W scholi działam już 15 lat. Kiedy wstępowałam w jej szeregi byłam nieco nieśmiałą i raczej zamkniętą w sobie nastolatką, pomimo tego, że już od jakichś 7-8 lat trenowałam bieganie. Pomimo nowego obowiązku, jakim było chodzenie dwa razy w tygodniu na próby śpiewu, i w szkole, i na treningach radziłam sobie całkiem nieźle. Nawet dostałam się do wojewódzkiego etapu olimpiady matematycznej, co nie było takie łatwe. Jedyne co mnie denerwowało to, to, że muszę czekać, aż pozwolą mi śpiewać na Mszach. Ale myślałam, że może tak po prostu ma być, co znów nie było prawdą, bo inni mogli śpiewać od razu. Wtedy jednak nie zwracałam na to uwagi. I naprawdę cieszyłam się z tego, że wreszcie mogłam stanąć z innymi podczas niedzielnego śpiewu.
Przez te 15 lat można powiedzieć, że byłam tak często, jak tylko mogłam. Nieraz przychodziłam na Msze święte, nabożeństwa i próby zaraz po treningu, zajęciach w szkole, a potem na uczelni. Zmęczona i głodna, a czasami i chora, bo przecież nie miałam kiedy zjeść obiadu. Ale nie chciałam niczego opuszczać. Nawet, kiedy uczyłam się w Krakowie, to potrafiłam prosto z zajęć przyjechać do kościoła. Czasami byłam jedną z dwóch, trzech osób, które pojawiły się na nabożeństwie. Ale byłam. Jedyny wyjątek stanowił okres, w którym przez dwa lata uczyłam się na technika administracji w szkole policealnej. Zajęcia były w weekendy, a więc zdarzało się, że wypadały też w niedzielne przedpołudnia. Jednak nie tylko ja studiowałam zaocznie w scholi. A prosto po zajęciach potrafiłam dotrzeć na wieczorną Mszę świętą, pomimo zmęczenia i konieczności przygotowania się do studiów stacjonarnych w tygodniu.
Czasami zdarza się, że coś czytam, chociaż w porównaniu z innymi członkami scholi wypadam pod tym względem naprawdę blado. Kiedyś cieszyłam się, że średnia moich czytań wynosi 1 na rok (po jakichś 10 latach śpiewania w scholi), teraz ten współczynnik wynosi poniżej owej jedynki. W ciągu ostatniego roku na prawdę nie miałam ANI RAZU nic podczas Mszy świętych do przeczytania w macierzystej parafii. Nie dlatego, że nie chodziłam, nie dlatego, że w scholi jest tyle osób, że jest to niewykonalne (jest nas raptem 7 osób..., nie wierzę że przy odrobinie chęci nie dałoby mi się chociaż raz czegoś dać). Dlaczego? Nie mam pojęcia. Gdyby nie Duszpasterstwo Akademickie to w ogóle bym przez ostatni czas nic nie czytała.
I jeszcze to. Łudziłam się, że chociaż na czytania podczas Drogi Krzyżowej się załapię. Ale gdzie tam. Człowiek opuścił kilka niedzielnych Mszy świętych. Nie dlatego, że chciał. Dlatego, że był chory i słaby. Tak słaby, że wykładowcy sami z siebie zwalniali go z zajęć na uczelni, mimo gorącego okresu i zbliżającej się sesji. Tak słaby, że nie był w stanie pojawić się na pierwszym terminie egzaminów. Był raz, na odpuście parafialnym. I wtedy wszyscy się dziwili, że przyszedł w takim stanie. No to w dalszym ciągu nie przychodził, z powodu choroby. Przyszłam dopiero w Środę Popielcową.
Po Mszy świętej prowadząca scholę prawie wszystkich się zapytała, czy będą w piątek, bo schola ma dyżur na Drodze Krzyżowej. Prawie, bo mnie pominęła. Tak, jakbym nie istniała. Zrobiło mi się przykro, że po tylu latach nawet na tyle nie mogę liczyć.
No po prostu deja vi z poprzedniego roku, kiedy z powodu grypy (albo koronawirusa), nie byłam na tej Mszy, na której rozdawano czytania na czuwanie podczas Wielkiego Piątku. Prowadząca scholę nawet nie próbowała się dowiedzieć, czy wtedy będę, chociaż wcześniej nie stanowiło to dla niej problemu. To wtedy poczułam, że coś tutaj jest nie tak.
Zabolało wtedy i boli do dzisiaj.
Boli, jeżeli człowiek zdał sobie sprawę z tego, że przez ostatni rok był bez przerwy pomijany.
Boli, jeżeli ktoś przez tyle lat starał się być.
Boli, jeżeli człowiek widzi, że inni nie są wcale tak więcej razy w parafii na scholi, niż on sam.
Boli, że takie rzeczy dzieją się w instytucji, gdzie wszyscy powinni być równi.
Boli, kiedy człowiek uświadomi sobie, że tak właściwie inni ludzie, którzy znają mnie znacznie krócej bardziej wierzą we mnie i w moje mizerne możliwości niż ci, którzy dopiero co mnie poznali.
Boli, boli, boli... I źle, że po tylu latach doczekałam się takiego traktowania.
Wygląda na to, że żyjemy w czasach, kiedy nie ma ŻADNEGO sposobu na skontaktowanie się z nieobecną osobą w celu zweryfikowania, czy będzie wtedy i wtedy. Ewentualnie trzeba przychodzić na Msze z udziałem scholi z gorączką i kaszlem. Może wtedy mnie zauważą...
Kiedyś próbowałam o tym porozmawiać z prowadzącą scholę. Nie dość, że nie dała mi się do końca wypowiedzieć, to jeszcze zrzuciła na mnie wszystko twierdząc, że niewystarczająco się udzielam. Błędne koło - może i nie udzielam się w takim stopniu, w jakim bym mogła, ale jaką mam ku temu okazję? Zero czytań, zero możliwości przygotowania jakiejś akademii, czy chociażby tekstów do przeczytania na nabożeństwa. Kiedyś obiecali mi, że będę mogła zorganizować im wycieczkę do Wadowic. Ale kiedy poruszałam temat, to zawsze było coś dużo ważniejszego, co powodowało, że nie mogła tego sfinalizować. Kiedyś, kiedy zapytałam prowadzącą scholę, dlaczego to ja muszę na wszystko czekać, usłyszałam jakieś mętne tłumaczenie skwitowane: wczuj się w moją sytuację. Chodziło o to, że dzieciaki bez przerwy coś dostają. Tylko, czy ona kiedykolwiek pomyślała co ja czuję z każdym kolejnym razem, kiedy mnie pomija?
Źle mi z tym. I nie wiem, czy będzie kiedyś lepiej...
Podobnie jak w przypadku adwentu, tak i na Wielki Post Krajowe Biuro Organizacyjne przygotowało akcję z zadaniami na każdy jego dzień. Pierwsze z nich brzmi następująco.
 |
| Pomyśl nad swoim postanowieniem Wielkopostnym. |
I krótkie jego objaśnienie:
Wielki Post - czas nawrócenia i pokuty. W tym okresie zastanawiamy się nad tym, kim jesteśmy i jak wygląda nasza relacja z Bogiem. Dziś zachęcamy do zastanowienia się nad strefą naszego życia, która wymaga pracy i podjęcia postanowienia Wielkopostnego.