Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 30 czerwca 2018

741. "Macie być jak Irena Szewińska..."

Kiedy wracam pamięcią do pierwszych chwil spędzonych w szkole specjalnej po przeniesieniu mnie z szkoły masowej, automatycznie przychodzi mi na myśl jeden z pierwszych treningów, jeżeli nie pierwszy, lekkoatletycznych. Staliśmy speszeni i niepewni tego co nas czeka przed naszą trenerką, a za razem wychowawczynią naszego zespołu klasowego. Ona zaś chodziła w jedną i w drugą stronę tłumacząc nam co nas czeka. W pewnym momencie usłyszałam:
 - Będziecie lekkoatletami, macie być tacy jak Irena Szewińska.
Ponieważ nic mi jeszcze nie mówiło to nazwisko podniosłam do góry łapę i ni z gruszki ni z pietruszki zapytałam kto to taki. Trenerka spojrzała na mnie groźnie i kazała mi sprawdzić kim ona była. Wzruszyłam ramionami, ale po lekcjach poszłam do biblioteki szkolnej(internet nie był wtedy taki popularny, chociaż podejrzewam, że szkoła sama w sobie była już do niego podpięta). W jednej z encyklopedii znalazłam dosyć przystępnie, jak dla dziesięciolatka, napisany jej życiorys. Przeczytałam go raz, drugi, trzeci i, o święta naiwności, naprawdę zapragnęłam być taką jak ona, w sensie sportowym oczywiście.
źródło zdjęcia
Irena Szewińska stała się legendą sportową już za swojego życia. Bieganie zaczęła uprawiać w wieku 14 lat w barwach warszawskiej Polonii. Podobno w liceum miała przebiec dystans kilkuset metrów w tak imponującym czasie, że sędzia dokonujący pomiaru czasu myślał, że coś jest nie tak, ze stoperem który trzymał w ręku. Pierwsze medale z mistrzostw Polski młodzików zaczęła zdobywać w wieku 16 lat, zaś pierwsze międzynarodowe sukcesy przyszły dwa lata później podczas europejskich mistrzostw juniorów(zdobyła wtedy trzy złote medale w biegu na 200 metrów, skoku w dal oraz biegu rozstawianym 4 x 100 metrów). Miesiąc później na Olimpiadzie w Tokio zdobyła srebrne medale w biegu na 200 metrów i skoku w dal oraz złoty medal w sztafecie sprinterskiej(przy okazji sztafeta poprawiła dotychczasowy rekord świata). Rok później w Budapeszcie zdobyła trzy medale uniwersjady, a w 1966 cztery(w tym trzy złote) krążki mistrzostw Europy. Dwa lata później podczas igrzysk olimpijskich w Meksyku udało jej się obronić tytuł mistrzyni olimpijskiej w biegu na 200 m(a nawet udało jej się poprawić czas rekordu świata) oraz uzyskała trzecią lokatę w biegu na 100 m. Zimą 1969 roku przywiozła z Belgradu trzy medale lekkoatletycznych europejskich igrzysk halowych. Rok później, po urodzeniu syna Andrzeja, wystartowała bez powodzenia w uniwersjadzie w Turynie, za to zimą 1971 roku zrehabilitowała się stając na podium halowych mistrzostw Europy w kategorii skok w dal. Było to jej ostatnie trofeum w tej dyscyplinie, ponieważ podczas zgrupowania w Zakopanym na przełomie grudnia i stycznia 1971/1972 skręciła kostkę, co uniemożliwiło jej dalsze skakanie w dal. Wcześniej, latem 1971 roku podczas mistrzostw Europy w Helsinkach w biegu na 200 metrów wywalczyła trzecie miejsce. Z tym samym rezultatem ukończyła ten sam dystans na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium, a w biegu na 100 metrów dotarła do półfinałów. Rok później w halowym czempionacie zdobyła brąz w biegu na 60 metrów. Od jesieni 1973 roku rozpoczęła starty w biegu na 400 metrów. Sezon letni 1974 roku przyniósł trzy medale, w tym dwa złote, przywiezione z mistrzostw Europy w Rzymie. Na początku marca w Katowicach odbyły się halowe mistrzostwa Europy, gdzie Szewińskiej udało się zdobyć brązowy medal w biegu na 60 metrów. Kolejne, a za razem przedostatnie igrzyska olimpijskie w Montrealu przyniosły lekkoatletce złoty medal w biegu na 400 metrów, a także ustanowienie nowego rekordu świata w czasie potrzebnym do pokonania tego dystansu. Dwa lata później zdobyła dwa brązowe medale podczas mistrzostw Europy rozegranych w Pradze. Zwieńczeniem jej sportowej kariery była Olimpiada w Moskwie w 1980 roku, gdzie w swoim koronnym biegu na 400 metrów dotarła do półfinału.
Musicie przyznać, że taki dorobek sportowy musiał imponować zaledwie dziesięciolatce wkraczającej w świat sportu. Wtedy chciałam osiągnąć tyle co ona... Śmieszne? Być może, ale wtedy miałam tylko 10 lat. Irena Szewińska nawet po skończeniu kariery nie zrezygnowała ze sportu. Tuż po zakończeniu startów, aż do 2009 roku działała w Zarządzie Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, a w latach 1997 - 2009 była jego prezesem. W latach 1982 - 1989 była członkiem Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. W 1984 roku wybrano ją do Kobiecego Komitetu International Association of Athletics Federations, a dziewięć lat później do Rady European Athletics Association. W latach 2005 - 2009 i ponownie od 2011 zasiadała w Radzie Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych. Była wiceprezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego, a od 1998 roku również członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Niejednokrotnie mogliśmy zobaczyć jak dekoruje medalami olimpijskimi naszych sportowców. 3 maja 2016 roku decyzją Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej jako pierwszy sportowiec otrzymała najwyższe odznaczenie naszego kraju - Order Orła Białego.
źródło zdjęcia
Wczorajszego wieczora ukończyła swój najważniejszy bieg - bieg życia. Cały sportowy świat żegna tą wspaniałą ikonę sportu. A my jako Polacy możemy czuć dumę, że z naszego narodu wyszła biegaczka, która przywiozła nam aż 7 medali olimpijskich. Żaden polski sportowiec dotychczas nie osiągnął takiego wyniku...
źródło zdjęcia

środa, 27 czerwca 2018

740. Dochodzę do siebie po przeżyciach ostatnich dni

Powiedzcie mi, czy u Was też jest tak zimno i deszczowo, jakby był to środek jesieni, a nie początek lata? Na stoliku przy łóżku stoi kubek z ciepłą herbatą, a ja siedzę pod kocem z Pusią na kolanach i z wypiekami na policzkach czytam kolejny tom przygód fikcyjnej postaci Cottona Malone stworzonej przez Steve Berry'ego- "Mit Lincolna". Muszę kiedyś szerzej napisać o tej serii, bo wciągnęła mnie tak bardzo, że potrafię przeczytać ponad 500 stron w jeden dzień. Ale z drugiej strony seria jest napisana w tak ciekawy i lekki sposób, że nie da się inaczej. 
Czas umilają mi dopiero co zakwitłe domowe kwiaty. Boszszsz... jak one pięknie pachną! Kocham ogrody, kocham zaglądać na Wasze ogrodowe blogi i podziwiać morze barw na nich przedstawione. Sama nie mam ogrodu i nic nie wskazuje na to, abym go miała, przynajmniej w najbliższym czasie. Dlatego cieszę się tymi przedstawianymi przez Was pięknościami, a także tym, co zakwitnie w moim skromnym mieszkaniu. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma!
Jak widać powoli dochodzę do siebie po weekendowej przygodzie. Nie będę się załamywać, nie warto! Skoro kierownik nie miał nawet wykazu kadry, ani konspektu kolonii, to już tutaj jest coś nie teges. Ubrania zostały już wyjęte z walizki i w większości ułożone w szafie. Zastanawia mnie tylko jedna, jedyna rzecz - skoro rozwiązano ze mną umowę, to czy czasem nie powinnam dostać jednego egzemplarza tego rozwiązania, tak samo, jak dostałam jeden egzemplarz umowy o pracę? Wtedy byłam za bardzo zdenerwowana, aby o tym myśleć, a poza tym zdenerwowanie potęguje u mnie niewyraźną wymowę, więc pewnie by jojczał, że mnie nie rozumie. Ale teraz jak sobie tak myślę, to wydaje mi się, że chyba powinnam dostać też jeden taki egzemplarz z podaniem przyczyny z jakiej rozwiązano ze mną umowę(na tej co podpisałam nic takiego nie było). A może się mylę? Może ktoś z Was wie, jak takie coś powinno wyglądać od strony prawnej?
W każdym razie nie zamierzam rezygnować z tego co lubię najbardziej. Żeby tylko społeczeństwo było dla nas bardziej otwarte, bardziej dawało nam się wykazać. Abyśmy też mogli się realizować w takim czy innym zakresie. O niczym innym nie marzę...

wtorek, 26 czerwca 2018

739. Wrrr...

Tak bardzo bym chciała, aby ta notka była zupełnie inna.
Tak bardzo bym chciała Wam napisać, że w tym roku wszystko się udało i uniknęliśmy wypadków takich, jak rok temu.
Tak bardzo bym chciała napisać, że nabrałam nowych doświadczeń i z pewnością wykorzystam je w pracy z dziećmi podczas zajęć w Oratorium.
A tym czasem...
Już na początku zaczęły się kłopoty, ponieważ z dnia na dzień drugi wychowawca wyjeżdżający z dziećmi ze Skoków musiał zrezygnować z swojej pracy. No dobrze, wypadek losowy - każdemu może się zdarzyć. Ale organizator powinien znaleźć natychmiast zastępstwo. W Skokach pilot oznajmił mi, że drugi wychowawca przyjedzie dopiero do Milówki. 
Po dziewięciu godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Kierownik kolonii rozlokował dzieciaki po pokojach i poszedł z nimi na górę. Po chwili na dół zbiegła wychowawczyni innej grupy i zupełnie ignorując moją osobę, pobiegła do kierowcy z pytaniem, kto przyjechał jako wychowawca z dziećmi. Powiedziałam, zgodnie z prawdą, że ja. Dziewczyna coś tam mruknęła pod nosem i poszła na górę. Po chwili zlazł na dół kierownik z pytaniem, a raczej twierdzeniem, czy przyjechałam tylko przywieźć dzieciaki. Odpowiedziałam mu, że nie, że zgodnie z umową z biurem jestem zakwalifikowana jako normalnie wychowawca grupy. Coś tam mruknął pod nosem i zniknął w budynku. Przyszła za to wychowawczyni z grupy z Zamościa i kazała mi iść do pokoju.
Wieczorem odbyła się odprawa, dzieciaki zostały przydzielone do wychowawców. Kiedy zorientowałam się, że zostałam pominięta, kierownik ze sztucznym uśmiechem odpowiedział mu, że on weźmie całą grupę, aż nie przyjedzie wychowawca, a ja mu będę "pomagać". Ok., sądziłam, że kiedy przyjedzie ów drugi wychowawca, to wtedy dzieciaki zostaną nam przydzielone.
Minęła sobota.
Minęła niedziela.
Nastał poniedziałek.
Tradycyjnie zjedliśmy śniadanie, po którym dzieci miały zrobić porządki w swoim pokoju. A potem poszliśmy z nimi na miasto i do parku. W międzyczasie przyjechał chłopak, który, jak przypuszczałam, okazał się wychowawcą. On się rozpakowywał, ja z kierownikiem i chmarą 35 dzieciaków poszliśmy. Nagle okazałam się bardzo potrzebna, wszak ktoś musiał zostać z dziećmi kiedy jedna grupa szła kupować pamiątki, albo kierownik w parku chciał napić się kawy...
Po powrocie do ośrodka kierownik zebrał dzieciaki na podwórku i przedstawił im dwóch nowych wychowawców dzieląc ich między nich. Więcej mi nie było trzeba. Spakowałam się i wróciłam wczoraj wieczorem do domu...
Wiecie co. Może bym się nie wkurzyła, gdyby gościu przydzielił mi przepisową 15 dzieci(a to byłoby możliwe, gdyby od początku był komplet wychowawców) i po jakimś czasie stwierdził, że sobie nie radzę. A tak spisał mnie na straty już od samego początku. Co prawda nie powiedział mi tego oficjalnie, ale takie rzeczy się wyczuwa... Dziwi mnie też to, że na spotkaniu kadry tak się chwalił, że na co dzień pracuje z osobami niepełnosprawnymi, że zdobył tyle i tyle wyróżnień za tą pracę... Skoro pracuje z niepełnosprawnymi, to chyba wie, że w większości z nas potrafimy stawiać czoła czekającym nas wyzwaniom. Ok. może niewyraźnie mówię i pewne rzeczy robię wolniej, ale przecież nie pierwszy raz zajmuję się najmłodszymi. Tym bardziej, że po tych dwóch dniach oswoiły się z moją specyficzną wymową. I bez problemu rozumiały co do nich mówiłam. Co więcej, niejeden z nich żałował, że już jadę... A to chyba o czymś świadczy...
Ech, kolejny raz źle mi z tym, że ludzie oceniają po wyglądzie a nie po umiejętnościach... Wkurza mnie też to, że nie podali oficjalnej przyczyny rozwiązania umowy, a chyba powinni. No nic, mówi się trudno, żyje się dalej...

P.S. Beatko Kochana, kartki co prawda nie zdążyłam wysłać, ale mam nadzieję to nadrobić jeszcze w te wakacje 😃

piątek, 22 czerwca 2018

738. Kiedy cudze małe sukcesy cieszą bardziej niż nasze własne...

Prawie spakowana torba podróżna leży przy drzwiach i przypomina, że wieczorem będzie trzeba wyjść z bezpiecznego, dobrze znanego mieszkania i ruszyć w nieznane. Najpierw do Katowic, stamtąd pociągiem do Poznania, a z Poznania kolejnym pociągiem do Skoków, skąd w dniu jutrzejszym o 8:00 wyrusza autokar z grupą kolonistów do Milówki. Jestem dobrej myśli, muszę być!
Ale zanim zamknę za sobą drzwi i na 10 dni przekręcę w nich klucz(spokojnie, kotkę na ten czas oddaję w dobre ręce), wrócę pamięcią do ostatnich dni.
W środę M. przybiegł do Oratorium z wiadomością, że będzie miał na koniec trójkę z matematyki na świadectwie. I pomyśleć, że jeszcze rok temu groziła mu jedynka, którą z trudem wyciągnął na dopuszczający. A tutaj nagle okazuje się, że można mieć coś więcej. Wystarczy tylko chcieć i trochę się wysilić. Czy jestem z niego dumna? Jasne że tak!
Wczoraj zgodnie z tradycją uczniowie z osiągnięciami naukowymi, artystycznymi oraz sportowymi zostali nagrodzeni listami gratulacyjnymi oraz nagrodami książkowymi. Wśród nagrodzonych nie zabrakło naszych wychowanków, co też oczywiście cieszy. Szczególnie ucieszył mnie wśród wyróżnionych widok byłego wychowanka salezjańskiego - B. B. przychodził do nas kilka lat temu. Wśród rówieśników uchodził za dziwaka, ponieważ "żył we własnym świecie". A on po prostu był wrażliwym, może nawet zbyt wrażliwym jak na otaczający go świat, chłopcem. Minęło kilka lat - B., który niczym nie wyróżniał się wśród rówieśników w szkole podstawowej, poszedł do gimnazjum. I wtedy spełniły się słowa ówczesnego opiekuna Oratorium, księdza J. - "zobaczycie, B. jeszcze wszystkich prześcignie". Bo oto B. od trzech lat startuje w olimpiadach historycznych i niemal zawsze zajmuje któreś z pierwszych trzech miejsc. Nawet nie wiecie, jak się cieszę słysząc takie rzeczy. Po cichu mam nawet nadzieję, że nasz M. jeszcze wszystkich zaskoczy, tak jak zrobił to B.
No i dzisiejsze zakończenie roku szkolnego, na które zostałam zaproszona przez rodziców H., no i samego H., który, jako trzecioklasista, otrzymał dyplom wzorowego ucznia. Zresztą nie tylko on. A i wiele dzieciaków przychodzących w soboty na zajęcia oratoryjne otrzymało takie dyplomy, czy też świadectwa z czerwonym paskiem. Po rozdaniu świadectw w klasach wszystkie dzieci szczęśliwie rozpoczęły wakacje. I ja podzieliłam ich radość, bo przecież "kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat"...

środa, 20 czerwca 2018

737. To nasze polskie kibicowanie...

Korzystając z okazji poobracam się jeszcze w sportowych tematach.
Wczorajszy poranek emanował radością. W sklepach niejeden kupował zgrzewkę piwa w nadziei, że po wygranym meczu będzie czym go oblać. Bo przecież nie może być inaczej. Jeszcze przed wejściami do klatek naszych osiedlowych bloków zagorzali kibice wymieniali ostatnie komentarze, przed widowiskiem, którego mieliśmy być świadkami już za kilka godzin, Internet zaś huczał od tego, jaki to będzie łatwy do wygrania mecz.
Tymczasem mecz z Senegalem rozegrał się nie za bardzo po myśli wielu kibiców naszej reprezentacji. Miała być łatwa i przyjemna wygrana z Afrykańczykami, a przyszła gorzka przegrana 1:2. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni. Po każdej nieudanej akcji, albo bramce przeciwnika, dobiegała do moich uszów wiązanka przekleństw. W telewizji komentowano brak formy i zgrania zespołu, w sieci posypały się hejty na temat naszych piłkarzy i kpiny, że może i grają doskonale w zagranicznych drużynach, ale do narodowej jakoś im nie po drodze.
I nagle naszła mnie taka gorzka refleksja - jak to jest, że potrafimy być dumni z naszych sportowców tylko wtedy, kiedy odnoszą sukcesy, zaś kiedy coś im się nie powiedzie, to są beznadziejni. Myślicie, że to takie proste dostać się na taki Mundial? Przecież jedzie na niego 32 najlepszych reprezentacji narodowych na świecie. Co więcej, dla Europy zarezerwowanych było zaledwie 13 miejsc. To mniej niż liczba krajów będących w Unii Europejskiej. Wydaje mi się, że już samo wejście do tej puli 13 miejsc jest sukcesem. A że potem idzie piłkarzom tak jak idzie... Przecież aby ktoś mógł wygrać, ktoś inny musi przegrać.
Podobnie zresztą jest z olimpijczykami. Pamiętam jaka wrzawa się podniosła, kiedy okazało się, że Adam Małysz jedzie(a może lepiej napisać, że "leci"?) na Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Vancouver. Wiecie, po fali zwycięstw przez pewien czas raczej nic nie zdobywał. Czasami miałam wrażenie, że ludzie myślą, że olimpijczycy jadą na zawody od tak. Tymczasem każdy ze startujących musi wyrobić tzw. minimum olimpijskie, aby w ogóle był brany pod uwagę przy zbieraniu kadry na tego typu zawody. Ten przepis dotyczy także Adama Małysza. Więc skoro wyleciał na olimpiadę, to musiał skoczyć określoną długość na skoczni. Jak pamiętamy, Wiślanin zrobił nam na koniec swojej kariery niespodziankę i przywiózł ze sobą srebrny medal. Ach, jak go potem podziwiano, jacy byliśmy z niego dumni... Ba, nawet mówiono, że powinien skakać tak długo, jak tylko się da... A mnie zastanawiała jedna rzecz - powiedzmy, że skoczyłby na tą samą odległość, ale byliby od niego lepsi i medalu by nie zdobył. Jaka byłaby nasza reakcja? Że jest nie w formie i nie powinien zajmować miejsca "lepszym"? Chociaż tak naprawdę on byłby szczęśliwy z uzyskanego przez siebie wyniku. Zresztą z Justyną Kowalczyk było podobnie - kiedy zdobywała złote medale wszyscy byli tacy szczęśliwi, lecz po ostatniej Olimpiadzie znowu podniosły się głosy, że pewnie pojechała, by zapełnić miejsce w kadrze. Minimum olimpijskie kochani, minimum olimpijskie, bez niego nie ma co marzyć o wyjeździe. Ale to najlepiej zrozumie inny sportowiec...
Tak więc kibicujmy i bądźmy z naszymi sportowcami zawsze(no, chyba że jesteśmy zagorzałymi fanami innej drużyny i jest zrozumiałe, że to jej będziemy kibicować) bez względu na to, czy zdobędą pierwsze czy ostatnie miejsce. Bo samym wyczynem jest dostać się na imprezę typu Mundial lub Igrzyska Olimpijskie. A poza tym warto być kibicem najpierw na złe, a potem na dobre...
A na pocieszenie pozostaje jeszcze fakt, że przed nami jeszcze dwa mecze, przy których wszystko może się zdarzyć.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

736. Można uznać, że prawie dobiegłam

Jakiś czas temu wspominałam, że planuję wziąć udział w diecezjalnej sztafecie niepodległościowej, która odbyła się w dniu wczorajszym. W związku z tym sumiennie trenowałam truchtanie(bo przyznajmy to sobie szczerze - mało kto przebiegnie 3,5 kilometra), tak aby dać radę pokonać wybrany przez siebie dystans. Z przyczyn logistycznych zapisałam się na odcinek w Sosnowcu, który mierzył właśnie 3,5 kilometra. Był to przedostatni etap. Ostatni, liczący aż 11,5 kilometra(tego bym raczej nie pokonała, znam jednak swoje możliwości) kończył się na rynku w Jaworznie. Do naszego etapu sztafeta miała natomiast przybiec z oddalonego o 10,7 kilometra Sławkowa. Ale były też tzw. etapy rodzinne do 1 kilometra, w których brali udział również najmłodsi jadąc w wózkach pchanych przez rodziców. Także trasa była bardzo zróżnicowana i praktycznie każdy mógł coś dla siebie wybrać.
źródło zdjęcia
Na stronie imprezy oprócz trasy poszczególnych odcinków podano jeszcze ich ramy czasowe. Nasza sztafeta miała trwać od 15:30 do 16:15, z tym że organizatorzy prosili, aby na miejscu startu być 30 minut wcześniej w celu dokonania formalności. Jeszcze w domu wydrukowałam i wypełniłam oświadczenie, tak aby już później nie tracić na to czasu.
Trochę się obawiałam, że nie zdążę na czas, wszak nie dość, że to niedziela i autobusy kursują jak kursują, nie dość że z powodu sztafety kilka kursów wypadło z rozkładu, to jeszcze do końca nie wiedziałam gdzie jest start naszego etapu. W końcu stwierdziłam, że najlepiej będzie uważnie rozglądać się w okolicy przystanku Kolonia Cieśle/Kolonia Wągródka(bo tam miał być start). Na miejsce dotarłam zaś najpierw jadąc do centrum Sosnowca, a następnie przesiadając się na ostatni przed biegiem autobus na obrzeża miasta.
Na szczęście namiot będący rejestracją biegu, oraz stojących przed nim biegaczy, było doskonale widać z trasy autobusu. Wysiadłam na najbliższym przystanku i poczłapałam w tamtą stronę. Karteczkę z oświadczeniem wymieniłam na okolicznościową koszulkę. Ogólnie z reguły noszę koszulki w rozmiarze em i taką też zaznaczyłam w zgłoszeniu, jednak kiedy po jej założeniu zobaczyłam, że zwisa mi niczym sukienka, zaczęłam żałować, że nie podałam eski. No trudno, widać rozmiar rozmiarowi nierówny....
Z niecierpliwością czekałam na rozpoczęcie biegu, przestępując w miejscu z nogi na nogę. Wreszcie wybiła godzina 0. Jeszcze tylko szybkie objaśnienie zasad biegu, błogosławieństwo księdza(wszak bieg był zorganizowany przez diecezję) i mogliśmy ruszyć.
Przez całą swoją sportową karierę słyszałam od trenerów, że mam biegnąć własnym rytmem i równomiernie oddychać. Tak też robiłam. Jakoś nie zrażał mnie też fakt, że właściwie wszyscy mnie wyprzedzili. Na zawodach zazwyczaj łączą różne grupy niepełnosprawności podczas jednej konkurencji. Zdarzało się więc, że np. przybiegałam ostatnia na metę biegnąc z ludźmi np. bez ręki lub z wadami wzroku. Ale dzięki temu, że każda grupa niepełnosprawności ma swój własny przelicznik punktowy(kiedyś wyjaśnię to dokładniej, bo to temat na osobny post) stawałam na podium. I to w jakiś sposób zahartowało mnie, pokazało, że życie jest nieprzewidywalne, że ostatni mogą być pierwszymi w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zresztą to nie był wyścig, na zasadzie kto pierwszy ten lepszy, tylko bieg rekreacyjny.
Pierwszy kilometr przebiegłam na luzie. Za połową trasy zaczął się mały kryzys. Już miałam zejść z trasy i zrezygnować, kiedy za zakrętem zobaczyłam już pierwsze bloki w dzielnicy, gdzie była meta trasy. Wiedziałam już, że kiedy do nich dotruchtam zostanie mi góra 500 metrów. Zebrałam siły, biegnę dalej. I tak dosłownie niecałe 200 metrów przed finiszem potknęłam się i gruchnęłam jak długa na ziemię. A trzeba wiedzieć, że jak nie utrzymam równowagi w pionie to lecę całą sobą w dół. Normalnie człowiek ma tutaj automatyczny odruch obronny ręce do przodu. Ja go niestety nie mam, w dodatku każde moje zdarcie dłoni goi się miesiącami.
Za mną jechała wynajęta na bieg karetka. Oczywiście zanim sanitariusze z niej wyszli to ja już podniosłam się do pionu. Ale ból w nodze uniemożliwił mi dalszy bieg, chociaż meta była już w zasięgu mojego wzroku. Trudno, schowałam dumę do kieszeni i pokornie wsiadłam do karetki, która przewiozła mnie te kilkaset metrów. Na mecie wysiadłam z auta i podeszłam do namiotu. Pomimo incydentu tak jak każdy dostałam pamiątkowy medal, wodę oraz baton energetyczny. Szczęśliwa, choć trochę obolała wróciłam do domu.
Już na mecie (źródło zdjęcia)
Medal dołączył do swoich dumnych braci. Koszulka czeka na większą partię białych rzeczy do wyprania. A noga? Na szczęście włożyłam na bieg sportowe spodnie 3/4, więc skończyło się tylko na megasiniaku. Ale gdybym miała krótkie spodenki to rozbite kolano byłoby gwarantowane.
Pamiątkowy medal(źródło zdjęcia)

piątek, 15 czerwca 2018

735. Czy tylko mnie wydaje się to co najmniej dziwne?

Wśród animatorów posypały się znowu osiemnastki. Nic nadzwyczajnego, wszak każdy z nas musi kiedyś przekroczyć tą magiczną granicę wieku, po której szumnie ogłaszani jesteśmy "pełnoletnimi obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej". Za nami dwie, przed nami kolejne dwie.
Pierwsze dwie osiemnastki odbyły się raczej skromnie. Każdy wiedział, że dana osoba ma wtedy i wtedy urodziny(co nie jest trudne w dobie fejsa), zrzucaliśmy jej się na jakiś upominek, śpiewaliśmy "Sto lat". Nic nadzwyczajnego, prawda?
Za dwa tygodnie w tą magiczną granicę wkracza trzeci animator... W ogóle dziwna to osoba - nie z naszej parafii(zresztą jak wszyscy animatorzy), a wtrybia się we wszystko niemiłosiernie. Przed laty śpiewała z nami w scholi, dzisiaj schola jest dla niej największym złem(dlatego jestem za okresem próbnym - w przeciwnym razie będzie sprawdzać się powiedzenie łatwo przyszło - łatwo poszło), teraz szczyci się tym, że chociaż nie jest z naszej parafii, to jest animatorką w tutejszym Oratorium i to bez bycia dekurionką(w sumie wypomina mi to zawsze i wszędzie, a jeżeli nie wiecie kto to jest dekurion to zapraszam >>tutaj<<). Najbardziej jednak rozwaliło mnie to, że pomimo jawnie głoszonej niechęci do kościoła po przyjęciu sakramentu bierzmowania była animatorką kandydatów do jego przyjęcia. Wszystko krytykuje, do wszystkiego się wtrąca. 
Z okazji osiemnastki zamówiła sobie Mszę w naszym kościele. Ok, niech zamawia. W sumie ostatnio coraz częściej widzę takie intencje. Ale na każdym spotkaniu związanym z działalnością Oratorium zaznacza, że to ksiądz Oskar ma ją sprawować i koniecznie wygłosić jakieś ciekawe kazanie. Bo to ksiądz Oskar jest jej księdzem i tylko on ma prawo to zrobić(bo wszyscy inni księża są be, a zwłaszcza proboszcz, który zabronił nam chodzić po kuchni). A żeby nikt nie zapomniał o tej Mszy to utworzyła nawet takie wydarzenie na facebooku... Czy tylko dla mnie jest to lekką przesadą?
Jeżeli jest osiemnastka to musi być i impreza. I na nią jest zaproszony Boski Oski, a jakże? Bo przecież animatorzy z Sosnowca zapraszają kierownika swojego Oratorium, to czemu taka K. ma być gorsza? Kurcze, nie mam nic przeciwko zapraszaniu na takie imprezy księży, którzy są spokrewnieni z daną osobą, ale zapraszanie kierownika placówki jest już dla mnie co najmniej dziwne. Chce z nim się legalnie napić, czy jak? W dodatku ostatnio wracając z Oratorium zakładali się, po ilu procentach ksiądz się upije... A potem dziwić się, że tak wielu księży jest posądzanych o gwałty i inne nadużycia.
Albo ja się tak szybko zestarzałam, albo świat zmierza w jakimś dziwnym kierunku. Bo kiedyś jak któryś z animatorów miał osiemnastkę, to najpierw się szło na Mszę świętą na którą nikt nikogo nie musiał zapraszać, a następnie do Oratorium na herbatę i ciasto. Na to spotkanie był też zaproszony aktualny opiekun Oratorium. Nikomu nie przyszło nawet do głowy, aby zapraszać go na prywatną imprezę. Było swojsko. I naturalnie. Wszyscy uważali to za stosowne, ale też nikt nie spoufalał się z księżmi. Ja rozumiem, że Boski Oski chce być "kumplem" dla młodzieży, nawet kosztem swojego autorytetu, ale to się może naprawdę nieciekawie dla niego skończyć.
Dobrze, że akurat wtedy wyjeżdżam z dzieciakami na kolonie. Nie będę brała udziału w tej całej szopce...

czwartek, 14 czerwca 2018

734. Łyżka dziegciu

Mam szereg schorzeń, z czego głównym jest mózgowe porażenie dziecięce z atetozą oraz upośledzeniem ośrodka mowy. Jednak dzięki systematycznej rehabilitacji oraz terapii logopedycznej chodzę, mówię, jestem w miarę samodzielna. Ale coraz częściej zastanawiam się, czy to nie był błąd moich rodziców. Bo podczas orzekania o niepełnosprawności został mi przyznany umiarkowany stopień niepełnosprawności. W sumie mi to nie przeszkadza. Ale systemowi już tak.
Schody zaczęły się już rok temu. Nie wiem czy pamiętacie, ale pisałam tutaj o sytuacji, gdzie opiekun roku nie chciał mnie wziąć na obowiązkowy dla mojego rocznika wyjazd na Ukrainę bez opiekuna(zresztą rok wcześniej też nie pozwoliła mi jechać z resztą roku do kopalni soli w Bochni, a następnie nad morze z tego samego powodu). Dla mnie to był absurd, ponieważ od dawna nikt ode mnie nie żąda opiekuna. W dodatku wiązało by się to z dodatkowymi kosztami wyjazdu przeze mnie poniesionymi. Ale ktoś poradził mi, abym poszła do uczelnianego Biura Osób Niepełnosprawnych, bo oni się tym zajmują. No więc poszłam. Kierowniczka biura powiedziała mi, że spokojnie oni zajmą się zorganizowaniem i opłaceniem mojego opiekuna, muszę tylko dostarczyć im moje orzeczenie. Dostarczyłam i zonk! Okazało się, że owszem, załatwiają takie sprawy, ale w przypadku osób ze znacznym stopniem(nawet kobitka dziwiła się, że mam umiarkowany, a nie znaczny). Gdyby to nie był wyjazd zaliczeniowy, to machnęłabym ręką i dałabym sobie spokój, a tak? Wiedziałam też, że opiekunka roku swojego zdania nie zmieni. Setki podań, spotkań, tłumaczeń, a przede wszystkim nerwów, ale udało się. Poszli mi na rękę i przyznali mi opiekuna. Wyjazd był dla mnie możliwy. I nawet zastanawiam się, jak to się stało, że mogłam potem sama(czyt. bez opiekuna) pojechać z resztą nad morze. Czy to dlatego, że musiałam, aby zaliczyć kolejny przedmiot, a nie było już czasu na te wszystkie formalności, czy może jednak zobaczyli, że ze wszystkim sobie radzę...
I jeszcze teraz. Jak to szumnie media trąbią wzdłuż i wszerz naszego kraju, już niebawem osoby z niepełnosprawnością w stopniu znacznym będą mogły mieć dostęp do rehabilitacji poza kolejnością. Rozumiem, że takie osoby najbardziej potrzebują fizjoterapii, ale... 
Jestem pod opieką lekarza neurologa, który twierdzi, że stała rehabilitacja jest mi potrzebna, choćby po to, aby utrzymać mnie w tak dobrej formie w jakiej jestem. I co z tego, że co roku wypisuje mi skierowania na przepisowe dwa tygodnie zabiegów fizjoterapii w ramach NFZ, skoro limity przyjęć są nieubłagane. Ostatni raz zabiegi miałam na przełomie lipca i sierpnia 2016 roku(i tylko dzięki wyrozumiałości fizjoterapeutów podzielili mi termin tak, abym mogła i wziąć udział w ŚDM w Krakowie i wykorzystać zabiegi), następne mam we wrześniu tego roku. Stała rehabilitacja ze względów neurologicznych? Czysta fikcja!
I teraz wyobraźmy sobie sytuację, jaka prawdopodobnie lada chwila nastąpi - cała rzesza niepełnosprawnych w stopniu znacznym może korzystać z fizjoterapii poza limitem. W sumie cała ustawa nie jest na pozór taka zła. Ok, są niepełnosprawni, niech mają szansę na usprawnianie. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Bo jakoś nie wierzę w to, że przychodnie rehabilitacyjne będą nagle przyjmować fizjoterapeutów na potęgę. I to nie tylko ze względów finansowych, ale i lokalowych. Nie wiem jak to wygląda w innych przychodniach rehabilitacyjnych, ale moja to pięć niewielkich sal (1 do rehabilitacji dzieci, 1 do rehabilitacji dorosłych, 2 do masażu i 1 do zabiegów fizjoterapeutycznych). Salka dla dzieci jest dla maksymalnie 3 pacjentów, dla dorosłych - 8-9 osób, do salek do masażu wejdzie do jednej 6 osób, a do drugiej powiedzmy że 3, fizjoterapia jest dla jednej osoby. Czyli jednocześnie z zabiegów może korzystać jakieś 22 osoby. Taka sytuacja jest w przypadku osób ze skierowaniami, jak to miało miejsce dotychczas. I te skierowania dotyczyły wszystkich bez wyjątku. Z tym, że osoby z niepełnosprawnością w stopniu znacznym i po wypadkach miały pierwszeństwo przy zapisach. Jak myślicie, ile fizjoterapeutów potrzeba do tylu ludzi? Maksymalnie 22, co też jest fikcją, bo na sali rehabilitacji pracuje 2, góra 3 specjalistów na tych 8-9 pacjentów.
A teraz osoby ze znacznym stopniem mają być przyjmowane zupełnie poza kolejnością. Skoro w mojej przychodni jest tylko 22 miejsc na jedną turę to wiadome jest, że limity przyjęć jeszcze bardziej ulegnie wydłużeniu. Systematyczna rehabilitacja w celu utrzymania sprawności - dobre sobie. Nie zdziwię się, jeżeli w styczniu pójdę zapisać się na zabiegi i dostanę termin za 5, 6 lat. Systematyczna rehabilitacja... A gdzie miejsce na tzw. nagłe przypadki, ludzi, którzy po wypadkach czy też operacjach też potrzebują rehabilitacji, aby stanąć na nogi, niejednokrotnie będąc zdolnymi do wykonywania pracy? Przecież im szybciej wróci im sprawność, tym szybciej staną się produktywni...
Nie pozostaje chyba nic innego niż wygrać 1 000 000 w "Milionerach" i zainwestować w prywatną rehabilitację...
Albo iść do sejmu i zastrajkować..

poniedziałek, 11 czerwca 2018

733. Nie oceniajmy ludzi po wyglądzie

źródło zdjęcia
Kilkanaście dni temu, dosłownie jednym tchem, przeczytałam książkę autorstwa R. J. Palacio, p.t. "Cudowny chłopak". Nota bene kiedy na początku roku do kin wszedł film pod tym samym tytułem, bardzo chciałam się na niego udać. I właściwie do dzisiaj nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłam. Dlatego jeszcze bardziej ucieszył mnie fakt, że książka na podstawie której został on nakręcony trafiła w moje ręce.
10-letni Auggie mieszka z kochającą rodziną i psem Deisy. Uwielbia "Gwiezdne wojny", grę w xboxa oraz czytać książki. Jedyne co go odróżnia od rówieśników, to zdeformowana na skutek wady genetycznej twarz. Dotąd chłopiec uczył się w domu pod okiem mamy, jednak wraz z nowym rokiem szkolnym rodzice postanawiają zapisać go do zwyczajnej szkoły. Obawiając się docinków kolegów i koleżanek z powodu swojego wyglądu, August dosyć niechętnie przystaje na tą propozycję. Doskonale pamięta reakcje innych ludzi na swój widok podczas spacerów czy też pobytów na placu zabaw. Mimo ciekawskich spojrzeń i docinków na swój temat, Auggie znajduje w nowym środowisku również przyjaciół. Jedną z pierwszych osób, której wygląd chłopca zdaje się zupełnie nie przeszkadzać, jest jego rówieśnica - Summer. Z czasem coraz więcej uczniów w szkole przekonuje się do tego, że nie powinno się oceniać osób po wyglądzie, ale po jego wnętrzu.
Bardzo mi się podoba to, że "Cudowny chłopak" porusza tak ważną kwestię, jaką jest odrzucenie ze względu na niedoskonałości wyglądu. Kiedy w dzisiejszym świecie wszystko goni za doskonałością i pięknem, to co niedoskonałe jest zrzucane na dalszy plan. A właśnie tacy ludzie bywają najwięcej warci. Zwłaszcza takie postawy przejawiają się u ludzi młodych, chodzących jeszcze do szkoły. Już nie raz poruszałam na blogu kwestię wyzywania kogoś od "Downa". A jeżeli już mija się osobę faktycznie dotkniętą tym symptomem, to najczęściej z obrzydzeniem odwraca się od niej twarz. Tak samo jak od kogoś, kto posiada liczne deformacje. Najczęściej do takich osób przylegają niezbyt miłe przezwiska. Tymczasem August pokazuje, że pomimo swojej niedoskonałości jest równie sympatycznym, jak i zdolnym chłopakiem. Książka pokazuje też w mistrzowski sposób, jak to widząc osobę z deficytami bardzo często wydaje nam się, że może ona być upośledzona umysłowo. I wobec Auggie'go były takie sugestie. Nic bardziej mylnego - chłopiec okazał się jednym ze zdolniejszych uczniów szkoły.
Jacob Tremblay jako filmowy August(źródło zdjęcia)
"Cudowny chłopak" to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Napisana została prostym, przystępnym językiem, także dla najmłodszym. Pomimo to daje jednak czytelnikowi do myślenia. A jeżeli już czytanie jest dla nas passe, to chociaż obejrzyjmy film pod tym tytułem, zastanówmy się nad pewnymi rzeczami...
Mnie osobiście czytając książkę przypomniała się taka jedna historia sprzed lat. Byłam wtedy w 4 klasie podstawówki, dopiero co poznawałam nową szkołę. W jednej z ostatnich klas były dwie siostry, które też miały zdeformowane twarze, podejrzewam że podobnie jak August na skutek wad genetycznych. Kiedy pierwszy raz minęłam je na korytarzu, ktoś bardziej obeznany w szkole szepnął do mnie, że "właśnie idą Muminki"(bo w sumie ich fizjonomia przypominała te sympatyczne stworzenia). Nie wiem dlaczego, ale autentycznie zrobiło mi się żal tych dziewczyn. Nie, nie czułam do nich wstrętu, ale było mi ich żal dlatego, że zauważyłam, że nikt się do nich nie zwracał inaczej, niż "Muminki". Jeszcze miałam świeżo w pamięci, jak to ze mnie w poprzedniej podstawówce się śmiali, wiedziałam więc jak one mogą się czuć słysząc takie określenia względem siebie. Być może dlatego zawsze mówiłam im, tak po prostu, po ludzku "Cześć dziewczyny". One zawsze odpowiadały mi swoim nosowym "Cheść". Po roku nasze drogi się rozeszły. Co się z nimi stało - nie mam pojęcia. Do dzisiaj mam jednak awersję do wszystkich kpiących przezwisk. A kiedy słyszę, jak animatorzy z Oratorium nazywają proboszcza "Muminkiem", to podświadomie się we mnie gotuje. Teraz już wiem, dlaczego tak może się dziać...

czwartek, 7 czerwca 2018

732. Rodzinna klątwa Kennedy'ch

Wczoraj minęło 50 lat od dnia, w którym po zamachu w Los Angeles zmarł Robert F. Kennedy, brat 35. prezydenta Stanów Zjednoczonych - Johna F. Kennedy'ego. Braci połączyły nie tylko rodzinne więzy, ale też to, że oboje zginęli z rąk zamachowców. 
Z tej okazji na onecie pojawił się dosyć ciekawy artykuł przedstawiający nieco postać tego amerykańskiego prokuratora generalnego oraz kandydata na fotel prezydencki w wyborach prezydenckich w 1968 roku. A ponieważ postać Roberta F. Kennedy'ego nie jest tak bardzo znana jak jego brata, pozwoliłam sobie skopiować ten tekst, który mnie jednak zaciekawił, na bloga. 

Cień brata, klątwa i odebrana nadzieja. 50 lat temu zginął Robert Kennedy

Jego zwycięstwo w wyborach 1968 roku miało zasypać społeczne podziały i przybliżyć USA do zakończenia wojny w Wietnamie. Ale po raz drugi w ciągu kilku lat ród Kennedych dosięgły kule zamachowca. Pół wieku po śmierci Roberta F. Kennedy'ego nawet jego dzieci podważają oficjalne wyniki dochodzenia w sprawie zamachu.
  • 50 lat temu Robert Kennedy, ubiegający się o prezydencką nominację Demokratów, padł w Los Angeles ofiarą zamachu
  • Ledwie parę lat wcześniej z ręki zamachowca zginął prezydent John Kennedy - starszy brat Roberta; ten był ważną postacią w prezydenckiej administracji
  • Mniej lub bardziej przypadkowe zgony w licznej rodzinie Kennedych media określały przez wiele lat jako "klątwę"

Choć Robert Kennedy miał licznych wrogów w kraju, motywy zamachowca nie miały nic wspólnego z polityką wewnętrzną
Kiedy wieczorem Bobby Kennedy Jr. kładł się spać, stacje telewizyjne w całych Stanach mówiły, że jego ojciec wygrał prawybory w Kalifornii. Kiedy Bobby obudził się następnego dnia rano, gazety pisały, że jego ojciec padł ofiarą zamachu.
Robert F. Kennedy żył jeszcze dobę. Neurochirurdzy zdołali usunąć z głowy kulę i fragmenty czaszki, które wbiły się w mózg. Ale nic więcej dla senatora nie można już było zrobić.

Wiwaty na sali, strzały w kuchni
5 czerwca 1968 roku, późny wieczór, hotel "The Ambassador" w Los Angeles. To tam Robert F. Kennedy, walczący o start wyborach prezydenckich jako kandydat Demokratów, dowiaduje się o swoim zwycięstwie w Kalifornii. Jest przekonany, że jeden jego konkurent do nominacji, Eugene McCarthy, lada moment sam wycofa się z wyścigu, a on sam odwiedzie partię od poparcia drugiego (wiceprezydenta Huberta Humphreya) już za kilka tygodni - podczas konwencji w Chicago.
Kennedy w hotelowej sali balowej wygłasza krótkie przemówienie do zwolenników. Potem szef obsługi pokazuje mu skrót przez kuchnię, aby kandydat mógł szybciej dotrzeć na konferencję prasową. Prowadzi Kennedy'ego, trzymając go za nadgarstek, popędza - ale senator co rusz przystaje w wąskim przejściu i wita się z personelem kuchni. Ściska dłoń 17-letniego kelnera Juana Romero. Wtedy z tyłu podchodzi do niego zamachowiec.
Strzały słychać także na sali balowej. W chaosie, który ogarnia kuchnię, przez kilkanaście sekund nie wiadomo, kto strzelał, kto był celem zamachu i kto w nim ucierpiał. Zamachowca próbują obezwładnić dziennikarz i przyjaciel Kennedy'ego George Plimpton oraz dwaj nieoficjalni ochroniarze ekipy kandydata: lekkoatleta Rafer Johnson i były futbolista Rosey Grier. Przyciśnięty do stołu strzelec ciągle wymachuje bronią i strzela bezładnie w różnych kierunkach (ucierpi, oprócz Kennedy'ego, pięć innych osób, ale wszystkie dojdą do zdrowia).
Kennedy leży z głową opartą na kolanach Romero, jest ledwie przytomny. Kelner wciska mu w dłoń różaniec. Senator pyta go jeszcze: "Wszyscy cali?" - Romero przytakuje. "Wszystko będzie dobrze" - mówi jeszcze Kennedy, odwracając głowę. Zdąży się jeszcze uśmiechnąć do żony Ethel i poprosi sanitariuszy, którzy będą go układać na noszach, by go nie podnosili. To będą jego ostatnie słowa.
"Zdałem sobie wtedy sprawę, że nieważne, jak wielkie masz nadzieje - mogą ci je odebrać w jednej chwili" - mówił potem Romero. Miał zapewne na myśli obietnicę wielkiej zmiany, którą milionom Amerykanów niosła kandydatura Kennedy'ego - choć te słowa równie celnie odnoszą się do amerykańskich nadziei utraconych w latach 60.
Z kolei Kennedy zginął akurat wówczas, gdy wybijał się na suwerenność jako polityk. Niedługo przed zamachem powiedział do wieloletniego współpracownika: "Wreszcie czuję, że wydostałem się z cienia mojego brata".

"Dzięki ci, Boże, za Bobby'ego"
Robert, nazywany w rodzinie Kennedych Bobbym, pozostawał w tym cieniu przez lata. Od dziecka uchodził za cichszego oraz mniej przebojowego i elokwentnego niż dwaj starsi bracia. To najstarszy Joe był szykowany przez ojca rodziny na politycznego lidera.
Sam Joseph Kennedy po sukcesach w biznesie m.in. filmowym długo próbował rozwijać własną karierę polityczną, ale jako ambasador w Wielkiej Brytanii pod koniec lat 30. skompromitował się pochwałami appeasementu i amerykańskiego izolacjonizmu. Odsunięty na boczny tor, używał potem swoich rozległych wpływów na rzecz kariery politycznej synów.
Jednak Joe zginął podczas wojny w Europie (był pilotem). Mało brakowało, a z wojny na Pacyfiku nie wróciłby także John (nazywany w domu Jackiem) - to on rozpoczął błyskotliwą polityczną karierę, którą miał zwieńczyć w roku 1960 wybór na prezydenta, najmłodszego w historii kraju.
Bobby kierował kampanią prezydencką starszego brata i był to dla Kennedych strzał w dziesiątkę. "Mały brat" był świetnym organizatorem, wymagającym wobec siebie i innych, ale potrafił także bezwzględnie rozdawać ciosy - w tym samym czasie JFK mógł się zająć uśmiechami i machaniem do wyborców. Po wyborach prezydent zaproponował mu posadę prokuratora generalnego.
Poszedł za radą ojca - potrzebował w Białym Domu kogoś, na kim mógł bezgranicznie polegać. Bobby połączył kilka funkcji formalnych i nieformalnych: został najbardziej zaufanym doradcą, w praktyce także szefem prezydenckiej kancelarii i osobistym ambasadorem. Doglądał tajnej wojny, jaką Waszyngton wypowiedział Fidelowi Castro. W najgorętszym momencie kryzysu rakietowego na Kubie to on spotkał się z radzieckim ambasadorem Dobryninem, by przekazać mu koncyliacyjne stanowisko prezydenta Kennedy'ego.
"Dzięki ci, Boże, za Bobby'ego" - powiedział prezydent podczas którejś z prywatnych rozmów.

Od rozpaczy do samodzielności
Po zamachu w Dallas (listopad 1963 r.) Bobby na wiele tygodni pogrążył się w rozpaczy. Nie mógł nawet patrzeć na zdjęcia JFK, wychodził z rezydencji nad ranem, by pojeździć samochodem, zaczął się zagłębiać w poważne lektury, czego wcześniej nie robił. Jednocześnie stał się wtedy opoką dla całego rodu Kennedych (ojciec był już wtedy po wylewie). Sugerowano mu ubieganie się o urząd wiceprezydenta, ale musiałby wtedy wejść we współpracę z Lyndonem Johnsonem (objął urząd po śmierci JFK), którego z wzajemnością nie znosił.
Zdecydował się kandydować do Senatu. Z początku sprawiał wrażenie apatycznego i nieporadnego, trzęsły mu się dłonie podczas wystąpień publicznych. Znów traktowano go jak "młodszego brata", bo przyćmiewał go senackim doświadczeniem i poparciem faktycznie młodszy brat Teddy. Bobby dojrzewał stopniowo i zajmował coraz bardziej zdecydowane stanowisko wobec najważniejszych amerykańskich wyzwań tamtego czasu: napięć na tle rasowym, ekonomicznego wykluczenia oraz wojny w Wietnamie.
Jako senator odbył parę wyjazdów zagranicznych, które mocno przypominały podróże prezydenckie. W RPA był zresztą witany jak głowa państwa.
Odwiedzał getta w Brooklynie. Interesował się losem wyzyskiwanych robotników sezonowych, których traktowano jak bohaterów "Gron gniewu" Steinbecka. Wizytował rezerwaty Indian, pogrążonych w biedzie, alkoholizmie i beznadziei, oraz wioski w delcie Mississippi. Był w nieudawanym szoku, widząc na własne oczy Amerykanów żyjących w budach krytych papą i dzieci z wydętymi brzuchami, co kojarzyło mu się raczej z klęską głodu w Afryce.
Nie krył, że zamierza zaangażować federalne środki na programy walki z ubóstwem, wykluczeniem i nierównością rasową. To musiało oznaczać m.in. podwyżkę podatków. Spotkał się któregoś razu ze studentami medycyny z Indiany, a ci zapytali go, skąd weźmie pieniądze na obiecywane programy socjalne. Odpowiedział im wprost: "Od was".

Honorowy pokój zamiast beznadziejnej wojny
Najważniejszy jednak wydawał się Wietnam. Wojna w Indochinach zaczynała wciągać w bagno nie tylko administrację Johnsona - zatruwała cały kraj i wzmacniała społeczne podziały. Robert Kennedy nie od razu opowiedział się przeciw niej - choćby dlatego, że za rosnące zaangażowanie militarne w Wietnamie odpowiedzialny był przecież JFK.
Senator, m.in. pod wpływem antywojennych protestów, zaczął się w 1967 roku domagać przerwania bombardowań z powietrza i rozwiązania sytuacji w Wietnamie pod patronatem ONZ. Johnson obsztorcował go, sądząc bezpodstawnie, że senator próbuje na własną rękę negocjować z Wietnamem Północnym rozmowy pokojowe. Kennedy nie domagał się natychmiastowego wycofania wojsk z Indochin, ale zawarcia "honorowego pokoju". Gdy jego postulaty odrzucono, odpowiedzialnością za przebieg wojny można było obarczyć już wyłącznie Johnsona.
Zakończenie wietnamskiej tragedii stało się obsesją senatora Kennedy'ego. Dał się przekonać do walki o prezydenturę sądząc, że o nominację będzie się bić właśnie z Johnsonem. Ten jednak nieoczekiwanie wycofał się z walki o drugą kadencję.

Jedyny, którego nie wygwizdano
Okoliczności, nazwisko, program - wszystko to sprawiło, że Roberta Kennedy'ego wspomina się dziś często jako tego, któremu śmierć stanęła na drodze do pewnej prezydentury. Zamiast tego Biały Dom "wpadł w łapy" Richarda Nixona, a Amerykanie mieli tkwić w Wietnamie jeszcze latami.
Biograf kandydata, Evan Thomas, stawia ten mit (chętnie oczywiście kultywowany przez ród Kennedych) co najmniej pod znakiem zapytania. Wprawdzie Kennedy w większości prawyborów rzeczywiście wygrywał, ale nie musiało się to przełożyć na generalne poparcie go przez Partię Demokratyczną, która faworyzowała raczej Huberta Humphreya, tj. wiceprezydenta Johnsona. Nawet gdyby Kennedy nominację dostał, czekałoby go jeszcze starcie z Nixonem, znacznie lepiej przygotowanym do walki o Biały Dom niż osiem lat wcześniej.
Prawdą jest natomiast, że Kennedy obiecywał wielką społeczną zmianę i że wielu wyborców miało powody, by mu wierzyć. Był kandydatem coraz bardziej wiarygodnym dla milionów uboższych Amerykanów, w tym także dla czarnej ludności. Otwarcie popierał np. jeden z niezrealizowanych pomysłów Kinga: Kampanię Biednych Ludzi.
Olbrzymie wrażenie w całym kraju zrobiło jego improwizowane wystąpienie w Indianie po zamachu na Martina Luthera Kinga (kwiecień'68). Kennedy przyznał, że czarna ludność ma prawo do "nienawiści, goryczy i żądzy zemsty", ale odwołał się do nauk Kinga, wzywając do zasypania podziałów niezależnie od koloru skóry. Tuż po śmierci pastora w całych Stanach wybuchły zamieszki, policja aresztowała 20 tys. ludzi - ale w Indianie było stosunkowo spokojnie. Kiedy Kennedy pojawił się na pogrzebie Kinga, był bodaj jedynym białym politykiem, którego nie wygwizdano.

"Myślałem, że to będę ja"
Od początku politycznej kariery Robert Kennedy zdążył narobić sobie w Stanach śmiertelnych wrogów. Zamach na niego planował np. Jimmy Hoffa, szef związku zawodowego kierowców ciężarówek Teamsters, o którego związkach z mafią powszechnie wiedziano i którego Kennedy próbował dopaść jako prokurator generalny.
Za kadencji Bobby'ego za kratki zaczęli też trafiać sami członkowie mafii. "Ktoś powinien tego skurwiela zakatrupić" - słyszała FBI na taśmach z podsłuchów bossów. "Mam nadzieję, że ktoś zabije sukinsyna" - miał powiedzieć o Kennedym Clyde Tolson, zastępca i najbliższy współpracownik Hoovera w FBI Clyde Tolson.
"Wiedziałem, że dorwą jednego z nas. Ale myślałem, że to będę ja" - powiedział zresztą sam Bobby Kennedy tuż po tym, jak poinformowano go przez telefon o śmierci JFK.
Zamach przyszedł jednak z nieoczekiwanej strony, jeśli chodzi o sprawcę i jego motywy. 24-letni wówczas Sirhan Sirhan (urodzony jeszcze w Brytyjskim Mandacie Palestyny, ale wychowany w Stanach) zabił senatora Kennedy'ego, bo dowiedział się o jego poparciu dla Izraela. "Determinacja, by wyeliminować RFK, staje się obsesyjna" - zapisał Sirhan w dzienniku dwa tygodnie przed zamachem.
Nieprzypadkowo wybrał datę - zamach miał być przeprowadzony w pierwszą rocznicę zwycięskiej dla Izraela wojny sześciodniowej. Sirhan ani nie był wyznawcą islamu (kluczył pomiędzy różnymi kościołami chrześcijańskimi), ani nie darzył Kennedy'ego spersonalizowaną nienawiścią.

"Ktoś tam na górze nas nie lubi"
Joseph Kennedy powiedział o swoich dzieciach w ich młodości, że będą "zakładnikami losu", ale miał tych słów po wielokroć żałować. Śmierć najstarszego syna Joego na wojnie miała być dopiero początkiem czegoś, co nazwano potem "klątwą Kennedych".
Kathleen, siostra Joego, Jacka i Roberta, zginęła w 1948 r. w katastrofie lotniczej. Od śmierci prezydenta Kennedy'ego nie upłynął nawet rok, gdy Ted (młodszy z braci) o mało nie zginął w wypadku awionetki. Parę lat później Ted zjechał samochodem z mostu do rzeki, najpewniej po pijanemu - w wypadku zginęła jego pasażerka, a on nie udzielił jej pomocy.
Po śmierci Roberta Kennedy'ego niektóre z jego dzieci osunęły się w problemy z prawem i narkotykami: Joe spowodował wypadek, wskutek którego ciężkiego urazu doznał jego brat David, a przyjaciółka została sparaliżowana. David nie dożył nawet trzydziestki (przedawkował). Michael zginął w latach 90. wskutek wypadku na nartach. W katastrofie lotniczej niedługo później zginął John Kennedy Jr. (syn JFK).
"Ktoś tam na górze nas nie lubi" - powiedział po wypadku lotniczym brata Bobby Kennedy, ale kolejne lata miały pokazać, że to co nazywano rodzinną klątwą, często wynikało z uporu, brawury i igrania z losem.
50 lat po śmierci Roberta F. Kennedy'ego ciągle żywe są spiskowe teorie dotyczące zamachu. Syn zamordowanego senatora Robert F. Kennedy Jr. spotykał się niedawno w więzieniu z Sirhanem i oświadczył, że nie wierzy, iż to on jest zabójcą jego ojca. Teoria "drugiego strzelca", wedle której tamtej nocy w hotelu Ambassador zamachowców było dwóch (Sirhan nie musiał wiedzieć o drugim) zdobyła szereg wyznawców i ciągle ma się doskonale.
Sam zamachowiec został początkowo skazany na karę śmierci, ale jej wykonanie uniemożliwiło moratorium Sądu Najwyższego. Zamieniono karę na dożywocie. Zza krat więzienia w San Diego zabójca Kennedy'ego regularnie - w kilkuletnich odstępach - składa wnioski o warunkowe zwolnienie. Ostatni, z 2016 roku, sąd odrzucił uznawszy, że Sirhan nie wykazuje należytej skruchy ani zrozumienia swojego czynu.

środa, 6 czerwca 2018

731. Nie ja tu jestem bohaterem, naprawdę nie ja...

Mój rocznik maturalny był ostatnim, który nie musiał pisać obowiązkowej matury z matematyki. Chociaż jeszcze w pierwszej klasie liceum wszędzie huczeli o tym, że to nasz rocznik będzie tym pierwszym po długiej przerwie, który po długiej przerwie czy tego chce czy nie będzie musiał pisać maturę z "królowej nauk", w ostateczności jednak okazało się, że w naszym przypadku ta zmiana będzie dotyczyła uczniów techników, zaś do liceów wejdzie dopiero w 2007 roku, tak aby na maturę w 2010 roku absolwenci techników i liceów napisali w ramach tej samej podstawy programowej(innymi słowy - gdyby obowiązkowa matura z matematyki była w moim roczniku, to podeszliby do niej tylko uczniowie liceum, ponieważ 4 klasa technikum uczyła się jeszcze według innych norm, dlatego uznano, że łatwiej będzie w nich wprowadzić nową podstawę programową już w 2006 roku i za rok dołączyć do niej licea, niż na odwrót).
Połowa moich klasowych kolegów odetchnęła z ulgą. Wszak "nasza" matura z matematyki składała się w 100% z zadań(część testową wprowadzono dopiero do obowiązkowej matury). Ale nie ja. Jeszcze w gimnazjum planowałam spróbować swoich sił w liceum na profilu mat-geo, wylądowałam jednak na humanie(bo wszyscy z orzeczeniem o niepełnosprawności złożyli tam swoje papiery, a dla jednego ucznia nie opłacało się otwierać klasy integracyjnej). Trzy lata na humanie jakoś mi minęły, chociaż liczyłam na bardziej przystępne lekcje historii, a nie przepisywanie treści z podręcznika do zeszytu... Jednak już od początku przykładałam się do matematyki, co nie było proste zważając na to, że najpierw miałam do dyspozycji kserówki moich kolegów i koleżanek, a następnie laptop bez profesjonalnego oprogramowania. Do tego dochodził jeszcze w pierwszej klasie profesor matematyki, który rok przed emeryturą opuścił poziom nauczania. A ja sobie od początku ubzdurałam, że będę zdawać matematykę na maturze... Dopiero od drugiej klasy uczyła nas matematyczka, której zależało aby nas czegoś nauczyć, nawet jeżeli byliśmy na poziomie podstawowym z tego przedmiotu. W domu sama nadrabiałam materiał z zakresu rozszerzonego, bo w sumie jeszcze nie wiedziałam na jakim poziomie na maturze będę ją pisać. No i jeszcze chodziłam na kółko matematyczne.
Maturę zdałam, nawet całkiem nieźle, chociaż znowu miałam do dyspozycji podstawowy program do pisania(maturę pisałam na komputerze).
Potem kilka razy usłyszałam/przeczytałam, że kreuję się na "bohaterkę" i "tą lepszą od innych"... Tylko że ja nigdy tak się nie czułam. Owszem, cieszyłam się dobrze zdaną maturą(chyba każdy by się cieszył), ale nie czułam się lepszą od innych. A poza tym nie ja tutaj jestem bohaterem. Dla mnie bohaterką jest moja koleżanka, która zdała maturę z matematyki dyktując(a ma ogromną wadę wymowy) wszystkie rozwiązania nauczycielce ustnie. Dlaczego? Bo nie jest w stanie nawet wyklikać rozwiązań na klawiaturze komputerowej. Dla mnie prawdziwym bohaterem jest nieodżałowany ś.p. Piotr Radoń, chłopak bez nóg i bez rąk, który "napisał" rozszerzoną maturę z matematyki trzymając w ustach specjalny wskaźnik, którym naciskał poszczególne klawisze na klawiaturze, wreszcie dla mnie prawdziwym bohaterem jest Kacper, o którym możecie >>tutaj<< przeczytać. Jak bardzo imponują mi tacy ludzie, którzy pomimo nauczania indywidualnego, którzy pomimo licznych utrudnień, przy których moje są maluteńkie, decydują się na podjęcie tego wyzwania i siadają do takich samych arkuszy maturalnych, jak ich zdrowi, czy też bardziej sprawni koledzy. I zdają je!
Jasne, każdy jest inny, jasne, każdemu może powinąć się noga na egzaminie. A jednak sądzę, że te trzy przykłady(a pewnie i więcej) są godne podziwu.

Naprawdę, nie ja tu jestem bohaterem, ale oni!

I jeszcze jedno - ja naprawdę szanuję każdego człowieka, nawet tego, który nie zdał matury.

P.S. Czy i Wam dzisiaj szaleje blogger, czyli po wpisaniu adresu panelu sterowania nic się nie wyświetla? Moja skromna rada - wpiszcie w wyszukiwarkę tylko www.blogger.com, a powinno Was przekierować na https://draft.blogger.com...(nie chce mi się przepisywać całego adresu) i wtedy wszystko powinno działać poprawnie

poniedziałek, 4 czerwca 2018

730. Moje "Jestem", czyli jak trafiłam na Spotkanie Młodych na Polach Lednickich cz. 2

Punktualnie o godzinie 17:00 zabił lednicki dzwon, a wszyscy jednym głosem zaczęli śpiewać pierwszy hymn Polski "Bogurodzicę", która następnie przeszła w "Hymn III Tysiąclecia". Przez Drogę Tysiąclecia przemierzała majestatyczna procesja, na której czele był niesiony krzyż - dar papieża Jana Pawła II. Za nim podążały sztandar Wiary, relikwiarze m.in. z relikwiami świętego Wojciecha oraz Jana Pawła II, Bogumiła, Benedykta, Jacka, Tomasza z Akwinu, czy też Teresy od Dzieciątka Jezus. Jasnogórscy paulini nieśli kopię Czarnej Madonny, młodzież niosła swoje sztandary. W środku procesji, ramię w ramię, szedł prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak, metropolita gnieźnieński Stanisław Gądecki oraz prezydent Polski, Andrzej Duda. Za nimi zaś szli zaproszeni kapłani, stypendyści "Dzieła Trzeciego Tysiąclecia", finaliści konkursu papieskiego, międzynarodowe delegacje oraz salezjański wolontariat misyjny. Całość zamykali Ułani z 15 Poznańskiego Pułku Ułańskiego jadący na koniach oraz damska sekcja konna. 


Huk armaty uroczyście otworzył XXII Spotkanie Młodych Lednica, a zaraz potem głos przejął prezydent naszego kraju pan Andrzej Duda. A co prezydent miał do powiedzenia nam, młodym? Sami posłuchajcie.
Po przemówieniu młodzi tancerze porwali pana prezydenta do tańca. Wspólnie zaśpiewaliśmy dla pana Andrzeja Dudy hymn tegorocznego spotkania, a następnie odtańczyliśmy słynne "Tak, tak Panie" oraz "Ojcze prowadź mnie". Dominikanie skomentowali to wszystko tak, że marzyli o tym, aby było 2000 tancerzy, a tymczasem tańczyły wszystkie lednickie sektory.
Po radosnym otwarciu spotkania odbył się spektakl zatytułowany, a jakże by inaczej, "Jestem". Było to biblijne stworzenie świata w wersji mówiono - widowiskowej. W sumie nawet mi się to podobało. Szczególnie to, jak na koniec z sześciu pracowitych dni stworzenia świata powstał obraz Pana Jezusa. Następnie piosenką "Jestem twój, zbaw mnie Panie" pożegnaliśmy pana prezydenta, którego goniły liczne obowiązki i z niecierpliwością czekaliśmy na drugą część konferencji. 
Tym razem mieliśmy okazję przekonać się, że Bóg patrzy na każdego z nas nie przez pryzmat jego osiągnięć, ale poprzez jego człowieczeństwo. Każdy zarejestrowany uczestnik otrzymał "zwierciadło prawdziwego spojrzenia", które w tej części spotkania zostało wykorzystane. Podczas konferencji odbył się też symboliczny gest błogosławieństwa naszych oczów, uszów, ust, dłoni, stóp, serca... Bo przecież każdy z naszych członków został przeznaczony byśmy wielbili Boga. Następnie odbyła się pantomima będąca połączenia starotestamentalnej opowieści o Jonaszu we wnętrzu ryby oraz nowo  testamentalnej przypowieści o miłosiernym samarytaninie. I właśnie podczas tej pantomimy mieliśmy okazję wykorzystać nasze zwierciadła. Zwieńczeniem tej części spotkania był gest obmycia stóp naszym sąsiadom. Dzięki niemu mogliśmy się przekonać jak bardzo Jezus musiał się uniżyć, aby umyć stopy swoim uczniom... A przy okazji poznaliśmy wzruszającą historię opowiedzianą przez arcybiskupa Rysia, który wspominał, jak to przechodząc krakowskimi plantami spotkał bezdomnego, któremu kilka lat wcześniej obmył nogi. I ten bezdomny go poznał...

Powoli zbliżała się godzina 20:00, o której miała się odbyć uroczysta Msza święta. Przy dźwiękach pieśni "Słuchaj Izraelu" oraz "Nie lękajcie się, nie lękajcie się" Drogą Trzeciego Tysiąclecia zmierzała procesja księży. Mszy świętej przewodniczył prymas Polski, arcybiskup Wojciech Polak, kazanie do młodych wygłosił zaś arcybiskup Grzegorz Ryś.
Na koniec Mszy świętej odbyło się jakże ważne dla mnie, wychowanki salezjańskiej, rozesłanie misjonarzy Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego poprzez nałożenie ośmiu wolontariuszom misyjnym krzyży misyjnych. Piękne to, kiedy młodzi ludzie postanawiają poświęcić rok swojego życia na pomoc biednym i ubogim w najbiedniejszych krajach świata. 
Po Mszy obejrzeliśmy fragment przemówienia Jana Pawła II wygłoszonego w polskim Sejmie, które było zapowiedzią kolejnej procesji, w której tym razem przyniesiono do stóp ołtarza korony dla Matki Bożej Niezawodnej Nadziei oraz fotel, na którym siedział Jan Paweł II podczas spotkania w Sejmie. Tradycyjnie odtworzono też przesłanie Ojca Świętego Franciszka do młodzieży przebywającej na Polach Lednickich. Przy okazji każdy z nas wykonał podczas tego orędzia gest ucałowania naszej polskiej ziemi. Ziemi, która 100 lat temu odzyskała niepodległość. Następnie odbyło się rozesłanie Ruchu Lednickiego do parafii w całej Polsce(może kiedyś i dojdzie do tego, że taki ruch będzie i w naszej parafii). Każda delegacja otrzymała w darze pudełko z ziemią z ziemi lednickiej. 
Jedną z ostatnich punktów spotkania lednickiego było wyciszenie się przed adoracją. W tym celu zebraliśmy się w małe grupki i w braterskim uścisku trwaliśmy pogrążeni w modlitwie. Następnie Drogą Trzeciego Tysiąclecia kolejny już raz przeszła procesja, tym razem był to "Teatr światła", który poprzedzał procesję z Najświętszym Sakramentem. Procesję tą oświetlało tysiące świec trzymanych przez uczestników spotkania.
Chwilę później wprowadzono Najświętszy Sakrament ukryty w monstrancji. Chwila skupienia, po którym nastąpił akt wyboru Chrystusa. Była to specjalna formułka, w której młodzi oddawali swoje życie Najwyższemu. 
Ponieważ zostało jeszcze kilka minut do północy, tancerze ledniccy zaprosili wszystkich do tańca. Co prawda w punkcie było jeszcze przejście o północy przez Bramę Tysiąclecia, nasza grupa musiała się jednak powoli zbierać do odjazdu. Żegnały nas lednickie pieśni, które radośnie niosły się przez lednicką ciszę.
I tak zupełnie na sam koniec dnia udało mi się zgubić. Nie wiem kiedy nasza flaga zniknęła mi z oczu. Co prawda wiedziałam jak dotrzeć do parkingu(pierwsze co mi się rzuciło po porannym wyjściu z autokaru to drogowskaz informujący, że droga na Pola Lednickie prowadzi w prawo i to jego szukałam). Jednak jak już trafiłam na miejsce i zobaczyłam ten ogrom autokarów, to zgłupiałam. Na szczęście miałam telefon do księdza organizującego wyjazd, który krok po kroku wyjaśnił mi, jak mam dojść do tego naszego. Ufff... sama chyba bym tego nie dokonała. 
Reasumując Lednicę porównałabym do takiego małego ŚDMu. Tu się spotyka młodzież, i tu się spotyka młodzież, tu się można dobrze bawić, i tu się można dobrze bawić. Tu można umocnić swoją wiarę, i tutaj można umocnić swoją wiarę. Jak dla mnie to właściwie wszystko było na ogromny plus pomimo zmęczenia(wczoraj cały dzień chodziłam śnięta). Bardzo mi się podoba takie radosne przeżywanie wiary. Bo wbrew pozorom nasza wiara jest radosna i pełna nadziei. No i jeszcze jedno - ostatnio coraz częściej słyszę o kryzysie wiary, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Ale skoro na spotkanie przygotowano 100 000 pakietów pielgrzyma, na które składało się wspomniane już przeze mnie "zwierciadło prawdziwego spojrzenia", śpiewniczek, butelka na wodę potrzebną do obrzędu obmycia stóp oraz flagę narodową w woreczku ufundowaną przez pana prezydenta i wręcz zabrakło tych pakietów to może nie jest tak źle...

niedziela, 3 czerwca 2018

729. Moje "Jestem", czyli jak trafiłam na Spotkanie Młodych na Polach Lednickich cz. 1

Jestem, jestem, jestem! Chociaż ostatnio tak jakby mnie mniej. Mam na to jedno wytłumaczenie - sporo się dzieje w moim życiu.
Od kilku lat chodziło za mną pojechanie na Spotkanie Młodych na Polach Lednickich koło Gniezna, które odbywa się w pierwszą sobotę czerwca. O Spotkaniach wiedziałam już od dawno, gdzieś około końca 2002 roku, kiedy w jednej z tzw. kobiecych gazet(ach, któż wtedy miał internet w domu, tylko nieliczni) pojawił się wywiad z ojcem Janem Górą na temat spotkań "pod rybą". Czyż mogłam wtedy przypuszczać, że kiedyś i ja się na nich pojawię? Było to dla mnie tak samo wtedy nierealne, jak lot na księżyc.
Pierwszy przebłysk w tej sprawie pojawił się w 2011 roku. Pewnego razu do Oratorium przyszła O., która na co dzień śpiewała w parafialnym zespole muzycznym. Akurat byłyśmy same i rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. W pewnym momencie zaproponowała mi wyjazd na Lednicę. Zatkało mnie. Może nie byłam zdziwiona samą propozycją, ale tym, że w tej młodej(wszak jest ode mnie 3 lata młodsza) dziewczynie było tyle odwagi, a za razem odwagi, aby mnie zabrać ze sobą. Nie chciałam jednak obciążać jej moją osobą. Nie pojechałam z nią, aczkolwiek ziarno zostało zasiane.
Jednak takim prawdziwym przełomem jak dla mnie były Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, kiedy "Siewcy Lednicy" wiedli prym podczas Uroczystości Centralnych. Wjazd papieża na Błonia podczas piosenki "Tak, tak, Panie" - tego się nie zapomina. Co ciekawe, już przed tym wydarzeniem chciałam jechać na Lednicę w 2016 roku. Przeraził mnie jednak sam dojazd. W kościołach nic się nie mówiło na ten temat, diecezjalny koordynator młodzieży wyjątkowo nie organizował w tym roku wyjazdu, a kiedy przeczytałam jak można samemu dojechać na miejsce, to zwątpiłam w swoje możliwości. Tak samo było w zeszłym roku.
W tym roku pojawiła się propozycja wyjazdu z mojej parafii. Bo wiecie, salezjanie to praca z młodzieżą, więc czemu nie. Ale tradycyjnie ksiądz nie miał czasu nic załatwić(do dzisiaj dziwię się jakim cudem dwa late temu ogarnęłam 2 kierunki studiów, szkołę policealną i jeszcze pomagałam w organizacji tak jakby 3 Światowych Dni Młodzieży(parafia, diecezja - tutaj robiłam jedne praktyki, i Kraków - tutaj robiłam drugie praktyki), a i animatorzy za wszelką cenę chcieli wtedy zrobić zajęcia z dziećmi, to tradycyjnie nic z tego nie wyszło. Byłam zła jak nie wiem. Bo po co mówić że robimy to i to, a potem jak gdyby nigdy nic stwierdzić, że ma się tak dużo na głowie...
Ostatecznie postanowiłam pojechać z kimś z diecezji. Tym bardziej, że spis księży organizujących wyjazd pojawił się na jej stronie www jeszcze przed Wielkanocą i wisiał jako jedna z pierwszych informacji właściwie aż do końca. Do dzisiaj się dziwię jakim cudem nie zauważyłam, że jeden z wyjazdów organizowany jest przez wspomnianego już przeze mnie diecezjalnego koordynatora młodzieży, ale z drugiej strony nie zdziwiło mnie to - wszak w styczniu lecimy do Panamy, więc znowu może mieć masę pracy. Długo zastanawiałam się czy jechać, ale odpowiedź przyszła sama. 
Pewnego dnia wychodząc z bazyliki mój wzrok padł na plakat informujący o zapisach na wyjazd. Czyż może być lepszy znak z nieba? Spisałam potrzebne informację i jeszcze tego samego dnia napisałam do księdza, który go organizował. Oczywiście zapisałam się na wyjazd w myśl zasady, że drugiej takiej okazji może nie być.
źródło zdjęcia
Wyjazd na Pola Lednickie(bo tak nazywa się ta miejscowość) miał miejsce o 12:30 w nocy z piątku na sobotę. Ku mojemu zaskoczeniu tuż przed 6:00 zaparkowaliśmy na naszym parkingu. Wysiedliśmy z niego i ruszyliśmy przed siebie. Po dojściu na miejsce musieliśmy czekać jeszcze jakąś godzinę na to, aby wpuszczono nas za bramki. W końcu minęła 8:00, bramki zostały otwarte i cały tabun polskiej młodzieży ruszył na faktyczne spotkanie.
Jeżeli miałabym do czegoś porównać obszar na Polu Lednickim, to prawdopodobnie byłoby to coś w stylu krakowskich Błoni. W centrum pola znajduje się ryba wraz z ołtarzem, nazwana Bramą Tysiąclecia. To przez nią po północy odbywa się słynny przemarsz młodzieży. Do Bramy prowadzi Droga Tysiąclecia, na której tancerze tańczą tańce lednickie, a także odbywają się wszelkie procesje. Po obu stronach Drogi znajdują się sektory dla wiernych, na samej Jej początku zaś replika Krzyża z Giewontu. Koło Krzyża znajdowały się też sklepiki, a pod lasem, z dala od zgiełku - pole spowiedzi. Plac lednicki od lewej strony otacza las oraz Droga Krzyżowa, natomiast z prawej strony znajduje się tutejszy dominikański ośrodek rekolekcyjny. Przed ośrodkiem znajduje się grobowiec założyciela ruchu legnickiego - zdecydowanie za wcześnie zmarłego ojca Jana Góry. Za Bramą Tysiąclecia znajduje się Jezioro Lednickie - jedno z miejsc typowanych jako prawdopodobne przyjęcia chrztu przez Mieszka I.
Brama Tysiąclecia
Replika Krzyża z Giewontu
Do godziny 12:00(kiedy to odmówiliśmy tradycyjny "Anioł Pański"), a następnie do godziny 15:00 (godziny Miłosierdzia Bożego) właściwie nic się nie działo, toteż na scenę wkroczyli tancerze ledniccy porywając wszystkich zebranych do tańców. Poznaliśmy też hymn tegorocznego spotkania: "Ty jesteś Drogą".
Po Koronce do Bożego Miłosierdzia oraz odtańczeniu kilku tańców na scenie(a może powinnam powiedzieć, że na beczce) pojawili się trzej bracia dominikanie, którzy przeprowadzili konferencję. Dlaczego z beczki? Ponieważ głosząc konferencję znajdowali się właśnie na beczce, która jest symbolem młodego wina, a młode wino to po prostu Duch Święty. Cała trójka zastanawiała się nad tegorocznym zawołaniem "Jestem". Pierwszy z nich powiedział mądre słowa, że warto sobie przede wszystkim uświadomić, że na różne sposoby jest między nami sam Bóg. A jednym z takich sposobach jest wspólnota, bo "tam, gdzie dwaj lub trzej gromadzą się w moje imię, tam ja jestem"(Mt. 18,20). Zachęcał też do tego, abyśmy zaprosili Boga w modlitwie do naszego życia - dlatego wspólnie odmówiliśmy modlitwę "Ojcze nasz". Ale przypomniał nam też jedną ważną rzecz - tam, gdzie jest Bóg, zawsze jest też diabeł, chociaż nikt go nigdzie nie zaprasza. Musimy więc uważać, aby nas nie okradł z tego, co zyskaliśmy, w sensie duchowym, na spotkaniu. Ale nawet jeżeli diabeł rozrzuci nam te wszystkie usłyszane słowa, musimy je zebrać, "zasadzić" i pozwolić im na nowo rosnąć. Potrzebujemy też Ducha Świętego, który "otwiera nam nasze uszy". Bo kiedy kaznodzieje mają Ducha Świętego, a słuchaczom go brak, to niewiele jest owoców. Dlatego warto zapraszać do swojego umysłu Ducha Świętego. Podobnie jest z naszymi Aniołami Stróżami oraz patronami chrztu świętego i bierzmowania. Zachęcał nas też do tego, abyśmy mieli otwarte oczy, szczególnie na tych, których spotykam, szczególnie przebywając w tłumie ludzi. Drugi przypomniał nam, że najpierw trzeba zdjąć sandały, dlatego, że tam gdzie jest Bóg, który mówi "Jestem", trzeba dotknąć ziemi, po to, aby objawiło się to co jest Boskie. Jest to nawiązanie do stojącego przed krzewem gorejącym Mojżesza. Jest on zdumiony tym ogniem, ale zapomina o Bogu. A głos mu mówi - "Jestem, aby na zawsze być Bogiem z Tobą". Bo "Jestem" to znaczy "jestem od zawsze, nawet jeżeli nie poznałeś mnie jeszcze". Tak jest z Bogiem - nie ma początku, nie ma końca. Można więc powiedzieć, że jego naturą jest to, że Jest. I jest to początkiem wielkiej przygody, jaką może być życie. Dlatego warto zaufać temu, że Bóg jest, że zawsze będzie ze mną, we wnętrzu moich spraw. Co więcej, Bóg chce, aby każdy z nas "był", i to nie na 5% swoich możliwości, ale na 100%. A to się stanie, kiedy będziemy z nim w sakramentach i w Komunii, kiedy będziemy z nim zjednoczeni. Wystarczy być dzieckiem, aby wziąć od Boga miłość, żeby zgodzić się na to, że on jest. Ważne jest też to, że człowiek który spotkał "Jestem" jest radosny. Na koniec swojego przemówienia poprosił aby "Jestem" stało się naszym życiem, żeby zaprosić Pana do swojego środka. Bo "Jestem" przychodzi i napełnia wszystko życiem. Trzeci natomiast zaczął swoją część konferencji stwierdzeniem, że "Jestem, to znaczy nie wycofuję się". Bo "Jestem" powinno oznaczać "Jestem wytrwały". Następnie poprosił nas o zastanowienie się, co jest naszą wytrwałością i czy walczymy wytrwale. Przywołał tutaj przykład swojej dawnej uczennicy, która była ateistką. Jednak będąc na progu dorosłości stwierdziła, że chce spróbować wierzyć. Za zgodą opiekuna duszpasterstwa młodzieżowego przez cały rok uczęszczała na tamtejsze kajaki. Kiedy na koniec roku akademickiego pojechali na kajaki, powiedziała mu takie proste zdanie: "Ojcze, tak bardzo pragnę aby on był". Tego samego dnia ta dziewczyna spotkała Boga i uwierzyła, że On jest. I ta historia powinna być dla wszystkich historią wytrwałości - "Jestem" to znaczy "zmagam się", "walczę o sprawy, które są ważne, na których mi zależy". Ale musimy pamiętać, że w naszej walce potrzebujemy też innych, którzy nam w niej pomogą. Człowiek wytrwały na pewno w którymś momencie poniesie porażkę, ale to nie jest koniec świata. Bo dzięki innym mogę się podnieść. Przypomniał też, że Bóg nieustannie walczy o każdego z nas i nigdy z tej walki nie zrezygnuje.
Co prawda to tylko screen z youtube, ale widać i wygłaszającego konferencję dominikanina i nasz dąbrowski sztandar
Po konferencji zatańczono dwa tańce lednickie, a następnie odbyła się tzw. "procesja orłów". Ubrane na biało, w większości, dzieci przeszły Drogą Tysiąclecia tańcząc radośnie i wymachując swoimi skrzydełkami. Jest to doskonały obraz tego, że w pewnym momencie życia każdy z nas wyfruwa z gniazda rodzinnego. Mówię Wam, coś pięknego...

Teraz już tylko każdy z nas czekał na oficjalne otwarcie XXII Spotkania Młodych 2018 roku, które miało nastąpić już za kilka minut, o godzinie 17:00...
CDN...

piątek, 1 czerwca 2018

728. Nie da się być dzieckiem zawsze...

Na początku dzisiejszej notatki chciałabym bardzo powitać nowe osoby na moim blogu i podziękować za pierwsze od nich oznaki obecności. Mam nadzieję kochane, że zostaniecie ze mną na dłużej i będziecie się w miarę dobrze u mnie czuły.
Dzieciństwo, pierwszy etap życia każdego z nas. To od niego zaczyna się nasza przygoda i to ono w dużej mierze rzutuje na naszym dalszym życiu. Dlatego powinno być szczęśliwe i beztroskie. Ale z drugiej strony nie jestem zwolennikiem tzw. "bezstresowego wychowania", dziecko powinno wiedzieć co może, a na co musi jeszcze chwilę poczekać. Ważne jest też, aby znało swoje miejsce w rodzinie, swoje prawa i obowiązki.
Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że pomimo niepełnosprawności i związanych z tym ograniczeń miałam szczęśliwe dzieciństwo. Nie zabrakło w nim ani miłości najbliższych, ani ich akceptacji. Pełno w nim było zabawy przeplatanej zajęciami usprawniającymi. Jestem tym szczęściarzem, którego rodzice nie "chowali" w domu, ale wystawiali na zewnątrz. Ciepły letni dzień - to idziemy do parku na plac zabaw, albo nad jezioro, jest piękny, zimowy dzień - no to idziemy na sanki, przyjechało do miasta wesołe miasteczko albo cyrk - no to tam idziemy z dziewczynkami. Nie wiem ile godzin spędziłam kręcąc się na karuzelach. Ponieważ nie mogłam zbyt długo siedzieć przed telewizorem, rodzice czytali mi książki. I nikt nie wie jak to się stało, że dziecko, które miało być głupiutkie, w wieku zaledwie 5 lat samo potrafiło przeczytać sobie bajkę.
W szkole można powiedzieć, że byłam prymusem, chociaż nigdy tego ode mnie nie wymagano. Cieszę się, że zapał do nauki nie przyćmił mi innych sfer życia. Chociaż jako pierwsza spośród pierwszoklasistów miałam komputer stacjonarny, korzystałam z niego głównie podczas odrabiania prac domowych. Mój wolny czas wypełniało baraszkowanie po osiedlowych placach zabaw i rozbijaniu kolan i łokci o beton. Miałam bujną wyobraźnię i często widziałam to, czego inni nie chcieli zauważyć. Ponieważ od klasy 4 do 3 gimnazjum chodziłam do klasy sportowej, dużo czasu poświęcałam lekkiej atletyce. Poza tym zaczęłam interesować się statkiem "Titanicem", a uwierzcie mi, w czasach kiedy w domu nie miało się internetu. W dalszym czasie hurtowo pochłaniałam książki, przekładając ich czytanie ponad oglądanie telewizji. Lubiłam też wszelkie prace plastyczne. Rysowanie, malowanie, wydzieranie, to było coś dla mnie. 
I właściwie nie wiem jak to się stało, ale pewnego dnia musiałam zdmuchnąć 18 świeczek na torcie i pożegnać się z tym pięknym okresem wkraczając w dorosłość. I wiecie co, może moje dzieciństwo nie było obfite w nowości technologiczne oraz wystrzałowe wakacje zagraniczne, ale na pewno było szczęśliwe i nie zamieniłabym go na żadne inne. 
A w tym szczególnym dniu w naszej parafii grupa młodych ludzi otrzymała z rąk biskupa sakrament bierzomowania stając się tym samym dojrzałymi chrześcijanami. Ja swoje miałam 12 lat temu i przyznam szczerze, że bardzo je przeżywałam.