Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 30 grudnia 2021

1381. Galeria sławnych Ślązaków, cz. 3

Przed końcem roku chciałam jeszcze zakończyć cykl związany z pomnikami ludzi związanych w jakiś sposób z rejonem Górnego Śląska, który znajduje się w jednym z katowickich zielonych skwerów, Placu Grunwaldzkim. Przy okazji "pochwalę się" zaćmieniem mojego umysłu - poprzednie pomniki są ustawione przy jednej alejce. Sam skwer jest przecięty przez ulicę i pomniki z dzisiejszego wpisu ustawione są przy jej dalszym ciągu po drugiej stronie tejże ulicy(inaczej mówiąc - ulica jakby przecina tą alejkę). Dochodzę do pomnika poświęconego Wojciechowi Kilarowi i zonk, nie ma już więcej postumentów. A przecież gdzieś muszą być - wszak i czytałam o nich w internecie, i nawet widziałam ich zdjęcia. Więc co, wyparowały? Rozglądam się, poszukując ich w niedalekiej okolicy i nagle je dostrzegam - na tej drugiej części alejki. Sama się z tego śmieję. No wiecie, ja słyszałam o "mgle pocovidowej", ale to by musiała być "mgła pozajęciowa".
Wracając jednak do naszych sławnych Ślązaków, to w ostatnich latach swoje miejsce na skwerze znaleźli:

Andrzej Urbanowicz - polski artysta wizualny. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Po studiach przyjechał do Katowic, gdzie mieszkał oraz pracował. Był jednym z założycieli "Tajnej Kroniki Grupy Pięciu Osób", w późniejszym okresie zwanej "Ligą Spostrzeżeń Duchowych" albo "Kręgiem Oneiron". Debiutował na wystawie indywidualnej w warszawskiej Galerii Krzywe Koło w 1963 roku, pokazując obrazy, które nawiązują do idei Władysława Strzemińskiego, a zarazem inspirowane mistycyzmem zawartym w tekstach Pseudo-Dionizego. Równocześnie rozpoczął studia nad okultyzmem. Jego przestrzeń twórcza została zbudowana na podstawie indywidualnych inspiracji duchowych - nie tylko wspomnianego okultyzmu, ale też buddyzmu, zen, czy też neognozy. Symbolika solarna przejawiająca się w jego twórczości nawiązywała także do mitologii egipskiej, a przede wszystkim do symbolu wiecznej przemiany i odwiecznego chaosu - Ouroborosa. Uznawany jest za ikonę polskiego undergroundu artystycznego. Ponadto w połowie lat 70. był pionierem polskiego zenu, jako współzałożyciel i lider pierwszej polskiej wspólnoty buddyjskiej - Związku Buddystów Zen "Sangha". Dzięki uzyskanemu stypendium Fundacji Kościuszkowskiej przebywał w latach 1979 - 1992 w Stanach Zjednoczonych. Jego prace zgromadzone są w muzeach na całym świecie, w tym w Muzeum Śląskim oraz Muzeum Historii Katowic.
Jan "Kyks" Skrzek - polski muzyk i kompozytor bluesowy. Grał na harmonijce ustnej oraz fortepianie. Nie tylko identyfikował się z kulturą Górnego Śląska, ale i ją współtworzył. W swojej twórczości poruszał problemy dnia codziennego mieszkańców tego regionu. Przez lata mieszkał w Katowicach. Działalność artystyczną rozpoczął w jazz-rockowym zespole Rak(lata 1973-1976). Na zaproszenie starszego brata wziął udział w sesji nagraniowej albumu grupy SBB oraz jego solowych wydawnictw. Efektem współpracy braci był też występ w ramach festiwalu Folk-Blues Meeting '80 w Poznaniu. Jan Skrzek brał również udział w finałowych koncertach Rawa Blues Festival, a także m.in. na festiwalu Olsztyńskie Noce Bluesowe, koncertach "Blues Top 85" w Sopocie, Top Blues Feeling '85 w Łodzi, czy też Zaczarowany Świat Harmonijki w Poznaniu. W połowie lat 80 odbyła się premiera debiutanckiego albumu artysty - "Górnik Blues". Był to zapis koncertu zarejestrowanego w klubie Leśniczówka w Chorzowie. Kilka rok później zrealizowano drugi album zatytułowany "Nikt nie zawróci kijem Wisły". W późniejszym okresie ukazały się albumy "Kyksówka Blues" oraz "Nowy świat Blues". W latach 90. Skrzek skoncentrował swoją działalność przede wszystkim na występach klubowych. Wziął też udział w musicalu "Pozłacany warkocz", a także wystąpił w filmach Janusza Kidawy i Kazimierza Kutza. W 1997 ukazała się płyta poświęcona pamięci Ryszarda Riedla - "Modlitwa bluesmana w pociągu". Otrzymała ona tytuł "Bluesowego Albumu Roku 1997". W 2003 powstała Śląska Grupa Bluesowa, z którą muzyk był związany do końca życia. Grupa wydała m.in. swoje koncertowe DVD zatytuowane "Blues Night". Jednym z ostatnich występów Skrzeka był gościnny występ na płycie katowickiego rapera Miuosha, "Piąta strona świata", gdzie zaśpiewał w tytułowym utworze. Oprócz tego zdążył dać jeszcze koncerty w Toruniu, Gdyni, Elblągu oraz w Częstochowie.
Teofil Ociepka - malarz samouk. Jeden z przywódców Janowskiej Gminy Okultystycznej. Obok Nikifora najbardziej znany polski reprezentant prymitywizmu. Jego twórczość osiągnęła światowe uznanie. Z zawodu górnik, pracował jako maszynista w kopalnianej elektrowni na kopalni "Giesche". Okultyzm poznał jako żołnierz armii niemieckiej podczas I wojny. To z niej przywiózł do rodzinnego Janowa pierwsze książki poświęcone tej dziedzinie(m.in. traktat "Siedemdziesiąt dwa Imiona Boże" Athanasiusa Kirchera). Wkrótce został członkiem Loży Różokrzyżowców i uzyskał status mistrza nauk tajemnych. Wskazówki co do swojego postępowania otrzymywał korespondencyjnie. Tak też otrzymał polecenie utworzenie w Janowie gminy okultystycznej. Uważał, że pozostaje w łączności duchowej ze swoim guru, to ono miało inspirować jego malarstwo drogą telepatyczną. Malować zaczął około 1927 roku, jednak trzy lata później, po krytyce jego prac zaprzestał wszelkich prób. Do twórczości powrócił prawdopodobnie tuż przed II wojną albo podczas jej trwania. Po wojnie promotorką jego sztuki została Izabela Czajka-Stachowicz. W 1948 roku zorganizowała mu indywidualną wystawę w Warszawie, która zapoczątkowała karierę artystyczną malarza. Swoją profesję traktował jako boże posłannictwo, dlatego starał się w nim przedstawić np. walkę Dobra ze Złem. Do ideologii różokrzyżowców nawiązuje symbolika obrazów związanych z Saturnem. W późniejszym okresie jego prace nawiązywały do baśni, legend i życia górników. Charakteryzują się one bogactwem wyobraźni oraz jaskrawą, bogatą kolorystyką. Tematyka dzieł przysporzyła mu wielu kłopotów, ponieważ nie przystawała do kanonu trwającego socjalizmu. Był współzałożycielem zespołu plastycznego, który przekształcono w koło plastyczne przy Domu Kultury KWK Wieczorek. Na jego bazie w latach pięćdziesiątych zaczęła działać grupa utalentowanych malarzy-amatorów. Była ona nazywana Grupą Janową bądź Kołem Malarzy Nieprofesjonalnych. Ociepka należał do niej do czasu, kiedy przeniósł się na stałe do mieszkającej w Bydgoszczy żony(1959 r). To pod jej wpływem zerwał kontakty z członkami Grupy Janowskiej i oddalił się od okultyzmu. Z okazji 85-lecia urodzin odznaczono go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Antoni Halor - urodził się w Siemianowicach Śląskich i tam także ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Jana Śniadeckiego. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie oraz w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, Filmowej i Telewizyjnej. W 2004 roku zdobył doktorat z zakresu literaturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim. Był wszechstronnym twórcą. Spełniał się jako malarz, grafik, rysownik oraz ilustrator książek. W swoim malarstwie z chęcią sięgał po tematy związane z pejzażem i symboliką Górnego Śląska. Był współzałożycielem grupy Onejron. Od 1965 r. członek Związku Polskich Artystów Plastyków. Jednak jego największą pasją była twórczość filmowa. Halor był reżyserem i scenarzystą wielu filmów dokumentalnych, animowanych, fabularnych, dokumentów fabularyzowanych, widowisk telewizyjnych i spektakli teatralnych. Pełna jego filmografia zawiera ok. 50 tytułów. Od 1971 roku był członkiem Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Wraz z końcem lat 80. XX wieku artysta zaczął się skłaniać w stronę twórczości literackiej. Ustawicznie gromadzona w stale wzbogacana wiedza naukowo-literacka, historyczna oraz filozoficzna skutkowała licznymi publikacjami prasowymi i książkowymi. Ciekawostką jest, że od pierwszego numeru miesięcznika "Śląsk", aż do śmierci autora, prezentowano w czasopiśmie jego cykl pt.: "Pejzaż mitologiczny". Z każdym kolejnym rokiem pojawiały się nowe pozycje książkowe, nawiązujące do szeroko rozumianej tematyki Śląska, a zwłaszcza związane z jego rodzinnym miastem - Siemianowicami. Jego dorobek został doceniony przez Górnośląskie Towarzystwo Literackie, które przyjęło go w poczet swoich członków.
Tadeusz Kijonka - poeta, dziennikarz, autor utworów scenicznych, poseł na Sejm IX i X kadencji. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z Katowicami był związany od połowy XX wieku. Przez długie lata zawodowej aktywności miał ogromny wpływ na życie kulturalne regionu. Debiutował w "Trybunie Robotniczej" w połowie lat 50. tryptykiem zatytułowanym "Konstantynopol Mickiewicza". Otrzymał za niego pierwszą nagrodę w studencki, konkursie poetyckim z okazji trwającego właśnie Roku Mickiewicza. W ten sposób złapał bakcyla pisarskiego. Krytycy literaccy wykazywali, że w jego twórczości dominowały wielokrotnie przekształcone i wzbogacone motywy rodem z Górnego Śląska. Nieraz pojawiały się też wątki związane z romantyzmem(odwołania do twórczości Adama Mickiewicza, bunt, dialogi z Bogiem) oraz patriotyczne, wyrażone poprzez zachwyt nad pięknem ojczyzny, umiłowaniem tradycji i rodzimego krajobrazu, a także nawiązania do bolesnych kart historii Polski i obecność motywów antycznych(m.in. Syzyf i Horacy). Od 1967 do 2013 roku był kierownikiem literackim Opery Śląskiej. Na początku lat 90. założył i prezesował Górnośląskiemu Towarzystwu Literackiemu. Od momentu założenia w 1995 roku aż do 2013 pełnił funkcję redaktora naczelnego miesięcznika społeczno-kulturalnego "Śląsk". Zainicjował Kongres Kultury na Górnym Śląsku. Marian Kisiel nazwał go "poetą trzech tematów - ziemi, pamięci i ciała".
Bernard Krawczyk - aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. Ukończył Studium Dramatyczne przy Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Tam również debiutował w 1952 r. W latach 1972 - 1982 był aktorem w sosnowieckim Teatrze Zagłębia, gdzie brał udział w takich spektaklach, jak "Trzy siostry", "Lęki poranne", czy też "Balladynie". W 1982 roku powrócił do aktorstwa w Teatrze Śląskim w Katowicach. Do jego najważniejszych ról teatralnych można zaliczyć Bohatera w "Kartotece", Żadowa w "Intratnej posadzie", Zbigniewa w "Mazepie", Estragona w "Czekając na Godota", Króla Ignacego w "Iwonie, księżniczce Burgunda", Alojzego Bąbla w "Niezwykłej przygodzie Pana Kleksa" oraz tytułowa rola w "Weselu Figara" i Kreona w "Antygonie". Za tą ostatnią rolę otrzymał zresztą Złotą Maskę(w całej swojej działalności otrzymał 4 Złote i 2 Srebrne Maski). Krawczyk był także aktorem filmowym i telewizyjnym. Możemy go kojarzyć np. z filmów w reżyserii Kazimierza Kutza, takich jak "Sól ziemi czarnej" i "Perła w koronie". Niemałą popularność przyniosła mu rola Franciszka Pytloka w emitowanym w latach 90. XX wieku serialu produkcji TVP Katowice - "Sobota w Bytowie". Występował gościnnie z zespołem "Antyki" i współpracował z Gliwickim Teatrem Muzycznym. W październiku 2018 roju został patronem Sceny Kameralnej Teatru Śląskiego w Katowicach.
Józef Świder - kompozytor i pedagog muzyczny. Studiował kompozycję, fortepian oraz teorię muzyki w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach. Natomiast studia uzupełniające odbył u Goffredo Petrassiego w Accademia di Santa Cecilia w Rzymie. Od 1952 nauczał w katowickiej Akademii Muzycznej teorii muzyki oraz kompozycji. Przez szereg lat pełnił na uczelni różne funkcje. Był m.in. dziekanem, kierownikiem Katedry oraz prorektora. Jego uczniami byli m.in. Aleksander Lasoń, Julian Gembalski, Andrzej Dziadek, czy też Wiesław Cienciała. Ale Akademia Muzyczna nie była jedyną uczelnią, na której wykładał Świder - był także profesorem Uniwersytetu Śląskiego, a konkretniej jego cieszyńskiej filii. To w niej w latach 1985 - 1999 kierował Instytutem Pedagogiki Muzycznej. Od 1984 roku był też profesorem Podyplomowego Studium Chórmistrzowskiego przy bydgoskiej Akademii Muzycznej, natomiast od 1996 roku był jego kierownikiem. W latach siedemdziesiątych podjął współpracę ze Śląskim Związkiem Chórów i Orkiestr, pełniąc w nim przez wiele lat funkcję dyrektora artystycznego. Przez kilka lat był jurorem Ogólnopolskiego Turnieju Chórów "Legnica Cantat" oraz innych polskich i międzynarodowych konkursów chóralnych. W 2002 roku został laureatem "Srebrnej Piszczałki" - honorowej nagrody przyznawanej przez Prymasa Polski za wybitne osiągnięcia i wkład w rozwój muzyki sakralnej w Polsce. Wieloletni członek Związku Kompozytorów Polskich i Stowarzyszenia Autorów ZAiKS.
Kazimierz Kutz - reżyser filmowy, teatralny i telewizyjny, scenarzysta, nauczyciel akademicki, publicysta, pisarz oraz polityk. Syn kolejarza, a zarazem powstańca śląskiego. Wychowywał się w robotniczym domu w Szopienicach, w którym kultywowano religię katolicką. Uczył się w I Liceum Ogólnokształcącym im. Tadeusza Kościuszki w Mysłowicach. W tym okresie angażował się w działalność organizacji młodzieżowych, takich jak np. Związek Harcerstwa Polskiego. Stopniowo tracił wyniesioną z rodzinnego domu wiarę, zarówno pod wpływem stalinowskiej szkoły, jak i brata Henryka. Po maturze zapisał się do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. Co ciekawe, pierwotnie chciał zdawać na polonistykę, obawiał się jednak, że nie poradzi sobie na studiach ze względu na swoją śląską gwarę. Niepokój towarzyszył mu także w szkole filmowej, gdzie przeżywał pasmo upokorzeń z powodu swojego pochodzenia społecznego. Pracę reżyserską rozpoczął w 1954 roku jako asystent Andrzeja Wajdy. Jego samodzielnym debiutem reżyserskim był nakręcony w 1959 roku film "Krzyż Walecznych". Był wykładowcą Uniwersytetu Śląskiego oraz krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Współtwórca polskiej szkoły filmowej, założyciel i pierwszy kierownik Zespołu Filmowego "Silesia". Współzałożyciel w 1966 roku Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Twórca licznych spektakli Teatru Telewizji. Wyreżyserował ponad dwadzieścia filmów fabularnych, z czego sześć opowiadało o Górnym Śląsku. Do jego najbardziej rozpoznawalnych dzieł należy tzw. trylogia śląska("Sól ziemi czarnej" z 1969 roku, "Perła w koronie" z 1971 roku oraz "Paciorków jednego różańca" z 1979 roku), której głównym motywem jest tożsamość Ślązaków i bunt podejmowany przez górniczą wspólnotę oraz film "Śmierć jak kromka chleba" opowiadająca o pacyfikacji w kopalni "Wujek" podczas stanu wojennego. Dwukrotny laureat Złotych Lwów na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych(za "Paciorki jednego różańca" oraz za "Zawróconego"). Był także współpracownikiem opozycji demokratycznej w PRL, senatorem IV, V, VI i VIII kadencji, wicemarszałkiem Senatu V kadencji, marszałkiem seniorem Senatu VI i VIII kadencji oraz posłem na Sejm VI kadencji.

Na razie to już koniec cyklu związanego z katowicką Galerią Artystów na Placu Grunwaldzkim. Jednak, tak jak pisałam w jednej z poprzednich notatek poświęconych temu zagadnieniu, każdego roku dodawana jest sylwetka 1-2 ludzi związanych zarówno z jakąś dziedziną szeroko rozumianego artyzmu, jak i rejonem Górnego Śląska. Tylko tak się zastanawiam, czy każdego roku poświęcać jedną notkę na przybliżenie nowych postaci, czy może dopiero za kilka lat zrobić jeden, zbiorowy post wszystkich nowych sylwetek? Może Wy się wypowiedzcie, moi Drodzy.

Poprzednie części osobistości upamiętnionych w Galerii:

wtorek, 28 grudnia 2021

1380. Może to jest magia świąt?

Na początku dziękuję Wam wszystkim za życzenia świąteczne. Każde z nich wywołało uśmiech na mojej twarzy oraz szybsze bicie serca. Chociaż to takie naturalne, że życzy się innym wszystkiego co najlepsze na świętach, to jednak człowiek automatycznie ma zaciesz, kiedy zobaczy, że komuś chciało się napisać tutaj kilka słów. I chociaż nie zdążyłam wejść i złożyć życzeń na każdym odwiedzanym przeze mnie blogu, to starałam się zrobić to na jak największej jej liczbie. Jeżeli ktoś czuje się pominięty z tego powodu - najmocniej go za to przepraszam.
Dwa dni świąt przeminęło niczym startujący samolot. Albo wyścigówka na torze wyścigowym. Albo... no sama nie wiem co. Minęły one raczej spokojnie, pomiędzy świątecznymi Mszami świętymi, dobrą lekturą i obejrzeniem po raz enty filmów o pozostawieniu małego chłopca samego na święta w domu oraz najsłynniejszym transatlantyku, co to miał być niezatapialny, a już podczas pierwszego rejsu poszedł na dno. Nie zabrakło czasu na powtarzanie sobie materiału na kolokwia i egzaminy, które są przewidziane na święta, ani na delektowanie się łagodnymi dźwiękami kolęd, płynących z magnetofonu. Było też pewne zaskoczenie - co prawda Pusia nie raczyła przemówić ludzkim głosem(chociaż podobno dzieje się to o północy, kiedy to ja jestem na tradycyjnej Pasterce), ale za to dostałam do poczytania trzy wezwania z Modlitwy Wiernych w drugi dzień świąt. I jeszcze stałam z puszką na przy drzwiach wejściowych. Wiecie, ja naprawdę chcę wierzyć w to, że nagrody za najlepsze prace dyplomowe na Papieskim są finansowane również z tych środków. Te takie małe niepozorne rzeczy, z pozoru nawet niezauważalne - przeczytanie czegoś, widok żłóbka w kościele parafialnym, dźwięk kolęd płynący z głośnika, a nawet bezinteresowny i spontaniczny uśmiech drugiej osoby - to właśnie dla mnie jest tzw. magia świąt. Niekoniecznie komercja, bo ona chociaż ładna i przyciągająca oczy i uszy człowieka, to jednak jest krótkotrwała. To co ważniejsze, zostaje z nami jeszcze na długi czas po świętach.
A po świętach wzięliśmy się z innymi wolontariuszami ostro do pracy przygotowując paczki na katowicki Sylwester z Ubogimi. Spotkanie organizacyjne mieliśmy na ogródkach działkowych w Chorzowie. Szczerze powiedziawszy to jeszcze nigdy tam nie byłam, więc szłam trochę w przysłowiowe ciemno. Co ciekawe, dosłownie kilkadziesiąt metrów przed miejscem docelowym zostałam zgarnięta z trasy przez innych wolontariuszy, którzy też jechali na to spotkanie. A tak wyglądała nasza wczorajsza paczkowa ekipa.

źródło zdjęcia
W piątek mamy za to akcję w centrum Katowic związaną z Sylwestrem. Jeszcze nie znamy przydziału do naszych zadań, ale w międzyczasie mamy dostać meila z informacje co do tego. Mam tylko nadzieję, że nie dadzą mnie na sekcję kuchenną...

piątek, 24 grudnia 2021

1379. Życzenia świąteczne

Kochani moi czytelnicy, drodzy przyjaciele bloga,

Rok 2021 powoli dobiega końca. Był to kolejny, właściwie drugi już z rzędu rok, w którym przyszło nam się zmierzyć z pandemią koronawirusa i wszelkimi związanymi z nią ograniczeniami, nakazami i zakazami. Ponownie wychodziło nam to raz lepiej, raz gorzej... teraz jednak przyszedł czas, aby od tego wszystkiego po prostu odpocząć.
By dać się porwać w wir świątecznych przygotowań. By wspólnie ubrać choinkę, przygotować prezenty, zrobić porządki i przypomnieć sobie kulinarne zdolności, piekąc z dziećmi pierniki, lepiąc uszka lub obsmażając karpia, by wykazać się wokalnym talentem wspólnie śpiewając kolędy...
I tego kochani właśnie chcę Wam życzyć! Abyście odetchnęli od codziennych trosk, w radości i z miłością w sercu spędzili ten świąteczny czas wspólnie z najbliższymi. Abyście byli dla siebie dobrzy i życzliwi. I w końcu, abyście potrafili sobie i innym odpuścić. Przecież choinka może stać trochę krzywo, karp każdemu może się przypalić, a i plama z barszczu też się spierze.
W te święta Bożego Narodzenia po prostu odnajdźcie w sobie dziecięcą radość - tą szczerą i beztroską. Jest nam to wszystkim bardzo potrzebne. Nie zapomnijcie zatroszczyć się w tych najbliższych dniach i o ciało, i o ducha! 
Niech ten świąteczny czas pozwoli nam wszystkim pozytywnie naładować baterie, abyście z ufnością i nadzieją, pełni wiary i zapału weszli w nowy, 2022 rok!


Ostatnie porządki, ostatnie zakupy, gotująca się w kuchni grzybowa i barszcz czerwony, a w szklanym słoiku dojrzewające pierniczki. Trochę za bardzo się spiekły, ale to nic. I tak się je zje. Ostatnie w tym roku roraty, które nieśmiało oświetlał mój lampion. Kocham ten poranek, kiedy rozbrzmiewa antyfona "Emanuelu, nasz Królu i Prawodawco, oczekiwany Zbawicielu narodów, przyjdź, aby nas zbawić, nasz Panie i Boże", kiedy w Drugim Czytaniu słychać proroctwo przyjścia Mesjasza ze znaczącym przyjęciem przez świętego Józefa Dziecięcia Bożego jako syna - "Ja będę mu Ojcem, a On mi będzie Synem". Kiedy wreszcie prowadząca scholę składa przybyłym jej członkom najserdeczniejsze życzenia, a zarazem przypomina, że widzimy się w Pierwszy i Drugi Dzień Świąt na Mszy świętej o godzinie 10:00. Za chwilę obieram moją małą choinkę, która nada mieszkaniu świątecznego nastroju. Chociaż, co tam choinka i świąteczny nastrój. Najważniejsze jest, aby święta mieć w sobie.

Dziękuję Gosi i Basi Pawlak za pamięć i za cudowne życzenia w tradycyjnej formie. Tradycyjnie już łzy radości wywołała u mnie ogromna paczka od Basi Pawlak, wypełniona po brzegi książkami i cudownymi, ręcznie robionymi bombkami. Co prawda Poczta Polska znowu się nie popisała i nie zostawiła nigdzie pierwszego awiza(ani w drzwiach, ani w skrzynce pocztowej), jednak kiedy zobaczyłam zawartość paki to aż zamarłam, ni to z zaskoczenia, ni to z radości. Jest to dla mnie tym bardziej wzruszające, że nigdy niczego się nie spodziewam, nie oczekuję, nawet wstyd mi prosić Was o coś. Tymczasem Wasze serce i pamięć przewyższa wszystko. Dziękuję Wam za to, za to, że jesteście, wpadacie, wspieracie, ochrzaniacie.

A jeszcze w nawiązaniu do wczorajszego posta, to ów ksiądz odpisał mi, że jeżeli chcę, to mogę zdawać jego przedmiot już 14 stycznia. Aż chce mi się zaśpiewać: "Cuda, cuda, ogłaszają". Naprawdę, poczułam jak kamień spada mi z serca. 

czwartek, 23 grudnia 2021

1378. Święta pod znakiem nadziei

Listopadowa niedyspozycyjność wybiła mnie z rytmu na wielu polach mojej aktywności. Jednym z nich były studia. Co prawda większość wykładowców bez szemrania usprawiedliwiła mi ponadlimitową absencję na zajęciach na podstawie zwolnienia lekarskiego. Tylko z jednym księdzem profesorem miałam problem - stwierdził, że jego nic to nie obchodzi, że wtedy byłam chora, że mam zwolnienie lekarskie, że wyraziłam chęć nadrobienia zaległości. Przekroczyłam limit nieobecności o dwa, więc on mnie nie dopuszcza do zaliczenia i albo załatwię sobie warunek, albo mówimy sobie i uczelni "goodbye". A że nie jestem osobą, która wzbudza awantury, pogodziłam się z faktem, że będę musiała złożyć podanie o powtarzanie przedmiotu, a następnie zapłacić za ten fakt.
Nie uważałam tego za zbyt sprawiedliwe, zwłaszcza w czasie, kiedy trwa pandemia i rektor sam prosił, aby osoby z objawami infekcji pozostawały w domu. Tylko, że jednocześnie okazało się, że nie wszyscy wykładowcy uznają  zwolnienia lekarskie z tego powodu. Sytuacja iście patowa. Zastanawiałam się nawet, co by było w przypadku, kiedy ktoś w grupie zachorowałby na koronawirusa i ze strachu przed takimi sytuacjami przychodziłby chory na zajęcia. Albo gdyby okres jego rekonwalescencji przedłużałby się? To co wtedy? Też by nie otrzymał szansy na zaliczenie? Tym bardziej, że spora część z nas dojeżdża komunikacją zbiorową. A tam wiadomo, jeden ma maseczkę, drugi nie. Warunki do zarażenia wręcz idealne. Czemu nie jest to brane pod uwagę?
Nie wiem jak to się stało, ale wieść o moich problemach doszła do wydziałowego opiekuna osób niepełnosprawnych, którym jest jedna z moich wykładowczyń - Gessler*. To znaczy ja od początku mówiłam przewodniczącej Wydziałowej Rady Studentów, do której odesłał mnie po "radę" wykładowca, ale ona stwierdziła, że regulamin uczelniany mówi, że nie ma w moim przypadku już żadnego ratunku. No tak, ale chyba nie wiedziała o prawach, jakie przysługują osobom z orzeczeniem o niepełnosprawności. Nawet na początku semestru Gesslerowa napisała mi, że gdybym miała jakieś problemy, np. z obecnościami, to mogę do niej śmiało się zgłosić, to będziemy działać. W poprzednim semestrze zaplusowałam u niej tak, że jako jedyna dostałam u niej 5 na koniec przedmiotu. Wiedziała więc, że nie jestem taka głupia, na jaką mogę wyglądać. Postanowiła więc działać. Nie wiem jak tego dokonała, ale udało jej się i usprawiedliwić mi te dwie nieobecności, i ustaliła, że po świętach zaliczam zaległe kolokwium zaliczeniowe(wszyscy inni pisali je z 2 tygodnie temu).
Teraz muszę tylko przyswoić sobie materiał z zajęć, ale nie jest tego zbytnio dużo, więc dam radę. Zresztą, nie taką ilość informacji trzeba było w życiu ogarnąć. I wiecie to, tak jakoś nabrałam jeszcze większej motywacji do nauki. Ponownie pojawiła się we mnie nadzieja, że wszystko będzie dobrze i jakoś się to wszystko ułoży. No i przekonałam się, że nie taka Gessler straszna, jak ją malują.

Matka-nadzieja
Gdy wszystko idzie nie tak,
ona jedna zostaje.
Schowana niczym talizman,
w kieszeni na egzaminie.
Wyczekiwana, wyglądana,
puka w bezsens dni naszych.
Chce nas objąć,
niczym kochająca matka
swoje nieporadne dziecko.
I pyta cichutko:
"Człowieku, 
czy jeszcze mnie potrzebujesz?
Bo jestem tuż obok,
tylko mnie nie chowaj 
do kufra z kilkoma kluczami".

* Gessler to oczywiście pseudonim, zresztą nie przeze mnie wymyślony. Raczej bym tutaj nie wrzucała prawdziwych danych :).

wtorek, 21 grudnia 2021

1377. Wraz ze zbliżającym się końcem roku

Ostatnie dni starego roku powoli dobiegają ku końcowi. Kiedy w tramwaju lub autobusie widzę informacje ile ich jeszcze pozostało nie mogę pojąć, kiedy on minął. W pewnym momencie życia przemijanie przyspiesza tak bardzo, że już nigdy nie zdołamy go zatrzymać. Sama nie wiem, czy jest to powód do płaczu czy do radości.
W tych ostatnich dniach najbardziej nurtuje mnie pytanie, czy bardziej jest uzasadnione rozczarowanie, że tak wiele zamierzeń się nie udało, czy raczej nieśmiało tlący się płomień nadziei na nadchodzące nowe. Rozdarcie pomiędzy rozczarowaniem, a nadzieją i towarzyszące mu napięcie jest zresztą charakterystyczne dla końca starego i początku nowego roku.
Wyobrażenie, iż w nowym roku wszystko będzie lepiej ma w sobie coś z magicznej iluzji - choć tak właściwie wszyscy wiemy, że to nieprawda, z przyjemnością się jej oddajemy. Każdy z nas pragnie mieć jeszcze raz czystą kartę i jeszcze raz zacząć wszystko od nowa. Ach, gdyby tylko można było wszystkie błędy, rozczarowania, zawody, czy też utraty zamknąć w szczelnej puszce... Gdybyśmy mogli pierwszego stycznia obudzić się nowymi ludźmi bez bagażu historii. Gdyby tylko było to możliwe, to wtedy na pewno bylibyśmy szczęśliwsi.
Nadzieja na lepsze jutro jest jednym z tym czymś, co trzyma większość z nas przy życiu. Kiedy jesteśmy pogrążeni w prawie ostatecznej rozpaczy, zawsze jeszcze możemy się dźwignąć w górę i uwierzyć w to, że zawsze jest czas na zmianę. Nikt nigdy nie może nam bowiem wyrwać z serca nadziei na nowe. To dzięki takiej postawie możemy mówić, że w końcu i tak wszystko będzie dobrze.
Zawsze warto jeszcze raz zacząć wszystko od nowa. Nie ważne, ile razy nam się nie udało, ile decyzji w dalszym ciągu nie podjęliśmy. Każdego dnia możemy z ufnością rozpocząć kolejną próbę. Zaczynanie wszystkiego od nowa nie jest zarezerwowane tylko dla wartko toczących się scenariuszy amerykańskich filmów, a przywilej ten nie dostaje się tylko wybranym szczęśliwcom, którzy po wygranej w totka mogą uciec na drugi koniec świata i zapomnieć o poprzednim życiu. Przy odrobinie wysiłku i ożywieniu zakurzonej już nieco noszonej w sercu nadziei, my również możemy jeszcze raz wszystko zacząć od nowa.
Pozostaje pytanie: jak zrobić to w mądry sposób? Poniżej przedstawiam pięć przykładowych działań.
  1. Nie postanawiaj, ale pragnij - czego pragnę? Jakie są moje najskrytsze dążenia? Tęsknoty, z których niespełnieniem nie potrafiłabym sobie pogodzić? Czasami lepiej jest odpowiedzieć sobie na te pytania, zamiast po raz kolejny postanawiać te same rzeczy, które i tak nigdy nam nie wychodzą. Motywatorem dla wszelkich celów nie jest cel sam w sobie, czy też wyobrażenie sobie sukcesu, jaki osiągniemy. Tym, co najbardziej nas motywuje, jest głęboko ukryta w sercu pierwotna intencja. Dobrze, że chcemy mniej pracować, ale właściwie dlaczego? Może po prostu po to, aby mieć czas dla siebie i w ten sposób np. rozwijać swoje hobby i zainteresowania? W porządku, że nareszcie chcemy zadbać o swoje ciało, ale znowu pojawia się podstawowe pytanie: po co? Jeżeli zrozumiemy, że na dnie tego wszystkiego jest głęboko skrywane marzenie np. o nadaniu smukłości naszemu ciału, łatwiej nam będzie odmówić sobie kolejnego ciastka lub pójść na basen. Sprawdźcie co się stanie, kiedy przeniesiecie akcent z postanowienia na pragnienia. Czy poczujecie wtedy uczucie ulgi?
  2. Nie bądź perfekcjonistą - po złym dniu chcemy zasnąć z nadzieją na to, że kolejny dzień będzie po prostu dobry. Czasem jednak przekształca się ona w perfekcjonistyczne odrzucenie własnego życia - głęboko niezadowoleni z tego, jacy jesteśmy, chcielibyśmy któregoś dnia obudzić całkowicie kimś innym. Szczególnie wtedy, kiedy nie umiemy znieść własnych słabości, chcielibyśmy być idealni, wszystkie zadania doprowadzać do końca oraz doskonale rozliczać się z każdego zaplanowanego punktu. Wydawać by się mogło, że dla perfekcjonisty nowy rok to wyśmienita okazja, aby snuć niezakłócone wizje świetlistej przyszłości wolnej od jakichkolwiek słabości i porażek. Tymczasem dużo mądrzej jest zgadzać się na słabości. Nawet więcej - celowo je praktykować, sprawdzając tym samym co się wydarzy, gdy zrobimy coś nie tak. Co będziemy wtedy czuli? Jak zachowają się inni? Czy kiedy kilka razy zrobimy z siebie przysłowiowego głupka, przejęzyczę się, nie wywiążemy z jakiegoś zobowiązania - czy te doświadczenia nas zrujnują tak bardzo, jak sobie wyobrażamy? A może wręcz przeciwnie, okaże się, że nikt tego specjalnie nie zauważy. Może właśnie dzięki temu odzyskamy dawno utraconą wolność od lęku przed oceną?
  3. Odpuść sobie - uwięzione w naszych ciałach napięcia, w sercu permanentny lęk, a w głowie wirujące zmartwienia - wszystko to stanowi przejaw kontroli rzeczywistości. Być może zbyt mocno uwierzyliśmy w to, że musimy nad wszystkim panować. Zaufać Bogu, losowi, pozwolić swobodnie potoczyć się sytuacji, wziąć głęboki oddech i bardziej przyglądać się temu, co się stanie, niż ciągle aktywnie na wszystko wpływać - to potrafią tylko nieliczni. Większość z nas zatraca się w byciu panem własnego losu. Wpadamy w iluzję samowystarczalności, która prędzej czy później zwróci się przeciwko nam. Jedna prosto jest powiedzieć "odpuść", a dużo trudniej jest to zrobić.  Ale to właśnie zdolność do odpuszczania może przynieść nam głębszą i mocniej zakorzenioną satysfakcję z własnego życia. Może być to pomocne w odkryciu, że nie wszystko trzeba naprawiać, nie na wszystko poświęcać tyle energii. Zarazem zobaczymy, że świat i tak się toczy, Bóg/los/przeznaczenie i tak robi swoje, a my więcej korzystamy stając się pustym naczyniem, przez które swobodnie przepływa łaska.
  4. Przyjmij rzeczywistość - Virginia Satir miała kiedyś powiedzieć: "Życie nie toczy się tak, jak powinno, ale jest takie, jakie jest. Sposób, w jaki sobie z tym radzisz, stanowi całą różnicę". Zacytowane słowa stanowią wspaniałą lekcję pokory, czyli zdolności do widzenia rzeczy takimi, jakie naprawdę są. Bez maskowania, nakładania pudru czy też jej fałszowania. Ucieczka od rzeczywistości to pokusa, której poddajemy się każdego dnia, aby chociaż trochę ulżyć sobie w nieznośnym egzystencjalnym bólu. Nasza ludzka natura, która jest skłonna do uników, będzie nas próbowała łudzić kolorowymi obrazkami nie-rzeczywistości. Warto robić wszystko co w naszej mocy, aby nie poddać się tej iluzji. Umiejętność znoszenia rzeczywistości taką, jaka faktycznie jest, trzeba wytrwale kształtować, bo to właśnie to sprawi, że przestaniemy przeżywać naszą codzienność jako ciężar, którego trzeba koniecznie się pozbyć.
  5. Dotknij ran - zasada na dojrzałe życie jest zawsze taka sama - nie uciekać od bólu. Z chirurgiczną precyzją należy zaglądać w głąb swojego serca, czy czasem nie zalega w nim jakieś nierozwiązane cierpienie. Jeżeli uda nam się je odnaleźć, powinniśmy poświęcić mu tyle uwagi, ile potrzebuje, aby w końcu mogło się z nas uwolnić. Każdy, nawet najmniejszy fragment niezauważonego bólu będzie twardniał niczym tkanki w ciele i przekształcał się w złogi, których usunięcie z roku na rok będzie się stawać coraz trudniejsze. Prawda jest też taka, że większość z nas intuicyjnie czuje, za co powinien się zabrać, by zmienić swoje życie. Od czego uciekamy? Z czym się mierzymy? Jakiej konfrontacji unikamy? Nasze życie za rok będzie tylko sumą chaotycznych ruchów naszej nieświadomości i zwykłych przypadków, jeśli już teraz nie zabierzemy się za to, co w naszym sercu woła o nasze zaangażowanie.
Na podstawie: https://www.deon.pl/inteligentne-zycie/poradnia/art,454,5-krokow-zeby-madrze-zaczac-od-nowa2018.html

niedziela, 19 grudnia 2021

1376. Boccia, gra dla wszystkich

Witam Was w ten niedzielny wieczór, tydzień przed świętami. Czwarta, symboliczna świeca, zarówno na kościelnym wieńcu adwentowym, jak i w domu została zapalona, w powietrzu unosi się już zapach dojrzewających pierniczków, a za oknem migają przyozdobione światełkami okna i balkony. Święta czuć już w powietrzu, chociaż pozostało do nich jeszcze kilka dni.
W tym roku rektor Uniwersytetu zrobił nam nietypowy prezent bożonarodzeniowy i ogłosił godziny rektorskie już od 20 grudnia. Powód tego był jeden - Ministerstwo nie zezwoliło na przejście uczelni na całkowity tryb zdalny nauki, zaś wszystkie Wydziałowe Samorządy Studenckie wnioskowały o to, ze względu na wciąż rosnącą liczbę zachorowań na coronę w ostatnim czasie oraz zbliżające się święta, na które jednak większość studentów zjeżdża do domów. Gdyby tak zarazili się tuż przed świętami, i tym samym posłali całą grupę na przymusową kwarantannę, byłoby ciekawie. Wiecie, w tym wszystkim nie chodzi o zarażenie się tym dziadostwem, bo zarazić się można wszędzie, a uchronienie przed nim innych. Toteż rektor, ochrzczony przez studentów IV (?) roku NoRek Koziołkiem-Matołkiem, ogłosił iście salomonowy wyrok decydując się na całkowite odwołanie zajęć w ostatnim tygodniu(pierwotnie ostatnim dniem nauki miała być środa 22 grudnia, a czwartek już miał być wolny). Miał takie prawo, i chociaż z jednej strony cieszę się z takiego obrotu rzeczy, a z drugiej przynajmniej jedno kolokwium przeskakuje nam na styczeń.
Niemniej piątek był dla mnie niezwykle emocjonalnym dniem. I to nie tyle za sprawą zbliżających się 3 tygodni wolnego, ale za przyczyną mającego się odbyć tego dnia międzyuczelnianego turnieju bocci, w ramach Integracyjnego Pucharu Śląska. Czym jest boccia? Boccia to najpopularniejsza dyscyplina sportowa dla osób niepełnosprawnych. Polega ona na umieszczeniu specjalnych kul(buli) jak najbliżej określonego celu(najczęściej jest to biała bula). Zawodnicy mogą wprowadzać je na boisko w dowolny sposób - rzucając, tocząc, kopiąc, za pomocą specjalnej rynny wspomagającej lub asystenta. Mogą też przyjmować pozycję stojącą albo siedzącą. Pozwala to na uprawianie tego sportu przez osoby z różnymi niepełnosprawnościami ruchowymi, w tym z porażeniem mózgowym(za https://www.bocciasport.com/boccia.html). 
źródło zdjęcia
O bocci słyszałam nieraz, nawet mój klub sportowy posiada jej sekcje, nigdy jednak nie miałam okazji w nią zagrać. Jedynie dawno temu grałam w podobną grę na AWFie - boule. No właśnie, podobną, czyli nie taką samą. Nie dałam jednak tego po sobie poznać i kiedy na zajęciach z w-fu nauczycielka zaproponowała mi wzięcie udziału w turnieju, zgodziłam się. Pomyślałam sobie, że spróbować zawsze warto, przynajmniej się czegoś nauczę.
Turniej miał miejsce w Budynku A Uniwersytetu Ekonomicznego w Kato na ulicy Bogucickiej. W zasadzie szłam trochę po omacku, posiłkując się zapamiętaną trasą z google.maps. W ostateczności zawsze się mogłam zapytać przechodnia, czy nie wie gdzie jest ta ulica. Na szczęście trafiłam tam sama. Poinformowana przez portiera udałam się do sali gimnastycznej, gdzie już inni ćwiczyli swoje rzuty. Szybko przebrałam się w szatni i poszłam się odhaczyć.
Naszą uczelnię reprezentowało jeszcze dwójka studentów, których miałam okazję poznać tego dnia. Jeden studiuje kognitywistykę, drugi informatykę. Akurat oni byli w jednej drużynie, a mnie przydzielili do kolegi z Górnośląskiej Wyższej Szkoły Handlowej.
źródło zdjęcia
Nasze zmagania odbywały się na dwóch boiskach - "A" i "B". W każdej z grup były 4 drużyny, a rozgrywki toczyły się na zasadzie każdy z każdym. Dwuosobowe drużyny siedziały na stanowiskach co drugą osobę. Każdy z meczy podzielony był na cztery rundy, gdzie każdy z zawodników wyrzucał raz białą bulę na boisko. Ja z Krisem znalazłam się w grupie "B". Pierwszy mecz wygraliśmy 8:1. Uznaliśmy to za dobry początek. Potem mieliśmy mecz przerwy i dwa kolejne rozgrywki pod rząd. Niestety, te dwa mecze były już przegrane, chociaż, gdyby Krisowi udało się wybić w ostatniej rozgrywce ostatniego meczu kule przeciwnika, to mielibyśmy szansę przejść dalej. A tak ze stratą jednego punktu uplasowaliśmy się na trzecim miejscu w grupie. Do fazy finałowej przechodziły natomiast pierwsze i drugie miejsce z każdej grupy. Walka zaś była do samego końca i niekiedy sędziowie musieli posiłkować się metrami i cyrklami, aby ustalić, bila której drużyny jest bliżej tej białej.
źródło zdjęcia
Na koniec wszyscy dostali upominki, a zdobywcy pierwszego, drugiego i trzeciego miejsca dodatkowo dyplomy i puchary. Chociaż tym razem znalazłam się poza podium, to i tak cieszę się z samego udziału. Dzięki niemu poznałam i spróbowałam czegoś nowego, poznałam też wielu ciekawych ludzi. Turniej dał mi też możliwość reprezentowania już nie klubu sportowego, a samej uczelni w ramach AZSu(Akademickiego Związku Sportowego). Kto by przypuszczał, że stanę się posiadaczem legitymacji z licencją, która umożliwi mi starty w zawodach dla studentów. Cóż z tego, że niepełnosprawnych? Przecież możemy odnosić sukcesy na równi z naszymi sprawnymi rówieśnikami i tak samo się z nich cieszyć.
źródło zdjęcia
A następny turniej będzie z siatkówki na siedząco. Prawdopodobnie w styczniu, ale...

wtorek, 14 grudnia 2021

1375. To, czego najbardziej obawiam się w przyszłości

Witajcie w ten chłodny, grudniowy wieczór. Dziękuję Wam za każdy komentarz, który jest dla mnie dowodem na to, że chce Wam się do mnie wchodzić i czytać moje wypocinki. Cieszę się, że podoba Wam się mój styl pisania, bo zawsze się zastanawiam, czy to co piszę jest w miarę klarowne. Z Waszych komentarzy wynika, że tak.
Ci, którzy mają mnie w znajomych na facebooku wiedzą, że dzielę się na nim z innymi moją hm... poezją? W sobotę podczas "Weekendu Cudów Szlachetnej Paczki" podeszła do mnie koleżanka z liceum i przyznała, że lubi czytać moją poezję, bo zawsze w niej znajdzie coś optymistycznego i zachęcającego do przemyśleń. No tak... Wszyscy też pytali się mnie o zdrowie, bo ktoś puścił plotkę, że Lolek jest umierający. Tak źle to ze mną nie było, ale widać, że niektórzy się przejęli tym faktem. Choinka, w sumie gdybym ja sama się dowiedziała, że ktoś z nas umiera, to chyba też "chodziłabym po ścianach". Darczyńcy spisali się na medal z paczkami. I można powiedzieć, że na tym kończą się pozytywy tegorocznej edycji. Dużo by opowiadać, ale napisałam już sprawozdania z przekazania paczek oraz tzw. "prezenty dla darczyńców", tym samym definitywnie ją zamykając.
U nas w mieście mamy jakąś awarię ciepłowniczą i przez dwa dni nie grzeją nam zupełnie kaloryfery. A ktoś coś mówił o "zimie stulecia". Pocieszające jest to, że to wszystko ma trwać najwyżej 48 godzin, bo jakby tak miało się przeciągnąć na miesiąc... Brrr... strach pomyśleć. Ja wiem, teraz zimy to właściwie nie-zimy, ale jednak kiedyś w większości przypadków napaliło się w piecu i było przyjemnie ciepło. Teraz musi mi wystarczyć ciepły polar, koc, herbata owocowa w ulubionym kubku i dobra książka. Szkoda, że jeszcze Pusia nie może wystarczająco wygrzać mi miejsca, no ale w życiu nie można mieć wszystkiego. Skusiłam się na serię "Cukiernia pod Amorem" i właśnie w wolnych chwilach pochłaniam kolejne jej strony. Na razie jestem w połowie pierwszego tomu noszącego podtytuł "Zajezierscy" i po prostu przepadam w rozdziałach opowiadających o życiu na szlacheckim dworku.
Po blisko miesięcznym zwolnieniu lekarskim wróciłam do pracy w świetlicy środowiskowej. Nawet nie wiecie, jak stęskniłam się za tymi naszymi arcymonkami. Mam nadzieję, że oni za mną też. A że wchodzimy w okres typowo świąteczny, to wczoraj uczyliśmy się "Kolędy katowickiej". Ja wiem, że niektórzy z nich są np. ateistami, ale zauważyłam, że kolędy są tym, co jest ponad wszelkimi ideologiami, przynajmniej u dzieci. Dzisiaj natomiast przyozdabialiśmy styropianowe(ach, ten styropian będzie mi się chyba po nocach śnić) bombki wciskając w nie kolorowe skrawki materiału. Jutro robimy łańcuchy, w czwartek pierniczki, a w piątek idziemy zobaczyć katowicki Jarmark Bożonarodzeniowy. Będzie pięknie, czuję to 😀.
Po dwóch miesiącach pracy czuję, że nie tylko znalazłam swoje miejsce na ziemi, ale i spełniam się w tym, co jest moją niejako pasją. I jeszcze dostaję za to pieniądze, bo przez ostatnie lata wykonywałam podobną pracę w ramach wolontariatu. Najlepsze dla mnie było to, że zwierzchnicy nie dość, że nie potrafiła nawet nic docenić, to jeszcze potrafiła tak skomentować człowieka, że żyć mu się odechciewało. Co prawda papierologii jest całe multum, na szczęście większość jest w wersji elektronicznej, więc dla osób z moimi ograniczeniami jest to wyśmienite rozwiązanie. No i mogłam tak ułożyć godziny, aby mi nie kolidowały ze studiami(nie mam pełnego etatu, ale coś za coś).
Na razie więc mi się podoba. Zobaczymy na jak długo. Tym bardziej, że coraz częściej spotykam się z nauczycielami, którzy po 20-30 latach pracy w zawodzie są tak wypaleni, że aż przykro jest ich słuchać. A przecież wtedy, kiedy zaczynali swoją pracę, byli pełni optymizmu i wiary w przyszłość. Oczywiście nie jest to regułą, jednak występuje. Dlatego przeraża mnie myśl, że i za kilka lat dotknie mnie syndrom "wypalenia zawodowego". Naukowcy zdefiniowali 12 jego stadiów:
  1. Osoba, u której rozwija się syndrom wypalenia, chce się wykazać i inwestuje więcej energii w pracę niż w czas wolny.
  2. Zostają zwiększone starania aby sprostać własnym wymaganiom.
  3. Potrzeby są zaniedbywane: następuje ograniczenie czasu wolnego, snu i wypoczynku. Częściej sięga się też po alkohol i papierosy;
  4. Potrzeby ludzkie są tak bardzo ograniczone, że prowadzi to do pierwszych potknięć i niepowodzeń.
  5. Postrzeganie otoczenia zostaje upośledzone - zanika kontakt z przyjaciółmi, partnerem życiowym, a także dziećmi.
  6. Pojawiają się problemy, które są wypierane ze świadomości osoby dotkniętej wypaleniem. Zaczyna ona wątpić w swoją efektywność i niechętnie przychodzi do pracy. Zaczynają też pojawiać się pierwsze fizyczne oznaki wyczerpania.
  7. Zdezorientowanie i szukanie zastępczego zaspokojenia(np. w jedzeniu, seksie);
  8. Odbieranie otoczenia jako zagrożenia i izolowanie się od niego. Każda krytyka odbierana jest jako atak.
  9. Osoba dotknięta wypaleniem zawodowym zaczyna funkcjonować jak automat - obojętnieje i zaczyna tracić poczucie własnego ja.
  10. Następuje poczucie wycieńczenia, pojawiają się też ataki lęku i paniki.
  11. Jest to faza depresji. Po raz pierwszy pojawiają się wtedy myśli samobójcze.
  12. Dochodzi do zupełnego wypalenia. Osoba jest wyczerpana fizycznie i emocjonalnie. Jej system odpornościowy jest osłabiony. Dramatycznie wzrasta także zagrożenie chorobami układu krążenia. Jeszcze bardziej niebezpieczne mogą być problemy psychiczne: samobójstwo jawi się bowiem często jako najlepsze wyjście.
"Wypalenie zawodowe" z jednej strony łatwo zauważyć, a z drugiej można go pomylić z czymś innym. Wiem też, że częściej dotyka osoby niezwykle ambitne, które wszystko chcą mieć na tik-top. I że można mu przeciwdziałać za pomocą sesji z superwizji...
A może nie będzie tak źle? Może lata w scholi i Oratorium, gdzie raz było lepiej, a raz gorzej, zahartowało mnie przed tym zjawiskiem? Przecież tyle razy było źle, chciałam to wszystko rzucić, bo byłam już po prostu wyczerpana emocjonalnie. A wystarczyło trochę zwolnić z ambicjami, odpuścić sobie pewne rzeczy, robić swoje mimo wszystko i z czasem wszystko wracało do normy.
Czy tak samo będzie za 10-20 lat? Czas pokaże. Zresztą, zawsze mogę zmienić pracę na inną. Na razie nie skupiam się też tylko na niej - tyle ile trzeba poświęcam czasu na uzupełnienie dokumentacji i przygotowanie materiałów na następny dzień, a następnie mam chwilę dla siebie. Przed chorobą wykorzystywałam ją na treningi, teraz co najwyżej jeżdżę na rowerku stacjonarnym. A "po drodze" przeglądam notatki z zajęć...

czwartek, 9 grudnia 2021

1374. Pisarsko- i malarskomania

Łagodne światło lampionowej świecy,
oświetla mroczne zakamarki mej duszy.
Swoim migoczącym blaskiem przypomina,
że adwent jest nie tylko na ziemi.
Adwent ma też wymiar niebiański-
wszak Bóg również czeka na nasze przybycie do niego.
Czy jesteśmy na to gotowi?

Czasami w głowie układają mi się jakieś filozoficzne strofy. Tak było i wczoraj, kiedy przyglądałam się delikatnemu światłu lampionu, które przez chwilę rozświetlało mrok w moim pokoju. Bardzo mi się podoba idea odprawiania nabożeństw roratnich rankiem. Podoba mi się też związana z tym metafora - idziemy do kościoła w mroku grzechu oraz niepewności, a wychodzimy z niego, "kiedy ranne wstają zorze", tak jakby w ludzką duszę wlewało się światło nieskończonego Bożego Majestatu.
Ostatnio pisanie wierszy przybrało dla mnie nowy wymiar. Zresztą nie tylko wierszy. Generalnie od zawsze lubiłam pisać różne opowiadania. Czasami(w szkole podstawowej i gimnazjum, bo w liceum pisałam już wszystko na komputerze) zajmowało mi to cały szkolny dzień(nie, nie pisałam elaboratów - wiele godzin lekcyjnych zajmowało mi pisanie ręczne zaledwie 2-3 kartek), jednak jak już przyszła pora na ocenienie i oddanie prac, bardzo często moja znajdowała się wśród tych, które były czytane na forum klasowym. Być może dlatego przeinterpretowałam zadanie domowe z psychologii rodziny i zamiast tak jak inni napisać kilka zdań na temat przedstawionego obrazka, ja buchnęłam całą stronę opowiadania, wraz z wewnętrznym opisem uczuć każdego bohatera i kilkoma mniej lub bardziej istotnymi szczegółami. Kiedy kapnęłam się, jak bardzo odbiegam od reszty grupy, było już za późno. Oczywiście mogłam powiedzieć, że nie mam, ale czy nie podlegałoby to pod tchórzostwo? Moja wypowiedź została przeczytana przez koleżankę z grupy.
Pani profesor Gessler była zachwycona formą i pomysłem.
Grupa była zachwycona stylem.
Nawet jedna z koleżanek, kiedy pani profesor Gessler wypowiadała się pochlebnie o moich wypocinach, przyznała, że również moje wiersze są godne uwagi. Nawet nie wiecie, jak mi się miło zrobiło. Zresztą w przerwie pomiędzy zajęciami inna koleżanka przyznała, że też jej się podoba to co piszę i w jaki sposób piszę. A wiersz o niepełnosprawnych to wręcz ją wzruszył. Bardzo ciepło o mojej wypowiedzi wypowiadał się też nasz grupowy Rodzynek, który jest osobą niedowidzącą. Stwierdził, że tak to wszystko opisałam, że bez problemu mógł sobie to wszystko wyobrazić. Całość skwitował pytaniem: "To kiedy będzie książka?". Z tego fragmentu książki raczej nie będzie, bo wyszłoby mi pewnie jakieś romansidło. Ale jedną książkę, "Opowieść o czwartym królu" już napisałam. A teraz finiszuję już z drugą, "Józef, syn Jakuba". Mam nadzieję, że do niedzieli ją skończę. A potem czeka mnie monotonny dźwięk domowej drukarki.
Tak sobie myślę, że moja bogata wyobraźnia i słownictwo może iść w parze z moim zamiłowaniem do książek. Czytać nauczyłam się sama na słynnym elementarzu Falskiego w wieku 4 lat. Dzięki temu miałam jakieś zajęcie będąc w szpitalach i nie musiałam czekać, aż przyjdą rodzice i mi poczytają coś. Podobno mając sześć lat zaczytywałam się w serii opowiadającej o podróżach Tomka Wilmowskiego, w pierwszej klasie wertowałam "Pana Tadeusza", rok później sięgnęłam po Sienkiewicza. I chociaż nie zawsze rozumiałam tematykę książki, to zapewne w jakimś stopniu przyswajałam nowe słownictwo.

Skoro mówimy o ziemskim opiekunie młodego Syna Bożego, to wieczór dość nietypowo spędziłam na malowaniu na styropianowych dyskach coś, co w zamyśle ma być postacią św. Józefa. Nawet starałam się zamieścić na nich jeden z jego atrybutów, czyli lilijkę, symbol dziewictwa i niewinności. Co prawda każdy wyszedł inny, niektórzy nawet trochę bardziej koślawi i kanciaści, ale są. Nawet nie wiedziałam, że malowanie na styropianie może być takie skomplikowane! Z drugiej strony - nie wiem, czy farbki czasem się nie przeterminowały, bo dość podejrzane były. Ale dało się namalować, z czego jestem niesamowicie zadowolona. Przy okazji trochę sobie dychnęłam po ostatnich "wieczornych randkach" z "ABC etyki". Szczerze powiedziawszy, to w pewnym momencie zwątpiłam w siebie, że jestem za stara na studiowanie, że przecież mam już dyplom i nawet znalazłam satysfakcjonującą pracę, że się tego wszystkiego nie wyuczę itp., itd. A tu proszę, dzisiaj profesor przepytał mnie z wiedzy(to co ja odpowiedziałam, inni pisali ręcznie, no ale mi udało się zmienić formę zaliczenia), to na koniec dostałam 10/11 punktów. Co śmieszniejsze, nie poległam na pytaniu, na którym poległa część grupy, ale na literowaniu jednego terminu. Cóż, zdarza się, nie można być geniuszem we wszystkim(chociaż maksa punktów podobno nic nie zdobył). Za tydzień zaliczam zaległe kolokwium, też z etyki, z okresu, kiedy miałam zwolnienie z zajęć z powodu choroby. Będzie dobrze, muszę tylko chwilkę odsapnąć, zanim się wezmę do powtórek. Bo na razie chodzi mi jeszcze po głowie wszystko co związane z cnotą i moralnością(tamto kolokwium związane będzie z rozwojem myśli etycznej)...

poniedziałek, 6 grudnia 2021

1373. Kto zna adwentowy zwyczaj "szarej godziny"?

Wirujące płatki śniegu powoli pokrywają otaczający mnie świat. Po chwili biała, puchowa pierzynka przykrywa fragment parapetu za oknem oraz przepięknie otula ogołocone już z liści drzewa. Można nie lubić zimy, i wiem, że są ludzie, którzy nie darzą jej sympatią. Ja tam jednak nie mam nic do tej pory roku, chociaż niejednokrotnie wywróciłam się na oblodzonym chodniku albo porządnie przemarzłam, czekając na autobus na przystanku. W końcu cykliczność występowania pór roku też jest na coś potrzebna. Zimę, jak każdą inną porę roku, da się polubić. Chociażby za zbliżające się święta Bożego Narodzenia. Nawet jeżeli nie będziemy ich przeżywać od strony religijnej, to zawsze dostajemy dodatkowe dwa dni wolnego w pracy i w szkole.
Radość z zimowej aury spotęgowana została Waszymi komentarzami odnośnie kolejnego mojego wiersza i ogólnie ostatniej mojej notatki. Z wypiekami na twarzy czytałam Wasze wypowiedzi na temat niepełnosprawności i napisanego przeze mnie wiersza i tak sobie myślałam, że naprawdę trafiłam na empatycznych i wartościowych ludzi w sieci, którzy nie tylko mnie nie wyśmiali, ale wręcz podbudowali. Jesteście wspaniali!
Od dwóch niedziel w Kościele katolickim(i chyba też protestanckim) przeżywamy adwent, czyli czas radosnego oczekiwania na ponowne Boże Narodzenie. Jednak ludzie wierzący nie powinni zapominać, że tak naprawdę całe ich życie jest jednym wielkim adwentem. Z tym okresem, który rozpoczyna nowy rok liturgiczny, wiąże się wiele zwyczajów. Roraty, wieniec adwentowy, lampion, kalendarz adwentowy - to chyba zna większość z nas, nawet jeżeli samemu tego nie stosujemy. Ale czy ktoś z Was kiedyś słyszał o "szarej godzinie"?
Sama zupełnie niedawno i właściwie przypadkowo odkryłam ten stary, zapomniany już zwyczaj. Chociaż jak przez mgłę widzę pokój w domu mojej babci, gdzie zebrali się wszyscy domownicy, a babusia Antosia snuła opowieści o dawnych czasach. Czy to jednak była owa "szara godzina"? Nie mam pojęcia. Czas zatarł szczegóły tego wydarzenia(a raczej cyklu wydarzeń), w którym brałam udział mając 3, może 4 lata.
Na czym tak właściwie polega ów zwyczaj?
Nie da się ukryć, że grudzień jest miesiącem, kiedy to dni są najkrótsze, przyroda odpoczywa, a część zwierząt zapada w sen zimowy. Dawniej wierzono, że w tym miesiącu nie powinno się podejmować żadnych zajęć w gospodarstwie, nawet jeżeli pogoda ku temu sprzyjała. Wszystko po to, aby ziemia mogła odpocząć po całorocznej pracy. Obserwując te prawidłowości ludzie na wsiach również poddawali się takiemu wyciszeniu połączonemu ze spokojem.
Mając takie podejście można było spokojnie przeżywać przypadający zawsze w grudniu adwent. Kiedyś jednak wyglądał on nieco inaczej. Raczej nie był to czas, o który trzeba było szczególnie walczyć, będąc otoczonym przez sklepowe promocje i grane od tygodni świąteczne piosenki. Grudniowe wyciszenie sprzyjało za to praktykowaniu pewnej pięknej, rodzinnej tradycji adwentowej, jaką była "szara godzina". Był to czas między godziną 15 a 17, kiedy krótki zimowy dzień już dobiegał końca, jednak nie zapadała jeszcze zupełna ciemność. Na ten czas przerywane były w domu i w gospodarstwie wszelkie prace, a cała rodzina gromadziła się w jednym miejscu - najczęściej była to kuchnia przy rozpalonym piecu. Nie zapalano wtedy lamp i świateł, głównie z uwagi na oszczędność.
W czasie "szarej godziny" rodzina siedziała razem w ciszy albo spędzała ten czas na rozmowach. Bardzo często była to okazja, aby dziadkowie dzielili się swoimi rodzinnymi wspomnieniami, opowiadali wnukom, jak dawniej przeżywano adwent i Boże Narodzenie oraz uczyli ich historii ojczyzny. Była to też okazja do czytania polskiej literatury i recytacji wierszy. Zapadający zmrok sprzyjał także pogłębianiu wiary domowników. W wielu domach "szara godzina" poświęcona była modlitwie, śpiewaniu pieśni adwentowych, czy chociażby lekturze Pisma Świętego lub innych dzieł religijnych.
Chociaż w dzisiejszych czasach rzadko spotyka się piece kaflowe, to w dalszym ciągu można praktykować zwyczaj "szarej godziny" i poświęcić ją na spokojny czas spędzony z rodziną. Poniżej znajduje się kilka pomysłów na "szarą godzinę" w XXI wieku":

  • Wyłącz na godzinę Internet, dźwięki w telefonie, muzykę - zadbaj o cichy czas, w którym nie będzie Cię nic rozpraszać,
  • Zapal świecę, która w półmroku będzie dawać światło;
  • Wykorzystaj ten czas na modlitwę lub czytanie i rozważanie Pisma Świętego;
  • Posiedź w zupełnej ciszy, chociażby przez kwadrans;
  • Jeżeli potrzebujesz muzyki, wybierz playlistę z utworami adwentowymi;
  • Sięgnij po dobrą, duchową lekturę;
  • Porozmawiaj z dziećmi o tradycjach adwentowych lub świątecznych;
  • Przeczytaj historie postaci biblijnych związanych z adwentem(np. Izajasza, Jana Chrzciciela, Maryi);
  • Przeczytajcie całą rodziną jakąś biblijną historię i spróbujcie ją zilustrować;
  • Stwórzcie drzewo genealogiczne Waszej rodziny i opowiedzcie coś dobrego o każdej osobie, która się na nim znajdzie;
  • Poświęć ten czas małżonkowi - porozmawiajcie w spokoju o tym, co dla Was ważne;
  • Przypomnij sobie swoje najpiękniejsze wspomnienia świąteczne z dzieciństwa - możesz je także opowiedzieć swoim dzieciom;
  • Przygotuj świąteczne ozdoby, szopkę, jakiś sentymentalny prezent dla rodziny;
  • Wypisz kartki świąteczne z życzeniami dla Waszych bliskich i znajomych;
  • Poznaj symbolikę świątecznych elementów, np. opłatka, sianka wigilijnego, pustego miejsca przy stole;
  • Odwiedź kogoś, kto być może potrzebuje Twojej uwagi i troski.
Pomysłów jest oczywiście o wiele więcej, a na cokolwiek się zdecydujemy, z pewnością “Szara godzina” będzie zwyczajem, który w nawet zabieganym dniu może okazać się chwilą wytchnienia i “przeżycia” adwentu. Dobrze byłoby, aby ten czas oczekiwania nie uciekł nam przez palce, aby pozwolił nam zobaczyć, co tak naprawdę jest ważne i abyśmy nie obudzili się 27 grudnia z myślą “święta, święta i po świętach”.

P.S. W weekend sobie uświadomiłam, że to już 5 lat, jak w tragicznym wypadku zginęła jedna z nas, blogerek, a zarazem niezwykła matka(chociaż pewnie ona sama tak siebie nie postrzegała) pozostającego w stanie śpiączki Kajetana. Czas szybko leci, ale z całą pewnością nie goi ran...

piątek, 3 grudnia 2021

1372. Niepełnosprawność okiem niepełnosprawnego

Inny - taki sam 

Boisz się mnie? Dlaczego?
Zostań moim kolegą,
Albo i koleżanką,
co przyjdzie, usiądzie ze szklanką.
Zapyta "co słychać u Ciebie"?
A ja odpowiem uśmiechem,
on zaś od ścian odbije się echem.
Niepełnosprawność trzeba oswoić,
bo kiedy Ty pewnie na nogach stoisz,
ja chwieję się niczym liść na wietrze,
uważając, by nie wywrócić się raz jeszcze.
Kiedy inni malują pięknie,
w dłoniach swych trzymając pewnie pędzel.
Ja chwytam grubą kredkę "Bambino",
stawiam nią kilka kresek - nic więcej.
Kiedy inni poważnie recytują
epopei kolejne wersy.
Ja swoim bełkotem mówię,
chociaż to dziwne - to mnie cieszy.
Lecz wtedy, gdy chód mój,
będzie jak u kaczki krzywy.
Gdy będę jeździć na wózku,
gdy me usta będą otwarte jak u ryby.
Gdy nie będę cię widzieć,
inaczej niż oczami duszy.
Gdy nie usłyszę co mówisz,
bo będę mieć niesprawne uszy.
I nawet kiedy mój intelekt
nie będzie szedł w parze z wiekiem.
To jednak zawsze będę
pełnym wartości i godności człowiekiem.
Lolek, grudzień 2021

Powyższy wiersz od dawna chodził mi po głowie. Aż w końcu musiałam go wyeksploatować na zewnątrz, aby mi tej głowy czasami nie rozsadził. Powód jego ukazania się właśnie dzisiaj jest nieprzypadkowy - trzeciego grudnia przypada Międzynarodowy Dzień Niepełnosprawnych. Jednak co to znaczy być "niepełnosprawnym"? Czy to koniecznie musi oznaczać jakiś ubytek w sferze fizycznej lub psychicznej? Według mnie nie. Znacznie gorsza dla mnie jest znieczulica na innych, niekoniecznie niepełnosprawnych, ludzi. A ta się szerzy jeszcze bardziej niż koronawirus. I to nie tylko w życiu realnym ale i, ku mojemu przerażeniu, w wirtualnej rzeczywistości. Wszyscy chcemy być najlepsi i najmądrzejsi, niejednokrotnie zapominając, że po tej drugiej stronie ekranu siedzi człowiek, którego psychiki tak naprawdę nie znamy. Dla mnie jest to jeszcze jeden rodzaj niepełnosprawności, kto wie, czy nie najcięższy - niepełnosprawność społeczna.
Jeszcze kilka lat temu utarło się stwierdzenie, że niepełnosprawny to ktoś gorszy. Tymczasem może lepiej użyć określenia "nie do końca samowystarczalny"? No bo ja jakoś nie czuję się gorsza od innych (zresztą lepsza też nie). Ale nie do końca samowystarczalna, tudzież samodzielna, a i owszem. Nie do końca samowystarczalność nie jest tożsama z byciem gorszym. Zresztą podział na lepszych i gorszych ludzi nie jest dla mnie sprawiedliwy. Bo według jakiej skali to oceniać? Nawet ocenianie względem siebie nie ma sensu, bo każdy z nas ma inne talenty i możliwości. Można czegoś nie umieć zrobić, ale można też zrobić coś bardzo dobrze. Trzeba tylko dać temu drugiemu człowiekowi szansę.
Niepełnosprawność nie jedno ma imię. Ktoś może być niepełnosprawny ruchowo, inny umysłowo, jeden może mieć problem ze wzrokiem, drugi ze słuchem, możemy spotkać kogoś z autyzmem albo z zespołem DOWNa. Różne są ludzkie reakcje - jedni odwracają wzrok, inni wręcz przeciwnie, wpatrują się w nas z niezdrowym zaciekawieniem bądź obrzydzeniem. Bo przecież wypływająca z ust ślina albo krzywe ciało wyglądają nieestetycznie przy dzisiejszym wzorcu piękna. Ale spotkałam się też z sytuacją, kiedy ludzie traktowali mnie zupełnie normalnie. Uwierzcie mi, większość z nas zdaje sobie sprawę z tego, że wygląda trochę(hmm... bardzo?) dziwnie, ale też pragniemy takiej ludzkiej zwyczajności. Też się kształcimy, zdobywamy tytuły naukowe, czytamy książki, oglądamy telewizję, chodzimy na dyskoteki, do kina i na randki, pracujemy, podróżujemy... Praktycznie żyjemy tak, jak inni, mamy takie same pasje i zainteresowania. Tylko czasami potrzebujemy pomocy z zewnątrz, aby się spełniać. Ale to musi być mądra pomoc, taka aby faktycznie przyniosła nam korzyści. Dlatego warto jest się wsłuchać w to, co mówimy, nawet kiedy nasza mowa bardziej przypomina bełkot.
Niepełnosprawność może przytrafić się każdemu z nas w każdym życia momencie. Niepełnosprawność wiele też odbiera, przez co czujemy się po prostu gorsi. Jednak jest coś, czego nie może nam ona sama zabrać - to ludzka godność i wartościowość. Wbrew temu, co nam się wydaje, każde życie, nawet to najbardziej wegetatywne, ma prawo do godności, ponieważ jest wartościowe. Bo tak naprawdę, to tylko drugi człowiek może nas ich pozbawić. Zresztą nie tylko niepełnosprawnych, ale też chorych, starców, bezdomnych, ludzi zmagających się z różnymi uzależnieniami, zresztą każdego z nas może to dotknąć. Tymczasem godność i wartość życia powinny się tyczyć każdego z nas bez względu na wszystkie okoliczności. Nie zapominajcie o tym...

wtorek, 30 listopada 2021

1371. Taki ten listopad nijaki...

Tegoroczny listopad nie należał do zbyt udanych. Właściwie gdybym tak bardzo nie posypała się ze zdrowiem, to nawet mogłabym powiedzieć, że jest dobrze. I do 11 listopada właściwie tak było. No a potem wszystko się posypało jak domek z kart, a do dzisiaj lekarze próbują dociec, co mogło być przyczyną mojego fatalnego samopoczucia. Kolejne badania i hektolitry upuszczonej krwi mogą budzić pewne obawy, z drugiej jednak strony najgorsza opcja(która nomen omen nie nazywa się COVID) została wykluczona. Trochę mi się nudziło, bo jednak raczej aktywny ze mnie człowiek, a i dostałam słynne L4 w pracy i na uczelni.
Chwilę umilało mi np., a jakżeby inaczej, czytanie książek. Co prawda osłabienie sprawiło, że nie przeczytałam ich w takiej ilości jakiej bym chciała(niestety, nie dałam rady się skupić na podręczniku do antropologii kulturowej, czy też skryptach do biomedycznych aspektów rozwoju i wychowania), coś tam jednak udało mi się przeczytać. A na szczególną moją uwagę, oprócz książki o błogosławionym już księdzu Janie Masze, zwróciła biografia żony ostatniego prezydenta na uchodźctwie, zmarłej w tym roku Karolinie Kaczorowskiej.

Tytuł: "Prezydentowa Karolina Kaczorowska. Stanisławów. Sybir. Afryka. Londyn"
Autor: Iwona Walentynowicz
Wydawnictwo: Bellona
Warszawa 2012
Liczba stron: 248

Książkę Iwony Walentynowicz przedstawiającą postać Karoliny Kaczorowskiej, wdowy po ostatnim prezydencie na uchodźctwie, Ryszardzie Kaczorowskim, już dawno miałam ochotę przeczytać. Od chwili, kiedy dowiedziałam się, że urodziłam się dokładnie w 60 rocznicę jej urodzin, czułam, że łączy mnie z tą kobietą jakaś szczególna więź.
Karolina Kaczorowska, a właściwie to Mariampolska, przyszła i mieszkała w położonym na współczesnych kresach Stanisławowie. Wraz ze starszym bratem Józkiem wychowywali się nie tylko w dostatku, ale i w patriotycznej rodzinie. Józek, jako nastolatek był nawet harcerzem. Karolina też miała obiecane wstąpienie do zuchów, jak tylko skończy 9 lat. Tak się jednak nie stało - szczęśliwe dzieciństwo dzieci przerwał wybuch II wojny światowej, a następnie wywózka  na Syberię, podczas głośnej akcji z 10 lutego 1940. Przetrzymywani w kołchozie, pracujący i żyjący w nieludzkich warunkach, rozłączeni z ojcem rodziny, doczekali amnestii. Podczas próby dostania się do legendarnej już Armii Andersa na nowo połączyli się z Franciszkiem Mariampolskim. Wkrótce on sam wraz z synem został wcielony do armii, a jego żona Rozalia wraz z córką zostały przetransportowane statkiem do Afryki, gdzie w specjalnie przygotowanej osadzie doczekały końca wojny. Niestety, ich marzenie o powrocie do Polski się nie spełniło, a los kolejny raz rzucił ich w nieznane, tym razem do Londynu. To tam, podczas jednego ze spotkań harcerzy polskich, poznała Ryszarda Kaczorowskiego, swojego przyszłego męża.
Trochę mnie zaskoczyło jednak to, że pozycja skupia się głównie na dzieciństwie przyszłej Pani prezydentowej, ale z drugiej strony to właśnie ono w dużej mierze kształtuje naszą osobowość. Trudne, pomimo szczęśliwych i beztroskich początków, dzieciństwo Karoliny(nie miała jeszcze 10 lat, kiedy wywieziono całą ich rodzinę na Sybir) zahartowało ją na przyszłość oraz ukształtowało jej charakter. Trudno uwierzyć, że ta drobna kobieta w wieku 10-11 lat zostawała sama w syberyjskiej osadzie(mama z bratem wyjeżdżali na kilka miesięcy do pracy przy zbiorach) i nie tylko gospodarowała w ich domu, ale i podjęła się drobnych prac zarobkowe, a za uzyskane w ten sposób pieniądze kupowała dla taty machorkę. Ojciec nigdy jej nie zapalił, ale podczas wędrówki do Armii Andersa była doskonałym środkiem płatniczym. Z książki przebija się też nadzieja, nadzieja, że kiedyś wreszcie los może okazać się dla nad łaskawy i wynagrodzić nam wszelkie zło.

niedziela, 28 listopada 2021

1370. Galeria sławnych Ślązaków, cz. 2

Witajcie końcem tygodnia, a zarazem prawie a końcem miesiąca. Na początku dziękuję za gratulacje uzyskanych wyników. Było mi miło je czytać. Jednak nie uważam, że zrobiłam coś nadzwyczajnego. Po prostu zdobyłam swój kolejny szczyt. A że musiałam trochę przysiąść nad materiałami... Wiedziałam co mnie czeka na studiach i że trzeba będzie być ze wszystkim na bieżąco. Teraz trochę wypadłam z obiegu, bo dostałam L4 zarówno na uczelni, jak i w pracy. No tak, za dobrze się wszystko układało, więc los musiał trochę namieszać. Z drugiej strony dodatkowy czas spożytkowałam na uzupełnienie notatek z wykładów. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu już wrócę, przynajmniej na uczelnię, bo naprawdę, nie lubię robić sobie zaległości. A Wasze komentarze co do wyników nauki działają na mnie jeszcze bardziej motywująco. Co nie oznacza, że nie proszę Najwyższego o to, aby nie popaść w grzech pychy oraz wyższości nad innymi. Bo wiecie, sympatię trudno jest zdobyć, dużo łatwiej ją stracić. A poczucie wyższości niejednokrotnie sprawia, że gardzimy drugim człowiekiem. Zarówno w życiu realnym, jak i wirtualnym.
Ostatnio przedstawiłam Wam kilka osobowości, które znalazły się w Galerii Artystów znajdującej się na skwerze na Placu Grunwaldzkim w Katowicach. Dzisiaj chciałabym zapoznać Was z kolejną ich częścią. Ich kolejność odpowiada kolejności, w jakiej pojawiali się na skwerze.

Jerzy Duda - Gracz - urodził się w Częstochowie, gdzie ukończył Państwowe Liceum Technik Plastycznych. Następnie kształcił się w katowickiej filii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie(Wydział Grafiki), gdzie w 1968 roku otrzymał dyplom. W latach 1976 - 1982 był nauczycielem akademickim malarstwa i grafiki, w latach 1992-2001 nauczał w Europejskiej Akademii Sztuk w Warszawie, a następnie, aż do śmierci, był pracownikiem Wydziału Radia i Telewizji na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Malarstwo Jerzego Dudy-Gracza zawsze budziło w odbiorcach silne emocje. Przedstawiając ludzi o karykaturalnie zdeformowanych ciałach oraz używając czytelnych symboli obnażał nasze ludzkie wady. Każdy obraz oznaczał numerem i datą, tłumacząc, że ta dokumentacja miała być początkowo czynnikiem dyscyplinującym młodego malarza. Po latach okazało się to jednak bardzo pomocne w poszukiwaniu jego dzieł. Krzysztof Teodor Toeplitz twierdził, że malarstwo Dudy-Gracza przedstawia świat głęboko tragiczny, w którym człowiek nie potrafi znaleźć wewnętrznej harmonii oraz godnego miejsca. Często wpisywano go w nurt groteski, porównując jego twórczość z malarstwem Petera Bruegla i Witolda Wojtkiewicza. Sam artysta tak określał swoją sztukę: "Maluję świat, który odchodzi, umiera, gdzie więcej jest snu, zdarzeń z dzieciństwa, świat w pejzażu przedindustrialnym. Na moich obrazach nie ma drutów telefonicznych, kabli, anten satelitarnych, samochodów, samolotów - tego wszystkiego, co zaprowadzi człowieka z powrotem na drzewo, jeżeli nadal będzie się tak intensywnie rozwijał pod tym względem". Z okazji jubileuszu 25-lecia pracy artystycznej powiedział, że żegna się z publicystyką, ponieważ już mu przeszły naiwne pasje poprawiania świata.
Aleksandra Śląska - tak właściwie nazywała się Aleksandra Wąsik. Polska aktorka teatralna i filmowa. Jej ojciec, Edmund Wąsik, był wicedyrektorem Okręgu Polskich Kolei Państwowych oraz działaczem narodowym. Uczestniczył także w III powstaniu śląskim, jak równiej był posłem na Sejm II Rzeczpospolitej Polskiej. Od 1946 roku uczęszczała na zajęcia szkoły dramatycznej działającej przy krakowskim Teatrze Słowackiego. Tam po raz pierwszy zetknęła się z teatrem i takimi znanymi aktorami polskiej sceny, jak np. Juliusz Osterwa. Rok później ukończyła krakowską PWSA. Po przeprowadzce do stolicy była aktorką Teatru Współczesnego oraz Teatru Ateneum. Jej drugim mężem był dyrektor tego ostatniego - Janusz Warmiński. Od 1973 roku wykładała na PWST w Warszawie. Trzy lata później, w styczniu, podpisała list protestacyjny do Komisji Nadzwyczajnej Sejmu PRL przeciwko zmianom w Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Dwa lata przed śmiercią, w 1987 roku, uzyskała tytuł profesora nadzwyczajnego sztuki teatralnej. Za osiągnięcia aktorskie otrzymała 19 nagród oraz odznaczeń państwowych i branżowych.
Stanisław Hadyna - był polskim kompozytorem, dyrygentem, muzykologiem oraz pisarzem. Założyciel i wieloletni kierownik artystyczny Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk". Wychował się w umuzykalnionej rodzinie - jego ojciec Jerzy był nauczycielem muzyki, kompozytorem i zbieraczem pieśni ludowych. Po ukończeniu Gimnazjum Klasycznego w Cieszynie(a równocześnie Instytutu Muzycznego im. Ignacego Paderewskiego w klasie fortepianu) kontynuował naukę na studiach z psychologii i socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Została ona przerwana przez wybuch II wojny światowej. W latach 1942 - 1944 kontynuował studia w konspiracji, wykładał też na tajnych kursach gimnazjalnych. Po wojnie studiował kompozycję oraz dyrygenturę na Akademii Muzycznej w Katowicach. Ponadto w latach 1945-1947 pracował jako nauczyciel gimnazjalny i kierownik wydziału kultury narodowej w Wiśle. W 1952 powołał do istnienia Państwowy Zespół Ludowy Pieśni i Tańca "Śląsk". By jego kierownikiem artystycznym, dyrygentem oraz reżyserem. W 1968 roku został zmuszony do ustąpienia ze stanowiska dyrektora naczelnego zespołu. W odpowiedzi przeniósł się do Krakowa. Tam w 1977 roku został kierownikiem muzycznym Teatru im. Juliusza Słowackiego. 1 marca 1990 ponownie objął kierownictwo zespołu "Śląsk" jako dyrektor artystyczny. Pełnił ją do końca życia. Hadyna zajmował się też twórczością literacką zdobywając liczne nagrody. W Wiśle miał swoją daczę, do której lubił wracać po trudach artystycznych wojaży.
Bogumił Kobiela - aktor teatralny i filmowy, uznawany za najwybitniejszego polskiego aktora tragikomicznego. Uczył się w krzeszowickim gimnazjum, maturę zdał w I Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Katowicach. Wykształcenie wyższe uzyskał kończąc w 1953 roku Państwową Wyższą Szkołę Aktorską w Krakowie. Był aktorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku, teatrzyku studenckiego Bim-Bom, Teatru Ateneum w Warszawie, kabaretów Dudek i Wagabunda oraz Teatru Komedia. Często występował w Polskiej Telewizji w programach estradowych, satyrycznych oraz w Teatrze Telewizji. Dużą popularność przyniosła mu gra w filmach najwybitniejszych polskich reżyserów. Zazwyczaj tworzył role tragikomiczne, które oddawały złożoność sytuacji, w jakiej znalazł się człowiek pośród wydarzeń historycznych w XX wieku. Jego rozpędzającą się karierę przerwał wypadek, który wydarzył się na początku lipca 1969 roku w Buszkowie koło Koronowa. Podczas deszczu auto, w którym podróżował aktor wraz z żoną i dwojgiem autostopowiczów, wpadło w poślizg i czołowo zderzyło się z autobusem marki Jelcz. Przypadkowym pasażerom nic się nie stało i na pozór samemu Kobieli też. Jedynie jego żona miała złamaną rękę i rozcięte czoło. Po przyjeździe pogotowia aktor miał prosić lekarzy, aby zajęli się jego żoną twierdząc, że nic mu nie jest. Nie było to jednak prawdą, ponieważ doznał pęknięcia śledziony i krwotoku wewnętrznego, przez co chwilę później stracił przytomność. W stanie zapaści został zawieziony do Bydgoszczy, gdzie na drugi dzień odzyskał świadomość. Wkrótce został przewieziony do kliniki specjalistycznej w Gdańsku. Tam zmarł po ponad tygodniu, dwóch operacjach i trwającej godzinę reanimacji. Pochowano go w rodzinnym Tenczynku niedaleko Krakowa.
Alfred Szklarski - polski pisarz specjalizujący się w literaturze podróżniczo-przygodowej dla dzieci i młodzieży(autor cyklu powieści o Tomku Wilmowskim), popularyzator wiedzy o polskich podróżnikach i przyrodnikach. Urodził się na początku 1912 roku w Chicago. Jego ojca, działacza Organizacji Bojowej PPS, wraz z żoną zmuszono w 1908 roku do emigracji. Alfred w wieku 16 lat przeniósł się wraz z matką do Polski, gdzie zamieszkali w jej rodzinnym mieście - Włocławku. W 1932 roku wyjechał do Warszawy, gdzie podjął studia na Wydziale Konsularno-Dyplomatycznym w Szkole Nauk Politycznych. W trakcie studiów poznał swoją przyszłą żonę Krystynę, z którą wziął ślub 1 września 1939 roku. W czasie wojny Szklarski opublikował pod pseudonimem erotyczne oraz przygodowe powieści dla dorosłych. Były one drukowane w polskojęzycznych pismach wydawanych przez okupanta. Od sierpnia 1944 roku był żołnierzem Armii Krajowej, brał też udział w powstaniu warszawskim. Przez kilka miesięcy mieszkał w Krakowie, a od lutego aż do śmierci - w Katowicach. W 1949 został skazany na karę 8 lat więzienia, z którego został zwolniony cztery lata później na mocy amnestii. Natomiast dwa lata po aresztowaniu jego utwory pisane pod pseudonimem Alfred Bronowski zostały wycofane z polskich bibliotek i objęte cenzurą. W latach 1954-1977 pracował jako redaktor w katowickim wydawnictwie "Śląsk". Od 1957 roku nakładem tego wydawnictwa ukazały się kolejne powieści z cyklu o Tomku Wilmowskim, a w latach siedemdziesiątych trylogia "Złoto Gór Czarnych", którą napisał wspólnie z żoną. Był też laureatem wielu nagród literackich i odznaczeń, m.in. "Orlego Pióra", Orlego Uśmiechu oraz Nagrody Prezesa Rady Ministrów za twórczość dla młodzieży.
Adolf Dygacz - etnograf, muzykolog, folklorysta, znawca kultury górnośląskiej oraz zagłębiowskiej, którym poświęcił swoją habilitację. Studiował na Wydziale Wychowania Muzycznego i na Wydziale Kompozycji i Teorii Muzyki Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach. Ponadto ukończył prawo w katowickiej Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach oraz Wydział Filozoficzno-Historyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1962 obronił pracę doktorską, a w 1975 - habilitacyjną. Od 1991 roku posiadał tytuł profesora. Uczestnik kampanii wrześniowej oraz ruchu oporu na Górnym Śląsku. Od 1941 więziony w niemieckich więzieniach w Bytomiu, Katowicach, Raciborzu i Opolu. Po wojnie podjął pracę naukowo-dydaktyczną, m.in. na PWSM w Katowicach, na Uniwersytecie Wrocławskim oraz na Uniwersytecie Śląskim. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej rozpoczął zbieranie pieśni ludowych z terenów Górnego Śląska. Udało mu się zebrać ok. 16 tysięcy melodii i tekstów. W latach 1950-1955 uczestniczył w Akcji Zbierania Folkloru Muzycznego, zainicjowanej przez Państwowy Instytut Sztuki w Warszawie. Badał też folklor miejski i robotniczy, szczególnie wśród górników i hutników. Od 1961 roku współpracował z Międzynarodowym Centrum do Badań nad Pieśnią Robotniczą w Budapeszcie. Należał do wielu organizacji kulturalnych, był m.in. wiceprezesem Związku Kompozytorów Polskich, Związku Nauczycielstwa Polskiego, Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego, Wrocławskiego Towarzystwa Naukowego, Opolskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk oraz Katowickiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego. Za swoją działalność został odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Srebrnym Krzyżem Zasługi, tytułem Zasłużony Działacz Kultury, Nagrody miasta Katowice w 1960 r oraz Nagrody im. Wojciecha Korfantego nadanej mu przez Związek Górnośląski. W 1995 roku Radio Katowice nadało mu tytuł Honorowego Ślązaka Roku.
Henryk Górecki - polski kompozytor współczesnej muzyki poważnej i religijnej. Urodził się w 1933 roku w Czernicy(powiat rybnicki). Jego ojciec Roman był kolejarzem. Matka Otylia zmarła w dniu drugich urodzin Henryka. Kilkanaście miesięcy później jego ojciec ponownie się ożenił. Rodzina przeprowadziła się do Rydułtów. Henryk od małego interesował się muzyką, jednak jego rodzice tłumili jego artystyczne zainteresowania. Po ukończeniu rydułtowskiego liceum, Henryk zaczął zarabiać jako nauczyciel przedmiotów ogólnych w szkole w Radoszowicach. Wtedy też rozpoczął regularną edukację muzyczną. Po nieudanych próbach dostania się do którejś ze szkół muzycznych w województwie katowickim, w 1952 roku udało mu się przyjąć do Szkoły Muzycznej w Rybniku na wydział instruktorsko-pedagogiczny. Osiem lat później ukończył Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w Katowicach, gdzie studiował kompozycję. Następnie kontynuował studia muzyczne w Paryżu. Po powrocie do kraju został profesorem klasy kompozycji, a w latach 1975-1979 pełnił funkcje rektora swojej macierzystej uczelni. Był też członkiem PAU. Pierwszym jego sukcesem muzycznym było zaprezentowane w 1958 roku na Warszawskiej Jesieni "Epitafium". Rok 1960 przyniósł Góreckiemu I nagrodę w Konkursie Młodych Związków Kompozytorów Polskich. W  latach 60. Górecki razem z grupą kompozytorów polskich wypracowali specyficzny typ nowoczesnej muzyki nazywanej też sonoryzmem. Szczytowymi osiągnięciami kompozytorskimi tego okresu jego twórczości był utwór "Scontri" i cykl "Genesis". W utworach najważniejsze były zmieniające się barwy dźwiękowe. Sam Henryk uważał, że taka muzyka inspiruje otoczenie współczesnego człowieka. Pod koniec dekady powstała "Muzyka staropolska" na instrumenty dęte blaszane i smyczki. Jest to statyczny utwór trwający ok. pół godziny. Ta cecha stała się odtąd bardzo typowa dla jego muzyki. Nastąpiła też inna zmiana, kompozytor zwrócił się bowiem ku gatunkom wokalno-instrumentalnym i sakralnym tekstom. 
Wojciech Kilar - urodził się we Lwowie. Jego ojciec Jan był lekarzem, a mama Neonilla aktorką teatralną. Już od dziecka Wojciechu uczył się grać na fortepianie. Po przymusowym wysiedleniu ze Lwowa kontynuował w latach 1946-1947 kontynuował naukę gry na fortepianie w Państwowej Średniej Szkole Muzycznej nr 2 w Rzeszowie. Jako pianista zadebiutował w 1947 roku na konkursie Młodych Talentów. Wykonał tam własną kompozycję "Dwie minuty dziecięce", za które otrzymał II nagrodę. Następnie uczęszczał do Państwowego Liceum Muzycznego w Krakowie do klasy fortepianu(a dodatkowo prywatnie uczęszczał na lekcje harmonii) oraz do Państwowego Liceum Muzycznego w Katowicach również do klasy fortepianu(dodatkowo pobierał prywatne lekcje kompozycji). Po zdaniu matury studiował na Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach. Studia ukończył z wyróżnieniem w 1955 roku, w tym samym czasie otrzymał II nagrodę na Konkursie Utworów Symfonicznych na V Festiwalu Młodzieży w Warszawie. Po studiach był asystentem w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej. W tym czasie uczestniczył w Międzynarodowych Kursach Wakacyjnych Nowej Muzyki w Darmstadt. Na końcówkę lat pięćdziesiątych przypadł jego debiut na pierwszych edycjach festiwalu Warszawska Jesień. Początkowo jego twórczość pozostawała pod wpływem polskiego i europejskiego neoklasycyzmu. Kilar sięgał do klasycznych form i gatunków, jak również do klasycznej melodyki, orkiestry i brzmienia. Od  początku lat sześćdziesiątych wraz z innymi sławnymi muzykami współtworzył nową polską szkołę awangardową oraz nowy kierunek we współczesnej muzyce - sonoryzm. W połowie lat siedemdziesiątych uprościł swój język muzyczny, coraz wyraźniej nawiązywał w swoich kompozycjach do tradycji, a w jego muzyce wyraźnie pojawiły się inspiracje ludowe i religijne. Wkrótce, w latach 1979 - 1981, zaczął pełnić funkcję wiceprezesa Zarządu Głównego Związku Kompozytorów Polskich, dwa lata wcześniej założył Towarzystwo im. Karola Szymanowskiego w Zakopanem, którego był przez dwie kadencję wiceprezesem. Z okazji jubileuszu stulecia Filharmonii Warszawskiej, Wojciech Kilar skomponował msze w intencji pokoju na nowe tysiąclecie. Ich światowe prawykonanie miało miejsce 12 stycznia 2001 roku. Jednocześnie kompozytor uważany jest za jednego z najwybitniejszych kompozytorów muzyki filmowej - napisał muzykę do ponad 130 filmów. Jego związki z tą dziedziną sztuki zaczęła się już w 1958 roku, kiedy napisał muzykę do "Narciarzy" N. Brzozowskiej. Współpracował zarówno z Polskimi, jak i zagranicznymi reżyserami. Wojciech Kilar otrzymał również wiele odznaczeń. Został odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i Odznaką Zasłużonego Działacza Kultury. W 2002 roku został odznaczony odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, a trzy lata później otrzymał Złoty Medal "Zasłużony Kulturze Gloria Artis" za wybitne osiągnięcia kulturalne rangi międzynarodowej. Rok 2008 przyniósł odznaczenie Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Jego twórczość została zauważona także przez Papieską Radę ds. Kultury, która w 2009 roku odznaczyła go Medalem Per artem ad Deum(przez sztukę do Boga). W 2012 roku "w uznaniu znakomitych zasług dla kultury polskiej, za wybitne osiągnięcia w pracy twórczej" został odznaczony Orderem Orła Białego. Przez wiele lat związany był z Jasną Górą, gdzie m.in. świętował swoje urodziny.