Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 29 kwietnia 2023

1572. Sobotnie mini-zmatrwienia

Rano ksiądz Darek odwołał dzisiejsze zajęcia w Oratorium. Przez cały miesiąc tylko właściwie raz się one odbyły. Potem były święta, potem ksiądz proboszcz nie ogłosił, że one są, potem dzieciaki pierwszokomunijne miały spowiedź, a teraz jest majówka i wiele z nich już wyjechało. Aż boję się, jak będzie wyglądał maj... Inna sprawa, że coraz więcej rodzin odchodzi od Kościoła, a i same zajęcia wydają się mało atrakcyjne dla dzieci. Może wszystko robić bardziej na sportowo? Może jakąś wycieczkę zrobić? Łucja na swoim blogu podrzuciła mi banalny pomysł na wycieczkę do Muzeum Pożarniczego w Mysłowicach. Okazja byłaby doskonała - 4 maja swoje wspomnienie obchodzi święty Florian, patron strażaków. Dzieciaki mogłyby za darmo jechać (na terenie metropolii uczniowie do 16 roku życia nie płacą za przejazd środkami komunikacji miejskiej), większość animatorów ma bilety zniżkowe. Jedyne co musielibyśmy opłacić to koszt samych biletów do muzeum. Myślicie, że proboszcz się zgodził? Gdzie tam. I to nie chodzi o te całe pieniądze na wejście do muzeum, bo mamy swoje fundusze ze sprzedaży kredy, kartek oraz ciastowych baranków wielkanocnych. Ani o program wycieczki, bo ten osobiście dopieściłam do ostatniej kropki (w końcu ma się to wykształcenie w kierunku turystyki). O co? Nikt nie ma bladego pojęcia. Akcja czytania Pisma Świętego (głównie przez młodzież salezjańską, ale myślę że i inne grupy parafialne też by się dołączyły) w kościele z okazji zeszłotygodniowej Niedzieli Biblijnej też mu się nie podobała.

Od kilku dni zachodzę w głowę, jakim cudem nie zapisałam się na wolontariat podczas tegorocznego "Biegu bohaterów". Bo to, że nie zrobiłam tego jest pewne - inaczej dostałabym już meila z przydziałem ról. Co ciekawe, właściwie byłam pewna, że to zrobiłam. Ale po drodze zapisywałam się i na sam bieg, i na wolontariat podczas innego biegu (na który finalnie się nie zakwalifikowałam), a więc mogło mi się coś pomieszać. Trochę szkoda, bo lubię to całe zamieszanie tworzące się przy okazji. Lubię współpracować ze znanymi mi ludźmi, a także poznawać nowe osoby. No, ale skoro przegapiłam zapisy to mówi się trudno, żyje się dalej.

czwartek, 27 kwietnia 2023

1571. Dostałam o wiele więcej, niż sama dałam

Bieżący tydzień jest dla mnie dość ciężki i wyczerpujący mnie zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. A przecież się on jeszcze nie skończył i sama nie wiem, co się może jeszcze w ciągu niego zdarzyć. Mam tylko jedno co do niego życzenie - aby na jutrzejszej wizycie kontrolnej u lekarza okazało się, że antybiotyk (trzeci z kolei) wreszcie został odpowiednio dobrany. Od świąt walczę z infekcją i nie wiem, czy bardziej mnie ona osłabiła, czy też skutki uboczne antybiotyku. Do tego jeszcze doszły problemy rodzinne, które na szczęście powoli dobiegają końca. Dlatego niejako otuchę i radość w moje serce wlała niepozorna, ale jakże piękna przesyłka, jaką znalazłam dzisiaj w skrzynce pocztowej.
Kiedy podczas ostatnich świąt Wielkanocnych wysłałam wirtualne kartki świąteczne wraz z życzeniami do moich blogowych znajomych i nieznajomych, tak jak już wcześniej pisałam, nie spodziewałam się wiele. Może co najwyżej podziękowania i życzenia od nich. Aż wstyd się przyznać, ale chyba nie do wszystkich napisałam wiadomość zwrotną z podziękowaniami za nie. Trzeba będzie to naprawić. Jednak nie spodziewałam się, że sprawy przybiorą aż taki bieg.
Na bloga Izuni, znanej w blogowym świecie jako kicikicitata, trafiłam przez przypadek. Od razu zachwyciła mnie jej skromność połączona z niesamowitym talentem. Szczególnie spodobały mi się jej anioły i Madonny wykonane w niecodzienny sposób. Mogłabym je oglądać bez przerwy, jednak nawet nie śmiałabym zapytać się Izy, czy by nie wykonała czegoś dla mnie. Nie mniej, staram się wpadać na jej bloga zawsze, kiedy pojawi się na nim coś nowego, bo wiem, że to będzie uczta dla moich zmysłów wzrokowych. Dzięki temu ich autorka stała mi się bliska, a nawet bardzo bliska, chociaż dzielą nas kilometry. Dlatego zdecydowałam się posłać jej życzenia. Nie miałam adresu domowego, na jej blogu jednak znalazłam adres meilowy. Do prostych, ale płynących z głębi życzeń dołączyłam, jak każdemu, czy to wysyłając tradycyjną kartkę, czy też meilową, mój malunek krzyża ze stułą oraz barankiem po lewej stronie i koroną cierniową po prawej. Nic wielkiego, prawda? Jednak Izunia postanowiła mi się odwdzięczyć w tradycyjny sposób.
Kiedy otworzyłam średnich rozmiarów kopertę, a następnie szary papier, aż dech mi zaparło ze wzruszenia, a łzy pociekły z moich oczów. Zobaczyłam dwa cudowne obrazki, z czego jeden przedstawiał młodą kobietę o niezwykłej urodzie, a drugi, a jakże by inaczej, Maryję. Do tego dołożona została piękna, kwiecista zakładka. Zakładek u mnie nigdy nie jest za dużo (zwłaszcza kiedy się czyta kilka książek na raz) a tą ulubioną jest stworzona przez Agaję z inicjałem mojego imienia. Ile ona "przeczytała" ze mną książek wie tylko ona sama. Ta stworzona przez Izunię też ma swój niepowtarzalny urok i na pewno będzie nie raz wykorzystana. Zresztą sami zobaczcie jakie cudowności dostałam, chociaż zdjęcia do końca nie wydobywają tkwiącego w nich piękna.
Tak jak pisałam, przesyłka od Izuni włożyła w moje życie nieco radości, zwłaszcza że przybyła w nieco trudnym dla mnie czasie. A zarazem zaskoczyła, bo z bloga wiem, że Izunia ma dosyć napięty teraz okres. Nie spodziewałam się, że tak szybko coś mi prześle. Jestem też szczerze wzruszona tym gestem - bo chociaż sama niewiele jej dałam, to tak naprawdę dostałam od niej o wiele więcej. I kto wie, być może zyskałam kolejną bratnią, chociaż nieznaną, duszę...

środa, 26 kwietnia 2023

1570. To niebo nad nami...

Jakiś czas temu zobaczyłam dziwne ciemne plamy na wyświetlaczu mojego aparatu fotograficznego. Trochę mnie to zasmuciło, ponieważ zakupiłam go przed niecałym rokiem. A też zależy mi, abym mogła zabrać jakiś sprzęt na przyszłomiesięczny wyjazd z uczelni na wizytę studyjną. Na szczęście znalazłam w Kato serwis fotograficzny, który przyjmuje sprzęt do naprawy. Mam nadzieję, że coś na to poradzą.
Tymczasem za oknem aura coraz bardziej przybiera wiosenną postać. Co prawda był dzisiaj zdradziecki wietrzyk, który szczególnie rankiem owiewał mi twarz, jednak ciepłe, nieśmiałe promienie słoneczne przekonywały, że nie warto mu ulegać. Forsycje już przekwitają, ich żółciutkie niczym kaczuszki kwiatuszki ustępują miejsca zielonym listkom. W trawie pojawia się coraz więcej stokrotek, a na klombach w centrum miast - bratki i tulipany. Nawet nie wiedziałam, że mogą mieć aż taką gamę barw. 
Wszystko to zachęca, aby na chwilę odejść od książek poświęconych hospicjom i opiece paliatywnej, czy też naturalnym sposobami planowania rodziny, albo tych, dzięki którym powstają kolejne zdania mojej pracy dyplomowej i tuż po powrocie do domu z uczelni i z pracy wyjść chociażby do przyblokowego mini-ogródka. Jednak ani wiedza sama nie wejdzie mi do głowy, ani licencjat się sam nie napisze (a i chwilowa niedyspozycja nie pozwala mi się cieszyć z uroków w takim stopniu, w jakim bym c.hciała) i z wewnętrznym żalem muszę na razie zadowolić się widokiem z 3 piętra. Chociaż dużo bardziej zachwyca mnie tutaj niebo unoszące się ponad wieżowcami widocznymi z okna. Ostatnio nawet patrząc na nie poczyniłam taką oto próbkę poezji:

To niebo nad nami

To niebo nad nami
wisi niczym sufit.
I nawet gdy człowiek myśli, 
że on spadnie,
Ono wciąż góruje,
dumnie, śmiało, godnie.
Czasami bezchmurne
błękitem zachwyca.
Czasami je przetnie
jakaś błyskawica.
A kiedy patrzymy na nie nocami,
bywa usłane gwiazd konstelacjami. 
To niebo nad nami
nie boi się burz.
To niebo nad nami,
będzie, i już!
Pod niebem niebieskim spotkajmy się,
pod niebem błękitnym spędzamy swe dnie.
I taki nam wszystkim
mądry morał prawi,
że po każdej burzy,
tęcza się pojawi.

Trzymajcie się ciepło!

wtorek, 25 kwietnia 2023

1569. Przedmaturalne przemyślenia

Za tydzień matura. Chyba pierwszy raz od trzech lat nie przejmuję się tym, czy Młodsza w końcu ją zda, czy też nie. Zauważyłam, że jej samej jest to wszystko jedno. A skoro jej jest wszystko jedno, to dlaczego ja mam się tym denerwować? Swoją zdałam dawno temu powyżej oczekiwań wszystkich, a zwłaszcza mnie samej*. I myślę, że tak jest najlepiej - zdać wszystko jak najszybciej i mieć wszystko z głowy.
Od czterech lat próbuję Młodszej wbić do głowy, to wiadomości z arytmetyki, to z algebry, trygonometrii, czy też mojej ukochanej statystyki i rachunku prawdopodobieństwa (i oczywiście z pozostałych działów matematyki). Może nie jestem najlepszym dydaktykiem, bo dopiero rok temu poznałam tajniki tejże dziedziny pedagogiki, ale się staram. Tylko co mi po staraniach, kiedy Młodsza nie jest niczym zainteresowana, poza tym co się dzieje w jej smartfonie, nie robi "zadań domowych", czasami wręcz bez uprzedzenia nie przychodzi na umówione spotkania. Z tego co wiem od jej mamy, a mojej cioci, nie chodzi na żadne inne kursy przygotowawcze. Ciemno to widzę, zwłaszcza że według mnie jej braki sięgają jeszcze materiału gimnazjalnego. A na wymarzony AWF nie dostanie się tylko dlatego, że jest w kadrze Polski. To tak niestety nie działa.
Pozytywnie zaskoczył mnie natomiast Maxym. Bo Kropka co rusz daje mi znać o swoich ocenach. Mimo tego, że w środku roku zmieniła szkołę (z klasy matematyczno - biologiczno - chemicznej z rozszerzonym angielskim w liceum, na klasę o profilu technik analityk w najlepszym technikum na Śląsku), a wraz z nią życie o 180 stopni, to na razie oprócz dosłownie kilku 3, ma same 4, 5 i 6. Zdolniara. Maxym natomiast ostatnio sam z siebie wziął się za naukę. Średnią na koniec roku raczej nie dorówna Kropce, przynajmniej w tym roku, ale jest szansa, że podniesie ją o ponad 1 w stosunku do poprzedniego. Ostatnio robiłam z nim projekt z fizyki, za który dostał 4. A jaki był z tego dumny. A ja z nim. Za trzy lata i jednego, i drugiego czeka matura. O Kropkę jestem dziwnie spokojna. Pomimo tego, że aktualnie mieszka wraz z siostrzeńcem w Domu Dziecka, jest też ambitna i chce się uczyć. Nie wiem, co jeszcze musiałoby się stać, żeby zmieniła swoją postawę. O Maxyma w sumie też. Od początku nastawiał się bardziej na zdobycie tytułu technika spedytora, niż zdanie matury, i do zawodu bardziej się przykłada. A jak jeszcze napisze maturę, to będę go nazywać mistrzuniem.

* wiem, że to mało ambitne, ale założyłam, że z polskiego wystarczy mi 30 % (przez nielogiczny klucz odpowiedzi, szczególnie wypracowań), tak samo z niemieckiego (całe 3 lata słyszałam, że nie zdam jej, zwłaszcza części ustnej przez wadę wymowy), tymczasem z jednego i drugiego miałam wyniki powyżej 75% z pisemnych i odpowiednio 100% i 90% z ustnych, a o resztę się nie martwiłam

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

1568. Koalanizacja

Nie wiem czy pamiętacie, ale tuż przed wybuchem pandemii covid-19 świat ze zgrozą przyglądał się temu, co działo się na drugiej stronie globu w Australii. Upały połączone z pożarami zbierały tragiczne żniwo wśród unikatowej fauny i flory zamieszkujących najbardziej endemiczny kontynent na kuli ziemskiej (co prawda jeszcze bardziej endemiczna jest Antarktyda, ale dla mnie to też bardzo specyficzny kontynent, jakby nie patrzeć). A potem przyszła pandemia i sprawa pożarów w Australii zeszła na dalszy plan. Nawet ja miałam zamiar napisać o koalanizacji w kontekście tego, co się tam wtedy działo, jednak tak nie do końca mi to wyszło.
To zdjęcie przerażonych kangurów tak mną wstrząsnęło, że musiałam je skopiować. Niestety, nie zapisałam strony, na której się ono znajdowało, a po trzech latach już do niej nie dojdę
O tych wydarzeniach niejako przypomniał mi jeden z wpisów na blogu Lucynki, który ostatnio przeczytałam w całości. Dotyczył słynnego filmiku ukazującego spragnionego misia koalę, pijącego wodę z podanego mu bidonu. Było to o tyle niezwykłe, że koala w normalnych warunkach nie piją wody - jej zapas uzupełniają zjadając liście eukaliptusa. Wtenczas jednak było to utrudnione, ponieważ wiele drzew eukaliptusowych po prostu spłonęło.
(źródło zdjęcia)
Przy okazji wpisu Lucynki przypomniało mi się o moim wpisie, który finalnie nie został wtedy opublikowany. Na szczęście główna jego myśl została zapisana w szkicach blogowych. Chodziło w tym wszystkim o tzw. "Koalanizacji", o której przeczytałam w jednym z numerów "Świata wiedzy" z 2012 roku. Zresztą przeczytajcie sami:

Obrońcy zwierząt z jednej z prywatnych klinik dzikich zwierząt w 2012 roku przemierzali miasta na wschodnim wybrzeżu Australii starając się wyłapać koala, a następnie wypuszczali je na wolność z dala od cywilizacji. Jeżeli trafiały im się jakieś ranne osobniki, najpierw zabierane były do szpitala, gdzie zostały opatrzone i odkarmione. Zdecydowano się na taki krok, ponieważ we wschodniej części Australii te sympatyczne torbacze codziennie ginęły pod kołami samochodów - kiedy koala spoglądały w jaskrawe światła reflektorów trąbiących na nie aut, z reguły jest już za późno. Ale to nie jedyne pułapki, w których koala nie widzą zagrożenia - psy ludzkich sąsiadów oraz ogrodzenia z drutów kolczastych spowodowały, że w ich ojczyźnie stało się niebezpiecznie. W konsekwencji w ciągu ubiegłego stulecia ich populacja została znacznie zdziesiątkowana: z 10 milionów zrobiło się ich kilkadziesiąt tysięcy. Dodatkowo zostały objęte ścisłą ochroną.

źródło: "Świat Wiedzy" nr 7/2012, str. 10-11

Co prawda w oryginalnym tekście problem dotyczy misiów, które ginęły pod kołami samochodów, ale wydaje mi się, że akcja miałaby swoje powodzenie również w kontekście pożarów.

niedziela, 23 kwietnia 2023

1567. Sitcomy, które nas jednoczyły

Moje ostatnie rozmyślania powstały się poniekąd pod wpływem trzech lektur (a właściwie to sześciu lektur tekstów zawartych w trzech książkach), które mieliśmy za zadanie przeczytać na przedmiot zowiący się Zagadnienia kultury współczesnej. Z jednej strony przedmiot wydaje się łatwy i przyjemny, ale z drugiej mamy strasznie dużo tekstów do przeczytania na każde z zajęć. Co ciekawe, ostatnie zajęcia z tego przedmiotu mieliśmy... 13 marca. Nie było mnie jednak na nich, ponieważ miałam rozmowę z Portugalią w pewnej sprawie. Potem coś tam wypadło prowadzącej zajęcia, potem były święta... A że zajęcia mamy co 2 tygodnie, to nam trochę poprzepadało. Zastanawia mnie, czy i kiedy nadrobimy te zajęcia. 
Książki niezłe, zwłaszcza dla kogoś, kto nie siedzi specjalnie w temacie. I może dlatego trochę czułam się jak ufoludek czytając kolejne rozdziały. Oglądanie całego sezonu na raz zawalając w ten sposób całą noc? O nie, wolę się wyspać. Antybohater moim ulubionym bohaterem? Nie powiedziałabym. Algorytm Netflixa? Nie mam takiego czegoś jak Netflix. Ale chyba tak samo działa youtube, bo ostatnio jako pierwsze sugerowane pozycje mam odcinki "Szkoły". O współczesnych serialach młodzieżowych już nie wspomnę. Chyba jednak najbliżej mi było w tym wszystkim do tekstu dotyczącego serialu "Przyjaciele" oraz sitcomów. Ten pierwszy serial pamiętam tyle o ile, ale sitcomy to część mojego dzieciństwa.
Kiedy wchodziły "13 posterunek", "Miodowe lata", "Świat według Kiepskich" czy też "Lokatorzy" byłam w 2, 3 klasie szkoły podstawowej. W tamtych czasach to była nowość, która kojarzyła się z Zachodem. Przed telewizorami zasiadało się o określonych porach całymi rodzinami, zaśmiewając do łez z tego, co się działo na ekranie telewizora. Należę jeszcze do tego pokolenia, które raczej wolny czas spędzało na zabawach podwórkowych, jednak kiedy nadchodziła pora jakiegoś serialu, wszyscy się rozchodzili do mieszkań, aby go obejrzeć (zresztą podobnie było, kiedy do ramówki weszły słynne "Pokemony", zawsze okupywaliśmy telewizor w świetlicy szkolnej, by zobaczyć kolejny odcinek). A potem wracaliśmy i odzwierciedlaliśmy obejrzane sceny, tudzież dyskutowaliśmy na ich temat. Czyli można powiedzieć, że nawet "głupie" seriale potrafiły nas jednoczyć.

sobota, 22 kwietnia 2023

1566. Przyszły lekarz powinien oglądać "Na dobre i na złe". A przyszły pedagog?

Kilka lat temu gdzieś na youtube rzucił mi się w oczy tytuł jednego filmiku, że przyszli lekarze powinni oglądać serial "Na dobre i na złe". Nie powiem, kiedyś lubiłam go oglądać, przeszło mi, kiedy niemal całkowicie wymieniono pierwotną ekipę aktorską. Czyli gdzieś w okolicach 2014 roku. Wiem, że idą z duchem czasu, ale to nie to samo. Czasami jeszcze go obejrzę, lecz nie czuję tego dreszczyku emocji, co kiedyś. 
W mojej głowie pojawiło się ostatnio pytanie: skoro przyszli lekarze powinni oglądać "Na dobre i na złe" (chociaż osobiście bardziej poleciłabym im TVN-owski "Szpital"*), to co powinien oglądać przyszły pedagog, aby zaznajamiać się z problemami współczesnej młodzieży. Co prawda ja zaznajamiam się przez 5 dni w tygodniu podczas pracy, prawdą jest jednak, że w telewizji niewiele jest seriali związanych z pedagogiką samą w sobie. Nawet porównując z medycyną, to w dziedzinie lekarskiej był i "Ostry dyżur", i "Chirurdzy", i "Doktor House"**, i "Doktor Quinn", a z polskich produkcji to wspomniane "Na dobre i na złe", "Szpital", "Na sygnale", "Lekarze", "Czułość i kłamstwa" (jak ja swego czasu kochałam ten serial), "Echo serca" i może jeszcze by się coś znalazło. 
Logo serialu (źródło zdjęcia)
Nie jestem jakimś maniakiem seriali, może dlatego nie mogę skojarzyć tych ze szkołą i wychowaniem, jako motywem przewodnim. Jedyne co mi przychodzi tak typowo z branży pedagogicznej to dwa seriale paradokumentalne zrealizowane przez TVN - "Szkoła" i "Bunt!". Może na platformach typu Netflix jest tego więcej, ale na razie nie czuję potrzeby zakładania ich. I właśnie w wolnych chwilach oglądam pierwszy z nich. Ktoś na youtube wrzuca początkowe odcinki. Widziałam już kiedyś kilkadziesiąt wyrywkowych odcinków, które w większości śmieszyły mnie, niż wzbudzały jakąś głębszą refleksję. Teraz patrzę na problemy bohaterów bardziej z perspektywy pedagoga. Sama podczas oglądania niejednokrotnie zastanawiam się, jak ja sama zachowałabym się w danej sytuacji. Zazwyczaj oglądam w ciągu wolnego dnia 2, maksymalnie 3 odcinki. To optymalna jak dla mnie liczba, jeżeli chcę w miarę "trzeźwo" wszystko odebrać i przeanalizować. I naprawdę zaczynam podziwiać tych ludzi, którzy potrafią obejrzeć cały, kilkunastoodcinkowy sezon serialowy na raz. Tym bardziej, że ja naprawdę przeżywam problemy tych dzieciaków, chociaż wiem, że to tylko wymyślona przez scenarzystę fabuła. Z drugiej strony wczuwam się zarówno w nauczycieli, jak i w uczniów, których oni uczą. Zastanawiam się, z którymi chciałabym mieć lekcje, a których warto unikać, również ze względu na ich stosunek do podopiecznych.
Pierwotne grono pedagogiczne serialu (źródło zdjęcia)
To oczywiście nie jest tak, że traktuję serial jako główne źródło wiedzy, bo nic nie zastąpi mi wiedzy zdobywanej na Uniwersytecie. Raczej jako hipotetyczny sprawdzian tego, czego się nauczyłam (jak pisałam - praktyczny mam przez pięć dni w tygodniu w pracy). Zdaję sobie też sprawę, że kiedyś to eldorado może się skończyć, dlatego robię sobie notatki z moich spostrzeżeń.
Co do drugiego serialu, "Bunt!", to widziałam zaledwie jeden odcinek. Opowiada on o pracy w zakładzie poprawczym. Ale jakoś do mnie on nie przemówił. Nie wiem, może gdybym obejrzała więcej odcinków, to inaczej bym go odebrała. Jednak, jak już pisałam, nie jestem miłośniczką oglądania seriali. Może kiedyś...

* Na początku nawet to oglądałam, ale potem doszły studia w Krakowie i po prostu zabrakło na to czasu
** Pamiętacie jeszcze boom na ten amerykański serial, obejrzałam cały jeden jego odcinek :)

piątek, 21 kwietnia 2023

1565. Książki też bywają propagandowe

W ostatnich dniach udało mi się sięgnąć po książkę autorstwa Jana Błońskiego zatytułowaną "Biedni Polacy patrzą na getto". Nie będę ukrywać, że chciałam ją już od dawna przeczytać, jednak jak kiedyś za nią patrzyłam, to nie było jej w katalogu Biblioteki Śląskiej. Ostatnio coś mnie tchnęło i postanowiłam sprawdzić jeszcze raz. Ku mojej uciesze okazało się, że placówka ma ją w swoich zbiorach. Korzystając z tego, że była dostępna, postanowiłam ją sobie wypożyczyć.

Książka jest niewielkich rozmiarów, co nie oznacza, że czyta się ją lekko i przyjemnie. Kilka esejów czyta się z grozą, połączonych w moim przypadku z pewnego rodzaju niesmakiem. Autor jednoznaczne wytyka w nich antysemickie "grzechy" Polaków, takie jak getta ławkowe, politykę prowadzoną przez Romana Dmowskiego, czy też obojętność Polaków podczas II wojny światowej wobec rozgrywającego się tuż obok nich dramatu Holokaustu. Ani słowa o tych, którzy pomagali ludności żydowskiej w ukrywaniu się przed wrogiem, ryzykując własne życie. A tych nie brakowało - w Instytucie Yad Vashem najwięcej tytułów "Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata" zostało przyznanych właśnie Polakom. Szkoda, że nie sprawdziłam tego przed wizytą w nim we wrześniu ubiegłego roku, ale wśród nich znajdują się mieszkańcy parafialnej wsi, z której pochodzi moja mama. Przez całą wojnę ukrywali u siebie zbiegłych z getta w pobliskich Działoszycach Żydów. Na pewno mają swoje drzewo w Jerozolimie. O tym, jak moja prababcia ukrywała Żydów pisałam >>tutaj<<. A Ulmowie, którzy za ukrywanie Żydów zostali rozstrzelani w środku nocy? Już we wrześniu zostaną beatyfikowani. Takich niepozornych błogosławionych jest całe mnóstwo.

To nie jest jednak tak, że cała książka wywołała u mnie awersję. Podobał mi się rozdział o Aronku, który wraz z nianią poznawał święta żydowskie i katolickie za pomocą kalendarza. Co prawda puenta znów wyszła negatywna, ale jednak było w nim coś, co mnie wzruszyło. Podobał mi się też esej, w którym Błoński w dość krytyczny sposób podchodził do obrazu Żyda w literaturze polskiej. Może ciut za bardzo doszukiwał się w nim na siłę oznak antysemityzmu, ale uważam go za dobry. 

Niemniej jednak nie chcę poddawać się propagandzie, nawet książkowej, że wszyscy Polacy byli antysemitami. Owszem, zdarzali się tacy. Ale na przeciwległej szali wagi byli ci, którzy pomagali Żydom w ukrywaniu się. A najlepszy tego przykład miałam w rodzinie i wśród znajomych (no dobra, ja nie znałam tych, co ukrywali na wsi Żydów, bo zmarli przed moim narodzeniem, ale moja mama, a najbardziej to mój dziadek, już tak). Nie zapominajmy o tym.

czwartek, 20 kwietnia 2023

1564. Wojciech Korfanty - syn śląskiej ziemi

Wojciech Korfanty był Ślązakiem, jednak jego sława nie ograniczała się tylko do tego regionu Polski. Chociaż zasłynął jako dyktator powstań śląskich oraz wielki orędownik przyłączenia Śląska do odradzającej się po 123 latach Rzeczypospolitej Polskiej, to z powodzeniem odnajdywał się też na scenie politycznej. Za życia był bardzo szanowanym człowiekiem. Czy i dzisiaj warto o nim pamiętać?
20 kwietnia 2023 roku przypadło 150 lecie urodzin Wojciecha Korfantego. Z okazji bądź co bądź okrągłej rocznicy jego urodzin, Sejm ustanowił go jednym z patronów aktualnego roku. 
Korfantego można określić na wiele różnych sposobów, jako ciętego redaktora, przedsiębiorcę, a nade wszystko jednego z największych górnośląskich polityków XX w. Ponadto wiódł barwne życie, w którym nie brakowało wzlotów i upadków, a pod względem ilości wrażeń i przygód spokojnie wystarczyłoby na kilka biografii.
Mimo swoich zasług został on niejako zapomniany. Na szkolnych lekcjach historii słyszy się o nim niewiele (nawet na poziomie rozszerzonym), a jeżeli już, to zdecydowanie mniej niż o jego politycznych przyjaciołach i przeciwnikach, w tym Józefie Piłsudskim, Wincentym Witosie czy też Ignacym Janie Paderewskim.
Co więcej, większość losowo zapytanych na ulicy osób zapytanych o Paderewskiego, Piłsudskiego albo Dmowskiego, pewnie będzie w stanie coś o nich powiedzieć, w zależności od swoich własnych sympatii i przemyśleń. Ale nazwisko Korfanty mało komu coś będzie mówiło. No, może mieszkańcy Katowic skojarzą go z aleją biegnącą przez sam środek miasta w kierunku Siemianowic Śląskich (miasta, w którym Korfanty przyszedł na świat, konkretnie w przysiółku Sadzawki), a absolwenci Wydziału Filologicznego UŚ mogą kojarzyć go jako srogo wyglądającą postać spoglądającą z pomnika.
Kim zatem był Wojciech Korfanty - "Śląski Bożyc", który pojawiał się na łamach gazet z całego świata? Górnoślązakiem z urodzenia, Polakiem z wyboru, Europejczykiem ze względu na wyznawane wartości i niezachwianą siłę w demokracji i dyplomacji, za którą zapłacił wielką cenę.
Czy tylko dlatego powinniśmy o nim pamiętać, zwłaszcza my, ludzie mieszkający na Górnym Śląsku i mówić o nim pomimo przepaści 150 lat od jego narodzenia. I dlaczego na katowickim rynku stoi wystawa, skromna bo skromna, poświęcona jego osobie?

  1. Wojciech Korfanty był z terenu Górnego Śląska. Urodził się w 1873 roku w rodzinie górnika Józefa Korfantego, na co dzień pracującego w kopalni Fanny. Wojciech nie zrobił tu jednak wielkiej kariery po przyjeździe z Wielkopolski czy też Galicji. Mimo to był nierozłącznie związany z tą częścią kraju, nawet kiedy wielokrotnie go opuszczał, czy to ze względu na studia, pracę, ambicje bądź też późniejsze prześladowania. Zawsze jednak tu wracał i zawsze pamiętał o "kraju lat dziecinnych", co dało się odczuć chociażby w jego publicystyce. Nie wstydził się też, ani nie wypierał swojego pochodzenia, a nawet w pewnym sensie korzystał na wizerunku "człowieka z ludu", kontrastując w ten sposób z większością ówczesnych polityków, w większości pochodzących z uprzywilejowanych warstw. Z dumą prezentował się jako self-made man, a to imponowało prasie światowej. Był też przykładem, że dzięki wsparciu udzielonemu przez innych, szczęściu i żelaznemu uporowi w realizacji zamierzonych celów można wiele osiągnąć. Ślązak z ludu, człowiek w meloniku, zdobył sławę nie tyle lokalną, ile międzynarodową, dlatego powinno się o nim pamiętać.
  2. Charakteryzowała go niezłomność. Wydaje się, że żadne kataklizmy nie były w stanie złamać jego determinacji. W sierpniu 1895 r. relegowano go z gimnazjum pod zarzutem agitacji wszechpolskiej, złego wypowiadania się o Bismarcku i działalności antyniemieckiej. Skreślenie z listy uczniów tuż przed maturą oraz postawienie przed sądem w grudniu tego samego roku, to wystarczająco trudne doświadczenia, aby złamać niejednego młodego człowieka. Trzeba jednak pamiętać, że Wojciech Korfanty nie był pierwszym lepszym "młodym człowiekiem". Dzięki pomocy Józefa Kościelskiego (posła do Reichstagu) udało mu się zdać maturę i pójść na studia. Nie złamała go też ostra walka ze wspierającymi silną na Górnym Śląsku partię Centrum duchownymi. Przepłacił ją dużymi trudnościami w uzyskaniu ślubu kościelnego. Miał on się odbyć 1 lipca 1903 r. w Bytomiu, w końcu miał on miejsce 5 października w Krakowie, gdzie nie sięgały już wpływy górnośląskich duchownych. Nie złamały go pierwsze niepowodzenia finansowe: odejście na początku 1905 roku z jego pierwszej redakcji gazety, gdzie pracował - "Górnoślązaka", pięć lat później wykupienie drugiej, "Polaka" przez magnata prasowego Adama Napieralskiego i wiążąca się z tym upokarzająca praca na stanowisku redaktora. Nie złamała go zajadłość Józefa Piłsudskiego traktującego Korfantego z dużą podejrzliwością, a latem 1922 r. wprost odmówił mu współpracy, pozbawiając go tym samym szansy na objęcie funkcji premiera. Nie złamał go przewrót majowy wraz z jego dalekosiężnymi konsekwencjami, takimi jak szykany, otwarta wrogość środowiska sanacyjnego, zamach bombowy, czy też upolityczniony proces przed Sądem Marszałkowskim z 1927 r. Nie złamało go doświadczenie Brześcia z 1930 r., kiedy specjalnie rozwiązano Sejm Śląski po to, "aby dorwać Korfantego". Jednak to wydarzenie znacznie odcisnęło się na jego zdrowiu. Nie złamała go przymusowa emigracja polityczna do Czechosłowacji na wiosnę 1935 r. - ciągle zagrożony aresztowaniem Korfanty zdecydował się na jakiś czas opuścić Górny Śląsk. Wielkim ciosem, ale niewystarczającym żeby go złamać, była małostkowość wojewody śląskiego Michała Grażyńskiego, który uniemożliwił Wojciechowi uczestniczenie w pogrzebie własnego syna Witolda w 1938 r. W końcu nie złamał go pobyt w więzieniu od kwietnia do lipca 1939 r., chociaż zapewne przyspieszył śmierć ze względu na ciężkie warunki, jakie w nim panowały. Korfanty pozostawał jednak niezłomny. Ta niezłomność połączona z dążeniem do pokonania nawet najcięższych trudności sprawiają, że pamięć o Korfantym, silnej Bestii, może być ważna i inspirująca dla tych, którzy borykają się z problemami.
  3. Wojciechowi Korfantemu niewątpliwie należy się pamięć za całokształt jego pracy plebiscytowej. Wysiłek plebiscytowy przypadał na najtrudniejszy możliwy okres wojny polsko - bolszewickiej (od 14 lutego 1919 r. do 18 października 1920 r), kiedy to zdawało się, że ledwo odzyskana niepodległość państwa była poważnie zagrożona. Liczba głosów oddanych za Polską w dniu 20 marca 1921 r. zaliczana jest jako osobisty sukces Korfantego. Niemiecki komisarz plebiscytowy, Kurt Urbanek, nawet w części nie miał takiego charyzmatu jak Wojciech, który zjednał sobie przewodniczącego Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i Plebiscytowej, gen. Henriego Le Ronda, z którym to zawarł osobistą przyjaźń. Co ciekawe, przetrwała ona powojenną zawieruchę. W czasie samego III powstania śląskiego (o którym szerzej pisałam w >>TYM<< wpisie), które okazało się największe i najintensywniejsze ze wszystkich powstań śląskich, to właśnie umiejętności Wojciecha Korfantego zapewniły ciągłość pracy w przemyśle górnośląskim pomimo tego, że zostały przerwane dotychczasowe łańcuchy dostaw. Co więcej, dzięki swoim dyplomatycznym umiejętnościom uchronił powstanie przed skąpaniem we krwi w trakcie niemieckiej kontrofensywy.
  4. O Wojciechu Korfantym warto pamiętać ze względu na jego bogate dziedzictwo redakcyjne. Jego nazwisko niewątpliwie powinno być znane każdemu, kogo interesuje historia prasy, a w szczególności historii prasy górnośląskiej. Wojciech Korfanty w 1901 roku współtworzył "Górnoślązaka", w 1905 roku otwierał "Polaka", w 1924 roku zakupił dziennik "Rzeczypospolita". Jednak jego redaktorskim dziełem życiowym była ukazująca się od 1924 do 1939 roku "Polonia". Był to dziennik przygotowywany według najlepszych światowych standardów. Korfanty był chętny do współpracy z każdym ambitnym dziennikarzem, bez względu na jego poglądy, tak długo, jak tylko akceptował on polityczną linię pisma. "Polonia" charakteryzowała się nowoczesną szatą graficzną. Jako jedna z pierwszych gazet w Polsce miała dostęp do sprzętu umożliwiającego drukowanie w dwóch kolorach oraz wierną reprodukcję zdjęć. Wojciech chciał uczynić pismo dziennikiem, który miałby ogólnopolski zasięg, jednak kryzys ekonomiczny pokrzyżował mu plany. Mimo to "Polonia" uchodziła za jasną gwiazdę na nieboskłonie górnośląskiej prasy. Co więcej, nazwisko Korfantego powinno być znane miłośnikom komiksów. W bulwarze "7 - groszy" wydawanym od 1932 r. przez koncern Polonia (z którego dochodów finansowano druk "Polonii"), ukazywał się jeden z pierwszych polskich komiksów - "Przygody Bezrobotnego Froncka".
  5. Sława Wojciecha Korfantego nie ograniczała się jedynie do regionu czy też Polski, ale był osobą rozpoznawalną na arenie międzynarodowej. Utrzymywał korespondencję telegramową z premierem Wielkiej Brytanii Davidem Lloydem Georgem, odwiedzał premiera Francji - Aristide'a Brianda. Pisały o nim największe, znane na całym świecie gazety, takie jak angielski "The Times", francuski "Excelsior", niemiecki "Berliner Tageblatt", włoska "La Stampa", a także wielkie nowojorskie "New York Herald" i "New York Tribune". Jego rozpoznawalność w skali światowej była tak wielka, że nazwisko "Korfanty" można było odnaleźć nawet w japońskich gazetach z lat 30. (czyli długo po III powstaniu śląskim, kiedy naturalne było, że oczy całego świata były skierowane na to, co się dzieje na Górnym Śląsku). Taki stopień rozpoznawalności jest doskonałym sygnałem, że Korfanty to postać nietuzinkowa.
  6. Wojciech Korfanty do końca wierzył w demokrację i wprost opowiadał się przeciwko wszelkim formom autorytaryzmu. 17 maja 1926 r. w Sejmie Śląskim potępił przewrót majowy nie bacząc na to, jakie będą tego konsekwencje. To autorytaryzm, efekt tego przewrotu, był jednym z powodów publikacji gorzkich przemyśleń na temat Polski w wydanej w 1927 r. "Odezwie do ludu śląskiego". Pisał wtedy "Nie okazała się Polska taką, o jakiej marzyliśmy, ale nie ustajmy w pracy i poświęceniu, aby z niej zrobić Polskę godną naszych marzeń". W jego wizji Górny Śląsk był miejscem, gdzie Polacy i Niemcy mogliby współistnieć na zasadach wzajemnego poszanowania. Starła się ona w opozycji z projektem Michała Grażyńskiego. Nie należy zapominać, że Wojciech Korfanty był raczej niechętny powstaniom. Bardziej wierzył w to, że zdecydowanie korzystniejszy dla Polaków będzie wysiłek dyplomatyczny niż zbrojny, zaś korzystny dla Polaków podział Górnego Śląska można by było osiągnąć słowem, a nie walką. Jednak wiara w demokrację sprowadziła na Korfantego prześladowania, Brześć i emigrację polityczną. Ale mimo trudności pozostał on wierny swoim ideałom. Dlatego postać ta zasługuje na pamięć każdego, dla kogo słowo "demokracja" nie jest pustym frazesem.
  7. W końcu Wojciech Korfanty pozostawił po sobie trwały ślad, zarówno w historii Górnego Śląska, jak i całej Polski. To głównie dzięki jego wysiłkom granice II Rzeczpospolitej Polskiej przebiegała właśnie w znany nam sposób. Był redaktorem, przemysłowcem, posłem, senatorem, wicepremierem a także niedoszłym premierem. Może nie był takim budowniczym jak Jerzy Ziętek czy też Michał Grażyński, ale bez niego Górny Śląsk nie byłby taki sam.





Wojciech Korfanty niewątpliwie jest ważną postacią. Jego myśl i historię warto badać i przypominać. To także jeden z bohaterów Górnego Śląska, zasługujących na upamiętnienie i trwałą obecność w przestrzeni publicznej. Wszak jest niejednoznaczny i wieloaspektowy jak ziemia, z której pochodzi. Wiele grup ze sceny politycznej do dzisiaj sięga do jego dziedzictwa, interpretując jego działalność na swój sposób. Świadczy to o wielkim znaczeniu Wojciecha Korfantego dla współczesności. Dlatego warto pielęgnować pamięć o nim, jako o jednym z ojców niepodległej Polski i rodowitym Górnoślązaku.
Wracając z Biblioteki Śląskiej przechodziłam przez cmentarz, na którym pochowany został Wojciech Korfanty. Jego grób był usłany wieńcami.
Grobowiec rodziny Korfantych. Napis informujący, że spoczywa tam Wojciech znajduje się na jego górze
Większość dzisiejszych zdjęć pochodzi z wystawy na katowickim rynku.

środa, 19 kwietnia 2023

1563. "Najważniejsze jest życie! A gdy się już ma życie – najważniejsza jest wolność! I często dla tej wolności znów przychodzi oddawać życie!", M. Edelman

Pamiętam jeszcze, jak podczas szkolnej wycieczki do Warszawie w pierwszej klasie liceum, nauczyciel od wiedzy o społeczeństwie pokazał nam fragment muru, który otaczał tamtejsze getto. Już wtedy judaizm i holokaust należały do moich ścisłych zainteresowań. Podobnie jak to było w przypadku "Titanica" - najpierw moja wiedza opierała się na źródłach książkowych i nielicznych dokumentach filmowych*, a także na lekcjach historii (oczywiście na historii nie uczono nas o legendarnym statku). W szóstej klasie moja wiedza była na tyle duża, że z okazji 60 rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim prowadziłam nawet na ten temat prelekcję, w której brali udział i koledzy z podstawówki, i z gimnazjum (zresztą rok wcześniej prowadziłam podobną na temat, a jakżeby inaczej - "Titanica"). Wracając jednak do muru, wywarł on na mnie takie wrażenie, że po powrocie do domu napisałam na ten temat wiersz:

Niemy świadek
Minęło już tyle lat od chwili,
gdy szaleniec postanowił zabawić się w Boga.
Decydując, kto tak właściwie ma żyć, a kto nie,
wedle swoich niezrozumiałych kryteriów.
Zamknął na małym terenie, znęcał się nad ludźmi,
którzy mogli by być znanymi osobowościami.
Nie pozwolił by słońce grzało dla dzieci,
i cieszyło je tak jak każde inne.
A potem nakazał ich usunąć z tej ziemi,
strzelając do nich na ulicy, wywożąc do obozów.
I to dlaczego? Z jakiego powodu?
bo w inny sposób wierzyli w tego samego Boga.
I tylko pozostał mur, co pamięta,
ostatnie chwile ich życia, ostatnie spojrzenia.
Zanim mgła śmierci zasłoniła ich oczy,
zanim jak zwierzęta znikli w bydlęcych wagonach.


Właśnie minęła kolejna, 80 już rocznica, wybuchu powstania w warszawskim getcie żydowskim.  Było to pierwsze tego typu zdarzenie w okupowanej Europie. Żywych świadków widzących to co się działo na własne oczy jest coraz mniej. Niemi na zawsze zachowają wydarzenia tamtych dni dla siebie. Aby chociaż trochę zachować w pamięci tamte dni, pozwolę sobie przytoczyć wywiad z jednym ze świadków powstania, który ukazał się na głównej stronie onetu. Kiedy go czytałam to czułam ciary na plecach.

Przeżyła powstanie w getcie. "Przez Warszawę jechaliśmy w workach"

- Myśmy nie byli podobni do ludzi. My byliśmy zupełnie jak... nie umiem powiedzieć, jak dokładnie wyglądałam, bo lustra wtedy nie było, ale sobie wyobrażam, że jak takie kościotrupy z Oświęcimia. Kiedy już wyszliśmy i byliśmy przewożeni, to przejeżdżając przez Warszawę, czułam słońce. A byłam wtedy w worku - opowiada o życiu w bunkrze i w kanałach podczas powstania w getcie warszawskim w 1943 r. działaczka społeczna Krystyna Budnicka.

Getto warszawskie. Ruiny na ulicy Twardej / Fotografia z Archiwum Ringelbluma, zbiory Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma / Materiały prasowe(źródło zdjęcia)

  • W czasie powstania nawet do naszej ziemianki dochodziły dźwięki strzałów. Czuło się też coś w rodzaju trzęsienia ziemi, jak gdyby czołgi przejeżdżały. Wiedziałam, że coś się dzieje - opowiada Krystyna Budnicka, która w momencie wybuchu powstania miała 11 lat.
  • Moje ówczesne marzenia mogą wydawać się bardzo śmieszne, bo chwilami sobie wyobrażałam, że jem chleb, że go obracam w ustach i sobie przypominam jego smak, bo nie jadłam go przez wiele miesięcy - opowiada.
  • Zawsze bardzo mi było ciężko i smutno, kiedy przychodziło Święto Zmarłych. Ludzie szli na cmentarz, chodzili na grób. Ja chodziłam gdzieś pod pomnik Bohaterów Getta - wspomina.
Marcin Zawada: W kwietniu 1943 r., kiedy trwało powstanie w warszawskim getcie, miała pani 11 lat. Pamięta pani dzień wybuchu powstania?
Krystyna Budnicka: Tego konkretnego dnia nie pamiętam. Od stycznia byłam już pod ziemią, w bunkrze.
Marcin Zawada: W bunkrze, który zbudował pani brat - Rafał.
Krystyna BudnickaTak. Ten bunkier to był rodzaj ziemianki, na bazie pogłębionej piwnicy. Wtedy w getcie budowano takie bunkry jako miejsce ukrycia. One mogły ocalić życie w trakcie wywózek do obozów zagłady. Ten nasz bunkier dodatkowo był połączony z kanałem. A to dawało, w razie czego, możliwość ucieczki na stronę aryjską.
Marcin Zawada: I tą drogą opuściła pani ruiny getta, prawie pół roku po wybuchu powstania. Wiedziała pani, że na powierzchni toczą się walki?
Krystyna Budnicka: W czasie powstania nawet do naszej ziemianki dochodziły dźwięki strzałów. Czuło się też coś w rodzaju trzęsienia ziemi, jak gdyby czołgi przejeżdżały. Wiedziałam, że coś się dzieje.
Krystyna Budnicka, zdjęcie z wystawy "Wokół nas morze ognia" / Archiwum prywatne (źródło zdjęcia)
Marcin Zawada: W powstaniu w getcie walczyło trzech pani braci.
Krystyna Budnicka: Tak, Rafał, Chaim i Izaak - trzech chłopców, którzy poszli do powstania. Oni już wcześniej często wychodzili na jakieś zgrupowania, ale broni u nich nie widziałam. Ja nie miałam tak w pełni świadomości, że powstanie się toczy i w związku z tym coś się zmieniło, bo właściwie zagrożenie było ciągle. Myśmy cały czas żyli w tym bunkrze w strachu, że nas nakryją. To, że trwa powstanie, poczułam później, kiedy getto zaczęło się palić. Wtedy co jakiś czas chowaliśmy się w kanale.
Marcin Zawada: Bunkier nie był już bezpieczny?
Krystyna Budnicka: W bunkrze wtedy nie dało się przebywać, on był zbudowany na zasadzie ziemianki - w piwnicy została wybrana ziemia z podłoża i obsypano nią strop i ściany boczne. Kiedy systematycznie dom za domem się walił i palił, to ta ziemianka nagrzewała się jak piec chlebowy. To wszystko się czuło, ten cały pożar. Nie widziałam płomieni, ale czułam te płomienie na skórze. Myśmy uciekali do kanałów, bo w kanale było chłodno.
Marcin Zawada: Ale też niebezpiecznie.
Krystyna Budnicka: Niemcy rzucali do nich bomby gazowe. Te dni, to było wielkie napięcie i strach.
Marcin Zawada: Była pani świadoma tego, co się dzieje?
Krystyna Budnicka: To wszystko do mnie docierało w półśnie, ja byłam bardzo słaba. Nie byłam aktywna - po pierwsze z głodu, po drugie z bezsilności. W bunkrze siedziało się na pryczy, ja jako dziecko nie miałam nic do roboty. I to był taki trudny czas do chwili, kiedy bracia po prostu wrócili z akcji.
Marcin Zawada: Z akcji, czyli z powstania.
Krystyna Budnicka: Tak. Słyszałam różne historie, które były opowiadane, że jedni bojownicy uciekli do lasu, inni popełnili samobójstwo. A moi bracia wrócili, chociaż wojny i tak nie przeżyli. To wszystko docierało do mnie tak mętnie, to wszystko było bardzo trudne.
Marcin Zawada: Szczególnie dla dziecka. O czym pani wtedy marzyła?
Krystyna Budnicka: Moje ówczesne marzenia mogą wydawać się bardzo śmieszne, bo chwilami wyobrażałam sobie, że jem chleb, że go obracam w ustach i sobie przypominałam jego smak, bo nie jadłam go przez wiele miesięcy. Moje marzenia dziecięce były też takie, że walczę z Niemcami. Nie chodziłam do szkoły, ale czytałam różne książeczki, dlatego wyobrażałam sobie, że jestem kimś na wzór Emilii Plater - że jestem bohaterką, że jeżdżę na koniu, strzelam i walczę z Niemcami. Tego typu to były marzenia.
Marzyłam też o wyjściu na słońce. Ale wówczas moim głównym zajęciem był sen, takie zapadanie w niebyt, żeby przeżyć. Na pryczy leżałam często przytulona do mamy.
Marcin Zawada: Marzyła pani, żeby zobaczyć słońce i do tego słońca jesienią 1943 r. doprowadził panią - i tych, którzy jeszcze w bunkrze pozostali - pani 13-letni brat, który musiał bardzo szybko dojrzeć.
Krystyna Budnicka: Jehuda nas wyprowadził, bo już nikogo innego nie było. On jeden został i znał rozkład kanałów. Sam niestety podczas tej drogi się topił, ponieważ w pewnym momencie trzeba było przejść z naszego kanału w nurt kanału burzowego. Jehuda szedł jako pierwszy i porwał go prąd. Wpadł do tej brudnej wody i pewnie się jej napił. Po tym zachorował i po kilku dniach umarł na sepsę. Wcześniej nas jednak wyprowadził na powierzchnię. Pamiętam, że po wielu miesiącach siedzenia w piwnicy, kiedy już wyszliśmy i byliśmy przewożeni, to przejeżdżając przez Warszawę, czułam słońce. A byłam wtedy w worku.
Marcin Zawada: W worku?
Krystyna Budnicka: Tak, bo myśmy nie byli podobni do ludzi. Myśmy byli zupełnie jak... nie umiem powiedzieć, jak dokładnie wyglądałam, bo lustra wtedy nie było, ale sobie wyobrażam, że jak takie kościotrupy z Oświęcimia. To była skóra i kości po dziewięciu miesiącach siedzenia pod ziemią, więc zapakowano nas w worki dlatego, że byliśmy przewożeni jak towar na platformie. Po dziewięciu miesiącach pobytu pod ziemią słyszałam, że gdzieś tam jeżdżą jakieś tramwaje, gdzieś tam ludzie chodzą, wiedziałam, że gdzieś tam jest to słońce.
Marcin Zawada: Życie toczyło się mimo tego, co wcześniej działo się w getcie.
Krystyna Budnicka: Getta już nie było.
Marcin Zawada: Tego świata za murami nie zobaczyli już pani rodzice.
Krystyna Budnicka: Rodzice zostali w kanale. Nie mogli już wyjść, nie mieli siły. A jeszcze okazało się, że jeden z włazów, ten, którym mieliśmy wyjść po aryjskiej stronie, był zalutowany i trzeba było iść do następnego. Wtedy rodzice nie mieli już siły się ruszyć. Nie było też możliwości, żeby ktoś do nich zszedł z pomocą.
Powstanie w getcie warszawskim / domena publiczna (źródło zdjęcia)
Marcin Zawada: Pamięta pani ostatnie słowa rodziców?
Krystyna Budnicka: Słów taty nie pamiętam, bo w tym czasie był już bardzo poraniony psychicznie.
Marcin Zawada: Co się stało?
Krystyna Budnicka: Kiedy stworzono getto, to pewnego razu tatę zaczepiło dwóch Niemców. On wtedy wracał do naszego mieszkania na placu Muranowskim. Tata był praktykującym Żydem, chodził w tradycyjnym stroju i miał piękną białą brodę. I oni mu tą brodę obcięli do połowy, żeby go bardziej upokorzyć. Później kazali tańczyć, a kiedy tata nie chciał, to go uderzyli i zaczęli wyśmiewać. Dookoła zebrało się sporo ludzi. Tata wcześniej był szanowanym człowiekiem, do którego przychodziło się po rady. Ta sytuacja go złamała. Od tego czasu mało się odzywał, przestał decydować i być głową rodziny. Nigdy się już z tego nie podniósł.
Marcin Zawada: A pamięta pani ostatnie słowa mamy?
Krystyna Budnicka: Wtedy w tym kanale szła jeszcze z nami moja siostra, która była już dorosła. Ona miała jakieś 18 - 20 lat. Kiedy trzeba było iść dalej, bo ten właz był zamknięty, to moja siostra nie chciała zostawić rodziców. Ja też się trzymałam mamy. I wtedy moja mama powiedziała do mnie: "ty idź, twój brat Rafał jest na górze, on po nas przyjdzie, on nam pomoże". Do siostry tego nie powiedziała... nie chciała może zostać sama z tatą.
Marcin Zawada: I to było wasze pożegnanie?
Krystyna Budnicka: Uważam, że to był testament mojej mamy - ty idź, ty masz żyć! Nie powiedziała tych słów "ty masz żyć", ale powiedziała "ty idź", bo ja się trzymałam kurczowo mamy. A moja siostra miała szansę, moja siostra była młodą dziewczyną, też miała szansę przeżycia...
Marcin Zawada: Na początku wojny było was dziesięcioro. Miała pani rodziców, sześciu braci i siostrę.
Krystyna Budnicka: Już nie mówiąc, że trzech braci było żonatych, jeden miał dwoje dzieci.
Marcin Zawada: Na końcu wojny została pani sama.
Krystyna Budnicka: Sama. Przeżyła ze mną jedna bratowa, ona później przeszła przez obóz w Pruszkowie, obóz pracy i wyjechała do Izraela, do Palestyny prosto z Niemiec.
Żołnierze niemieccy na ulicach Warszawy w czasie powstania w getcie / Reprodukcja / PAP (źródło zdjęcia)
Marcin Zawada: Przez te wszystkie lata, które minęły od powstania w getcie, od II wojny światowej opłakała pani swoich najbliższych?
Krystyna BudnickaNie, nie opłakałam... gdzieś w sercu, oczywiście. Ale nie miałam miejsca pamięci... Zawsze bardzo mi było ciężko i smutno, kiedy przychodził(o) Święto Zmarłych. Ludzie szli na cmentarz, chodzili na grób. Ja chodziłam gdzieś pod pomnik Bohaterów Getta, w domu sobie myślałam o nich serdecznie, ale nie miałam takiego miejsca, gdzie bym mogła... żaden z moich bliskich nie miał godziwego pochówku, takiego, jaki przysłuchuje każdemu człowiekowi. Pamięć i pogrzeb - tego nie mieli.
Marcin Zawada: Teraz to się w końcu zmieni. Powstało miejsce pamięci poświęcone pani najbliższym.
Krystyna Budnicka: I dla mnie jest to tak bardzo ważne. Jestem ogromnie wdzięczna inicjatorom, że powstał zaułek rodziny Kuczerów. To jest moje miejsce, moich bliskich - budowniczych tego bunkra, bo tam było więcej osób poza moją rodziną. Wiem, że ja tylko jedna żyję, ale ważne dla mnie jest to miejsce, gdzie będzie pamięć tych, których nie mają swoich grobów. A takich jest dużo.
Marcin Zawada: Dlaczego my dziś wciąż powinniśmy pamiętać o tym, co wydarzyło się 80 lat temu w warszawskim getcie.
Krystyna Budnicka: Po to, aby to się nigdy nie powtórzyło, a ciągle się dzieje na świecie. Trzeba edukować i wspominać. Trzeba krzyczeć: nigdy więcej wojny, nigdy więcej cierpienia i nigdy więcej prześladowania różnich ludzi!
Krystyna Budnicka (źródło zdjęcia)
Pani Krystyna Budnicka, a właściwie Hana Kuczer znajdowała się w tłumie ludzi, którzy zgromadzili się na 80 rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim. Jej postać została przywołana w przemówieniu wygłoszonym przez pana Mariana Turskiego, tego samego, który podczas 75 rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu uświadamiał wszystkim, że "Auschwitz nie spadło z nieba". Pan Turski nie był w getcie warszawskim, poznał za to piekło holokaustu z perspektywy najbardziej chyba znanego obozu w Oświęcimiu. Chociaż pewne fakty z życia pani Krystyny zostały przeinaczone, z tego co powiedział można wyczytać tragedię ludzi, przebywających w getcie: - "Właśnie jest tutaj, teraz, między nami, Hena Kuczer. Wówczas 11-letnia dziewczynka. Jej dwaj starsi bracia trafili dużo wcześniej na Umschlagplatz. Też dwie przecznice stąd, ale w drugą stronę. Ale zanim wywiezieni zostali do komory gazowej - tacy, jak oni przeżywali kilka dni udręki i upokorzenia na Umschlagplatzu. Doznawali go od Niemców i od kolaborujących z nimi Ukraińców i Litwinów. Za łyk wody trzeba było płacić zegarkiem albo setkami złotych.
11 - letnia Hena - pod koniec powstania, żeby uciec od otaczającego ich morza ognia, towarzyszyła ojcu i bratu w ucieczce przez kanały. Tam obaj zginęli. Na szczęście Hena Kuczer ocalała. Aby się uratować, musiała ukryć tożsamość i przybrać nowe imię - Krystyna Budnicka. Dziś jest honorową obywatelką miasta stołecznego Warszawy.Krysiu Kochana, składam Tobie hołd i podziw. 
Moja siostro w cierpieniu i niedoli!".
Marian Turski przemawiający z okazji 80 rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim (źródło zdjęcia)
W dalszej części jakby rozwinął ostatnią odpowiedź udzieloną Marcinowi Zawadzie przez Krystynę Budnicką w przytoczonym wywiadzie: "Ale... Czy mogę być obojętny, czy mogę milczeć, gdy dzisiaj armia rosyjska dokonuje agresji na sąsiada i zaboru jego ziem? Czy mogę milczeć, gdy rakiety rosyjskie niszczą infrastrukturę ukraińską - domy, szpitale, zabytki kultury? A wszystko to przecież spowoduje gwałtowny przyrost śmiertelności i obniżenie wieku życia setek tysięcy cywilów!
Czy mogę milczeć, gdy widzę los Buczy, a wiem, jak Niemcy unicestwili polski Michniów, białoruski Chatyń, czeskie Lidice czy francuski Oradour?...". 
Pozwólcie, że spuentuję dzisiejszą notatkę, podobnie jak zakończył swoje przemówienie pan Marian Turski, cytując słowa Marka Edelmana: "Najważniejsze jest życie! A gdy się już ma życie - najważniejsza jest wolność! I często dla tej wolności znów przychodzi oddawać życie". Zapamiętajmy to sobie.


* podejrzewam, że na kanałach typowo historycznych mogło być ich więcej, jednak ja takowych nie posiadałam w domua

wtorek, 18 kwietnia 2023

1562. Kartki wielkanocne - tradycyjne lub nie

Powoli zaczynają spływać do mnie informacje od tych blogerów, do których dotarły moje skromne kartki z życzeniami. Co prawda nie od wszystkich, ale wierzę i liczę w moc Poczty Polskiej. Inna sprawa, że wysłałam je na ostatnią chwilę... Ale i tak cieszę się, że docierają. A jeżeli jeszcze pomyślę, że na czyjejś twarzy chociaż przez chwilę zagościł z tego powodu uśmiech, to moja radość jest jeszcze większa.
Do wielu osób wysłałam życzenia i "kartkę" za pośrednictwem meila. Już raz tak zrobiłam - na początku pandemii koronawirusa w ten sposób przekazałam wielu moim czytelnikom również życzenia wielkanocne. Chociaż nie spodziewałam się po tym wiele, to odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. 
Postanowiłam ponowić ten eksperyment w stosunku do tych, których poczytuję. Niestety, w stosunku do wszystkich to się nie udało, ponieważ też nie wszyscy ujawnili swoje adresy meilowe (tym pozostało przekazanie życzeń w najprostszej formie, czyli przez komentarz na blogu). Ale dla tych co mieli gdzieś tam go zamieszczonego to nie szkodziło spróbować i wysłać. Tym razem było ciut łatwiej, również pod względem technicznym. Za każdym razem z drżeniem serca wysyłałam taką "kartkę", i z równie dużym drżeniem serca odbierałam odpowiedzi zwrotne. Na moich ustach za każdym razem pojawiał się uśmiech.
Wielokrotnie już pisałam, że kiedy w 2005 roku zaczynałam moją przygodę z blogowaniem, nikomu, a już na pewno nie kilkorgu zbzikowanym na punkcie jednego artysty nastolatkom, nawet się nie śniło, aby przesyłać życzenia świąteczne w innej formie niż przez bloga. To myślenie zmieniło się dopiero tutaj. Dlatego zamiast narzekać, że znowu wysłałam o wiele więcej kartek niż dostałam, wolę cieszyć się z tych trzech, które otrzymałam. Trzy to zawsze więcej niż zero. No i oczywiście autentycznie cieszę się ze wszystkich życzeń, które otrzymałam na blogu.
Jednocześnie poszukuję różnych rozwiązań. Na przykład co, jeżeli czegoś nie da się zrobić w tradycyjnej formie - nie mogę wysłać tradycyjnej kartki, bo nie mam funduszy/adresu/możliwości? Ok., szukam rozwiązania, jak to zrobić bez tego. A e-meil wydaje się całkiem rozsądną alternatywą. To prawda, że to nie to samo, co tradycja, ale trzeba sobie jakoś radzić. Odbiorca wiadomości natomiast może sobie taką kartkę np. wydrukować (jak przeczytałam to w kilku wiadomościach, to aż mi się oczy zaświeciły). Czyli, jakby nie patrzeć, i tak będzie mieć fizyczną wersję. 

poniedziałek, 17 kwietnia 2023

1561. Czas na zmiany

Pamiętacie jak jakiś czas temu pisałam, że staram się o dofinansowanie z PFRONu na zakup Mobilera z programu likwidacji barier technicznych? Prawdę powiedziawszy to obawiałam się, że dostanę, jak zwykle odpowiedź odmowną (tzn. chodzi o dofinansowanie do turnusów rehabilitacyjnych, bo do studiów w Krakowie nigdy mi nie odmówili, to przyznaję z pełną uczciwością). No wiecie: kwalifikuje się Pani do dofinansowania, ale pula została rozdysponowana pomiędzy bardziej potrzebujących od Pani... Dlaczego teraz miałoby być inaczej?
Tymczasem dzisiaj dostałam meila informującego mnie, że owo dofinansowanie zostanie mi przyznane. Szybko podliczyłam kwotę dofinansowania i wyszło mi niecałe 25% całej kwoty na zakup, jednak myślę, że dobre i to. Zawsze mogli mi nic nie przyznać. Teraz mam nadzieję, że wszystkie papiery zostaną w miarę szybko podpisane. Wiadomo - im szybciej się to wszystko załatwi, tym szybciej będzie można zamówić sprzęt, tym szybciej można będzie rozpocząć treningi (mam nadzieję, że to będą faktycznie treningi, a nie farsa), może jeszcze uda mi się załapać na Mistrzostwa Polski na przełomie czerwca i lipca. 
Trener się mnie dzisiaj pytał, czy jadę na zawody do Słubic na początku maja. To też chyba miał być kiepski żart. Może gdyby moje treningi były faktycznie treningami biegackimi. Tymczasem dzisiaj 90% całości to było bezsensowne przechodzenie pod i nad płotkami, 6% to rozgrzewka, 4% - odpoczynek. Jak dla mnie jest to strata czasu. Nawet w początkowej fazie mojego trenowania nie było czegoś takiego. Kilka razy zwróciłam mu uwagę, to w odpowiedzi usłyszałam, że motoryka jest najważniejsza. Tylko co mi po motoryce, kiedy nie potrafię już dobrze wystartować, nie mówiąc już o czasach, jakie uzyskuję. No, szkoda naprawdę tego, co wypracowałam, na co poświęciłam właściwie całe nastoletnie życie. W dodatku jego lekceważąca nas postawa po prostu mnie zniechęca. Kurczę, dawniej trening był porządny, ale i trenerka była taka, że jej się chciało. A skoro jej się chciało, to i nam, dziesięcio, jedenastoletnim bąkom. Teraz jest zupełnie inaczej. Dlatego szukałam jakiejś alternatywy. Na rehabilitację trudno się dostać, to chociaż sport mi pozostaje. Mam nadzieję, że ten Race Running wypali, a treningi będą treningami, a nie szopką.
Dzisiaj była konferencja na temat reaktorów atomowych w Polsce. Okazało się na niej, że jeden z nich ma być w moim mieście. Pewnie bym się nawet o tym nie dowiedziała, a na pewno nie tak szybko, gdybym nie weszła na stronę Urzędu Miasta. A tam zapewnienie mieszkańców, że wszystko zostanie poprzedzone konsultacjami. Także - będzie ciekawie.

sobota, 15 kwietnia 2023

1560. Niezwykła historia Chińczyków płynących "Titanikiem"

Właśnie minęła 111 rocznica zatonięcia legendarnego statku "Titanic". Jak wielu z Was wie, interesuję się tym tematem. Nawet można powiedzieć, że mam małego z tego powodu świra. Co ciekawe, nie jest on związane ze słynnym filmem Jamesa Camerona z 1997 roku opowiadającym o tej tragedii. Raczej z dwuodcinkowym miniserialem "Titanic" powstałym rok wcześniej. Pamiętam, że puszczony on został w święta Bożego Narodzenia w 1999 roku. I jak nietrudno się domyśleć, akurat go obejrzałam. Zaciekawiła mnie ta historia.
Mogłoby się wydawać, że ten temat został wyczerpany. Obejrzałam sporo programów dokumentalnych i filmów na ten temat, przeczytałam wiele artykułów i książek, nie tylko popularnonaukowych, ale i takich, których akcja toczy się właśnie na statku. Jednak ja od czasu do czasu znajduję perełki, których nawet się nie spodziewam. Od kilku lat staram się nimi dzielić z Wami na łamach bloga, z reguły z okazji kolejnej rocznicy zatonięcia. Nie inaczej będzie tym razem.

"The Six" jest filmem dokumentalnym opowiadającym tragiczną historię pochodzących z Chin pasażerów "Titanica": Lee Bing, Fang Lang, Chang Chip, Ling Hee, Ah Lam oraz Chung Foo. To opowieść o tym, jak rozbitkowie tej narodowości spotkali się z rasistowską względem siebie reakcją w Stanach Zjednoczonych. Film skłania widzów do refleksji nad rozwojem Chin. Jego producentem wykonawczym jest James Cameron, reżyser słynnej ekranizacji z 1997 roku opowiadającej o historii statku.
W pierwotnej wersji filmu o "Titanicu" z 1997 roku znalazła się scena, tuż po zatonięciu słynnego transatlantyku, przedstawiająca Chińczyka leżącego na drzwiach. W ten sposób unosił się na oceanie i oczekiwał na ratunek (który w końcu i do niego dotarł). Finalnie została ona usunięta z powodu "budżetu czasowego".

 
Historia 6 chińskich pasażerów ocalałych z katastrofy "Titanica" długo pozostawała w ukryciu. Wszystko przez amerykańską politykę imigracyjną, która w drugim dziesięcioleciu XX wieku przybrała rasistowski wymiar, a także chińską tendencję do wypierania się samego siebie. Obydwa czynniki sprawiły, że sześciu ocalałych mężczyzn nigdy nie podzieliło się swoimi historiami.
Ich historia nie została jednak do końca zapomniana. Opowiada o niej wspomniany na początku film dokumentalny "The Six". Film został wyreżyserowany przez mieszkającego w Szanghaju Arthura Jonesa. Współpracował on m.in. z historykiem marynistyki Stevenem Schwankertem oraz słynnym reżyserem, Jamesem Cameronem. Cameron w ostateczności został producentem wykonawczym projektu. Materiały do filmu zbierano przez ponad sześć lat. Całość nagrywano w 20 miastach. W międzyczasie powstała gra komputerowa, która w wierny sposób przedstawiała każdy z pokładów statku. Dzięki temu można było po trochu wczuć się w sytuację Chińczyków, przedzierających się z dolnych pokładów w górę. Jeden z twórców filmu sprawdzał nawet co mógł czuć człowiek ubrany w tradycyjny chiński strój z tamtych czasów, który został zmuszony do przebywania w wodzie w warunkach zbliżonych do tych towarzyszących zatonięciu okrętu. 
Samo szukanie ludzi, którzy wielokrotnie zmieniali swoją tożsamość trochę przypominało policyjne śledztwo, zaś twórcy filmu szczerze porównują je ze szukaniem osób będących świadkami koronnymi. W dodatku dla rodzin rozbitków to, że ich krewni uratowali się z najsłynniejszej katastrofy morskiej nie rzadko było osnute płaszczem tajemnicy.
"The Six" miał swoją premierę w Chinach, w 109 rocznicę zatonięcia statku. Opowieść o Chińczykach, którzy wbrew wszelkim przeciwnością losu postanawiają przenieść się do Stanów Zjednoczonych, wywołała ogromne, jak na dokument, zainteresowanie.
Dzięki relacjom członków ich rodzin oraz animowanym rekonstrukcjom, dokument przedstawia losy sześciu z ośmiu pasażerów "Titanica" narodowości chińskiej, którzy przeżyli noc z 14 na 15 kwietnia 1912 roku.
Ocaleni byli profesjonalnymi marynarzami, którzy w Nowym Jorku mieli kontynuować podróż, którą zorganizował dla nich pracodawca. Byli wyszkoleni w obsłudze systemu napędowego statków (ang. firemen). Angielska nazwa wywodzi się prawdopodobnie stąd, że dbali oni o zapewnienie ognia dla systemów parowych statków. Na "Titanicu" mieli wykupione najtańsze miejsca w trzeciej klasie, głęboko pod jego pokładem. Według twórców filmu ich fach niejako uratował im życie. O ile niewielu pasażerów będących pasażerami trzeciej klasy przeżyło tragedię, o tyle oni mogli w miarę szybki sposób zorientować się, że statek w coś uderzył. Jako ludziom przyzwyczajonym do życia na statku łatwiej było też im się po nim poruszać.
Kadr z filmu "The Six" ukazujący pojedynczy bilet z nazwiskami ośmiu chińskich pasażerów "Titanica" (źródło)
Zgodnie z ustaleniami twórców "Szóstki", jako ostatni z wody został wyciągnięty Fang Lang. Mówi się nawet, że jego walka o życie była inspiracją do nakręcenia przez Jamesa Camerona jednej z ostatnich "Titanica", w której Rose i Jack dryfują po oceanie na kawałku drzwi pochodzących z wnętrza statku. 
Sześciu ocalałych Chińczyków dotarło do Nowego Jorku w dniu 18 kwietnia 1912 roku na pokładzie statku R.M.S. Carpathia, który przywiózł około 700 rozbitków z zatopionego transatlantyku. Według profesora Chińskiej Akademii Nauk Społecznych badającego historię chińskich pasażerów statku, Cheng Wei'a, na miejscu rozeszły się pogłoski, że chińscy mężczyźni udawali kobiety, żeby tylko dostać się na łodzie ratunkowe i w ten sposób - ocaleć. Według powszechnego wówczas rasizmu względem Chińczyków, historie te (według Chenga wcale nie poparte faktami) obiegły cały kraj, dzięki doniesieniom medialnym oraz telegramom.
Plakat filmu "The Six" (źródło)
Mężczyźni zostali potem deportowani przez Rząd Stanów Zjednoczonych na mocy ustawy wprowadzonej w 1882 roku przez ówczesnego prezydenta, Chestera Arthura. Zabraniała ona zarobkowej emigracji z Chin do USA. Została ona uchylona dopiero w 1943 r. Na wjazd do mocarstwa zezwalano jedynie w przypadku chińskich dyplomatów, naukowców, przedsiębiorców oraz turystów. Jak zostało powiedziane wcześniej, ocaleni byli jedynie marynarzami, a więc nie wpisywali się w żadną z tych kategorii.
Doktorant filmoznawstwa Wang Xin powiedział Sixth Tone, ze wielu chińskich widzów "Szóstki" osadza ją wokół nacjonalistycznej narracji: "Widzowie z łatwością odniosą się do faktu, że wraz z rozwojem Chin, nie musimy już prześlizgiwać się przez granicę lub pracować jako chłopi".
Po pokazie filmu inny student o nazwisku Li, skontrastował historie ocalałych z "zacofanych" Chin sprzed ponad stu lat, z dzisiejszą pewnością siebie kraju: "Jako obywatel z biednego kraju, możesz napotkać problemy takie jak dyskryminacja po wyjeździe do bogatego kraju, dlatego dobrobyt narodowy jest ważny".
Opowieść o chińskich rozbitkach, których w 1912 roku nikt w Ameryce nie witał z otwartymi ramionami ma premierę w rzeczywistości, w której Azjaci spotykają się z wciąż rosnącą przemocą i rasizmem. W Stanach Zjednoczonych dwa lata temu została wprowadzona ustawa piętnująca mowę nienawiści w nich wymierzoną. Czasy zmieniły się całkowicie, dlatego może historia o tych, którzy z jednej strony mieli ogromne szczęście uchodząc z życiem, a z drugiej pecha, bo w końcu zostali potraktowani jak intruzi, będzie lekcją, jakich błędów nie należy powtarzać.
Dokument na razie miał premierę w Chinach, teraz czeka na dystrybucję na świecie. Chociaż nie zarabia wiele w kinach, to zbiera pozytywne recenzje od internautów. Według nich "Szóstka" jest dowodem na to, że nie można liczyć na żadną przyjaźń między Amerykanami i Chińczykami. Azjata zawsze może być niemile widzianą w Stanach Zjednoczonych, podobnie jak ponad sto lat temu.
I nawet moja dzisiejsza lektura podchodzi pod tematykę związaną ze statkiem:

piątek, 14 kwietnia 2023

1559. Rozczarowała mnie ta książka...

Zakwasy po wtorkowej wspinaczce powoli odchodzą w zapomnienie (za to pojawiła się opalenizna na twarzy, a raczej spalenizna), stolik służący mi za miejsce do nauki powoli zapełnia się kolejnymi podręcznikami zaproponowanymi przez nauczycieli, a także tymi, które pozwalają mi na tworzenie kolejnych zdań mojej pracy licencjackiej o uchodźcach z Ukrainy. Przed Wielkanocnej pełna obaw wysłałam drugi jej rozdział dotyczący prawnych aspektów ich pobytu na terenie Polski. Była to po trochu krecia robota polegająca na przekopaniu Dziennika Ustaw w poszukiwaniu aktów, które tego dotyczą. Nie do końca wiedziałam, jak się do tego zabrać. I jak szczegółowo mam omawiać poszczególne akty prawne. W dodatku miałam opóźnienie z powodu grypo-koronawirusa oraz awarii laptopa. Dzisiaj mieliśmy seminarium dyplomowe i usłyszałam, że bardzo dobrze to wszystko opracowałam. Ufff... Drugi raz chyba bym nie podołała bawieniu się w poszukiwanie odpowiednich akt.
Mimo nauki i domowych obowiązków udaje mi się znaleźć chociaż kilka chwil na odpoczynek. Ostatnio polubiłam spacery po parku. No i oczywiście nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania chociaż kilku stron książki niemającej związku ze studiami. Skończyłam ostatnio czytać "Filipa" Leopolda Tyrmanda. Nie wiem, czy na moją ocenę wpłynęło to, że wcześniej obejrzałam film na jego podstawie, to, że czytałam to w różnych dziwnych sytuacjach (np. czekając w uczelnianej czytelni na wejściówkę z dydaktyki szczegółowej, nota bene zaliczoną dużo lepiej, niż się spodziewałam), czy też to, że po prostu tekst w pdf-ie był tak rozmieszczony, że człowiek bardziej się męczył, niż odczuwał przyjemność z tego, co czytał, ale rozczarowałam się tą lekturą. Jak dla mnie akcja powieści była tak chaotyczna, że czasami po prostu gubiłam się w jej fabule. Nawet za bardzo nie potrafię opowiedzieć jej treści, z czym zazwyczaj nie mam większego problemu. Nie wiem, może muszę kiedyś skonfrontować tą wersję z wersją książkową. Na razie wszystkie egzemplarze z Biblioteki Śląskie nie dość, że są wypożyczone, to jeszcze są porezerwowane. Ale z doświadczenia wiem, że jest to stan przejściowy...

A tak odbiegając od wszystkiego, to czy ktoś z Was rozumie o co w tym memie chodzi, czy też moje poczucie humoru jest jakieś zaburzone? Bo wiele moich znajomych zareagowało na to uśmiechniętymi emiotkami.

W każdym razie życzę Wam udanego weekendu. I aby nic nie pokrzyżowało Waszych planów...