Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 30 czerwca 2020

1180. Wyzwanie u Lidzi "Czytamy książki 2020" - czerwiec

Kto powiedział, że w mieście nie może być
ładnych ogródków?
Uff... czerwiec dobiegł do końca. Nie będę ukrywać, że był to trudny dla mnie miesiąc, zarówno pod względem intelektualnym, jak i psychicznym. Na szczęście na razie wszystko przebiega zgodnie z planem, a nawet powyżej moich oczekiwań. Efekt tego wszystkiego był taki, że dzisiaj aż popłynęły mi z oczu łzy ulgi. Bo chyba właśnie do mnie dotarło, co tak naprawdę się stało. 

(A dzieciaki ciągle się dopytują, czy mogą do mnie dalej mówić Lolek, czy może już nie do końca wypada...)

Aż sama się dziwię, że w tym wszystkim znalazłam jeszcze czas na zajrzenie do jakiś książek ponad to, co musiałam przeczytać. A jednak to w książkach znajdowałam upojenie po ciężkich, wymagających ode mnie niemało, dniach. Starałam się dobierać je pod takim kontem, aby tytuł zaczynał się na literę "O"/imię lub nazwisko autora na literę "D"/ ewentualnie coś na okładce na literę "l"(co okazało się kompletną abstrakcją). W sumie nawet nie wiedziałam, że mam tyle książek na literę "O", co było dla mnie kompletnym zaskoczeniem. W zasadzie prawie wszystkie pozycje już kiedyś czytałam, a jednak miło było do nich wrócić. 
A tak przedstawia się moja czerwcowa lista czytelnicza(z wyłączeniem niektórych pozycji):

Tytuł: Opowieść o Wadowicach
Autor: Jan Dworaczek, Jerzy Roman Jaglarz, Adam Grodnicki, Jan Fidziński
Okładka: -
Liczba stron: 94

To moja kolejna lektura, którą wykorzystałam do napisania artykułu o rodzinie Karola Wojtyły. Niedługa książka, w której historia niewielkiego miasta położonego w paśmie Beskidów kończy się na czasach PRL-u(została wydana w 1983 roku). Literackim językiem ukazuje dzieje miejscowości od najdawniejszych dziejów, przez kolejne epoki, aż po współczesność. Ciekawie przedstawia niektóre postacie związane z Wadowicami. Oprócz sylwetki najznakomitszego wadowiczanina, czyli Karola Wojtyły, późniejszego papieża Jana Pawła II, znajdziemy w niej skrócone biografie takich osobliwości związanych z Wadowicami, jak Marcin Wadowita, Emil Zegadłowicz, Wincenty Bałys, Mieczysław Kotlarczyk, Józef Putek, czy też dwie poetki - Janina Brzostowska(mam nawet tomik jej wierszy z 1946 roku) oraz Janina Barbara Górkiewiczowa, której imię nosiło gimnazjum w miejscowości z której pochodziła, czyli Mucharza. W pozycji znajdziemy także krótki zapis historii sportu w tutejszych stronach.

Tytuł: Opowieść wigilijna
Autor: Karol Dickens
Okładka: Latarnia
Liczba stron: 144

Tą pozycję z powodzeniem mogłabym nazwać "powrotem do przeszłości". I chociaż z czasem nie bardzo trafiłam(nawet w szkole jako lektura jest omawiana z reguły tuż przed świętami Bożego Narodzenia), to nic nie szkodzi, ponieważ książka niesie ze sobą uniwersalne przesłanie.
Stary sknera i skąpiec, Ebenezer Scrooge jest właścicielem jednego z londyńskich kantorów, "Scrooge & Marley". Poza tym uchodzi za nieprzystępnego i chłodnego człowieka, który dba jedynie o swój własny interes, spędzając całe dnie nad księgami rachunkowego. Siedem lat wcześniej, dokładnie w wigilię Bożego Narodzenia, umiera jego wspólnik Jakub Marley. Być może dlatego Scoorge aż tak nie lubi tych świąt? Kiedy kilka godzin przed wigilią odwiedza go siostrzeniec z życzeniami i propozycją spędzenia świąt z jego rodziną, zostaje bezwzględnie wyrzucony przez Ebenezera za drzwi kantoru. Wieczorem wraca do ponurego domu, żeby w samotności spędzić ten czas. Niespodziewanie odwiedza go pokutujący duch Marleya, który zapowiada pojawienie się trzech duchów, które zabiorą go w pewną podróż w czasie. Ebenezer cofa się do czasów swojej młodości, przenosi do domu swojego pracownika, Boba Cratchita, gdzie widzi szczęśliwą rodzinę, pomimo choroby małego Tima oraz robi skok w przyszłość, która robi na nim niesamowite wrażenie i zmienia jego postrzeganie niektórych rzeczy. 

Tytuł: Oliver Twist
Autor: Karol Dickens
Okładka: -
Liczba stron: 424

Oliver Twist, podobnie jak Sara, bohaterka powieści F. H. Burnet pt. "Mała księżniczka", zawsze wzbudzał we mnie współczucie nad swoim niesprawiedliwym losem. Chłopiec rodzi się w przytułku, jego matka umiera podczas porodu. Osierocony chłopiec trafia to do sierocińca dla dzieci, to na naukę do miejskich rzemieślników, którzy wiecznie traktują go jako tego gorszego. W końcu, w dniu swoich dziewiątych urodzin, postanawia uciec do Londynu. Na miejscu dołącza do miejskich rzezimieszków, którzy trudnią się drobnymi przestępstwami. Kiedy podczas jednej z takich akcji Oliver zostaje złapany przez funkcjonariusza policji, wydaje się, że jego marny los jest przesądzony. Tymczasem podczas rozprawy sądowej losem chłopca zaczyna się interesować poszkodowany, pan Brownlow. Okłamuje sędziego, że to nie Olivera widział podczas zdarzenia, a następnie zabiera chorego chłopca do swojego domu. Pod czujną opieką pana Brownlow, malec powoli wraca do sił. Nie wie jednak, że tuż za rogiem czają się na niego członkowie gangu, do którego niegdyś należał.
Bardzo interesujące spojrzenie na ulice XIX-wiecznego Londynu wraz z problemami społecznymi, jakie na tych ulicach się toczyły. Zresztą zauważyłam, że Dickens podobnie jak chociażby Lew Tołstoj, Victor Hugo, czy też nasz rodzimy Bolesław Prus jest wiernym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości i w mistrzowski sposób przenosi ją na kartki papieru. A dla mnie prywatnie lektura stanowiła kolejną zagwozdkę, jak można było pomóc Oliverowi od strony socjalnej. No ale wiecie, zbliżała się obrona mojej pracy magisterskiej, więc mogło mi odbijać na tym punkcie :).

Tytuł: O psie, który jeździł koleją
Autor: Roman Pisarski
Okładka: lokomotywa
Liczba stron: 64

Podejrzewam, że większość z Was zna historię dzielnego psa imieniem Lampo, który zamieszkiwał włoskie stacje. Pierwszy raz przeczytałam ją chyba w trzeciej klasie szkoły podstawowej i od razu ją pokochałam.
Pewnego razu na stacji kolejowej w Marittimie pojawia się mały kundelek. Jej właściciel postanowił nazwać go Lampo. Lampo szybko zaprzyjaźnił się zarówno ze zwiadowcą, jak i z przebywającymi na stacji pasażerami pociągu. Chociaż zdawałoby się, że kundelkowi niczego nie brakuje, to jednak co jakiś czas odzywa się w nim dusza podróżnika. Wsiada wtedy do pociągu i jedzie w przysłowiowe nieznane. Po drodze przeżywa różne bardziej lub mniej niebezpieczne przygody, jednak za każdym razem wraca w miejsce, które uważa za swój dom - na stację w Marittimie. O psie z czasem zaczynają pisać lokalne gazety, znajduje się także osoba chętna do kupna psiaka, zwiadowca jednak tak przywiązuje się do zwierzęcia, że nawet nie chce o tym słyszeć. I ze wzajemnością. A za okazaną przez zwiadowcę miłość odwdzięcza się w najpiękniejszy z możliwych sposobów...
Przejmująca opowieść o miłości psa do dwóch rzeczy - człowieka oraz podróży.

Tytuł: O dwóch takich, co ukradli księżyc
Autor: Kornel Makuszyński
Okładka: -
Liczba stron: 248

Kolejna pozycja z klasyki dla dzieci. Podobnie jak książkę "O psie, który jeździł koleją", także i tą przeczytałam Słowiczkowi przez komunikator Internetowy.
Jest to historia dwóch braci-bliźniaków: Jacka i Placka, którzy przychodzą na świat w ubogiej wsi Zapiecek. Im bardziej są starsi, tym bardziej daje się zauważyć ich złe usposobienie - są krnąbrni, nie chcą się uczyć w szkole, najchętniej cały czas by jedli i leniuchowali, nie szanują nawet swojej własnej matki. Pewnego razu postanawiają wyruszyć w świat, w poszukiwaniu tzw. szczęścia, a przy okazji - bogactwa. W czasie swojej wędrówki wszystko zdaje się na nich mścić: chleb zamienia się w kamień, spotkany osioł gdzieś ucieka, aż w końcu zostają pogryzieni przez mrówki. Kiedy chcieli złagodzić swoje swędzenie w strumieniu, zobaczyli bobry budujące tamę. Chłopcy byli zaskoczeni ich pracowitością. Jednak kiedy powiedzieli Królowi Bobrów, że poszukują kraju, w którym nie trzeba pracować, zostali stamtąd przegonieni. Następnie chłopcy postanowili wykraść pszczołą miód i ponownie zostali pokąsani. Nie wiadomo, jakby się to skończyło, gdyby nie pomoc pewnego staruszka, który pomógł im wyleczyć ukąszenia. W zamian Jacek i Placek przejęli na własność dom, w którym mieszkał, a jemu samemu kazali się wynosić. Za karę zostali oddani pod opiekę niedźwiedzia. W końcu bliźniaki docierają do Psiej Górki, gdzie ma miejsce wyścig dookoła miast. Jacek i Placek, dzięki identycznemu wyglądowi, zmieniają się w czasie wyścigu i dzięki temu wygrali go. Kiedy organizatorzy odkryli podstęp, chłopcy otrzymali cięgi. W ramach zadośćuczynienia mieli pomóc niewidomej dziewczynce. To spotkanie całkowicie odmieniło ich spojrzenie na świat...


Tytuł: Ostatni Mohikanin
Autor: James Fenimore Cooper
Okładka: -
Liczba stron: 508

To jedyny posiadany przeze mnie tom z cyklu "Sokole Oko" napisanego przez amerykańskiego pisarza Jamesa Fenimora Coopera. A zarazem nie jedyna jego powieść, bo Cooper był jednym z tych pisarzy, na których się wychowałam. Być może tworzył głównie dla chłopców, ale mnie takie "męskie" pozycje też się podobały.
Akcja powieści toczy się w latach kolonizacji Ameryki Północnej przez kolonie brytyjskie, podczas wojny francusko-brytyjskiej(połowa XVIII wieku). Jest to drugi tom z serii, toteż trudno jest mi się odnieść do wcześniejszych wydarzeń. W tej książce, której akcja rozpoczyna się od poddania bronionego przez amerykańskich osadników wraz z Brytyjczykami Fortu William Henry, dochodzi do masakry jego obrońców dokonanej przez Huronów. Główny bohater całego cyklu, Indianin Sokole Oko, razem ze swoimi indiańskimi przyjaciółmi: Mohikanami Chingachgookiem oraz jego synem Unkasem ratuje dwie córki angielskiego dowódcy - Alicję i Korę. Jakiś czas później Kora i Unkas zostają zabici przez wodza Huronów, Maguę. On sam przepłacił tą walkę życiem. W ten sposób Chingachgook zostaje ostatnim żywym Mohikaninem.

Tytuł: Ojciec Goriot
Autor: Honoriusz Balzac
Okładka: lampa
Liczba stron: 272

Chyba jedna z moich ulubionych lektur szkolnych z okresu szkoły średniej. Podobnie jak we wcześniejszych okresach powieści napisane przez Dickensa, także i pozycja Balzaka pozwoliła mi na poznanie życia w XIX-wiecznym mieście, tym razem w Paryżu.
Powieść toczy się w jednym z paryskich pensjonatów, prowadzonym przez wdowę, niejaką Madame Veguer. Zamieszkują go m.in. student prawa, propagandzista oraz emerytowany producent makaronu oraz tytułowy Jan Joachim Goriot, który posiada dwie córki. Ten ostatni jest częstym obiektem kpin ze strony innych pensjonariuszy, zwłaszcza kiedy odkrywają powód jego bankructwa. Student prawa przeprowadził się z południa kraju do Paryża pociąga klasa wyższa. Ma jednak problemy z dopasowaniem się do niej. Wkrótce zdobywa względy jednej z córek Goriata. Po drodze jednak zostaje namówiony przez propagandzistę do zdobycia panny Taillefer, której dostępu do rodzinnej fortuny blokuje brat. Propagandzista proponuje studentowi zabicie go w pojedynku, ten jednak odmawia. Niebawem jednak okazuje się, że propagandzista to poszukiwany przez policję mistrz zbrodni. Goriot, przeciwny terroru okazywanego przez zięcia jego córce, popiera zainteresowanego nią studenta. W tym samym czasie jego druga córka informuje go, że wysprzedała wszystkie rodzinne diamenty, aby spłacić długi kochanka. Dla kochającego ojca będzie to prawdziwy dramat.
Podobnie jak dekadę temu, tak i teraz byłam pod wrażeniem tego, w jaki sposób Balzac uchwycił prozę życia w Paryżu w pierwszej połowie XIX wieku. Nawet mogę postawić go na podobnym poziomie co Viktora Hugo. Wszystko zostało tak przedstawione, że czytając powieść czułam się jednym z jej bohaterów. Po raz kolejny bardzo chciałam znaleźć się i pomieszkiwać w takim hotelu, jak ten przedstawiony na kartach książki i usługiwać samemu Janowi Goriatowi, zwłaszcza u kresu jego życia. Bo było mi naprawdę przykro kiedy doszłam do momentu, w którym córki zapomniały wręcz o nim. Dla mnie była to też lekcja tego, że zawsze należy szanować swoich rodziców, którzy kochają nas najbardziej na świecie.

Tytuł: Obóz świętych
Autor: Jean Raspail
Okładka: lico
Liczba stron: 384

Pewnego dnia na brzegu jednego z Indyjskich portów tłoczy się masa ludzi, którzy wykupili sobie bilet na rejs do lepszego życia, czyli do Europy. Ponieważ kontynent jest już przepełniony, aktualne władze nie chcą się zgodzić na przyjęcie nowych przybyszów. Na nabrzeżu wybucha bunt, ponieważ ludność zapłaciła niemałe pieniądze za tą podróż. Przewodzi nimi niejaki Ballan, ojciec potwornie zdeformowanego chłopca, który również wykupił podróż dla siebie i dziecka. I chociaż sam mężczyzna ginie jeszcze w indyjskim porcie, to udaje mu się doprowadzić do tego, aby wszyscy znajdujący się w nim ludzie wsiedli do zacumowanych portów. Flotylla powoli ruszyła do tylko pozornie lepszego świata, w którym nikt nie czeka na przesiedleńców z otwartymi ramionami, a władze zastanawiają się, jak zniechęcić innych do dalszego napływu na europejski ląd.
Akcja książki rozgrywa się w różnych miejscach: na statku, w francuskich miastach, w siedzibie prezydenta, a nawet w Watykanie. Zaskakujące jest to, że w wizji Raspaila papieżem przełomu tysiącleci jest Brazylijczyk... Benedykt XVI. Należy tutaj zaznaczyć, że książka powstała w czasach, kiedy Polakom nawet się nie śniło, że posadę Ojca Świętego będzie sprawował nasz rodak. Fikcyjny papież jednak w niczym nie przypomina Josepha Ratzingera, a już na pewno nie w jego poglądach. Podczas lektury należy też zwrócić uwagę na to, ile miejsca autor poświęca sprawie zdeformowanych ludzi. To tak, jakby chciał ostrzec czytelników przed zagrożeniami płynącymi z dobrodziejstw tego świata.
Zadziwiające w tek książce jest to, że chociaż została napisana blisko 40 lat temu, to w bardzo prorocki sposób przedstawia wydarzenia, których aktualnie jesteśmy świadkami. Nie ma się co oszukiwać, Europa powoli zaczyna umierać śmiercią naturalną, zalewana przez uchodźców, może nie z książkowych Indii, ale na pewno z Afryki. A państwa, do których zmierzają coraz częściej nie mogą sobie poradzić z ich napływem. Tak więc hasło widniejące na górze okładki – „Prorocza wizja agonii Europy" jest jak najbardziej prawdziwe. Jeżeli dodamy do tego ludzką twarz widniejącą pod powyższym hasłem, która zdaje się wręcz do nas krzyczeć, mamy prawdziwy obraz upadku ludzkości na naszym kontynencie. Możemy mu jednak zapobiec stosując pewne środki, a przede wszystkim mądrze dysponować zasobami ludzkimi i materialnymi, a także budując specjalne ośrodki dla uchodźców.

Tytuł: Opowieści z Avonlea
Autor: Lucy Maud Montgomery
Okładka: loki(?), listki
Liczba stron: 160

Nie ukrywam, że nigdy nie przepadałam za "Anią z Zielonego Wzgórza". No, nie przypadła mi ona do gustu i przebrnięcie przez nią w, bodajże, piątej klasie podstawówki, było dla mnie drogą przez mękę...
Trochę się obawiałam, że i teraz podczas czytania "Opowieści z Avonlea" też będę odczuwała podobną frustrację, na szczęście przebrnęłam niemal bezboleśnie przez tych 12 opowiadań. Ania Schirley pojawiła się w kilku z nich, na szczęście nie we wszystkich. Ogólnie przedstawiały one historie ludzi żyjących w tytułowym Avonlea, ich perypetie życiowe, po prostu ich codzienność.
Ot, lekka i przyjemna lektura, idealna na odstresowanie się po dosyć nerwowym tygodniu...


Tytuł: Orlęta lwowskie
Autor: Jeno Szentivany
Okładka: lufa od pistoletu
Liczba stron: 276

Książka została opisana >>TUTAJ<<.













Tytuł: Ołówek
Autor: Katarzyna Rosicka-Jaczyńska
Okładka: liście(w walizce)
Liczba stron: 297

Książkę dostałam kilka lat temu od jednej z moich dobrych znajomych, jeszcze z czasów wyjazdów na turnusy z "Kołem". A potem, ku mojej radości, spotkałyśmy się jeszcze w szkole średniej i na studiach na AWFie(H. była co prawda zawsze rok wyżej, ale to nam nie przeszkadzało. Przeczytałam ją raz, jeszcze przed śmiercią autorki i zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Teraz postanowiłam odświeżyć sobie nieco jej treść.
Jest to autobiograficzna książka opowiadająca o życiu jej autorki, zmagającej się z zanikiem rdzeniowym bocznym (SLA). Ale nie zawsze tak było. Kiedyś Katarzyna była szczęśliwą, spełnioną kobietą. Miała męża, trójkę cudownych dzieci, po pięciu latach macierzyństwa rzuciła się w wir pracy zawodowej - założyła własną działalność gospodarczą. Z dnia na dzień coraz bardziej nabierała wiatru w żagle. I nagle zaczęła źle się czuć. Diagnoza lekarska nie dawała złudzeń co do jej przyszłości. Kasia musiała stawić czoła nierównemu sobie przeciwnikowi.

Tytuł: Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu
Autor: Rupert Isaacson
Okładka: las(?)
Liczba stron: 384

Rupert jest dziennikarzem jednej z angielskich gazet. Wraz z żoną ma wspaniałego synka, Rowana. W wieku pięciu lat u chłopca zdiagnozowano autyzm wczesnodziecięcy. Rodzice byli zrozpaczeni - żadne leczenie nie pomaga chłopcu, którego stan z dnia na dzień się pogarsza. Jedynym "mostem" łączącym go z światem zewnętrznym jest świat zwierząt, z którym łączy go niezwykła więź.
Pewnego razu Rupert trafia na artykuł o mieszkającym w Mongolii szamanie, który wykorzystuje niekonwencjonalne metody w leczeniu różnych schorzeń o charakterze psychicznym. Chociaż zdaje sobie sprawę z trudów, jakie czekają ich po drodze, postanawia wyruszyć z dzieckiem w nieznane w nadziei, że stanie się w końcu cud i Rowan zacznie porozumiewać się z ludźmi tak samo, jak ze zwierzętami.
Książka dająca nadzieję na lepsze jutro. Zwłaszcza dla rodziców i opiekunów dzieci oraz dorosłych, zmagających się z autyzmem.

Tytuł: Obrączki. Opowieść o rodzinie Marii i Lecha Kaczyńskich
Autor: Anna Poppek
Okładka: -
Liczba stron: 310

Hmm, trudno jednoznacznie ocenić książkę Anny Poppek - "Obrączki. Opowieść o rodzinie Marii i Lecha Kaczyńskich". Nie jest to tylko biografia tragicznie zmarłej pary prezydenckiej. To spisane na gorąco(książka została wydana zaledwie miesiąc po tragedii pod Smoleńskiem) zasady, którymi powinien kierować się każdy człowiek, niezależnie od wyznania, rasy, obywatelstwa, czy płci. Jakie zasady? - honor, patriotyzm, uczciwość czy miłość do rodziny. Wszystkie one znalazły odzwierciedlenie w małżeństwie Marii i Lecha Kaczyńskich, a przede wszystkim sprawiły, że było one zgrane i zgodne do samego końca. To swoisty poradnik dla wszystkich małżonków. Naprawdę, dobrze się czytało. I nie posiadało swoistego patosu, tak często stosowanego w publikacjach poświęconych tragicznie zmarłym osobom...



Tytuł: Oskar i pani Róża
Autor: Eric Emmanuel Schmit
Okładka: lizak
Liczba stron: 96

Niecała godzina. Tyle wystarczyło, abym po raz kolejny zgłębiła się w historię (nie)zwykłego 10-letniego Oskara, któremu pozostało najwyżej 12 dni życia. Zapewne każdy z nas zastanawiałby się co zrobić, aby jak najlepiej przeżyć ten czas. Chłopczykowi z pomocą przychodzi wolontariuszka, pani Róża, zwana przez niego ciocią, która wychodzi z propozycją, aby Oskar każdy dzień swojego życia jako 10 lat. Dzięki temu chłopiec zakochuje się, "bierze ślub" z Peggy Blue(koleżanką z oddziału), czy "adoptuje" samą panią Różę. Po prostu robi wszystko to, czego nie będzie mu dane doświadczyć w życiu. Wszystko to skrupulatnie odnotowuje w "Listach do Pana Boga" pisanych za radą pani Róży pod koniec każdego dnia. Często też prosi w nich o jakąś sprawę duchową oraz dziękuje za "spełnione życzenia". Książka doskonale pokazuje jak mały chłopiec przygotowuje się do tego, co nieuniknione - do śmierci. Różnica pomiędzy nim, a innymi dziećmi polega jednak na tym, że nie pomagają mu w tym rodzice, a właśnie pani Róża. To ona wprowadza go w tajniki wiary i śmierci, spraw, o których nie mówiono w jego domu. Chociaż wydawałoby się, że książka powinna być bardzo smutna, to podczas czytania obok łez wzruszenia, pojawiały się i salwy śmiechu.

Tytuł: Ostatnia godzina
Autor: Michael H. Brown
Okładka: -
Liczba stron: 536

Książka przedstawia zapis objawień maryjnych w ostatnich czasach, poczynając od objawienia, które miało miejsce w 1830 roku w stolicy Francji, Paryżu, a kończąc na objawieniach z przełomu lat 80 i 90 XX wieku. Niektóre z nich, na przykład te z Fatimy, Lourdes, czy też Medjugorie są powszechnie znane, chociaż nie zawsze uznawane przez kościół katolicki, a zwłaszcza przez papieży. Jednak o przeważającej części pojawiających się w książce opisów objawień maryjnych dotychczas nie słyszałam. No bo czy ktoś zupełnie przeciętny słyszał o tym, aby Matka Boska objawiała się więźniom w Związku Radzieckim, muzułmanom w Egipcie, czy też murzynom w Rwandzie? Podejrzewam, że nie.
W książce pojawiają się przerażające wizje końca świata ukazujące walkę dobra ze złem, z ostatecznym triumfem Baranka Bożego nad szatanem. Czasami była to zapadająca na kilka dni zupełna ciemność, czasami miały spaść z nieba wszystkie gwiazdy, innym zaś razem naszą planetę miały nawiedzić największe kataklizmy. Być może dlatego czytając taką rozbieżność wersji kresu naszego żywota zaczęłam się zastanawiać czy on naprawdę nadejdzie. Brak spójności zdarzeń zdecydowanie nie pomagał mi w zrozumieniu ogólnej treści książki. Nie będę ukrywać, że czytało mi się ją z trudem. Ale jest i jedna rzecz, która mnie w niej zaskoczyła – to dotarcie autora do większości żyjących świadków objawień i skonfrontowanie ich wersji wydarzeń z tym, co zostało zapisane w książkach. Nadaje to książce niejakiej wiarygodności, ale i tak jakoś to wszystko do mnie nie przemawia.

Tytuł: Okaleczona
Autor: Cathy Glass
Okładka: lico
Liczba stron: 328

Och, ciężko się czytało. Zresztą jak każdą, która porusza problem krzywd doznawanych przez dzieci. Tym razem, dla przypomnienia, bo już tą książkę raz czytałam, biografia napisana przez Cathy Glass.
Książka jest wspomnieniem początków jej pracy, jako rodziny zastępczej. Pod dach Cathy, jej męża Johna oraz ich niedawno narodzonego synka trafia mała dziewczynka, imieniem Dawn. Zachowanie dziewczynki zaczyna wzbudzać podejrzenia jej nowych opiekunów: Dawn jest agresywna nie tylko wobec Cathy i Johna, ale też wobec samej siebie. Małżeństwo obawia się, że któregoś dnia zrobi coś małemu Adrianowi. Pewnego razu Cathy przyłapuje dziewczynkę na samookaleczaniu się. Seria sesji z psychologiem ujawnia, że problem tkwi dużo głębiej, a rany na duszy małego dziecka są dużo głębsze od ran, które zadawała swojemu ciału. Czy zaangażowanie Cathy i Johna pomogą małej Dawn na uporanie się z demonami przeszłości?

Tytuł: Ojciec i syn(tom 1 i 2)
Autor: Karol Bunsch
Okładka: -
Liczba stron: 304+308

Karol Bunsch jest klasykiem sam w sobie, jeżeli chodzi o pisanie powieści osnutych wokół autentycznych historii naszego narodu. Dwuczęściowa powieść "Ojciec i syn" jest drugim tomem całego cyklu "Powieści Piastowskich" opowiadających o początkach państwa polskiego i jego władcach.
Trwa dobra passa księcia Mieszka. Chrzest Polski umocnił wciąż rozwijające się państwo. Toczy wojny, w których idzie mu raz lepiej, raz gorzej. Tymczasem z podróży do domu powraca pierworodny syn, Bolko. Młody i dumny ma swój pomysł na rządzenie krajem, który nieco odbiega od wizji ojca. Pomiędzy ojcem i synem wybucha spór. Czy uda im się znaleźć wspólny język?
Akcja "Ojca i syna" dzieje się kilkanaście lat po wydarzeniach opisanych w pierwszej części cyklu, "Dzikowy skarb". W rozmowach bohaterowie nawiązują do tytułowego Dzika, prostodusznego zbójnika, który zmarł w zapomnieniu we własnej chacie. Jednocześnie pokazują niełatwą relację Bolesława Chrobrego z ojcem Mieszkiem, swoimi macochami oraz przyrodnimi braćmi. Autor świetnie pokazał tutaj konflikt pokoleń, który był widoczny w społeczeństwie od niepamiętnych czasów.

Tytuł: O chłopcu, który poszedł za tatą do Auschwitz
Autor: Jeremy Dronfield
Okładka: -
Liczba stron: 432

Przeczytałam książkę i jestem do głębi nią poruszona. Ile miłości musiało być w nastoletnim Fritzu, aby dobrowolnie zgłosić się do transportu wyruszającego do Auschwitz, którym miał odjechać jego ukochany tata.
Gustav jest Żydem polskiego pochodzenia. Wraz z rodziną mieszka w Austrii. Mężczyzna utrzymuje ją z tapicerstwa, którym się trudni. Czasami w pracy pomaga mu jego nastoletni syn, Fritz. Widać, że z ojcem łączy go niezwykle silna więź. Gustav jest dla Fritza wzorem do naśladowania i ostoją w ciężkich chwilach. Tym bardziej, że w kraju coraz bardziej nasilają się ruchy antysemickie - Gustav traci oficjalne zatrudnienie(czasami któryś z przyjaciół pozwala mu u siebie dorobić), dzieci zostają wydalone ze szkoły, najstarsza córka Edith jest jawnie prześladowana. Kiermannowie postanawiają wysłać dzieci za granicę. Udaje się to z Edith oraz najmłodszym, Kurtem.
Kiedy w 1939 roku wybucha II wojna światowa, ojciec i syn, na skutek intrygi sąsiadów, trafiają do obozu w Buchenwaldzie. Nie jest im łatwo, cierpią głód i upokorzenia, ale mają siebie wzajemnie. Podobnie jak w czasach przedwojennych, także i teraz Gustav jest dla syna prawdziwym podparciem. Wielokrotnie powtarza mu, że jeszcze wszystko będzie dobrze, jeszcze odmieni się ich życie i będą szczęśliwi. Pewnego dnia jednak Gustav trafia na listę osób przeznaczonych do transportu do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Fritz nie jest głupi, wie co to oznacza w rzeczywistości. Decyduje się jednak jechać z ojcem do kraju jego przodków, bo zdaje sobie sprawę z tego, że jego ojciec postąpiłby tak samo. W Auschwitz cierpią kolejne katusze, a każdy ich dzień może być tym ostatnim.
"O chłopcu, który poszedł za tatą do Auschwitz" jest piękną opowieścią o niezwykle silnej więzi miłości, łączącej ojca z synem. Więzi, która pozwoliła im przetrwać piekło obozów koncentracyjnych. Czytając książkę wielokrotnie czułam ciarki na plecach i zastanawiałam się, czy w dzisiejszych czasach takie zachowanie byłoby możliwe...

Tytuł: Ochotnik. Prawdziwa historia tajnej misji Witolda Pileckiego
Autor: Jack Fairweather
Okładka: -
Liczba stron: 496

O tzw. "Żołnierzach Wyklętych", wojskowych, którzy jawnie sprzeciwiali się sowietyzacji naszego kraju, zrobiło się głośno kilkanaście lat temu. Wszystko za sprawą polityki prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zrehabilitował wiele zapomnianych przez społeczeństwo osób, w tym rotmostrza Witolda Pileckiego.
O Witoldzie Pileckim napisano już wiele, a jego postać fascynuje zarówno Polaków, jak i obcokrajowców. W internecie można znaleźć wiele materiałów na jego temat, napisano też kilka książek. Jedną z bardziej znanych biografii rotmistrza Pileckiego jest ta napisana przez Adama Cyrę - "Rotmistrz Pilecki. Ochotnik do Auschwitz"(którą zresztą też przeczytałam), dlatego poprzeczka była podniesiona dosyć wysoko. 
Biorąc do ręki dość grubą książkę autorstwa Jacka Fairweathera zastanawiałam się, czy obcokrajowiec na pewno dał radę z napisaniem dosyć wiernej, a jednocześnie niełatwej, biografii polskiego bohatera o dosyć barwnym życiu. Student wileńskiej Akademii Sztuk Pięknych, kochający mąż i ojciec, dobrowolny ochotnik pójścia do Auschwitz, powstaniec warszawski, w końcu "zdrajca ojczyzny". 
Chociaż Fairwearther skupił się na ostatnim etapie jego życia, obejmującym jego mogłoby się wydać samobójczą misję stworzenia w Oświęcimiu Ruchu Oporu, po udziału w Powstaniu Warszawskim, aż po proces i wyrok śmierci. Autor w swoim dziele opiera się na dostępnych materiałów, w tym wywiadów z ludźmi, którzy mieli okazję poznać Pileckiego oraz różne dokumenty, dotyczące jego tajnej działalności. Dokonując ich dogłębnej analizy daje czytelnikowi zarys sylwetki Witolda Pileckiego, jego charakteru i tego czego dokonał.
Fairwearther postawił sobie niełatwe zadanie, jednak wywiązał się z niego znakomicie. Czytając jego książkę czuje się, że poświęcił wiele czasu na wyszukanie zarówno materiałów, jak i zdjęć, które wspaniale dopełniają całość. Osobiście uważam, że pan Jack zrobił kawał dobrej roboty, przybliżając postać rotmistrza Witolda Pileckiego nie tylko nam, Polakom, ale i innym narodowościom.

Skończył się czerwiec, a ja zastanawiam się, jak ogarnąć zadanie czytelnicze na lipiec. I tu nie chodzi o samo czytanie, bo to nie jest żaden problem. Gorzej, bo na przełomie lipca i sierpnia wyjeżdżam na obóz sportowy i w sumie nie wiem, jak to ogarnę technologicznie. Bo notkę jeszcze od biedy mogę wystukać na dotykowym mojej siostry, ale czy dam radę skopiować link i wkleić go do Lidzi na bloga - oto jest pytanie.

Trzymajcie się ciepło i uważajcie na siebie

niedziela, 28 czerwca 2020

1179. Śmierć zwarła się z życiem

ks. Józef Tischner
Śmierć księdza Józefa Tischnera, która miała miejsce równo dwadzieścia lat temu, zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Miałam niespełna 10 lat, od kilku dni cieszyłam się zarówno wakacjami, jak i wiadomością, że dostałam się do klasy sportowej. Za cztery dni miałam jechać z mamą i siostrą na turnus rehabilitacyjny do Polańczyka, nie mogłam się doczekać momentu, kiedy wreszcie odwiedzę Bieszczady...
Sama śmierć nie była też dla mnie tematem tabu. Pierwszy "świadomy" pogrzeb odbyłam w wieku siedmiu lat, kilku moich kolegów i koleżanek było już po tamtej stronie życia, mama nigdy nie ukrywała przede mną, że ktoś umarł. Ponadto na początku maja tego samego roku umarł jeden z moich sąsiadów, a miesiąc później jeden z moich wujków. Wiedziałam, że już ich nie ma tutaj, na ziemi. Ale są w jakimś innym świecie. "Niebo" było dla mnie pojęciem zbyt abstrakcyjnym, ale "inny świat" już sobie jakoś umiałam wtedy wytłumaczyć.
Mogłoby się wydawać, że z tematem jestem niejako oswojona. A jednak medialny szum, jaki powstał w związku z tą śmiercią napełnił mnie trwogą. To nic, że nie wiedziałam, kim był ksiądz Tischner. Temat śmierci powrócił za jego przyczyną do mnie niczym bumerang. Przez kilka kolejnych dni to nazwisko nie znikało z ust prezenterów telewizyjnych. Ja zaś zaczęłam się bać, że umrę. Ten strach był tak silny, że nawet nie potrafiłam bawić się ulubionymi klockami, książki nie sprawiały mi przyjemności, seriale komediowe nie śmieszyły, nawet apetyt mi odszedł, zaś śmiech młodszej siostry wywoływał frustrację. Nie widziałam nawet sensu pójścia do czwartej klasy i dalszego zdobywania wiedzy. Mama próbowała dowiedzieć się, co się ze mną dzieje, ja jednak nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów.
Przez kilka dni żyłam niczym w letargu, a kolejne informacje telewizyjne i radiowe tylko pogłębiały mój stan. Całe dnie spędzałam we własnym zamknięciu, ściskając pluszowego królika. Niestety, nikt nie wpadł na to, że jego przyczyną może być nadmiar bodźców na temat krakowskiego księdza. "Wyjedziecie w góry, przejdzie jej" - powtarzał tata, kiedy znowu siedziałam nad talerzami z nietchniętym jedzeniem. 
I w sumie miał rację. Na turnus wyjechałam z niesamowitym poczuciem kruchości każdego życia. Tam jednak nie było telewizora w pokojach, najwyżej mieliśmy do dyspozycji radio przywiezione z domu, w którym mama słuchała najczęściej prognozy pogody. Jazgot informacyjny zastąpiły codzienne spacery pozwalające na poznanie okolicy, nawiązywanie nowych znajomości, zabawy z innymi dziećmi. Kilkudniowa trwoga przed tym co nieuniknione zniknęła, na jej miejsce powróciła dziecięca radość. Oczywiście nie wyparłam tematu ze swojej świadomości, bo niemal każdego roku ktoś umierał, jednak nie powodowało to u mnie aż takiej reakcji.
Temat księdza Tischnera też nie umarł. Co jakiś czas to nazwisko przewijało się przez moje życie. Najsilniej w okresie studiów na krakowskim Uniwersytecie Papieskim, niegdysiejszej Papieskiej Akademii Teologicznej, gdzie kiedyś wykładał. Jego legenda pozostaje tam wciąż żywa, a profesorowie opowiadają kolejnym pokoleniom studentów, jak to kardynał Macharski przychodził na uczelnię i siadał w ostatnich ławkach po to, aby posłuchać wykładów podhalańskiego oratora. Miejsce dla Tischnera znalazło się także na kartach mojej pracy licencjackiej poświęconej Szlakowi Papieskiemu w Gorcach - wszak słynął z corocznych Mszy pod Turbaczem, wchodzącym w skład szlaku. Dzięki temu poznałam nieco bliżej jego biografię. Chociaż dla mnie chyba zawsze będzie osobą, która wzbudziła we mnie respekt przed śmiercią...

piątek, 26 czerwca 2020

1178. Egzaminy, egzaminy

Pamiętam tamto czerwcowe popołudnie sprzed 20 lat, kiedy rodzice przyprowadzili mnie do szkoły dla dzieci niepełnosprawnych, w której otwierano właśnie klasę sportową, dla uczniów, którzy po wakacjach mieli uczęszczać do klasy czwartej lub piątej. Aby się do niej dostać, kandydaci musieli zdać egzaminy sprawnościowe(oczywiście dostosowane do ich fizycznych możliwości) oraz z wiedzy zdobytej w dotychczasowej edukacji. To był chyba pierwszy poważny egzamin, od którego zależało to, czy będę realizowała program klasy sportowej, czy też nie. Bo decyzja o zmianie szkoły masowej na specjalną była pewniakiem, zwłaszcza po tym, jak dyrekcja tej pierwszej powiadomiła moich rodziców, że nie wyobraża sobie mojej dalszej edukacji w klasie, pomimo mojego potencjału. A szkoła specjalna, chociaż miała ten zgrzytliwy przymiotnik, to jednak zapewniała uczniom mieszczącym się w tzw. normie intelektualnej, program nauczania zbliżony do tego, jaki mieliby w szkole masowej.
Jak już wspomniałam, egzamin odbywał się popołudniu. Jak nietrudno odgadnąć, wcześniej było się normalnie na planowych zajęciach w szkole, zaliczało się ostatnie sprawdziany, dzielono się planami na wakacje. Wiedziałam, że będę miała niezłe świadectwo na zakończenie trzeciej klasy, chociaż zamiast tradycyjnych ocen miała być, po raz pierwszy, ocena opisowa.
Egzamin sprawnościowy odbywał się na szkolnym boisku. Wiem, że był bieg oraz skok w dal. I jeszcze jakieś ćwiczenie koordynacyjne. Oraz to, że na drugi dzień egzamin mieli ci, którzy wybrali pływanie jako wiodącą dyscyplinę sportową(oni mieli na basenie w sąsiedniej szkole). Chociaż znałam kilkoro osób, które kandydowały do tej klasy(głównie z przedszkola), to niektóre twarze były dla mnie zupełnie obce. Tak było w przypadku dwa lata starszej ode mnie dziewczyny, którą poznałam w dniu egzaminu, a z którą siedziałam potem w jednej ławce do końca gimnazjum. Po egzaminie sprawnościowym przyszła pora na egzamin z języka polskiego, matematyki i wiedzy ogólnej. Nie pamiętam dokładnie o co mnie pytano. Wiem jednak, że wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z moją ulubioną matematyczką.
Informacje o tym, czy ktoś się dostał do klasy(a dostali się wszyscy) zostały wywieszone na głównych drzwiach szkoły. To jeszcze były te czasy, kiedy o wszystkim trzeba było dowiedzieć się samemu, nie było możliwości sprawdzenia wyników rekrutacji na Internecie. A potem można było cieszyć się wakacjami. Chociaż pamiętam, jak na początku lipca rodzice zakupili mi nowe podręczniki i z wypiekami na twarzach sprawdzałam, czego będę się już od września uczyć.
To był mój pierwszy poważny egzamin. Potem przyszła pora na kolejne - na ten kończący szkołę podstawową, gimnazjum(chociaż tutaj, dzięki tytułowi laureata z olimpiady matematycznej oraz geograficznej, pisałam tylko część humanistyczną), ten, który pozwalał mi przystąpić do sakramentu bierzmowania, matura, egzamin na animatora selezjańskiego, a przede wszystkim, te na studiach i w szkole policealne, pozwalające na zaliczenie poszczególnych ich etapów. 
Jednak gdyby ktoś mnie zapytał, który egzamin był dla mnie najbardziej emocjonujący, to powiem szczerze, że nie ten na zakończenie każdego etapu edukacji, nie ten, który przyszło mi ostatnio zdać w pionierskich warunkach(że też pięć minut wcześniej, i to dosłownie, musiał mi się komputer zwiesić), ale ten pierwszy, który tak naprawdę otwierał moją "naukową karierę". Bo tak sobie myślę, że gdyby nie edukacja w szkole specjalnej, to chyba tak daleko bym nie zaszła, a na pewno mój poziom empatii byłby o wiele, wiele niższy... Mam też świadomość, że w życiu przyjdzie mi podejść jeszcze do niejednego egzaminu, być może jeszcze cięższego. A jednocześnie, że każdy z nich zaliczę z podniesioną głową.

A wszystkim dzieciakom życzę udanych wakacji. 
Rozmawiałam dzisiaj z "moimi" dzieciakami - Słowiczkiem, M., Kropką oraz Archimedesem. No wiecie, każdemu z nich gratulowałam promocji do kolejnej klasy oraz tak samo, życzyłam udanych wakacji. Tak po prostu, po ludzku. Bo w sumie każdy z nich na to zasłużył. I jeszcze czekam na informację od znajomej, jak jej poszedł dzisiejszy egzamin. Wierzę, że dobrze, ale chcę jej oficjalnie pogratulować, bo wszyscy wiedzą, że Hargrid jest nieobliczalna i czasami zadaje pytania z kosmosu (mnie takie zadała). 

Trzymajcie się ciepło.

środa, 24 czerwca 2020

1177. Był sobie kiedyś taki jeden "Kusy"...

W ubiegłą niedzielę minęła 80 rocznica tragicznej śmierci mistrza olimpijskiego w biegu na 10 000 metrów(10 km) z Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles(1936 r) - Janusza "Kusego" Kusocińskiego. W normalnych warunkach, czyli bez tych wszystkich obostrzeń, lekkoatleci uczciliby jego pamięć w Memoriale Janusza Kusocińskiego, którego gospodarzem, kolejny raz, miał być Stadion Śląski w Chorzowie. Jak się może niektórzy z Was domyślają, w planach miałam aplikację na wolontariusza podczas całej imprezy. Niestety, zaistniała w świecie sytuacja wymusiła na organizatorach odwołanie imprezy. Zresztą, odwołanych zostało większość imprez sportowych, także tych, w których miałam brać udział jako uczestnik.
No dobrze, Memoriał odwołano. Może za rok będziemy mieli więcej szczęścia. Pandemia na szczęście nie może wpłynąć na zamieszczenie w miarę ciekawego artykułu o tym wielkim mistrzu olimpijskim, który z okazji okrągłej rocznicy jego śmierci, został napisany przez Macieja Petruczenkę i zamieszczony na stronie: https://www.onet.pl/sport/przeglad-sportowy/janusz-kusocinski-mija-80-lat-od-smierci-naszego-mistrza-olimpijskiego/1ltvpsm,5e4c2379.

Kusy, nie tylko sportowy bohater

Upływa właśnie 80 lat od śmierci Janusza Kusocińskiego, najbardziej cenionego przed drugą wojną światową sportowca polskiego, mistrza olimpijskiego w biegu na 10 000 m(Los Angeles 1932).

  • Janusz Kusociński został zabity przez Niemców w pobliżu Palmir, w Puszczy Kampinowskiej, 21 marca 1940 roku.
  • Mający twardy charakter Janusz mimo tortur nie poszedł na współpracę z okupantem, nie zdradził żadnych nazwisk ani haseł konspiry i został w efekcie przez hitlerowców rozstrzelany.
  • Symbolicznym zadośćuczynieniem ze strony niemieckiej stała się uliczka Kusocińskiego koło Stadionu Olimpijskiego w Monachium.
źródło zdjęcia
Janusz wygrywał z przedstawicielami najróżniejszych nacji. Z Niemcami przegrał właściwie tylko raz, nie w warunkach sportowych, niestety, rozstrzelany przez nich 21 czerwca 1940 roku w Palmirach na skraju Puszczy Kampinowskiej.
Wprawdzie do dzisiaj są pewne wątpliwości, jeśli chodzi o dokładną datę egzekucji, ale jest pewne, że nastąpiło to w dniach 20-21 czerwca i że w tym samym czasie zostali rozstrzelani tamże kolega  "Kusego" z Warszawianki Feliks Żuber, wicemistrz olimpijski 1924 w kolarstwie torowym Tomasz Stankiewicz, były marszałek Sejmu Maciej Rataj i Mieczysław Niedziałkowski, syn prezydenta Wilna, czołowy przedwojenny pepeesowiec, redaktor naczelny "Robotnika", we wrześniu 1939 roku odznaczony tak samo jak Kusociński Krzyżem Walecznych za obronę Warszawy.
W sportowe osiągnięcia Kusocińskiego można wejrzeć "od kuchni" poprzez zamieszczone na następnych stronach(>>TUTAJ<<) cytaty z artykułów i wywiadów, opublikowanych w przedwojennym "Przeglądzie Sportowym". Był Janusz bez wątpienia tym długodystansowcem, który jako pierwszy usunął w cień niezwyciężonych fińskich biegaczy z legendarnym Paavo Nurmim na czele. Bardzo bolał jednakże z tego powodu, że Nurmi został przed igrzyskami 1932 zdyskwalifikowany za naruszenie reguł amatorstwa, podobnie zresztą jak największy krajowy rywal Janusza, repatriant z Łotwy Stanisław Petkiewicz, którego w 1929 wybrano w Plebiscycie "Przeglądu Sportowego" najlepszym sportowcem Polski tylko dlatego, że wygrał w Warszawie z Nurmim w pojedynku na 3000 metrów.
Petkiewicz reprezentował Łotwę na igrzyskach olimpijskich 1928 w Amsterdamie, ale miesiąc później przeniósł się chętnie do Polski, trochę później podjął studia w nowo utworzonym Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie i zaczął reprezentować w lekkoatletyce nasz kraj. Rywalizacja Petkiewicza z Kusocińskim rozgrzewała publiczność do czerwoności, dopóki tego pierwszego nie zmuszono do zejścia z areny, co powetował sobie pracą trenerską i prowadzeniem w Warszawie szkoły tanga (nic dziwnego, że przed wybuchem wojny w 1939 roku wyemigrował do Argentyny).
Kusociński, będący synem urzędnika kolejowego, a potem właściciela małego gospodarstwa ogrodniczego w Ołtarzewie pod Warszawą, aspirował w częściowo postfeudalnej, a częściowo już w pełni kapitalistycznej międzywojennej Polsce do wyższej klasy społecznej, czym budził niekiedy drwiące uśmiechy.
Gdy już został sławnym mistrzem sportu, pasjonowały go luksusowe auta, rauty w doborowym towarzystwie, a nawet posiadanie fraka. Już jako ceniony lekkoatleta musiał dorabiać jako ogrodnik w Łazienkach. Mógł tylko pozazdrościć zdobywczyni pierwszego złota olimpijskiego dla Polski, szlachciance z krwi i kości, pochodzącej z zamożnej rodziny Halinie Konopackiej, dla której bywanie w wyższych sferach to była codzienność. Jednocześnie jednak z Konopacką łączyło go identyczne poczucie patriotyzmu.
Wywodził się z rodziny uczestników powstania styczniowego. Jeden z jego starszych braci (Zygmunt) walczył w pierwszej wojnie światowej i zaraz po jej zakończeniu zmarł z wycieńczenia; drugi (Tadeusz) zginął w 1920 roku pod Zamościem, uczestnicząc w starciach z bolszewikami. Najmłodsza z trzech sióstr (Halina) zmarła w 1929 roku. Najstarsza (Maria) dożyła 1977 roku, przechodząc podczas wojny gehennę obozu koncentracyjnego w Ravensburgu.
Mający twardy charakter Janusz, wpakowany w 1940 roku w łapy gestapowców za sprawą zdrajcy w szeregach Organizacji Wojskowej "Wilki" - Szymona Wiktorowicza - mimo tortur nie poszedł na współpracę z okupantem, nie zdradził żadnych nazwisk ani haseł konspiry i został w efekcie przez hitlerowców rozstrzelany. Symbolicznym zadośćuczynieniem ze strony niemieckiej stała się uliczka Kusocińskiego koło Stadionu Olimpijskiego w Monachium.

JANUSZ TADEUSZ KUSOCIŃSKI

Urodzony 15 stycznia 1907 r. w Warszawie, zmarły 21 czerwca 1940 r. w Palmirach; 167 cm, 62 kg. W 1928 absolwent Państwowej Średniej Szkoły Ogrodniczej w Warszawie; w 1938 ukończył CIWF/AWF Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Nauczyciel wf.
Lekkoatleta RKS Sarmata Warszawa (1925 - 1928) i Warszawianki (1928 - 1939), trenowany przez Estończyka Aleksandra Klumberga.
Mistrz olimpijski w biegu na 10 000 m (Los Angeles 1932); dwukrotny rekordzista świata: 8:18.8 na 3000 m (Antwerpia, 19.6.1932) i 19:02.6 na 4 mile (Poznań, 30.6.1932).
Wicemistrz Europy na 5000 m (Turyn, 1934).
10-krotny mistrz i 25-krotny rekordzista Polski na 1000 m, 1500 m, 2000 m, 3000 m, 5000 m, 10 000 m oraz w sztafecie olimpijskiej 4x1500 m.
W Plebistycie "Przeglądu Sportowego" najlepszy sportowiec Polski 1931 (2. w 1932 r., 3. w 1930 i 1934 r.).
źródło zdjęcia
REKORDY ŻYCIOWE W BIEGACH

800 m - 1:56.6,
1500 m - 3:54.0,
3000 m - 9:18.6,
5000 m - 14:24.2,
10 000 m - 30:11.4

Współpracował z "Przeglądem Sportowym" (m.in. jako korespondent z igrzysk olimpijskich 1936 w Berlinie), a w latach 1933 - 1934 był redaktorem naczelnym "Kuriera Sportowego". We wrześniu 1939 ranny jako ochotnik walczący w obronie Warszawy w szeregach 360. Pułku Piechoty, odznaczony Krzyżem Walecznych przez gen. Juliusza Rommla. Podczas okupacji niemieckiej członek konspiracyjnej Organizacji Wojskowej "Wilki" (pseud. Prawdzic), aresztowany przez gestapo 28 marca 1940, więziony w al. Szucha i na Pawiaku, rozstrzelany 21 czerwca 1940 w Palmirach. Autor wydanych w 1933 roku wspomnień "Od palanta do olimpiady", uzupełnionych po wojnie przez dziennikarza "Przeglądu Sportowego" Kazimierza Gryżewskiego.
W 1967 roku na wniosek b. organizacji Wojskowej "Wilki" Rada Państwa odznaczyła go po raz drugi, już pośmiertnie, Krzyżem Walecznych. W 2009 roku prezydent RP Lech Kaczyński przyznał mu Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
Na cześć mistrza olimpijskiego z Los Angeles co roku odbywają się zawody lekkoatletyczne "O memoriał Janusza Kusocińskiego", których początek przyjęto datować na rok 1954, jakkolwiek wtedy jeszcze nie nosiły takiej nazwy.
źródło zdjęcia
Dopisane o 19:45:
Jestem po telespotkaniu przed jutrzejszym dniem. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że jeszcze do przedpołudnia nie wiedziałam, czy uda mi się wbić na jutrzejszy dzień, czy nie spadnę na późniejszy termin. W najlepszym wypadku byłby to lipiec, w najgorszym... tego nawet nie chciałabym wiedzieć. Chociaż z drugiej strony jak trzeba, to pani Poppins walczy o nas jak lwica. I teraz też podzwoniła, popytała co i jak, a potem jeszcze do mnie telefonowała, żebym się nie denerwowała, bo wszystko jest w porządku i mam się spokojnie szykować na jutrzejszy dzień.
Jest mała trema, ale i nadzieja na dobre obrócenie sprawy. Zwłaszcza, kiedy słyszy się od takiej Mery Poppins: "Pani Karolino, najgorsze ma pani już za sobą"(aż byłam zaskoczona, że do mnie zadzwoniła, chociaż wczoraj widziałyśmy się face to face). Albo od Pani Dyrektor: "Pani Karolino, o kogo jak o kogo, ale o panią akurat jestem spokojna". A jednak z tyłu głowy kołacze się pytanie: A co będzie, jak się nie uda? Jak ciało tak mi odmówi posłuszeństwa, że nie wyduszę ani słowa? Jak się wywrócę tuż przed metą? Co prawda mam obiecane tyle czasu na odpowiedź, ile będę potrzebować, ale... Ale "Kusy" zawsze walczył do końca, więc może i ja powinnam?
Chyba jednak wolałabym, żeby to wszystko odbyło się na żywo.
Ktoś jest chętny do towarzyszeniu chomiczkowi w trzymaniu kciuków? Tak gdzieś od 11:15 do, maksymalnie, 12:00?

niedziela, 21 czerwca 2020

1176. Czas pożegnań

Ten tydzień był dla mnie ciężki, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Na szczęście już przeszedł do historii. Dwa pogrzeby, dzień po dniu, potrafią znacząco zmienić nastrój człowieka. Niby śmierć jest wpisana w ludzką egzystencję, a jednak chyba żaden moment nie jest wystarczająco dobry na przejście na tamtą stronę życia. 
Polańczyk, 2000 rok
Tym razem przyszło mi pożegnać wielkiego społecznika i przyjaciela wielu osób niepełnosprawnych zamieszkujących Zagłębie Dąbrowskie. Sam miał niepełnosprawnego syna(też MPD, jak ja), toteż nie był laikiem w temacie) W czasach, kiedy niepełnosprawni zaczęli wychodzić ze swoich domów na ulicę, kiedy zaczęli być wreszcie widoczni w społeczeństwie(czyli na początku lat 90 ubiegłego wieku), założył WTZ w S-cu oraz Koło Osób Niepełnosprawnych propagujący turystykę wśród tej warstwy społecznej. Specjalnie poszedł studiować pedagogikę specjalną, żeby zdobyć jeszcze szerszą na ten temat wiedzę. Przez kilka lat sama byłam członkiem tego "Koła", kilka razy wyjechałam w jego ramach na turnus rehabilitacyjny(pierwszy raz w 1995 roku, ostatni w 2001), byłam też na kilku wycieczkach krajoznawczych. Z czasem nasze drogi się rozeszły, niestety. W dalszym ciągu śledziłam jednak losy "Koła", które w międzyczasie zamieniło się na IKTON(Integracyjny Klub Turystyki Osób Niepełnosprawnych). Kilka razy miałam nawet ochotę napisać do pana Zbyszka z pytaniem, czy mogę się do nich dołączyć, no ale zawsze zabrakło mi odwagi(której niejako nauczyłam się dopiero teraz). Za to niemal do końca pozostałam z nim w miarę dobrym kontakcie. Przecież to był dusza-człowiek, otwarty na wszystkich, do każdego podchodzący z uśmiechem i empatią, dla znajdujący dla każdego czas. Ech, będzie nam go brakować. Zwłaszcza, że tłumy na cmentarzu mówiły same za siebie.
Dzień później byłam na pogrzebie matematyczki uczącej w liceum, do którego uczęszczałam. W sumie nie mieliśmy z nią "stałych" lekcji, ale bardzo często przychodziła do nas na zastępstwo. Niby uchodziła za typową "piranię", była wymagająca, to fakt, ale też rewelacyjnie tłumaczyła i potrafiła poświęcić uczniowi tyle czasu, ile było trzeba. Zresztą nie tylko ona, ale i jej małżonek(żartobliwie nazywanym w uczniowskim żargonie "Gumisiem") byli doskonałymi pedagogami, całym sercem oddanymi sprawom młodzieży. "Gumisia" pamiętam jeszcze ze szkoły podstawowej, jak przychodził nauczać fizyki w klasach gimnazjalnych(i podejrzewam, że przed reformą uczył też w ostatnich klasach szkoły podstawowej). Mnie niestety nie objął, bo nasza matematyczka była też po studiach podyplomowych z tego przedmiotu. Ale w liceum to głównie on nauczał tego przedmiotu. I w miarę dobrze nauczał, bo nie wiem, czy był ktoś, kogo nie przepuścił do kolejnej klasy. Podobnie jak pani Zosia, chociaż nie przeciskali nikogo na siłę. Uczyli, żeby nauczyć, a nie zniechęcić. Cierpliwie tłumaczyli nawet i 100 razy. Prawdziwi nauczyciele z pasją i powołaniem.
Przy okazji z przerażeniem muszę przyznać, że pieśń "Niech Aniołowie zawiodą Cię do Raju..." też niestety umiem "zaśpiewać" z pamięci.

Dzisiaj mieliśmy trzecie pożegnanie, tym razem nie na zawsze(a przynajmniej mam taką nadzieję). Decyzją przełożonych ksiądz Oskar przechodzi na posługę w innej parafii. Trochę przykro, ale zarazem każdy z nas ma świadomość, że żaden ksiądz będący salezjaninem nie jest przypisany na stałe do jednego miejsca(wyjątek stanowią księża w podeszłym wieku) i prędzej czy później będzie musiał zostać przeniesiony. A ja razem z koleżanką reprezentowałyśmy nasze Oratorium podczas pożegnania. Zabawna sytuacja - Kala czytała napisane przeze mnie przemówienie, a ja wręczałam Boskiemu Oskiemu przygotowany przez nią kosz ze słodyczami(wiecie, taka aluzja do słodkiego życia). Co prawda był jeszcze Archanioł, ale on reprezentował ministrantów. A trudno mu było się rozdwoić. Za tydzień planowane jest jeszcze kameralne pożegnanie dla animatorów, a potem... Potem przyjdzie czas na nowego opiekuna naszego Oratorium.

Trzymajcie się ciepło

środa, 17 czerwca 2020

1175. Zmartwienia Archimedesa

- No i wiesz. W kwietniu miał być wojewódzki finał olimpiady matematycznej(!), a w maju fizycznej(!!). Ale przez ten koronawirus wszystko nam po odwoływano - głos niespełna szesnastolatka wydobywał się z moich głośników.
 - A nie ma szans, aby przenieśli Wam dalsze etapy na przyszły rok? - zapytałam przypominając sobie, ile czasu poświęcił na przygotowanie się do eliminacji szkolnych oraz rejonowych.
 - Co mi da przeniesienie ich na przyszły rok, kiedy, w najbardziej optymistycznej wizji, mógłbym już dzisiaj mieć z głowy rozszerzoną maturę z majmy i fizy.
O mało nie uciachałam sobie palca z wrażenia, kiedy kroiłam przy okazję marchewkę do krupnika.
 - Ale przecież do matury masz jeszcze szmat czasu.
 - Co nie oznacza, że już teraz mam usiąść i nic nie robić. Poza tym przepadła mi pewna szóstka na koniec każdego roku szkolnego do końca liceum! 
No masz ci babo placek!
 - Ale chyba średnią masz całkiem niezłą...
 - Ech, tylko 5,67(!!!). Stać mnie na więcej. Ale mówię ci, gdyby nie te olimpiady z majmy, fizy, no i oczywiście gdyby odbyły się Młodzieżowe Mistrzostwa Polski w pływaniu, które dałyby mi celujący z wychowania fizycznego, to byłaby znacznie wyższa. Ale zobaczysz, za rok będzie jeszcze lepsza...

Chłopak całkowicie bez rąk.
Z dziecięcym porażeniem mózgowym utrudniającym mu chodzenie i pisanie stopami czy też poprzez trzymanie narzędzia do pisania w ustach.
Piszący tylko na komputerze, albo dyktujący odpowiedzi ustnie.
Niepełnosprawność zabrała mu wiele, ale nie odebrała chęci do uczenia się.
Ani ambicji.

Dla równowagi ze Słowiczkiem przerobiliśmy ostatnią lekturę, czyli "O psie, który jeździł koleją". Przez skype. Ja mu czytałam, on rysował. Tak też się da. Nawet z osobą z upośledzeniem umysłowym w stopniu umiarkowanym...

piątek, 12 czerwca 2020

1174. A może Bóg sam tak chciał?

Trzeci ołtarz w zeszłorocznej procesji
Ostatni ołtarz, przy szkole
Podczas zeszłorocznej procesji Bożego Ciała prawie a wszystkich wierzących mieszkańców osiedla, na którym mieszkam ogarnęła niezwykła radość, że po kilkunastu latach przerwy dwa z czterech ołtarzy będą znajdowały się na naszym "Adasiu". W mojej pamięci pozostało wspomnienie na pewno sprzed 2004 roku, kiedy ostatni ołtarz umiejscowiony był na sporej łące rozciągającej się w trójkącie: skraj osiedla - przedszkole - szkoła. Rok temu trzeci ołtarz znajdował się w połowie osiedla, pod blokiem, natomiast czwarty ołtarz, został ustawiony na skwerku pomiędzy sąsiednim blokiem, a szkołą podstawową, do której uczęszczałam przez pierwsze trzy lata mojej nauki. 
Aby dojść do naszego osiedla, położonego na obrzeżu parafii, musieliśmy iść ulicą niemal pod prąd. Na szczęście na ten czas wstrzymano ruch uliczny, bo jednak poruszaliśmy się jedną z głównych ulic miejskich. Po drodze minęliśmy pierwszy ołtarz ustawiony przy tej samej ulicy co kościół oraz drugi, usytuowany na skwerku tuż przy ulicy. 
Rok temu po raz pierwszy (przynajmniej ja nie pamiętam, aby kiedyś tak było) naszej procesji towarzyszyła miejska orkiestra dęta działająca przy OSP, co nadało jej jeszcze bardziej uroczystego charakteru. No bo w sumie daleko było naszemu pochodowi do przepysznych procesji pokazywanych w telewizji. Pamiętam jeszcze czasy, nie takie znowu odległe, kiedy w procesji oprócz monstrancji pod baldachimem szły tylko obraz Matki Boskiej Częstochowskiej oraz figurka niesiona na poduszce przez dzieci. Z czasem wszystko zostawało ubogacane i nabierało coraz bardziej podniosłego charakteru.
Nie wiem jakie były plany na trasę procesji w tym roku. I czy w ogóle jakieś już były. W każdym razie wszystko zostało pokrzyżowane przez słynnego wirusa w koronie. Pomijając to, że jeszcze miesiąc temu samo uczęszczanie na Mszę święte było niemałym wyczynem, to perspektywa uczestniczenia w Mszy świętej w święto Bożego Ciała, a w szczególności w uroczystej procesji, wydawała się prawdziwym darem od losu.
Chociaż muszę przyznać, że do wtorku nie miałam pojęcia jak to wszystko będzie wyglądało. Czy w tym roku będzie procesja do czterech ołtarzy? Co prawda podczas ogłoszeń duszpasterskich w czasie Mszy świętej w M. ksiądz powiedział, że u nich będą dwie procesje, jedna w kościele parafialnym, a druga w kaplicy filiowej w J., ale nie dość, że to już była inna diecezja, to jeszcze miały być w raczej mało uczęszczanych wsiach. Więc jak to miało być w mieście?
Moje wątpliwości zostały rozwiane we wtorek, kiedy na stronie parafialnej pojawiły się ogłoszenia duszpasterskie, a wśród nich informacje na temat tegorocznej procesji Bożego Ciała. Miała się ona odbyć wokół kościoła. Zważając na to, że wejścia do niego znajdują się od wszystkich czterech stron świata, mogło to być jakieś wyjście. Prowizoryczne, bo prowizoryczne, ale zawsze.
Idąc wczoraj do kościoła czułam się jakoś dziwnie. Było ciepło, a ja czułam jakiś wewnętrzny niepokój. Może dlatego, że stała ścieżka, którą chodziłam do kościoła była porośnięta pokrzywami i innymi chwastami? A może dlatego, że wokoło nie było żadnej żywej duszy, chociaż zazwyczaj po łączce kręcili się ludzie ze szczekającymi pupilami. 
Wkrótce moim oczom ukazało się wejście do świątyni od strony zakrystii(bo sam kościół widziałam już z poziomu łączki). Przyozdobione były prowizorycznym ołtarzem oraz rachitycznymi gałązkami z drzewka brzozowego. Podobnie udekorowane były wejścia boczne, toteż trzeba było wejść wejściem głównym. Wolno weszłam na chór i usiadłam w ławkach, które odziedziczyliśmy po klasztorze karmelitańskim w Wadowicach. Niezbyt wygodne, ale czasami trzeba pocierpieć. 
Po nieco skróconej Mszy świętej(na której nawet wspomniano o moim osiedlu) wyszliśmy na procesję wokół kościoła. Sama procesja nie była dziwna, bo przecież chodzi się na taką chociażby w rezurekcję. Ale widok ludzi z maskami na twarzach już tak. Z drugiej strony nie możemy zapominać, że żyjemy na tym terenie, gdzie ognisko pandemii jest największe. W naszym mieście nie ma już kopalń, co nie oznacza, że w parafii nie ma górników.
Z racji skróconej wersji skróconej wersji(jedno z ulubionych określeń Dyrygentki na krótszą modlitwę scholi) procesja minęła w mgnieniu oka. Jeszcze tylko odśpiewanie uroczystego "Te Deum", (- Lolek, tylko nie mów, że umiesz całe "Ciebie Boga wysławiamy" - usłyszałam zdziwienie stojących za mną babć, kiedy wyśpiewywałam kolejne jego zwrotki) i można było iść do domu.
I idąc do domu z mizerną gałązką brzozową w dłoni pomyślałam sobie, że wcale nie było tak źle. A może to Bóg chciał wyjść do nas na ulicę nie w pysznych, ale w skromnych pochodach. I jemu bardziej będą one miłe, niż inne.

Pozdrawiam Was serdecznie i uważajcie na siebie!

poniedziałek, 8 czerwca 2020

1173. Wyszedł na ludzi

Ciemność objęła cały pokój. Blask bijący od Kubaszkowej komórki dawał delikatną poświatę. Spojrzałam na chłopaka. Jeszcze tak niedawno denerwował się, kiedy poprawiałam przeczytane przez niego "łęki" na prawidłowo brzmiące "łąki". Albo kiedy sprawdzałam mu wypracowanie z języka polskiego. Albo kiedy przepytywałam go z tabliczki mnożenia.
W tle Krzeszów, a za nim Babia Góra pokryta jeszcze gdzie nie gdzie śniegiem
A dzisiaj? Dzisiaj zasiadł wraz z innymi maturzystami w całej Polsce do matury z języka polskiego. "Nareszcie" - skomentował wczoraj przed snem. Bo przecież oprócz stresu związanego z samą maturą doszedł jeszcze ten, czy w ogóle się ona odbędzie. Po czym zupełnie niespodziewanie dla mnie dodał:
 - Lolek, przepytaj mnie z ciągów liczbowych. Bo oni(czyli jego bracia) w ogóle się na tym nie znają. Nie to co ty...
Co prawda nie widzę sensu w uczeniu się tuż przed, ale tą partię materiału opanował całkiem dobrze. Rano niejako "odwiozłam" go(brat Kubaszka odwoził go do szkoły, to i ja się zabrałam na dworzec autobusowy) rano pod samą szkołę, wadowicki "Ekonomik", gdzie przez ostatnie cztery lata kształcił się na technika żywienia i usług gastronomicznych. Przy okazji udzieliłam mu ostatnich rad. Łącznie z tą, że nawet jeżeli nie uda mu się czegoś zaliczyć(w co osobiście nie wierzę, musiałby chyba oddać pustą kartkę), to naprawdę nic się nie stanie. Jeszcze wczoraj usłyszałam, że maturę pisze tylko po to, żeby ją mieć, bo w sumie zawód już ma. Ale może kiedyś zdecyduje się na jakieś studia. Zwłaszcza, w przypadku, gdy zdobędzie tak wysokie wyniki jak na egzaminie potwierdzającym kwalifikacje w zawodzie i na świadectwie kończącym szkołę. "Paska" nie miał, ale średnia 4,68 też jest imponująca. Zwłaszcza w przypadku, kiedy się pracuje oraz pomaga rodzicom w prowadzeniu gospodarki. Kiedyś wszyscy się zastanawiali jak takie "ciepłe kluchy" wyjdą na ludzi. Dzisiaj już wiadomo - wyszedł na całkiem porządnego człowieka.
Jezioro Mucharskie 
A ja spędziłam całkiem sympatyczne dwa dni na małej rodzinnej imprezie. Po trzech miesiącach spędzonych w bloku wyszłam na łono natury. Zaproszenie na 25-lecie małżeństwa mojego chrzestnego dostałam jeszcze w zeszłym roku. Potem przyplątał się koronawirus i wszystko stanęło pod znakiem zapytania. Jednak koniec końców lokal, w którym odbyło się przyjęcie otwarto dla imprez poniżej 50 osób. Akurat zmieściliśmy się w limicie. Co prawda sam przejazd urósł do rangi wielkiej logistycznej wyprawy, koniec końców udało nam się dotrzeć na miejsce(ukłony w stronę kuzynostwa, które wyjechało do nas do Wadowic). Ale tak to już jest, kiedy człowiek nie jest zmotoryzowany... Oczywiście mała obawa była, nie dajmy się jednak zwariować. Najpierw była uroczysta Msza święta w parafialnym kościele, a następnie przyjęcie w lokalu. Przy okazji można było spotkać się z dawno niewidzianymi krewnymi. 
Swoją drogą zabawny zbieg okoliczności - dwa dni przed moją ustną maturą z niemieckiego świętowałam osiemnastkę mojego mieszkającego w Wadowicach(czyli też trzeba było jechać autobusami), co na szczęście niezbyt wpłynęło na jej wynik. A wczoraj, dzień przed maturą, Kubaszek świętował rocznicę ślubu swoich rodziców. Historia kołem się toczy...

czwartek, 4 czerwca 2020

1172. Powolutku, pomalutku...

Ale wciąż do przodu. Chociaż czasami mam wrażenie, że to "do przodu" za wolno coś mi idzie. Owszem, mogę to zwalać na karb zaburzeń neurologicznych, które też spowalniają moje ruchy, ale czy chcę? Z drugiej strony, zamiast się zamartwiać, ja się cieszę, że kolejną rzecz mam "już z głowy". Bo tym sposobem mam więcej czasu na to, co jeszcze mi zostało do zrobienia.
Szkolenie z mediacji coraz bardziej mi się podoba, coraz bardziej się rozkręcam, zwłaszcza podczas pracy w grupach. Chociaż nigdy nie miałam styczności z mediacjami(nie mylić z negocjacjami, z których zajęcia miałam na AWFie), czuję się dobrze w tej tematyce. Czy coś z tego będzie dopiero się zobaczy w przyszłości, wydaje mi się jednak, że zdobycie dodatkowych kwalifikacji nie zaszkodzi.
W dodatku "ścigali" mnie dzisiaj z klubu sportowego. W pierwszej chwili myślałam, że wznawiają treningi. Tymczasem okazało się, że zbierają ludzi na obóz sportowy. A że nie odebrałam przez przypadek od nich telefonu, to zadzwonili do Młodszej, czy nie orientuje się co do mojego uczestnictwa w nim. Młodsza oczywiście się nie orientowała, bo skąd, ale złapała mnie po południu(na messengerze) i poinformowała o wszystkim. Przy okazji stwierdziła z wyrzutem, że jej jeszcze nigdy nikt nie szukał po to, aby gdziekolwiek jechała. Spokojnie, przyjdzie i dla niej taki moment. Na razie napisałam do klubu meila, że jadę na obóz, niech im już będzie. Od marca nie byłam na ani jednym treningu(ani z lekkiej, ani z pływania) więc może na wyjeździe wszystko nadrobię?
A dzień kończę z kremówkami po galicyjsku(czyli masą budyniową na dole oraz bitą śmietaną jako górna warstwa masy) własnej roboty(w końcu, ale spokojnie, ciasto upieczone zostało w nie moim piekarniku), kawą Inką(placebo jak się patrzy) oraz... "Kodeksem postępowania administracyjnego". Na szczęście to tylko 146 stron, więc nie jest źle. A jeżeli dodać do tego fakt, że kilka lat temu zdawałam egzamin na technika administracyjnego, to można uznać, że jest to tylko przypomnienie sobie pewnych informacji. Swoją drogą zastanawiam się, jak wtedy dałam radę z rana (o 9:00 rano) podejść do państwowego egzaminu, który pisałam w liceum, do którego uczęszczałam, a potem pojechać do Krakowa na egzamin z historii sztuki na AWFie oraz zdać Szlaki cysterskie na Uniwersytecie Papieskim. I wszystko zaliczyć bardzo pozytywnie...
No nic, kto chce ten może się poczęstować kremówką. Co prawda trochę masa się "rozjechała" i jeden płat ciasta trochę pokruszył, ale w smaku jest całkiem niezła 👌👌😃.

środa, 3 czerwca 2020

1171. Oby żadne dziecko nie miało takiego dzieciństwa

Czerwiec nieodłącznie kojarzy mi się z dzieciństwem. Wbrew pozorom było ono szczęśliwe, pomimo różnych meandrów losu. W czerwcu obchodzony jest przecież Dzień Dziecka. Nie przypominam sobie, abyśmy coś dostawały z tej okazji(co nie oznacza, że tak nie było), ale pamiętam jak rodzice zabierali nas do ogrodu zoologicznego, w pobliskie góry albo na kajaki nad miejski zalew(a potem na obozach sportowych dziwili się, że tak dobrze pływam kajakiem). A potem przychodziły upragnione wakacje. Z wzorowym świadectwem oraz najlepszymi znajomymi ze szkoły szło się na lody. Wakacje najczęściej spędzało się u rodziny oraz na obozach sportowych i harcerskich. Byle tylko odpocząć od miejskiego zgrzytu.
Jednak nie wszystkie dzieci mają szczęśliwe życie. Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić tekstem, który krąży po internecie(dlatego być może ktoś z Was już go poznał). Nie wiem, czy jest to prawdziwa historia, czy też wymyślona, ale muszę przyznać, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie. I po raz kolejny przekonałam się jak wiele miałam w pierwszym etapie mojego życia...

7-latek umarł z winy swoich rodziców. Lekarz znalazł w jego rączce rozdzierający serce list

"Nazywam się Ivan i mam 7 lat. Kocham moją mamę i mojego tatę, ale strasznie się ich boję. Często mnie biją, nie do końca rozumiem, dlaczego.
Dziś rano obudziłem się i poszedłem do szkoły. Jestem dobrym uczniem i wychowawca mnie lubi. Ja lubię też kolegów z klasy, ale oni mnie chyba nie bardzo. Zazwyczaj siedzę sam w czasie przerw. Nikt nie chce się ze mną bawić. Chciałem, żeby mnie polubili, ale oni twierdzą tylko, że jestem obrzydliwy. Śmieją się ze mnie, bo codziennie noszę te same wytarte spodnie, mam jedną koszulkę i dziurawe buty.
Pewnego dnia po szkole zostałem dłużej w szatni i ukradłem kurtkę. Wisiała tam bardzo długo, wydawało mi się, że nikt jej nie chce, a ja marzłem. Poszedłem do domu. W czasie drogi powrotnej ktoś podszedł do mnie od tyłu i pchnął. Upadłem na śnieg. Ten ktoś usiadł na mnie, wcisnął moją twarz w śnieg i powiedział: "Nikt cię tu nie lubi idioto".
Okazało się, że jest ich więcej. Kopali mnie w plecy i w brzuch. Nagle uciekli i zostawili mnie na zimnym śniegu. Płakałem, tak strasznie płakałem... Ale nie dlatego, że coś mnie bolało, a dlatego, że nie miałem żadnej osoby, na którą mógłbym liczyć.
Kiedy wróciłem do domu, mama podbiegła do mnie, złapała mnie za włosy i zaczęła krzyczeć: "Gdzie byłeś? Dlaczego jesteś taki brudny i mokry? Jesteś niegrzecznym bachorem! Nie ma dziś dla Ciebie obiadu! Idź do swojego pokoju i zostań tam!"
Zrobiłem tak, jak powiedziała mi mama. Poszedłem do mojego pokoju i nie wychodziłem z niego, aż do następnego dnia, mimo że byłem bardzo głodny i było mi strasznie zimno...
Moje oceny były coraz gorsze. Za każdym razem, gdy moi rodzice dowiadywali się o tym, tata bardzo mnie bił. Kiedyś uderzył mnie tak strasznie, że nie mogłem ruszać palcem wskazującym i wszyscy w szkole okropnie się ze mnie śmiali.
Czas mijał, a ja pewnego dnia dostałem okropnych bóli w klatce piersiowej. Mamy i taty nie obchodziło to, że cierpię. Wieczorem leżałem w swoim łóżku i myślałem o tym, jak to jest mieć szczęśliwą rodzinę. Bolało coraz bardziej, ale nie chciałem denerwować moich rodziców. Tak bardzo ich kocham...
Następnego dnia poszedłem do szkoły. Mieliśmy namalować nasze największe marzenie. Dzieci malowały samochody, rakiety, ładne lalki, ale nie ja... Nie dlatego, że nie lubię tych rzeczy, ale dlatego, że najbardziej chciałbym mieć kochającą mamę i tatę. Namalowałem więc całą rodzinę. Mamę, tatę i ich synka. Grali w gry i byli szczęśliwi. Kiedy malowałem, bardzo cicho płakałem. Naprawdę tak bardzo chciałbym mieć kogoś, komu by na mnie choć trochę zależało...
Kiedy przyszła moja kolej na pokazanie rysunku klasie, wszyscy śmiali się ze mnie. Śmiechy stawały się coraz głośniejsze, to było nie do wytrzymania. Stałem tam i błagałem, aby w końcu przestali. Nagle nie wytrzymałem i powiedziałem im:
"Naprawdę chcę, żeby moi rodzice byli tacy, jak wasi. Przytulali mnie i śmiali się ze mną. Żeby cieszyli się jak wasi, kiedy widzą was wychodzących ze szkoły. Wiem, że jestem brzydki, słaby i mam krzywy palec, ale nie śmiejcie się ze mnie."
Nauczycielka próbowała otrzeć moje łzy. Myślę, że niektórym dzieciom było mnie jednak żal, ale wiele osób wciąż się śmiało.
Pewnego dnia pisaliśmy krótki test. Byłem pewien, że nie poszło mi dobrze. Kiesy otrzymałem wynik, od razu zauważyłem, że nie jest dobry. Wiedziałem, że moja mama się zdenerwuje.
Bałem się wrócić do domu. Niestety, nie miałem gdzie iść więc powoli wracałem. Kiedy otworzyłem drzwi i zobaczyłem wyraz jej twarzy, wiedziałem, co będzie się działo.
Moja matka wpadła w furię. Uderzyła mnie w twarz. Upadłem na podłogę i mocno zahaczyłem głową o nogę krzesła. Jeszcze raz uderzyła mnie bardzo mocno. Leżałem i nie mogłem się podnieść. Naprawdę bardzo mnie bolało. Mama zostawiła mnie w takim stanie i wyszła. Po pewnym czasie wróciła i powiedziała, że mam natychmiast posprzątać ten bałagan, bo inaczej gdy tylko tata wróci do domu, to on naprawdę da mi popalić.
Błagałem mamę, aby nic mu nie mówiłam, ale kiedy spojrzałem w górę, zobaczyłem, że on stoi już w drzwiach. Gdy mama powiedziała mu o mojej ocenie, podniósł mnie z podłogi, potrząsnął mną i bardzo mocno uderzył mnie w twarz.
To było ostatnie co zapamiętałem. Obudziłem się w szpitalu. Spojrzałem na moją dłoń, nie czułem żadnego z moich 5 palców. Wyjrzałem przez okno i płakałem. Na zewnątrz widziałem ulicę, spacerowali po niej rodzice z dziećmi. Byli szczęśliwi.
Rozpłakałem się jeszcze bardziej... Wiesz dlaczego? Ja nie wiem, jak to jest czuć przytulenie własnej mamy... Moi rodzice mnie pobili, ale ja i tak ich kocham. Zawsze robiłem co mogłem, aby byli ze mnie dumni. To nic nie dawało, oni i tak nigdy mnie nie lubili. W końcu mogłem wyjść ze szpitala... Przyjechali po mnie, ale nawet nie uśmiechnęli się, czy nie przytulili mnie na powitanie.
Pewnego dnia rozlałem trochę herbaty na dywan. Wtedy znów mnie pobili. Nagle znów poczułem ten straszliwy ból w piersi. Powiedziałem o nim mojej mamie, ale ona to kompletnie zignorowała. Po pewnym czasie straciłem przytomność i znów znalazłem się w szpitalu. Moich rodziców tam nie było, nie interesowało ich, co się ze mną dzieje.
Lekarz widział, że jestem smutny i powiedział mi, że oni na pewno przyjdą. Niestety, nie pojawili się. Czekałem i czekałem, ale nikt się nie pojawił.
Ja i tak strasznie kocham moich rodziców..."
Dwa dni później Ivan zmarł z powodu odniesionych obrażeń. W jego ręce lekarze znaleźli list, który został bardzo niewyraźnie napisany. Był skierowany do jego rodziców:

"Droga Mamo i Drogi Tato,
Wiem, że jestem bardzo brzydki, obrzydliwy i głupi. Nie dziwię się, że nie potraficie mnie kochać, choć jest mi przykro.
Nigdy nie chciałem Was denerwować. Chciałem jedynie, żebyście mnie przytulili i powiedzieli, że mnie kochacie. Chciałem się z Wami pobawić, żebyście potrzymali mnie za rękę lub pośpiewali ze mną.
Wiem, że się mnie wstydziliście. Już nigdy tak nie będzie. Obiecuję."

Właśnie w tym momencie serce Ivana przestało bić.
Każde dziecko ma prawo do bycia kochanym i szczęśliwym. Żadne nie powinno przechodzić w domu takiej gehenny jak Ivan.
Jesteś kochającym rodzicem? Pamiętaj o tym, aby uświadomić swoje dziecko, że nie każdy w jego klasie, czy szkole, ma takie szczęście jak ono. Zadbaj o to, aby Twoja pociecha miała świadomość, że takim dzieciom trzeba pomagać i je wspierać. Nigdy i pod żadnym pozorem się nie śmiać z nich"


Myślę, że trzy ostatnie zdania są najlepszą puentą tego wszystkiego. Uczulmy dzieci na krzywdę innych, nauczmy je empatii i współczucia.
Co ciekawe, przepisując tekst(pomijając oczywiście to, że kilka razy łzy mi pociekły po policzkach) zaczęłam analizować historię Ivana od strony socjalnej. No i odkryłam kilka obszarów w funkcjonowaniu rodziny, nad którymi wypadałoby popracować. Ech, nie ma to jak "zboczenie zawodowe"...