Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 30 listopada 2021

1371. Taki ten listopad nijaki...

Tegoroczny listopad nie należał do zbyt udanych. Właściwie gdybym tak bardzo nie posypała się ze zdrowiem, to nawet mogłabym powiedzieć, że jest dobrze. I do 11 listopada właściwie tak było. No a potem wszystko się posypało jak domek z kart, a do dzisiaj lekarze próbują dociec, co mogło być przyczyną mojego fatalnego samopoczucia. Kolejne badania i hektolitry upuszczonej krwi mogą budzić pewne obawy, z drugiej jednak strony najgorsza opcja(która nomen omen nie nazywa się COVID) została wykluczona. Trochę mi się nudziło, bo jednak raczej aktywny ze mnie człowiek, a i dostałam słynne L4 w pracy i na uczelni.
Chwilę umilało mi np., a jakżeby inaczej, czytanie książek. Co prawda osłabienie sprawiło, że nie przeczytałam ich w takiej ilości jakiej bym chciała(niestety, nie dałam rady się skupić na podręczniku do antropologii kulturowej, czy też skryptach do biomedycznych aspektów rozwoju i wychowania), coś tam jednak udało mi się przeczytać. A na szczególną moją uwagę, oprócz książki o błogosławionym już księdzu Janie Masze, zwróciła biografia żony ostatniego prezydenta na uchodźctwie, zmarłej w tym roku Karolinie Kaczorowskiej.

Tytuł: "Prezydentowa Karolina Kaczorowska. Stanisławów. Sybir. Afryka. Londyn"
Autor: Iwona Walentynowicz
Wydawnictwo: Bellona
Warszawa 2012
Liczba stron: 248

Książkę Iwony Walentynowicz przedstawiającą postać Karoliny Kaczorowskiej, wdowy po ostatnim prezydencie na uchodźctwie, Ryszardzie Kaczorowskim, już dawno miałam ochotę przeczytać. Od chwili, kiedy dowiedziałam się, że urodziłam się dokładnie w 60 rocznicę jej urodzin, czułam, że łączy mnie z tą kobietą jakaś szczególna więź.
Karolina Kaczorowska, a właściwie to Mariampolska, przyszła i mieszkała w położonym na współczesnych kresach Stanisławowie. Wraz ze starszym bratem Józkiem wychowywali się nie tylko w dostatku, ale i w patriotycznej rodzinie. Józek, jako nastolatek był nawet harcerzem. Karolina też miała obiecane wstąpienie do zuchów, jak tylko skończy 9 lat. Tak się jednak nie stało - szczęśliwe dzieciństwo dzieci przerwał wybuch II wojny światowej, a następnie wywózka  na Syberię, podczas głośnej akcji z 10 lutego 1940. Przetrzymywani w kołchozie, pracujący i żyjący w nieludzkich warunkach, rozłączeni z ojcem rodziny, doczekali amnestii. Podczas próby dostania się do legendarnej już Armii Andersa na nowo połączyli się z Franciszkiem Mariampolskim. Wkrótce on sam wraz z synem został wcielony do armii, a jego żona Rozalia wraz z córką zostały przetransportowane statkiem do Afryki, gdzie w specjalnie przygotowanej osadzie doczekały końca wojny. Niestety, ich marzenie o powrocie do Polski się nie spełniło, a los kolejny raz rzucił ich w nieznane, tym razem do Londynu. To tam, podczas jednego ze spotkań harcerzy polskich, poznała Ryszarda Kaczorowskiego, swojego przyszłego męża.
Trochę mnie zaskoczyło jednak to, że pozycja skupia się głównie na dzieciństwie przyszłej Pani prezydentowej, ale z drugiej strony to właśnie ono w dużej mierze kształtuje naszą osobowość. Trudne, pomimo szczęśliwych i beztroskich początków, dzieciństwo Karoliny(nie miała jeszcze 10 lat, kiedy wywieziono całą ich rodzinę na Sybir) zahartowało ją na przyszłość oraz ukształtowało jej charakter. Trudno uwierzyć, że ta drobna kobieta w wieku 10-11 lat zostawała sama w syberyjskiej osadzie(mama z bratem wyjeżdżali na kilka miesięcy do pracy przy zbiorach) i nie tylko gospodarowała w ich domu, ale i podjęła się drobnych prac zarobkowe, a za uzyskane w ten sposób pieniądze kupowała dla taty machorkę. Ojciec nigdy jej nie zapalił, ale podczas wędrówki do Armii Andersa była doskonałym środkiem płatniczym. Z książki przebija się też nadzieja, nadzieja, że kiedyś wreszcie los może okazać się dla nad łaskawy i wynagrodzić nam wszelkie zło.

niedziela, 28 listopada 2021

1370. Galeria sławnych Ślązaków, cz. 2

Witajcie końcem tygodnia, a zarazem prawie a końcem miesiąca. Na początku dziękuję za gratulacje uzyskanych wyników. Było mi miło je czytać. Jednak nie uważam, że zrobiłam coś nadzwyczajnego. Po prostu zdobyłam swój kolejny szczyt. A że musiałam trochę przysiąść nad materiałami... Wiedziałam co mnie czeka na studiach i że trzeba będzie być ze wszystkim na bieżąco. Teraz trochę wypadłam z obiegu, bo dostałam L4 zarówno na uczelni, jak i w pracy. No tak, za dobrze się wszystko układało, więc los musiał trochę namieszać. Z drugiej strony dodatkowy czas spożytkowałam na uzupełnienie notatek z wykładów. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu już wrócę, przynajmniej na uczelnię, bo naprawdę, nie lubię robić sobie zaległości. A Wasze komentarze co do wyników nauki działają na mnie jeszcze bardziej motywująco. Co nie oznacza, że nie proszę Najwyższego o to, aby nie popaść w grzech pychy oraz wyższości nad innymi. Bo wiecie, sympatię trudno jest zdobyć, dużo łatwiej ją stracić. A poczucie wyższości niejednokrotnie sprawia, że gardzimy drugim człowiekiem. Zarówno w życiu realnym, jak i wirtualnym.
Ostatnio przedstawiłam Wam kilka osobowości, które znalazły się w Galerii Artystów znajdującej się na skwerze na Placu Grunwaldzkim w Katowicach. Dzisiaj chciałabym zapoznać Was z kolejną ich częścią. Ich kolejność odpowiada kolejności, w jakiej pojawiali się na skwerze.

Jerzy Duda - Gracz - urodził się w Częstochowie, gdzie ukończył Państwowe Liceum Technik Plastycznych. Następnie kształcił się w katowickiej filii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie(Wydział Grafiki), gdzie w 1968 roku otrzymał dyplom. W latach 1976 - 1982 był nauczycielem akademickim malarstwa i grafiki, w latach 1992-2001 nauczał w Europejskiej Akademii Sztuk w Warszawie, a następnie, aż do śmierci, był pracownikiem Wydziału Radia i Telewizji na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Malarstwo Jerzego Dudy-Gracza zawsze budziło w odbiorcach silne emocje. Przedstawiając ludzi o karykaturalnie zdeformowanych ciałach oraz używając czytelnych symboli obnażał nasze ludzkie wady. Każdy obraz oznaczał numerem i datą, tłumacząc, że ta dokumentacja miała być początkowo czynnikiem dyscyplinującym młodego malarza. Po latach okazało się to jednak bardzo pomocne w poszukiwaniu jego dzieł. Krzysztof Teodor Toeplitz twierdził, że malarstwo Dudy-Gracza przedstawia świat głęboko tragiczny, w którym człowiek nie potrafi znaleźć wewnętrznej harmonii oraz godnego miejsca. Często wpisywano go w nurt groteski, porównując jego twórczość z malarstwem Petera Bruegla i Witolda Wojtkiewicza. Sam artysta tak określał swoją sztukę: "Maluję świat, który odchodzi, umiera, gdzie więcej jest snu, zdarzeń z dzieciństwa, świat w pejzażu przedindustrialnym. Na moich obrazach nie ma drutów telefonicznych, kabli, anten satelitarnych, samochodów, samolotów - tego wszystkiego, co zaprowadzi człowieka z powrotem na drzewo, jeżeli nadal będzie się tak intensywnie rozwijał pod tym względem". Z okazji jubileuszu 25-lecia pracy artystycznej powiedział, że żegna się z publicystyką, ponieważ już mu przeszły naiwne pasje poprawiania świata.
Aleksandra Śląska - tak właściwie nazywała się Aleksandra Wąsik. Polska aktorka teatralna i filmowa. Jej ojciec, Edmund Wąsik, był wicedyrektorem Okręgu Polskich Kolei Państwowych oraz działaczem narodowym. Uczestniczył także w III powstaniu śląskim, jak równiej był posłem na Sejm II Rzeczpospolitej Polskiej. Od 1946 roku uczęszczała na zajęcia szkoły dramatycznej działającej przy krakowskim Teatrze Słowackiego. Tam po raz pierwszy zetknęła się z teatrem i takimi znanymi aktorami polskiej sceny, jak np. Juliusz Osterwa. Rok później ukończyła krakowską PWSA. Po przeprowadzce do stolicy była aktorką Teatru Współczesnego oraz Teatru Ateneum. Jej drugim mężem był dyrektor tego ostatniego - Janusz Warmiński. Od 1973 roku wykładała na PWST w Warszawie. Trzy lata później, w styczniu, podpisała list protestacyjny do Komisji Nadzwyczajnej Sejmu PRL przeciwko zmianom w Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Dwa lata przed śmiercią, w 1987 roku, uzyskała tytuł profesora nadzwyczajnego sztuki teatralnej. Za osiągnięcia aktorskie otrzymała 19 nagród oraz odznaczeń państwowych i branżowych.
Stanisław Hadyna - był polskim kompozytorem, dyrygentem, muzykologiem oraz pisarzem. Założyciel i wieloletni kierownik artystyczny Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk". Wychował się w umuzykalnionej rodzinie - jego ojciec Jerzy był nauczycielem muzyki, kompozytorem i zbieraczem pieśni ludowych. Po ukończeniu Gimnazjum Klasycznego w Cieszynie(a równocześnie Instytutu Muzycznego im. Ignacego Paderewskiego w klasie fortepianu) kontynuował naukę na studiach z psychologii i socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Została ona przerwana przez wybuch II wojny światowej. W latach 1942 - 1944 kontynuował studia w konspiracji, wykładał też na tajnych kursach gimnazjalnych. Po wojnie studiował kompozycję oraz dyrygenturę na Akademii Muzycznej w Katowicach. Ponadto w latach 1945-1947 pracował jako nauczyciel gimnazjalny i kierownik wydziału kultury narodowej w Wiśle. W 1952 powołał do istnienia Państwowy Zespół Ludowy Pieśni i Tańca "Śląsk". By jego kierownikiem artystycznym, dyrygentem oraz reżyserem. W 1968 roku został zmuszony do ustąpienia ze stanowiska dyrektora naczelnego zespołu. W odpowiedzi przeniósł się do Krakowa. Tam w 1977 roku został kierownikiem muzycznym Teatru im. Juliusza Słowackiego. 1 marca 1990 ponownie objął kierownictwo zespołu "Śląsk" jako dyrektor artystyczny. Pełnił ją do końca życia. Hadyna zajmował się też twórczością literacką zdobywając liczne nagrody. W Wiśle miał swoją daczę, do której lubił wracać po trudach artystycznych wojaży.
Bogumił Kobiela - aktor teatralny i filmowy, uznawany za najwybitniejszego polskiego aktora tragikomicznego. Uczył się w krzeszowickim gimnazjum, maturę zdał w I Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Katowicach. Wykształcenie wyższe uzyskał kończąc w 1953 roku Państwową Wyższą Szkołę Aktorską w Krakowie. Był aktorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku, teatrzyku studenckiego Bim-Bom, Teatru Ateneum w Warszawie, kabaretów Dudek i Wagabunda oraz Teatru Komedia. Często występował w Polskiej Telewizji w programach estradowych, satyrycznych oraz w Teatrze Telewizji. Dużą popularność przyniosła mu gra w filmach najwybitniejszych polskich reżyserów. Zazwyczaj tworzył role tragikomiczne, które oddawały złożoność sytuacji, w jakiej znalazł się człowiek pośród wydarzeń historycznych w XX wieku. Jego rozpędzającą się karierę przerwał wypadek, który wydarzył się na początku lipca 1969 roku w Buszkowie koło Koronowa. Podczas deszczu auto, w którym podróżował aktor wraz z żoną i dwojgiem autostopowiczów, wpadło w poślizg i czołowo zderzyło się z autobusem marki Jelcz. Przypadkowym pasażerom nic się nie stało i na pozór samemu Kobieli też. Jedynie jego żona miała złamaną rękę i rozcięte czoło. Po przyjeździe pogotowia aktor miał prosić lekarzy, aby zajęli się jego żoną twierdząc, że nic mu nie jest. Nie było to jednak prawdą, ponieważ doznał pęknięcia śledziony i krwotoku wewnętrznego, przez co chwilę później stracił przytomność. W stanie zapaści został zawieziony do Bydgoszczy, gdzie na drugi dzień odzyskał świadomość. Wkrótce został przewieziony do kliniki specjalistycznej w Gdańsku. Tam zmarł po ponad tygodniu, dwóch operacjach i trwającej godzinę reanimacji. Pochowano go w rodzinnym Tenczynku niedaleko Krakowa.
Alfred Szklarski - polski pisarz specjalizujący się w literaturze podróżniczo-przygodowej dla dzieci i młodzieży(autor cyklu powieści o Tomku Wilmowskim), popularyzator wiedzy o polskich podróżnikach i przyrodnikach. Urodził się na początku 1912 roku w Chicago. Jego ojca, działacza Organizacji Bojowej PPS, wraz z żoną zmuszono w 1908 roku do emigracji. Alfred w wieku 16 lat przeniósł się wraz z matką do Polski, gdzie zamieszkali w jej rodzinnym mieście - Włocławku. W 1932 roku wyjechał do Warszawy, gdzie podjął studia na Wydziale Konsularno-Dyplomatycznym w Szkole Nauk Politycznych. W trakcie studiów poznał swoją przyszłą żonę Krystynę, z którą wziął ślub 1 września 1939 roku. W czasie wojny Szklarski opublikował pod pseudonimem erotyczne oraz przygodowe powieści dla dorosłych. Były one drukowane w polskojęzycznych pismach wydawanych przez okupanta. Od sierpnia 1944 roku był żołnierzem Armii Krajowej, brał też udział w powstaniu warszawskim. Przez kilka miesięcy mieszkał w Krakowie, a od lutego aż do śmierci - w Katowicach. W 1949 został skazany na karę 8 lat więzienia, z którego został zwolniony cztery lata później na mocy amnestii. Natomiast dwa lata po aresztowaniu jego utwory pisane pod pseudonimem Alfred Bronowski zostały wycofane z polskich bibliotek i objęte cenzurą. W latach 1954-1977 pracował jako redaktor w katowickim wydawnictwie "Śląsk". Od 1957 roku nakładem tego wydawnictwa ukazały się kolejne powieści z cyklu o Tomku Wilmowskim, a w latach siedemdziesiątych trylogia "Złoto Gór Czarnych", którą napisał wspólnie z żoną. Był też laureatem wielu nagród literackich i odznaczeń, m.in. "Orlego Pióra", Orlego Uśmiechu oraz Nagrody Prezesa Rady Ministrów za twórczość dla młodzieży.
Adolf Dygacz - etnograf, muzykolog, folklorysta, znawca kultury górnośląskiej oraz zagłębiowskiej, którym poświęcił swoją habilitację. Studiował na Wydziale Wychowania Muzycznego i na Wydziale Kompozycji i Teorii Muzyki Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach. Ponadto ukończył prawo w katowickiej Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach oraz Wydział Filozoficzno-Historyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1962 obronił pracę doktorską, a w 1975 - habilitacyjną. Od 1991 roku posiadał tytuł profesora. Uczestnik kampanii wrześniowej oraz ruchu oporu na Górnym Śląsku. Od 1941 więziony w niemieckich więzieniach w Bytomiu, Katowicach, Raciborzu i Opolu. Po wojnie podjął pracę naukowo-dydaktyczną, m.in. na PWSM w Katowicach, na Uniwersytecie Wrocławskim oraz na Uniwersytecie Śląskim. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej rozpoczął zbieranie pieśni ludowych z terenów Górnego Śląska. Udało mu się zebrać ok. 16 tysięcy melodii i tekstów. W latach 1950-1955 uczestniczył w Akcji Zbierania Folkloru Muzycznego, zainicjowanej przez Państwowy Instytut Sztuki w Warszawie. Badał też folklor miejski i robotniczy, szczególnie wśród górników i hutników. Od 1961 roku współpracował z Międzynarodowym Centrum do Badań nad Pieśnią Robotniczą w Budapeszcie. Należał do wielu organizacji kulturalnych, był m.in. wiceprezesem Związku Kompozytorów Polskich, Związku Nauczycielstwa Polskiego, Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego, Wrocławskiego Towarzystwa Naukowego, Opolskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk oraz Katowickiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego. Za swoją działalność został odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Srebrnym Krzyżem Zasługi, tytułem Zasłużony Działacz Kultury, Nagrody miasta Katowice w 1960 r oraz Nagrody im. Wojciecha Korfantego nadanej mu przez Związek Górnośląski. W 1995 roku Radio Katowice nadało mu tytuł Honorowego Ślązaka Roku.
Henryk Górecki - polski kompozytor współczesnej muzyki poważnej i religijnej. Urodził się w 1933 roku w Czernicy(powiat rybnicki). Jego ojciec Roman był kolejarzem. Matka Otylia zmarła w dniu drugich urodzin Henryka. Kilkanaście miesięcy później jego ojciec ponownie się ożenił. Rodzina przeprowadziła się do Rydułtów. Henryk od małego interesował się muzyką, jednak jego rodzice tłumili jego artystyczne zainteresowania. Po ukończeniu rydułtowskiego liceum, Henryk zaczął zarabiać jako nauczyciel przedmiotów ogólnych w szkole w Radoszowicach. Wtedy też rozpoczął regularną edukację muzyczną. Po nieudanych próbach dostania się do którejś ze szkół muzycznych w województwie katowickim, w 1952 roku udało mu się przyjąć do Szkoły Muzycznej w Rybniku na wydział instruktorsko-pedagogiczny. Osiem lat później ukończył Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w Katowicach, gdzie studiował kompozycję. Następnie kontynuował studia muzyczne w Paryżu. Po powrocie do kraju został profesorem klasy kompozycji, a w latach 1975-1979 pełnił funkcje rektora swojej macierzystej uczelni. Był też członkiem PAU. Pierwszym jego sukcesem muzycznym było zaprezentowane w 1958 roku na Warszawskiej Jesieni "Epitafium". Rok 1960 przyniósł Góreckiemu I nagrodę w Konkursie Młodych Związków Kompozytorów Polskich. W  latach 60. Górecki razem z grupą kompozytorów polskich wypracowali specyficzny typ nowoczesnej muzyki nazywanej też sonoryzmem. Szczytowymi osiągnięciami kompozytorskimi tego okresu jego twórczości był utwór "Scontri" i cykl "Genesis". W utworach najważniejsze były zmieniające się barwy dźwiękowe. Sam Henryk uważał, że taka muzyka inspiruje otoczenie współczesnego człowieka. Pod koniec dekady powstała "Muzyka staropolska" na instrumenty dęte blaszane i smyczki. Jest to statyczny utwór trwający ok. pół godziny. Ta cecha stała się odtąd bardzo typowa dla jego muzyki. Nastąpiła też inna zmiana, kompozytor zwrócił się bowiem ku gatunkom wokalno-instrumentalnym i sakralnym tekstom. 
Wojciech Kilar - urodził się we Lwowie. Jego ojciec Jan był lekarzem, a mama Neonilla aktorką teatralną. Już od dziecka Wojciechu uczył się grać na fortepianie. Po przymusowym wysiedleniu ze Lwowa kontynuował w latach 1946-1947 kontynuował naukę gry na fortepianie w Państwowej Średniej Szkole Muzycznej nr 2 w Rzeszowie. Jako pianista zadebiutował w 1947 roku na konkursie Młodych Talentów. Wykonał tam własną kompozycję "Dwie minuty dziecięce", za które otrzymał II nagrodę. Następnie uczęszczał do Państwowego Liceum Muzycznego w Krakowie do klasy fortepianu(a dodatkowo prywatnie uczęszczał na lekcje harmonii) oraz do Państwowego Liceum Muzycznego w Katowicach również do klasy fortepianu(dodatkowo pobierał prywatne lekcje kompozycji). Po zdaniu matury studiował na Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach. Studia ukończył z wyróżnieniem w 1955 roku, w tym samym czasie otrzymał II nagrodę na Konkursie Utworów Symfonicznych na V Festiwalu Młodzieży w Warszawie. Po studiach był asystentem w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej. W tym czasie uczestniczył w Międzynarodowych Kursach Wakacyjnych Nowej Muzyki w Darmstadt. Na końcówkę lat pięćdziesiątych przypadł jego debiut na pierwszych edycjach festiwalu Warszawska Jesień. Początkowo jego twórczość pozostawała pod wpływem polskiego i europejskiego neoklasycyzmu. Kilar sięgał do klasycznych form i gatunków, jak również do klasycznej melodyki, orkiestry i brzmienia. Od  początku lat sześćdziesiątych wraz z innymi sławnymi muzykami współtworzył nową polską szkołę awangardową oraz nowy kierunek we współczesnej muzyce - sonoryzm. W połowie lat siedemdziesiątych uprościł swój język muzyczny, coraz wyraźniej nawiązywał w swoich kompozycjach do tradycji, a w jego muzyce wyraźnie pojawiły się inspiracje ludowe i religijne. Wkrótce, w latach 1979 - 1981, zaczął pełnić funkcję wiceprezesa Zarządu Głównego Związku Kompozytorów Polskich, dwa lata wcześniej założył Towarzystwo im. Karola Szymanowskiego w Zakopanem, którego był przez dwie kadencję wiceprezesem. Z okazji jubileuszu stulecia Filharmonii Warszawskiej, Wojciech Kilar skomponował msze w intencji pokoju na nowe tysiąclecie. Ich światowe prawykonanie miało miejsce 12 stycznia 2001 roku. Jednocześnie kompozytor uważany jest za jednego z najwybitniejszych kompozytorów muzyki filmowej - napisał muzykę do ponad 130 filmów. Jego związki z tą dziedziną sztuki zaczęła się już w 1958 roku, kiedy napisał muzykę do "Narciarzy" N. Brzozowskiej. Współpracował zarówno z Polskimi, jak i zagranicznymi reżyserami. Wojciech Kilar otrzymał również wiele odznaczeń. Został odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i Odznaką Zasłużonego Działacza Kultury. W 2002 roku został odznaczony odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, a trzy lata później otrzymał Złoty Medal "Zasłużony Kulturze Gloria Artis" za wybitne osiągnięcia kulturalne rangi międzynarodowej. Rok 2008 przyniósł odznaczenie Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Jego twórczość została zauważona także przez Papieską Radę ds. Kultury, która w 2009 roku odznaczyła go Medalem Per artem ad Deum(przez sztukę do Boga). W 2012 roku "w uznaniu znakomitych zasług dla kultury polskiej, za wybitne osiągnięcia w pracy twórczej" został odznaczony Orderem Orła Białego. Przez wiele lat związany był z Jasną Górą, gdzie m.in. świętował swoje urodziny.

wtorek, 23 listopada 2021

1369. Galeria sławnych Ślązaków cz. 1

Wraz z odzyskaniem laptopa po półtorej miesiąca nauki udało mi się wreszcie zaliczyć wejściówkę z komunikacji społecznej. A właściwie to dwie, ponieważ jedna była zaległa, a druga dzisiejsza. Bo wiecie, gdyby wszystko było normalnie usiadłabym z resztą grupy w ławce, wyciągnęłabym kartkę i długopis i w pięć minut napisała odpowiedzi na zadane przez księdza profesora pytania. Ale normalnie nie jest... I nigdy raczej nie będzie. Dlatego za pozwoleniem korzystam z dobrodziejstw współczesnej techniki, która niejako wyrównuje mi nierówne szanse podczas nauki. Myślicie, że nie wolałabym podchodzić do wszystkich zaliczeń na równi z innymi? Pewnie, że bym wolała. Ale sama siła woli nie wystarczy. Czasami trzeba się ukorzyć, przyjąć własne niedoskonałości i nauczyć się z nimi funkcjonować.
Uzyskane wyniki były dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Jak się domyślacie, w przypadku tego pierwszego kolokwium poznałam już dawno wyniki grupy. I wiem, że raczej się nie popisali. Trochę mnie to zdziwiło, bo zadanie wydawało mi się raczej łatwe. Dzisiaj dostałam podobne(ale nie identyczne, bo to by było już za proste). Napisałam jak potrafiłam, chociaż przypominając sobie wyniki reszty, wcale nie byłam pewna, czy księdzu profesorowi o to chodziło. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że zadanie mam wykonane bezbłędnie. Zresztą to dzisiejsze zadanie też napisałam na komplet punktów. Cieszy mnie to tym bardziej, że przez ostatni czas działam w systemie 0-1. 0 - oznacza, że znowu mnie boli, 1 - to stan względnego spokoju podczas którego jestem w stanie w miarę normalnie funkcjonować. A tych 1 było naprawdę niewiele. Na razie dostałam bardzo silny antybiotyk, po nim znowu mam zrobić badania krwi i dopiero wtedy lekarka zdecyduje co dalej(bo patrząc na ostatnie wyniki sprzed tygodnia czułam się jakbym patrzyła na rollercaster).
Wracając do domu po raz pierwszy widziałam w tym roku śnieg. Oczywiście nie jest on jeszcze taki, że ostałby się na chodnikach i parapetach, aczkolwiek tu i ówdzie spadały z nieba jego drobne płatki. Na katowickim rynku rozstawiono już kramy pod tradycyjny doroczny jarmark bożonarodzeniowy, znak że święta za pasem. 
Ja jednak wracam myślami do prześlicznej październikowej i listopadowej pogody, jaką podarowała nam tegoroczna Pani Jesień. Naprawdę, dni w których padało można policzyć na palcach. Na szczęście zarówno obok Wydziału Nauk Społecznych oraz Wydziału Teologicznego nie brakuje miejsc przeznaczonych na odpoczynek wśród zieleni. Jeden ze skwerków już Wam pokazałam, teraz chcę Was wirtualnie zaprowadzić na inny, znajdujący się właściwie po drugiej stronie ulicy od tego pierwszego.
Plac Grunwaldzki, bo o nim mowa, znajduje się pomiędzy ulicami Sokolską i Gustawa Morcinka, aleją Wojciecha Korfantego, a ogromnym budynkiem, w którym swoją siedzibę ma regionalna telewizja. 
Pragnących odpocząć wita od strony ulicy Sokolskiej i budynku TVS pokryty mozaiką pomnik zatytułowany "Rodzina". Przedstawia ona dwójkę rodziców unoszącą w górę swoje dziecko. Rzeźba powstała już w latach 60. XX wieku i nawiązuje, a zarazem zachęca, do rodzinnego spędzania czasu w tym miejscu. 
Tuż przy figurze znajduje się placyk z ławeczkami, na których można przysiąść i nieco odpocząć, delektując się widokiem posadzonych na skwerku drzew.
W głębi parku znajduje się "fontanna Olimpijska", która kształtem przypomina koło o średnicy 5,5 m. Obiekt zaopatrzono w pięć dysz, a wysokość wyrzucanej w górę wody dochodzi do 1,5 m.
Na skwerze znajdziemy też ogródek jordanowski dla dzieci oraz jakby budki dla pszczół połączone z karmnikami dla ptaków(chyba że macie inny pomysł, co to może być).
Jednak tym, co wyróżnia skwer na Placu Grunwaldzkim od innych tego typu miejsc jest założona w nim w 2004 roku Galeria Artystów upamiętniająca artystów związanych z Katowicami. Przechodząc jedną z nielicznych alejek, mijamy i podziwiamy ich popiersia. Ciekawostką jest, że z każdym rokiem dochodzi nowa osobowość wybrana przez lokalną społeczność.
Oczywiście nie może obyć się bez przedstawienia Wam ludzi, którzy mieli zaszczyt znaleźć się w galerii.
Zbigniew Cybulski - pierwsza płaskorzeźba, która pojawiła się w parku w 2004 roku. Myślę, że postać raczej znana, zwłaszcza dla starszego pokolenia. Zbigniew był aktorem teatralnym i filmowym, do dzisiaj uznawany za jednego z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich aktorów. Był absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Aktorskiej w Krakowie. Po otrzymaniu dyplomy występował w gdańskim Teatrze Wybrzeże oraz warszawskim Teatrze Ateneum. Wkrótce zaczął grywać postacie młodych buntowników, w takich filmach jak Koniec nocy, Pociąg i Niewinni czarodzieje. Jednak jego najważniejszą życiową rolą okazała się postać Maćka Chełmickiego z Popiołu i diamentu wyreżyserowanego w 1958 roku przez Andrzeja Wajdę. Po premierze krytycy porównywali go ze słynnym amerykańskim aktorem - Jamesem Deanem. Cybulski w późniejszych swoich rolach starał się unikać identyfikowania go z postacią, którą zagrał w Popiele i diamencie. W tym celu wykreował odmienne typy charakteru bohaterów, grając w takich filmach jak Jak być kochaną, Giuseppe w Warszawie, Rękopis znaleziony w Saragossie czy też Salto. Zbigniew Cybulski miał taki dziwny zwyczaj, że po kraju przemieszczał się pociągami, do których wcześniej wskakiwał. I to go zgubiło. Na początku 1967 roku uległ poważnemu wypadkowi na dworcu kolejowym we Wrocławiu. Kiedy próbował wskoczyć do rozpędzającego się pociągu ekspresowego do Warszawy, wpadł między wagon i peron, a dodatkowo został uderzony schodami następnego wagonu. Sam wypadek aktor przeżył, był nawet przytomny. Z ciężkimi obrażeniami trafił do wrocławskiego Szpitala Specjalistycznego im. Ludwika Rydygiera, gdzie zmarł ok. 5:25. Został pochowany 12 stycznia na jednym z katowickich cmentarzy. Do legendy aktora nawiązał Andrzej Wajda w filmie Wszystko na sprzedaż oraz Jan Laskowski w montażu sekwencji filmowych Zbyszek.
Karol Stryja - wraz z pomnikiem Zbigniewa Cybulskiego w Galerii Artystów odsłonięta została płaskorzeźba polskiego dyrygenta, profesora i pedagoga - Karola Stryi. Ten urodzony w 1915 roku w Cieszynie artysta-muzyk był m.in. inicjatorem Międzynarodowego Konkursu Dyrygenckiego im. Grzegorza Fitelberga w Katowicach. Prowadził aż do śmierci wszystkie jego edycje. Zapoczątkował też w 1980 roku Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Carla Augusta Nielsena w Odense. W rodzinnym Cieszynie ukończył szkołę podstawową, gimnazjum oraz Seminarium Nauczycielskie. Od 1934 roku pracował jako nauczyciel, jednocześnie studiował w Śląskim Konserwatorium Muzycznym w Katowicach. Tuż przed wybuchem II wojny światowej ukończył tam Wydział Pedagogiczny, a w 1951 studia w zakresie dyrygentury. Od 1984 roku posiadał tytuł profesora nadzwyczajnego. Karierę dyrygenta rozpoczął już w 1937 roku w chórze "Echo" działającym w Łaziskach Górnych. Następnie związał się z Filharmonią Śląską w Katowicach. W lutym 1990 roku na Jubileuszowym Koncercie z okazji 75 rocznicy swoich urodzin dyrygował Orkiestrą Filharmonii Śląskiej. Wykonano wtedy m.in. IX Symfonię Ludwika van Beethovena wraz z Odą do Radości. W 1969 roku został odznaczony Nagrodą Ministra Kultury i Sztuki II stopnia, a w 1998, już pośmiertnie, Nagrodę im. Wojciecha Korfantego, którą nadał mu Związek Górnośląski.
Paweł Steller - był artystą plastykiem. Przez krytyków zachodnich nazywany "polskim" albo "śląskim Durerem", przez krytyków polskich - "śląskim Skoczylasem". Jego prace wyróżniane były na prestiżowych wystawach w Polsce, Europie oraz w Ameryce. Często porównywano go z Rubensem lub Rembrandtem. Dzięki stypendium Towarzystwa Szkoły Ludowej miał szansę na ukończenie gimnazjum w Samborze, a to znów umożliwiło mu podjęcie studiów na wydziale malarstwa dekoracyjnego w Państwowej Szkole Przemysłowej we Lwowie. Ukończył je z wyróżnieniem w 1913 roku, po czym wyjechał na dalsze studia artystyczne do Pragi, gdzie przyjęto go jako jedynego Polaka spośród 100 ubiegających się kandydatów na wydział rysunku figuralnego i orientalnego. Do wybuchu I wojny światowej zaliczył celująco pierwszy rok studiów. W latach 1914 - 1921 działał w wojsku, najpierw austriackim, następnie polskim. W 1921 roku podjął pracę w Wydziale Kartografii Wojskowego Instytutu Geograficznego. Z czasem doszedł do funkcji kierownika działu graficznego. Od października 1923 roku kontynuował przerwane studia na wydziale grafiki w nowo powstałej Państwowej Szkole Sztuk Pięknych. Z Katowicami,  do których przyjechał po uzyskaniu dyplomu, związany był w latach 1925 - 1974, to tutaj wtedy żył i pracował. W 1931 roku został nauczycielem rysunku w nowo otwartych Śląskich Technicznych Zakładach Naukowych. To właśnie na lata 30 XX wieku przypadają jego największe sukcesy artystyczne. Teka "Typy polskie" zostały zaprezentowane w kwietniu 1939 roku w salach reprezentacyjnych gmachu Sejmu Śląskiego w Katowicach, na wystawie otwartej przez Michała Grażyńskiego, ówczesnego wojewodę śląskiego. Podczas II wojny światowej Stellarowie ukrywali się w różnych miejscowościach w rejonie Beskidów. Po wkroczeniu do Katowic wojsk Armii Czerwonej Paweł Stellar wrócił do miasta, gdzie otrzymał urzędowe polecenie zaprojektowania pomnika - obelisku ku jej czci. Odsłonięto go pod koniec lutego 1945 roku na Placu Wolności, a już kilka dni później został aresztowany za rzekome kontakty ze szpiegiem. 3 kwietnia wyruszył pociągiem na wschód. Po trzech tygodniach został osadzony w obozie w Kuzbasie. Na dodatkowe porcje chleba zarabiał rysując portrety więźniów. Do Polski wrócił w listopadzie 1946 r. W dalszym ciągu tworzył. Za nagrody i oszczędności nabył drewniany dom w Wiśle. Tam też w sierpniu 1974 roku złamał nogę w biodrze. Nie powrócił już do sprawności.  Pozostawił po sobie tysiące drzeworytów, rysunków, linorytów i litografii. Projektował też witraże.
Stanisław Ligoń - pisarz, malarz, ilustrator, działacz kulturalny, a także narodowy, reżyser i aktor. Był synem maszynisty kopalnianego, a zarazem działacza i poety, Jana Ligonia. Po ukończeniu szkoły podstawowej pracował jako goniec w księgarni, a następnie w zakładzie malarskim. Uczęszczał też do krakowskiej szkoły artystyczno - przemysłowej, a w 1900 roku rozpoczął w Berlinie studia malarskie. Łączył je z pracą kulturalno-społeczną wśród Polonii. Po powrocie na Górny Śląsk pracował jako malarz - ilustrator, zbliżył się też do ruchu teatrów amatorskich. W 1911 ponownie przeniósł się do Krakowa na dalsze studia na Akademii Sztuk Pięknych. W okresie I wojny światowej przebywał w Truskolasach, gdzie namalował polichromię w kościele św. Mikołaja oraz założył polską szkołę, w której nauczał wraz z żoną Wandą. W 1917 roku został wcielony do niemieckiego wojska. Po wojnie pisał i rysował w piśmie "Kocynder" pod pseudonimem Karlik. Po podziale Górnego Śląska przeniósł się do Katowic, gdzie w latach 1923-1928 był nauczycielem rysunku w gimnazjum im. Adama Mickiewicza. Jednocześnie współpracował jako scenograf z katowickim Teatrem. Działał też w Radzie Muzealnej przy Muzeum Śląskim. Był aktywnym radiowcem - pierwszy raz stanął przy mikrofonie 25 grudnia 1927 roku. Prowadził stałe audycje, w których posługiwał się spolszczoną gwarą śląską. Od stycznia 1934 roku do wybuchu II wojny światowej pełnił funkcję dyrektora katowickiej rozgłośni Polskiego Radia. W swojej pracy koncentrował się głównie na audycjach regionalnych i satyryczno-politycznych, skierowanych przeciw hitlerowskiej propagandzie. W wyborach parlamentarnych w 1935 roku wybrano go z listy Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem na posła na Sejm IV kadencji, gdzie pracował w komisji oświatowej. Wraz z wybuchem II wojny światowej wyjechał do Warszawy, następnie do Lublina i na Węgry. Potem udał się do Jugosławii, gdzie do 1941 roku pracował w Komitecie ds. Uchodźców Polskich. W końcu dotarł na teren Palestyny i zamieszkał w Jerozolimie, gdzie zajmował się działalnością malarską i literacką. Był też członkiem delegatury Rządu RP na uchodźstwie ds. opieki nad wychodźcami. Po wojnie wrócił do Polski i pracy w Radiu Katowice. Zmarł w Katowicach w 1954 roku.
Wilhelm Szewczyk - prozaik, publicysta, krytyk literacki, poeta, tłumacz z języka niemieckiego, literaturoznawca w zakresie literatury niemieckiej i serbołużyckiej, redaktor naczelny kilku czasopism, działacz nacjonalistyczny i komunistyczny, poseł na Sejm PRL kilku kadencji. Był też prezesem Oddziału Związku Literatów Polskich w Katowicach. Autor ok. 500 różnych publikacji. Uczęszczał do Państwowego Liceum w Rybniku, jednak nie uzyskał matury. Po ukończeniu liceum(chyba bardziej gimnazjum) przeniósł się do Katowic. W 1935 roku w czasopiśmie "Kuźnica" opublikował swoje pierwsze poezje. Działał w Obozie Narodowo-Radykalnym. Postulował o wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego, prasę i literaturę żydowską uważał za jedną z najgroźniejszych broni "żydowskiego państwa eksterytorialnego". Do 1939 roku pracował w redakcji literackiej katowickiej rozgłośni Polskiego Radia. W czasie II wojny światowej wcielono go do Wehrmachtu i przewieziono do Wrocławia. Po ataku Niemiec na ZSRR w 1941 roku przeniesiono go na front wschodni. Wkrótce został ranny pod Smoleńskiem i przebywał w szpitalu w Baranowiczach. Po leczeniu przeniesiono go do Alzacji. Po wojnie wrócił do Katowic, gdzie podjął pracę na Wydziale Informacji i Propagandy Urzędu Wojewódzkiego. Wkrótce zatrudniono go w Rozgłośni Śląskiej Polskiego Radia. Szewczyk wstąpił do Stronnictwa Demokratycznego, z rekomendacji którego został członkiem Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach, jako reprezentant Związku Zawodowego Literatów Polskich. W 1947 roku wystąpił z partii. Przez kolejny rok był członkiem Polskiej Partii Robotniczej, a od 1948 roku należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W następnym roku został z niej wykluczony. W 1953 roku znalazł się w gronie 53 członków krakowskiego Związku Literatów Polskich popierających komunistyczne represje wobec duchowieństwa katolickiego w Polsce. Aktywnie wspierał działania propagandy komunistycznej w trakcie głośnego procesu księży kurii krakowskiej. W 1960 roku powrócił do PZPR. Od 1971 roku członek KW PZPR w Katowicach, a w latach 1980 - 1981 zasiadał w jego egzekutywie. W latach 1952-1956 był też dyrektorem Studium Teatralnego w Katowicach. Będąc posłem na Sejm PRL był niezwykle barwną postacią. Oprócz niego w Sejmie III kadencji zasiadało jeszcze dwóch pisarzy: Bohdan Czeszko i Władysław Majerek. Przynosili oni do Sejmu w butelkach po wodzie sodowej i pod koniec sesji nie potrafili już siedzieć w ławach poselskich. Oburzeni posłowie z Katowic na czele z Wilhelmem Szewczykiem złożyli interpretacje do laski marszałkowskiej, że skandalem jest sprzedawanie towarzyszom pisarzom wódki w bufecie, a im nie. Wkrótce przepisy miały złagodnieć. Zmarł w Katowicach, został pochowany na miejskim cmentarzu ewangelickim.

Myślę, że jak na jedną notatkę wystarczy. Oczywiście to nie jest koniec Ślązaków, którzy znaleźli się w Galerii, ale gdybym miała zmieścić ich wszystkich w jednym poście, wyszedłby mi mały tasiemiec. Dlatego postanowiłam podzielić ich na przynajmniej dwa posty. Trzymajcie się ciepło. I do zobaczenia w następnej notatce.

piątek, 19 listopada 2021

1368. Mówili mu Hanik...

Gdybym miała opisać ostatni tydzień i to, co się wokół niego działo, zbyt dużo negatywnych rzeczy i opisów musiałoby się znaleźć w tym opisie. I oddanie na ten czas komputera do serwisu z powodu nadłamania obudowy byłoby tutaj najmniejszym problemem. Teoretycznie mogłam coś tam skrobnąć na tablecie, który kupiłam awaryjnie podczas zdalnego nauczania. Jednak w ten sposób robiłam opisy rodzin ze SzP. dla "wściekniętej Liderki"(boszszsz... jak mi się to określenie wymyślone przez Brutusa podoba) i uwierzcie mi, już to był dla mnie wyczyn, nie tylko ze względów manualnych.
103 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości uczciłam po mojemu - czyli biegiem. W tym roku jego trasa biegła nieco inaczej - nie skręcaliśmy przy Miejskiej Hali Sportowej, jak w poprzednich latach, ale przebiegliśmy przez tunel oddzielający miejską część parku od, można powiedzieć, "mojej osiedlowej". Tak więc biegłam niejako po moim terenie. Na mecie prawdopodobnie byłam w pierwszej 500 - akurat tyle było przygotowanych pakietów medalowych. Potem jeszcze poszłam na patriotyczną Mszę Świętą w naszej dąbrowskiej bazylice ze złożeniem ziemi z bitwy pod Dytiatynem. I wtedy tak właściwie przestało być dobrze... I wiele planów na ten tydzień musiało ulec modyfikacji, niestety.
Ale to "dobrze" powoli zaczyna wracać. Jeszcze nie jest na tyle "dobrze", abym mogła wziąć udział w Forum Młodych w Krakowie, czy chociażby w jutrzejszej beatyfikacji naszego krajanina - księdza Jana Machy, która ma się odbyć w katowickiej archikatedrze - będzie musiał wystarczyć mi przekaz on-line. Ale już dzisiaj byłam w stanie iść na zajęcia na uczelni. A także szerzej przyjrzeć się biografii Jana Machy. Z okazji zbliżającej się beatyfikacji została bowiem napisana książka o wymownym tytule "Zawsze myśl o niebie...". Już dawno miałam ją na oku, a teraz dodatkowo mam ją na swojej półce.

Tytuł: Zawsze myśl o niebie... Historia Hanika - ks. Jana Machy (1914 - 1942)
Autor: Agnieszka Huf
Wydawnictwo: Księgarnia św. Jacka
Katowice 2020
Liczba stron: 120

Zmierzając co rano na zajęcia na Wydziale Teologicznym mieszczącym się tuż obok katowickiej archikatedry, po prostu nie mogłam nie widzieć ogromnego plakatu od jej frontowego wejścia, informującego o beatyfikacji kapłana Jana Machy. Beatyfikacji, która, podobnie jak w przypadku siostry Róży Czackiej i prymasa Stefana Wyszyńskiego, miała mieć miejsce w zeszłym roku, ale z powodu panującej pandemii, została przeniesiona na ten rok.
Jeżeli nie słyszeliście wcześniej o księdzu Janie Masze, którego w domu i wśród przyjaciół nazywano po prostu Hanikiem (zdrobnienie od imienia Jan popularne na Śląsku), nic się nie martwcie. Ja po raz pierwsze przeczytałam o nim jakieś dwa lata temu w lokalnej gazecie. Zaciekawiła mnie wtedy jego postać. 
Zdjęcie Jana Machy z dnia
Pierwszej Komunii Świętej
(źródło zdjęcia)
Jan Macha urodził się jeszcze przed wybuchem I wojny światowej w Chorzowie - 18 stycznia 1914 roku. Dwa dni później noworodek zostaje zaniesiony do kościoła parafialnego, gdzie otrzymuje imiona Jan Franciszek. Zwyczajny chłopak, taki jak wielu innych, syn, brat(miał młodszego brata Piotra i dwie, też młodsze, siostry - Marię oraz Różę). Znamienny dla losów Górnego Śląska rok 1921 był dla Hanika pierwszym rokiem edukacji w szkole powszechnej, którą po czterech latach, zamienia na renomowane gimnazjum o profilu klasycznym, mieszczące się w jego rodzinnej miejscowości. W maju 1925 roku przystępuje do Pierwszej Komunii Świętej, a kilka tygodni później - sakramentu bierzmowania. Uczniem Hanik jest raczej przeciętnym. Nawet powtarza czwartą klasę. Za to daje się poznać jako wysportowany młodzieniec, działacz wielu kół zainteresować, orator w lokalnym Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, a nade wszystko oddany przyjaciel. Gdzieś w głębi serca rodzi się w nim pragnienie zostania księdzem. Po otrzymaniu świadectwa maturalnego, zaopatrzony w zaświadczenia od innych księży, jedzie do królewskiego Krakowa, gdzie znajdowała się ówczesna siedziba Katowickiego Wyższego Seminarium Duchowego. Na upragnione studia nie dostaje się jednak od razu z powodu... zbyt dużej ilości kandydatów. Żeby nie stracić roku zapisuje się na studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pomimo natłoku nauki znajduje jeszcze czas na działalność w różnych Kołach Naukowych oraz organizacjach. W następnym, 1934 roku, Jan Macha ma szczęście - udaje mu się dostać na wymarzone studia. Obok intensywnej nauki w dalszym ciągu znajduje czas na udzielanie się w dziełach, zwłaszcza charytatywnych. Kończy je z bardzo dobrym wynikiem pięć lat później broniąc pracy magisterskiej dotyczącej jego rodzinnej parafii. A właściwie jej części, ponieważ jest ona tak obszerna, że komisja proponuje, aby resztę obronił za jakieś dwa lata w ramach studiów doktoranckich.
W dniu prymicji z rodziną (źródło
zdjęcia
)
To jednak nigdy ma nie nastąpić. Jednak w ciepły czerwcowy dzień 1939 roku żaden z młodych prezbiterów nie myśli o zbliżającej się wojnie. Na razie stoją w przedsionku katowickiej świątyni p.w. świętych Piotra i Pawła i czekają na ten moment, kiedy zostaną namaszczeni na księży. Litania do wszystkich świętych - czy Hanik mógł przeczuwać, że kiedyś jego imię i nazwisko będzie dopisane do wszystkich tych, którzy zginęli z "powodu Jego imienia"?
Dwa dni później, tj. 27 czerwca, w kościele parafialnym św. Marii Magdaleny w Chorzowie Starym odbyła się uroczysta Msza święta. W pewnym momencie jeden ze zwisających nad ołtarzem białych welonów owija delikatnie szyję młodego neoprezbitera. Właściwie nikt tego nie zauważa poza dwoma parafiankami. Znak? Jeżeli nawet tak, to nikt już tego nie pamięta, bawiąc się na przyjęciu prymicyjnym na "śląską nutę". A więc było i co zjeść i przy czym zatańczyć.
Dwa pierwsze miesiące swojego kapłaństwa Jan spędził posługując na zastępstwie w rodzinnej parafii. Wraz z dniem 1 września 1939 roku miał zacząć swoją posługę w kościele w Katowicach-Zawodziu. Dosłownie dwa dni wcześniej dostał jednak zawiadomienie, że został posłany do parafii św. Józefa w Bytomiu. 
Dociera tam 6 września. Wojna trwa już prawie tydzień, a Górny Śląsk zostaje wcielony do III Rzeszy. Na duchownych zostają narzucone coraz to nowe ograniczenia. Hanik nie traci jednak ducha i w swoich kazaniach stara się, aby tego ducha nie tracili też wierni. A o to niezwykle trudno. Kiedy w pierwsze swoje kapłańskie Boże Narodzenie idzie do ludzi ze zwyczajową "kolędą", widzi targającą ich nędzę. Widzi głodnych staruszków i zziębnięte dzieci. On, od dziecka wyczulony na ludzką krzywdę, nie mógł się zgodzić na taki stan rzeczy i postanowił działać. Założył organizację, której członkowie chodzili po domach bogatszych mieszkańców i prosili ich o pomoc tym uboższym. Co ważne, ksiądz Macha nie patrzył, czy ktoś potrzebujący pomocy jest Polakiem czy Niemcem(a tych na Śląsku nie brakowało). W jego przekonaniu i jeden i drugi żołądek jest w takim samym stopniu głodny.
Ksiądz Jan w otoczeniu dzieci i młodzieży
(źródło zdjęcia)
Przez 1,5 roku wszystko działało pozornie bez zarzutu. Coś jednak poszło nie tak. 5 września 1941 roku kapłan wraz z dwoma chłopakami z parafii pojechał do Katowic odebrać zamówione książki do religii. Chociaż było zakazane jej nauczanie, to księżom pozwolono na przygotowywanie dzieci do przyjęcia sakramentów. Oczywiście, z niemieckich katechizmów. Nastolatków oczarowało miasto, w którym jeszcze nigdy nie byli. Ksiądz Jan zdążył jeszcze kupić im bilety powrotne i zapakować z podręcznikami do pociągu. Wkrótce potem go aresztowano i wywieziono do aresztu śledczego w położonych tuż po sąsiedzku Mysłowicach.
Torturami próbowano dowiedzieć się od księdza Machy o rzekomej organizacji, której dowodził. On jednak się nie ugiął. Bo i nie należał do żadnej organizacji, której działalność skierowana byłaby przeciw Niemcom. Katowany, męczony, poniżany, nie mógł nawet zmówić modlitwy brewiarzowej, ponieważ jeszcze nie dostał jeszcze zgody na jego posiadanie. Pod osłoną nocy wyciągał z więziennego koca nitki i plótł z nich różaniec. A także pocieszał współwięźniów. Po cichu wygłaszał kazania, w których zachęcał ich do wytrwania w wierze do końca. Było to dla niego trudne, ponieważ jakieś 200 metrów dalej znajdował się kościół, którego dzwony kilka razy dziennie zwoływał wiernych na modlitwę. W listach do rodziny nie żalił się jednak na swój los, tylko prosił ich o modlitwę i zapewniał o swojej względem nich. Modlił się także za swoich oprawców. Kiedy jeden z katujących go strażników usłyszał, że Jan chciałby stanąć obok niego u Bram Raju, stwierdził, że albo jest to świr, albo święty.
Więzienie w Mysłowicach - widok współczesny(źródło zdjęcia)
Zachowała się z tamtego okresu pewna anegdotka. Kiedy rodzice Janka dowiedzieli się, gdzie przebywa ich syn, postanowili przygotować mu paczkę z domowymi smakołykami i świeżą bielizną. Jako że nie miał kto jej zawieźć do Mysłowic, wybór padł na nastoletnią Różę. W więzieniu co prawda nie było możliwości odwiedzin, ale liczono na to, że chociaż paczkę da się przekazać. Nie do końca wiadomo jak to się stało, ale Róży udało się przekupić strażnika przy bramie paczką papierosów. Dzięki temu weszła na nieprzyjazny teren. Dalej szło już znacznie prościej - kolejni strażnicy sądzili, że skoro poprzedni ją przepuścili, to musi mieć stosowne papiery. W efekcie zostawiła paczkę dla brata u samego naczelnika. I chociaż nie wiadomo co się finalnie stało z podarunkiem, bo nie dotarł on do adresata, to wszyscy, łącznie z rodzinami innych więźniów, byli pod wrażeniem hartu ducha tej młodej dziewczyny.
Różaniec księdza Machy wykonany z nitek z 
więziennego koca(źródło zdjęcia)
27 czerwca 1942 roku w katowickim sądzie odbyła się rozprawa przeciwko księdzu Janowi Masze. Trwała ona 10 godzin. Przez cały ten czas rodzice kapłana siedzieli na korytarzu. Udało się wynająć mu adwokata, jednak duchowny nie mógł skorzystać z jego pomocy i musiał bronić się sam. Wreszcie zapadł najwyższy z wyroków - kara śmierci. Jednak nie wszystko było stracona - istniała szansa, że wyrok ulegnie zmianie. Uruchomiona została machina proceduralna, a podania pisane były wszędzie, nawet do samego Adolfa Hitlera. Niestety, bezskutecznie.
Jan na wykonanie wyroku oczekiwał w katowickim więzieniu na ulicy Mikołowskiej. Znamienne jest, że zaledwie 2,5 roku wcześniej, kilkaset metrów dalej, przyjął święcenia kapłańskie. Tak więc na jednej z głównych ulic Katowic zarówno rozpoczęło się jak i zakończyło, jego kapłańskie życie. Jednak zanim to nastąpiło, ksiądz dostał pozwolenie na posiadanie brewiarza. Nawet nie wiecie, jaki był z tego powodu szczęśliwy, co zaznaczał w listach do rodziny. Jest też w stałym kontakcie z więziennym kapelanem - księdzem Joachimem Beslerem. I chociaż nie może sprawować nabożeństw i Eucharystii, to może korzystać z sakramentów tak często, jak tylko potrzebuje.
Areszt śledczy w Katowicach - widok współczesny(źródło zdjęcia)
Wreszcie przychodzi 2 grudnia 1942 roku. Dwa tygodnie wcześniej po raz ostatni spotkał się ze swoimi bliskimi. Już wtedy był jakiś taki nieswój. Czyżby przeczuwał zbliżający się koniec? Pod osłoną nocy Jan Macha wraz z innymi zostaje przyprowadzony na więzienny dziedziniec. Kiedy Joachim Besler widzi go wśród skazańców, nogi się pod nim uginają. Do końca miał nadzieję, że uda się zmienić wyrok młodego księdza. Przed księdzem Machą pozostają ostatnie chwile życia. Ostatnia spowiedź i rozmowa z kapelanem więziennym, ostatnie listy do bliskich, ostatnie przywołanie wspomnień. Jan Macha jako pierwszy ze skazanych poszedł pod gilotynę. To stosunkowo szybka i "humanitarna" śmierć. Ciało zostało złożone do drewnianej paki z trocinami, a następnie wywiezione do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Tam zostało spalone. Nad ranem prochy rozwiał po okolicznych polach wiatr...
Ostatni list księdza Jana Machy napisany tuż
przed śmiercią do rodziny(źródło zdjęcia)
W swoim ostatnim liście nie tylko zapewnił bliskich o swojej miłości do nich i poświęceniu ich swoim modlitwom, ale też wydał ostatnie dyspozycje. Poprosił m.in. o to, aby jego kielich mszalny i brewiarz,  którym się posługiwał w więzieniu, trafiły do jego serdecznego przyjaciela, księdza Antoniego Gasza. Przeczuwając, że nie będzie miał grobu poprosił też o mały nagrobek, aby ludzie mieli gdzie za niego zmówić modlitwę. Poinformował ich też, gdzie i ile ma długu i poprosił o jego uregulowanie. "Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Bez jednej jaskółki wiosna też zawita, a bez jednego człowieka świat się nie zawali" - pocieszał ich w metaforyczny sposób.
List ten otrzymali rodzice księdza Jana - Anna i Paweł Macha. Wraz z listem zwrócono im m.in. zakrwawioną chusteczkę do nosa, różaniec, brewiarz. Anna Macha chciała zamówić Mszę za ukochanego syna, gestapowcy jednak ją ubiegli i zabronili księżom oficjalnego sprawowania Eucharystii za duszę zmarłego. Chociaż wszystko było robione pod osłoną nocy, na nabożeństwach pojawiały się tłumy wiernych, zarówno z Chorzowa, jak i z Rudy. Symboliczny grobowiec wystawiono mu dopiero po wojnie.
Symboliczny grób księdza Jana Machy na chorzowskim cmentarzu(źródło zdjęcia)
Pierwsze próby wyniesieniu księdza Jana Machy na ołtarzu podjęto już w 1999 roku, kiedy było wiadome, że papież Jan Paweł II beatyfikuje męczenników II wojny światowej. Niestety, z każdej diecezji można było wskazać tylko dwóch kandydatów, a dokumentacja związana z księdzem Hanikiem wydawała się zbyt uboga. W rezultacie podczas uroczystej Mszy beatyfikacyjnej, 13 czerwca 1999 roku, diecezja katowicka jest "reprezentowana" przez księży Emila Szramka oraz Józefa Czempiela.
Historia księdza Jana Machy jednak dalej pozostawała "żywa". W 2010 roku minister sprawiedliwości odznaczył pośmiertnie kapłana złotą odznaką "za zasługi w pracy penitencjarnej", a rok później Dagmara Drzazga kręci film "Bez jednego drzewa las lasem zostanie", w którym pokazuje miejsca bliskie pracy Hanika. W 2013 roku na nowo rusza proces beatyfikacyjny śląskiego duchownego zamordowanego w katowickim więzieniu. Wreszcie 28 listopada 2019 roku papież Franciszek podpisał dekret o męczeńskiej śmierci księdza Hanika. Dla przypomnienia - jeżeli ktoś zostaje uznany błogosławionym na drodze męczeństwa to nie wymaga się cudu za jego przyczyną. 
Tak jak pisałam na początku - pierwotnie termin beatyfikacji został zaplanowany na jesień 2020 roku, jednak pandemia pokrzyżowała te plany. Trzeba było poczekać jeszcze rok. Ten rok jednak zleciał i już jutro, po raz pierwszy na śląskiej ziemi, odbędzie się ta doniosła uroczystość. Prawda i sprawiedliwość znowu zatriumfują nad ciemnymi dolinami, a ludność śląska będzie miała "swojskiego" oficjalnego orędownika w niebie. W niebie, o którym, wedle jednego z jego kazań, mamy myśleć w każdej chwili naszego życia...

sobota, 6 listopada 2021

1367. Wszystkie barwy wolności

Oto jak na Górnym Śląsku przyroda przeplata się z przemysłem
Trzeba przyznać - tegoroczna jesień zdecydowanie nas rozpieszcza. Jak na pierwszy tydzień listopada pogoda jest wyjątkowo udana. Co prawda rankiem chwyta już lekki przymrozek, a wtorek uraczył Górny Śląsk dość pokaźnym deszczem, za to dni są niezwykle piękne. Drzewa mienią się różnymi kolorami jesieni, słońce jeszcze przygrzewa. Po prostu jest magicznie. Człowiek przesiaduje praktycznie wszystkie przedpołudnia w murach uczelni i tylko patrzy, aby wyjść na to przyjemne ciepełko na dłużej, niż tylko kwadrans oddzielający jedne zajęcia od drugich.
W tak niezwykłej aurze, połączonej z pięknem katowickiego parku na Muchowcu, odbył się ostatni z biegów upamiętniających stulecia trzech kolejnych Powstań Śląskich. Udało mi się wziąć udział w pierwszej edycji, której trasa wiodła raczej po centralnych ulicach Katowic(tymi samymi, co rok wcześniej zorganizowano bieg "Wolność na 5"). Zeszłoroczną edycję znokautowała pandemia koronawirusa. Tzn., kto chciał, ten mógł pobiec w biegu wirtualnym. Nie wiem jednak dlaczego, ale nie zauważyłam, kiedy prowadzono zapisy(przez internet). A kiedy się zorientowałam, było już na to za późno. W tym roku "czatowałam" na ogłoszenie startu zapisów od początku października. W końcu zobaczyłam wyczekiwaną grafikę zapowiadającą wydarzenie oraz link do wpisania się na listę startową.
grafika informująca o wydarzeniu (źródło - facebook)
Jak zapewne się domyślacie, nie trzeba było mnie dwa razy namawiać(zresztą w ogóle nie trzeba było mnie namawiać). Jedyne co mnie frapowało to miejsce startu, które zawsze było spod liceum będącego organizatorem biegu. Zważając jednak na korki spowodowane remontem na ul. Porcelanowej domyślam się, że nikt nie chciał dodatkowo paraliżować ścisłego centrum miasta. Zresztą na Muchowcu odbywa się masa imprez sportowych, w niektórych nawet pomagam, więc miejsce jest jak najbardziej sprawdzone. Jedyny mankament to dojazd, ale nie ma rzeczy doskonałych.
Trochę się rano zdenerwowałam, kiedy uciekł mi autobus, na który "polowałam". No nic, jeden odjechał, przyjedzie następny. Chociaż, zważając na armagedon podczas wjazdu do stolicy mojego województwa, wolałam jechać tym upatrzonym. Kolejny podjechał kilka minut później. Wsiadłam do niego, zajęłam miejsce i zaczęłam czytać wskazane przez profesorkę rozdziały książki do antropologii. W poniedziałek mamy wejściówkę, a skoro podróż do Katowic trwała godzinę, to warto tą godzinę jakoś sensownie zagospodarować. Czasu wolnego mam niewiele, więc staram się wykorzystać każdą taką okazję. I chyba nawet jakoś mi to wychodzi. Ostatnio trochę się wykazałam wiedzą na zadawane przez prowadzącą zajęcia pytania, co nieco umocniło mnie w przekonaniu, że pedagogika była dobrym wyborem. 
W Katowicach kolejny klops, bo autobus mogący dowieść mnie bezpośrednio na miejsce startu, miał przyjechać dopiero o 10:01. Zważając, że biuro zawodów było otwarte teoretycznie do 10:30(chociaż w praktyce to do ostatniego klienta), robiło się coraz ciekawiej. Adrenalina rosła, zwłaszcza w momentach, kiedy pojazd po raz trzeci przejeżdżał przez to samo rondo na osiedlu Paderewskiego. W końcu wjechał w ulicę Francuską i podążał nią do samego końca.
Ja jednak wysiadałam na przedostatnim przystanku. Już z daleka było widać coś, co ja nazywam "miasteczko sportowe". Nie musiałam więc go szukać - a więc jeden problem z głowy. Zauważyłam też, że nie tylko ja przybyłam praktycznie na ostatnią chwilę, a tym samym wiedziałam, że raczej nie zamkną mi biura przed nosem. Jeszcze tylko upewniłam się co do mojego numerka startowego i stanęłam w trzeciej kolejce, która prowadziła do stanowiska wydającego numerki od 101 do 150. Szczerze powiedziawszy to myślałam, że będę stała dłużej. A tymczasem ani się obejrzałam, a już stałam przy stole. Po chwili otrzymałam mój pakiet startowy, na który składała się "nerka", numerek startowy, agrafki i chip do pomiaru buta, który trzeba było przymocować do buta.
Skład pakietu bez chipu, który trzeba było oddać na mecie
W pakiecie, jak można zauważyć na zdjęciu, znajdował się jeszcze posiłek i napój. Je jednak, podobnie jak medal, otrzymywało się po dobiegnięciu na metę. 
Dziesięć minut przed startem mieliśmy zbiorową rozgrzewkę. 
A potem już tylko pozostawało czekanie, aż spiker da znak do zbiorowego startu z nadmuchiwanej bramy z LOGO Katowic. Zresztą, startowaliśmy i finiszowaliśmy w tym samym miejscu. W biegu wzięło udział ok. 200 osób(internetowo zapisało się niecałe 200, jednak niektórzy wpisywali się na listę startową tuż przed biegiem). Jego trasa, licząca 5 kilometrów, wiodła po parku usytułowanym w Dolinie Trzech Stawów.
Sama trasa biegu była dla mnie wyzwaniem. Jeszcze nie miałam przyjemności biegać w tym miejscu(ale znam je z wolontariatów podczas różnych wydarzeń), dlatego nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. We wcześniejszych edycjach, jak już pisałam, biegliśmy ulicami Katowic. Wiedziałam więc mniej więcej, gdzie teren wznosi się do góry, a gdzie opada w dół. Pozwoliło mi to rozłożyć siły w taki sposób, aby dobiec na metę przy jak najbardziej wydatnym zużyciu energii. Innymi słowy - wiedziałam, kiedy mogę sobie pozwolić na przyspieszenie, a kiedy na zwolnienie biegu. 
Teraz biegłam trochę na wyczucie. To znaczy ciut wolniej, niż byłabym w stanie. Miało to swoje dobre strony, np. nie zazipiałam się. Ale, jak to w życiu bywa, miało i negatywny skutek, m.in. w rezultacie czasowym. Marzyłam o pokonaniu trasy w ok 45 minut. Wyszło coś koło 50. Nie przejmuję się jednak tym za bardzo - wiem, że nigdy nie dam rady przebiec tych 5000 metrów w tempie kilkunastu, 20 minut. Dlatego traktuję wszystko jako wyzwanie połączone z oddaniem w ten sposób hołdu tym wszystkim, którzy kiedyś tam walczyli o szeroko pojętą wolność.
Pokonywanie kolejnych metrów umilały mi jesienne kolory, w które został przystrojony park. Chociaż wiele drzew zostało już ogołoconych z różnobarwnych liści, to jednak były i takie, których liście w dalszym ciągu nie poddawały się gwałtownym podmuchom chłodnego wiatru. Teraz przyjemnie szeleściły, jakby dopingowały mnie do dalszego wysiłku na miarę moich możliwości. Podobnie jak tafla stawów, która zazwyczaj płaska, pod wpływem wiatru marszczyła się i cichutko szumiała, w rytm skandowania: "Biegnij! Biegnij!". I chociaż człowiek miał zajęte myśli samym biegiem, to od czasu do czasu podnosił głowę, aby podziwiać piękno otaczającej nas przyrody. Wtórowali im spacerowicze, którzy na chwilę się zatrzymywali, aby zagrzewać do pokonywania kolejnych metrów oklaskami oraz zachęcającymi ku temu okrzykami. A ponieważ tuż obok znajduje się lotnisko sportowe, na którym notabene sam papież Jan Paweł II miał spotkanie z wiernymi, to i od czasu do czasu na niebie pojawiła się jakaś biała awionetka lub inny niewielki aeroplan.
Co prawda samolotu nie udało mi się uchwycić, ale hangary i owszem
W pewnym momencie, nie mogąc zlokalizować kartek z zaznaczonymi pokonanymi kilometrami, spojrzałam na zegarek. Nie jakiś "wypasiony", sportowy, z licznymi bajerami, nie. Ale taki zwyczajny, wskazówkowy. Dochodziła 11:30, szybko więc obliczyłam, że jestem około 3 kilometra. Niewiele się pomyliłam - wkrótce moim oczom ukazała się kartka z napisem "3 km". Czyli już bliżej niż dalej. Wytrwale biegłam więc dalej, tym bardziej, że gdzieś tam za drzewami słychać już było spikera. Ale zanim zobaczyłam ostatni odcinek trasy, jeszcze trochę metrów minęło. 
Na ostatniej prostej
Aż w końcu, wśród braw i słów zachęty speakera, przekroczyłam upragnioną i wyczekiwaną linię mety. Wkrótce na mojej szyi zawisł symboliczny medal z datami stulecia III Powstania Śląskiego.
Meta!!!
Tak, dotarłam ostatnia, tak, daleko mi do czołówki biegu. Nie to jest jednak najważniejsze. Nasza wychowawczyni-trenerka często nam powtarzała, że pierwsi dobiegają najszybsi, ostatni - najwytrwalsi. Ta prosta maksyma często działa na mnie pokrzepiająco. Tak samo jak werset z Księgi Izajasza, który powtarzałam sobie, kiedy bezsiła brała górę: "Ci co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia"(Iz 40, 31). 
Czasami uda mi się zrobić ciekawe zdjęcie...
Hasło przewodnie - "Bieg wolności", miało dla mnie ponadwymiarowe znaczenie. Z jednej strony była to kolejna okazja do uczczenia tego wyjątkowego wydarzenia w historii naszego kraju. A z drugiej, biegnąc, naprawdę czuję się wolna. To prawda, niepełnosprawne ciało nie pozwala mi na rozwinięcie szybkości tak, jakbym tego chciała. A jednak, biegnąc czuję się wolna. Tak, jak sto lat temu powstańcy walczyli o swoją wolność i suwerenność, tak samo ja dzisiaj walczę o moją wolność w sensie fizycznym. Kocham dźwięk butów uderzających o bruk, kocham wiatr owiewający moją twarz, kocham to specyficzne zmęczenie po każdym biegu. Kocha i doceniam, bo jest wymierną oznaką pracy jaką musiałam włożyć w to, aby znaleźć się właśnie w tym miejscu.
Spodobał mi się ten klomb
Trzy biegi upamiętniające trzy kolejne setne rocznice Powstań Styczniowych przyniosły trzy medale. Tak jak pisałam, nie brałam udział w zeszłorocznej edycji, więc teoretycznie brakowało mi środkowego. Organizatorzy przewidzieli jednak taką okoliczność i umożliwienie kupienie go. Tak też zrobiłam, chociaż drżałam na myśl, że policzą sobie za to jak za przysłowiowe zboże. Na szczęście cena była niewygórowana. A do tego dodano mi specjalną podkładkę - jeżeli włoży się w nie medale z kolejnych edycji, wyjdzie pomnik wzorowany na tym stojącym w centrum Katowic.
Po biegu udałam się na przystanek autobusowy. Chciałam podjechać sobie chociaż do centrum. A tutaj klops, okazało się, że trafiłam w "dziurę" - przez kolejne dwie godziny nic nie jechało w tamtym kierunku. Wróć, w ogóle nic nie jechało. Miałam do wyboru, albo czekać, albo iść. Szczerze powiedziawszy to wybrałam drugą opcję. W końcu wystarczyło tylko dojść pod WORD-a(Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego), bo stamtąd już prościej dojechać w moje docelowe miejsce. Co prawda to kolejny kilometr(według google.maps 1,3 km.) do przebycia, ale co tam. Tyle przebiegłam, to i te 1000 metrów mogłam przejść. Zwłaszcza kiedy po drodze mogłam znowu koić wzrok pięknem naszej Ziemi.
Taki oto posążek można zobaczyć po drodze
Wszystkie barwy jesieni
Chociaż do świąt pozostało ok. 1,5 miesiąca, to dzięki jemiole już zaczęłam o nich myśleć
Po drodze zdążyłam odmówić cały różaniec. Kilku ludzi się na mnie dziwnie patrzyło, ale jakoś mnie to nie zraziło. Zresztą nawet nie wiem, czy bardziej zwracali uwagę na to, co trzymam w rękach, czy na mój specyficzny chód. A w międzyczasie to i wersy kolejnego wiersza ułożyły się w mojej łepetynce.

Wolności smak

Gdy patrzysz na ptaka,
jak po niebie mknie.
Z radością wolności
przemierza swe dnie.
Zazdrościsz mu czasem,
że jest wolny tak.
Że wie co to szczęście,
że wolność ma smak.
Wyciągnij swe ręce,
a w dłonie chwyć wiatr.
I biegnij przed siebie,
jakbyś chciał przebiec świat.
Uwolnij swe myśli,
ze słońca się ciesz.
Myśl samodzielnie,
sam przecież to wiesz.
Nie daj się innym,
i stań się jak ptak.
A wtedy poczujesz 
wolności Twej smak.

Zgodnie z przewidywaniami na WORDzie wsiadłam do autobusu, który dowiózł mnie pod dworzec PKP(i to dosłownie). Z dworca pociągowego na dworzec, z którego odjeżdżają autobusy w moim kierunku, mam dosłownie kilka(dziesiąt, set?) kroków. Wreszcie dotarłam na miejsce. 
To był intensywny dzień. Ale takie też są potrzebne. Chociażby po to, aby oderwać myśli od codzienności. Zresetować się przed kolejnym intensywnym tygodniem. Dotlenić mózg i płuca. To działa - jakoś tak lepiej mi się myślało podczas nauki na antropologię i szybciej robiłam zadanie na technologię informatyczną, a i prezentacja na pracę socjalną jest już gotowa. O tak, dotlenienie mózgu bardzo mu sprzyja. Nie możemy o tym zapominać.