Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 27 lutego 2023

1532. Rozmyślania u progu nowego semestru

Po półtoratygodniowej przerwie ponownie przekroczyłam mury gmachu Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Śląskiego, który ma swoją siedzibę na ulicy Grażyńskiego. To już czwarty semestr mojej przygody z licencjatem z pedagogiki, półmetek już za mną. Muszę przyznać, że z semestru na semestr zajęcia są coraz ciekawsze i bardziej wciągające. I co najważniejsze, coraz więcej można z nich wyciągnąć w praktyce. Pamiętacie jak wtedy narzekałam na szczegółowość materiału na kolokwium zaliczeniowe? Na szczęście po tego typu przedmiotach pozostało już tylko wspomnienie (oraz oceny w USOSie, bo indeksy już całkiem wycofali). Po tym semestrze czekają nas już normalne praktyki zawodowe (dotychczas mieliśmy jedynie moduły praktyczno-asystenckie, gdzie w pierwszym i w drugim semestrze byliśmy na 5 godzin w różnych placówkach, a potem pisaliśmy z tych wizyt raporty zaliczeniowe). Myślę nad szkołą, albo jakimś WTZ. Powoli też zaczynamy przymierzać się do pisania naszych prac licencjackich. Na razie jeszcze nie mam co do mojej skonkretyzowanych planów. Bardzo chciałabym napisać o wychowaniu w okresie dwudziestolecia międzywojennego, ale nie wiem, czy mi się uda przekonać do tego promotorkę.
Na Wydział Teologiczny wracam dopiero w czwartek, chociaż w środowy poranek mam jeden wykład. Jest to jednak wykład on-line, więc nawet nie muszę wychodzić z domu. Ogólnie tak nam ułożyli plan zajęć, że co drugą środę oraz co drugi piątek mamy zajęcia kontaktowe, czyli w budynku. Inna sprawa, że na ostatnim semestrze nauk o rodzinie jest tylko siedem przedmiotów do zaliczenia, więc tych godzin z automatu jest mniej. Mam tylko nadzieję, że znowu się nie narażę starościnie. Moje ostatnie "przewinienie"? Nienajgorsza ocena z egzaminu z psychopatologii. W oczach starościny najlepsza na roku tylko dlatego, że nie pisałam egzaminu, tylko odpowiadałam ustnie... I gdyby ona też mogła odpowiadać, to miałaby tak samo wysoką notę.
Kochani, trzymajcie mnie. Przecież to nie jest moje widzimisię, że sprawdziany opisowe zdaję zazwyczaj ustnie. Zresztą uzyskam na to zgodę dziekana, popartą przez Biuro Osób Niepełnosprawnych, to znów wymagało udowodnienia czego nie mogę i dlaczego. Już z tego wynika, że oficjalna zamianformy zaliczenia wymaga trochę zachodu. Na egzamin ustny też się musiałam nauczyć, nie mogłam iść na niego z zerową wiedzą. Psychopatologia nie jest łatwa, poświęciłam jej naprawdę sporo czasu (a nade wszystko uczyłam się jej na bieżąco, robiąc po każdym wykładzie notatki - czy też uzupełniając je o wiadomości nagrane na dyktafon). 
Wiem, że starościna mnie nie lubi chyba od początku (pytanie kogo ona lubi?). Zawsze traktowała mnie (jak i większość grupy) z góry. W myśl zasady: mam już dyplom magistra...*jestem prezeską jednego ze stowarzyszeń, a w ogóle to nie rozumiem twojej wymowy (to ostatnie to już stricte w odniesieniu do mojej osoby)... Też mam zrobionego magistra, co kosztowało mnie sporo wysiłku (chociażby prawie codzienne dojazdy w te i z powrotem do oddalonego o ok. 80 km. Krakowa), ale chyba nie mam z tego powodu manii wyższości. I staram się nie wywyższać ponad innych. Ani za bardzo nie kombinować. I może dlatego mam znajomych wśród innych członków naszej grupy, którzy mnie akceptują i rozumieją moją mowę?

* Co ostatnio nie do końca okazało się prawdą, ale już przyzwyczailiśmy do jej ciągłych kłamstw i oszustw...

sobota, 25 lutego 2023

1531. O niespodziewanych spotkaniach będących spełnieniem cichych marzeń...

Blogowy świat ma swoją moc. Jak niektórzy z Was wiedzą, staram się czytać każdy z Waszych blogów w całości. Jedne już przeczytałam, inne dopiero czekają na przeczytanie (mam nadzieję, że to będzie termin szybszy niż późniejszy). Z każdym wpisem mam wrażenie, że poznaję Was jeszcze bardziej i stajecie mi się coraz bliżsi. Przeżywam z Wami Wasze problemy, cieszę się z sukcesów, z zaciekawieniem czytam Wasze wiersze oraz poznaję, chociaż wirtualnie, różne zakątki świata. 
Czasami jednak znajomości wykraczają poza blogowy świat. Dotychczas ograniczał się on do przesyłek pocztowych na urodziny, imieniny, święta i inne okazje z grupką osób poznanych właśnie za pośrednictwem bloga. Wielu z Was jest mi bliskich, ot tak, po prostu, chociaż tak naprawdę nie znamy się fizycznie. 
O tym spotkaniu marzyłam właściwie od samego początku, kiedy przeczytałam w całości Jej bloga. Nasza znajomość rozpoczęła się dosyć niepozornie od mojego skromnego komentarza, a właściwie to życzeń z okazji świąt Wielkiej Nocy w marcu 2016 roku. Chociaż tak właściwie to podczytywałam sobie Jej wpisy od jakiegoś czasu, ale wstydziłam się zamieścić u Niej komentarz, a tym bardziej zapraszać Ją na mojego bloga. Zresztą do dzisiaj mam opory przed zapraszaniem wprost do siebie, w myśl zasady, że co ja właściwie mam do zaoferowania, więc jeżeli u kogoś z Was zostawiłam taki komentarz, to musiałam mieć chwilowy przypływ odwagi. Jakoś sobie za wiele po tamtym komentarzu nie obiecywałam, toteż prawdziwym zaskoczeniem wywołującym uśmiech na mojej twarzy był komentarz Basi na moim blogu. Od tamtej chwili staram się Ją regularnie odwiedzać i czytać jej kolejne wpisy. W pewnym momencie odważyłam się wysłać jej zaproszenie na popularnym portalu facebook, które przyjęła. Po cichu marzyłam o spotkaniu z nią. Wiedziałam, że udało się to i Gosi, i Maksowi, no ale gdzież takiemu komuś jak ja rościć sobie takie marzenia. A jednak udało mi się je spełnić. I to w jeszcze szerszym zakresie niż mogłabym sobie wymarzyć. Tylko okoliczności tego spotkania mogłyby być dużo radośniejsze...
O śmierci Wieśka, brata Basi, dowiedziałam się właśnie z facebooka. Tak jak pisałam, wiele blogów już przeczytałam w całości, a Basi był jednym z nich. Wiedziałam więc, że to np. Wiesiek wymyśli, że jego siostra ma mieć na imię Basia. I że od dłuższego czasu (w sumie to od 8 lat) zmagał się z chorobą nerek, która w ostatnich tygodniach przybrała na sile. Dlatego poczułam jakiś taki wewnętrzny smutek, kiedy zobaczyłam wpis i wiersz dotyczący tej straty.
Na początku jednak nie myślałam o udaniu się na pogrzeb. Nawet nie wiedziałam, kiedy on się odbędzie. Ale kiedy ta informacja pojawiła się na tablicy, decyzja została podjęta błyskawicznie. Na uczelni mam właśnie przerwę międzysemestralną, w pracy na szczęście udało mi się pozamieniać dyżury. Jeszcze tylko musiałam zobaczyć jak się dostać do Oleśna, gdzie miało się odbyć ostatnie pożegnanie Wieśka. Wiedziałam, że do Tarnowa dostanę się bez problemu, na szczęście okazało się, że i do tej niewielkiej miejscowości też coś jedzie. Napisałam nawet do firmy przewozowej wiadomość z pytaniem skąd odjeżdżają busy w Tarnowie. Problemem byłby tylko powrót do Tarnowa, bo jednak pogrzeb był dość późno i istniała realna szansa, że po prostu nie zdążę na ostatni bus jadący w stronę dawnej stolicy województwa tarnowskiego. Wydedukowałam sobie, że może poproszę kogoś z rodziny Basi, aby mnie podwiózł chociaż do pobliskiej Dąbrowy Tarnowskiej, w ostateczności mogłam dojść do niej na nogach.
Wtorkowy ranek powitał mnie deszczem za oknem. Aura nie zachęcała do wyściubienia nosa za drzwi, ale wiecie, u mnie droga jest prosta - jest zamysł, musi być też i działanie. Nawet jeżeli będzie się to wiązać z daniem z siebie czegoś więcej. Zegar na komodzie wskazywał przed 5 - wcześnie, ale o 6:45 miałam z Katowic do Tarnowa autokar. A jeszcze przecież musiałam dojechać do stolicy Górnego Śląska. Na szczęście komunikacja miejska działa u nas w miarę dobrze, i chwilę po 6 szłam już z jednego dworca autobusowego na drugi. Zakupiłam potrzebny bilet i z przejęciem czekałam na wjechanie na stanowisko autobusu linii Rotterdam (Holandia) - Medyka. Mimo pokonania ogromnej odległości był punktualny.
Całą drogę, a trwała ona prawie 4,5 godziny (łącznie z czekaniem w Tarnowie na busa), zastanawiałam się, czy dobrze robię jadąc tam. A raczej czy mam się ujawniać Basi, że jestem, czy też pozostać w cieniu. W końcu pogrzeb to bardziej rodzinna uroczystość, a ja jestem... no właśnie, właściwie to nikim. Ale z drugiej strony pomyślałam sobie, że Basi może być miło, że taki "nikt" postanowił być z nią w takim dniu. Chociaż istniała też obawa, że nie będzie zbyt zadowolona z mojej obecności. No i jeszcze mogła być jak wiele osób, którzy za nic nie chcą zrozumieć co do nich mówię... A za oknami przesuwały się krajobrazy naszej pięknej Polski. Pogoda... mówią, że to kwiecień-plecień, tymczasem wtedy przez drogę towarzyszył mi to deszcz, to słońce.
Tuż po godzinie 11:00 wysiadłam w nieznanym mi dotąd Oleśnie. Na szczęście z daleka widziałam drogowskaz informujący, która z ulic to Długa. To właśnie na niej znajdował się kościół parafialny, w którym miała się odbyć Msza pogrzebowa. Z niepokojem pokonywałam kolejne metry, aż w końcu moim oczom ukazały się dwie białe, kościelne wieże. Po drodze zaś minęłam przedszkole, dwa sklepy, bibliotekę, przedszkole, Urząd Gminy oraz pomnik przypominający o 500 letniej rocznicy Bitwy pod Grunwaldem. Ponieważ do 14:00 było jeszcze trochę czasu (ponad 2 godziny) usiadłam sobie na pobliskim przystanku i zaczęłam czytać książkę, którą miałam w plecaku.
Jakieś 20 minut przed rozpoczęciem różańca za duszę zmarłego udałam się do kościoła i zajęłam miejsce w jednej z ostatnich ławek, żeby się zbytnio nie rzucać w oczy. Sama świątynia stopniowo zapełniała się ludźmi. W pewnym momencie wniesiono trumnę ze zmarłym, za którą szła rodzina. Wśród bliskich udało mi się wypatrzeć Basię. Na Mszy rozwiązała się też zagadka, dlaczego pogrzeb był tak późno - brat Basi zmarł w Godzinę Miłosierdzia i rodzina chciała, aby pogrzeb też wypadł mniej więcej w tym czasie. W kościele zgromadziło się sporo ludzi, wynika więc z tego, że Wiesiek był lubianą w środowisku osobą.
Po Mszy wraz z innymi udałam się na cmentarz. Chwilę postałam na uboczu, po czym przełamałam po trochu wstyd, po trochu strach i zdecydowałam się podejść do rodziny. Ku mojemu zaskoczeniu Basia niemal od razu mnie rozpoznała. Była zdziwiona moją obecnością, ale w pozytywny sposób. Od razu przedstawiła mnie swojej najbliższej rodzinie, a następnie, wiedząc, że pokonałam niemałą drogę, zaprosiła mnie w swoje gościnne progi. 
Do wioski, w której mieszka pojechałam z Jej kuzynką, niezwykle sympatyczną Danusią. Chociaż znałyśmy się dopiero kilkanaście minut, rozmowa toczyła się tak, jakbyśmy były znajomymi od zawsze. W domu Basi panowała wspaniała atmosfera. W życiu bym się nie spodziewała tak ciepłego przyjęcia. No, może gdyby to nie było nasze pierwsze spotkanie, tylko kolejne... A ja naprawdę byłam zaskoczona i wzruszona tym, że traktowali mnie jak swoją. I tylko było mi głupio, że tak się wpakowałam z pustymi rękoma (może nie licząc skromnego różańca z Ziemi Świętej).
Trochę żal było odjeżdżać. Z domu Basi wyszłam nie tylko najedzona, ale i zaopatrzona na drogę w coś dla ciała i coś dla ducha (Basiu, książka już się czyta). Jej starszy syn był tak miły, że podrzucił mnie do samego Tarnowa. A ja wracając do domu jeszcze raz utwierdziłam się w przekonaniu, że to spotkanie trzeba powtórzyć. Tylko w bardziej sprzyjających i weselszych okolicznościach.

I tak na koniec - cieszę się niezmiernie z tego spotkania (już nawet z tyłu głowy zaczynają mi się układać wersy kolejnego wiersza - mam nadzieję, że jeszcze nie macie dosyć mojej poezji), ale nie czuję, abym zrobiła coś niezwykłego. Po prostu pomyślałam sobie, że Basi może się zrobić cieplej na sercu, kiedy zobaczy, że ktoś taki jak ja chce ją wesprzeć w tych trudnych chwilach. I chyba mi się to udało. Tak mnie wychowali w domu rodzinnym, tak mnie ukształtowała szkoła i studia, takie wartości przekazała mi rzesza cudownych ludzi, których miałam szczęście spotkać na swojej drodze. Staram się też kierować w życiu słowami piosenki: "Czy jest tak jak człowiek chciał, czy ktoś inny z niej do syta brał, czy ktoś inny z życia twego radość brał?". A że przy okazji mogłam spełnić jedno z moich cichych marzeń? Podobno po to one właśnie są - aby móc je realizować. A przynajmniej próbować to robić.

Wpis pisany przez 6 godzin - nie ma to jak laptop, który żyje swoim własnym życiem

czwartek, 23 lutego 2023

1530. A którą postacią z Drogi Krzyżowej Ty jesteś?

Wczoraj rozpoczął się okres w Kościele Katolickim okres przygotowujący do Wielkanocy, czyli Wielki Post. W tym dni kapłan posypuje głowy wiernych popiołem, jako przypomnienie, że każdy z nas stanie się takim popiołem po śmierci. Jednak w dalszych słowach wypowiadanych przez duchownego (przynajmniej w naszej parafii, bo wiem, że w niektórych kościołach wypowiadane jest zdanie "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię") pojawia się też nadzieja, że zostanie się wskrzeszonym w dniu ostatecznym. Posypanie głowy popiołem jest też znakiem pokuty i nawrócenia. Nawet podczas kazania ksiądz Wikary powiedział dosyć prowokacyjnie, że zanim podejdziemy do posypania głowy popiołem, każdy ma się zastanowić czy na pewno chce coś zmienić w swoim życiu (aż przemknęło mi przez myśl, że będzie ciekawie, kiedy nikt do niego nie podejdzie).
Jednym z nabożeństw odprawianych w czasie Wielkiego Postu jest Droga Krzyżowa odprawiana w piątki. W ostatni wtorek jadąc niecałe trzy godziny autobusem myślałam sobie o postaciach, które spotkał Pan Jezus idąc tamtego dnia na Golgotę. Był tam i Piłat, i Barabasz, i Jego Matka Maryja, i Szymon z Cyreny, i święta Weronika, i płaczące niewiasty, i krzyczący tłum, i żołnierze. Przynajmniej o nich wspominają Ewangeliści. A pewnie to nie jedyne postacie. I tak w pewnym momencie, kiedy za oknem autobusowym było już zupełnie ciemno (nawet za bardzo nie wiedziałam, gdzie jestem poza tym, że gdzieś na autostradzie), moje rozmyślania przybrały dosyć nieoczekiwaną formę poniższego wiersza:

Pytanie na Wielki Post

A gdyby tak Pan Jezus,
szedł dzisiaj Drogą Krzyżową
ulicami Twojej miejscowości,
i spotkałby właśnie Ciebie.
to kogo tak właściwie by spotkał?
Kochającą matkę,
która niewiele mogła zrobić dla swojego dziecka?
Szymona z Cyreny, który pomógł Panu,
ale tylko dlatego, że go do tego przymuszono.
Płaczące niewiasty, które żałowały skazańca,
bo tak nakazywała im tradycja.
Odważną Weronikę,
co nie bała się złowrogich żołnierzy,
i nie bacząc na nich,
otarła twarz Pana Jezusa,
przynosząc mu ulgę w cierpieniu.
A może tylko anonimowym widzem w tłumie,
który nie tylko w żaden sposób nie pomógł,
ale wręcz szydził ze skazańca i złorzeczył mu?
Do której z tych postaci jest Ci najbliżej
w prozie codziennego życia?

Nie są to oczywiście wszystkie postacie, ale myślę, że bez problemu można samemu dopowiedzieć kolejne osoby i co zrobiły, albo czego nie zrobiły. Do wiersza udało mi się narysować ilustrację przedstawiającą "współczesną" Drogę Krzyżową. Tylko ciut za późno spostrzegłam się, że krzyż jest nie w tą stronę co powinien...
Odpowiedź na zadane w wierszu pytanie wbrew pozorom nie jest taka prosta i oczywista. I pewnie w  dużej mierze zależy od okoliczności, w jakich się znaleźliśmy. Pewnie dlatego czasami więcej w nas z Piłata, Matki Bożej, a innym razem z żołnierzy, czy też z tłumu. Myślę, że to nie jest do końca takie złe, wszak jesteśmy tylko ludźmi. Bardziej istotne jest, abyśmy mieli w sobie jak najwięcej ze świętej Weroniki, która chyba najbardziej wspomogła Pana Jezusa w tych trudnych chwilach, ocierając jego twarz mokrym ręcznikiem. W przeciwieństwie do Szymona zrobiła to bezinteresownie, z głębi i potrzeby serca. Nie nakazywała jej tego tradycja, tak jak płaczkom żydowskim, ale zwykła ludzka empatia. I tego sobie i każdemu z Was życzę. Nie robienia czegoś na pokaz czy przymusu, ale z autentycznej empatii względem drugiego człowieka. 

niedziela, 19 lutego 2023

1529. Różnica pokoleniowa

Wczoraj ze zgrozą uświadomiłam sobie, jak bardzo duża przepaść dzieli mnie od dzieci, które przychodzą na zajęcia Oratorium. Czy one naprawdę nie umieją bawić się inaczej, niż klikając w telefon komórkowy? Gdzie się podziała ich kreatywność i wyobraźnia? Co z motywacją do nauki ("Po co mam się uczyć tabliczki mnożenia, skoro mam kalkulator w telefonie?"). Już jakiś czas temu zaobserwowałam to u dzieciaków ze świetlicy środowiskowej, ale nie w takim nasileniu jak u tych z Oratorium.
Graliśmy w kalambury połączone z głuchym telefonem. Osoba na końcu otrzymywała hasło i miała je przekazać gestami osobie stojącej przed nią, ta kolejnej, i tak do pierwszej osoby. Hasła były raczej łatwe (piłka, tablica, luneta, łuk itp.). A przynajmniej tak nam się wydawało. Bo niektórzy już po drugiej, trzeciej osobie nie wiedzieli jak i co mają dalej przekazać. Współpraca więc raczej nie jest ich mocną stroną. Potem wymyślaliśmy czym może być gazeta, jeżeli nie gazetą. Znowu animatorzy wykazali się większą kreatywnością od dzieci, które w większości wzruszały ramionami i patrzyły się na nas niczym na kosmitów. W końcu każdy z nas wypisywał różne rzeczy, które zabrałby na bezludną wyspę. Reguła była jedna - musiały się zaczynać na tą samą literę, co imię osoby siedzącej po prawej stronie. Jeżeli ktoś wymyślił 3 przedmioty, było dobrze. Przy 4 był już mistrzem.
Tymczasem moje dzieciństwo w dużej mierze składało się z tego typu zabaw, gdzie trzeba było użyć szeroko rozumianej wyobraźni. Co prawda komputer pojawił się w moim życiu jeszcze przed rozpoczęciem edukacji szkolnej, czyli gdzieś w połowie zerówki, wykorzystywany był jednak głównie do pisania dłuższych wypowiedzi. Większość czasu wolnego spędzało się na placach zabaw, gdzie czas zajmowany był przez eksploatację terytorium oraz budowanie różnych miast. Zawsze znalazł się ktoś, kto był chętny na zabawę w poszukiwaczy skarbów, bezludną wyspę, dom, restaurację, sklep, szkołę, nawet Indian i kowbojów rodem z Dzikiego Zachodu. Do dyspozycji mieliśmy zazwyczaj przybory do zabawy w piasku, a czasami nawet i nie. Do dzisiaj pamiętam jak wspaniale bawiłam się w dom podczas turnusu rehabilitacyjnego w Polańczyku, wszedłszy na zjeżdżalnię. Albo jak podczas innego turnusu w Głuchołazach zrobiłam ludzikowi (który był kamyczkiem) pokój z innych kamyczków zebranych nad niewielką rzeczką. Albo jak z kuzynostwem zrobiliśmy sobie bazę w zagajniku. Czego tam nie było - mieliśmy nawet telewizor i komputer z kamieni. Prawie jak Flinstonowie. Zauważyłam też, że nie za bardzo potrafią ze sobą rozmawiać, za to do perfekcji opanowali porozumiewanie się za pomocą różnych komunikatorów. Wiecie, mówię jak mówię, ale raczej zawsze kłapałam równo jadaczką podczas różnych zabaw. Jedyne co ryzykowałam to to, że mnie ktoś nie zrozumie. A to zdarzało się niezwykle rzadko. Zwłaszcza, że w zabawach z moich czasów prym wiodło wiele zabaw słownych - wyliczanki, rymowanki, zagadki słowne, przyśpiewki. Do dzisiaj pamiętam większość piosenek, których nauczyły mnie moje kochane kuzynki. A przecież nie mogłam mieć wtedy więcej niż 4-5 lat. Ciekawa jestem, czy one jeszcze pamiętają naszą "wadowicką listę przebojów" i te zabawy w "stonogę" i w "pingwinki". Oj, ile było przy tym śmiechu w mroźne, zimowe dni... Telewizję też się oglądało - oprócz legendarnej "Wieczorynki" prym u mnie wiodły "Zwariowane melodie" oraz wszelkie teleturnieje, które do dzisiaj są moją miłością. A, i chociaż nie było komórek, to żaden rodzic nas nie szukał. Tylko niektóre mamy wołały z okna dzieci na obiad. Ja zaś, może miałam wtedy z 6-7 lat, przychodziłam do domu wtedy, jak zgłodniałam, ewentualnie jak rozbiłam kolano, albo z nieba naprawdę lunęła ulewa. 
Ja wiem, że czasy się zmieniły, priorytety też, technika poszła do przodu, ale jak słyszę, że dziecko najchętniej zabrałoby na bezludną wyspę jakąś influanserkę (nawet nie wiem, jak to się pisze, ale cieszę się, że przynajmniej powiedziało kim jest wymieniona przez nie osoba) to dopadają mnie takie dziwne myśli.
I tak na przekór temu wszystkiemu - Archimedes został laureatem ogólnopolskiej olimpiady fizycznej (a więc ma już 100% z rozszerzonej matury z tego przedmiotu). Jest mądry. I bystry. Ale jakoś musi sobie radzić nie posiadając rąk, a nogi mając porażone. Test, taki sam jak inni, wypełniał trzymając długopis w ustach, tym długopisem wykonywał też działania obliczeniowe na kalkulatorze. Ile go to wszystko kosztowało wie tylko on sam. Tym bardziej, że poziom nauczania fizyki w liceum, do którego uczęszcza jest raczej niski (z powodu złożoności niepełnosprawności wybrał ogólniak dla niewidomych, dzięki któremu ma dostosowany tryb nauki do możliwości, jednak ma on rozszerzone tylko humanistyczne przedmioty). Ale udało się. Pokazał ile potrafi mimo ograniczeń narzuconych mu przez ciało.
Co potrafi pokazała też Kropka, która po śmierci siostry (będącej jej rodziną zastępczą) wraz z siostrzeńcem trafili do placówki opiekuńczo - wychowawczej. Po dwóch latach nauki w wymagającym liceum, z którą radziła sobie mimo całej sytuacji (opiekowała się umierającą siostrą) rewelacyjnie (średnia 5,32 przy rozszerzonej matematyce, chemii, biologii i j. angielskim), zmieniła szkołę na technikum. Dotychczas chciała zostać farmaceutką, teraz też jest na kierunku związanym z chemią, jednak młodzieńcze marzenia musiały ustąpić rzeczywistości. Kropka wie, że musi się jak najszybciej usamodzielnić, a po technikum jest szansa, że szybciej znajdzie jakieś zatrudnienie. Wtedy zaś będzie mogła starać się o zostanie rodziną zastępczą dla siostrzeńca. Mimo zmiany szkoły i nieciekawej sytuacji życiowej pierwszy semestr zakończyła ze średnią powyżej 5,0. Sama się śmieje, że nauki ma tak dużo, zwłaszcza że musi nadrobić przedmioty zawodowe, że nie ma na nic czasu.

piątek, 17 lutego 2023

1528. W Dniu Kota Pusia się na mnie skarży...

Wreszcie udało mi się dorwać do komputera. Co próbuję do niego usiąść, to "Matka" Karolina bezczelnie mnie zestawia na podłogę. Tak nie może być! Ja stanowczo protestuję przeciwko takiemu traktowaniu. A to nie jedyna moja życiowa tragedia z jaką przyszło mi się zmierzyć. Chyba mam prawo raz do roku zaprotestować przeciwko traktowaniu mnie jak jakiegoś zwierzęcia. Ja jestem kotem, Panie i Panowie i dopominam się o to, co mi się z tego tytułu należy!

Tragedia nr 1: "Matka" NIE wstaje o 5 rano! - Szok, niedowierzanie, rozpacz. Już od 4 rano robię wszystko, by zwlec z łóżka tę leniwą istotę! Tymczasem ona nadal śpi... Wrzaski, gryzienie w stopy, powolne deptanie po Karolinie - niestety nic nie przynosi rezultatów. A ja domagam się jej uwagi! Przecież głośno krzyczę! Tak bardzo czuję się ignorowana! Domagam się wezwania ludzi, którzy zainterweniują - tutaj rozgrywają się prawdziwe kocie tragedie!

Tragedia nr 2: "Matka" zabiera mnie do weterynarza - To tak traumatyczna sytuacja, że mówienie o niej przychodzi mi z prawdziwym trudem! Karolina zabiera mnie w miejsce, którego szczerze nie cierpię. Uważa, że to niby dla mojego dobra. Stanowczo się z tym nie zgadzam! Oni mnie tam kłują, oglądają zęby, wyginają we wszystkie strony, a co najgorsze - twierdzą, że tego potrzebuję. Czy coś w tym dziwnego, że krzyczę wtedy ile mam sił w płucach? Dlaczego nikt mnie wtedy nie słucha? Chyba tylko ci z organizacji pro zwierzęcych by mnie zrozumieli... Na koniec, po powrocie do domu, dostaję coś dobrego do jedzenia. Słyszę, że jest to nagroda. Szkoda tylko, że zupełnie nieadekwatna do tego co musiałam przejść!

Tragedia nr 3: "Matka" chce zająć miejsce, które należy do mnie! - To moje miejsce! Moje i tylko moje! Co z tego, że to fotel, który jest jej niezbędny do pracy przy komputerze? Obiera się mi moją przestrzeń! Nie szanuje się mnie! Czy naprawdę nikt nie rozumie, że zawsze leżę tu tylko ja? Nie interesuje mnie kilka posłań, które Karolina dla mnie przygotowała! Nawet ten karton, który zazwyczaj bardzo lubię, obecnie mało mnie interesuje... Spotkała mnie dziś prawdziwa tragedia. Co na to stowarzyszenia ratujące biedne koty? Na pewno jestem jednym z nich! Niech mi tylko ktoś poda do nich numer telefonu.

Tragedia nr 4: "Matka" odmawia mi kolejnej kolacji - Proszę i proszę... Nie jadłam nic od godziny! Tymczasem Karolina mruczy coś pod nosem o nadwadze i jakiś problemach zdrowotnych. Słyszę, że trzeba ograniczyć mi jedzenie. Nic z tego nie rozumiem. Znowu cierpię i stanowczo domagam się właściwego traktowania.

Tragedia nr 5: "Matka" wygania osę z domu - A tak dobrze się bawiłam! Do mieszkania wpadła osa, która bzyczała i miała paski. Tymczasem nie tylko zostałam ewakuowana do drugiego pokoju, ale kiedy wróciłam - nie było ani śladu po mojej ofierze. Uważam to za skandal! Została mi odebrana --możliwość zabawy! Czuję się oszukana! Obrońcy praw zwierząt na pewno przyznają mi rację!

Tragedia nr 6: "Matka" szczotkuje mi brzuch - Tortury! Jestem torturowana. Błagam, pomóżcie mi! Kłaki? A co to są te kłaki? Co chwilę słyszę to słowo, kiedy przez całą minutę jestem zmuszana do szczotkowania mojego biednego brzucha. Dlatego ogłaszam strajk, o! I krzyczę. Może ktoś mnie usłyszy?

Tragedia nr 7: "Matka" nie chce iść na spacer - Czy zrobiłam coś złego? Dlaczego zasłużyłam na taki los? Już od godziny proszę ją o trzeci spacer tego dnia. Czy to tak wiele? Czego tu Karolina nie rozumie? Krzyczę pod drzwiami długo, bo bardzo kocham spacery po trawie, nowe zapachy, obserwowanie na żywo ptaszków... No przecież nie proszę o wiele. Karolina mówi coś o prezentacji, którą musi dzisiaj skończyć. I dodaje, że jutro na pewno znowu wyjdziemy na zewnątrz. Nie rozumiem. Czuję się bardzo opuszczona i nie interesują mnie nawet moje ukochane chrupki. Dlatego żądam wezwania odpowiednich władz, które nie tylko są w stanie zrozumieć moją straszną sytuację, ale też przeprowadzą odpowiednią interwencję.

Tragedia nr 8: "Matka" wie, że widzę ptaka na drzewie i nie mogę go złapać! - Przecież go widzę! Siedzi tak niedaleko, na drzewie. Dostrzegam go przez szybę. Czasem nawet słyszę jego trele, kiedy okno jest otwarte. Tymczasem oddziela mnie od niego jakaś dziwna siatka! Błagam! Zdejmijcie ją! Albo powiedzcie w jaki sposób mam go dosięgnąć? Niech ktoś mi pomoże. Proszę, zadzwońcie po pomoc. Karolina uważa, że kilka gonitw za piórkiem i dobre jedzenie na koniec takiego polowania sprawi, że poczuję się dobrze. Zgadzam się, ma rację. Jednak dalej uważam, że kiedy sobie czegoś życzę... Dlatego należy wezwać tych, którzy staną w mojej obronie. Takie tragedie przeżywam codziennie. Powiedzcie sami, czy to jest sprawiedliwe?

Tragedia nr 9: "Matka" zamyka drzwi do łazienki - Czy to jest jakiś żart? Przecież wiadomo, że zawsze chcę siedzieć po drugiej stronie drzwi. Co mnie interesuje ulubione hasło Karoliny: "odrobina świętego spokoju"? Raczej kolejny raz czuję się ignorowana. Dlatego krzyczę, aby wezwać pomoc, niech ktoś interweniuje!

Tragedia nr 10: "Matka" nie zgadza się na skakanie po zasłonach - To kolejny kłopot w mojej relacji z Karoliną. Umówmy się - przecież mieszkam u siebie. Skaczę, próbuję się wspinać, a regularnie jestem z tych zasłon zdejmowana. To też moje zasłony! Czym zasłużyłam sobie na ten los? Niczym! Dlatego wszczynam bunt. Niech wszyscy wiedzą, że w tym mieszkaniu ogranicza się moje podstawowe kocie prawo - do robienia tego co chcę i kiedy chcę! Czym są kocie tragedie jak właśnie nie tym? Wezwie ktoś odpowiednie służby? Poratuje ktoś biednego mruczka? Bądźcie ludźmi...

Na podstawie: https://www.onet.pl/styl-zycia/kotypl/kocie-tragedie-zyciowe-czyli-jak-mozesz-mi-to-robic/5bs9d4g,30bc1058

czwartek, 16 lutego 2023

1527. Tyle masz ile dasz

Jako, że dzisiaj w kalendarzu wypada Tłusty Czwartek, a ja mam chwilowo mam ciut wolnego czasu, postanowiłam wykorzystać go na pieczenie moich ukochanych faworków. Oczywiście sklepowe półki uginają się tego dnia pod ciężarem smakołyków, ja jednak kocham spędzać czas przy mojej gazowej kuchni. Niestety, na co dzień sprowadza się to do odgrzewania jedzonej przez parę dni zupy, dlatego jak tylko mam czas, chwytam książkę z przepisami i po prostu pichcę. Nawet jeżeli przyrządzę coś, czego nie mogę jeść ze względu na alergię albo refluks żołądkowy, to po prostu zanoszę ciasto (zwane w niektórych częściach Polski plackiem) jednej z sąsiadek za pomoc, jaką od niej otrzymuję. Jeszcze nie miałam reklamacji, więc chyba da się je zjeść.
Faworki są punktem sztandarowym mojego Tłustego Czwartku. Pączków może nie być, ale chrust to swoista "świętość". Pamiętam jak w dzieciństwie pomagałam mamie w przygotowaniu ich, moje pierwsze faworki upiekłam w drugiej albo trzeciej klasie gimnazjum. Oczywiście były one bardzo "niezdarne" (i takie są do dzisiaj), ale zjadalne. Teraz właściwie każdego roku w okolicy Tłustego Czwartku w moim mieszkaniu unosi się zapach smażonego ciasta.
Do wypieku faworków używam wręcz banalnego przepisu: 400 gram mąki, 4 żółtka, 150 gram jogurtu naturalnego, pół łyżeczki cukru i soli, łyżka stołowa octu. W misce mieszam substancje sypkie, takie jak mąka, cukier i sól, a następnie dodaję substancje mokre, czyli żółtka, śmietanę i łyżkę octu. Z tymi żółtkami to czasami mam problem, bo jak za mocno chwycę jajko, to nawet nie muszę go rozbijać - samo pęka, wylewając żółto-przeźroczystą maź na blat stołu. Dzisiaj jednak miałam chyba lepszy dzień, bo żadne z czterech jajek "nie wybuchło" w mojej łapie. Wszystkie składniki mieszam i wyrabiam na jednolitą masę. Ciasto powinno być dobrze napowietrzone, ale przyznam się szczerze, że nie przywiązuję do tego aż tak dużej wagi. Następnie rozwałkowuję mniejszymi partiami ciasto, a nieużywane jego części trzymam schowane w folii. Stolnicę posypuję mąką, dzięki czemu ciasto aż tak nie przywiera do spodu. Staram się rozwałkowywać ciasto bardzo cienko - faworki są wtedy bardzo kruche. Jednak jak mi się to nie uda, to też nic nie szkodzi. Rozwałkowane ciasto kroję na mniejsze prostokąty pośrodku których robię nacięcie. To przez nie przeciągam oba końce faworków robiąc charakterystyczny zawijas. Faworki smażę na rozgrzanym tłuszczu. Idealną temperaturę poznaję po tym, że wrzucony faworek od razu wypływa na powierzchnię, a wokół niego tworzy się piana. Faworki smażę aż się zarumienią. Lepiej nie wkładać na tłuszcz zbyt dużej ilości faworków, ponieważ one rosną. Lepiej wrzucić ich mniej, a częściej. Dobrym patentem jest kładzenie usmażonego chrustu na papierowych ręcznikach - dzięki temu nadmiar tłuszczu zostanie wchłonięty.
W tym roku proporcje składników nieco się zwiększyły, ponieważ w sobotnie popołudnie przychodzi do mnie Kropka z siostrzeńcem i wypada czymś ich ugościć. A poza tym ubzdurałam sobie zanieść część faworków na sobotnie zajęcia do Oratorium. Niech sobie dzieci troszkę podjedzą. A i animatorzy pewnie z tego skorzystają. Wszystko już podzieliłam zostawiając też coś sobie na talerzu. W końcu nawet była kiedyś taka piosenka roratnia: "Ile dasz tyle masz". To tak niewiele, ale może komuś zrobić radość i przyjemność.

Na koniec ogłoszenie pasterskie: Puśka przemiaukuje, że chciałaby się wypowiedzieć na blogu. Chyba odstąpię jej jutro klawiaturę. A więc - drżyj ziemio i klękajcie narody, bo nie wiadomo co jej przyjdzie do łebka...

środa, 15 lutego 2023

1526. Wyczekiwane ferie

Wczoraj zdawałam mój ostatni egzamin z tej sesji - z psychopatologii. Chociaż nie wiem, czy bardziej walczyłam na nim z kolejnymi podchwytliwymi pytaniami od prowadzącej wykłady z tego przedmiotu, czy może z gorączką i ogólnym osłabieniem, które towarzyszą mi od kilku dni. Ale dałam radę, zdałam pozytywnie kolejny przedmiot i jestem krok do przodu. W związku z tym wreszcie nadszedł ten moment, kiedy wszelkie wypożyczone z bibliotek książki o charakterze naukowym mogą zostać do nich zwrócone. Ja zaś po zdaniu siedmiu egzaminów na dwóch kierunkach mogę na najbliższych 12 dni odetchnąć z ulgą. Oceny mnie satysfakcjonują, chociaż w niektórych przypadkach mogłyby być lepsze. Z drugiej strony moja najgorsza ocena to 4, więc też nie jest tak całkowicie miernie. Nawet jest dobrze, zważając na mój aktualny rozkład dnia. A w "nagrodę" pokusiłam się nawet na zakup książki dotyczącej polskich lekkoatletów.
Trudno mi uwierzyć w to, że to już ostatni semestr na licencjacie z nauk o rodzinie. Przecież dopiero co poszłam na pierwsze zajęcia na wydziale z podstaw filozofii. Były to jedyne zajęcia w formie stacjonarnej na pierwszym roku. Zdążyłam jeszcze porozmawiać z jedną z dziewczyn. Następne stacjonarne miały być w następnym tygodniu (w pozostałe dni zajęcia były zdalne). Do tego momentu przyszło jednak rozporządzenie o całkowitym przejściu uczelni na nauczanie zdalne. Wskutek tego cały pierwszy rok uczyliśmy się przylepieni do ekranów swoich komputerów. Chyba dlatego też nie wytworzyły się między nami żadne szczególne więzi. To nie jest oczywiście tak, że wszyscy patrzymy na siebie wilkiem, ale nawet z niektórymi ludźmi z pedagogiki mam lepszy kontakt dzięki nauczaniu hybrydowemu. Teraz czeka nas ostatnia prosta, podczas której przyjdzie nam się zmierzyć m.in. z takimi przedmiotami jak naturalne metody planowania rodziny, opieka paliatywna, podstawy psychoterapii, podstawy diagnozy pedagogicznej, rodzina w religiach i kulturach świata oraz seminarium dyplomowym. Dodatkowo każdy z nas musiał sobie wybrać jakiś wykład monograficzny - w moim przypadku jest to monograf "Kościół wobec świąt i zwyczajów pogańskich". 
W ciągu tych niecałych dwóch tygodni trzeba trochę zająć się pracą licencjacką. Nie mam w jej pisaniu jakiś specjalnych zaległości, nawet jestem ciut do przodu. Chciałabym jednak aby tak zostało. 
Wraz z pozostałymi animatorami z Oratorium planujemy zrobić oratoryjną Drogę Krzyżową. Marzy mi się, aby były dwie: jedna dziecięca, a druga młodzieżowa i animatorska. No i jeszcze mam dwa marzenia. Jedno to oratoryjne czuwanie podczas jednego dnia Triduum Paschalnego. Najlepiej Wielkiego Piątku, bo mam pomysł jakby to mogłoby wyglądać. A drugie to półkolonie, które kiedyś były wizytówką naszej parafii. Jak dobrze pójdzie, to za rok zrobię na uczelni kurs kierownika kolonii i będziemy bardziej niezależni. Jednak teraz jesteśmy zdani na humor i dobrą wolę proboszcza. Zastanawia mnie jednak, czy wikary nie ma takich uprawnień. Z drugiej strony, gdyby je miał to może by zrobił półkolonie zimowe? Chociaż tak naprawdę będę szczęśliwa, jak proboszcz pozwoli nam na chociażby jedną Drogę Krzyżową. Jednak niech ponegocjują z nim inni - nie lubi mnie, więc jest dużo większe prawdopodobieństwo, że szybciej przystanie na tego typu pomysł, kiedy pójdzie z nim ktoś inny niż ja.
W tym roku postanowiłam postarać się o dofinansowanie do zakupu mobilera w ramach likwidacji barier technicznych. Z jednej strony jestem dość sceptycznie do tego nastawiona, bo kiedy ostatnio składałam wniosek o dofinansowanie do turnusu rehabilitacyjnego (zrobiłam to zaraz na początku roku, żeby nie było), to otrzymałam odpowiedź, że owszem, kwalifikuję się, ale pieniądze zostały już rozdysponowane między osoby ze znacznym stopniem. Właśnie, nie podoba mi się w programach PFRON to, że dostają pieniądze na wszystkich. W ten sposób wszystko idzie w pierwszej kolejności na znaczny stopień, więc podejrzewam, że ci z lekkim mało co dostaną. Bardziej sprawiedliwe byłoby, gdyby były cztery pule: dla dzieci i młodzieży, dla dorosłych ze stopniem znacznym, umiarkowanym i lekkim. Wtedy każdy miałby szansę coś dostać, nawet gdyby rozpatrzono mniejszą ilość wniosków. Ale wtedy ten, który nie dostał dofinansowania w roku A, miałby większe szanse w kolejnym. Z drugiej jednak strony, wnioski o likwidacje barier technicznych są rzadziej składane niż inne. A dla mnie nawet gdyby przyznaliby mi ten tysiąc złotych to byłoby sporą ulgą. Poza tym wrócę do trenowania lekkiej, tylko pod inną postacią. I mam nadzieję, że z dużo lepszym trenerem. Bo ten obecny to jakaś porażka. Zamiast się posuwać do przodu, albo przynajmniej stać w miejscu, to przy nim zaczęłam się bardziej cofać niż wtedy, kiedy wcale nie trenowałam. Może i jest "dobry" w konkurencjach technicznych (ciekawa jestem jakie Młodsza miałaby wyniki, gdyby nie dodatkowe treningi z kimś innym), ale jak dla mnie w biegowych wcale się nie sprawdza. Co wyjdzie z dofinansowania dowiem się dopiero w kwietniu, a więc całkiem niedługo.

Trzymajcie się ciepło!

piątek, 10 lutego 2023

1525. Jose Sanchez del Rio - jeden z moich ulubionych świętych

Nie znałam go do lipca 2016 roku. I pewnie bym go "nie poznała", gdyby nie tamto czwartkowe popołudnie, kiedy wraz z innymi wolontariuszami uczestniczyłam w Ceremonii powitania Ojca Świętego Franciszka na krakowskich Błoniach. Za nami stała cała rzesza przybyłej na to spotkanie młodzieży z różnych stron świata. A my staliśmy spokojnie w przeznaczonym dla nas sektorze "V" i obserwowaliśmy całe wydarzenie na rozstawionych telebimach. 
Jednym z punktów spotkania było odczytanie Ewangelii według św. Łukasza w języku polskim oraz starocerkiewnosłowiańskim. Wcześniej jednak księga była przekazywana sobie przez przedstawicieli młodych z różnych kontynentów, którzy żyli i kierowali się w swoim życiu wskazówkami zawartymi w Słowie Bożym. W ten sposób powstała taka jakby sztafeta czasoprzestrzenna, której ostatnim ogniwem był pulpit na ołtarzu głównym. Wśród świętych i błogosławionych byli m.in. święta Jadwiga królowa, Dominik Savio, czy też Jerzy Frassati, czyli raczej znane postacie. Ale pojawiły się też i mniej znani. Wśród nich był dosyć tajemniczo brzmiący Jose Sanchez del Rio.
Na początku ta postać nic mi nie mówiła. Ba, aby zobaczyć kim on tak właściwie jest, musiałam poczekać kilka dni, aż wróciłam do domu. Jeszcze tego samego dnia poszukałam na Internecie czegoś, co by dotyczyło wydarzeń z poprzedniego tygodnia. Nie było to trudne, bo w sieci aż gorzało od relacji na temat ŚDM-u w Krakowie. Dzięki temu znalazłam także pisownię nazwiska tajemniczego błogosławionego, który mnie zaintrygował.
Po nitce do kłębka dotarłam do jego biografii, która mnie oczarowała tak bardzo, że postanowiłam się nią z Wami podzielić z okazji kanonizacji Jose Sanchez del Rio, która miała miejsce zaledwie 2,5 miesiąca po ŚDM-ie (to był >>TEN<< wpis). Jose, już jako święty, był też jednym z patronów Światowych Dni Młodzieży w Panamie.
Ostatnio udało mi się znaleźć ciekawy filmik prezentujący jego historię. Kiedyś puszczę go dzieciom na Oratorium. Dziś, z okazji liturgicznego wspomnienia del Rio, postanowiłam podzielić się nim z Wami,.
Sam Jose bardzo szybko stał się moim niebiańskim przyjacielem, do którego lubię się zwracać. Muszę przyznać, że im więcej o nim wiem, tym bardziej go lubię i podziwiam. Jest mniej popularny, więc wychodzę z założenia, że ma więcej czasu, aby mnie wysłuchać. Zastanawia mnie tylko, czy rozumie polski język, skoro jego ojczystym jest hiszpański. A jednocześnie wierzę, że jako święty ma jakieś poliglotyczne zdolności...
Trzymajcie się ciepło.

czwartek, 9 lutego 2023

1524. "Zimowy Bieg Zbója" po raz drugi

Ostatnio rzeczywistość nieco mnie przytłacza, a mój poziom odbierania świata odbieram jako swoiste deja vi. Pozwólcie, że szczegóły zostawię dla siebie. W każdym razie potrzebowałam jednego dnia oddechu, takiego podczas którego chociaż na chwilę zapomnę o pewnych sprawach oraz odpocząć na chwilę od nauki, chociaż człowiek tak naprawdę jest w samym środku sesji i jeszcze czeka go trochę materiału na jednym i na drugim kierunku do zaliczenia. Taką odskocznią okazała się kolejna impreza sportowa, w której wzięłam udział.
Tym razem na "Zimowy Bieg Zbója" odbywający się rok rocznie w Bielsku-Białej zapisałam się sama. Właściwie to nie na sam bieg, ale na wolontariat w jego trakcie. Napisałam do głównego koordynatora (zwanego Rumcajsem) wiadomość, że chcę i mogę być, a w wiadomości zwrotnej otrzymałam po prostu: "Ależ oczywiście, zapraszamy". Zaraz potem nawiązałam kontakt z ludźmi, którzy rok temu odwieźli mnie po "Zbóju" do Katowic, czy i w tym roku będę mogła się z nimi zabrać w jedną i w drugą stronę. Okazało się, że nie ma problemu. Co prawda musiałam wstać o 3 nad ranem, aby na 5 być na Katowicach-Ligocie, ale za to nie musiałam się tłuc pociągami.

O 3:57 miałam najlepszy autobus do Katowic
O godzinie 4:57 wysiadłam z pociągu na Ligocie i chwilkę poczekałam na moich szoferów. Byliśmy ze sobą w kontakcie telefonicznym, toteż wiedziałam, że się spóźnią. Kiedy już podjechali pod Centrum Przesiadkowe i przywitaliśmy się, wsiadłam do ich auta i ruszyliśmy w godzinną drogę w kierunku Bielska - Białej. Czas umilała nam muzyka w radiu oraz podcast dotyczący dylematu czy Kolumb był Polakiem, czy też nie.
Krótko po godzinie 6:00 byliśmy już na miejscu. Adam zaparkował samochód na parkingu na bielskich Błoniach, a ja i Ola udałyśmy się do Biura Zawodów. Po drodze spotkaliśmy Rumcajsem, z którym także serdecznie przywitaliśmy się. Ponieważ nie miałam nic ciekawszego do roboty, zaangażowałam  się w wydawanie pakietów startowych zawodnikom.
Problemy problemami, ale na uśmiech (chociażby krzywy) zasługuje każdy
W biurze zawodów bywają różne, czasami bardzo zabawne sytuacje. Na przykład jeden z zawodników zapomniał dowodu tożsamości, przez co nie mogliśmy wydać mu pakietu startowego. Zawodnik próbował negocjować: Ale proszę pani, jest niedziela, musiałem wstać o 6 rano, aby tutaj dojechać. Na co ja: A ja musiałam wstać o 3, aby tutaj dojechać... Zawodnikowi oczy robią się oczy jak pięciozłotówki, po czym komentuje: Ok., nie ma tematu. 
Ekipa z biura zawodów

Biuro zawodów zakończyło swoją działalność o 9:30, kiedy to wystartował bieg na 13 kilometrów. Większość z nas udała się na strefę startu/mety, gdzie rozdawaliśmy medale tym, którzy przybiegali na metę. Na zielonych tasiemkach były dla zawodników biegnących na 13 km, na czerwonych dla tych, którzy biegli na 26 kilometrów, a na czarnych dla tych, którzy biegli najdłuższy dystans - 39 kilometrów. Zanim jeszcze stanęłam za linią mety poszłam wraz z wieloma innymi osobami posilić się pysznymi pieczonkami. Bo takim charakterystycznym elementem Zbójowych biegów są właśnie pieczonki, niezależnie od tego, czy jest jego zimowa, czy też letnia edycja. Są pyszne i naprawę warto zgłosić się po nie i to nie raz. Zwłaszcza, że wolontariuszom przysługuje więcej niż jedna porcja. Organizatorzy zadbali też o namiot, w którym wystawiono ławy i ławki, dzięki czemu można zjeść posiłek w zadaszonym i osłonionym o deszczu i wiatru miejscu.
Pogoda była skrajnie różna od tej, jaka była w zeszłym roku. Rok temu finiszujący biegacze ślizgali się na błocie utworzonym przez zmieszanie roztopionego śniegu z grudkami ziemi. W tym roku ślizgali się na lodzie ukrytym pod śniegiem. Na trasie też było sporo nasypanego śniegu, toteż organizatorzy od kilku dni prosili zawodników o zachowanie szczególnej ostrożności. Każdy biegnący na 26 lub 39 kilometrów mógł też zrezygnować z dalszego biegu po pokonaniu pierwszej albo drugiej  pętli. Swoją drogą zastanawiałam się nawet, czy nie odwołają imprezy z powodu warunków atmosferycznych. Ale Klimczok to nie Tatry, więc i ryzyko lawiny było praktycznie zerowe. A i miejscowi wolontariusze, którzy dzień wcześniej wyszli znaczyć trasę biegu, zrobili w śniegu tunele, którymi można było później pobiec.
Gdzieś około godziny 15:00 Adam i Ola postanowili wracać do domu, a ja z nimi. Pożegnaliśmy się więc z tymi, których mieliśmy pod ręką i ruszyliśmy w stronę Katowic. Tym razem pozwoliłam sobie na krótką drzemkę. W końcu od 12 godzin byłam na nogach. Nawet nie wiem, kiedy dojechaliśmy na miejsce. Jeszcze tylko godzinka i byłam w domu.
To był męczący dzień, ale pozwolił mi się chociaż na chwilę oderwać od prozy codzienności.

sobota, 4 lutego 2023

1523. Po Dniu Islamu

Gdybym wiedziała, że spotkanie z księdzem Wojtkiem aż tak mnie rozstroi emocjonalnie, to nie wiem, czy bym się na nie decydowała. Chociaż nie wiem czy to chodzi o samo spotkanie, czy o mój poprzedni wpis, w którym wspominałam "stare dobre czasy". To chyba jeszcze bardziej na mnie podziałało, bo nagle uświadomiłam sobie, jak dużo dobrego, chociaż przeciętnego i codziennego działo się w ciągu tamtych dwóch lat. Weszłam do wspólnoty pełnej otwartości i tolerancji wobec drugiego człowieka. A przy okazji poznałam, jak wiele zależy od kierownika tego typu organizacji, który jest odpowiedzialny nie tylko za funkcjonowanie Oratorium, ale i za szlifowanie charakteru i osobowości działających w nim animatorów. Bo z tym ostatnim na przestrzeni lat bywało naprawdę różnie. Myślę, że w byciu kierownikiem Oratorium nie chodzi o całkowite bratanie się z młodzieżą, ale o z jednej strony staranie się wyjść naprzeciw ich problemom i oczekiwaniom, a z drugiej stawianiu im jasnych granic i egzekwowanie, żeby ich nie przekraczano. Nie oznacza to, że wszyscy następni kierownicy są źli, ale większości z nich brakuje jednak tego czegoś...
W poniedziałek na Wydziale Teologicznym obchodziliśmy XXIII Dzień Islamu w Kościele Katolickim w Polsce. W tym roku obchodzony był on pod hasłem "Chrześcijanie i muzułmanie: dzieląc radości i smutki". Co prawda sesja była za pasem, jednak zachęcona podobnym wydarzeniem dotyczącym Dnia Judaizmu w KK (o którym pisałam >>TUTAJ<<), postanowiłam wziąć i w tym udział. Oczywiście na biurku leżał stos notatek, które prędzej czy później trzeba przyswoić, ale i od nauki czasami trzeba odpocząć. 
W zasadzie to było ciekawie. Tym bardziej, że w spotkaniu brali także udział ludzie z Kenii i z Zambii. Przedstawiciele muzułmanów przedstawili nam swoje zdanie i racje co do Koranu oraz miejsca Jezusa i Maryi w ich religii. Jeden z prelegentów nawet czynnie i bezinteresownie włączył się w pomoc uchodźcom z ogarniętej wojną Ukrainy, co zostało zaakcentowane na spotkaniu. Myślę, że stawiło to ich w bardzo dobrym świetle. Na koniec, podobnie jak w przypadku Dnia Judaizmu, odmówione zostały modlitwy zarówno chrześcijan, jak i muzułmanów.
Pewnie wielu z Was zastanawia się po co jest taki Dzień Judaizmu i Dzień Islamu w Kościele Katolickim. To nie jest tak, że od razu po nich wszyscy otwierają się na dialog z innymi religiami. Bo po publikacji wpisu na temat Dnia Judaizmu mam wrażenie, że niektórzy z Was myślą, że to na tym tylko polega. Problem z dialogiem międzyreligijnym polega na tym, że nie dość, że niedostatecznie znamy specyfikę tej drugiej religii, to jeszcze bazujemy na stereotypach. A stereotypy niejako zasłaniają nam realny obraz danej sytuacji. Znam to z autopsji. Dni innych religii w Kościele Katolickim mają więc na celu przede wszystkim przybliżyć wiernym ich specyfikę. A nikt nie zrobi tego lepiej niż sami wyznawcy innych religii. Dlatego są zapraszani do wspólnot katolickich, aby jedna i druga strona lepiej się poznała.