Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 30 listopada 2025

2276. Jeden tok myślenia...

Jakoś tak w połowie września udałam się na spotkanie podsumowujące działalność polskich wolontariuszy w tzw. "Casa Polonia" podczas Jubileuszu Młodych odbywającego się na przełomie lipca i sierpnia br. Jak już wspominałam we wcześniejszych wpisach, także i moja osoba była wolontariuszem na tym wydarzeniu. Teoretycznie nie było ono obowiązkowe, ale pomyślałam sobie, że dobrze byłoby się na nim pojawić. Pokombinowałam z godzinami w pracy i tak je poustawiałam, że udało mi się pogodzić jedno z drugim.
Droga do stolicy była jakimś koszmarem - tłum ludzi prawdopodobnie jechał na koncert jakiegoś wokalisty na Narodowym, przez co pociąg był i opóźniony, i zatłoczony. Na szczęście udało mi się dojechać do celu. Potem jeszcze trzeba było dotrzeć do siedziby Konferencji Episkopatu Polski i można było czuć się jak zwycięzca. Trochę się spóźniłam, ale co tam, ważna była sama obecność.
Na spotkaniu głównie dzieliliśmy się naszymi wrażeniami co do tamtego wolontariatu, ale też spostrzeżeniami, aby następny polski wolontariat na ŚDM w Seulu wypadł jeszcze lepiej i komfortowo, przede wszystkim dla osób posługujących na nim. Wiem, że do tego czasu jest jeszcze kilkanaście miesięcy, ale warto pomyśleć o wszystkim zawczasu. Ja na przykład wniosłam o to, aby w strefie wolontariusza oprócz ekspresu do kawy był jakiś czajnik. W Rzymie tego nie było i był problem.
Wraz z nami na spotkaniu był też biskup siedlecki, Grzegorz Suchodolski. Na koniec spotkania podzielił się z nami, że pod koniec listopada przygotowuje w Warszawie konferencję, na którą potrzebuje wolontariuszy. Czy domyślacie się, jaki pomysł wpadł mi do głowy? Kto mnie już trochę zna, chociażby z bloga, ten będzie wiedział.
Na drugi dzień po powrocie postanowiłam jednak zobaczyć i zorientować się, o co właściwie w tej inicjatywie chodzi. Jak wyczytałam w zasobach internetowych, Forum Mosty 2025 miało być zorganizowane po raz pierwszy przez Radę Konferencji Episkopatu Polski. W zamierzeniu miało zgromadzić liderów świeckich wspólnot, ruchów i stowarzyszeń wraz z ich duszpasterzami. Głównym zadaniem forum było stworzenie przestrzeni spotkania i dialogu różnych środowisk osób, które są zaangażowane w życie Kościoła oraz społeczeństwa, takich jak duchowni, świeccy, ludzie kultury, nauki i mediów. To oni w podejmowanych rozmowach mieli wspólnie szukać odpowiedzi na pytania, które stoją przed Kościołem i całym społeczeństwem. Tematami debat miały być rola Kościoła w erze sztucznej inteligencji, sposoby rozbudzania wiary w pokoleniach, które coraz trudniej zdobyć, czy tworzenie wspólnot otwartych na pytania, wątpliwości i różnorodność doświadczeń.
Mając już niejako ogląd na całość sprawy, odważyłam się i napisałam do księdza biskupa Suchodolskiego z pytaniem, w jaki sposób mogę dołączyć do wolontariatu pomagającego przy wydarzeniu. Np. kiedy rekrutowałam się do wolontariatu na Strefę Młodych w Sosnowcu, to robiłam to przez formularz, a tutaj nic takiego nie ma. W odpowiedzi otrzymałam instrukcję, żeby zgłosić się do koordynatorki wolontariatu Krajowego Biura Organizacji Światowych Dni Młodzieży - Viki. Tak też zrobiłam, dzięki czemu dołączyłam do wolontariuszy z ramienia KBO, których w większości znałam i z Rzymu, i z wcześniejszych wydarzeń promujących ideę ŚDM.
Karo, Aga, Ja, Tesia i Łuki
Nasza posługa zaczęła się rankiem 28 listopada, kiedy pełni werwy wstawiliśmy się w budynku telewizyjnym ATM mieszczącym się przy ulicy Szeligowskiej na obrzeżach Warszawy. Zważywszy na wczesną porę, odległość od mojego miejsca zamieszkania oraz to, że wydarzenie było dwudniowe, a ja w stolicy byłam właściwie od czwartkowego wieczoru, wykupiłam sobie dwa noclegi na miejscu, co było mądrym rozwiązaniem. Z kolei we wspomnianym budynku kręcono m.in. "Milionerów", "Mam talent", czy też "You Can Dance", o czym przypominają zdjęcia rozwieszone na korytarzach.
Do zadań naszej ekipy należała obsługa szatni oraz recepcji. Ja wylądowałam na szatni. Odebranie i wydanie setek kurtek i bagaży nie było łatwą sprawą, nawet dla kilku osób, ale na osłodę zdarzały się też miłe akcenty, takie jak spotkanie liderki mojej grupy wolontariackiej z tegorocznej Strefy Młodych w Sosnowcu, siostry Łucji znanej z Lednicy, znajomych księży salezjanów, siostry zakonnej, która na co dzień posługuje w Laskach, a szła z nami na Jasną Górę, aktorów Leszka Zduna oraz Arkadiusza Janiczka i na deser, mojego biskupa Artura Ważnego wraz z księdzem Szymim, z którym byłam w Panamie. Ci na mój widok narobili takiego rabanu, że aż ludzie się ośmiali (hasło księdza Szymiego wręczającego mi numerek w szatni - "Ja muszę wspierać moich diecezjan" bezcenne). Wisienką na torcie było zobaczenie na żywo jednego z moich profesorów i podziękowanie mu za zajęcia, przeprowadzone w trybie on-line.
W nielicznych wolnych chwilach staraliśmy się iść zobaczyć, co się dzieje na sali głównej, gdzie odbywały się panele dyskusyjne. Ja za pierwszym razem trafiłam na taki, na którym biskup Ważny trochę wykpił niedawną aferę w moim mieście, gdzie nowa burgerownia miała obraz nawiązujący do słynnej "Ostatniej Wieczerzy". Może nie tyle samą aferę, ile pomysłodawców takiego czegoś, przypominając o tym, co stało się rok temu podczas Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. I jak wszystko zostało właściwie zamiecione pod dywan. Czy organizatorów Ceremonii Otwarcia spotkały jakieś konsekwencje? Kilka dni byli na ustach całego świata i na tym się skończyło. Może sprowokowało to innych do podobnych zachowań? Skoro na tak dużej imprezie nic się nie stało, to dlaczego na mniejszą skalę miałoby być inaczej. Ciekawe tylko, kto byłby równie odważny i zakpił w taki sam sposób np. z islamu...
I drugi panel na którym udało mi się być i który również dotyczył sprawy, która niezmiernie mnie boli - prawo do aborcji kobiet i popieranie jej przez innych. Zwłaszcza przez tych, którzy są zdeklarowanymi chrześcijanami, którzy aktywnie uczestniczą w życiu Kościoła, a jednak podczas wszelkich protestów są za kobietami domagającymi się tego prawa. Podczas swojego przemówienia prelegent wyraźnie mówił, że jego nie przeraża to, że ateiści, a nawet "letni religijnie" prowadzą tego typu politykę. Jego przeraża to, że tak postępują gorliwi na pozór katolicy. I pytał się dosadnie - co z wyznawanymi przez nich wartościami, które zaczynają być ze sobą poniekąd sprzeczne. Co z prawem do życia, należnym każdemu człowieka od chwili poczęcia? Przecież aborcja, a nawet jej jawne popieranie, jest jego zaprzeczeniem. 
Ja mam podobne wątpliwości od kilku lat. Pamiętam, jak w czasie Strajków Kobiet w 2020 sprzeciwiłam się pomysłowi aborcji na życzenie dzieci w okresie prenatalnym. Było to dosyć kontrowersyjne, bo kiedy wszyscy dookoła raczej popierali strajki, ja stanęłam w obronie własnych wartości. Wybaczcie, ale dla mnie prawo kobiet do aborcji nie wiąże się z ich wolnością. Raczej stawia ich w roli Boga decydującego o tym, czy dane chore dziecko ma prawo pojawić się na świecie, czy też nie. Jasne, niejednokrotnie pojawienie się na świecie dziecka z ciężką wadą letarną, a w konsekwencji jego śmierć wywołuje u jego najbliższych ból. Dlatego napiszę otwarcie, że rozumiem takie matki, rozumiem, że chcą oszczędzić tego bólu i sobie i dziecku. Chociaż, wbrew pozorom, takie dziecko jest na tyle "dobrze zaopiekowane", że nie czuje bólu towarzyszącemu jego krótkiemu życiu. Nie oznacza to jednak, że będę popierać aborcję na życzenie w przypadku stwierdzenia takiej wadu w badaniu prenatalnym. Raz, medycyna w bardzo wielu przypadkach potrafi niwelować skutki niepełnosprawności. Nie we wszystkich, ale w części. Dziecko przy wspomaganiu może żyć "bez męczenia się". Dwa, jak ocenić w jaki sposób dana wada letarna wpłynie na dziecko? Są statystyki, ale... Ja statystycznie powinnam żyć kilka godzin. Z tych kilku godzin zrobiło się 35 lat. Trzy, nawet przez tych kilka chwil życia noworodek ma szansę poczuć w jakiś tam sposób, że jest kochany i chciany. Aborcja może sprowadzić go do niechcianego przedmiotu, który można wyrzucić z powodu posiadanej wady. I w końcu czwarty wymiar, tym razem bardziej pod kątem rodziców tego dziecka.
Ja widzę jeszcze jeden, moralny problem tego wszystkiego. Aborcja jest dokonywana na najbardziej niewinnej i bezbronnej istocie na świecie - przebywającym w łonie matki dziecku. Łono, które ma je bronić nie spełnia tej funkcji. Lekarz wykonujący zabieg nie widzi dziecka, nie może spojrzeć w jego przerażone oczy, dziecko nie może krzyknąć z bólu i przerażenia. Wszystko odbywa się w ciszy i ukryciu, lekarz może więc nie mieć takich oporów, jak gdyby miał w przypadku uśmiercania kogoś, kto jest już na świecie, chociażby noworodka, człowieka w sile wieku, starca. Przecież równie dobrze ktoś mógł mnie tych 35 lat temu odłączyć od respiratora, przecież nie rokowałam dobrze, miałam umrzeć po kilku godzinach, niepotrzebnie zajmowałam inkubator. Inny lekarz może odłączyć Ciebie od respiratora po operacji. Albo podać Ci lekarstwo powodujące ten sam skutek. Sumienie może mieć czyste - skoro nikt jawnie nie skrytykował Strajku Kobiet, a tylko go pochwalał, to całe społeczeństwo popiera takie procedery. Rano mógłby dokonać tego typu zabieg, a wieczorem ze złożonymi rękami przyjmować Komunię Świętą. Jednego dnia taki katolik wspiera taką aborcję na życzenie, chociażby będąc całym sercem ze strajkującymi, a drugiego wstawia zdjęcie jak to on "pobożnie" odmawia różaniec. Gdzie tu logika postępowania? Gdzie stałość w wyznawanych wartościach? Albo jestem za życiem, albo za pozbawianiem go. Nie da się być za jednym i za drugim. Przynajmniej ja nie potrafię być.
Żeby nie było - dopuszczam aborcję np. w przypadku, gdzie zarodek umiejscowił się poza jamą macicy i na dzień dzisiejszy medycyna nie może nic zrobić, aby on się prawidłowo rozwijał, a jednocześnie zagraża zdrowiu i życiu matki. Rozważam w przypadku, kiedy ciąża jest w wyniku gwałtu, albo matka musi wybrać albo dziecko, albo leczenie np. nowotworu. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że zawsze to będzie dla matki trudna decyzja, wpływająca na jej dalsze życie. Nie da się też ukryć, że opieka hospicyjna i psychologiczna w naszym kraju jest w opłakanym stanie. Ale to nie sprawia, że będę robić coś niezgodnego z wyznawaną przeze mnie religią i wartościami. A aborcja na życzenie zdecydowanie staje z nimi w kontrze. Tu nie chodzi też o potępianie samych mam, bo to dla większości z nich trudna i ciężka decyzja. Bardziej o sprzeciwianie się całemu ruchowi. Przecież każdy z nas mógł być takim dzieckiem. I każdego z nas mogłoby tutaj teraz nie być.

środa, 26 listopada 2025

2275. Gorsze i lepsze chwile

Kilka dni temu wyrwało mi się przy księdzu - administratorze, że nie mogę przyjść na Krąg Biblijny, bo mam wizytę u lekarza wraz z USG jamy brzusznej. Myślałam, że zapomniał, że nie będzie drążyć tematu, że go przemilczy. Dzisiaj podjechałam na poranną Mszę świętą, głównie po to, aby mu oddać pożyczoną kilka dni temu adhortację papieża Leona XIV: "Dilexi te. O miłości do ubogich". A przy okazji zahaczyłam o poranne godzinki, tym razem śpiewane już w naszym "pełnym" składzie: pan Gienek, pani Maryna, pani Dorota i ja*. Godzinki rozpoczynają się wraz z biciem zegara na wieży kościelnej o 6:30. Po nich jest odmawiana dziesiątka różańca, a następnie już odprawiana jest Msza. W międzyczasie któryś z księży idzie do konfesjonału spowiadać. Po Mszy pomogłam panu Gienkowi i panu Kościelnemu uporządkować ołtarz, po czym poszłam przywitać się z księdzem. Jak w 80 % przypadków, także i teraz wylądowałam u niego na śniadaniu. 
Całą noc padał śnieg, a nad rankiem chwycił mróz, toteż idąc po schodach na górę trochę się ślizgałam w adidasach. Na szczęście obyło się bez upadku. Na plebani było przyjemnie ciepło, aż miło się człowiekowi zrobiło. Ksiądz zaczął przygotowywać jajecznicę na śniadanie, a mnie poprosił o wyciągnięcie trzech sztuk talerzy i szklanek i zaniesienie ich do jadalni. Przy okazji próbował mnie podpytać o moją wizytę u lekarza. Czyli nie zapomniał... Ja jednak nie chciałam go obarczać kolejnymi diagnozami i przypuszczeniami, szkoda chłopa. Powiedziałam mu tylko, że "nieważne". Bo w sumie tak jest. Ma swoje problemy i swoje sprawy związane z nową parafią. Odniosłam talerze na stół w jadalni, potem szklanki, potem jeszcze wróciłam po sztućce, aż wreszcie włączyłam wodę w czajniku, powrzucałam torebki z herbatą do szklanek, a następnie zaniosłam czajnik do jadalni i zalałam herbatę wrzątkiem - w życiu bym nie przeniosła szklanek z gorącym płynem z jednego pomieszczenia do drugiego bez wylania go na siebie. Taki efekt uboczny MPD. 
W tym czasie na śniadanie zeszedł ksiądz-proboszcz-senior, który nawet ucieszył się na mój widok. A przy okazji trochę się ze mnie z księdzem-administratorem nabijali: "Karolina to chyba wyjdzie za mąż za naszego Gienka, ja nie wiem, siedzą razem w ławce, razem śpiewają Godzinki, razem ogarniają ołtarz... Chyba musimy szykować i ślub, i wesele... A ty wiesz Lolku, jaką Gienek robi smaczną jajecznicę...". No, nie wiem. Ale ciekawi mnie, skąd oni wiedzą o tej jajecznicy. 
Podczas śniadania Ksiądz-administrator dalej próbował dojść do tego, co powiedział mi lekarz i na jakie dalsze badania mnie wysłał. I dlaczego po nowym roku. No, tego pierwszego to mu nie powiem nawet na spowiedzi świętej. A na to ostatnie pytanie odpowiedź jest prozaiczna - limity na NFZet już się skończyły. Mogłabym iść prywatnie, jednak ceny trochę zwalają z nóg. Widać nie jest ze mną jeszcze aż tak źle. No i dzisiaj zjadłam coś bardziej treściwego niż kaszkę mannę na wodzie - jajecznicę. Ksiądz niech więc nie marudzi. Chociaż miło że dopytuje. I to nie tylko o zdrowie, ale chociażby o pracę na szkolnej świetlicy i kilka innych mniej lub bardziej ważnych spraw.
Z pozytywniejszych rzeczy - kilka lat temu pisałam, że chciałabym "przejść" z biegania tradycyjnego na tzw. racerunning. W pewnym momencie nawet zamówiłam sprzęt, który kosztuje bagatela 8000 zł. (to jakaś paranoja). Zleceniodawcy nie udało się jednak sprowadzić go z zagranicy, a pieniądze mi oddał po postraszeniu go policją. Klub sportowy zaś uznał, że dla jednej osoby nie opłaca się szukać trenera ani szkolić obecnych. Odpuściłam temat. W ostatnim czasie jednak do naszej sekcji dołączył jednak chłopak również z mpd, tylko że w cięższej postaci. Trener jakoś nie widzi go biegającego na dwóch nogach. Ale przypomniał sobie, jak na kilku zawodach widział, jak niepełnosprawni śmigają na tych rowerach. Już nawet rozmawiał z prezesem - który jest gotowy kupić dla sekcji takie coś. Jeden bo jeden, ale zawsze. Na treningu trener mi mówił, że moglibyśmy mieć z Miśkiem mobiler na spółkę, i tak trzymany by był w szkole, w której mamy treningi, a oboje jesteśmy podobnego wzrostu. Presja jest duża, bo on chce, abyśmy wystartowali na mobilerach już podczas przyszłego sezonu. Dobrze by było, gdyby się udało. Tym bardziej, że trener też się napalił na to, że przygotuje nas do tej konkurencji. 
A jakby ktoś był ciekawy jak to cudo wygląda, to poniżej macie ilustrację poglądową.
Cudo, prawda?

* Ostatnio jak byłam to 50% osób było na wycieczce w Fatimie

poniedziałek, 24 listopada 2025

2274. Opóźniony finisz

W ostatnim wpisie opowiadałam Wam o Antku, który pomimo przeciwności losu obronił tytuł licencjata na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jak dla mnie dokonał czegoś niebywałego. Ale i ja się mogę pochwalić malutkim sukcesem - po wielu perypetiach i przeciwnościach losu (m.in. pobytowi w szpitalu) udało mi się złożyć pracę magisterską z pedagogiki. Planowo miałam to zrobić we wrześniu, ale tak mi się życie potoczyło, że nie wyrobiłam się w czasie. Zdarza się. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że kiedy inni mieli dwa lata na napisanie pracy, ja z powodu robienia całych studiów magisterskich w jeden rok, miałam tylko kilka miesięcy. Nawet nie wiem, jakim cudem wyszło mi 239 stron przy standardowych 80. A więc prawie dwa razy wymaganej objętości. A chciałam też, aby to wszystko miało ręce i nogi, żeby nie było napisane po macoszemu i byle jak. Żeby mnie satysfakcjonowało tak, jak praca magisterska z pracy socjalnej w 2020 roku i nauk o rodzinie sprzed kilku miesięcy. To z kolei wymagało ode mnie zaangażowania w to, co robię i dogłębnej analizy wyników badań. Temat sobie wybrałam niejako z mojej półki - o niepełnosprawnych, co sprawiło, że nie męczyłam się z nim od strony psychicznej, a jedynie fizycznej (uwierzcie mi, przy mpd pisanie na klawiaturze bywa męczące).
Z mojej strony to wszystko w sferze przygotowawczej. Teraz ruch należy do mojego promotora (z którym współpracę będę mile wspominać, i mam nadzieję, że ze wzajemnością). Musi znaleźć osobę chętną do zrecenzowania moich wypocin. A to może być trudne, przy takiej ilości stron. Jestem jednak dobrej myśli i mam nadzieję, że w przeciągu miesiąca obrona będzie za mną, a ja będę mogła w obydwóch zakładach pracy zamienić dyplomy z magistra Pracy Socjalnej na magistra Pedagogiki. W zasadzie ten pierwszy może być, bo łączy się pośrednio z pracą z dziećmi, ale magister pedagogiki jednak lepiej brzmi. 
Tak się tylko obawiam, czy na tej ostatniej prostej nie podwinie mi się noga, czy recenzent nie doczepi się do jakiejś głupoty, czy antyplagiat nie wychwyci za dużo powtórzeń. Czy w ostatniej chwili nic nie przeszkodzi mi w zdobyciu tego przyspieszonego dyplomu. Wszystko się może zdarzyć. Ale, tak sobie myślę, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Może to opóźnienie było mi po coś potrzebne? Wiedziałam, że nie wyrobię się do lipca, celowałam we wrzesień, a tutaj wszystko się obsunęło. Na szczęście dostałam czas na nadrobienie wszystkiego i jeszcze późniejsze oddanie pracy bez większych konsekwencji. A więc mogę nazywać siebie szczęściarzem.
Grupa magistrów z pedagogiki opiekuńczo - wychowawczej
To może, rzutem na taśmę, dokończyć jeszcze jedne studia, o których tutaj nie pisałam? Tam też została mi tylko obrona pracy...
Śnieg się zesypał. Biały, puchaty, choć nie klei się jak kiedyś, gdy było się dzieckiem. Ciekawa jestem, ile poleży na powierzchni ziemi. I czy do jutra już stopnieje...

niedziela, 23 listopada 2025

2273. Mistrzunio...

Czy młodsza o 10 i pół roku osoba może imponować komuś dorosłemu swoją wiedzą, erudycją, stylem życia? I to w zasadzie nie poprzez opisywanie życia przez samą siebie ale przez mamę? Historię Antka śledzę od zimy 2011. Tak, dokładnie pamiętam dzień, kiedy właściwie przez przypadek trafiłam na bloga tego dziesięcioletniego wówczas chłopca zmagającego się ze SMA. Pamiętam też, że pierwszą przeczytaną przeze mnie tam notatką była ta dotycząca programu "Sprawa dla reportera" i występującemu w nim dziesięcioletniemu Rafałowi. Mama Antka pisała wtedy o "mądrości dziesięciolatka" w kontekście Antka. W ciągu najbliższych dni przeczytałam całego antkowego bloga i zakochałam się w nim.
Od tamtej pory z niecierpliwością wyczekiwałam na kolejny wpis o Antku i jego codzienności. Chłopak, za którego oddychał respirator, żywiony przez sondę, obsługujący komputer jednym paluszkiem skradł moje serce. Mimo licznych ograniczeń bez problemu kończył kolejne klasy w szkole podstawowej, gimnazjum oraz liceum, podróżował, rozwijał swoje pasje i zainteresowania a nawet uprawiał sport - grał w boccię. Oczywiście z czasem informacji o Antku było coraz mniej, bo i on chciał zachować nieco anonimowości. Ma do tego prawo, jak każdy inny. Na szczęście od czasu do czasu jego mama napisze co tam słychać u jej młodszego dziecka.
Jaka napisałam - Antek studiował politologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dzięki wyrozumiałości kadry mógł pobierać naukę w trybie on-line, zrobić praktyki studenckie w wydziałowej gazetce, zaliczać egzaminy w dogodnym dla siebie terminie i trybie. Nic nie zawalił, wszystko pozdawał w sesji, mając do dyspozycji jeden sprawny palec. Tym palcem napisał też całą pracę licencjacką, którą obronił. Na pięć. Nawet nie wiecie jak cieszę się z tego faktu, chociaż jest dla mnie właściwie obcym człowiekiem. Może nawet bardziej, niż z moich własnych obron? Bo jednak dokonał czegoś dużego i na pozór niewyobrażalnego. Pokazał, jak daleko można dojść dzięki pracy, pasji, samozaparciu, ale też i wsparciu najbliższych. Myślę, że piątka na dyplomie jest największą zapłatą za jego trud i poświęcenie.
Nie da się tego ukryć - Antek to Mistrz przez duże M.

sobota, 22 listopada 2025

2272. "Triumf serca"

W tym roku z okazji imienin wybrałam się z dobrymi znajomymi z Wydziału Teologicznego do kina. No dobra, to oni mnie do niego wyciągnęli, widząc mój wisielczy humor. Ale repertuar wybraliśmy wspólnie. Po przejrzeniu repertuaru i zestawieniu go z pasującymi nam terminami, nasz wybór padł na "Triumf serca", film opowiadający o świętym Maksymilianie Marii Kolbe. Nawet mi to pasowało, ponieważ od jakichś dwóch lat jestem związana z parafią mającą go za swojego patrona, a jego portret, podarowany "awansującemu" na urząd proboszcza jednemu z jego dotychczasowych księży uważam za najbardziej udany ze wszystkich tego typu przeze mnie stworzonych.
O umówionej godzinie spotkaliśmy się z Madziałkiem i Dorkiem przed wejściem do kina w S-cu. Po krótkim, ale serdecznym przywitaniu weszliśmy do środka, co było dobrym pomysłem, zważywszy na panującą na zewnątrz aurę. Po przejściu przez obrotowe drzwi owiało nas przyjemne, ciepłe powietrze, nawiewające z boku. Rozsunęliśmy nasze kurtki i udaliśmy się do kasy, po bilety, a następnie nasze kroki skierowały się do odpowiedniej sali. Tam znaleźliśmy przypisane nam miejsca, które zajęliśmy.
Dotąd widziałam dwa filmy opowiadające o życiu św. Maksymiliana Marii Kolbego: "Życie za życie: Maksymilian Maria Kolbe" z 1991 roku oraz "Dwie korony" z 2017 roku. Obydwa opowiadały o życiu świętego z Niepokalanowa raczej całościowo. W "Triumfie serca" reżyser i scenarzysta (Anthony D'Ambrosio) skupił się bardziej na ostatnich dniach i chwilach życia "Bożego Szaleńca", jak określali inni postać św. Maksymiliana. Jak zapewne większość z nas wie, św. Kolbe trafił do bunkra śmierci po tym, jak w zamian za ucieczkę jednego więźnia z Auschwitz, śmierć miało ponieść dziesięciu innych. Pierwotnie w tej grupie znalazł się Franciszek Gajowniczek, w pewnym momencie Maksymilian Maria Kolbe zaproponował, że pójdzie do bunkra za niego. Co najdziwniejsze, SS-man zgodził się na tą zamianę.
Jak już napisałam wcześniej - ten film znacznie różni się od swoich poprzedników. D'Ambrosio skupił się w nim bardziej na analizowaniu słów wypowiedzianych w celi śmierci przez św. Maksymiliana Marię Kolbego, jego stosunku do współwięźniów i, co wydaje się w tym wszystkim najbardziej niezrozumiałe z ludzkiego punktu widzenia, także wobec swoich oprawców. Z filmowego obrazu wyłania się postać Maksymiliana Marii Kolbego konsekwentna, odważna, a jednocześnie o łagodnym usposobieniu i miłej aparycji. Taka, którą po prostu chce się spotkać i z nią być. Taką, której można zaufać, która inspiruje i kieruje ku prawidłowym wartościom. Nawet nie wiecie, ile bym dała, żeby moje dzieci ze świetlicy szkolnej i środowiskowej oraz z Oratorium widziały choć w 5% we mnie podobną osobę. Ale cóż, do świętości to mi jeszcze bardzo, bardzo daleko.

piątek, 21 listopada 2025

2271. Taki Kościół mi się marzy...

Zaczęło się dosyć niewinnie - któregoś dnia na tablicy facebookowej pojawił mi się wpis o samotnych chłopcach mieszkających w DPSie w Bronowicach prowadzonym przez siostry zakonne. Zaintrygowana jego treścią weszłam w profil i czytałam najnowsze wpisy, jeden za drugim, jak kartki w książce. Po pewnym czasie wróciłam do początków istnienia fanpage Domu Chłopców w Broniszewicach, który sięga 2013 roku (chociaż sama placówka funkcjonuje od dużo dłuższego czasu), przeczytałam całość i byłam oczarowana tym miejscem. Powinno być tam smutno i przygnębiająco, a tymczasem siostry i wolontariusze stworzyli chłopcom idealne miejsce do wzrastania i rozwoju pod każdym względem. A ponieważ codziennie coś wrzucają na tablicę, to nie wyobrażam sobie dnia, żeby nie wejść na ich profil i nie zobaczyć co słychać u tych niesamowitych chłopaków.
Nawet nie spodziewałam się, że ktoś mógłby napisać książkę o tym miejscu, chociaż sam temat, nie powiem, jest bardzo wdzięczny. Ale i trudny. Dlatego tym bardziej ucieszyłam się, że dwaj dziennikarze - Łukasz Wojtusik i Piotr Żyłka, znaleźli czas i chęci, aby przeprowadzić wywiady z dwoma siostrami, dzięki czemu pokazali, jak wygląda realizowanie Ewangelii w praktyce. Tak właśnie powstała książka "Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet", który pokazuje opiekuńczą i miłosierną twarz Kościoła.
Tytuł: "Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet"
Autor: s. Eliza Myk, s. Tymoteusza Gil, Łukasz Wojtasik, Piotr Żyłka
Wydawnictwo: WAM
Kraków 2021
Ilość stron: 234

Jest takie miejsce, gdzieś w diecezji kaliskiej, gdzie pośród pól i drzew stoi niezwykły dom. Dom, w którym siostry zakonne stworzyły azyl dla 54 niepełnosprawnych umysłowo chłopców. Dom, który nie powstałby bez wsparcia innych osób - nie tylko finansowego, ale też bezpośrednio w opiece nad podopiecznymi, której podejmują się wolontariusze z różnych stron Polski. To Dom Chłopców w Broniszewicach.
Łukasz Wojtasik i Piotr Żyłka namówiły pracujące w nim siostry na kilka wywiadów. W szczerych rozmowach Tymka i Eliza, bo takie są ich zakonne imiona, opowiadają o swoim powołaniu, radościach. jakie daje im służba drugiemu, choremu człowiekowi, ale też problemach związanych z prowadzeniem placówki. Pojawiają się też trudne tematy, takie jak pandemia koronawirusa, gdzie cały personel i wolontariusze na całe miesiące zostali zamknięci na terenie ośrodka, czy też strajki kobiet domagających się aborcji na życzenie. Wszystko odbywa się w przyjaznej atmosferze, z nutką humoru, dzięki czemu siostry pokazują, że nawet w habitach są normalnymi ludźmi, a nie jakimiś służbistkami.
Pozycja "Siostry z Broniszewic" to wspaniały podręcznik głoszenia Ewangelii nie słowami, ale czynami. Wszak Jezus nie mówił: "powiedzieliście piękne kazanie..., ogłosiliście zbiórkę, ale sami nie włączyliście się w nią...", ale "Byłem głodny, a daliście mi jeść, byłem spragniony, a daliście mi pić...". Czytając wywiady z siostrami człowiek odnosi wrażenie, że dla nich czymś oczywistym jest realizowanie tego w życiu codziennym. I tylko człowiekowi przykro robi się w momentach, kiedy czyta, że to księża i katolicy najbardziej rzucają im kłody pod nogi w ich codziennej posłudze najmniejszym braciom.
I właśnie taki Kościół mi się marzy. Nie, nie zdominowany przez kobiety, bo nie o to tutaj chodzi. Nie chodzi o to, aby przydzielać im rolę księży czy też diakonic. Nie! Marzy mi się za to, aby był to Kościół nie tylko głoszący piękne i wymowne kazania, ale przede wszystkim Kościół działający, wyciągający dłoń na potrzeby ludzi, zwłaszcza tych najbardziej potrzebujących, opuszczonych, wykluczonych. Dlatego tak bardzo podoba mi się idea głoszona przez papieża Franciszka, aby wychodzić na peryferie Kościoła. Nie do bogatych, młodych, zdrowych, pięknych i mądrych, ale do opuszczonych, ubogich, niepełnosprawnych i chorych. Bo to do nich najczęściej wychodził Jezus. A z drugiej strony - Jezus nie urodził się w bogatej, majętnej rodzinie, ale w biednej, zwyczajnej. To też powinno dawać do myślenia. Myślę, że inicjatywa sióstr doskonale wpisuje się w nauczanie Jezusa. A przecież nie trzeba od razu budować DPSów, wystarczy dać skromny datek z tego, co się zebrało na tacy, pojechać do takich miejsc, pobyć z przebywającymi w nich podopiecznymi, porozmawiać z nimi. Działać, a nie tylko mówić. Och, jak wtedy zmieniłby się obraz księży w oczach wiernych...
I pomyśleć, że Ksiądz-administrator już w pierwszym miesiącu swojego urzędowania na nowej parafii zastanawiał się, czy nie przerobić części nie takiej dużej plebanii np. na mieszkanie treningowe dla niepełnosprawnych czy też wykluczonych. No, wizja niezła, oby tylko na tym się nie skończyło. Bo wiecie, takim czymś pokaże nieco inną twarz Kościoła, niż tą, która jest znana z mediów.

środa, 19 listopada 2025

2270. "Bo nowy dzień wstaje, nowy dzień wstaje, nowy dzień" (Edward Stachura/Stare Dobre Małżeństwo, "Opadły mgły")

Cisza trwającej jeszcze nocy świadczyła dobitnie o tym, że wszyscy w mieszkaniach dookoła jeszcze śpią. Zresztą czego innego można się spodziewać przed godziną piątą nad ranem. Pozwalało to nawałowi moich myśli krążyć wokół kubka z parującą, świeżo zaparzoną herbatą. Z uporem długodystansowca jedna prześcigała drugą, co było dosyć dziwne, zważając na jakieś cztery godziny snu. Człowiek powinien być zmęczony, niewyspany, nie do życia. Chociaż ja nie do życia byłam przez ostatnie tygodnie, włócząc się od lekarza do lekarza. Wystarczy. Tymczasem ja nie czułam zmęczenia, nawet nie jestem w stanie określić tego, co czułam. Zegar nieubłagalnie odmierzał kolejne sekundy, bezpowrotnie zabierając je z ludzkiego życia. Ostatni łyk ciepłego płynu, dopakowanie plecaka, który wkrótce wylądował na moich ramionach, nieporadne zawiązanie zimowych butów, pogłaskanie kota, niezawodnego przyjaciela, i w drogę. Jest wtorek - dzień, w którym od września staram się uczestniczyć w porannej Mszy świętej w parafii mojego byłego katechety.
Im bliżej ulicy, tym coraz więcej głosów dobiegało do moich uszów, a łagodne krople deszczu opadały na ziemię. W końcu to już listopad. Intuicyjnie przyspieszyłam kroku, nie chcąc spóźnić się na autobus do oddalonego o godzinę drogi S-rza, królewskiego miasta. Na przystanku autobusowym, pomimo wczesnej pory, było już trochę ludzi czekających na swój autobus. Odruchowo spojrzałam na elektroniczny rozkład jazdy - umieszczony na nim zegar wskazywał 5:10. Jeszcze dwie dłużące się w nieskończoność minuty i wsiadam do stającego na przystanku żółtego pojazdu. Za chwilę zamykają się drzwi, a ja ruszam do innego świata. Świata, który poznaję od zaledwie 2,5 miesiąca, a który przyjął mnie zupełnie naturalnie. Aby wykorzystać tych cennych 57 przepisowych minut jazdy, sięgam po skrywaną w plecaku książkę. To dosyć lekka "333 popkulturowych rzeczy... lata 90". Może dlatego, że to czasy mojego dzieciństwa, tak wiele opisanych tam rzeczy w dalszym ciągu mam zmagazynowanych w pamięci. Kiedy było jeszcze jasno, czas podróży mijał mi na oglądaniu krajobrazów przesuwających się za oknem. W większości wiejskich. Teraz, kiedy na przełomie godziny 5 i 6 jest jeszcze stosunkowo ciemno, właściwie to nie ma na czym zawiesić wzroku. Co najwyżej na oświetlonym zamku biskupim, oznajmiającym że dotarłam na miejsce. 
Czas schować lekturę i wstać z siedzenia. Odruchowo spoglądam na zegar na kasowniku biletów - wskazuje 6:10. To dobry czas. Biegnę uroczymi uliczkami rozchlapując wodę stojącą w kałużach. Tuż przy kościele spoglądam w stronę plebani - świeci się reflektor, a więc pan kościelny poszedł już po klucze. Wymacuję ukrytą w kieszeni latarkę, wychodząc z domu pomyślałam sobie, że choć trochę mu pomogę w otwarciu ciężkich drzwi świątyni, przyświecając jej światłem. Po chwili w bladym świetle ulicznych latarni dostrzegłam drobną sylwetkę pana Gienka przechodzącego przez ulicę oddzielającą plebanię od kościoła. Po grzecznościowym wymienieniu "Szczęść Boże" i moją niewielką pomocą drzwi zostały otwarte dla innych. Przy okazji pan Gienek znowu się dziwił, jak mi się chciało tak rano wstawać, kiedy jemu, mieszkającemu za rogiem, było tak trudno to zrobić. Ja tylko mam nadzieję, że po śmierci za te dojazdy dostanę kilka lat mniej czyśćca.
Dyskretne skrzypnięcie drzwi otworzyło świątynię dla wiernych. Do moich nozdrzy dobiegł specyficzny, aczkolwiek miły, zapach kościelnych świec. Potraktowałam to jako prezent od samego Boga na wypadające tego dnia imieniny. Po krótkiej modlitwie pooświecałam boczne ołtarze, a pan kościelny w tym czasie poszedł otworzyć główne drzwi do kościoła. A potem poszliśmy przygotować ołtarz do sprawowania Najświętszej Ofiary. Dużo nie zrobię, np. nie przyniosę kielicha przykrytego puryfikarzem, pateną, palką i korporałem, czy też ciężkiego Mszału, ale zdjąć aksamitne płótno z bielutkiego obrusu na ołtarza, czy też zapalić świece już tak. Zawsze pan Gienek ma mniej do roboty. I szybciej można zacząć śpiewać poranne "Godzinki", które pokochałam właśnie w tej parafii. Ogólnie jest 3-osobowa stała grupa do śpiewania, i ja z doskoku. Z doskoku, no bo też nie jestem codziennie. I tak punktualnie z dwoma gongami dzwonu na kościelnej wieży oznajmiających, że jest 6:30 mury liczącego 601 lat kościoła wypełniają się dźwiękami tej pięknej modlitwy ku czci Najświętszej Maryi Panny. Tym razem byliśmy z kościelnym sami, bo druga połowa godzinkowej ekipy pojechała na pielgrzymkę do Fatimy (o ile dobrze zrozumiałam). I tak jego donośny głos przeplatał się z moim dosyć słabym. Ot, kolejna piękna chwila, niepozorna wręcz, przybierająca rangę kolejnego prezentu.
Tymczasem do kościoła zaczęli schodzić się wierni na poranną Mszę. W pewnym momencie pojawił się też ksiądz-proboszcz-senior, który poszedł spowiadać. Zerwałam się z miejsca, poszłam do niego. Nie tyle, żeby się wyspowiadać, ile zapytać czy nie posłużyć mu do Mszy. Jego szeroki uśmiech mówił więcej niż tysiąc słów. Kolejny prezent? Czemu nie. Szybkim krokiem poszłam na zakrystię, gdzie po chwili poszukiwania znalazłam najmniejszą komżę. Chociaż i tak okazała się dla mnie dużo za duża. "Chyba musimy sprawić ci coś mniejszego" - skomentował mój wygląd kapłan.
Zgromadzeni wierni zaczęli śpiewać "Kiedy ranne stają zorze", pieśń napisaną wieki temu przez Franciszka Karpińskiego. Jej treść przeplatała się z naszą modlitwą przed rozpoczęciem Mszy: "Oto za chwilę przystąpię do Ołtarza Pańskiego... Do świętej przystępuję służby... Proszę Cię Panie Boże o łaskę skupienia...". Na trzeciej zwrotce wyszliśmy z zakrystii. Trzy dzwonki sygnaturką oznajmiły wiernym, że muszą wstać. Jeszcze tylko czwarta i piąta zwrotka, której dźwięki wdzierały się w każdy zakamarek mojej duszy ("A za nocki dziękujemy / o szczęśliwy dzień prosimy / Byś nam zawsze błogosławił / a po śmierci duszę zbawił") i rozpoczęliśmy sprawować kolejną pamiątkę ofiarowania przez Jezusa swojego Ciała i Krwi wiernym. Tutaj znowu za dużego pola do popisu nie mam, ale mnie całkowicie wystarcza podawanie kapłanowi ampułek z wodą i winem, polewanie mu dłoni wodą z dzbanuszka podczas obrzędu obmycia po ofiarowaniu oraz dzwonienie dzwonkami. Chociaż z tymi ampułkami to trzeba było iść na kompromis, bo za nic w świecie nie dam rady ich trzymać w obu dłoniach na raz. Szczególnie w prawej. Podobnie z obmywaniem dłoni - teoretycznie powinnam pod rękami kapłana trzymać taką miseczkę, do której spływa woda. Tutaj znowu mam tylko jedną rękę do dyspozycji. Ale jeszcze niczego nie rozbiłam, więc nie jest tak źle. Zdecydowanie najlepiej idą mi dzwonki - po trzy razy przed i po przemienieniu, trzy razy po "Baranku Boży", raz, kiedy kapłan przyklęka przed tabernakulum po schowaniu do niego puszki z komunikantami i po trzy razy gongiem podczas unoszenia Hostii i kielicha z Winem podczas przemienienia. 
Poranne Msze święte są raczej krótkie. Dwukrotne dzwonienie dzwonu na dzwonnicy na 7:30 zbiegło się w czasie z modlitwą, którą odmawialiśmy z księdzem-proboszczem-seniorem w zakrystii na zakończenie Mszy: "Boże, którego dobroć powołała mnie do Twej służby, spraw, bym uświęcony uczestnictwem w Twych tajemnicach, przez dzień dzisiejszy i całe me życie szedł tylko drogą zbawienia". Ksiądz nie zapomniał o moich imieninach i złożył mi tak szczere życzenia, że aż się wzruszyłam. A w ślad za nim poszli pan Gienek i jeszcze jeden kościelny, którzy usłyszeli wszystko porządkując ołtarz. I znowu zrobiło mi się cieplej na sercu. Zwłaszcza kiedy usłyszałam - "Tyś jest już nasza". Hmmm... 2,5 miesiąca, szybko poszło.
Wychodząc ksiądz-proboszcz-senior zaprosił mnie znowu na śniadanie, żebym nie zasłabła po drodze. I żeby proboszcz-administrator też miał okazję na złożenie mi życzeń. Te życzenia to tak przy okazji, bo wtorkowe śniadania z księżmi stały się przez ten czas taką naszą tradycją. Ksiądz proboszcz-administrator zawsze podczas nich żartuje, że chyba śpię na zamku, bo zazwyczaj dzień wcześniej jestem u nich wieczorem na Kręgu Biblijnym. Po wyjściu z kościoła uderzyło mnie rześkie powietrze. Aż miło było wciągnąć je do płuc, nawet zapadniętych. W towarzystwie księdza-proboszcza-seniora zmierzałam na plebanię, raz po raz wypytując go o rzeczy związane z wyglądem kościoła, a on mi w miarę obszernie odpowiadał. I chyba nawet się cieszył z tego. A patrząc na spektakl grany przez aktora pierwszego planu, czyli poranek, po głowie chodziła mi jedna piosenka, która doskonale oddawała w tamtej chwili moje uczucia: "Opadły mgły i miasto ze snu się budzi / Górą czmycha już noc / Ktoś tam cicho czeka by ktoś powrócił / Do gwiazd jest bliżej niż krok... Bo nowy dzień wstaje, nowy dzień wstaje, nowy dzień... Z dusznego snu już miasto się wynurza / Słońce wschodzi gdzieś tam" (Edward Stachura / Stare Dobre Małżeństwo, "Opadły mgły").
Po pokonaniu kilkunastu schodów znaleźliśmy się na ganku. Ksiądz senior otworzył drzwi i mogliśmy wejść do środka. Odruchowo zdjęłam buty i słysząc brzdęk talerzy pobiegłam do kuchni. Ksiądz proboszcz-administrator przygotowywał już śniadanie. Na chwilę przestał, składając mi życzenia, a nawet lekko obejmując. A potem przeszedł samego siebie wyjmując z szafki kaszkę mannę, żebym też mogła coś zjeść. Nie, żebym była jakimś gustatorem tego typu jedzenia, ale po ostatnim 1,5 miesiąca, gdzie zwijałam się z bólu brzucha po 98% zjedzonych rzeczy (a zważając na moją alergię ich lista nie była zawrotnie długa), na razie po takich lekkich rzeczach nic mi nie jest. Zaskoczył mnie, bo mógł mnie olać, w końcu przez ostatni czas nic z nimi nie jadłam i też jakoś to było, ale nie, on poszedł do sklepu po tą nieszczęsną mannę dla niemowląt. Nawet nie chcę myśleć, co sobie pomyśleli jego parafianie na ten widok. Ale żeby nie było tak łatwo, to poprosił mnie o pomoc w nakryciu do stołu. A przy okazji próbował podpytać o to, co powiedzieli mi lekarze na to wszystko. Bo według niego nie jest normalne to, że człowiek wszystko zwraca, zwija się z bólu, ciągle jest zmęczony i gorączkuje tygodniami (hasło "Jeszcze raz mi przyjedziesz z gorączką na różaniec / Krąg Biblijny / Mszę świętą, to cię nie rozgrzeszę, ani nie pochowam" padało nagminnie z jego ust). Nie chciałam go jednak zasypywać moimi problemami zdrowotnymi, i tym na co skierował mnie lekarz, odpowiedziałam mu tylko, że na razie jest w porządku. A że ostatnio był na Sycylii ze znajomymi, to zmieniłam temat w tym kierunku. Ogólnie stwierdził, że było dobrze, ale on jednak woli aktywniejszy wypoczynek.
Na śniadaniu byli też jego znajomi, więc to na nim opowiadał im o wyjeździe. W sumie, po co miał się powtarzać. Gdzieś między jedną a drugą łyżką bezsmakowej zupy wodno-mannowej (bo była ona na wodzie a nie na mleku) rzucałam okiem na jego smartfon, na którym pokazywał zdjęcia. I nagle, kiedy mój posiłek dobiegał do końca, nagle jakby sobie o czymś przypomniał. Na chwilę poszedł na górę, po czym wrócił z małym pakunkiem w dłoniach i wręczył mi go. Pakunkiem okazał się mały aniołek, którego zobaczył na Sycylii. Stwierdził, że gdy tylko go zobaczył, postanowił go dla mnie kupić. I jeszcze obiecał mi pokazać pewien unikatowy obiekt na skalę europejską należący do głównego kościoła, a którego nie udostępnia zwiedzającym ot tak. Tylko musimy poczekać na cieplejsze dni. Aż mu się rzuciłam na szyję. "Wreszcie się uśmiechasz" - rzucił mi do ucha. A potem dopiłam herbatę i odniosłam swoje naczynia do zlewu. Zmyła je jednak zmywarka rozprowadzając łagodny szum po pomieszczeniu.
Tego dnia wyszłam trochę szybciej, bo miałam zaplanowany wyjazd. Była godzina 8:10, kiedy opuściłam plebanię. Dzień powoli budził się do życia pod każdym aspektem. Dla mnie trwał od 4 godzin. 
O mafii sycylijskiej słyszałam, o aniele niekoniecznie 
A na koniec dziękuję tym wszystkim, którzy skomentowali mój ostatni post. Nie pisałam nic, bo z jednej strony nie widziałam sensu, z drugiej, zdrowie się posypało (nie ma to jak przewlekły stres), po trzecie - codzienność mi dokręciła śruby na tyle, że po powrocie do domu po prostu miałam wszystkiego dosyć. I w sumie chyba dalej mam. Ale myślę, że kiedyś będzie lepiej. I będzie jak dawniej.

niedziela, 2 listopada 2025

2269. Zabrakło ich w tym roku

Można by powiedzieć, że jedną z takich blogowych tradycji jest podsumowanie i przypomnienie tych osób ze świata mediów, polityki, kultury, sportu, czy też historii, którzy odeszli do wieczności w okresie od 2 listopada ubiegłego roku do 1 listopada bieżącego roku. Nie inaczej mogło być w tym roku. 
Szczerze powiedziawszy to czas zaczął tak bardzo pędzić, że w przypadku niektórych osób nie zdawałam sobie sprawy z tego, że odeszli w ciągu ostatnich 12 miesięcy. O jednych odejściach było głośno, o innych w mediach pojawiły się tylko zdawkowe informacje. Jednak każde z nich spowodowało jakąś tam stratę w naszym społeczeństwie, a przynajmniej część z tych nazwisk jest jakoś rozpoznawalna wśród nas. Kto zatem odszedł we wspomnianym okresie? Tradycyjnie zapraszam na filmowe podsumowanie.
Dodatkowo mogę wspomnieć o odejściu znakomitego historyka, który na pierwszym semestrze studiów z zarządzania otwierał przed nami tajemnice związane z historią gospodarki. Niezwykle wymagający, sama nie wiem, jakim cudem wyszłam od niego z gabinetu z piątką w terminie zerowym, kiedy część grupy z jego powodu musiała przedłużać sesję. Czyżby pomógł mi Fryderyk Chopin? Albo regularne przygotowywanie się do zajęć, dzięki czemu od czasu do czasu coś przebąknęłam na omawiany temat...
W każdym razie nie miałam z nim problemów, wszystko szło mi na jego przedmiocie dobrze, a wysoka (może nawet za wysoka) ocena tylko dodała mi skrzydeł i udowodniła, że nauka i studia mają sens. Profesor Henryk Kocój był autorem wielu cenionych publikacji historycznych, po które wielokrotnie sięgali jego następcy, a jego uwagi względem niesfornych studentów pierwszego roku ("Co się spaźniasz*?!", "Cisza, bando głupia") mówione z charakterystycznym galicyjskim akcentem przeszły do potocznej mowy naszego rocznika.
Nie mogę tutaj nie wspomnieć o innym wykładowcy z katowickiego AWFu, który odszedł do wieczności, poczciwym panu Rysiu, o którym pisałam >>tutaj<<. W przeciwieństwie do profesora Kocója, pana Rysia chyba każdy lubił i przychodził do niego z każdą sprawą - zarówno nadziejną, jak i beznadziejną. A on starał się w miarę możliwości je rozwiązywać. Taki dobry duch uczelni jakich mało. I może dlatego tak pięknie zapisał się w moim sercu?

* tak, zawszę mówił "spaźniasz", zamiast "spóźniasz"

sobota, 1 listopada 2025

2268. Tacy młodzi, a już święci...

Musiałam to tutaj zamieścić. Po prostu to było silniejsze ode mnie. Wielokrotnie podczas przygotowań do sakramentu bierzmowania powtarzam moim młodym kandydatom, że świętość nie polega na bezrefleksyjnym klepaniu pacierzy i bieganiu raz po raz do kościoła, żeby coś zaliczyć, czy się komuś pokazać. Że na świętość pracujemy całe nasze życie, nie ważne ile by ono trwało. Czasami dużo więcej można zdziałać, przez krótką chwilę, niż przez długie lata.
Ile dobrego można zrobić przez 15 oraz 24 lata życia będąc normalnymi, świeckimi chłopakami z masą pomysłów, spraw oraz pokus czekających na nich ze strony otaczającego świata? Czy można wykorzystywać dobra współczesnego świata i pozostać dobrymi, skromnymi ludźmi, którzy do końca pozostali wierni wierze i wyznawanym ideałom? Przykład Pier Giorgia Frassatiego i Carla Acutisa pokazują, że tak. Że w dzisiejszych zwariowanych czasach można pogodzić ze sobą różne, czasami dosyć sprzeczne światy.

Tacy młodzi, a już święci
Niedziela ogólnopolska 36/2025, ks. Jarosław Grabowski

Jeżeli o świętość mogli zawalczyć nastolatek w dżinsach i przystojniak z fajką, to Wy, młodzi, też możecie. Zresztą - wszyscy możemy...

Jest znacząca różnica między "wiedzieć, że", a "wiedzieć, jak". Pierwsza sytuacja to wiedza teoretyczna, czasami wyłącznie ona; druga - to praktyka, w której nie lekceważy się teorii, ale sądzi się, i słusznie, że praktykowana daje dopiero pełny efekt. Śmiem twierdzić, że podobnie jest ze świętością. Rozumiemy ją jednocześnie jako metafizyczną i fizyczną. Metafizyczną, bo zakorzenioną w świętości Chrystusa, noszącą znamiona nadprzyrodzoności, a fizyczną, bo konkretną, obecną w otaczającym nas świecie w sposób rzeczywisty. Świętość nie jest kościelną teorią ani mrzonką czy ideą nie do osiągnięcia. Świętych znajdziemy nie tylko w starych kronikach czy podniszczonych annałach. Świętość nie jest zarezerwowana wyłącznie dla ascetów z długimi brodami, którzy odwracają się plecami do polus tego świata, ale także dla tych z pozoru zwyczajnych ludzi.
Tak bardzo zwyczajnych, jak tych dwóch chłopaków z Włoch, którzy 7 września zostaną kanonizowani: 24-letni Pier Giorgio Frassati i 15-letni Carlo Acutis. Pierwszy urodził się na początku XX wieku, drugi - pod jego koniec. Żyli w diametralnie różnych czasach, mierząc się z zupełnie innymi wyzwaniami, a jednak potrafili ocalić w sobie brylant czystej wody. Tacy młodzi, a już święci - chciałoby się powiedzieć. Piotr Giorgio z Turynu żył pełnią życia, o takich jak on mawia się "równy gość", "chłopak na schwał". Lubił chodzić po górach i... modlić się. Wspinał się "ku górze" w stronę Boga - tak mówił i tak żył. Mawiał: "Życie bez wiaro to nie życie, lecz wegetacja". Z kolei młodziutki Carlo z Mediolanu, dziecko swoich czasów, bo trudno było go oderwać od komputera, był trochę przeciwieństwem swojego "brata w świętości". Mimo że komputery były jego pasją, codziennie uczestniczył w Eucharystii i przyjmował Komunię św. Co więcej - ewangelizował w internecie, przygotowując m.in. strony o cudach eucharystycznych.
Tych dwóch chłopaków przypomina nam dzisiaj starą prawdę, że święci nie umierają nigdy, oni wciąż działają. Tak jak wiara, która nie może być jedynie deklaracją, bo jeśli chcę wywrzeć wpływ na rzeczywistość, muszę przekuć wiarę w czyn. Jakby to dziś powiedziano - wiara wymaga wizualizacji, zaistnienia w realnym świecie m.in. bohaterskim czynem czy świadectwem życia. Taka wiara w działaniu potrafi doprowadzić do przemiany życia, często w sposób zupełnie zaskakujący. Choć jej praktykowanie w dzisiejszych czasach dla wielu młodych nie jest w modzie i choć świętość do łatwych nie należy, to świadectwo świętości dwóch fajnych chłopaków może mieć wciąż największą siłę przekonywania.
Gdy w kwietniu tego roku przygotowany był specjalny numer Niedzieli na planowaną wtedy kanonizację bł. Carla Acutisa, zamieszczono w nim wyjątkowy i jedyny wywiad z p. Beatą Anną Sperczyńską, nianią Carla, która miała wielki wpływ na chłopca. Wtedy jednak zmarł papież Franciszek i z oczywistych powodów wywiad z p. Beatą zszedł na dalszy plan. A jako że jest to arcyciekawa rozmowa, pełna ciepła i prywatnych wspomnień, postanowiliśmy raz jeszcze zamieścić ten ekskluzywny wywiad. "Od najmłodszych lat uczyłam go, jak żyć blisko Jezusa..." - mówi w nim p. Beata (cały wywiad znajduje się >>tutaj<<).
Zarówno Pier Giorgio Frassati, jak i Carlo Acutis dokonali rzeczy niebywałej - zmniejszyli dystans między zwyczajnością a świętością. Może właśnie dlatego stają się coraz bardziej popularni wśród młodych ludzi. Bo młodzi bardzo potrzebują swoich świętych, którzy przemówią do ich serc i umysłów językiem zrozumiałym i przekonującym. Świadectwem życia, które zainspiruje ich do poszukiwania śladów świętości na własną rękę. Jeśli o świętość mogli zawalczyć nastolatek w dżinsach i przystojniak z fajką, to Wy, młodzi, też możecie. Zresztą - wszyscy możemy...


I jeszcze okolicznościowy obrazek, który wyszedł spod mojej lewej dłoni, gdzieś na twardej podkładce położonej na kolanie. Myślę, że wszystko w nim jest jasne...