Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 29 listopada 2019

1064. Tygodniowy misz-masz

Miałam nadzieję na luźniejszy tydzień. Ale nadzieja nadzieją, a rzeczywistość rzeczywistością. Przeziębienie, czy co to tam było, w miarę opanowane. Pozostała mi tylko niewielka chrypka, ale z tym da się żyć. Grunt, że nie kaszlę niczym w ostatnim stadium gruźlicy...
Poniedziałek i wtorek - istna sielanka, czyli wprowadzenie w działalność ŚDS-u w S-cu. W poniedziałek jeszcze byłam niczym wystraszony kurczak. Wiecie jak to jest, z jednej strony niby domyślacie się z czym możecie się spotkać(lata spędzone w szkole z przymiotnikiem "specjalna" zrobiły swoje), a z drugiej... Co śmieszniejsze, poszłam do placówki tego typu do sąsiedniego miasta głównie po to, aby nie natchnąć się zbytnio na szkolnych znajomych, a pierwszą osobą z podopiecznych ŚDS-u w S-cu, którą spotkałam, był syn mojej nauczycielki geografii(którą serdecznie pozdrawiam). Mam nadzieję, że nie pomyślała sobie, że ja też tam trafiłam i nie straciła poczucia swojej misji(wiecie, poniżej 6 na świadectwie z geografii też nigdy nie zeszłam). W każdym razie trochę dziwnie się poczułam. Poniedziałek dostarczył mi tylu bodźców, że po powrocie do domu dosłownie padłam. Aż sama się sobie dziwię, że udało mi się wstać na trening. Bo najchętniej przespałabym do wtorku.
Wtorek był już trochę lepszy. Specyficzny hałas zdawał mi się nie przeszkadzać. Dzięki temu, że byłam na tzw. "społeczności" podczas której uczestnicy zajęć dzielili się tym, co robili poprzedniego popołudnia po powrocie z ŚDS-u, poznałam trochę ich z imienia. Oczywiście poza tymi, których gdzieś tam wcześniej znałam(a ich liczba wzrosła do 3). Co prawda nie zapamiętałam imion całej 35, ale tak gdzieś z 7-8 utkwiło mi w łebku. Z czasem będzie coraz lepiej. Nawet nie wiem kiedy minęło tych osiem godzin. Ja zaś miałam okazję sobie przypomnieć, jak to jest układać puzzle z 32 elementów. I oczywiście poświęcałam też swój czas na rozmowy z niektórymi.
W środę, czwartek i piątek niestety nie mogłam iść do ŚDS-u, ponieważ kolidowałoby mi to z innymi, planowymi zajęciami. A że plan jazdy busów sprawia, że jestem na nich dużo przed czasem, postanowiłam zajrzeć do pani D. Wchodzę do budynku i już z daleka widzę wywieszoną na sekretariacie kartkę. "Oho" - przemknęło mi przez myśl, kiedy wolno podchodziłam do drzwi. Uwierzcie mi, po zeszłorocznej jednej akcji już sama nie wiem, czego mogę się spodziewać. Informacja na kartce była dosyć klarowna: od 26 do 30 listopada sekretariat nieczynny. W pilnych sprawach proszę się kierować do pokoju obok. Poczułam się jakoś nieswojo. Jakoś tak automatycznie zaczęłam analizować naszą ostatnią rozmowę z piątku. Niby wszystko było dobrze, niby to ona kazała mi się wykurować przez weekend, ale... No właśnie, ten jej głos. Był jakiś taki... inny? Nawet nie umiem tego wytłumaczyć. Wolałam jednak nie zaglądać z pytaniem co z panią D. do pokoju obok. Jedynie poszłam na dyżurkę sprawdzić, czy tam nie wiedzą nic więcej. Niestety nie wiedzieli. Nawet byli trochę zdziwieni, że nie dali mi zastępstwa. Ale może pani D. myślała, że też mnie rozłożyło... A poza tym, jak już wspomniałam, planowo poniedziałek i wtorek mam przeznaczyć na coś innego. W dodatku te dojazdy... Więc mogło być też tak, że nie chcieli mnie zbytnio obciążać.
Zostałam więc sama z moimi rozmyślaniami, które jednak nie trwały długo, bo powoli zaczęli schodzić się ludzie i zagadywać od czasu do czasu. Niby wszystko było ok., a jednak na niczym nie mogłam się skupić, a do moich uszów docierały tylko strzępki słów. Doszło nawet do tego, że jedna ze schodzących z piętra osób podeszła do mnie z pytaniem, czy wszystko w porządku, bo coś dziwnie wyglądam. Pewnie mogłam ją zapytać, czy nie wie, co z panią D., ale... Nie, to by mogło zabrzmieć zbyt infantylnie. Chociaż z drugiej strony, chyba wolałabym być pewna, że to na pewno nic poważnego, ewentualnie że to zwolnienie ma z powodu choroby któregoś z chłopców. W sumie sezon chorobowy się zaczął, więc mogli coś przywlec z przedszkola lub szkoły. Samotnej matce ciężej jest zorganizować opiekę nad dzieciakami. Przynajmniej tak mi się wydaje. O innej ewentualności wolę nawet nie myśleć. Uwierzcie mi, od trzech dni o niczym innym nie myślę, tylko o tej jednej sprawie. I na niczym innym nie mogę się skupić. Nawet Młoda twierdzi, że jestem rozkojarzona jak nie ja. Coś w tym jest, bo przez to wszystko, w połączeniu z dodatkowymi rzeczami i obowiązkami, spowodowało że nawet na blogi nie miałam czasu. Dziwne? Nienormalne?(oczywiście chodzi mi o rozkojarzenie z powodu właściwie obcej osoby, a nie brak aktywności w blogosferze) Może, jednak nic na to nie poradzę.
Tak bardzo bym chciała, aby to było tylko przeziębienie, ewentualnie jakaś lekka nie dyspozycyjność i żeby w przyszłym tygodniu wróciła już do swojej pracy. I żeby była uśmiechnięta jak zawsze. I żeby... ech, może skończę na tym, bo jeszcze się okaże, że za dużo wymagam od życia. Ale przecież ja nie wymagam dla siebie, tylko dla innych. Czy to tak wiele?
Moja niepewność zostanie rozwiana dopiero w środę. Bo przecież w poniedziałek i we wtorek idę do ŚDS-u. W środę wracam do swoich regularnych planowo zajęć. A wtedy rozwieją się wszystkie moje wątpliwości. Mam nadzieję, że na plus, bo naprawdę nie chciałabym powtórki sprzed roku...

sobota, 23 listopada 2019

1063. Obejrzałam film i dalej nie wiem, jacy są toksyczni rodzice

Zgodnie z przewidywaniami, większość dzisiejszego dnia, a ściślej powiedziawszy popołudnie, spędziłam z kotem w łóżku. Młoda pojechała na zawody pływackie do Szczecina, miałam więc cały dom dla siebie i mogłam sobie kaszleć i kichać do woli. Zanim jednak to się stało, poszłam na Oratorium, bo obiecałam M., że wytłumaczę mu o co chodzi w procentach(chociaż ja mu to wbijam do głowy od dwóch lat, a on albo faktycznie zapomina, albo tylko udaje, że nie pamięta). Co prawda we wspólnocie jest kilka osób po klasach w ogólniaku z rozszerzoną matematyką, ale jakoś nikt nie jest chętny pomóc M. ogarnąć to wszystko. A jak już poszłam na sobotnie zajęcia, to już na nich zostałam. Zwłaszcza, że był deficyt animatorów. Po drodze tylko na chwilę urwałam się na próbę scholi, aby wpłacić pieniądze na przyszłotygodniową wycieczkę do Trzebnicy i Wrocławia. Chcieli mnie zwerbować na całą próbę, mnie jednak udało się z niej wykręcić... Zajęcia w Oratorium trwają w tym roku tylko do 13:00, całe popołudnie mogłam więc chorować.
A że nie lubię leżeć bezczynnie, to postanowiłam np. opracować plan pracy z, powiedzmy że Kropką. Tak, myślę że Kropka to idealny pseudonim dla kogoś takiego jak ta trzynastolatka. Bo z jednej strony prawie niezauważalna, a jednak jakże potrzebna. Dzięki pracy z M. orientuję się nieco w programie siódmej klasy, więc nie jest najgorzej. Chociaż tak naprawdę wiedza to tylko wierzchołek tej góry lodowej. Jeżeli nic nie stanie nam na przeszkodzie, to może to być bardzo fajna przygoda, a za razem współpraca. Oczywiście debiutowałam w pisaniu czegoś takiego i podejrzewam, że mój plan pracy z uczniem znacząco różni się od tego, jaki zostałby napisany przez profesjonalnego nauczyciela(czyli takiego po studiach), jednak ma on być tylko moją "podpórką" i pomocą w rozplanowaniu zajęć. W międzyczasie sprawdziłam Młodszej zadania z fizyki, których rozwiązania przysłała mi na meila i pokrótce wskazałam jej miejsca, w których popełniła błędy. Lepiej by było wytłumaczyć jej to osobiście, sytuacja jednak jest wyjątkowa i raczej niecodzienna. Udało mi się też obejrzeć "Co gryzie Gilberta Grape?", co jak wiecie, zaplanowałam sobie wczoraj.
Tytułowy Gilbert to młody chłopak, który po śmierci ojca zajmuje się nie tylko  rozpadającym domem, ale też pozostałymi członkami rodziny: dwiema siostrami, upośledzonym umysłowo bratem Arnim oraz chorobliwie otyłą i niewydolną życiowo mamą. Gilbert stara się jak może, jednak problemy jakie sprawia Arni niekiedy go przerastają. Akcja filmu rozpoczyna się na kilka dni przed osiemnastymi urodzinami Arniego, kiedy bracia siedzą na skraju drogi prowadzącej do ich miejscowości. Jak co roku, również i teraz, przejeżdżała nią konwój wozów z przyczepami kempingowi. Pomimo tego, że Arni wybiega na ulicę i macha do nich, żeby zaprosić ich na swoje urodziny, żaden z kierowców się nie zatrzymuje. Zrezygnowani wracają do domu. Po kilku dniach okazuje się, że w miasteczku jednak zatrzymały się dwie turystki - młoda kobieta o imieniu Becky oraz jej babcia. Z powodu awarii swojego wozu zmuszone są zostać w miasteczku na dłużej. Wkrótce Becky zaczęła nie tylko spotykać się z Gilbertem, ale też sprawiła, że w jego szarym życiu zaczęły się pojawiać też inne kolory.
Do obejrzenia filmu nakłoniło mnie stwierdzenie jednego z moich wykładowców, że Bronnie, matka chłopców i ich sióstr, jest osobą toksyczną. Problem w tym wszystkim polega na tym, że nawet nie mam pojęcia jakie cechy charakteru przejawia taka osoba, dlatego miałam nadzieję, że film nieco oświeci mnie w tej kwestii. Niestety, nadal jestem "zielona" w tych sprawach. Nie wiem czy Bronnie przejawia cechy toksyczności. Ja widziałam w niej jedynie nieadekwatną do roli matki kobietę, w której z każdym dniem narastała frustracja. W stosunku do córek była raczej obojętna, na Arniego przelewała infantylne uczucia, natomiast od Gilberta wymagała, aby był zarówno ojcem, jak i matką dla rodzeństwa. Tak jakby nie mógł mieć własnego życia, własnych spraw. Czy na tym polega toksyczność? Nie wiem. Z drugiej strony nie można jej zarzucić, że całkowicie nie interesowała się własnymi dziećmi, a zwłaszcza upośledzonym Arnim. Kiedy trafił na posterunek policji, pojechała po niego. To nic, że było to pierwsze jej wyjście z domu od wielu lat. To nic, że wszyscy się śmiali z jej tuszy. W tamtej chwili liczył się tylko jej Arni.
Pomijając już to, czy Bronnie była toksyczna czy też nie, to zachwyciłam się ogólną grą aktorską w tym filmie. Darlene Cates świetnie i autentycznie wcielała się w rolę matki, która nie radzi sobie ze swoim własnym życiem, a co tu dopiero mówić o ogarnięciu życia swoich dzieci. Juliette Levis, czyli filmowa Becky, rozczulała mnie swoją opiekuńczością względem Arniego oraz troską wobec Gilberta. Leonardo DiCaprio, jeszcze sprzed czasów kultowego "Titanica", rolę Arniego dostał w wieku zaledwie dziewiętnastu lat. Rewelacyjnie wcielił się w rolę upośledzonego umysłowo chłopaka o mentalności kilkulatka. I wreszcie Johnny Depp, czyli tytułowy Gilbert. Oglądając go pomyślałam sobie, że jeżeli miałabym starszego brata, to tylko takiego jak on. Troskliwego i opiekuńczego, wszak po śmierci ojca to właściwie on musiał zajmować się upośledzonym bratem. Chociaż mógł przeciwstawić się matce, która nie zajmowała się należycie Arnim(jednak jeszcze raz podkreślam - to, że się nim nie zajmowała nie oznacza, że się nim nie interesowała) prawie a zawsze był przy nim niczym anioł stróż. Nawet jeżeli coś nawalił, np. nie wyjął Arniego po kąpieli z wanny i ten się wyziębił, to potem przez długi czas miał wyrzuty sumienia z tego powodu. To taki wymarzony starszy brat.
Mimo wszystko "Co gryzie Gilberta Grape'a" jest niezłym filmem pokazującym stosunki między członkami rodziny, kiedy jest ona niepełna. Tutaj zabrakło ojca, który postanowił skończyć ze swoim życiem. Jego śmierć spowodowało załamanie się Bronnie, a owo załamanie skutkowało porzuceniem swojej roli społecznej, jaką była rola matki czwórki dzieci oraz roztycie się. Przez brak ojca oraz stan psychiczny matki Gilbert musiał szybciej dorosnąć, żeby poradzić sobie z opieką nad upośledzonym bratem. Jedno wydarzenie - masa następstw. A te następstwa pociągały za sobą kolejne i kolejne. Nasuwa się pytanie, jak wyglądałoby życie Gilberta, gdyby jego ojciec nie popełnił samobójstwa. Ale tego chyba się nie dowiemy. Można to sobie tylko wyobrazić.

piątek, 22 listopada 2019

1062. Na poprawienie humoru - "Marley i ja" Johna Grogan

Nie to, żebym miała zły humor, co to to nie(chociaż chyba znowu złapałam jakąś infekcję).

Rozmowa w sekretariacie z panią D.(a może powinnam nazwać ją po wczorajszym na blogu mianem Gazeli, ewentualnie Mary Poppins, jak zaproponowała w komentarzu Jotka?) poszła jak najbardziej po mojej myśli. Co prawda była trochę zaskoczona tym, że mnie widzi, z drugiej jednak strony wiedziała, a przynajmniej domyślała się, dlaczego. W żartach jej powiedziałam, że jeszcze nie opanowałam daru bilokacji, aby być w kilku miejscach na raz, z klonowaniem ludzi na razie ciężko idzie. A czasami przydałby się taki trik. W każdym razie wiem już co, jak i do kiedy z jedną sprawą załatwić, jestem więc mądrzejsza o jedną rzecz. Przy okazji stwierdziła, że z takim kaszlem to ja co najwyżej mogę iść do łóżka, a nie do ŚDS-u, ja jednak planuję podleczyć go w weekend i w poniedziałek być jak nowo narodzona. Chyba jakiś palec Boży był w tym, że nie zgłosiłam się na wolontariat podczas "Eurowizji Junior" w Gliwicach, chociaż pierwotnie miałam taki zamiar. W ostatniej chwili jednak przestraszyłam się rozmowy kwalifikacyjnej w języku angielskim. Gdyby była ona jeszcze w języku niemieckim, to może by przeszło, jednak angielski nie jest moją mocną stroną. W sumie niemiecki też nie, ale umiem go w większym stopniu niż angielski. Mam nadzieję, że za bardzo nie zagmatwałam tego wszystkiego. Jeżeli tak to przepraszam. Ale o tym niemieckim trochę pożartowałyśmy z panią D. Jeju, jak ja kocham wsłuchiwać się w jej śmiech, a raczej w jego barwę. Z tego wszystkiego nie mogę sobie za nic wyobrazić, jak brzmi jej głos, kiedy się złości... O jej wczorajszym biegu nawet nie wspomniałam, nie musi wiedzieć, że ją widziałam.
Właśnie skończyłam czytać książkę felietonisty jednego z największych amerykańskich dzienników Johna Grogana, "Marley i ja". Już dawno chciałam po nią sięgnąć, ale jakoś nie było ku temu okazji. Aż wreszcie zamówiłam ją w Śląskiej Bibliotece i zatopiłam się w lekturze. Co prawda po trochu wiedziałam o co w niej chodzi, bo na jakimś obozie sportowym oglądaliśmy film(to znaczy część z nas oglądała, bo ja np. poświęciłam ten czas na wypisywanie kartek pocztowych do znajomych i rodziny i widziałam piąte przez dziesiąte), jednak i tak chciałam przeczytać książkową wersję filmu. Zresztą już sam pyszczek na okładce powieści zachęcał mnie do przeczytania.

Tytuł: "Marley i ja. Życie, miłość i najgorszy pies świata"
Autor: John Gordon
Wydawnictwo Pierwsze
Warszawa 2006
Ilość stron: 344

Tytułowy Marley to pies rasy labrador retriever, którego świeżo upieczone małżeństwo, John i Jenny Gordon, kupili prosto z hodowli. Obydwoje wychowali się w domu, w którym były zwierzęta, dlatego wiedzieli, że pies to nie tylko przyjemność, ale przede wszystkim obowiązek. Imię odziedziczył po słynnym piosenkarzu, Bobie Marley'u, którego piosenka leciała w radiu właśnie w tym momencie, kiedy małżonkowie kłócili się o to, jak będzie się wabił ich pupil. Po odkarmieniu przez matkę, mały, dwumiesięczny Marley trafił pod dach rodziny Gordonów, gdzie spędził całe swoje życie. Jak (prawie) każdy labrador okazał się niezłym psotnikiem, który jednak podbijał serca wszystkich dookoła i nikt nie miał serce się na niego złościć dłużej niż to było potrzeba. Był też wiernym przyjacielem rodziny, takim co to wyznaje zasadę, gdzie moi państwo, tam i ja, a także oddanym towarzyszem dziecięcych zabaw. 
Czytanie książki tak mnie wciągnęło, że poświęcałam mu każdą wolną chwilę. Śmieszne sytuacje wywoływały u mnie takie salwy śmiechu, że np. podróżujący ze mną autobusem pasażerowie aż odwracali głowy w moją stronę. Trzeba przyznać, że John Gordon w rewelacyjny i prosty sposób opisuje swoją codzienność, w której pierwsze skrzypce starał się grać... Marley. Nawet kiedy był już stary i schorowany potrafił wywołać radość na twarzach swoich właścicieli. Z książki bije optymizm, wyraźnie widać, że te 13 lata spędzone z psem były raczej szczęśliwe. 
Pozycję poleciłabym przede wszystkim tym, którzy marzą o posiadaniu psa rasy labrador, żeby chociaż trochę zaznajomili się z problemami, jakie mogą ich spotkać. Wiadomo, że chociaż ta rasa jest wykorzystywana chociażby do pomocy osobom z niepełnosprawnościami, to jednak psy te nazywane są wiecznymi szczeniakami, którym trzeba zapewnić warunki do zabawy i aktywności. Jeżeli tak się nie stanie, urządzą sobie w domu prawdziwy plac zabaw. Książka pokazuje też, jak ważna jest odpowiednia tresura, właściwie każdego psa. John zapisał Marley'a do specjalnej szkoły, jednak z tego co widzę po sąsiedzie, który też ma tej rasy psa, przy odrobinie wolnego czasu oraz cierpliwości, można samemu spróbować się jej podjąć. Dzięki temu pies nabierze pewnej dyscypliny.
Teraz planuję jeszcze raz obejrzeć film "Marley i ja", tym razem z innej perspektywy. Wcześniej jednak, np. jutro, chcę wreszcie obejrzeć "Co gryzie Gilberta Grape'a?". Kilkakrotnie już szedł w telewizji, jednak z gazetowego opisu nie wydawał się on zbyt ciekawy. Ale teraz znowu wiem pod jakim kątem mogę go obejrzeć tak, aby był dla mnie bardziej klarowny. Może mi się spodoba. Wiem, wiem, że jest jeszcze książkowa wersja, której nie czytałam, ale obawiam się, że tej perspektywy odbioru o którą mi chodzi w niej nie znajdę. A na pewno nie będzie to pokazane tak wyraźnie jak w filmie, gdzie oprócz słowa działa również obraz, podczas czytania jesteśmy zaś zdani na naszą wyobraźnię. A moja chyba aż tak daleko nie sięga. Poza tym i tak planuję spędzić dwa dni w łóżku, więc będę miała co robić.

czwartek, 21 listopada 2019

1061. Niczym gazela

Idąc chodnikiem, czy też plantami*, często pogrążam się w swoich myślach. Niejednokrotnie jest to jedyny czas na pogrążenie się w prywatnej modlitwie, odmówienie różańca, czy też koronki do Bożego Miłosierdzia. W moich kieszeniach zawsze znajdzie się różaniec, jeżeli nie pełny, to 10-tkowy. Czasami, kiedy mam "gorszy" dzień, nawet go nie wyciągam w obawie przed rozerwaniem - po prostu odmawiam wtedy wszystko na palcach. Myślę, że jeżeli Bóg jest miłościwy, to mi to wybaczy. I chociaż wokoło jest pełno kościołów, to ja jednak preferuję cichą modlitwę wśród otaczającej mnie przyrody. Czasami jest to też dobra okazja do powtórzenia sobie w myślach zdobytych wiadomości. Ale dużo częściej wygrywa modlitwa.
Tak było też dzisiaj. Szłam sobie spokojnie parkową alejką pogrążona w modlitwie. To nie jest oczywiście tak, że "odpływam", bo mimo wszystko muszę mieć oczy dookoła głowy, żeby np. nie wleźć w drzewo, albo coś innego. Nagle zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś na mnie centralnie biegnie. Podnoszę głowę i widzę... biegnący parasol z nogami. Tzn. osoba która biegła trzymała przed sobą parasol. Robię unik, bo ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę to zderzenie z asfaltową powierzchnią, odwracam głowę i... o mamusiu, pani D. Normalnie jak jakaś gazela, albo antylopa. Twarzy oczywiście nie widziałam, ale ma dosyć charakterystyczną fryzurę. I kurtkę. I w ogóle sylwetkę. Wiecie, czasami potrafimy rozpoznać osobę już po owej sylwetce. I chyba w tym momencie zadziałał ten mechanizm. 
Wzruszyłam ramionami, odwróciłam się na pięcie i poszłam dalej przed siebie. Obstawiam, że biegła na pocztę, chociaż nie zauważyłam, żeby coś niosła ze sobą. A może spojrzałam nie pod tym kontem co trzeba? A może biegła gdzieś indziej? Nie wiem, nie wnikam w to. 
Po krótkiej chwili dotarłam do monumentalnego budynku. Nawet zbytnio nie zmokłam. Przywitałam się na dyżurce i poszłam do swoich zajęć. A czekając na kolejne z nich zaśmiewałam się z przygód psa Marley'a. Do pani D. dzisiaj nie zajrzałam. Zresztą dzisiaj w ogóle nie powinno mnie tu dzisiaj być. Więc może dobrze, że mnie nie zauważyła na tej alejce. A może zauważyła, tylko... tylko nie chciała abym ja o tym wiedziała? Chociaż i tak będę musiała do niej zajrzeć z jedną sprawą. Może jutro? Tak, jutro będzie dobra na to pora. Teoretycznie załatwię tą sprawę bez problemu, przecież pani D. zna moją sytuację. Chyba, że będzie czymś zdenerwowana, to może być trochę ciężko. Jednak kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Poza tym widziałam ją w przypływie różnych emocji, ale chyba jeszcze nigdy zdenerwowaną. Zastanawiam się nawet, czy to jest możliwe...

* Ciekawostka, wiele osób kojarzy planty tylko i wyłącznie z Krakowem, tymczasem znajdują się one w wielu innych miastach

wtorek, 19 listopada 2019

1060. Musiałam odmówić, bo nie dałabym rady

W sobotę rano została otworzona baza rodzin Sz.P. Pierwszy darczyńca znalazł się już po godzinie 9. Akurat jechałam na bieg, kiedy dostałam SMSa od liderki, że mam jak najszybciej się z nim skontaktować. Chwileczkę, na pierwszy kontakt mam 3 dni(a potem już w zależności od potrzeb), a ja tego popołudnia miałam co robić. Zignorowałam SMS, znam przecież procedury.
Drugi darczyńca zgłosił się kilka godzin później, ostatni - w niedzielę wieczorem. Wszystkie sześć rodzin znalazło już ludzi, którzy są chętni wspomóc ich chociaż trochę. Ze wszystkimi odbyłam już rozmowy - jestem dobrej myśli. Znowu okazało się, że moja wada wymowy nie jest problemem w porozumieniu się, więc nie jest chyba najgorzej(ech, chyba zacznę w siebie wierzyć pod tym względem). W ostateczności zostają jeszcze meile. 
Wszystko ładnie i pięknie szło, aż dzisiejszego wieczoru moja komórka radośnie oznajmiła, że liderka próbuje się ze mną skontaktować. Czar prysł. Ale cóż było robić, odebrałam aparat. W słuchawce usłyszałam przymilny głos, który zadał mi pytanie, czy nie zgodziłabym się zostać głównym wolontariuszem jeszcze jednej rodziny. Generalnie sprawa wygląda tak, że byliśmy u niej z Brutusem, który był jej głównym wolontariuszem, a ja tylko towarzyszącym, gdzieś w połowie października. Rodzina wielodzietna, z niepełnosprawnością jednego z rodziców. Już raz została objęta pomocą Sz.P., wiedziała więc o co chodzi. Jak rodzina jest dziewięcioosobowa, to i potrzeby ma większe, chociażby w kwestii ubrania, czy też jedzenia. Inna sprawa, że Brutus zostawił sobie cały opis na ostatnią chwilę. I, niestety, podobnie jak "mój" płot, nie przeszedł on u opisowca. Brutus się wkurzył, dzwonił mi najpierw, że chrzani taką robotę, potem, że będzie walczył tak jak ja o moją rodzinę. Z tego co widziałam, to miał wypełniony tylko jeden arkusz. I J. też widziała, bo ma wgląd we wszystkie arkusze. A że wie, że tworzę niezłe opisy, to zaproponowała mi przejęcie tej rodziny.
Ja jednak z ciężkim sercem odmówiłam. 
Po pierwsze - ja przy moich sześciu powoli się gubię, zwłaszcza że od tego roku nie używa się prawdziwych imion w opisach. Przy siódmej w mojej łepetynie może zapanować kompletny chaos.
Po drugie - gdyby zaproponowała mi to tydzień wcześniej prawdopodobnie nie miałabym problemu. Ale do finału zostało 2 i pół tygodnia. Prędzej niż w weekend nie siądę do tego wszystkiego, a nie wiem czy opisowiec mi wszystko by od razu przepuścił, czy też miałby jakieś "ale". Każde zaś jego "ale" opóźniłoby publikacje rodziny w bazie, a tym samym zmniejszyło jej szansę na znalezienie darczyńcy.
Po trzecie - nie ruszyła w tym roku w naszym mieście A.P., a mam rodzinę, w której dziecko potrzebuje na już tego typu wsparcia. Jak to się skończyło możecie sobie dopowiedzieć. W każdym razie sobotnie popołudnia mam jeszcze bardziej okrojone niż dotychczas. A wprowadzenie danych do arkusza jest czasochłonne.
I po czwarte - jak wcześniej rozmawiałam z Brutusem, to powiedział mi, że będzie za wszelką cenę walczył o tą rodzinę, choćby miał potem pisać skargę na opisowca(podobno nie tylko my mieliśmy problemy. Zresztą trudno nawet w moim przypadku mówić o problemach, bo na sześć opisów tylko do jednego miał wątpliwości, więc nie jest najgorzej). A ja go trzymam za słowo.
Poza tym wolontariat ma nieść radość, a w tym przypadku działałabym nie tylko pod presją czasu, ale i liderki. Szkoda moich pokładów energii.

niedziela, 17 listopada 2019

1059. Ostatni świadek tragedii Hindenburga. Wspomnienie

Były wakacje 2002 albo 2003 roku, kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej tragedii. Roku nie pamiętam, ale pamiętam, jak przed Wieczorynką, na którą zawsze przychodziło się do kuzynów, puścili film dokumentalny zatytułowany "Hindenburg - powietrzny "Titanic"". Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że jedną z moich słabości jest właśnie historia związana z tym zatoniętym w 1912 roku legendarnym statkiem. Pewnie dlatego moją uwagę zwrócił tenże tytuł i powiedziałam sobie, że za wszelką cenę muszę obejrzeć ten dokument.
Chyba najsłynniejsze zdjęcie obrazujące tragedię Hindenburga
Obejrzałam i... piorun strzelił we mnie tak samo jak wtedy, kiedy pierwszy raz dowiedziałam się o "Titanicu". Znacie ten stan, kiedy łakniecie wiedzy na jakiś temat, a informacji o tym dosłownie nigdzie nie ma? Dzisiaj, w dobie internetu, który jest dosłownie wszędzie, można wystukać w google odpowiednią frazę i w 98% znajdzie się potrzebne informacje(chociaż ja do dzisiaj nie znalazłam prawie a żadnych informacji na temat jednego z towarzyszących mi schorzeń - ciekawe co sobie pomyśleli lekarze, kiedy mnie zobaczyli te 29 lat temu). Wtedy internet już był w domach, ale u nielicznych szczęśliwców. Ja do nich niestety nie należałam... W książkach też niewiele było informacji na ten temat. A frustracja we mnie narastała. Oczywiście zawsze można było próbować zdobyć informacje podczas lekcji informatyki, ja jednak nie umiałam nie uważać na lekcji. A nawet kiedy był czas na własne przyjemności, to moje zainteresowania nie zawsze były akceptowane przez moich kolegów z klasy. W czym problem, pytacie. Ano chociażby w tym, że przy komputerze siedzieliśmy po 2-3 i musieliśmy się jakoś dogadywać.
Całymi dniami potrafiłam rysować moment zapłonu "Hindenburga", którego nie potrafiłam wymazać z pamięci. Potem napisałam ok. 150 stronicową książkę, której akcja miała miejsce właśnie na tym sterowcu, o którym pewnie jeszcze kiedyś napiszę(kto wie, być może jeszcze raz wydrukuję moją książkę i ktoś z moich czytelników ją otrzyma? O ile oczywiście byliby chętni). Bo od kiedy rodzice założyli nam internet, systematycznie staram się poszerzać wiedzę z interesujących mnie tematów.
Ten mniejszy chłopiec to właśnie Werner, na
zdjęciu z bratem i siostrą, która zginęła w katastrofie
Fabuła mojej książki, chociaż toczy się na kanwie prawdziwych wydarzeń, w większości jest zmyślona. Jedyny wyjątek, poza samą katastrofą, zrobiłam dla sceny z filmu, która najbardziej wbiła mi się w pamięć. Otóż starszy mężczyzna wspominał, jak podczas rejsu sterowcem bawił się takim zabawkowym czołgiem, z którego sypały się iskry. Zobaczył to jeden ze stewardów służących na sterowcu i zabrał mu, wówczas kilkuletniemu chłopcu, zabawkę. Na pierwszy rzut oka może to dziwić, trzeba jednak wiedzieć, że "Hindenburg" wypełniony był wodorem, który przy kontakcie z ogniem groził samozapłonem. Na potrzeby dokumentu opowieść przerobiono na scenę fabularną. Wyraz twarzy dziecka wcielającego się w małego pasażera dumnego sterowca "prześladuje" mnie po dzień dzisiejszym. Nie mogłam nie poświęcić tej scenie chociażby kilku zdań...
Tym chłopcem, któremu steward zabrał niewinną zabawkę, był ośmioletni wówczas Werner Doehner, który wraz z rodzicami, siostrą i bratem podróżował słynnym sterowcem do Nowego Jorku. Werner był najmłodszym ocalałym pasażerem "Hindenburga". Ocalał prawdopodobnie dlatego, że matka wyrzuciła go z płonącego sterowca, znajdującego się wtedy jeszcze w powietrzu. Wiem, brzmi to strasznie, ale ci, którzy nie zdecydowali się na skok, spłonęli żywcem. Wśród 36 ofiar katastrofy znalazł się ojciec i siostra Wernera. On sam został straszliwie poparzony, przez wiele miesięcy był niewidomy. Przeszedł dziewięć operacji przeszczepu skóry, jednak jedno ucho miał na stałe uszkodzone. Do końca życia zmagał się też z traumą wywołaną tą katastrofą.
Poszkodowany w katastrofie Werner wiele miesięcy spędził w szpitalu
Werner Doehner współcześnie
Był ostatnim żyjącym pasażerem sterowca. Na co dzień unikał rozmów o tym, co się stało 6 maja 1937 na nowojorskim niebie. Wyjątek robił dla filmów dokumentalnych. Opowiadał wtedy o katastrofie bez obwinianie o nią kogokolwiek. Niestety, Werner Doehner zmarł 7 listopada w wieku 90 lat. No i nie wiem dlaczego, ale tak jakoś przykro mi się zrobiło na tą wiadomość. Może ze względu na tą opowieść o czołgu? A może dlatego, że wraz z nim umarła naoczna relacja o tamtym dniu. Co prawda wypowiedzi Doehnera zostały utrwalone na taśmach filmowych, ale przecież to nie to samo. Nie żyje już nikt z "Titanica", nie żyje nikt ocalały z "Hindenburga". Powoli odchodzą uczestnicy heroicznych walk o wolność naszej ojczyzny. Boże, pozwól aby jak najwięcej ich wspomnień zostało zachowanych dla potomnych. Żeby za 100 lat Powstanie Warszawskie nie było suchą wzmianką w uczniowskim podręczniku, a ciekawym tekstem uzupełnionym o autentyczne wypowiedzi jego uczestników. Oczywiście nie mam pretensji o to, że taka Bitwa pod Grunwaldem, czy też bliższe nam powstania w XIX wieku są tylko stertą suchych faktów, wtedy nikt nie myślał o spisywaniu wspomnień ich uczestników, a na pewno nie na tak dużą skalę.
Wielokrotnie szukałam też tamtego filmu dokumentalnego o Hindenburgu. I nigdzie go nie ma. Szkoda, bo czas wiele już zatarł w mojej pamięci. I z miłą chęcią obejrzałabym go jeszcze raz, niekoniecznie ze względu na Wernera. Ale tak po prostu... 

sobota, 16 listopada 2019

1058. Pierwszy z trzech

Rok temu odbyła się pierwsza edycja biegu "Wolność na 5" organizowanego przez III Liceum Ogólnokształcące im. Adama Mickiewicza poświęcona, a jakżeby inaczej, 100 leciu odzyskania przez Polskę niepodległości. Do wyboru były dwa warianty trasy, 5-cio i 10-cio kilometrowej, biegnącej obok ważnych dla miasta Katowic miejsc, takich jak słynny Spodek, pomnik III Powstań Śląskich, gmach Urzędu Wojewódzkiego, czy też cmentarz, na którym spoczywa tak ważny dla historii Górnego Śląska Wojciech Korfanty.
Na bieg zapisałam się dosłownie w ostatniej chwili, dowiedziałam się o nim zaledwie dwa tygodnie wcześniej. Na szczęście nie był on zbytnio oblegany, podejrzewam, że niewielu ludzi o nim wiedziało, toteż z dostaniem się na niego nie było większych problemów. Zapisałam się na bieg na 5 kilometrów, wiedziałam bowiem, że na 10 nie dam rady pobiec. Poza tym wolałam być ostatnia na mecie podczas biegu na 5(co też miało miejsce), niż paść w połowie biegu na 10. I myślę, że była to bardzo mądra i odpowiedzialna decyzja.
Już wtedy, a raczej po zakończeniu biegu, kiedy na szyjach wszystkich biegaczy wisiały pamiątkowe medale dyrektorka Liceum obiecała, że nie będzie to jednorazowa impreza. Tym bardziej, że chociaż Polska pomału wychodziła z euforii 100-lecia niepodległości kraju, to Śląsk przez następne lata czekają obchody 100 - lecia poszczególnych Powstań Śląskich, które skutkowały włączeniem tego terenu w granice odradzającego się kraju. Czy może być lepszy powód do organizacji kolejnych edycji biegu, zwłaszcza na następne trzy lata?
Starałam się na bieżąco śledzić informacje na temat zapisów na bieg, a kiedy się one w końcu pojawiły - wypełniłam odpowiedni formularz. Od tej chwili byłam spokojna o mój start i mogłam skupić się na przygotowaniach. W dwa miesiące można zrobić o wiele więcej niż w dwa tygodnie. A poza tym i tak ćwiczę moją wytrzymałość(na szybkość jeszcze przyjdzie czas, przynajmniej mam taką nadzieję) na 10 kilometrów, więc wszystko jakoś się pokrywa. Ucieszyłam się też, że bieg jest po 11 listopada - miałam nadzieję na zajęcia przed tą datą w Oratorium, jak wiecie, niewiele z tego wyszło.
Dzisiejszy ranek przywitał mnie chmurami na niebie. Na szczęście nie były one typowo deszczowe, więc była szansa, że nie będzie padać. Szybkie śniadanie, włożenie spodni i biało-czerwonej bluzy(to nic, że z coca-coli) i można było jechać do Katowic. W autobusie oczywiście książka, szkoda mi było godziny na siedzenie i nic nie robienie. Tym razem mój wybór padł na coś lekkiego, czyli "Marley i ja" Johna Grogana. Po ostatnich moich lekturach naprawdę potrzebowałam czegoś, co mnie rozśmieszy, a nie zdołuje jeszcze bardziej.
Na szczęście budynek liceum jest tuż przy przystanku autobusowym, nie musiałam więc przemierzać całego miasta. Po wejściu na teren szkoły, swojskie klimaty, czyli podium pożyczone od katowickiego AWFu. I od razu lepiej i pewniej się człowiek czuje. Do startu pozostawała jakaś godzina(wiedziałam to ze świetlnego zegara odmierzającego czas biegu zawodników, ale wcześniej wyznaczający czas, jaki został do tego biegu), idealna pora do odebrania pakietu startowego. Najważniejszy w nich był numerek startowy(w moim przypadku 372) oraz chip do pomiaru czasu zwrotny na mecie. A oprócz tego dorzucana była bransoletka na rękę z datami Powstań Śląskich. I oczywiście woda, drożdżówka i medal, ale to dopiero po przekroczeniu linii mety.
Start miał miejsce o godzinie 11:00, wcześniej jednak został poprzedzony rozgrzewką przeprowadzoną przez absolwentów szkoły. Z doświadczenia już wiem, że lepiej się trzymać tyłów startu, zwłaszcza kiedy niezbyt szybko się biega. Jeżeli słyszeliście o fali porywającej do biegu biegaczy, to uwierzcie mi - jest to mit, a ja prędzej bym kolejny raz wywinęła orła niż szybciej ruszyła.
Trasa wiodła tymi samymi ulicami co w zeszłym roku. W tym roku był też jeden jej wariant - 5 kilometrów. Do czołówki bardzo mi daleko, ja tam się jednak cieszę z tych 45 minut, w ciągu których pokonałam cały dystans. A nawet byłam w pewnym sensie z siebie dumna, w końcu cały czas biegłam, a nie szłam. Z drugiej strony, zmieściłam się w regulaminowym czasie 60 minut. Aha, i dobiegając jako jedna z ostatnich dostałam największe brawa. Zapamiętajcie - pierwsi dobiegają najszybsi, ostatni - najwytrwalsi.
Na mecie otrzymałam medal i... ojoj, dlaczego dostałam medal z 2021 roku? Oczywiście poszłam go wymienić na właściwy, wszak nie wiem, co będę robić za dwa lata. A medale są piękne, cała trójka ma stworzyć ten pomnik:
Tych "skrzydeł" jest 3 na pamiątkę III Powstań Śląskich, mi z tej perspektywy przez przypadek sfotografowało się 2
Cały "pakiet startowy" wygląda zaś tak:
Nie miałam pomysłu jak inaczej pokazać Wam tą małą bransoletkę :)
Kiedy siedziałam na ławkach przed liceum i pałaszowałam drożdżówkę, ulicami Katowic przeszedł marsz "Szlachetnej Paczki". Dzisiaj otwierane są bazy z potrzebującymi rodzinami. Dobrze, że nie pokrył się on z naszym biegiem, bo chyba musiałby czekać, aż przebiegną ostatni zawodnicy(w tym ja). Nawet wypatrywałam kogoś z naszej dąbrowskiej ekipy, ale nikogo nie dostrzegłam(co nie oznacza, że nikogo nie było, bo daję głowę, że przynajmniej J. przyjechała). No cóż, trudno... Zostaje mi tylko mieć nadzieję, że dla moich rodzin znajdą się darczyńcy. Po krótkim odpoczynku poszłam na autobus, którym wróciłam do domu. Z wrażenia nawet medalu z szyi nie zdjęłam... Musicie jednak przyznać, że jest piękny, nawet jeżeli zdjęcie tego nie oddaje. A ja siłą rzeczy będę chyba musiała wziąć udział w kolejnych dwóch edycjach, żeby zdobyć komplet.
A chętnych chcących zobaczyć obiekty mijane na trasie, zapraszam na posta sprzed roku, gdzie wszystko starałam się Wam sfotografować.

czwartek, 14 listopada 2019

1057. Mieć nóż na gardle

Dostałam meila od osoby sprawdzającej opisy rodzin ze Sz.P. z uwagami odnośnie jednego z nich. Generalnie rodzina chciała postawić sobie płot, który uchroniłby ją od "wizyt" dzików zamieszkujących pobliski park(ale inny niż ten, po którym ostatnio wspominałam) na podwórku. Próbowali sami wszystko wykonać, jednak małżonek miał wypadek, po którym musiał przejść na zwolnienie lekarskie, a przez to uszczupliły im się nieco fundusze. Zdarzenie losowe, każdemu może się przytrafić. Rodzina właściwie nie miała żadnych potrzeb, bo podstawowe żywnościowe oraz odzieżowe ma zapewnione przez MOPS. Potrzeba z jednej strony dosyć "egzotyczna", ale jeżeli wziąć pod uwagę te dziki...
Prawdę powiedziawszy spodziewaliśmy się z Brutusem(to też pseudonim, patrząc na J. myślę sobie, że tak właśnie mógłby od strony fizycznej wyglądać legendarny Brutus), moim wolontariuszem wspomagającym, że z tym płotem mogą być kłopoty. Dlatego w arkuszu potrzeb opisałam najbardziej jak tylko mogłam, całą sytuację w nadziei, że jakoś przejdzie.
Ale nie przeszło.
W meilu przeczytałam m.in. że ta potrzeba jest niemożliwa do oszacowania pod względem finansowym, że jest roszczeniowa, i że w ogóle wykluczyłby tą rodzinę z projektu, bo np. nie spełnia limitu finansowego. A potem jeszcze dzwonił do mnie z tą sprawą. W międzyczasie skontaktowałam się z Brutusem, w celu porady co robić. Brutus stwierdził, że te zarzuty da się podważyć, toteż powiedziałam opisowcowi, że będziemy o tą rodzinę walczyć. Problem polegał jednak na tym, że Brutus zostawił mnie z tą walką właściwie samą. Co prawda napisał mi, że zadzwoni do tego opisowca i jakoś mu to wyjaśni. Jednak nie ukrywajmy, do otwarcia bazy rodzin są tylko dwa dni. A Brutus miałby to zrobić dopiero jutro popołudniu. Czyli jakieś 6 godzin przed tym wszystkim.
Sytuacje zaogniły jeszcze SMSy do liderki, tradycyjnie bez ładu i składu, w których informowała mnie, że opisowiec wysłał do mnie meila z uwagami(jakbym tego sama nie wiedziała) oraz że mam dwa dni na załatwienie sprawy, ale żebym to zrobiła najlepiej dzisiaj. Noszszsz, czy te babsko nie może zająć się własnymi rodzinami i własnymi opisami!
Gdyby nie jej poganianie, to pewnie zostawiłabym tą sprawę Brutusowi i może by przekabacił opisowca co do tego płotu. Ale byłam tak wkurzona na liderkę, że zadzwoniłam do rodziny z zapytaniem, czy ten płot można by zamienić na coś innego. Byli trochę niezadowoleni, ale w końcu zmieniliśmy płot na drewno.
No i kurcze, mam wyrzuty sumienia. Bo prawdopodobnie ten płot można było załatwić.
Gdyby Brutus wcześniej zadzwonił do opisowca, a nie odwlekał to na ostatni dzień(pierwszego meila od opisowca dostałam w niedzielę i niemal od razu kontaktowałam się z wolontariuszem wspomagającym w tej sprawie).
Gdyby liderka nie poganiała mnie jak zwykle.
Gdybym bardziej umiała postawić na swoim.
A tak...

środa, 13 listopada 2019

1056. W ekspresowym tempie

- Godzilla, podejdziesz ze mną do pani D. - zapytałam dzisiaj nieśmiało moją najlepszą koleżankę. Godzilla to oczywiście pseudonim wymyślony na potrzeby bloga, w rzeczywistych kontaktach 
 - No, ale sama nie możesz? - odparła Godzilla wpatrzona w ekran swojego smartphone.
 - Właśnie trochę się jej boję... - powiedziałam niepewnie.
 - ??? - mina Godzilli mówiła sama za siebie.
 - Wiesz, kogo jak kogo, ale ciebie to chyba ona lubi - wtrąciła się do rozmowy Chihuahua tłumiąc śmiech.
 - Ta, mam wrażenie, że właśnie zacznie z niej wychodzić prawdziwa osobowość. Jak na mnie huknie, to potem będę się bała do niej przychodzić - Godzilla aż uderzyła się na te słowa ręką w czoło.
 - Rany. Coś ty jej zrobiła?
 - Właściwie to nic, tylko mój ostatni e-meil mógł ją nieźle wyprowadzić z równowagi.
 - Idź z nią, bo widzisz, że zaraz jajko zniesie z tego zdenerwowania - jęknęła Chihuahua siadając na krześle. A my z Godzillą poszłyśmy do sekretariatu po papiery. Gdybym wtedy wiedziała, że to wszystko skończy się ze śmiechem, to pewnie tak bym się nie stresowała. 
Nawet nie spodziewałam się, że niektóre ważne dla mnie sprawy załatwię w tak ekspresowym tempie. Wręcz przeciwnie, spodziewałam się, że będą się one ciągnęły za mną jak długie, zimowe wieczory.
Gdzieś tydzień temu, po dłuższych poszukiwaniach, znalazłam wreszcie sosnowiecki OIK i zaszłam do tamtejszych kadr z zapytaniem, czy mogę się u nich zatrzymać na 120 godzin. Sympatyczna pani z kadr poinformowała mnie, że u nich jako tako to nie bardzo, ale poradziła, żebym podjechała do podlegającego pod nich Środowiskowego Domu Samopomocy i tam zapytała. Niestety, ani tego, ani następnego dnia nie miałam na to czasu.
Dopiero w środę podjechałam we wskazane miejsce. Krótka rozmowa z kierowniczką placówki, wymiana informacji i uzyskanie zgody. Wieczorem tego samego dnia wysłałam na sekretariat trochę pokrętnego meila z danymi, na które powinni mi wypisać papiery. Bo w sumie kierowniczka ŚDSu nie umiała mi odpowiedzieć, na czy umowa ma być wypisana na nich, czy też na Centrum Zarządzania Placówkami, gdzie mieści się też OIK. Było dosyć późno, kiedy to zrobiłam, dlatego w czwartek nawet tam nie zaglądałam. W piątek też nie(w myśl zasady, że na wypisanie papierów mają ok. tygodnia).
Dopiero wczoraj poprosiłam Godzillę, żeby awaryjnie ze mną poszła do pani D. Teoretycznie papiery powinny być już wypisane, ale ten meil naprawdę był bardzo chaotyczny i mógł być źle zrozumiany. Ale z drugiej strony przynajmniej była okazja, aby wytłumaczyć jej to, co mogło być niezrozumiałe.
Wchodzimy więc do sekretariatu. Pani D. była chyba zaskoczona, ale od razu powiedziała mi, że papiery to czekają na mnie już od czwartku(w sumie zbytnio by mnie to nie zbawiło, bo dopiero dzisiaj miałam czas na zawiezienie ich). I nawet nie miała chyba większych problemów z rozpracowaniem adresu ŚDS-u.
 - Panikara - powiedziała z politowaniem Godzilla, kiedy wyszłyśmy z sekretariatu.
 - Serio myślałam, że będzie bardziej się czepiać...
 - Litości... - Godzilla aż wzniosła oczu do góry - czy ty nigdy nie zrozumiesz, że ona ma do ciebie słabość.
Wzruszyłam ramionami, bo co miałam zrobić.
Dzisiaj natomiast z samego rana podjechałam do CZPu zawieść papiery. W pokoju kadr przyjęli moje dokumenty, a jednocześnie zaznaczyli, że na razie dyrektor nie podpisze ich, ponieważ go nie ma. Byłam święcie przekonana, że nie będzie go cały dzień, a nawet i dłużej. Dlatego byłam szczerze zaskoczona, kiedy zadzwoniono do mnie po 14 z informacją, że wszystko jest już załatwione, a ja mam w poniedziałek zgłosić się do SDŚ-u w sprawie uzgodnienia co i jak.
Ekspresowe tempo, nie powiem, że nie...

poniedziałek, 11 listopada 2019

1055. 101 urodziny Polski na sportowo

Wcale się nie bałam tego biegu. Można nawet powiedzieć, że potraktowałam go na lajcie. Co nie oznacza, że zupełnie go sobie odpuściłam. Ale też nie biegłam w nie wiadomo jakim tempie. Na to przyjdzie jeszcze czas, na przykład w przyszłotygodniowym biegu w Katowicach. Teraz miałam pobiec rekreacyjnie. I tak też zrobiłam.
Po zeszłorocznych perturbacjach, wskutek których część zawodników została bez koszulek i medali(nie ma żadnych wcześniejszych zapisów, dopiero w dniu biegów wszystko jest na zasadzie kto pierwszy ten lepszy), w tym roku udałam się do biura zawodów chwilę po ich otwarciu po godzinie 9. Co prawda rok temu załapałam się i na koszulkę i na medal, skoro jednak mieszkam tuż przy parku, w którym odbywał się bieg, postanowiłam nie czekać na ostatnią chwilę. I tak odebrałam koszulkę w rozmiarze "S"(jak to jest eska, to ciekawa jestem jak wygląda biegowa elka), po czym wróciłam na chwilę do domu. Start był dopiero o 11.11, co nawiązywało do daty odzyskania przez Polskę Niepodległości, bez sensu było czekać na tą godzinę, skoro, tak jak już pisałam, mieszkam dosłownie po drugiej stronie ulicy oddzielającej moje osiedle od terenów zielonych. A tak przynajmniej mogłam na spokojnie ubrać sobie przydużą koszulkę i wypić herbatę.
Na linię startu poszłam półgodziny przed 11:00. Pomimo tego, że ranek straszył ciężkimi chmurami na niebie, powoli się przejaśniało. Niezbyt lubię taką pogodę, podczas której nie wiadomo jak się ubrać, szczególnie wtedy, kiedy mam biec, a wiem, że w razie czego nie będę miała gdzie zostawić kurtki. Bo jakoś nie wyobrażałam sobie startu w kurtce podszytej polarem. Dopiero co byłam przeziębiona, nie chciałam na nowo czegoś złapać. Zdecydowałam się więc na w miarę ciepłą bluzę z kapturem, a na nią miałam założoną techniczną koszulkę.
Nie wiem ile osób stanęło na starcie biegu. Samych pakietów zwiększono w tym roku z 1500 do 1800. Czyli pierwszych 1800 ludzi, którzy zapisali się na bieg dostało pamiątkową koszulkę. Tak samo było z medalami - pierwszych 1800 osób, którzy przekroczyli linię mety miało je zapewnione, reszta dostała by go w późniejszym terminie. Czy zawodników było ponad limit? Nie mam pojęcia. Raczej nie, bo na pewno byłoby o tym "głośno". A na pewno już pojawiłaby się jakaś informacja o czasie i miejscu odbioru gadżetów.
O 11:00 poproszono wszystkich biorących udział w biegu/marszu przed metę, a kibiców za rozciągnięte taśmy. Szybka rozgrzewka poprowadzona przez instruktorki z miejskich klubów fitness przygotowała nasze mięśnie do wysiłku. Jeszcze tylko odliczanie od 10 w dół i wystartowaliśmy.
Bieg, podobnie jak w zeszłym roku.
Start biegu był tuż przy głównym wejściu do parku, obok charakterystycznego
bloku nazywanego potocznie "Superjednostką"(a żartobliwie "mrowiskiem")
I prowadziła wzdłuż głównej parkowej alejki
Po drodze minęliśmy plac zabaw
A po drugiej stronie niedziałające o tej porze roku fontanny 
W pewnym momencie skręciliśmy w prawą stronę
I zrobiliśmy łuk wokół jednego z miejskich klubów fitness
Po lewej stronie minęliśmy hotel i aquapark
Wkrótce wbiegliśmy w kolejną alejkę
Po drodze minęliśmy m.in. korty tenisowe
Oraz tzw. siłownię pod chmurką
A po drugiej stronie halę sportową
Wzdłuż trasy mogliśmy się zachwycić barwami jesieni
Przebiegliśmy pod mostem(podczas biegu tych samochodów nie było)
Za którym czekał nas kolejny skręt w prawo
A z lewej strony pawilon handlowy
Końcowy odcinek trasy wiódł ulicą Kościuszki
Tuż obok gmachu biblioteki miejskiej, który był kiedyś Urzędem Miejskim
Na deptaku pomiędzy pasami jest pomnik patrona ulicy -
aby nikt nie miał wątpliwości, do kogo ona należy
Blok z herbem miejskim zwiastował koniec trasy
Wcześniej jednak minęliśmy gmach pocztowy, pamiętający czasy
okupacji niemieckiej
Ostatni zakręt był pomiędzy słynnym sklepem handlowym "Społem"
i wagonikiem z węglem na fragmencie toru
A Pałacem Kultury Zagłębia - kolejną wizytówką miasta
I w końcu widzieliśmy upragnioną metę(wyobraźcie sobie dmuchaną zieloną
bramę na środku zdjęcia)
Na której czekały na nas takie oto medale
Wszystkie zdjęcia zostały wykonane z perspektywy chodnika. Podczas biegu, oprócz alejek parkowych, poruszaliśmy się po ulicy, na której wstrzymany był ruch.
Nie wiem, która byłam na mecie, ani nawet w ile pokonałam ten niewielki dystans(ok. 2 kilometrów). Wiele osób przybiegło przede mną, wiele za mną. Ja jednak spokojnie stałam i czekałam na medal. A w między czasie wypytywałam chłopców, którzy chodzą do nas na Oratorium, jak im się biegło. W sumie gdyby K. przed biegiem nie powiedział mi swoim słodkim głosikiem "Dzień dobry" to nie wiedziałabym, że biegną. Nie zdążyłam mu odpowiedzieć i tylko pomachałam mu ręką, na co odpowiedział mi jeden z jego starszych braci tym samym. Potem na biegu gdzieś mi uciekli, ale na mecie sami mnie odnaleźli. Całą czwórką otrzymaliśmy medale, które dumnie wisiały na naszych szyjach. 
W końcu zmęczona, ale szczęśliwa postanowiłam wrócić do domu. Gdzie nie gdzie wolontariusze zwijali taśmy znakujące trasę biegu. Zamieszkujące park ptaki ćwierkały swoje trele. A ja szłam z przeświadczeniem, że udało mi się połączyć świętowanie Dnia Niepodległości z tym co lubię, czyli z bieganiem. A na moje "biegackie" konto zapisały się kolejne dwa kilometry...
Koszulka + medal

sobota, 9 listopada 2019

1054. Nieoczekiwana zmiana planów

Z wielkim zdziwieniem odkryłam na facebooku, że dzisiaj nie będzie zajęć w Oratorium. Fakt, nie byłam przedwczoraj na spotkaniu organizacyjnym*, bo wolałam się podleczyć, ale napisałam księdzu, że jakby co to dzisiaj już będę obecna. Na fb nie siedzę też bez przerwy, wchodzę tylko wtedy, kiedy mam włączony komputer. A mam go włączonego wtedy, kiedy jestem w domu(dla większości animatorów jest niepojęte, jak mogę nie mieć messengera na telefonie, ale mnie aż tak w te rzeczy nie ciągnie, zresztą na moim telefonie nawet nie da się go chyba zainstalować z przyczyn technicznych). Ostatnio jednak nawet na to nie miałam ochoty, a komputer był uruchomiony głównie wtedy, kiedy Młoda musiała coś wydrukować na uczelnię, albo jak ja coś pisałam na blogu bądź wprowadzałam dane do systemu Sz.P. Dlatego byłam kilka dni do tyłu.
Kiedy ustalaliśmy we wrześniu terminu zajęć oratoryjnych, jednogłośnie ustaliliśmy, że choćby się waliło, paliło i ogólnie został ogłoszony stan klęski żywiołowej, to w sobotę poprzedzającą Dzień Niepodległości robimy zajęcia nawiązujące do tej, jakże ważnej dla nas, Polaków, rocznicy(tylko nie pisać mi tutaj, że i tak w dalszym ciągu jesteśmy pod zaborami, chociażby francuskich sieci sklepowych, bo takie "mądrości" też czytałam). Trochę obawiałam się, że podobnie jak w zeszłym roku zajęcia te będą mi kolidowały z katowickim biegiem "Wolność na 5". Dlatego z ulgą przyjęłam wiadomość, że odbędzie się on tydzień później. I nawet zaczęłam planować, co będziemy robić podczas zajęć z dzieciakami. Wymyśliłam sobie... śpiewanie patriotycznych pieśni. A nawet oczami wyobraźni widziałam, jak w przyszłym roku Oratorium przenosi owo śpiewanie na wspólnotę parafialną. 
I nagle, niemal w ostatniej chwili(wiem, wiem, mea culpa), dowiaduję się, że zajęcia są odwołane z niewiadomego powodu. Bo półsłówka innych animatorów na grupowej konwersacji wcale mnie nie satysfakcjonują. Może i jestem niedzisiejsza, ale szczerze powiedziawszy, to nie rozumiem niektórych współczesnych zwrotów używanych przez młodszych ode mnie. Ale może każde pokolenie tak ma?
Zostałam więc z wolnym dniem, który musiałam sobie jakoś zagospodarować. Młoda pojechała do domu(i wraca dopiero we wtorek), Pusia poczuła zimę i spała zwinięta w kłębek. A ja wreszcie nadrobiłam zaległości w prasowaniu oraz angielskim. Poczytało się to i owo... I nawet trochę "potworzyłam". Weszłam nawet na stronę Muzeum Powstań Śląskich w Świętochłowicach i dowiedziałam się, że w niedziele jest wstęp wolny. Można by podjechać, powiedzmy w przyszłym tygodniu. Wstyd się przyznać, ale nigdy tam jeszcze nie byłam. Aha, i zrobiłam jeszcze wstępny porządek w archiwalnych numerach "Świata wiedzy". Nie, nie mam zamiaru ich wyrzucać, bo jest w nich masa interesujących wiadomości(zresztą niektóre wykorzystuję nawet czasem podczas tworzenia notatek tutaj). Na razie ułożyłam wszystko numerami. Muszę kupić jakieś pojemniki i je w nie zapakować. Ale wcześniej spisać jakie tematy znajdują się w poszczególnych numerach. Karkołomne zadanie, zwłaszcza kiedy kolekcjonuje się coś od pierwszego numeru, ale wykonalne.
Za dwa dni bieg. Może i powinnam się przebiec po parku w celu utrzymania formy, ale z drugiej strony za oknem jest taka pogoda, że lepiej nosa nie wyściubiać za drzwi(w moim przypadku drzwi klatki schodowej). Mam nadzieję, że w poniedziałek pogoda będzie w miarę znośna, bo nie mam zamiaru biegnąć w deszczu...

* w sumie to na większości spotkań mnie nie ma, ponieważ w tym samym czasie mam pływanie

czwartek, 7 listopada 2019

1053. Baza danych uzupełniona

Wolne od treningów postanowiłam wykorzystać na wprowadzenie arkuszy ze spotkań z rodzinami w ramach "SzP" do systemu. Od zeszłego roku wiele się zmieniło w elektronicznym formularzu, moim zdaniem na plus. Co prawda sam formularz jest w zupełnie innej formie niż te 12 miesięcy temu, ale według mnie wszystko jest w nim jasne i klarowne(i nie rozumiem roszczeń liderki co do tego, że imiona członków rodziny mają być zawsze zmienione w celu zapewnienia jej anonimowości). W tym roku mniej jest do wypełnienia w samym opisie rodziny - kilka informacji uzupełnia się automatycznie na podstawie wcześniejszego wpisania danych do formularza.
Jak wiecie, w tym roku grzecznie acz stanowczo podziękowałam liderce za bycie z nią w parze. I był to strzał w dziesiątkę. Byłam w duecie z takim wolontariuszem z mojego osiedla z którym doskonale się dogadywałam. Chociaż żaden z nas nie ma samochodu, u rodzin z reguły byliśmy na czas(ze zmotoryzowaną liderką ZAWSZE byłam spóźniona, co niesamowicie mnie irytowało, bo nie cierpię się spóźniać, zwłaszcza kiedy mam możliwość podjechania samochodem). A mieliśmy ich 6, co było dla mnie niezłym wyzwaniem i społecznym, i logistycznym. 
Społecznym, bo do każdej rodziny trzeba było zadzwonić i się umówić, co przy wadzie wymowy jest nie lada wyzwaniem. Logistycznym, bo oprócz tego, że nie jesteśmy z J. zmotoryzowani i w wielu przypadkach trzeba było dojechać do rodziny, to przecież mamy jeszcze życie poza wolontariatem w "Sz.P.". Ale chociaż liderka "nie wyobrażała" sobie tego wszystkiego w moim wykonaniu, to jednak dałam, a raczej daliśmy z J. radę.
Wszystkie 6 rodzin zakwalifikowaliśmy do programu. Bo przecież rodzina z 7 dzieci nie musi być patologiczna*(gdyby tak było, to moi dziadkowie tylko z takich by pochodzili), a posiadanie telewizora czy też komputera w momencie, kiedy leży się w domu w stanie terminalnym, czy też po prostu jest się niepełnosprawnym, nie musi być zachcianką**, a "oknem na świat", czy też pomocą w nauce. Z drugiej strony tylko jedna z odwiedzonych przez nas rodzin miała większe wymagania(tutaj przyda się jakaś firma, bo wątpię, aby prywatna osoba im sprostała, ale akurat firmy stanowią większość darczyńców), potrzeby reszty były raczej niewielkie. Węgiel na zimę, nowa pralka, krzesło obrotowe dla dziecka*** - temu naprawdę można sprostać. Do tego jakaś żywność z dłuższym okresem przydatności, chemia. Tutaj naprawdę niewiele trzeba. Rozmowy przeprowadzone z rodzinami były bardzo otwarte i sympatyczne. I tylko podczas jednej z nich miałam łzy w oczach. No, może nie podczas samej rozmowy, ale po wyjściu od rodziny. Bo często myślimy sobie, że nasze życie jest niesprawiedliwe, ale nie zawsze zauważamy, że sąsiadka ma większe problemy od nas. Albo, że problemy w rodzinie obok sprawiły, że kilkunastoletnie dziecko dorosło o wiele szybciej, niż przewiduje jego metryka. A wtedy miałam okazję rozmawiać z najbardziej dojrzałą trzynastolatką, jaką spotkałam w życiu. Jej historia przypomina trochę moją, więc może dlatego poczułam do niej aż taką sympatię. I wiem, że jej rodzinie, a zwłaszcza jej samej, potrzebna jest pomoc na dłuższą metę. Będziemy próbować ją wciągnąć do "A.P.", zobaczymy co z tego wyjdzie.
I w końcu przygotowanie opisu, a raczej jego środkowej części. Bo wstęp i zakończenie "pisze się" samo. Wreszcie miałam wolną rękę co do tego, jakie informacje w nim zamieszczę. Rok temu liderka mi to narzucała według siebie(a potem musiałam zmieniać nawet i cały opis). Teraz J. nie wtrącał się w to, co w nim zamieszczę. I mam nadzieję, że nie będzie się też wtrącał w moich darczyńców jak J.(liderka) w zeszłym roku. Mam też nadzieję, że opisy przejdą u tej osoby, co sprawdza je w bazie. A jeżeli już potrzebne będą zmiany, to kosmetyczne. I jeszcze, że wszystkie rodziny znajdą darczyńców, którzy spełnią ich potrzeby. I że te święta będą dla nich chociaż trochę radosne.

* rok temu pierwsza odwiedzona przeze mnie i przez liderkę rodzina miała status wielodzietnej, po wyjściu od niej J. nazwała ją "patologiczną", co uderzyło mnie do głębi, według mnie nie powinna jej tak dosadnie oceniać
** Liderka podczas wrześniowego spotkania organizacyjnego stwierdziła, że tego typu prośby są tylko zachciankami i powinny automatycznie dyskwalifikować rodzinę z programu, to kolejna jej wypowiedź, która mną zatrzęsła
*** oczywiście to są potrzeby różnych rodzin, a nie jednej

środa, 6 listopada 2019

1052. Na autostradzie życia

Kiedyś na jakimś wykładzie mieliśmy za zadanie porównać do czegoś życie człowieka. Automatycznie przyszła mi wtedy na myśl jazda samochodem po autostradzie. 
Jak zapewne każdy z nas wie, autostrady zostały wymyślone głównie po to, aby w szybki i bezproblemowy sposób dotrzeć w wybrane przez nas miejsce. Wsiadamy więc do lepszego lub gorszego auta, odpalamy gaz i ruszamy w drogę. Jest piękna pogoda, sytuacja na drodze też nie najgorsza. Za oknem przelatują nam krajobrazy, nawet jeżeli w pierwszym momencie widząc je popadamy w zachwyt, to z czasem nam one powszechnieją i nie zwracamy na nie większej uwagi. W końcu docieramy na miejsce. Odczuwamy radość, ale jest ona powierzchowna i szybko mija.
Wielu z nas tak właśnie wyobraża sobie życie - jako pasmo niekończących się sukcesów i bezkolizyjnych dotarć do wyznaczonych sobie celów. Wielu to się udaje. Nie jest to niczym złym - mieszanina pracowitości, sumienności i łutu szczęścia jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Jednak czy takie bezproblemowe życie naprawdę będzie dla nas szczęśliwe?
Czasami jednak trafiamy podczas podróży na wyboje, które zmuszają nas do zwolnienia szybkości naszej jazdy samochodem, czy wręcz zmienienia trasy czasami na boczną, mniejszą, mniej komfortową. Zwykle jednak zmiana trasy podróży nie sprawia, że nie dojedziemy do obranego sobie celu. Dojedziemy, tylko pewnie trochę dłużej, zwłaszcza kiedy pobłądzimy po drodze, czy też GPS wskaże nam niewłaściwą trasę. W zamian, szczególnie wtedy, kiedy będziemy rozglądać się dookoła w poszukiwaniu najbliższego zjazdu na drogę szybkiego ruchu, możemy zobaczyć niezwykle malownicze krajobrazy. Zapewne nie dostrzeglibyśmy ich jadąc autostradą. Docierając na miejsce oddychamy z ulgą - może lekko spóźnieni, spoceni, zestresowani, ale osiągnęliśmy cel naszej podróży.
Wielu ludzi poddaje się w walce o swoje marzenia po pierwszej porażce. Co ciekawsze, ludzie urodzeni po 1999 roku mają większy problem z przeżywaniem wszelkich niepowodzeń, niż starsi od nich. A to już można by podciągnąć pod kraksę samochodową. Tymczasem porażki też są potrzebne w naszym życiu. Głównie po to, abyśmy nabrali pokory i nie obrośli w pychę. Ale nie tylko - wiele moich znajomych z pierwszych studiów oblało pierwszą sesję. Spora grupa z nich nie zdała też sesji poprawkowej i musiała opuścić AWF. Po kilku miesiącach zrekrutowali się na innej uczelni i te drugie studia okazały się być strzałem w dziesiątkę. Odnieśli porażkę, to fakt, ale potrafili odwrócić ją w swój życiowy sukces. Zresztą ja sama staram się odbierać wszelkie porażki jako lekcję, a nie ciągnącego się za mną pecha. Bo tak jak zmiana autostrady na poboczną drogę może skutkować podziwianiem pięknych krajobrazów, tak wszelkie niepowodzenie życiowe może skutkować odkryciem nowych możliwości.
Co jest najgorszą rzeczą, jaka może nam się przytrafić na autostradzie? Chyba kraksa, która uniemożliwia nam dalsze podróżowanie. Zwłaszcza kraksa, w której bierzemy bezpośredni udział. Dźwięk zderzenia, karetka, szpital, długie leczenie... Nikomu tego nie życzę...
Czy w naszym życiu zdarzają się kraksy, które na jakiś czas "wykluczają nas" z niego? Oczywiście. Czasami jest to losowy wypadek, a czasami nie z naszej winy. Jednak coraz częstą kraksą z jaką przychodzi mi się spotykać, zwłaszcza w Oratorium, to depresja i ogólne wypalenie spowodowane przedawkowanymi ambicjami(a raczej większymi ambicjami niż możliwościami). Co ważne, z reguły dzieje się tak nie z winy nauczycieli, którzy znają potencjał poszczególnych uczniów(a przynajmniej powinni), ale samych rodziców, którzy chcą aby dziecko było alfą i omegą. Chociaż spotkałam się też z uczniem, który sam się doprowadził do takiego stanu. Dzieciaki nie są w stanie przyswoić nowej wiedzy, nie funkcjonują też w środowisku rówieśniczym tak jak powinni i koło się zamyka. Ja zaś nie jestem psychologiem(psychiatrą?), który by im pomógł w fachowy sposób. Mogę tylko spróbować rozmawiać z rodzicami(którzy niestety z reguły nie widzą problemu) i z żalem patrzeć na dzieci, które przemieniają się w zombie.
Dlatego kochani życzę Wam bezpiecznej jazdy po Waszych życiowych autostradach, wybierania właściwych dróg objazdowych w razie problemów, a już w ogóle unikania wszelkich kraks, jakie Was mogą spotkać po drodze.
Aha, i nie zapomnijcie ciepło się ubrać w tą drogę, bo za oknem robi się coraz zimniej.
Wracam dalej się smarkać. Aż żałuję, że nie pamiętam nazwy czegoś na katar, o czym mówiła mi pani D. Wiem tylko tyle, że spryskuje się tymi kroplami pościel na noc. Podobno jej dzieciom to pomaga. 

wtorek, 5 listopada 2019

1051. Przeziębieniowo

Dni szczególnie związane ze wspominaniem naszych zmarłych zakończyły się dla mnie przeziębieniem. W związku z tym mam w tym tygodniu spokój zarówno z treningiem lekkoatletycznym, jak i pływackim. To oczywiście nie jest tak, że "umieram" z powodu kataru, wiadomo jednak, że każda aktywność sportowa powoduje np. pocenie się ciała, co z wyjściem potem na zewnątrz może dać efekt jakiejś poważniejszej choroby. A tak wapno i witamina C, do tego kocyk i książka i można podreperować swoje zdrowie. Zwłaszcza, że w przyszły poniedziałek mam zamiar pobiec w miejskim "Biegu Niepodległości". Do tego czasu powinnam już wydobrzeć.
Dzięki mojej chwilowej niemocy mam trochę czasu dla siebie, który staram się wykorzystać chociażby na nadrobienie zaległości czytelniczych. A tych się trochę zebrało. Serce mi się kraje widząc nietopniejący stos książek wypożyczonych z biblioteki. Teraz mogę sobie trochę poczytać tego co chcę, a nie co muszę. Może do końca tygodnia "pochłonę" z trzy pozycje. Przynajmniej mam taką nadzieję.
A ponieważ przeziębienie to jednak nie jest chorobą, to postanowiłam wywiązać się z obietnicy i zastąpić na dwie godziny panią D. w pracy. To były najszybsze 120 minuty w moim życiu. Nawet nie wiem, kiedy wskazówki zegara wybiły 9:30. Pani D. przyszła trochę później. Nawet chciała mi zrobić ciepłej herbaty, mnie jednak za bardzo spieszyło się do swoich spraw. Trochę ich się nagromadziło, nie powiem, że nie. Ze wszystkim jednak staram się w miarę możliwości być na bieżąco, bo jak dla mnie nie ma nic gorszego, niż narobić sobie zaległości. Dlatego też chcę "zejść" z kilku książek czytanych dla przyjemności i wypożyczyć te, które trzeba przeczytać z obowiązku. 
Nie no, będzie dobrze. Musi być dobrze.