Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2026

2394. Wojna o świadectwa z czerwonym paskiem

Jakiś czas temu zrobiło się w mediach głośno na temat pszczyńskiej lodziarni, która w dzień zakończenia roku szkolnego rozdawała za darmo lody tym uczniom, którzy otrzymali świadectwo z czerwonym paskiem w ramach nagrody. Miły gest, nie powiem, że nie. Tymczasem głos zabrało Ministerstwo, które potępiło ten proceder argumentując to tym, że mniej zdolni uczniowie mogliby uznać to za niesprawiedliwość. Serio? Szkoda, że nie widzą niesprawiedliwości w tym, ile oni sami biorą z budżetu państwa do swoich kieszeni. Z tego co wiem, lodziarnia ostatecznie nie wycofała się ze swojej tradycji, a nawet w ślad za nią poszły inne tego typu lokale. Brawa dla nich.
Przy okazji wywiązała się dyskusja co do sensowności świadectw z wyróżnieniem. Tym bardziej, że realnie nic one nie dają, chyba że mówimy o świadectwach ukończenia szkoły ppodstawowej, które dają jakieś tam punkty w rekrutacji do szkół ponandpodstawowych. Czy na pewno? Myślę, że warto tutaj sięgnąć do historii, bo o świadectwie z czerwonym paskiem, które istnieje od niespełna 50 lat. A w wycieczkę do przeszłości tym razem zabierze nas artykuł Jacka Puciato.

Świadectwo z paskiem. Na początku były inne wymagania, kusiła też Złota Tarcza
"Pionowy biało-czerwony pas" na świadectwie szkolnym pojawił się w polskim systemie edukacyjnym prawie pół wieku temu. Świadectwo z paskiem nie było jedynym pomysłem na wyróżnienie ucznia.
Rozdanie świadectw maturalnych w Liceum Ogólnokształcącym nr 1 im. Bolesława Limanowskiego w Warszawie, 8.06.1989 r., Foto: Sławomir Wojno / PAP(źródło zdjęcia)
  • Świadectwo z biało-czerwonym paskiem otrzymują uczniowie, którzy osiągną średnią ocen co najmniej 4,75 i bardzo dobrą ocenę z zachowania.
  • Historia świadectw z x paskiem sięga drugiej połowy lat 70. XX w. - na liście wyróżnień znajdowało się więcej tytułów.
  • Coraz częściej pojawiają się głosy, że dotychczasowy sposób wyróżniania uczniów nie uwzględnia ich indywidualnych talentów i wymaga zmian.
Świadectwo z paskiem 2026 - zasady
Świadectwo ukończenia roku szkolnego z wyróżnieniem przysługuje uczniom od IV klasy szkoły podstawowej wzwyż. Należy uzyskać z obowiązkowych przedmiotów szkolnych średnią ocen co najmniej 4,75 oraz co najmniej ocenę bardzo dobrą z zachowania (od roku szkolnego 2024/2025 oceny klasyfikacyjne z religii i etyki  nie są wliczane do średniej rocznych i końcowych ocen kwalifikacyjnych). Po spełnieniu tych warunków uczeń otrzymuje świadectwo, na którym na pierwszej stronie widnieje wydrukowany "biało-czerwony pasek o szerokości 12 mm, umieszczony w odległości 50 mm od lewej krawędzi świadectwa".

Skąd się wzięło świadectwo z paskiem?
Barwy narodowe na świadectwie szkolnym - w potocznym nazewnictwie skrócone do wyróżniającej się czerwieni, "czerwonego paska" - koszą uczniów i rodziców już prawie pół wieku. Świadectwo z takim wyróżnieniem pojawiło się na mocy "Zarządzenia ministra oświaty i wychowania" z dnia 15 lutego 1977 roku, kiedy urząd ten był sprawowany przez Jerzego Kubeckiego. Zaznaczono w nim, że "świadectwo ukończenia roku szkolnego z wyróżnieniem może otrzymać uczeń klasy IV - VII szkoły podstawowej, który na koniec roku szkolnego uzyskał: a) wszystkie oceny pozytywne oraz średnią łączną minimum 4,5; b) wysoką ocenę za pracę społeczną na rzecz szkoły i środowiska, szczególnie za pracę w Związku Harcerstwa Polskiego lub uczniowskiej organizacji społecznej; c) najwyższe oceny ze sprawowania".
Zakończenie roku szkolnego w szkole podstawowej, rozdanie świadectw i nagród najlepszym uczniom, Warszawa 1989 r. / Foto: Włodzimierz Echeński/PAP (źródło zdjęcia)

Świadectwa z wyróżnieniem i inne laury
Wprowadzony w 1977 roku system szkolnych trofeów był złożony. Aby otrzymać świadectwo ukończenia szkoły podstawowej czy ponadpodstawowej, z wyróżnieniem należało mieć średnią ocen minimum 4,8.
To jeszcze nic, bo tytułów było do zdobycia więcej. Absolwent szkoły podstawowej mógł wraz z wyróżnieniem otrzymać odznakę "Srebrna Tarcza", co dawało mu pierwszeństwo w przyjęciu do wybranej szkoły ponadpodstawowej. Aby to srebro zdobyć, należało - oprócz średniej min. 4,8 i najwyższej oceny ze sprawowania - pochwalić się przynajmniej jednym "świadectwem za ukończenie roku szkolnego z wyróżnieniem".
Na starszych uczniów - tych kończących rok szkolny z wyróżnieniem w szkole ponadpodstawowej - czekała wraz z biało-czerwonym świadectwem odznaka "Złota tarcza". Jej profity były natury prestiżowej: zdobywało się prawo do noszenia złotej odznaki przez następny rok nauki szkolnej, miało się również pierwszeństwo w reprezentowaniu szkolnej społeczności uczniowskiej w uroczystościach organizowanych na terenie szkoły i poza szkołą.

System szkolnych trofeów był złożony, a tytułów do zdobycia było sporo.
Zwieńczeniem szkolnego maratonu było świadectwo z wyróżnieniem i odznaka "Złota Tarcza z Laurem" - na ukończenie szkoły ponadpodstawowej. Absolwent mógł cieszyć się tą nagród tylko wtedy, gdy na koncie posiadał średnią ocen co najmniej 4,8, najlepszą ocenę ze sprawowania oraz przynajmniej jedno świadectwo ze "Złotą Tarczą". Co dawało to złoto z laurem? Uczeń mógł nosić z dumą zdobytą z trudem odznakę, ponadto po ukończeniu zasadniczej szkoły zawodowej miał pierwszeństwo w przyjęciu do technikum lub szkoły równorzędnej.
Z kolei dla uczniów z klas I - III szkół podstawowych czekała odznaka "Wzorowy Uczeń" (na półrocze lub na koniec roku szkolnego należało mieć ze wszystkich przedmiotów nauczania oceny bardzo dobre i najwyższą ocenę ze sprawowania). Dla zuchów natomiast, członków Związku Harcerstwa Polskiego, z klas II-III szkół podstawowych przygotowano wyróżnienie "Zuch na 5".

"Powinniśmy to zdefiniować na nowo"
Świadectwa z paskiem wzbudzały kontrowersje nie od dziś. W zachowanych w Archiwum Polskiego Radia audycjach oświatowych z przełomu lat 70. i 80. XX wieku podkreślano, że obowiązująca wtedy forma świadectw nie pozwalała na wystarczające zróżnicowanie uczniowskich osiągnięć. W nagraniach wypowiadali się także uczniowie, którzy sugerowali wprowadzenie skali ocen od 0 do 10. Tak by na świadectwie wyraźnie było widsać, kto jest "człowiekiem nieprzeciętnym" i zasłużył na najwyższą notę, a kto "jedynie" spełnił wszystkie wymagania systemu, opanował materiał, wywalczył średnią i otrzymał wyróżnienie.
Kilka dekad później w audycji "Strefa rodzica" o świadectwach z wyróżnieniem mówiła Wioletta Matusiak, edukatorka i trenerka. Jak podkreślała - w kontekście doceniania każdego ucznia, indywidualne podejście do uczniowskich talentów - świadectwa z czerwonym paskiem nie do końca spełniają w XXI wieku swoją rolę. "Powinnyśmy to zdefiniować na nowo", zaznaczała. 

źródło: https://polskieradio24.pl/historia/swiadectwo-z-paskiem-na-poczatku-byly-inne-wymagania-kusila-tez-zlota-tarcza?fbclid=IwY2xjawSU6mVleHRuA2FlbQIxMABicmlkETBPTFBQbTZOWXJOR0JNZWM1c3J0YwZhcHBfaWQQMjIyMDM5MTc4ODIwMDg5MgABHkZGd3UxqthxVLOH1q6Q6FcSs8dlEkdtrWz667N_tGkBhaUPfJSdgMQJF2Kf_aem_GB-3F8y9pyXfpx3VuH678g

Też byłam tym uczniem, który przynosił do domu świadectwa z czerwonym paskiem na przekór wszystkim. Ba, czasem było to jedno jedyne wyróżnienie w szkole. Co poziom było to trudniejsze, ale wiedziałam, że nawet gdyby mi się nie udało, to i tak jestem ważna w oczach najbliższych. Sam pasek miał dla mnie nietypowy wymiar - nie tylko podwyższał moją samoocenę, ale też udowadniał, przede wszystkim mnie samej, że dzięki solidnej pracy jestem w stanie osiągnąć tyle, co moi rówieśnicy mimo licznych ograniczeń i obowiązków. Wiem, że sprawni tak na to nie patrzą, ale tak jest. A teraz, po latach, powtarzam moim wychowankom, że nauka jest ważna, ale nic na siłę, tym bardziej, że oceny, zwłaszcza te niskie, nie zawsze odzwierciedlają stan naszej wiedzy. I to też wiem z autopsji.

wtorek, 23 czerwca 2026

2392. Bez telefonu ani rusz!

W Sejmie trwa gorąca dyskusja nad tym, czy dzieciaki i młodzież powinny posługiwać się telefonami komórkowymi w przedszkolach i szkołach, czy też nie. Oczywiście jako pedagog jestem jak najbardziej za takim rozwiązaniem. Jednak jako realista wiem, że to się raczej nie sprawdzi.
Dlaczego? Znam to autopsji. W mojej podstawówce i gimnazjum był zakaz noszenia telefonów komórkowych. Fakt, były to czasy, kiedy telefony komórkowe posiadali tylko nieliczni. Ale myślę, że dobre to były czasy, sprzyjające tworzeniu się więzi międzyludzkich. Tylu znajomych ile wtedy w szkole, to chyba nigdy już nie miałam. Telefony zabierało się głównie na kolonie, obozy sportowe i kilkudniowe wycieczki, a to i tak głównie starsi uczniowie. Młodsi posłusznie zostawiali je w domu, bo "nie wolno". Jednak pewnego razu jeden chłopak, nota bene z mojej klasy, dostał od rodziców upragnioną komórkę i wyłamał się z tego odgórnego zakazu. Niestety, żaden z nauczycieli wtedy nie zareagował. A szkoda, bo może wtedy pod koniec semestru większość posiadaczy komórek nie przesiadywałaby z nimi pod ścianami ignorując wszystko dookoła. Zważając na to, że ówczesne telefony komórkowe nie były tak "wypasione" jak obecnie (nie były aż tak rozbudowane, zwłaszcza pod względem multimedialnym, aplikacyjnym i internetowym), nie wróżyło to nic dobrego. Potem nie mogli już tego zahamować, przez co najbardziej narzekali nauczyciele. A może gdyby nie taka pobłażliwość wobec jednego ucznia, to proces ten zostałby odłożony o kilka lat. Wystarczy więc, że jedna osoba się wyłamie i wszystkie zakazy pójdą wniwecz, w myśl zasady: "On może, więc dlaczego ja nie",
Inna sprawa, że wielu nauczycieli w omawianej szkole sami  dawali niewłaściwy przykład nam, uczniom. Jeszcze mam żywo w pamięci, jak jedna z polonistek (nota bene nie taka już młoda) niemal na każdej lekcji odbierała telefon od swojego męża i gadała z nim dosłownie o d.... marynie. Wiecie, ja rozumiem, że może ktoś do nas zadzwonić w jakiejś sprawie w trakcie pracy, nawet mi się to zdarza. No, ale wtedy albo szybko załatwiamy sprawę, albo odkładamy tą rozmowę na przerwie. A nie przez połowę lekcji rozmawiamy, a klasa rozwala nam pomieszczenie, o mało nie zabijając siebie przy okazji. Wtedy niewiele mogłam zrobić, ale przed rozpoczęciem pracy powiedziałam sobie, że jak najmniej takich sytuacji. Jasne, czasami trzeba odebrać ten telefon, ale większość prywatnych spraw załatwiam poza pracą.
Jest jeszcze jedna strona medalu - to różne aplikacje w telefonach. O Internecie, AI i wykorzystywaniu ich kiedy trzeba i kiedy nie trzeba (\np. przez studentów w trakcie egzaminów) nie będę pisać, bo to temat rzeka. Ale chociażby taki aparat fotograficzny wbudowany w smartfona? Można nim sfotografować ciekawy okaz na biologii albo sfilmować doświadczenie na chemii. W kalendarzu można zapisać, kiedy jest jakaś kartkówka, a w notatniku - ciekawostki. Wreszcie smarttfony mogą rejestrować różne funkcje życiowe, np. poziom cukru u diabetyków. Nie wiem, czy stosuje się to rozwiązanie u dzieci, ale u dorosłych - i owszem. W końcu dzieci mogą zadzwonić z telefonu na pomoc, kiedy będą jej potrzebować. I to nie koniecznie po pogotowie czy straż pożarną, ale po kogoś starszego.
Ogólnie pomysł zakazu posiadania przez dzieci telefonu w szkołach i przedszkolach nie uważam za taki zły, nawet jestem jego zwolennikiem. A jeżeli zostanie on rozszerzony na inne placówki typu świetlice środowiskowe, to będę najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Jednak wiem też, że będzie to trudne do wprowadzenia z wielu powodów. O kilku napisałam powyżej, jeszcze inne pewnie się znajdą. Myślę, że za długo ten temat był ignorowany, a teraz obudziliśmy się z przysłowiową ręką w nocniku. Nie mniej, temat będę śledzić, szczególnie od września. I to nie tylko w teorii, ale i w praktyce.

środa, 10 czerwca 2026

2384. I stare programy multimedialne doczekały się drugiego życia

Szukając inspiracji na zajęcia dla dzieciaków, coraz częściej wracam do starych wypróbowanych przeze mnie wiele, wiele lat temu programów multimedialnych. Wiecie, kiedyś były takie czasy, kiedy komputer nie był standardowym wyposażeniem gospodarstwa domowego, do Internetu byli podłączeni tylko szczęściarze, a o smartfonach to się nawet ludziom nie śniło. Na przełomie lat 90 i 2000 zamiast Internetu królowały programy multimedialne. Swoją pierwszą edukacyjną płytkę zatytułowaną "Władcy Polski. Legenda" dostałam pod choinkę w 1998 roku, a więc jako zaledwie ośmioletni szkrab uczęszczający do drugiej klasy szkoły podstawowej. Jednakże była to dla mnie taka nowość, że potrafiłam spędzić całe godziny nad zgłębianiem tajemnic panowania czterech pierwszych władców naszego kraju (bo tyle liczyła płyta).
Z czasem w moim posiadaniu pojawiały się kolejne programy na płytach. Największa radość była dla mnie wtedy, kiedy obok "dorosłych" programów, takich jak encyklopedie, pojawiały się też te dedykowane głównie dla młodszych użytkowników PC-ta. Dość szybko stałyśmy się z młodszą siostrą posiadaczkami całej chyba serii "Klik uczy...". Od razu zaznaczam, że starej serii, bo z tego co zdążyłam się zorientować, to z czasem wyszły kolejne części, które jednak trochę się różnią wizualnie od pierwowzoru. W pierwotnym zamyśle chłopiec imieniem "Klik" odkrywał przed młodocianym użytkownikami tajniki matematyki, ortografii, czytania oraz języka angielskiego. Prosta grafika, intuicyjna obsługa, dwa poziomy trudności, zmieniające się ćwiczenia nawet w obrębie tego samego zadania. No znowu zabawa na całe godziny spędzane w domu.  Podobnie było z takimi programami, jak "Między nami literkami", "Matematyczne przygody", i "Ułamki" wydane przez firmę "Albion", czy też "Matma jest super", "Encyklopedia małego człowieka", "Dookoła Polski" i "Dookoła świata" Optimusa Pascala.
Minęło kilka lat. Ze wspomnianych gier oczywiście już wyrosłam. Ale nie pozbyłam się ich. Siedziały schowane w pudełku i czekały na swoje drugie życie. I chyba je otrzymały wraz z podjęciem przeze mnie pracy z dziećmi. Wiele z nich ma poważne problemy w szkole i zaległości w nauce. Samych programów im nie polecam, bo aby je uruchomić potrzeba komputera z odpowiednim, "starym" oprogramowaniem, a znając życie i realia, to współczesne dzieciaki raczej takich nie posiadają. Za to ja jeszcze mam takiego starego dużego PC-ta, na którym takie płytki da się jeszcze odpalić. Większość z nich ma możliwość wydrukowania danego ekranu i zadań znajdujących się na nim. A nawet jeżeli takiego nie ma, to zawsze można przepisać zadania do tradycyjnego Worda.
Może i trochę idę z tym na łatwiznę, ale tłumaczę to sobie, że jestem bardziej pedagogiem ogólnym (bo jak inaczej nazwać kogoś po specjalizacji opiekuńczo-wychowawczej) niż takim polonistą czy matematykiem. Może po bardziej specjalistycznych studiach byłabym bardziej kreatywna w wymyślaniu różnych zadań? A tak radzę sobie na inne sposoby. 

niedziela, 22 marca 2026

2340. A czas biegnie i biegnie

Zasłonięte krzyże w świątyniach bezlitośnie przypominają, że za dwa tygodnie będziemy świętowali Wielkanoc. Dwa tygodnie - czternaście dni. Dużo to i mało. Zależy z jakiej perspektywy patrzeć. Zresztą, coraz częściej i coraz dobitniej odczuwam zbyt szybko przemijający czas. Tak, jakby chciały się wypełnić słowa piosenki "Dzisiaj to już wczoraj, jutro się zamienia w dziś". Czuję też dziwną pustkę w życiu. Nie osamotnienie, bo przecież na co dzień spotykam się z innymi ludźmi, czy to w pracy, czy w życiu, ale pustkę. Nie wiem, może jest to związane z moimi ostatnimi wynikami krwi, które znowu poleciały na łeb na szyję? A może z tym, że co rusz ktoś komu ufam po prostu zawodzi w ważnych chwilach? 
Ale w tych trudnych chwilach są też okruchy szczęścia, które błyszczą niczym promyczki słońca na kamienistej ścieżce. Jest ich wiele, tworząc piękny drogowskaz ku temu, co ważne, dobre, piękne. A jednak chciałabym jeszcze raz być szczęśliwa i radosna, bez tego całego bagażu doświadczeń, który dźwigam po drodze. Z tą swoją dawną ufnością, jaką żywiłam względem drugiego człowieka. Teraz, teraz wiele osób trzymam na dystans. Boję się im zaufać, bo boję się zawodu i odrzucenia. To takie powszechne w dzisiejszym świecie.
Od mojego byłego katechety dostałam zadanie napisanie krótkiego scenariusza akademii wielkanocnej, którą dzieciaki z szkoły podstawowej przylegającej do jego parafii mogłyby wystawić w DSS. Na takie coś zawsze będę chętna. Coś tam naskrobałam, jakieś pieśni wynalazłam, w tym tą poniżej.
Podkłady i nuty też znalazłam, podobno panie w szkole będą robić z dzieciakami próby. W sumie miałam chęć iść z moimi dzieciakami z czymś podobnym do "Wigoru", no ale u nas od jutra (właściwie to od dzisiaj) zaczynają się rekolekcje wielkopostne i za bardzo nie byłoby z kim robić tych prób. 

poniedziałek, 16 lutego 2026

2323. Temat nie stracił na ważności

To było dziesięć lat temu. Sprawdziłam to nawet w archiwalnych wpisach. Moja parafia organizowała wtedy (jeszcze) parafialne półkolonie. Wtedy jeszcze byłam animatorem, czyli kimś ciut niżej, niż wychowawca, a jednocześnie ciut wyżej, niż zwykły uczestnik. Byłam więc w tzw. kadrze organizacyjnej, jednak nie chciałam z tego powodu mieć jakiś nie wiadomo jakich przywilejów. A za przywilej uważam kompulsywne używanie telefony. Bo nawet mnie zdarzyło się sprawdzić na nim godzinę, albo wykonać szybki telefon do kogoś wyżej ode mnie. Jednak miałam takie wewnętrzne przekonanie, że skoro dzieciaki mają zakaz korzystania z telefonów, to i ja nie muszę co chwilę zerkać w jego ekran.
Innego zdania byli jednak inni animatorzy, bo niemal bez przerwy siedzieli z nosami w telefonach, mając za nic dzieci. Nie podobało mi się to, no bo nie poświęcali oni wystarczającej uwagi dzieciakom, którzy albo rozwalali salę, albo sami wyciągali swoje telefony komórkowe, a więc zakaz poszedł... sama nie wiem gdzie. Nawet próbowałam poruszyć ten temat u kierownika półkolonii, ten jednak nie widział problemu. Walczyć z nim nie chciałam, bo i tak byłam na straconej pozycji.
Minęło dziesięć lat i telefon stał się nieodłącznym atrybutem jeszcze większej ilości z nas, a próg wieku, w którym najmłodsi stają się właścicielami tego elektronicznego gadżetu obniża się z roku na rok. Jest atrakcyjny, bo oprócz dzwonienia ma tyle wspaniałych funkcji, które niestety uzależniają młodego człowieka sprawiając, że musi. po niego raz po raz sięgać. Widzę to u dzieciaków ze świetlicy szkolnej i środowiskowej, widzę to u dzieciaków, którym daję korepetycje. Widziałam to u kolegów i koleżanek z uczelni, którzy podczas egzaminu potrafili bezczelnie ściągać odpowiedzi z chatu GPT, a potem chwalić się, że wykładowca ich nie przyłapał. Gdzie tu uczciwość i realna ocena posiadanej wiedzy? Było mi wtedy przykro jak nigdy. Ale byłam też zadowolona, że ocenę dostałam z wiedzy, a nie cwaniactwa.
Z moimi koleżankami i kolegami nie miałam siły walczyć, jak niegdyś z kierownikiem półkolonii. Nie sądzę, by przejęli się tym, co do nich mówię. Dzieciaki w szkole mają zakaz używania telefonów w czasie zajęć, podobnie podopieczni świetlicy środowiskowej. Na przerwach mogą korzystać do woli, ale podczas zajęć mają je mieć schowane. Na korepetycjach dzieciaki mogą wykorzystywać swoje telefony do obliczeń. Ewentualnie odebrania połączeń. Byle nie za często. W przeciwnym razie odwołuję zajęcia i inkasuję za nie 100% ceny. Myślę, że godzina bez mediów społecznościowych nikomu nie zaszkodzi. Ale mogę się mylić. Jednak jakieś zasady musiałam wprowadzić, aby opanować to wszystko.

Kilka lat temu trafiłam w internecie na taki oto artykuł "podpowiadający", w jaki sposób można ograniczyć używanie smartfonów w przestrzeni szkolnej. Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie taki czas, kiedy będę miała okazję podzieli się nim z Wami.

Telefon komórkowy stał się nieodłącznym atrybutem młodego człowieka od najmłodszych lat. Nie jest rzadkością, że uczniowie nauczania początkowego przychodzą z tym gadżetem do szkoły, a to z kolei może utrudniać prowadzenie lekcji. Czy jest jakiś sposób, aby sobie z nim poradzić?
  1. Całkowity zakaz? - na pewno telefony najmniej rozpraszałyby w czasie wówczas, gdyby w ogóle ich nie było, a więc wtedy, gdyby w szkole obowiązywał całkowity zakaz ich używania. Z reguły jednak takie rozwiązanie może psuć wizerunek szkoły, poza tym telefony równie często jak do rozrywki i rozpraszania mogą być wykorzystywane przez uczniów w przydatnych i ważnych sprawach, jak np. do kontaktu z rodzicami.
  2. Przechowywanie w czasie lekcji? - można też przy wejściu do klasy postawić skrzynkę prosząc uczniów o złożenie w niej telefonów na czas lekcji. Trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że ktoś do takiej skrzynki włoży jeden telefon, a wychodząc z klasy weźmie więcej niż jeden, co może być ostatecznie dosyć problematyczne. Można by to rozwiązać w taki sposób, że nauczyciel posiada specjalną skrzynkę z podpisanymi przegródkami i osobiście najpierw chowa, a na koniec zajęć podaje uczniom telefony. Jednak i to byłoby problematyczne, ponieważ zajmowałoby za dużo czasu, a i samemu telefonowi mogłoby się coś stać (np. spaść i się potłuc).
  3. Wykorzystanie na lekcji - dobrym pomysłem wydaje się pokazanie podopiecznym, że telefon może być przydatnym narzędziem także do nauki, i że można go wykorzystać nie tylko jako kalkulator, ale też jako tłumacz, słownik, notatnik itp. W tym temacie nie należy jednak przesadzić, ponieważ pod pretekstem nauki uczniowie mogą wykorzystywać telefon do innych celów.
  4. Kodeks używania telefonów - dobrą praktyką jest też ustalenie z uczniami wspólnych zasad postępowania w przypadku używania telefonów w szkole. Można np. ustalić, że w czasie przerwy można rozmawiać, ale nie za głośno, żeby nie przeszkadzać innym, że w czasie lekcji telefon powinien być wyłączony i schowany do plecaka, a wykorzystywać go można jedynie na polecenie nauczyciela. Ważne jest ustalenie konsekwencji za złamanie tych zasad (np. przechowywanie telefonu przez nauczyciela, przygotowanie wypracowania lub prezentacji na temat dobrych manier używania telefonu itp.). Istotne jest przy tym to, że nauczyciel także musi stosować się do spisanych zasad.
  5. Dzień bez telefonu - wprowadzenie powyższego kodeksu warto poprzedzić organizacją w szkole "Dnia bez telefonu", czyli dnia, w którym nikt nie będzie używał komórek, nawet na przerwie. Jest to możliwe, jednak akcję trzeba dobrze przygotować, zaprosić uczniów do jej zorganizowania, rozpromować, zorganizować wydarzenia towarzyszące, np. animacje w czasie przerw, gazetkę na temat promieniowania mikrofalowego, a następnie podsumować.
  6. Szerokie oddziaływanie wychowawcze - warto nie zapominać, że wszystkie podejmowane kroki przez nauczyciela, albo dyrektora, powinny wpisywać się w szersze oddziaływania wychowawcze. Jeżeli w szkole uczniowie będą uczestniczyli w systematycznych oddziaływaniach budujących ich kompetencje społeczne i osobowe wtedy jakiekolwiek oddziaływania ograniczające nadmierne używanie komórek, czy innych zjawisk negatywnie wpływających na uczniów i nauczycieli będą skuteczniejsze.

czwartek, 22 stycznia 2026

2311. Wszyscy seniorzy nasi są!

W grudniu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia w szkole, w której aktualnie pracuję, odbył się koncert kolęd. Przez przypadek zostałam jego współorganizatorką. Szerzej pisałam o tym w >>tym<< wpisie. Sam koncert wyszedł tak dobrze, że gdzieś w głębi serca pomyślałam sobie, że może by wyjść z nim do podopiecznych pobliskiego Domu Seniora "Wigor", którzy w większości są ludźmi starszymi. Wiem, że wiele instytucji organizuje koncerty kolęd i pastorałek w tym czasie, ale zdaję sobie też sprawę z tego, że nie wszystkie te miejsca są dostępne dla tej grupy społeczeństwa. A tutaj to my przyszlibyśmy do nich i dali występ. W dodatku dzieciaki przed przerwą świąteczną wykonały śliczne kartki świąteczne. Nic nie stało na przeszkodzie, aby napisać w nich życzenia i podarować je im z okazji Dnia Babci i Dziadka.
Podzieliłam się tym pomysłem z niektórymi nauczycielami i z dyrekcją szkoły, od której mój pomysł dostał "zielone światło". Zostało tylko zapytanie o zgodę kierownika placówki i ustalenie terminu, ale tym po Nowym Roku zajął się inny wychowawca świetlicy. Zależało mi, aby występ odbył się w okolicach 21 i 22 stycznia, czyli Dnia Babci i Dziadka. I tak też się stało. Wszystko rysowało się w jasnych barwach.
Pierwotnie mieliśmy powtórzyć koncert dany w szkole, co najwyżej zmniejszając liczbę wykonawców. Jednak wiele dzieciaków ze starszych klas jest w okresie ostatnich zaliczeń i poprawek przed końcem semestru i musiałyby zrezygnować z występu. Z kolei dla dzieci z młodszych klas mógłby to być zbyt duży stres i obciążenie. Co prawda wiele z nich śpiewało w grudniu w ogólnym chórze złożonym z uczniów praktycznie ze wszystkich klas, ale to głównie starszaki grały tam pierwsze skrzypce. 
Wraz z katechetką i z wychowawcami klas 1-3 doszliśmy do wniosku, że w przypadku ich uczniów dużo lepiej sprawdzą się tradycyjne jasełka okraszone kilkoma kolędami i pastorałkami. Zgodnie uzgodniliśmy, że będą to "Cicha noc", "Wśród nocnej ciszy", "Skrzypi wóz" oraz "Lulajże Jezuniu". Kolędy raczej znane i lubiane, była szansa, że seniorzy z Domu Seniora włączą się z nami we wspólne śpiewanie. Nauczycielki klas z nauczania początkowego zadbały o scenariusz i próby dzieci, moim zadaniem było ogarnięcie strony muzycznej.
Dzisiaj zgodnie z umową dzieci, które występowały poszły z nami do mieszczącego się dosłownie kilka kroków od szkoły Domu Seniora "Wigor". Na miejscu przebrały się już w swoje stroje i dzielnie wyszli na środek sali, w której miał miejsce występ. Całe przedstawienie poszło raczej sprawnie, dzieciaki z przejęciem recytowali swoje teksty, seniorzy aktywnie włączyli się w śpiew kolęd, a potem sowicie nagrodzili młodych aktorów gromkimi brawami.
Mam nadzieję, że te jasełka wniosło dobro w życie obydwóch stron - w życie dzieci, które miały szansę wystąpić przed dużo starszymi, nieznanymi sobie ludźmi, i w życie seniorów, którzy mogli jeszcze raz obejrzeć jasełka w wykonaniu młodych amatorskich aktorów i na swój sposób nacieszyć się nimi. Dodatkową atrakcją było to, że na sam koniec dzieciaki rozdały zgromadzonym starszym ludziom własnoręcznie wykonane laurki z własnymi życzeniami dla nich. Myślę, że to był miły upominek dla nich na jesień życia.

czwartek, 15 stycznia 2026

2307. W obronie wartości

Podejrzewam, że za ten wpis dostanę "po głowie" zwłaszcza od tych, którym nie po drodze z Kościołem. Tak było wielokrotnie, chociażby wtedy, gdy nie pochwalałam "czarnego protestu kobiet". Wychodzę jednak z założenia, że jeżeli piszę u siebie na blogu i nie wszyscy muszą to czytać oraz że jeżeli w nikogo wprost nie uderzam, to nie robię równocześnie nikomu krzywdy. A że ktoś się nie zgadza z tym co piszę? No cóż, ja też się nie zgadzam ze wszystkimi wpisami innych, ale staram się tego zbytnio nie akcentować, zwłaszcza na ich blogach.
Pierwsze oficjalne rady pedagogiczne na koniec pierwszego półrocza mam już za sobą. Jako młodszy wychowawca świetlicy, w dodatku na zastępstwie, nie miałam zbyt dużo do gadania, zwłaszcza w przypadku uczniów klas wyższych, którzy stosunkowo rzadko do nas przychodzą. Dzieciaki z młodszych klas bywają uciążliwe, ale da się wytrzymać. W każdym razie, nie jest tak strasznie, jakby się mogło wydawać.
W kuluarach pokoju nauczycielskiego raz po raz pojawia się temat głośnego w ostatnim czasie zachowania nauczycielki ze szkoły podstawowej w Kielnie, która zabrała dzieciom krzyż i wyrzuciła go do kosza. Zareagowały na to dzieci, które stanęły w obronie tego, w co wierzyli. Potem sprawę nagłośnili rodzice, w mediach zaczęła się a to nagonka na nauczycielkę, a to na całą resztę. Katolików zbulwersowała ta sprawa, przeciwników katolicyzmu wręcz przeciwnie. Pochwalili takie zachowanie. Myślę, że znając mnie domyślacie się, po której stronie tego sporu stoję.
Tu nie chodzi o to, że nauczycielka zabrała dzieciom coś, czym mieli bawić się na lekcji. Też zabierałam wielokrotnie dzieciakom przedmioty, których używały albo niezgodnie z przeznaczeniem, albo wbrew wyraźnemu zakazowi. Czasami były to też przedmioty kultu religijnego. Ale nigdy nie wyrzuciłabym ich do kosza, zwłaszcza na oczach ich właścicieli. To tak, jakbym im pokazywała, że mam gdzieś ich tożsamość, wyznawane przez nich wartości. Poza tym to nie jest moja własność. Nawet kiedy chcę wyrzucić coś należącego do szkoły, to zawsze wolę skonsultować to z innymi współpracownikami. Wielokrotnie pytałam zwolenników takiego zachowania, czy tak samo postąpiliby w przypadku, gdyby dany uczeń był dzieckiem wpływowego polityka albo wyznawcą np. islamu. Zawsze wtedy zapadała niezręczna cisza. A ja miałam ochotę zadać pytanie: dlaczego nie? Czym się różni katolik od muzułmanina? Czym przeciętny uczeń od dziecka biznesmena? No właśnie.
Nie bronię uczniów, dziwię się jednak nauczycielce, która podobno już wcześniej przejawiała nerwowe zachowania. Czy takie osoby nie są okresowo badane przez psychologów? Zwłaszcza, że już wcześniej pojawiają się niepokojące sygnały. Przecież nawet ja musiałam przejść przez całą masę badań i rozmów, zanim rozpoczęłam pracę, choćby na zastępstwie. Rozumiem, że jako osoba z mpd mogę wzbudzać wiele zastrzeżeń, ale... 

A tak odnośnie obecności krzyża w miejscach publicznych, to przypomniała mi się taka oto sytuacja:
Pani Krysia pracowała jako pielęgniarka w osiedlowej przychodni zdrowia. Pewnego razu jedna z jej koleżanek przyniosła do ich dyżurki krzyż i powiesiła go na ścianie. Po kilku tygodniach pani Krysia zauważyła, że został on zdjęty i położony na stole. Z pomocą konserwatora zawiesiła go znowu na ścianie. Po kilku tygodniach znowu zniknął. Pani Krysia tym razem znalazła go w koszu na śmieci. Posmutniała, ale ponownie zawisł on na ścianie. Nie minęło kilka tygodni, jak pani Krysia przechodząc obok śmietnika zauważyła charakterystyczny krzyż. Podniosła go i schowała do torebki. W dyżurce przekonała się, że krzyż ponownie został zdjęty. Zasmuciło ją to, ale nie powiesiła go z powrotem na ścianie, tylko wzięła do domu i zawisł w dużym pokoju. Po kilku latach, przechodząc obok tego samego śmietnika, pani Krysia źle się poczuła i upadła. Przed utratą przytomności zdążyła wyszeptać: "Jezu, pomocy". Kiedy ocknęła się w szpitalu okazało się, że miała udar. Jednak chwilę po tym jak zemdlała, obok przechodziła inna kobieta, która wezwała pomoc. Dzięki szybkiej pomocy skutki udaru nie były takie duże i rozległe. Po latach opowiedziała tą historię księdzu, podsumowując ją słowami: "Jezus został wyrzucony na śmietnik jak jakiś śmieć, a potem pod tym samym śmietnikiem uratował mi życie".

niedziela, 21 grudnia 2025

2290. Magia małych jarmarków bożonarodzeniowych

Na początku wpisu pragnę podziękować tym wszystkim, którzy złożyli mi gratulacje z powodu kolejnej obrony pracy magisterskiej, tym razem z pedagogiki. Nie będę ukrywała, że z racji wykonywanego zawodu (nauczyciel świetlicy szkolnej + wychowawca w świetlicy środowiskowej + animator w oratorium salezjańskim* + animator grupy bierzmowanych) bardzo mi zależało na podwyższenie kwalifikacji w tej dziedzinie. Zarobki nie były tutaj pierwszorzędną motywacją, chociaż z automatu dostanę ciut wyższe wynagrodzenie, bardziej możliwość zdobycia jeszcze szerszej wiedzy. Ku mojemu zaskoczeniu pisanie pracy magisterskiej, a przede wszystkim prowadzone w jej zakresie badania (opisywałam uczniów "podwójnie wyjątkowych" - niepełnosprawnych, ale ponadprzeciętnie zdolnych) naprawdę pochłonęły mnie bez reszty. Bardzo podobały mi się praktyki szkolne, po których dostałam propozycję pracy w szkole, gdzie je robiłam. Co prawda na razie na zastępstwo, ale od czegoś trzeba zacząć. Na razie jeszcze do mnie ten trzeci magister nie dociera, zresztą tak naprawdę ten tytuł potrzebny był mi tylko do pracy. Nawet na co dzień mówię, że jestem Karolina, a resztę dopowiadam, jak mnie pytają. I to też bardziej ogólnikowo.
Kiedy w środę po obronie podjechałam do Księdza z Gitarą najpierw na roraty, a potem pochwalić się moim wyczynem, w ramach nagrody zaproponował mi podjechanie w piątek albo w sobotę, kiedy u nich na rynku planowany był jarmark bożonarodzeniowy. Śmiał się, że może daleko mu do tego w K-cach, ale też ma swój urok. Szczerze powiedziawszy ja nawet wolę takie małe kameralne jarmarki. Pamiętam, że kiedy studiowałam w Grodzie Kraka i wracałam na nocleg do Wadowic, a były jarmarki świąteczne, to bardziej urzekały mnie te w tym mniejszym miasteczku. Były jakieś takie bardziej rodzinne. 
Nie inaczej było i teraz. Na jarmark pojechaliśmy ze znajomymi z gimnazjum w sobotnie wczesne popołudnie. Musieliśmy wyważyć czas, bo ja jeszcze planowałam pojechać do B-na na ostatnie Nabożeństwo Jubileuszowe, o którym ostatnio Wam pisałam, a i Katia z Kamkiem mieli coś do załatwienia. Na szczęście był to naprawdę malutki jarmarczyk, taki na pocieszenie oka.
Zdjęcia wklejone w przypadkowej kolejności. Może to infantylnie zabrzmi, ale ja naprawdę cieszyłam się z tego jarmarku i potraktowałam go jako nagrodę za obronę. Niczym małe dziecko zaglądałam od kramu do kramu i podziwiałam a to prezentowane tam rękodzieło, a to przetwory. I uśmiechałam się sama do siebie, wydobywając z tych chwil niezwykły urok świąt Bożego Narodzenia.

* chociaż to bardziej praca wolontaryjna to wiedza pedagogiczna jak najbardziej znajduje w niej zastosowanie

piątek, 19 grudnia 2025

2288. Kolęda płynąca prosto z dziecięcych serc

Wraz z końcem roku kalendarzowego, dosłownie rzutem na taśmę, wypadła obrona mojej pracy dyplomowej z magisterium z pedagogiki. Tak naprawdę nie wiedziałam, czy wyrobię się jeszcze w 2025 roku, czy też zostanie ona przeniesiona na początek roku 2026. Byłam jednak spokojna, ponieważ mnie udało się wyrobić z wszystkim w umówionym terminie. Jasne, miałam go wydłużony z powodu problemów zdrowotnych, i nie wyrobiłam się do września, na szczęście uczelnia poszła mi na rękę i wydłużyła maksymalnie czas na oddanie pracy. Potem czekałam na ruch wydziału. Trochę się bałam, bo jak już pisałam, poniosło mnie z ilością stron, na szczęście wszystko poszło nawet lepiej niż dobrze i ostatecznie z pokoju wykładowców, gdzie odbywał się egzamin, wyszłam jako magister. Tematyka tzw. uczniów "podwójnie wyjątkowych" zdobyła uznanie w oczach komisji i zdobyła całkiem ciekawe recenzję, zarówno od strony promotora, jak i recenzenta. A mnie przyniosła ogrom satysfakcji.
Tego dnia dostałam wolne i w szkole i na świetlicy. Patrząc na moją czerwcową obronę z Nauk o Rodzinie, gdzie z zakończenia roku szkolnego biegłam na egzamin, to teraz miałam wymarzoną sytuację. Nie musiałam tego dnia niczym się przejmować, nigdzie biec, co najwyżej rano na roraty na Wydział Teologiczny. Teoretycznie po egzaminie mogłam iść jeszcze na świetlicę, ale skoro szefostwo dało mi wolne, postanowiłam je wykorzystać. Przy okazji moja wychowawczyni z drugiego etapu podstawówki i gimnazjum, jak i długoletnia trenerka, próbowała mnie przekonać, że powinnam być z siebie dumna - w końcu nie każdy kończy studia, a już na pewno, nie każdy może się pochwalić potrójnym magistrem. Jakby nie patrzeć - z naszej klasy gimnazjalnej tylko ja poszłam na studia (i to nie na jedne) i tylko ja je ukończyłam. Podobne zdanie miał Ksiądz z gitarą, u którego byłam wieczorem na roratach, a potem czekałam u niego na plebani na autobus do domu, pijąc ciepłą herbatę. Ale ja nie umiem być z siebie dumna. Jestem zadowolona, jestem szczęśliwa, wiem, że dużo osiągnęłam, ale nie powiedziałabym, że rośnie we mnie duma. Zresztą, nie ja jedna ukończyłam studia, więc co w tym takiego niezwykłego? Normalna rzecz.
Ku mojemu zaskoczeniu, w szkole dostałam dodatkowy dzień wolny na drugi dzień. Ponieważ stało się to równocześnie z dniem wolnym z okazji obrony, postanowiłam tak poukładać sobie dyżury na świetlicy, żeby mieć jeszcze jeden cały dzień wolny. Na szczęście nie było z tym najmniejszego kłopotu. Dzięki temu mogłam pojechać sobie na nabożeństwo Drogi Krzyżowej mające miejsce w Wał-Rudzie. Cały dzień trzeba na to poświęcić, ale do tego akurat jestem przyzwyczajona. Do takich wielogodzinnych podróży w jedną i w drugą stronę. Przynajmniej mam kiedy czytać książki. 
Tym razem była to autobiograficzna powieść "Mój piękny syn" Davida Scheffa opowiadająca o walce rodzica z uzależnieniem dziecka. Z tego co wiem, to jest jeszcze jakby druga część zatytułowana "Na głodzie" będąca opisem tej samej historii, tym razem z perspektywy uzależnionego dziecka. Dodatkowo nakręcono też film oparty na tych dwóch książkach, więc gdyby udało mi się przeczytać obydwie książki i skonfrontować je z filmem, to byłabym zadowolona.
Czwartkowe wolne w szkole było dla mnie zaskoczeniem również z tego powodu, że dzisiaj mieliśmy szkolny koncert kolęd i pastorałek. Już w styczniu po trochu pomagałam przy organizacji podobnego przedsięwzięcia, finalnie stojąc przy konsoli i obsługując całe nagłośnienie. Dodatkowo, kiedy przez wiele lat śpiewałam w parafialnej scholii, niemal co roku odbywały się parafialne koncerty kolęd i pastorałek, gdzie niemal zawsze prezentowaliśmy jakiś repertuar. Może nie jestem mistrzem w organizacji tego typu przedsięwzięć, ale nie można też powiedzieć, że nie mam żadnego pojęcia o co w nich chodzi. Co prawda byłam trochę zaskoczona tym, kiedy na jednej z rad pedagogicznych poproszono mnie o pomoc w przygotowaniu koncertu, szybko jednak odnalazłam się w powierzonej mi roli. Dziewięć kolęd i pastorałek śpiewanych przez klasy, czas dla solistów oraz na życzenia dla dyrekcji - nie chciałam, aby był jakiś tego przesyt. Co za dużo, to niezdrowo. Potem przez cały grudzień mieliśmy próby. Na szczęście w sytuacji, gdy musiałam zwolnić się z przyczyn zdrowotnych z pracy, mogłam liczyć na zastępstwo. W pewnej chwili nastąpiła taka kumulacja wszystkiego - tu roraty, tu Oratorium, tu praca, tu obrona magisterki, że miałam wszystkiego dosyć i psychicznie i fizycznie. Dlatego ten dodatkowy wolny dzień był dla mnie prawdziwym zbawieniem.
Dzisiaj wróciłam do pracy z nowym pokładem sił. Na dzień dobry oczywiście poszłam do dyrekcji zakomunikować jej, że zdałam egzamin magisterski i mogę się przedstawiać "magister pedagogiki". Oczywiście to taki żart, bo nawet trudno mi tak o sobie myślę. Nie mniej gratulację przyjęłam. A potem udałam się na salę gimnastyczną zobaczyć jak tam dekoracje. Benek z klasami ósmymi spisał się na medal. Jeszcze tylko sprawdziłam, czy sprzęt muzyczny działa i z niecierpliwością oczekiwałam na wybicie godziny 10:00, kiedy miały rozpocząć się występy. 
Kwadrans przed planowanym rozpoczęciem uczniowie, nauczyciele i zaproszeni goście zaczęli zajmować miejsca na widowni. Ja zaś zajęłam miejsce za konsolą ustawioną z boku miejsca służącego za scenę. Kilka dni wcześniej nagrałam sobie wszystkie podkłady na płytę w takiej kolejności, w jakiej miały być wykorzystane. Po powitaniu wszystkich przez panią dyrektor, włączyłam pierwszy pokład do "Kolędy Dąbrowskiej". Wśród ciszy chór złożony z uczniów z różnych klas oznajmił wszystkim zebranym, że oto: "Przyszła do Dąbrowy, wesoła nowina, że w Betlejem mieście, panna rodzi syna... Zdaje się, że wszystko, dziś po niebie chodzi, jakby tu, w Dąbrowie, Chrystus się narodził...". Po wyciszeniu podkładu na środek wyszła klasa 1 "b" z kolędą "Dzisiaj w Betlejem". Następnie uczennica klasy V zaśpiewała "Jezus malusieńki". Ponownie chór zaprezentował się z kolędą "Wesołą nowinę bracia słuchajcie". Klasa III "a" zachwyciła wszystkich wykonaniem "Wśród nocnej ciszy", a chodząca do tej samej klasy Zosia wraz ze starszą siostrą Gosią ośmieliły się zaśpiewać "Ach ubogi żłobie". Z kolei klasa V "b" dość energicznie zaśpiewała "W dzień Bożego Narodzenia". Następnie młodsze klasy w piosence "Świeć gwiazdeczko" prosiły gwiazdkę, aby zaprowadziły ich do Betlejem. Chodząca do szóstej klasy Julia postanowiła zaprezentować się w kolędzie "Była noc ciemna noc". Ponownie można było wysłuchać chóru, który wykonał dla wszystkich kolędę "Mizerna cicha". Czwartoklasista Szymon ośmielił się wykonać kolędę "Do szopy, hej pasterze". Po nim siódmoklasista Paweł wzruszył wszystkich zgromadzonych pastorałką "Cicho, cicho, pastuszkowie", a jego starsza o rok koleżanka Marta zaśpiewała w trzech językach międzynarodową kolędę "Cicha noc". Zaraz po niej starsze klasy wykonały "Kolędę o ludzkim zrozumieniu": "To właśnie do Ciebie człowieku woła, w tę noc, gdy najbardziej samotność boli. Każde puste miejsce przy wigilijnych stołach, gdzie modlitwa rany w pamięci zagoi". Chyba każdy miał łzy w oczach, kiedy pomyślał sobie o tych wszystkich bliskich, którzy nie zasiądą już z nami do świątecznego stołu. W tym miejscu na środek ponownie wyszła Pani dyrektor oraz ksiądz proboszcz pobliskiej parafii, którzy w serdecznych słowach życzyli wszystkim wszystkiego co najlepsze z okazji świąt oraz nowego roku. Cały koncert zwieńczyliśmy wykonaniem wraz z chórem piosenki "Znak pokoju", którego refren również może być pięknymi życzeniami na nadchodzący czas.
I jeszcze wyjątkowa propozycja wykonania kolędy "Mizerna cicha". Właśnie ją zaśpiewały nasze dzieciaki.
Chyba sama wzruszyłam się podczas wykonywania przez dzieciaki niektórych kolęd, pastorałek i piosenek, a już najbardziej podczas dwóch ostatnich. Przeleciałam pamięcią przez te wszystkie parafialne koncerty kolęd i pastorałek i przyznam, że chyba żaden z nich nie wywołał we mnie tylu emocji, jak ten. Fakt, że mógł na mój stan nałożyć się stres związany i z obroną, i z przygotowaniem występu (jak chociażby przygotowanie repertuaru, czy też omówienie, kto co śpiewa), i z samym występem, jednak chyba nigdy nie ryczałam aż tak po wszystkim. Mam nadzieję, że odpowiednio wykorzystałam to, czego nauczyłam się podczas styczniowej organizacji koncertu pod okiem Księdza Niosącego Światło. I że byłby zadowolony również z tego aspektu efektu swojej pracy. Że wtedy te wszystkie godziny prób nie poszły na marne, że coś z nich wyniosłam. Że potrafię wykorzystać to doświadczenie w dalszej pracy nawet wtedy, gdy nie jest łatwo. Ale może właśnie wtedy czuje się największą satysfakcję?
A w ogóle popatrzcie jakie mam zdolne dzieciaki na szkolnej świetlicy. Zaproponowaliśmy im po koncercie wykonanie kartek świątecznych dla seniorów będących podopiecznymi pobliskiego Domu Seniora Wigor. Dwa razy nie trzeba było im powtarzać. Raz dwa i powstały takie cudeńka.
Plan jest prosty - iść z dzieciakami w ramach lekcji do "Wigora", powtórzyć szkolny koncert, wręczyć kartki świąteczne z wypisanymi życzeniami oraz zachęcić obydwa pokolenia do wzajemnej rozmowy, jak dziadkowie z wnukami. A to wszystko w okolicach 21 stycznia (a najlepiej 20, albo 22, bo 21 to ja sama chciałabym odwiedzić swoją babcię, zaś udanie się do niej to wyprawa na cały dzień), z okazji dnia babci i dziadka. Będę musiała porozmawiać o tym z dyrekcją i szkoły i placówki, bo to jest do ogarnięcia. A jak nie, to myślę, że zaniesienie samych kartek z życzeniami, np. przez samorząd szkolny, też będzie dobrze.

czwartek, 28 sierpnia 2025

2256. I tak będzie...

W związku z nowym rokiem szkolnym (oraz katechetycznym) i papierologią z tym związaną po głowie mi chodzi ten kawałek:
Dokładnie tak: I będą pytali, pytali. Oby te pytania były tylko takie, na które będziemy znali odpowiedzi.

piątek, 20 czerwca 2025

2213. Co z Ciebie dziecko wyrośnie?

Wraz z końcem roku szkolnego coraz częściej w rozmowach z wychowankami pojawia się temat ich przyszłej ścieżki zawodowej. Co prawda mam w tym roku grupę składającą się z piąto oraz szóstoklasistów, więc temat z jednej strony nie do końca ich dotyczy, ale z drugiej warto zorientować się, czy w ogóle jakoś widzą tą swoją przyszłość. Nie jest tajemnicą, że rodziny wielu z nich z dziada pradziada korzystają z różnych form pomocy społecznej. Myślicie, że takie dzieciaki mają jakąś motywację do zdobycia wykształcenia, chociażby w formie zawodowej? Dlatego to głównie na nauczycielach szkolnych i nas, wychowawcach świetlicy spoczęło zadanie przekonania jednego i drugiego dzieciaka, że jednak warto iść chociażby do tej zawodówki, zakończyć ją i zdobyć jakieś wykształcenie, niż... Nie każdy musi mieć doktorat i habilitację w języku angielskim, ale jakiś zawód warto mieć. Czasami to nasze wieczne "ględzenie" idzie w próżnię. Właściwie to często tak się dzieje. Ale czasami bywa i tak, że dzieciak sam przychodzi, sam inicjuje rozmowę, sam zastanawia się, jaką drogą ma iść. No i właściwie to takie sytuacje sprawiają, że wiem, że moja praca ma jednak sens.
Na drugim końcu mam dzieciaki ze świetlicy szkolnej, na której jestem, o ile mnie nie ma w sali gimnastycznej na próbie przed końcem roku szkolnego, albo w pracowni plastycznej nie maluję dekoracji, albo nie zmieniam jej na korytarzu, albo nie jestem w salce katechetycznej i nie próbuję przeprowadzić katechezy w najstarszych klasach w zamian za księdza. A tak właściwie to nie wiem o co chodzi księdzu z tym, że młodzież ma go i religię gdzieś. Czasami bywają nieznośni, ale ogólnie, w porównaniu np. z moją klasą na tym samym poziomie, to chyba nie jest najgorzej. Tym bardziej, że po ostatnim jego zasłabnięciu szczerze pytają, czy ksiądz wróci. Sama chciałabym to wiedzieć, ale nawet bałam się go o to zapytać, kiedy na chwile po treningu podskoczyłam do niego zobaczyć jak się czuje. Czas pokaże.
No dobra, co do świetlicy to 80% uczniów to dzieciaki z klas 1-3, które albo rano czekają na zajęcia lekcyjne, albo po lekcjach, aż przyjdą po nie rodzice lub inni opiekunowie. 15% to ci, którzy nie chodzą na religię. A 5% to te dzieciaki, które przychodzą na świetlicę, aby po prostu pogadać. No to czasami rozmawiamy także o ich przyszłości, tego co chcieliby robić, do jakich szkół idą dalej, a do jakich chcieliby iść. I wiecie, kiedy jest mi najbardziej przykro? Kiedy słyszę, że rodzice mają dla nich zaplanowaną ścieżkę edukacyjną i zawodową na kilka lat do przodu bez uwzględnienia preferencji swojej pociechy. A tymczasem ona ze łzami w oczach mówi, że nie chce być psychologiem, a kosmetyczką, fryzjerem, mechatronikiem lub logistykiem. I co tu powiedzieć takiemu nastolatkowi?
Jak dla mnie to rodzic może sugerować swojemu dziecku do jakiej szkoły ma iść czy też wyrazić opinię na temat decyzji wyboru szkoły ponadpodstawowej, ale nie powinien całkowicie wybierać jej za nie. Niech to będzie pierwsza w pełni świadoma decyzja młodego człowieka. A przecież jeżeli tylko uzna, że to nie jest ta szkoła, o której marzył, to zawsze będzie mógł ją zmienić i nic takiego strasznego się nie stanie. Zdarza się.
I tym sposobem zderzają się ze sobą dwa światy - ten, w którym rodzice zbytnio nie interesują się tym, jak potoczy się dalsza edukacja ich dzieci i ten zupełnie odmienny, gdzie rodzice zbyt bardzo w to interweniują. Tak źle i tak niedobrze. Trudno tutaj znaleźć złoty środek, aby zadowolić w wystarczający sposób zadowolić i jedną i drugą stronę. Ale tak sobie myślę, że warto dążyć do porozumienia i konsensusu, warto chociaż próbować to robić. Bo bez tego naprawdę mogą ucierpieć nasze rodzinne relacje.
Jak tak sobie przypominam, to rodzice dali mi wolna rękę w wyborze liceum. I najbardziej irytowały mnie sytuacje, kiedy mama rzucała przy innych, że marzę o tym, aby iść tu i tu. A inni to odradzali. Tylko co inni mogli wiedzieć o moim potencjale? Moje plany zmieniały się przez cały okres gimnazjum, kiedy to co rusz dowiadywałam się o sobie czegoś nowego. Ostatecznie złożyłam papiery do zupełnie innego liceum niż planowałam w pierwszej klasie. Czy żałuję? Może trochę. Ale wiem, że to była najlepsza z ówczesnych decyzji. I wiem też, że cokolwiek bym nie postanowiła, nawet gdybym aplikowała do zawodówki, to miałabym wsparcie ze strony rodziców. I to jest chyba w tym wszystkim najpiękniejsze.

wtorek, 10 czerwca 2025

2205. Przed końcem roku szkolnego dzieje się dużo

Czas roku szkolnego powoli dobiega końca. Co ambitniejsi wychowankowie świetlicy poprawiają oceny na lepsze, co mniej - uważają że wystarczą im takie, jakie mają. Tych drugich jest niestety dużo więcej niż tych pierwszych. Tak, nie każdy musi być geniuszem i kujonem, ale świadectwo, gdzie 2/3 ocen to dopuszczający wygląda trochę dziwnie. Ja się za nich nie nauczę. Przez lata powtarzałam to Maksymowi. Mój jedyny sukces w tym wszystkim jest taki, że nie odkłada wszystkiego na ostatnią chwilę, bo z tego słynął. I że nie rzucił nauki w technikum wraz z ukończeniem osiemnastki, jak zapowiadał od samego początku dostania się do szkoły średniej. Za to zmężniał, wydoroślał, nie w głowie mu już wybryki sprzed lat. Poszedł w ślady Benia. Jest jednak coś, czego w ich temacie żałuję. Wraz z otwarciem na nowo Oratorium zaczęli przyuczać się do pełnienia roli animatorów. Byłam z nich dumna. Niestety, wszystko skończyło się po kilku miesiącach wraz z zamknięciem organizacji. Pytam się - to po co proboszcz w ogóle je otwierał? Żeby pokazać przełożonym, że jest? Próbowałam jeszcze namówić ich na Oratorium w S-cu, gdzie aktualnie placówka jest prowadzona przez jednego z naszych byłych wikarych, ale coś się chyba w nich pod tym względem wypaliło.
Koniec roku szkolnego to też wypisywanie masy zaświadczeń, oświadczeń i opinii na temat każdego z podopiecznego. Nie ważne, czy chodził on od września, czy od wczoraj. Wychowawca ma napisać coś o jego funkcjonowaniu do szkoły, MOPSu, a nierzadko i do sądu. Czasami pojawia się dylemat, czy napisać prawdę i zaszkodzić dziecku (a nieraz i całej rodzinie), czy może pominąć pewne kwestie i oszczędzić mu pewnych konsekwencji. Rozum i rozsądek podpowiada coś innego, a serce co innego. 
Jeszcze trzeba zrobić z dzieciakami zajęcia na temat bezpieczeństwa podczas wakacji oraz bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni i hejtowi. Nie raz mam wrażenie, że gadam w próżnię, ale może ktoś przynajmniej pomyśli przed zrobieniem komuś na złość.
Do tego jestem już na finiszu moich ostatnich praktyk szkolnych. Najczęściej siedzę na świetlicy, ale zdarza się, że idę na jakąś terapię albo na jakieś lekcje. Na świetlicy już miałam kilka autorskich zajęć, wyszły nie najgorzej. Teraz pomagam też przy organizacji zakończenia roku szkolnego. To ostatnie daje mi dużo radości, chociaż napawa też nostalgią, że dla tych dzieciaków, zwłaszcza ósmoklasistów, coś się kończy. Ale i bez wątpienia zaczyna się dla nich kolejna piękna przygoda.
No i jeszcze zaoferowałam się z przygotowaniem wycieczki do Wadowic dla dzieciaków z Oratorium. Ale to dla mnie czysta przyjemność.

wtorek, 11 marca 2025

2147. Nie chcę go nawracać, chcę zrozumieć jego wyznanie

Na świetlicę środowiskową przychodzą różne dzieci. Przez ostatnie trzy lata przewinęło się sporo Ukraińców. Było też kilkoro Arabów, Nigeryjczyk, Węgier, Bułgar. O wiarę nie pytamy, najczęściej sami mówią, że są ateistami i Boga nie ma. Nie jestem tam po to, aby ich nawracać, czy też przekazywać prawdy wiary katolickiej (to robię na spotkaniach z bierzmowanymi), jestem za to po to, aby zapewnić im bezpieczeństwo i opiekę. A więc muszę się wykazać pełną tolerancją. No, prawie pełną, bo jak raz pewien muzułmanin zaczął grozić innym, że ich "pozabija za wiarę" musiałam interweniować. Wysłałam go do pedagoga, dostał ostrzeżenie. Pomogło na tyle, że do końca pobytu u nas nie robił już tego typu akcji.
Ostatnio do mojej grupy przyszła dziewczynka będąca wyznania Świadków Jehowy. Miałam styczność z tym wyznaniem w szkole podstawowej i gimnazjum, kiedy jedna z moich koleżanek też wyznawała tą wiarę. Później, w liceum, też miałam styczność z takimi osobami. Wiem więc mniej więcej o co w tym chodzi, nigdy jednak specjalnie nie wnikałam w ich system wierzenia. Aż do teraz. Wiecie, żeby lepiej wiedzieć z czym tak naprawdę mam do czynienia. Teraz jestem też dużo bardziej świadoma tych różnic i tak też odebrałam to, czego się dowiedziałam - nie jako zaspokojenie własnej ciekawości, choć to pośrednio też, ale jako różnice, które są między nami.
Na youtube nie brakuje świadectw osób, które były kiedyś członkami Świadków Jehowy, jak można się domyślać - krytycznie odnoszą się do tej organizacji. Co ciekawe, oni sami uważają się za wyznawców religii, bo:
  1. Mają spójny system wierzeń, który jest oparty na interpretacji Biblii,
  2. Prowadzą regularne spotkania religijne, takie jak zebrania w Salach Królestwa,
  3. Prowadzą działalność misyjną oraz ewangelizacyjną,
  4. Mają ustaloną strukturę organizacyjną, z centralnym zarządem (Ciało Kierownicze) w Brooklynie w Nowym Jorku.
I to by nie było takie złe, gdyby Świadkowie Jehowy nie przejawiali tak dużo zachowań typowych dla sekt, czyli grup religijnych, które wyłoniły się z większej religii i mają odmienne praktyki lub wierzenia. Sektą nazywamy również taką grupę religijną, która jest postrzegana jako odizolowana, manipulująca czy też kontrolująca. Świadkom Jehowy zarzuca się m.in.:
  1. Kontrolę nad członkami grupy pod postacią izolacji od społeczeństwa - Świadka Jehowy zachęca się do ograniczenia kontaktów z osobami spoza organizacji. Może to prowadzić do izolacji społecznej, jak też utrudniać integrację z szerszą społecznością. Także zakładanie rodzin poza organizacją nie jest mile widziane. Świadkowie łamiący zasady organizacji albo samowolnie ją opuszczający, są wykluczani i poddawani ostracyzmowi przez rodzinę i znajomych, którzy w dalszym ciągu są członkami grupy. To z kolei może prowadzić do stresów emocjonalnych i psychologicznych. Wiele osób wykluczonych przeżywa depresję i popełnia samobójstwa.
  2. Kontrola informacji (ograniczony dostęp do informacji) - uważają, że jedynym odpowiednim źródłem informacji jest Pismo Święte bądź literatura publikowana przez Towarzystwo Strażnica. Nawet taka decyzja, jak pójście na studia, nie jest przez nich mile widziana.
  3. Emocjonalna manipulacja (strach i poczucie winy): organizacja często wykorzystuje strach przed Armagedonem i poczucie winy jako środki motywacyjne. Nieposłuszeństwo może prowadzić do wiecznego zniszczenia.
  4. Zasady medyczne (zakaz transfuzji krwi): Świadkowie Jehowy mają zakaz transfuzji krwi, to zaś może prowadzić do zagrożenie zdrowia, a nawet życia. Zakaz ten może być w szczególności niebezpieczny dla dzieci, które nie mogą decydować o własnym leczeniu.
  5. Brak tolerancji dla niezależnego myślenia - krytykowanie lub kwestionowanie decyzji Ciała Kierowniczego jest silnie zniechęcane. To najczęściej prowadzi do utraty samodzielnego myślenia.
Znalazłam też ciekawy filmik przedstawiający to, czego dzieci będące Świadkami Jehowy nie mogą robić w szkole (chociaż podejrzewam, że w ogóle w życiu).
Myślę, że to będzie bardzo ciekawe funkcjonowanie młodego człowieka w naszej społeczności. A tak na serio to jestem tym trochę przerażona, ale nie mniej niż jakiś czas temu propozycją pełnego prowadzenia kandydatów do bierzmowania. Chciałabym napisać, że będzie dobrze... jednak co, jeśli nie będzie? Nie chcę nawracać dzieciaka, ale nie chcę też, aby dezorganizował zajęcia, bo jego wiara mu na coś nie pozwala. Przecież to tylko dziecko...

piątek, 17 stycznia 2025

2107. Będzie pięknie. I to niekoniecznie z mojego powodu

W styczniu wedle tradycji można jeszcze śpiewać kolędy. Na świetlicy już ich nie śpiewamy (co ciekawe, były one bardziej popularne przed świętami, niż po), ale za to w szkole, w której uczy Ksiądz Niosący Światło na koniec stycznia robi mini-koncert kolęd i pastorałek. Byłam dzisiaj w tzw. międzyczasie między zajęciami na uczelni (niech żyje logika... chociaż zaliczenie ćwiczeń z bioetyki na mocne 4,5 bardzo mnie satysfakcjonuje), a pracą na próbie. Głównym motywem mojej wizyty było zaniesienie dyrekcji podania dotyczącego odbycia zawodowych praktyk nauczycielskich (jedno z wielu, jakie dostarczyłam do lokalnych podstawówek z nadzieją, że gdzieś się dostanę), a próba wyszła właściwie przy okazji. I choć nie było na niej księdza, to jednak była katechetka, prywatnie żona katechety z mojego liceum. Ten świat jest jednak mały i nawet w tak sporym mieście jak moje zawsze znajdzie się jakiś znajomy bądź znajomy znajomego, bądź znajomy, znajomego znajomego. 
Co do koncertu to mam w nim minimalny wkład - "sprzedałam" katechetom dwie mało znane kolędy. A może już piosenki świąteczne? Chociaż tytuł "Kolęda Dąbrowska" świadczy o czymś innym. Tak, wiem, napiszecie mi, że nie znacie takiej kolędy. Nie szkodzi. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że została ona napisana w polskiej parafii na Ukrainie. Osobiście bardzo ją lubię. Kiedyś, kiedyś śpiewaliśmy ją w parafialnej scholi w każdy okres Bożego Narodzenia. Ale już dawno jej u nas nie słyszałam. Szkoda, aby się "kurzyła" gdzieś tam w futerale na płyty. Zwłaszcza, że jest dla mnie genialna w swoim przekazie i prostocie. Drugim utworem jest kolęda nosząca tytuł "Dziś w stajence". To bardzo skoczna i radosna kolęda, której tekst szybko wpada w ucho słuchacza. Zresztą sami posłuchajcie.
Oczywiście podczas koncertu zabrzmią też tradycyjne kolędy oraz pastorałki, takie jak np. "Cicha noc" (grana na cymbałkach), "Lulajże Jezuniu", "Tryumfy Króla Niebieskiego", czy też jedna z moich ulubionych "Wesołą nowinę bracia słuchania". Trochę żałuję, że nie zaproponowałam, aby maluszki zaśpiewały "W grudniowe noce", może będzie jeszcze ku temu okazja. Tak samo jak do podzielenia się kolędą "Prowadź gwiazdo promienista". No i może jeszcze "Mizerną, cichą", ale tylko i wyłącznie w wersji, jaką przedstawiłam Wam w >>tym<< wpisie. Chociaż jak tak sobie myślę, to może dobrze, że dawkuję im to wszystko. Inaczej mogliby wykorzystać te zaproponowane przeze mnie kolędy na raz, a tak i na przyszły rok zostaną jakieś nowości, i jeszcze na kolejny i kolejny. Oj, czyżbym się za bardzo w tym wszystkim nie rozpędzała i nie wybiegała zbyt bardzo w przyszłość, kiedy za bardzo nie wiem, co przyniesie mi kolejny dzień. Nie chcę też za bardzo ingerować w program ułożony przez księdza i katechetkę, no bo z jakiej racji? Tym bardziej, że jest on naprawdę dobry.
Wiecie, stałam tak w drzwiach świetlicy oparta o framugę drzwi ze wzruszeniem w sercu słuchając wykonania przez dzieci poszczególnych kolęd i siłą woli powstrzymywałam się, aby nie wybuchnąć płaczem. Wszystko było takie piękne, tak szczere, tak z głębi serca, że aż łzy same cisnęły się do oczu. To będzie piękny i wspaniały koncert, taki, który zapada i w ucho, i w serce i w pamięć. Nawet, jeżeli coś się nie uda, to całokształt przyćmi te niedoskonałości. Jestem o tym przekonana. I tak sobie pomyślałam, że szkoda, że moja parafia odeszła od tej pięknej tradycji dorocznego kolędowania w murach parafii. Ale może kiedyś jeszcze do tego wrócimy...

poniedziałek, 13 stycznia 2025

2103. Świat to iluzja?

Jednym z przedmiotów, jakie mam w tym semestrze na Naukach o Rodzinie jest coś, co się na początku nieco tajemniczo nazywało Modułem ogólnoakademickim. W związku z tym mogliśmy wybrać sobie jeden przedmiot, który jest prowadzony dla całej braci akademickiej ze wszystkich wydziałów*. Do wyboru mieliśmy kilka opcji, ale że ja nie mogłam dokonać go od razu, to zostały mi jakieś dziwne propozycje, z których najbardziej intrygująco brzmiała ta o nazwie "Jak działa świat? Wykład z eksperymentami dla każdego. Najważniejsze narzędzia poznania, edukacji i komunikacji, czyli obserwacja, eksperyment i kodowanie komunikatów w praktyce".
Wiem, brzmi strasznie. I ja też na początku byłam przerażona tym, co będzie się dziać na tych zajęciach. Co prawda fizyka, zaraz po matematyce, była moim ulubionym przedmiotem w szkole, ale i tak sama nazwa budziła we mnie strach. Jednak z każdym kolejnym tygodniem coraz bardziej się do niego przekonywałam i dostrzegałam sensowność wykorzystywania zdobytych na nich umiejętności chociażby na popołudniowych zajęciach z dziećmi na świetlicy. Tym bardziej, że niektóre eksperymenty są wręcz banalne w swojej prostocie.
Dzisiaj na przykład rozmawialiśmy o zjawisku iluzji optycznych. Złudzeniem optycznym nazywamy błędną interpretację obrazu przez mózg pod wpływem kontrastu, cieni i użycia kolorów, które z automatu wprowadzają nasz mózg w błędny tok myślenia. Złudzenie wynika z mechanizmów działania percepcji, które zazwyczaj pomagają w postrzeganiu, ale w określonych warunkach wywołują tylko pozorne wrażenia.
Tyle teorii, której na zajęciach było całkiem niewiele, dużo więcej, a właściwie to ok. 90% wykładu to była zabawa z iluzją, i zgadywaniem, kto z nas co tak właściwie widzi. Niektóre z iluzji były mi całkiem znane (pamiętam, jak pisałam z nich referat na fizykę w liceum), ale były też takie, które były dla mnie nowe i wprawiały mój mózg w wariacje.
Wrzucam Wam przy okazji wpisu kilka przykładów iluzji optycznych. Podejrzewam, że i tutaj wiele jest już dla Was znanych, ale może i znajdą się wśród nich całkowicie dla Was nowych, nieznanych, a przez to i zaskakujących. Nie wiem, czy u Was też, ale u mnie podczas ich oglądania wielokrotnie pojawiało się z tyłu głowy pytanie - jak bardzo odbierana przeze mnie rzeczywistość jest zbliżona do tej, która jest faktycznie.
To chyba jedna z najbardziej znanych iluzji, licząca już ponad 100 lat. Młodą kobietę widziałam od zawsze, starą zobaczyłam dopiero dzisiaj (lepiej późno, niż wcale).
Tutaj jest identyczny efekt końcowy, chociaż rysunek ciut inny. Widzicie starszą panią czy młodą kobietę?
A tutaj? Królik czy kaczka?
Bardziej czaszka czy bawiące się dziewczynki?
Czy tylko widać tutaj żabę?
Czy potraficie policzyć nogi tego słonia?
Albo ile tu jest zebr?
Na identycznej zasadzie działa ta iluzja.
Ciekawe dokąd prowadzą te schody?
A ten, komu uda się zbudować taki trójkąt dostanie ocenę celującą z zajęć.
Linie proste czy krzywe?
Oczywiście to tylko niektóre z wielu przykładów iluzji, jakie możemy znaleźć w sieci.
I takie krótkie wyjaśnienie niektórych zjawisk związanych z iluzją. Filmik nie był puszczany na zajęciach, znalazłam go przypadkowo dosłownie przed chwilą. Myślę, że w dosyć prosty sposób wyjaśnia niektóre zjawiska stosowane w iluzji.
Właściwie to już dzisiaj, zupełnie spontanicznie, zrobiłam na świetlicy dzieciakom takie zajęcia ze złudzeń optycznych, na które zareagowały jednym wielkim WOW! A uwierzcie mi, w dzisiejszych czasach zadowolić najmłodszych (no, prawie) to nie lada sztuka. Dlatego tak bardzo cieszy mnie to, że udało mi się ich czymś zachwycić i zainteresować. Nawet jeżeli ma to trwać tylko chwilę. Tak sobie też myślę, że to nie jedyne zajęcia o takiej tematyce, wszak ilustracji będących iluzją optyczną jest w internecie bez liku. Do wyboru do koloru.
Na zaliczenie tego przedmiotu mamy przeprowadzić i omówić jakiś eksperyment. Myślę na poważnie o wytłumaczeniu działania i zaprezentowaniu śruby Archimedesa (aż Archimedes zapiszczał z radości). Pomysł został przyjęty przez prowadzących zajęcia, nawet obiecali załatwić mi taką śrubę, bo mają na stanie. Byłoby wspaniale, gdyby się to udało. To byłoby nawiązanie do moich pasji sięgających hen po czasy gimnazjalne, kiedy z fascynacją poznawałam działalność maszyn prostych, które tak wiele mogą. Większość z nich miałam okazję przetestować, ale śruby jeszcze nie. Może właśnie teraz przyszedł na to czas?

* To duże uproszczenie, bowiem ten twór przeznaczony jest tylko dla tych, którzy mają go w programie studiów

środa, 4 grudnia 2024

2076. Praca dla niepełnosprawnych

HR Inspiracje - Pracownicy niepełnosprawni: fakty i mity, obawy i korzyści
W Polsce osób aktywnych zawodowo, którzy posiadają orzeczenie o niepełnosprawności jest około 3,4 mln. Jedynie co piąta z nich pracuje. Przyczyny bywają różne, ale jedną z najczęściej akcentowanych są obawy pracodawców kierowane stereotypami dotyczące pracowników niepełnosprawnych. To duża strata, ponieważ osoby z niepełnosprawnością to grupa pracowników z niewykorzystanym potencjałem, a zatrudnienie ich wiąże się dla firmy z korzyściami społecznymi, finansowymi i wizerunkowymi.
Nie da się ukryć, że wiele pracodawców obawia się, że osoba niepełnosprawna będzie mało wydajnym pracownikiem. Jednak doświadczenia przedsiębiorców, którzy zdecydowali się na zatrudnienie osób z niepełnosprawnością podkreślają finansowe i wizerunkowe korzyści, jakie przyniosło to zespołowi. Głównie jednak podkreślają zaangażowanie oraz lojalność takich pracowników.
Bo czy poruszająca się na wózku księgowa nie może wykonywać pracy umysłowej? Wszak wózek nie jest żadną przeszkodą. A czy chorująca na cukrzycę osoba nie może wykonywać pracy rekrutera, jeżeli tylko posiada odpowiednie kwalifikacje? Tak naprawdę potrzeba zmierzenia cukru lub zaaplikowania insuliny najczęściej odbywa się o ustalonych porach i nie ma wpływu na jakość wykonywanej pracy. 
Chcąc zatrudnić osobę z niepełnosprawnością warto postawić na jej umiejętności, doświadczenie i chęć jego powiększenia. Z kolei bazując na stereotypach i wyobrażeniach można wpaść w pułapkę myślenia, że osoby posiadające orzeczenie o niepełnosprawności mogą pracować wyłącznie w miejscach pracy chronionej, albo na specjalnie przystosowanych stanowiskach. Ale osoby z niepełnosprawnością mogą podejmować zatrudnienie w wielu branżach i na różnych stanowiskach. Jak pokazuje doświadczenie zdobyte przez wiele firm, osoby z niepełnosprawnością odnajdują się zarówno jako pracownicy biurowi, jak też pracownicy fizyczni, produkcji itp. Trzeba też pamiętać, że dynamicznie rosnący poziom wykształcenia wyższego przez osoby posiadające ograniczenia, znacznie wpływa na możliwości podejmowania pracy na stanowiskach wymagających wysokich kwalifikacji.
Przedsiębiorcy pytani o chęć zatrudnienia pracowników z niepełnosprawnością często odpowiadają, że myśleli o tym, lecz ich firma nie jest przystosowana dla takich osób. Tymczasem schorzenia u wielu osób są zupełnie niewidoczne. Bo czy niepełnosprawność związaną z krążeniem, cukrzycę czy też nadciśnienie naprawdę widać? W dodatku takie osoby nie potrzebują właściwie żadnych przystosowań architektonicznych w miejscu pracy. A czy coś stoi na przeszkodzie, żeby zatrudnić osobę poruszającą się na wózku, ale spełniającą wymagania podane w ofercie pracy, w firmie, której siedziba znajduje się w budynku pozbawionym przeszkód architektonicznych? Warto tutaj wspomnieć, że jeśli pracodawca zdecyduje się na przystosowanie miejsca pracy, może otrzymać zwrot poniesionych kosztów.
Kierując ofertę pracy do osób z niepełnosprawnościami należy szczegółowo określić wymagania i zakres obowiązków. Grupa osób z niepełnosprawnościami ze względu na ich rodzaj i stopień oraz osobiste kwalifikacje, cechy osobowościowe i umiejętności jest bardzo zróżnicowana. Rekrutując takie osoby można skorzystać ze współpracy z wyspecjalizowaną agencją doradztwa personalnego albo organizacjami pozarządowymi zajmującymi się aktywizacją osób niepełnosprawnych. Można też zadbać o odpowiednie przeszkolenie pracowników działów HR w celu zapewnienia jak największej efektywności działań rekrutacyjnych. Sama rozmowa rekrutacyjna osoby z niepełnosprawnością nie powinna różnić się od innych rozmów kwalifikacyjnych, co nie oznacza, że nie wymaga odpowiedniej postawy w stosunku do kandydata. W przyjaznej i otwartej atmosferze rozmowa kwalifikacyjna może być początkiem budowania relacji i otwartości na niepełnosprawność kandydata.
W sytuacji wprowadzenia pracowników z niepełnosprawnością do zespołu mogą pojawić się następujące pytania: Czy mogę zapytać o niepełnosprawność? Czy powinienem pomóc, czy raczej nie pomagać? Jak mam mówić, żeby kogoś nie urazi? Mogą one najczęściej wynikać z braku doświadczeń z osobami z niepełnosprawnością, dlatego tak ważne jest przygotowanie zespołu do wspólnej pracy. Nieoceniona może okazać się tutaj rola managera, który potrafi umiejętnie zarządzać różnorodnym zespołem. Szkolenia pomagające "oswoić niepełnosprawność" są idealnym narzędziem do pokonywania wszelkich obaw. Mają one na celu przełamywanie stereotypów oraz uświadomienie, że osoby niepełnosprawne jako pracownicy mają podobne oczekiwania, dążenia jak i obawy wynikające z nowych sytuacji, które dotyczą chociażby innego traktowania przez pracowników ze względu na niepełnosprawność.
Zatrudnienie pracowników z niepełnosprawnością świadczy o potwierdzeniu zasady różnorodności w kształtowaniu polityki personalnej danej firmy. Otwartość na zatrudnienie osób niepełnosprawnych buduje również wizerunek firmy w oczach samych osób niepełnosprawnych. To zaś może mieć bezpośrednie przełożenie na pozyskanie nowej grupy klientów i odbicie w wymiarze ekonomicznym.

Na podstawie: https://hrstandard.pl/2015/08/03/hr-inspiracje-pracownicy-niepelnosprawni-fakty-i-mity-obawy-i-korzysci/