Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 31 lipca 2020

1190. Wyzwanie u Lidzi "Czytamy książki 2020" - lipiec

Lipiec na szczęście okazał się o wiele bardziej łaskawym pod względem czasu miesiącem niż czerwiec. Dzięki temu mogłam poświęcić więcej czasu na czytanie. W większości były to książki czytane dla przyjemności, chociaż nie mogłam tak zupełnie odpuścić sobie pozycji dotyczących tworzenia programów profilaktycznych dla młodzieży, czy też tych związanych z ruchem hospicyjnym. Wakacje, chociaż są odpoczynkiem od wytężonej pracy umysłowej i czasem nabrania sił na to, co będzie, nie zwalniają zupełnie ze wszystkiego.
Wracając do głównego tematu, w tym miesiącu zabawy wyznacznikami czytanych książek były następujące literki:
W - pierwsza litera imienia lub nazwiska autora
C - litera, na którą powinien zaczynać się tytuł książki
U - rzecz na okładce
Na początku byłam trochę zaskoczona tymi literkami, jednak kiedy przejrzałam moje półki z książkami, okazało się, że coś tam się znajdzie. A przy okazji był pretekst, aby wypożyczyć z biblioteki te książki, na które miałam chrapkę już od jakiegoś czasu.
Muszę przyznać, że znowu trochę mnie poniosło(a to przecież nie wszystkie czytane przeze mnie książki). Oficjalnie pochłonęłam 19 tytułów(chociaż samych książek było 20 - słynni "Pancerni" byli w dwóch tomach), nieoficjalnie jakieś 5 pozycji więcej. No, ale nie będę Was zamęczać genezą powstania ruchu hospicyjnego, czy też tworzeniem szkolnych programów profilaktycznych, zwłaszcza w wakacje) 😂.
Poniżej krótki skrót przeczytanych w tym miesiącu książek. Ostatnie trzy czytam na obozie w przerwach pomiędzy jednym, a drugim treningiem(przynajmniej mam taką nadzieję, bo notkę napisałam jeszcze przed wyjazdem), a ponieważ technicznie mogę nie dać rady uzupełnić ich na czas, pozwolę sobie wrzucić ich opis po powrocie do domu(czyli gdzieś po 4, maksimum 8, bo może od razu z obozu pojadę na zawody). 

Tytuł: "Czterej pancerni i pies", t. 1 i 2
Autor: Janusz Przymanowski
Okładka: usta, ucho
Strony: 336/320

Czy jest wśród moich czytelników ktoś, kto chociaż raz nie widział serialu "Czterej pancerni i pies"? Nawet mój tata, wychowywany w domu bez prądu, był w szkole zwalniany z lekcji przez nauczycielki, żeby mógł sobie popatrzeć na wojenne przygody czterech dzielnych wojskowych na szkolnym telewizorze. A kilka lat później dostał dwutomowe wydanie na zakończenie roku szkolnego. Wspaniała powieść odzwierciedlająca to, co znamy ze szklanego ekranu - Janek Kos tak samo czaruje swoim wdziękiem, a Gustaw Jeleń śmieszył swoją prostotą. Po raz kolejny przeczytałam całość z prawdziwą przyjemnością.

Tytuł: "Chabrowe pola"
Autor: Jacek Caban
Okładka: ucho
Strony: 292

Lubię od czasu do czasu sięgnąć po taką pozycję w literaturze, z jaką dotąd nie miałam styczności. Dzięki temu poznaję nie tylko nowe style, ale i perspektywy patrzenia na otaczający nas świat. Książka „Chabrowe pola” otwarła przede mną drzwi do nieznanego mi wcześniej gatunku literackiego – pisania o otaczającej nas rzeczywistości, w taki sposób, w jaki faktycznie się znajduje.
Marcel Zatorski jest pracownikiem Wojskowych Służb Informacyjnych. Pewnego razu wpada na trop międzynarodowej afery przemytowej. Zamieszany jest w nią obcy wywiad. Marcel śledząc przemytników trafia do swojego rodzinnego Włocławka, z jednej strony miasta biedy i lewych interesów, a z drugiej nierozerwanie złączonego z kulturą romską, jej muzyką oraz obyczajami. Mimochodem wracają do niego wspomnienia z lat dziecinnych, kiedy wszystko było dużo prostsze i beztroskie, a podwórkowi koledzy byli całym światem dla zbuntowanego chłopaka.
Poznajemy m.in. bratanka Marcela, Piotra, którego znajomi przezywają żartobliwie Pewexem bądź chudym. Piotr jest ciężko chory na białaczkę szpikową, a jedyną szansą na wyjście z niej jest kosztowny i niebezpieczny przeszczep szpiku kostnego. Niestety, poszukiwania dawcy trwają, a młody chłopak nie ma zbyt dużo czasu. Co więcej, dziewczyna Pewexa, Agata, spodziewa się ich wspólnego dziecka, o czym on sam jednak nie wie. Czy Marcel pomoże bratankowi w znalezieniu dawcy szpiku kostnego, a tym samym przyczyni się do zobaczenia przez chłopca swojego synka?
Na drodze Marcela stoją też koledzy Piotra, kryjący się pod pseudonimami Bulion oraz Chechłacz. Są to typowi przedstawiciele grupy chuliganów, zarazem osób wywodzących się z dzielnicy biedy, gdzie patologia i przemoc rodzinna jest na porządku dziennych, a gwara podwórkowa zastępuje codzienny język. Chłopcy, mając niewłaściwy przykład w dzieciństwie, wpadają w różne uwikłania grup przestępczych działających w mieście. To nie są jednak źli ludzie. Kiedy trzeba umieją stanąć za sobą murem, martwią się też o stan zdrowia swojego kolegi z dzieciństwa. Mimo wszystko Marcel musi być ostrożny, kiedy będzie się z nimi kontaktował – nigdy nie wie, czy akurat zachowują się naturalnie, czy też blefują.
Wspomnienia Marcela przeplatają się z rzeczywistością, czasami sam bohater gubi się w tym, co obecnie sądzi i myśli. Jednak ten powrót do przeszłości pozwala czytelnikowi zrozumieć perspektywy życia w tak prowincjonalnym mieście, jakim jest Włocławek. Biedota wdziera się wszędzie, panuje patologia, mordy, a pracujący w Służbach Bezpieczeństwa agent Konecki wplątuje miasteczko w szereg niebezpiecznych intryg. Jednocześnie dowiadujemy się, że Zatorski pomagał na przykład zapobiec zamachowi na papieża Jana Pawła II.
Nie powiem, żeby książkę czytało mi się łatwo i przyjemnie, bo przeplatanie przeszłości z teraźniejszością wymagało ode mnie zastanowienia się, o czym mówi aktualny, czytany przeze mnie fragment tekstu. Uważam jednak, że autor powieści, Jacek Caban, bardzo ciekawie opisał życie w biednych miastach, które tak bardzo odstaje od tego, które zna większość z nas.

Tytuł: "Czterdzieści siedem lat życia"
Autor: Władysław Kluz OCD
Okładka: usta, ubiór, ucho
Strony: 328

Książka do której za każdym razem wracam z prawdziwą przyjemnością została zrecenzowana >>TUTAJ<<.












Tytuł: "Córka kapitana"
Autor: Leach Fleming
Okładka: usta, ubiór
Strony: 591

Większość moich stałych czytelników zapewne wie, że transatlantyk "Titanic" darzę platoniczną miłością. Dlatego z prawdziwą przyjemnością sięgnęłam po "Córkę kapitana", która została oparta na wydarzeniach tamtej tragicznej nocy.
May Smith, młoda, dwudziestokilkuletnia Angielka wsiada w porcie w Southampton na pokład legendarnego statku. W podróży do lepszego życia towarzyszą jej małżonek Joe oraz ich niespełna roczna córeczka Ellen. Przyjemny rejs kończy się w nocy z niedzieli na poniedziałek, kiedy "Titanic" uderza w górę lodową, a Smithowie wraz z pozostałymi pasażerami trzeciej klasy, zostają uwięzieni na niższych partiach statku. Kiedy udaje im się dostać na pokład okazuje się, że wszystkie łodzie ratunkowe już odpłynęły. Rodzina wpada do lodowatej wody, gdzie May traci z oczu swoich bliskich. Wkrótce ktoś ją wyławia z wody i umieszcza w łodzi ratunkowej. Po chwili na jej kolanach ląduje maleństwo, uratowane przez kapitana Smitha. May chce wierzyć, że to jej mała Ellen. Całą sytuację obserwuje ocalona z katastrofy pasażerka pierwszej klasy, Celeste, która postanawia pomóc młodej wdowie. Jeszcze przed ocaleniem przez "Carpatię" May odkrywa, że ocalone dziecko nie jest jej Ellen. Mimo wszystko postanawia je wychować. Wspierana przez nową przyjaciółkę rozpoczyna nowe życie. Tymczasem w porcie na statek z rozbitkami czeka młody emigrant z Włoch, Angelo. Słyszał o tragedii, ale miał nadzieję, że płynące "Titanic'iem" żona i córeczka ocalały. Niestety, nie znajduje ich wśród szczęśliwców. Jego uwagę przykuwa jednak charakterystyczny bucik. W mężczyźnie odżywa nadzieja na cud...
Bardzo ciepła, wielowątkowa saga opowiadająca o dziejach właściwie trzech rodzin, połączonych tragedią tej jednej, kwietniowej nocy. Celeste - chociaż ocalała, tak bardzo chciała, aby mąż-despota płynął wtedy z nią i zginął w lodowatych wodach oceanu. May - straciła męża i córkę, ale za to los dał jej na wychowanie inną dziewczynkę. I w końcu Angelo, który, chociaż założył drugą rodzinę to czuł, że ta pierwsza jednak nie zginęła całkowicie. Czy uda się każdemu z nich ułożyć na nowo swoje życie? Czy Ella, przygarnięta przez May dziewczynka, pozna swoją prawdziwą tożsamość? I jaką rolę w tym wszystkim odegrały oryginalne buciki? Dowiemy się tego z kolejnych stron powieści.

Tytuł: "Cuda Jana Pawła II"
Autor: Paweł Zuchniewicz
Okładka: usta, ubiór, ucho, uśmiech
Strony: 246

Książka Pawła Zuchniewicza „Cuda Jana Pawła II. Wydanie poszerzone i uzupełnione” znalazła się w moim posiadaniu właściwie przez przypadek. Tuż przed beatyfikacją papieża Polaka w 2011 roku w księgarni pojawiły się promocje dotyczące książek o Karolu Wojtyle. O autorze naczytałam się wiele pozytywnych opinii, zresztą znałam go już z audiobooku „Lolek. Młode lata papieża”. Z drugiej strony nie miałam jeszcze książki, w której zawarte by były opisy cudów za pośrednictwem Jana Pawła II. Wiedziałam, że muszę to zmienić, tym bardziej, że ponowna okazja na kupienie książki o 6 złotych taniej niż w rzeczywistości kosztowała mogła się szybko nie powtórzyć.
Pozycję można odczytać jako kontynuację cyklu książek biograficznych o Karolu Wojtyle. Ja jednak podeszłam do niej jako do zupełnie osobnego woluminu. Większość opisanych przypadków była mi znana z wcześniejszej lektury powieści: uzdrowienie Kay Kelly z Liverpoolu, córeczki polskich emigrantów do Kanady - Wiktorii cierpiącej na guza śródpiersia, Herona cierpiącego na białaczkę, Angeliki Marii z wodogłowiem, siostry Ofelii Trespalacios cierpiącej na bóle głowy oraz mdłości, chorego na stwardnienie rozsiane, dystrofię mięśniową oraz epilepsję Ugo Fetse, czy też księdza Mirosława Drozdka. Ale pojawiają się też opisy cudów, które miały miejsce już po śmierci papieża: uzdrowienia zakonnicy Marie Simone Pierre z choroby Parkinsona(cud, który przyczynił się do beatyfikacji papieża), malutkiej Glorii Marii, która miała nie żyć, chorego na nowotwór Dawida, małej Uli z wylewem krwi do mózgu, wybudzenie się ze śpiączki młodej kobiety, której lekarze nie dawali szans, pomoc bezdzietnemu małżeństwu, czy też ominięcie pewnej miejscowości przez groźni huragan. Wszystko to zostało przypisane wstawiennictwu Jana Pawła II. W książce znajdziemy też rozmowy z osobami, których życie zmieniło się po spotkaniu z papieżem oraz na temat jego świętości. Ostatnia część książki poświęcona jest ostatnim chwilom życia Ojca Świętego. Jeszcze bardziej przybliża nam jego świętość, w opinii której odszedł do „Domu Ojca”.

Tytuł: "Córka kochanki"
Autor: A. M. Homes
Okładka: usta
Strony: 207

Po raz drugi postanowiłam zmierzyć się z tą książką i po raz drugi mam do niej mieszane uczucia.
Rozumiem, że jest to opis wewnętrznych przeżyć ponad trzydziestoletniej kobiety, która dowiedziała się, że ludzie, których cały czas uważała za rodziców, tak naprawdę nimi nie są. Ale chwilami miałam wrażenie, że czytam pamiętnik jakiejś małej dziewczynki. Ogólnie chodzi w niej o to, że autorka, po odkryciu przerażającej prawdy, postanawia spotkać się z kobietą, która podaje się za jej biologiczną matką. Wiadomo, że w związku z tym targa jej wnętrzem wiele wątpliwości. Ostatecznie decyduje się na wykonanie tego niełatwego kroku. Jednak zanim to zrobi, musi wejść "w głąb siebie" i pogodzić się ze swoją przeszłością. Nie wszystkie poruszane kwestie były dla mnie nie jasne, czasami też gubiłam się w treści, wydarzeniach i akcji książki.
Może pozycja byłaby dobra dla kogoś, kto lubi takie psychologiczne książki, ale ja niestety do nich nie należę. Nie, "Córka kochanki" jest zdecydowanie nie w moim typie.

Tytuł: "Córka opiekuna wspomnień"
Autor: Kim Edwards
Okładka: usta, uśmiech
Strony: 560

Bardzo lubię wracać do tej książki, która mówi o tym, że prawdziwa miłość jest silniejsza od wszelkich uprzedzeń i rokowań.
Pewnego zimowego dnia 1964 roku w rodzinie Davida i Norah rodzą się bliźnięta: zdrowy chłopiec i dziewczynka z zespołem Downa. Z powodu szalejącej na zewnątrz śnieżycy położnik nie dociera do nich na czas i w porodzie pomaga była asystentka Davida, który zresztą jest lekarzem, Caroline. Po odkryciu straszliwej prawdy mężczyzna prosi ją, aby oddała dziewczynkę do przytułku dla upośledzonych. Żonie zaś mówi, że dziecko zmarło zaraz po urodzeniu. Caroline nie spełnia prośby lekarza i przygarnia dziewczynkę do siebie. Miłość, jaką została obdarzona mała niepełnosprawna Phoble oraz poświęcenie Caroline sprawiły, że wyrosła na niezwykle zaradną kobietę.
Tytuł powieści można interpretować na dwa sposoby. Pierwszy z nich jest odzwierciedleniem wielkiej pasji Davida – fotografii. Mężczyzna fotografował wszystko i wszystkich, starając się uchwycić w ten sposób nie tylko najpiękniejsze chwile swojego życia, ale i piękno otaczającego go świata. Niestety, na zdjęciach zabrakło jego córki, Phoble. Druga interpretacja tytułu każe nam spojrzeć na przeszłość Davida, który jako dziecko stracił siostrę, która cierpiała na wadę serca. Pamiętając ból, jaki zadała ta śmierć ich matce, postanawia oszczędzić tych przeżyć swojej żonie i postanawia oddać dziecko do ośrodka. Jednak myśląc o Phoble nie mógł nie przypominać sobie swojej małej siostrzyczki, która tyle wycierpiała.

Tytuł: "Cudowny chłopak"
Autor: R. J. Palacio
Okładka: uszy, usta, ubiór
Strony: 414

Książka została opisana >>tutaj<<













Tytuł: "Chłopak z sąsiedztwa"
Autor: Meggin Cabot
Okładka: usta, uśmiech
Strony: 343

Książka w formie korespondencji dwójki młodych, zakochanych w sobie osób. Co ciekawe, ani on, ani ona nie przypuszczają, że mieszkają tuż obok siebie. Trochę przypominało mi to "S@motność w sieci" Wiśniewskiego. Tamta książka była jednak poważna, dojrzała, ta wręcz przeciwnie - jest nawet trochę humorystyczna. Wszak młodość "musi się wyszaleć".








Tytuł: "Cena sławy"
Autor: Marta Sztokfisz
Okładka: usta, uszy, uśmiech
Strony: 174

Książkę już kiedyś czytałam, ale teraz miałam okazję do niej wrócić. Formułą nieco przypomina przeczytaną w lutym pozycję "Z nienawiści do kobiet".
Tym razem są to wywiady z jedenastoma osobami znanymi z pierwszych stron gazet, tzw. celebrytami. Marta Sztokpisz rozmawiała z Zenonem Laskowikiem, Danielem Olbrychskim, Bogusławem Lindą, Violettą Villas (książka powstała w 2000 roku, a więc piosenkarka wtedy żyła), Katarzyną Figurą, Mariuszem Szczygłem, Edytą Górniak, Niną Terentiew, Stanisławą Celińską, Aleksandrą Jakubowską oraz Andrzejem Sewerynem, szukając odpowiedzi na pytanie, jak to jest być osobą medialną? Z rozmów wynika, że jest to, wbrew powszedniemu mniemaniu, bardzo trudne zadanie, a sama tytułowa "Cena sławy" ma zarówno gorzki, jak i słodki posmak.
Czytając takie książki cieszę się, że jestem jednak tym przysłowiowym "szaraczkiem", bo nie wiem, czy dałabym radę udźwignąć ciążące na mnie brzemię.

Tytuł: "Chłopi"
Autor: Władysław Stanisław Reymont
Okładka: usta, ubiór
Strony: 606

Przełom lipca i sierpnia zawsze będzie mi się kojarzył ze żniwami. A skoro żniwa i wieś, to muszą być i chłopi. Chociaż chyba teraz nikt tak nie nazywa rolników.
Chyba każdy absolwent szkoły średniej zna tą czteroporową(tak, tak, czteroporową, a nie czterotomową) opowieść o życiu chłopów w podłódzkich Lipcach. Nie wiem jak to było wcześniej, ale moje pokolenie miało ograniczoną lekturę do pierwszego tomu - "Jesień". A szkoda, bo "Chłopi" to piękna opowieść o życiu na wsi w zgodzie z naturą. A jak to inaczej zaakcentować, niż poprzez wnikliwe przyjrzenie się pracy rolników w każdej z czterech pór roku? I oto mamy jesień z wykopkami, zimę poświęconą w dużej mierze pracom w domu, wiosnę z zasiewami i lato ze żniwami. Równocześnie, na tle tych wszystkich rolniczych prac, toczy się normalne, wiejskie życie z narodzinami i śmiercią, z przepięknymi obrzędami ludowych, z zatargami z sąsiadami i ludzką zawiścią. Ot, zwyczajne życie z przełomu XIX i XX wieku. Życie naszych, moich przodków.
Nobel dla Reymonta w pełni zasłużony.

Tytuł: "Chce się żyć"
Autor: Maciej Pieprzyca
Okładka: usta, uszy, uśmiech
Strony: 254

Powieść oparta na prawdziwej historii.
W 1981 roku w pewnej robotniczej rodzinie przychodzi na świat Mateusz. Poród jest ciężki, samo dziecko też nie rozwija się prawidłowo. Po pewnym czasie u chłopca zostaje zdiagnozowane mózgowe porażenie dziecięce. Co gorsza, według lekarzy chłopiec miał wieść żywot rośliny. Mimo diagnozy rodzice robią wszystko, aby Mateusz miał szczęśliwe życie. Wszystko zmienia się wraz ze śmiercią ojca chłopca. Po kilku latach rodzina oddaje mężczyznę do ośrodka dla osób upośledzonych umysłowo w nadziei, że tam będzie mu lepiej...
Tymczasem Mateusz od początku rozumie wszystko, co się dzieje dookoła jego, a jego problem polega na tym, że nie potrafi porozumieć się z otoczeniem. Każda próba odbierana jest jako atak padaczki lub agresji. Tylko przypadek sprawił, że jedna z terapeutek odkryła sposób, w jaki chłopak może komunikować się z otoczeniem.
Zawsze, kiedy czytam tą książkę mam przed oczami wiele moich znajomych, którzy mieli mniej szczęścia niż ja. Ale których podstawowym problemem jest, tak jak w przypadku Mateusza, brak możliwości komunikacji werbalnej. Czy to oznacza, że są upośledzeni umysłowo? Oczywiście, że nie. Bo wbrew pozorom można z nimi "porozmawiać" - z jednymi za pomocą mrugania oczami, a z innymi, tak jak z Mateuszem, za pomocą symboli Blissa.

Tytuł: "Czas kukułczych gniazd"
Autor: Zbigniew Domino
Okładka: -
Strony: 415

"Czas kukułczych gniazd" to bezpośrednia kontynuacja książki "Syberiada Polska" tego samego autora, opowiadającej o losach Polaków z fikcyjnej miejscowości "Czerwony Jar", wywiezionych na Sybir 10 lutego 1940 roku. "Syberiadę Polską" przeczytałam już dawno temu. Bardzo mi się spodobała jej treść, miejscami kibicowałam jej bohaterom i nie ukrywałam, że zastanawiałam się, jak też sobie poradzą po powrocie do Ojczyzny.
"Syberiada Polska" kończy się sceną wyjazdu Polaków z Syberii do ojczyzny. "Czas kukułczych gniazd" otwiera scena wjazdu tego samego pociągu do Polski. W jednym z wagonów znajdują się główni bohaterowie - Staszek i Tadek Dolina oraz opiekująca się nimi Bronia, sympatia ich ojca. Jan Dolina jeszcze na Syberii został wcielony karnie do Armii, matka zmarła na zesłaniu. W Polsce jednak stał się cud - Dolinie udało się odnaleźć pociąg, którym jadą jego dzieci. Wkrótce cała czwórka(wraz z Bronią) zamieszkuje w jednym z poniemieckich domków znajdujących się na ziemiach obiecanych. W tej samej wsi, nazwanej Zielonym Polem, lokuje się wielu ich znajomych z "Czerwonego Jaru". Mają nadzieję wieść takie samo życie jak dawniej. Jednak rzeczywistość wcale nie jest taka wesoła, jakby się mogło wydawać. Trzeba się przyzwyczaić do nowych warunków życia, dzieci po wielu latach wracają do szkół. Tymczasem raz po raz we wsi pojawia się jakiś znajomy, czy to z Czerwonego Jaru, czy to z Syberyjskiej tułaczki.
Muszę przyznać, że jednak "Syberiada Polska" bardziej mi się podobała. W "Czasie kukułczych gniazd" czasami zbyt dużo miejsca poświęcano opowieściom tych, którzy po latach spotykali się z krewnymi i znajomymi. Niby dobrze jest się dowiedzieć co się z nimi działa, ale poświęcanie im kilku rozdziałów nie było jak dla mnie dobrym pomysłem. Natomiast bardzo mi się podobały opisy stosunków międzyludzkich oraz obyczajowości ludzi wracających z zesłania.

Tytuł: "Codzienne inspiracje biblijne"
Autor: Ks. Wojciech Wawrzyniak
Okładka: -
Strony: 384

Kilka lat temu spełniło się jedno z moich marzeń i zostałam szczęśliwą posiadaczką powyższej pozycji. Książki niezwykłej, ponieważ zawiera biblijne przesłanie na każdy kolejny dzień. Książki uniwersalnej, ponieważ daty nie są przypisane konkretnemu dniowi tygodnia.









Tytuł: "Chłopiec w pasiastej piżamie"
Autor: John Boyne
Okładka: -
Strony: 192

Tą książkę również zaliczam do moich ulubionych. Pierwszy raz przeczytałam ją 13 lat temu(też w wakacje) i z marszu "zakochałam się" w niej.
Powieść opowiada historię przyjaźni dwóch ośmioletnich chłopców - Szmula oraz Bruna. Bruno wraz z rodzicami i siostrą na teren obozu koncentracyjnego, gdzie jego ojciec został komendantem. Pewnego razu podczas "zwiedzania" okolicy Bruno trafia na druciaste ogrodzenie, za którym siedział chłopiec. Postanowił z nim porozmawiać, aż w końcu się zaprzyjaźnili. Chłopcy, chociaż dzieli ich praktycznie wszystko oprócz tego, że urodzili się tego samego dnia, potrafią razem się bawić i prowadzić długie rozmowy, na tematy typowe dla dzieci w ich wieku. Jednocześnie na oczach Brunona, którego ojciec pracował w Auschwitz, odbywa się propaganda, pokazujące, że życie w obozie jest wspaniałe i wszyscy o nim marzą. Co ważne, sam chłopiec zaczyna w to wierzyć i nie do końca daje wiarę słowom Szmula, który opowiada mu o życiu za druciastym płotem.
Przyjaźń Bruna i Szmula była na pozór niemożliwa. Bo kto by pomyślał o niej w kontekście Żyd - Niemiec, zwłaszcza w okresie II wojny światowej. A jednak, czystość dziecięcych umysłów i wzajemna sympatia wygrały ze wszelkimi ideologiami. 
Piękna opowieść o najpiękniejszych wartościach, którymi powinniśmy się kierować. I o tym, że niemożliwe może stać się możliwym przy sprzyjających ku temu okolicznościach.

Tytuł: "Chłopiec na szczycie góry"
Autor: John Boyne
Okładka: urwisko
Strony: 272

Nie będę ukrywać, że "Chłopiec w pasiastej piżamie" mnie zauroczył. Podobnego "wow" oczekiwałam po "Chłopcu na szczycie góry" tego samego autora. I szczerze mówiąc wcale się nie zawiodłam.
Tym razem mamy do czynienia z kilkuletnim Pierrotem, mieszkającym we Francji. Pierrot ma dom, kochających rodziców, ulubionego psa oraz oddanego przyjaciela, Anszela, który jest Żydem. Szczęśliwe dzieciństwo chłopca kończy się z chwilą, jego rodzice giną w wypadku samochodowym, a on sam trafia do domu swojej ciotki, gdzie poznaje Adolfa Hitlera. Owo spotkanie przynosi same negatywne skutki. Pieter, bo tak od tej chwili nazywa się chłopiec, zostaje wciągnięty w trybiki rodzącej się właśnie machiny zła. Takim szczytowym momentem tej machiny zła była dyskusja prowadzona przy chłopcu, która dotyczyła budowy obozu zagłady. Przez te wszystkie zabiegi Hitlera znajdujący się w rezydencji chłopiec z czasem zatraca swoją dziecinną niewinność, zaś na jej miejscu pojawia się wyrachowanie. Wpatrzony w Fuhrera potrafi też zdradzić swoich najbliższych, którzy tak go kochali, a nawet wyrzec się swojej przyjaźni z Anszelem.
Tytuł książki można odczytywać w dwojaki sposób - dosłownie, bo mały Pierrot po przeprowadzce naprawdę mieszkał w domu znajdującym się na szczycie góry, z której wszystko było widać. Ale też w przenośni - przez pewien czas zajmował bowiem bardzo wysoką pozycję w hierarchii Adolfa Hitlera. Mógł mieć wszystko, co tylko chciał. A jednak nie do końca czyniło go to szczęśliwym w życiu.

Tytuł: "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadecie?"
Autor: Justyna Kopalińska
Okładka: usta, ubiór
Strony: 240

O tym co się dzieje za drzwiami zabrzańskiego Domu Dziecka prowadzonego przez siostry boremeuszki świat miał się nie dowiedzieć. I pewnie by się nie dowiedział, gdyby nie tajemnicze zniknięcie małego Mateusza Domaradzkiego oraz skarga nastoletniego Pawła w szkole.
Tym zaginięciem żył cały Śląsk. Pewnego zimowego dnia(akurat były ferie zimowe) zaginął bez wieści ośmioletni chłopiec z Rybnika. Na mieszkańców regionu padł blady strach, rodzice zakazywały dzieciom wychodzić na sanki w obawie, że w okolicy grasuje seryjny porywacz(co ciekawe, sześć lat później, w czasie głośnego zaginięcia małej Madzi, sytuacja się powtórzyła). Śledczy rozpoczęli poszukiwania, które doprowadziły ich do Tomasza i Łukasza. Prowadząca sprawę prokurator Joanna Smorczewska, dzięki współwięźniom siedzącym z Tomaszem w jednej celi odkrywa, że jest on byłym wychowankiem Zakładu Opiekuńczego sióstr boremeuszek oraz że za zamkniętymi drzwiami działy się wręcz dantejskie sceny. Kolejne przesłuchania byłych i obecnych wychowanków zakładu ujawniają, że sprawujące opiekę nad dziećmi siostry wręcz się nad nimi znęcały, a wykorzystywanie seksualne było na porządku dziennym.
Książka w dużej mierze opisuje sytuacje poprzedzające proces, w którym sąd miał ukarać siostry, które nie reagowały na to, co się dzieje w placówce oraz poniżały jej wychowanków. Opis śledztwa przeplata się z zeznaniami ofiar. To co szokuje to fakt, że gdyby nie zaginięcie Mateusza i interwencja jednej ze szkolnych nauczycielek, która uwierzyła słowom swojego ucznia, że w Domu Dziecka dochodzi do przemocy, to pewnie nikt by nie poznał prawdy. Tym bardziej, że na zewnątrz wszystko wyglądało zwyczajnie. Z drugiej strony w doskonały sposób zostało w książce ukazane to, że ludzie związani z kościołem wcale nie są święci(chociaż sam kościół już jest).
Zakład prowadzony przez siostry boremeuszki został rozwiązany, najbardziej winne temu co się działo w jego murach - ukarane. Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadecie? On może tak. Społeczeństwo - niekoniecznie.

Tytuł: "Chłopiec z Listy Schindlera"
Autor: Leon Leyson
Okładka: ubiór, ulica
Strony: 256

Kilka lat temu miałam przyjemność przeczytać "Listę Schindlera" opowiadającą o tym, jak w okresie II wojny światowej niemiecki przedsiębiorca Oscar Schindler uratował kilkaset Żydów z niechybnej śmierci, zatrudniając ich w swojej fabryce. Teraz miałam okazję przeczytać wspomnienia jednego z ocalałych - Leona Leysona.
Leon, a właściwie Lejb, urodził się w położonej na wschodzie wsi Narewka, w tradycyjnej, żydowskiej rodzinie. Wczesne lata jego dzieciństwa były raczej beztroskie - spędził je na zabawach z czwórką starszego rodzeństwa. Jego ojciec, Mosze, pracownik położonej nieopodal huty szkła, został przeniesiony do Krakowa, kiedy chłopiec miał trzy lata. Przez pięć lat ciężko pracował, aby sprowadzić do siebie resztę rodziny. Kiedy w końcu mu się to udało, wszyscy myśleli, że znaleźli raj na ziemi. Ich szczęście trwało zaledwie dwa lata. Wybuchła II wojna światowa, a wraz z nią pojawiły się restrykcje dotyczące ludności żydowskiej. Mały Leon został wydalony ze szkoły, szykanowany przez kolegów. Wkrótce prawie cała rodzina została zamknięta w getcie krakowskim. Tam też nie czuli się w pełni bezpieczni, ponieważ co rusz były jakieś łapanki. I wtedy na drodze rodziny pojawił się Oscar Schindler, który najpierw zatrudnił w swojej fabryce naczyń emaliowanych Mosze, a następnie, kiedy zlikwidowano getto, a zamieszkującą go ludność przeniesiono do obozu na Podgórzu, całą rodzinę Leysonów. Prawdopodobnie uratował im tym życie, zwłaszcza w chwili, kiedy zabierał wszystkich swoich pracowników do Czech, gdzie przeniósł swoją fabrykę. Co ciekawe, nawet po latach, pamiętał swoich Żydów i od razu poznał Leona, kiedy w latach 60 przyleciał do USA.
Piękne autentyczne wspomnienia osoby, która na własnej skórze przeżyła piekło holokaustu, a zarazem potwierdzenie, że nie wszyscy Niemcy byli źli i bezduszni.

Tytuł: "Czerwony namiot"
Autor: Anita Diamant
Okładka: ubiór, uszy, usta
Strony: 256

Pismo Święte poświęciło starotestamentarnej Dinie, "mlecznej siostrze" sprzedanego do Egiptu przez braci Józefa, jeden rozdział w Księdze Rodzaju. Z tych 31 wersetów Anita Diamant stworzyła historię, której początek i koniec wybiega daleko poza ramy biblijnej historii.
Dima była jedną z córek Jakuba, syna Izaaka(tego, który "kupił" pierworództwo od swojego brata Ezawa za miskę soczewicy) i jednej z jego żon, Lei. Była rówieśnicą Józefa, którego wykarmiła piersią Lea, ponieważ Rachela była bezmleczna. Niemal wszystkie kobiety z rodu Jakuba były położnymi, nie ominęło to i Dimy, która z czasem zaczęła pomagać rodzić kobietom z położonego nieopodal ich osady miasta Sychem. Pewnego razu, zostaje wezwana do porodu w pałacu królewskim, gdzie poznaje książęcego syna, który też się nazywał Sychem. Obydwoje zakochują się w sobie. Po pewnym czasie została znowu wezwana na królewski dwór. Tym razem zostaje na nim już jako żona Sychema. Zgodnie z lokalnym zwyczajem ojciec Sychema, Chamor, poszedł do namiotów Jakuba, aby "wykupić" Dinę. Jako "zapłaty" zażądano obrzezania Chamona, Sychema oraz mieszkańców Sychem, co zresztą wykonano. Jednak trzy dni później bracia Diny, Symeon i Lewi, wtargnęli do miasta i wyzabijali wszystkich mężczyzn. Zabrali też Dinę do swojego obozu. Ona jednak, za pomocą niejakiego Nehesi, wymyka się z niego i wraca do miasta, do pałacu, w którym została m.in. matka Sachema, Re-nefer. Razem uciekły do Egiptu, gdzie pod przybraną historią zaczynają nowe życie. Dina, która w dalszym ciągu jest położną, sama rodzi synka, owoc jej miłości z Sychemem. Jest szczęśliwa, powoli zapomina o przeszłości. Pewnego dnia zostaje jednak wezwana do rodzącej w pałacu, w którym jej syn Re-mose jest skrybą. Usłyszana w nim historia przywraca w niej wspomnienia, w nowym władcy rozpoznaje zaś Józefa. W jaki sposób to spotkanie wpłynie na ich życie.
"Czerwony namiot" to piękna historia o życiu kobiet z zamierzchłych czasów. Życia, w którym prym wiodą kobiety, wszak tytułowy "czerwony namiot" jest miejscem, w którym spędzają czas podczas miesiączki i połogu. Mają wtedy czas na podzielenie się najgłębiej skrywanymi tajemnicami. Życia, gdzie wiara w Boga Abrahama przeplata się ze zwyczajami pogańskimi(np. rozdziewiczenie dziewczynki podczas pierwszej miesiączki). Życia, o którym marzyła każda ówczesna kobieta, chociaż pojawiały się w nim zarówno łzy szczęścia, jak i rozpaczy. 

Trzymajcie się ciepło

piątek, 24 lipca 2020

1189. Czas powoli wracać do zwyczajności?

Czarne chmury się zbierają nad naszym miastem...
Czym jest zwyczajność? Każdy z nas ma własną definicję tego terminu. I na pewno zwyczajność większości z nas została zaburzona gdzieś w środku marca, kiedy pewna pandemia zawojowała całym światem.
Niemal każdy musiał się przyzwyczaić do nowych wytycznych związanych z obostrzeniami w walce z COVID-19. Jednym się to podobało, innym nie za bardzo. Ale cóż, takie to życie... Jak to stwierdziłyśmy zgodnie z panią Poppins, średnio co 10 lat przez świat przetacza się jakaś pandemia, dziesiątkując zamieszkującą go ludzkość. Pamiętacie jeszcze wirus A/H1N1 z 2009 roku? Ja pamiętam, chociaż nie był tak "popularny" jak aktualny coronawirus...
Wydaje mi się jednak, że wszystko małymi kroczkami wraca co normalności. Dla mnie namiastką tej codzienności było wyrwanie się z domu na spotkanie rodzinne na początku czerwca. Już nie wyjście do sklepu na osiedlu, ale podróż busem do Wadowic. 
Inna namiastka to dowiezienie pani Poppins dokumentów. Przyjemne uczucie, że ktoś się cieszy na twój widok. I nie wybucha frustracją, kiedy okazuje się, że coś zrobiło się źle. A nawet żartuje, że chyba znowu ubyło mi centymetrów w pasie. I wierze, że dobiegniesz w pewnym "biegu" do mety. I robi wszystko, aby tak się stało... Tak, będzie mi jej brakowało. Może jeszcze czasem miniemy się na korytarzu... Ale mam nadzieję, że przyjdzie też pora na podziękowanie jej, właściwie to im, za wszystko. I przeproszenie, jeżeli sprawiałam im jakąś przykrość bądź kłopot. 
Pojutrze zaś jadę na obóz sportowy, którego przecież mogło nie być. Tymczasem na początku czerwca dostałam telefon od samego prezesa klubu sportowego, że jednak się on odbędzie, i że mam jechać. Więc jadę, chociaż nie z tak wielką chęcią, jak zwykle.
Wracają też imprezy sportowe, a wraz z nimi możliwość wolontariatu. Na razie zgłosiłam się na pomaganie przy "SilesiaMaraton 2020". Teoretycznie mogłabym też, podobnie zresztą jak rok temu, być wolontariuszem podczas niedzielnego biegu w Jaroszowicach w ramach "Beskidzkiej Trójki", pokrywa mi się on jednak z wyjazdem na obóz. Nie wiem, co z Memoriałem Kamili Skolimowskiej, na razie nie ma żadnej informacji na temat naboru na wolontariuszy... Za to wiem, że na pewno odpada mi Memoriał Janusza Kusocińskiego, bo w tym samym czasie mam Mistrzostwa Polski, które zostały przeniesione z maja. A wcześniej, 15 sierpnia, prawdopodobnie pobiegnę w Oświęcimiu w biegu ku czci świętego Jana Bosko.
Jednak powolny powrót do normalności nie może być jednoznaczny z całkowitym pofolgowaniem pewnych nakazów. Stan epidemii w dalszym ciągu trwa. Już sobie zakupiłam maseczki jednorazowe. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli w nich trenować, bo ciemno to widzę(prawie tak ciemno, jak chmury w moim mieście). Ręce i tak zawsze myję, sezon na pyłki mija, więc i objawy przeziębieniopodobne też. Profilaktyka jest ważna, ale nie można dać się zwariować. Dodatkowo jeszcze w miarę zdrowo się odżywiam. Dzisiaj(i przy okazji jutro) np. miałam fasolkę szparagową na parze.
Najpierw trzeba poodcinać końcówki(nawet bez przytrzymania ich prawą ręką dałam radę bez większych problemów)
Dodaj napis
Ogólnie zauważyłam, że zarówno ja, jak i mój refluksowy żołądek(zresztą ostatnio przechodziłam jego zapalenie, czego nikomu nie życzę), lubimy raczej proste dania: ziemniaki z masłem, czasami ze skwarkami, żurek, rosół, produkty na bazie ziemniaków, takie jak kopytka, placki ziemniaczane, kluski śląskie, kasze, ryż, warzywa na parze, kanapki z serem, z musem jabłkowym, z chudą wędliną, ryby, 2 jajka(maksimum, po większej ilości mam problem)... Nie mogę za bardzo jeść produktów mlecznych(wspomniany ser jem od czasu do czasu), ale raz na jakiś czas mogę sobie pozwolić na jogurt naturalny. Kilka kropel mogę też dodać do porannej "Inki". Słodyczy jem mało, najczęściej są to kisiele, galaretki i owoce, większość czerwcowej kremówki rozdałam sąsiadom, słone przekąski też nie są dla mnie. Owoce też mam ograniczone. Nie przepadam też za tłustym. A terminem fast food(czyli szybkie jedzenie) określam kasze, makarony i ryże, które też można przyrządzić na szybko. Oczywiście, jak jestem na wyjeździe, np. za granicą, to mogę spróbować lokalnej kuchni - byle nie szaleć. Ale w domu, w domu stawiam na tradycję. Przecież przez wieki chłopi jedli prosto i żyli w zdrowiu, więc coś w tym musi być...

Trzymajcie się ciepło i uważajcie na siebie, wracając do zwyczajności

sobota, 18 lipca 2020

1188. Wszyscy jesteśmy "Nędznikami"

Zapragnęłam dzisiaj obejrzeć sobie jakiś film na DVD. Nie z Internetu, ale właśnie z odtwarzacza DVD. Pierwszy raz od nie wiem jakiego czasu. Chociaż tydzień temu z ciekawości obejrzałam "Łowcę jeleni". Na CDA, bo nie mam wydania na krążku. Nigdy wcześniej nie miałam okazji widzieć tego filmu, a przecież podobno jest to klasyka sama w sobie. Zakończyłam z mieszanymi uczuciami. Zauroczyła mnie ścieżka dźwiękowa, ale sama akcja... No cóż, zdecydowanie nie gustuję w tego typu produkcjach. Co nie oznacza, że sam film jest zły...
Dzisiaj też postawiłam na klasykę. Bo jak nazwać film "Nędznicy" nakręcony na podstawie książki Victora Hugo o tym samym tytule. Zresztą jej czterotomową wersję, która dumnie stoi na mojej półce z książkami, przeczytałam nie raz, a fragmenty o małym Gavroche znałam jeszcze wcześniej(omawialiśmy je w gimnazjum na języku polskim). Co prawda kilka razy oglądałam filmową wersję "Nędzników" z Gerardem Depardieu w roli głównej, ale jakimś cudem wśród mojej kolekcji płyt znalazłam ekranizację z 1978 roku. Byłam ciekawa, jak wtedy postrzegano tą klasykę literatury.
W sumie nie zawiodłam się, bo książka została w miarę wiernie odtworzona w ciągu 2,5 godziny filmu. Jean Valjean kradnie bochenek chleba, za co zostaje skazany na galery. Dzięki sprytowi udaje mu się skrócić karę. Podczas ucieczki trafia do pewnego księdza, który postanawia go przenocować. Jean jednak kradnie posiadane przez niego rzeczy i ucieka. Kiedy zostaje schwytany przez oficerów i przyprowadzony przed oblicze duchownego, ten twierdzi, że sam mu je podarował. Jean postanawia odmienić swoje życie i staje się przykładnym obywatelem. Wkrótce na jego drodze pojawia się inspektor Javert, który za wszelką cenę chce przekonać wszystkich, że Jean nie jest taki święty, jakby się mogło wydawać. Jean wie, że musi uciekać z małą Kozetą, córką jego zmarłej znajomej, inaczej znowu trafi na galery. Zaczyna się ich kilkuletnia tułaczka po Francji. Tymczasem Javert nie daje za wygraną i wciąż ich śledzi.
Podczas oglądania naszła mnie myśl, że każdy z nas jest takim "Nędznikiem", który musi walczyć w życiu o udowodnienie swojej racji, a w szerszym aspekcie,  o swoją godność, zwłaszcza wtedy, kiedy popełnił w nim jakiś błąd. I tylko od nas zależy, czy wyjdziemy z tej walki wyjdziemy zwycięsko jak Jean, czy też przegrani, jak Javert.

Poza tym dokończyłam czytać "Córkę kapitana" Fleminga i zachciało mi się obejrzeć jakiś film z motywem katastrofy "Titanica". Ale to na pewno nie dzisiaj...

Trzymajcie się ciepło

piątek, 17 lipca 2020

1187. Czarny piątek

Smutne wieści dochodzą ze świata, nawet bardzo smutne...
W Watykanie do wieczności odszedł kardynał Zenon Grocholewski. Był bliskim współpracownikiem papieży Jana Pawła II, Benedykta XVI oraz Franciszka. W latach 1999 - 2015 pełnił funkcję Prefekta Kongregacji ds. Edukacji Katolickiej działającej w Stolicy Apostolskiej. To głównie dzięki jego staraniom Papieska Akademia Teologiczna w Krakowie została przemianowana w 2009 roku na Uniwersytet Papieski Jana Pawła II(ponieważ uczelnia ta ma charakter papieski, podlega bezpośrednio pod Watykan i wszystkie sprawy formalne, nawet otworzenie nowych kierunków, musi zostać zatwierdzone przez Stolicę Apostolską). Wszechstronny, jeden z najlepszych współczesnych znawców prawa kanonicznego, a zarazem niezwykle skromny człowiek. Ach, ile ja bym dała, żeby mieć taką skromność... Niespełna rok temu, 16 października 2019 roku, w dniu inauguracji roku akademickiego na Uniwersytecie Papieskim, otrzymał tytuł honoris causa tejże uczelni. Było to uhonorowanie jego wkładu w jej rozwój. Podejrzewam, że wtedy nikt nie myślał ani o tym, że za kilka miesięcy coronawirus opanuje cały świat, ani tym bardziej, że za dziesięć miesięcy zabraknie kardynała na tym ziemskim padole.
W Watykanie umarł kardynał Grocholewski, a w tym samym czasie, tutaj, w Polsce zasnął na zawsze jeden z bardziej rozpoznawalnych polskich aktorów, Andrzej Strzelecki. Chyba trudno znaleźć osobę, która chociażby nie słyszała o sympatycznym Tadeuszu Kozielle-Kozłowskim z "Klanu". To postać równie kultowa jak Rysiu. Mnie jednak bardziej zauroczył rolą George Ravlinsona, ojca Nel z "W pustyni i w puszczy" z 2001 roku(nawet byliśmy na tym z klasą w kinie). Ale Strzelecki był nie tylko aktorem. Reżyserował też sztuki, wykładał w warszawskiej Szkole Aktorskiej. Miesiąc temu media obiegła wiadomość, że zmaga się z nieoperacyjnym nowotworem oskrzeli i płuc. Pojawiło się jednak światełko w tunelu - w USA wyszedł na rynek lek, który mógł mu pomóc w walce z nierównym przeciwnikiem. Przeszkoda jak zawsze była jedna - jego cena. W zbiórkę funduszy włączyli się jego przyjaciele z serialu. Choroba okazała się silniejsza, Strzelecki nie zdążył wziąć ani jednej jego dawki...

I jeszcze do tego doszła wiadomość o śmierci małego, zaledwie 3-letniego Olafka z Zawoi, który walczył z neuroblastomą. Cholerny rodzaj nowotworu atakujący najmłodszych...

Ech, smutny to jest dzień...

środa, 15 lipca 2020

1186. "Na grunwaldzkim polu odprawiono kilka Mszy, tam Krzyżakom wyrwaliśmy kły!"

Szanowni czytelnicy, drodzy Panowie i Panie,

przenosimy się dzisiaj na pola pod Grunwaldem, gdzie tak niedawno skończyła się wojna pomiędzy zakonem krzyżackim, a połączonymi wojskami Polski, Litwy, Rusi i Mołdawii pod wodzą księcia Władysława Jagiełły.
Przypomnijmy, bezpośrednią przyczyną starcia była negatywna odpowiedź króla Władysława Jagiełły na krzyżackie żądania zachowania neutralności Królestwa Polskiego wobec powstania, które wybuchło rok wcześniej na Żmudzi. Jego inicjatorem był wielki książę litewski, Witold. W konsekwencji zakon krzyżacki zaatakował polskie ziemie. Po kilku mniejszych bitwach i chwilowym pokoju, zaczęto przygotowania do ostatecznego starcia, mającego miejsce w dniu dzisiejszym.
Przez całą noc oraz poranek padało. Deszcz nie przeszkodził jednak Krzyżakom w wykopaniu tzw. wilczych dołów, a nawet im pomógł - wszak zmiękczył ziemię. Kiedy zapytaliśmy nad ranem jednego z Krzyżaków jaki jest tego cel, zdradził nam, że mają nadzieję, iż polska jazda wpadnie w tak sprytnie zastawioną pułapkę. Próbowaliśmy się także dowiedzieć od wielkiego mistrza krzyżackiego, Ulricha von Jungingena, jak ocenia swoje szanse w walce, jednak ten tylko machnął ręką i kazał swoim wojskom wkroczyć na pole bitwy.
W tym samym czasie kończyła się już druga Msza święta odprawiana na polu grunwaldzkim w intencji dzisiejszej bitwy. Brał w niej udział król Jagiełło wraz z wojskiem stworzonym z Polaków, Rusinów, Litwinów, Czechów i Mołdawian. Kiedy zapytaliśmy po niej króla o jego szanse na wygraną, odparł:
 - Mamy co prawda przewagę liczebną wojska, ale wszystko jest w rękach Boga.
Chwilę później do króla podszedł wysłannik krzyżacki z dwoma mieczami. Było to ponaglenie do bitwy, ponieważ stojący w słońcu Krzyżacy zaczęli odczuwać zmęczenie. Dochodziła 9:00, poranna mżawka ustąpiła miejsca pięknemu, lipcowemu słońcu.
Jagiełło jako pierwszych wysłał do boju lekkie wojska litewskie oraz tatarskie, które co prawda wpadły w wilcze doły, ale obyło się bez większych strat. Pozostali rycerze czekali w cieniu drzew na swoją kolej. Artyleria zakonu oddała dwie salwy i na tym się skończyło. Ich pierwotny plan spoczął na niczym, a oni sami musieli się przeformować.
Jagiełło zdaje się mieć lepszy punkt obserwacyjny na całą sytuację - kiedy Ulrich von Jungingen stał na czele armii, on znajduje się na punkcie obserwacyjnym znajdującym się na wzgórzu. Dzięki temu ma doskonały pogląd na całą sytuację i w razie czego może zmienić taktykę walki.

Tymczasem jazda krzyżacka zaatakowała prawe i lewe skrzydło armii polsko-litewskiej, przez co ciężka jazda obu stron uległa zderzeniu. W wyniku tej operacji powstały dwa ośrodki walki: prawe skrzydło wojsk litewsko-rusko-tatarskich przeciwko Krzyżakom w okolicach położonego nieopodal Stebarku oraz lewe skrzydło wojsk polskich i zaciężnych przeciw krzyżackim siłom głównym. To starcie trwało około godziny.
Po sześćdziesięciu minutach walki, kiedy jazda krzyżacka odepchnęła w zażartej walce wojska litewskie pod wodzą księcia Witolda w kierunku lasu. W rezultacie załamało się to skrzydło, a ucieczka Litwinów związała w pościgu poważne siły zakonne. Kiedy oddziały wróciły na główne pole bitwy, polskie wojsko walczące na lewym skrzydle zwyciężało nad zakonnymi. Niebawem Krzyżacy zdobyli wielką chorągiew królestwa i zaczęli śpiewać niemiecką pieśń zwycięstwa. A wtedy wojska dowodzone przez Jagiełłę zrobili odwet, w wyniku którego chorągiew została odbita.
Następnie nastąpił atak 16 chorągwi wielkiego mistrza krzyżackiego oraz walka w centrum i na lewym skrzydle polskim. Jak oni się bili... Z kolei atak polskiej jazdy skończył się rozerwaniem zasadniczego korpusu sił krzyżackich, co uniemożliwiło przeprowadzenie decydującego ataku lekkiej jazdy krzyżackiej ukrytej w zaroślach. Nastąpiło okrążenie a zarazem klęska wojsk krzyżackich. Na koniec zdobyto tabory i obozy krzyżackie, a co bardziej krzepcy, puścili się w pogoń za uciekającymi wojskami krzyżackimi.

Żal jest patrzeć na pole pokryte zmarłymi, ale każda wojna musi nieść za sobą ofiary. Na szczęście obecni na polu księża podchodzą do konających i udzielają im ostatniego namaszczenia, bez względu na to, po której stronie walczyli. Wszak wobec śmierci wszyscy są równi. Gdzieś na horyzoncie słychać huk nowej broni, jaką są armaty. To wszystko na cześć zwycięzców. Zanim jednak zwyciężeni poszli świętować, pod nogi Jagiełły złożono zdobyte flagi. Przyniesiono mu także ciało Ulricha z pytaniem, co ma się z nim stać. Król Jagiełło, po naradzie z księciem Witoldem, rozkazał pochować je z honorami w Malborku. Wielu się temu dziwiło, jednak nikt nie odważył się sprzeciwić woli władcy.
Późnym wieczorem na polu bitwy odprawiono kolejną Mszę, tym razem dziękczynną. Tuż po niej udało mi się poprosić króla Władysława o krótkie skomentowanie całej sytuacji.
 - To prawda, zwyciężyliśmy - odpowiedział wyraźnie zmęczony. - Ale bez Boga nic by się nie udało.
Trochę bardziej rozmowny był książę Witold:
 - Krzyżacy nie mieli szans. Nawet te ich doły na nic się nie zdały. Ulrich może i dobrze kierował zakonem, ale na strategii bitwy nie bardzo się zna...
Próbowałam się dowiedzieć, jak według władców będą się układać ich dalsze relacje z zakonem krzyżackim, jednak oboje zgodnie stwierdzili, że jest jeszcze za wcześnie, aby o tym mówić.

Z Pola Grunwaldzkiego, na którym dzisiaj, czyli 15 lipca Anno Domini 1410, stoczoną bitwę pomiędzy Krzyżakami, a wojskiem pod wodzą króla Jagiełły, komentowała dla Was Karolina (pseudonim "Lolek") z "Niezależnych mediów"

sobota, 11 lipca 2020

1185. Sobotni armagedon pogodowy i jego skutki

Jeszcze wczoraj miałam taki ambitny plan - pojechać do ogrodu biblijnego w Chorzowie i zobaczyć go. W ogrodzie biblijnym byłam raz, w położonych nieopodal Krakowa Proszowicach, podczas półkolonii w 2016 roku. Zaciekawiona tą ideą, o której usłyszałam na zajęciach z fauny i flory biblijnej(namiastkę takiego ogrodu można zobaczyć w ogrodzie botanicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego), postanowiłam zaproponować księdzu J. sobotnią wycieczkę w tamte rejony. I tak mieliśmy jechać do krakowskiego Parku Technologicznego im. Lema, więc wystarczyło tylko odbić nieco na północ, aby dojechać na miejsce. Ku mojemu zdziwieniu, ksiądz wyjątkowo przystał na moją propozycję(czyżby podziałała na niego perspektywa mojego wolontariatu podczas ŚDM w Krakowie?). Ale wtedy nie było zbytnio czasu na nasycenie się tym, co oferował nam jego właściciel. Chociaż nie byłam wychowawcą grupy(na to musiałam czekać do następnych półkolonii), co nie zwalniało mnie z obowiązku pilnowania dzieci.
Teraz jakoś nie uśmiechało mi się jechać do Proszowic. Samochodu nie mam, a autobusy z powodu pandemii mocno przerzedzili. Nie sztuką jest jechać tu czy tam, sztuką jest wrócić. Na zwiedzenie na spokojnie ogrodu w Proszowicach jeszcze przyjdzie czas, a teraz postanowiłam udać się do mieszczącego się nieopodal Chorzowa. Tam też jedzie się z dwoma przesiadkami, ale przynajmniej nie jest tak daleko i zawsze jakoś się wróci. Sprawdziłam połączenia, sprawdziłam drogę(musiałam to zrobić, wszak jak to już kiedyś wspominałam, nie mam smartfhona, na którym mogłabym to zrobić), podłączyłam aparat cyfrowy do ładowarki(wtedy, te cztery lata temu taki aparat był moim marzeniem, marzeniem które spełniłam tuż przed ŚDMem). Ogrody biblijne są niezwykłe i miałam nadzieję na ciekawe zdjęcia. Może nie urokliwe, bo takich nie potrafię robić, ale ciekawe. Kładłam się do łóżka z nadzieją na kolejny piękny dzień.
Tak było wczoraj. A dzisiaj obudziło mnie prawdziwe urwanie chmury. I nic nie zanosiło się na to, aby miało przestać. Ba, w południe nawet zaczęło grzmieć, więc nawet się cieszyłam, że nigdzie mnie nie poniosło. Chociaż nie ukrywam, że zależało mi na odpoczynku na łonie natury po ostatnim tygodniu. Takim, jaki zafundowałam sobie tydzień temu, wybierając się do Maczek. Wtedy miałam pewne obawy, czy powinnam sobie pozwolić na niego, zwłaszcza że nie wszystkie sprawy były załatwione. Ale miałam już dosyć siedzenia nad notatkami i podręcznikiem do ekspertyzy sądowej. Musiałam się na chwilę oderwać, a ta prawie czterogodzinna wyprawa do Maczek dobrze mi zrobiło.
Od wczoraj jednak wiem, że "wyszłam na prostą". Chociaż do końca nie wiedziałam, czy to co napisałam jest dobre. Okazało się, że poprawnie zinterpretowałam temat. A przy okazji dostałam całkiem pozytywną opinię odnośnie mojego stylu pisania i radę, abym go szlifowała. Dziwne, bo zawsze mi się wydaje, że mój styl pisania jest raczej "toporny". Tymczasem to już trzecia opinia w ciągu 3 tygodni stwierdzająca, że mam go bardzo dobry. Nie wiem, nie umiem być obiektywna. A wręcz przeciwnie - czytając swój artykuł naukowy wydrukowany w książce mam sporo krytycznych uwag co do niego. O mojej pracy dyplomowej już nie wspominam...
Wolny czas postanowiłam wykorzystać, a jakżeby inaczej, na czytanie. W dużej mierze był to "Czas kukułczych gniazd" Zbigniewa Domino, ale przeplatałam je pozycjami poświęconymi ruchowi hospicyjnemu oraz programom profilaktycznym w szkołach. Co prawda okres intensywnej pracy mam już za sobą, ale nie mogę tak zupełnie sobie odpuścić pewnych rzeczy. Czas płynie szybko, z roku na rok coraz szybciej. Obawiam się, że jak teraz nie wykonam części pracy, to potem mi go zabraknie. A plany są ambitne, i jak to raz powiedziała Pani Poppins - tylko dla orłów. Nie chcę być orłem, bo jeszcze wyfrunę przez okno, ale niektóre rzeczy jestem w stanie zrobić. O ile oczywiście mądrze rozłożę to w czasie.
Miałam też czas na wspomnienie o "krwawej niedzieli", która miała miejsce 77 lat temu. Nie wiem dlaczego ten temat jest mi tak bliski, przecież nie miałam nikogo w tamtych stronach. Przynajmniej tak mi się wydaje. Zastanawiam się dlaczego takie coś miało miejsce, co tamtymi ludźmi kierowało. Przecież to były sąsiady! Ukraińcy zabijali Polaków, a Polacy Ukraińców(o czym na razie się nie mówi). Ileż trzeba mieć w sobie nienawiści, żeby wpaść do katolickich świątyń i ludzi w nich mordować? Czytałam nieraz wspomnienia ocalonych z tego pogromu - włos się jeży na głowie. I pytam sama siebie - czy to jeszcze byli ludzie, czy już zwierzęta. I chyba nigdy nie znajdę na to odpowiedzi...
A w tym całym piekle znajdowali się jednak ludzie, którzy starali się uchronić ludzkość od rzezi...

piątek, 10 lipca 2020

1184. Wstyd mi za moich krajanów

Miał być nieco inny post, bo o tym jakby wyglądał świat, gdyby Hitler wygrał wojnę, ale obawiam się, że mimo tego, że nie jest to blog polityczny, to w tym przypadku mógłby być potraktowany jako jakaś sugestia. A tego zdecydowanie nie chcę.
Ogólnie wczoraj spotkała mnie śmieszna sytuacja. Idę sobie na miejski targ, który u nas jest w czwartki i niedziele, patrzę: pełno ludzi, wozy policyjne. Moja pierwsza myśl to taka, że ktoś "podłożył bombę". W sumie "podkładali" pod centrum handlowe, to dlaczego nie mieliby napaść na targowisko. Chwilę potem na horyzoncie pojawił się "Dudobus" i wysiadł z niego Andrzej Duda. Hmmm... muszę przyznać, że wybrał sobie ciekawe miejsce. Miejskie targowisko w dniu "handlowe". Nie głupie, i pewnie przyszło na wiec więcej osób, niżby miał się on odbyć w centrum miasta. Zresztą jego przeciwnik spotkał się ze swoimi zwolennikami nad miejskim zbiornikiem wodnym. Ciekawe czy w stosunku do niego zwolennicy aktualnego prezydenta też się tak prostacko zachowywali. Nie no, rozumiem, że można się z czymś nie zgadzać, ale szanujmy się wzajemnie. W każdym razie, gdyby wiedziała, że Duda będzie na rynku, to bym nie poszła na targ. I to nie ze względów politycznych, ale... hm... ideologicznych? Po prostu nie wstydziłabym się za to, że Zagłębiacy nie potrafią się zachować. I żeby było jasne, tak samo byłoby mi wstyd, gdybym dowiedziała się, że wygwizdują oraz wyśmiewają Trzaskowskiego.
Trzymajcie się ciepło. I pamiętajcie: "Niech się ściemnia za oknami, ale nigdy między nami"😊!

wtorek, 7 lipca 2020

1183. "Wojna o Polskę! bracie! będziem Polakami!"

"...Słyszałeś pewnie, o czem już gadają wszędzie,
O czem ja wiadomostki przynosiłem nieraz;
Teraz czas już powiedzieć wszystko, czas już teraz!
Ważne rzeczy, mój bracie! Wojna tuż nad nami!
Wojna o Polskę! bracie! będziem Polakami!
Wojna niechybna! Kiedy z poselstwem tajemnem
Tu biegłem, wojsk forpoczty już stały nad Niemnem..."
A. Mickiewicz "Pan Tadeusz", fragment Księgi VI

 - A dlaczego właśnie wybrałaś ten fragment "Pana Tadeusza"? - padło pytanie.
Majowe słońce wdzierało się przez ogromne okna na sali gimnastycznej w gimnazjum, do którego uczęszczałam i oświetlało przykryty zielonym suknem stół, za którym siedziała komisja. Właśnie odbywał się międzygimnazjalny konkurs recytatorski, którego gospodarzem właśnie w tym roku była nasza szkoła. Byłam wtedy w pierwszej, może drugiej klasie gimnazjum i wspólnie z czwórką innych gimnazjalistów reprezentowaliśmy naszą placówkę. Zgłosiła nas opiekunka szkolnego teatru amatorskiego, jednak repertuar sami mieliśmy sobie wybrać. Kiedy oznajmiłam jej, że wybieram fragment naszej narodowej epopei o tym, jak ksiądz Robak wzywa sędziego do udziału w zbliżającej się wojnie, otworzyła tylko szerzej oczy ze zdumienia.
 - Rozumiem, że już omówiliście na polskim "Pana Tadeusza"? - rzekła po chwili. Oczywiście, że nie, ale to postanowiłam zachować dla siebie. A fragment znałam, chyba nawet był w podręczniku do polskiego w jednej z wcześniejszych klas.
Wtedy, już po wyrecytowaniu kilkunastu wersów najlepiej jak umiałam, stałam na baczność i myślałam nad odpowiedzią. Wpatrzona w granatowe halówki(które niezwykle pasowały do mojego równie granatowego mundurku szkolnego), próbowałam wymyślić argument, który zadowoliłby jury. W końcu podniosłam głowę i odpowiedziałam, że słowa "Ważne rzeczy, mój bracie! Wojna tuż nad nami!/Wojna o Polskę! bracie! będziem Polakami!" są aktualne także w XXI wieku. To był okres niedługo po zamachu na wieże WTC i wkroczeniu naszych wojsk na Bliski Wschód. Media podawały coraz to bardziej "pikantne" wiadomości, które skutecznie działały na nasze młode umysły. Dodałam jeszcze, że w każdej sytuacji nie możemy zapominać, że jesteśmy Polakami. Musimy wręcz nieść brzemię naszej polskości, wypracowane przez całe wieki i odziedziczone po przodkach, nie możemy przynosić hańby naszemu narodowi, ani barwą ojczystym. Pamiętam, że kiedy wracałam wtedy ze szkoły do domu(chyba nawet zwolniono mnie wtedy z treningu), usiadłam na jednej z ławek znajdujących się w parku, który zawsze mijałam(oj, ile razy zimą zjeżdżało się tam z ośnieżonej górki w drodze powrotnej ze szkoły, a potem dostawało burę w domu nie tylko za godzinę powrotu[szczęśliwiec, co posiadał zegarek na rękę, bo o komórce można było co najwyżej pomarzyć], ale też za przemoczone ubranie), spojrzałam na prześwitujące przez liście niebo i wybuchnęłam płaczem. Chociaż na konkursie trzymałam emocje na wodzy, teraz mogłam sobie pozwolić na ich upust. A szczególnie za to niezwykle wymowne "będziem Polakami!". Bo chyba sobie uświadomiłam, jak bardzo, bardzo trudno będzie wykonać do końca tą misję...
Minęło 15 lat z hakiem. Mój blog nie jest polityczny, ja też nie jestem specjalnym sympatykiem żadnej partii politycznej, jednak jak już pisałam w poprzednim poście, mogę kogoś nie lubić, ale nie zwalnia mnie to z okazywania mu szacunku. A tymczasem co widzę? W TVP nagonka na kandydata PO, Rafała Trzaskowskiego, dla odmiany w TVN obrzucanie błotem starającego się o reelekcję Andrzeja Dudę. Na facebooka aż boję się wchodzić, bo widzę taką samą nienawiść wobec obydwóch kandydatów. Wczoraj dwie debaty, na których zabrakło tego drugiego kandydata. I od razu pretensje, to do jednego, to do drugiego. A przecież jak już, to wina leży gdzieś pośrodku. Męczy mnie to, bo każdy z nich ma swoje wady i zalety, ale czasami to wszystko robi się już niesmaczne. No cóż, ja rozumiem, że jest "Wojna o Polskę! bracie!" ale dlaczego nie "będziem Polakami!", jak to napisał nasz wieszcz narodowy.

A więc moi kochani - "Bądźmy Polakami"!

poniedziałek, 6 lipca 2020

1182. Jak cię widzą...

 - Wiesz Lolek, jak chodziłyśmy jeszcze do szkoły, to często wkurzałam się na ciebie.
Popołudniowe słońce wdzierało się przez pionowe żaluzje, oświetlając jasny dywan, na którym siedziałyśmy razem z K. Prawie jak za dawnych lat, kiedy siedziałyśmy w jednej ławce i z trwogą oczekiwałyśmy, kiedy nauczyciel wskaże kogoś do tablicy. A współczynnik prawdopodobieństwa był bardzo duży - wszak w dzienniku nigdy nie było więcej, niż 10 nazwisk. Szczególny niepokój odczuwałyśmy przed niemieckim, kiedy germanistka miała zamiar przepytać nas z ostatnich lekcji. Niektórzy bali się matematyki, kiedy trzeba było rozwiązać jakieś działanie, a inni polskiego, zwłaszcza wtedy, kiedy nie nauczył się na pamięć jakiegoś wiersza. To już było dawno za nami, jednak w mojej pamięci pojawiło się tak, jakby to było wczoraj.
 - Dlaczego? - spojrzałam z niepokojem na koleżankę, która trzymała w dłoniach salaterkę z galaretką o smaku agrestowym. Musiałam przygotować coś na szybko, kiedy około południa zatelefonowała do mnie z pytaniem, czy może przyjść. Jasne, niech przychodzi. Zwłaszcza, że lotem błyskawicy rozeszła się wieść o moim ostatnim osiągnięciu, nie tylko wśród moich znajomych, ale i byłych nauczycieli. Machinalnie głaskałam kota, który zaszył się na moich udach.
 - No bo moja mama ciągle mnie do ciebie porównywała, ciągle chciała, abym uczyła się tak jak ty, brała udział w szkolnym teatrze amatorskim, startowała w olimpiadach przedmiotowych... Oszaleć było można. A ty, ty zawsze byłaś ponad nami. Umiałaś materiał zarówno ze swojej klasy, jak i z klas wyższych. Pamiętasz jak cię w czwartej klasie matematyczka zabrała z naszej lekcji angielskiego, abyś rozwiązała zadania w klasie gimnazjalnej?
Pewnie że pamiętam - potem stałam się "legendą już za życia".
 - My ledwie wyrabialiśmy na naszym poziomie, a ty bez problemu to wszystko ogarniałaś. Chociaż czasami nie było cię miesiącami.
Domyślam się, że tutaj chodziło jej o sytuację z piątej klasy, gdzie jeden z naszych kolegów w nerwach tak mnie uderzył w mostek, że pękł mi żołądek. W skutek tego jakieś 2,5 miesiąca nie było mnie w szkole.
 - I jeszcze zawsze znajdywałaś czas dla każdego z nas, czy to na rozmowę, czy to na pomoc w nauce. I to nie tylko kiedy chodziłyśmy jeszcze do jednej klasy, ale i później. A przecież miałaś i swoje sprawy i nieraz musiałaś potem biec na scholę, czy też pierwszy piątek miesiąca, do kościoła...
Tak, pamiętam jak nieraz zbieraliśmy się przy stole w pokoju moich rodziców i powtarzaliśmy materiał z matematyki, historii, fizyki. Nawet wtedy, kiedy nasze drogi się rozeszły, to moi koledzy i koleżanki z podstawówki i gimnazjum często pytali mnie o coś czy to na treningach, czy po prostu przychodząc do nas do domu. A potem, kiedy odprowadzałam ich do domu lub na autobus(o ile mój tata nie odwoził ich naszym samochodem do domu), był czas na rozmowę.
 - A teraz? Teraz jesteś ponad nami o nie wiem ile poziomów. I wcale się z tym nie odnosisz. A moja mama dalej stawia mi ciebie za wzór. Jak ty to robisz? Jak ty łączysz tyle rzeczy i ze wszystkim się wyrabiasz?
Z rozbawieniem spojrzałam na leżący obok naszych kubków z herbatą, opasły tom "Ekspertyzy sądowej" (tylko 1024 stron) i przypomniałam sobie, że mam jeszcze sporo w pewnej sprawie do napisania. Pewnie, gdyby K. nie przyszła, to tkwiłabym w poszczególnych rozdziałach. Trochę przerwy każdemu się przyda. O stosie ubrań czekających na wyprasowanie już nie wspomnę. Efekty samodzielnego mieszkania. 
Choinka, nigdy nie chciałam być stawiana za wzór innym. Bo każdy z nas jest inny, każdy z nas ma inne predyspozycje sprawnościowe, społeczne, umysłowe. Zamiast oczekiwać od innych, aby byli tacy jak ktoś konkretny, może lepiej wymagać od niego na miarę jego możliwości. Dzięki temu uniknie się różnych nieporozumień, negatywnych emocji, może rozczarowań. Nie mam też złotej odpowiedzi na postawione przez nią pytania. Mam swój system wartości, którego staram się trzymać. Dla mnie nie ma kaleki, homoseksualisty, kryminalisty, ateisty, "nieuka"(jak ja nienawidzę tego określenia), sympatyka PiSu czy też Platformy Obywatelskiej. Dla mnie jest drugi człowiek, z wrodzonym poczuciem godności i odmienności, którą trzeba chcieć i starać się zrozumieć. Bo każdego z nas coś dzieli, ale te podziały nie powinny wpływać na to, żebyśmy się od siebie oddalali. Żebyśmy sobą gardzili. Nie tędy droga. Po drugie, trzeba jak najpełniej wykorzystywać czas, trzeba w nim znaleźć czas i na przyjemności i na obowiązki. Osobiście staram się, aby w moim dniu było miejsce i na jedno, i na drugie, bez konieczności zarywania nocek(to na szczęście zdarza się dosyć sporadycznie). Co za tym idzie - odpowiednia organizacja czasu. Nauczyłam się jej od pierwszych klas szkoły podstawowej, utrwaliłam w latach szkolnych. Dzięki temu mam czas i na rozwijanie się i na przyjemności. Ot, cała moja tajemnica. Nic wielkiego, prawda.
K. nigdy mi tego wszystkiego nie mówiła. Ale wyraźnie czułam, że jej ulżyło, jak o tym wszystkim mi powiedziała.
 - Co to za książka? - zapytała K. dostrzegając ją na moim biurku komputerowym. Ech, miała być konferencja na temat rodziny w kontekście życia i nauczania Jana Pawła II, koronawirus jednak wszystko zniweczył. Na szczęście wystąpienia wszystkich prelegentów zostały zebrane i wydane jako pozycja papierowa. A że przez przypadek byłam jednym z nich, to mój referat znalazł się w publikacji, która następnie trafiła do każdego z nas. W sumie nic wielkiego... A może nawet ktoś inny z tego skorzysta.

sobota, 4 lipca 2020

1181. Z wizytą w Maczkach

Maczki są jedną z dzielnic Sosnowca, położoną tuż przy granicy z Jaworznem. Od Jaworzna oddziela je jedynie przepływająca w poprzek rzeka Przemsza. Nieopodal(ok. 10 kilometrów w górę rzeki) znajduje się tzw. "Trójkąt Trzech Cesarzy" - miejsce, w którym stykały się granice wszystkich trzech państw zaborców: Austrii, Rosji i Prus. Dzisiaj już nie zdążyłam tam pójść, ale kiedyś Was tam "zaprowadzę".
Z Maczkami po raz pierwszy spotkałam się "na żywo"(bo o samej dzielnicy słyszałam już nie raz) dopiero dwa lata temu - najpierw podczas >>TEGO<< rajdu, a następnie podczas >>TEGO<< biegu sztafetowego z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, ale nie miałam wtedy okazji na głębsze poznanie tejże dzielnicy, która w dodatku zapisała się na kartach walki o niepodległość naszej Ojczyzny. Po części poznałam tą historii podczas rajdu, po części po powrocie do domu uzupełniłam swoją wiedzę o wiadomości zdobyte w Internecie.
Miejscowość znana była już w XVIII wieku pod nazwą Macki. Był to przysiółek, który pomimo znacznego oddalenia, należał do wsi biskupiej Porąbka. Jego nazwa ma pochodzić od niejakiej rodziny Macków, którzy trzy wieki temu osiedliły się na tym terenie. Mieszkańcy Macek żyły głównie z wyrębu lasów, prowadząc niewielkie gospodarstwa domowe.
Z czasem przez Osiedle Maczki przeprowadzono pierwszą w Królestwie Polskim kolej, noszącą nazwę Droga Żelazna Warszawsko - Wiedeńska. Już sama jej nazwa mówi o tym, że przebiegała tędy granica pomiędzy zaborem rosyjskim, a austriackim(granica z pruskim była o wspomniane 10 km. dalej). To w Maczkach był największy węzeł graniczny wielkiego imperium Romanowów. I to kolej odegrała znaczącą rolę w pewnej historii.
5 lutego 1863 roku przy tutejszej stacji kolejowej została stoczona jedna z potyczek powstania styczniowego. Do starcia stanęły oddział powstańczy i oddział rosyjskiej straży granicznej. Zwyciężyli powstańcy.
Zanim jednak do tego doszło, pod koniec stycznia w Ojcowie Apolinary Kurowski zorganizował oddział powstańczy, a także stanął na jego czele. Do pierwszych działań powstańców należało przeprowadzenie kilku wypadów na nadgraniczne komory celne w Michałowicach oraz Szycach. Dzięki temu udało im się zdobyć kilkadziesiąt karabinów oraz kilkanaście koni kawaleryjskich z rzędami(co pozwoliło uzbroić powstańców). Oprócz tego dowiedziano się też, że rosyjska straż graniczna jest nie tylko zdemoralizowana, ale i bardzo szybko się poddaje. Odniesione sukcesy skłoniły Kurowskiego do przeprowadzenia działań na szerszą skalę. Wczesnym rankiem, 5 lutego, wyruszył z Ojcowa w kierunku zachodnim w celu oczyszczenia granicy z Rosjan. Cały oddział liczył 50 strzelców, 50 kosynierów oraz 50 kawalerzystów. Ich celem była stacja kolejowa w Maczkach, gdzie miała koncentrować się rosyjska straż graniczna. W Przegoni dołączyło do nich kolejnych 100 ludzi, którzy w okolicach Olkusza i Bolesławia nie tylko rekwirował prowiant, ale i zbierał ochotników do walki. Oddział powstańczy zatrzymał się na noc w Olkuszu, będącym miastem powiatowym w województwie krakowskim zajętym przez powstańców. Kurowski chciał wykorzystać to politycznie, organizując w nim administrację narodową. Działania te trochę trwały, przez co oddział wyruszył w dalszą drogę 6 lutego ok. południa.
W tym czasie doniesiono majorowi, który dowodził w Maczkach o nadchodzącym oddziale powstańców. Postanowił nie czekać na nich i jeszcze 5 lutego wycofał się ze swoimi ludźmi przez Niwkę do Modrzejowa. Na stacji kolejowej pozostał jedynie kapitan żandarmerii z 6 szeregowcami. Ponieważ zarówno ludność Maczek, jak i urzędnicy kolejowi nie mogli doczekać się przybycia powstańców, postanowiono działać. Tego samego dnia napadnięto na Rosjan i rozbrojono ich. Prowizoryczne dowództwo stacji objął praktykant w służbie ruchu, niejaki Korąg. Jeńcy rosyjscy zostali odesłani następnego dnia do Szczakowa(dzisiejsza dzielnica Jaworzna). Tego samego dnia, około godziny 18, do Maczek przybył wreszcie Apolinary Kurowski. Usunięto aparat telegraficzny oraz zabrano z kasy komory celnej 34270 rubli. Zajęto pociąg towarowy, gdzie wsadzono oddział powstańczy i o godzinie 23 wyruszono do Sosnowca, gdzie stoczyli zwycięską bitwę.
Dzisiaj Maczki są trochę zaniedbaną dzielnicą. Niestety, nie zwiedziłam jej całej, bo jednak czas miałam nieco ograniczony. Ko mojemu niepocieszeniu nie udało mi się wejść na teren dworca kolejowego, który jest aktualnie w remoncie. Pluję sobie w brodę, że nie sfotografowałam cudnej, XIX wiecznej kamienicy, w której mieściły się niegdyś mieszkania dla pracowników kolei, ale stała przed nią jakaś kobieta wyglądająca na chorą psychicznie, więc trochę się bałam...
Ale był i pozytywny akcent mojej wycieczki. Czekając na przystanku na autobus(1 na 2 godziny), umilałam sobie czas czytaniem książki. W pewnym momencie koło mnie usiadł jakiś starszy pan(czekał na ten sam autobus). Spoglądał na mnie, spoglądał. I w pewnym momencie rzekł:
 - Wie pani co, jestem pozytywnie zaskoczony.
 - Czym?
 - Bo jeżdżąc autobusami obserwuję ludzi i większość młodych, i nie tylko, spędza czas przejazdu klikając na telefonach. A pani, pani ma książkę... Pięknie...
W takich chwilach dziękuję opaczności za moją starą Nokię, która nie ma połączenia z internetem. Kto wie, w jaki sposób spędzałabym wtedy czas w autobusach...
Kartka pocztowa przedstawiająca dworzec kolejowy w Maczkach - Granicy
Tabliczka informująca o stacji kolejowej

Tadeusz Kościuszko na niewielkim skwerku zielonym

Pamiątkowy obelisk
Biała Przemsza już w granicach Jaworzna
Biała Przemsza niestrudzenie toczy swoje wody od wielu wieków...

I jeszcze zdjęcia sprzed dwóch lat z trofeum, jakie zdobyłam podczas rajdu:
Ten puchar to było prawdziwe zaskoczenie
Drużynowo...
Grupowe
I kto by wtedy przypuszczał, że dzisiaj tego typu inicjatywy będą raczej zakazane?

Trzymajcie się ciepło