Blogowy świat ma swoją moc. Jak niektórzy z Was wiedzą, staram się czytać każdy z Waszych blogów w całości. Jedne już przeczytałam, inne dopiero czekają na przeczytanie (mam nadzieję, że to będzie termin szybszy niż późniejszy). Z każdym wpisem mam wrażenie, że poznaję Was jeszcze bardziej i stajecie mi się coraz bliżsi. Przeżywam z Wami Wasze problemy, cieszę się z sukcesów, z zaciekawieniem czytam Wasze wiersze oraz poznaję, chociaż wirtualnie, różne zakątki świata.
Czasami jednak znajomości wykraczają poza blogowy świat. Dotychczas ograniczał się on do przesyłek pocztowych na urodziny, imieniny, święta i inne okazje z grupką osób poznanych właśnie za pośrednictwem bloga. Wielu z Was jest mi bliskich, ot tak, po prostu, chociaż tak naprawdę nie znamy się fizycznie.
O tym spotkaniu marzyłam właściwie od samego początku, kiedy przeczytałam w całości Jej bloga. Nasza znajomość rozpoczęła się dosyć niepozornie od mojego skromnego komentarza, a właściwie to życzeń z okazji świąt Wielkiej Nocy w marcu 2016 roku. Chociaż tak właściwie to podczytywałam sobie Jej wpisy od jakiegoś czasu, ale wstydziłam się zamieścić u Niej komentarz, a tym bardziej zapraszać Ją na mojego bloga. Zresztą do dzisiaj mam opory przed zapraszaniem wprost do siebie, w myśl zasady, że co ja właściwie mam do zaoferowania, więc jeżeli u kogoś z Was zostawiłam taki komentarz, to musiałam mieć chwilowy przypływ odwagi. Jakoś sobie za wiele po tamtym komentarzu nie obiecywałam, toteż prawdziwym zaskoczeniem wywołującym uśmiech na mojej twarzy był komentarz Basi na moim blogu. Od tamtej chwili staram się Ją regularnie odwiedzać i czytać jej kolejne wpisy. W pewnym momencie odważyłam się wysłać jej zaproszenie na popularnym portalu facebook, które przyjęła. Po cichu marzyłam o spotkaniu z nią. Wiedziałam, że udało się to i Gosi, i Maksowi, no ale gdzież takiemu komuś jak ja rościć sobie takie marzenia. A jednak udało mi się je spełnić. I to w jeszcze szerszym zakresie niż mogłabym sobie wymarzyć. Tylko okoliczności tego spotkania mogłyby być dużo radośniejsze...
O śmierci Wieśka, brata Basi, dowiedziałam się właśnie z facebooka. Tak jak pisałam, wiele blogów już przeczytałam w całości, a Basi był jednym z nich. Wiedziałam więc, że to np. Wiesiek wymyśli, że jego siostra ma mieć na imię Basia. I że od dłuższego czasu (w sumie to od 8 lat) zmagał się z chorobą nerek, która w ostatnich tygodniach przybrała na sile. Dlatego poczułam jakiś taki wewnętrzny smutek, kiedy zobaczyłam wpis i wiersz dotyczący tej straty.
Na początku jednak nie myślałam o udaniu się na pogrzeb. Nawet nie wiedziałam, kiedy on się odbędzie. Ale kiedy ta informacja pojawiła się na tablicy, decyzja została podjęta błyskawicznie. Na uczelni mam właśnie przerwę międzysemestralną, w pracy na szczęście udało mi się pozamieniać dyżury. Jeszcze tylko musiałam zobaczyć jak się dostać do Oleśna, gdzie miało się odbyć ostatnie pożegnanie Wieśka. Wiedziałam, że do Tarnowa dostanę się bez problemu, na szczęście okazało się, że i do tej niewielkiej miejscowości też coś jedzie. Napisałam nawet do firmy przewozowej wiadomość z pytaniem skąd odjeżdżają busy w Tarnowie. Problemem byłby tylko powrót do Tarnowa, bo jednak pogrzeb był dość późno i istniała realna szansa, że po prostu nie zdążę na ostatni bus jadący w stronę dawnej stolicy województwa tarnowskiego. Wydedukowałam sobie, że może poproszę kogoś z rodziny Basi, aby mnie podwiózł chociaż do pobliskiej Dąbrowy Tarnowskiej, w ostateczności mogłam dojść do niej na nogach.
Wtorkowy ranek powitał mnie deszczem za oknem. Aura nie zachęcała do wyściubienia nosa za drzwi, ale wiecie, u mnie droga jest prosta - jest zamysł, musi być też i działanie. Nawet jeżeli będzie się to wiązać z daniem z siebie czegoś więcej. Zegar na komodzie wskazywał przed 5 - wcześnie, ale o 6:45 miałam z Katowic do Tarnowa autokar. A jeszcze przecież musiałam dojechać do stolicy Górnego Śląska. Na szczęście komunikacja miejska działa u nas w miarę dobrze, i chwilę po 6 szłam już z jednego dworca autobusowego na drugi. Zakupiłam potrzebny bilet i z przejęciem czekałam na wjechanie na stanowisko autobusu linii Rotterdam (Holandia) - Medyka. Mimo pokonania ogromnej odległości był punktualny.
Całą drogę, a trwała ona prawie 4,5 godziny (łącznie z czekaniem w Tarnowie na busa), zastanawiałam się, czy dobrze robię jadąc tam. A raczej czy mam się ujawniać Basi, że jestem, czy też pozostać w cieniu. W końcu pogrzeb to bardziej rodzinna uroczystość, a ja jestem... no właśnie, właściwie to nikim. Ale z drugiej strony pomyślałam sobie, że Basi może być miło, że taki "nikt" postanowił być z nią w takim dniu. Chociaż istniała też obawa, że nie będzie zbyt zadowolona z mojej obecności. No i jeszcze mogła być jak wiele osób, którzy za nic nie chcą zrozumieć co do nich mówię... A za oknami przesuwały się krajobrazy naszej pięknej Polski. Pogoda... mówią, że to kwiecień-plecień, tymczasem wtedy przez drogę towarzyszył mi to deszcz, to słońce.
Tuż po godzinie 11:00 wysiadłam w nieznanym mi dotąd Oleśnie. Na szczęście z daleka widziałam drogowskaz informujący, która z ulic to Długa. To właśnie na niej znajdował się kościół parafialny, w którym miała się odbyć Msza pogrzebowa. Z niepokojem pokonywałam kolejne metry, aż w końcu moim oczom ukazały się dwie białe, kościelne wieże. Po drodze zaś minęłam przedszkole, dwa sklepy, bibliotekę, przedszkole, Urząd Gminy oraz pomnik przypominający o 500 letniej rocznicy Bitwy pod Grunwaldem. Ponieważ do 14:00 było jeszcze trochę czasu (ponad 2 godziny) usiadłam sobie na pobliskim przystanku i zaczęłam czytać książkę, którą miałam w plecaku.
Jakieś 20 minut przed rozpoczęciem różańca za duszę zmarłego udałam się do kościoła i zajęłam miejsce w jednej z ostatnich ławek, żeby się zbytnio nie rzucać w oczy. Sama świątynia stopniowo zapełniała się ludźmi. W pewnym momencie wniesiono trumnę ze zmarłym, za którą szła rodzina. Wśród bliskich udało mi się wypatrzeć Basię. Na Mszy rozwiązała się też zagadka, dlaczego pogrzeb był tak późno - brat Basi zmarł w Godzinę Miłosierdzia i rodzina chciała, aby pogrzeb też wypadł mniej więcej w tym czasie. W kościele zgromadziło się sporo ludzi, wynika więc z tego, że Wiesiek był lubianą w środowisku osobą.
Po Mszy wraz z innymi udałam się na cmentarz. Chwilę postałam na uboczu, po czym przełamałam po trochu wstyd, po trochu strach i zdecydowałam się podejść do rodziny. Ku mojemu zaskoczeniu Basia niemal od razu mnie rozpoznała. Była zdziwiona moją obecnością, ale w pozytywny sposób. Od razu przedstawiła mnie swojej najbliższej rodzinie, a następnie, wiedząc, że pokonałam niemałą drogę, zaprosiła mnie w swoje gościnne progi.
Do wioski, w której mieszka pojechałam z Jej kuzynką, niezwykle sympatyczną Danusią. Chociaż znałyśmy się dopiero kilkanaście minut, rozmowa toczyła się tak, jakbyśmy były znajomymi od zawsze. W domu Basi panowała wspaniała atmosfera. W życiu bym się nie spodziewała tak ciepłego przyjęcia. No, może gdyby to nie było nasze pierwsze spotkanie, tylko kolejne... A ja naprawdę byłam zaskoczona i wzruszona tym, że traktowali mnie jak swoją. I tylko było mi głupio, że tak się wpakowałam z pustymi rękoma (może nie licząc skromnego różańca z Ziemi Świętej).
Trochę żal było odjeżdżać. Z domu Basi wyszłam nie tylko najedzona, ale i zaopatrzona na drogę w coś dla ciała i coś dla ducha (Basiu, książka już się czyta). Jej starszy syn był tak miły, że podrzucił mnie do samego Tarnowa. A ja wracając do domu jeszcze raz utwierdziłam się w przekonaniu, że to spotkanie trzeba powtórzyć. Tylko w bardziej sprzyjających i weselszych okolicznościach.
I tak na koniec - cieszę się niezmiernie z tego spotkania (już nawet z tyłu głowy zaczynają mi się układać wersy kolejnego wiersza - mam nadzieję, że jeszcze nie macie dosyć mojej poezji), ale nie czuję, abym zrobiła coś niezwykłego. Po prostu pomyślałam sobie, że Basi może się zrobić cieplej na sercu, kiedy zobaczy, że ktoś taki jak ja chce ją wesprzeć w tych trudnych chwilach. I chyba mi się to udało. Tak mnie wychowali w domu rodzinnym, tak mnie ukształtowała szkoła i studia, takie wartości przekazała mi rzesza cudownych ludzi, których miałam szczęście spotkać na swojej drodze. Staram się też kierować w życiu słowami piosenki: "Czy jest tak jak człowiek chciał, czy ktoś inny z niej do syta brał, czy ktoś inny z życia twego radość brał?". A że przy okazji mogłam spełnić jedno z moich cichych marzeń? Podobno po to one właśnie są - aby móc je realizować. A przynajmniej próbować to robić.
Wpis pisany przez 6 godzin - nie ma to jak laptop, który żyje swoim własnym życiem