Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 czerwca 2026

2388. "O Maryjo żegnam Cię..."

"Pożegnanie Matki"
Byłaś tu z nami przez niecały rok,
podążaliśmy za Tobą krok w krok.
Gdy się zjawiałaś - fanfary Ci grały,
gdy odjeżdżałaś - dzieci Twe płakały.
Wieś to czy miasto, Ty nie patrzyłaś,
jak dobra Matka z nami wciąż byłaś.
Modlitw i próśb z uwagą słuchałaś,
wraz z cierpiącymi cicho płakałaś.
A małe dzieci swym wolnym ramieniem,
chciałaś ocalić przed wszelkim cierpieniem.
W dniu pożegnania my Ci dziękujemy,
za Twoją obecność, twarz z ranami ciętymi.
Nie mówimy "Żegnaj", a "do zobaczenia",
bo się zobaczymy już pod koniec sierpnia.
A na zakończenie jeszcze, Jasnogórska Pani,
w sercu swym wołamy - módl się za nami.

Siewierskie Dni Dzielenia i Głoszenia wspólnoty "Wiara i Światło" zbiegły się w czasie z diecezjalnym pożegnaniem kopii jasnogórskiej ikony, która przez 10,5 miesiąca peregrynowała po całej diecezji, odwiedzając wszystkie jej parafie i ważniejsze instytucje. Chociaż nawiedziła ona wiele parafii już podczas poprzedniej peregrynacji na przełomie lat 70 i 80 ubiegłego wieku, tak naprawdę mieściły się one jeszcze w obrębie archidiecezji częstochowskiej. Teraz, w trzeciej dekadzie XXI wieku, kolejna peregrynacja rozpoczęła się od naszej, sosnowieckiej diecezji, liczącej sobie w tym roku 34 lata. Była to wielka radość, że kolejne ogólnopolskie pielgrzymowanie rozpoczyna się właśnie od nas. Ale i zaszczyt, że tak się stało mimo tych wszystkich afer z ostatnich lat. A jednocześnie niezwykła odpowiedzialność.
W zasadzie ten czas, jaki przeznaczono na peregrynację obrazu w naszej diecezji minął niesamowicie szybko. Mam jeszcze żywo w pamięci ostatnią sobotę sierpnia 2025 roku, kiedy witaliśmy kopię ikony w sosnowieckiej katedrze (pisałam o tym >>tutaj<<). Potem rozpoczął się piękny czas podążania za ikoną śladem "Nabożeństw Jubileuszowych" trwających do końca adwentu. Udało mi się być na paru, z czego bardzo się cieszę. Szczególnie, że do dzisiaj pracują we mnie niektóre myśli, które wówczas usłyszałam. Następnie nastał drugi etap, postjubileuszowy, w którym w dalszym ciągu Maryja odwiedzała nasze parafie. Na przełomie kwietnia i maja wzięłam udział w kilku takich spotkaniach. W sumie wszystkich było dziewięć. Dziewięć niezwykłych spotkań, z czego każde z nich zostawiło we mnie jakiś ślad, niczym dwie rysy na jasnogórskim obliczu.
Czy wobec tego mogłabym sama z siebie nie pojechać na pożegnanie kopii ikony, które zaplanowane było na godzinę 16:00? Sprawdziłam niedzielne połączenia z jednego miasta do drugiego i szybko stwierdziłam, że jest to możliwe. Musiałam tylko zaraz po ostatniej przedpołudniowej Mszy udać się na przystanek i wsiąść do linii jadącej do Sosnowca, co zresztą zrobiłam. Po jakiś 40 minutach przesiadłam się na autobus jadący do centrum, a stamtąd już na nogach podeszłam do katedry. W drodze oczywiście musiała być książka, bo jak to tak jechać autobusem i nie czytać książki? W ogóle ostatnio miałam dziwną rozmowę z pewnym panem, z którym czasami siedzimy razem. Otóż raz wsiadł przystanek wcześniej, a że go nie zauważyłam, usiadłam na pojedynczym siedzeniu i wyciągnęłam książkę, jak to ja. To teraz usłyszałam, że on wyraźnie widział, że ja cały czas wgapiam się w telefon. Po pierwsze, co go to obchodzi, po drugie, ja to nie on (bo zawsze kiedy obok niego siedzę, to bawi się możliwościami AI), a po trzecie - jam jeszcze komórkowa, a nie smartfonowa, więc nawet nie mam się w co wgapiać. Niby jakieś tam prymitywne gierki mam, no ale... Wolę książkę :). Albo wyglądanie przez okno.
Kiedy dotarłam na miejsce wierni odmawiali już Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Podejrzewając, że niewiele zobaczę w samej świątyni, jak i to, że będzie w niej zaduch, usiadłam sobie spokojnie w jej przedsionku i dołączyłam do reszty, odmawiając na paciorkach kolejne "Dla Jego bolesnej męki - miej miłosierdzie dla nas i świata całego". 
Była godzina 16:00, kiedy księża w uroczystej procesji weszli do kościoła i z czcią ucałowali ołtarz. Towarzyszył temu śpiew pieśni będącej hymnem peregrynacji - "Z Tobą Maryjo pielgrzymujemy".
Głównym celebransem Mszy świętej na pożegnanie ikony był nuncjusz apostolski w Polsce, Antonio Filipazzi. On to też wygłosił do nas homilię, w której przypomniał, że autentyczna pobożność maryjna nie może kończyć się tylko na zewnętrznych gestach. Owszem, one są piękne i potrzebne, ale tak naprawdę powinny one prowadzić dużo dalej - do Ewangelii, Chrystusa oraz przemiany serca. Maryja, tak samo jak w Kanie Galilejskiej, wciąż nam powtarza - "Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie". A w ciągu ostatniego roku wielu diecezjan zrobiło coś prostego, a zarazem bardzo ewangelicznego - otworzyło drzwi, przyszło na modlitwę, czuwało nocą, niosło obraz spojrzeniem, śpiewem, obecnością, przygotowało kościoły, place, procesje oraz liturgie, a czasami po prostu ugotowało zupę. Bo wielkie wydarzenia w Kościele nie dzieją się tylko przy ołtarzu i mikrofonach, ale też tam, gdzie ktoś kroi chleb, podaje gorącą herbatę lub kawę, niesie talerz komuś zmęczonemu, kto przyjechał z daleka i od wielu godzin jest na nogach.
Pięknym momentem było podziękowanie za nawiedzenie oraz zawierzenie diecezji opiece Matki Bożej Częstochowskiej:
"Wielbi dusza moja Pana…
Maryjo, Nasza Jasnogórska Mamo i Królowo!
Jesteśmy dziś przed Tobą – jako Kościół sosnowiecki – poruszeni do głębi serca. Kończy się czas Twoich odwiedzin w naszych parafiach, ale nie kończy się Twoja obecność. Przez te miesiące uczyłaś nas, że Bóg nie patrzy na nas z daleka, ale wchodzi w naszą codzienność. Podnosimy dziś głos, nieco drżący, ale pełen miłości, by wraz z Tobą wyśpiewać Magnificat naszej wdzięczności i nadziei.
W obecności Arcybiskupa Nuncjusza, moich braci w biskupstwie, kapłanów, osób konsekrowanych i Was wszystkich, najmilsi – Ludu Boży Sosnowieckiej Ziemi – mówię: dziękuję.
…i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim. Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy.
Matko, Ty znasz nasz Kościół. Znasz nasze rany, nasze ciche łzy, zmęczenie, ale i tę niezwykłą, ukrytą w sercach tęsknotę za pięknem Ewangelii. Dziś dziękujemy Bogu za to, że wejrzał na nasze uniżenie. Że w Twoich oczach, Maryjo, nie widzieliśmy surowej Nauczycielki, ale czułość Matki, która nie gorszy się naszymi słabościami, ale przytula nas delikatnie, gdy najbardziej boli. Przyniosłaś nam Chrystusa, który leczy połamane relacje i podnosi to, co w nas upadło.
Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, a Jego imię jest święte.
Wielkie rzeczy uczynił nam Wszechmocny! Przez te dni peregrynacji doświadczyliśmy cudu otwartych serc. Widzieliśmy mężów i żony płaczących przy Twoim wizerunku, odnajdujących na nowo utraconą bliskość. Widzieliśmy młodych, którzy w Twoich oczach szukali sensu życia, i chorych, którzy w ciszy szeptali swoje „fiat”. To są te wielkie rzeczy – niewidoczne dla świata, a bezcenne w niebie. Święte jest Imię Boga, który na ruinach naszych ludzkich planów potrafi odbudować ludzkie serca i żywy Kościół.
Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie nad tymi, którzy się Go boją. Okazał moc swojego ramienia, rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.
Maryjo, pragniemy być Kościołem miłosierdzia. Chcemy porzucić wszelką pychę, zabezpieczenia i fasady. Przepraszamy za chwile, gdy jako wspólnota zapominaliśmy o tym, co najważniejsze – o miłości i prostocie. Prosimy Cię, rozprosz w nas wszystko, co buduje mury, a nie mosty. Naucz nas żyć w prawdzie, która wyzwala, i w pokorze, która pozwala usłyszeć drugiego człowieka.
Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił.
Ty wiesz, jak bardzo jesteśmy dziś głodni. Głodni autentycznych relacji, głodni świętości, głodni Boga. Przynosimy Ci, Mamo, nasze rodziny, parafie, nasze wspólnoty i domy zakonne, a także inne miejsca, gdzie się gromadzimy. Wywyższ w nich to, co pokorne i ciche. Niech nasze plebanie, kościoły i mieszkania staną się domami bezpiecznymi, o otwartych drzwiach, gdzie nikt nie czuje się samotny, odrzucony czy oceniany. Nasyć nas chlebem miłości, byśmy potrafili dzielić się sobą z tymi, którzy stracili nadzieję.
Ujął się za swoim sługą, Izraelem, pomny na swoje miłosierdzie. Jak obiecał naszym ojcom, Abrahamowi i jego potomstwu na wieki.
Bóg pamięta o swoim przymierzu. On nie opuścił diecezji sosnowieckiej!
Dlatego dzisiaj, na zakończenie tej świętej drogi, z absolutną ufnością i dziecięcym oddaniem, zawierzam Tobie, Matko Jasnogórska, całą naszą diecezję:
– Zawierzam Ci każde małżeństwo i rodzinę, a także każde poczęte i nienarodzone dziecko – niech nasze domy będą sanktuariami życia, przebaczenia i czułości;
– Zawierzam Ci naszych kapłanów i osoby konsekrowane – odnów w nich pierwotną miłość, daj im serca ojców i matek, bliskich każdemu człowiekowi;
– Zawierzam Ci młodych i dzieci – rozpal w nich ogień wiary, który rozgoni mroki zwątpienia i pozwoli im zaufać natchnieniom Ducha Świętego;
– Zawierzam Ci powołania do życia małżeńskiego i rodzinnego, do kapłaństwa i życia konsekrowanego – niech młodzi nie boją się wybierać miłości na zawsze;
– Zawierzam Ci cierpiących, samotnych, nie idących razem z nami, pogubionych na drogach życia – niech w naszym Kościele znajdą swój bezpieczny port;
– Zawierzam Ci przyszłe pokolenia naszej diecezji – tych, których imion jeszcze nie znamy, a których Bóg już zna i kocha. Strzeż ich wiary, rodzin i powołań;
Maryjo, Gwiazdo Ewangelizacji!
Wychodzimy na drogi synodalne, chcemy iść razem, słuchając siebie nawzajem i Ducha Świętego. Prosimy, towarzysz nam. Bądź z nami w tej drodze duchowej, moralnej i relacyjnej odnowy. Nie pozwól nam iść samym. Naucz nas patrzeć na siebie nawzajem tak, jak Ty patrzysz na nas – z niezawodną nadzieją.
Weź nas za rękę. Przeprowadź przez noc ku porankowi Zmartwychwstania. Jesteśmy Twoi, z Tobą chcemy budować Kościół żywy, święty i pełen miłości.
Królowo Polski!
Tobie się oddajemy, Tobie ufamy i z Tobą idziemy w przyszłość. Amen."
Tuż przed opuszczeniem murów sosnowieckiej katedry wybrzmiało uroczyste "Te Deum", jako znak wdzięczności za to, że mogliśmy u siebie gościć tak wyjątkowego gościa. Tego dnia było pochmurnie, jednak w chwili, gdy asysta wynosiła obraz, na niebie rozbłysło słońce, jakby sama Maryja otaczała naszą diecezję swoim blaskiem. Wkrótce ikona została załadowana do samochodu-kaplicy i odjechała do diecezji rzeszowskiej, gdzie czekali na nią kolejni wierni.
Peregrynacja pozostawiła po sobie jasny blask oraz piękne wspomnienia. Niektóre z nich zostały uwiecznione na zdjęciach, inne na kartach kronik. A jeszcze inne w głębi serca, gdzie są dostępne tylko dla świadków tych zdarzeń. Pokazała też piękno wspólnot, piękno wiary, piękno ludzkich serc. Pokazała też, że diecezja i kościoły to nie pojedyncze, grzeszne osoby, ale wspólnoty, które są piękne jak kwiaty stojące w wazonach ustawionymi przed tronami maryjnymi, a ich serca powiewają niczym proporczyki na wietrze. Bo takim znakiem charakterystycznym obecności ikony w danej parafii były proporczyki z chorągiewkami rozciągnięte wzdłuż drogi. Za każdym razem, kiedy je widziałam, czułam autentyczne wzruszenie, że teraz oto w tej parafii Matka jest wraz ze swoimi dziećmi.

niedziela, 7 czerwca 2026

2382. Wszystko zaczyna się od "Genesis"

Może trudno w to uwierzyć, ale spotkania młodych na Lednicy mają już... 30 lat. Oznacza to, że uczestnicy pierwszych edycji swoim wiekiem dobiegają... 50. Wedle pomysłu ojca Jana Góry tamto pierwsze spotkanie miało pomóc przygotować się ówczesnej młodzieży do Wielkiego Jubileuszu 2000 Roku. Zakładano, że będą jego 2, 3 edycje i na tym się skończy. Tymczasem kolejne pokolenie uczestniczyło w dorocznym spotkaniu odbywającym się w pobliżu jednego z domniemanych miejsc, w których Mieszko I mógł przyjąć chrzest.
Każdemu spotkaniu towarzyszy jakieś hasło przewodnie. W tym roku było nim "Genesis". Jak wiadomo, "Genesis" to inna nazwa "Księgi Rodzaju". "Księga Rodzaju" opowiada z kolei o początkach istnienia, jeżeli nie świata, to chociaż ludzkości rozumnej. Można się było więc domyślić, że będzie coś z powrotu do początków. Ale czego? Początków spotkań lednickich czy może historii biblijnej? Tego dopiero miano się dowiedzieć.
Szczerze powiedziawszy to pierwszy raz nie miałam ochoty jechać na spotkanie. Może już z nich wyrosłam, a może podświadomie czułam, że Lednica bez Księdza Niosącego Światło to już nie to samo. I im bardziej jedna z moich znajomych na mnie naciskała ("Ty przecież lubisz takie spotkania" itp.) tym bardziej czułam frustrację i wewnętrzny sprzeciw. No wkurza mnie takie pitu-pitu i tyle. 
A jednak pojechałam, zapisując się niemal w ostatniej chwili. I to nie tylko na spotkanie, ale też na wolontariat. Nie do końca wierzyłam w to, że uda mi się na niego dostać, dopiero jak dostałam odpowiedni identyfikator zrozumiałam, że to prawda. Dlaczego? Sama nie wiem, bo raczej już nie z ciekawości. Raczej po to, by nie żałować, że się nie było. I po to, aby spotkać się z przesympatycznymi bliźniaczkami z Poznania, z którymi poznałam się podczas sierpniowej Pieszej Pielgrzymki do Częstochowy.
Do Lednicy pojechałam pociągiem. Nie pierwszy raz, a drugi. Więc zbytniego stresu nie było. No chyba, że z tego powodu, iż prześpię stację zważając na porę podróży, czyli noc i wczesne godziny poranne. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło, a ja tuż przed piątą rano wysiadłam na peronie w Lednogórze. Przede mną było jeszcze jakieś 10 km. marszu na Pola Lednickie. Na szczęście czasu miałam aż nadto, a i pogoda zachęcała do marszu. W porównaniu z zeszłym rokiem dzień zapowiadał się naprawdę piękny.
Na miejscu była już jedna diecezja - moja diecezja. Bo ogólnie był organizowany z niej wyjazd, jednak ciut spóźniłam się z zapisaniem na niego. No cóż, zdarza się. Za to na miejscu okazało się, że jednak w autokarze są jeszcze wolne miejsca, toteż pojawiła się szansa powrotu bez potrzeby jazdy pociągami, z czego skorzystałam. Do otwarcia bramek prowadzących na Pola Lednickie pozostało jeszcze trochę czasu, usiadłam więc obok moich znajomych, Dorci i Robcia, z którymi zawsze znajduję tematy do rozmów. Przy okazji rozejrzałam się dookoła, aby poszukać wzrokiem znajomych twarzy. Ech, sporo osób, które znałam tylko z wyjazdów na Lednicę wykruszyło się. Trochę szkoda, ale cóż zrobić...
W końcu, po godzinie ósmej, urzędujący na polu harcerze otwarli bramki, a nasza grupa, z racji tego, że stała zaraz przy nich, weszła jako pierwsza na ich teren. Najpierw odebraliśmy pamiątki spotkania (śpiewnik + doniczkę z napisem "Genesis" + świecę na czuwanie), a następnie poszliśmy na sektory, w których czekaliśmy na poszczególne punkty programu.
Niemal jak każdego roku, także i teraz znaleźliśmy się dosłownie w pierwszym sektorze, z którego idealnie widać było chociażby słynną Bramę-Rybę i drogę na nią prowadzącą.
Rozłożyliśmy nasze rzeczy i z mniejszą lub większą cierpliwością oczekiwaliśmy pierwszego punktu programu, czyli jutrzni prowadzonej z katedry gnieźnieńskiej. Podobnie jak w zeszłym roku, także i w tym jej formuła została zaczerpnięta z uroczystości św. Wojciecha Męczennika, patrona katedry. Jutrznia była transmitowana z katedry za pośrednictwem telebimów porozstawianych na terenie pola. Po zakończeniu jutrzni poszłam porozglądać się po okolicy. Wiecie, zobaczyć jakie warsztaty przygotowali i w ogóle. Bo co roku w zasadzie jest coś nowego, co mogłoby zainteresować współczesną, wymagającą młodzież. Przy okazji przywitałam się z moimi znajomymi z Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży, którzy opowiadali chętnym o wyjeździe do Seulu. Obiecałam im, że po południu wpadnę do nich na dłużej. Nie mogło zabraknąć odwiedzin grobu ojca Jana Góry, inicjatora Spotkań Lednickich, czy też namiotu, gdzie miała miejsce adoracja Najświętszego Sakramentu.
O godzinie 12:00 miał miejsce "Anioł Pański", a wraz z nim rozesłanie misjonarzy nie tylko w różne miejsca świata, i bardziej, i mniej egzotyczne, ale też do... Polski. Ot, taka ciekawostka. A swoją drogą, jeżeli posyłają do Polski, to może ja też się zgłoszę na taki wolontariat. No wiecie, mnie tam dużo nie potrzeba. Chyba też po raz pierwszy słyszałam "Anioła Pańskiego" w wersji góralskiej. Coś pięknego.
A po "Aniele Pańskim" coś, co tygryski lubią najbardziej, czyli tańce lednickie. Z okazji okrągłego jubileuszu tancerze nie wybiegli na Drogę Trzeciego Tysiąclecia przy piosence "Tańcem chwalmy Go", jak to miało dotychczas miejsce, ale tańcząc... poloneza z "Pana Tadeusza".
Mega, prawda? Wspomniane "Tańcem chwalmy Go" było w zasadzie drugą taneczną piosenką. A po niej poznaliśmy hymn tegorocznego spotkania, a raczej układ chereograficzny do niego (bo sama piosenka od kilkunastu dni krążyła po yt).
W tym roku postanowiłam bardziej przyłożyć się do nauki nowego tańca, bo tak sobie umyślałam, że skoro mam jechać na obóz "Rafałków" i pomóc organizatorom w jego organizacji, to może bym przeprowadziła z jego uczestnikami warsztaty z tańców lednickich. Jak nie do tegorocznego "Wzrastam" to do innych. Kiedyś, kiedy jeszcze działało u nas Oratorium, to nauczyłam dzieciaki kroków i do "Ojca", i do "Jestem Twój", i do "Tak, tak Panie" i jakoś to poszło. Teraz powinno być jeszcze lepiej, bo już kilka Lednic za mną, a te tańce są niemal sztandarowe i powtarzają się co roku. W ogóle wspomniane na początku bliźniaczki zachęciły mnie, abym za rok dołączyła do tancerzy lednickich, więc... Ale to najszybciej za rok...
Po kilku tańcach odbyła się medytacja wprowadzająca do "Koronki do Bożego Miłosierdzia". Wybrana siostra zakonna czytała fragmenty "Dzienniczka siostry Faustyny", schola lednicka dopełniała je śpiewem, a grupa baletowa dopełniała wszystko dopasowanym tańcem. Powiem krótko - wyglądało to mega i na pewno na długi czas pozostanie w mojej pamięci. Na koniec siostry rozeszły się po sektorach i rozdały niektórym uczestnikom spotkania obrazki z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego.
Ja w tym czasie udałam się do namiotu, w którym działali wolontariusze KBO ŚDM. Słońce grzało niemiłosiernie, my byliśmy na środku pola, a mnie już powoli robiło się słabo, pomimo ciągłego picia wody. W namiocie było sporo moich znajomych, wiedziałam, że raczej mnie nie wygonią stamtąd. A żeby nie być pasożytem, to trochę im pomogłam w rozprowadzaniu losów i gadżetów. Tam też zastała mnie "Koronka", którą odmówiłam w doborowym towarzystwie.
Plusem namiotu było to, że chronił przed słońcem, minusem, że niewiele było widać tego, co się działo pod Rybą i na scenie. To znaczy ogólnie było wiadomo, że akurat są tańce lednickie albo jakaś konferencja, jednak bez szczegółów. Dlatego wiedziałam, że będę musiała obejrzeć sobie brakującą część na internecie.
Na pole wróciłam tuż przed "Procesją orłów", czyli najmłodszych uczestników Lednicy, którzy szli dzielnie Drogą Trzeciego Tysiąclecia trzymani przez rodziców za rączki albo na rękach. To jeden z moich ulubionych momentów ukazujących, jak dzieciństwo przechodzi w młodość, a młodość w dorosłość.
Kolejnym punktem spotkania była "Konferencja Ojców" prowadzona przez mojego biskupa Artura Ważnego oraz świeckiego ojca, Andrzeja Dobiela. Zaproszono na nią młodych ludzi, aby mogli zadać pytania, na które usłyszą odpowiedź z dwóch perspektyw. Pierwsze z nich dotyczyło samotności młodych i roli, jaką odgrywa wspólnota we wzrastaniu w wierze. Biskup nawiązał do Ewangelii św. Łukasza, gdzie ludzie przynieśli sparaliżowanego do Jezusa, ale inni im w tym przeszkadzają. Zauważył, że podobnie jest i z nami. Że możemy chcieć poznać Jezusa, ale inni też nam to zakłócają. Trochę żartobliwie stwierdził, że ci, którzy przyszli z paralitykiem nie napisali do Jezusa na messengerze: "Spotkajmy się Jezu na Zoomie", ale zdjęli dachówki i spuścili go na sznurach. Ewangelia mówi coś genialnego: Jezus widząc ich wiarę, odpuścił mu jego grzechy. Jezus nie zobaczył wiary sparaliżowanego człowieka, ale trzymających sznury. Nie da się więc wzrastać w wierze w pojedynkę. Wiara potrzebuje ludzi i wspólnoty. Przestrzegał też przed tym, że chociaż internet jest fajny, to algorytmy są bezduszne. Biskup zauważył, że w sieci spotykamy najczęściej odbicie samych siebie, co jednak nie daje wzrostu. A prawdziwa wspólnota to taka, w której można twarzą w twarz spotkać drugiego, który zmusza, abyśmy "wyszli z siebie". To boli, ale bez tego nie ma wzrostu. Hierarcha dał uczestnikom do przemyślenia dwa pytania: 1) Czy mam w swoim życiu takich ludzi, którym mogę powiedzieć wszystko o mojej biedzie, a oni nie będą mnie oceniać, tylko wezmą moje nosze i przeniosą mnie do Jezusa? 2) Czy ja jestem kimś takim, kto trzyma sznury, by dźwigać nosze kogoś innego? Kogoś, kto jest samotny, ale boi się poprosić o pomoc. Duchowny podkreślił, że chciałby, abyśmy byli tymi, którzy "wejdą na dachy" i będą szukać nowych rozwiązań po to, żeby dojść do naszych rówieśników, którzy potrzebują spotkania z Jezusem, ale sami tego nie zrobią. Zachęcał do szukania i budowania wspólnot, bo nie da się być chrześcijaninem - singlem.
Andrzej Dubiel podkreślił, że nie byłoby go na Lednicy, gdyby nie dwa fundamenty: rodzina i ruch Światło - Życie. Wspominał, że całkiem niedawno w Jaworznie wspólnota Światło Życie świętowała 50 lecie istnienia i miło było spotkać animatorów, którzy pomagali mu w formacji duchowej i tych, dla których on sam był animatorem. Aktualnie wraz z rodziną są w Domowym Kościele i raz w miesiącu mają spotkania, co jest dla nich mega ważne. Nawiązał do słów biskupa, że powinniśmy znaleźć kilka osób, które pomogą nam w "noszeniu naszych noszy". Dla pana Dubiela takim fundamentem jest właśnie rodzina i wspólnota, tam, gdzie najtrudniej jest "trzymać sznury" i tam, gdzie uczy się pokory. Zgodził się ze swoim przedmówcą, że wspólnota jest bardzo potrzebna w kościele. Przyznał też, że przywołany fragment Ewangelii jest jego ulubionym, ponieważ pokazuje, że chcieć to móc. Zachęcał do szukania wspólnot, bo mając wokół ludzi jest dużo łatwiej.
Z kolei drugie pytanie dotyczyło tego, czy w świecie naznaczonym wojnami i konfliktami możliwe jest wzrastanie w pokoju i od czego powinien zaczynać się pokój w życiu młodego człowieka?
Tutaj jako pierwszy głos zabrał Andrzej Dubiel. Przypomniał, że jest wychowankiem Ruchu Światło - Życie. Jego założyciel, ks. Franciszek Blachnicki, mówił bardzo dużo o wolności i w jej duchu wychowywał też ludzi. Nie bez znaczenia były czasy, w jakich przyszło mu żyć. Ksiądz Blachnicki często mówił, że zewnętrznie można być zniewolonym, a wewnętrznie prawdziwie wolnym, ale i na odwrót. Zaznaczył, że fundamentem prawdziwego pokoju jest wolność, wtedy, kiedy mamy odwagę być prawdziwie wolni. Ale trzeba też dobrze rozumieć, czym jest wolność. Przestrzegał, że dzisiejszy świat wmawia nam, że wolność to niezależność. A tak naprawdę wolność to zależność od Prawdy, którą jest Chrystus. Zwrócił też uwagę na to, jak dużo negatywnych emocji i napięć jest w naszym najbliższym otoczeniu - naszych szkołach, na studiach, miejscach pracy, wspólnotach i rodzinach. Zaproponował szukania spokoju najbliżej nas, w naszych sercach. Przyznał, że najtrudniej jest w rodzinie, ponieważ każdy z nas ma przesunięte granice emocji. Dla niego samego ciężko jest być świadkiem pokoju wśród najbliższych, ale ma też takie doświadczenie, że kiedy przytuli swoje córki albo żonę, to ma poczucie, że nie jest w tym wszystkim sam. 
Biskup Ważny odwołał się z kolei do Pisma Świętego, które jest fundamentem, na którym zawsze można się oprzeć. Przyznał, że pytanie o nowy początek, kiedy za wschodnią granicą, w Strefie Gazy i na Bliskim Wschodzie jest wojna, można uznać za prowokację. Jest jednak fragment Ewangelii, do którego możemy się odnieść, gdzie jest mowa o tym, jak Jezus wchodzi wieczorem do Wieczernika, w którym uczniowie byli zamknięci z obawy przed nieprzyjaciółmi i mówi im po prostu "Pokój Wam". Wie, że gdyby tego nie zrobił, to oni by tam siedzieli cały czas. A potem dodaje: "Jak mnie Ojciec posłał, tak i ja Was posyłam". To doświadczenie może nas zaskakiwać - na zewnątrz nic się nie zmienia, ale zmieniło się serce tych ludzi. Zostali oni posłany do świata otoczonego wojną. Możemy zastanawiać się co zrobić, aby zacząć ten pokój. Po pierwsze powinniśmy uświadomić sobie, że ta zewnętrzna niewola, wojna, nie może być argumentem za tym, aby nie być człowiekiem pokoju. Czasami mamy przeświadczenie, że gdyby jakiś człowiek zniknął z naszego życia, to przyszedłby pokój. Tym czasem tak nie jest. Prawdziwy konflikt nie toczy się na mapach świata, ale w głębi naszego serca. Jak więc dokonać "Genesis"? Najpierw powinna dokonać się demilitaryzacja naszych myśli i zaprzestanie ranienia samego siebie. Często mamy o sobie złe zdanie, tymczasem Jezus nas zaprasza do tego, aby usłyszeć "Pokój Tobie. Ja na ten świat Cię posyłam takiego, jakim jesteś, po to, aby go czynić światem pokoju". Następnie należy wylogować się z "wojny domowej". Często pokój zaczyna się od języka w domu, w szkole, czy na studiach. Naszym językiem potrafimy ranić i niszczyć, wprowadzać niesamowity niepokój i agresję. Drugą rzeczą jest więc zacząć panować nad językiem. I na końcu powinniśmy zaryzykować przebaczenie. To jest najtrudniejsze, bo jak nie przebaczamy, to podłączamy nasze serce pod nienawiść i to co mamy w sercu następnie przenosimy na zewnątrz tworząc tym samym atmosferę niepokoju. Świat potrzebuje partyzantów pokoju. 
Trzecie i ostatnie pytanie dotyczyło Encykliki "Magnifica Humanitas", w której papież Leon XIV przypomina, że rozwój sztucznej inteligencji nie może odbywać się kosztem człowieczeństwa. Jak więc młodzi ludzie mogą korzystać z AI, tak, aby technologia pomagała im wzrastać, a nie zastępowała ich myślenie, relacje i planowanie przyszłości?
Biskup Ważny stwierdził, że aby odpowiedzieć na to pytanie to trzeba się cofnąć o 2000 lat i zobaczyć obraz z Ewangelii, w którym jest Jezioro Galilejskie, wielka burza w środku nocy, uczniowie siedzą w łodzi, walczą z falami o życie, i nagle widzą chodzącego po jeziorze Jezusa. Ale zamiast się cieszyć to wpadają w panikę myśląc, że to zjawa. Przeraża ich to, co wymyka się ich logice. I wtedy Piotr robi coś bardzo dziwnego, ale genialnego i szalonego - mówi do Jezusa: "Panie, jeżeli to możliwe, każ mi przyjść do siebie po wodzie". A Jezus mówi "Przyjdź", czym szokuje wszystkich. Piotr wysiada z łodzi i dopóki patrzy na Jezusa, robi rzeczy niemożliwe - idzie po wodzie. Jednak potem Ewangelia pokazuje bardzo dramatyczny moment, że na widok silnego wiatru Piotr się lęka i zaczyna tonąć, krzycząc: "Panie, ratuj mnie". Wtedy Jezus łapie go za rękę i mówi: "Czemu zwątpiłeś?". Biskup zwrócił naszą uwagę na słowo "Zwątpiłeś", które można też tłumaczyć, jako "Dlaczego rozdwoiłeś się?", "Dlaczego stanąłeś pomiędzy dwoma drogami?". Piotr zaczął tonąć nie dlatego, że woda była mokra, a wiatr był silny. Tonął, bo podzielił swoją uwagę, przestał patrzeć na Jezusa, a zaczął analizować algorytmy wiatru i jeziora. Hierarcha podkreślił, że to jest naszym zadaniem: AI jest tą wodą, cyfrowym jeziorem Galilejskim, a my mamy nauczyć się po nim chodzić, żeby nie utonąć. Bo technologia nie jest problemem. Ważne jest, by mieć świadomość, że Jezus nie powiedział Piotrowi, aby ten nie wychodził z łodzi. Bóg nie jest przerażony sztuczną inteligencją, On ją wymyślił, a my ją odkrywamy. Biskup podsumował wszystko w trzech rzeczach: 1) AI powinno się używać do rzemiosła, a zachować serce dla twórczości. Niech AI robi to co potrafi (segreguje dane, poprawia błędy, tłumaczy teksty), a człowiek ma robić to, co jest niepowtarzalne, twórcze i niesamowite, do czego żaden komputer nie zna odpowiedzi. Sztuczna inteligencja da nam bowiem syntezę faktów, ale nie da nam mądrości i sumienia. 2) Nie powinniśmy pozwolić, aby algorytmy planowały nasze powołanie. ChatGPT może pokazać nam propozycje mnóstwa zawodów, które możemy wykonywać, jednak nie powie, do czego stworzył nas Bóg. Algorytmy operują na przeszłości, na tym co już znają i co było, a Bóg zaprasza nas do przyszłości, do czegoś niesamowitego i wyjątkowego, czego żaden serwer jeszcze nie widział. 3) Warto wylogowywać się ze sztucznej inteligencji do relacji międzyludzkich. Komputer nigdy nas nie przytuli, ani z nami nie zapłacze. Algorytmy tylko "karmią samotność", a żywy człowiek obok nas karmi miłością. I na koniec poradził, aby używać technologii, by się skrzyknąć na spotkanie, a potem odłożyć telefon ekranem do dołu i korzystać z relcji z drugim człowiekiem. Nie tracąc relacji z Bogiem i człowiekiem można spokojnie "chodzić" po jeziorze zwanym AI.
Andrzej Dubiel z kolei poradził, aby korzystać z AI z umiarem. Zauważył, że każdy uczestnik spotkania ma internet w telefonie (o nie, ja nie mam), a mimo to wybraliśmy spotkanie i relacje z drugim człowiekiem. A nowe technologie można wykorzystywać chociażby po to, aby głosić Ewangelię w internecie.
Tutaj przyszedł czas na tegoroczny "gest lednicki" - wyciągliśmy doniczki, a obecni w sektorach księża przekazali nam nasiona drzewa czarnej sosny, takiej, z jakiego wykonano krzyż dla Pana Jezusa. Czarna sosna rośnie w Polsce, toteż bez większych problemów można ją wyhodować na zwykłej ziemi. Po geście spotkania na środku pojawili się tancerze i wodzireje, którzy zachęcali wszystkich do wspólnego uwielbienia Boga w rytm muzyki. 
O godzinie 18:00 oficjalnie otwarto 30. jubileuszowe spotkanie Młodych Lednica 2000. Przy dźwiękach "Hymnu III Tysiąclecia" Drogą III Tysiąclecia przeszła uroczysta procesja, w której wniesiono Krzyż lednicki, relikwie patronów spotkania, siostry zakonne, wyżsi hierarchowie kościelny, a na końcu ułani jadący na koniach. Poznańskie Bractwo Kurkowe wystrzeliło z armaty zwiastując rozpoczęcie spotkania. Słowo powitalne wygłosił prymas Wojciech Polak. Przekazał też przesłanie, które telegramem przesłał sam papież Leon XIV. Kilka słów skierował do nas też arcybiskup Stanisław Gądecki, który wspominał te pierwsze spotkania nad Jeziorem Lednickim. 
Po oficjalnym rozpoczęciu na Drodze III Tysiąclecia pojawili się uczestnicy Maratonu Lednickiego, a po ich przebiegnięciu po raz kolejny tancerze ledniccy, którzy zainicjowali kilka tańców tuż przed Mszą świętą. Ja jednak już byłam na początku wspomnianej Drogi, gdzie razem z innymi ministrantami czekałam na rozpoczęcie procesji księży. Byłam jedyną osobą z mojej diecezji, która szła w tej procesji, co potraktowałam jako ciche wyróżnienie.
Pierwszy raz miałam okazję być prawie pod samą Bramą Rybą, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Tak samo jak kazanie wygłoszone przez mojego "kumpla", biskupa Grzegorza Suchodolskiego.
Zaskoczeniem było dla mnie to, że pozwolono mi służyć bez żadnych problemów i "ale". Czy czułam się dumna. Chyba nie. Cieszyłam się, ale wcale nie czułam się wyjątkowo, jak mogłoby się wydawać. Nie chciałam też na początku mojej słóżby za bardzo się narzucać. Wolałam siedzieć spokojnie na trawie, obserwować to, co się dzieje naokoło, wsłuchiwać się w głosy modlitw splatające się z dźwiękami przyrody. Po jednej stronie miałam ministrantów, po drugiej kapłanów. A w środku czułam po prostu spokój.
Z Ciebie wyrastam,
ku Tobie wzrastam,
Tobą oddycham
bez Ciebie usycham
Tegoroczna Msza święta rozpoczęła się już o godzinie 19:00, a więc całą godzinę wcześniej, niż w poprzednich latach. Trwała ona około 1,5 godziny. W zasadzie tuż po niej nasza grupa miała zbierać się powoli do domu. Byliśmy jednak niemal pewni, że przyjdzie do nas nasz biskup, jak to miał w zwyczaju od dwóch lat. Co prawda rok temu nie wpuścili go do sektoru, ale Artur raczej nie zraża się takimi przeciwnościami losu. A ponieważ nie przyszedł do nas przed Mszą świętą, to było bardzo prawdopodobne, że przyjdzie po niej. Tak też się stało i nawet nasz pasterz został wpuszczony w nasz sektor.
Biskup przywitał się chyba z każdym i zamienił z nami 2-3 słowa. Potem zaczęliśmy powoli zbierać nasze rzeczy i flagi i szykować się do opuszczenia pola. Trochę było mi żal, że nie zostaliśmy na III części spotkania, ale zmiana organizatora wyjazdu poskutkowała też zmianą w jego przebiegu. Na szczęście jest yt, gdzie można zobaczyć to, co się opuściło.

niedziela, 22 marca 2026

2340. A czas biegnie i biegnie

Zasłonięte krzyże w świątyniach bezlitośnie przypominają, że za dwa tygodnie będziemy świętowali Wielkanoc. Dwa tygodnie - czternaście dni. Dużo to i mało. Zależy z jakiej perspektywy patrzeć. Zresztą, coraz częściej i coraz dobitniej odczuwam zbyt szybko przemijający czas. Tak, jakby chciały się wypełnić słowa piosenki "Dzisiaj to już wczoraj, jutro się zamienia w dziś". Czuję też dziwną pustkę w życiu. Nie osamotnienie, bo przecież na co dzień spotykam się z innymi ludźmi, czy to w pracy, czy w życiu, ale pustkę. Nie wiem, może jest to związane z moimi ostatnimi wynikami krwi, które znowu poleciały na łeb na szyję? A może z tym, że co rusz ktoś komu ufam po prostu zawodzi w ważnych chwilach? 
Ale w tych trudnych chwilach są też okruchy szczęścia, które błyszczą niczym promyczki słońca na kamienistej ścieżce. Jest ich wiele, tworząc piękny drogowskaz ku temu, co ważne, dobre, piękne. A jednak chciałabym jeszcze raz być szczęśliwa i radosna, bez tego całego bagażu doświadczeń, który dźwigam po drodze. Z tą swoją dawną ufnością, jaką żywiłam względem drugiego człowieka. Teraz, teraz wiele osób trzymam na dystans. Boję się im zaufać, bo boję się zawodu i odrzucenia. To takie powszechne w dzisiejszym świecie.
Od mojego byłego katechety dostałam zadanie napisanie krótkiego scenariusza akademii wielkanocnej, którą dzieciaki z szkoły podstawowej przylegającej do jego parafii mogłyby wystawić w DSS. Na takie coś zawsze będę chętna. Coś tam naskrobałam, jakieś pieśni wynalazłam, w tym tą poniżej.
Podkłady i nuty też znalazłam, podobno panie w szkole będą robić z dzieciakami próby. W sumie miałam chęć iść z moimi dzieciakami z czymś podobnym do "Wigoru", no ale u nas od jutra (właściwie to od dzisiaj) zaczynają się rekolekcje wielkopostne i za bardzo nie byłoby z kim robić tych prób. 

sobota, 21 marca 2026

2339. Po prostu być jak Chuck Norris

Nie będę ukrywać, że był taki okres w moim życiu, kiedy byłam oczarowana amerykańskim serialem "Strażnik Teksasu" opowiadającym o grupie strażników, strzegących pokoju w tytułowym mieście. Na ich czele stał nieustraszony Cordell Walker, grany przez Chucka Norrisa. Niezwykle prawego i sprawiedliwego człowieka, a poza tym - praktycznie niezniszczalnego, z powodu indiańskiej krwi, płynącej w jego żyłach. Miałam te osiem, dziewięć lat, kiedy siadało się w niedzielne wieczory przed telewizorem, a po niewielkim mieszkaniu niosły się dźwięki charakterystycznej piosenki:
Może i to nie był odpowiedni serial dla osoby w moim wieku, ale kto by się tam wtedy tym przejmował. Mnie to ciekawiło. Najbardziej chyba osobowość Cordella Walkera. Nic dziwnego, że nawet po zakończeniu produkcji darzyłam tego aktora podświadomą sympatią, przez wiele lat chcąc być taką jak on. No oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że w sprawności mu nie dorównam, ale nic nie stawało na przeszkodzie, abym chociaż w byciu przewodniczącą najpierw klasy, a potem szkoły, była tak sprawiedliwa, jak on.
Zadziwiało mnie też to, jak dobrze się trzyma, mimo upływu lat i problemów ze zdrowiem (np. w 2017 roku przeszedł rozległy zawał serca). Całkiem niedawno, po śmierci Edwarda Linde-Lubaszenki i Bożeny Dykiel, z ciekawości zerknęłam, co słychać u Chucka Norrisa, który był w wieku tego pierwszego (no dobrze, Norris był o kilka miesięcy młodszy). Z internetowych informacji wynikało, że całkiem nieźle sobie żyje.
Aż to informacja, która powaliła na ziemię, niczym jeden z ciosów Chucka (nota bene "Chuck" to jego ksywka nadana mu w wojsku, bo tak naprawdę nazywał się Carlos) - wiekowy aktor zmarł w wieku 86-lat w szpitalu w Kaua, gdzie przebywał na wakacjach. Myślę, że nie będzie przesadą, kiedy napiszę, że odeszła wręcz legenda. Bo oprócz wielu ról filmowych i serialowych Norris był też mistrzem wschodnich sztuk walki, a także ewangelizatorem kościoła baptystów. 
Carlos "Chuck" Norris (10 marzec 1940 - 19 marzec 2026 rok)
Myślę, że wielu z Was wie, że na temat aktora krążyły różne kawały. Jeden z nich brzmiał, że "Chucka Norrisa boi się nawet śmierć". Jak widać, niekoniecznie, a to, czy po niego przyjdzie było tylko kwestią czasu...

sobota, 7 lutego 2026

2322. Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2026 w Mediolanie na start!

Uroczysta ceremonia otwarcia XXV Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Mediolanie i Cortina d'Ampezzo za nami. Można powiedzieć, że po dwudziestu latach ZIO wróciły do Włoszech. Tamte z 2006 roku, które odbywały się całkiem niedaleko, bo w Turynie pamiętam tyle o ile. Jak przez mgłę pamiętam tamtą ceremonię otwarcia oglądaną na świetlicy w Ośrodku Przygotowań Paraolimpijskich w Wiśle, gdzie wraz z klubem sportowym byłam na zimowym obozie sportowym. Z tego, co wyczytałam, wróciliśmy stamtąd z brązem Justyny Kowalczyk oraz srebrem Tomasza Sikory. Trochę zaskoczyło mnie to, że nic nie przywiózł Adam Małysz, ale skoro wikipedia twierdzi, że tak było, to nie będę się z nią kłócić.
Tym razem igrzyska zostaną rozegrane w przepięknych Dolomitach. Co ciekawe, w Cortinie d'Ampezzo miały się odbyć Zimowe Igrzyska Olimpijskie w 1944 roku, ale jak można się domyśleć, II wojna światowa pokrzyżowała te plany. Jednak jak mówi stare polskie przysłowie - co się odwlecze to nie uciecze. Po 82 latach ta malowniczo położona miejscowość doczekała się swoich 5 minut.
Ceremonię otwarcia w 2/3 oglądałam w telewizji. Podobała mi się, mimo że była o wiele skromniejsza od swojego letniego brata. Piękne efekty specjalne, przemarsz drużyn, nie doczekałam niestety momentu odpalenia znicza olimpijskiego, ale to nic, zobaczę w internecie, bo na pewno będą jakieś filmiki z tej chwili. Chyba obyło się bez większych wpadek, w porównaniu z ostatnimi Letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w Paryżu. Co prawda TVP ani słowa się nie zająknęła o obecności na ceremonii naszego prezydenta, ale to już jakieś ich dziwne i prywatne gierki. Ech, i pomyśleć, że w starożytności na czas Igrzysk Olimpijskich zawieszano wszelkie wojny. Dlaczego teraz nie mogą zakończyć tej wojenki politycznej? Nie mam pojęcia.
Tak samo jak nie mam pojęcia, czy zabrzmiała piosenka, do której komentarz Przemysława Babiarza tak oburzyła ówczesne władze TVP, że zawiesili go w pełnionej funkcji. Trochę nie rozumiem jego uszczypliwości w tym temacie. Owszem, opowiada ona o braku barier oraz o równości wszystkich osób, ale czyż nie o to chodzi w sporcie, a w szczególności w sporcie olimpijskim? Przynajmniej ja tak to odbieram. Także z perspektywy sportowca.
Otwarcie Igrzysk za nami, czas na śledzenie poczynań sportowców, ze szczególnym uwzględnieniem naszej 60 osobowej ekipy. Wiadomo, że to będą ostatnie starty Kamila Stocha, ale nie ukrywajmy, on zrobił już bardzo dużo dla polskiego sportu olimpijskiego i nawet jeżeli teraz mu się nie powiedzie, to wstydu nie będzie. Oczywiście będę kibicować naszym sportowcom ze szczególnym uwzględnieniem Anny Twardosz, która pochodzi ze stron mojego taty. Doskonale wiem, jak trudno jest zdobyć ten upragniony krążek, więc może po prostu będę im życzyć jak najlepszych występów, aby oni sami byli z nich zadowoleni. 
Wiecie, zawsze w biegach ulicznych i przełajowych przybiegam na szarym końcu, z pozoru nie mam się z czego cieszyć. A jednak się cieszę. Że dobiegłam, że mam czas kilka sekund lepszy, niż poprzednim razem, że... Myślę, że tych "że" jeszcze by się sporo nazbierało. Małe sukcesy też potrafią cieszyć. Trzeba tylko odkryć to ich niepozorne piękno.
I pomyśleć, że w pomyśle miałam aplikować na wolontariusza podczas tych Igrzysk. Te Dolomity zimą jednak mnie korciły. Ale jakoś najpierw nie mogłam znaleźć odpowiedniego formularza rekrutacyjnego, a potem jakoś mi to wyleciało z głowy. A jak już sobie przypomniałam, to było za późno. Teraz jednak widzę, że w zasadzie dobrze się stało. Zwłaszcza zważając na moje zawirowania zdrowotne. Pewnie musiałabym zrezygnować z wyjazdu, potem miałabym wyrzuty sumienia, że zawaliłam. A tak to przecież nic się takiego nie stało. Może kiedyś nadarzy się podobna okazja. A jak nie to trudno, w życiu nie można mieć wszystkiego, bo zabrakłoby miejsca na marzenia.

niedziela, 1 lutego 2026

2318. Gdy Pan Bóg ma inne plany od naszych...

Okolice 2 lutego, tradycyjnie wspomnienie Matki Bożej Gromnicznej albo Ofiarowania Pańskiego, to też we wspólnocie Wiara i Światło Święto Światła. Wydarzenie to ma charakter międzynarodowy, co oznacza, że świętują je wszystkie (teoretycznie) wspólnoty na całym świecie, choć każda na swój sposób. Myślę, że ta data nie jest przypadkowa - jednym z symboli ruchu jest zapalona świeca, co nawiązuje do drugiego członu nazwy ruchu: "Światło". A cóż bardziej może kojarzyć się ze światłem niż gruba, zapalona świeca typu gromnica? To ją zapala się na początku każdego spotkania i płonie przez cały czas jego trwania, przypominając wszystkim zgromadzonym, że nie tylko Bóg jest takim światłem w naszej drodze ku wieczności, ale też każdy z nas może być takim światłem dla drugiego człowieka. W Polsce w Prowincji Południowej jest to tradycyjnie jedno z dwóch spotkań w ciągu roku wszystkich zrzeszonych w niej wspólnot z tego terenu. 
Oczywiście udział w spotkaniach nie jest obowiązkowy, ale jest to bardzo dobra okazja nie tylko do rozrywki, ale też do integracji i wzajemnego wymienienia się doświadczeniami. Bo to nie jest tak, że każda wspólnota siedzi osobno we własnym towarzystwie. Są takie chwile podczas spotkań, np. podczas posiłków, kiedy spokojnie można porozmawiać z innymi. 
Świece - jeden z symboli ruchu, 
przywiezione przez wspólnoty
uczestniczące w spotkaniu
W zeszłym roku bezczelnie pojechałam, nie będąc zrzeszona w żadnej z grup, na doroczną pielgrzymkę prowincji, tym razem do Rychwałdu. Znacie taką piosenkę "Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, wielkim lasem szedłem, noce nie przespałem"? To trochę odzwierciedlenie mojej podróży do celu. Co prawda rzek nie przepłynęłam, ale z 2 mostki przeszłam. A reszta mniej więcej się zgadza. Trochę się obawiałam reakcji Księdza Niosącego Światło, który też tam był, no że się zdenerwuje. Nawet jeżeli tak się stało, to nie dał tego po sobie poznać. Wręcz zrobił ze mnie "bohatera" zapraszając do wspólnoty, z którą był związany od lat.
Z Świętem Światła miało być dużo prościej. Jestem już oficjalnym członkiem wspólnoty. Co ja mówię - dwóch wspólnot. Czy tak jakiś inny członek może o sobie to samo powiedzieć? O szczegółach tegorocznego spotkania najpierw dowiedziałam się od wspólnoty z W-c, potem od J-na. Obydwie stwierdziły, że mam z nimi wystąpić, chociaż nie wiedzą, że jestem tu i tu. Dotychczas spotkania te odbywały się w Łańcucie, w tym roku przeniesiono je do Libiąża. Koordynatorzy grupy z J-na, mieszkający w tym samym mieście co ja, obiecali, że zawiozą mnie na miejsce, a potem odwiozą do domu, żebym nie musiała tułać się autobusami, chociaż wiedzą, że to dla mnie nie jest problemem. Żyć nie umierać. Dla "Rafałków" miał to być debiut na styczniowym spotkaniu, tak samo jak dla mnie. Wszystko miało się odbywać w anielskiej tematyce. Mowa tutaj przede wszystkim o części artystycznej. Z "Dominkami-bis" mieliśmy zaśpiewać kilka kolęd, z "Rafałkami" - przedstawić krótką scenkę o poszukiwaniu zagubionych przez anioły. Nawet miałam przygotowane "anielskie" przebranie.
Cieszyłam się na ten wyjazd. Myślę, że dzięki niemu skierowałam chociaż na chwilę myśli na inne, bardziej przyjazne tory. Tym bardziej, że bardzo lubię wszelkie występy. Wszak kiedyś grałam w szkolnym teatrze amatorskim, przez lata śpiewałam w parafialnej scholi. Co prawda nigdy nie miałam solówek, ale to nic, zespołowy występ też dawał mi dużo radości i satysfakcji.
A jednak nie pojechałam. Myślę sobie, że na ten dzień Pan Bóg miał dla mnie zupełnie inny plan. A może po raz kolejny chciał mi dać lekcję pokory, że nie zawsze musi być tak, jak ja chcę. O tym, że będę miała zabieg (właściwie to urastający do rangi operacji, bo to co standardowo robi się w znieczuleniu miejscowym, mnie musiano zrobić w ogólnym) tydzień przed Świętem Światła wiedziałam już w grudniu. Teoretycznie prosty zabieg, jednak z możliwymi powikłaniami. Przez pierwszych kilka dni było w porządku, co mnie bardzo cieszyło. Przyszedł czwartek i zaczęłam niesamowicie źle się czuć. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam aż taką "karuzelę". Niby w piątek było lepiej, ale nie chciałam ryzykować. Bo co by było, gdyby wszystko to powtórzyło się w sobotę na wyjeździe? Leki by pomogły, albo i nie. I co wtedy? Z bólem serca powiadomiłam obydwie wspólnoty, że jednak nie jadę. Kazałam im się jednak dobrze bawić. I tak myślę, że było, patrząc na zdjęcia z części artystycznej.
Dominki - Bis
Rafałki
Oczywiście koordynatorzy obydwóch wspólnot życzyło mi szybkiego powrotu do zdrowia. W końcu jak wspólnota, to wspólnota. Co prawda wczoraj nawet dobrze się czułam, ale tego nie mogłam przewidzieć. A i rozsądek czasami bierze górę nad pragnieniami.
Ale, ale... Skoro to miał być dzień przeżyty w anielskich klimatach niewiele stało na przeszkodzie, aby tak się stało. Musiałam tylko nieco zmodyfikować formę spędzenia go w ten sposób i przystosować ją do moich możliwości. Udało mi się to zrobić na trzy sposoby:
Raz - skoro miał być anielski dzień, to pomyślałam, że warto by było, gdybym obejrzała jakiś tematyczny film. W czasach, kiedy studiowałam pracę socjalną na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II, na jednym z wykładów ówczesna dyrektor kierunku opowiadała nam o filmie "Jestem Gabriel". Zachęciła mnie wtedy do obejrzenia go, ale jakoś dotąd nie nadarzyła się ku temu okazja. Tak sobie jednak wczoraj pomyślałam, że skoro miał być anielski i mogę go zrobić na własnych zasadach, to może warto wreszcie obejrzeć ten film. Na spotkaniu podczas Mszy inauguracyjnej było kazanie. Może to trochę dziwne, ale seans filmowy potraktowałam właśnie jako takie kazanie.
Akcja filmu toczy się w miasteczku Promise w Teksasie. Ellen rodzi dziecko, niestety umiera ono tuż po przyjściu na świat, zaś kobieta dowiaduje się, że nigdy już nie będzie miała dzieci. Mija dziesięć lat, miasteczko uchodzi za przeklęte, nic nikomu się w nim nie udawało. Pewnego dnia Ellen wraz z mężem Joe wracali z jednodniowego wyjazdu za Promise. Po drodze o mało nie potrącają małego, uroczego chłopca w białym ubraniu, niosącego jedynie matę na ramieniu. Nie wiedzą, że jest to wysłannik z Nieba w celu odmienienia życia mieszkańców miejscowości. Sam chłopiec niewiele o sobie mówi, jednak wraz z pojawieniem się Geita w Promise zaczynają dziać się niewytłumaczalne rzeczy - po miesiącach suszy zaczyna padać deszcz, zmarli ożywają, chorzy zdrowieją. Wszyscy stają się dla siebie milsi i po prostu lepsi. Chłopiec pokazuje też wszystkim, jak wielką moc ma szczera modlitwa. Ludzie są zachwyceni Geitem, jedynie szeryf za wszelką cenę chce poznać, kim tak naprawdę jest Geite. Piękny, ale nie infantylny film pokazujący, jak niewiele potrzeba człowiekowi, aby był dobry dla innych, a przez to lepszy i bardziej szczęśliwy.
Dwa - skończyłam czytać jedną z książek Doroty Terakowskiej - "Tam, gdzie spadają Anioły". To tak, jakbym uczestniczyła w prezentacji poszczególnych grup przybyłych na spotkanie. Jest to moje drugie spotkanie z twórczością tej pisarki. Kilka lat temu przeczytałam jej "Poczwarkę" opowiadającą o życiu rodziny, w której pojawia się dziecko z zespołem Downa. Temat mi bliski, chociaż chyba w mojej rodzinie nie było takiego przypadku. Ale wielu moich znajomych zmaga się z tym problemem. Książka nawet mi się podobała, była bardzo realistycznie napisana (więcej o mojej opinii o książce możecie przeczytać >>tutaj<<). Mimo to dotąd nie miałam okazji sięgnąć po inną pozycję tej autorki. Z drugiej strony, skoro w WiŚ mamy rok anielski, to uznałam to za dobry pretekst do wypożyczenia i przeczytania wspomnianej książki.
Tytuł: "Tam, gdzie spadają Anioły"
Autor: Dorota Terakowska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 1999
Ilość stron: 256

Wierzymy w to, że każdy z nas ma swojego Anioła Stróża, który nas nie opuści do końca życia, a może i dłużej. Co by się jednak stało, gdyby się okazało, że nasz Anioł został od nas "oderwany" i błąka się gdzieś po ziemi. Czy mielibyśmy odwagę wyruszyć w podróż na wzór małej Ewy, głównej bohaterki książki Doroty Terakowskiej "Tam, gdzie spadają Anioły" w poszukiwaniu utraconego skarbu.
Pewnego dnia w niebiosach odbyła się nierówna walka pomiędzy Aniołem Dobra, a Aniołem Zła. Niestety, tym razem Anioł Zła wygrał strącając swojego przeciwnika nie do piekieł, ale na ziemię. Nikt, oprócz samego Anioła Dobra, nie wiedział, że tak naprawdę Anioł ten ma być Aniołem Stróżem nienarodzonej jeszcze Ewy. Dziewczynka od dnia urodzin ma wyjątkowego pecha. Kiedy pewnego dnia słyszy żartobliwą uwagę, że pewnie zgubiła swojego Anioła Stróża, postanawia go odnaleźć. Wyrusza w świat, ale tak naprawdę jest to wędrówka w głąb sumienia spotkanych ludzi. Bo tylko ci o szczerym i prostym sercu mogą być "upadłymi Aniołami".
Czy książka podobała mi się? Myślę, że tak. Dorota Terakowska w ciekawy sposób przedstawiła kwestię posiadania przez wszystkich swojego Anioła Stróża. Co prawda to raczej niemożliwe, aby go gdzieś po drodze zgubić, aczkolwiek motyw małej dziewczynki poszukującej swojego Anioła Stróża wśród ludzi na Ziemi wydaje mi się bardzo ciekawy. Każdy z nas może utożsamić się z Ewą, bo każdy z nas szuka czegoś w swoim życiu. A kiedy już uda nam się to znaleźć, jesteśmy szczęśliwi, tak jak szczęśliwa była Ewa, po odnalezieniu swojego Anioła Stróża.
Trzy - próbowałam poćwiczyć trochę grę na flecie, a raczej ułożenie palców do poszczególnych dźwięków gamy do-re-mi. To w zamian za obejrzenie licznych występów, które zaprezentowały przybyłe na spotkanie wspólnoty. Nie będę ukrywać - jest ciężko, zwłaszcza że moim palcom brakuje tego "luzu", jaki mają ludzie pełnosprawni. Ufam jednak, że w końcu uda mi się zagrać całą gamę. Równolegle próbuję grać na pianinie on-line. W ogóle muszę się czymś pochwalić. Wiem, że to nic, ale dla nowicjusza to chyba dużo. W mojej szkole nie uczono nut. Wiedziałam, że jest pięciolinia, wiedziałam nawet, jak poszczególne nuty się nazywają. Tylko tyle i aż tyle. Teraz sama doszłam do tego, jaki dźwięk oznacza położenie poszczególnych nut na pięciolinii i teoretycznie jak długo powinien on trwać. Muszę jeszcze ogarnąć metrum, ale chyba to co najważniejsze już wiem. Nieźle, jak na jeden tydzień. I to w dodatku opierając się głównie na youtubie. Co potrafię zagrać po tych kilku dniach na pianinie on-line? "Boże coś Polskę", "Gdy adwentowy wieczór nadchodzi", "Jeden jest tylko Pan" oraz "Gam, gam, gam". Oczywiście bardzo niedoskonale, ale i tak myślę, że jest to dużo. Ech, żeby jeszcze te palce były mi bardziej posłuszne...
Cztery - z Pusią uczyłyśmy się liczyć w zakresie dziesięciu i poznawałyśmy ciągi liczbowe. Podobno kury potrafią liczyć w zakresie czterech. Może w przypadku kotów zdolności matematyczne są większe?
Pięć - Nie wiem jak u Was, ale u mnie jeszcze trwa sezon świąteczny...

poniedziałek, 26 stycznia 2026

2314. Czasami "ten zły" niesie największą pomoc

Koniec stycznia i przypadający wtedy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu powodują, że telewizja zaczyna nadawać więcej filmów poświęconych tej tematyce. Tych zaś nie brakuje, tak samo produkcji polskiej, jak i zagranicznej. Pamiętam, jak w lutym 2002 roku, jako jedenastoletnie dziecko pierwszy raz świadomie obejrzałam jeden z nich, nota bene do dzisiaj mój ulubiony, "Lata dzieciństwa" i tak zaczęło się moje zainteresowanie tym tematem. W ogóle żałuję, że ten film jest tak trudno dostępny (mnie rodzice kupili go na kasecie VKS, chociaż założę się, że tata też go kupił dlatego, że sam chciał go zobaczyć) i właściwie niepuszczany w telewizji, bo wydaje mi się idealny do wprowadzenia dzieci w tematykę. Niedrastyczny i opowiedziany z perspektywy świata widzianego oczami kilkuletniego dziecka. Coś w rodzaju "Chłopca w pasiastej piżamie". I to dzięki niemu poznałam piosenkę "Gam, Gam, Gam", zanim jeszcze stała się sławna.
W ogóle scena na tym drugim filmiku, w której siedmioletni Jona widzi zmarłego ojca i odzyskuje swoją dziecięcą radość, będąca finałową sceną filmu, jest jedną z moich ulubionych w filmografii, i wielokrotnie była odtwarzana w moich dziecięcych zabawach.

W ostatnich dniach różne stacje telewizyjne wyemitowały oscarową produkcję "Pianista" w reżyserii Romana Polańskiego. Jest to przedstawienie postaci znanego w okresie międzywojennym, ale też po wojnie, pochodzącego z Sosnowca pianisty, Władysława Szpilmana. Szpilmanowie byli Żydami, toteż doświadczyli piekła Holokaustu. Zamknięci w warszawskim getcie, w większości wywiezieni do Treblinki, gdzie stracili życie. Z całej rodziny ocalał tylko Władysław, który do końca wojny musiał się ukrywać, czy to u znajomych, czy też w ruinach Warszawy.
W filmie jest wiele scen, które mnie wzruszają. Jedną z nich jest ta, kiedy Władysław zostaje znaleziony przez niemieckiego oficera. Sytuacja kuriozalna, Szpilman wie, że to jego koniec, że tamten wkrótce go zabije, bo takie było prawo, a z prawem się nie dyskutuje. Tym bardziej, że muzyk ma typowo semicki wygląd. Tymczasem wywiązuje się rozmowa, podczas której Władysław mówi wprost, że gra na pianinie. Traf chciał, że w zbombardowanym i opuszczonym mieszkaniu był ten instrument. Tamten poprosił Szpilmana, aby dla niego coś zagrał. I tak oto, ponad zniszczonym i obróconym w proch miastem, poniosły się piękne takty muzyki Chopina. Wzruszony oprawca nie tylko nie zastrzelił utalentowanego Żyda, ale wręcz pomagał mu tak długo, jak tylko mógł.
Mogłoby się wydawać, że jest to wymysł reżysera, który też przeżył Holokaust ukrywany u polskich rodzin. No bo jak Niemiec mógł ocalić nieznanego sobie wcześniej Żyda i jeszcze pomagać mu przynosząc jedzenie i oddając ciepły płaszcz? Tymczasem jest to historia jak najbardziej prawdziwa, wielokrotnie przytaczana po latach przez samego artystę. Zresztą sami przeczytajcie:


Niemiecki oficer wyznał, że "wstydzi się za swój naród". To spotkanie ocaliło pianistę

W dowód wdzięczności za uratowanie życia, Władysław Szpilman otworzył swój pierwszy powojenny koncert w warszawskim radiu tym samym "Nokturnem c-moll", który zagrał niemieckiemu oficerowi w listopadzie 1944 r. w opuszczonym domu przy Alei Niepodległości 223. To wtedy doszło do spotkania, które miało zaważyć na całym życiu pianisty - i zaowocować jednym z najbardziej poruszających filmów we współczesnej kinematografii. Oto historia relacji, która przywraca wiarę w człowieka.

Władysław Szpilman i Wilm Hosenfeld sportretowani w filmie "Pianista" w reż. Romana Polańskiego (EPA / DPA / PAP)
23 września 1939 roku Władysław Szpilman, wśród ogłuszającego huku bomb, ledwo mogąc dosłyszeć dźwięki fortepianu, grał przez pół godziny recital utworów Fryderyka Chopina w rozgłośni Polskiego Radia. Tamtego dnia niemieckie bombardowania na lata przerwały funkcjonowanie rozgłośni.

Polski Robinson
Wojenne losy cudem ocalałego Władysława Szpilmana były gotowym materiałem na film. Mało kto dziś pamięta, że pierwsze próby przeniesienia wspomnień wybitnego pianisty na wielki ekran podjęto tuż po zakończenia wojny. Autorami scenariusza pt. "Robinson Warszawski" byli Czesław Miłosz i Jerzy Andrzejewski. W trakcie prac nad scenariuszem filmowa historia zaczęła jednak coraz bardziej odbiegać od pierwowzoru - był koniec lat 40., Polska była areną gwałtownych zmian politycznych: cenzura wprowadziła do oryginalnego scenariusza tyle zmian, że obraz finalnie miał już niewiele wspólnego z relacją samego Szpilmana. Film miał premierę w 1950 roku, wyszedł pod tytułem "Miasto nieujarzmione". Miłosz ostatecznie wycofał swoje nazwisko z czołówki filmu.
Ci, którzy znali relację Szpilmana, jego dramatyczną historię odczytywali jako uniwersalną opowieść o współczesnym, "warszawskim Robinsonie": osadzonej w realiach Zagłady historii o samotności i skrajnej bezbronności człowieka, którego ratuje wola przetrwania.
Szpilman przeżył zarówno zagładę getta żydowskiego, jak i całej Warszawy, miesiącami ukrywając się w jej gruzach. Po upadku powstania i wysiedleniu ludności pozostał w na wpół wypalonej kamienicy. "Byłem teraz sam, z odrobiną sucharów na dnie torebki i brudną wodą w wannie jako całym zapasem żywności" - wspominał.
Po wojnie spisał swoje wspomnienia, wydane w 1946 r. w formie książki "Śmierć miasta". Według pamiętników Szpilmana Roman Polański nakręcił uhonorowany licznymi nagrodami, w tym trzema Oscarami, film "Pianista". W artystę wcielił się Adrien Brody, natomiast niemieckiego oficera zagrał Thomas Kretschmann. Film odniósł ogromny sukces.

Spotkanie z niemieckim oficerem. Historia prawdziwa
Szpilman w trakcie wojny wielokrotnie otarł się o śmierć. Już w pierwszych miesiącach okupacji wraz z ojcem i bratem zostali złapani przez patrol żandarmerii, gdy po godzinie policyjnej wracali do domu. "Zanim zdołaliśmy zorientować się, co zamierzają, postawili nas twarzami do ściany, odeszli parę kroków i odbezpieczyli karabiny. Tak więc miała wyglądać nasza śmierć (...). Usłyszałem, jak ktoś powiedział: >>To jest już koniec!<<. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to był mój własny głos". Stał się jednak cud, a żandarmi zmienili zdanie - i pozwolili im odejść.
Film Polańskiego upamiętnia niecodzienne spotkanie kompozytora z niemieckim oficerem, który natrafił na niego w kryjówce przy alei Niepodległości 223, gdzie pianista ukrywał się od kilku miesięcy. Tak wspominał to spotkanie sam Szpilman:
"Opadłem na krzesło stojące przy drzwiach do spiżarni. Poczułem nagle, z nieodwracalną pewnością, że nie starczy mi już sił na wydobycie się z tego nowego potrzasku. Opuściły mnie tak nagle, jak przy omdleniu. Siedziałem wpatrzony tępym wzrokiem w oficera, ciężko dysząc. Dopiero po chwili zdobyłem się na odpowiedź: >>Niech pan ze mną robi, co chce. Ja się stąd nie ruszę<<. >>Nie mam zamiaru robić panu nic złego!<< - oficer wzruszył ramionami. >>Kim pan jest?<<. >>Jestem pianistą<<.
Traf, że w jednym z pokojów znajdował się fortepian. Oficer zaprowadził tam wycieńczonego Szpilmana i wskazał mu instrument, by na nim zagrał. Pianista wybrał jeden z nokturnów Chopina. Tak wyglądał początek niecodziennej relacji.
Ów dzień Szpilman wspominał później w rozmowie z Anną Skulską na antenie Polskiego Radia. Jak relacjonował, "w pewnym momencie usłyszałem nad głową >>Hande hoch!<< i już widziałem siebie leżącego w kałuży krwi. - A tu widzę takiego przystojnego oficera, który wcale nie wyjął rewolweru. I w pierwszych słowach mówi, ja powiem po polsku, on mówił do mnie po niemiecku, "Proszę pana, niech się pan nie boi. Ja panu nic nie zrobię" - opowiadał.
"Bardzo się za mój naród wstydzę"
Owym oficerem był kapitan Wilhelm Hosenfeld. Niemiec nie tylko nie wydał Szpilmana, ale do chwili opuszczenia miasta regularnie przynosił mu żywność. Podarował też pianiście ciepły wojskowy płaszcz.
"Czy pan jest Niemcem?" - zapytał go Szpilman podczas ich pierwszego spotkania. "Zaczerwienił się i prawie krzyknął, wzburzony, jakbym go obrażał: >>Tak. Niestety jestem Niemcem. Wiem dobrze, co się tu w Polsce działo, i bardzo się za mój naród wstydzę<<".
Hosenfeld trafił do Polski w czerwcu 1940 roku. Został przeniesiony do Warszawy, gdzie do końca wojny stacjonował w stołecznej komendzie Wehrmachtu. Jako "oficer sportowy" był odpowiedzialny za organizację ćwiczeń i wydarzeń sportowych dla Niemców. Wcześniej, w latach 20. i 30., pracował jako nauczyciel historii. Koncesję nauczycielską odebrano mu za krytykowanie poglądów Adolfa Hitlera w czasie, gdy dyktator coraz bardziej otwarcie pokazywał swoje rasistowskie i antykatolickie oblicze (Hosenfeld został członkiem NSDAP w 1935 r. i początkowo popierał ówczesną politykę).
Wewnętrzne odchodzenie od doktryny nazizmu u kapitana było długim procesem. Jego świadectwem są listy, jakie Hosenfeld po sobie pozostawił. Z lipca 1942 r. pochodzą słowa: "Ostatnia resztka ludności żydowskiej w getcie została unicestwiona (...) Całe getto jest ruiną. I tak chcemy wygrać wojnę! To są bestię. Tym strasznym mordem na Żydach przegraliśmy wojnę. Sprowadziliśmy na siebie nieusuwalną infamię, nieusuwalne przekleństwo. Nie zasługujemy na łaskę; wszyscy jesteśmy winni. Wstyd mi chodzić po tym mieście, każdy Polak ma prawo pluć przed nami. Codziennie giną niemieccy żołnierz; ale będzie jeszcze gorzej i nie mamy prawa narzekać. Na nic innego nie zasługujemy".
Ze Szpilmanem ostatni raz widzieli się 12 grudnia 1944 r. Zaledwie kilka tygodni później trafił do niewoli radzieckiej.
"Skoro i pan, i ja przetrwaliśmy przeszło pięć lat tego piekła, to widocznie jest nam pisane pozostać przy życiu. Trzeba w to wierzyć" - miał powiedzieć w trakcie ich ostatniego spotkania.
- Ja zawsze zasypiałem, gdy zmierzch zapadał. Mam wrażenie, że on po raz ostatni przyszedł właśnie, gdy zasypiałem, bo słyszałem, jak się oddalały kroki. Chciał się ze mną pożegnać - wspominał Szpilman na antenie Polskiego Radia. Nazwisko swojego wybawiciela poznał dopiero w 1951 r. Po wojnie stale utrzymywał kontakt z jego szkołą i dziećmi.

"Nikt nie żądał, żeby wchodzili do wagonu"
Po latach Szpilman zapytany o to, co w doświadczeniu wojennym było dla niego największą tragedią, wskazał utratę bliskich. Przeżył Zagładę jako jedyny z całej rodziny.
"W 1942 r. rozpoczęło się wysiedlanie i zaraz trafili do pociągu. Najbardziej tragiczny w tym wszystkim jest fakt, że od mojego brata, który był jeszcze bardzo młody, a także od siostry, nikt nie żądał, by wchodzili do wagonu. Postanowili jednak wspólnie z resztą rodziny udać się na wysiedlenie, jak się wtedy mówiło i myślano. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że pociągi jadą w kierunku Treblinki. Mnie jeden z żydowskich policjantów wypchnął z transportu, a oni wszyscy wyruszyli w tę ostatnią, jak się później okazało, podróż" - wspominał w wywiadzie, który ukazał się 17 kwietnia 2000 r. na łamach "Plus Minus", dodatku do "Rzeczpospolitej".
Niespełna dwa miesiące później zmarł.
W wywiadach podkreślał też, że zawsze czuł się bardziej Polakiem niż Żydem. "Nie wypieram się wprawdzie mojego pochodzenia - dowodem jest fakt, że nie zmieniłem mojego nazwiska. Brzmi, jak brzmiało. (...) Urodziłem się w Polsce, wychowałem się w niej, jest moją ojczyzną. Żyć mogę na całym świecie, ale umierać chcę w Polsce" - mówił.
W dowód wdzięczności za tamto spotkanie i uratowanie życia, Szpilman otworzył swój pierwszy powojenny koncert w warszawskim radiu tym samym "Nokturnem c-moll", który zagrał Hosenfeldowi w listopadzie 1944 r. w opuszczonym domu przy Alei Niepodległości 223.
Dalsze losy samego kapitana były pasmem nieszczęść i cierpienia.
Śmierć w łagrze
Po tym, jak 17 stycznia 1945 r. Hosenfeld dostał się pod Błoniem do niewoli radzieckiej, został umieszczony w obozie przejściowym, a potem wywieziony do Mińska. Dopiero w sierpniu 1989 r. jego syn, Helmut (urodzony w 1923 r.), zdołał ustalić dokładne miejsce pochówku ojca przy pomocy Czerwonego Krzyża.
Oficerowie radzieccy byli przekonani, że Hosenfeld pracował w wywiadzie. Wiadomo, że był torturowany. W 1946 r. udało mu się potajemnie wysłać kartkę z listą osób, którym pomógł podczas wojny - widniało wśród nich także nazwisko Władysława Szpilmana. Mimo wstawiennictwa osób, które pomógł ocalić, wytoczono mu proces i skazano na karę śmierci za rzekome zbrodnie wojenne. Oskarżono go o służbę w obozach jenieckich w 1939 r. i "działalność antyradziecką".
Wyrok śmierci zmieniono po amnestii na 25 lat obozu pracy, jednak ciężkie warunki bytowe doprowadziły u mężczyzny do wylewu i paraliżu, a w konsekwencji także do śmierci; zmarł
w łagrze znajdującym się nieopodal Stalingradu.
W 2007 r. został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Orderem Odrodzenia Polski.
Dzięki staraniom między innymi Andrzeja Szpilmana, syna kompozytora, w 2009 r. Niemiec otrzymał tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. W imieniu ojca wyróżnienie to odebrały jego dzieci.


Skoro już jesteśmy przy muzyce, to odebrałam już zamówiony flet prosty. Taki sam, na jakim dzieci uczą się grać na lekcjach muzyki w podstawówce. Pierwsza umiejętność jaką muszę nabyć, być może kuriozalna dla innych, to ułożenie moich koślawych i powyginanych palców na otworów. Próbuję, próbuję... Na razie ciężko mi to wychodzi. Na razie też się tym zbytnio nie zrażam. Przecież to dopiero moje początki. Może za setnym razem mi się uda. 
Gdy miałam chwile zwątpienia włączyłam sobie wirtualne pianino, na którym można grać nie tylko myszką, ale i klawiaturą. Wzięłam coś prostego - "Gdy adwentowy wieczór nadchodzi". Może po nie w czasie, ale... Początek potrafię już zagrać. Reszta? Mam nadzieję, że też się nauczę :). A jak nie, to pierwszych 5 taktów to już jest coś...