Przed końcem roku chciałam jeszcze zakończyć cykl związany z pomnikami ludzi związanych w jakiś sposób z rejonem Górnego Śląska, który znajduje się w jednym z katowickich zielonych skwerów, Placu Grunwaldzkim. Przy okazji "pochwalę się" zaćmieniem mojego umysłu - poprzednie pomniki są ustawione przy jednej alejce. Sam skwer jest przecięty przez ulicę i pomniki z dzisiejszego wpisu ustawione są przy jej dalszym ciągu po drugiej stronie tejże ulicy(inaczej mówiąc - ulica jakby przecina tą alejkę). Dochodzę do pomnika poświęconego Wojciechowi Kilarowi i zonk, nie ma już więcej postumentów. A przecież gdzieś muszą być - wszak i czytałam o nich w internecie, i nawet widziałam ich zdjęcia. Więc co, wyparowały? Rozglądam się, poszukując ich w niedalekiej okolicy i nagle je dostrzegam - na tej drugiej części alejki. Sama się z tego śmieję. No wiecie, ja słyszałam o "mgle pocovidowej", ale to by musiała być "mgła pozajęciowa".
Wracając jednak do naszych sławnych Ślązaków, to w ostatnich latach swoje miejsce na skwerze znaleźli:
Moje motto
Jaki był ten dzień
czwartek, 30 grudnia 2021
1381. Galeria sławnych Ślązaków, cz. 3
wtorek, 28 grudnia 2021
1380. Może to jest magia świąt?
A po świętach wzięliśmy się z innymi wolontariuszami ostro do pracy przygotowując paczki na katowicki Sylwester z Ubogimi. Spotkanie organizacyjne mieliśmy na ogródkach działkowych w Chorzowie. Szczerze powiedziawszy to jeszcze nigdy tam nie byłam, więc szłam trochę w przysłowiowe ciemno. Co ciekawe, dosłownie kilkadziesiąt metrów przed miejscem docelowym zostałam zgarnięta z trasy przez innych wolontariuszy, którzy też jechali na to spotkanie. A tak wyglądała nasza wczorajsza paczkowa ekipa.
| źródło zdjęcia |
piątek, 24 grudnia 2021
1379. Życzenia świąteczne
Kochani moi czytelnicy, drodzy przyjaciele bloga,
Rok 2021 powoli dobiega końca. Był to kolejny, właściwie drugi już z rzędu rok, w którym przyszło nam się zmierzyć z pandemią koronawirusa i wszelkimi związanymi z nią ograniczeniami, nakazami i zakazami. Ponownie wychodziło nam to raz lepiej, raz gorzej... teraz jednak przyszedł czas, aby od tego wszystkiego po prostu odpocząć.
By dać się porwać w wir świątecznych przygotowań. By wspólnie ubrać choinkę, przygotować prezenty, zrobić porządki i przypomnieć sobie kulinarne zdolności, piekąc z dziećmi pierniki, lepiąc uszka lub obsmażając karpia, by wykazać się wokalnym talentem wspólnie śpiewając kolędy...
I tego kochani właśnie chcę Wam życzyć! Abyście odetchnęli od codziennych trosk, w radości i z miłością w sercu spędzili ten świąteczny czas wspólnie z najbliższymi. Abyście byli dla siebie dobrzy i życzliwi. I w końcu, abyście potrafili sobie i innym odpuścić. Przecież choinka może stać trochę krzywo, karp każdemu może się przypalić, a i plama z barszczu też się spierze.
W te święta Bożego Narodzenia po prostu odnajdźcie w sobie dziecięcą radość - tą szczerą i beztroską. Jest nam to wszystkim bardzo potrzebne. Nie zapomnijcie zatroszczyć się w tych najbliższych dniach i o ciało, i o ducha!
Niech ten świąteczny czas pozwoli nam wszystkim pozytywnie naładować baterie, abyście z ufnością i nadzieją, pełni wiary i zapału weszli w nowy, 2022 rok!
Ostatnie porządki, ostatnie zakupy, gotująca się w kuchni grzybowa i barszcz czerwony, a w szklanym słoiku dojrzewające pierniczki. Trochę za bardzo się spiekły, ale to nic. I tak się je zje. Ostatnie w tym roku roraty, które nieśmiało oświetlał mój lampion. Kocham ten poranek, kiedy rozbrzmiewa antyfona "Emanuelu, nasz Królu i Prawodawco, oczekiwany Zbawicielu narodów, przyjdź, aby nas zbawić, nasz Panie i Boże", kiedy w Drugim Czytaniu słychać proroctwo przyjścia Mesjasza ze znaczącym przyjęciem przez świętego Józefa Dziecięcia Bożego jako syna - "Ja będę mu Ojcem, a On mi będzie Synem". Kiedy wreszcie prowadząca scholę składa przybyłym jej członkom najserdeczniejsze życzenia, a zarazem przypomina, że widzimy się w Pierwszy i Drugi Dzień Świąt na Mszy świętej o godzinie 10:00. Za chwilę obieram moją małą choinkę, która nada mieszkaniu świątecznego nastroju. Chociaż, co tam choinka i świąteczny nastrój. Najważniejsze jest, aby święta mieć w sobie.
Dziękuję Gosi i Basi Pawlak za pamięć i za cudowne życzenia w tradycyjnej formie. Tradycyjnie już łzy radości wywołała u mnie ogromna paczka od Basi Pawlak, wypełniona po brzegi książkami i cudownymi, ręcznie robionymi bombkami. Co prawda Poczta Polska znowu się nie popisała i nie zostawiła nigdzie pierwszego awiza(ani w drzwiach, ani w skrzynce pocztowej), jednak kiedy zobaczyłam zawartość paki to aż zamarłam, ni to z zaskoczenia, ni to z radości. Jest to dla mnie tym bardziej wzruszające, że nigdy niczego się nie spodziewam, nie oczekuję, nawet wstyd mi prosić Was o coś. Tymczasem Wasze serce i pamięć przewyższa wszystko. Dziękuję Wam za to, za to, że jesteście, wpadacie, wspieracie, ochrzaniacie.
A jeszcze w nawiązaniu do wczorajszego posta, to ów ksiądz odpisał mi, że jeżeli chcę, to mogę zdawać jego przedmiot już 14 stycznia. Aż chce mi się zaśpiewać: "Cuda, cuda, ogłaszają". Naprawdę, poczułam jak kamień spada mi z serca.
czwartek, 23 grudnia 2021
1378. Święta pod znakiem nadziei
Nie uważałam tego za zbyt sprawiedliwe, zwłaszcza w czasie, kiedy trwa pandemia i rektor sam prosił, aby osoby z objawami infekcji pozostawały w domu. Tylko, że jednocześnie okazało się, że nie wszyscy wykładowcy uznają zwolnienia lekarskie z tego powodu. Sytuacja iście patowa. Zastanawiałam się nawet, co by było w przypadku, kiedy ktoś w grupie zachorowałby na koronawirusa i ze strachu przed takimi sytuacjami przychodziłby chory na zajęcia. Albo gdyby okres jego rekonwalescencji przedłużałby się? To co wtedy? Też by nie otrzymał szansy na zaliczenie? Tym bardziej, że spora część z nas dojeżdża komunikacją zbiorową. A tam wiadomo, jeden ma maseczkę, drugi nie. Warunki do zarażenia wręcz idealne. Czemu nie jest to brane pod uwagę?
Nie wiem jak to się stało, ale wieść o moich problemach doszła do wydziałowego opiekuna osób niepełnosprawnych, którym jest jedna z moich wykładowczyń - Gessler*. To znaczy ja od początku mówiłam przewodniczącej Wydziałowej Rady Studentów, do której odesłał mnie po "radę" wykładowca, ale ona stwierdziła, że regulamin uczelniany mówi, że nie ma w moim przypadku już żadnego ratunku. No tak, ale chyba nie wiedziała o prawach, jakie przysługują osobom z orzeczeniem o niepełnosprawności. Nawet na początku semestru Gesslerowa napisała mi, że gdybym miała jakieś problemy, np. z obecnościami, to mogę do niej śmiało się zgłosić, to będziemy działać. W poprzednim semestrze zaplusowałam u niej tak, że jako jedyna dostałam u niej 5 na koniec przedmiotu. Wiedziała więc, że nie jestem taka głupia, na jaką mogę wyglądać. Postanowiła więc działać. Nie wiem jak tego dokonała, ale udało jej się i usprawiedliwić mi te dwie nieobecności, i ustaliła, że po świętach zaliczam zaległe kolokwium zaliczeniowe(wszyscy inni pisali je z 2 tygodnie temu).
Teraz muszę tylko przyswoić sobie materiał z zajęć, ale nie jest tego zbytnio dużo, więc dam radę. Zresztą, nie taką ilość informacji trzeba było w życiu ogarnąć. I wiecie to, tak jakoś nabrałam jeszcze większej motywacji do nauki. Ponownie pojawiła się we mnie nadzieja, że wszystko będzie dobrze i jakoś się to wszystko ułoży. No i przekonałam się, że nie taka Gessler straszna, jak ją malują.
ona jedna zostaje.
w kieszeni na egzaminie.
wtorek, 21 grudnia 2021
1377. Wraz ze zbliżającym się końcem roku
Zawsze warto jeszcze raz zacząć wszystko od nowa. Nie ważne, ile razy nam się nie udało, ile decyzji w dalszym ciągu nie podjęliśmy. Każdego dnia możemy z ufnością rozpocząć kolejną próbę. Zaczynanie wszystkiego od nowa nie jest zarezerwowane tylko dla wartko toczących się scenariuszy amerykańskich filmów, a przywilej ten nie dostaje się tylko wybranym szczęśliwcom, którzy po wygranej w totka mogą uciec na drugi koniec świata i zapomnieć o poprzednim życiu. Przy odrobinie wysiłku i ożywieniu zakurzonej już nieco noszonej w sercu nadziei, my również możemy jeszcze raz wszystko zacząć od nowa.
Pozostaje pytanie: jak zrobić to w mądry sposób? Poniżej przedstawiam pięć przykładowych działań.
- Nie postanawiaj, ale pragnij - czego pragnę? Jakie są moje najskrytsze dążenia? Tęsknoty, z których niespełnieniem nie potrafiłabym sobie pogodzić? Czasami lepiej jest odpowiedzieć sobie na te pytania, zamiast po raz kolejny postanawiać te same rzeczy, które i tak nigdy nam nie wychodzą. Motywatorem dla wszelkich celów nie jest cel sam w sobie, czy też wyobrażenie sobie sukcesu, jaki osiągniemy. Tym, co najbardziej nas motywuje, jest głęboko ukryta w sercu pierwotna intencja. Dobrze, że chcemy mniej pracować, ale właściwie dlaczego? Może po prostu po to, aby mieć czas dla siebie i w ten sposób np. rozwijać swoje hobby i zainteresowania? W porządku, że nareszcie chcemy zadbać o swoje ciało, ale znowu pojawia się podstawowe pytanie: po co? Jeżeli zrozumiemy, że na dnie tego wszystkiego jest głęboko skrywane marzenie np. o nadaniu smukłości naszemu ciału, łatwiej nam będzie odmówić sobie kolejnego ciastka lub pójść na basen. Sprawdźcie co się stanie, kiedy przeniesiecie akcent z postanowienia na pragnienia. Czy poczujecie wtedy uczucie ulgi?
- Nie bądź perfekcjonistą - po złym dniu chcemy zasnąć z nadzieją na to, że kolejny dzień będzie po prostu dobry. Czasem jednak przekształca się ona w perfekcjonistyczne odrzucenie własnego życia - głęboko niezadowoleni z tego, jacy jesteśmy, chcielibyśmy któregoś dnia obudzić całkowicie kimś innym. Szczególnie wtedy, kiedy nie umiemy znieść własnych słabości, chcielibyśmy być idealni, wszystkie zadania doprowadzać do końca oraz doskonale rozliczać się z każdego zaplanowanego punktu. Wydawać by się mogło, że dla perfekcjonisty nowy rok to wyśmienita okazja, aby snuć niezakłócone wizje świetlistej przyszłości wolnej od jakichkolwiek słabości i porażek. Tymczasem dużo mądrzej jest zgadzać się na słabości. Nawet więcej - celowo je praktykować, sprawdzając tym samym co się wydarzy, gdy zrobimy coś nie tak. Co będziemy wtedy czuli? Jak zachowają się inni? Czy kiedy kilka razy zrobimy z siebie przysłowiowego głupka, przejęzyczę się, nie wywiążemy z jakiegoś zobowiązania - czy te doświadczenia nas zrujnują tak bardzo, jak sobie wyobrażamy? A może wręcz przeciwnie, okaże się, że nikt tego specjalnie nie zauważy. Może właśnie dzięki temu odzyskamy dawno utraconą wolność od lęku przed oceną?
- Odpuść sobie - uwięzione w naszych ciałach napięcia, w sercu permanentny lęk, a w głowie wirujące zmartwienia - wszystko to stanowi przejaw kontroli rzeczywistości. Być może zbyt mocno uwierzyliśmy w to, że musimy nad wszystkim panować. Zaufać Bogu, losowi, pozwolić swobodnie potoczyć się sytuacji, wziąć głęboki oddech i bardziej przyglądać się temu, co się stanie, niż ciągle aktywnie na wszystko wpływać - to potrafią tylko nieliczni. Większość z nas zatraca się w byciu panem własnego losu. Wpadamy w iluzję samowystarczalności, która prędzej czy później zwróci się przeciwko nam. Jedna prosto jest powiedzieć "odpuść", a dużo trudniej jest to zrobić. Ale to właśnie zdolność do odpuszczania może przynieść nam głębszą i mocniej zakorzenioną satysfakcję z własnego życia. Może być to pomocne w odkryciu, że nie wszystko trzeba naprawiać, nie na wszystko poświęcać tyle energii. Zarazem zobaczymy, że świat i tak się toczy, Bóg/los/przeznaczenie i tak robi swoje, a my więcej korzystamy stając się pustym naczyniem, przez które swobodnie przepływa łaska.
- Przyjmij rzeczywistość - Virginia Satir miała kiedyś powiedzieć: "Życie nie toczy się tak, jak powinno, ale jest takie, jakie jest. Sposób, w jaki sobie z tym radzisz, stanowi całą różnicę". Zacytowane słowa stanowią wspaniałą lekcję pokory, czyli zdolności do widzenia rzeczy takimi, jakie naprawdę są. Bez maskowania, nakładania pudru czy też jej fałszowania. Ucieczka od rzeczywistości to pokusa, której poddajemy się każdego dnia, aby chociaż trochę ulżyć sobie w nieznośnym egzystencjalnym bólu. Nasza ludzka natura, która jest skłonna do uników, będzie nas próbowała łudzić kolorowymi obrazkami nie-rzeczywistości. Warto robić wszystko co w naszej mocy, aby nie poddać się tej iluzji. Umiejętność znoszenia rzeczywistości taką, jaka faktycznie jest, trzeba wytrwale kształtować, bo to właśnie to sprawi, że przestaniemy przeżywać naszą codzienność jako ciężar, którego trzeba koniecznie się pozbyć.
- Dotknij ran - zasada na dojrzałe życie jest zawsze taka sama - nie uciekać od bólu. Z chirurgiczną precyzją należy zaglądać w głąb swojego serca, czy czasem nie zalega w nim jakieś nierozwiązane cierpienie. Jeżeli uda nam się je odnaleźć, powinniśmy poświęcić mu tyle uwagi, ile potrzebuje, aby w końcu mogło się z nas uwolnić. Każdy, nawet najmniejszy fragment niezauważonego bólu będzie twardniał niczym tkanki w ciele i przekształcał się w złogi, których usunięcie z roku na rok będzie się stawać coraz trudniejsze. Prawda jest też taka, że większość z nas intuicyjnie czuje, za co powinien się zabrać, by zmienić swoje życie. Od czego uciekamy? Z czym się mierzymy? Jakiej konfrontacji unikamy? Nasze życie za rok będzie tylko sumą chaotycznych ruchów naszej nieświadomości i zwykłych przypadków, jeśli już teraz nie zabierzemy się za to, co w naszym sercu woła o nasze zaangażowanie.
niedziela, 19 grudnia 2021
1376. Boccia, gra dla wszystkich
W tym roku rektor Uniwersytetu zrobił nam nietypowy prezent bożonarodzeniowy i ogłosił godziny rektorskie już od 20 grudnia. Powód tego był jeden - Ministerstwo nie zezwoliło na przejście uczelni na całkowity tryb zdalny nauki, zaś wszystkie Wydziałowe Samorządy Studenckie wnioskowały o to, ze względu na wciąż rosnącą liczbę zachorowań na coronę w ostatnim czasie oraz zbliżające się święta, na które jednak większość studentów zjeżdża do domów. Gdyby tak zarazili się tuż przed świętami, i tym samym posłali całą grupę na przymusową kwarantannę, byłoby ciekawie. Wiecie, w tym wszystkim nie chodzi o zarażenie się tym dziadostwem, bo zarazić się można wszędzie, a uchronienie przed nim innych. Toteż rektor, ochrzczony przez studentów IV (?) roku NoRek Koziołkiem-Matołkiem, ogłosił iście salomonowy wyrok decydując się na całkowite odwołanie zajęć w ostatnim tygodniu(pierwotnie ostatnim dniem nauki miała być środa 22 grudnia, a czwartek już miał być wolny). Miał takie prawo, i chociaż z jednej strony cieszę się z takiego obrotu rzeczy, a z drugiej przynajmniej jedno kolokwium przeskakuje nam na styczeń.
Niemniej piątek był dla mnie niezwykle emocjonalnym dniem. I to nie tyle za sprawą zbliżających się 3 tygodni wolnego, ale za przyczyną mającego się odbyć tego dnia międzyuczelnianego turnieju bocci, w ramach Integracyjnego Pucharu Śląska. Czym jest boccia? Boccia to najpopularniejsza dyscyplina sportowa dla osób niepełnosprawnych. Polega ona na umieszczeniu specjalnych kul(buli) jak najbliżej określonego celu(najczęściej jest to biała bula). Zawodnicy mogą wprowadzać je na boisko w dowolny sposób - rzucając, tocząc, kopiąc, za pomocą specjalnej rynny wspomagającej lub asystenta. Mogą też przyjmować pozycję stojącą albo siedzącą. Pozwala to na uprawianie tego sportu przez osoby z różnymi niepełnosprawnościami ruchowymi, w tym z porażeniem mózgowym(za https://www.bocciasport.com/boccia.html).
| źródło zdjęcia |
Turniej miał miejsce w Budynku A Uniwersytetu Ekonomicznego w Kato na ulicy Bogucickiej. W zasadzie szłam trochę po omacku, posiłkując się zapamiętaną trasą z google.maps. W ostateczności zawsze się mogłam zapytać przechodnia, czy nie wie gdzie jest ta ulica. Na szczęście trafiłam tam sama. Poinformowana przez portiera udałam się do sali gimnastycznej, gdzie już inni ćwiczyli swoje rzuty. Szybko przebrałam się w szatni i poszłam się odhaczyć.
| źródło zdjęcia |
| źródło zdjęcia |
| źródło zdjęcia |
wtorek, 14 grudnia 2021
1375. To, czego najbardziej obawiam się w przyszłości
Ci, którzy mają mnie w znajomych na facebooku wiedzą, że dzielę się na nim z innymi moją hm... poezją? W sobotę podczas "Weekendu Cudów Szlachetnej Paczki" podeszła do mnie koleżanka z liceum i przyznała, że lubi czytać moją poezję, bo zawsze w niej znajdzie coś optymistycznego i zachęcającego do przemyśleń. No tak... Wszyscy też pytali się mnie o zdrowie, bo ktoś puścił plotkę, że Lolek jest umierający. Tak źle to ze mną nie było, ale widać, że niektórzy się przejęli tym faktem. Choinka, w sumie gdybym ja sama się dowiedziała, że ktoś z nas umiera, to chyba też "chodziłabym po ścianach". Darczyńcy spisali się na medal z paczkami. I można powiedzieć, że na tym kończą się pozytywy tegorocznej edycji. Dużo by opowiadać, ale napisałam już sprawozdania z przekazania paczek oraz tzw. "prezenty dla darczyńców", tym samym definitywnie ją zamykając.
U nas w mieście mamy jakąś awarię ciepłowniczą i przez dwa dni nie grzeją nam zupełnie kaloryfery. A ktoś coś mówił o "zimie stulecia". Pocieszające jest to, że to wszystko ma trwać najwyżej 48 godzin, bo jakby tak miało się przeciągnąć na miesiąc... Brrr... strach pomyśleć. Ja wiem, teraz zimy to właściwie nie-zimy, ale jednak kiedyś w większości przypadków napaliło się w piecu i było przyjemnie ciepło. Teraz musi mi wystarczyć ciepły polar, koc, herbata owocowa w ulubionym kubku i dobra książka. Szkoda, że jeszcze Pusia nie może wystarczająco wygrzać mi miejsca, no ale w życiu nie można mieć wszystkiego. Skusiłam się na serię "Cukiernia pod Amorem" i właśnie w wolnych chwilach pochłaniam kolejne jej strony. Na razie jestem w połowie pierwszego tomu noszącego podtytuł "Zajezierscy" i po prostu przepadam w rozdziałach opowiadających o życiu na szlacheckim dworku.
Po blisko miesięcznym zwolnieniu lekarskim wróciłam do pracy w świetlicy środowiskowej. Nawet nie wiecie, jak stęskniłam się za tymi naszymi arcymonkami. Mam nadzieję, że oni za mną też. A że wchodzimy w okres typowo świąteczny, to wczoraj uczyliśmy się "Kolędy katowickiej". Ja wiem, że niektórzy z nich są np. ateistami, ale zauważyłam, że kolędy są tym, co jest ponad wszelkimi ideologiami, przynajmniej u dzieci. Dzisiaj natomiast przyozdabialiśmy styropianowe(ach, ten styropian będzie mi się chyba po nocach śnić) bombki wciskając w nie kolorowe skrawki materiału. Jutro robimy łańcuchy, w czwartek pierniczki, a w piątek idziemy zobaczyć katowicki Jarmark Bożonarodzeniowy. Będzie pięknie, czuję to 😀.
Na razie więc mi się podoba. Zobaczymy na jak długo. Tym bardziej, że coraz częściej spotykam się z nauczycielami, którzy po 20-30 latach pracy w zawodzie są tak wypaleni, że aż przykro jest ich słuchać. A przecież wtedy, kiedy zaczynali swoją pracę, byli pełni optymizmu i wiary w przyszłość. Oczywiście nie jest to regułą, jednak występuje. Dlatego przeraża mnie myśl, że i za kilka lat dotknie mnie syndrom "wypalenia zawodowego". Naukowcy zdefiniowali 12 jego stadiów:
- Osoba, u której rozwija się syndrom wypalenia, chce się wykazać i inwestuje więcej energii w pracę niż w czas wolny.
- Zostają zwiększone starania aby sprostać własnym wymaganiom.
- Potrzeby są zaniedbywane: następuje ograniczenie czasu wolnego, snu i wypoczynku. Częściej sięga się też po alkohol i papierosy;
- Potrzeby ludzkie są tak bardzo ograniczone, że prowadzi to do pierwszych potknięć i niepowodzeń.
- Postrzeganie otoczenia zostaje upośledzone - zanika kontakt z przyjaciółmi, partnerem życiowym, a także dziećmi.
- Pojawiają się problemy, które są wypierane ze świadomości osoby dotkniętej wypaleniem. Zaczyna ona wątpić w swoją efektywność i niechętnie przychodzi do pracy. Zaczynają też pojawiać się pierwsze fizyczne oznaki wyczerpania.
- Zdezorientowanie i szukanie zastępczego zaspokojenia(np. w jedzeniu, seksie);
- Odbieranie otoczenia jako zagrożenia i izolowanie się od niego. Każda krytyka odbierana jest jako atak.
- Osoba dotknięta wypaleniem zawodowym zaczyna funkcjonować jak automat - obojętnieje i zaczyna tracić poczucie własnego ja.
- Następuje poczucie wycieńczenia, pojawiają się też ataki lęku i paniki.
- Jest to faza depresji. Po raz pierwszy pojawiają się wtedy myśli samobójcze.
- Dochodzi do zupełnego wypalenia. Osoba jest wyczerpana fizycznie i emocjonalnie. Jej system odpornościowy jest osłabiony. Dramatycznie wzrasta także zagrożenie chorobami układu krążenia. Jeszcze bardziej niebezpieczne mogą być problemy psychiczne: samobójstwo jawi się bowiem często jako najlepsze wyjście.
A może nie będzie tak źle? Może lata w scholi i Oratorium, gdzie raz było lepiej, a raz gorzej, zahartowało mnie przed tym zjawiskiem? Przecież tyle razy było źle, chciałam to wszystko rzucić, bo byłam już po prostu wyczerpana emocjonalnie. A wystarczyło trochę zwolnić z ambicjami, odpuścić sobie pewne rzeczy, robić swoje mimo wszystko i z czasem wszystko wracało do normy.
czwartek, 9 grudnia 2021
1374. Pisarsko- i malarskomania
Łagodne światło lampionowej świecy,
oświetla mroczne zakamarki mej duszy.
Swoim migoczącym blaskiem przypomina,
że adwent jest nie tylko na ziemi.
Adwent ma też wymiar niebiański-
wszak Bóg również czeka na nasze przybycie do niego.
Czy jesteśmy na to gotowi?
Czasami w głowie układają mi się jakieś filozoficzne strofy. Tak było i wczoraj, kiedy przyglądałam się delikatnemu światłu lampionu, które przez chwilę rozświetlało mrok w moim pokoju. Bardzo mi się podoba idea odprawiania nabożeństw roratnich rankiem. Podoba mi się też związana z tym metafora - idziemy do kościoła w mroku grzechu oraz niepewności, a wychodzimy z niego, "kiedy ranne wstają zorze", tak jakby w ludzką duszę wlewało się światło nieskończonego Bożego Majestatu.
Ostatnio pisanie wierszy przybrało dla mnie nowy wymiar. Zresztą nie tylko wierszy. Generalnie od zawsze lubiłam pisać różne opowiadania. Czasami(w szkole podstawowej i gimnazjum, bo w liceum pisałam już wszystko na komputerze) zajmowało mi to cały szkolny dzień(nie, nie pisałam elaboratów - wiele godzin lekcyjnych zajmowało mi pisanie ręczne zaledwie 2-3 kartek), jednak jak już przyszła pora na ocenienie i oddanie prac, bardzo często moja znajdowała się wśród tych, które były czytane na forum klasowym. Być może dlatego przeinterpretowałam zadanie domowe z psychologii rodziny i zamiast tak jak inni napisać kilka zdań na temat przedstawionego obrazka, ja buchnęłam całą stronę opowiadania, wraz z wewnętrznym opisem uczuć każdego bohatera i kilkoma mniej lub bardziej istotnymi szczegółami. Kiedy kapnęłam się, jak bardzo odbiegam od reszty grupy, było już za późno. Oczywiście mogłam powiedzieć, że nie mam, ale czy nie podlegałoby to pod tchórzostwo? Moja wypowiedź została przeczytana przez koleżankę z grupy.
Pani profesor Gessler była zachwycona formą i pomysłem.
Grupa była zachwycona stylem.
Nawet jedna z koleżanek, kiedy pani profesor Gessler wypowiadała się pochlebnie o moich wypocinach, przyznała, że również moje wiersze są godne uwagi. Nawet nie wiecie, jak mi się miło zrobiło. Zresztą w przerwie pomiędzy zajęciami inna koleżanka przyznała, że też jej się podoba to co piszę i w jaki sposób piszę. A wiersz o niepełnosprawnych to wręcz ją wzruszył. Bardzo ciepło o mojej wypowiedzi wypowiadał się też nasz grupowy Rodzynek, który jest osobą niedowidzącą. Stwierdził, że tak to wszystko opisałam, że bez problemu mógł sobie to wszystko wyobrazić. Całość skwitował pytaniem: "To kiedy będzie książka?". Z tego fragmentu książki raczej nie będzie, bo wyszłoby mi pewnie jakieś romansidło. Ale jedną książkę, "Opowieść o czwartym królu" już napisałam. A teraz finiszuję już z drugą, "Józef, syn Jakuba". Mam nadzieję, że do niedzieli ją skończę. A potem czeka mnie monotonny dźwięk domowej drukarki.
Tak sobie myślę, że moja bogata wyobraźnia i słownictwo może iść w parze z moim zamiłowaniem do książek. Czytać nauczyłam się sama na słynnym elementarzu Falskiego w wieku 4 lat. Dzięki temu miałam jakieś zajęcie będąc w szpitalach i nie musiałam czekać, aż przyjdą rodzice i mi poczytają coś. Podobno mając sześć lat zaczytywałam się w serii opowiadającej o podróżach Tomka Wilmowskiego, w pierwszej klasie wertowałam "Pana Tadeusza", rok później sięgnęłam po Sienkiewicza. I chociaż nie zawsze rozumiałam tematykę książki, to zapewne w jakimś stopniu przyswajałam nowe słownictwo.
poniedziałek, 6 grudnia 2021
1373. Kto zna adwentowy zwyczaj "szarej godziny"?
Wirujące płatki śniegu powoli pokrywają otaczający mnie świat. Po chwili biała, puchowa pierzynka przykrywa fragment parapetu za oknem oraz przepięknie otula ogołocone już z liści drzewa. Można nie lubić zimy, i wiem, że są ludzie, którzy nie darzą jej sympatią. Ja tam jednak nie mam nic do tej pory roku, chociaż niejednokrotnie wywróciłam się na oblodzonym chodniku albo porządnie przemarzłam, czekając na autobus na przystanku. W końcu cykliczność występowania pór roku też jest na coś potrzebna. Zimę, jak każdą inną porę roku, da się polubić. Chociażby za zbliżające się święta Bożego Narodzenia. Nawet jeżeli nie będziemy ich przeżywać od strony religijnej, to zawsze dostajemy dodatkowe dwa dni wolnego w pracy i w szkole.
Radość z zimowej aury spotęgowana została Waszymi komentarzami odnośnie kolejnego mojego wiersza i ogólnie ostatniej mojej notatki. Z wypiekami na twarzy czytałam Wasze wypowiedzi na temat niepełnosprawności i napisanego przeze mnie wiersza i tak sobie myślałam, że naprawdę trafiłam na empatycznych i wartościowych ludzi w sieci, którzy nie tylko mnie nie wyśmiali, ale wręcz podbudowali. Jesteście wspaniali!
Od dwóch niedziel w Kościele katolickim(i chyba też protestanckim) przeżywamy adwent, czyli czas radosnego oczekiwania na ponowne Boże Narodzenie. Jednak ludzie wierzący nie powinni zapominać, że tak naprawdę całe ich życie jest jednym wielkim adwentem. Z tym okresem, który rozpoczyna nowy rok liturgiczny, wiąże się wiele zwyczajów. Roraty, wieniec adwentowy, lampion, kalendarz adwentowy - to chyba zna większość z nas, nawet jeżeli samemu tego nie stosujemy. Ale czy ktoś z Was kiedyś słyszał o "szarej godzinie"?
Sama zupełnie niedawno i właściwie przypadkowo odkryłam ten stary, zapomniany już zwyczaj. Chociaż jak przez mgłę widzę pokój w domu mojej babci, gdzie zebrali się wszyscy domownicy, a babusia Antosia snuła opowieści o dawnych czasach. Czy to jednak była owa "szara godzina"? Nie mam pojęcia. Czas zatarł szczegóły tego wydarzenia(a raczej cyklu wydarzeń), w którym brałam udział mając 3, może 4 lata.
Na czym tak właściwie polega ów zwyczaj?
Nie da się ukryć, że grudzień jest miesiącem, kiedy to dni są najkrótsze, przyroda odpoczywa, a część zwierząt zapada w sen zimowy. Dawniej wierzono, że w tym miesiącu nie powinno się podejmować żadnych zajęć w gospodarstwie, nawet jeżeli pogoda ku temu sprzyjała. Wszystko po to, aby ziemia mogła odpocząć po całorocznej pracy. Obserwując te prawidłowości ludzie na wsiach również poddawali się takiemu wyciszeniu połączonemu ze spokojem.
Mając takie podejście można było spokojnie przeżywać przypadający zawsze w grudniu adwent. Kiedyś jednak wyglądał on nieco inaczej. Raczej nie był to czas, o który trzeba było szczególnie walczyć, będąc otoczonym przez sklepowe promocje i grane od tygodni świąteczne piosenki. Grudniowe wyciszenie sprzyjało za to praktykowaniu pewnej pięknej, rodzinnej tradycji adwentowej, jaką była "szara godzina". Był to czas między godziną 15 a 17, kiedy krótki zimowy dzień już dobiegał końca, jednak nie zapadała jeszcze zupełna ciemność. Na ten czas przerywane były w domu i w gospodarstwie wszelkie prace, a cała rodzina gromadziła się w jednym miejscu - najczęściej była to kuchnia przy rozpalonym piecu. Nie zapalano wtedy lamp i świateł, głównie z uwagi na oszczędność.
W czasie "szarej godziny" rodzina siedziała razem w ciszy albo spędzała ten czas na rozmowach. Bardzo często była to okazja, aby dziadkowie dzielili się swoimi rodzinnymi wspomnieniami, opowiadali wnukom, jak dawniej przeżywano adwent i Boże Narodzenie oraz uczyli ich historii ojczyzny. Była to też okazja do czytania polskiej literatury i recytacji wierszy. Zapadający zmrok sprzyjał także pogłębianiu wiary domowników. W wielu domach "szara godzina" poświęcona była modlitwie, śpiewaniu pieśni adwentowych, czy chociażby lekturze Pisma Świętego lub innych dzieł religijnych.
Chociaż w dzisiejszych czasach rzadko spotyka się piece kaflowe, to w dalszym ciągu można praktykować zwyczaj "szarej godziny" i poświęcić ją na spokojny czas spędzony z rodziną. Poniżej znajduje się kilka pomysłów na "szarą godzinę" w XXI wieku":
- Wyłącz na godzinę Internet, dźwięki w telefonie, muzykę - zadbaj o cichy czas, w którym nie będzie Cię nic rozpraszać,
- Zapal świecę, która w półmroku będzie dawać światło;
- Wykorzystaj ten czas na modlitwę lub czytanie i rozważanie Pisma Świętego;
- Posiedź w zupełnej ciszy, chociażby przez kwadrans;
- Jeżeli potrzebujesz muzyki, wybierz playlistę z utworami adwentowymi;
- Sięgnij po dobrą, duchową lekturę;
- Porozmawiaj z dziećmi o tradycjach adwentowych lub świątecznych;
- Przeczytaj historie postaci biblijnych związanych z adwentem(np. Izajasza, Jana Chrzciciela, Maryi);
- Przeczytajcie całą rodziną jakąś biblijną historię i spróbujcie ją zilustrować;
- Stwórzcie drzewo genealogiczne Waszej rodziny i opowiedzcie coś dobrego o każdej osobie, która się na nim znajdzie;
- Poświęć ten czas małżonkowi - porozmawiajcie w spokoju o tym, co dla Was ważne;
- Przypomnij sobie swoje najpiękniejsze wspomnienia świąteczne z dzieciństwa - możesz je także opowiedzieć swoim dzieciom;
- Przygotuj świąteczne ozdoby, szopkę, jakiś sentymentalny prezent dla rodziny;
- Wypisz kartki świąteczne z życzeniami dla Waszych bliskich i znajomych;
- Poznaj symbolikę świątecznych elementów, np. opłatka, sianka wigilijnego, pustego miejsca przy stole;
- Odwiedź kogoś, kto być może potrzebuje Twojej uwagi i troski.
P.S. W weekend sobie uświadomiłam, że to już 5 lat, jak w tragicznym wypadku zginęła jedna z nas, blogerek, a zarazem niezwykła matka(chociaż pewnie ona sama tak siebie nie postrzegała) pozostającego w stanie śpiączki Kajetana. Czas szybko leci, ale z całą pewnością nie goi ran...
piątek, 3 grudnia 2021
1372. Niepełnosprawność okiem niepełnosprawnego
Inny - taki sam
Boisz się mnie? Dlaczego?Zostań moim kolegą,
Albo i koleżanką,
co przyjdzie, usiądzie ze szklanką.
Zapyta "co słychać u Ciebie"?
A ja odpowiem uśmiechem,
on zaś od ścian odbije się echem.
Niepełnosprawność trzeba oswoić,
bo kiedy Ty pewnie na nogach stoisz,
ja chwieję się niczym liść na wietrze,
uważając, by nie wywrócić się raz jeszcze.
Kiedy inni malują pięknie,
w dłoniach swych trzymając pewnie pędzel.
Ja chwytam grubą kredkę "Bambino",
stawiam nią kilka kresek - nic więcej.
Kiedy inni poważnie recytują
epopei kolejne wersy.
Ja swoim bełkotem mówię,
chociaż to dziwne - to mnie cieszy.
Lecz wtedy, gdy chód mój,
będzie jak u kaczki krzywy.
Gdy będę jeździć na wózku,
gdy me usta będą otwarte jak u ryby.
Gdy nie będę cię widzieć,
inaczej niż oczami duszy.
Gdy nie usłyszę co mówisz,
bo będę mieć niesprawne uszy.
I nawet kiedy mój intelekt
nie będzie szedł w parze z wiekiem.
To jednak zawsze będę
pełnym wartości i godności człowiekiem.
Lolek, grudzień 2021
Powyższy wiersz od dawna chodził mi po głowie. Aż w końcu musiałam go wyeksploatować na zewnątrz, aby mi tej głowy czasami nie rozsadził. Powód jego ukazania się właśnie dzisiaj jest nieprzypadkowy - trzeciego grudnia przypada Międzynarodowy Dzień Niepełnosprawnych. Jednak co to znaczy być "niepełnosprawnym"? Czy to koniecznie musi oznaczać jakiś ubytek w sferze fizycznej lub psychicznej? Według mnie nie. Znacznie gorsza dla mnie jest znieczulica na innych, niekoniecznie niepełnosprawnych, ludzi. A ta się szerzy jeszcze bardziej niż koronawirus. I to nie tylko w życiu realnym ale i, ku mojemu przerażeniu, w wirtualnej rzeczywistości. Wszyscy chcemy być najlepsi i najmądrzejsi, niejednokrotnie zapominając, że po tej drugiej stronie ekranu siedzi człowiek, którego psychiki tak naprawdę nie znamy. Dla mnie jest to jeszcze jeden rodzaj niepełnosprawności, kto wie, czy nie najcięższy - niepełnosprawność społeczna.
Jeszcze kilka lat temu utarło się stwierdzenie, że niepełnosprawny to ktoś gorszy. Tymczasem może lepiej użyć określenia "nie do końca samowystarczalny"? No bo ja jakoś nie czuję się gorsza od innych (zresztą lepsza też nie). Ale nie do końca samowystarczalna, tudzież samodzielna, a i owszem. Nie do końca samowystarczalność nie jest tożsama z byciem gorszym. Zresztą podział na lepszych i gorszych ludzi nie jest dla mnie sprawiedliwy. Bo według jakiej skali to oceniać? Nawet ocenianie względem siebie nie ma sensu, bo każdy z nas ma inne talenty i możliwości. Można czegoś nie umieć zrobić, ale można też zrobić coś bardzo dobrze. Trzeba tylko dać temu drugiemu człowiekowi szansę.
Niepełnosprawność nie jedno ma imię. Ktoś może być niepełnosprawny ruchowo, inny umysłowo, jeden może mieć problem ze wzrokiem, drugi ze słuchem, możemy spotkać kogoś z autyzmem albo z zespołem DOWNa. Różne są ludzkie reakcje - jedni odwracają wzrok, inni wręcz przeciwnie, wpatrują się w nas z niezdrowym zaciekawieniem bądź obrzydzeniem. Bo przecież wypływająca z ust ślina albo krzywe ciało wyglądają nieestetycznie przy dzisiejszym wzorcu piękna. Ale spotkałam się też z sytuacją, kiedy ludzie traktowali mnie zupełnie normalnie. Uwierzcie mi, większość z nas zdaje sobie sprawę z tego, że wygląda trochę(hmm... bardzo?) dziwnie, ale też pragniemy takiej ludzkiej zwyczajności. Też się kształcimy, zdobywamy tytuły naukowe, czytamy książki, oglądamy telewizję, chodzimy na dyskoteki, do kina i na randki, pracujemy, podróżujemy... Praktycznie żyjemy tak, jak inni, mamy takie same pasje i zainteresowania. Tylko czasami potrzebujemy pomocy z zewnątrz, aby się spełniać. Ale to musi być mądra pomoc, taka aby faktycznie przyniosła nam korzyści. Dlatego warto jest się wsłuchać w to, co mówimy, nawet kiedy nasza mowa bardziej przypomina bełkot.
Niepełnosprawność może przytrafić się każdemu z nas w każdym życia momencie. Niepełnosprawność wiele też odbiera, przez co czujemy się po prostu gorsi. Jednak jest coś, czego nie może nam ona sama zabrać - to ludzka godność i wartościowość. Wbrew temu, co nam się wydaje, każde życie, nawet to najbardziej wegetatywne, ma prawo do godności, ponieważ jest wartościowe. Bo tak naprawdę, to tylko drugi człowiek może nas ich pozbawić. Zresztą nie tylko niepełnosprawnych, ale też chorych, starców, bezdomnych, ludzi zmagających się z różnymi uzależnieniami, zresztą każdego z nas może to dotknąć. Tymczasem godność i wartość życia powinny się tyczyć każdego z nas bez względu na wszystkie okoliczności. Nie zapominajcie o tym...
wtorek, 30 listopada 2021
1371. Taki ten listopad nijaki...
Tegoroczny listopad nie należał do zbyt udanych. Właściwie gdybym tak bardzo nie posypała się ze zdrowiem, to nawet mogłabym powiedzieć, że jest dobrze. I do 11 listopada właściwie tak było. No a potem wszystko się posypało jak domek z kart, a do dzisiaj lekarze próbują dociec, co mogło być przyczyną mojego fatalnego samopoczucia. Kolejne badania i hektolitry upuszczonej krwi mogą budzić pewne obawy, z drugiej jednak strony najgorsza opcja(która nomen omen nie nazywa się COVID) została wykluczona. Trochę mi się nudziło, bo jednak raczej aktywny ze mnie człowiek, a i dostałam słynne L4 w pracy i na uczelni.
Chwilę umilało mi np., a jakżeby inaczej, czytanie książek. Co prawda osłabienie sprawiło, że nie przeczytałam ich w takiej ilości jakiej bym chciała(niestety, nie dałam rady się skupić na podręczniku do antropologii kulturowej, czy też skryptach do biomedycznych aspektów rozwoju i wychowania), coś tam jednak udało mi się przeczytać. A na szczególną moją uwagę, oprócz książki o błogosławionym już księdzu Janie Masze, zwróciła biografia żony ostatniego prezydenta na uchodźctwie, zmarłej w tym roku Karolinie Kaczorowskiej.
Autor: Iwona Walentynowicz
Wydawnictwo: Bellona
Warszawa 2012
Liczba stron: 248
Książkę Iwony Walentynowicz przedstawiającą postać Karoliny Kaczorowskiej, wdowy po ostatnim prezydencie na uchodźctwie, Ryszardzie Kaczorowskim, już dawno miałam ochotę przeczytać. Od chwili, kiedy dowiedziałam się, że urodziłam się dokładnie w 60 rocznicę jej urodzin, czułam, że łączy mnie z tą kobietą jakaś szczególna więź.
Karolina Kaczorowska, a właściwie to Mariampolska, przyszła i mieszkała w położonym na współczesnych kresach Stanisławowie. Wraz ze starszym bratem Józkiem wychowywali się nie tylko w dostatku, ale i w patriotycznej rodzinie. Józek, jako nastolatek był nawet harcerzem. Karolina też miała obiecane wstąpienie do zuchów, jak tylko skończy 9 lat. Tak się jednak nie stało - szczęśliwe dzieciństwo dzieci przerwał wybuch II wojny światowej, a następnie wywózka na Syberię, podczas głośnej akcji z 10 lutego 1940. Przetrzymywani w kołchozie, pracujący i żyjący w nieludzkich warunkach, rozłączeni z ojcem rodziny, doczekali amnestii. Podczas próby dostania się do legendarnej już Armii Andersa na nowo połączyli się z Franciszkiem Mariampolskim. Wkrótce on sam wraz z synem został wcielony do armii, a jego żona Rozalia wraz z córką zostały przetransportowane statkiem do Afryki, gdzie w specjalnie przygotowanej osadzie doczekały końca wojny. Niestety, ich marzenie o powrocie do Polski się nie spełniło, a los kolejny raz rzucił ich w nieznane, tym razem do Londynu. To tam, podczas jednego ze spotkań harcerzy polskich, poznała Ryszarda Kaczorowskiego, swojego przyszłego męża.
Trochę mnie zaskoczyło jednak to, że pozycja skupia się głównie na dzieciństwie przyszłej Pani prezydentowej, ale z drugiej strony to właśnie ono w dużej mierze kształtuje naszą osobowość. Trudne, pomimo szczęśliwych i beztroskich początków, dzieciństwo Karoliny(nie miała jeszcze 10 lat, kiedy wywieziono całą ich rodzinę na Sybir) zahartowało ją na przyszłość oraz ukształtowało jej charakter. Trudno uwierzyć, że ta drobna kobieta w wieku 10-11 lat zostawała sama w syberyjskiej osadzie(mama z bratem wyjeżdżali na kilka miesięcy do pracy przy zbiorach) i nie tylko gospodarowała w ich domu, ale i podjęła się drobnych prac zarobkowe, a za uzyskane w ten sposób pieniądze kupowała dla taty machorkę. Ojciec nigdy jej nie zapalił, ale podczas wędrówki do Armii Andersa była doskonałym środkiem płatniczym. Z książki przebija się też nadzieja, nadzieja, że kiedyś wreszcie los może okazać się dla nad łaskawy i wynagrodzić nam wszelkie zło.
niedziela, 28 listopada 2021
1370. Galeria sławnych Ślązaków, cz. 2
Witajcie końcem tygodnia, a zarazem prawie a końcem miesiąca. Na początku dziękuję za gratulacje uzyskanych wyników. Było mi miło je czytać. Jednak nie uważam, że zrobiłam coś nadzwyczajnego. Po prostu zdobyłam swój kolejny szczyt. A że musiałam trochę przysiąść nad materiałami... Wiedziałam co mnie czeka na studiach i że trzeba będzie być ze wszystkim na bieżąco. Teraz trochę wypadłam z obiegu, bo dostałam L4 zarówno na uczelni, jak i w pracy. No tak, za dobrze się wszystko układało, więc los musiał trochę namieszać. Z drugiej strony dodatkowy czas spożytkowałam na uzupełnienie notatek z wykładów. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu już wrócę, przynajmniej na uczelnię, bo naprawdę, nie lubię robić sobie zaległości. A Wasze komentarze co do wyników nauki działają na mnie jeszcze bardziej motywująco. Co nie oznacza, że nie proszę Najwyższego o to, aby nie popaść w grzech pychy oraz wyższości nad innymi. Bo wiecie, sympatię trudno jest zdobyć, dużo łatwiej ją stracić. A poczucie wyższości niejednokrotnie sprawia, że gardzimy drugim człowiekiem. Zarówno w życiu realnym, jak i wirtualnym.
Ostatnio przedstawiłam Wam kilka osobowości, które znalazły się w Galerii Artystów znajdującej się na skwerze na Placu Grunwaldzkim w Katowicach. Dzisiaj chciałabym zapoznać Was z kolejną ich częścią. Ich kolejność odpowiada kolejności, w jakiej pojawiali się na skwerze.
