Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 30 marca 2022

1419. "Niebo spada nam na głowę nie po to, by się nami zabawić, lecz by nas podziwiać, kiedy się podniesiemy", A. Masłowska, "Odprowadzam ciszę"

Jeden to dyplom + suplement licencjata turystyki religijnej, a drugi to dyplom + suplement magistra pracy socjalnej
Czasami pewne rzeczy docierają do nas dopiero wtedy, kiedy otrzymamy ich namacalny dowód. Niektórzy ludzie swój ateizm, czy też bycie agnostykiem, tłumaczą tym, że uwierzą w Boga, kiedy ten da im znak, że faktycznie istnieje. Inni nie wierzą w cuda nawet wtedy, kiedy lekarze orzekają, że dana osoba wyzdrowiała w niewytłumaczalny dla nauki sposób. Podejrzewam, że ile ludzi, tyle rodzajów niedowierzania czemuś. Dla mnie takim powodem niedowierzania dopóty dopóki nie otrzymam namacalnego dowodu był tytuł naukowy - licencjata z turystyki religijnej oraz magistra z pracy socjalnej. Już sama droga do ich zdobycia była kręta i wyboista. A może takie było moje przeznaczenie?
Studia licencjackie z turystyki religijnej na bieżąco opisywałam na blogu. Raz szło lepiej, raz gorzej, ale zawsze parłam do przodu. I nagle, kiedy byłam na ostatnim semestrze, zaczęło coś się psuć. Kilka okoliczności sprawiło, że podłamałam się na tyle, że straciłam wiarę w siebie. I to tak bardzo, że nie odważyłam się iść na egzamin z języka niemieckiego, chociaż prowadząca go germanistka była z tych, co to rozumieli(a przynajmniej starali się zrozumieć, a to już sporo) co tam szprecham. Wiedziałam też, że przed wakacjami nie oddam mojej pracy dyplomowej. No i pozostawała kwestia nieszczęsnych praktyk, których nie miałam gdzie zrobić. A żadnego wsparcia z uczelni, jak reszta mojej grupy, nie dostałam. Czyli radź sobie człowieku sam! Niestety, przez te 3 miesiące nie udało mi się namówić żadnego pracodawcy na 120 godzin praktyk. Zastanawiałam się, dlaczego tak wielu osobom udało się odliczyć wolontariat na ŚDMie w Krakowie na ich poczet, skoro opiekunka była tak niechętna w tym względzie wobec mnie(znaczy się wszystko działało na zasadzie nie bo nie, bez podania konkretnego powodu). Ale za to napisałam całą pracę dyplomową. I jako tako nauczyłam się na niemiecki. No, ale do egzaminu znowu nie podeszłam wiedząc, że przez praktyki nie dopuszczą mnie do egzaminu dyplomowego. Potem jeszcze próbowałam w następnym roku zaliczyć te studia, ale, o ile zdałam niemiecki, o tyle znowu nie dostałam się na żadne praktyki...
Z turystyką religijną dałam sobie spokój, ale tak jakoś ciągnęło mnie do wiedzy. Jeszcze raz przejrzałam ofertę UPJPII i zaczęłam się zastanawiać nad magisterką z pracy socjalnej albo nauk o rodzinie. Postanowiłam spróbować, chociaż dyplom licencjacki miałam w zupełnie innej dziedzinie. Ku mojemu zaskoczeniu, udało się. Zanosząc papiery do sekretariatu z jednej strony byłam pełna obaw, a z drugiej - nadziei. I wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z panią Mary Poppins. Nasze pierwsze spotkanie obyło się bez fajerwerków, ot, wzięła ode mnie papiery i poinformowała o najważniejszych rzeczach. 
Potem było pierwsze spotkanie z grupą na "Zarządzaniu w pomocy społecznej". Pozytywnie mnie ono zaskoczyło, ponieważ od pierwszych chwil zaakceptowali mnie taką, jaka jestem. Powoli zdobywałam tajniki mojego przyszłego zawodu zawiązując więzi nie tylko z innymi członkami grupy, ale i z panią Poppins. Nie zawsze było łatwo, bo wykładowcy byli bardzo wymagający, ale dawałam radę. Najbardziej szaloną rzeczą był mój wylot na ŚDM w Panamie i nieobecność z tego powodu podczas sesji egzaminacyjnej, na szczęście dzięki przychylności dyrektora kierunku, została mi ona przeniesiona na sesję poprawkową z zachowaniem pierwszego terminu. To wtedy, po jednym z egzaminów, wypatrzył mnie i podszedł promotor z turystyki religijnej z propozycją reaktywacji studiów w celu zaliczenia brakujących przedmiotów oraz obronienia pracy. Nawet napisałam podanie, no ale termin jego złożenia minął jakiś czas temu. Złożyłam więc podanie we wrześniu, jednak już na wstępie poinformowano mnie, że w obecnym roku nie ma trzeciego rocznika turystyki religijnej i żebym złożyła to podanie przed semestrem letnim przyszłego roku. No dobra, jak nie ma to nie będę dyskutować. 
Tymczasem został mi ostatni rok pracy socjalnej i jeszcze studia z pedagogiki. Jakoś to godziłam, głównie dzięki wyrozumiałości wykładowców i w miarę systematycznej nauce, co też nie było takie całkiem proste, jeżeli prześledzić moje wpisy z 2019 i 2020 roku. Jednak żadnej poprawki nie miałam, co uważam za mały sukces. Jedynie wnioskowałam o wydłużenie sesji ze względu na praktyki studenckie.
Przyszedł marzec 2020 roku i pandemia. W ogóle cieszę się, że skończyłam owe praktyki w piątek przed ogłoszeniem zawieszenia zajęć na uczelniach, bo mogłoby być ciekawie. Jak wiemy, w środę 11 marca ogłosili kwarantannę narodową. Jeszcze rano, kiedy mijaliśmy na schodach rektora, zapytaliśmy się go, czy odwoła zajęcia z powodu rozszerzania się wirusa. "Nie dajmy się zwariować" - padło w odpowiedzi. Natomiast podczas zajęć koleżanka chciała coś sprawdzić na internecie. To wtedy dowiedzieliśmy się, że jest odgórne zarządzenie o zawieszeniu działalności większości instytucji. Najpierw na dwa tygodnie, potem do świąt, a potem na jeszcze dłuższy czas. Zdążyłam jeszcze zostawić w sekretariacie nauk o rodzinie obydwie karty Indywidualnej Organizacji Studiów z prośbą, aby jedną z nich przekazali pani Poppins jak już wróci z L4.
Kiedy żegnaliśmy się tego dnia na zajęciach, nikt z nas nie wiedział, że widzimy się ostatni raz na żywo. My naprawdę chcieliśmy wierzyć, że to tylko na jakiś czas, że obronimy się już w normalnym trybie. Byłam jednak szczęśliwa, że przed zakończeniem trzeciego semestru oddałam promotorowi całą teoretyczną część pracy, bo wszystkie biblioteki były pozamykane, a jakoś nie lubię korzystać z pdf-u(zresztą nie wszystkie książki są w pdf-ie). Kosztowało mnie to wiele nieprzespanych nocy, ale przynajmniej miałam z tym spokój).
Z mniejszymi lub większymi niedogodnościami kontynuowaliśmy naszą edukację w trybie on-line (pomijając, że przez jakieś 3 tygodnie nie mogłam się zalogować na Teamsa to można było jakoś to przeżyć). Myślałam, że będzie to łatwiej będzie w ten sposób ogarnąć dwa kierunki studiów. Niestety, na pedagogice miałam osobę, która wszystko układała pod siebie nie pytając się innych o zdanie. Ja rozumiem, doktor nauk teologicznych, więc była dwa poziomy wyżej od nas, licencjacików, ale czy to ją usprawiedliwia? Zwłaszcza, że panie z sekretariatu pracy socjalnej i (jeszcze*) nauk o rodzinie wiedząc że studiuję na dwóch kierunkach(oraz że dojeżdżam z D.G.), dwoiły się i troiły, aby tak ułożyć te dwa plany, żebym jak opuszczała jak najmniej zajęć(a na te opuszczone "wzięłam" IOSa, co zazwyczaj oznaczało, że mogłam mieć 50% nieobecności). Denerwowało mnie więc, kiedy dzwoniła owa osoba do mnie po przeniesieniu zajęć, że zaczynają się one np. za 15 minut, zwłaszcza kiedy w tym samym czasie miałam coś na pracy socjalnej. Co ciekawe, w drugą stronę to nie działało, no ale rozumiem, doktorzy mogą więcej...
Jednak najważniejszą w tamtym czasie dla mnie rzeczą było ukończenie pisania pracy magisterskiej. Tak jak wspominałam - przed pandemią udało mi się napisać dwa pierwsze rozdziały(jeszcze jeden dowód na to, że nie warto wszystkiego odkładać na potem). Zostały mi już tylko wywiady. Na szczęście mogłam je zrobić on-line. A potem już tylko zostało mi pisanie, pisanie i jeszcze raz pisanie. No, może przesadziłam z tym "tylko", bo jeszcze działy się inne rzeczy, na przykład uczelniany certyfikowany kurs mediacji. Najpierw miał być on stacjonarnie, jednak siłą rzeczy przeniósł się na łany internetu.
Powoli jednak nadchodził dzień obrony. Trzeba było pozaliczać wszystkie przedmioty, w tym zdać egzamin z podstaw prawa administracyjnego w zerowym terminie(ogólnie termin egzaminu wypadał w dniu obron i babce za nic nie dało się przemówić, że wtedy to część z nas ma zamiar zostać magistrami... są ludzie i ludziska). A także przesłać promotorowi ostateczną wersję pracy dyplomowej. Po zatwierdzeniu można było zrobić opłaty, wydrukować całość wraz z setką mniej lub bardziej ważnych oświadczeń i zawieźć wszystko na uczelnię.
Jeszcze nigdy nie widziałam tak wyludnionego Krakowa. Niewiele osób spacerowało po rynku i plantach, gdzieś ucichł ten wszechobecny gwar. Mury uczelniane zionęły pustką. Człowiek czuł się w nich naprawdę malutki. Uśmiech pani Poppins zniknął gdzieś pod błękitną maseczką. Sama przyznała, że dziwnie jej się pracuje, bez tego charakterystycznego gwaru za drzwiami. A jeszcze dziwniej, kiedy pracuje z domu. Nie dziwiłam jej się - w końcu sama też odczuwałam tą narzuconą izolację.
Obronę mieliśmy 25 czerwca 2020 roku. Zdalną. Jeszcze poprzedniego dnia mieliśmy wirtualne spotkanie organizacyjne z dyrektorem kierunku, która jeszcze raz wyjaśniła nam co i jak. Kazała nam przede wszystkim wypocząć i nie stresować się zbytnio - podobno jeszcze nikt nie oblał egzaminu dyplomowego u nich. "No to będziemy pierwsi" - napisał ktoś na konwersacji grupowej. Trudno też było się nie stresować, kiedy coraz bardziej zbliżał się moment obrony. Zostałam "zaproszona" do pokoju, kliknęłam w informację i nagle... Teams odmówił współpracy. Musiało być z fajerwerkami, inaczej było by nudno. Mija minuta, półtorej - nic. Druga minuta - telefon. Sekretariat pracy socjalnej... Odbieram, tłumaczę co i jak, pani Poppins zamiast mnie dobić - uspokaja mnie telefonicznie. Czeski film. Na szczęście komputer namyślił się i podjął ze mną współpracę. Obrona trwała może z 7 minut. Nawet nie pamiętam o co mnie pytali. Pamiętam tylko tyle, że recenzent sam sobie odpowiedział na zadane mi pytanie. Nie to, że nie wiedziałam co powiedzieć, po prostu potrzebowałam chwili przerwy. No ale coś tam zdążyłam powiedzieć, więc mi to zaliczyli. Potem gratulacje, kilka miłych słów na koniec i tyle. Po obronie. 
We wrześniu zaniosłam podanie o reaktywację studiów z turystyki religijnej. Zostało ono pozytywnie rozpatrzone. Ponownie zaczęła się szopka z szukaniem miejsca praktyk, co było jeszcze bardziej absurdalne w czasach pandemii. Jeszcze próbowałam negocjować z opiekunem praktyk, bo np. na pracy socjalnej na ostatnim semestrze zamiast praktyk zawodowych musieliśmy napisać ogromny projekt. No, ale znowu był głuchy na wszystko... W końcu sięgnęłam po ostateczność, czyli "praktyki po znajomości". Nie jestem zwolennikiem takich praktyk, ale innego wyjścia nie było. Na szczęście prezes klubu sportowego w którym trenuję ma kuzynkę, która prowadzi biuro turystyczne i zgodziła się mnie przyjąć. Skończyłam je w ostatnim tygodniu września. Ciut za późno, żeby się bronić, dlatego napisałam jeszcze jedno podanie, tym razem o powtarzanie przedmiotu. To po trochu było absurdalne, bo opiekunka praktyk na czas wpisała mi to nieszczęsne zaliczenie, ale już machnęłam na to ręką. 
Wreszcie otrzymałam maila z informacją o terminie obrony. 23 lutego, ostatniego dnia przed szaleństwem z wojną i uchodźcami, wstawiłam się na uczelni pod wyznaczoną salą. Znowu był stres, tym bardziej że w przypadku turystyki religijnej oprócz obrony samej pracy, trzeba było odpowiedzieć na trzy tezy(wcześniej podano nam do wiadomości kilkanaście tematów do opracowania). Nigdy nie było wiadomo, na jakie się trafi, a niektóre były naprawdę skomplikowane. Na szczęście trafiłam na takie w miarę znośne. Jedno było o Kalwarii Zebrzydowskiej, drugie o Centrum Jana Pawła II w Krakowie, a trzecie o Jerozolimie w odniesieniu do religii chrześcijańskiej, judaizmu i islamu. A więc luzik, chociaż i tutaj mogłam na czymś polec. Dlatego żadnej z odpowiedzi w 100% nie byłam pewna. Odnośnie pracy to padło pytanie co do celów i funkcji Szlaków Papieskich oraz który obiekt uważam na ich trasie(w odniesieniu do Szlaków Papieskich w Gorcach i Beskidzie Wyspowym) za najbardziej ciekawy. A tak "poza konkursem" to jeszcze zapytano mnie, czy osobiście tam byłam. No, jeszcze nie byłam, ale zawsze można to nadrobić. Tytuł obroniłam, co prawda nigdy bym sobie nie postawiła 5 za to, co powiedziałam(4, najwyżej 4,5), ale to nie ja siebie oceniam.
Dzień obrony licencjatu był w miarę pogodny. Nie było czasu na więcej zdjęć - musiałam wracać do K-c na zajęcia
Nazajutrz przyszła informacja o wybuchu wojny na Ukrainie i mój mały sukces musiał ustąpić miejsca innym sprawom. A właśnie wtedy, dzień po obronie, miałam o niej napisać. No, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Zresztą, kto by w obliczu takiej informacji zwrócił na nią uwagę...
W poniedziałek wysłałam do dziekanatu Wydziału Teologicznego meila z pytaniem, kiedy mogę odebrać dyplom z suplementem. Okazało się, że już jest to możliwe. Jeszcze tylko szybki meil do pani Poppins z pytaniem, czy mogę w środę do niej podejść po papiery i po otrzymaniu potwierdzenia zaplanowałam w ten dzień wyjazd do Krakowa. Na naukach o rodzinie odwołali nam tego dnia zajęcia, na pedagogice miałam tylko trzy wykłady. A szczerze powiedziawszy chciałam to już mieć za sobą.
Po przyjeździe do Krakowa swoje pierwsze kroki skierowałam do dziekanatu Wydziału Teologicznego, w celu odebrania dyplomu licencjata. Na miejscu okazało się, że dyplom i suplement owszem są do odebrania, ale piętro niżej. Ale i tak musiałam odebrać z dziekanatu papiery takie jak oryginał  świadectwa ukończenia szkoły średniej czy też odpis świadectwa dojrzałości. Na odchodnym usłyszałam życzenia wszelkiej pomyślności. Następnie przeszłam do sekretariatu Instytutu Pracy Socjalnej na ulicy Bernardyńskiej. Tam zabawiłam ciut dłużej, ale wiecie, musiałam się nagadać z panią Poppins. Jednak i tutaj nastał czas pożegnania. Oczywiście na koniec przeprosiłam ją, jeżeli kiedykolwiek miała ze mną problem, czy też jakoś ją uraziłam. W zasadzie miło było usłyszeć, że ona to by sobie życzyła samych takich studentów jak ja.
Tym sposobem odebrałam dwa dyplomy ukończenia studiów licencjackich i magisterskich za jednym razem. Tak naprawdę dopiero wtedy do mnie dotarło, że pomimo wszelkich przeciwności losu i zawirowań udało się. Dobiegłam do mety, może nie jako pierwsza, a na mojej drodze było pełno płotków i nierówności, które musiałam przeskoczyć, czasami potrzebowałam też chwili odpoczynku,  a nawet przyjaznej dłoni innej osoby, ale zaraz mobilizowałam się i biegłam dalej dążąc do obranego sobie celu. 
Nigdy też nie obrałam sobie, aby za wszelką cenę być najlepszym. Co nie oznacza, że miałam same trójki na koniec. Zdarzały się, owszem, tak samo jak czwórki, a nawet piątki(chociaż na pracy socjalnej moją najgorszą oceną była czwórka). Bardziej stawiałam na systematyczną pracę, samokształcenie, stawianie sobie pytań związanych z danym zagadnieniem i poszukiwanie na nie odpowiedzi w różnych źródłach, stawianie pytań wykładowcom oraz aktywność na zajęciach. Od ocen bardziej liczyła się dla mnie praktyczna wiedza, którą można przełożyć na praktykę. Zawsze uczyłam sie na tyle, na ile było mnie stać. Dzięki temu łatwiej mi było "przeżyć" gorszą ocenę, a zarazem cieszyć się nie tylko swoimi sukcesami, ale i innych. I może dlatego też tak bardzo cieszą mnie ogólne końcowe wyniki z całości studiów?
Jednak tak jak pisałam, oceny nie są dla mnie najważniejsze, a zdobyta wiedza i konkretne umiejętności, które zresztą już mam okazję wykorzystać, czy to w pracy zawodowej, czy też podczas działalności wolontaryjnej z uchodźcami z Ukrainy.
Niemal każdemu z nas raz na jakiś czas spada na głowę niebo. Czasami mniej, czasami bardziej boleśnie. Niekiedy odpuszczamy sobie i się zniechęcamy(co zresztą i mi się zdarzyło nie raz i nie dwa). Nie podejmujemy walki, nie tylko dlatego, że z góry jesteśmy skazani na porażkę. Z drugiej strony zauważyłam, że świat najbardziej nastawiony jest na tych, którzy odnoszą sukces za pierwszym razem, nie zwracając uwagi na tych, którzy do osiągnięcia owego sukcesu mieli bardziej pod górkę. Jak to powiedział jeden z profesorów uczelnianych - nie zawsze warto mieć 5 ze wszystkich przedmiotów, bo w 90% wiąże się to z tym, że nie dostrzegamy i nie doceniamy wysiłku innych, słabszych od nas. Jednak kiedy podejmiemy walkę, nawet z góry przegraną, a przez to w jakiś sposób się podniesiemy, choćby w przenośni. Nie sztuką jest przejść przez życie gładko i bezboleśnie, sztuką jest przejść z podniesioną głową przez życie, kiedy jest w nim ogrom przeciwieństw. I warto też spotkać w swoim życiu takie ludzkie anioły, które będą nas prowadzić tą drogą i będą z nami na niej trwać. A propos aniołów, wzruszyło mnie to, że mój kaleki anioł dzielnie siedzi na szafce w gabinecie pani Poppins i dzielnie pilnuje studenckich dzienniczków praktyk :).
Obroniłam się, po czasie, ale się obroniłam. Nie zrobiłam niczego nadzwyczajnego, ludzie bronili tytułów naukowych długo przede mną i będą je bronić jeszcze długo po mnie. Dlatego nie czuję się wyjątkowo, czy też jak wybraniec losu. Cieszę się jednak, tak po ludzku, że mi się to udało. Mimo wszystko. I mam nadzieję, że zdam jeszcze niejeden egzamin, także ten z życia.
Anioły są wokół nas pod różnymi "postaciami"

* teraz jest osobny sekretariat pedagogiki, wtedy podlegał on nauką o rodzinie

wtorek, 29 marca 2022

1418. Niedzielny spacer po ścisłym centrum mojego miasta

Wracając z wolontariatu w naszym miejskim Centrum Integracji Obywatelskiej(segregowanie i wydawanie ubrań uchodźcom z Ukrainy), postanowiłam wydłużyć sobie drogę i przejść się przez centrum miasta, w którym mieszkam. Pogoda ku temu sprzyjała, słońce połączone z ciepłym wiaterkiem wręcz zachęcały do tego. Jeszcze poprzedniego dnia naładowałam swoją skromną cyfrówkę, aby móc utrwalić wzbudzające zachwyt mojego serca obrazy.
Ulica 3-Maja to jedna z reprezentacyjnych ulic mojego miasta. Od dziecka lubiłam się nią przechadzać. A nie było to trudne, ponieważ przez 6 lat znajdowała się na trasie mojej wędrówki od domu do szkoły (i na odwrót). Jeszcze dwie dekady temu dominowały na niej kawiarenki i cukiernie(w ostatni dzień roku szkolnego szło się na lody świętować rozpoczęcie wakacji). Dzisiaj królują na niej banki i różne punkty usługowe. W maju, czerwcu i lipcu zachwyca pięknymi klombami ciągnącymi się wzdłuż deptaka.


Resursa Obywatelska ma ponad 100 lat. W XIX i na początku XX wieku toczyło się w niej życie towarzyskie. Dziś trochę zapomniana niszczeje, chociaż jeszcze 15 lat temu mieściło się w jej gmachu centrum stomatologiczne.

Bazylika z ciut innego ujęcia.

Jeden z reliktów ubiegłej epoki - Pałac Kultury Zagłębia w centrum miasta. To w jego murach odbywała się większość uroczystości liceum, do którego uczęszczałam. A na pierwszym planie wagonik z węglem, jeden z symboli tych okolic. Ten widok towarzyszył mi przez cały etap moich studiów w Krakowie, kiedy co rano czekałam na tamtejszym przystanku na busa do tego królewskiego miasta.
Zieleń jest zawsze pożądana w miastach z betonu. Daje ukojenie i wytchnienie. A w tle widnieje gmach Poczty Polskiej, wybudowany w dwudziestoleciu międzywojennym. To pod niego podlega moja dzielnica(w DG mamy 4 poczty). Na dachu budynku od jakiegoś czasu stoi bilbord z mottem zaczerpniętym z słynnej homilii Jana Pawła II.
Obok Pałacu Kultury Zagłębia, nazywanego w skrócie PKZetem, znajduje się pomnik Bohaterom Czerwonych Sztandarów. Postanowiłam go utrwalić, bo coraz częściej się mówi o usunięcia wszelkich przejawów komunizmu i sympatii wobec ZSRR, więc może już niedługo na zawsze zniknąć z krajobrazu D. G. (zresztą już zlikwidowano tabliczkę z informacjami na jego temat, co można zauważyć na zamieszczonym zdjęciu). Ciekawostką jest, że pomnik miał być usunięty już w 1990 roku. Jednak grupa dąbrowskiej młodzieży przez kilka dni zbierała się wokół monumentu, manifestując swój sprzeciw. Jako "patrona" buntu obrali sobie Jimi'ego Hendrixa. Pomnik zachował się po dzień dzisiejszy...
A Jimi Hendrix ławeczki tuż obok.
I na koniec zostawiłam sobie mój park noszący imię Józefa Hallera. Z dzieciństwa nie mam zbyt dużo zdjęć, ale kilka na parkowych uliczkach się znajdzie. Przyroda w parku zachwyca mnie w każdej porze roku. Nawet zimą, kiedy szron maluje na gałęziach różne wzory, a ptaki prześcigają się w stemplowaniu śniegu. Na razie jednak mamy wiosnę, porę roku, w której przyroda budzi się do życia...
Uciekał przed aparatem i uciekał, ale w końcu udało mi się go(tudzież ją - wiecie, że mój dziadek rozpoznawał płeć ptaków po upierzeniu? Ja tej sztuki nie umiem) sfotografować.
A ten ewidentnie czeka na jeszcze cieplejsze dni.

Dziękuję, że zechcieliście się ze mną przespacerować. Mnie ten spacer dobrze zrobił. I jakby nowe siły, także te umysłowe, we mnie wstąpiły. Trzymajcie się ciepło!

poniedziałek, 28 marca 2022

1417. Te wielkie i te małe wydarzenia dziejące się w tym samym czasie

Piątek, 25 marca a.d. 2022 roku

Rosja oraz Ukraina zostają poświęcone w Stolicy Apostolskiej Matce Boskiej. W przeciwieństwie do wielu diecezji świata, watykańska uroczystość nie była częścią Mszy Świętej. W Stolicy Apostolskiej stanowiła ona część nabożeństwa pokutnego rozpoczynającego się o godzinie 17:00. Samo zaś nabożeństwo nie jest niczym nowym - co roku sprawowane jest ono w bazylice św. Piotra w jeden z piątków Wielkiego Postu. Obrzęd ten tradycyjnie składa się z Liturgii Słowa, papieskiej homilii, spowiedzi powszechnej oraz indywidualnych sakramentów pokuty i pojednania. W trakcie nabożeństwa zwyczajowo do spowiedzi przystępuje także Ojciec Święty. Sam akt został wygłoszony w języku włoskim ok. godz. 18:30, po odśpiewaniu hymnu "Misericordias Domini"("Twe miłosierdzie Panie nasz"). Jego tekst zawierał błaganie: "Ze wstydem mówimy: przebacz nam, Panie", który wpisywał się w pokutny charakter uroczystości. Wyrażony został w nim też żal, że "zgubiliśmy drogę do pokoju". Na zakończenie modlitwy papież powiedział: "Matko Boga i nasza Matko, uroczyście zawierzamy i poświęcamy Twojemu Niepokalanemu Sercu siebie samych, Kościół i całą ludzkość, a zwłaszcza Rosję i Ukrainę". Następnie Franciszek złożył bukiet kwiatów w hołdzie Maryi Pannie. Z okazji tej uroczystości wystawiono figurę Matki Bożej Fatimskiej, która na co dzień umieszczona jest w fatimskim sanktuarium w San Vittorino. Uroczystość zakończyła się odśpiewaniem włoskiej wersji hymnu do Matki Bożej - "Immacolata, Vergine bella"("Niepokalana Dziewico piękna"). Równolegle z papieżem aktu poświęcenia Rosji i Ukrainy Niepokalanemu Sercu Maryi dokonał w sanktuarium w Fatimie były ceremoniarz Jana Pawła II, jałmużnik papieski kard. Konrad Krajewski. To właśnie podczas swojego objawienia w tamtym miejscu w dniu 13 lipca 1917 r. Maryja wezwała do modlitwy o "nawrócenie Rosji", obiecując przy tym nastanie pokoju na świecie.

Tymczasem w sosnowieckiej katedrze odbywały się centralne uroczystości związane z 30 rocznicą powstania diecezji sosnowieckiej. Mszę poprzedziło wspomniane poświęcenie Rosji i Ukrainy Matce Bożej. Pierwotne plany przewidywały, że świętowaniu miał przewodniczyć abp Mieczysław Mokrzycki, metropolita lwowski. Jednak z powodu sytuacji jaka panuje na Ukrainie na uroczystości nie dotarł, co zostało symbolicznie zaznaczone poprzez pusty tron w prezbiterium sosnowieckiej Katedry. W czasie Mszy Świętej odczytane jednak zostało przez księdza Mariusza Karasia, kanclerza sosnowieckiej Kurii Diecezjalnej, jego kazanie oraz użyto kielicha, ofiarowanego przez niego dla diecezji.
- "Dobrze wiemy, że dzisiaj ma się dokonać zawierzenie Rosji i Ukrainy, Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W łączności z papieżem Franciszkiem, mamy tego dokonać jako Jeden, Powszechny i Apostolski Kościół, spełniając prośbę wyrażoną przez Maryję w objawieniach fatimskich- napisał arcybiskup. Jak zapewnił, w tym czasie w katedrze łacińskiej również dokonał poświęcenia Rosji i Ukrainy Matce Bożej. W tekście kazania lwowski metropolita podkreślił to, że wspomnienie Zwiastowania dla polskiego Kościoła, tak samo jak dla samej Maryi, była chwilą wielkiej przemiany. To wtedy, w 1992 roku, św. Jan Paweł II bullą Totus Tuus Poloniae Populus ogłosił zmiany w polskiej administracji kościelnej, a w ich wyniku - powołał do istnienia diecezję sosnowiecką. Nawiązał też do wizyty papieża Polaka w Sosnowcu i jego wspomnień z obchodów milenijnych na tutejszej ziemi, tak bardzo utrudnianych przez komunistów. Jak podkreślił, dzisiaj są już zupełnie inne czasy, za co powinniśmy wyśpiewać dziękczynne "Te Deum".
 - "Czynimy to sięgając pamięcią do archidiecezji częstochowskiej i krakowskiej, oraz diecezji kieleckiej, z których to części składa się obecna diecezja. Jest za co dziękować i jest komu dziękować. Nie sposób zamknąć wszystkiego w słowach, ani nie sposób wymienić wszystkich" - napisał. - "Kiedy na naszych oczach trwa wojna, giną niewinni ludzie, a pośród nich bezbronne dzieci, proszę was, ukochajcie swoimi sercami krzyż Chrystusowy i pielgrzymujcie do tego znaku" - nawiązywał do peregrynacji Wielkopiątkowego Krzyża Jana Pawła II.
W uroczystości Jubileuszu wzięli udział m.in. Andrzej Adamczyk(minister infrastruktury), Michał Wójcik(minister-członek Rady Ministrów), Łukasz Kmita(wojewoda małopolski), Robert Magdziarz (wicewojewoda śląski), Dariusz Starzycki(wicemarszałek województwa śląskiego), czy też Marcin Krupa(prezydent Katowic).

A w moim kościele też miało miejsce zawierzenie Ukrainy i Rosji Maryi. A poza tym schola przygotowywała nabożeństwo Drogi Krzyżowej, a mnie nawet przypadł do odczytania tekst jednej ze Stacji...

sobota, 26 marca 2022

1416. Szybko i smacznie

Nawet nie przypuszczałam, że nauka języka ukraińskiego(on-line) może być aż tak skomplikowana. Paradoksalnie znajomość cyrylicy nie tylko niewiele mi w tym pomaga, ale wręcz przeszkadza. Ale jednak jakoś wszystko idzie do przodu. Umiem już wydukać kilkanaście słów w języku ukraińskim, przedstawić się, czy też zapytać o samopoczucie. Co prawda na usta cały czas cisną mi się rosyjskie słowa(rosyjskiego uczyłam się w liceum i na studiach), jednak nigdy nie wiem, jak zareaguje na nie osoba przychodząca do punktu. Chociaż ostatnio "awansowałam" do punktu recepcyjnego, gdzie pomagam w organizacji dzieciom czasu wolnego. Bariera językowa jest ogromna, ale jakoś dajemy radę.
Od jakiegoś czasu chodziły za mną placki bananowe. Nie jadłam ich całe wieki i to nie ze względu na moją alergię na te owoce. Ale spokojnie, jeżeli zjem banana "z czymś", reakcja alergiczna zostaje zredukowana do minimum, a nawet nie ma jej wcale. A takie placuszki bananowe nie dość, że robi się dosyć szybko, to jeszcze są dosyć smaczne.
Do ich zrobienia potrzebujemy:
  • 1 dużego banana
  • 2 sztuki jajek
  • 2 łyżki jogurtu typu greckiego(ja daję tutaj normalny jogurt naturalny, tyle że gęstszy)
  • 5 łyżek mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • olej do smażenia
Przygotowanie placuszków jest bardzo proste - banana rozgniatamy widelcem i mieszamy z jajkami, jogurtem, mąką, proszkiem do pieczenia oraz solą. Jeżeli ciasto będzie zbyt gęste dodajemy mleka. Placuszki smażymy z obu stron na złoty kolor. 
Jest to w miarę szybki sposób na danie(czas przygotowania to ok. 20 minut). U mnie zazwyczaj są one na kolację, ale z powodzeniem można je zjeść na pierwsze albo drugie śniadanie. Kiedyś nawet przygotowaliśmy je na posiłek dla dzieci, które przyszły na zajęcia do Oratorium. Było to dość trafione, chociaż trzeba było pokombinować z proporcjami.
Trochę przypominają racuchy, ale czuć w nich banana
A po takiej kolacji, żeby spalić nadmiar kalorii, poszłam pierwszy raz w życiu na nording-walking. Na grudniowym turnieju bocci dostałam kijki. Dokupiłam do nich gumowe "stopki" i czekałam na wiosnę. Może ten pierwszy marsz nie był idealny, ale początki nie zawsze muszą być udane. Zresztą u mnie ta technika nigdy nie będzie w 100% prawidłowa. Jutro też planuję iść na kijki. Może po Gorzkich Żalach? Bo w sumie cały dzień jestem na magazynie w moim mieście. Zwłaszcza, że jutro o 18:00 będzie widniej niż dzisiaj. Ta zmiana czasu oprócz minusów ma także jakieś pozytywne strony.

czwartek, 24 marca 2022

1415. Powrót do Gutowa(i okolic) czyli drugi cykl trylogii Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk "Cukiernia pod Amorem"

Zauroczona pierwszymi trzema częściami książek z cyklu "Cukiernia pod Amorem" bez wahania sięgnęłam po drugi cykl kolejnych trzech części. Po każdą z nich sięgałam z niecierpliwością, traktując jej bohaterów jako serdecznych znajomych, do których wpada się z wieczorną wizytą i z uwagą wsłuchuje się w ich opisy minionego dnia przeplatane wspomnieniami z przeszłości. I chociaż wszystkie trzy tomy są dosyć pokaźnej objętości, to nie mogłam sobie odmówić przyjemności zatopienia się w ich lekturze w drodze z i do K-wic. Zresztą trylogia, a szczególnie jej ostatnia część, okazała się dla mnie idealną odskocznią od tego, co się działo w geopolityce. Może to nie do końca poprawne politycznie w aktualnym czasie, ale czasami zaśmiewałam się w głos czytając niesamowite przygody bohaterów cyklu, dziejących się na przestrzeni lat.
Tytuł: "Cukiernia pod Amorem. Ciastko z wróżbą"
Autor: Małgorzata Gutowska - Adamczyk
Wydawnictwo: Pruszyński i S-ka
Warszawa 2017
Liczba stron: 512

Pierwszy tom drugiej serii trylogii "Cukiernia pod Amorem", albo jak kto woli - czwarty tom całości, przenosi nas do roku 2016.  Pojawiają się w niej nie tylko bohaterowie, których mogliśmy poznać w pierwszej serii, ale też zupełnie nowe i intrygujące postacie.
Przez 21 lat od rozstania z Gutowem oraz Zajezierzycami nieco się zmieniło. Co prawda tytułowa "Cukiernia pod Amorem" w dalszym ciągu należy do rodziny Hryciów, jednak nestorka rodu, Celina Hryć zmarła w 1995 roku. Waldemar Hryć związał się ze swoją byłą kochanką, Heleną. Ich syn(chociaż nie do końca wiadomo, czy jest on synem Waldemara, czy też jego brata, Grzegorza) Zbigniew poszedł w ślady ojca i został cukiernikiem. Zbigniew spotyka się z kilka lat starszą Martyną, matką dwójki dzieci. Teraz, podczas dni Gutowa, ma szansę pokazać rodzicom, że jest godnym następcą Waldemara. Starsza córka mężczyzny, Iga, wyszła za mąż za poznanego w 1995 roku Xawera Toroszyna. Razem prowadzą hotelik w pałacu w Zajezierzycach, należącym do jej rzekomego dziadka. To właśnie w nim spotykają się dwie dawne przyjaciółki: Monika Grochowska-Adams, która miała być autorką poprzedniego cyklu książek o "Cukierni pod Amorem" oraz Tessa Steinmeyer. Ta pierwsza przyjechała do miasteczka na prośbę spadkobierców przedwojennych właścicieli cukierni, ta druga, dowiedziawszy się, że jest śmiertelnie chora, chciała jeszcze raz powrócić do "kraju lat dziecinnych" i uporządkować swoje sprawy. Ważną osobą w powieści jest też Grzegorz Hryć, niegdyś dyrektor miejscowego liceum, teraz poseł na sejm. Kiedy jego żona, Anita, dowiaduje się o możliwości kupna byłych dóbr w Długołęce, postanawia powiadomić o tym męża. Tymczasem chętna na ich zakup jest też Iga Toroszyn.
Autorka, podobnie jak w pierwszym cyklu sagi, akcję książki umieściła zarówno w teraźniejszości, jak i przeszłości. Dużo uwagi poświęcono nakreśleniu postaci Moniki i Teresy. Pierwsza z nich była córką z nieprawego łoża Stefanii, która po tajemniczym zniknięciu matki zamieszkała w dworze w Długołęce. Druga mieszkała z babką w sąsiedniej wsi. Dziewczynki szybko się zaprzyjaźniły, zaś dzięki Zdzisławowi Pawlakowi poznawały polską literaturę. To on był też ich pierwszym nauczycielem, a za każde dobrze wykonane zadanie dostawały koralik. Chociaż wszystkie na początku zdobyła Teresa, to jednak oddała je podczas jednej z pasterek Monice. Czy w ten sposób odwróciła od siebie szczęśliwą passę?

Tytuł: "Cukiernia pod Amorem. Dziedzictwo Hryciów"
Autor: Małgorzata Gutowska - Adamczyk
Wydawnictwo: Pruszyński i S-ka
Warszawa 2018
Liczba stron: 512

Z bohaterami pierwszego tomu cyklu pożegnaliśmy się w momencie, kiedy do Celiny i Waldemara Hryciów dotarła wiadomość, że ciastko wymyślone przez ich syna, Zbyszka, dostało pierwszą nagrodę podczas corocznych Dni Gutowa. Nikt z nich nie spodziewa się, jakie to przyniesie konsekwencję. Tak samo, jak ani Tessa, ani Monika nie wiedzą, jaki skutek będzie miało ich przypadkowe spotkanie w hotelu w Zajerzycach.
Hryciowie są szczęśliwi, że pomysł ich syna na ciastko przypadł do gustu mieszkańcom i gościom, dzięki czemu po raz kolejny otrzymują główną nagrodę. Jednocześnie martwią się o syna i jego nową miłość. Tym bardziej, że Waldemar dowiedział się o Martynie kilku niezbyt ciekawych rzeczy. Nazajutrz ojciec i syn wybierają się do Urzędu Miasta po należną im nagrodę. Zbieg okoliczności sprawia, że to będzie jeden z najgorszych dni w ich życiu. W dodatku tego samego dnia wieczorem Zbyszek zostaje pobity przez znajomych Martyny, a ją samą wkrótce uprowadzają i żądają za nią okupu. Jak postąpi chłopak?
Monika Grochowska-Adams oraz Tessą Steinmeyer spędzają ze sobą coraz więcej czasu, tak jakby chciały nadrobić stracone lata. Jednocześnie wnuczka Tessy, Mia, spotyka się z poznanym w prowadzonym przez Igę hotelu barmanem - Maćkiem Podedworskim, wnukiem Michała Podedworskiego, wychowanka Zdzisława Pawlaka. Przed śmiercią dziadek zapisał mu ziemię w Długołęce, którą teraz zamierza sprzedać. W młodym chłopaku Monika upatruje okazji do dowiedzenia się, czy Michał Podedworski był jej ojcem. Przy okazji czytelnik cofa się w czasie do lat 60 i 70 XX wieku, aby towarzyszyć Monice i Teresie w ich dorastaniu i czasach młodości. Wraz z Moniką emigruje do Ameryki, z Teresą zastanawia się, jak przetrwać w otaczającym ją świecie. Obydwie kobiety łączy postać Eleny, córki Teresy. W jaki sposób?
Kolejny raz odbyłam podróż w czasie bez wychodzenia z domu. Z zapartym tchem czytałam momenty, które działy się na tle autentycznych wydarzeń, takich jak zdjęcie "Dziadów" w reżyserii Kazimierza Dejmka i zamieszki studenckie z tym związane, nagonka antysemicka, czy też strajki na wybrzeżu. Ale i nie pogardziłam współczesnymi wydarzeniami, chociaż nie były aż tak ciekawe. 
Tytuł: "Cukiernia pod Amorem. Jedna z nas"
Autor: Małgorzata Gutowska - Adamczyk
Wydawnictwo: Pruszyński i S-ka
Warszawa 2018
Liczba stron: 480

Tom "Cukiernia pod Amorem. Jedna z nas" kończy drugą część trylogii "Cukierni pod Amorem" opowiadającej o perypetiach cukierniczej rodziny Hryciów oraz dwóch przyjaciółek - Moniki Grochowskiej-Adams oraz Tessy Steinmeyer. Przedstawia on dwa dni z teraźniejszości, a także to co się działo od lat 70 do współczesności u Moniki i Teresy.
Wraz z nastaniem lat 70. Teresa wraz z córeczką Eleną wyjeżdża z Gutowa. Najpierw trafiają do Gdańska, gdzie kobieta nie tylko znajduje pracę, ale i zdobywa wyższe wykształcenie, a następnie do legendarnej Łodzi, gdzie mieszkają do lat 80. W międzyczasie Teresa wielokrotnie wyjeżdża za granicę, głównie do Wiednia, gdzie trudni się handlem. Tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego emigruje wraz z Eleną do stolicy Austrii, gdzie nie tylko znajduje ciekawą i satysfakcjonującą pracę, ale i miłość swojego życia. Powoli spełnia się przepowiednia, którą kiedyś usłyszała na dworcu - że będzie bogata. W tym samym czasie Monika wychodzi za mąż za multimilionera Andrewa Grochowskiego. Niestety, szybko okazuje się, że życie z nim nie jest bajką, a on sam znęca się nad nią psychicznie i fizycznie. W końcu, po kolejnej awanturze zakończonej w szpitalu, postanawia od niego odejść. Ukojenie znajduje w koledze z pracy, Fredericku Adamsie. Z czasem para staje się sobie bliska, aż wreszcie bierze ze sobą ślub.
Tymczasem wizyta Teresy w rodzinnych stronach powoli dobiega końca. Postanawia wyjawiać skrywaną przez całe życie tajemnicę, odnośnie pochodzenia Eleny. I chodź prawda okazuje się dla wszystkich szokiem, to jednak wszyscy powoli się z nią godzą. Przed wyjazdem Elena spotyka się ze swoim biologicznym ojcem, posłem Hryciem. Ta wizyta jednak mocno go rozczarowuje. Tymczasem nadchodzi dzień pogrzebu Waldemara Hrycia, na którym zjawia się cała rodzina. Wśród żałobników Zbyszek zauważa Martynę, która zna się z Krzysztofem Zagańczykiem, największym konkurentem cukierni prowadzonej przez Hryciów. Jednak największa afera szykuje się podczas stypy...
Po raz kolejny nie zawiodłam się na twórczości pani Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Bywały momenty, że parskałam szczerym śmiechem jadąc środkami komunikacji miejskiej, wywołując przy tym zaciekawienie wszystkich dookoła. Niemniej czuję pewien niedosyt odnośnie sprawy ojcostwa Moniki Grochowskiej-Adams. Co zrobiła z zegarkiem Michała Podedworskiego? Czy wykorzystała go do przeprowadzenia badań DNA? Trochę też chaotyczny był dla mnie wątek miłości Zbyszka i Martyny. Za to tego co się stało w jednej z finałowych scen nigdy bym nie przewidziała. Aż chciałoby się rzec - niezłe ziółko z tego posła Grzegorza Hrycia. Nie mniej z żalem pożegnałam się z bohaterami cyklu po cichu jednak licząc, że jeszcze kiedyś gdzieś ich spotkam na szeleszczących kartkach innych książek tejże pisarki.

wtorek, 22 marca 2022

1414. I tylko przyroda nic sobie nie robi z sytuacji politycznej, powoli przebudzając się do życia

Poranne promienie słońca przedzierające się do pokoju przez firanki działają na mnie skuteczniej niż dźwięk budzika. Nie zawsze chce mi się wstać z wygodnego i ciepłego łóżka, zwłaszcza jeżeli do późnej nocy uzupełniało się notatki z zajęć, albo powtarzało materiał. A jednak perspektywa kolejnego dnia sprawia, że zrzucam z siebie obleczoną snami kołdrę i po krótkim doprowadzeniu się do porządku, ruszam w świat. Wiosna, która wczoraj na dobre(podobno) zawitała do naszego kraju, zachęca do działania. Nawet jeżeli poranki są chłodne(aczkolwiek rześkie), to z kolejnymi godzinami robi się coraz cieplej. Jedyne czego mi brakuje to pięknych ptasich treli. Może gdybym szła przez park, minęłabym większą liczbę bardziej różnorodnych ptasich przyjaciół... Tymczasem zadawalam się kilkunastoma gołębiami, które mijam po drodze.
Gdzieś strzela silnik samochodowy, w jednej chwili gołębie podrywają się w górę. I naraz moje myśli wędrują ku okupywanej Ukrainie. Tam przecież co chwilę słychać kanonadę wystrzałów. Co czują zwierzęta, malutkie dzieci, które jeszcze nic nie rozumieją? Czy tamtejsze gołębie też na każdy huk podrywają się w górę, czy może po czterech tygodniach już się przyzwyczaiły?
Staram się nie myśleć bez przerwy o wojnie. Czasami trzeba powiedzieć sobie "dosyć!", zwłaszcza kiedy po godzinach jeszcze biegnie się do punktu z uchodźcami(taki "awans" z magazynu z darami na coś bardziej dla mnie odpowiedniego zajęcia). To nie jest tak, że im nie współczuję, czy też nie jest mi ich żal. Jest. Ale pracując z nimi bezpośrednio nie można bez przerwy angażować się emocjonalnie, bo po prostu się zwariuje. Rozmawiałam o tym nawet dzisiaj z prowadzącym zajęcia nazywające się Warsztat umiejętności pomagania(nauki o rodzinie), który potwierdził moje stanowisko. Kazał mi po prostu odprężyć się jakoś po wyjściu z punktu, pospacerować, nacieszyć tytułem licencjata turystyki religijnej(i pomyśleć, że owy 23 luty przeszedł do historii jako ostatni dzień "względnego spokoju"...
Wracam więc z punktu recepcyjnego na nogach mijając po drodze miejskie klomby, na których posadzone są drobne krzewy. Niektóre z nich puściły już pąki.
Oczywiście jeszcze trochę potrwa, zanim pączki zamienią się w piękne, zielone liście, dające schronienie miejskiej ptaszarni w upalne letnie dni. Chociaż już teraz, jeżeli wytęży się swój słuch, usłyszy się trele ukrytych w nich świergoczących ptaków, Nawet czasami słychać tylko wydawane przez nich dźwięki, tak jakby ktoś podłożył tam jakiś głośnik.
Jak już wielokrotnie pisałam, przejazd autobusem jest dla mnie doskonałą okazją do nadrobienia czytelniczych zaległości. Dzięki temu nie dłuży mi się czas, niejednokrotnie powtarzam sobie wtenczas materiał z zajęć. Tym sposobem mam mniej do zrobienia w domu, wystarczy, że sobie przypomnę to, o czym wcześniej czytałam.
Również na moim podwórku przyroda nieśmiało budzi się do życia. Od jakiś dwóch tygodni z zachwytem oglądam pączki na krzewach bzu, porastającego skarpę między chodnikiem, a znajdującym się poniżej "ryneczkiem".
Na przełomie maja i czerwca ukrywające się w tych gałęziach ptaki niejednokrotnie towarzyszą mi swoim śpiewem w drodze. Dają mi one dużo radości, chociaż krzewu bzu są tak naprawdę dobrem wszystkich mieszkańców osiedla. Wydaje mi się jednak, że gdyby nie one i schowane pomiędzy ich gałęziami "skarby" moje życie było by uboższe i dużo smutniejsze.
Również krzewy forsycji powoli rozwijają swoje pąki, z których wyglądają żółciutkie jak kurczaczki kwiatuszki. Forsycja zawsze będzie mi się kojarzyła z budzeniem się przyrody do życia po zimowym śnie, a nade wszystko - ze świętami Wielkanocnymi. Jak jeszcze byłam dzieckiem, żółciutkie krzewy forsycji towarzyszyły mi przez całą drogę ze święconką, albo kiedy na drugi dzień pędziłam na 6:00 rano na rezurekcją(a kiedy schola śpiewała podczas tej Mszy, to jeszcze wcześniej). Dzisiaj większości tych krzewów już nie ma, uchowały się tylko nieliczne na skwerach pomiędzy blokami, zostały po nich jednak bardzo jasne wspomnienia w mojej pamięci.
Przyroda zawsze mnie zadziwiała. Tak sobie nawet myślę, że tam gdzieś na Ukrainie obok huków i błysków wystrzałów oraz ogólnej niepewności jutra, rosnące drzewa też puszczają i rozwijają pąki. Jakby na przekór wszelkiemu złu, które toczy się dookoła. Jakby jeszcze całą swoją chciała dać walczącym nadzieję i siłę do dalszej walki. Jakby chciała "powiedzieć", że wszystko jeszcze będzie dobrze...

sobota, 19 marca 2022

1413. Księża też ludzie, w dodatku z ludzkimi grzechami

Czekałam na ten film długo. Najpierw mieliśmy iść na niego wspólnotowo do kina. Na "mieniu" niestety się skończyłam. Raz był dołączony jako DVD do jakiejś gazety, tym razem jednak przegapiłam go. W internecie był, jednak jak zobaczyłam cenę za jeden seans, to aż mnie ciarki przeszły po plecach. Była jeszcze "tańsza" opcja na popularnym chomiku, jednak coś za coś - tym razem był to koszt samej jakości filmu, która była tragiczna. A przecież wiedziałam, że prędzej czy później film zostanie wyemitowany w ogólnodostępnej telewizji. 
Dlatego ucieszyłam się, kiedy we wczorajszej ramówce telewizyjnej zobaczyłam, że idzie "Kler". Wiele słyszałam i czytałam o tym filmie, podobno nawet zdarzały się przypadki apostazji po jego obejrzeniu. Czyżby tak bardzo ludzi wzburzyło obnażenie grzechów kościoła? Tym bardziej, że wielu księży po obejrzeniu filmu przyznało, że w żaden sposób nie obraża on uczuć religijnych osób wierzących, a tylko w przystępny sposób obrazuje to, co tak wielu księży z uporem maniaka ukrywa.
"Kler" przedstawia historię trzech księży, których przed laty połączył pożar kościoła. Jest wśród nich ksiądz Leszek Lisowski, pracownik kurii, który marzy o awansowaniu i przeniesieniu go do Watykanu. Gotowy jest uciec się przy tym do licznych przekrętów i matactw, w tym do zamontowania podsłuchu w gabinecie arcybiskupa, którego jest podwładny. Jego kolega, Andrzej Kukuła(którego Lisowski ocalił z pożaru), po omdleniu ministranta podczas Mszy świętej oraz wykrycia w jego jelicie obcych śladów biologicznych zostaje oskarżony o pedofilię. Ludzie robią na niego nagonkę, chociaż jeszcze niczego mu nie udowodniono, nie potrafią nawet uszanować pogrzebu, który odprawia. W końcu zostaje przeniesiony do domu księży emerytów, gdzie spotyka księdza, który w dzieciństwie wykorzystywał go seksualnie. Trzeci z kolegów to Tadeusz Trybus, wiejski kapłan zmagający się nie tylko z problemem alkoholowym, ale i z popędem seksualnym. Pewnej nocy, wracając pod wpływem alkoholu do domu, uderza w coś. Kilka dni później przychodzi do niego wdowa, której mąż zginął tego dnia pod kołami samochodu, Trybus obawia się, że to on jest sprawcą tego wypadku. W dodatku kobieta, z którą współżył, oznajmia mu, że jest w ciąży. Dopełnieniem tych trzech postaci jest arcybiskup Mordowicz, który buduje największe w kraju sanktuarium, jednocześnie tuszując "grzechy" kościoła.
"Kler" może szokować. Oglądając go należy jednak mieć na uwadze rozdział pomiędzy Kościołem jako instytucją powołaną przez Jezusa Chrystusa, a Kościołem, który tworzą współcześni ludzie. Zresztą, jak to trafnie podkreślił jeden z bohaterów(epizodycznych) filmu: "Kościół jest święty, ale tworzą go grzeszni ludzie". Bo wielu z nas chce widzieć w księżach odosobnienie samego Boga. Tymczasem oni też zmagają się z grzechem pychy, chciwości, nieczystości, pijaństwa czy też lenistwa. Zmagają się, ponieważ są ulepieni z takiej samej gliny jak każdy z nas i tak samo jak inni, mają wolną wolę i sumienie. Film pokazuje też to, w jaki sposób wydarzenia z dzieciństwa wpływają na nasze życie. Kukuła do końca życia nosił w sobie traumę po wykorzystywaniu go seksualnie przez księdza w dzieciństwie, z filmu można wywnioskować, że również Lisiecki był świadkiem zachowań seksualnych w domu dziecka, w którym się wychowywał. Czy byliby zdolni po latach wykorzystać małego ministranta?
Z drugiej strony film aż do bólu pokazuje czym może kończyć się niesłuszne oskarżenie księży o pedofilię. Temat ten stał się głośny kilka lat temu, a ludzie automatycznie zaczęli stawiać znak równości pomiędzy słowem ksiądz, a słowem pedofil. Nie, nie jestem za uniewinnianiem księży, którzy dopuścili się tego czynu, przenoszenia ich na inne parafie itp. Jeżeli udowodni mu się winę(a to w dzisiejszych czasach nie jest takie trudne), to jak najbardziej zasługuje na prawomocny wyrok odpowiadającemu temu, jaki otrzymałby nie będąc osobą duchowną. Jednak jeżeli śledztwo jest na etapie poszlak, a oskarżenie o pedofilię jest na etapie śledztwa... Oddajmy tą sprawę prokuraturze, a nie osądzajmy sami. Wiem, że taka jest już natura człowieka, ale pomyślmy, że nas też kiedyś ktoś może o coś niesłusznie oskarżyć i nasłać na nas nagonkę. Jak dla mnie jest to jedyny powód(ta nagonka) przeniesienia kapłana na inną parafię w przypadku, kiedy okaże się on niewinny. Innej przesłanki nie widzę.
Sam film oceniam raczej dobrze. Plusem filmu jest obsada - Janusz Gajos jako przebiegły arcybiskup, Jacek Braciak jako cwany Leszek Lisowski, Arkadiusz Jakubik jako pogubiony Andrzej Kukuła oraz Robert Więckiewicz jako uległy nałogom Tadeusz Trybus. Minusem - w niektórych momentach gubiłam się w akcji. I mimo że obraz ukazał ciemniejszą stronę polskiego duchowieństwa, to jednak wiem, że nie wszyscy księża są tacy, a na kilkudziesięciu grzesznych znajdzie się taki, który jest po prostu sprawiedliwy.

czwartek, 17 marca 2022

1412. Areszt - czy zawsze jest konieczny?

Jednym z moich obszarów, powiedzmy że, badawczych jest temat resocjalizacji. Zaraz nawet zasiądę do nagrania z wczoraj z przedmiotu zowiącego się "pedagogika resocjalizacyjna"(nauki o rodzinie), aby zrobić notatki chociażby z 10 kolejnych minut wykładu. Trochę to żmudne, ale przecież nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Czasami trzeba poświęcić swój wolny czas, aby coś osiągnąć. Z drugiej stronie na pedagogice resocjalizacyjnej byłam na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie. Co prawda jeszcze się nie obroniłam, ale jakąś wiedzę na ten temat posiadam. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo teraz słyszę zgoła inne wiadomości niż te 2-3 lata temu. Czyżby tak bardzo zmienił się świat? Nie sądzę. Bardziej chodzi tutaj o brak ujednolicenia programu nauczania.
Oj tak, studia to nie szkoła powszechna, gdzie obowiązywał mniej więcej ten sam zakres materiału, różniący się jedynie w zakresie podstawowym i rozszerzonym(ewentualnie poszerzonym, jak w moim liceum). Tutaj wykładowcy mają większą swobodę w dobieraniu treści nauczania. A że czasami na dwóch różnych uczelniach można usłyszeć zupełnie co innego na danym przedmiocie... 
Wracając jednak do tematu, to na ostatnim wykładzie rozmawialiśmy o różnych zakładach odbywania kary pozbawienia wolności. Moją uwagę w szczególności zwróciła część poświęcona umieszczeniu kogoś, kto popełnił czyn zabroniony w areszcie śledczym. Jak wiadomo, areszt jest tymczasowym rozwiązaniem. Po pobycie w nim można z niego wyjść, lub zostać umieszczonym w zakładzie karnym (jeżeli zapadnie taki wyrok sądu).
Pozostaje jednak pytanie, czy osadzenie podejrzanego w areszcie śledczym zawsze jest konieczne? Kiedy najpierw szukałam materiałów do mojej pracy magisterskiej z pedagogiki resocjalizacyjnej, natchnęłam się na poniższy wywiad. Co prawda staram się nie traktować tekstów z onetu jako pierwszorzędną pozycję w bibliografii, jednak nakreślił mi on niejako pogląd na sytuację(bo pani od pomocy penitencjalnej i postpenitencjalnej, u której zresztą pisałam pracę dyplomową, najchętniej osadziłaby wszystkich podejrzanych o czyny zabronione w więzieniu i to na dożywocie - przynajmniej tak wynikało z tego co mówiła na wykładach). Tymczasem nie zawsze jest to odpowiednie wyjście.

Rośnie liczba osób tymczasowo aresztowanych. "Władza lubi pokazać, że działa od razu"

Po kilku latach spadków nastąpił wzrost aresztantów tymczasowych w Polsce - wynika z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. - Klimat ostatnio jest taki, że władza lubi pokazać, że działa od razu - mówi w rozmowie z Onetem dr Piotr Kładoczny. W 2015  roku w areszcie tymczasowym przebywało nieco ponad 4 tys. osób. Trzy lata później liczba ta wzrosła o ponad 3 tys. - Dla opinii publicznej przekazem, że prokuratura i państwo działa, jest to, że ktoś został aresztowany. Stąd tych wniosków jest więcej - uważa dr Piotr Kładoczny. Wykładowca UW zauważa też, że wizja postępowania dyscyplinarnego może być dodatkowym środkiem nacisku na sędziów, aby ci przychylali się do wniosków prokuratury.

Raport autorstwa dra Piotra Kładocznego, Adama Klepczyńskiego oraz dr Katarzyny Wiśniewskiej, obejmuje przedział czasowy pomiędzy 2009 a 2018 rokiem. W pierwszym analizowanym roku liczba tymczasowo aresztowanych na 31 grudnia wynosiła 9 460 osób. W kolejnych latach liczba ta spadała, aż do roku 2015, kiedy wyniosła 4 162. Od tego czasu nastąpił wzrost. Na koniec 2018 roku w areszcie tymczasowym przebywało 7 360 osób. Wzrostowa tendencja utrzymuje się także w tym roku. Z raportu HFPC wynika, że w maju bieżącego roku w tymczasowych aresztach było już 8 365 osób. Dane pochodzą ze sprawozdań Służby Więziennej.
Jednocześnie rośnie procent osób tymczasowo aresztowanych w stosunku do ogólnej populacji w zakładach karnych oraz aresztów śledczych. Najwięcej było ich w 2009 roku - 11,26%. Następnie liczba ta systematycznie spadała, aż w 2015 odsetek ten wyniósł 5,88%. Niestety, od tego momentu odnotowano ponowny wzrost liczby osób tymczasowo aresztowanych - w 2018 roku było ich już 10,19%.
Trochę inaczej wygląda sytuacja w przypadku uwzględnionych wniosków prokuratorskich o areszt tymczasowy. O jego zastosowaniu decyduje sąd. W latach 2009-2012 skuteczność składanych przez prokuraturę wniosków nie przekraczała 90%. Najniższy wynik, 88,6%, odnotowano w 2012 roku. Rok później wzrósł on do 90,11%, a dwa lata później ten odsetek wynosił już 92,06%. W 2019 roku prokuratora pozytywnie rozpatrzyła nieco mniej, bo 90,46% wniosków.
Jak zaznacza dr Piotr Kładoczny, jeden z autorów raportu HFPC:
 - Za liczbę aresztów odpowiada liczba wniosków prokuratorskich. A ich liczba najczęściej jest zależna od tego, jak prokuratorzy chcą je kierować. Mamy wrażenie, że klimat ostatnio jest taki, że władza lubi pokazywać, że działa od razu. Dla opinii publicznej przekazem, że prokuratura i państwo działa, jest to, że ktoś zostaje aresztowany. Stąd tych wniosków jest więcej.
Wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego dodaje przy tym, że za większą liczbę tymczasowych aresztowań nie odpowiadają zmiany w przepisach, bo te w ostatnim czasie przechodziły niewielkie reformy. Zwraca też uwagę na to, że sędziom trudniej jest zakwestionować wniosek prokuratorski, niż się z nim zgodzić:
 - Prokurator stwarza pewnego rodzaju opis sytuacji, narrację tego, co się wydarzyło. Trudno sędziemu, który nie zna sprawy i otrzymuje akta z historią, taki wniosek odrzucić. Zwłaszcza, że na pierwszym etapie postępowania nikt nie będzie mu czynił zarzutów, że aresztował człowieka na pierwsze trzy miesiące.
Dr. Piotr Kładoczny podkreśla też, że sędziowie zawsze mogli mieć obawy, że jeżeli nie aresztują podejrzanego o przestępstwo, a on później go dokona, to mogą być narażeni na medialny atak. Jak dodaje:
 - Teraz dochodzi jeszcze realna obawa przed postępowaniem dyscyplinarnym. Mieliśmy sprawę jednej pani sędzi, która dostała dyscyplinarkę, za to, że uchyliła areszt. To też jest forma nacisków na sędziów.
Czy jednak są kary zastępcze, które mógłby zastosować sąd w zamian za areszt tymczasowy? Wbrew pozorom innych środków jest sporo. Można do nich zaliczyć np. poręczenie majątkowe lub osobiste, zakaz opuszczania terytorium Polski połączone z nakazem meldowania się co jakiś czas na policji, dozór policyjny, zawieszenie w czynnościach służbowych albo zawieszenie możliwości wykonywania zawodu. Dr Kłodoczny przypomina, że "zarówno polskie jak i europejskie prawo mówią wyraźnie, że areszt tymczasowy jest tymczasową sytuacją. Stosuje się go tylko dlatego, aby zabezpieczyć prawidłowy tok postępowania. Jeżeli sędzia nie widzi takiego zagrożenia, to nie powinien stosować aresztu tymczasowego(...) Jest prawie 100 proc. zależność między osobami, które działały w zorganizowanych grupach przestępczych, a osobami trafiającymi do aresztu tymczasowego. Osoby podejrzewane o działalność w takiej grupie są prawie zawsze aresztowane. Tak jest od dawna, choć takiego automatyzmu nie powinno być. Nie jest oczywiste, że osoby podejrzewane o takie przestępstwo są w tej grupie. Zdarza się, że np. wśród 20 osób podejrzewanych o działanie w grupie przestępczej, 3-4 jest uniewinnianych".
Jak sam dodaje, często aresztuje się w sprawach najpoważniejszych, takich jak zabójstwo. To zaś wynika z przesłanki, która mówi o surowej karze.
Trochę inna sytuacja dotyczy cudzoziemców. W latach 2009-2015 liczba tymczasowych aresztowań wobec nich wahała się od 322 do 206 osób. Od 2016 roku zanotowano spory ich wzrost i już w 2018 było ich 512. HFPC przytacza też dane pokazujące, że rośnie odsetek tymczasowo aresztowanych cudzoziemców: w 2009 roku wynosił on 3,4 %. Przez kolejne lata wartość ta utrzymywała się na podobnym poziomie, nie przekraczając 4%. Znaczny skok nastąpił w 2015 roku, kiedy odsetek ten wynosił 4,94%, zaś pod koniec 2019 roku było to już 6,95%. Dr. Kładoczny przyznaje, że taki stan rzeczy może wynikać z tego, że coraz więcej jest w naszym kraju cudzoziemców. Ale też z jednej z przesłanek zawartych w Kodeksie postępowania karnego, jaką jest brak stałego miejsca pobytu w Polsce. Wtedy łatwiej jest zastosować areszt, bo brak miejsca pobytu stwarza zagrożenie, że postępowanie może się opóźnić, bo ktoś ucieknie.
Większość aresztowanych tymczasowo spędza w więzieniu mniej niż rok. Wzrasta jednak liczba osób, które przebywały w areszcie ponad dwa lata. W 2018 było ich 18 i był to najwyższy wynik od 2009 roku.
Celem aresztu tymczasowego jest zapewnienie prawidłowego toku postępowania. Dlatego nie ma sensu trzymać ludzi dłużej lub krócej w areszcie. Aresztować go można tylko wtedy, kiedy zagraża on postępowaniu. Jeżeli przebywa w areszcie więcej niż dwa lata, to być może sprawa została źle przygotowana. Może za wcześnie go aresztowano, albo wręcz nie było takiej potrzeby. Art. 5 Konwencji mówi, że człowiek może być aresztowany, ale powinien zostać osadzony w rozsądnym terminie, a w przypadku braku takiej możliwości, powinno się go zwolnić z aresztu. Co więcej, w polskich realiach może dojść do sytuacji, kiedy areszt zamienia się w karę. Przykładowo, ktoś, kto przebywa w areszcie tymczasowym trzy lata i został skazany na karę pięciu lat pozbawienia wolności, może ubiegać się o warunkowe zwolnienie, a w efekcie wyjść na wolność zaraz po ogłoszeniu wyroku. Jak uważa Piotr Kładoczny: "Mamy zupełnie odwrotną od zamierzonej sekwencję zdarzeń. Zamiast człowieka mieć na wolności, prowadzić postępowanie i go ukarać, to robimy odwrotnie. Pozbawiamy go wolności w ramach aresztu tymczasowego, siedzi trzy lata, następnie zostaje skazany i wychodzi. To postawienie na głowie samej idei karania".
Polska miała już problemy przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w związku z tymczasowymi aresztowaniami. W 2010 roku organ ten orzekł, że są one w kraju nadużywane. Sprawa dotyczyła podejrzewanego o morderstwo Adama Kauczora, który spędził w areszcie prawie 8 lat. ETPC nakazał wypłacenie mu 10 tys. euro zadośćuczynienia.

Źródło: https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/aresztowania-tymczasowe-raport-hfpc-coraz-wieksza-ilosc/3gydpn5

Co więc zamiast aresztu? Bo wbrew pozorom na wyrok sądu można oczekiwać poza aresztem. Od razu mówię, że nie jestem zwolennikiem pozostawania poza instytucją karną ludzi, którzy popełnili naprawdę ciężkie przestępstwa lub nie rokują, że nie będą ponownie ich popełniać w okresie pomiędzy przyłapaniem ich na czymś zakazanym, a wyrokiem sądowym.
Jak wspomniano w powyższym tekście środków, które można zastosować zamiast aresztu tymczasowego jest sporo. Autor wymienił np. poręczenie majątkowe, poręczenie osobiste, zakaz opuszczania terytorium Polski połączone z nakazem meldowania się co jakiś czas na policji, dozór policyjny, zawieszenie w czynnościach służbowych lub wykonywania zawodu. Ja bym tutaj jeszcze dodała bransoletkę policyjną oraz dozór kuratorski. Wszystko to ma na celu pozwolić oskarżonemu na czekanie na wyrok w jego naturalnym środowisku. Pamiętajmy, że nie zawsze jest ono zdemoralizowane. A nawet jeśli, to warto też namówić taką osobę na różnego rodzaju terapie mające na celu zmienienie stylu jego życia. To tak niewiele, a tak wiele może zdziałać.

Trzymajcie się ciepło!

wtorek, 15 marca 2022

1411. Myślę, że to najwyższa pora...

na ułożenie tych puzzli:

W dzieciństwie uwielbiałam układać puzzle. Właściwie była to trzecia rzecz po książkach i bloku rysunkowym oraz kredkach, która potrafiła mnie zająć na długie godziny. Co ciekawe, zawsze kiedy układałam puzzle, układałam też historię do znajdujących się na nich obrazkach. Za każdym razem inną. Aż żałuję, że nigdzie nie zostały one zapisane.
Jak możecie zauważyć, puzzle są zupełnie nowe, doszły do mnie jakieś dwa tygodnie temu. Jak tylko je zobaczyłam wiedziałam, że po prostu muszę je mieć. Jak niektórzy z Was wiedzą, historia "Titanica" jest jednym z moich zainteresowań(a może już pasji). Staram się czytać książki z nim związane, również z fikcyjnymi bohaterami, oglądać filmy dokumentalne, wynajdować ciekawostki związane z legendarnym transatlantykiem. We wrześniu 2016 roku postawiłam wszystko na jedną kartę i pojechałam do Warszawy, aby tylko zobaczyć związaną z nim wystawę. Może i wyprawa była szalona, ale oprócz wystawy spełniłam też inne moje marzenie związane z zobaczeniem muzeum POLIN (judaizm to kolejne moje zainteresowanie). Nawet kiedyś dostałam grę komputerową, której akcja toczy się na statku. Powyższe puzzle niejako przekładają się na moje zainteresowania. Zamówiłam ją w pamiętną środę, 23 lutego 2022 roku, dla większości był to ostatni dzień względnego spokoju, dla mnie dzień malutkiego sukcesu, którym nie zdążyłam się nacieszyć...
Zawartość pudełka
Za miesiąc, 15 kwietnia, minie 110 rocznica zatonięcia "Titanica". Myślę, że ułożenie do tego czasu powyższych puzzli byłoby ciekawą formą jej uczczenia. A zarazem odskocznią od codzienności, która wcale nie jest taka radosna, jakby człowiek chciał. Z jednej strony uchodźcy i wolontariat na ich rzecz, z drugiej praca w świetlicy środowiskowej(gdzie już mamy kilkoro ukraińskich dzieci), a z kolejnej dwa kierunki studiów, gdzie po powrocie do domu trzeba jeszcze raz odsłuchać wykładów nagranych na dyktafon, a następnie na spokojnie zrobić z nich notatki na laptopie. No dobra, nie trzeba, no ale... Czasami tylko trzeba specjalnie włączać komputer stacjonarny, bo jak za cicho się nagra głos wykładowcy i nawet pogłośnienie na maksa głośników wbudowanych w laptopa niewiele mi daje, to ostatnią deską ratunku jest puszczenie nagrania przez głośniki w stacjonarce, które jeszcze bardziej wzmacniają głos dzięki pokrętłu.
Chociaż tutaj przy monitorze od komputera stacjonarnego widać wbudowane głośniki, to jednak używam zewnętrznych, widocznych w głębi biurka
Mam tylko nadzieję, że w moim zakręconym życiu znajdę w ciągu dnia chociaż kilka minut, aby coś zdziałać w tym kierunku. Bo z czytaniem kolejnej wypożyczonej z Biblioteki Śląskiej książki(oczywiście o "Titanicu") nie powinno być problemów - to mój sposób na nudę podczas jazdy autobusami i dłuższych przerw między zajęciami(wiem, że studiując dwa kierunki brzmi to jak żart, a jednak mam tak w środy).
Zapowiada się całkiem ciekawie
Trzymajcie się ciepło.

sobota, 12 marca 2022

1410. Okazja raz na 30 lat, jeżeli nie na całe życie

W tym roku mija 30 lat, odkąd papież Jan Paweł II bullą "Totus Tuus Poloniae Populus" ustanowił istnienie diecezji sosnowieckiej. Objęła ona swoim zasięgiem wiele(ale nie wszystkie) parafii znajdujących się dotąd w diecezjach krakowskiej, kieleckiej i częstochowskiej. Miasto, w którym mieszkam znajdowało się wcześniej na terenie tej ostatniej. A jeszcze wcześniej - w diecezji kieleckiej. Swoją drogą to musiało być ciekawe: biskup przyjeżdżał, najczęściej koleją, bo kto na początku XX wieku marzył o luksusowych samochodach i podróży nimi, na kilka dni, podczas nich musiał załatwić wszystkie sprawy, bo nie było wiadomo, kiedy znowu zawita w dane strony.
Wracając jednak do tematu, od którego odeszłam o 100 lat wstecz, 30-lecie swojego istnienia diecezja postanowiła uczcić peregrynacją krzyża. Nie jest to jednak taki zwyczajny krzyż(bo w sumie co to by była za "atrakcja"), a ten, który miał w rękach trzymać sam Jan Paweł II podczas swojej ostatniej Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek, zaledwie osiem dni przed swoją śmiercią.

Jan Paweł II z Krzyżem, Wielki Piątek 2005 r.(źródło zdjęcia)
Zapewne wielu z nas jeszcze pamięta ten powyższy obraz, wielokrotnie przypominany za pośrednictwem różnych mediów - schorowany papież, który oglądał transmisją z tradycyjnej Drogi Krzyżowej w swojej kaplicy, przytulający krzyż podczas ostatniej jej Stacji. I ta przygnębiająca cisza, jakże wymowna w tamtej chwili.
Sama historia Krzyża jest równie poruszająca i zaczyna się w... Polsce. Janina Trafalska miała 29 lat, kiedy wypadła przez okno, uszkodziła sobie kręgosłup i została inwalidką. Podczas gdy kobieta przebywała na leczeniu, jej mąż Stanisław odbywał swoją drogę krzyżową w Bieszczadach, w ten sposób łącząc się z nią w bólu. Po zakończeniu terapii Janina zbuntowała się, miała żal do Boga, izolowała się też od ludzi. Nie pomagały jej żadne słowa otuchy - kobieta nie rozumiała, dlaczego ją to spotkało, a tym samym dlaczego wszystkie jej marzenia legły w gruzach. W 1996 roku Stanisław Trafalski wyrzeźbił dwa krzyże - jeden dla zamawiającego go księdza z Rzeszowa, a drugi dla żony. Jakiś czas później wójt miejscowej gminy wybrał się z delegacją do Watykanu. Poprosił Stanisława o to, aby wykonał coś dla Jana Pawła II. Janina postanowiła obdarować Papieża krzyżem, który niegdyś podarował jej mąż. W ten oto sposób trafił on do Rzymu. Z kolei Jan Paweł II podarował go swojemu sekretarzowi, księdzu Mieczysławowi Mokrzyckiemu. Kiedy 25 marca 2005 roku Papież w trakcie odmawiania 14 stacji poprosił o krzyż, sekretarz podał mu właśnie ten. Państwo Trafalscy od razu go rozpoznali. Było to dla nich wielkie przeżycie i wyróżnienie. Pani Janina czuła się nawet tego niegodna, wspominając swój bunt wobec cierpienia. W 2007 roku ksiądz Mokrzycki został biskupem Lwowskim. Opuszczając Watykan zabrał ze sobą papieski krzyż. Podarował go rodzicom, a oni przekazali tą relikwię proboszczowi z Kraczkowej, który umieścił ją w kościele. Następnie zainaugurowano peregrynację krzyża po innych parafiach ziemi przemyskiej, a także poza jej obrębem. Na ponad pół roku wypożyczono go mojej diecezji, aby mógł odwiedzić każdą parafię znajdującą się na jej terenie.
Przez ostatnie dwa dni(a właściwie to 23 godziny), gościł w mojej parafii. O jego przybyciu ksiądz proboszcz poinformował dopiero na ostatnich ogłoszeniach duszpasterskich, ale ja wiedziałam trochę wcześniej, ze stronki diecezjalnej. Nawet myślałyśmy z Panią Dyrygent nad scholową adoracją, tak jak w przypadku peregrynacji obrazu Jezusa Miłosiernego oraz relikwii bł. Jana Pawła II w 2012 roku oraz relikwiarza ze św. Janem Bosko w 2013 roku, ale proboszcz się nie zgodził... Zresztą jak na większość rzeczy i wydarzeń. Nie powiem, żeby mi się to podobało, bo jednak wspólne akcje jednoczyły wszystkie wspólnoty parafialne, ale mam też nadzieję, że następny gospodarz będzie bardziej przychylny naszym pomysłom. Mimo wszystko plan peregrynacji był dosyć ciekawy, a samo wydarzenie połączono z tegorocznymi rekolekcjami wielkopostnymi w naszej parafii. Na stolikach przy wyjściu z kościoła przez tydzień poprzedzający wydarzenie wyłożone były kartki z planem peregrynacji, który każdy z nas mógł sobie wziąć do domu.

Z powodu peregrynacji w piątek nie byłam w pracy(godziny wyrobiłam w poprzednich dniach - taki plus niepełnego etatu). Na pedagogice miałam zajęcia do 11:15, potem tylko musiałam jeszcze przenieść się na Wydział Teologiczny na zajęcia z retoryki i emisji głosu, które miałam do 13:00 i już byłam wolna. W godzinę dotarłam do domu i nawet zjadłam obiad. A potem na chwilę usiadłam do książki.
Wreszcie na zegarze wybiła godzina 15:30, kiedy to uznałam, że czas już powoli się zbierać. Założyłam buty, kurtkę i czapkę i poszłam pod świątynię, z którą związane jest całe moje życie duchowe. Na placu zebrał się już niemały tłumek wiernych, oczekujących na przybycie samochodu-kaplicy, który miał przywieźć relikwiarz z krzyżem z parafii w Gołaczewach. Planowo miało to nastąpić ok. godziny 16:00, jednak nastąpił półgodzinny poślizg. My jednak cierpliwie czekaliśmy, pomimo tego, że temperatura bardziej sprzyjała powrotowi do domu i wejściu z kubkiem ciepłej herbaty pod równie ciepły koc.
Nasza wytrwałość została wynagrodzona około 16:30, kiedy na horyzoncie pojawił się wspomniany samochód-kaplica. Po chwili manewrowania wjechał na teren przed świątynią. Z pomocą panów z Honorowej Straży Ołtarza z wnętrza został wyciągnięty relikwiarz z krzyżem i na chwilę ustawiony na chodniku.

Niech Was nie zmylą te piękne płomienie słońca - tego dnia było wyjątkowo zimno z powodu wiatru
Po przywitaniu relikwiarza według wcześniej przygotowanego schematu(diecezja przygotowała nawet na tą okazję specjalną księgę celebracyjną), po czym w uroczystej procesji wprowadzono go do środka kościoła.
Przed samym wprowadzeniem był obrzęd okadzenia relikwii
Tuż po wprowadzeniu Wielkopiątkowego Krzyża Papieskiego do kościoła i ustawiony przy ołtarzu. Obok znajdował się nasz parafialny egzemplarz relikwii Jana Pawła II. Całość była oświetlona przez ogromny reflektor, co dawało niesamowity efekt w momencie, kiedy w kościele było zgaszone światło.
Szczerze powiedziawszy to myślałam, że ten krzyż będzie większy. Np. taki jak ten, który peregrynował przed Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie. Co prawda nie nawiedził on naszej parafii, a sąsiednią(więcej o tym wydarzeniu znajduje się >>TUTAJ<<), ale i tak zrobił na mnie niemałe wrażenie. Wszak sama świadomość, że dotykał go Jan Paweł II robiła swoje.
Po wprowadzeniu krzyża i zapełnieniu się kościoła wiernymi, rozpoczęła się trochę opóźniona Droga Krzyżowa dla dzieci. Ogólnie miałam dylemat, czy zostać po przywitaniu Krzyża na wcześniejszym nabożeństwie i od razu na wieczornej Mszy świętej, czy może wrócić do domu, potem pójść na Mszę świętą i zostać na następującej po niej Drodze Krzyżowej dla młodzieży. Po przeanalizowaniu wszelkiego za i przeciw wybrałam jednak pierwszą opcję. Dziecięca Droga Krzyżowa przygotowana była przez katechetki ze szkoły podstawowej znajdującej się na terenie parafii. Zaangażowane w nią były zarówno dzieci, jak i ich rodzice. Bardzo mi się podobał w niej zabieg stawiania pod krzyżem zapalonych świec po każdej ze Stacji. Minusem natomiast okazał się proboszcz próbujący zgrać się ze śpiewem z grającym na gitarze "Prawdę jedyną" organistą.
Wydawać by się mogło, że z powodu opóźnienia nabożeństwo skończy się tuż przed Mszą świętą rekolekcyjną. Tymczasem pomiędzy jednym, a drugim była aż ponad półgodzinna przerwa. Co prawda przeznaczona ona była na adorację, ale i tak byłam nią zaskoczona. Trochę się pomodliłam, ale głównie czas minął mi na czekaniu. 
O godzinie 18:00 rozpoczęła się wieczorna Msza święta połączona z rekolekcjami. Tutaj mam mieszane uczucia, bo rekolekcjonista całkiem sympatyczny i w ogóle, ale jednak czuję pewien niedosyt. Bo na zaproszeniu napisano, że nauka rekolekcyjna będzie o Krzyżu i św. Janie Pawle II, tymczasem w kazaniu zabrakło tego drugiego członu. Co nie oznacza, że samo kazanie mi się nie podobało. Szczególnie przemówił do mnie fragment o pokorze Jezusa podczas obmywania uczniom stóp w czasie Ostatniej Wieczerzy. W ten sposób, pomimo swojej Boskiej Osoby, zniżył się do godności zwykłych ludzi. 
Msza święta zakończyła się krótko po 19:00. Tak jak pisałam, po niej przewidziana była Droga Krzyżowa dla młodzieży, ponieważ jednak byłam na wcześniejszej, nie zostałam już na niej. Na wieczór zaplanowany był jeszcze Apel Jasnogórski, ale naprawdę nie miałam już siły na niego iść.
Dzisiaj poszłam do kościoła na Mszę świętą o godzinie 10:00. Wchodząc do środka spodziewałam się większej ilości osób, jednak nie było ich tak dużo. Zasiadłam w wolnej ławce i spokojnie czekałam na jej rozpoczęcie, od czasu do czasu pozdrawiając znajomych lekkim skinięciem głowy. Msza zaczęła się punktualnie. Byłam ciekawa co tym razem usłyszę podczas kazania, tymczasem ksiądz Mariusz przestrzegał nas wszystkich przed grzechem lenistwa, podkreślając, czym ono się różni od zwyczajnego odpoczynku. Kolejne minuty upływały pod znakiem skupienia, modlitwy, a także dźwięków wydobywających się spod palców pani organistki. 
Po Mszy podeszłam na chwilę pod relikwiarz, nie tylko po to, aby bezpośrednio przed nim się pomodlić, ale i przyjrzeć mu się z bliska. Przed krzyżem wystawiony był koszyczek, a w nim znajdowały się obrazki z modlitwą odnośnie krzyża. Wzięłam sobie jeden - właśnie na pamiątkę.
Potem przyszłam jeszcze do kościoła na godzinę 14:00. Zgodnie z planem odbywał się wtedy różaniec. Znowu trochę odstąpiliśmy od reguły. W sobotę zazwyczaj odmawia się tajemnice radosne różańca świętego. Jednak z uwagi na to, że gościliśmy u siebie dosyć wyjątkowy Krzyż, odmawiane były tajemnice bolesne. Ponieważ planowałam zostać od razu na pożegnanie relikwiarza, a co za tym idzie wziąć też udział w Nabożeństwie Uwielbienia Krzyża, trochę się spóźniłam na ten różaniec(przyszłam w połowie pierwszej tajemnicy). Wszystko dlatego, że szukałam krzyża, który wzięłabym na nie. Oczywiście mogłam ściągnąć ten ze ściany, jednak różnie mogło się to skończyć - zarówno dla niego, jak i dla mnie. Wiedziałam jednak, że mam jeszcze jeden schowany w szafce, musiałam go tylko znaleźć. 
Po różańcu było jeszcze trochę czasu do wspomnianego Nabożeństwa. Tak jak pisałam nie wracałam już do domu, a po prostu przeczekałam go w kościele, który i tak był otwarty z powodu adoracji. Ten czas upłynął wyjątkowo szybko, nawet bym powiedziała, że za szybko. W ten krzyż mogłabym się wpatrywać bez końca.
O godzinie 15:00 ponownie otworzyły się drzwi do zachrystii, z których wyszedł ksiądz proboszcz z ministrantami i księżmi wikariuszami. Po raz ostatni już uklękli przy ołtarzu przed relikwiarzem z Krzyżem i wraz z ludem rozpoczęli odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Tuż po niej wzięliśmy nasze domowe krzyże do rąk i ponownie odnowiliśmy przyrzeczenia chrzcielne, które przed laty złożyli w naszym imieniu nasi rodzice i rodzice chrzestni. Zawierzono także naszą parafię Bożemu Miłosierdziu.
Aż w końcu nadszedł moment, w którym relikwiarz z Krzyżem musiał opuścić mury naszej parafii. Ponownie panowie z Honorowej Straży Ołtarza włożyli kije w odpowiednie miejsca i wzięli drewnianą konstrukcję na ramiona. Przy akompaniamencie pieśni "Nie zdejmę krzyża z mojej ściany" odprowadzono ją do samochodu-kaplicy, którym przyjechał. Jego kolejna stacja w wędrówce to jedna z parafii w Jaworznie. Mam nadzieję, że tam też został przyjęty z entuzjazmem.

Pozdrawiam Was serdecznie