Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 29 lutego 2024

1874. Przyrodą zachwycam się nieustannie

Wiem, że jestem dziwna. I że nie zawsze pasuję do obecnego świata, zwłaszcza swoim sposobem życia. Ale co ja na to poradzę, że zamiast bieganiny i pędem, nie zawsze nawet wiadomo za czym, bardziej wolę spokój i ciszę. Co ciekawe, nie przeszkadza mi to w uprawianiu biegów. Owszem, poruszam się wtedy szybciej niż zazwyczaj, ale nawet kiedy kończę bieg, to zazwyczaj rozglądam się dookoła, ciesząc tym, co mnie otacza. A więc drzewami, zielenią, śpiewem ptaków (o ile jest), a nawet chmurami i niebem rozciągającym się nad moją głową. Ja nie jestem idealna, ale otaczający mnie świat przyrody - już tak. Dlatego tak bardzo ucieszyło mnie następujące zadanie wielkopostne:
Wyjdź dziś na spacer. Otwórz oczy na piękno, jakie widzisz dookoła
Wyjdź na spacer, oderwij się od szumu informacji, pooddychaj świeżym powietrzem. Spróbuj dostrzec piękno wkoło Ciebie - rośliny, zwierzęta.

Nie będę ukrywać - trudno by mi było wygospodarować ekstra czas na taki spokojny spacer. Niby miałam na drugi blok zajęć na uczelni, ale wiecie jak to jest. Zajęcia zaczynałam o 9:45, ale po ostatnich dniach (rekolekcje + forum) byłam tak zmęczona, że postanowiłam dłużej sobie pospać. To dłużej trwało co prawda do 7:00, ale to zawsze jakieś 1,5 godziny później niż zazwyczaj. Dlatego postanowiłam podelektować się budzącą się do życia przyrodą podczas pokonania trasy praca - Wydział Teologiczny (bo przecież wieczorem było spotkanie "piekarnika". Trwa ona spokojnym tempem ok. 15 minut, można więc powiedzieć, że był to taki mały spacer. Przy okazji udało mi się cyknąć kilka fotek budzącej się do życia przyrody.
Podejrzewam, że gdyby nie to, że musiałam być na spotkaniu na konkretną godzinę, to chodziłabym tak po miejskich skwerach i zachwycała się tymi pierwszymi pąkami na gałązkach. Taki ze mnie dziwny człowiek.
Może i nie mam dużo okazji i powodów do zachwycania się otaczającymi mnie cudami natury. Może mieszkając na wsi byłoby to łatwiejsze. Ale ktoś mi kiedyś powiedział, że nie jest sztuką dostrzec coś w czymś widocznym na pierwszy rzut oka. Prawdziwą sztuką jest bowiem zatrzymać się w biegu czasu (a jest on raczej szybszy w miastach niż na wsi), rozejrzeć dookoła i dostrzec piękno w czymś na co dzień właściwie nie zauważalnym. Czy dużo mieszczuchów zatrzymuje się po prostu po drodze, aby przyjrzeć się rodzącej się po raz kolejny do życia przyrodzie? Myślę, że nie, chociaż nie mówię, że takich nie ma. A szkoda, bo przecież:

Wiosenna radość
Zapukała do drzwi świata wiosna,
nieśmiało czekając, aż wpuszczą ją do środka.
W dłoniach trzymała bukiet kwiatów:
pierwiosnków, krokusów, przebiśniegów.
Do tego gałązki z delikatnymi pączkami liści,
perlisty śmiech, przeplatany ptasim świergotem.
Chciała dać ludziom radość i wesele,
zupełnie z innych powodów niż jej siostra zima.
Świat w końcu wpuścił ją do swego wnętrza,
i od razu zrobiło się w nim pięknie i kolorowo.
Czy i Ty zaprosisz ją do swojego serca,
aby jeszcze bardziej się ono radowało?

środa, 28 lutego 2024

1873. Na Forum Praktyków Pomocy Społecznej było całkiem interesująco

Kiedy tydzień temu pojawiło się na grupie z Koła Naukowego zapytanie, czy ktoś z nas nie chciałby pomóc w recepcji podczas odbywającego się na naszym Wydziale Forum Praktyków Pomocy Społecznej, zgłosiłam się niemal od razu. Najwyżej by mnie nie wzięli, więc nawet nie wiem, co bym w ten sposób straciła. Ale nasi wykładowcy byli współorganizatorami, a widząc moje zaangażowanie podczas konferencji odbywających się w zeszłym roku i dwa lata temu wiedzieli na ile mogli mi zaufać w tym względzie. Mam też pewne doświadczenie w pomocy podczas tego typu imprez dzięki podobnego zaangażowania na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie, co zawsze działa na moją korzyść. Dało się raz, drugi, to dlaczego nie ma się udać po raz trzeci, czwarty, dziesiąty? Tym bardziej, że potrafię określić co jestem w stanie zrobić, a co nie. W pierwszym przypadku staram się dać z siebie jak najwięcej. W drugim przypadku grzecznie przepraszam, że nie jestem w stanie czegoś wykonać. Ale na takiej recepcji spokojnie mogę być.
Samo Forum podzielone było na dwa dni, a jego program przedstawiał się następująco:
Jednym z kierunków studiów, jakie ukończyłam (i to z tytułem magistra) jest praca socjalna, toteż jako dla specjalisty w tym zakresie (przynajmniej w teorii) całość wydawała mi się niezwykle interesująca. Wstęp na wydarzenie był co prawda płatny, ale jako współorganizatorzy mogliśmy wejść na wykłady za darmo. Więc bycie wolontariuszem na tego typu imprezach się opłaca - może nie dostaliśmy za to wynagrodzenia, ale też nie płaciliśmy za uczestnictwo. Oczywiście nie siedzieliśmy tam cały czas i wymienialiśmy się tak, aby ktoś siedział na recepcji. Na jednym z wykładów pojawili się też moi koledzy i koleżanki z grupy na magisterce. Miło było ich zobaczyć.
Ja dodatkowo musiałam pogodzić pełnioną przez te dwa dni funkcję z wtorkowym egzaminem z socjologii edukacji na pedagogice, a to wiązało się z przemieszczeniem się na wydział w innej części Kato, a po napisaniu go wrócić na Wydział Teologiczny. Nie wiem jak to się stało, ale ogólnie byłam przekonana, że to forum jest 28-29 luty, a przez to przynajmniej będę mogła w spokoju ogarnąć ten egzamin. No, ale wtedy byłoby za nudno, prawda? Wydaje mi się, że mimo wszystko egzamin zdałam, nawet całkiem nieźle. Uważałam tylko, żeby nie natchnąć się na kogoś z mojej grupy ćwiczeniowej. Wolę, żeby myślano, że mnie nie ma (socjologię edukacji zdawałam indywidualnie, bo na pierwszym terminie byłam chora), a i tak będę miała usprawiedliwioną nieobecność na podstawie zaświadczenia od organizatorów konferencji. W środę udało mi się być na porannych ćwiczeniach z psychoprofilaktyki. Z wykładów musiałam się już niestety urwać. Ale mam już obiecane z nich notatki, tak jak z poprzedniego dnia.
Sama praca na recepcji nie była zbyt skomplikowana. Do naszych zadań należało zbieranie podpisów poświadczających obecność danego gościa, podbijanie delegacji, udzielanie informacji, wydawanie zaświadczeń o uczestnictwie w Forum oraz pomoc przy bufecie - głównie rozstawianie tac z kanapkami oraz talerzyków na nie. Oprócz mnie do pomocy zgłosili się Madziałek i Adam z pierwszego roku. Cała nasza trójka starała się jak najlepiej wypełnić powierzone nam zadania, chociaż nie były one jakoś specjalnie skomplikowane. Wychodziliśmy jednak z założenia, że reprezentujemy nasz Wydział Teologiczny oraz Koło naukowe, w którym jesteśmy zaangażowani. I chyba nam się to udało. W każdym razie praca z nimi okazała się prawdziwą przyjemnością, organizatorzy też podkreślali naszą pracę. Myślę, że uzupełnialiśmy się wzajemnie, a i tematów do rozmów nam nie brakowało.
Z uczelni wychodziłam później, niż moi koledzy i koleżanki z roku. Kiedy oni kończyli zajęcia przed 14:00, ja siedziałam do 15:00, 15:30. Plus był taki, że na koniec każdej dniówki, ku naszemu zaskoczeniu, zostawaliśmy zapraszani na obiad do uczelnianego bufetu na koszt jednego z organizatorów wydarzenia. Trochę było mi głupio, toteż zawsze wybierałam najtańsze dania. Ale byłam też wdzięczna, bo tak naprawdę do domu wracałam albo po 22:00 (wtorek), albo po 19:00 (środa), a coś ciepłego i treściwego nieźle mnie nasyciło. A dodatkowo była to niezła okazja do porozmawiania również z wykładowcą.
Można przejść przez studia tylko i wyłącznie ograniczając się do nauki i nie ma w tym nic złego. Wszak to podstawowa funkcja studiowania. A można robić coś więcej, niejako realizując się w tym. Bardzo, ale to bardzo się cieszę, że po raz kolejny mogłam pomagać i wykazać się w organizacji tego typu przedsięwzięć. Że pomimo masy zajęć znalazłam czas także na takie coś. Ale też za to, że znalazłam chwilę, aby wypełnić kolejne zadanie z kalendarza wielkopostnego. I wcale nie musiałam z nim długo kombinować - wszak kaplica znajduje się na naszym wydziale.
Pomódl się w intencji Papieża Franciszka

wtorek, 27 lutego 2024

1872. O fundamentalnych sprawach podczas rekolekcji

Wielkopostny sens

I znów ksiądz posypał mi głowę popiołem,
przypominając, że jestem tylko prochem.
Prochem, co leci, gdy zawieje wiatr,
prochem, tak chwiejnym, jak domek z kart.
Sumienie przegląda notatki mej duszy,
jakby chciało przypomnieć to co było trudne.
Co niezrozumiałe dla ludzkiego serca,
co tak bardzo było dla Boga i innych smutne.
A On, skryty w prozie codzienności,
zamiast nasze grzechy własną miarą mierzyć. 
Cicho podpowiada w głębi ludzkiego serca,
by kolejny Wielki Post jak najlepiej przeżyć.

Świat tak bardzo pędzi do przodu, że wielu wierzących ludzi nie tylko zapomina o tym, że jest coś takiego jak Wielki Post, ale też zastanawia się po co on tak właściwie jest. Dla niektórych jest to czas stracony, dla innych czas umartwiania, jeszcze inni pomijają go i niemal automatycznie wchodzą w radosne świętowanie Wielkiej Nocy. Tymczasem dla mnie jest to okres, w którym nie tylko mam, ale przede wszystkim chcę się w pełni przygotować do radości Zmartwychwstania Syna Bożego. Wiem, że wielu nie rozumie mojego piątkowego ograniczenia aktywności w Internecie, czy też jeszcze bardziej drastyczne ograniczenie słodyczy (których i tak jem niewiele) przecież to takie niemądre i staroświeckie, dobre dla babć, a nie dla kogoś w wieku ponad 33 lat. Ale to trochę tak jak z cukierkami - jeżeli nie jemy ich przez jakiś czas, to potem są smaczniejsze. Jeżeli czegoś nie napiszę w piątek, zawsze mogę nadrobić to później. Zjedzone na święta ciasta wydają się smaczniejsze. Pokusa jest, ale jest też postanowienie, które najczęściej wygrywa. 
Takim duchowym przygotowaniem do nadchodzących świąt Zmartwychwstania Pańskiego są też poprzedzające je rekolekcje, na których staram się być pomimo ogromu zajęć. Nie zawsze mi się to udaje, ale jak tylko mogę, to jestem. Ponieważ jedną z inicjatyw Duszpasterstwa Akademickiego podczas Wielkiego Postu są również rekolekcje (i to w dwóch turach), postanowiłam że właśnie na nie sobie będę uczęszczać. A tak właśnie zachęcaliśmy innych, aby na nie przyszli:
Miało być poważnie, ale nie do końca wyszło...
W zasadzie nasze rekolekcje nie różniły się zbytnio od tych, które znam z parafii. Też trwały trzy dni, też wygłaszał je zaproszony rekolekcjonista. Msze święte odbywały się od niedzieli do wtorku o 20:00 na moim Wydziale Teologicznym (jeszcze chwila, a zacznę na nim nocować). Pora może i późna, ale była szansa, że jak najwięcej ludzi się na nich pojawi. 
Początkowo miałam zamiar być codziennie, jednak w niedzielne popołudnie stwierdziłam, że nic nie umiem na poniedziałkowe zaległe kolokwium z patologii społecznych, i że się na pewno nic nie poduczę, wracając późnym wieczorem do domu. Dlatego po Gorzkich Żalach zostałam na Mszy świętej, po której już o 19:30 byłam w domu. Ale przez następne dni udało mi się już być, a nagranie niedzielnego kazania udało mi się odsłuchać w internecie. Po pracy po prostu nie wracałam do domu, tylko czekałam do tej 20:00 na wydziale. Aby czas mi się nie dłużył to zawsze miałam ze sobą notatki do nauki, albo jakąś książkę. Trochę byłam zmęczona, zwłaszcza na następne dni, ale co tam. Jednocześnie pozwolę sobie pokrótce przybliżyć Wam to, o czym mówił pierwszy z naszych rekolekcjonistów.
Nie było łatwo streścić trzy dni tego, co ojciec Tomasz Gałuszka przekazywał nam na rekolekcjach. I chociaż treść poniedziałkowego i wtorkowego kazania mniej więcej była przeze mnie przyswojona, to jednak zastanawiałam się, co z tego wszystkiego jest ważne, ale można to pominąć, a co ważniejsze i warte przekazania dalej w świat. Uprzedzam - będzie długo, niektóre treści będą trudne, inne dziwne, ale myślę, że każde z nich jest bardzo ciekawe.
  1. Pierwszego dnia rekolekcji mogliśmy usłyszeć, że dusza jest jakby naszym fundamentem, czymś najbardziej głębokim, wejściem w naszą intymność, w coś, co jest ukryte za naszymi ubraniami, ciałem i gestami. Powinniśmy więc uważać, komu ujawniamy jakąś cząstkę prawdy o sobie. Jednocześnie wielu z nas pragnie zadać pytanie: Boże, co jest w nas takie najgłębsze? Kim my tak naprawdę jesteśmy? Chcemy odkryć ten sekret, a to oznacza wgłębienie się w duszę. W Koranie jest taki tekst: "Bóg jest zbyt wzniosły by mieć syna", dlatego w islamie nie ma wśród 99 imion imienia "ojciec" na określenie Boga. W chrześcijaństwie, w tajemnicy objawienia, odkrywamy, że jednak ma. Według św. Tomasza największym sekretem Boga jest właśnie Syn. Dlatego Bóg objawił na ziemi to, co miał najgłębsze - serce Trójcy, a my poznaliśmy go poprzez Jezusa Chrystusa. Widać to chociażby w Ewangelii z tego dnia mówiący o przemienieniu na górze Tabor. Rekolekcjonista porównał tamtego Jezusa do radującego się dziecka, które chce tą radością zarazić drugiego człowieka. A jednocześnie pokazuje uczniom kim tak naprawdę jest - jako Bóg i jako człowiek. Objawia tym samym co jest w nim i w nas. Dla ludzi wychowanych w kulturze greckiej jest to kluczowe wydarzenie życia duchowego, ponieważ Chrystus biorąc swoich uczniów pokazał, że każdy człowiek na ziemi może zajaśnieć. Każdy z nas może mieć pragnienie, a nawet doświadczyć światła z góry Tabor (czyli doświadczenia Boga i jego obecności). Tego co się wydarza w relacji Ojca i Syna w Duchu Świętym. Podczas przemienienia na Górze Tabor padło ponownie zdanie: "To jest mój syn umiłowany". Ojciec Tomasz poradził, aby przyszli (lub obecni) rodzice jak najczęściej zwracali się tak do swoich dzieci, zwłaszcza wtedy, kiedy robią źle. Nie oznacza to, że mamy ich za wszystko chwalić, bo za zło trzeba upominać, ale po takiej reprymendzie warto zaznaczyć, że jednak dziecko jest mimo wszystko kochane przez rodziców.
    Święty Tomasz podaje trzy duchowe władze (możliwości, potencje):
    1. pragnienie poznawania prawdy, które jest w każdym z nas (intelekt)
    2. pragnienie kochania i bycia kochanym (wola)
    3. zapamiętywanie (pamięć)
    Święty Augustyn mówił, że obrazem woli jest ślad Ducha Świętego, śladem pragnienia poznawania prawdy jest Osoba Syna, natomiast śladem pamięci jest Ojciec, który wszystko trzyma, który jest początkiem i poznawania, i kochania (jeżeli nie pamiętamy to nie poznajemy i nie kochamy). Dlatego nad pamięcią należy się zastanowić. Usłyszeliśmy tutaj o pięciu technikach zapamiętywania, czyli dlaczego i w jaki sposób Bóg o nas pamięta:
    1. zapamiętywanie konkretów - jest to unikanie umasowienia, ale skupienie się na czymś, co jest indywidualne. To zapamiętywanie twarzy, oczów, głosu, imienia, czyli po prostu jakiegoś identyfikującego innych szczegółu. Zarazem ten szczegół trzeba otoczyć "atmosferą zachwytu". Każdy człowiek jest takim źródłem owego zachwytu. Takiego zachwytu mogą uczyć chociażby góry. Tylko istota ludzka jest zdolna do zachwytu, ponieważ tylko my jesteśmy w stanie zachwycić się tym, co jest ponad nas. Zostaliśmy stworzeni z istotą duszy. Bóg bez przerwy o nas pamięta ponieważ zna każdy szczegół z naszego życia i zachwyca się nami cały czas. 
    2. porządkowanie wszystkiego - warto oglądać świat we właściwych hierarchiach i połączenie wszystkiego ze sobą. Bóg wie, że nasze życie jest jak mająca wiele rozdziałów książka. Dobra książka ma czasami rozdziały dramatyczne. Jednak na nich się ona nie kończy. Aby zrozumieć swoje życie trzeba spojrzeć na nie jako na całość w uporządkowany sposób. Każdy rozdział w naszym życiu był ważny i widziany przez Boga, a my się nie musimy wstydzić tych rozdziałów. Bo to one nas tworzą.
    3. głębokie wejście w jakąś rzeczywistość - jest to trudne, ponieważ wymaga czasu i odpowiedniej postawy duchowej. Wejść bardzo głęboko do momentu, aby coś zapamiętać, to trzeba tego dotknąć. Żeby kogoś poznać, trzeba "wejść aż po dotknięcie czyiś ran". Jest to niezwykle trudne, bo my nie chcemy pokazywać naszych słabości, i wręcz boimy się tego. Bóg patrzy na nas przez nasze rany, niezwykłe szczeliny, przez które przechodzi światło. 
    4. częste powtarzanie - Bóg nas trzyma w pamięci, dlatego istniejemy. Bardzo łatwo jest pomylić pamięć z pamiętliwością. Warto tutaj zadać sobie pytanie: co człowieku trzymasz w swoim sercu? Czy tylko złe wspomnienia? Bo trzeba wiedzieć do czego wracać. Lepiej jest wracać do dobra, a o złu nie pamiętać. 
    5. powrót na początek - kiedy zgubimy coś ważnego, to rekonstruujemy całą drogę aż na sam początek, gdzie to zostawiliśmy. Powrót na początek to jest za każdym razem powrót do tego, co jest podstawowe. Fundamentalną rzeczą w naszym duchowym życiu jest powrót do początków, do tego momentu, kiedy odkryliśmy, że jesteśmy kochani, jesteśmy chciani, jesteśmy ciągle pielęgnowani w pamięci Boga, a sam Bóg nieustannie się nami zachwyca.
    Pamięć Boga o nas jest więc pierwszą i najważniejszą prawdą o każdym człowieku, tak samo wierzącym, jak i niewierzącym.

  2. Drugiego dnia rekolekcji dowiedzieliśmy się, że w średniowieczu zastanawiano się gdzie człowiek się znajduje. Wg św. Tomasza z Akwinu człowiek ma naturę horyzontalną, a więc jest on na przecięciu dwóch światów - duchowego i materialnego. Dusza sytuuje się pomiędzy nimi. Każdy z nas ma marzenia i pragnienia przekraczające te światy, dlatego nie znajdziemy ich pełnego zaspokojenia na ziemi. Dlatego każdy jest sam dla siebie takim horyzontem. Bóg nas osadza pomiędzy tymi światami. Pierwszym, czym nas wszystkich obdarował jest esse czyli życie, to że jesteśmy. Każdy z nas po prostu jest. Ksiądz Tomasz powołał się tutaj na fragment Księgi Daniela, który mieliśmy okazję usłyszeć na Mszy, gdzie Daniel mówił, że to co nam zostaje to zawstydzić się. Wstyd jest tym uczuciem, którego nie było w raju, jest pierwszym uczuciem człowieka po upadku. Gdyby nie to, wstydu by nie było. Wstydzący się człowiek zasłania swoją twarz, ponieważ ma poczucie nieistnienia. Istnienie jest pierwszą rzeczą w relacjach międzyludzkich. Powinniśmy więc zgodzić się na istnienie drugiej osoby i nas samych. Każdy z nas ma dużo powodów, aby nie chcieć widzieć drugiej osoby, nawet w języku polskim funkcjonuje słowo "nienawidzić", czyli nie chcieć kogoś widzieć. Pierwszą rzeczą jest więc przyjęcie czyjegoś istnienia, nawet naszego wroga. Powiedzieć: Panie Boże, mimo że emocje mi krzyczą daj mi łaskę zgody na jego istnienie. Tylko tyle i aż tyle. A może kiedyś nie tylko zaakceptujemy jego istnienie, a nawet ucieszymy się z niego. Jeżeli mamy od czegoś zacząć lekcje przebaczania, to od zgodzenia się na jego istnienie. 
    Najgłębsza miłość polega na tym, że ludzie w pewnym momencie nie wyobrażają sobie, że tej drugiej osoby może nie być. Człowiek nie tylko akceptuje kogoś drugiego i cieszy się, ale wręcz nie wyobraża sobie bez niego istnienia. Ponieważ żyjemy w relacjach bardzo często gubimy się w tym istnieniu. Bo jak tutaj być ze sobą? Ktoś może powiedzieć, że fundamentalną i najważniejszą rzeczą jest bycie dla drugiej osoby. Jednak nie jest to właściwie w chronologii podana odpowiedź. Jak powie święty Tomasz, jeżeli jest tylko życie "dla", to wcześniej czy później pojawi się frustracja. Powinno wtedy pojawić się pytanie, czy nie pomyliło się przyimka fundamentalnego dla relacji. Istnienie to pewna niepodzielna jakość, czymś co każdy z nas ma, zostało nam ono dane. To istnienie należy jednak połączyć z czterema następującymi przyimkami w następującej kolejności:
    1. w - podstawowym fundamentem naszych relacji i naszego bycia jest esse in - bycie w. Jest to najtrudniejszy przyimek, wymagający wielu wyrzeczeń. "Bycie w" oznacza wejście w czyjś świat. Oznacza to wejście do czyjegoś świata i milczeć, patrzeć, obserwować. Bez osądzania, bez bycia "dla", tylko po prostu zobaczyć kim dani ludzie są. Przychodzący na świat Chrystus nie rodzi się jako od razu 33-latek, ale jako niemowlę, które musi wejść w świat. Dopóki nie jesteśmy w świecie drugiego człowieka, tak naprawdę nic o nim nie wiemy
    2. z - esse qum, nie wystarczy być tylko w czyimś świecie i oglądać go, ale w pewnym momencie trzeba wyciągnąć rękę, pojawia się dotyk, bliskość, próba bliższego zrozumienia drugiego człowieka (co on potrzebuje, kim jest). Imię Emmanuel oznacza "Bóg z nami". Chrystus nie tylko wszedł w ludzki świat i oglądał go, ale zaczął go dotykać, był blisko z ludźmi, jego podstawowym zmysłem jest dotyk. Poznawał wszystko jak dziecko. Zmysł dotyku to zawsze zmysł konkretu. Z oznacza zbliżenie się do danych osób. Ale jeżeli nie ma wcześniejszego esse in to kiedy człowiek dotyka nieznanej mu osoby, to może ją po prostu zranić, wykorzystać.
    3. dla esse pro (bycie dla), kiedy jesteśmy w czyimś świecie i znamy czyjąś osobę, to wiemy co ona tak naprawdę potrzebuje. Kiedy nie znamy siebie wzajemnie to możemy dawać innym zupełnie niepotrzebne rzeczy. Przyimek "dla" jest bardzo trudny, ponieważ aby komuś dawać to co on potrzebuje, trzeba go naprawdę dobrze znać. Nawet dając ludziom dobre rzeczy, ale jeżeli oni ich nie potrzebują, to możemy ich zranić, upokorzyć. Bycie prawdziwie dobrym jest potwornie wymagającą pracą. Jezus większość swojego życia spędził w i z i dopiero końcówka jego życia to było dla.
    4. przeciw - najtrudniejszy przyimek esse contra. Prawdziwa miłość wymaga tego, aby czasami powiedzieć drugiej osobie "nie". Wymaga on największej znajomości drugiego człowieka, największej miłości, tego że jest się gotowym na wszystko, ale musimy jednak powiedzieć owo "nie". Nie z nienawiści, ale dlatego, że tak bardzo się tą osobę kocha. Można tutaj podać jako przykład przemoc w rodzinie, ale też dialogi Jezusa z faryzeuszami, którym naukom bardzo często się sprzeciwiał. Wielu z nas zaczyna swoją obecność w różnych środowiskach właśnie od bycia przeciwko ludziom (np. hejt w internecie), ale to nie jest prawidłowe rozumienie tego przyimka.
    Te cztery przyimki: in, qum, pro oraz contra są prostym modelem odnowienia relacji międzyludzkich. Nie można być "dla", bez "w" i "z". Jeżeli chcemy naśladować Ojca to róbmy to, co on daje pierwsze - daje istnienie, cieszy się nim, ale też wchodzi w nasze istnienie, jest w nim, jest dla nas i bardzo nas kocha.
  3. W trzecim i ostatnim dniu rekolekcji mieliśmy okazję usłyszeć, że nasza dusza ma ogromne pragnienia. W momencie naszego stworzenia pojawiają się trzy wielkie języki: 
    1. język prawdy, kiedy głosimy wielkie rzeczy, teoretyzując 
    2. język miłości, kiedy chcemy dla kogoś dobra, 
    3. język uczuć - połączony ściśle z naszym ciałem, jest fundamentalnym elementem spojrzenia na człowieka, który nie jest tylko duszą, ale też właśnie ciałem
Ciało jest tym co sprawia, że możemy się wzajemnie komunikować. To ono prowadzi nas z komunikacji do komunii, czyli połączenia się. 
Emocje i dotyk są bardzo trudnym językiem. Ojciec rekolekcjonista przywołał tutaj osobę proroka Izajasza, o którym usłyszeliśmy w Pierwszym Czytaniu. Bóg się mu w nim ujawnił (co zresztą jest charakterystyczne dla tej osoby) jako emocjonalny i afektywny. Mówi: "Obmyjcie się. Bądźcie czyści". Można przez to odkryć, że Bóg się o nas martwi, troszczy, a nawet boi. Ojciec Tomasz powołał się tutaj na żydowskiego filozofa Abrahama Heschla*, który podał następującą definicję proroka: to nie jest ktoś, kto przepowiada przyszłość, straszy ludzi jakimiś katastrofami ale to ktoś, kto ma jest w stanie wyczuć troskę Boga, to ktoś, kto trzyma swoje serce i ucho przy sercu Boga i czuje, co w tym sercu gra, a następnie je komunikuje innym. W Księdze Izajasza widzimy, że Pan Bóg nie tylko istnieje, ale też żyje. Jeżeli Bóg by tylko istniał, to byłby tylko rzeczą. Wobec żyjącej osoby nie da się przejść obojętnie. Z kolei w Ewangelii Jezus wyrzucał faryzeuszom, że trzymają się z daleka od tego, co głoszą. Patrząc na Boga i na drugiego człowieka ważne jest stosowanie języka czucia (emocji).
Odczuwania właściwej empatii uczy nas Bóg w pięciu punktach:
    1. Pierwszą i kluczową rzeczą jest wyczucie człowieka. Oznacza to zobaczenie w nim dwóch rzeczy: zobaczyć, że on żyje oraz że on oddycha. W starożytnej myśli filozoficznej dusza bierze się od dwóch słów: zoe (żyć) i psyche (związane z oddychaniem, zimnym chłodem). Zobaczyć, że człowiek żyje to zobaczyć jego twarz, zobaczyć, że to jest osoba żyjąca, ale też, że ta osoba oddycha. Warto zwrócić uwagę jak inne osoby przy nas oddychają, czy nie brakuje im przy nas powietrza.
    2. Drugim jest współodczuwanie. Jest to odkrycie, że drugi człowiek ma pewne odczucia, które są ważne. My odkrywamy je w sobie, a przez to zaczynamy podobnie czuć. Smutek, czy też radość innych staje się naszym smutkiem (radością). Przyglądamy się im na tyle, że umiemy rozpoznać emocje innych osób. Właściwe współodczuwanie prowadzi do czułości - reakcji na bieżącą sytuację. Czułość jest bardzo konkretna, ponieważ wymaga ona bliskości, czasami przytulenia, potrzymania za rękę. Czułość rodzi się z odpowiedzi na stan emocjonalny tu i teraz. Papież Franciszek pokazuje, że jest norma zachowania, życia, która jest nienaruszalna, a zarazem jest też człowiek. Dlatego trzeba wykonać dużą pracę, aby przy tej normie nauczyć się czułości.
    3. Trzecim poziomem jest współbrzmienie. Oznacza to już nie tylko z kimś współodczuwanie, ale wyrażanie tego na zewnątrz. Kiedy ktoś się uśmiecha i my się uśmiechamy. Kiedy ktoś płacze i my płaczemy. Czasami jednak właściwą reakcją jest zachowanie spokoju, kiedy ktoś płacze i rozpacza. 
    4. Czwarty poziom to współczucie. Czasami trzeba się zastanowić w jaki sposób zaradzić danemu problemowi. Pojawia się więc współczucie, inaczej miłosierdzie (z łac. misericordia). Polega ono na tym, że bierzemy czyjś konkretny problem do siebie, traktujemy ją jako swoją i zastanawiamy się w jaki sposób możemy jej zaradzić. Tworzymy więc pewien projekt. Troskę, która jest długofalowym myśleniem, zastanowienie się w jaki sposób pomóc danej osobie. Ludzie bardzo współodczuwający powinni się uczyć przechodzenia z poziomu czułości do poziomu troski (spokojnego pomyślenia intelektualnego). I na odwrót, ludzie wykazujący zbyt dużą troskę o innych powinni przejść do poziomu czułości, bo inaczej mogą zamienić się w biurokratów dobroczynności.
    5. Piątym i najtrudniejszym elementem jest wczucie. Najstarsze wyobrażenie Chrystusa znajduje się w katakumbach i przedstawia go jako pasterza z owcą na ramionach. Dobry pasterz nie tylko wyczuwa, współodczuwa, współbrzmi i jest miłosierny, ale w pewnym momencie robi to samo, co zagubiona owca - idzie za nią, aby nią znaleźć. Przyjmuje nie tylko kawałek problemu ludzkiego na siebie, ale tak się wczuł w zagubioną owcę, że stał się zagubionym pasterzem. Potrzeba nam więc ludzi, którzy wyjdą (zagubią się) po to, żeby znaleźć. 
Chrystus przychodzi, bierze nasz grzech na siebie i staje się nami. Można zastanawiać się po co właściwie Chrystus umarł na krzyżu. Święty Tomasz powiedział, że wystarczyłaby jedna kropla krwi, kiedy Jezus się skaleczył podczas pracy z św. Józefem, aby zbawić cały świat. Przecież mógł się zatrzymać na czwartym poziomie - współczucie. Ale jemu nie wystarczyło miłosierdzie, on musiał pokazać co człowiek, jako jedyna istota na świecie, jest w stanie zrobić - przekroczyć myślenie mądrych. A wszystko to, aby pokazać prawdziwą istotę tego, kim my jesteśmy, ale też kim jest sam Bóg. To są wielkie rzeczy, a zarazem podstawowe.

Następna tura rekolekcji wielkopostnych zaplanowana jest od 17 do 19 marca. A wcześniej są tygodniowe Misje Święte w parafii Księdza Niosącego Światło. Co prawda nie orientuję się, jak sprawa z rekolekcjami wygląda w mojej parafii, ale chyba w tym roku sobie je podaruję, choćby sam papież miał je wygłaszać. 
Przed Mszą rekolekcyjną wysłałam do znajomych kilka SMSów, ot tak. No dobrze, takie było dzisiejsze zadanie.
Wyślij komuś SMSa z miłym słowem
Popraw komuś dzień - wyślij mu kilka miłych słów.
Czy ktoś z nich się ucieszył? Mam taką nadzieję.

* Ciekawostka - roraty akademickie w 2022 roku opierały się na prorokach przedstawionych przez tego człowieka

poniedziałek, 26 lutego 2024

1871. Kilka słów o budowaniu więzów interpersonalnych


No dobra. Może Starościna z pedagogiki nie jest moją przyjaciółką (ale dobrą znajomą już tak), ale dzisiaj dosyć długo rozmawiałyśmy ze sobą na przerwie między zajęciami. Głównie chodziło o moje zaliczenia, bo naprawdę mam małą obsuwę w ich zdawaniu (dzisiaj walczyłam z patologiami społecznymi, gdzie wykładowczyni dawała takie pytania, że ja najpierw musiałam zrozumieć ich sens, a potem z zakanarków pamięci wydobyć odpowiedź, ocena niezbyt mnie satysfakcjonuje, jednak już jestem tak intelektualnie wyzuta z sił, że zgadzam się na wszystko - aż strach pomyśleć, co zobaczę jutro na egzaminie z socjologii edukacji), ale nie tylko. Rozmawialiśmy tak po prostu, co u nas słychać. Do rozmowy dołączyło jeszcze kilkoro osób z grupy. I całkiem przyjemnie mi się gadało. Szkoda tylko, że dopiero na ostatnim semestrze się otworzyłam tak bardziej na innych. Ale lepiej późno, niż wcale.
W Duszpasterstwie trwa pierwszy cykl rekolekcji wielkopostnych. Może tutaj też jeszcze nie zawarłam jakichś specjalnych przyjaźni (poza Madziołkiem, Madziołek się jednak nie do końca liczy, bo znamy się z uczelni). Jednak przed Mszą świętą udało mu się zamienić kilka słów z innymi członkami wspólnoty. Nawet tymi, którzy są w innych wspólnotach, niż piekarnik. A przy okazji - Madziołek uświadomił mi, że sympozjum, do którego pomocy zgłosiłyśmy się tydzień temu, jest już jutro. Byłam całkowicie przekonana, że pojutrze. Wszystko ładnie i pięknie, ale tak jak pisałam, jutro mam zaległy egzamin na pedagogice. No nic, najwyżej urwę się z tego sympozjum, a potem wrócę na nie. Tak, to będzie najlepsze wyjście.

niedziela, 25 lutego 2024

1870. Codzienny rachunek sumienia

Zrób rachunek sumienia
Zrób rachunek sumienia z "dziką" szczerością, czyli odwagą: taką samą, z jaką patrzysz w lustro, żeby sprawdzić, gdzie się skaleczyłeś czy ubrudziłeś albo gdzie są twoje braki, które musisz usunąć.

Jeszcze nie tak dawno rachunek sumienia kojarzył mi się z jednym z warunków, które muszą zaistnieć, aby sakrament Spowiedzi Świętej był ważny. I chociaż każdego wieczoru zastanawiałam się, co danego dnia mi wyszło, a co nie, to jakoś specjalnie w to nie wchodziłam. Podejrzewam, że podobnie jak większość ludzi, nawet wierzących. Ten średnio jeden raz na miesiąc w zupełności mi wystarczał.
Do czasu, aż w moim życiu nie pojawiły się dwie rzeczy: codzienny (lub prawie codzienny, bo czasem zmęczenie bierze górę) różaniec wraz z księdzem Teodorem na kanale teobańkologii na youtubie oraz trafienie do Duszpasterstwa Akademickiego (sama się siebie pytam - dlaczego tak późno!). 
Ci, którzy rozszerzają modlitwę różańcową z księdzem Teodorem o część, która następuje po niej pewnie kojarzą moment, w którym ma miejsce czterominutowy rachunek sumienia. To dobry czas, aby zastanowić się nie tylko nad błędami i upadkami, które popełniliśmy w danym dniu, ale i nad wzlotami, które się dokonały. Bo przecież nasze życie nie składa się z samych porażek, znajdziemy w nim także dobre i szczęśliwe chwile, takie które z pewnością wywołują uśmiech na naszej, i nie tylko naszej, twarzy. Podobną naukę przekazuje nam ksiądz Krzysztof podczas spotkań w duszpasterstwie. Czasami zdarza się nam odmówić na nich kompletę, w której skład wchodzi krótki rachunek sumienia. I znowu słyszymy, aby starać się znaleźć w minionym dniu zarówno to co było dobre, jak i to, co było złe. Tak, aby pielęgnować w sobie pozytywy, a starać się "walczyć" z tym co negatywne. 
Za każdym takim rachunkiem sumienia przychodzi mi do głowy refren pewnej harcersko - oazowej piosenki, który zresztą znajduje się nawet na tym blogu: "Jaki był ten dzień, co darował, co wziął, czy mnie wyniósł pod niebo, czy zrzucił na dno". Taki rachunek sumienia trochę odbiega od tego tradycyjnego, który skupia się głównie na tym, co takiego złego popełniliśmy w życiu, stawiając nas w obliczu nie tylko negatywnego postępowania, ale i pozytywnych i dobrych, przynajmniej w naszym odczuciu, czynów. To od nas zależy, która szala na tej wadze naszego sumienia, będzie cięższa. Być może nawet możemy w ten sposób usprawiedliwiać niektóre nasze czyny, ale któż to może wiedzieć, że właśnie to co dobre nie przyćmi tego, co w nas złe i niegodziwe.
Mój dzisiejszy rachunek sumienia miał miejsce w kościele. Był trochę przyspieszony, bo jednak po wieczornej Mszy świętej, a nie ok. godziny 22, jak zazwyczaj, ale nie zrobiony po przysłowiowych łebkach. I myślę, że to powinno się liczyć. Nawet nie wiem, czy trwał on cztery minuty, ale też nie chodzi w nim o to, aby robić szczegółową listę tego, co się zrobiło, albo nie zrobiło, w ciągu dnia. Dodatkowo poszerzyłam go o dotychczasowe kazania pasyjne usłyszane podczas Gorzkich Żali. Na razie dotyczyły one pychy i chciwości (hmm..., ciekawe jak Ksiądz Niosący Światło zmieści wszystkie 7 grzechów głównych w 6 niedzielach), ale i tak dają dużo do myślenia, przynajmniej mi. W zasadzie aż strach pomyśleć co będzie z moim sumieniem, kiedy dojdzie do gniewu. Chociaż podobno chwilowy gniew nie jest grzechem. Tak jak pisałam w jednym z ostatnich wpisów - właściwie to już nie czuję złości na mojego proboszcza czy też panią Dyrygent za to, co się stało. Raczej rozczarowanie. Czyli zła emocja zmniejszyła swoją intensywność. A jak jeszcze słyszę skierowane do mnie słowa powitania Księdza Niosącego Światło, czy też czuję pewny uścisk mojej dłoni przez księdza Krzysia, to nawet jestem w stanie się z tego ucieszyć. Zawsze będzie ktoś, komu będziemy przeszkodą, i ktoś, kogo nasz widok będzie po prostu cieszył. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Na koniec zostaje pytanie, czy rachunek sumienia jest tylko dla wierzących. Jeżeli mogę wyrazić swoje zdanie w tym temacie, i nikt mnie za to nie zlinczuje, to wydaje mi się, że w tej konkretnej formie jest on dobry dla wszystkich. Przecież wielu niewierzących może chcieć zmienić coś w swoim życiu na lepsze, a taka forma jest bardzo uniwersalna. Założę się, że wielu z nich raz na jakiś czas zastanawia się, co w ich życiu jest dobre, a co nie. Człowiek jest istotą o skłonnościach filozoficznych, mającą tendencję do analizowania. Taka jest nasza natura i wiara, czy też nie-wiara nie ma z tym nic do czynienia. Bardziej etos, który każdy z nas ma w jakiś sposób wykształcony.

sobota, 24 lutego 2024

1869. W każdym z nas jest coś dobrego

Spróbuj dziś dostrzec jakieś dobre cechy w 3 napotkanych osobach!
Spróbuj zauważyć dziś dobro w ludziach w koło. Może będą to osoby, z którymi masz ciężką relację? Powiedz im o dobru, jakie w nich widzisz.

To zadanie trochę przypominało mi to, które dostaliśmy we wtorek na zajęciach z Wychowania do życia w rodzinie - dydaktyka przedmiotu w zakresie szkoły ponadpodstawowej. Ogólnie to spóźniłam się na nie, ale tak się zdarza przy godzeniu studiowania na dwóch kierunkach. Wchodzę na zajęcia, a tutaj ludzie wymieniają pozytywne cechy jakie widzą w innych. Niestety przez to spotkanie mogłam powiedzieć o dobrych cechach jedynie dwóch osób (niestety, zajęcia miały swój tok), nawet znalazłam kilka dobrych cech w Starościnie, która jest dosyć specyficzna. Za to ja miałam okazję wysłuchania tego, co sądzą o mnie inni. Nawet nie sądziłam, że tyle dobrego mogę o sobie usłyszeć i po prostu aż zrobiło mi się trochę głupio. Ale z drugiej strony, ostatnio trochę spadła moja samoocena, więc może te zajęcia były po to, aby ją podnieść? Bo dobrze jest usłyszeć od innych o tylu pozytywnych swoich cechach.
Co ciekawe, podobną "strategię" staram się stosować na koniec dnia zajęć na świetlicy w stosunku do moich wychowanków. Czasami aż ciśnie się na usta, aby powiedzieć o nich coś złego, ale czy to ich bardziej zmotywuje do zmiany zachowania? Wierzę, że więcej pożytku przyniesie ich publiczna pochwała (zawsze staram się znaleźć coś dobrego we wspólnie spędzonym czasie), a ewentualne upomnienia stosuję indywidualnie i na boku, bez zbędnych świadków. Jakoś tak wierzę w to, że dzięki temu zrozumieją nie tylko to, że tak nie powinni postępować, ale też to, że nie cały świat jest taki zły, jak mogłoby im się wydawać.
Nie wiem, pewnie jestem dziwna, ale w ludziach staram się widzieć raczej dobro, niż zło. Oczywiście różne sytuacje sprawiają, że bywa to utrudnione, i te złe cechy wychodzą na pierwszy plan. Jednak wychodzę z założenia, że człowiek z natury jest dobry, a zło wybiera w wyniku upadków, pójścia na łatwiznę, a nawet własnego strachu. Także na temat większości z Was, moi drodzy czytelnicy, mogłabym powiedzieć dużo dobrego. Bo więcej doświadczyłam od Was dobra niż zła.
Zastanawiałam się też, czy potrafiłabym wykonać to zadanie np. w stosunku do aktualnego księdza proboszcza z mojej parafii. I myślę, że byłoby trudne. To nie tak, że nie dostrzegam w nim dobrych cech. Pewnie gdybym się zastanowiła, to znalazłabym nawet więcej niż te proponowane trzy. Bo przecież nikt z nas nie ma samych negatywnych cech. Jednak przez ostatni tydzień rana, jaką ostatnio mi zadał, nie zabliźniła się jeszcze na tyle, abym potrafiła dostrzec w nim coś dobrego. Nie jestem już na niego zła (przynajmniej tak mi się wydaje), co nie oznacza, że go na nowo lubię. Jestem tylko człowiekiem, który też ma prawo kogoś nie lubić i mieć żal do innych ludzi. Może to jest moja wada? Może powinnam z nią walczyć, aby było jej we mnie jak najmniej? A może to jakiś mój mechanizm obronny, aby nie zwariować? Tym bardziej, że znam swoją wartość, wiem co jestem w stanie zrobić, a czego nie. Długo zastanawiałam się, czy to czasem nie jest oznaką mojej pychy, ale po pierwsze - ja wcale nie chcę być lepsza od reszty scholi, i tak się to nigdy nie stanie, co najwyżej mogę im dorównać. A po drugie - wiele razy coś czytałam na nabożeństwie,  wcześniej nikomu zbytnio nie przeszkadzała moja wymowa, więc nie odbieram to jako udowodnienie ludziom, czy tym bardziej Bogu, że coś potrafię.

piątek, 23 lutego 2024

1868. Czasami wykonanie zadania wielkopostnego jest bardzo proste

Ogranicz dziś korzystanie z Social Mediów
Ogranicz dziś Facebooka, Instagrama, TikToka. Schowaj telefon do kieszeni, skup się na ludziach, którzy są wokół.

To zadanie, przewidziane na piątek, z jednej strony może wydawać się komuś niesamowicie trudne. Dzisiejszy świat wręcz krzyczy o to, aby cały czas być na bieżąco z tym, co się dzieje w social mediach i w ogóle w internecie. Współczesnemu człowiekowi bardzo trudno jest się powstrzymać, aby nie zalajkować jakiegoś postu, zdjęcia, informacji, nie wstawić samemu czegoś na swoje konto, nie skomentować tego, co zrobili czy pokazali inni. Tymczasem okres Wielkiego Postu jest czasem, w którym zaleca się coś, co w dzisiejszym czasie jest niemodne i bardzo trudne, czyli powściągliwość od przyjemności, jeżeli nie przez czterdzieści dni, to chociaż w piątki. Dla mnie taką powściągliwością właściwie od końca gimnazjum jest niekorzystanie z internetu przez tych 7 dni. Bo w zasadzie nie wiem co innego wymagałoby ode mnie takiego samozaparcia i samokontroli jak to.
Pokusa jest olbrzymia, zwłaszcza że zauważyłam że większość spraw załatwiana jest za pośrednictwem messengera (tak jakby nie można było o tym porozmawiać na uczelnianym korytarzu, czy też podczas spotkania wspólnoty). Ale na razie mi się to udaje. Czasami już, już chcę zalogować się czy to na bloga, na facebooka, czy też sprawdzić coś na portalach informacyjnych, ale siłą woli udaje mi się przezwyciężyć to pragnienie. Wszak notatkę czy też komentarz mogę też napisać na drugi dzień i nie sądzę, aby ktoś na tym ucierpiał. A ja żyję w zgodzie z samą sobą i własnym sumieniem. Myślę, że duża w tym jest też zasługa tego, że zamiast smartfona z aplikacjami, które niepotrzebnie sprawiały by pokusę ku zajrzenia tu czy tam, używam najzwyklejszej w życiu Nokii, na której właściwie więcej nie ma niż jest. Oraz tego, że mam dosyć załadowany czas i nie mam kiedy się nudzić. A nuda sprzyja wielu nie do końca potrzebnym czynnością. Podejrzewam, że gdybym tylko miała możliwość robienia notatek ręcznie, to całkowicie mogłabym zrezygnować z używania komputera w wielkopostne piątki. Ale tego niestety nie przeskoczę. Mogłabym nie robić notatek, ale wtedy do końca bym się w nie pogrążyła w weekendy.

czwartek, 22 lutego 2024

1867. Wiedza tajemna

Jeżdżąc na wyjazdy studyjne człowiek ma styczność z osobami z różnych roczników zarówno z teologii, jak i Nauk o Rodzinie (chodzi mi o wyjazdy studyjne z Wydziału Teologicznego). Jak można się domyśleć, kilkudniowe przebywanie ze sobą automatycznie sprzyjało rozmowom między nami, co być może nie byłoby możliwe aż w takim stopniu na wydziale. Czasami wręcz spotykaliśmy się w jednym z pokoi i pół nocy gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Nawet po którymś z takich wieczorków dostaliśmy reprymendę od księdza, który będzie błogosławionym, że on rozumie, że możemy chcieć się integrować na swój sposób, ale żebyśmy tak nie hałasowali po 22. A nasza integracja wyglądała chociażby tak.
Przepraszam za jakość - ciemno już było. Co ciekawe to nie są dziewczyny z mojego rocznika, ale o rok wyższego. 
Podczas jednego z takich spotkań, z tym że już w środku dnia, dziewczyna z ostatniego roku teologii mimochodem rzuciła pewien news o jednym z wykładowców, którzy z nami bili na wyjeździe. Automatycznie zrobiło mi się smutno, bo może i zdałam u niego przedmiot jedynie na czwórkę, ale po prostu lubię tego księdza. Poza tym automatycznie przyszedł mi na myśl leżący wówczas w szpitalu Ksiądz Niosący Światło i poczułam jeszcze większy smutek. Jednocześnie, kiedy wyszliśmy z pokoju, jedna z dziewczyn powiedziała, że ona by tak bardzo tamtej nie ufała, bo ona pisze u niego pracę magisterską i chyba coś by o tym wiedziała.
Trochę mnie to uspokoiło, bo w zasadzie ksiądz wyglądał zwyczajnie. Jak sobie przypomnę rękę Księdza Niosącego Światło na pieszej pielgrzymce do Częstochowy, to było widać, że coś z nią nie tak. Nikt nie bierze silnych leków przeciwbólowych na noc bez powodu. A tutaj nic. Nawet zdecydowałam się pisać u niego moją magisterkę. Bo jakoś nie widziałam siebie ani w tematyce psychologicznej, ani - prawniczej. Ale społeczna jest dla mnie jak najbardziej ok. Na pierwszym semestrze pracowało nam się bardzo dobrze. I na to samo liczyłam w dalszym ciągu. Zapisałam się też do niego na monograf, bo prowadzi całkiem ciekawie zajęcia.
Ten semestr zapowiadał się całkiem obiecująco (żeby było śmieszniej - nie zamknęłam jeszcze poprzedniego). W każdym razie do tego momentu, kiedy nie zobaczyłam, że ów wykładowca nie odwołał zajęć i konsultacji do odwołania. Po plecach przeszedł mnie dreszcz, a umysł z automatu zaczęły bombardować ciemne myśli. I to już nie chodzi o napisanie pracy magisterskiej - magisterkę z pracy socjalnej napisałam bez pomocy promotora, to i tu sobie poradzę jakoś. Wiem, na czym stoję. Bardziej mi chodzi o samego wykładowcę. Nie wiem, może ostatnie wydarzenia tak na mnie wpłynęły, że z optymistki stałam się pesymistką? Albo doświadczenia ostatniej dekady mojego życia? Ostatniego roku? Może za szybko to wszystko się dzieje w moim życiu? Jeszcze nie zdążyłam odpocząć od jednego, a już drugie zwala mi się na głowę. Ja rozumiem, Wielki Post, Droga Krzyżowa, ale te trudności na tej drodze czasami są za trudne do ich pokonania.
Madziałek przeżywa tą na swój sposób. Przez 15 minut wygłaszała monolog, jak to ma przekichane, bo mieli z nim mieć politykę społeczną i ten sam monograf co ja (w zasadzie to jesteśmy na nim razem). Ale kiedy powiedziała, że ma nadzieję, że to nic poważnego, zaprzeczyłam, że to chyba jednak coś poważniejszego. Mina od razu jej zrzedła. Nie chciałam jednak się z nią dzielić moją wiedzą tajemną, żeby chociażby nie rozsiewać plotek. Kurczę, też mi nie jest na rękę jego nieobecność, ale co zrobić. Życie płata wszystkim różne figle i albo to przyjmiemy, albo nie. Myślę, jeżeli to co mówiła na wyjeździe O. jest prawdą, że ksiądz też wolałby być z nami. Los jednak bywa okrutny i złośliwy. I zbyt często zmienia nasze życiowe plany.
Może to całe zdarzenie jest dobrą okazją ku temu, aby zrealizować następujące zadanie wielkopostne:
Pomódl się w intencji swoich bliskich
Pomódl się w intencji swojej rodziny, przyjaciół, osób, które są Ci bliskie. Podziękuj za Nich Panu Bogu.
Myślę, że nikt się nie obrazi, jeżeli podciągnę tutaj księdza A.

środa, 21 lutego 2024

1866. Rozmawiajmy ze sobą

Porozmawiaj z tą osobą w szkole czy pracy, obok której inni przechodzą obojętnie
Porozmawiaj dziś z osobą, która wydaje się być trochę "z boku". Osobą, na którą inni nie zwracają uwagi.

To zadanie wcale nie jest takie trudne, na jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. W mojej pracy są różne dzieci. Niektóre z nich są przebojowe, a inne wręcz odwrotnie - ciche i spokojne, takie jakby ich nie było. Zawsze trzymają się na uboczu, niespecjalnie angażują się w zajęcia. Z jednej strony może to być taki etap rozwojowy (sama zachowywałam się podobnie na etapie liceum), z drugiej sytuacja rodzinna naszych dzieciaków jest naprawdę różna. U kilku z nich podejrzewam też jakieś spektrum autyzmu, nie mam jednak kompetencji, ani tym bardziej pełnej wiedzy, ku temu, aby w pełni ich zdiagnozować. Co ciekawe, pracujący na świetlicy psycholog, też do końca nie jest tego pewien. A skoro on nie wie, to ja tym bardziej nie mam takiej wiedzy.
Dlatego jako wychowawcy bardzo często rozmawiamy z tzw. "odludkami". Osobiście nie lubię tego terminu, ale nie mogę znaleźć innego, który w pełni by oddawało ten stan. Czasami jest to łatwe, i dzieciaki prędzej się otwierają przed nami, niż przed rówieśnikami, a czasami wręcz przeciwnie - zamykają się w swojej własnej skorupie, do której nikt nie ma dostępu. Niekiedy potrzebują czasu, aby wyjść z tejże skorupy, a czasami wizyty u świetlicowego psychologa. A czasami nic już nie pomaga i to tak naprawdę jest najgorsza z opcji, bo nie wiadomo, co się dzieje w ich głowach.
Jak więc możecie się domyśleć - zasadę tą stosuję nie tylko jednorazowo, tylko znacznie częściej. I to  nie tylko w pracy, ale też w życiu codziennym. Kiedyś miałam z tym problem z powodu mojej niepełnosprawności, obawiałam się, czy ludzie, zwłaszcza dorośli, bo dzieciakom już odpuszczam, będą mnie rozumieć, ale teraz nie mam już go. No, chyba że dzieją się takie rzeczy jak ostatnio. Tylko, chyba tak właściwie to nie mam wpływu na niektóre przekonania innych ludzi. To ich sprawa i ich problem.

Z innej beczki:
w zeszłym tygodniu na Duszpasterstwie Akademickim omawialiśmy fragment Ewangelii wg św. Marka opowiadający o tym, jak Pan Jezus udał się na pustynię, a następnie rozpoczął swoją nauczycielską działalność. Pytanie księdza Krzysia brzmiało gdzie jeszcze w Piśmie Świętym znajdziemy liczbę 40. Ośmieliłam się i odpowiedziałam, że potop trwał 40 dni, Izraelici wędrowali przez pustynię przez 40 lat, Eliasz i Mojżesz też pościli przez 40 dni przed ważnymi wydarzeniami oraz 40 dni po śmierci nastąpiło wniebowstąpienie Pana Jezusa. A dzisiaj słuchając Pierwszego Czytania znalazłam jeszcze jedno wydarzenie, w którym liczba 40 odgrywa ważną rolę - Jonasz miał iść do Niniwy, aby powiedzieć jej mieszkańcom, że mają właśnie 40 dni na to, aby się nawrócić. W przeciwnym razie miasto czeka zagłada. A więc wygląda na to, że liczba 40 w Piśmie Świętym ma naprawdę wyjątkowe znaczenie.

wtorek, 20 lutego 2024

1865. "Jaki tu spokój, na, na, na, na"

Jeżeli miałabym wybrać jakąś piosenkę odzwierciedlającą to, jaką atmosferę zastałam dzisiaj po dotarciu do pracy, to byłaby zapewne "Jaki tu spokój" wykonywana przez chyba mało znany zespół Stauros. W ogóle przez przypadek wyczytałam informację, że jest to piosenka z filmu "E=mc2", ale filmu jeszcze nie oglądałam więc nie wiem. Za to kiedyś całkiem przypadkowo włączyła mi się ona na youtubie. Wiecie jak to jest: już, już człowiek ma coś przełączyć, kiedy przysłuchuje się czemuś ze zrozumieniem i myśl sobie - ej, a może to nie jest takie złe? W końcu została ona jedną z tych piosenek, która sobie włączam, kiedy mam gorsze dni. Nie zawsze pomaga, ale często kieruje moje myśli na inny tor.
Myślę, że łatwo sobie wyobrazić rozgardiasz, jaki dzieciaki robią na świetlicy, biegając jak nakręcone po pomieszczeniach. Czasami człowiek ma dość samego hałasu, a przecież musi ich pilnować aby nic im się nie stało. Raz na jakiś czas jest spokojnie - tak jak dzisiaj. Aż zastanawiałam się, czy ja trafiłam do dobrej placówki. Jedni grali na komputerze, drudzy układali klocki, jeszcze inni po prostu siedzieli na krzesłach i kanapach i zgodnie z tekstem piosenki - nudzili się. Tym ostatnim trzeba było wymyśleć zajęcie, ewentualnie zachęcić do odrobienia zadań domowych. Ale przynajmniej nie wariowali. Jestem ciekawa na ile starczy im tej grzeczności i spokoju i kiedy zacznie wychodzić z nich diabełek. Nie mniej, była to miła niespodzianka po powrocie z L4. Tym bardziej, że na uczelni zaczęłam maraton zaległych egzaminów i po dwóch dniach jestem wykończona. A przecież to dopiero początek. Przełom stycznia i lutego zdecydowanie nie jest najlepszą porą na chorowanie.
Dzisiejsze zadanie z KBO ŚDM brzmiało:
Rozważ dzisiejszą Ewangelię
Wielki Post to czas szczególnego wsłuchiwania się w Słowo Boże! Jeśli ciężko sięgnąć ci w ciągu dnia po papierową wersję Pisma św., znajdź aplikację na telefon z Biblią, w większości z nich jest opcja czytań na dany dzień; może uda ci się do niej zajrzeć w drodze do pracy czy na uczelnię, stojąc w korku, w kasie, czy kolejce spróbuj wybrać sobie jedno zdanie, które będzie z Tobą tego dnia.

Nie zapytałam Księdza Niosącego Światło o film, do którego nawiązał podczas kazania po Gorzkich Żalach. Dzisiaj nie miał dyżuru w konfesjonale, a jedynie koncelebrował Mszę. Do niego należało też odczytanie fragmentu z Ewangelii według św. Mateusza mówiącej o tym, jak Pan Jezus podyktował swoim uczniom tekst modlitwy "Ojcze nasz". Jest to jedyna modlitwa, która została przekazana bezpośrednio przez Syna Bożego. Siedem prostych próśb, które są wypowiadane, jeżeli nie w modlitwie, to podczas Mszy świętej. Pierwsze trzy odnoszą się względem Boga, kolejne cztery - nas samych. Po Ewangelii nie było kazania, a szkoda, bo pewnie wszystkie zostałyby w piękny sposób omówione.
Nie przeszkodziło mi to jednak w wybraniu jednego wezwania, które w aktualnym czasie jest mi bliskie. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że jest to "i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Tylko, że mój gniew odnośnie sytuacji z parafii jakoś tak mi już minął. Nie jestem już zła ani na proboszcza (co nie jest równoznaczne z tym, że zaczęłam go lubić, bo to prawdopodobnie się już nigdy nie stanie z mojej strony - przepraszam, jestem tylko człowiekiem), ani na Panią Dyrygent. Po prostu zaczęłam to traktować jako kolejną kłodę rzuconą mi przez życie pod nogi, którą muszę przeskoczyć. Chyba nawet po cichu im wybaczyłam, ale raczej w najbliższym czasie nie pojawię się ani na scholi (o ile jeszcze przyjdzie mi chęć, aby w niej śpiewać), ani w ogóle w kościele. W moim parafialnym kościele. Bo coś czuję, że bym się niepotrzebnie zdenerwowała. A jeżeli można unikać niekomfortowych sytuacji, to dlaczego miałabym tego nie robić? Toż to chyba nie grzech.
Myślę, że dużo bliższe teraz wydaje mi się wezwanie: "Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi", powtarzane jak mantra w szczególnie trudnych chwilach. A tych w ciągu ostatniego roku nie brakowało - zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Z tym, że te drugie dużo trudniej jest człowiekowi przyjąć. Tak bardzo przecież każdy z nas pragnie, aby żyło nam się jak najlepiej w każdej sferze. Często wątpimy, czy też złościmy się, jeżeli coś w tym naszym poukładanym życiu nie wyjdzie. Tymczasem wydaje mi się, że ważne jest, aby kiedy opadnie ten nasz pierwszy gniew (który sam w sobie nie jest niczym złym, jeżeli nie prowadzi do niczego więcej), jeszcze raz przyjrzeć się zaistniałej sytuacji i na spokojnie ją przeanalizować. I może chociaż starać się ją przyjąć jako kolejne doświadczenie życiowe, być może bolesne, nawet bardzo. To może być trudne, nawet bardzo, tym bardziej, że każdy z nas chce być wyjątkowy i niepowtarzalny, a takie sytuacje tylko podcinają nam skrzydła. Ale może są właśnie po to, abyśmy nie obrośli w piórka? Zresztą myślę, że Bóg zawsze wie co robi i nawet kiedy coś nam na pozór zabiera, to nikt z nas nie wie, co tak naprawdę dostanie w zamian. Dlatego po opadnięciu pierwszych negatywnych emocji warto przyjąć wolę Bożą. Zwłaszcza, że Boże marzenia względem każdego z nas niemal zawsze się spełniają, trzeba tylko spokojnie dać się do nich zaprowadzić. Nie mylcie tego jednak z biernością, bo każdy z nas ma prawo walczyć o swoje, zwłaszcza w istotnych dla niego sprawach. Jednak to, co nam tu i teraz wydaje się ważne, może być tylko kamyczkiem na naszej drodze. Dla jednych ta droga będzie prosta, dla innych wyboista i pełna kamieni, ale na końcu każdej z nich mogą znajdować się takie "skarby", o jakich nikomu z nas się nie śniło.

poniedziałek, 19 lutego 2024

1864. Komfort duszy

Obiecałam sobie, że nie będę się przejmowała jakimiś dziwnymi i niezrozumiałymi, jak dla mnie, pomysłami i zarządzeniami księdza proboszcza. Z perspektywy doby widzę nawet pewną nieścisłość pomiędzy jego słowami, a postępowaniem. Tutaj podczas kazania mówi o odwadze w kontaktach z innymi ludźmi, a tak naprawdę zabrakło mu jej aby powiedzieć mi wprost, że nie chce abym coś czytała w kościele. Może bym to nawet zaakceptowała, a już na pewno próbowała zrozumieć. Tak samo pani Dyrygent. Tymczasem przez cały rok wszyscy grali ze mną w kotka i myszkę, pewnie sądząc, że się nie zorientuję. Zorientowałam się. Tu chyba już nie chodzi o sam fakt zabronienia mi pewnych rzeczy, nawet nie podając powodu (chociaż ja się domyślam) ile o to, że nie widzieli potrzeby powiedzieć mi o tym. Dzisiaj już wszystko przeszło w stan zobojętnienia, chociaż czasami robi mi się przykro, jak ni stąd, ni zowąd sobie o tym przypomnę.
Jednak postanowienie to jedno, a rzeczywistość drugie. Jak można się domyśleć, nie miałam już najmniejszej ochoty iść do mojego kościoła na Gorzkie Żale. Pewnie znowu usłyszałabym jakieś kazanie żywcem ściągnięte z netu... Już wolałam przejść się te dwa kilometry do parafii Księdza Niosącego Światło, ochłonąć trochę, przemyśleć kilka spraw. Ale im więcej wszystko analizowałam, tym bardziej chciało mi się płakać. Może to jednak nie był taki dobry pomysł? No nie ważne. Do kościoła dotarłam przed 17. A nabożeństwo miało się rozpocząć o 17:15. Sam kościół był zamknięty, ale otwarty był jego przedsionek. Weszłam do niego i usiadłam na jednej z ławek chowając głowę w dłoniach. Nagle usłyszałam, jak klucz przekręca się w drzwiach oddzielających przedsionek od świątyni, one same się otwierają, a zaraz potem dotarło do mnie pełne zaskoczenia: "Karolina? Co się stało?". Tylko pokręciłam przecząco głową i poszłam do swojej ławki. Ksiądz Niosący Światło wyczuł chyba, że coś jest nie tak (w zasadzie trudno było nie) i poszedł za mną, siadając tuż obok. "No to co się stało?". Powiedziałam mu, że nic ważnego. No przecież nie będę donosić na własnego proboszcza. Trochę był też chyba zaskoczony moim nastrojem, ale gdyby wiedział ileż to łez wypłakałam podczas jego choroby... Tradycyjnie ścisnął moje złożone w pięści dłonie i uśmiechnął się uspakajająco. "Będzie dobrze" szepnął wstając z ławki. Chwilowo nawet się uspokoiłam i dosyć egoistycznie pomyślałam, że szkoda iż nigdy nie będzie w naszej parafii.
Dzisiaj przed wieczorną Mszą świętą odważyłam się i zapytałam go, czy gniew trwający góra kilka godzin, a następnie przechodzący w żal, jest tak ciężkim grzechem, że trzeba się z niego spowiadać. Nie wdrażałam go w szczegóły, nie wiem jakie mają stosunki w dekanacie, a już ani nie chcę oczerniać mojego proboszcza, ani robić sobie ewentualnych kłopotów. Pokręcił przecząco głową twierdząc, że nie, bo to emocja jak każda inna. Jeżeli nie trwa zbyt długo, a jeden dzień możemy tak odbierać i zbytnio nie ubliżamy innym w myślach, to nic się złego w naszej duszy nie dzieje, a wręcz ma ona szansę się "oczyścić". Gorzej, jeżeli jest to jakiś chroniczny stan. I dla ciała, i dla duszy. Trochę mnie tym uspokoił. Ale tylko trochę.
Po Gorzkich Żalach pojechałam do Kato na Duszpasterstwo. O 20:00 mieliśmy Mszę w kaplicy mojego wydziału, a po niej spotkanie formacyjne, już w ośrodku DA. Godzina jak dla mnie mega późna, zważając, że dzisiaj miałam zajęcia na uczelni od 8:00 rano, ale wydaje mi się, że studiowanie w Grodzie Kraka nieco mnie pod tym względem zahartowało. Kiedy udałam się do Kato byłam już w lepszej formie psychicznej, niż te 2 godziny wcześniej, ale chyba dalej emanowały ode mnie te emocje. W każdym razie ksiądz Krzysiek wyczuł, że coś jest nie tak (też mnie nigdy nie widział w takim stanie). Najpierw, jeszcze na wydziale, próbował dowiedzieć się, co się stało (powiedziałam mu, że mam małe problemy w parafii), a potem po prostu wziął mnie w ośrodku do przedpokoju i tam siedział ze mną na kanapie. Nie rozmawialiśmy o tym, co się stało, chociaż wiem, że by mnie przynajmniej wysłuchał, ale po prostu siedzieliśmy i milczeliśmy. A czasami milczenie też może być zbawienne. Zwłaszcza kiedy człowiek nie wie, co właściwie ma powiedzieć.
Kiedy tak sobie siedziałam obok księdza Krzysia i milczałam, uświadomiłam sobie, że czuję coś co można nazwać "komfortem duszy". To sytuacja, kiedy człowiek mimo negatywnych emocji jakie nim targają, zaczyna odczuwać wewnętrzny spokój, a zarazem i pokój, tylko poprzez samo obcowanie z drugim człowiekiem. To nie musi być kontakt fizyczny czy też werbalny, wystarczy tylko sama obecność osoby, której się ufa i przy której człowiek czuje się w miarę bezpiecznie. Kiedyś, ponad dekadę temu, był to ksiądz Wojtek. Wiedziałam, że kiedy mam problem to mogę do niego przyjść, że zawsze znajdzie czas, aby mnie wysłuchać, doradzić, pobyć. Po jego odejściu długo nie mogłam znaleźć nikogo, kto by był dla mnie kimś takim. Aż do teraz. I to w dodatku dwóch duchownych. Takich, którzy całym sobą budują tylko i wyłącznie łączące mosty, a nie dzielące mury. Tylko szkoda, że nie z mojej parafii? Jakie cechy powinna posiadać taka osoba? Najzwyczajniejsze w świecie - akceptacja drugiego człowieka takim, jaki jest. Z jego zaletami, ale też wadami. 
I tylko żałuję jednego: że w tym wszystkim zapomniałam tytułu filmu, do którego nawiązał Ksiądz Niosący Światło podczas kazania pasyjnego. Samo kazanie pasyjne, oparte na analizie obrazu Hieronima Bosha "Siedem grzechów głównych" kolejny raz urzekło mnie swoją prostotą, a zarazem głębią. Szukałam tego tekstu na internecie niemal pewna, że posłużył się gotowcem. Nie znalazłam nic nawet w podobnym stylu. Jeżeli on sam to wszystko ułożył, na co wszystko wskazuje, to kolejny raz pokazał, że nie na darmo ma takiego patrona. Kiedy on tylko znalazł na to czas i siłę? Przecież tam każde zdanie było przemyślane i dokładnie opracowane. Aż sobie w pewnym momencie pomyślałam: daj Panie Boże, aby wytrwał z tymi kazaniami przez wszystkie niedziele Wielkiego Postu. Tylko ten film... Szkoda, że nie pamiętam tytułu, bo może byłby ciekawym wypełnieniem dzisiejszego wielkopostnego zadania:
Obejrzyj coś wartościowego
Widziałeś już "Przełęcz ocalonych"? "Niebo istnieje naprawdę"? "The Chosen"? "Odważnych"?

A jakby tak podpytać jeszcze raz o ten film księdza? Na pewno polecił coś ciekawego. Tak jak podczas noworocznego kazania, które ciągle we mnie siedzi. Wszak to chyba tylko dlatego zdecydowałam się na obejrzenie "Dwóch papieży" właśnie po nim.

niedziela, 18 lutego 2024

1863. Tak łatwo...

Za oknem coraz śmielsze podmuchy ciepłego powietrza, a i ja czuję się coraz lepiej. Przynajmniej fizycznie, bo psychicznie jestem w jakimś dołku, z którego chyba długo, długo nie wyjdę. Podobno każdy z nas ma taką granicę, po której przekroczeniu trudno jest mu się pozbierać. Z czasem ta granica ulega automatycznemu przesunięciu, ale to pierwsze nadepnięcie na nią jest bardzo bolesne. Na razie jestem skołowana i czuję się tak, jakbym dostała obuchem w głowę. Jakby ktoś wylał na mnie wiadro pomyj. Kopnął w kąt, jak niepotrzebną już rzecz. Moje zaufanie do niektórych osób spadło do zera. Czy je kiedyś odzyskam - nie mam pojęcia.
Jedno jest pewne - poczułam takie zerwanie więzi z moją rodzinną parafią jak nigdy przedtem, chociaż różne bywały sytuacje. Kapłani dziwią się, że jest tak mały odsetek ludzi uczęszczających na niedzielną Mszę świętą? To niech się zastanowią co robią. Bo jak to mądrze powiedział podczas robienia dekoracji bożonarodzeniowej Ksiądz Niosący Światło, "to nie jest moja parafia, a wasza. Ja odejdę, ale wy zostaniecie". Myślę sobie, że wielu z nich o tym zapomina i zapędza się w swoich działaniach tak, jakby mieli być na parafiach na wieki wieków. Tymczasem ludzi łatwo jest zrazić swoim postępowaniem, a trudniej jest odbudować w nich to, co budowane było przez lata. Szkoda, że tak często o tym zapominają.

Kościół, jako wspólnota wiernych, na wzór Chrystusa winien pochylać się nad ludźmi słabymi, chorymi, potrzebującymi pomocy, odrzuconymi czy znękanymi. Pomocy potrzebuje każdy brat - Jezus umył nogi swym uczniom, ucząc ich nowej logiki, „logiki miłości, która się daje zwłaszcza najmniejszym i potrzebującym”. Pomódl się zatem dziś w ich intencji.

sobota, 17 lutego 2024

1862. Maluteńkie tęsknoty

Porozmawiaj dziś z osobą, z którą dawno nie miałeś kontaktu
Znajdź dziś czas, aby porozmawiać z kimś, z kim przez codzienne zabieganie nie masz czasu porozmawiać od dłuższego czasu. Może to ktoś z rodziny, a może ktoś, kto czeka na rozmowę z Tobą?

Jest taka osoba, z którą bardzo ale to bardzo chciałabym móc porozmawiać. Dowiedzieć się co u niej słychać, co robią jej synowie których pamiętam z czasów, kiedy byli małymi dziećmi. Chociaż na pozór z każdym kolejnym rokiem jej nieobecności w moim życiu powinnam coraz bardziej o niej zapominać, dzieje się coś innego - ja przypominam sobie o niej coraz bardziej i bardziej. Czy zdobędę się kiedyś na ten moment odwagi, aby ją odszukać i porozmawiać tak od serca? Mam nadzieję, że tak.
Zamiast tego napisałam meila do kobiety, znanej na blogu jako pani Mary Poppins. Zawsze bardzo dobrze mi się z nią rozmawiało pomimo stereotypów, jakie panują o paniach pracujących w dziekanatach. Ona była całkowitym ich zaprzeczeniem. Kiedy było mi smutno, albo miałam jakiś problem lub zmartwienie, to zawsze kierowałam kroki w kierunku jej gabinetu. Wiedziałam, że mogłam jej się wygadać, a ona za każdym razem mówiła coś takiego, że od razu robiło mi się lżej na duszy. Tak bardzo żałuję, że mogłam z nią mieć kontakt jedynie przez 1,5 roku, bo ostatni semestr magisterki z pracy socjalnej to były zajęcia zdalne z powodu pandemii koronawirusa. Teraz właściwie się nie widujemy, bo ona w dalszym ciągu pracuje na uczelni w Grodzie Kraka, ja zaś u siebie, na Śląsku. Wiem, że w zadaniu było wskazane, aby porozmawiać z kimś, ale może meil też jest do zaakceptowania, jeżeli nie ma innego sposobu? Może, może się z niego ucieszy? A może o mnie zapomniała, a ten meil jej o mnie przypomni?

piątek, 16 lutego 2024

1861. Za wysokie mam wymagania

Rozważ drogę krzyżową
Spróbuj znaleźć rozważania, które ci odpowiadają, przejdź się na spacer i rozważaj tę Drogę z Bogiem w samotności; albo w domu, znajdź spokojną chwilę; a może wybierz się na Drogę Krzyżową w parafii?

Walcząc z samą sobą i własnym sumieniem wykonałam zadanie idąc na Drogę Krzyżową w mojej parafii. Najchętniej poszła bym do parafii Księdza Niosącego Światło, ale gdzieś z tyłu głowy człowiek ma cichą nadzieję, że jak się będzie starał to może go zauważą i docenią. Wiem, że to infantylne i dosyć dziecinne myślenie, ale co ja mam zrobić, jeżeli nie potrafię inaczej sobie tego wytłumaczyć. A z drugiej strony - czyż nie mamy stać się jak dzieci, aby wejść do Królestwa Bożego? 
W zasadzie nie wiem, czego się spodziewałam, że ktoś się ucieszy na mój widok, tak jak Ksiądz Niosący Światło? Że ktoś po prostu powie "jak dobrze cię widzieć?". Czy po piętnastu latach można być takim naiwnym? Jak widać - można. Ta naiwność kiedyś mnie zgubi. Z drugiej strony zastanawiałam się, czy jeżeli ludzie mieli do przeczytania po 3, a nawet i 4 stacje Drogi Krzyżowej, to czy faktycznie nie było możliwości rozłożyć ich tak, abym miała chociaż jedną. No ale nic, widać za dużo wymagam od innych.
A przy okazji zrobiłam pewien eksperyment. Ponieważ od zakończenia nabożeństwa Drogi Krzyżowej do 18:00 pozostał jakiś kwadrans, nie było szans abym dotarła przez ten czas do oddalonego o ponad 2 kilometry drugiego kościoła. Mogłabym próbować podjechać autobusem, ale i tutaj pojawiło się ryzyko, że nie zdążę. Zostałam więc u siebie. I wiecie co - dziwnie się czułam. Brakowało mi wiecznie uśmiechniętych księży (za to był wiecznie poważny proboszcz, właściwie to nawet trudno określić jego emocje na podstawie mimiki twarzy) i w ogóle atmosfery z Maksa. Nawet nie przypuszczałabym, że tak bardzo się wtopię w tamtą społeczność. I że tak szybko. Ale może gdyby u mnie było normalnie, to nie szukałabym tego wszystkiego gdzie indziej.

czwartek, 15 lutego 2024

1860. Ten projekt wcale nie był taki trudny do wykonania

Wreszcie się zmobilizowałam i wpisałam propozycje tytułów książek w ramach międzynarodowego projektu, do którego zostałam zaproszona. Na początku zaskoczyło mnie to, że ktoś nie tylko mnie zauważył spośród tłumu mniej lub bardziej rozgarniętych studentów na Wydziale Teologicznym, ale też uwierzył w moje możliwości, nawet jeżeli logika początkowo podpowiadałaby coś innego. Z drugiej strony, zaproponowała mi to wykładowczyni, która była z nami rok temu w maju na wyjeździe studyjnej do Rzymu. A że miałam tam swoje przysłowiowe 5 minut jako przewodnik, to mogła się na własne oczy przekonać, że w moim przypadku obraz wizualny to jedno, a rzeczywiste możliwości to drugie. W ogólnie zauważyłam, że sporo osób zaczęło mnie inaczej postrzegać po tamtych kilku dniach, zarówno wśród studentów, jak i wykładowców. I cieszy mnie to, i martwi. Cieszy - tu chyba nie muszę tłumaczyć. Martwi, bo wychodzi na to, że całe moje życie oparte będzie na udowadnianiu czegoś innym.
Już od początku, kiedy usłyszałam o tym projekcie, chciałam wziąć w nim udział, nie miałam jednak odwagi sama iść i się zgłosić. Jakoś nie czułam się godna tego zaszczytu. W ogóle przeszło mi nawet przez myśl, że to może być wywyższanie się ponad innych, a na tym akurat najmniej mi zależy. Bardziej zależy mi na samorozwoju, zdobycia ciekawych doświadczeń, dowiedzeniu się czegoś nowego. To chyba nie jest nic złego. Zwłaszcza kiedy nie przyćmiewa mojego całego życia. Tak samo jak sport - jest dobry, ale jeżeli poświęca się mu cały czas, to nie wyniknie z tego dużo dobrego, bo zaniedba się inne rzeczy. Jednak skoro zaproponowała mi to sama koordynatorka, to postanowiłam skorzystać z okazji i spróbować. Tym bardziej, że oprócz mnie wytypowano jeszcze dwoje studentów do udziału w tymże przedsięwzięciu.
Na początku zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać i praktycznie byłam tym trochę przerażona. Kiedy jednak dowiedziałam się, że mam po prostu wyszukać książki o podanej tematyce, to chciało mi się śmiać. No bo ja naprawdę spodziewałam się czegoś mega trudnego, a tutaj nie mogłam sobie wymyśleć lepszego zajęcia. Niemal od razu (czyli przełomu grudnia i stycznia) wzięłam się do szukania. Była to dobra decyzja, ponieważ styczniowo-lutowa infekcja osłabiła mnie na tyle, że nie zawsze znajdowałam siły, aby usiąść do komputera. Udało mi się znaleźć 30 książek we wskazanej tematyce. Może to nie jest oszałamiająca ilość, ale jeżeli pozostałe dwie osoby znajdą podobną ilość pozycji, to już będzie całkiem niezła liczba 90 tytułów. Dzisiaj przed południem wysłałam wszystkie propozycje do bazy. Mam nadzieję, że jak najmniejsza ich ilość zostanie odrzucona. 
Chciałam to zrobić jeszcze przed rozpoczęciem nowego semestru, ponieważ pierwsze jego półtorej tygodnia to będzie nadrabianie maratonu egzaminacyjnego. Już nawet nie chcę myśleć, ile mam materiału do zaliczenia. Najgorsze dla mnie jest to, że powoli zaczęłam się gubić w informacjach, które mam ogarnąć. Tak bardzo chciałabym mieć to już za sobą. I to najlepiej zdane w pozytywny sposób.
Co do Wielkiego Postu i zadań, jakie proponuje na ten czas KBO ŚDM, to dzisiejsze polecenie brzmiało:
Wykonaj miły gest dla bliskiej Ci osoby
I krótkie wyjaśnienie:
Spróbuj zaplanować dzień, w którym zrobisz dla kogoś Ci bliskiego coś miłego. Wybierz tę osobę, przygotuj się, pomyśl co możesz zrobić. Niech to będzie dobry uczynek zaplanowany, przemyślany. Nie przypadkowy.

Zadanie dało mi trochę do myślenia, bo cóż też może drugiemu dać taka osoba jak ja? Baca mieszka za daleko, aby spędzić z nim wieczór. Szkoda, bo bardzo lubię spędzać czas w jego towarzystwie i po prostu już tęsknię za nim i jego żartami. Ale potem przyszła myśl, że może warto spędzić swój wolny czas z Kropką i jej bratem Adamem? W zasadzie nie widziałam się z nimi od ich powrotu z zimowiska. Zawiozę im jakieś słodycze, może będą potrzebowali pomocy w nauce. Myślę, że to będzie dobry pomysł.

środa, 14 lutego 2024

1859. Pomijana

W scholi działam już 15 lat. Kiedy wstępowałam w jej szeregi byłam nieco nieśmiałą i raczej zamkniętą w sobie nastolatką, pomimo tego, że już od jakichś 7-8 lat trenowałam bieganie. Pomimo nowego obowiązku, jakim było chodzenie dwa razy w tygodniu na próby śpiewu, i w szkole, i na treningach radziłam sobie całkiem nieźle. Nawet dostałam się do wojewódzkiego etapu olimpiady matematycznej, co nie było takie łatwe. Jedyne co mnie denerwowało to, to, że muszę czekać, aż pozwolą mi śpiewać na Mszach. Ale myślałam, że może tak po prostu ma być, co znów nie było prawdą, bo inni mogli śpiewać od razu. Wtedy jednak nie zwracałam na to uwagi. I naprawdę cieszyłam się z tego, że wreszcie mogłam stanąć z innymi podczas niedzielnego śpiewu.
Przez te 15 lat można powiedzieć, że byłam tak często, jak tylko mogłam. Nieraz przychodziłam na Msze święte, nabożeństwa i próby zaraz po treningu, zajęciach w szkole, a potem na uczelni. Zmęczona i głodna, a czasami i chora, bo przecież nie miałam kiedy zjeść obiadu. Ale nie chciałam niczego opuszczać. Nawet, kiedy uczyłam się w Krakowie, to potrafiłam prosto z zajęć przyjechać do kościoła. Czasami byłam jedną z dwóch, trzech osób, które pojawiły się na nabożeństwie. Ale byłam. Jedyny wyjątek stanowił okres, w którym przez dwa lata uczyłam się na technika administracji w szkole policealnej. Zajęcia były w weekendy, a więc zdarzało się, że wypadały też w niedzielne przedpołudnia. Jednak nie tylko ja studiowałam zaocznie w scholi. A prosto po zajęciach potrafiłam dotrzeć na wieczorną Mszę świętą, pomimo zmęczenia i konieczności przygotowania się do studiów stacjonarnych w tygodniu.
Czasami zdarza się, że coś czytam, chociaż w porównaniu z innymi członkami scholi wypadam pod tym względem naprawdę blado. Kiedyś cieszyłam się, że średnia moich czytań wynosi 1 na rok (po jakichś 10 latach śpiewania w scholi), teraz ten współczynnik wynosi poniżej owej jedynki. W ciągu ostatniego roku na prawdę nie miałam ANI RAZU nic podczas Mszy świętych do przeczytania w macierzystej parafii. Nie dlatego, że nie chodziłam, nie dlatego, że w scholi jest tyle osób, że jest to niewykonalne (jest nas raptem 7 osób..., nie wierzę że przy odrobinie chęci nie dałoby mi się chociaż raz czegoś dać). Dlaczego? Nie mam pojęcia. Gdyby nie Duszpasterstwo Akademickie to w ogóle bym przez ostatni czas nic nie czytała.
I jeszcze to. Łudziłam się, że chociaż na czytania podczas Drogi Krzyżowej się załapię. Ale gdzie tam. Człowiek opuścił kilka niedzielnych Mszy świętych. Nie dlatego, że chciał. Dlatego, że był chory i słaby. Tak słaby, że wykładowcy sami z siebie zwalniali go z zajęć na uczelni, mimo gorącego okresu i zbliżającej się sesji. Tak słaby, że nie był w stanie pojawić się na pierwszym terminie egzaminów. Był raz, na odpuście parafialnym. I wtedy wszyscy się dziwili, że przyszedł w takim stanie. No to w dalszym ciągu nie przychodził, z powodu choroby. Przyszłam dopiero w Środę Popielcową. 
Po Mszy świętej prowadząca scholę prawie wszystkich się zapytała, czy będą w piątek, bo schola ma dyżur na Drodze Krzyżowej. Prawie, bo mnie pominęła. Tak, jakbym nie istniała. Zrobiło mi się przykro, że po tylu latach nawet na tyle nie mogę liczyć.
No po prostu deja vi z poprzedniego roku, kiedy z powodu grypy (albo koronawirusa), nie byłam na tej Mszy, na której rozdawano czytania na czuwanie podczas Wielkiego Piątku. Prowadząca scholę nawet nie próbowała się dowiedzieć, czy wtedy będę, chociaż wcześniej nie stanowiło to dla niej problemu. To wtedy poczułam, że coś tutaj jest nie tak.

Zabolało wtedy i boli do dzisiaj.
Boli, jeżeli człowiek zdał sobie sprawę z tego, że przez ostatni rok był bez przerwy pomijany.
Boli, jeżeli ktoś przez tyle lat starał się być.
Boli, jeżeli człowiek widzi, że inni nie są wcale tak więcej razy w parafii na scholi, niż on sam.
Boli, że takie rzeczy dzieją się w instytucji, gdzie wszyscy powinni być równi.
Boli, kiedy człowiek uświadomi sobie, że tak właściwie inni ludzie, którzy znają mnie znacznie krócej bardziej wierzą we mnie i w moje mizerne możliwości niż ci, którzy dopiero co mnie poznali.
Boli, boli, boli... I źle, że po tylu latach doczekałam się takiego traktowania.
Wygląda na to, że żyjemy w czasach, kiedy nie ma ŻADNEGO sposobu na skontaktowanie się z nieobecną osobą w celu zweryfikowania, czy będzie wtedy i wtedy. Ewentualnie trzeba przychodzić na Msze z udziałem scholi z gorączką i kaszlem. Może wtedy mnie zauważą...
Kiedyś próbowałam o tym porozmawiać z prowadzącą scholę. Nie dość, że nie dała mi się do końca wypowiedzieć, to jeszcze zrzuciła na mnie wszystko twierdząc, że niewystarczająco się udzielam. Błędne koło - może i nie udzielam się w takim stopniu, w jakim bym mogła, ale jaką mam ku temu okazję? Zero czytań, zero możliwości przygotowania jakiejś akademii, czy chociażby tekstów do przeczytania na nabożeństwa. Kiedyś obiecali mi, że będę mogła zorganizować im wycieczkę do Wadowic. Ale kiedy poruszałam temat, to zawsze było coś dużo ważniejszego, co powodowało, że nie mogła tego sfinalizować. Kiedyś, kiedy zapytałam prowadzącą scholę, dlaczego to ja muszę na wszystko czekać, usłyszałam jakieś mętne tłumaczenie skwitowane: wczuj się w moją sytuację. Chodziło o to, że dzieciaki bez przerwy coś dostają. Tylko, czy ona kiedykolwiek pomyślała co ja czuję z każdym kolejnym razem, kiedy mnie pomija?
Źle mi z tym. I nie wiem, czy będzie kiedyś lepiej...

Podobnie jak w przypadku adwentu, tak i na Wielki Post Krajowe Biuro Organizacyjne przygotowało akcję z zadaniami na każdy jego dzień. Pierwsze z nich brzmi następująco.
Pomyśl nad swoim postanowieniem Wielkopostnym.
I krótkie jego objaśnienie:
Wielki Post - czas nawrócenia i pokuty. W tym okresie zastanawiamy się nad tym, kim jesteśmy i jak wygląda nasza relacja z Bogiem. Dziś zachęcamy do zastanowienia się nad strefą naszego życia, która wymaga pracy i podjęcia postanowienia Wielkopostnego.