 |
| Jeden to dyplom + suplement licencjata turystyki religijnej, a drugi to dyplom + suplement magistra pracy socjalnej |
Czasami pewne rzeczy docierają do nas dopiero wtedy, kiedy otrzymamy ich namacalny dowód. Niektórzy ludzie swój ateizm, czy też bycie agnostykiem, tłumaczą tym, że uwierzą w Boga, kiedy ten da im znak, że faktycznie istnieje. Inni nie wierzą w cuda nawet wtedy, kiedy lekarze orzekają, że dana osoba wyzdrowiała w niewytłumaczalny dla nauki sposób. Podejrzewam, że ile ludzi, tyle rodzajów niedowierzania czemuś. Dla mnie takim powodem niedowierzania dopóty dopóki nie otrzymam namacalnego dowodu był tytuł naukowy - licencjata z turystyki religijnej oraz magistra z pracy socjalnej. Już sama droga do ich zdobycia była kręta i wyboista. A może takie było moje przeznaczenie?
Studia licencjackie z turystyki religijnej na bieżąco opisywałam na blogu. Raz szło lepiej, raz gorzej, ale zawsze parłam do przodu. I nagle, kiedy byłam na ostatnim semestrze, zaczęło coś się psuć. Kilka okoliczności sprawiło, że podłamałam się na tyle, że straciłam wiarę w siebie. I to tak bardzo, że nie odważyłam się iść na egzamin z języka niemieckiego, chociaż prowadząca go germanistka była z tych, co to rozumieli(a przynajmniej starali się zrozumieć, a to już sporo) co tam szprecham. Wiedziałam też, że przed wakacjami nie oddam mojej pracy dyplomowej. No i pozostawała kwestia nieszczęsnych praktyk, których nie miałam gdzie zrobić. A żadnego wsparcia z uczelni, jak reszta mojej grupy, nie dostałam. Czyli radź sobie człowieku sam! Niestety, przez te 3 miesiące nie udało mi się namówić żadnego pracodawcy na 120 godzin praktyk. Zastanawiałam się, dlaczego tak wielu osobom udało się odliczyć wolontariat na ŚDMie w Krakowie na ich poczet, skoro opiekunka była tak niechętna w tym względzie wobec mnie(znaczy się wszystko działało na zasadzie nie bo nie, bez podania konkretnego powodu). Ale za to napisałam całą pracę dyplomową. I jako tako nauczyłam się na niemiecki. No, ale do egzaminu znowu nie podeszłam wiedząc, że przez praktyki nie dopuszczą mnie do egzaminu dyplomowego. Potem jeszcze próbowałam w następnym roku zaliczyć te studia, ale, o ile zdałam niemiecki, o tyle znowu nie dostałam się na żadne praktyki...
Z turystyką religijną dałam sobie spokój, ale tak jakoś ciągnęło mnie do wiedzy. Jeszcze raz przejrzałam ofertę UPJPII i zaczęłam się zastanawiać nad magisterką z pracy socjalnej albo nauk o rodzinie. Postanowiłam spróbować, chociaż dyplom licencjacki miałam w zupełnie innej dziedzinie. Ku mojemu zaskoczeniu, udało się. Zanosząc papiery do sekretariatu z jednej strony byłam pełna obaw, a z drugiej - nadziei. I wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z panią Mary Poppins. Nasze pierwsze spotkanie obyło się bez fajerwerków, ot, wzięła ode mnie papiery i poinformowała o najważniejszych rzeczach.
Potem było pierwsze spotkanie z grupą na "Zarządzaniu w pomocy społecznej". Pozytywnie mnie ono zaskoczyło, ponieważ od pierwszych chwil zaakceptowali mnie taką, jaka jestem. Powoli zdobywałam tajniki mojego przyszłego zawodu zawiązując więzi nie tylko z innymi członkami grupy, ale i z panią Poppins. Nie zawsze było łatwo, bo wykładowcy byli bardzo wymagający, ale dawałam radę. Najbardziej szaloną rzeczą był mój wylot na ŚDM w Panamie i nieobecność z tego powodu podczas sesji egzaminacyjnej, na szczęście dzięki przychylności dyrektora kierunku, została mi ona przeniesiona na sesję poprawkową z zachowaniem pierwszego terminu. To wtedy, po jednym z egzaminów, wypatrzył mnie i podszedł promotor z turystyki religijnej z propozycją reaktywacji studiów w celu zaliczenia brakujących przedmiotów oraz obronienia pracy. Nawet napisałam podanie, no ale termin jego złożenia minął jakiś czas temu. Złożyłam więc podanie we wrześniu, jednak już na wstępie poinformowano mnie, że w obecnym roku nie ma trzeciego rocznika turystyki religijnej i żebym złożyła to podanie przed semestrem letnim przyszłego roku. No dobra, jak nie ma to nie będę dyskutować.
Tymczasem został mi ostatni rok pracy socjalnej i jeszcze studia z pedagogiki. Jakoś to godziłam, głównie dzięki wyrozumiałości wykładowców i w miarę systematycznej nauce, co też nie było takie całkiem proste, jeżeli prześledzić moje wpisy z 2019 i 2020 roku. Jednak żadnej poprawki nie miałam, co uważam za mały sukces. Jedynie wnioskowałam o wydłużenie sesji ze względu na praktyki studenckie.
Przyszedł marzec 2020 roku i pandemia. W ogóle cieszę się, że skończyłam owe praktyki w piątek przed ogłoszeniem zawieszenia zajęć na uczelniach, bo mogłoby być ciekawie. Jak wiemy, w środę 11 marca ogłosili kwarantannę narodową. Jeszcze rano, kiedy mijaliśmy na schodach rektora, zapytaliśmy się go, czy odwoła zajęcia z powodu rozszerzania się wirusa. "Nie dajmy się zwariować" - padło w odpowiedzi. Natomiast podczas zajęć koleżanka chciała coś sprawdzić na internecie. To wtedy dowiedzieliśmy się, że jest odgórne zarządzenie o zawieszeniu działalności większości instytucji. Najpierw na dwa tygodnie, potem do świąt, a potem na jeszcze dłuższy czas. Zdążyłam jeszcze zostawić w sekretariacie nauk o rodzinie obydwie karty Indywidualnej Organizacji Studiów z prośbą, aby jedną z nich przekazali pani Poppins jak już wróci z L4.
Kiedy żegnaliśmy się tego dnia na zajęciach, nikt z nas nie wiedział, że widzimy się ostatni raz na żywo. My naprawdę chcieliśmy wierzyć, że to tylko na jakiś czas, że obronimy się już w normalnym trybie. Byłam jednak szczęśliwa, że przed zakończeniem trzeciego semestru oddałam promotorowi całą teoretyczną część pracy, bo wszystkie biblioteki były pozamykane, a jakoś nie lubię korzystać z pdf-u(zresztą nie wszystkie książki są w pdf-ie). Kosztowało mnie to wiele nieprzespanych nocy, ale przynajmniej miałam z tym spokój).
Z mniejszymi lub większymi niedogodnościami kontynuowaliśmy naszą edukację w trybie on-line (pomijając, że przez jakieś 3 tygodnie nie mogłam się zalogować na Teamsa to można było jakoś to przeżyć). Myślałam, że będzie to łatwiej będzie w ten sposób ogarnąć dwa kierunki studiów. Niestety, na pedagogice miałam osobę, która wszystko układała pod siebie nie pytając się innych o zdanie. Ja rozumiem, doktor nauk teologicznych, więc była dwa poziomy wyżej od nas, licencjacików, ale czy to ją usprawiedliwia? Zwłaszcza, że panie z sekretariatu pracy socjalnej i (jeszcze*) nauk o rodzinie wiedząc że studiuję na dwóch kierunkach(oraz że dojeżdżam z D.G.), dwoiły się i troiły, aby tak ułożyć te dwa plany, żebym jak opuszczała jak najmniej zajęć(a na te opuszczone "wzięłam" IOSa, co zazwyczaj oznaczało, że mogłam mieć 50% nieobecności). Denerwowało mnie więc, kiedy dzwoniła owa osoba do mnie po przeniesieniu zajęć, że zaczynają się one np. za 15 minut, zwłaszcza kiedy w tym samym czasie miałam coś na pracy socjalnej. Co ciekawe, w drugą stronę to nie działało, no ale rozumiem, doktorzy mogą więcej...

Jednak najważniejszą w tamtym czasie dla mnie rzeczą było ukończenie pisania pracy magisterskiej. Tak jak wspominałam - przed pandemią udało mi się napisać dwa pierwsze rozdziały(jeszcze jeden dowód na to, że nie warto wszystkiego odkładać na potem). Zostały mi już tylko wywiady. Na szczęście mogłam je zrobić on-line. A potem już tylko zostało mi pisanie, pisanie i jeszcze raz pisanie. No, może przesadziłam z tym "tylko", bo jeszcze działy się inne rzeczy, na przykład uczelniany certyfikowany kurs mediacji. Najpierw miał być on stacjonarnie, jednak siłą rzeczy przeniósł się na łany internetu.
Powoli jednak nadchodził dzień obrony. Trzeba było pozaliczać wszystkie przedmioty, w tym zdać egzamin z podstaw prawa administracyjnego w zerowym terminie(ogólnie termin egzaminu wypadał w dniu obron i babce za nic nie dało się przemówić, że wtedy to część z nas ma zamiar zostać magistrami... są ludzie i ludziska). A także przesłać promotorowi ostateczną wersję pracy dyplomowej. Po zatwierdzeniu można było zrobić opłaty, wydrukować całość wraz z setką mniej lub bardziej ważnych oświadczeń i zawieźć wszystko na uczelnię.
Jeszcze nigdy nie widziałam tak wyludnionego Krakowa. Niewiele osób spacerowało po rynku i plantach, gdzieś ucichł ten wszechobecny gwar. Mury uczelniane zionęły pustką. Człowiek czuł się w nich naprawdę malutki. Uśmiech pani Poppins zniknął gdzieś pod błękitną maseczką. Sama przyznała, że dziwnie jej się pracuje, bez tego charakterystycznego gwaru za drzwiami. A jeszcze dziwniej, kiedy pracuje z domu. Nie dziwiłam jej się - w końcu sama też odczuwałam tą narzuconą izolację.
Obronę mieliśmy 25 czerwca 2020 roku. Zdalną. Jeszcze poprzedniego dnia mieliśmy wirtualne spotkanie organizacyjne z dyrektorem kierunku, która jeszcze raz wyjaśniła nam co i jak. Kazała nam przede wszystkim wypocząć i nie stresować się zbytnio - podobno jeszcze nikt nie oblał egzaminu dyplomowego u nich. "No to będziemy pierwsi" - napisał ktoś na konwersacji grupowej. Trudno też było się nie stresować, kiedy coraz bardziej zbliżał się moment obrony. Zostałam "zaproszona" do pokoju, kliknęłam w informację i nagle... Teams odmówił współpracy. Musiało być z fajerwerkami, inaczej było by nudno. Mija minuta, półtorej - nic. Druga minuta - telefon. Sekretariat pracy socjalnej... Odbieram, tłumaczę co i jak, pani Poppins zamiast mnie dobić - uspokaja mnie telefonicznie. Czeski film. Na szczęście komputer namyślił się i podjął ze mną współpracę. Obrona trwała może z 7 minut. Nawet nie pamiętam o co mnie pytali. Pamiętam tylko tyle, że recenzent sam sobie odpowiedział na zadane mi pytanie. Nie to, że nie wiedziałam co powiedzieć, po prostu potrzebowałam chwili przerwy. No ale coś tam zdążyłam powiedzieć, więc mi to zaliczyli. Potem gratulacje, kilka miłych słów na koniec i tyle. Po obronie.
We wrześniu zaniosłam podanie o reaktywację studiów z turystyki religijnej. Zostało ono pozytywnie rozpatrzone. Ponownie zaczęła się szopka z szukaniem miejsca praktyk, co było jeszcze bardziej absurdalne w czasach pandemii. Jeszcze próbowałam negocjować z opiekunem praktyk, bo np. na pracy socjalnej na ostatnim semestrze zamiast praktyk zawodowych musieliśmy napisać ogromny projekt. No, ale znowu był głuchy na wszystko... W końcu sięgnęłam po ostateczność, czyli "praktyki po znajomości". Nie jestem zwolennikiem takich praktyk, ale innego wyjścia nie było. Na szczęście prezes klubu sportowego w którym trenuję ma kuzynkę, która prowadzi biuro turystyczne i zgodziła się mnie przyjąć. Skończyłam je w ostatnim tygodniu września. Ciut za późno, żeby się bronić, dlatego napisałam jeszcze jedno podanie, tym razem o powtarzanie przedmiotu. To po trochu było absurdalne, bo opiekunka praktyk na czas wpisała mi to nieszczęsne zaliczenie, ale już machnęłam na to ręką.
Wreszcie otrzymałam maila z informacją o terminie obrony. 23 lutego, ostatniego dnia przed szaleństwem z wojną i uchodźcami, wstawiłam się na uczelni pod wyznaczoną salą. Znowu był stres, tym bardziej że w przypadku turystyki religijnej oprócz obrony samej pracy, trzeba było odpowiedzieć na trzy tezy(wcześniej podano nam do wiadomości kilkanaście tematów do opracowania). Nigdy nie było wiadomo, na jakie się trafi, a niektóre były naprawdę skomplikowane. Na szczęście trafiłam na takie w miarę znośne. Jedno było o Kalwarii Zebrzydowskiej, drugie o Centrum Jana Pawła II w Krakowie, a trzecie o Jerozolimie w odniesieniu do religii chrześcijańskiej, judaizmu i islamu. A więc luzik, chociaż i tutaj mogłam na czymś polec. Dlatego żadnej z odpowiedzi w 100% nie byłam pewna. Odnośnie pracy to padło pytanie co do celów i funkcji Szlaków Papieskich oraz który obiekt uważam na ich trasie(w odniesieniu do Szlaków Papieskich w Gorcach i Beskidzie Wyspowym) za najbardziej ciekawy. A tak "poza konkursem" to jeszcze zapytano mnie, czy osobiście tam byłam. No, jeszcze nie byłam, ale zawsze można to nadrobić. Tytuł obroniłam, co prawda nigdy bym sobie nie postawiła 5 za to, co powiedziałam(4, najwyżej 4,5), ale to nie ja siebie oceniam.
 |
| Dzień obrony licencjatu był w miarę pogodny. Nie było czasu na więcej zdjęć - musiałam wracać do K-c na zajęcia |
Nazajutrz przyszła informacja o wybuchu wojny na Ukrainie i mój mały sukces musiał ustąpić miejsca innym sprawom. A właśnie wtedy, dzień po obronie, miałam o niej napisać. No, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Zresztą, kto by w obliczu takiej informacji zwrócił na nią uwagę...
W poniedziałek wysłałam do dziekanatu Wydziału Teologicznego meila z pytaniem, kiedy mogę odebrać dyplom z suplementem. Okazało się, że już jest to możliwe. Jeszcze tylko szybki meil do pani Poppins z pytaniem, czy mogę w środę do niej podejść po papiery i po otrzymaniu potwierdzenia zaplanowałam w ten dzień wyjazd do Krakowa. Na naukach o rodzinie odwołali nam tego dnia zajęcia, na pedagogice miałam tylko trzy wykłady. A szczerze powiedziawszy chciałam to już mieć za sobą.
Po przyjeździe do Krakowa swoje pierwsze kroki skierowałam do dziekanatu Wydziału Teologicznego, w celu odebrania dyplomu licencjata. Na miejscu okazało się, że dyplom i suplement owszem są do odebrania, ale piętro niżej. Ale i tak musiałam odebrać z dziekanatu papiery takie jak oryginał świadectwa ukończenia szkoły średniej czy też odpis świadectwa dojrzałości. Na odchodnym usłyszałam życzenia wszelkiej pomyślności. Następnie przeszłam do sekretariatu Instytutu Pracy Socjalnej na ulicy Bernardyńskiej. Tam zabawiłam ciut dłużej, ale wiecie, musiałam się nagadać z panią Poppins. Jednak i tutaj nastał czas pożegnania. Oczywiście na koniec przeprosiłam ją, jeżeli kiedykolwiek miała ze mną problem, czy też jakoś ją uraziłam. W zasadzie miło było usłyszeć, że ona to by sobie życzyła samych takich studentów jak ja.

Tym sposobem odebrałam dwa dyplomy ukończenia studiów licencjackich i magisterskich za jednym razem. Tak naprawdę dopiero wtedy do mnie dotarło, że pomimo wszelkich przeciwności losu i zawirowań udało się. Dobiegłam do mety, może nie jako pierwsza, a na mojej drodze było pełno płotków i nierówności, które musiałam przeskoczyć, czasami potrzebowałam też chwili odpoczynku, a nawet przyjaznej dłoni innej osoby, ale zaraz mobilizowałam się i biegłam dalej dążąc do obranego sobie celu.

Nigdy też nie obrałam sobie, aby za wszelką cenę być najlepszym. Co nie oznacza, że miałam same trójki na koniec. Zdarzały się, owszem, tak samo jak czwórki, a nawet piątki(chociaż na pracy socjalnej moją najgorszą oceną była czwórka). Bardziej stawiałam na systematyczną pracę, samokształcenie, stawianie sobie pytań związanych z danym zagadnieniem i poszukiwanie na nie odpowiedzi w różnych źródłach, stawianie pytań wykładowcom oraz aktywność na zajęciach. Od ocen bardziej liczyła się dla mnie praktyczna wiedza, którą można przełożyć na praktykę. Zawsze uczyłam sie na tyle, na ile było mnie stać. Dzięki temu łatwiej mi było "przeżyć" gorszą ocenę, a zarazem cieszyć się nie tylko swoimi sukcesami, ale i innych. I może dlatego też tak bardzo cieszą mnie ogólne końcowe wyniki z całości studiów?
Jednak tak jak pisałam, oceny nie są dla mnie najważniejsze, a zdobyta wiedza i konkretne umiejętności, które zresztą już mam okazję wykorzystać, czy to w pracy zawodowej, czy też podczas działalności wolontaryjnej z uchodźcami z Ukrainy.
Niemal każdemu z nas raz na jakiś czas spada na głowę niebo. Czasami mniej, czasami bardziej boleśnie. Niekiedy odpuszczamy sobie i się zniechęcamy(co zresztą i mi się zdarzyło nie raz i nie dwa). Nie podejmujemy walki, nie tylko dlatego, że z góry jesteśmy skazani na porażkę. Z drugiej strony zauważyłam, że świat najbardziej nastawiony jest na tych, którzy odnoszą sukces za pierwszym razem, nie zwracając uwagi na tych, którzy do osiągnięcia owego sukcesu mieli bardziej pod górkę. Jak to powiedział jeden z profesorów uczelnianych - nie zawsze warto mieć 5 ze wszystkich przedmiotów, bo w 90% wiąże się to z tym, że nie dostrzegamy i nie doceniamy wysiłku innych, słabszych od nas. Jednak kiedy podejmiemy walkę, nawet z góry przegraną, a przez to w jakiś sposób się podniesiemy, choćby w przenośni. Nie sztuką jest przejść przez życie gładko i bezboleśnie, sztuką jest przejść z podniesioną głową przez życie, kiedy jest w nim ogrom przeciwieństw. I warto też spotkać w swoim życiu takie ludzkie anioły, które będą nas prowadzić tą drogą i będą z nami na niej trwać. A propos aniołów, wzruszyło mnie to, że mój
kaleki anioł dzielnie siedzi na szafce w gabinecie pani Poppins i dzielnie pilnuje studenckich dzienniczków praktyk :).
Obroniłam się, po czasie, ale się obroniłam. Nie zrobiłam niczego nadzwyczajnego, ludzie bronili tytułów naukowych długo przede mną i będą je bronić jeszcze długo po mnie. Dlatego nie czuję się wyjątkowo, czy też jak wybraniec losu. Cieszę się jednak, tak po ludzku, że mi się to udało. Mimo wszystko. I mam nadzieję, że zdam jeszcze niejeden egzamin, także ten z życia.
 |
| Anioły są wokół nas pod różnymi "postaciami" |
* teraz jest osobny sekretariat pedagogiki, wtedy podlegał on nauką o rodzinie