Był maj 1924 roku, kiedy na równinie Pian Della Mussa we Włoszech błogosławiony Pier Giorgio Frassati wraz z Marco Beltramo postanowili założyć Towarzystwo Ciemnych Typów (Societa dei Tipi Loschi). Obydwoje kończyli studia i byli u progu dorosłego, samodzielnego życia. Złączyli się wtedy w grupie, która była oparta na trwałym fundamencie, czyli najbliższych przyjaciołach.
 |
| Towarzystwo Ciemnych Typów - czwarty od lewej Pier Giorgio Frassati (źródło zdjęcia) |
Po wielu latach siostra Pier Giorgia Frassatiego, Luciana, wspominała że "pod wątłą strukturą Towarzystwa i jego żartobliwym statutem kryły się wyższe cele... było to prawdziwe stowarzyszenie modlitwy". Pierwsze Ciemne Typy jeździły razem w góry, świadczyły pomoc biednym oraz wspierały się wzajemnie w przeżywaniu codzienności, a ich dewizą było "Mało nas, ale dobrych jak makaron".
Pier Giorgio Frassati był pierwszym członkiem Towarzystwa, który odszedł do wieczności. Jednak jego pomysł na zintegrowanie osób, a przy okazji zrobieniem czegoś dobrego nie tylko przetrwał sto lat, ale i wyszedł poza granice Włoch. W pewnym momencie dotarł do Polski, a jego kapelanem został jeden z największych fanów Pier Giorgia Frassatiego, jakiego znam - ksiądz Krzysztof z Duszpasterstwa Akademickiego, do którego należę. Polskie Towarzystwo Ciemnych Typów skupia w sobie miłośników górskich wędrówek od morza do Tatr, którzy chcą zdobywać górskie szczyty w duchu błogosławionego Pieg Giorgia Frassatiego. Ale nie tylko. Ciekawostką może być na przykład to, że przedstawiciele polskiego Towarzystwa Ciemnych Typów nieśli w procesji z darami obraz z podobizną założyciela podczas Mszy Świętej otwierającej Światowe Dni Młodzieży w Krakowie.
Jakby nie liczyć, w tym roku przypada setna rocznica istnienia Towarzystwa Ciemnych Typów. Z tej okazji zaplanowaliśmy wspólne świętowanie członków Duszpasterstwa oraz Towarzystwa u nas, w katowickim "Centrum". Jako dzień wybrano wigilię dnia, w którym zostało ono założone, czyli 17 maja. Program może nie był bogaty, ale konkretny: najpierw spotkanie pod muzeum śląskim w Katowicach, gdzie znajduje się pomnik upamiętniający wizytę Pier Giorgia Frassatiego w znajdującej się na tym miejscu kopalni, następnie Msza święta o jego kanonizację sprawowana przez biskupa tarnowskiego Artura Ważnego, a na koniec krótka konferencja oraz koncert. W międzyczasie ksiądz Ważny stał się biskupem mojej diecezji, a papież oficjalnie ogłosił, że już w przyszłym roku Frassati zostanie ogłoszonym świętym. Nasza radość była niemała, a jednocześnie zmieniła się intencja Mszy, która w ostateczności była po prostu o dobre przygotowanie do kanonizacji Pier Giorgia.

Już dzień wcześniej, w ramach piekarnika (a raczej tuż po nim) udaliśmy się na Wydział Teologiczny, aby przygotować kaplicę i rozstawić wystawę dotyczącą Pier Giorgia Frassatiego. Ksiądz Krzysiu nawet się nie spodziewał, że uda mi się rozłożyć stojaki, na których rozwieszono banery przedstawiające życiorys Frassatiego. Nie przeszkodziło mi nawet to, że wszystkie z nich przewyższały mój wzrost. Wystarczyło wleźć na ławkę, odpowiednio zahaczyć podstawki pod jej nogi i wyciągnąć rurkę do góry, wcześniej odpowiednio zaczepiając o nią górę baneru. Rurka była teleskopowa, więc po drodze ładnie wszystko do siebie wchodziło. Jeszcze tylko przygotowaliśmy kaplicę i o nieprzyzwoicie późnej godzinie opuściliśmy Wydział. Dobrze, że nazajutrz miałam wolne na uczelni, przynajmniej mogłam sobie na to pozwolić.
 |
| Wszystko przygotowane do świętowania |
Piątkowe świętowanie rozpoczęliśmy po południu przed Muzeum Śląskim, dawną kopalnią węgla kamiennego. Od roku na jego terenie znajduje się obelisk upamiętniający wizytę Pier Giorgia Frassatiego w tym miejscu. Ubrana w koszulę i koszulkę, tą z biegu, któremu on patronuje udałam się na wyznaczone miejsce. Prawdę powiedziawszy to jeszcze nigdy tam nie byłam i za bardzo nie wiedziałam, gdzie znajduje się ten kamień. Na szczęście dosyć szybko spotkałam się z koleżanką z piekarnika, która mnie tam podprowadziła.
Powoli zaczęli gromadzić się pozostali uczestnicy spotkania. Niektórzy z nich przybyli aż z Kołobrzegu, tj. z drugiego końca Polski. Pozostało nam tylko czekać na księdza Krzysia, który tradycyjnie się spóźniał. Naprawdę, będę wnioskować o święto narodowe na pamiątkę dnia, w którym przybędzie gdzieś punktualnie. Co prawda czas upływał nam na rozmowach, na niebie jednak pojawiły się ołowiane chmury, które nie zwiastowały nic dobrego. Aż na głos zaczęliśmy się zastanawiać, czy niebo wytrzyma i tą część uroczystości ukończymy w suchych ubraniach, czy też wręcz przeciwnie - w mokrych.
Wreszcie i on się pojawił przybijając wszystkim zgromadzonym "piątki". Widząc moją nietypową, a zarazem tematyczną koszulkę stwierdził, że "to jest konkret". Gdybym miała tą Towarzystwa Ciemnych Typów to pewnie nią bym ubrała. Ech, te moje wolontariaty na coś się jednak przydają. Wraz z księdzem podeszliśmy pod kamień, gdzie odmówiliśmy "Pod Twoją obronę" oraz trzy razy zawołaliśmy "bum! bum! bum!" - okrzyk członków TCT, wymyślony jeszcze przez ekipę zebraną przez Pier Giorgia Frassatiego.
 |
| Grupowe zdjęcie w miejscu, które odwiedził ponad sto lat temu Pier Giorgio Frassati |
Dopiero kiedy pakowaliśmy się do samochodów (ci, którzy nimi przyjechali zabrali tych, którzy byli niezmotoryzowani), z nieba zaczął kropić deszcz. A kiedy dojechaliśmy pod Wydział, lało już jak z cebra. Więc to nie był taki zły pomysł zabrać nas autami.
Teraz trzeba było zaczekać na godzinę 18:00, kiedy miała rozpocząć się Msza święta. Nie wiem ile razy przebiegłam uczelniany korytarz wzdłuż i wszerz, ale w końcu w drzwiach wejściowych na Wydział pojawił się ksiądz biskup Artur Ważny. Można powiedzieć, że mój biskup. Jeszcze tylko księża musieli się przebrać w alby i ornaty i już w uroczystej procesji, przy dźwiękach pieśni "Zwycięzca śmierci piekła i szatana", na czele z ministrantami i lektorami weszli do niewielkiej kaplicy. Biskup Ważny nie tylko odprawiał Mszę świętą, ale też wygłosił do nas kazanie. Oparł je o scenę opisaną w Ewangelii św. Jana, gdzie Zmartwychwstały Chrystus pyta trzykrotnie św. Piotra o to, czy go miłuje. Jak słusznie zauważył, powyższy dialog odbywał się przy ognisku, podobnie jak zaparcie się św. Piotra podczas pojmania Jezusa w Wielki Piątek. Chrystus chciał w ten sposób zastąpić bardzo trudne wspomnienia z Wielkiego Czwartku i Piątku i mimo zdrady, ponownie obdarzyć św. Piotra zaufaniem i zapewnić go o swojej miłości. Tych kilka chwil przy ognisku całkowicie odmieniło św. Piotra i sprawiło, że nawet wtedy, gdy przypomni sobie trudne doświadczenie zdrady, to równie szybko przypomni sobie także to, co Jezus powiedział mu już po swoim zmartwychwstaniu. Biskup zachęcał nas przy tym, byśmy zobaczyli, co Chrystus potrafi z nami zrobić - cudownie nas dotykać i przemieniać. Dostrzegł przy tym, że przy każdym pytaniu "Czy kochasz mnie" padającym w scenie nad jeziorem Galilejskim, kryje się odniesienie do konkretnej trudnej sytuacji doświadczonej przez św. Piotra. Chodzi tutaj o wydarzenia z Ogrodu Oliwnego, kiedy Jezus przed udaniem się na modlitwę poprosił apostołów, aby czuwali wraz z nim. Oni jednak zasnęli. Jak stwierdził biskup Ważny, podobne doświadczenie nosi w sobie wielu z nas - kiedy jesteśmy rozczarowani osobą, którą znamy już długi czas i kochamy, a ona nagle zaczyna zachowywać się w niezrozumiały dla nas sposób. Możemy być tym wręcz przerażeni. Ale takie było doświadczenie uczniów, widzących modlącego się Nauczyciela. Nie trwali z Nim, ale uciekli w sen. I my mamy podobnie, kiedy znajdziemy się w przerastającej nas sytuacji - pojawia się pokusa ucieczki w różne uzależnienia i używki, których zadaniem jest przeniesienie nas w świat nierzeczywisty. Druga przywołana przez niego scena dotyczyła pojmanie Pana Jezusa, kiedy to św. Piotr wyciągnął miecz i z zamachem obciął Malchosowi ucho. Wydarzenie to wyraźnie ukazuje brak miłości do bliźniego. Zupełnym przeciwieństwem jest zachowanie Jezusa, który nie tylko powstrzymuje św. Piotra, ale też uzdrawia rannego. Trzecia scena jest chyba najtrudniejsza, ponieważ przedstawia zdradę św. Piotra i jego trzykrotne wyparcie się Jezusa. Większość ludzi odwróciłaby się od takiego zdrajcy. A co robi Jezus? Jak gdyby nigdy nic się nie stało, wychodzi do Piotra ze swoją miłością, chcąc go w ten sposób podnieść oraz pokazać mu jego wartość. "To spotkanie na brzegu Jeziora Galilejskiego zmienia wszystko" - zaznaczył na koniec homilii biskup. Kogoś dziwi, że tuż po niej rozległy się rzęsiste brawa? Bo mnie nie. To było piękne i wzruszające przemówienie.

Dla mnie w czasie Mszy świętej był jeszcze jeden wzruszający moment - kiedy cała kaplica rozbrzmiała uroczystym "Te Deum" wyśpiewanym a'capella na dziękczynienie przez wszystkich zgromadzonych. Jego piękna melodia niosła się hen po uczelnianym korytarzu chcąc dotrzeć do każdej sali, do każdego zakamarka wydziału. W ten sposób członkowie Towarzystwa Ciemnych Typów oraz wychowankowie Duszpasterstwa Akademickiego "Centrum" dziękowali za stulecie istnienia tego pierwszego, za osobę Pier Giorgia Frassatiego oraz za jego przyszłoroczną kanonizację.
Po zakończonej Mszy wszyscy zgromadzili się pod wejściem do dziekanatów, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. W końcu taka okazja zdarza się raz na sto lat. Miałam to niesamowite szczęście, że udało mi się wylądować tuż u stóp księdza biskupa Ważnego.

Ostatnim oficjalnym punktem piątkowych obchodów stulecia istnienia i funkcjonowania Towarzystwa Czarnych Typów było spotkanie na wydziałowej auli, gdzie odbył się panel dyskusyjny poświęcony bł. (jeszcze!) Pier Giorgio Frassatiemu. Jego prelegentami byli bp. Artur Ważny, o. Lech Dobroczyński OFM oraz o. Tomasz Nowak OP. Każdy z nich podzielił się ze zgromadzonymi swoimi doświadczeniami związanymi z postacią Piotra Jerzego. Śmiechu było co niemiara. Ale to doskonale oddaje jego charakter - Pier zawsze był radosny. Nie wesoły, ale właśnie radosny. I taki pozostał do końca. Najważniejsze przesłanie dyskusji? Abyśmy przejrzeli nasze zdjęcia i zastanowili się, które z nich chcielibyśmy, aby stało się naszym zdjęciem beatyfikacyjnym, a które kanonizacyjnym. Tylko niech to będą "normalne" zdjęcia, pokazujące naszą osobowość, a nade wszystko - bijące z nas piękno. A także abyśmy pomyśleli nad atrybutem, który byłby naszym znakiem rozpoznawczym. Bo przecież każdy chrześcijanin powinien dążyć do tego niezwykłego stanu, w którym będzie mógł oglądać Boga twarzą w twarz. Wielu tych, co wyprzedzili nas w tej drodze pokazuje, że można to osiągnąć, wiodąc zwyczajne na pozór życie, które samo w sobie jest Ewangelią. A Piotr Jerzy Frassati jest jednym z nich.

Na zakończenie mogliśmy wysłuchać koncertu góralskiej kapeli rodziny Cudzichów, która zabrała nas za pomocą dźwięków w wędrówkę po tych europejskich krajach, w których są góry. Cudowne doznanie.

Wiecie co, jako miłośnikowi gór podobało mi się to spotkanie. Co prawda nie należę jeszcze do Towarzystwa Ciemnych Typów (co jednak może się zmienić), ale cieszę się, że było ono otwarte. Pierwsze wzruszenie ogarnęło mnie pod obeliskiem upamiętniającym wizytę Frassatiego w Katowicach, potem przepiękna Msza święta koncelebrowana z cudownym kazaniem mojego nowego biskupa. To drugie jego kazanie, jakie miałam okazję wysłuchać w przeciągu dziewięciu dni i byłam (w sumie to dalej jestem) pod ich ogromnym wrażeniem, uroczyste "Ciebie Boga wysławiamy" przy którym miałam ciarki, ciekawy panel dyskusyjny, a także uroczy koncert kapeli góralskiej - wszystko to sprawiło, że wydarzenie naprawdę było niesamowite i godne zauważenia. To nic, że poprzedniego dnia bardzo późno wróciłam do domu. To nic, że byłam zmęczona. Wrażenia wynagrodziły mi to wszystko z nawiązką.
A może tak dać się namówić Antkowi (11 lat!) i zapisać do Towarzystwa Ciemnych Typów? Jedyne stałe zobowiązanie to codzienne odmawianie "Pod Twoją obronę" w intencji jego członków. I tak jako nosiciel szkaplerza codziennie ją odmawiam, więc teraz pewnie dwa razy bym musiała. Ale to żaden problem!