Krystyna Budnicka: Tak, Rafał, Chaim i Izaak - trzech chłopców, którzy poszli do powstania. Oni już wcześniej często wychodzili na jakieś zgrupowania, ale broni u nich nie widziałam. Ja nie miałam tak w pełni świadomości, że powstanie się toczy i w związku z tym coś się zmieniło, bo właściwie zagrożenie było ciągle. Myśmy cały czas żyli w tym bunkrze w strachu, że nas nakryją. To, że trwa powstanie, poczułam później, kiedy getto zaczęło się palić. Wtedy co jakiś czas chowaliśmy się w kanale.
Marcin Zawada: Bunkier nie był już bezpieczny?
Krystyna Budnicka: W bunkrze wtedy nie dało się przebywać, on był zbudowany na zasadzie ziemianki - w piwnicy została wybrana ziemia z podłoża i obsypano nią strop i ściany boczne. Kiedy systematycznie dom za domem się walił i palił, to ta ziemianka nagrzewała się jak piec chlebowy. To wszystko się czuło, ten cały pożar. Nie widziałam płomieni, ale czułam te płomienie na skórze. Myśmy uciekali do kanałów, bo w kanale było chłodno.
Marcin Zawada: Ale też niebezpiecznie.
Krystyna Budnicka: Niemcy rzucali do nich bomby gazowe. Te dni, to było wielkie napięcie i strach.
Marcin Zawada: Była pani świadoma tego, co się dzieje?
Krystyna Budnicka: To wszystko do mnie docierało w półśnie, ja byłam bardzo słaba. Nie byłam aktywna - po pierwsze z głodu, po drugie z bezsilności. W bunkrze siedziało się na pryczy, ja jako dziecko nie miałam nic do roboty. I to był taki trudny czas do chwili, kiedy bracia po prostu wrócili z akcji.
Marcin Zawada: Z akcji, czyli z powstania.
Krystyna Budnicka: Tak. Słyszałam różne historie, które były opowiadane, że jedni bojownicy uciekli do lasu, inni popełnili samobójstwo. A moi bracia wrócili, chociaż wojny i tak nie przeżyli. To wszystko docierało do mnie tak mętnie, to wszystko było bardzo trudne.
Marcin Zawada: Szczególnie dla dziecka. O czym pani wtedy marzyła?
Krystyna Budnicka: Moje ówczesne marzenia mogą wydawać się bardzo śmieszne, bo chwilami wyobrażałam sobie, że jem chleb, że go obracam w ustach i sobie przypominałam jego smak, bo nie jadłam go przez wiele miesięcy. Moje marzenia dziecięce były też takie, że walczę z Niemcami. Nie chodziłam do szkoły, ale czytałam różne książeczki, dlatego wyobrażałam sobie, że jestem kimś na wzór Emilii Plater - że jestem bohaterką, że jeżdżę na koniu, strzelam i walczę z Niemcami. Tego typu to były marzenia.
Marzyłam też o wyjściu na słońce. Ale wówczas moim głównym zajęciem był sen, takie zapadanie w niebyt, żeby przeżyć. Na pryczy leżałam często przytulona do mamy.
Marcin Zawada: Marzyła pani, żeby zobaczyć słońce i do tego słońca jesienią 1943 r. doprowadził panią - i tych, którzy jeszcze w bunkrze pozostali - pani 13-letni brat, który musiał bardzo szybko dojrzeć.
Krystyna Budnicka: Jehuda nas wyprowadził, bo już nikogo innego nie było. On jeden został i znał rozkład kanałów. Sam niestety podczas tej drogi się topił, ponieważ w pewnym momencie trzeba było przejść z naszego kanału w nurt kanału burzowego. Jehuda szedł jako pierwszy i porwał go prąd. Wpadł do tej brudnej wody i pewnie się jej napił. Po tym zachorował i po kilku dniach umarł na sepsę. Wcześniej nas jednak wyprowadził na powierzchnię. Pamiętam, że po wielu miesiącach siedzenia w piwnicy, kiedy już wyszliśmy i byliśmy przewożeni, to przejeżdżając przez Warszawę, czułam słońce. A byłam wtedy w worku.
Marcin Zawada: W worku?
Krystyna Budnicka: Tak, bo myśmy nie byli podobni do ludzi. Myśmy byli zupełnie jak... nie umiem powiedzieć, jak dokładnie wyglądałam, bo lustra wtedy nie było, ale sobie wyobrażam, że jak takie kościotrupy z Oświęcimia. To była skóra i kości po dziewięciu miesiącach siedzenia pod ziemią, więc zapakowano nas w worki dlatego, że byliśmy przewożeni jak towar na platformie. Po dziewięciu miesiącach pobytu pod ziemią słyszałam, że gdzieś tam jeżdżą jakieś tramwaje, gdzieś tam ludzie chodzą, wiedziałam, że gdzieś tam jest to słońce.
Marcin Zawada: Życie toczyło się mimo tego, co wcześniej działo się w getcie.
Krystyna Budnicka: Getta już nie było.
Marcin Zawada: Tego świata za murami nie zobaczyli już pani rodzice.
Krystyna Budnicka: Rodzice zostali w kanale. Nie mogli już wyjść, nie mieli siły. A jeszcze okazało się, że jeden z włazów, ten, którym mieliśmy wyjść po aryjskiej stronie, był zalutowany i trzeba było iść do następnego. Wtedy rodzice nie mieli już siły się ruszyć. Nie było też możliwości, żeby ktoś do nich zszedł z pomocą.
Marcin Zawada: Pamięta pani ostatnie słowa rodziców?
Krystyna Budnicka: Słów taty nie pamiętam, bo w tym czasie był już bardzo poraniony psychicznie.
Marcin Zawada: Co się stało?
Krystyna Budnicka: Kiedy stworzono getto, to pewnego razu tatę zaczepiło dwóch Niemców. On wtedy wracał do naszego mieszkania na placu Muranowskim. Tata był praktykującym Żydem, chodził w tradycyjnym stroju i miał piękną białą brodę. I oni mu tą brodę obcięli do połowy, żeby go bardziej upokorzyć. Później kazali tańczyć, a kiedy tata nie chciał, to go uderzyli i zaczęli wyśmiewać. Dookoła zebrało się sporo ludzi. Tata wcześniej był szanowanym człowiekiem, do którego przychodziło się po rady. Ta sytuacja go złamała. Od tego czasu mało się odzywał, przestał decydować i być głową rodziny. Nigdy się już z tego nie podniósł.
Marcin Zawada: A pamięta pani ostatnie słowa mamy?
Krystyna Budnicka: Wtedy w tym kanale szła jeszcze z nami moja siostra, która była już dorosła. Ona miała jakieś 18 - 20 lat. Kiedy trzeba było iść dalej, bo ten właz był zamknięty, to moja siostra nie chciała zostawić rodziców. Ja też się trzymałam mamy. I wtedy moja mama powiedziała do mnie: "ty idź, twój brat Rafał jest na górze, on po nas przyjdzie, on nam pomoże". Do siostry tego nie powiedziała... nie chciała może zostać sama z tatą.
Marcin Zawada: I to było wasze pożegnanie?
Krystyna Budnicka: Uważam, że to był testament mojej mamy - ty idź, ty masz żyć! Nie powiedziała tych słów "ty masz żyć", ale powiedziała "ty idź", bo ja się trzymałam kurczowo mamy. A moja siostra miała szansę, moja siostra była młodą dziewczyną, też miała szansę przeżycia...
Marcin Zawada: Na początku wojny było was dziesięcioro. Miała pani rodziców, sześciu braci i siostrę.
Krystyna Budnicka: Już nie mówiąc, że trzech braci było żonatych, jeden miał dwoje dzieci.
Marcin Zawada: Na końcu wojny została pani sama.
Krystyna Budnicka: Sama. Przeżyła ze mną jedna bratowa, ona później przeszła przez obóz w Pruszkowie, obóz pracy i wyjechała do Izraela, do Palestyny prosto z Niemiec.
 |
| Żołnierze niemieccy na ulicach Warszawy w czasie powstania w getcie / Reprodukcja / PAP (źródło zdjęcia) |
Marcin Zawada: Przez te wszystkie lata, które minęły od powstania w getcie, od II wojny światowej opłakała pani swoich najbliższych?
Krystyna Budnicka: Nie, nie opłakałam... gdzieś w sercu, oczywiście. Ale nie miałam miejsca pamięci... Zawsze bardzo mi było ciężko i smutno, kiedy przychodził(o) Święto Zmarłych. Ludzie szli na cmentarz, chodzili na grób. Ja chodziłam gdzieś pod pomnik Bohaterów Getta, w domu sobie myślałam o nich serdecznie, ale nie miałam takiego miejsca, gdzie bym mogła... żaden z moich bliskich nie miał godziwego pochówku, takiego, jaki przysłuchuje każdemu człowiekowi. Pamięć i pogrzeb - tego nie mieli.
Marcin Zawada: Teraz to się w końcu zmieni. Powstało miejsce pamięci poświęcone pani najbliższym.
Krystyna Budnicka: I dla mnie jest to tak bardzo ważne. Jestem ogromnie wdzięczna inicjatorom, że powstał zaułek rodziny Kuczerów. To jest moje miejsce, moich bliskich - budowniczych tego bunkra, bo tam było więcej osób poza moją rodziną. Wiem, że ja tylko jedna żyję, ale ważne dla mnie jest to miejsce, gdzie będzie pamięć tych, których nie mają swoich grobów. A takich jest dużo.
Marcin Zawada: Dlaczego my dziś wciąż powinniśmy pamiętać o tym, co wydarzyło się 80 lat temu w warszawskim getcie.
Krystyna Budnicka: Po to, aby to się nigdy nie powtórzyło, a ciągle się dzieje na świecie. Trzeba edukować i wspominać. Trzeba krzyczeć: nigdy więcej wojny, nigdy więcej cierpienia i nigdy więcej prześladowania różnich ludzi!
Pani Krystyna Budnicka, a właściwie Hana Kuczer znajdowała się w tłumie ludzi, którzy zgromadzili się na 80 rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim. Jej postać została przywołana w przemówieniu wygłoszonym przez pana Mariana Turskiego, tego samego, który podczas 75 rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu uświadamiał wszystkim, że "Auschwitz nie spadło z nieba". Pan Turski nie był w getcie warszawskim, poznał za to piekło holokaustu z perspektywy najbardziej chyba znanego obozu w Oświęcimiu. Chociaż pewne fakty z życia pani Krystyny zostały przeinaczone, z tego co powiedział można wyczytać tragedię ludzi, przebywających w getcie: - "Właśnie jest tutaj, teraz, między nami, Hena Kuczer. Wówczas 11-letnia dziewczynka. Jej dwaj starsi bracia trafili dużo wcześniej na Umschlagplatz. Też dwie przecznice stąd, ale w drugą stronę. Ale zanim wywiezieni zostali do komory gazowej - tacy, jak oni przeżywali kilka dni udręki i upokorzenia na Umschlagplatzu. Doznawali go od Niemców i od kolaborujących z nimi Ukraińców i Litwinów. Za łyk wody trzeba było płacić zegarkiem albo setkami złotych.
11 - letnia Hena - pod koniec powstania, żeby uciec od otaczającego ich morza ognia, towarzyszyła ojcu i bratu w ucieczce przez kanały. Tam obaj zginęli. Na szczęście Hena Kuczer ocalała. Aby się uratować, musiała ukryć tożsamość i przybrać nowe imię - Krystyna Budnicka. Dziś jest honorową obywatelką miasta stołecznego Warszawy.Krysiu Kochana, składam Tobie hołd i podziw.
Moja siostro w cierpieniu i niedoli!".
 |
| Marian Turski przemawiający z okazji 80 rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim (źródło zdjęcia) |
W dalszej części jakby rozwinął ostatnią odpowiedź udzieloną Marcinowi Zawadzie przez Krystynę Budnicką w przytoczonym wywiadzie: "
Ale... Czy mogę być obojętny, czy mogę milczeć, gdy dzisiaj armia rosyjska dokonuje agresji na sąsiada i zaboru jego ziem? Czy mogę milczeć, gdy rakiety rosyjskie niszczą infrastrukturę ukraińską - domy, szpitale, zabytki kultury? A wszystko to przecież spowoduje gwałtowny przyrost śmiertelności i obniżenie wieku życia setek tysięcy cywilów! Czy mogę milczeć, gdy widzę los Buczy, a wiem, jak Niemcy unicestwili polski Michniów, białoruski Chatyń, czeskie Lidice czy francuski Oradour?...".
Pozwólcie, że spuentuję dzisiejszą notatkę, podobnie jak zakończył swoje przemówienie pan Marian Turski, cytując słowa Marka Edelmana: "Najważniejsze jest życie! A gdy się już ma życie - najważniejsza jest wolność! I często dla tej wolności znów przychodzi oddawać życie". Zapamiętajmy to sobie.
* podejrzewam, że na kanałach typowo historycznych mogło być ich więcej, jednak ja takowych nie posiadałam w domua