 |
| Oto jak na Górnym Śląsku przyroda przeplata się z przemysłem |
Trzeba przyznać - tegoroczna jesień zdecydowanie nas rozpieszcza. Jak na pierwszy tydzień listopada pogoda jest wyjątkowo udana. Co prawda rankiem chwyta już lekki przymrozek, a wtorek uraczył Górny Śląsk dość pokaźnym deszczem, za to dni są niezwykle piękne. Drzewa mienią się różnymi kolorami jesieni, słońce jeszcze przygrzewa. Po prostu jest magicznie. Człowiek przesiaduje praktycznie wszystkie przedpołudnia w murach uczelni i tylko patrzy, aby wyjść na to przyjemne ciepełko na dłużej, niż tylko kwadrans oddzielający jedne zajęcia od drugich.
W tak niezwykłej aurze, połączonej z pięknem katowickiego parku na Muchowcu, odbył się ostatni z biegów upamiętniających stulecia trzech kolejnych Powstań Śląskich. Udało mi się wziąć udział w
pierwszej edycji, której trasa wiodła raczej po centralnych ulicach Katowic(tymi samymi, co rok wcześniej zorganizowano bieg "
Wolność na 5"). Zeszłoroczną edycję znokautowała pandemia koronawirusa. Tzn., kto chciał, ten mógł pobiec w biegu wirtualnym. Nie wiem jednak dlaczego, ale nie zauważyłam, kiedy prowadzono zapisy(przez internet). A kiedy się zorientowałam, było już na to za późno. W tym roku "czatowałam" na ogłoszenie startu zapisów od początku października. W końcu zobaczyłam wyczekiwaną grafikę zapowiadającą wydarzenie oraz link do wpisania się na listę startową.
 |
| grafika informująca o wydarzeniu (źródło - facebook) |
Jak zapewne się domyślacie, nie trzeba było mnie dwa razy namawiać(zresztą w ogóle nie trzeba było mnie namawiać). Jedyne co mnie frapowało to miejsce startu, które zawsze było spod liceum będącego organizatorem biegu. Zważając jednak na korki spowodowane remontem na ul. Porcelanowej domyślam się, że nikt nie chciał dodatkowo paraliżować ścisłego centrum miasta. Zresztą na Muchowcu odbywa się masa imprez sportowych, w niektórych nawet pomagam, więc miejsce jest jak najbardziej sprawdzone. Jedyny mankament to dojazd, ale nie ma rzeczy doskonałych.
Trochę się rano zdenerwowałam, kiedy uciekł mi autobus, na który "polowałam". No nic, jeden odjechał, przyjedzie następny. Chociaż, zważając na armagedon podczas wjazdu do stolicy mojego województwa, wolałam jechać tym upatrzonym. Kolejny podjechał kilka minut później. Wsiadłam do niego, zajęłam miejsce i zaczęłam czytać wskazane przez profesorkę rozdziały książki do antropologii. W poniedziałek mamy wejściówkę, a skoro podróż do Katowic trwała godzinę, to warto tą godzinę jakoś sensownie zagospodarować. Czasu wolnego mam niewiele, więc staram się wykorzystać każdą taką okazję. I chyba nawet jakoś mi to wychodzi. Ostatnio trochę się wykazałam wiedzą na zadawane przez prowadzącą zajęcia pytania, co nieco umocniło mnie w przekonaniu, że pedagogika była dobrym wyborem.
W Katowicach kolejny klops, bo autobus mogący dowieść mnie bezpośrednio na miejsce startu, miał przyjechać dopiero o 10:01. Zważając, że biuro zawodów było otwarte teoretycznie do 10:30(chociaż w praktyce to do ostatniego klienta), robiło się coraz ciekawiej. Adrenalina rosła, zwłaszcza w momentach, kiedy pojazd po raz trzeci przejeżdżał przez to samo rondo na osiedlu Paderewskiego. W końcu wjechał w ulicę Francuską i podążał nią do samego końca.
Ja jednak wysiadałam na przedostatnim przystanku. Już z daleka było widać coś, co ja nazywam "miasteczko sportowe". Nie musiałam więc go szukać - a więc jeden problem z głowy. Zauważyłam też, że nie tylko ja przybyłam praktycznie na ostatnią chwilę, a tym samym wiedziałam, że raczej nie zamkną mi biura przed nosem. Jeszcze tylko upewniłam się co do mojego numerka startowego i stanęłam w trzeciej kolejce, która prowadziła do stanowiska wydającego numerki od 101 do 150. Szczerze powiedziawszy to myślałam, że będę stała dłużej. A tymczasem ani się obejrzałam, a już stałam przy stole. Po chwili otrzymałam mój pakiet startowy, na który składała się "nerka", numerek startowy, agrafki i chip do pomiaru buta, który trzeba było przymocować do buta.
 |
| Skład pakietu bez chipu, który trzeba było oddać na mecie |
W pakiecie, jak można zauważyć na zdjęciu, znajdował się jeszcze posiłek i napój. Je jednak, podobnie jak medal, otrzymywało się po dobiegnięciu na metę.
Dziesięć minut przed startem mieliśmy zbiorową rozgrzewkę.
A potem już tylko pozostawało czekanie, aż spiker da znak do zbiorowego startu z nadmuchiwanej bramy z LOGO Katowic. Zresztą, startowaliśmy i finiszowaliśmy w tym samym miejscu. W biegu wzięło udział ok. 200 osób(internetowo zapisało się niecałe 200, jednak niektórzy wpisywali się na listę startową tuż przed biegiem). Jego trasa, licząca 5 kilometrów, wiodła po parku usytułowanym w Dolinie Trzech Stawów.
Sama trasa biegu była dla mnie wyzwaniem. Jeszcze nie miałam przyjemności biegać w tym miejscu(ale znam je z wolontariatów podczas różnych wydarzeń), dlatego nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. We wcześniejszych edycjach, jak już pisałam, biegliśmy ulicami Katowic. Wiedziałam więc mniej więcej, gdzie teren wznosi się do góry, a gdzie opada w dół. Pozwoliło mi to rozłożyć siły w taki sposób, aby dobiec na metę przy jak najbardziej wydatnym zużyciu energii. Innymi słowy - wiedziałam, kiedy mogę sobie pozwolić na przyspieszenie, a kiedy na zwolnienie biegu.
Teraz biegłam trochę na wyczucie. To znaczy ciut wolniej, niż byłabym w stanie. Miało to swoje dobre strony, np. nie zazipiałam się. Ale, jak to w życiu bywa, miało i negatywny skutek, m.in. w rezultacie czasowym. Marzyłam o pokonaniu trasy w ok 45 minut. Wyszło coś koło 50. Nie przejmuję się jednak tym za bardzo - wiem, że nigdy nie dam rady przebiec tych 5000 metrów w tempie kilkunastu, 20 minut. Dlatego traktuję wszystko jako wyzwanie połączone z oddaniem w ten sposób hołdu tym wszystkim, którzy kiedyś tam walczyli o szeroko pojętą wolność.
Pokonywanie kolejnych metrów umilały mi jesienne kolory, w które został przystrojony park. Chociaż wiele drzew zostało już ogołoconych z różnobarwnych liści, to jednak były i takie, których liście w dalszym ciągu nie poddawały się gwałtownym podmuchom chłodnego wiatru. Teraz przyjemnie szeleściły, jakby dopingowały mnie do dalszego wysiłku na miarę moich możliwości. Podobnie jak tafla stawów, która zazwyczaj płaska, pod wpływem wiatru marszczyła się i cichutko szumiała, w rytm skandowania: "Biegnij! Biegnij!". I chociaż człowiek miał zajęte myśli samym biegiem, to od czasu do czasu podnosił głowę, aby podziwiać piękno otaczającej nas przyrody. Wtórowali im spacerowicze, którzy na chwilę się zatrzymywali, aby zagrzewać do pokonywania kolejnych metrów oklaskami oraz zachęcającymi ku temu okrzykami. A ponieważ tuż obok znajduje się lotnisko sportowe, na którym notabene sam papież Jan Paweł II miał spotkanie z wiernymi, to i od czasu do czasu na niebie pojawiła się jakaś biała awionetka lub inny niewielki aeroplan.
 |
| Co prawda samolotu nie udało mi się uchwycić, ale hangary i owszem |
W pewnym momencie, nie mogąc zlokalizować kartek z zaznaczonymi pokonanymi kilometrami, spojrzałam na zegarek. Nie jakiś "wypasiony", sportowy, z licznymi bajerami, nie. Ale taki zwyczajny, wskazówkowy. Dochodziła 11:30, szybko więc obliczyłam, że jestem około 3 kilometra. Niewiele się pomyliłam - wkrótce moim oczom ukazała się kartka z napisem "3 km". Czyli już bliżej niż dalej. Wytrwale biegłam więc dalej, tym bardziej, że gdzieś tam za drzewami słychać już było spikera. Ale zanim zobaczyłam ostatni odcinek trasy, jeszcze trochę metrów minęło.
 |
| Na ostatniej prostej |
Aż w końcu, wśród braw i słów zachęty speakera, przekroczyłam upragnioną i wyczekiwaną linię mety. Wkrótce na mojej szyi zawisł symboliczny medal z datami stulecia III Powstania Śląskiego.
 |
| Meta!!! |
Tak, dotarłam ostatnia, tak, daleko mi do czołówki biegu. Nie to jest jednak najważniejsze. Nasza wychowawczyni-trenerka często nam powtarzała, że pierwsi dobiegają najszybsi, ostatni - najwytrwalsi. Ta prosta maksyma często działa na mnie pokrzepiająco. Tak samo jak werset z Księgi Izajasza, który powtarzałam sobie, kiedy bezsiła brała górę: "Ci co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia"(Iz 40, 31).
 |
| Czasami uda mi się zrobić ciekawe zdjęcie... |
Hasło przewodnie - "Bieg wolności", miało dla mnie ponadwymiarowe znaczenie. Z jednej strony była to kolejna okazja do uczczenia tego wyjątkowego wydarzenia w historii naszego kraju. A z drugiej, biegnąc, naprawdę czuję się wolna. To prawda, niepełnosprawne ciało nie pozwala mi na rozwinięcie szybkości tak, jakbym tego chciała. A jednak, biegnąc czuję się wolna. Tak, jak sto lat temu powstańcy walczyli o swoją wolność i suwerenność, tak samo ja dzisiaj walczę o moją wolność w sensie fizycznym. Kocham dźwięk butów uderzających o bruk, kocham wiatr owiewający moją twarz, kocham to specyficzne zmęczenie po każdym biegu. Kocha i doceniam, bo jest wymierną oznaką pracy jaką musiałam włożyć w to, aby znaleźć się właśnie w tym miejscu.
 |
| Spodobał mi się ten klomb |
Trzy biegi upamiętniające trzy kolejne setne rocznice Powstań Styczniowych przyniosły trzy medale. Tak jak pisałam, nie brałam udział w zeszłorocznej edycji, więc teoretycznie brakowało mi środkowego. Organizatorzy przewidzieli jednak taką okoliczność i umożliwienie kupienie go. Tak też zrobiłam, chociaż drżałam na myśl, że policzą sobie za to jak za przysłowiowe zboże. Na szczęście cena była niewygórowana. A do tego dodano mi specjalną podkładkę - jeżeli włoży się w nie medale z kolejnych edycji, wyjdzie pomnik wzorowany na tym stojącym w centrum Katowic.

Po biegu udałam się na przystanek autobusowy. Chciałam podjechać sobie chociaż do centrum. A tutaj klops, okazało się, że trafiłam w "dziurę" - przez kolejne dwie godziny nic nie jechało w tamtym kierunku. Wróć, w ogóle nic nie jechało. Miałam do wyboru, albo czekać, albo iść. Szczerze powiedziawszy to wybrałam drugą opcję. W końcu wystarczyło tylko dojść pod WORD-a(Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego), bo stamtąd już prościej dojechać w moje docelowe miejsce. Co prawda to kolejny kilometr(według google.maps 1,3 km.) do przebycia, ale co tam. Tyle przebiegłam, to i te 1000 metrów mogłam przejść. Zwłaszcza kiedy po drodze mogłam znowu koić wzrok pięknem naszej Ziemi.
 |
| Taki oto posążek można zobaczyć po drodze |
 |
| Wszystkie barwy jesieni |
 |
| Chociaż do świąt pozostało ok. 1,5 miesiąca, to dzięki jemiole już zaczęłam o nich myśleć |
Po drodze zdążyłam odmówić cały różaniec. Kilku ludzi się na mnie dziwnie patrzyło, ale jakoś mnie to nie zraziło. Zresztą nawet nie wiem, czy bardziej zwracali uwagę na to, co trzymam w rękach, czy na mój specyficzny chód. A w międzyczasie to i wersy kolejnego wiersza ułożyły się w mojej łepetynce.
Wolności smak
Gdy patrzysz na ptaka,
jak po niebie mknie.
Z radością wolności
przemierza swe dnie.
Zazdrościsz mu czasem,
że jest wolny tak.
Że wie co to szczęście,
że wolność ma smak.
Wyciągnij swe ręce,
a w dłonie chwyć wiatr.
I biegnij przed siebie,
jakbyś chciał przebiec świat.
Uwolnij swe myśli,
ze słońca się ciesz.
Myśl samodzielnie,
sam przecież to wiesz.
Nie daj się innym,
i stań się jak ptak.
A wtedy poczujesz
wolności Twej smak.
Zgodnie z przewidywaniami na WORDzie wsiadłam do autobusu, który dowiózł mnie pod dworzec PKP(i to dosłownie). Z dworca pociągowego na dworzec, z którego odjeżdżają autobusy w moim kierunku, mam dosłownie kilka(dziesiąt, set?) kroków. Wreszcie dotarłam na miejsce.
To był intensywny dzień. Ale takie też są potrzebne. Chociażby po to, aby oderwać myśli od codzienności. Zresetować się przed kolejnym intensywnym tygodniem. Dotlenić mózg i płuca. To działa - jakoś tak lepiej mi się myślało podczas nauki na antropologię i szybciej robiłam zadanie na technologię informatyczną, a i prezentacja na pracę socjalną jest już gotowa. O tak, dotlenienie mózgu bardzo mu sprzyja. Nie możemy o tym zapominać.