikiem "specjalna" zrobiły swoje), a z drugiej... Co śmieszniejsze, poszłam do placówki tego typu do sąsiedniego miasta głównie po to, aby nie natchnąć się zbytnio na szkolnych znajomych, a pierwszą osobą z podopiecznych ŚDS-u w S-cu, którą spotkałam, był syn mojej nauczycielki geografii(którą serdecznie pozdrawiam). Mam nadzieję, że nie pomyślała sobie, że ja też tam trafiłam i nie straciła poczucia swojej misji(wiecie, poniżej 6 na świadectwie z geografii też nigdy nie zeszłam). W każdym razie trochę dziwnie się poczułam. Poniedziałek dostarczył mi tylu bodźców, że po powrocie do domu dosłownie padłam. Aż sama się sobie dziwię, że udało mi się wstać na trening. Bo najchętniej przespałabym do wtorku.
Wtorek był już trochę lepszy. Specyficzny hałas zdawał mi się nie przeszkadzać. Dzięki temu, że byłam na tzw. "społeczności" podczas której uczestnicy zajęć dzielili się tym, co robili poprzedniego popołudnia po powrocie z ŚDS-u, poznałam trochę ich z imienia. Oczywiście poza tymi, których gdzieś tam wcześniej znałam(a ich liczba wzrosła do 3). Co prawda nie zapamiętałam imion całej 35, ale tak gdzieś z 7-8 utkwiło mi w łebku. Z czasem będzie coraz lepiej. Nawet nie wiem kiedy minęło tych osiem godzin. Ja zaś miałam okazję sobie przypomnieć, jak to jest układać puzzle z 32 elementów. I oczywiście poświęcałam też swój czas na rozmowy z niektórymi.
W środę, czwartek i piątek niestety nie mogłam iść do ŚDS-u, ponieważ kolidowałoby mi to z innymi, planowymi zajęciami. A że plan jazdy busów sprawia, że jestem na nich dużo przed czasem, postanowiłam zajrzeć do pani D. Wchodzę do budynku i już z daleka widzę wywieszoną na sekretariacie kartkę. "Oho" - przemknęło mi przez myśl, kiedy wolno podchodziłam do drzwi. Uwierzcie mi, po zeszłorocznej jednej akcji już sama nie wiem, czego mogę się spodziewać. Informacja na kartce była dosyć klarowna: od 26 do 30 listopada sekretariat nieczynny. W pilnych sprawach proszę się kierować do pokoju obok. Poczułam się jakoś nieswojo. Jakoś tak automatycznie zaczęłam analizować naszą ostatnią rozmowę z piątku. Niby wszystko było dobrze, niby to ona kazała mi się wykurować przez weekend, ale... No właśnie, ten jej głos. Był jakiś taki... inny? Nawet nie umiem tego wytłumaczyć. Wolałam jednak nie zaglądać z pytaniem co z panią D. do pokoju obok. Jedynie poszłam na dyżurkę sprawdzić, czy tam nie wiedzą nic więcej. Niestety nie wiedzieli. Nawet byli trochę zdziwieni, że nie dali mi zastępstwa. Ale może pani D. myślała, że też mnie rozłożyło... A poza tym, jak już wspomniałam, planowo poniedziałek i wtorek mam przeznaczyć na coś innego. W dodatku te dojazdy... Więc mogło być też tak, że nie chcieli mnie zbytnio obciążać.
Zostałam więc sama z moimi rozmyślaniami, które jednak nie trwały długo, bo powoli zaczęli schodzić się ludzie i zagadywać od czasu do czasu. Niby wszystko było ok., a jednak na niczym nie mogłam się skupić, a do moich uszów docierały tylko strzępki słów. Doszło nawet do tego, że jedna ze schodzących z piętra osób podeszła do mnie z pytaniem, czy wszystko w porządku, bo coś dziwnie wyglądam. Pewnie mogłam ją zapytać, czy nie wie, co z panią D., ale... Nie, to by mogło zabrzmieć zbyt infantylnie. Chociaż z drugiej strony, chyba wolałabym być pewna, że to na pewno nic poważnego, ewentualnie że to zwolnienie ma z powodu choroby któregoś z chłopców. W sumie sezon chorobowy się zaczął, więc mogli coś przywlec z przedszkola lub szkoły. Samotnej matce ciężej jest zorganizować opiekę nad dzieciakami. Przynajmniej tak mi się wydaje. O innej ewentualności wolę nawet nie myśleć. Uwierzcie mi, od trzech dni o niczym innym nie myślę, tylko o tej jednej sprawie. I na niczym innym nie mogę się skupić. Nawet Młoda twierdzi, że jestem rozkojarzona jak nie ja. Coś w tym jest, bo przez to wszystko, w połączeniu z dodatkowymi rzeczami i obowiązkami, spowodowało że nawet na blogi nie miałam czasu. Dziwne? Nienormalne?(oczywiście chodzi mi o rozkojarzenie z powodu właściwie obcej osoby, a nie brak aktywności w blogosferze) Może, jednak nic na to nie poradzę.
Tak bardzo bym chciała, aby to było tylko przeziębienie, ewentualnie jakaś lekka nie dyspozycyjność i żeby w przyszłym tygodniu wróciła już do swojej pracy. I żeby była uśmiechnięta jak zawsze. I żeby... ech, może skończę na tym, bo jeszcze się okaże, że za dużo wymagam od życia. Ale przecież ja nie wymagam dla siebie, tylko dla innych. Czy to tak wiele?
Moja niepewność zostanie rozwiana dopiero w środę. Bo przecież w poniedziałek i we wtorek idę do ŚDS-u. W środę wracam do swoich regularnych planowo zajęć. A wtedy rozwieją się wszystkie moje wątpliwości. Mam nadzieję, że na plus, bo naprawdę nie chciałabym powtórki sprzed roku...
Poniedziałek i wtorek - istna sielanka, czyli wprowadzenie w działalność ŚDS-u w S-cu. W poniedziałek jeszcze byłam niczym wystraszony kurczak. Wiecie jak to jest, z jednej strony niby domyślacie się z czym możecie się spotkać(lata spędzone w szkole z przymiotnikiem "specjalna" zrobiły swoje), a z drugiej... Co śmieszniejsze, poszłam do placówki tego typu do sąsiedniego miasta głównie po to, aby nie natchnąć się zbytnio na szkolnych znajomych, a pierwszą osobą z podopiecznych ŚDS-u w S-cu, którą spotkałam, był syn mojej nauczycielki geografii(którą serdecznie pozdrawiam). Mam nadzieję, że nie pomyślała sobie, że ja też tam trafiłam i nie straciła poczucia swojej misji(wiecie, poniżej 6 na świadectwie z geografii też nigdy nie zeszłam). W każdym razie trochę dziwnie się poczułam. Poniedziałek dostarczył mi tylu bodźców, że po powrocie do domu dosłownie padłam. Aż sama się sobie dziwię, że udało mi się wstać na trening. Bo najchętniej przespałabym do wtorku.
Wtorek był już trochę lepszy. Specyficzny hałas zdawał mi się nie przeszkadzać. Dzięki temu, że byłam na tzw. "społeczności" podczas której uczestnicy zajęć dzielili się tym, co robili poprzedniego popołudnia po powrocie z ŚDS-u, poznałam trochę ich z imienia. Oczywiście poza tymi, których gdzieś tam wcześniej znałam(a ich liczba wzrosła do 3). Co prawda nie zapamiętałam imion całej 35, ale tak gdzieś z 7-8 utkwiło mi w łebku. Z czasem będzie coraz lepiej. Nawet nie wiem kiedy minęło tych osiem godzin. Ja zaś miałam okazję sobie przypomnieć, jak to jest układać puzzle z 32 elementów. I oczywiście poświęcałam też swój czas na rozmowy z niektórymi.
W środę, czwartek i piątek niestety nie mogłam iść do ŚDS-u, ponieważ kolidowałoby mi to z innymi, planowymi zajęciami. A że plan jazdy busów sprawia, że jestem na nich dużo przed czasem, postanowiłam zajrzeć do pani D. Wchodzę do budynku i już z daleka widzę wywieszoną na sekretariacie kartkę. "Oho" - przemknęło mi przez myśl, kiedy wolno podchodziłam do drzwi. Uwierzcie mi, po zeszłorocznej jednej akcji już sama nie wiem, czego mogę się spodziewać. Informacja na kartce była dosyć klarowna: od 26 do 30 listopada sekretariat nieczynny. W pilnych sprawach proszę się kierować do pokoju obok. Poczułam się jakoś nieswojo. Jakoś tak automatycznie zaczęłam analizować naszą ostatnią rozmowę z piątku. Niby wszystko było dobrze, niby to ona kazała mi się wykurować przez weekend, ale... No właśnie, ten jej głos. Był jakiś taki... inny? Nawet nie umiem tego wytłumaczyć. Wolałam jednak nie zaglądać z pytaniem co z panią D. do pokoju obok. Jedynie poszłam na dyżurkę sprawdzić, czy tam nie wiedzą nic więcej. Niestety nie wiedzieli. Nawet byli trochę zdziwieni, że nie dali mi zastępstwa. Ale może pani D. myślała, że też mnie rozłożyło... A poza tym, jak już wspomniałam, planowo poniedziałek i wtorek mam przeznaczyć na coś innego. W dodatku te dojazdy... Więc mogło być też tak, że nie chcieli mnie zbytnio obciążać.
Zostałam więc sama z moimi rozmyślaniami, które jednak nie trwały długo, bo powoli zaczęli schodzić się ludzie i zagadywać od czasu do czasu. Niby wszystko było ok., a jednak na niczym nie mogłam się skupić, a do moich uszów docierały tylko strzępki słów. Doszło nawet do tego, że jedna ze schodzących z piętra osób podeszła do mnie z pytaniem, czy wszystko w porządku, bo coś dziwnie wyglądam. Pewnie mogłam ją zapytać, czy nie wie, co z panią D., ale... Nie, to by mogło zabrzmieć zbyt infantylnie. Chociaż z drugiej strony, chyba wolałabym być pewna, że to na pewno nic poważnego, ewentualnie że to zwolnienie ma z powodu choroby któregoś z chłopców. W sumie sezon chorobowy się zaczął, więc mogli coś przywlec z przedszkola lub szkoły. Samotnej matce ciężej jest zorganizować opiekę nad dzieciakami. Przynajmniej tak mi się wydaje. O innej ewentualności wolę nawet nie myśleć. Uwierzcie mi, od trzech dni o niczym innym nie myślę, tylko o tej jednej sprawie. I na niczym innym nie mogę się skupić. Nawet Młoda twierdzi, że jestem rozkojarzona jak nie ja. Coś w tym jest, bo przez to wszystko, w połączeniu z dodatkowymi rzeczami i obowiązkami, spowodowało że nawet na blogi nie miałam czasu. Dziwne? Nienormalne?(oczywiście chodzi mi o rozkojarzenie z powodu właściwie obcej osoby, a nie brak aktywności w blogosferze) Może, jednak nic na to nie poradzę.
Tak bardzo bym chciała, aby to było tylko przeziębienie, ewentualnie jakaś lekka nie dyspozycyjność i żeby w przyszłym tygodniu wróciła już do swojej pracy. I żeby była uśmiechnięta jak zawsze. I żeby... ech, może skończę na tym, bo jeszcze się okaże, że za dużo wymagam od życia. Ale przecież ja nie wymagam dla siebie, tylko dla innych. Czy to tak wiele?
Moja niepewność zostanie rozwiana dopiero w środę. Bo przecież w poniedziałek i we wtorek idę do ŚDS-u. W środę wracam do swoich regularnych planowo zajęć. A wtedy rozwieją się wszystkie moje wątpliwości. Mam nadzieję, że na plus, bo naprawdę nie chciałabym powtórki sprzed roku...







