Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 31 maja 2024

1944. Jakimi ścieżkami przechadza się Pan Bóg

Tegoroczne Boże Ciało spędziłam wyjątkowo w innej parafii niż moja. Dalej czuję jakąś niechęć do mojej, może nie tyle do samego Kościoła, co do księdza proboszcza. I może jeszcze kilkorga innych osób. To nie tak, że im nie wybaczyłam, bo wybaczyłam. Ale chyba jeszcze nie jestem gotowa na powrót. Może kiedyś, może po wakacjach, może jeszcze później, ale na pewno nie teraz. Nie chciałam za bardzo narzucać się w parafii Księdza Niosącego Światło. Tak, wiem, jeszcze kilka dni wcześniej podczas rozmowy na przystanku Dorcia przekonywała mnie, że to nic złego, że będzie tyle osób, że nikt nie zwróci na mnie uwagi. No tak, ale jednak miałam jakieś wewnętrzne przed tym opory. Najchętniej to bym pojechała na ten czas na wieś, ale znowu w piątkową noc mieliśmy wyjazd na spotkanie młodych na Lednicy, a że z powrotem nie zawsze jest tak wesoło, to wolałam nie ryzykować.
Na szczęście w naszym mieście jest dosyć świątyń - do wyboru, do koloru. Mój wybór, dosyć przewrotnie, padł na miejską bazylikę. Tą słynną bazylikę, która w pewnym momencie była na językach całego kraju, i to w niezbyt pozytywnym tonie. Jakoś mi to specjalnie nie przeszkadzało, bo w końcu do Kościoła idę dla Boga, a nie księdza. A ksiądz, jak każdy człowiek, jest grzeszną i upadłą osobą. Co nie oznacza, że nie potępiam tego co się wydarzyło na przełomie sierpnia i września ubiegłego roku, bo wobec tego co się wtedy stało mówię głośne i zdecydowane "NIE!".
W bazylice procesja Bożego Ciała miała miejsce po Mszy o godzinie 10:30. Akurat tak się zdarzyło, że w tym roku został w naszej diecezji wyświęcony tylko jeden prezbiter, który pochodzi właśnie z tej parafii, toteż był on honorowym na niej gościem. Podczas kazania przypominał, że Pan Bóg chce przyjść do domu każdego z nas nie tylko w tym jednym dniu w roku, ale na co dzień. Po obrzędach Komunii wyszliśmy procesyjnie na ulice sąsiedniej parafii.
Zawsze byłam ciekawa, jakimi ulicami przebiega tamtejsza procesja, wszak teren zasięgu parafii jest nieco większy niż mojej rodzimej. Kiedyś, jeszcze w czasach licealnych, byłam na procesji w parafii, do której należy rodzinna wieś mojej mamy. Tam obchodzona była wręcz cała miejscowość, która wcale nie jest taka mała. Chociaż mogłoby wydawać się to nieco forsujące, to chętnie bym to powtórzyła. Zwłaszcza, że cała otoczka wydarzenia była bardzo uroczysta, chociażby poprzez obecność Ochotniczej Orkiestry Dętej. No właśnie, z racji tego, że bazylika ma bardzo wysoką rangę w hierarchii kościelnej, to i podczas jej procesji grała Orkiestra Dęta, tyle że miejska. Wyglądało to niezwykle zjawiskowo, a mnie na myśl przyszła właśnie tamta wiejska orkiestra.
I tutaj "przygrywka" podczas błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.
Jednak najważniejsza w tym dniu jest procesja prowadzona przez cztery ołtarze, przy których czytane są fragmenty wszystkich czterech Ewangelii. Trasa prowadziła właściwie po obrzeżach parafii, tworząc coś na wzór balonu. Właściwie to myślałam, że będzie bardziej skomplikowana, ale nie, raczej była do przewidzenia - co nie oznacza, że byłam pewna moich domysłów.
Przy pierwszym ołtarzu znajdującym się na ulicy Zygmunta Cieślaka (taki lokalny społecznik w dwudziestoleciu międzywojennym), tuż przy gmachu Wyższej Szkoły Bankowej, przeczytany został fragment Ewangelii wg św. Mateusza o ostatniej wieczerzy, podczas której został ustanowiony sakrament Eucharystii.
Drugi ołtarz stał na skrzyżowaniu ulic Zygmunta Cieplaka oraz ks. Grzegorza Augustynika. Wyznaczony kapłan odczytał przy nim urywek z Ewangelii wg św. Marka dotyczący cudu rozmnożenia chleba.
Trzeci ołtarz ustawiony był przy ul. Księdza Grzegorza Augustynika, głównego budowniczego bazyliki oraz popularyzatora kultu Maryjnego na terenie Zagłębia Dąbrowskiego. Przy nim usłyszeliśmy fragment Ewangelii wg św. Łukasza opowiadający o uczniach zaproszonych na ucztę przez zmartwychwstałego Pana podczas drogi do Emaus.
Ostatni ołtarz znajdował się na terenie kościoła. Przy nim wysłuchaliśmy ostatni fragment Ewangelii wg św. Jana, który przywoływał modlitwę Pana Jezusa podczas ostatniej wieczerzy.
A na koniec wróciliśmy do kościoła, aby jednym głosem wyśpiewać uroczyste "Ciebie Boga wysławiamy".
I wiecie co - wcale nie żałuję tego, że poszłam na procesję do innej parafii. Czasami potrzebna jest taka zmiana, aby odpocząć od wielu rzeczy i zastanowić się nad innymi. Jedyne czego mogę żałować, że nie poszłam do kościoła Księdza Niosącego Światło, ale nie da się być w dwóch miejscach jednocześnie. I tak podskoczyłam do niego jeszcze po nabożeństwie majowym - kilka osób zapłaciło mi za wyjazd na Lednicę, wolałam aby te pieniądze były u niego niż u mnie. Udało mi się go dorwać na zachrystii, co wcale nie było takie oczywiste. Przy okazji przyznał, że dałam mu bardzo oryginalny prezent rocznicowy, a te owieczki z cytatami wręcz go wzruszyły. Zresztą tak samo jak życzenia. I nawet stwierdził, że przez chwilę myślał, że znalazłam je na Internecie, ale dobrze wie, że sama je ułożyłam. Podobno są takie typowo moje, cokolwiek to znaczy. Ja natomiast ucieszyłam się, iż mu się spodobał ten niepozorny podarunek, bo naprawdę miałam obawy, jak go przyjmie. Jak się okazało, zupełnie bezpodstawne.

środa, 29 maja 2024

1943. Historia dwudziestu owieczek

"Było sobie dwadzieścia owieczek. Chociaż były rodzeństwem, to każda z nich była inna. Wszystkie były nieidealne, ale to może właśnie to sprawiało, że ludzie zwracali na nie uwagę. One same, pomimo tej swojej nieidealności, zawsze potrafiły podnieść innych na duchu w trudnych chwilach, niosąc im to, co miały najcenniejsze - dobre słowo dające wsparcie. Pilnował ich dobry pasterz, opiekuńczy i troskliwy, taki który dbał o ich bezpieczeństwo, rozwój oraz o to, aby nie zabrał ich żaden wilk czy też zły człowiek".
W tym roku przypadła dwudziesta rocznica święceń kapłańskich Księdza Niosącego Światło. Kilkakrotnie wspomniał przy mnie, że bardzo chciałby do niej dotrwać. Bardzo często w ciężkich chorobach jest tak, że pacjent wyznacza sobie kolejne cele do osiągnięcia (a brutalniej mówiąc - do dożycia do nich) w kalendarzu na dany rok i robi wszystko, aby do nich dotrwać. A potem kolejne, i kolejne. W przypadku księdza Niosącego Światło takim celem była właśnie przypadająca w końcówce maja rocznica. 
Kiedyś sobie obiecałam, że z tej okazji zrobię dla niego jakąś kartkę z życzeniami. Może nie mam szczególnego talentu w tej kwestii, a efekt końcowy najczęściej odbiega od zamierzonego. Ale wiedziałam, że komu jak komu, ale akurat temu księdzu nie będzie to przeszkadzać. W końcu z górskiej kartki urodzinowej się ucieszył, dlaczego więc nie zaryzykować jeszcze raz?
Koncepcja motywu ewangelicznego Dobrego Pasterza przyszła mi niemal od razu. Gdzieś z tyłu głowy miałam zapamiętane dwie homilie, które usłyszałam do tej pory. Na podstawie pierwszego z nich powstał >>ten<< wpis, a o drugiej pisałam przy okazji podzielenia się z Wami wydarzeniem objęcia zwierzchnictwa nad naszą diecezją przez biskupa Artura Ważnego. I właściwie też odniosłam się do przedstawionego w obydwóch przemówieniach wizerunku Dobrego Pasterza, ale również pastucha, złodzieja i rozbójnika we wstępie do życzeń dołączonych do kartki. Sama kartka, z wizerunkiem Dobrego Pasterza i owiec, po wykonaniu jej w kilka godzin, wyszła tak:
Nie wyobrażałam sobie, aby zabrakło na niej cytatu z Ewangelii św. Jana opowiadającym o Jezusie jako Dobrym Pasterzu. No, ale skoro jest pasterz, to muszą być i owce. Na to też miałam pewien pomysł. Kilka z nich zamieściłam na ilustracji. A oprócz tego zrobiłam dwadzieścia osobnych owieczek, po jednej na każdy z minionych lat kapłaństwa. Poświęciłam na to dwa wieczory, ale byłam zadowolona z efektu końcowego. Może nie są one idealne, ale ksiądz sam wielokrotnie mi powtarzał, że nikt nie jest, a co ważniejsze, nie musi być idealny, byle tylko był dobrym człowiekiem, a przede wszystkim - sobą. Ze wszelkimi wadami, ale i zaletami. 
Arkusz z dwunastoma owcami. Pozostałych osiem trafiło na inną stronę papieru
Następnie nastąpiła zabawa w ich wycinanie. Nie jestem w tym dobra, zwłaszcza w takim szczegółowym (w większości utnę coś więcej niż trzeba), dlatego poszłam na łatwiznę (choć nie do końca, zważając na moje umiejętności manualne) i tylko z grubsza je porozcinałam. A i to nie było takie łatwe. Obrazowo mówiąc - wyobrażacie sobie coś równo wyciąć będąc pod większym wpływem alkoholu? Ja mam ten problem bez procentów. Więc myślę, że i tak wyszło nieźle.
To jednak jeszcze nie był koniec, bo na odwrocie każdej owieczki wypisałam Księdzu sigle* biblijne, z ciekawszymi fragmentami z ksiąg Pisma Świętego. Wybrałam je i ze Starego i z Nowego Testamentu. 
A na koniec wszystkie owieczki trafiły do swojej zagrody, czyli do koperty przyklejonej wewnątrz kartki.
A na koniec przyszedł czas na napisanie mu życzeń. To wbrew pozorom nie było takie proste, bo nie chciałam też, aby były jakieś standardowe. Nie ukrywam, było to dla mnie trudne, a przede wszystkim - emocjonalne. Tak jak pisałam wcześniej - nawiązałam w nim do ewangelicznego wizerunku Dobrego Pasterza, życząc mu przede wszystkim, aby w swojej posłudze jak najbliżej mu było do owego obrazu, mino wszelkich przeciwności losu. Bo te zawsze będą.
Można powiedzieć, że obchody tej rocznicy podzielono na dwa etapy. Chociaż wyniknęło to przez przypadek. Pierwszym takim dniem była miniona niedziela, kiedy parafianie, także ci z parafii, w których poprzednio posługiwał, a także ze wspólnoty osób niepełnosprawnych, w której jest kapelanem oraz bezdomni, którym kiedyś posługiwał, zamówili Mszę świętą z jednej strony dziękczynną za te wszystkie lata, a z drugiej strony błagalną o zdrowie dla niego. Kościół pełen był ludzi, co było dla mnie niezwykłe i niecodzienne. Zaś sam jubilat nie mógł świętować z resztą, przebywając jeszcze w szpitalu. Wzruszyło mnie kazanie, w którym proboszcz podkreślał wszystkie piękne cechy, w jakie wyposażone został ksiądz Niosący Światło. I zaznaczył, że z całą pewnością gdyby nie one, to nie zgromadziłoby się tutaj na tej Mszy tyle osób.
Targały mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony cieszyłam się, że aż tyle osób przyszło na Mszę świętować okrągły jubileusz księdza Niosącego Światło. Jak dla mnie to bardzo wymowny i wymierny dowód na to, jak w jak wielu ludziach wzbudził sympatię, że chciało im się przyjeżdżać na tą godzinę z różnych części diecezji i nie tylko. A równocześnie było mi przykro, że on sam nie mógł w tym uczestniczyć, a tym samym osobiście odebrać życzeń i podziękować za nie z tym swoim przemiłym uśmiechem. I jeszcze jedna dygresja mi się nasunęła - proboszcz mojej rodzinnej parafii też obchodził dwudziestolecie święceń kapłańskich, tylko że tydzień wcześniej. Jeszcze żadnej Mszy z tej okazji nie było. Ciekawi mnie najzwyczajniej w świecie czy będzie i ilu ludzi z jego poprzednich parafii się zjawi... Ponieważ był to Dzień Matki podjechałam jeszcze na cmentarz, na którym pochowani są rodzice księdza i zapaliłam znicz na jej grobie.
Dużo bardziej kameralnie było w dniu dzisiejszym, kiedy przypadła dokładna 20-sta rocznica święceń księdza. Co prawda Mszy za niego nie było, ale za to on sam już stał przy ołtarzu. Akurat mają w parafii drugą turę Białego Tygodnia. Z tym, że ze Szkoły Muzycznej i Społecznej, a więc dzieci było niewiele, bo niektórzy przystępowali do Pierwszej Komunii w swoich parafiach. Tak sobie patrzyłam na księdza i pomyślałam, że chyba się cieszy ze swojej posługi, tak zwyczajnie, po ludzku. A potem po nabożeństwie majowym, wraz z innymi legalnymi parafianami, wkroczyłam na zakrystię. Jako ostatnia podeszłam do niego z życzeniami, ale to nawet dobrze, bo jeszcze chciałam z nim zamienić kilka zdań na temat wyjazdu na Lednicę. Bo właściwie niewiele relacjonowałam mu z naszych poczynań. A tyle rzeczy było mu do przekazania. Głównie to, że przez przypadek zaproponowano mi pomoc w promowaniu Światowych Dni Młodzieży z ramienia Biura Komitetu Organizacyjnego. Myślałam, że się zdenerwuje, ale nie, wręcz przeciwnie, bardzo ucieszył się z tego faktu (hm..., czy on się kiedyś złości?). Z tych kilku zdań zrobił się kwadrans. 
Kartka mu się spodobała, szczególnie pomysł z owieczkami. Od razu, w żartach oczywiście, powiedziałam mu, że jako Dobry Pasterz, powinien pilnować całego stada. A za kolejnych pięć lat dostanie kolejnych pięć, i kolejnych pięć, i kolejnych pięć. Pismo Święte jest pełne ciekawych cytatów. Zawsze coś się znajdzie. 

A na następny raz zażyczył sobie ilustracje Jezusa obmywającego stopy apostołom... Czyli poprzeczka poszła do góry. Jakiś pomysł jak to "ugryźć"?

* Chyba tak należy odmienić słowo "sigla" w liczbie mnogiej, ale mogę się mylić

poniedziałek, 27 maja 2024

1942. Jeżeli ktoś nie chce przeczytać raportu Witolda Pileckiego

to może go obejrzeć w wersji filmowej. 
Ja tak ostatnio zrobiłam, mimo tego, że sam raport czytałam wielokrotnie, głównie w postaci aneksu do książki poświęconej jej autorowi. Wiedziałam zarazem, że został on opracowany w wersji kinowej. Nawet zamierzałam na niego iść, kiedy wszedł na ekrany, finalnie jednak nie zdążyłam.
Jak dla mnie jednak niespodziewanie szybko, bo już w następnym roku, został on wyemitowany w telewizji. Obstawiam, że stało się tak przy okazji kolejnej rocznicy wykonaniu na Pileckim wyroku śmierci. A że w polskiej kinetografii prawdopodobnie nie ma innej pozycji poświęconej postaci Witolda Pileckiego (przynajmniej ja się nie spotkałam), to podejrzewam, że siłą rzeczy wybór padł właśnie na ten film.
Na początek warto zaznaczyć, że film "Raport Pileckiego" nie jest ścisłą biografią jej tytułowego bohatera, chociaż pojawiają się w nim wątki wyjęte z jego życiorysu. To chyba jednak jest dosyć oczywiste. Przynajmniej w teorii, bo wśród członków rodziny słyszałam zażalenia na ten temat. A więc, wracając do fabuły filmu, to najważniejsze momenty biografii Pileckiego przeplatały się z fabularną wersją napisanego przez niego raportu z tego, co się dzieje w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Wróć, bardziej to były wspomnienia Witolda w jego ostatnich miesiącach życia tego, co dane mu było przeżyć. Same fragmenty dotyczące raportu oglądało mi się, hm... dziwnie? Niby wiem, czego on dotyczy, a jednak przedstawiłabym go zupełnie inaczej. No ale mamy wolność interpretacji reżysera, który może przedstawić daną historię tak, jak on ją widzi.
Wiem, że niektórych z Was odpycha taka tematyka i to szanuję. Z drugiej jednak strony nie uważam, aby ten film był jakoś szczególnie drastyczny. Nawet sceny kręcone w obozie koncentracyjnym w Auschwitz (te, które opowiadały o samym powstawaniu raportu) nie były jakieś szczególnie makabryczne. Widziałam gorsze pod tym względem. Finał całej historii jest powszechnie znany. Może gdyby Pilecki nie był postacią, która faktycznie żyła i w jakiś sposób wpisała się w dzieje naszego kraju, to mogliby ją w filmie po prostu uniewinnić. To byłoby kompletnym zaskoczeniem. Tak się jednak nie stało. I znowu nie można za to winić reżysera, bo tym razem pozostał wierny prawdzie.
Film ogólnie podobał mi się, chociaż nie opierałabym się tylko na nim chcąc poznać raport napisany przez Witolda Pileckiego. A raczej potraktowałabym go jako ciekawe jego uzupełnienie lub zobrazowanie. Jednak takim priorytetem pozostaje dla mnie jego pisemna wersja. Nie to, żebym zaczytywała się nią do poduszki, albo dogłębnie ją analizowała. Nie mniej, raport napisany przez Witolda Pileckiego omawialiśmy na zajęciach z antropologii kulturowej i zastanawialiśmy się, kto w nim przedstawiał postawę apollińską, a kto dionizyjską. A więc ma on jakieś znaczenie kulturowe. I dobrze, że znajdują się reżyserzy, którzy decydują się na stworzenie filmów na jego podstawie.

niedziela, 26 maja 2024

1941. Jak załamać 26 przyszłych pedagogów?

W ramach zajęć z terapii sztuką (pedagogika) udaliśmy się do teatru "Ateneum" na sztukę "Inny". To tak dla odprężenia i wyjścia z twardych ławek znajdujących się w Instytucie Pedagogiki i Psychologii na ul. Grażyńskiego. A przy okazji miała to być miła alternatywa dla tradycyjnych zajęć i zastanowienia się, w jaki sposób przedstawienie wpływa na rozwój młodego człowieka. Porę przedstawienia też wybraliśmy raczej dobrą - piątkowy poranek. Tak naprawdę to mieliśmy wtedy godziny rektorskie z okazji trwających juwenaliów miejskich, ale wiadomo - wyjście do teatru to nie siedzenie na uczelni, a więc byliśmy raczej w komplecie.
Spektakl opowiadał o bezimiennym chłopcu (który sam o sobie mówi po prostu Ja), który pewnego dnia budzi się i odkrywa, że wszyscy wyglądają i zachowują się dokładnie tak samo jak on. W szkole, na podwórku, na boisku, nawet w domu. Z czasem zaczyna mu to przeszkadzać, a nawet dawać do myślenia, że każdy z nas się od siebie różni i to jest bardzo dobre. Pouczająca opowieść, z nutką humoru, nie tylko dla dzieci.
Zdjęcie ze spektaklu (źródło zdjęcia)
No właśnie, dzieci. Razem z nami na przedstawieniu byli uczniowie z, na oko, trzeciej klasy szkoły podstawowej. To nie dziwi, bo opowieść ta była jak najbardziej dostosowana do ich poziomu rozwojowego i poznawczego. Całą naszą grupę dziwiło, a wręcz bulwersowało zachowanie, jakie sobą reprezentowały. I nawet nie potrafimy powiedzieć, czy bardziej nas raziło ich zachowanie, czy też brak jakiejkolwiek reakcji na nie ich nauczycielek. Dochodziło wręcz do tego, że to my uciszaliśmy hałasujące towarzystwo.
Jak tak sięgam wstecz swoją pamięcią, to w czasach mojej archeologicznej historii szkolnej też w tym wieku wychodziliśmy do będzińskiego teatru na przedstawienia. I nie przypominam sobie, aby ktoś z nas aż tak się zachowywał. Tak samo, jak w czasie mojej późniejszej edukacji, już w szkole specjalnej. Tam też jeździliśmy na różne spektakle i raczej nikt nie przynosił naszym nauczycielom wstydu. A dzieci były różne, także z upośledzeniem umysłowym. Owszem, zdarzały się kryzysowe sytuacje, ale wtedy delikwent albo siadał obok któregoś z nauczycieli, albo po prostu zostawał wyprowadzany z sali i nie było nic do gadania. Tutaj nie było żadnej reakcji pań nauczycielek na zachowanie uczniów (w tym krzyki, a nawet wyzwiska aktorów), same zachowywały się tak, jakby nic się nie działo i z uśmiechem na ustach opuściły salę wraz z rozbrykaną bandą. I tylko jeden chłopiec, ubrany jako jedyny w białą koszulę i krawat, wychodząc stwierdził, że jego koledzy chyba jeszcze nigdy nie byli w teatrze i że prawdopodobnie jako jedyny zrozumiał przesłanie tego przedstawienia. Jeden, na ok. sześćdziesiąt dzieci.
Ja rozumiem, że od czasów mojego dzieciństwa minęły lata świetlne i gdyby jakaś nauczycielka wyprowadziła dziecko z sali teatralnej, to rodzice mogliby podnieść raban. Bo przecież oni zapłacili za ten spektakl. No tak, ale inni też. I ci inni też chcieliby go obejrzeć we względnym spokoju, a nie czując się tak, jakby byli w zoo. Jednak po wyjściu z teatru najżywiej komentowaliśmy postawę nauczycieli. Bo dzieci mogą nie potrafić zachować się w takiej czy innej sytuacji. Ale wtedy do dorosłych należy wytłumaczenie im reguł panujących w pewnych miejscach. Jeżeli rodzice tego nie potrafią, to powinność ta przechodzi na nauczycieli. Nawet tego uczą nas przez całe studia. Czyżby tamte nauczycielki o tym zapomniały?

sobota, 25 maja 2024

1940. Stare Dobre Małżeństwo wpadło mi w ucho

Od czasu tegorocznej Wiosny Ludów, czyli marszu gwieździstym wychowanków różnych duszpasterstw akademickich działających na terenie K-c i okolic, zainteresowałam się utworami wykonywanymi przez zespół Stare Dobre Małżeństwo. Już wcześniej od czasu do czasu coś tam sobie posłuchałam z ich repertuaru, ale bez jakiegoś większego zainteresowania. 
Jednak po tamtej wyprawie w góry ich utwory nabrały dla mnie zupełnie innego wymiaru. Być może to dzięki okolicznościom, w jakim ponownie je usłyszałam. Już nie w domowym zaciszu, ale wśród osób, z którymi dzielą mnie wspólne pasje (w tym do gór) oraz wartości. Już nie z radia, czy też komputerowego głośnika, ale na żywo, przy dźwięku gitary i śpiewów płynących z głębi serc. Nie będę ukrywała, że zrobiło to na mnie niebagatelne wrażenie, a nawet przywołało we wspomnieniach okres z początku mojej historii z działalnością w Oratorium. Wtedy też był tam zespół muzyczny, który grał na gitarach podczas Mszy świętych, a ci, którzy nie grali - po prostu śpiewali.
W moim przypadku stwierdzenie, że muzyka łagodzi obyczaje sprawdza się w 100%. Zauważyłam, że słuchanie znanych mi kawałków przynosi mi ulgę i ukojenie w trudnych chwilach, albo kiedy mam jakieś zmartwienia czy też problemy. Albo kiedy po prostu mam ochotę odpocząć od otaczającej mnie rzeczywistości. Tak, w tym wszystkim pomagają mi dwie rzeczy - bieganie oraz słuchanie muzyki. Ale tylko tej wybranej, która ma dla mnie szczególne znaczenie. 
Czy mam jakieś ulubione kawałki z repertuaru Starego Dobrego Małżeństwa? Zdecydowanie są to na dzień dzisiejszy "Bieszczadzkie Anioły", "Gloria", "Sanctus", czy też "Jak?" ("Cudne manowce"). Zresztą już wcześniej zwróciłam na nie uwagę. Podejrzewam jednak, że na tych kilku utworach się nie skończy i z czasem poznam i zachwycę się jeszcze niejednym z nich. Tak było w wielu przypadkach, w tym z Lechem Makowskim. Moja znajomość z jego piosenkami zaczęła się gdzieś w 2010 roku od usłyszenia "Ostatniego listu" opowiadającego o polskich oficerach zamordowanych w Katyniu i trwa do dzisiaj, a utwory raz po raz rozbrzmiewają w moim mieszkaniu. Czy też z twórczością Piotra Rubika. Czy tak samo będzie ze Starym Dobrym Małżeństwem? Mam nadzieję, że tak. Tym bardziej, że obok tych piosenek nie da się przejść obojętnie.
Z czytelniczych spraw, to pomijając to, co muszę przeczytać w ramach przygotowania się do zajęć na uczelni, dla przyjemności zabrałam się za czytanie biografii błogosławionego Józefa Ulmy, którą całkiem niedawno nabyłam. Historię dotyczącą jego żony Wiktorii poznałam już we wrześniu, tuż przed beatyfikacją całej rodziny. Cieszę się, że znalazła się osoba, krewny rodziny Ulmów, która zdecydowała się na opisanie życiorysu Józefa. Będzie to piękne dopełnienie i uzupełnienie biografii Wiktorii.

piątek, 24 maja 2024

1939. Nasza polska pobożność Maryjna

Chociaż ksiądz Krzysztof przebywa u swoich przyjaciół w Panamie, to spotkania naszego piekarnika trwają w najlepsze. To głównie za sprawą naszych animatorów, którzy dbają o to, aby tematyka spotkań była różnorodna i wszechstronna, i w razie potrzeby są w stanie poprowadzić je bez udziału duszpasterza. Myślę, że to jest dobre rozwiązanie dla wszystkich - ksiądz nie musi się martwić, że skoro go nie ma, to i nie będzie spotkania, my mamy ciągłość spotkań, a animatorzy zdobywają różne kompetencje miękkie, tak bardzo przydatne w dorosłym życiu. Coraz częściej zastanawiam się, dlaczego to tak nie działa w Oratorium w mojej parafii. Przecież proboszcz, który jest jego opiekunem (i właściwie nic nie robi), mógłby wyznaczyć 2 - 3 osoby (nie koniecznie mnie, bo raczej nie mam ku temu kompetencji), które by były odpowiedzialne za organizację zajęć dla dzieci. Tak samo jak mógłby rozeznać, kto z nas ma uprawnienia wychowawcy kolonijnego i zgodzić się na organizację półkolonii parafialnych (od biedy mogłabym być ich kierownikiem, bo mam zrobiony odpowiedni kurs, ale wychowawcą też bym nie pogardziła). Przez lata je organizowaliśmy i zawsze był komplet dzieci, a nawet lista rezerwowa. Ale nie, lepiej zorganizować dużo droższy wyjazd dla dzieci do Włoch. 
Na ostatnim spotkaniu naszej wspólnoty duszpasterskiej oglądaliśmy odcinek dosyć popularnego serialu "The Chosen" opowiadający o weselu w Kanie Galilejskiej. A następnie dyskutowaliśmy nie tylko o roli Maryi podczas tej historii, ale też o tym, jaką ona rolę odgrywa w naszym prywatnym życiu. Jak dla mnie jest to doskonałe przeniesienie teorii na praktykę tego, o czym uczyła nas jedna z wykładowczyń na zajęciach z Zagadnień kultury współczesnej. Dużo mówiliśmy na nich o tym, jak doskonałą bazą do rozmowy są obejrzane filmy bądź seriale. I to nie tylko na tematy religijne, ale właściwie na wszystkie.
Z rozmowy wynikło, że maryjna pobożność jest bliska sercu właściwie każdego z nas. Wiele osób skupionych w duszpasterstwie odmawia różaniec, w miarę możliwości uczęszcza na nabożeństwa majowe, "uczymy się" tej pobożności od świętych i błogosławionych, którzy nam imponują, a dla których kult maryjny jest bardzo ważny. Dla wielu jest to Pier Giorgio Frassati, dla innych św. Maksymilian Maria Kolbe - czciciel Maryi Niepokalanej, dla jeszcze innych jakieś szczególne miejsce związane z czczonym w nim wizerunku Maryi. Wymieniano tutaj chociażby Częstochowę, Ludźmierz, Leśniów, Piekary Śląskie, Licheń, moją ukochaną Kalwarię Zebrzydowską. Z tego wszystkiego zapomniałam powiedzieć, że w moim mieście też jest szczególny kult figury Matki Bożej Anielskiej Patronki Zagłębia znajdującej się w miejskiej bazylice. Kilkoro z nas należało w dzieciństwie do Dzieci Maryi, gdzie ten kult jest dosyć silny. Ja z kolei jestem związana z parafią, w  której posługują księża salezjanie, a tam szczególnie uroczyście obchodzone jest i wspomnienie Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia - rocznica założenia pierwszego Oratorium), i Maryi Wspomożenia Wiernych (24 maja), dodatkowo od 24 lat noszę szkaplerz karmelitański, co też w jakiś sposób łączy się z pobożnością maryjną. Każdy z nas też podkreślał, że traktuje Matkę Boską nie jako ktoś na równi z Bogiem, ale jako pośredniczkę w drodze do niego. To trochę tak jak w rodzinie - czasami łatwiej jest nam z czymś przyjść do mamy, niż do taty. Co nie oznacza, że potem tata się o tym nie dowiaduje. Myślę, że tak samo jest z osobami boskimi - mówimy o czymś Matce Bożej, a Bóg Ojciec i tak się o tym dowiaduje. A więc Maryja jest tylko pośrednikiem w tym kontakcie.
Zastanawiać może to, dlaczego w Kościele Katolickim jest tyle tytułów Maryi. Dlaczego nie zwracamy się do Maryi po prostu Maryja? I skąd to się w ogóle wzięło? Mnie też to nurtowało. Na portalu mateusz.pl. znalazłam dosyć ciekawe i wyczerpujące wytłumaczenie tej praktyki:
"W Katechizmie Kościoła Katolickiego (KKK 487) czytamy zdanie: >>Wiara katolicka w odniesieniu do Maryi opiera się na wierze w Chrystusa, a to, czego naucza ona o Maryi, wyjaśnia z kolei wiarę w Chrystusa<<. Dlatego też dogmaty maryjne (Boże Macierzyństwo, Niepokalane Poczęcie, Dziewictwo Maryi, Wniebowzięcie Maryi) naprowadzają nas na wielość >>Imion<<, którymi zwracamy się do Niej lub przez Nią do Boga. W encyklice papieża Jana Pawła II: >>Redemptoris Mater<< (Marka Odkupiciela), poświęconej Maryi, w punkcie 33 możemy przeczytać orzeczenie Soboru Ekumenicznego z Nicei (787 r.) na temat czci obrazów: >>...według nauczania Ojców i powszechnej Tradycji Kościoła wierni mogą czcić razem z krzyżem także wizerunki Matki Bożej, Aniołów i Świętych, w kościołach, w domach i przy drogach<<. Tę starożytną praktykę czci i pobożności maryjnej potwierdził ostatni sobór powszechny - Watykański II. Dlatego >>Maryja Częstochowska, Licheńska, Hodowicka, Piekarska...<< to tytuły poszczególnych wizerunków, wzięte od miejsca szczególnego ich kultu (sanktuaria). W tych wizerunkach ci, którzy kochają Maryję, daną im przez Jezusa Chrystusa za Matkę, po prostu czczą Ją i proszą, by Ona wstawiała się za nimi. Trzeba przy tym pamiętać, że wstawiennictwo Maryi jest całkowicie uzależnione od zbawienia dokonanego przez Chrystusa i czerpie z Jego mocy. Nasza ufność we wstawiennictwo Maryi daje w szczególny sposób wyraz tej tajemnicy, że Bóg posługuje się wybranymi ludźmi, aby obdarzyć zbawieniem innych ludzi.
W kulcie obrazów nigdy nie czcimy danego przedmiotu (obrazu, figury), ale osobę, którą one wyrażają. Ikona bowiem odsyła do osoby, którą przedstawia i uobecnia. Ikony i obrazy (analogicznie tytuły: Róża Duchowna...) wspomagają naszą wiarę, wspomagają naszą wyobraźnię, pomagają nam trwać w modlitewnym skupieniu. Spełniają więc tylko funkcję pomocniczą. Aczkolwiek ta rola jest dosyć znaczna. Wiele wizerunków uznaje się za cudami słynące, bowiem w tych konkretnych miejscach (np. Lourdes, Fatima, Częstochowa) dokonały się (medycznie udokumentowane) cuda. Dlatego też te miejsca są uprzywilejowanymi ośrodkami urzeczywistniania się zbawczego pośrednictwa Kościoła.".

A więc Maryja jest jedna, ma tylko wiele przydomków związanych z jej cechami lub miejscami jej szczególnego kultu. Czcimy Matkę Bożą jako osobę, a nie jako wizerunek przedstawiony na obrazie lub w postaci figury. I Maryja jest tylko pośredniczką w naszej rozmowie z Bogiem.

środa, 22 maja 2024

1938. Wiedzę można zdobywać na różne sposoby

Nie będę ukrywać, że staram się, aby studia były dla mnie czasem nie tylko pogłębiania mojej wiedzy z zakresu obranych przeze mnie kierunków kształcenia, ale i rozwijania swoich zainteresowań. Bardzo dobrym na to sposobem jest działalność w Kołach Naukowych funkcjonujących na uczelni. Trudno jest znaleźć czas na dodatkowe aktywności, kiedy dzień pęka w szwach, ale od czasu do czasu staram się być obecna na spotkaniach.
O wstąpieniu do jakiegoś Koła Naukowego myślałam już podczas studiów na UPJPII. Ba, jako pilotażowi studenci turystyki religijnej chcieliśmy założyć Koło związane z naszym nowatorskim kierunku, także po to, aby go trochę wypromować. Jak możecie się domyślić - niewiele z tego wyszło. Ale zamysł był. Z kolei na pracy socjalnej funkcjonowało Koło Naukowe, nawet kilka osób z kierunku na nie uczęszczało. Spotkania były jednak wieczorami, a ja zaraz po zajęciach wracałam do domu. Zresztą, gdybym została na nich, to nie miałabym jak wrócić, a więc odpadało. W czasie lockdownu ruszyło Koło Pedagogów on-line, zdążyłam być na dwóch spotkaniach, po czym obroniłam się i zakończyłam studia w Krakowie.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłam po dostaniu się na Nauki o Rodzinie, było sprawdzenie czy na Wydziale działa jakieś Koło Naukowe. Działało, i to dwa - jedne związane z Teologią, a drugie z Naukami o Rodzinie. Siłą rzeczy postanowiłam zorientować się co do funkcjonowania tego drugiego. Trochę to trwało*, ale w końcu udało mi się dostać na spotkania. A z czasem tak się ośmieliłam, że nawet zaczęłam się wypowiadać na poszczególne tematy, wyrażając swoje zdanie.
Pierwsze dwa lata były całkiem spoko, chociaż wszystko odbywało się na on-line. Polubiłam pozostałych członków koła i naprawdę cieszyłam się, kiedy spotykałam ich na wydziałowym korytarzu. Byłam też jedyną osobą z mojego rocznika kierunku, która wybrała taką aktywność poza zajęciami. Kiedy jednak byłam na trzecim roku, do Koła dołączyły trzy osoby z mojego rocznika. I nawet bym się z tego ucieszyła, gdyby wśród nich nie było Starościny, która jak zwykle chciała wszystkim rządzić, wszystkimi dyrygować i żeby wszystko było na jej warunkach. Nie przeszkadzało jej nawet to, że ktoś inny jest przewodniczącym Koła - wydaje mi się, że według Starościny tylko ona wszystko robi najlepiej i najwspanialej, a inni są co najwyżej jej pionkami. I nie dopuszcza do siebie wiadomości, że ktoś inny jest osobą decyzyjnej. Bo ten proceder trwa dalej - chociaż przewodniczącym jest Archanioł, to ona wszystkim zarządza. Zarządza, a nie wspomaga go. Inna sprawa, że to jej pomysły zawsze są na wierzchu, a innych, neguje.
Taka postawa poskutkowała głównie tym, że wiele ludzi z pierwszego roku, którzy byli zainteresowani współpracą po prostu "uciekło" po kilku spotkaniach. Przeszli do Koła Naukowego Teologów, w którym są jasno określone role jego członków. To samo zrobił Madziałek. I jeszcze namówiła na to samo mnie. Postanowiłam pójść na ich spotkanie i przynajmniej zobaczyć jak tam jest. To nic, że już właściwie jest koniec roku, mogłam się przecież rozeznać co do uczestnictwa w nim w następnym. Dlatego dzisiaj tzw. długą przerwę spędziłam z w sumie znanymi mi ludźmi (nasz Wydział jest tak mały, że większość ludzi się kojarzy), ale w trochę innych okolicznościach.
Na Kole Naukowym Teologów jest tak, że każdy ma możliwość zaprezentowania jakiegoś zagadnienia, które uważa za ciekawe. Tym razem kleryk Krystek opowiadał nam o swoim miesięcznym pobycie na praktyko-misji w Zambi. Pokazywał ciekawe miejsca, które przy tej okazji zobaczył, podzielił się wieloma anegdotami i przygodami, które miał okazję przy tym przeżyć. Słuchałam tego z prawdziwym zaciekawieniem, nigdy bowiem nie pojadę na misje, a temat jako tako też jakoś mnie interesuje. Może dlatego, że jeden z posługujących u nas w parafii księży też jest aktualnie na misji, nota bene też w Zambi. Samo spotkanie przebiegało w zupełnie innej atmosferze niż te w Kole Naukowym Nauk o Rodzinie. Po pierwsze - było w kontakcie, a nie zdalnie. Po drugie, nikt nie pokazywał, że jest najważniejszy, wszyscy byli sobie równi, dzięki temu w spokoju wysłuchaliśmy tego, co Krystek miał nam do powiedzenia. W ogóle atmosfera była pełna przyjaźni i wzajemnego szacunku. Po trzecie, ksiądz opiekun naprawdę ucieszył się z nowych osób, które są zainteresowane współtworzeniem Koła.  Oprócz mnie przyszedł jeszcze chłopak z drugiego roku Teologii. I tylko ubolewał, że tak późno żeśmy się na to zdecydowali. Ale spokojnie, coś mi się wydaje, że od nowego semestru, i w ogóle roku akademickiego, będę starała się już w miarę regularnie chodzić. 
Koło Naukowe Teologów planuje jeszcze w tym roku wyjście na strzelnicę oraz całodniową wycieczkę, prawdopodobnie do Wrocławia. Strzelnica w moim przypadku raczej odpada, ale Wrocławia tak łatwo nie odpuszczę. Tym bardziej, że przewodnicząca Koła od razu przyjęła mnie jako nowego członka.
Wiecie co, wielokrotnie słyszałam od Starościny negatywne opinie o tym Kole, że niby nie pozwala rozwinąć skrzydeł tym którzy tego chcą. A ja po pierwszym spotkaniu odczułam, że jest zupełnie inaczej. Jak zwykle zastanawiam się, skąd one czerpie swoje poglądy, bo chyba nie z doświadczenia. A nawet jeśli, to od czasów, kiedy ona studiowała Teologię dużo się zmieniło, w tym struktura działalności Koła.

* dalej trwał lockdown, spotkania odbywały się on-line, ale potrzebne było hasło dostępu. Znała je Starościna, dzieliła się jednak tylko z wybranymi, do których nie należałam. Napisałam do przewodniczącej Koła, po jakimś czasie zostałam dodana do grupy i już chodziłam na spotkania

poniedziałek, 20 maja 2024

1937. Przedłużone świętowanie

Ksiądz Krzysztof, opiekun Duszpasterstwa Akademickiego, w tym roku obchodził 15-lecie swojego kapłaństwa. Zresztą nie tylko on, bo jego kolegami rocznikowymi byli m.in. Ksiądz, który będzie błogosławiony oraz aktualny rektor Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego, a jednocześnie wykładowca wielu przedmiotów psychologicznych na Wydziale Teologicznym. Z tej okazji w parafii, w której posługuje ksiądz, który będzie błogosławionym, została odprawiona Msza Święta w intencji neoprezbiterów z rocznika 2009, na którą zostaliśmy zaproszeni jako wspólnota, którą prowadzi ksiądz Krzysiu. Msza odbyła się w tym samym czasie, co czwartkowe spotkania formacyjne "piekarnika", a więc zbytnio nie musiałam robić rewolucji w moim grafiku zajęć, aby na niej być.
Do Chorzowa, gdzie odbywała się uroczystość podjechaliśmy samochodami, dzięki czemu wszyscy zainteresowani zdążyli na czas. O drewnianym kościele pw. św. Wawrzyńca słyszałam wiele dobrego, teraz jednak miałam okazję zobaczyć go na własne oczy. I naprawdę robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza kiedy spojrzało się na otaczający go miejski krajobraz. Chociaż świątynia jest raczej mała, to jej wnętrze jest urocze i nie przytłacza swoim wystrojem. Jest raczej skromna, ale też - urokliwa. Wcale nie dziwię się księdzu, który będzie błogosławionym, że tak ciepło o niej opowiada.
Msza rozpoczęła się o 18:00 procesyjnym wejściem księży świętujących 15-lecie swoich święceń kapłańskich. Nie było całego rocznika, bo niektórzy z nich mieli inne zobowiązania na ten dzień. Ale przybyła zdecydowana większość. Miło było zobaczyć wśród nich znajome twarze. Mszy przewodniczył emerytowany ks. arcybiskup, Damian Zimoń. To on piętnaście lat temu wyświęcił ich wszystkich na kapłanów. W ramach kazania przypomniał im to, które wygłosił w tym ważnym dla nich dniu. Uśmiechnęliśmy się do siebie w ramach Duszpasterstwa, dopiero po skończonej Mszy przyznaliśmy, że było to całkiem mądre posunięcie. W samym kazaniu nakreślił sylwetkę Jana Marii Vianney'a (którego rok obchodzony był na przełomie 2009 i 2010 roku na pamiątkę 150 rocznicy jego śmierci) oraz życzył im aby byli tak samo świętymi jak on. Dodał jednak, aby po tych 15 latach zastanowili się, ile z tej świętości spełniło się w ich dotychczasowej posłudze kapłańskiej i czego im brakuje do osiągnięcia tego stanu. Miłym momentem był ten, w którym dzieci z parafii wręczyły księżom po różyczce oraz kartce z życzeniami. Na zakończenie wybrzmiało uroczyste "Te Deum" w podziękowaniu za ten piękny jubileusz. Nie mogło też zabraknąć pamiątkowego rocznikowego zdjęcia z biskupem - seniorem. Aż prosi się, aby zobaczyć to sprzed 15 lat i porównać je oba - kto najbardziej się zmienił przez te wszystkie lata.
Po Mszy zaczekaliśmy przed kościołem na naszego duszpasterza. Była nas garstka, zważając na liczebność całego Duszpasterstwa (ok 150 osób, i każdą z nich ksiądz Kristofer zna z imienia, miejsca zamieszkania oraz kierunku studiów / pracy), ale śmialiśmy się, że sami najgorliwsi i najwierniejsi. 
Ksiądz dostał od nas osobne życzenia, a także bukiet kwiatów. Sam postawił nam lody, na które jednak z nami nie poszedł, bo prawdopodobnie cały rocznik miał swoje własne wewnętrzne spotkanie. My zaś integrowaliśmy się ze sobą siedząc przy lodach w jednej z katowickich kafejek. Przypomniały mi się stare dobre czasy w naszym Oratorium. No nic, jak ostatnio pisałam - nie na wszystko mamy wpływ, a więc nie warto wszystkim się przejmować. Lepiej sobie po prostu odpuścić. 
Wydawać by się mogło, że na tym świętowanie rocznicy jego święceń zostanie zakończone, ale nie. W niedzielę, w której Kościół wspomina Zesłanie Ducha Świętego, poszłam na wieczorną Mszę świętą Duszpasterstwa. Trochę zaskoczyła mnie zwiększona ilość ludzi, a zwłaszcza kapłanów. Szczególnie, jeżeli weźmie się pod uwagę wielkość naszej wydziałowej kaplicy. Nawet zastanawiałyśmy się z Madziałkiem, o co chodzi. To jednak wyjaśniło się podczas wyczytania intencji mszalnych. Jedną z nich było 15-lecie kapłaństwa księdza Kristofera, a drugą... urodziny jego mamy. W sumie zastanawia mnie co on jej nagadał na mój temat, bo za każdym razem kiedy mnie widzi to mocno mnie przytula. Dodatkowo swoją Mszę mieli jeszcze duszpasterscy nowożeńcy, którzy zaledwie dzień wcześniej powiedzieli sobie sakramentalne "tak".
Ludzi na tej Mszy było dużo, nawet więcej niż na 100-leciu Towarzystwa Ciemnych Typów. Musiano nawet przynieść stojące pod aulą ławki. Ale dzięki temu więcej wiernych miało miejsce siedzące. Małe dzieci chyba trochę się nudziły, bo "rozwalały" nam wydziałowy hol. I trochę rozpraszały moją uwagę. Trochę też szkoda, że nikt nie pomyślał o nagłośnieniu poza kaplicą, bo za bardzo nie wiem, co ksiądz mówił na kazaniu. Dobrze, że mniej więcej znam Czytania z tego dnia, a Pierwsze Czytanie z Dziejów Apostolskich wręcz na pamięć (skutek tego, że moja Pierwsza Komunia Święta była właśnie w to wspomnienie), przynajmniej wiedziałam co kiedy jest czytane.
Po Mszy udaliśmy się do ośrodka DA, gdzie jeszcze trochę posiedzieliśmy przy herbacie i weselnym cieście, które przynieśli nowożeńcy. A na odchodne, żegnając się z księdzem, życzyłyśmy mu z Madziałkiem bezpiecznej podróży. Wszak na dwa tygodnie wylatuje najpierw do Panamy, a potem do Gwinei. Zostaniemy sami na placu duszpasterskiego boju. 

niedziela, 19 maja 2024

1936. Powrót do źródeł

Wielokrotnie powtarzałam i w realnym życiu, i tutaj, na blogu, że jedną z tych wartości, które mnie ukształtowały, była działalność w parafialnym Oratorium salezjańskim. Trafiłam do niego stosunkowo późno, bo po ukończeniu 20 roku życia, ale myślę, że dosyć dobrze się w nim zaaklimatyzowałam. Duża w tym zasługa opiekunów organizacji, którzy zazwyczaj widzieli mnie w roli animatora. A jeżeli nawet nie widzieli, to albo ktoś kto już mnie znał tłumaczył im, że to co widać z zewnątrz zupełnie nie odpowiada moim faktycznym umiejętnością, albo sama to pokazywałam. Jak może i się domyślacie, ta druga opcja była dłuższa i bardziej karkołomna, ale w końcu prowadziła do zamierzonego celu. A zarazem uczyła cierpliwości (coś, czego brakuje współczesnej młodzieży) i... pokory. 
Wielokrotnie opisywałam tutaj nie do końca zrozumiałą dla mnie sytuację aktualnego funkcjonowania (chyba jego braku) parafialnego Oratorium. Trochę mnie to boli, jako długoletniego animatora we wspólnocie, który widział, jak ona się rozrasta i owocuje. Jednak, jak to mi powtarzają znajomi - nie warto przejmować się tym, na co nie ma się wpływu. Dużo lepiej skupić się na tym, co ode mnie zależy. A wbrew pozorom, zależy dosyć dużo.
W sąsiedniej miejscowości jedna z parafii również należy do zgromadzenia księży salezjanów i tam też funkcjonuje Oratorium. I to jak funkcjonuje! Pełną parą. Nikt nie ogranicza ani animatorów, ani tym bardziej, księdza Jacka, opiekuna wspólnoty. Nikomu tam nie przeszkadza jego wada wymowy. Ogólnie ksiądz Jacek był też w naszej parafii, ale tylko przez rok. Szczerze powiedziawszy, to nie trafiłam na Mszę, którą to on by odprawiał (co najwyżej koncelebrował), ani na wygłaszane przez niego kazanie. Nie zdziwiłabym się, gdyby to było celowe ograniczanie go przez proboszcza. Za to kilkakrotnie trafiłam do niego do spowiedzi i bardzo miło to wspominam. Niestety, wtedy Oratorium było jeszcze zamknięte przez pandemię i nie dał się poznać, jako jego kierownik. Ale czy proboszcz by mu na to pozwolił? Myślę, że jest to wątpliwe. 
Wracając jednak do Oratorium w S-cu, to postanowiłam tam spróbować się załapać. W tym celu skontaktowałam się z księdzem Jackiem, co wymagało ode mnie kolejny raz zdobycie się na odwagę i napisania do niego meila. Opisałam w nim kim jestem, moją motywację oraz dotychczasową działalność oratoryjną. Dodałam też, że jestem osobą niepełnosprawną, tak żeby nie było zaskoczenia z tym związanego. Odpowiedź przyszła dosyć szybko - z tonu wiadomości wyczytałam, że ksiądz Jacek naprawdę był zainteresowany współpracą z kimś takim jak ja. A kiedy doszło do spotkania organizacyjnego, żeby wcześniej omówić wszelkie jej szczegóły, obopólnej radości nie było końca.
Moja pilotażowa obecność na zajęciach oratoryjnych przypadła na sobotę, 18 maja, i wygrała z wyjazdem z Towarzystwem Ciemnych Typów w góry, wolontariatem podczas Memoriału Janusza Kusocińskiego w Chorzowie, wyjazdem do Wał - Rudy na Drogę Krzyżową z bł. Karoliną Kózkówną, czy też obecnością w Wadowicach z okazji 104 rocznicy urodzin Karola Wojtyły. Z drugiej stronie księdzu Jackowi zależało na mojej obecności, ponieważ miało nie być żadnego planowego animatora, a do pomocy przy dzieciach każda pomoc ma znaczenie. 
Niepewna tego co mnie czeka (w końcu każde Oratorium funkcjonuje na oddzielnych regułach, chociaż ogólne założenie jest wszędzie takie samo), w sobotni poranek wsiadłam do autobusu, który podwiózł mnie do sąsiedniej miejscowości. Wysiadłam na odpowiednim przystanku, po czym skierowałam swoje kroki w kierunku kompleksu należącego do tamtejszych salezjanów. Oni, w przeciwieństwie do naszych, mają wszystko (tj. i kościół i budynek plebani, w którego skład wchodzi także Oratorium) na jednym podwórku. U nas kościół jest jakieś 400 m od Domu Młodzieżowego. Z pewną dozą nieśmiałości weszłam na teren, na którym się to wszystko znajduje i zaczęłam się zastanawiać co dalej. Niby miałam telefon do księdza, ale tradycyjnie nie miałam śmiałości, aby do niego zadzwonić. Na szczęście z plebani wychodził tamtejszy proboszcz, który z życzliwością poinstruował mnie, gdzie mam iść. Miła odmiana po tym, jaki miał dla mnie stosunek nasz włodarz parafii.
Na podwórku za plebanią dzieci wraz z księdzem Jackiem już przygotowywali teren na harce i zabawy, które zaplanowane były na ten dzień. Kapłan, podobnie jak kilka dni wcześniej, ucieszył się na mój widok, co wyraził i słowami, i gestami. Następnie przedstawił mi plan na ten dzień - wszystko rozpoczynała modlitwa, następnie dwadzieścia minut rekreacji, po których odprawiona została Msza święta. Po Mszy świętej była pora na słodką przekąskę, a po niej na gry i zabawy na świeżym powietrzu. W tym czasie ksiądz spowiadał te dzieci, które przyszły na zajęcia, a nazajutrz miały przystąpić do Pierwszej Komunii Świętej. Na 12:30 zaplanowany był posiłek, a następnie do 14:00 dzieci miały czas na własne spędzenie czasu tak jak lubią.
Można uznać, że plan prawie a wypalił. Na modlitwie otwierającej spotkanie zostałam przedstawiona wszystkim przybyłym dzieciom, jako nowy animator - Pani Karolina. Następnie rozegrano mini mecz piłki nożnej. Aż żałowałam, że nie założyłam krótkich spodenek, bo i ja pokopałabym piłkę. Skoro ksiądz mógł, to dlaczego ja nie? W piłkę grała męska część podopiecznych, dziewczynki wybrały frisbee. Tak, ja wiem, że to jest bardziej dziewczęce niż kopanie piłki, ale mnie to drugie zawsze lepiej wychodziło. Wesołe zabawy przerwał moment, w którym wszyscy udaliśmy się do kościoła na Mszę, którą sprawowano w kaplicy bocznej. Sprawował ją ksiądz Jacek i nie wydaje mi się, aby ktokolwiek miał z tym problem. Wiele dzieci było zaangażowanych w jej sprawowanie. Na koniec zaś ksiądz stwierdził, że bardzo ładnie śpiewam (podczas komunii intonowałam pieśni). No tak, u nas nie miał okazji poznać mnie od tej strony, bo kiedy on u nas sprawował swoją posługę, to schola chyba nie śpiewała na Mszach. Przynajmniej ja tego nie kojarzę. Ale mogłam coś pomieszać. Zrobiło mi się niezwykle miło, że ktoś docenił mnie pod tym (śpiewu) względem. Bo to jednak jedna z ostatnich rzeczy, z których byłabym dumna. Po zakończeniu Mszy wróciliśmy na podwórko, gdzie dzieci wróciły do swoich gier i zabaw, a ksiądz poszedł po wafelki i batoniki, a także wodę dla milusińskich. Po uzupełnieniu kalorii większość z nich wróciła do wesołych harców, a niektórzy z nich udali się do oratoryjnej kuchni, aby pod wodzą jednej z mam przygotować grzanki do jedzenia. Ja akurat zostałam na zewnątrz, aby pilnować dzieci, kiedy ksiądz spowiadał na boku. Paradoksalnie najtrudniejsze było upilnowanie, żeby dzieciaki tam nie chodziły. I żeby dziewczynki nie kłóciły się tak bardzo z chłopcami o wypełnione wodą baloniki. I może jeszcze to, żeby nie rzucali tymi balonikami wszędzie, a tylko w wyznaczonych miejscach. To nie było łatwe, ale też - nie niemożliwe. W końcu mam już jakieś doświadczenie i po dotychczasowej działalności w Oratorium, ale też z mojej pracy. Dobrze, jeżeli to wszystko się ze sobą przeplata. Bo wtedy dostrzega się sens tego, co się robi. O ustalonej porze udaliśmy się do jadalni, aby posilić się tostami. Kiedy ksiądz spostrzegł, że stoję z boku sam zaczął mnie zachęcać, abym coś zjadła. A ja po prostu nie chciałam aby zabrakło tych tostów dla dzieci. W końcu dałam się namówić, ale dopiero wtedy, gdy nasi podopieczni zaczęli odchodzić od stołów. Przez ostatnią godzinę dzieci robiły to, na co miały ochotę (oczywiście w granicach rozsądku) - jedne ćwiczyły na siłowni pod okiem instruktora, inne bawiły się na podwórku, jeszcze inne grały na Xboxie, albo w szachy. Do szachów namówił też mnie ksiądz Jacek, a chociaż pierwszy raz miałam z nimi styczność, to pani Ania, trenerka, powiedziała, że mam do nich dryg i w mig wszystko pojmuję. Szkoda tylko, że moje umysłowe umiejętności nie idą w parze z koordynacją wzrokowo-ruchową. Ale jak to przyznała pani Ania przy księdzu Jacku - będę grać w szachy. Co na to ksiądz? Po prostu: "A w to nie wątpię". Na koniec poszłam zobaczyć, jak tam idzie chłopcom gra w Xbox-a. Ja tam się nie znam na tych nowoczesnych zabawkach, ale z okrzyków mogłam wywnioskować, że raczej dobrze.
W zasadzie tak mi się podobało, że ani się obejrzałam, a już był koniec zajęć i dzieciaki zaczęły się powoli rozchodzić. Niemal każde z nich pożegnało się ze mną, co oznacza, że raczej mnie zaakceptowały. Ksiądz też podziękował mi za pomoc i zaprosił na kolejny raz. Muszę jednak przyznać, że czerwiec jest dla mnie dosyć problematyczny, bo niemal co sobotę mam coś w planach (Lednica, rekolekcje z Duszpasterstwa Akademickiego, wolontariat na Górskim Biegu Frassatiego, ingres biskupa Artura Ważnego, a potem już są wakacje). Ale od września, dlaczego nie. Zwłaszcza, że ksiądz Jacek chyba nie widzi przeszkód w tym, abym była u nich animatorem. A nawet jest jak najbardziej temu przychylny. Dla mnie to zaś jest jakby powrotem do źródeł i do tego, co przez lata kształtowało moją osobowość i sprawiło, że mam takie, a nie inne zainteresowania (m.in. studia najpierw z pracy socjalnej, potem z nauk o rodzinie, aż wreszcie z pedagogiki, praca w świetlicy środowiskowej), a na pewno znacząco na nie wpłynęła.

sobota, 18 maja 2024

1935. To dopiero było świętowanie - stulecie Towarzystwa Ciemnych Typów

Był maj 1924 roku, kiedy na równinie Pian Della Mussa we Włoszech błogosławiony Pier Giorgio Frassati wraz z Marco Beltramo postanowili założyć Towarzystwo Ciemnych Typów (Societa dei Tipi Loschi). Obydwoje kończyli studia i byli u progu dorosłego, samodzielnego życia. Złączyli się wtedy w grupie, która była oparta na trwałym fundamencie, czyli najbliższych przyjaciołach.
Towarzystwo Ciemnych Typów - czwarty od lewej Pier Giorgio Frassati (źródło zdjęcia)
Po wielu latach siostra Pier Giorgia Frassatiego, Luciana, wspominała że "pod wątłą strukturą Towarzystwa i jego żartobliwym statutem kryły się wyższe cele... było to prawdziwe stowarzyszenie modlitwy". Pierwsze Ciemne Typy jeździły razem w góry, świadczyły pomoc biednym oraz wspierały się wzajemnie w przeżywaniu codzienności, a ich dewizą było "Mało nas, ale dobrych jak makaron".
Pier Giorgio Frassati był pierwszym członkiem Towarzystwa, który odszedł do wieczności. Jednak jego pomysł na zintegrowanie osób, a przy okazji zrobieniem czegoś dobrego nie tylko przetrwał sto lat, ale i wyszedł poza granice Włoch. W pewnym momencie dotarł do Polski, a jego kapelanem został jeden z największych fanów Pier Giorgia Frassatiego, jakiego znam - ksiądz Krzysztof z Duszpasterstwa Akademickiego, do którego należę. Polskie Towarzystwo Ciemnych Typów skupia w sobie miłośników górskich wędrówek od morza do Tatr, którzy chcą zdobywać górskie szczyty w duchu błogosławionego Pieg Giorgia Frassatiego. Ale nie tylko. Ciekawostką może być na przykład to, że przedstawiciele polskiego Towarzystwa Ciemnych Typów nieśli w procesji z darami obraz z podobizną założyciela podczas Mszy Świętej otwierającej Światowe Dni Młodzieży w Krakowie.
Jakby nie liczyć, w tym roku przypada setna rocznica istnienia Towarzystwa Ciemnych Typów. Z tej okazji zaplanowaliśmy wspólne świętowanie członków Duszpasterstwa oraz Towarzystwa u nas, w katowickim "Centrum". Jako dzień wybrano wigilię dnia, w którym zostało ono założone, czyli 17 maja. Program może nie był bogaty, ale konkretny: najpierw spotkanie pod muzeum śląskim w Katowicach, gdzie znajduje się pomnik upamiętniający wizytę Pier Giorgia Frassatiego w znajdującej się na tym miejscu kopalni, następnie Msza święta o jego kanonizację sprawowana przez biskupa tarnowskiego Artura Ważnego, a na koniec krótka konferencja oraz koncert. W międzyczasie ksiądz Ważny stał się biskupem mojej diecezji, a papież oficjalnie ogłosił, że już w przyszłym roku Frassati zostanie ogłoszonym świętym. Nasza radość była niemała, a jednocześnie zmieniła się intencja Mszy, która w ostateczności była po prostu o dobre przygotowanie do kanonizacji Pier Giorgia. 
Już dzień wcześniej, w ramach piekarnika (a raczej tuż po nim) udaliśmy się na Wydział Teologiczny, aby przygotować kaplicę i rozstawić wystawę dotyczącą Pier Giorgia Frassatiego. Ksiądz Krzysiu nawet się nie spodziewał, że uda mi się rozłożyć stojaki, na których rozwieszono banery przedstawiające życiorys Frassatiego. Nie przeszkodziło mi nawet to, że wszystkie z nich przewyższały mój wzrost. Wystarczyło wleźć na ławkę, odpowiednio zahaczyć podstawki pod jej nogi i wyciągnąć rurkę do góry, wcześniej odpowiednio zaczepiając o nią górę baneru. Rurka była teleskopowa, więc po drodze ładnie wszystko do siebie wchodziło. Jeszcze tylko przygotowaliśmy kaplicę i o nieprzyzwoicie późnej godzinie opuściliśmy Wydział. Dobrze, że nazajutrz miałam wolne na uczelni, przynajmniej mogłam sobie na to pozwolić.
Wszystko przygotowane do świętowania
Piątkowe świętowanie rozpoczęliśmy po południu przed Muzeum Śląskim, dawną kopalnią węgla kamiennego. Od roku na jego terenie znajduje się obelisk upamiętniający wizytę Pier Giorgia Frassatiego w tym miejscu. Ubrana w koszulę i koszulkę, tą z biegu, któremu on patronuje udałam się na wyznaczone miejsce. Prawdę powiedziawszy to jeszcze nigdy tam nie byłam i za bardzo nie wiedziałam, gdzie znajduje się ten kamień. Na szczęście dosyć szybko spotkałam się z koleżanką z piekarnika, która mnie tam podprowadziła.
Powoli zaczęli gromadzić się pozostali uczestnicy spotkania. Niektórzy  z nich przybyli aż z Kołobrzegu, tj. z drugiego końca Polski. Pozostało nam tylko czekać na księdza Krzysia, który tradycyjnie się spóźniał. Naprawdę, będę wnioskować o święto narodowe na pamiątkę dnia, w którym przybędzie gdzieś punktualnie. Co prawda czas upływał nam na rozmowach, na niebie jednak pojawiły się ołowiane chmury, które nie zwiastowały nic dobrego. Aż na głos zaczęliśmy się zastanawiać, czy niebo wytrzyma i tą część uroczystości ukończymy w suchych ubraniach, czy też wręcz przeciwnie - w mokrych.
Wreszcie i on się pojawił przybijając wszystkim zgromadzonym "piątki". Widząc moją nietypową, a zarazem tematyczną koszulkę stwierdził, że "to jest konkret". Gdybym miała tą Towarzystwa Ciemnych Typów to pewnie nią bym ubrała. Ech, te moje wolontariaty na coś się jednak przydają. Wraz z księdzem podeszliśmy pod kamień, gdzie odmówiliśmy "Pod Twoją obronę" oraz trzy razy zawołaliśmy "bum! bum! bum!" - okrzyk członków TCT, wymyślony jeszcze przez ekipę zebraną przez Pier Giorgia Frassatiego.
Grupowe zdjęcie w miejscu, które odwiedził ponad sto lat temu Pier Giorgio Frassati
Dopiero kiedy pakowaliśmy się do samochodów (ci, którzy nimi przyjechali zabrali tych, którzy byli niezmotoryzowani), z nieba zaczął kropić deszcz. A kiedy dojechaliśmy pod Wydział, lało już jak z cebra. Więc to nie był taki zły pomysł zabrać nas autami.
Teraz trzeba było zaczekać na godzinę 18:00, kiedy miała rozpocząć się Msza święta. Nie wiem ile razy przebiegłam uczelniany korytarz wzdłuż i wszerz, ale w końcu w drzwiach wejściowych na Wydział pojawił się ksiądz biskup Artur Ważny. Można powiedzieć, że mój biskup. Jeszcze tylko księża musieli się przebrać w alby i ornaty i już w uroczystej procesji, przy dźwiękach pieśni "Zwycięzca śmierci piekła i szatana", na czele z ministrantami i lektorami weszli do niewielkiej kaplicy. Biskup Ważny nie tylko odprawiał Mszę świętą, ale też wygłosił do nas kazanie. Oparł je o scenę opisaną w Ewangelii św. Jana, gdzie Zmartwychwstały Chrystus pyta trzykrotnie św. Piotra o to, czy go miłuje. Jak słusznie zauważył, powyższy dialog odbywał się przy ognisku, podobnie jak zaparcie się św. Piotra podczas pojmania Jezusa w Wielki Piątek. Chrystus chciał w ten sposób zastąpić bardzo trudne wspomnienia z Wielkiego Czwartku i Piątku i mimo zdrady, ponownie obdarzyć św. Piotra zaufaniem i zapewnić go o swojej miłości. Tych kilka chwil przy ognisku całkowicie odmieniło św. Piotra i sprawiło, że nawet wtedy, gdy przypomni sobie trudne doświadczenie zdrady, to równie szybko przypomni sobie także to, co Jezus powiedział mu już po swoim zmartwychwstaniu. Biskup zachęcał nas przy tym, byśmy zobaczyli, co Chrystus potrafi z nami zrobić - cudownie nas dotykać i przemieniać. Dostrzegł przy tym, że przy każdym pytaniu "Czy kochasz mnie" padającym w scenie nad jeziorem Galilejskim, kryje się odniesienie do konkretnej trudnej sytuacji doświadczonej przez św. Piotra. Chodzi tutaj o wydarzenia z Ogrodu Oliwnego, kiedy Jezus przed udaniem się na modlitwę poprosił apostołów, aby czuwali wraz z nim. Oni jednak zasnęli. Jak stwierdził biskup Ważny, podobne doświadczenie nosi w sobie wielu z nas - kiedy jesteśmy rozczarowani osobą, którą znamy już długi czas i kochamy, a ona nagle zaczyna zachowywać się w niezrozumiały dla nas sposób. Możemy być tym wręcz przerażeni. Ale takie było doświadczenie uczniów, widzących modlącego się Nauczyciela. Nie trwali z Nim, ale uciekli w sen. I my mamy podobnie, kiedy znajdziemy się w przerastającej nas sytuacji - pojawia się pokusa ucieczki w różne uzależnienia i używki, których zadaniem jest przeniesienie nas w świat nierzeczywisty. Druga przywołana przez niego scena dotyczyła pojmanie Pana Jezusa, kiedy to św. Piotr wyciągnął miecz i z zamachem obciął Malchosowi ucho. Wydarzenie to wyraźnie ukazuje brak miłości do bliźniego. Zupełnym przeciwieństwem jest zachowanie Jezusa, który nie tylko powstrzymuje św. Piotra, ale też uzdrawia rannego. Trzecia scena jest chyba najtrudniejsza, ponieważ przedstawia zdradę św. Piotra i jego trzykrotne wyparcie się Jezusa. Większość ludzi odwróciłaby się od takiego zdrajcy. A co robi Jezus? Jak gdyby nigdy nic się nie stało, wychodzi do Piotra ze swoją miłością, chcąc go w ten sposób podnieść oraz pokazać mu jego wartość. "To spotkanie na brzegu Jeziora Galilejskiego zmienia wszystko" - zaznaczył na koniec homilii biskup. Kogoś dziwi, że tuż po niej rozległy się rzęsiste brawa? Bo mnie nie. To było piękne i wzruszające przemówienie.
Dla mnie w czasie Mszy świętej był jeszcze jeden wzruszający moment - kiedy cała kaplica rozbrzmiała uroczystym "Te Deum" wyśpiewanym a'capella na dziękczynienie przez wszystkich zgromadzonych. Jego piękna melodia niosła się hen po uczelnianym korytarzu chcąc dotrzeć do każdej sali, do każdego zakamarka wydziału. W ten sposób członkowie Towarzystwa Ciemnych Typów oraz wychowankowie Duszpasterstwa Akademickiego "Centrum" dziękowali za stulecie istnienia tego pierwszego, za osobę Pier Giorgia Frassatiego oraz za jego przyszłoroczną kanonizację.
Po zakończonej Mszy wszyscy zgromadzili się pod wejściem do dziekanatów, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. W końcu taka okazja zdarza się raz na sto lat. Miałam to niesamowite szczęście, że udało mi się wylądować tuż u stóp księdza biskupa Ważnego.
Ostatnim oficjalnym punktem piątkowych obchodów stulecia istnienia i funkcjonowania Towarzystwa Czarnych Typów było spotkanie na wydziałowej auli, gdzie odbył się panel dyskusyjny poświęcony bł. (jeszcze!) Pier Giorgio Frassatiemu. Jego prelegentami byli bp. Artur Ważny, o. Lech Dobroczyński OFM oraz o. Tomasz Nowak OP. Każdy z nich podzielił się ze zgromadzonymi swoimi doświadczeniami związanymi z postacią Piotra Jerzego. Śmiechu było co niemiara. Ale to doskonale oddaje jego charakter - Pier zawsze był radosny. Nie wesoły, ale właśnie radosny. I taki pozostał do końca. Najważniejsze przesłanie dyskusji? Abyśmy przejrzeli nasze zdjęcia i zastanowili się, które z nich chcielibyśmy, aby stało się naszym zdjęciem beatyfikacyjnym, a które kanonizacyjnym. Tylko niech to będą "normalne" zdjęcia, pokazujące naszą osobowość, a nade wszystko - bijące z nas piękno. A także abyśmy pomyśleli nad atrybutem, który byłby naszym znakiem rozpoznawczym. Bo przecież każdy chrześcijanin powinien dążyć do tego niezwykłego stanu, w którym będzie mógł oglądać Boga twarzą w twarz. Wielu tych, co wyprzedzili nas w tej drodze pokazuje, że można to osiągnąć, wiodąc zwyczajne na pozór życie, które samo w sobie jest Ewangelią. A Piotr Jerzy Frassati jest jednym z nich.
Na zakończenie mogliśmy wysłuchać koncertu góralskiej kapeli rodziny Cudzichów, która zabrała nas za pomocą dźwięków w wędrówkę po tych europejskich krajach, w których są góry. Cudowne doznanie.
Wiecie co, jako miłośnikowi gór podobało mi się to spotkanie. Co prawda nie należę jeszcze do Towarzystwa Ciemnych Typów (co jednak może się zmienić), ale cieszę się, że było ono otwarte. Pierwsze wzruszenie ogarnęło mnie pod obeliskiem upamiętniającym wizytę Frassatiego w Katowicach, potem przepiękna Msza święta koncelebrowana z cudownym kazaniem mojego nowego biskupa. To drugie jego kazanie, jakie miałam okazję wysłuchać w przeciągu dziewięciu dni i byłam (w sumie to dalej jestem) pod ich ogromnym wrażeniem, uroczyste "Ciebie Boga wysławiamy" przy którym miałam ciarki, ciekawy panel dyskusyjny, a także uroczy koncert kapeli góralskiej - wszystko to sprawiło, że wydarzenie naprawdę było niesamowite i godne zauważenia. To nic, że poprzedniego dnia bardzo późno wróciłam do domu. To nic, że byłam zmęczona. Wrażenia wynagrodziły mi to wszystko z nawiązką.

A może tak dać się namówić Antkowi (11 lat!) i zapisać do Towarzystwa Ciemnych Typów? Jedyne stałe zobowiązanie to codzienne odmawianie "Pod Twoją obronę" w intencji jego członków. I tak jako nosiciel szkaplerza codziennie ją odmawiam, więc teraz pewnie dwa razy bym musiała. Ale to żaden problem! 

czwartek, 16 maja 2024

1934. Poznać bliżej Pier Giorgia Frassatiego - mały, osiągnięty cel

W związku ze zbliżającą się dużymi krokami uroczystością stulecia powstania Towarzystwa Ciemnych Typów, które świętować będą jego członkowie, postanowiłam nieco zgłębić swoje wiadomości na temat jego założyciela, błogosławionym Pier Giorgiu Frassatim. To nie jest tak, że postać ta jest mi zupełnie obca. Słyszałam o nim już od dawna, po Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie, kiedy Frassati był jedną z postaci, które podczas ceremonii powitania z papieżem Franciszkiem "niosły Ewangeliarz" sama zgłębiłam wiedzę na jego temat, od kilku lat staram się pomagać w organizacji Górskiego Biegu Frassatiego, na spotkaniach Duszpasterstwa też wielokrotnie była nam prezentowana jego sylwetka. A jednak czułam wewnętrzny mus dokładniejszego zapoznania się z tym żyjącym blisko sto lat temu młodzieńcem. Na szczęście okazało się, że nasza Biblioteka Śląska posiada kilka jego biografii, a na dobry początek postanowiłam wypożyczyć "Pier Giorgio Frassati - pośród nas".
Tytuł: "Pier Giorgio Frassati - pośród nas"
Autor: Robert Claude SJ
Wydawnictwo: Znak
Kraków 2016
Ilość stron: 237

Jednym z patronów Światowych Dni Młodzieży w Krakowie był włoski błogosławiony, Pier Giorgio Frassati. Szczerze powiedziawszy był mi on mniej niż bardziej znany, jednak zaintrygowana pojawieniem się go na tak dużej imprezie postanowiłam dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Na początek wystarczyły mi wiadomości z Internetu. Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia, a także różnych wydarzeń, dziejących się wokoło mnie. Tych zaś jest w ostatnim czasie coraz więcej. Dlatego postanowiłam jeszcze bardziej poszerzyć moją wiedzę na temat tej postaci, która już w przyszłym roku zostanie ogłoszona świętą. Pomogła mi w tym biografia autorstwa Roberta Claude zatytułowana "Pier Giorgio Frassati - pośród nas".
Książka zarysowuje życiorys młodego Włocha żyjącego w latach 1901 - 1925 w Turynie. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że Turyn wychowuje świętych* (oprócz Frassatiego żył w nim również św. Jan Bosko). Poprzez kolejne jej rozdziały czytelnik poznaje niezwykle krótkie, ale intensywne życie Pier Giorgia. Z jednej strony kochał górskie wędrówki, palenie fajki oraz był duszą towarzystwa, a z drugiej nie wyobrażał sobie dnia bez Mszy świętej i przystąpienia do Komunii, bez różańca, bez pomocy potrzebującemu. To aktywny członek wielu organizacji i student inżynierii górnictwa, który był jednocześnie wyczulony na ludzką krzywdę i to od najmłodszych lat. Chociaż był nierozumiany przez rodziców (co nie oznacza, że go nie kochali), to sam starał się rozumieć innych. Wszystko to sprawiało, że jego zaledwie 24 letnie życie było odzwierciedleniem Ewangelii, w którą wsłuchiwał się każdego dnia. To taki człowiek, z którym chciałoby się spotkać i zaprzyjaźnić, również w dzisiejszych czasach. 
Biografia przyszłego świętego wciągnęła mnie do tego stopnia, że zapoznawałam się z nią nawet w trakcie wyprawy na Rysiankę. Brawa tutaj dla tłumacza, który w dosyć prosty i niezawiły sposób przełożył tekst z oryginału na język polski. Całość w ciekawy sposób uzupełniona została przez zdjęcia z życia Pier Giorgia Frassatiego. Niektóre już widziałam, chociażby w Internecie, inne były dla mnie nieznane. Nie będę ukrywała, że książka "Pier Giorgio Frassati - pośród nas" nie tylko usystematyzowała i poszerzyła mój zasób wiedzy o tym zwykłym - niezwykłym chłopaku, ale też zachęciła do dalszego poznawania jego niebanalnej osoby.

* Zresztą podobnie można powiedzieć np. o Wadowicach

środa, 15 maja 2024

1933. "Polska płonie"

Kiedyś, kiedy chodziłam do gimnazjum, a może jeszcze do podstawówki, Kazik Staszewski nagrał taką oto piosenkę.
Nigdy nie byłam specjalną zwolenniczką zespołu "Kult" i specjalnie nie słucham takiej muzyki (bo po prostu nie jest w moim stylu), jednak ta nutka bardzo często leciała w radiu i tak jakoś wpadła mi w ucho. Czy jedno drugie wyklucza? Myślę że nie - można nie być fanem jakiegoś zespołu przy jednoczesnym lubieniu wybranych utworów. Też tak macie.
Po tym, co się ostatnio dzieje w naszym kraju też mam ochotę powiedzieć, że "Polska płonie". I to płonie w taki sposób, że pożary trafiają jako najważniejsze newsy na portalach informacyjnych. Tak, najpierw płonęło wysypisko śmieci w położonych nieopodal Katowic Siemianowicach Śląskich. Widok z Instytutu Pedagogiki i Psychologii na Grażyńskiego, gdzie miałam wtedy zajęcia był zacny. W zasadzie to nawet nie wiedzieliśmy, że coś takiego ma miejsce tuż obok, ponieważ okna sali wykładowej wychodziły na przeciwną stronę. Było "zachmurzone", my jednak wzięliśmy to za chmury burzowe. A żaden alert do nas nie dotarł, chociaż do przebywających w innych miejscowościach już tak. Dopiero na przerwie między zajęciami dowiedzieliśmy się, co się dzieje, chociaż wielu z nas w pierwszej chwili nie zauważyło słupa dymu za oknem. A był on doskonale widoczny aż w mojej miejscowości. I zasłonił niebo na cały dzień. Była obawa, że nie zobaczymy zorzy, na szczęście - bez podstawna.
Potem spłonęło targowisko w Warszawie. Dosyć duże targowisko, z dorobkiem życia całych rodzin. Niby powinno mi być to obojętne, ale nie jest. I naprawdę żal mi było tych wszystkich ludzi, którzy stracili dorobek całego życia. Przecież równie dobrze mógłby to być każdy z nas.
I w końcu, pożar na jednej z zajezdni autobusowych na Górnym Śląsku. Na szczęście nic poważniejszego nikomu się nie stało. Premier zapowiedział zbadanie serii tych pożarów, a ja komentuję to na swój sposób nucąc sobie pod nosem, że "Polska płonie".
U mnie też dosyć gorący czas. Praca licencjacka z pedagogiki na ukończeniu i zostały mi ostatnie szlify, pierwsze poważniejsze kolokwia przede mną (bo wejściówki to pikuś), tak samo jak podwójna sesja egzaminacyjna przede mną. Zbliżają się też pomału terminy oddawania prac zaliczeniowych, co zawsze powoduje stres i niepewność. A do tego dochodzi pomoc w organizacji wyjazdu młodzieży na spotkanie na Lednicy. Istniała obawa, że w tym roku nie pojedziemy, na szczęście ksiądz Gremlin oraz ksiądz z Siewierza powiedzieli, że jednak jedziemy. Ja jeszcze liczę na to, że ksiądz Niosący Światło też pojedzie. Rok temu się udało, niemal w ostatniej chwili, ale zawsze. Ja tam księdza Gremlina i księdza z Siewierza lubię, ale bez księdza Niosącego Światło to nie będzie to samo. Doświadczyłam tego na zeszłorocznej pielgrzymce na Jasną Górę. Ja wiem, że nie można mieć wszystkiego, ale wiem też, że on zawsze cieszył się na te spotkania młodych, wręcz żył nimi. Jedyne co nas martwi to mała ilość chętnych. Ale może jeszcze pozgłaszają się chętni. Tym bardziej, że ceny wynajmu autokaru na 1,5 dnia poszybowały w górę, a im więcej osób się zapisze, tym koszty jednostkowe będą mniejsze. A z takich bliższych uroczystości to za kilka dni będziemy świętować w Duszpasterstwie stulecie istnienia "Towarzystwa Ciemnych Typów". Nie wiem dlaczego, ale już nie mogę się tego doczekać.

poniedziałek, 13 maja 2024

1932. Wiosna Ludów 2024, czyli jak zdobywaliśmy Rysiankę

Mówi się, że do trzech razy sztuka. Trzeci raz miałam bezpośredni kontakt z osobą z wirusem HHV-5, która wywołała u niej półpasiec. Poprzednimi razy, jeszcze w dzieciństwie, udało mi się dwa razy uniknąć zarażenia, pytanie było, czy teraz będę miała równie dużo szczęścia, czy może mnie ono tym razem opuści. Dlatego ostatnie dni były dla mnie szczególnie stresujące, bynajmniej nie ze względu na nawał zajęć, a przez to brak czasu wolnego, ale przez dokładne oglądanie całego ciała w poszukiwaniu choćby najmniejszej podejrzanej kropki świadczącej, że jednak nie udało mi się uniknąć zarażenia. Nie uśmiechało mi się chorować, a na pewno nie teraz, kiedy zaczęły mi się zaliczenia na studiach, a w pracy dzieci przypomniały sobie, że lada chwila zakończy się rok szkolny i zaczęły nadrabiać to, czego nie opanowały w przeciągu ostatnich 9 miesięcy. A że same tego raczej nie opanują, to trzeba z nimi usiąść i wytłumaczyć im w miarę przystępnie to i owo. Na szczęście chyba udało mi się kolejny raz oszukać przeznaczenie. W każdym razie, według Internetu, pierwsze objawy powinny już się pojawić, tymczasem nic podejrzanego nie wypatrzyłam.
Bardzo mnie to ucieszyło nie tylko ze względu na to, że nie uśmiechało mi się chorowanie w aktualnym czasie, ale też ze względu na inne aktywności, także takie, które są związane z samorozwojem i wypoczynkiem, zwłaszcza aktywnym. Jedną z nich był rajd gwieździsty kilku Duszpasterstw Akademickich, którego finałem był szczyt Rysianka. Po górach kocham chodzić, niestety nie mam ku temu zbyt dużo okazji. Poza tym chciałam porobić kilka zdjęć i pokazać je Księdzu Niosącemu Światło, ale nie tylko. Znam kilkoro amatorów górskich szlaków, którzy niestety są w podobnej sytuacji co ja. No i zawsze można pokazać te zdjęcia dzieciakom ze świetlicy, opowiadając im o samej wyprawie. Tak sobie pomyślałam, że pokazując je zrobię innym chociaż małą przyjemność.
Ubrana w zimowo-górskie buty z samego rana wyruszyłam w drogę. Co prawda Zosia z Duszpasterstwa załatwiła mi transport (zmotoryzowani zabierali ze sobą niezmotoryzowanych), jednak i tak musiałam jakoś dostać się do Kato, co w sobotę o 4 rano nie jest takie proste. Nie jest proste, ale możliwe, chociaż wiąże się z wstaniem o nieprzyzwoitej porze (ok. 3 nad ranem). Na szczęście autobusy do stolicy województwa jeżdżą całą noc, czasami raz na godzinę, ale jednak. Na miejscu musiałam jeszcze podejść pod centrum handlowe Silesia, skąd miała zabrać mnie Małgosia. 
A Wy co robicie w sobotę o 4:58 nad ranem?
Następnie wyruszyłyśmy w drogę do Sopotni Wielkiej, skąd nasza grupa miała ruszyć na wspomniany szczyt. Trwająca ponad dwie godziny droga upłynęła nam pod znakiem rozmowy (jechała z nami jeszcze siostra Małgosi, Emilka), dzięki czemu poznałyśmy się jeszcze lepiej. Wbrew pozorom na spotkaniach nie zawsze jest ku temu okazja. Na miejscu zaparkowałyśmy na parkingu pod Delikatesami, a ponieważ przyjechałyśmy jako jedne z pierwszych, musiałyśmy zaczekać na resztę. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy na pewno nie pomyliłyśmy miejsca zbiórki, bo coś podejrzanie długo nikogo z naszych nie było. Jednak z czasem kolejne samochody członków naszej Wspólnoty, aż wreszcie podjechał samochód z księdzem Krzysiem. Trzeba mu jednak było wybaczyć spóźnienie, dzień wcześniej był w Białymstoku, a na rajd przyjechał prosto z trasy. Czas, kiedy musieliśmy na niego czekać, nie był jednak stracony - wspólnymi siłami, bo co dwie głowy to nie jedna, ułożyliśmy Modlitwę Wiernych, która potem była odczytana na wspólnej Mszy świętej już na szczycie. 
Uczestnicy rajdu skupieni w Duszpasterstwie Akademickim "Centrum"
Zanim jednak wyruszyliśmy w trasę odmówiliśmy krótką modlitwę, a ksiądz pobłogosławił wszystkich na drogę i życzył każdemu z nas, aby bezpiecznie doszedł na szczyt. Towarzyszył nam w tym wielki miłośnik górskich wypraw - błogosławiony Pier Giorgio Frassati, którego relikwie nieśliśmy ze sobą. Młody Włoch z charakterystyczną fajką, którą uwielbiał palić, "szedł" z nami również poprzez sztandar "Towarzystwa Ciemnych Typów"*, do których należy większość z nas. Dla ciekawostki, ja nawet w plecaku miałam książkę poświęconą przyszłemu świętemu. Spokojnie, nie był to opasły tom, a niewielka biografia Jurka.
Nasza trasa rozpoczynała się we wspomnianej Sopotni Wielkiej. Jest to wieś w Beskidzie Żywieckim, usytuowana za Żywcem. Najpierw wyruszyliśmy czarnym szlakiem w kierunku pierwszego szczytu, jakim jest Kotarnica (1160 m.n.p.m.), następnie niebieskim szlakiem kierowaliśmy się w kierunku Romanki (1366 m. n. p. m.), aż w końcu żółtym szlakiem doszliśmy do schroniska przy Rysiance (1322 m. n. p. m.), gdzie spotkaliśmy się z innymi grupami. 
Rysianka jest jednym ze szczytów w Grupie Lipowskiego Wierchu i Romanki w Beskidzie Żywieckim. Jest niemal w całości zalesiona, jednak znajdują się na niej dwie polany. Na północnych stokach, tuż przed szczytem, znajduje się hala Koziorka. Nieco pod wierzchołkiem, na północno - wschodnich stokach znajduje się duża widokowa hala Rysianka, a na niej schronisko PTTK na Hali Rysiance.
Według strony internetowej szlaki-turystyczne.pl trasa liczyła ok. 8,6 km. Nie jest to dużo, ale nie jest też mało, zwłaszcza dla osoby o ograniczonej sprawności, problemach z koordynacją ruchową, a nawet utrzymaniem równowagi w niektórych sytuacjach. Z drugiej strony postanowiłam chociaż spróbować i co najwyżej poddać się po drodze, niż potem przeżywać, że mogłam wreszcie wyjść w góry, a tego nie zrobiłam.
Trasa była wymagająca. Na początku, gdzieś do odmówienia drugiej dziesiątki różańca świętego po drodze, jeszcze udawało mi się dotrzymywać reszcie kroku. Na drugim odcinku nawet dobraliśmy się w pary i wzorem wypraw górskich Towarzystwa Ciemnych Typów, rozmawialiśmy o wszystkim, aby lepiej się poznać. Mnie przypadła rozmowa z najmłodszym uczestnikiem wyprawy, jedenastoletnim Antkiem, jednak była ona wyjątkowa i bardzo, bardzo dojrzała. Co do samego różańca, to ksiądz rozpoczynał go "Ojcze nasz", a potem po kolei odmawialiśmy kolejne "Zdrowaś Maryjo". Nawet mnie się dwa razy udało "wejść" do kolejki. Za pierwszym razem zrobiłam to niepewnie, dopiero po wzrokowym przyzwoleniu księdza, za drugim już zrobiłam to z automatu. Mówiłam już, że lubię sytuacje, kiedy moja inność nie stanowi problemu? Zresztą myślę, że nie tylko ja tak mam.
Pierwsza Tajemnica - Zwiastowanie Maryi Panny (mamy się nie lękać tego, co przewidział dla nas Pan Bóg). A za nami cudne widoki na Beskid Żywiecki
A tu już druga Tajemnica Radosna - Nawiedzenie świętej Elżbiety (i modlitwa o to, abyśmy z pokorą potrafili przyjąć pomoc innych)
Wytrwale idziemy dalej
Doszliśmy!
Gdzieś po odmówieniu Trzeciej Tajemnicy Radosnej zaczęłam odstawać od grupy. Może nie tyle brakowało mi sił, ile ksiądz przyspieszył tempa, aby zdążyć na zaplanowaną w południe Mszę świętą. Tym bardziej, że miał pobłogosławić zebranych relikwiami bł. Pier Giorgia Frassatiego, które niósł w swoim plecaku Artur. Sam Artur towarzyszył mi nie tylko w pokonywaniu kolejnych wzniesień i kilometrów, ale też własnych słabości. To kolejna osoba, która traktuje mnie zwyczajnie, a nie jak zło konieczne. Ja zaś cieszyłam się, że nie byłam sama, chociażby dlatego, że Artur miał wgraną w telefon mapę szlaku i co jakiś czas mówił mi, ile już przeszliśmy. Po drodze czekał też na nas inny uczestnik wyprawy, Adaś, który przejął od Artura relikwiarz z Frassatim i pobiegł w stronę szczytu. Byliśmy pewni z Arturem, że nie zdążymy na Mszę, ale dzięki Adamowi, chociaż Frassati zdążył :).
Tak naprawdę, zmęczeni ale szczęśliwi, dotarliśmy na koniec Mszy (akurat była modlitwa Ojcze nasz). Miałam dylemat, czy mogę przystąpić do Komunii świętej z powodu takiego spóźnienia, ale zobaczyłam, że Artur idzie, to i ja poszłam. W końcu nie zrobiliśmy tego umyślnie, a intencją było dotrzeć na czas. To że nam nie wyszłoęż było zwyczajnym pechem. Po drodze spojrzałam w stronę księdza Krzysia, który tylko się uśmiechnął, a więc było dobrze. Zdążyliśmy też na błogosławieństwo relikwiami Jurka. Po zakończeniu Mszy wiele osób z naszej ekipy z księdzem na czele podeszło, aby mi pogratulować wyjścia na szczyt. Następnie ksiądz zaprosił nas do schroniska na ciepłą herbatę. Pogoda nieco się nam popsuła, a na Rysiance zaczął wiać zimny wiatr, tak więc był to bardzo dobry pomysł. Szczególnie, że schronisko chroniło nas przed nieprzychylnymi zjawiskami atmosferycznymi.
Na Rysiance zaplanowana była też integracja wszystkich Duszpasterstw biorących udział w rajdzie. W ruch poszła bardzo dobrze znana wszystkim "Belgijka", a także trochę mniej znany "Skrzypek" oraz "Biegnie mały osioł". Kiedy prawie wszyscy rozgrzali się i rozruszali, usiedliśmy w kręgu. Jeden z księży wziął do ręki gitarę, no i się zaczęło. "Krajka", "Hej sokoły", "Przyjdzie rozstań czas", "Dym jałowca", "Chciałem być marynarzem", "Czarny chleb i czarna kawa", "Morskie opowieści", "Sanctus" (SDM), "Cudne manowce" (SDM), "Bieszczadzkie Anioły" (SDM)... Nie wiem, czy był ktoś, kto nie włączył się we wspólny śpiew. Wiecie, w czasach iście prehistorycznych byłam w harcerstwie, wiele z tych piosenek po prostu uczyło się na zbiórkach, więc mniej lub bardziej są mi one znajome. Ech, to jedna z tych chwil, które człowiek chciałby jak najdłużej zachować w swojej pamięci.
Msza święta środowiska Duszpasterstw Akademickich
Wspólna "Belgijka"
Takie widoki towarzyszyły nam na szczycie
I takie też
Integracja
Zdjęcie ze szczytu musi być!
Myślę, że każdy z nas chciałby jak najdłużej się bawić w tak wspaniałym towarzystwie i w tak wspaniałej atmosferze, ale szef zdecydował, że pora już schodzić na dół do samochodów. Pożegnawszy się z nowopoznanymi ludźmi zaczęliśmy naszą drogę powrotną. Z zapartym tchem podziwialiśmy przecudne widoki, jakie zaserwowała nam sama natura. Założę się, nie, jestem tego niemal pewna, że piękniejszych nie zaserwuje nam żadna gra komputerowa, żaden serial anime. To trzeba zobaczyć na własne oczy, nawet kosztem włożonego w to wysiłku. Nie wiem czy inni tak mają, ale ja po dotarciu na szczyt i ogarnięciu wzrokiem tego, co przede mną się roztacza jeszcze bardziej czuję piękno Bożego zamysłu stworzenia świata. Czuję majestat tego, co dostaliśmy niemal za darmo, na wyciągnięcie ręki. W ogóle w górach czuję się bliżej Boga, ale też czuję Jego dyskretną opiekę. Bo jak głosi pewna piosenka "Mam w kieszeni swój różaniec (...) I z różańcem tak wędruję, jakbym trzymał się za rękę, Pana Boga, co wsłuchuje się w modlitwę, jak w piosenkę".
Ale też tak sobie myślę, że Boża opieka przejawia się w konkretnych osobach stawianych na mojej krętej i wyboistej drodze. Również podczas zejścia towarzyszył mi Artur służąc pomocą tam, gdzie jakieś zejście okazywało się zbyt trudne. Tym razem towarzyszyli nam też Marek i Patrycja, którzy bez namysłu służyli mi swoją pomocą. Kilka razy uniknęłam dzięki nim upadku, a jeżeli ma się problemy z koordynacją ruchów oraz utrzymaniem równowagi, to wcale nie jest to takie trudne. Chociaż i tak raz jeden niestety się wywróciłam - ujechała mi noga wraz z kamieniami, no i upadek był nieunikniony. Ale spokojnie, nic wielkiego mi się nie stało. 
Takie widoki pożegnały nas podczas schodzenia ze szczytu
Ostatnia Tajemnica Radosna - odnalezienie Pana Jezusa w świątyni i nawiązanie do nawiązywania różnych relacji międzyludzkich
Schodziliśmy trochę inną trasą, bardziej kamienistą, ale i zadrzewioną. Mijaliśmy nawet kilka razy strumień. Zaś końcowy odcinek szliśmy asfaltem. I na tym asfalcie złapał nas deszcz, a raczej istne oberwanie chmury. Skończyło się tym, że ksiądz z fotografem przyspieszyli kroku po to, aby podjechać po nas samochodami i podwieźć nas na parking. Tam przesiadłam się do Gosi, która była tak miła, że odwiozła mnie do samego domu.
To był naprawdę wspaniale spędzony czas. Co prawda musiałam poprzesuwać sobotnie korepetycje na niedzielę (nie we wszystkich przypadkach było to możliwe), ale było warto. Jeszcze bardziej zintegrowałam się z grupą i poznałam jeszcze bardziej jej członków, i mam nadzieję, że oni mnie też. Cieszę się też ze "zdobycia" Rysianki, bo nie wiem, czy normalnie byłabym w stanie to zrobić. A tak, wspólnymi siłami jakoś mi się to udało. A raczej nam się udało, bo wszyscy doszli! Mam nadzieję, że to nie jest moja ostatnia tego typu wyprawa. Tylko muszę jakoś nabrać formy, żeby nie był słabeuszem. Chociaż podobno prawdziwa moc doskonali się w naszych słabościach.

* O co chodzi napiszę niebawem