Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 31 maja 2020

1170. Wyzwanie u Lidzi "Czytamy książki 2020" - maj

Skończył się piąty już miesiąc czytelniczego wyzwania u Lidzi. W maju wyznacznikami książek były 
Ś - literka, na którą powinien zaczynać się tytuł książki
M - literka, na którą powinno zaczynać się imię lub nazwisko autora książki
P - litera, na którą powinno zaczynać się coś na okładce książki
W tym miesiącu jakiegoś specjalnego szału nie odnotowałam - przez moje ręce i oczy przewinęło się 14 książek, zarówno w formie papierowej, jak i pdf. Od 18 maja mam trochę lżej, ponieważ otwarli na nowo Bibliotekę Śląską, więc mogę wypożyczać coś, czego jeszcze nie miałam w ręce. Nie oznacza to jednak, że wśród moich lektur nie znalazły się też powroty do tego, co już kiedyś czytałam.

Tytuł: Ścieżki chwały
Autor: Jeffrey Archer
Okładka: Pasek od zegarka (?)
Liczba stron: 459

Książkę już kiedyś czytałam, jednak z miłą chęcią do niej wróciłam.
Przedstawia historię Georgee'a Mallory'a (do dzisiaj zastanawiam się, czy jest to w 100% fikcyjna opowieść, czy może książka została jednak oparta na autentycznych wydarzeniach), nauczyciela historii w jednej z angielskich szkół, którego od małego pociągała wspinaczka wysokogórska (zresztą oprócz gór udało mu się "zdobyć", zresztą nie bez przygód, Wieżę Eiffela w Paryżu oraz wieżę katedry św. Marka w Wenecji). Jego wielkim marzeniem jest zdobycie Mont Everestu. Musi się jednak spieszyć, ponieważ nie tylko on tego pragnie. Rozdarty pomiędzy miłością do rodziny (ma żonę i trójkę dzieci), a do gór podejmuje decyzje, które nie zawsze prowadzą go na tytułowe "ścieżki chwały".
Książka lekka i przyjemna, przedstawiająca rodzenie się idei himalaizmu na początku XX wieku (akcja książki rozpoczyna się w latach 90 XIX wieku, a kończy w 1924 roku, kiedy Mallory jako pierwszy człowiek zdobywa najwyższy szczyt świata). Miejscami śmieszna, miejscami tragiczna. Nie mniej przeczytałam ją z zapartym tchem i ciekawością, ponieważ sama bardzo lubię chodzić po górach, oczywiście na miarę moich możliwości.  Ot, taka która przedstawia ludzkie losy. 

Tytuł: Świątynia w niebezpieczeństwie
Autor: Jean - Michael Touche
Okładka: -
Liczba stron: 230

Książkę otrzymałam kilka lat temu w celu napisania recenzji i od razu się zakochałam w całej trylogii (aż żal, że autor poprzestał tylko na napisaniu tych trzech książek).
Akcja książki rozgrywa się na tle biblijnych zdarzeń związanych z budową i funkcjonowaniem Świątyni w Jerozolimie. Rozpoczyna się jednak we współczesności, w domu Mikołaja i Karoliny, głównych bohaterów powieści, którzy mają dar podróżowania w czasie. Wraz z nimi tą tajemniczą umiejętność posiada jeszcze najlepszy przyjaciel Mikołaja, Fryderyk. Tym razem Mikołaj wypatrując przyjaciela przez okno swojego domu zauważa podejrzaną postać w ciemnej pelerynie. Ku zaskoczeniu chłopca porywa on Fryderyka do worka, który ze sobą niesie. Przerażony Mikołaj spieszy mu z pomocą. Tym samym poznaje Anioła Zła, przed którym ostrzega go Anioł Stróż Nataniel. Niestety, nierozważny chłopiec zawiera układ z wysłannikiem szatana. Wkrótce Mikołaj przenosi się do starożytności. Poznaje tam syna Dawida, którego miał przyjemność poznać, Salomona. Już przy pierwszym spotkaniu robi na chłopcu wrażenie swoją mądrością podczas rozstrzygania sporu co do tego, która kobieta jest prawdziwą matką przyniesionego niemowlaka. Przez kolejne lata na oczach Koaja (jak Anioł Stróż nazwał Mikołaja) wznosiła się najpotężniejsza świątynia w ówczesnym świecie. Ponadto Mikołaj miał przyjemność poznać osobiście takich proroków jak Eliasz, Ezechiel oraz Izajasz. Chłopiec był świadkiem rozłamu potężnego królestwa, wojen z Aramejczykami, prześladowań Żydów, a także oddania Świątyni w Jerozolimie oraz wskazania poganom, że Jahwe jest prawdziwym Bogiem, czy też cudownego wniebowzięcia proroka Eliasza. Towarzyszom mu nie tylko Fryderyk i Karolina, ale i Anioł Stróż. Obecność tego ostatniego staje się bezcenna, zwłaszcza, że na każdym kroku czai się anioł zła – Diabolos.
Książka, podobnie jak poprzednie tomy, po prostu mnie urzekła. Została napisana pięknym, a zarazem prostym językiem, zrozumiałym dla najmłodszych dzieci. Dzięki temu, chociaż podejrzewam, że pierwotnie była napisana z myślą o starszych dzieciach, można ją polecić już przedszkolakom. Przedstawione historie nie odstają od tych, które znamy z kart Pisma Świętego. Co więcej, przy większości z nich znajdują się odniesienia do Ksiąg Starego Testamentu, w których znajdziemy ich pierwowzory. Na końcu powieści został zamieszczony słownik z trudniejszymi terminami użytymi w opowieściach. Ilustracje zamieszczone przy niektórych historiach zadziwiły mnie swoją precyzją. Ilustrator pomyślał nawet o zamieszczeniu schematu Świątyni Jerozolimskiej, a także mapki z zaznaczonymi ważniejszymi miastami Ziemi Obiecanej. Dzięki temu czytelnik może śledzić drogę, jaką przemierzyli główni bohaterowie.

Tytuł: "Śpij, mężny" w Katyniu, Charkowie i Miednoje
Autor: Stanisław Mikke
Okładka: -
Liczba stron: 240

Stanisław Mikke był jedną z tych osób, którym zależało na poznaniu prawdy o losie polskich jeńców wojennych, zgładzonych na rozkaz Stalina w 1940 roku. Przez wiele lat brał udział w działaniach ekshumacyjnych za wschodnią granicą, na własne oczy widząc ogrom tej tragedii.
Książka jest osobistym zapisem prac ekshumacyjnych trwających w tytułowym Katyniu, Charkowie i Miednoje w pierwszej połowie lat 90 ubiegłego stulecia. Co ciekawe, chociaż oficjalnie zostało potwierdzone, że zbrodni dokonali sowieci, wielu miejscowych w dalszym ciągu uważało, że dokonali tego Niemcy. Równocześnie uderzyły mnie opisy wykopywania kolejnych dołów i odnajdywania w nich kolejnych żołnierzy. A wraz z nimi tak osobiste przedmioty jak guziki z orzełkami, grzebienie, szczoteczki do zębów, kalendarzyki z zapiskami, listy... Czytając tą pozycję zastanawiałam się, co czuli ci ludzie, czy spodziewali się, że jadą tylko po to, aby zostać zastrzelonym i pochowanym w ukryciu?
Znamienne jest to, że dziadek Stanisława Mikke (też Stanisław) zginął na Wschodzie (jednak nie w wyniku zbrodni katyńskiej), zaś on sam był jedną z ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2020 roku. Kilka dni przed śmiercią zdążył jeszcze odebrać uzupełnione wydanie powyższej książki, parę egzemplarzy miał ze sobą na pokładzie samolotu (ja przeczytałam pierwsze wydanie). Historia niejako zatoczyła koło - dziadek i wnuk zginęli na tej samej ziemi.

Tytuł: "Święty Jan Paweł II. Historia życia"
Autor: Joanna Wilkońska
Okładka: Papież, piuska, palce
Liczba stron: 438

W tym szczególnym miesiącu, w którym przypadała 100 rocznica urodzin papieża - Polaka, nie mogło zabraknąć pozycji poświęconej jego osobie. Niedawno, w związku z potrzebą napisania artykułu o rodzinie Karola Wojtyły, a zarazem zamkniętymi bibliotekami, nabyłam książkę "Święty Jan Paweł II. Historia życia".
Biografia Karola Wojtyły jest mi znana. Głównie za sprawą Pawła Zuchniewicza (tego od "Pamiętnika papieskiego anioła"), który napisał rewelacyjny, jak dla mnie, sześcioczęściowy (chociaż można też kupić czteroczęściowy, bo skumulowany) cykl powieści biograficznych przedstawiających życie Jana Pawła II.Jednak w książce Joanny Wilkońskiej znalazło się miejsce dla mało znanych faktów z życia papieża. Szczególnie zachwyciły mnie te związane z jego dzieciństwem w Wadowicach. Ale nie pogardziłam też tymi z późniejszych lat życia.
Nie jest to jednak typowa biografia. Bliżej jej do powieści biograficznej, chociaż napisanej w zupełnie inny sposób jak u Zuchniewicza. Niemniej jednak czytałam ją z prawdziwą przyjemnością, poszerzając tym samym swoje wiadomości odnośnie tej wielkiej postaci. Co prawda książka posiada kilka błędów, jednak zbytnio mi one nie przeszkadzały w odbiorze całości. Zachwyciłam się też prostą grafiką, zdobiącą niektóre z kartek, a tym samym będącą ciekawym uzupełnieniem całości.

Tytuł: Świadectwo tamtym dniom
Autor: Stanisław Wałach
Okładka: -
Liczba stron: 520

Jak wszyscy wiemy z lekcji historii, w czasie II wojny światowej na terenie Polski działało tzw. podziemie, którego zadaniem było działanie w zgodzie z duchem polskiej polityki, nie narzuconej przez okupanta. Ta organizacja przetrwała jeszcze przez kilka lat po zakończeniu działań wojennym. Służba Bezpieczeństwa za wszelką cenę starała się zlikwidować zarówno całą organizację, jak i jej członków. Efekty tych działań zostały opisane w książce "Świadectwo tamtym dniom".
Jej autor Stanisław Wałach był funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa, jednym z tych, którzy podjęli walkę z nielegalnym podziemiem odradzającego się Państwa Polskiego. Z swojej perspektywy opisuje walkę z członkami podziemia działającymi w województwach Krakowskim, Kieleckim i Białostockim, czyli wszędzie tam, gdzie mieszkania zostaje wysłany do pracy. W każdym z tych województw brał udział w co najmniej kilku akcjach likwidacyjnych. Wymienia członków podziemia z nazwiska, imienia, a także pseudonimu, przedstawia po krótce ich historię życia, a także przybliża co się z nimi stało po aresztowaniu, o ile do niego doszło.
Książka dosyć ciężka pod względem treściowym, ponieważ czasami wręcz w detalach pokazuje w jaki sposób likwidowani byli ludzie współpracujący z podziemiem w okresie powojennym. Od niektórych z tych opisów włos się jeży na głowie. Na uwagę zasługuje rzetelność z jaką autor opisuje akcje, jakie były przeprowadzane w związku z tym procederem. Przytoczone dokumenty nadają wiarygodności przywołanym sytuacją. Bogaty materiał zdjęciowy jest ciekawym uzupełnieniem całości. Dlatego też uważam, że jest to raczej książka dla ludzi o mocnych nerwach, albo przynajmniej obeznanych w tej tematyce.

Tytuł: Świadectwo. W rozmowie z Gian Franco Svidercoschim
Autor: kard. Stanisław Dziwisz
Okładka: papież, piuska
Liczba stron: 232

To moje kolejne "spotkanie" ze "Świadectwem" Stanisława Dziwisza, które przypomniałam sobie ze względu na 100-lecie urodzin Jana Pawła II, jak i na pisany przeze mnie artykuł (chociaż nie znalazłam w nim żadnych przydatnych informacji).
Książka zawiera wspomnienia Stanisława Dziwisza dotyczące Jana Pawła II. Obejmują one okres zarówno przed pamiętnym wyborem Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową ("Część pierwsza - Okres polski"), jak i już po nim ("Część druga - Czas pontyfikatu"). Z kolei każda z części dzieli się na mniejsze podczęści przedstawiające różne tematy. 
Piękne świadectwo o wielkim Polaku z perspektywa kogoś, kto spędził z nim prawie 40 lat.


Tytuł: Pan Tadeusz
Autor: Adam Mickiewicz
Okładka: płot (?), parkan (?)
Liczba stron: 292

Czasami trzeba powrócić do klasyki na spokojnie, bez presji związanej z odpowiadaniem na lekcjach. I chociaż nie cierpiałam "Pana Tadeusza" od strony lekturowej, to jednak czuję sentyment do tej książki, a niektóre jej fragmenty (i to nie koniecznie inwokację) do dzisiaj potrafię wyrecytować z pamięci.








Tytuł: Wszystkie pory uczuć. Jesień
Autor: Magdalena Majcher
Okładka: -
Liczba stron: 384

Na książki nieznanej mi wcześniej Magdaleny Majcher natchnęłam się zupełnie przypadkiem. Zaintrygowana kompozycją książek według czterech pór roku (zupełnie jak w lubianych przeze mnie "Chłopach" Władysława Reymonta) postanowiłam po nie sięgnąć, zaczynając od jesieni, która otwiera cały cykl.
Bohaterką pierwszej części jest mieszkająca w Będzinie (a więc w moich okolicach) Hania. Kobieta ma około czterdziestu lat i chociaż wychowała się w domu dziecka (matka porzuciła ją tuż po porodzie), udało jej się założyć szczęśliwą rodzinę - wyszła za mąż za zamężnego wdowca, Andrzeja, urodziła też córkę Darię, która w chwili toczenia się akcji ma już 17 lat i czasami sprawia rodzicom kłopoty. W dalszym ciągu utrzymuje kontakt z jedną z wychowawczyń z domu dziecka, panią Różą oraz swoją najlepszą przyjaciółką z dzieciństwa - Joanną. Jednak na pozór idealne życie zawiera jedną wyraźną rysę. Jest nią zmarła kilkanaście lat wcześniej pierwsza żona Andrzeja. Hania jest do niej nieustannie porównywana przez rodzinę męża oraz przez niego samego, co nie jest dla niej miłe, ani przyjemne. Z pomocą Joanny oraz zamieszkującej obok wróżce postanawia stawić temu czoła.

Tytuł: Wszystkie pory roku. Zima
Autor: Magdalena Majcher
Okładka: -
Liczba stron: 368

Zafascynowana pierwszą częścią "Wszystkich pór uczuć" z przyjemnością sięgnęłam po "Zimę". W pierwszym momencie myślałam, że będzie to kontynuacja "Jesieni" (aż zżerała mnie ciekawość, jak układa się Hani i Andrzejowi). Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że przedstawiono w nią zupełnie inną historię.
Róża jest ponad sześćdziesięcioletnią pracownica Domu Dziecka w Sosnowcu. Wychowankowie, chociaż niejednokrotnie sprawiają jej problemy, to jednak uwielbiają swoją panią i nawet po latach przychodzą do niej po radę. Nie mogło ich też zabraknąć w dniu ślubu Róży. Tak, tak, po latach samotności, które poświęciła na opiekę nad upośledzoną umysłowo siostrą Miłką, los się do niej wreszcie uśmiechnął. Pracujący w placówce Tadeusz postanowił jej się oświadczyć, a ona te oświadczyny przyjęła. Wkrótce para wyjeżdża na kilka dni do Zakopanego. I chociaż Róża ma czas na odpoczynek i na zwiedzanie, to ku zdziwieniu Tadeusza nieustannie boi się o młodszą siostrę. Mężczyzna nie wie bowiem jaki mroczny sekret skrywa jego żona. W końcu po powrocie postanawia opowiedzieć mu historię swojego życia.
Podobnie jak w przypadku "Jesieni", także i teraz przeczytałam książkę z zapartym tchem. Książkę niełatwą, ponieważ główna bohaterka staje przed poważnym życiowym dylematem - czy podzielić się z innymi, szczególnie z milicjantami, swoimi przypuszczeniami co do siostry, czy może, zgodnie z sugestią mamy, zachować je dla siebie. Bohaterka obwinia się, za to co się stało pewnej sylwestrowej nocy, za to, że zostawiła Miłkę tamtej nocy samą na prywatce. Pewne oczyszczenie daje Róży rozmowa z młodszą siostrą... I znowu nasuwa się pytanie - czy Miłce można wierzyć? Ale jak tak wyglądała noc sylwestrowa, podczas której nastoletnia Basia utonęła na sosnowieckich Stawikach dowiecie się sięgając po książkę.

Tytuł: Wszystkie pory uczuć. Wiosna
Autor: Magdalena Majcher
Okładka: podstawka pod filiżankę, płatki tulipanów
Liczba stron: 400

Macierzyństwo jest marzeniem wielu kobiet. Niestety, nie każdej dane jest się nim cieszyć. Nie zawsze z powodu ich świadomego wyboru, czasami nie są one w stanie sprostać temu zadaniu ze względów zdrowotnych. Pojawiają się wtedy różne alternatywy zastępcze, w tym adopcja. Co jednak w przypadku, kiedy dziecko które chcą przygarnąć jest niepełnosprawne lub z deficytami? Właśnie taką tematykę porusza Magdalena Majcher w trzecim tomie serii "Wszystkie pory uczuć" - "Wiośnie".
Ewelina jest szczęśliwą żoną młodszego o rok Adriana. Ona pracuje w prywatnej klinice plastycznej, on jest górnikiem w sosnowieckiej kopalni "Sztaszic". Jedyne czego im brakuje do szczęścia i stworzenia pełnej rodziny, to dziecka. Niestety, kobieta ma skomplikowaną wadę narządów rozrodczych, która uniemożliwia jej posiadanie potomstwa. Z tego powodu kilka lat wcześniej rozpadło się jej pierwsze małżeństwo z Bartoszem. Któregoś dnia podczas spaceru z psem Fajdą spotyka Adriana wyprowadzającego psa swojego brata. Adrian zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Akceptuje jej "inność", a nawet namawia na adopcję dziecka. Rozpoczynają żmudną procedurę przygotowawczą. W jej trakcie dowiadują się o Piotrku, chłopcu z płodowym zespołem alkoholowym (FAS), który przebywa w sosnowieckiej placówce. Serce im podpowiada, że to będzie ich syn.
Magdalena Majcher podjęła się niełatwego zadania przybliżenia czytelnikom nie tylko samej procedury adopcyjnej, ale i tematyki FAS, wraz z wiążącymi się z nią problemami. Wraz z Eweliną i Adrianem przechodzimy przez poszczególne etapy potrzebne do zdobycia kwalifikacji rodzica adopcyjnego, podglądamy życie rodziny podczas okresu preadopcyjnego, jesteśmy na sali sądowej podczas rozprawy przyznającej prawa rodzicielskie Ewelinie i Adrianowi. A jednocześnie poznajemy Piotrka, "oswajamy" jego schorzenie, jesteśmy z nim podczas chwil spędzonych z przyszłymi rodzicami. Autorka zastosowała ciekawą kompozycję trzeciego tomu powieści - wydarzenia dziejące się w teraźniejszości przeplatają się z tymi z przeszłości. "Wszystkie pory uczuć. Wiosna", to także spotkanie z bohaterką pierwszej części cyklu, Hanią, która była przyjaciółką mamy Piotrka. To ona odkrywa przed Eweliną prawdę o matce Piotrka, Monice. Dzięki temu czytelnik może jeszcze bardziej poznać przyczyny powstania u dzieci FAS-u.
Tytuł: Wszystkie pory uczuć. Lato
Autor: Magdalena Majcher
Okładka: -
Liczba stron: 368

Lato jest zamknięciem całego cyklu "Wszystkich pór uczuć". Książka porusza niełatwy temat depresji poporodowej, która dotyka znaczną część kobiet, a nie każda z nich zdaje sobie z tego sprawę.
Bohaterami ostatniego tomu serii są poznana już w "Jesieni" Joasia (przyjaciółka Hani z Domu dziecka w Sosnowcu) oraz jej życiowy partner, Maciek. Akcja książki rozpoczyna się w momencie, w którym Asia dowiaduje się o tym, że jest w ciąży. Wychowana w patologicznej rodzinie, a następnie w placówce opiekuńczo - wychowawczej, chce jak najlepszego życia dla ich potomka. Niestety, nie wszystko idzie po jej myśli - z powodu ułożenia pośladkowego musi mieć wykonane cesarskie cięcie (chociaż nie wyobrażała sobie innego porodu niż naturalny), ma problemy z karmieniem Antka piersią, w dodatku chłopiec okazuje się niemałym krzykaczem. Zdesperowana kobieta nie cieszy się z pełnionej przez siebie roli matki, a nawet zastanawia się nad pozbyciem się dziecka... W dodatku tuż po powrocie ze szpitala dowiaduje się od Róży, że szukała jej pewna kobieta. O skontaktowaniu się z nią przypomina sobie dopiero po jakimś czasie. Wiadomości jakie od niej słyszy wpływają jeszcze bardziej niekorzystnie na jej psychikę i samopoczucie.
Depresja poporodowa w dalszym ciągu jest tematem tabu w naszym kraju. Być może gdyby wszystkie cierpiące na nią matki otrzymywały odpowiednią pomoc, związanych z nią tragedii byłoby mniej. W książce udało się zapobiec najgorszemu, ale w ilu to przypadkach ratunek nie przychodzi na czas. Magdalena Majcher starała się w ostatnim tomie w cyklu przemycić pewne objawy tego zaburzenia, dzięki czemu łatwiej można skojarzyć symptomy. Książkę warto też przeczytać po to, aby dowiedzieć się czegoś więcej o DDA.
Kończąc czytać serię zrobiło mi się przykro, że muszę się pożegnać z jej bohaterami, którzy stali mi się bardzo bliscy. Właściwie w każdej z pór roku znajdowałam osoby, z którymi mogłabym się zaprzyjaźnić w realnym życiu. W dodatku akcja serii rozgrywała się w moich rodzinnych stronach, co nieco pomogło mi w wyobrażeniu sobie różnych opisanych sytuacji.
Tytuł: Czarne dni małej Sally
Autor: Tony Maguire, Sally East
Okładka: policzki
Liczba stron: 318

Kolejna wstrząsająca opowieść o piekle, które rodzice potrafią zgotować własnym dzieciom. Jak zwykle w takich przypadkach zaciskam pięści i zadaję sobie retoryczne pytanie - dlaczego?
Tym razem główną bohaterką książki napisanej przez Tony Maguire jest Sally. Matka dziewczynki przez lata zmagała się z nieleczoną depresją. Kiedy miała lepsze dni zajmowała się wzorowo swoją córką - uśmiecha się do dziewczynki oraz dba o nią. Jednak częściej jej dni są przepełnione płaczem i leżeniem całymi dniami w łóżku. Wtedy opiekę nad Sally przejmuje ojciec. W życiu dziewczynki pojawiają się zaś tytułowe ciemne dni. W wieku trzech lat jest dotykana przez niego. A to co najgorsze dopiero ma nadejść. Wraz ze śmiercią matki dla Sally zaczęło się prawdziwe piekło, a dotykanie w miejscach intymnych, a następnie akty seksualne, stały się niemal codziennością. W dodatku druga żona ojca dziewczynki, Sue, znęca się psychicznie nie tylko nad nią, ale i nad jej młodszym bratem, Billim.
Po latach gehenny potwornie skrzywdzona kobieta nie jest w stanie zbudować stałego związku. Czy kiedykolwiek się to zmieni? 

Tytuł: Kiedy tata powraca
Autor: Tony Maguire
Okładka: palce
Liczba stron: 308

Wstrząsającą historię Toni Maguire poznałam już jakiś rok temu podczas czytania książki "Tylko nie mów mamie" (pamiętam nawet, że jechałam wtedy pociągiem do Bydgoszczy na Międzynarodowa Mistrzostwa w Lekkiej Atletyce). Już wtedy byłam wstrząśnięta tym, jak została potraktowana przez ojca. I naprawdę się ucieszyłam, kiedy mężczyzna trafił za kratki.
Toni wybaczyła matce to, że nie wierzyła w jej słowa, sądząc że ponownie będą szczęśliwe. Wspólnie cieszą się spokojnym życiem, w którym pojawiła się nawet nadzieja na lepsze jutro. Toni nawet zaczyna snuć plany na przyszłość, odzyskuje także poczucie własnej wartości, tak bardzo nadszarpnięte przez ojca. Jednak pewnego dnia Tony zastaje tatusia w jego ulubionym fotelu. Okazuje się, że wyszedł o dwa lata za wcześnie. Jednak dziewczynka wierzy, że matka będzie potrafiła wybrać pomiędzy jej bezpieczeństwem a bezwzględnym mężem. Ku jej zaskoczeniu matka wybiera drugą możliwość. Zrozpaczona popada w depresję. W dodatku ojciec znowu zaczyna się nad nią znęcać fizycznie, psychicznie i seksualnie... Pewnym wybawieniem mógłby się wydawać wyjazd dziewczyny do szkoły dla sekretarek, a następnie podjęcie pracy zarobkowej. Jednak i tak wszystko to skończyło się niepowodzeniem. Aż w końcu rodzice zamykają ją w szpitalu psychiatrycznym... Czy chociaż tam znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie pomóc kobiecie?

Tytuł: Zaburzenia osobowości we współczesnym świecie
Autor: Theodore Millon, Roger Davis, Carrie Millon, Luis Escovar, Sarah Meagher
Okładka: -
Liczba stron: 760

Oj bardzo się męczyłam przy tej pozycji. A musiałam ją przeczytać, ponieważ była to jedna z lektur potrzebnych do zaliczenia podstaw psychologii klinicznej. Na plus pozycji działało jednak to, że została napisana w dość schematyczny sposób.
Millon i pozostali poruszyli w swoim podręczniku wiele problemów osobowościowych, z których zmaga się w dzisiejszych czasach wiele osób. Wśród zaburzeń czytelnik może znaleźć takie jak osobowość antyspołeczna, osobowość unikająca, osobowość obsesyjno - kompulsyjna, osobowość zależna, osobowość histrioniczna, osobowość narcystyczna, osobowość schizoidalna, osobowość schizotypowa, osobowość paraidalna, osobowość z pogranicza, osobowość depresyjna, osobowość negatywistyczna, osobowość masochistyczna oraz osobowość sadystyczna. Wszystkie niemal są napisane według jednego schematu: najpierw jest wstęp do rozdziału, następnie autorzy opisują symptomy zaburzenia tłumacząc co jest normą, a co już patologią, dalej przedstawiane są odmiany danej osobowości, w kolejnej części przywołane zostały pierwsze opisy zaburzenia, w dalszej części opisano podejścia biologiczne, psychodynamiczne, poznawcze oraz interpersonalne, dalej można przeczytać syntezę podejścia biopsychospołecznego i ewolucyjnego, w końcu zostały podane przykładowe metody leczenia. Każdy rozdział kończy podsumowanie będące syntezą informacji, które się w nim znalazły. Warto zaznaczyć, że pierwsze dwa rozdziały omawiają m.in. wszystkie podejścia, jak też przedstawiają zachowania odbiegające od normy i model ewolucyjny. Dzięki temu czytelnik w dalszej części ma pojęcie co to w ogóle jest.
Chociaż książka jest ciężka, bo opowiada o niełatwych sprawach, to niewątpliwie na jej plus działają wszelkie przykładowe opisy danego zaburzenia wraz z zaznaczonymi jego symptomami. W dosyć przyjemny sposób przedstawia to, co jest w nim najważniejsze i na co warto zwrócić uwagę. W samym tekście natomiast często są odniesienia do tych opisów, więc w każdej chwili można do nich wrócić. Uwagę przykuwają też schematy - nie są skomplikowane i raczej większość czytelników jest w stanie je zrozumieć.

A lektury przewidziane na ten tydzień to:
  1. Ustawa o pomocy społecznej
  2. Psychologia kliniczna, tom 1 i 2
  3. Kodeks postępowania administracyjnego
Niech moc będzie z Wami. I w sumie ze mną też może być...

wtorek, 26 maja 2020

1169. Przed szkoleniem

Trochę głupio się przyznać, ale dzisiaj rozpoczynam pierwsze w moim życiu szkolenie(jeżeli nie licząc tego, które dawało mi uprawnienia wychowawcy kolonijne oraz szkoleń przed wolontariatami). Wiem, że inni niepełnosprawni dosyć często są na jakiś szkoleniach, to z jednego, to z innego programu(i przez to czasami sądzą, że skoro oni mają możliwość, to inni też), ja jednak nigdy nie miałam ku temu okazji. 
Ale teraz się ona pojawiła. Dostałam szansę wzięcia udziału w zupełnie darmowym certyfikowanym szkoleniu, które w normalnych okolicznościach kosztuje kilka tysięcy złotych. Jednak organ organizujący wygrał projekt, w którym wszystkie koszty już są pokryte. Trochę się obawiałam, że za późno wysłałam zgłoszenie i już się nie zakwalifikuję na nie(a nie wiem, czy za rok będzie taka szansa), jednak po zakończeniu rekrutacji dostałam meila z informacją, że zostałam zakwalifikowana. Zresztą z tego co widziałam, to na szkolenie dostało się też kilkoro znajomych osób, więc nie jest źle.
Pierwszy raz dowiedzieliśmy się o nim jeszcze przed kwarantanną, problemem wtedy były jedynie terminy spotkań. Potem przyszło co przyszło i kombinowanie przez "górę", jak to wszystko ogarnąć w aktualnym chaosie. Wiecie jak to jest, jeżeli nie wykona się projektu w odpowiednim terminie, to otrzymane fundusze trzeba zwrócić. Więc lepiej było wymyślić sposób, jak ma się to wszystko odbyć. 
Nietrudno się domyślić, że całość została przeniesiona z świata rzeczywistego do świata wirtualnego. Na razie dostaliśmy "teścik wstępny" weryfikujący naszą wiedzę na temat mediacji. W sumie wydaje mi się, że można w nim trochę pokusić się o intuicję. Wszak mamy dopiero posiąść wiedzę na ten temat. A od 15:00 do 20:00 pierwszy cykl wykładowy. O rany, aż mam ciary na plecach. 

Dziś jest to szczególne święto - Dzień Matki. Mama, przynajmniej w teorii, bo w praktyce różnie to może być, jest z nami od pierwszych chwil naszego życia, darzy nas niewymierną miłością, jest z nami dzień i noc. I chociaż Dzień Matki powinien być codziennie, to jednak właśnie dzisiaj powinniśmy w sposób szczególny podziękować naszym mateńkom, matusiom, matusieńkom za to, że są. Bo na co dzień z reguły o tym zapominamy. A jeżeli już ich nie ma z nami, to zmówmy za nich modlitwę(już nie namawiam na osobistą wizytę na cmentarzu, bo podejrzewam, że z tym może być różnie), albo, jeżeli nie wierzymy, pomyślmy o nich ciepło, powspominajmy. I na koniec podzielę się z Wami jednym z moich wierszy napisanych dla mamy.

Mojej mamie
Dla innych możesz być matką,
A tak w ogóle to Pusia wszystkich pozdrawia
dla mnie raz jesteś mamusią,
kiedy indziej mamunią,
a jeszcze indziej matusią.
Tuliłaś mnie co noc do snu,
z policzka niejedną łzę mi otarłaś.
Pokazywałaś mi świat dookoła,
do wyobraźni dotarłaś.
Byłaś mi przewodnikiem,
po tym nieznanym mi świecie.
Byłaś ucieczką w mym smutku,
byłaś radością w codzienności.
Dziś jestem już dorosłą osobą,
z własnym pomysłem na życie.
Lecz nie zapomnę niczego,
czego mnie nauczyłaś,
Mamo, mamusiu, mateńko.

Trzymajcie się ciepło.

poniedziałek, 25 maja 2020

1168. Jak się skończyła moja przygoda z kremówkami

Boszszsz... tydzień milczenia. Ale musicie mi to jakoś wybaczyć, bo czas jakby przyspieszył pomimo tego, że z pewnych wiadomych przyczyn powinien zwolnić. A na to się niestety nie zapowiada. Nie ważne. Cieszę się, że mimo małego życiowego kurcgalopku udaje mi się znaleźć chwilkę na rozmowy na skype z M. albo Kropką. Swoją drogą dopiero po odsłuchania nagrania z ostatniej notki przekonałam się jak fatalna jest moja wymowa. A przecież się starałam... Dlatego tym bardziej cieszę się, że dzieciaki mnie rozumieją. Że chcą mnie rozumieć. Bo przecież chcieć to móc.
Być może wielu z Was jest ciekawych, jak skończyła się moja przygoda z kremówkami. Otóż... o mało nie puściłam mieszkania z dymem. Na szczęście elektrykę mam w miarę dobrze położoną, więc skończyło się na wybitych korkach nie tylko w mieszkaniu, ale i na korytarzu(aż cud, że nie poszedł główny korek w piwnicy).
A było to tak...
Już podczas przedostatniego korzystania z piekarnika coś z nim było nie tak. Z drugiej strony kuchenka do najnowszych nie należy, a wtedy, o ile mnie pamięć nie myli, coś było przez dłuższy czas pieczone. W rezultacie światło w piekarniku zaczęło "migać", coś nieprzyjemnie pachniało, sądziłam jednak, że sprzęt jest przegrzany i musi ochłonąć. Zresztą góra działała bez zarzutu - co prawda palniki mam gazowe, ale odpala je wmontowany iskownik, który chodził jak tralala.
Początkowo miałam zaplanowane pieczenie na rano, jednak otwarli już naszą Śląską Bibliotekę, pojechałam więc dokonać transakcji wymiennej - zwrócić przeczytane pozycje i wypożyczyć nowe. Ogólnie przejazd do oddalonych o ok. 30 km Katowic okazał się niezłą eskapadą, po której mam jedną myśl - maseczka na mordce + autobus nie są w moim wykonaniu najlepszym połączeniem, a ja dawno w normalnych warunkach(czyli kiedy nie jestem chora) nie czułam się tak słabo, w dodatku rozbolała mnie głowa. Nie wiem, może za mało tlenu dociera do mojego i tak niedotlenionego mózgu. W każdym razie kiedy trochę doszłam do siebie ruszyłam do okazałego gmachu. Dochodzę do budynku i nie wierzę własnym oczom - kolejka ciągnąca się pod zielony skwer. Jęknęłam w duchu i poszłam na jej koniec. Spodziewałam się ludzi, ale nie aż tylu o tej godzinie(było po 10:00, a biblioteka otwiera swoje drzwi właśnie o równej godzinie). Nie pozostało mi nic innego, niż stanąć na końcu i czekać. Czekać. Czekać. Czekać. 
Kiedy wreszcie dotarłam do schodów z przerażeniem odkryłam, że ludzie wychodzą z 2, 3 książkami. Ja natomiast zamówiłam ich 6. Co prawda przeczytałam całą "litanię" nowego regulaminu bibliotecznego i nigdzie nie znalazłam wzmianki, że zmniejszono limit zamawianych książek(u nas jest to 10 tytułów). Ale mogłam też zwyczajnie to przeoczyć. W końcu weszłam do środka budynku, a to oznaczało, że przede mną jest najwyżej 9 osób. Więc luzik. Po dłuższej chwili dotarłam do okienka i wymieniłam pozycje. Ku mojej radości dostałam wszystkie 6(które już przeczytałam). Teraz pozostało mi tylko przemęczyć się w drodze powrotnej do domu.
Po powrocie chwilkę dochodziłam do siebie, zjadłam obiad i wzięłam się za dalsze pieczenie moich kremówek. Wyciągnęłam brytfankę, wyłożyłam ją papierem śniadaniowym oraz pierwszą warstwą ciasta francuskiego. Wszystko szło po mojej myśli. Następnie nastawiłam piekarnik do rozgrzania się do temperatury 220* i... po kilku chwilach poszedł z niego dym, coś "pyknęło" i zgasła lodówka. "No pięknie!" - przeszło mi przez myśl. Z pewną obawą zajrzałam do bezpieczników w domu - główny był opuszczony i za nic nie chciał się unieść. Ja zaś nie chciałam szarpać nim do góry na siłę. Ale nie wpadłam na to, że drugi bezpiecznik jest na korytarzu i to najpierw jego trzeba włączyć. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że pierwszy raz byłam w takiej sytuacji. Sprawdziłam za to, czy nie poszło światło w całej klatce - oświetlenie korytarza działało bez zarzutu. Czyli problem tkwił tylko u mnie.
Dobra, wiedziałam co się teoretycznie stało i że jeżeli instalacja jest dobrze położona, to nie ma prawa się spalić - bezpieczniki przed tym mają chronić. Nie wiedziałam tylko, jak to wszystko uruchomić. Postanowiłam wezwać elektryka.
Teoretycznie powinnam zadzwonić na administrację, pod którą należy mój blok, bo zawsze jest jakiś elektryk dyżurujący. Problem polegał jednak na tym, że pracował on do 16., a było już przed 18. Zdecydowałam się zadzwonić do głównego dostawcy prądu do naszego bloku. Po półgodzinnej bezskutecznej próbie(za każdym razem numer był zajęty) postanowiłam szukać "ratunku" w pogotowiu energetycznym. Ku mojemu zaskoczeniu odebrali już po drugim sygnale. W skrócie przedstawiłam całą sytuację, starając się mówić jak najbardziej wyraźnie. Zrozumieli mnie, a przynajmniej połowicznie, ale... odesłali do elektryka administracyjnego. Wiedziałam, że nie ma sensu dzwonić do biura, bo wszyscy już dawno je opuścili i nikt mi nie pomoże. I że w takich sytuacjach mam prawo domagać się pomocy z pogotowia, które działa całodobowo. Jeszcze raz wyjaśniłam całą sytuację. Udało się! Po drugiej stronie usłyszałam, że "jeszcze dzisiaj ktoś się u Pani zjawi".
I wiecie, że się zjawił. Zanim jednak zapukał do mnie otworzył skrzynkę z zewnętrznymi bezpiecznikami na korytarzu i przestawił ten z mojego mieszkania. A potem bez problemów włączył ten w mieszkaniu. Na moją logikę wyłączony bezpiecznik na korytarzu nie pozwalał na włączenie bezpiecznika w domu. Chłop się jednak wyraźnie spieszył, więc nie zawracałam mu głowy moimi przypuszczaniami.
Na razie z kremówek własnej roboty nici. Chyba że upiekę je sobie u rodziców. Ogólnie kuchenki używam teraz tylko do gotowania, piekarnika boję się ruszać. Hmm... zastanawiam się co zrobić. Bo kiedyś w domu był taki stary, zielony(ja go nazywałam "PRLowym") piekarnik(zapewne wielu z Was kojarzy takie), który działał w miarę dobrze. Jeżeli jeszcze gdzieś jest to mogłabym go sobie wziąć. Albo kupić jakiś podobny. Bo teraz jednak trochę się boję używać tego w kuchence. Ewentualnie musiałabym rozważyć kupienie nowej. Ale jest też pozytywny wymiar tej przygody - przynajmniej wiem, że kiedy wybije korki i nie da się ich podnieść, trzeba sprawdzić "skrzynkę" na korytarzu.

Trzymajcie się ciepło i uważajcie na siebie :).

poniedziałek, 18 maja 2020

1167. Myślicie, że naprawdę tak to mogło wyglądać?

Pokochałam powyższy teledysk promujący musical o Janie Pawle II od pierwszego wejrzenia. Piękna melodia, piękne słowa, piękne obrazy. Wszak miłość matki do dziecka z reguły jest niewymierzalna. A jeżeli dodać do tego stratę poprzedniego dziecka, uczucie może być jeszcze większe. 
W jednej z witryn sklepu w międzywojennych Wadowicach widniała reklama: "Rower za 100 złotych na sto lat". Ile to było na tamte czasy? Aby zarobić sto złotych przeciętny pracownik musiał pracować ok. 2,5 miesiąca. Czy więc się opłacało? 
O tamtej reklamie prawie a nikt już nie pamięta. Zresztą rower też pewnie służył o wiele krócej. Za to o chłopcu, który narodził się w tych samych czasach kilka kamienic dalej mówi dzisiaj cały świat. Karola Wojtyły mogło nie być. Wystarczyłoby, aby Emilia Wojtyła dokonała aborcji. Wedle lekarzy ciąża zagrażała jej życiu. A jednak zdecydowała się na urodzenie Karola. Stało się to dokładnie 100 lat temu, kiedy w pobliskim kościele rozbrzmiewały słowa litanii loretańskiej. Emilia poprosiła wtedy akuszerkę odbierającą poród, aby otworzyła okno tak, żeby maleństwo usłyszało śpiew pieśni. A oto jak tą chwilę zapamiętała jedna z sąsiadek państwa Wojtyłów:
Przez ostatni miesiąc starałam się Wam przybliżyć życiorys Karola Wojtyły przy pomocy papieskiego Anioła Stróża. Myślę, że są wśród Was osoby, które skorzystały, chociaż przepisywałam wszystko z myślą o najmłodszych. Myślę, że stulecie urodzin papieża było doskonałym ku tego pretekstem.
Z racji tego, że mam rodzinę w Wadowicach(ba, nawet mój najstarszy chrześniak był chrzczony przy tej samej chrzcielnicy co Karol Wojtyła), bardzo często bywałam w dawnym muzeum znajdującym się przy ulicy Kościelnej. Znajdowała się tam kołyska, w której spał mały Loluś. Czy kochająca matka mogła mu śpiewać taką oto kołysankę(moja własna inwencja twórcza):

Śpij mój synku, śpij kochany,
do snu swoje oczka zmruż.
Jutro znowu będzie ranek.
Jutro wstaniesz znowu już.
Kolebusia twa malutka,
lekko tuli cię do snu.
Noc spokojna, noc pogodna,
będzie z Tobą pewnie znów.
Śpij mój synku, prosi mama.
lecz wpierw pacierz cicho zmów.
Szeptem wymów wszystkie słówka
Matce Bożej radość zrób.
Nie bój się kochany synku,
niech koszmary pójdą het!
Anioł Stróż jest zawsze z Tobą,
a ja ci poprawię pled.
Niech Bóg ma ciebie w opiece,
w każdej chwili nocy, dnia.
Ufaj mu zawsze i wszędzie,
On już plan dla ciebie ma!
Śpij mój synku, śpij kochany,
do snu swoje oczka zmruż.
Jutro znowu będzie ranek.
Jutro wstaniesz znowu już.

A może ojciec, powróciwszy po całodniowej służbie w koszarach, pochylał się nad kołyską i szeptał synkowi słowa bajki:

"Był raz mały chłopiec, bardzo, bardzo kochany przez wszystkich dookoła. Mamusia woziła go w wózku na spacery i tuliła do snu, tatuś opowiadał mu różne ciekawe historie, a starszy braciszek bawił się z nim od świtu do zmierzchu. Chłopiec miał wielu przyjaciół, z którymi chętnie spędzał czas. Jednak jego największym przyjacielem był sam Pan Bóg. Chłopiec wiedział, że nie ma większej przyjaźni niż ta, dlatego w ciągu dnia wiele chwil spędzał na rozmowie z Nim, powierzając Mu swoje troski i kłopoty, ale też radości. W zamian Bóg miał go w swojej opiece przez całe życie"

Lolek, podobnie jak Jezus, wzrastał w mądrości. Wkrótce stał się Karolem, potem księdzem, biskupem, kardynałem, aż w końcu papieżem. Spełniły się prorocze słowa Juliusza Słowackiego o papieżu-Słowianinie, spełniły się słowa przepowiedni z Tęgoborza o pomazańcu z Krakowa, spełniły się słowa Ojca Pio o krwi na pontyfikacie. Wreszcie spełniły się słowa Emilii Wojtyły, że jej syn zostanie wielkim człowiekiem.
Chociaż od jego śmierci minęło 15 lat, są instytucje, które jego niełatwe nauczenie wcielają w codzienność. Jedną z rzeczy, za którą bardzo sobie cenię studia na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie jest zapoznanie studentów z nauką społeczną Jana Pawła II oraz współczesnymi problemami w nauczaniu Jana Pawła II. Są to przedmioty praktycznie na każdym kierunku, tak aby studenci znali nauczanie głoszone przez patrona uczelni. Jest to o tyle ważne, że jednym z założeń Uniwersytetów jest kształcenie w myśli Jana Pawła II. Ale jego naukę może wcielać w życie każdy z nas. Trzeba tylko się zastanowić, czego ode mnie może chcieć papież-Polak.
Jan Paweł II wiele nas uczył, jednak gdybym miała wskazać taką jedną z nauk, to byłoby to... bycie dla innych. Jan Paweł II starał się być zawsze dla innych, bez względu na to, ile miał czasu. Wiem, że nigdy mu w tym nie dorównam, chociażbym nie wiem jak się starała. Co nie oznacza, że mam się nie starać być w tym coraz lepsza.

Na taką rocznicę to nawet ja, namówiona przez jedną z ciotek, zdecydowałam się nagrać moje 100 sekund dla Jana Pawła II. Inaczej mówiąc, przemówiłam ludzkim głosem:
I jeszcze jedno malutkie szaleństwo z okazji dzisiejszej rocznicy. Słodyczy w moim życiu jest stosunkowo mało. Będąc w Wadowicach zawsze jednak skuszę się na kremówkę. A skoro na razie wyjazdy muszą poczekać trzeba było sobie inaczej poradzić. Dlatego postanowiłam upiec ją domowym sposobem. 
Ważenie mąki
Jednym ze składników ciasta francuskiego jest pół łyżki octu. Nie byłabym w stanie nalać octu na łyżkę, więc wlałam go do innego pojemnika i odmierzyłam pół łyżki
A do przeniesienia pół łyżki octu do miski potrzebowałam dwóch rąk, dla lepszej stabilizacji
Następnym etapem było wbicie jajka, dodanie masła i wody, a następnie wymieszanie wszystkiego ręcznie, czyli tzw. brudna robota, niewymagająca udokumentowania. Trochę zajęło mi wykombinowanie jak rozdzielić ciasto na dwie porcje przy jednej desce, ale dałam jakoś radę. Na noc wszystko trafiło do lodówki, A jutro będzie się dalej działać.



niedziela, 17 maja 2020

1166. Paweł Zuchniewicz, "Pamiętnik papieskiego anioła", epilog

Beatyfikacja Jana Pawła II (źródło zdjęcia)
Pożegnanie Anioła Stróża: Tym razem już nie sam, lecz razem z Karolem patrzyłem na ziemski glob, który przybliżał się do nas z ogromną szybkością. I tym razem ujrzałem już nie rynek w Wadowicach, a Plac Świętego Piotra w Rzymie. Głowa przy głowie, człowiek przy człowieku - rzesze ludzi wypełniały to dobrze znane nam obu miejsce. Czegoś takiego jeszcze tam nie widzieliśmy - ani Karol podczas pobytu na ziemi, ani ja. Wierni wypełniali nie tylko plac i prowadzącą do niego via della Conciliazone, ale także pobliskie ulice. Eksplodowali radością, gdy z obrazu na frontonie bazyliki uniosła się zasłona i ujrzeli portret Jana Pawła II. Jego następca, Ojciec Święty Benedykt XVI ogłosił go błogosławionym.
Do chóru na ziemi przyłączył się nasz chór anielski. Chcieliśmy uczcić nie tylko nowego błogosławionego, ale naszą Królową i Matkę. Poświęcony jej miesiąc rozpoczął się wspaniale - od beatyfikacji ulubieńca. Nic dziwnego, że Karol przyszedł na świat w maju i również w maju ocalał z zamachu. Także trzynastego maja - w roku 2005 - Benedykt XVI publicznie ogłosił wcześniejsze rozpoczęcie jego procesu beatyfikacyjnego. A pierwszego maja roku 2011 ogłosił go błogosławionym. Była to niedziela - pierwsza po Wielkanocy - Niedziela Miłosierdzia.
Spojrzałem z wdzięcznością na Karola. Oby każdy Anioł Stróż miał takiego podopiecznego. Jakże łatwo byłoby nam wtedy spełniać naszą misję. Życzę tego wszystkim moim braciom, którzy strzegą was i prowadzą od momentu poczęcia i narodzin po koniec ziemskiej wędrówki. Bardzo liczą oni na to, że będziecie ich prosić o pomoc, radę, wskazówki i obronę, bo po to Najwyższy stawia ich przy Waszym boku. Razem będziecie niezwyciężeni - jak Karol.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I tutaj kończy się historia człowieka, który "odmienił oblicze Ziemi. Tej Ziemi". Ale wraz z odejściem Jana Pawła II nie skończyło się kiełkowanie ziarna, które zasiał za życia. A może to ziarno wydało jeszcze bardziej obfite owoce? Może nie u wszystkich, bo podobnie jak w Ewangelii, czasami ziarno padło na skały, innym razem między ciernie, a jeszcze kiedy indziej na ziemię jałową. Ale padło też na ziemię żyzną, która pozwoliła mu wzrastać ku górze.
Teraz, po latach, warto sobie zadać pytanie, co z jego nauki we mnie zostało i szczerze sobie na nie odpowiedzieć.
A ja po dwóch dniach życiowego zawirowania pozwolę sobie pobuszować po Waszych blogach :). W ogóle to był szalony dla mnie czas, ale wiecie, artykuł na temat wartości jakimi kierowali się państwo Wojtyłowie przy wychowaniu dzieci sam by się nie napisał(po to był mi potrzebny ten stos książek widoczny w jednym z postów). Co prawda obawiałam się, że za późno go wysłałam(termin był do 15 maja, a ja wysłałam 16 maja, ale o 4:28 nad ranem), jednak chyba to przeszło, bo otrzymałam meil zwrotny z podziękowaniami i papierologią stosowaną do wypełnienia. Mam tylko nadzieję, że Pani Dyrektor się nie wścieknie na mnie jeszcze bardziej, ale z drugiej strony... No co ja na to poradzę, że chcę się rozwijać?

sobota, 16 maja 2020

1165. Paweł Zuchniewicz, "Pamiętnik papieskiego anioła", część 26

"Chwała Pańska zewsząd ich oświeciła"
Od Anioła Stróża: Gdy Karol powrócił do Domu Ojca, ja przypatrywałem się światu. Miałem wrażenie, że powtarza się to, co działo się w błogosławionych dniach narodzenia Pana. Wtedy pasterze zobaczyli wielką światłość i usłyszeli głos jednego z nas: "Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie". 
Moi bracia i ja śpiewaliśmy z radości: "Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom jego upodobaniu". 
Po odejściu Karola również śpiewaliśmy z radości patrząc, jak ludzie na całym świecie powracają do Pana. W Europie, i w Azji, w Afryce, w Ameryce i w Australii zapełniały się kościoły, oblegano konfesjonały - tak, działy się cuda. Nie tylko uzdrowienia ciała, ale przede wszystkim dusz. 
Teraz wszystko stało się jasne: widziałem całe życie Karola, którego Wszechmogący prowadził ku tajemnicy Miłosierdzia. Przed drugą wojną światową przyjechał do Krakowa. W tym samym mieście i w tym samym czasie umierała siostra Faustyna Kowalska, którą Pan Jezus uczynił Sekretarką Bożego Miłosierdzia. W czasie wojny Karol pracował niedaleko klasztoru w Łagiewnikach, z którego siostra Faustyna poszła do domu Ojca. W tym miejscu zetknął się z głoszonym przez nią nabożeństwem. Jako biskup otworzył jej proces beatyfikacyjny, a jako papież beatyfikował ją i kanonizował. Była pierwszą świętą ogłoszoną w Roku Wielkiego Jubileuszu 2000, a dwa lata później przyjechał do Krakowa, aby konsekrować bazylikę poświęconą Miłosierdziu Bożemu. Powiedział wtedy: "Do dzisiaj pamiętam tą drogę, która prowadziła z Borku Fałęckiego na Dębniki, którą odbywałem codziennie, przychodząc na różne zmiany w pracy, przychodząc w drewnianych butach. Takie się wtedy nosiło. Jak można było sobie wyobrazić, że ten człowiek w drewniakach kiedyś będzie konsekrował bazylikę Miłosierdzia Bożego w krakowskich Łagiewnikach?"

W łonie miłosierdzia
Przez następnych kilka miesięcy Lisa czuła się jak dziecko, które uczy się chodzić. Chciała jak najwięcej dowiedzieć się o Panu Jezusie, zbudowała relację z Najświętszą Maryją Panną. Czuła się bardzo blisko Jana Pawła II, który stał się dla niej jakby duchowym ojcem. I chciała ze wszystkimi dzielić się skarbem, który odkryła. Pewnego dnia napisała obszerne świadectwo swojego nawrócenia: 
"Na koniec chciałabym zostawić was z tymi słowami, które były wypowiedziane przez Jana Pawła II w jego ostatnim przesłaniu do świata, a które tak silnie przemówiło do mnie w tamtym czasie: Ludzkości, która czasem wydaje się zagubiona i zdominowana przez siły zła, egoizmu lub strachu zmartwychwstały Pan ofiaruje dar Jego przebaczającej miłości, jedna nas i otwiera na ducha nadziei. To miłość nawraca serca i daje pokój. Jak bardzo świat potrzebuje zrozumieć i przyjąć Boże Miłosierdzie! O Panie, który Twoją śmiercią i zmartwychwstaniem objawiasz miłość Ojca, wierzymy Tobie i z ufnością powtarzamy dziś - Jezu, ufam Tobie, miej miłosierdzie dla nas i całego świata."

piątek, 15 maja 2020

1164. Paweł Zuchniewicz, "Pamiętnik papieskiego anioła", część 25

"PÓJDŹ ZA MNĄ"


Pogrzeb Jana Pawła II(źródło zdjęcia)
Wiatr uspokoił się nieco, deszcz na szczęście nie padał, choć nad Placem Świętego Piotra zalegały ciemne chmury. Kardynał Joseph Ratzinger spojrzał na trumnę stojącą przed ołtarzem. Zgodnie z życzeniem Jana Pawła II nie było katafalku. Postawiono ją na ziemi, a na wieku położono księgę Ewangelii. Pod wpływem huraganowych porywów wiatru księga ożyła. Wyglądało to tak, jakby niewidzialna ręka przewracała kartki. Ten sam wiatr omal nie pozrywał mitr i piusek kardynałów wychodzących z bazyliki na koncelebrowaną Mszę pogrzebową Ojca Świętego. Z powiewającymi na wszystkie strony szatami wyglądali jak wielkie ptaki rozkładające skrzydła do lotu. 
Sięgnął po kartki z homilią. Postanowił, że tekst kazania oprze na słowach zmartwychwstałego Jezusa skierowanych do Piotra nad Jeziorem Genezaret. Pan powiedział do pierwszego papieża "Pójdź za mną" i trzykrotnie powtórzył to wezwanie. Życie Jana Pawła II również miało wyraźnie trzy etapy, na progu każdego z nich słyszał wołanie i szedł za nim. Najpierw było to wołanie do kapłaństwa przyjęte w mrocznych czasach okupacji. Następnie został biskupem w niezwykle trudnych warunkach ateistycznego komunizmu. I wreszcie trzecie "Pójdź za mną" owego październikowego popołudnia 1978 roku. 
Był mu wierny przez te wszystkie lata. Jak wiele dzięki temu się zmieniło! Chrześcijanie odzyskali dumę z tego, kim są, upadły ustroje gnębiące człowieka, tak wielu ludzi odzyskało nadzieję. To wszystko dzięki prostemu "Tak" w odpowiedzi na wołanie Pana.
 - Możemy być pewni, że nasz umiłowany Ojciec Święty stoi dzisiaj w oknie domu Ojca, patrzy na nas i błogosławi nas - powiedział. - Tak, błogosław nam, Ojcze Święty.

W DOMU NAJLEPIEJ
Lisa wpatrywała się w telewizor jak zaczarowana. Kiedy kardynał Ratzinger powierzył duszę papieża Najświętszej Maryi Pannie, poczuła, jakby jej serce przeszyła strzała wystrzelona przez Boga. Zobaczyła prawdę. Zobaczyła ją jasno i wyraźnie. Chwyciła różaniec i szlochając, zaczęła całować krucyfiks. Kochała Jezusa i tęskniła za Nim, a  teraz pojęła, że to właśnie Jego szukała przez cały ten czas - a On był ciągle obok niej. 
Operatorzy transmisji skierowali kamerę na trumnę z ciałem Ojca Świętego. Wiatr znowu zaczął wiać i przewracać kartki - to w jedną, to w drugą stronę. Czyż nie jest to obraz życia człowieka? Każdy dzień jest nową niezapisaną kartką, wyciągniętą ręką Pana, który daje kolejne szanse - często niewykorzystane, czasem wręcz odrzucane. 
Wiatr ustalił swój kierunek i przewracał kartki jedna po drugiej. W końcu uniósł i okładkę. Było to dziwne, bo kartka łatwo się unosiła, ale ciężka okładka stawiała opór. Księga została zamknięta.
Następnego dnia rano Lisa poszła do spowiedzi. Po raz pierwszy od wielu lat. Jej serce wypełniał żal. Przez łzy opowiadała, jak była głupia i jak odrzucała Prawdę - samego Chrystusa. Ksiądz powiedział jej, że otrzymała specjalną łaskę z nieba. Kiedy wyszła z konfesjonału, poczuła, jakby z ramion zdjęto jej wielki ciężar. Spojrzała na tabernakulum. Miała wrażenie, że słyszy słowa: "Lisa, wróciłaś do domu".
Następnego dnia była na pierwszej po latach Mszy Świętej. Ewangelia mówiła o Dobrym Pasterzu, który wychodzi szukać zaginionej owcy. Była pełna radości. Znikła ciemność, która spowijała ją przed śmiercią Jana Pawła II. Wkroczyła do krainy światła!

czwartek, 14 maja 2020

1163. Paweł Zuchniewicz, "Pamiętnik papieskiego anioła", część 24

LISA


Przygnębienie. Ze wszystkich stron ogarniała ją ciemność. Trwało to od Bożego Narodzenia. Były to najsmutniejsze święta w jej życiu. Nie mogła zasnąć, leżała z otwartymi oczami, a serce wyło w niej jakąś potworną tęsknotą, której nie potrafiła nazwać. "Boże, czy istniejesz? Jezu, czy naprawdę istniejesz? Czy po prostu umrę i to będzie mój koniec?"
Jeszcze kilka lat wcześniej życie Lisy Burns z Manchesteru w Wielkiej Brytanii nie różniło się niczym od życia wielu jej rówieśniczek. Chodziła do szkoły(była to zresztą szkoła katolicka), z wielką radością i entuzjazmem przyjmowała pierwsze sakramenty. Ale gdy doszła do wieku 12 lat, cała wiara z niej wyparowała. Była dobrą uczennicą i zachowywała się dobrze, co sprawiało, że stała się łatwym celem dla innych. Dogryzali jej i naśmiewali się - stawało się to coraz trudniejsze do zniesienia. Pewnego dnia zobaczyła, że przed siedzącą obok niej koleżanką leży otwarta książka z zaklęciami. Wzrok Lisy padł na zdanie, które bardzo ją zainteresowało: "Zaklęcie, które sprawi, że pokonasz prześladowców i uczynisz się popularniejszą". Tak zaczęła się jej podróż w świat okultyzmu. Odkryła, że w księgarniach jest cała masa pozycji na ten temat. Pierwszą nauką, którą z nich wyniosła, było twierdzenie, że szatan jest mitem wymyślonym przez zabobonnych katolików. Tak naprawdę - czytała - jest on aniołem światła-Lucyferem.
Stosowała zaklęcia i rytuały, jednak jakoś nie zauważyła, żeby działały. Najpierw pociągała ją nowość tych praktyk, lecz z czasem ją to znużyło. Życie stawało się coraz bardziej bezcelową egzystencją. Stwierdziła, że najważniejsze to czuć się dobrze. I jeśli to nikogo nie krzywdzi, to trzeba po prostu robić tak, żeby być w takim stanie. 
Jednak poczucie odrętwienia postępowało. Boże Narodzenie 2004 roku było straszliwe. Znalazła się na skraju depresji. 

DZISIAJ W BETLEJEM

Jan Paweł II w Betlejem(źródło zdjęcia)
Od Anioła Stróża: Tamtej nocy w Betlejem było nas wielu. Towarzyszyliśmy naszemu Panu, który z schronienia w łonie Matki wychodził na świat. Pokazaliśmy się pasterzom, którzy bardzo się przestraszyli. "Nie bójcie się!" - wołaliśmy. Maryja i Józef znaleźli schronienie w stajni, bo nie było dla nich miejsca w gospodzie. Od tego czasu dla ludzi na ziemi zaczęła się liczyć nowa era. Lata zamieniały się w wieki, wieki w tysiąclecia. Po pierwszym tysiącu lat Pan był znany w Europie, w drugim tysiącleciu misjonarze zanieśli Go na inne kontynenty. Gdy dobiegało ono końca, Najwyższy upatrzył sobie człowieka, dzięki któremu ci, którzy zapomnieli o Bogu - przypomną sobie, a ci, którzy nie wierzą - poznają go. Betlejem miało zamieszkać w sercach niezliczonej rzeszy ludzi. Tak, by cały świat stał się jak grota, w której Jezus przyszedł na świat. 
Na konklawe 16 października 1978 roku prymas Stefan Wyszyński powiedział Karolowi: "Masz wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie". Papież z Polski miał 22 lata, aby pracować nad przygotowaniem jubileuszu 2000 lat od narodzenia Pana. Podczas uroczystej inauguracji pontyfikatu wypowiedział słynne słowa: "Nie lękajcie się otworzyć drzwi Chrystusowi!". Dla mnie brzmiały znajomo, bo jak nasze wołanie do pasterzy. Jan Paweł II bardzo pragnął zacząć swoją misję następcy świętego Piotra w Betlejem, w Bazylice Narodzenia, przy miejscu gdzie nasz Pan przyszedł na świat i gdzie został złożony w żłóbku. Wówczas nie było to możliwe. 
Karol nie rezygnował z tej podróży. Była to prawdziwa próba cierpliwości. Trwała ona tyle, ile przygotowanie do Wielkiego Jubileuszu - 22 lata. Dopiero w roku 2000 mógł udać się do Ziemi Świętej. 22 marca odprawił Mszę świętą na Placu Żłóbka. "Betlejem jest sercem mojej jubileuszowej pielgrzymki - powiedział wówczas. - Drogi, którymi szedłem przywiodły mnie do tego miejsca i do tajemnicy narodzin, które ono ogłasza".

NIE LĘKAJCIE SIĘ
Pierwsze trzy miesiące 2005 roku były dla Lisy okropne. Nie wierzyła w istnienie miłości, w ludziach widziała tylko zło, nikomu nie ufała i wszystkich nienawidziła. Czuła tylko jedno - gniew. Zaczęła chorować i tracić na wadze. Pewnego dnia włączyła telewizor. 
"Wczoraj wieczorem w Watykanie zmarł papież Jan Paweł II" - powiedział prezenter, a na ekranie ukazał się obraz placu i Bazyliki świętego Piotra. Kamera przesuwała się po poważnych twarzach ludzi, głównie młodych, którzy patrzyli w górę, w stronę okien na trzecim piętrze. - Na placu zgromadziły się tłumy ludzi. Przed godziną 22 podano wiadomość o śmierci papieża.
Ludzie na Placu św. Piotra(źródło zdjęcia)
Lisa zobaczyła zbliżenie twarzy jakiegoś biskupa, który powiedział coś po włosku. Na dole przesunęły się litery z tłumaczeniem - "O godzinie 21:37 nasz umiłowany Ojciec Święty Jan Paweł II odszedł do domu Ojca. Módlmy się...".
Coś nią wstrząsnęło. Zdrętwiała. Nie rozumiała dlaczego, lecz wiedziała na pewno, że jej serce doznało głębokiego wzruszenia. Patrzyła w ekran i słuchała kolejnych wypowiedzi o tym człowieku, który do tej pory był jej zupełnie obojętny. Z setek ujęć, z filmów dokumentalnych i świadectw ludzi układał się w jej głowie obraz kogoś, kto potrafił być zarazem silny i delikatny, zdecydowany i uprzejmy, wierny, a nade wszystko pełen miłości. Zobaczyła jego oczy pełne gniewu, gdy wzywał do nawrócenia członków sycylijskiej mafii, i czułość, z jaką brał na ręce małe dzieci. Widziała, jak przemawia do nieprzeliczonych rzesz i jak przygarnia brazylijskiego robotnika, który skarżył się na los ludzi takich jak on. Patrzyła na papieża przytulającego chłopca chorego na AIDS i modlącego się gorliwie pod krzyżem, gdzieś pośrodku afrykańskiego buszu. Poruszyły nią obrazy z ostatnich lat i ostatnich dni - widok starca, który porusza się i mówi z ogromnym trudem, który stoi w oknie swojej biblioteki i bezradny uderza się dłonią w czoło, nie mogąc wypowiedzieć ani jednego słowa. Uświadomiła sobie, że widzi w nim to wszystko, o czym jako dziewczynka czytała w Ewangelii. Cytowano wiele słów papieża, ale nie tylko to było dla niej ważne. Zobaczyła w nim odbicie Chrystusa, miłość, której ten Polak pozwolił pracować w sobie. Przez kolejne dni nie mogła oderwać się od telewizora. Czuła, że wraca nadzieja, choć nie odzyskała utraconej przed laty wiary.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie chcąc marnotrawić podarowanego mi z okazji pandemii czasu, postanowiłam wykorzystać to w miarę produktywnie. Więc chodzę po pokoju i gadam do siebie. I to w dodatku nie po polsku, ale po niemiecku oraz hiszpańsku. Żeby było śmieszniej, czasami pytam siebie o coś w języku hiszpańskim, a odpowiadam w języku polskim, albo niemieckim. Wow, chyba mam jakąś drugą osobowość, albo coś.
Poza tym czytam sobie teksty Wojtyły/Jana Pawła II. Niech żyje internet! Chociaż po niedzieli mają otworzyć już Bibliotekę Śląską, więc będzie można wreszcie coś sobie wypożyczyć. Bo tak sobie pomyślałam, że ludzie cieszą się ze 100 lecia jego urodzin, ale czy tak naprawdę znają jego naukę, nie mówiąc już o wcielaniu jej w życie? Bo wszyscy kojarzą go z kremówkami, w świecie postawione są setki pomników, ale najpiękniejszym pomnikiem są pozostawione przez niego dzieła i przemówienia. Nie wszystkie są proste, jednak myślę, że zapoznanie się z nimi nakreśli nam jakieś syntetyczne wyobrażenie tego, co chciał nam przekazać.
I na koniec taka mała ciekawostka: dzisiaj w kalendarzu liturgicznym obchodzimy wspomnienie św. Korony, do której możemy zwracać się o pomoc w trudnych chwilach. A tych zapewne nie brakuje nie tylko w okresie pandemii.

środa, 13 maja 2020

1162. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 23/Prorocza czytanka

TOTUS TUUS

Ksiądz Mieczysław Mokrzycki zerwał się od stołu i szybko zbliżył się do papieża. Mocnym ruchem uderzył go w plecy - nie pomogło. Jan Paweł II nadal się krztusił. Jeszcze raz. Bez skutku.
 - Trzeba do szpitala - niemal krzyknął.
Takie sytuacje zdarzały się w przeszłości. Uderzenie w plecy zazwyczaj pomagało, tym razem jednak sytuacja wyglądała groźnie. Początek 2005 roku przyniósł dalsze pogorszenie zdrowia Ojca Świętego. Właściwie nie mógł się samodzielnie poruszać. Jego żywa i tak pełna wyrazu twarz w znaczącej części stała się nieruchoma, tylko oczy świeciły wciąż tym samym blaskiem. Powstrzymywana przez lekarstwa, lecz nieuleczalna choroba Parkinsona czyniła coraz większe spustoszenie. Papież, niegdyś wspaniały mówca, z trudem wydobywał z siebie głos. Tylko zaczynał i kończył homilie, które czytał za niego jeden z arcybiskupów.
Nie zrezygnował jednak z wystąpień publicznych, choć jego widok nie należał do przyjemnych. Zdarzało się, że z ust mimowolnie wypływała mu ślina, którą musiał wycierać chusteczką. Niektórzy twierdzili, że nie powinien się pokazywać. 
 - Nie jest dobrze, gdy wszyscy widzą słabość szefa tak potężnej struktury jaką jest Kościół - mówili. - To obniża autorytet tej organizacji.
Wróciły głosy, które pojawiały się kilka lat wcześniej, kiedy słabość Jana Pawła II zaczęła być widoczna. - Papież zrobił już bardzo dużo, powinien zrezygnować i odpocząć - twierdzili życzliwi i nieżyczliwi. Tym pierwszym zależało na zdrowiu Ojca Świętego i na tym, by jak najdłużej był z tymi, którzy go kochają. Ci drudzy po prostu mieli go dość.

Od Anioła Stróża: Już dziesięć lat wcześniej Karol zastanawiał się, czy nie powinien zrezygnować. Przecież choroba mogła zahamować lub przynajmniej utrudnić rządzenie Kościołem. Co prawda umysł miał jasny, tylko ciało było coraz mniej sprawne.
 - Na szczęście starzejemy się od nóg, a nie od głowy - powiedział jednemu ze swoich przyjaciół, biskupowi Adamowi Dyczkowskiemu. Ale o odejściu myślał, szczególnie w połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy po upadku w łazience doznał urazu kości biodrowej. Wiedział też o postępującej chorobie, która mogła go doprowadzić do całkowitego niedołęstwa. Pewnego dnia w czasie wakacji w górach powiedział o tym swojemu uczniowi i przyjacielowi, księdzu Tadeuszowi Styczniowi. Ksiądz odparł, że odejść z tego powodu może szef firmy lub przywódca państwa. Ale papież jest ojcem, zaś ojcem jest się do końca. 
Przed laty, po wyborze na Stolicę Piotrową, musiał zrezygnować z dotychczasowej wolności: z kajaków, nart, częstych spotkań z przyjaciółmi. Teraz wolność zewnętrznego działania odbierała mu choroba. Nie mógł chodzić, mówić, podróżować. Czasem nie mógł także przełykać, jak owego wieczora, gdy zabrano go do Polikliniki Gemelli. 

Werdykt lekarzy był jednoznaczny: potrzebna jest tracheotomia. Pod tym skomplikowanym słowem ukrywał się prosty, jak twierdzili, zabieg polegający na rozcięciu tchawicy i umieszczeniu w niej rurki umożliwiający dopływ powietrza do płuc, z pominięciem chorego odcinka dróg oddechowych. "Nie, narkoza nie będzie potrzebna, zrobi się znieczulenie miejscowe".
Zabieg trwał pół godziny. Gdy znieczulenie minęło chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Nawet jednego słowa! Dał znać, że chce napisać. "Co ze mną zrobiliście? Ale Totus Tuus".


Ostatnie błogosławieństwo Jana Pawła II z okien apartamentu
(źródło zdjęcia)
Od Anioła Stróża: Karol miał bardzo silną wolę. Tym trudniej było mu pogodzić się z tym, że stał się niemy. Pamiętał jednak o modlitwie naszego Pana, który w Ogrójcu mówił do Ojca: "Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie". Pamiętał też o naszej Matce stojącej pod krzyżem umierającego Syna. Słowa "Totus Tuus - Cały Twój" towarzyszyły mu przez całe życie i pomagały uczyć się posłuszeństwa Panu. 
Zbliżał się Wielki Tydzień, Triduum Męki Pańskiej. Chciał wrócić ze szpitala do domu i nauczyć się mówić od nowa. Z pomocą logopedy zaczął ćwiczyć artykułowanie słów. Dawny aktor, mistrz słowa, pragnął, choć krótko, przemówić do wiernych w Niedzielę Zmartwychwstania i udzielić im specjalnego papieskiego błogosławieństwa "Urbi et Orbi", czyli Miastu i Światu. W tym nikt nie może go zastąpić. W Wielkanoc, 27 marca, stanął w oknie swej biblioteki.

Z potężnych megafonów dochodził tylko chrapliwy, nieregularny oddech. Jan Paweł II miał mikrofon blisko ust, aby można było zrozumieć cicho wypowiadane słowa. Lecz żadne nie padło. Oddech stał się szybszy i głośniejszy.
Papież śledził wzrokiem tekst przemówienia. Milczał. Emocje go zdradziły. Na widok stojących ludzi na placu wzruszenie ścisnęło mu gardło. Nie mógł wydobyć z siebie głosu. Gdy doszedł do słów "Niech was błogosławi Bóg Wszechmogący", podniósł rękę i nakreślił znak krzyża.
 - Może lepiej żebym umarł, jeśli nie mogę spełniać powierzonej mi misji - powie później arcybiskupowi Dziwiszowi i zaraz doda: "Niech się spełni wola Twoja. Totus Tuus".
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mija drugi miesiąc przymusowej izolacji, podczas której człowiek musiał przestawić się na inne tory funkcjonowania. Chociaż na początku trochę się temu "buntowałam", to w końcu przyzwyczaiłam się do przymusowej codzienności.
Pierwsze dwa tygodnie traktowałam jako odpoczynek od tego co było dotychczas. Potem blisko trzy tygodnie chorowania. Od połowy kwietnia zaś wszystko wróciło do normy. No prawie, bo to co dotychczas robiło się twarzą w twarz trzeba było przenieść do wirtualnej rzeczywistości.
Zabawne w tym wszystkim jest to, że dwadzieścia lat temu w podręczniku do języka polskiego dla klasy III była czytanka(ach, jakie to były urocze czytanki, niektóre z nich do dzisiaj pamiętam), w której bohaterowie żyli na tak skażonej planecie, że poza domem musieli poruszać się w skafandrach na wzór astronautów i oddychać powietrzem z butli tlenowej, po powrocie musieli się dezynfekować, zaś dzieci uczyły się przez internet. Wtedy było to nie do wyobrażenia. Ale minęły dwie dekady i to co wtedy wydawało się fantazją autora, stało się rzeczywistością. No, może poza chodzeniem w skafandrach. Nikt się tego nie spodziewał. A już na pewno nie ja.
Skoro już wracamy do cudownych lat dziecięcych, to "pochwalę się" jednym rysunkiem z tamtych czasów, na 90% zainspirowanym tamtym opowiadaniem. Nawet nie wiem jak on się dochować do współczesności.
Trochę przygnębiający, ale widać na twarzach ludzkich maski(a może i aparaty tlenowe na plecach) oraz okulary przeciwsłoneczne(chociaż nie ma słońca) na oczach. Nie wiem o co chodzi z tym helikopterem. Za to jestem niemal pewna, że to, co widać w głębi to fabryka. Czy tak w wieku 9-11 lat(w późniejszych latach rysowałam zazwyczaj z zachowaniem perspektywy, czego tutaj nie widać) wyobrażałam sobie świat za dwie dekady? Nie mam pojęcia, jednak wydaje mi się, że jest to obraz nieco zbliżony do zaistniałej sytuacji.

wtorek, 12 maja 2020

1161. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 22/Majowe rocznice

MARZENIE RAFAŁA


 - Rafał, zostańcie w Rzymie jeden dzień dłużej - powiedział Piotr Piwowarczyk, prezes fundacji "Mam marzenie".
 - No to półfinały Euro mam z głowy - pomyślał chłopak. - Ale spotkanie z papieżem zrekompensuje mi tą "stratę".
Rafał z całą rodziną - mamą, tatą i rodzeństwem, znajdował się na lotnisku w Katowicach, gdzie żegnał ich organizator tej niezwykłej podróży. Prowadzona przez pana Piotra fundacja zajmowała się spełnianiem marzeń ciężko chorych dzieci. Rafał od pół roku walczył z rakiem węzłów chłonnych. Do fundacji napisał, że chciałby spotkać się z Ojcem Świętym.
Udało się zorganizować wejściówki dla chłopca i jego rodziny na Mszę w uroczystość świętych Piotra i Pawła oraz na środową audiencję generalną. Rafał miał też przekazać papieżowi list od chorych dzieci ze swojego oddziału szpitalnego. W poniedziałek, 28 czerwca 2004 roku, wylądowali w Rzymie.
"Znak nadziei" - to była jego pierwsza myśl, gdy dostał do ręki niebieskie kartki - wejściówki na Mszę i audiencję. Wszystko układało się wspaniale. Rzym podbił jego serce, tym bardziej, że historia należała do ulubionych przedmiotów chłopca. A tu przecież można jej było dotknąć dłonią - jak choćby Koloseum czy Forum Romanum. Zwiedzanie ich w czerwcowym upale przepłacił wielkim zmęczeniem, ale to go nie zniechęcało. Zachwycił się Placem Świętego Piotra i bazyliką. Wielkie wrażenie zrobiła na nim odprawiana przez papieża długa, bo aż trzygodzinna Msza z okazji uroczystości świętych Piotra i Pawła. "Trzyma się nieźle, jak na swój wiek i chorobę - stwierdził. - Całą Mszę odprawił sam jeden, nie używając nawet okularów!". Teraz pozostawało czekać na dzień następny. Podczas audiencji będzie mógł zbliżyć się do papieża i powiedzieć mu kilka słów. Co? Na pewno się przedstawi: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Nazywam się Rafał Rogowski...".
Miał już "przepustkę". Tym razem była to karteczka pomarańczowa. Upoważniała do wstępu na dziedziniec prowadzący do bramu wjazdowej do bazyliki. Po błogosławieństwie na zakończenie audiencji generalnej przeszli tam i czekali na papieża. Żar lał się z nieba. Rafałowi robiło się słabo, ale zaciskał zęby. Widział, że Ojciec Święty jest bardziej zmęczony niż poprzedniego dnia. "Też pewnie zaciska zęby" - myślał.
Nie udało się! Papieski samochód nie zatrzymał się przy czekającej na niego grupce Polaków, wśród których był Rafał. Nie porozmawiali, nic nie wyszło z przekazania listu od chorych dzieci.
Piotr Piwowarczyk nie spodziewał się, że tego środowego popołudnia dotrze do niego taka wiadomość. Widocznie Ojciec Święty poczuł się źle - nic dziwnego, przecież w Rzymie panuje niesamowity upał, a audiencja odbywała się na wolnym powietrzu. Ale marzenie Rafała pozostało niespełnione. Co prawda Tomek, wolontariusz fundacji towarzyszący rodzinie Rogowskich, mówił, że chłopiec trzyma się dzielnie, cieszył się, że widział papieża z odległości pół metra, jednak nie zmieniło to faktu, że do bezpośredniego spotkania nie doszło.
Co robić? Na szczęście pan Piotr miał telefon do biskupa Dziwisza. Wziął słuchawkę.
 - Halo? Mówi Piotr Piwowarski z Krakowa, z fundacji "Mam marzenie". Mam do księdza arcybiskupa serdeczną prośbę...
Opowiedział historię Rafała, łącznie z tym, że zaraz po powrocie do Polski ma mieć kolejną chemię.
 - Niech przyjadą jutro rano - usłyszał odpowiedź. - Zobaczymy, co da się zrobić. 
"Zobaczymy". A więc pod żadnym pozorem nie trzeba dawać Rafałowi nadziei na spotkanie z Ojcem Świętym. Nie może zawieść się po raz drugi.
 - Słuchaj Tomek - tym razem to Piotr zadzwonił do wolontariusza. - Jutro rano macie być w Watykanie przy Spiżowej Bramie. Ustaliłem to z arcybiskupem Dziwiszem. Powiedz Rafałowi, że spotka się z sekretarzem papieża. Ale jest bardzo możliwe, że przyjmie go sam Jan Paweł II.
Rafał z papieżem(źródło zdjęcia)
 - Z arcybiskupem? - powtórzył Rafał, gdy dowiedział się o niespodziewanej audiencji. - Spoko, może być i arcybiskup. To tak jakby moje marzenie spełniło się prawie w 90%.
W czwartek rano zameldowali się pod bramą. Krótka wymiana zdań z malowniczo ubranymi żołnierzami Gwardii Szwajcarskiej. Niebieska karteczka-przepustka wręczona przez jednego z nich. Droga po schodach do windy. Drugie piętro i wyjście na dziedziniec. Przejście do pałacu i wędrówka przez wspaniale zdobione komnaty. W końcu ostatnia, z wygodnymi kanapami. Czekali jakiś czas. Wreszcie drzwi się otworzyły. Weszli i Rafał o mało nie upadł z wrażenia.
Na środku komnaty, na tronie, siedział papież. Zachęcająco skinął ręką. Chwilę później Rafał klęczał przed Ojcem Świętym. Ucałował pierścień. Jan Paweł II położył rękę na jego głowie i wypowiedział słowa błogosławieństwa. Sięgnął po różaniec.

Od Anioła Stróża: Przez chwilę rozmawiali. Rafał przekazał Ojcu Świętemu list od chorych dzieci. Tego samego dnia wrócił do Polski. Niedługo potem okazało się, że rak się cofnął.
Takich spotkań Karol miał bardzo, bardzo dużo. Niektóre z nich kończyły się podobnie jak spotkanie Rafała. Chorzy ludzie odzyskiwali zdrowie, bezpłodne małżeństwa mogły mieć dzieci, ludzie, którzy zeszli na złą drogę, wracali do Pana Boga. Tak było w przypadku pewnego księdza, który rzucił kapłaństwo i został bezdomnym. Nieopodal Placu św. Piotra spotkał go znajomy, który szedł na audiencję do Ojca Świętego. Gdy papież dowiedział się o tym, kazał przyprowadzić bezdomnego do siebie. Zabrał go do drugiego pokoju, po czym... klęknął przed nim i wyspowiadał się. Ksiądz-kloszard rozpłakał się. A Jan Paweł II powiedział mu: "Widzisz  jak wielki jest sakrament kapłaństwa? Nie kalaj go!".
Innym razem spotkał się z grupą kapłanów z Polski. Było ich wielu, jeden wołał z tyłu do Ojca Świętego pragnąc przedstawić mu swoją matkę. Papież już musiał wychodzić, ale usłyszał tę prośbę. "Ten ksiądz chciał mi przedstawić matkę, znajdźcie ich i przyprowadźcie" - powiedział później do swoich współpracowników. Szukali dwa dni. Wreszcie znaleźli, w pensjonacie kilkanaście kilometrów od Rzymu. Papież przyjął oboje. Kiedyś do Ojca Świętego napisali rodzice dziewczynki ciężko chorej na raka. Byli Polakami, mieszkali w Kanadzie. Jan Paweł II zaprosił ich do siebie. Dwukrotnie rozmawiał z mamą trzymającą na rękach córeczkę - raz na audiencji generalnej, potem na prywatnej. "Ufaj Bogu - powiedział. - Jeśli on zdecyduje, że chce ją mieć obok siebie, to zabierze ją. Jeśli będzie chciał, aby była z tobą, nie musisz się o nic martwić i nic robić. Traktuj ją jak pozostałe dzieci. Będzie tak, jak postanowił Bóg".
Najwyższy postanowił, że dziewczynka wyzdrowieje. I tak się stało po ich powrocie do Kanady. 
Długo by mówić o wszystkich takich spotkaniach. Wystarczyło by Jan Paweł II zobaczył chorych lub dzieci i już do nich szedł, nieraz przyprawiając o palpitację serca swoich ziemskich "aniołów stróżów".
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dzień spędziłam, można powiedzieć, na trzech rzeczach:
  1. Dokończeniu czytania bloga cieni wiatru, który autorka prowadziła od 2005 roku, więc było co czytać,
  2. Porządkowaniu i wklepaniem do "systemu"(czyli serwisu "lubimy.czytać") kilku książek;
  3. A teraz zrobiłam sobie chwilę przerwy od czytania "Zaburzeń osobowości we współczesnym świecie" pod redakcją T. i C. Millon'ów oraz "Zaburzeń osobowości z pogranicza" Marshy Linehan zgłębiając w ten sposób tajniki osobowości borderline, znanej też pod nazwą osobowość pograniczna lub pograniczne zaburzenie osobowości.
Jakoś sobie trzeba organizować ten czas w okresie kwarantanny. Zastanawiam się też czy możliwe jest odizolowanie jednego województwa od innych. I jak to miałoby wyglądać od strony technicznej? Czyżby chcieli postawić wojsko na granicach?
Ogólnie dziwny jest ten maj.
Dzisiaj mija 85 rocznica śmierci Józefa Piłsudskiego oraz 50 rocznica śmierci Władysława Andersa. Nie wiem jak to miało być z Józefem Piłsudskim, ale obchody poświęcone rocznicy śmierci Andersa zaplanowali dosyć bogate. Miał być uroczysty koncert, mieli być weterani bitwy pod Monte Casino, miało być odsłonięcie pomnika generała. Zamiast tego było skromne złożenie kwiatów na jego grobie przez córkę generała, Annę Anders, ambasadorkę Polski w Rzymie.
Zresztą to nie jedyne uroczystości, które trzeba było odwołać z powodu pandemii koronawirusa. W przyszłym tygodniu Wadowice miały hucznie obchodzić 100 rocznicę urodzin Jana Pawła II. Wszystko było zaplanowane od miesięcy. I co? Wiele z atrakcji trzeba było odwołać. A przecież 100 urodziny zdarzają się raz w historii...
W dodatku w wielu regionach naszego kraju spadł śnieg. W Wiadomościach podano analogiczną sytuację sprzed 85 lat, kiedy po śmierci Józefa Piłsudskiego spadł śnieg połączony z deszczem. To chyba niebiosa przeżywały to wszystko. Ponadto, chociaż trudno w to uwierzyć, pogrzeb marszałka był największy w historii Polski. A koniki towarzyszące wydarzeniu wspominali najstarsi ludzie, którzy przybyli na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki(na nich też była kawaleria konna). Tutaj też zrezygnowano z hucznych obchodów na rzecz skromnego złożenia wieńca przez prezydenta Andrzeja Dudę.