Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 31 października 2020

1228. Wyzwanie u Lidzi "Czytamy książki 2020" - październik

Ostatni dzień października za nami. Tak naprawdę zdałam sobie z tego sprawę dopiero na nabożeństwie październikowym. Przy aktualnych przepisach moja parafia wyliczona jest na 87 osób mogących jednocześnie w nim przebywać, w rzeczywistości nawet nie wiem, czy była prawie połowa(wszak raczej jest niemożliwym, aby było 43.5 wiernego 😀). Tak więc można było spokojnie pomodlić się we wspólnocie parafialnym. 
Minął październik, ale tak, jakby go nie było. Kolejne ograniczenia wkraczały do codzienności. Na szczęście w takich chwilach można sięgnąć po ciekawą lekturę, korzystając z tego, że nie zamknęli jeszcze bibliotek. I mam cichą nadzieję, że poprzestaną tylko na ograniczeniu ich działalności. Chwilę niepewności przeżyłam wiosną, kiedy na 2 miesiące została ona zawieszona. Nie wiedziałam, kiedy wszystko na nowo ruszy, a przecież miałam jedną bardzo ważną dla mnie rzecz do napisania(teraz dla odmiany mam tak samo ważną rzecz do napisania w liczbie 2). Na szczęście w trzy tygodnie(tyle mniej więcej wynosił termin pomiędzy ponownym uruchomieniem biblioteki, a oddaniem całości) udało mi się wszystko dopiąć. I nawet zadziwiłam wszystkich, że w tych dziwnych czasach zrobiłam potrzebne mi badania.
Jak przez ostatnich 9 miesięcy, tak i teraz starałam się czytać według wytycznych z zabawy zorganizowanej przez Lidzię. W tym miesiącu szukaliśmy książek których:
imię lub nazwisko autora rozpoczyna się na literę E,
pierwsza litera tytułu to N,
rzecz na okładce rozpoczyna się na literę J.

Moje pierwsze wrażenie - OMG! Nie wiedziałam, w jaki sposób znajdę książki spełniające te kryteria. To znaczy jedyne co mi przyszło do głowy, to głośna saga o Greyu, której autorka ma imię na E oraz książka "Lalki z getta", która ma podobnie. Ale co z resztą? Z pomocą przyszedł mi tradycyjnie już portal lubimyczytać. To dzięki niemu trafiłam na autorkę Edytę Świętek, która okazała się odkryciem miesiąca! A do tego znalazło się jeszcze kilka ciekawych pozycji. 
Wyłączając z wszystkiego książki poświęcone tematyce choroby i śmierci, resocjalizacji, patologiom społecznym, psychologii oraz pedagogice, mogę się "pochwalić" 18 przeczytanymi tytułami(gdybym chciała je zaakcentować, to wyszłoby o wiele więcej, ale za nic nie chciały się wpisać w lidziowe wytyczne). Są to:

Tytuł: Imię Róży
Autor: Umberto Eco
Okładka: -
Ilość stron: 632

Wiele słyszałam o tej książce, zarówno złego, jak i dobrego, bodajże w gimnazjum miałam chyba nawet omawiany jej fragment na lekcji języka polskiego. Teraz postanowiłam przeczytać całość. Uff, ciężko było, ale jakoś przez to przebrnęłam.
Akcja powieści rozgrywa się w 1327 roku. Do znanego opactwa benedyktynów w północnych Włoszech przybywa wykształcony angielski franciszkanin, Wilhelm z Baskerville. Towarzyszy mu nowicjusz Adso z Melku, który jest jego uczniem i sekretarzem. W klasztorze panuje przygnębiający nastrój - kilka dni wcześniej zmarł jeden z mieszkających w nim mnichów. Opat w tajemnicy zwraca się do przybysza z prośbą o rozwikłanie tej zagadki. Nie dają mu spokoju tajemnicze okoliczności tego zdarzenia. Sprawa jest pilna, ponieważ za kilka dni w opactwie ma się odbyć bardzo ważna debata o charakterze teologicznym. Mają w niej wziąć udział różni dostojnicy kościelni, z wielkim inkwizytorem Bernardem Gui na czele(zresztą Wilhelm i Adso sami na nią przybyli). Tymczasem w klasztorze dochodzi do kolejnych morderstw. Dociekliwy Anglik orientuje się, że wyjaśnienie mrocznego sekretu może znajdować się w klasztornej bibliotece. Jednak sale mieszczący bogaty księgozbiór, tworzą prawdziwy labirynt. Intruz może w nim nie tylko łatwo zabłądzić, ale i postradać zmysły. Czy uda im się rozwikłać wszystkie zagadki, jakie skrywa klasztor?
Ciekawostką dla mnie był sam układ tekstu w powieści. Umberto Eco odszedł w niej od tradycyjnego podziału na rozdziału, a zamiast nich pojawiły się poszczególne dni, które Wilhelm z Alsem spędzili w klasztorze. Te zaś podzielono na poszczególne etapy przeciętnego dnia w klasztorze. Dzięki temu czytelnik ma szansę i możliwość, poznać specyfikę funkcjonowania średniowiecznych ośrodków duchowych. Jak dla mnie ciut za dużo łaciny, ale rozumiem ten zabieg. W końcu był to język ówczesnego duchowieństwa.

Tytuł: Lalki z getta
Autor: Eva Weaver
Okładka: - 
Ilość stron: 384

Czy w warszawskim getcie było miejsce na zabawę i śmiech. Jak wielką tajemnicę może skrywać niepozorny, zniszczony już płaszcz? Przechowywany przez wiele lat w kącie szafy czekał, aż stary już Mika sięgnie po niego i skrywane w nim skarby. Impulsem do tego jest spacer sędziwego staruszka wraz z wnuczkiem, Dannym po ulicach Nowego Jorku i zobaczenie afisza zachęcającego do obejrzenia sztuki o małym lalkarzu z warszawskiego getta. Po powrocie do domu prosi wnuka o to, żeby wyciągnął z szafy tajemnicze pudło, wyciąga płaszcz i pacynki i rozpoczyna snuć opowieść.
Rok przed wybuchem II wojny światowej dziadek Miki zostaje profesorem matematyki na Uniwersytecie Warszawskim. Z tej okazji postanawia sprawić sobie elegancki płaszcz. Nie cieszy sie jednak długo z tej zaszczytnej posady - wkrótce rozpoczynają się represje wobec Żydów i zostaje usunięty z grona pracowników uczelni. Wkrótce ze szkoły zostaje usunięty też czternastoletni Mika, a całą trzyosobową rodzinę umieszczono w getcie. Kiedy wydaje się, że nic złego nie może ich już spotkać, dziadek Miki zostaje zastrzelony na ulicy. Chłopcu udaje się ściągnąć ukochany płaszcz dziadka z jego martwego ciała, a w jednej z licznych kieszeni znajduje klucz do tajemniczej komórki, w której dziadek spędzał całe dnie. Kiedy ją otworzył, jego oczom ukazała się kolekcja pacynek. Wraz z przybyłą spod Krakowa kuzynką Ellią dają przedstawienia w getcie, wzbudzając uśmiech na twarzach dzieci w domu dziecka, w szpitalach i na ulicach. Któregoś dnia odgrywa małą scenkę przed niemieckim oficerem, ratując w ten sposób nieznaną kobietę. Max dostrzega talent chłopca i zabiera go do koszar, gdzie nakazuje mu wystawienie przedstawienia dla jego kompanów. Wkrótce okazuje się, że obszerny płaszcz znajduje jeszcze jedno zastosowanie. Chociaż Mike dużo ryzykuje, decyduje się pod nim przemycić kilka maluchów. Tymczasem sytuacja w getcie robi się coraz bardziej napięta. W pewnym momencie Max rozstaje się z chłopcem, a na pożegnanie dostaje ukochaną pacynkę Miki - królewicza. To ona stanie się jego towarzyszem niewoli podczas zsyłki na Syberię i jedynym przyjacielem podczas ucieczki z obozu. To o nią będzie dbał niczym o największy skarb. Przed śmiercią poprosi swoich bliskich, aby spróbowali odszukać chłopca-lalkarza imieniem Mika...
Książka pochłonęła mnie bez reszty. Całym sercem byłam przy Mice, który, chociaż sam doznał okrucieństwa getta, znalazł sposób, aby chociaż na chwilę umilić los jego mieszkańców. Imponowała mi jego odwaga, kiedy przybywał do drugiego człowieka. Ileż musiał mieć w sobie odwagi, kiedy przemycał pod płaszczem dzieci, niczym skarby. Żal mi też było Maxa - może i był bezwzględnym Niemcem, ale i pokazał swoją ludzką twarz. W dodatku jako jeden z nielicznych w gułagu potrafił dostrzec i zrozumieć popełnione przez siebie i innych niemieckich żołnierzy, błędy. To dowód, aby nie oceniać wszystkich jedną miarą. Zachwycił mnie też sam płaszcz, z niezliczoną ilością kieszonek i schowków tak, że można było w nich niepostrzeżenie schować wiele rzeczy. W getcie takie rozwiązanie było bardzo praktyczne, nie tylko ze względu na możliwość przeniesieniu w nich kilku małych pacynek.

Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Grey'a
Autor: E L James
Okładka: -
Ilość stron: 608

Swego czasu było dosyć głośno o tej książce, szczególnie po emisji filmu, który powstał na jej podstawie. Niezbyt przepadam za sensacjami, ale z drugiej strony chciałam po prostu sprawdzić, czy na prawdę jest aż tak bardzo kontrowersyjna, jak o niej mówią(tudzież piszą). I może jestem dziwna, ale jakoś nie doszukałam się w niej aż tak bardzo drastycznych opisów doznań erotycznych(czytałam bardziej "pikantne").
Książka rozpoczyna się od sceny, w której studentka literatury, Anastasia Steele, przeprowadza wywiad z młodym, przystojnym i niezwykle błyskotliwym przedsiębiorcą, Christianem Greyem. Wyjątkowy mężczyzna wzbudza w niej szereg sprzecznych sobie emocji - przede wszystkim fascynację, a jednocześnie onieśmiela ją i wzbudza autentyczny strach. Jest jednak przekonana, że ich spotkanie należało do niezbyt udanych. I chociaż próbuje o nim, zapomnieć, to jednak kiedy Anastazja przez przez przypadek spotyka go w sklepie - prosi o drugie spotkanie. Młoda dziewczyna odkrywa, że pragnie tego mężczyzny. Zaczyna też rozumieć czym jest pożądania w swej pierwotnej postaci. Instynktownie przeczuwa, że nie jest w swojej satysfakcji osamotniona. Tymczasem wkrótce okazuje się, że osobowość Chrystiana jest zupełnie inna, niż można by przypuszczać...
Ogólnie książka średnio mnie zachwyciła. Osobowości głównych postaci są jak dla mnie zbyt płytkie, tytułowy Grey wyszedł na uzależnionego od seksu, Ana na bezmózgową lalę, dającą pozwolenie na zachowania rodem z BDSM. Za to podobało mi się wprowadzenie do akcji opisu snów Grey'a, dzięki którym mamy wgląd w genezę jego masochistycznych upodobań.

Tytuł: Ciemniejsza strona Grey'a
Autor: E L James
Okładka: -
Ilość stron: 632

Po przeczytaniu pierwszej części erotycznych przygód Chrystiana Grey'a sięgnęłam po drugą. Akurat wypożyczyłam całą trylogię, więc nie musiałam się martwić, że ktoś mnie w tym ubiegnie. A tego typu serie jednak lubię czytać jedną po drugiej.
Książka jest napisana z punktu Anastasii, zwanej w skrócie Ana. Para od jakiegoś czasu mieszka już razem i toczy szczęśliwe życie, również pod względem erotycznym. Bankiety, wycieczki, luksusowy dom, niewinne meile, za pomocą których młodzi i zakochani flirtują ze sobą. Grey coraz częściej testuje na Anie swoje fantazję seksualne. Niektóre z nich są bardziej wymyślne, inne mniej, jednak każdą dziewczyna znosi z prawdziwą godnością. Szczęśliwe i beztroskie życie obydwóch, a także rodziny Christiana, zostaje zachwiane, kiedy w drzwiach staje jeden z przyjaciół mężczyzny i ze strachem oznajmia, że jeden z najbogatszych ludzi w kraju miał wypadek - helikopter, którym leciał, rozbił się niedługo po starcie, nie wiadomo zaś co się stało z lecącymi nim osobami. Te kilka chwil nieświadomości jeszcze bardziej uzmysłowiły kobiecie, że z Christianem łączy ją jednak coś więcej niż tylko powierzchowne uczucie.
Druga część trylogii o Grey'u podobała mi się bardziej od "Pięćdziesięciu twarzy Grey'a", głównie pod względem literackim. Niemniej jednak jest ona dosyć przewidywalna i wnikliwy czytelnik z łatwością odgadnie, przynajmniej w przybliżeniu, jak zakończy się dana przygoda.

Tytuł: Nowe oblicze Greya
Autor: E L James
Okładka: -
Ilość stron: 688

"Ciemniejsza strona Grey'a" zakończyła się w momencie, gdy po szczęśliwym ocaleniu głównego bohatera, Christiana, wspólnie z Aną na nowo układają swoje roztrzaskane życiorysy. Coraz jaśniejsza staje się myśl o sformalizowaniu ich związku.
Jej odzwierciedlenie znajdziemy w ostatniej, jak dotąd, części przygód niewyżytego pod względem erotycznym młodego przedsiębiorcy imieniem Christian. Tuż po powiedzeniu sobie "sakramentalnego" >>tak<<(chociaż był to ślub cywilny) młodzi małżonkowie wyjeżdżają na bajeczne wakacje jachtem. Również pod względem erotycznym ich życie rozkwita, a Christian wymyśla coraz to inne sposoby na podniecenie wybranki swojego serca. Ich szczęście zostaje jednak ponownie zburzone z powodu wypadku w pracy ojca Anastasi - Ray'a. Następuje nerwowe oczekiwanie na wyniki jego badań, a następnie na wybudzenie się go ze śpiączki. W dodatku podczas wizyty Any u ginekologa w celu przyjęcia zastrzyku antykoncepcyjnego dowiaduje się, że jest w ciąży. Czuje szczęście, a zarazem strach przed reakcją męża.
Czy po zawarciu związku małżeńskiego postępowanie Grey'a nabierze nowego oblicza? Jak zachowa się po otrzymaniu wiadomości o zostaniu ojcem? I jakie konsekwencje przyniesie za sobą spotkanie z byłym szefem Any, Jackiem Hyde, który niegdyś obiecał zemstę na kobiecie? Tego dowiemy się czytając ostatnią część trylogii.

Tytuł: Nędznicy(tom I-IV)
Autor: Victor Hugo
Okładka: - 
Ilość stron: 492/474/403/394

Kwintesencja francuskiej literatury XIX wieku! Bardzo lubię wracać do tej pozycji, chociaż nie jest zbyt cienka. I chociaż muszę poświęcić na jej przeczytanie, to zawsze wychodzę z jakimś przemyśleniem.
Francja XIX wieku. Jan Valjean zostaje skazany na galery za kradzież chleba. Kiedy po odbyciu kary wychodzi na wolność, trafia do niewielkiego miasteczka o nazwie Dinge. Zostaje tam przygarnięty przez biskupa, nazwanego Mile Widzianym. Pewnego dnia Jan okrada biskupa z posiadanego przez niego srebra. Niestety, zostaje złapany przez miejscową policję podczas próby ucieczki. Zostaje przyprowadzony przed oblicze biskupa. Ku jego zaskoczeniu Mile Widziany oznajmia funkcjonariuszom prawa, że sam podarował te przedmioty Janowi. Podczas ponownej próby opuszczenia miasta spotyka kominarczyka, którego okrada z 40 sous. Szybko zrozumiał jednak swój błąd i krzycząc "Jestem nędznikiem!" postanawia zmienić swoje życie. Osiedla się w Paryżu, gdzie zaczyna nowe, przykładne życie. Jedyną osobą, która nie wierzy w jego przemianę jest inspektor Javert, który na każdym kroku śledzi byłego galernika... 
Jak zawsze wzruszałam się czytając fragmenty dotyczące Kozety i Gavroche. Pierwsza historia napawa nadzieją na lepsze jutro, druga powoduje we mnie bunt przeciwko biedzie i wychowywaniu dzieci przez ulicę.

Tytuł: Nad Niemnem
Autor: Eliza Orzeszkowa
Okładka: -
Ilość stron: 498

Nad Niemnem jest epopeją pozytywistyczną ukazującą obraz polskiego społeczeństwa drugiej połowy XIX wieku. Powieść Elizy Orzeszkowej wpisała się do kanonu literatury polskiej. Tłem powieści jest świat polskich dworów i zaścianków szlacheckich na Litwie. Autorka wprowadza nas w rytm, obyczaje i piękno tego świata, opisując losy ubogiej szlachcianki Justyny Orzelskiej i miłości, jaka połączyła ją z żyjącym z pracy własnych rąk Janem Bohatyrowiczem. Wątek mezaliansu, nawiązujący do staropolskiej legendy o Janie i Cecylii, a zapowiadający pogodzenie się zaścianka z dworem, jest ważnym motywem powieści. W Nad Niemnem obecne są także wspomnienie powstania styczniowego i refleksja nad ideą odrodzenia narodu polskiego. 

Tytuł: Nie pora na łzy
Autor: Edyta Świętek
Okładka: - 
Ilość stron: 336

Edyta Świętek zaprasza swoich czytelników do Krakowa, a dokładniej do Nowej Huty. Jest to swoista podróż do lat dziewięćdziesiątych, czyli czasów, którymi rządził początkujący kapitalizm, bezrobocie, kradzieże samochodów, czy też różne afery gospodarcze. Wszystko to bardzo mocno daje się we znaki głównym bohaterom snutej opowieści. Jednocześnie w trudach dnia codziennego rozkwitają uczucia, ludzie dorabiają się fortuny, a także pojawiają się pierwsze gwiazdy rozpoczynającej się ery muzyki chodnikowej.
Paweł Szymczak jest drobnym przedsiębiorcą handlującym na miejscowym straganie czym tylko się da. Kilkakrotnie otarł się o ryzykowne, a niekiedy wręcz nielegalne interesy. Jego żona Andzia otwarła własną pracownie krawiecką, w której na wszystkie możliwe sposoby wyzyskuje swoje pracownice. Pochłonięci zarabianiem pieniędzy małżonkowie zaniedbują swoją jedyną córkę, Małgosię, która co rusz pakuje się w kolejne kłopoty. Dziewczynka nie jest lubiana przez rówieśników, właściwie przyjaźni się jedynie z Julitą, z którą chodzi do klasy. Uważając, że jest za gruba postanawia schudnąć. W dodatku przebywając w odwiedzinach u babci Sabiny nawiązuje znajomość z jednym z jej sąsiadów, podstarzałym Bolkiem, który nie tylko pożycza jej kasety z filmami pornograficznymi, ale i próbuje uwieść ją i jej najlepszą koleżankę. Poznajemy również rodzeństwo - Adriana i Wiolettę, którzy wraz z przyjaciółmi założyli zespół specjalizujący się w muzyce dyskotekowej. Ich kariera nabiera tempa, jednak jego wokalista zaczyna otrzymywać niepokojące anonimy zawierające pogróżki. Wiola zakochuje się w swoim wykładowcy. Ważną postacią w książce jest też brat bliźniak Adriana - Marek. Chłopak rzuca liceum w klasie maturalnej na rzecz handlu kasetami. Niestety, po kilku latach upomina się o niego wojsko. Po powrocie z służby nic mu nie idzie tak jak wcześniej. W dodatku chłopak poznaje smak narkotyków. Mimo to stara się znaleźć stałe i godziwe zatrudnienie. Podczas którejś z kolei rozmowy o pracę poznaje sympatyczną dziewczynę, Renatę. Czy kobieta odzwierciedli jego uczucie?
"Nie pora na łzy" jest ciepłą opowieścią o młodych ludziach osadzoną w realiach przemian gospodarczych. Jej bohaterowie stają się bliscy czytelnikowi nie tylko dlatego, że mają podobne do niego problemy i zmartwienia, ale też temu, że żyją w stosunkowo nieodległej przyszłości. Autorka podkreśla w powieści, jak ważna jest rodzina i więzy, jakie nas z nią wiążą. Pokazuje, że może być ona prawdziwym wsparciem w najcięższych dla nas chwilach.

Tytuł: Przeminą smutne dni
Autor: Edyta Świętek
Okładka: - 
Ilość stron: 384

Książka jest kontynuacją losów rodzin, które czytelnik poznał we wcześniejszej części - Szymczaków i Pawłowskich. W "Nie czas na łzy" główny prym wiodło młode pokolenie, których wczesna dorosłość przypadła na lata 90. XX wieku. 
Wiola po dowiedzeniu się, że jest w ciąży, snuje plany na przyszłość. Postanawia definitywnie skończyć z karierą piosenkarki oraz powiadomić ojca dziecka o ciąży. W momencie, kiedy Mirek z nią zrywa, z dachu pobliskiego przedszkola skacze podkochujący się w niej Tomek. Na szczęście kończy się tylko połamanymi nogami. Po przygodzie z sąsiadem babci Sabiny, który jest pedofilem, Gosia coraz rzadziej odwiedza staruszkę. Pewnego dnia będąc u niej z ojcem spotykają zbiegającą z góry Julitę. Wkrótce matka nastolatki zostaje wyrzucona przez Andzię z pracy, sama Julita zrywa też znajomość z Małgosią. Dziewczyna coraz bardziej ucieka w swój świat. Jedyną osobą, która zdaje się rozumieć jej problemy jest Wiola, do której czasem przychodzi. Paweł, ojciec Gosi, znajduje wreszcie zajęcie, które daje mu przyzwoite dochody - handluje narkotykami pod jednym z liceów. Któregoś dnia trafia do niego Marek, który w dalszym ciągu je bierze. Przez swoje uzależnienie niemal nie dochodzi do tragedii - po kolejnym spotkaniu z Renią miał ją odwieźć do domu. Jednak zamiast to zrobić, poszedł po kolejną działkę narkotyków. W tym czasie Renia została napadnięta i zgwałcona. Rozgoryczona, po poznaniu prawdy zrywa z nim. Załamany chłopak coraz bardziej stacza się na dno.
Czytając tą oraz poprzednią część wielokrotnie zastanawiałam się co sprawia, że "połykam je" w tak szybkim tempie. Wydaje mi się, że historie opisane w nich są po prostu ludzkie. Takie, jakie mogą przydarzyć się w każdej rodzinie. Zresztą same rodziny też nie są cukierkowe i bez wad - mamy do czynienia z przypadkową ciążą, brakiem zainteresowania problemami dziecka, narkomanią. A z drugiej strony widzimy, że starsze pokolenie zawsze przychodzi młodszemu służąc swoją pomocą i dobrą radą.

Tytuł: Noc Perseidów
Autor: Edyta Świętek
Okładka: -
Ilość stron: 320

Istnieje ludowy przesąd, że życzenia, a właściwie to marzenia się spełniają, jeżeli tylko zostaną wypowiedziane w niezwykłą Noc Perseidów.
Tomek i Emilia są przyjaciółmi, którzy wspólnie się wychowywali. On posiada doskonałe wykształcenie(jest prawnikiem), ona zarabia na życie jako ekspedientka w sklepie spożywczym. Różni ich właściwie wszystko - wykształcenie, statut majątkowy, perspektywy na życie, w dodatku Tomek ma pewne wątpliwości co do wykształcenia Emilii -  według niego dziewczyna powinna iść na studia zaoczne, co w przyszłości pozwoli jej zmienić pracę na lepszą. Mimo to młodzi postanawiają się pobrać. Ta decyzja nie do końca podoba się mamie Tomka, która zupełnie inaczej wyobrażała sobie partnerkę życiową swojego jedynego syna. W dniu oświadczyn chłopak poznaje licealną koleżankę Emilki, Adrianny. Atrakcyjna kobieta wpada mu w oko. Mimowolnie zaczyna porównywać ją z Emilią, a nawet próbuje upodobnić ją do Ady, z którą wielokrotnie spotyka się w królewskim Krakowie. Jedno z takich potajemnych spotkań kończy się w hotelowym pokoju. Kilka tygodni później Ada odkrywa, że jest w ciąży. Na tą wieść Tomek postanawia się jej oświadczyć. Przeżywa jednak szok, kiedy dowiaduje się, kim są jej rodzice...

Tytuł: Rzeka kłamstw
Autor: Edyta Świętek
Okładka: - 
Ilość stron: 432

"Rzeka kłamstw" jest pierwszym tomem sagi "Grzechy młodości". Edyta Świętek zaprasza w niej w podróż do Bydgoszczy z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.
Akcja książki opiera się na codziennych perypetiach kilku powiązanych z sobą rodzin. Nestorzy rodu, Franciszka i Leon Trzeciakowie mieszkają wraz z dwójką dzieci, młodszym Eugeniuszem oraz starszą córką Agatą i jej rodziną w niewielkim, aczkolwiek trzypokojowym pokoju na jednym z bydgoskich blokowisk. Eugeniusz, początkowo student, za udział w zamieszkach zostaje wydalony z uczelni. Ponadto popada w niełaskę u miejskich SB-ków oraz rodziców swojej ukochanej, Justyny. Agata jest nauczycielką języka polskiego w jednej z podstawówek. Pomimo tego, że ma kochającego męża oraz dwójkę małych dzieci, od czasu do czasu wdaje się w romans z innymi mężczyznami, w tym z kolegą z pracy. Ich wspólna szkolna wycieczka omal nie kończy się tragedią. Leon i Franciszka mają jeszcze dwójkę dzieci - Tymoteusza i Kazimierza. Tymoteusz wraz z żoną Elżbietą oraz czwórką latorośli niedawno otrzymali przestronne mieszkanie na osiedlu Kapuściska. Mężczyznę pochłania robienie kariery zawodowej oraz częste zaglądanie do kieliszka. Nawet nie zauważa, że jego żona czuje się zaniedbana i coraz bardziej przytłoczona domowymi obowiązkami. Kazimierz wiedzie w miarę ustatkowane życie z Agatą, która dla rodziny porzuciła dobrze zapowiadającą się karierę piosenkarki. Jest jeszcze siostra Franciszki, Hela, która pomimo tego, że podczas II wojny światowej straciła rodzinę, wciąż wierzy, że któregoś dnia jej zagubieni synowie wrócą do domu. Ich losy przeplatają się ze sobą, tworząc panoramę codzienności w okresie początku lat 70 ubiegłego stulecia.

Tytuł: Echa niewierności
Autor: Edyta Świętek
Okładka: - 
Ilość stron: 448

Akcja drugiej części sagi Edyty Świętek zaczyna się w 1971 roku i trwa przez następną dekadę, przy czym kilka lat zostało pominiętych. a dziejące się wtedy wydarzenia zostały tylko pokrótce opisane.
Kiedy Elżbieta Trzeciak wychodzi po kłótni z Tymoteuszem z domu i długo nie wraca, Tymoteusz zaczyna odczuwać niepokój. Postanawia szukać żony. Wkrótce dostaje wiadomość ze szpitala, że jego małżonka próbowała popełnić samobójstwo. Co prawda udało się ją uratować, poroniła jednak ich kolejnego potomka. Początkowo skruszony mężczyzna po pewnym czasie wraca do dawnego życia. Kiedy pewnego razu zostaje ugodzony nożem, całkowicie zmienia swoje podejście. Godzi się z żoną, czego owocem jest nie tylko pojawienie się na świecie jeszcze jednej córki Kingi, ale i budowa własnego domu pod miastem. W ich mieszkaniu w Bydgoszczy ma zostać ich najstarszy syn, Wiesiek, któremu ojciec po zdaniu matury zatrudnił w swoim zakładzie pracy. Nie podoba się to młodszej córce, Marii, rozkapryszonej pannicy, która na wszystkich patrzy z góry. A po narodzinach Kingi musi odstąpić jej rolę ulubienicy ojca. Rozpieszczona przez babkę Benedyktę nie potrafi przyjąć do wiadomości, że nie ma zdolności muzycznych i kombinuje jak zemścić się na znienawidzonej koleżance, której udaje dostać się do ludowego zespołu tanecznego. W tym samym czasie Agata, czując się niewygodnie z tym, że zdradza kochającego ją męża, postanawia zerwać z pracującym dla UB Dereniem. Mężczyzna nie może się z tym pogodzić. Eugeniusz rozpoczyna nowe życie ze spodziewającą się dziecka Justyną. Pewnego razu zostaje wezwany do kierownika Kobry. Jest przekonany, że dostanie wreszcie upragniony przydział mieszkania i wyprowadzi się od rodziców. Tymczasem zamiast tego otrzymuje wypowiedzenie z pracy. Przygnębieni znajdują nowy dom u Heleny. Jest to praktyczne rozwiązanie - staruszka mieszka sama, a kilka lat po ślubie Gienka i Justyny na świecie pojawia się kolejne dziecko. Zmorą chłopaka jest praca - a raczej jej brak. W końcu zatrudnia się jako dozorca. Szczęście uśmiecha się też do staruszki - z Niemiec przychodzi list na temat tajemniczego chłopca przebywającego kiedyś u sąsiadów nadawcy. Kiedy wszystko zaczyna się układać, nad rodziną znowu pojawiają się czarne chmury.
Znakomita saga rodzinna, którą czyta się z zapartym tchem a intryga goni intrygę. Bardzo mi się podobało wtopienie w akcje autentycznych wydarzeń, takich jak na przykład wybór Karola Wojtyły na papieża. Dzięki temu wydarzenia nabierają autentyczności. Natomiast zawieszenie akcji na końcu książki w najbardziej dramatycznym momencie powoduje rodzenie się w głowie czytelnika wiele pytań i wręcz sięgnięcia po kolejną część sagi, chcąc znaleźć odpowiedź na pytanie - i co się stało z Gienkiem?

Tytuł: Cień zbrodni
Autor: Edyta Świętek
Okładka: - 
Ilość stron: 448

To już moje trzecie spotkanie z sagą przedstawiającą perypetię trzypokoleniowej rodziny Trzeciaków. Dzieci dorastają, przysparzając swoim rodzicom sporo trosk i zmartwień. Pojawia się widmo śmierci, ale czekają ich też radosne chwile, jak śluby czy też powiększenie się rodziny.
Poprzednia część zakończyła się spotkaniem Tymoteusza i Eugeniusza nad rzeką. W wyniku wywiązanej podczas szamotaniny bójki, młodszy z braci wpada do wody. Prawdopodobnie jednak udaje mu się przeżyć(prolog książki), po czym ginie po nim ślad. Kiedy kilka miesięcy później na brzegu Brdy odnalezione zostają anonimowe zwłoki, Kazimierz pozoruje je na ciało swojego brata, podrzucając mi różaniec. Jest to jedna z jego ostatnich akcji - wkrótce, rozczarowany funkcjonowaniem MO. W dodatku jego córka, Manuela, wychodzi za mąż za Alberta, zagorzałego przeciwnika aktualnej władzy, Alberta. Wzbudza tym zazdrość swojej kuzynki, Marii. Justyna zostaje wdową, która w dalszym ciągu mieszka u Heleny. Z ledwością wiążą,  koniec z końcem, wspomagani przez Agatę i Tymka. Pewnego dnia do drzwi ich mieszkania puka listonosz, który przynosi tajemniczą paczkę z Niemiec. Wśród dóbr Helena znajduje list od Klausa Engela, który twierdzi, że kiedyś miał inną rodzinę, w tym brata Simona. A przecież starszy syn kobiety tak właśnie miał na imię. Od tego momentu kobiety dostają dodatkowe wsparcie w postaci przesyłek z zagranicy. Nad rodziną Agaty i Wojciecha zawisają ciemne chmury. Odkrywszy zdradę żony, mężczyzna postanawia wyprowadzić się z domu. Wkrótce okazuje się, że Piotrek nie jest jego synem.  Początkowo nieufny wobec przyjaciela rodziny nastolatek, z czasem akceptuje fakt, że właśnie on jest jego ojcem. Zupełnie inaczej zachowuje się jego siostra, Beata, która przysparza matce coraz większych kłopotów. Z czasem Agata i Roman snują plany o wspólnym życiu. Wszystko zmienia fakt uprowadzenia i zabicia księdza Jerzego Popiełuszki oraz to, że tego wieczora widziano pracującego w esbecji Romka pod kościołem, w którym miał różaniec. Tymczasem Tymoteusz nie może sobie poradzić ze świadomością, że przyczynił się do śmierci swojego brata. Podczas pogrzebu Eugeniusza słyszy klątwę rzuconą przez Franciszkę na zabójcę i jego dzieci. Wkrótce odkrywa, że najstarszy syn, Wiesiek, jest winny wielu malwersacji w firmie oraz przez romans z nim, jedna z pracownic spodziewa się dziecka. Zwalnia chłopaka, a wszelkie zobowiązania tuszuje za niego. Wiesiek nie zmienia jednak swojego życia. Pewnego dnia zostaje brutalnie pobity, w szoku wchodzi pod nadjeżdżający pociąg. Trosk przysparza mu także najstarsza córka, Maria, którą też zatrudnił w swojej firmie. Dziewczyna na wszystkich patrzy z góry, nikogo nie szanuje. Skuszona przez babkę Wilimowską perspektywą odziedziczenia po niej mieszkania, zmienia nawet imię i nazwisko na Mirellę Wilimowską. Wkrótce wychodzi też za Aleksandra Bauma, lekkoducha i darmozjada. W duchu planuje ich wspólną przyszłość w przytulnej kamienicy. Niestety, kiedy staruszka umiera okazuje się, że wszystko przepisała na opiekującą się nią siostrę PCK. To jednak nie koniec nieszczęść, jakie ich czekają...

Tytuł: Szczyty chciwości
Autor: Edyta Świętek
Okładka: - 
Ilość stron: 448

Wraz z czwartą częścią "Grzechów młodości", noszącej intrygujący, przynajmniej dla mnie, tytuł "Szczyty chciwości", przenosimy się do Bydgoszczy w czasach zmian reformacyjnych. Kto najbardziej na tym zyska, a kto straci?
Wraz z czwartą częścią żegnamy się z nestorami rodu Trzeciaków. Leon umiera na zawał serca dowiedziawszy się o wypadku Kingi nad zalewem. Rok później, w skutek nieszczęśliwego wypadku, odchodzi cierpiąca na zaniki pamięci Franciszka. Musimy pożegnać się także z sympatyczną Heleną, która umiera w przeświadczeniu, że odnalazła swojego zaginionego przed laty syna, Teosia. Tymczasem Justyna, która po śmierci staruszki jedzie do Niemiec, nie tylko odkrywa prawdziwą tożsamość Klausa Engela, ale i okoliczności śmierci Eugeniusza. Kobieta odsuwa się co prawda od braci męża, ale za to zbliża do jego siostry, Agaty. Ta powoli układa sobie życie na nowo po rozstaniu z Dereniem. Mężczyźnie, po nocy spędzonej z byłą żoną, rodzi się chora córeczka. Jedynym ratunkiem wydaje się kosztowna zagraniczna operacja. Kostucha nie oszczędza również rodziny Tymoteusza - kilka lat po tragicznym wypadku umiera ich najmłodsza córka, Kinia. Trosk przysparzają im także pozostałe dzieci, a zwłaszcza starsza z córek, Maria(Mirella), która co prawda wyszła za mąż i urodziła dziecko, jednak wkrótce rozwiodła się z Aleksandrem oraz oddała mu ich córeczkę. W dodatku za bardzo się wtrąca w sprawy funkcjonowania rodzinnej firmy. Ciężkie czasy czekają też Ewę i Kazimierza oraz ich dzieci.
Kto tym razem pierwszy stanie na szczycie chciwości, nie przejmując się niczym dookoła? Czy uda się uratować córeczkę Dereniów? I jaką intrygę uknuje oraz jaką tajemnicę odkryje Maria? Tego dowiemy się czytając przedostatni tom sagi Edyty Świętek. Osobiście, im bliżej byłam końca, tym bardziej zastanawiałam się, czym w ostatniej części zaskoczy mnie autorka.

Tytuł: Pokłosie przekleństwa
Autor: Edyta Świętek
Okładka: -
Ilość stron: 494

Kiedy sięgnęłam po pierwszy tom sagi rodzinnej "Grzechy młodości", byłam przerażona tym, że oprócz niego mam do przeczytania jeszcze kolejnych cztery. Nawet nie spodziewałam się, że sięgnięciu po ostatni będzie mi towarzyszyć swoista nostalgia połączona z ciekawością, jak zakończy się cała historia. Co ważne, w ostatniej części główne skrzypce gra młodsze pokolenie Trzeciaków.
Czwarty tom zakończył się wyznaniem miłości Justynie przez przybyłego z Niemiec Romana. W piątym tomie Justyna powie >>tak<< przyjacielowi swojego męża. Również jej syn, Michał, założy dość liczną rodzinę. Jedynie Jola będzie spędzała kobiecie sen z powiek. Dziewczyna co prawda robi oszałamiającą karierę w korporacji, jednak kosztem życia rodzinnego. Również życie Kostów zmienia się nie do poznania - zbuntowana w poprzednich częściach Beata idzie w ślady matki i zostaje nauczycielką. Z czasem wychodzi za pracującego w tej samej szkole historyka. Chociaż w dalszym ciągu mieszkają u Agaty, to dzięki temu emerytowana nauczycielka ma kontakt z wnukami. Z kolei Piotrek zostaje redaktorem muzycznym, a w wolnych chwilach pisze powieści. Nie założył rodziny, nie licząc jamnika o imieniu Teodor. Całkiem nieźle wiedzie się też dzieciom Kazimierza i Ewy, która ustąpiła miejsca na scenie młodszym piosenkarzom. Manuela z Albertem i dziećmi na jakiś czas przenoszą się do Warszawy - ona dostaje angaż w ogólnopolskiej telewizji, on zostaje przedstawicielem handlowym sieci farmaceutycznej. Bardzo chce otworzyć filię w Bydgoszczy, już nawet planuje zatrudnić w niej swojego najlepszego przyjaciela, Filipa, niestety on umiera przedwcześnie na nowotwór, pozostawiając żonę i córeczkę Lenę. Po latach Ślusarki wracają do Bydgoszczy, a pomiędzy Leną a ich synem Juliuszem zaczyna iskrzyć. Lena zaczyna też pracę w zakładzie Tymoteusza Trzeciaka. Chociaż musi znosić humory jego córki, on sam darzy ją sympatią. Mira ma nadzieję w przyszłości przejąć rodzinne przedsiębiorstwo, tym bardziej że rodzice dowiedzieli się co robi ich syn. Dodatkowo dziewczyna chce otworzyć sieć sklepów z biżuterią. Nie przewiduje jednak, jakie mogą z tego wyniknąć konsekwencję...
Jak wszystkie pozostałe części, także i tą przeczytałam nie tylko z zapartym tchem, ale i prawdziwą ciekawością. I wiecie co? Kiedy dobrnęłam do końca sagi, zrobiło mi się smutno. Może dziwnie to zabrzmi, ale naprawdę zżyłam z bohaterami tych pięciu książek. Niektórych darzyłam sympatią, inni działali mi na nerwy. Kończąc kolejne tomy zastanawiałam się, co będzie w kolejnym. Muszę jednak przyznać, że takiego finału nie mogłam sama wymyślić.

Tytuł: Na Zachodzie bez zmian
Autor: Erich Maria Remarque
Okładka: - 
Ilość stron: 192

Powieść "Na Zachodzie bez zmian" należy do najgłośniejszych dzieł literatury XX wieku. Jej bohaterowie, podobnie jak sam autor, należą do „straconego pokolenia”: pokolenia, którego młodość przepadła w okopach pierwszej wojny światowej.
Osiemnasto-, dziewiętnastolatkowie trafiają na front niemal prosto ze szkolnej ławy, namawiani przez nauczycieli do spełnienia obowiązku wobec ojczyzny. Czymże jednak jest ten obowiązek? – pytają siebie, świadomi, że strzelają do takich jak oni młodych, tęskniących za domem i pokojem i pytających o sens wojny wrogów.
Okrucieństwo machiny wojennej, w której są zaledwie trybikami, odbiera im najpierw poczucie człowieczeństwa, a w końcu i życie – i w tym sensie są oni dosłownie „straconym pokoleniem”.

Tytuł: Napój miłosny
Autor: Eric - Emmanuel Schmitt
Okładka: - 
Ilość stron: 144

Czy mamy swobodę w wyborze tego, kogo kochamy? Czy to my wybieramy? Czy zostajemy wybrani?
Adam, psycholog, twierdzi, że posiadł tajemnicę „napoju miłosnego”. Uważa, że potrafi sprawić, że każda kobieta legnie u jego stóp.
Luiza nie wierzy, że miłość można tak po prostu wywołać. Pragnie pojąć istotę uczucia. Czy jest skutkiem jakiegoś chemicznego procesu? Czy może duchowym cudem?
Postanawiają założyć się, kto ma rację i wystawić teorię Adama na próbę. Pewny siebie mężczyzna podejmuje się uwieść koleżankę Luizy. Jednak sytuacja szybko wymyka się spod kontroli, a dwuznaczna gra, jaka wywiązuje się pomiędzy bohaterami, prowadzi do zaskakującego zakończenia…

Tytuł: Noc ognia
Autor: Eric - Emmanuel Schmitt
Okładka: - 
Ilość stron: 176

Mówi się, że nie można pójść na pustynię i wrócić jako ta sama osoba… Ta książka to niezwykła opowieść o człowieku, który stanął na krawędzi zwątpienia. Miał dość swojego dotychczasowego życia, więc przyjął propozycję przyjaciela i wyruszył na Saharę, by tam zbierać materiały do filmu. Pewnego wieczoru przypadkiem odłączył się od karawany. Beduiński przewodnik zniknął mu z oczu. Nie miał wody, ubrań ani nawet kompasu. Był zupełnie sam, zagubiony pośrodku pustyni. Powoli zapadały ciemności... Tak zaczęła się noc, która odmieniła jego życie. Bo czasem trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć. Tym człowiekiem był Eric-Emmanuel Schmitt.
"Noc ognia" to wyjątkowa książka w dorobku Erica-Emmanuela Schmitta, autora bestsellerowych Papug z placu d’Arezzo, Trucicielki i Oskara i pani Róży. Dzieląc się z czytelnikami głęboką refleksją i własną historią, Schmitt uczy, jak wykorzystać niepowtarzalną szansę, by na zawsze zmienić siebie – i swoje życie – na lepsze.

Trzymajcie się ciepło!

wtorek, 27 października 2020

1227. Gdyby głupota miała skrzydła...

Jakby się tak dobrze zastanowić, to jest w tym nieco prawdy...

Od soboty cała Polska jest w tzw. czerwonej strefie, od około dwóch tygodni(mogę coś pomylić) jest nakaz noszenia maseczek w miejscach publicznych. O innych restrykcjach już nie wspominam. Starsze dzieci i młodzież przeszli na nauczanie zdalne. Mój dyplom i suplement ukończenia studiów leżą w jakiejś przegródce w uczelnianym sekretariacie i czekają, aż to całe szaleństwo się skończy. Statystyki zachorowań na koronawirusa oraz zgonów pośrednio lub bezpośrednio nim spowodowanych lecą na łeb na szyję. Ta druga grupa w niedzielny poranek została "zasilona" przez jednego członka mojej rodziny. Mężczyzna, 61 lat, miał nadciśnienie, ale kontrolowane. Jego żona, a moja ciocia, przywlekła to dziadostwo z przedszkola. Jedna z jej koleżanek zaraziła się nim na weselu. Zanim wystąpiły objawy normalnie uczęszczała do pracy(nie wiem, czy nie wiedziała, że jest na nim zakażona osoba, czy też wiedziała, ale to zbagatelizowała), rozsiewając ustrojstwo dalej. Kiedy wystąpiły u niej objawy, cały personel przedszkola wysłano na kwarantannę. A wraz z personelem ich rodziny. Nie inaczej było z wujostwem - 5 osób zostało w domu(małżonek kuzynki mieszkającej w tym samym domu miał "szczęście" i w tym czasie był na delegacji - pracuje w branży związanej z budowlanką i często go nie ma). Ciocia przechodzi wszystko w miarę dobrze, kuzynka jest zakażona, ale bezobjawowo, jej syn(a zarazem mój najstarszy chrześniak) podobnie, córce test wyszedł ujemny. Najgorzej wszystko zniósł wujek - w piątek pogotowie zabrało go do szpitala w Krakowie, w niedzielę już nie żył. Nawet człowiek nie weźmie udziału w pogrzebie, bo nie ma jak dojechać.

Dlatego wkurza mnie, kiedy czytam na fb "wypowiedzi" moich znajomych, w których wręcz są dumni z tego, że chodzą po tym świecie bez maseczki. I to nie dlatego, że z jakiś względów nie mogą, czy zapomnieli(mnie się z 3 razy tak zdarzyło przed wakacjami i za każdym razem modliłam się w duchu, żeby nikt mnie nie złapał na tym wykroczeniu), ale był to ich w pełni świadomy wybór. Jeszcze się oburzają, że ludzie dziwnie na nich patrzą, odsuwają się, a nawet upominają o założenie maseczki... Bo przecież żadnego wirusa nie ma, a już na pewno oni nie zarażają... Zresztą wiosną przeczytałam, jak to osoby niepełnosprawne mają fajnie z powodu posiadania orzeczenia o niepełnosprawności, bo łatwiej im znaleźć pracę. Jednak kiedy zapytałam się jej wprost, czy chce się ze mną zamienić chociaż na jeden dzień i mieć moje "przywileje", to wpis zniknął.

Kurcze, aż mi się przysłowiowy nóż w kieszeni otwiera. Też bym mogła nie nosić maseczki, chociażby ze względu na mniejszą pojemność płuc. Albo niepełnosprawność rąk. Albo ślinotok, którego czasami(naprawdę czasami!!!) nie umiem opanować. A jednak noszę. Wierzę, że chociaż w minimalnym stopniu uchronię w ten sposób nie tylko siebie, ale i innych. Co prawda mało prawdopodobne, abym przeszła zakażenie bezobjawowo, to jednak zawsze mogę zarazić innych zanim ja się rozchoruję. Argumentacja, że covid jest tylko wymysłem też dla mnie nie trafia. Zwłaszcza po tej historii z moim wujkiem(a jeszcze na czerwcowym spotkaniu rodzinnym planował nas odwiedzić po tym wszystkim...). Nie ogarnia mnie paranoja, ale jednak zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. Czy inni też się opamiętają, zanim będzie za późno? Czy na prawdę sami muszą zetknąć się z covidem, żeby zacząć myśleć o ochronie siebie i innych?

Trzymajcie się ciepło i dbajcie o siebie... oraz o innych.

sobota, 24 października 2020

1226. "Byłam" na Kongresie OzN

Już po raz szósty zorganizowano Kongres Osób z Niepełnosprawnością. Dotychczasowe edycje odbywały się w Warszawie. Tegoroczną, z wiadomych wszystkim względów, została przeniesiona do wirtualnego świata. Dla mnie to była pierwsza tego typu konferencja, a że dotyczyła zagadnienia związanego z pozainstytucjonalnymi możliwościami zamieszkania osób z niepełnosprawnościami. Temat według mnie bardzo ciekawy. Co prawda sama nie mam potrzeby korzystania z takiego wsparcia, aczkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że są osoby, które byłyby w stanie funkcjonować w miarę samodzielnie, gdyby tylko była taka możliwość. Ileż wtedy zwolniłoby się miejsc w Domach Pomocy Społecznej dla najbardziej niesamodzielnych obywateli naszego kraju, w sytuacji, kiedy rodzina nie jest w stanie zapewnić im należytej opieki.

Ale o czym my mówimy? Jak wygospodarować mieszkania adaptacyjne, kiedy na zwykłe mieszkanie komunalne rodziny czekają latami? Skąd wziąć asystentów osób niepełnosprawnych, którzy byliby skłonni poddać się tej niełatwej pracy? Albo trenerów codziennych czynności, wszak wiele rodziców/opiekunów osób niepełnosprawnych niewiele wymaga od swoich podopiecznych(widać to nawet w szkole), robiąc w ten sposób z nich niezaradnych życiowo ludzi. Dlatego jeszcze raz powtórzę, że cieszę się, że trafiłam na takich, a nie innych rodziców, którzy wymagali ode mnie w zakresie moich możliwości. Że może nie zawieszę sobie w oknie firanki, czy też nie doniosę szklanki z herbatą z kuchni do pokoju, ale posprzątam w domu, zrobię zakupy, ugotuję sobie zjadalny obiad. 

Jest jeszcze jedna sprawa - zatrudnienie osób, które miałyby samodzielnie zamieszkać. Zauważmy, że nie wszyscy mogą mieć przyznane słynne 500+(ja na przykład nie mam), a wyżyć jakoś trzeba. Niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę. Co prawda co roku świadczenie rentowe/emerytalne jest waloryzowane, ale to są niewielkie podwyżki, rzędu kilkunastu, kilkudziesięciu złotych na miesiąc. A życie kosztuje, zwłaszcza wtedy, kiedy dotychczas za bardzo nie interesowało się takimi sprawami. Trzeba i prąd, i czynsz, i inne media opłacić, trzeba coś zjeść, czasami w coś się ubrać. Temat ten jest pomijany tak, jakby życie nic nie kosztowało. Tymczasem zderzenie z rzeczywistością bywa bardzo bolesne. 

Niemniej cieszę się, że wyszła taka inicjatywa, że została ona na nowo poruszona. Nawet głosowałam za postulatami, jakie w trakcie tego Kongresu powstały. Tylko tak jak piszę - wszystko trzeba przemyśleć i zaplanować tak, aby miało to ręce i nogi. Inaczej sprawdzi się powiedzenie, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Poza tym trzeba jasno określić kryteria osób, które miałyby trafić do takiego mieszkania, co powinny umieć, jakimi kompetencjami powinni się wykazać, jakie doświadczenie posiadać. Bo nie każdy będzie się nadawał do takiego mieszkania. A z drugiej strony proceder może być nadwykorzystywany tak samo, jak prawo do aborcji. Ale to już temat na inną notatkę...

Trzymajcie się ciepło i nie traćcie pogody ducha

środa, 21 października 2020

1225. Pozostawił we mnie dobre wspomnienia

Kilka lat temu napisałam notatkę na temat pewnej piosenki -> >>KLIK<<. Kiedy wczoraj media obiegła informacja o śmierci aktora Dariusza Gnatowskiego, to właśnie ten obraz stanął mi przed oczami.

Wtedy, w 2015 roku nie potrafiłam wstawić odpowiedniego fragmentu z serialu do notatki, chyba nawet nie ma go na youtubie. Wczoraj udało mi się wyciąć interesujący mnie wątek z całości. Tak, aby po prostu go mieć, bez względu na wszystko.
Nie jestem szczególnym fanem sitcomu "Świat według Kiepskich". Kiedyś oglądałam okazjonalnie, teraz czasami coś tam zobaczę w internecie. Ale rzadko. O odcinku, z którego pochodzi powyższy fragment dowiedziałam się z teleturnieju "Awantura o kasę". Zaintrygował mnie, odnalazłam go w sieci, obejrzałam, spodobał mi się. Ale to był wyjątek, jeden z niewielu, jaki mogę wymienić na palcach. Te pierwsze odcinki jednak do mnie bardziej trafiają. Być może podświadomie kojarzą mi się z beztroską wakacji z 2000 roku, kiedy to oglądaliśmy je razem z kuzynostwem u naszej babci na kanapie w salonie? Z tym, żeby na chwilę rzucić zabawę i pośmiać się do rozpuku z Ferdka Kiepskiego? A jednocześnie wyszukać w odcinkach prawdziwych perełek jak ta powyżej.
Boczka jakoś zawsze darzyłam sympatią. Też był obiektem kpin wśród mieszkańców swojego podwórka. Nie, w moim przypadku więcej razy doświadczałam oznak sympatii niż odrzucenia, czy też wyśmiewania, nie mniej jednak zdarzały się takie sytuacje. Dlatego rozumiałam, co mógł czuć w takiej chwili. Tak, wiem że to tylko taka rola, ale w wielu 10-11 lat rzeczywistość myliła mi się z fikcją.
Według mnie Dariusz Gnatowski odnalazł się jako Arnold Boczek i może przekazał tej fikcyjnej postaci coś z siebie. No i tak smutno mi się zrobiło, kiedy usłyszałam, że umarł. Zbyt szybko, zdecydowanie zbyt szybko. Ja zaś chcę go zapamiętać takim, jak w tej piosence - nie tylko radosnego, ale i niosącego radość drugiej osobie.
Z przyziemnych spraw - chociaż trener na L-4 to udało się znaleźć za niego tymczasowe zastępstwo. Nawet jest nieźle. Być może poszerzę uprawiane przeze mnie dyscypliny o rzut oszczepem, albo pchnięcie kulą. Wszystko dopiero się okaże.

wtorek, 20 października 2020

1224. Będzie dobrze - mam nadzieję

Pamiętam jak przed 11 laty z niecierpliwością wyczekiwałam dnia 1 października, kiedy miałam po raz pierwszy, jako student, przekroczyć progi katowickiej Akademii Wychowania Fizycznego. Rozpoczynała się moja trzyletnia przygoda na kierunku zarządzanie w fizjoterapii i sporcie osób niepełnosprawnych. Nie będę ukrywała, że nie był to mój wymarzony kierunek, aczkolwiek dzisiaj nie żałuję tego wyboru. Zaczynał się dla mnie nowy etap - szkoły wyższej. Kiedyś pozostawał on w sferze moich marzeń, teraz stawał się namacalną rzeczywistością.
Tak się złożyło, że nikt z moich znajomych nie wybierał się na ten specyficzny dosyć kierunek studiów, zaledwie garstka rozeszła się po pozostałych wydziałach Akademii. Spotykaliśmy się od czasu do czasu na korytarzu, nie zmienia to jednak faktu, że zostałam sama na placu boju. Oczywiście wspierało mnie wiele osób, od rodziny zaczynając, po znajomych w klubie sportowym, a na scholi parafialnej kończąc, jednak na samej uczelni, a właściwie to w mojej grupie nie miałam się za bardzo do kogo zwrócić. Na szczęście nie była ona zbyt liczna(cały rocznik podzielono wedle specjalizacji na mniejsze grupy ćwiczeniowe) - były nas 32 osoby, prawie tyle, ile liczyła wówczas przeciętna klasa, toteż w miarę szybko z większością z nich znalazłam wspólny język. Co ciekawe, chociaż ani razu nie byłam z nimi "na piwie", nie miałam najnowocześniejszego telefonu, zawsze się z nimi dogadywałam. No, może prawie zawsze, bo raczej nigdy nie jest w 100% idealnie w społeczeństwie pełnym indywidualności. Jednak z wieloma z tych ludzi utrzymuję kontakt do dzisiaj. 
Byłam chyba ostatnim rocznikiem na AWFie w Katowicach, który rozpoczynał zajęcia 1 października. Od następnego roku dzień 1 październik jest dniem organizacyjnym(w moim przypadku takim dniem był 30 wrzesień). Teraz, z powodu pandemii, wszystko jeszcze bardziej się opóźniło. Młoda zaczęła studia z tygodniowym "oficjalnym poślizgiem". Młodsza powinna zacząć od tego tygodnia swoją studencką przygodę. Miała, ale matury nie zdała, z poprawką też jej nie poszło(wyjątkowo nie obwiniam się za jej niezdaną poprawkę z matematyki, w miesiąc przeciętnemu człowiekowi trudno jest nadrobić 3 lata, zwłaszcza kiedy nie przykładał się przez ten okres do nauki). Może za rok jej się uda. Trochę mi się śmiać chciało, kiedy ze zdziwieniem przyjęła, iż nawet bycie w kadrze narodowej nie spowoduje, że przyjmą ją na wymarzoną uczelnię bez matury. Mam nadzieję, że to zadziała jako dodatkowa motywacja. Jednak aby nie stracić tego roku zapisała się do jednej z bardziej znanych szkół policealnych na kierunek technik administracji.
Moja druga kuzynka, zresztą jej rówieśnica - zupełnie na odwrót. Codziennie dojeżdżała do liceum w mieście powiatowym, zaliczała je z wyróżnieniem. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że dziewczyna nie tylko mieszka na wsi, ale i gospodarstwie rolnym. Dostała się na coś z kartografią na AGH. Pochodziła cały tydzień, wszak Kraków jest w strefie czerwonej i uczelnie przeszły na system zdalny. I tyle było jej radości z rozpoczęcia studiowania w "wielkim świecie". Ten ów "wielki świat" przyjął formę niewielkiego pokoju dzielonego z rodzicami i starszym bratem.
Jest jeszcze Młoda, trzecia kuzynka, która też studiuje na katowickim AWFie. Przed wybuchem pandemii pomieszkiwała u mnie. Wybuchła pandemia, zjechała do domu. Teraz była u mnie przez 2 tygodnie, bo uczelnia ponownie przeszła na tryb zdalny(a przynajmniej Wydział Zarządzania). Proponowałam jej, że może u mnie mieszkać tak długo jak tylko chce, wolała jednak zjechać z powrotem do domu. W zamyśle - będzie mogła na spokojnie pisać pracę licencjacką(za moich czasów był to egzamin z wiedzy zdobytej na studiach), w rzeczywistości może być różnie. Tym bardziej, że jej powiat jest w strefie czerwonej. A więc role niejako się odwróciły - wszak to u mnie przed wakacjami była prawdziwa tragedia z ilością zachorowań. 
Mnie też trochę się sprawy życiowe skomplikowały, nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mam mały kurcgalopek, mimo że przez dłuższą część dnia siedzę w domu. Z drugiej strony, ta sytuacja może mi nieco logistycznie ułatwić niektóre życiowe sprawy. No i wreszcie mam też czas na to, co ma dla mnie niemałe znaczenie. Chociaż z drugiej strony - brakuje mi niektórych rzeczy. Niektórych spotkań, twarzy. Z powodu obostrzeń na razie np. odpuściłam pływanie(na treningi dojeżdżam 2 autobusami). Ale przecież kiedyś wszystko wróci do normy. Będzie dobrze, bo musi tak być! A dla poprawienia humoru czytam sobie "Grey'a" :).

P.S.: Poprzednią notatkę napisałam z małą obawą co do Waszej reakcji. Wiecie, dzisiaj czasami strach pisać o niektórych rzeczach, sama się o tym niejednokrotnie przekonałam. Tymczasem, nawet jeżeli macie inne zdanie niż ja, umiecie to wyrazić w kulturalny sposób. Dziękuję Wam za to...

piątek, 16 października 2020

1223. Papież prawdy i prawości

Dzisiejszy różaniec w miejscu, gdzie 21 lat temu papież spotkał się z 
mieszkańcami Zagłębia Dąbrowskiego

...Opatrzność Boska Karola,
znów do Watykanu zawiodła.
Tłum wielki czeka z radością,
na Placu świętego Piotra. 
Już dym się unosi z komina,
i z dźwiękiem dzwonów się splata.
A dzień szesnastego października,
zapisze się w historii świata.
Na balkon wychodzi kardynał,
o nowym papieżu wie wszystko.
Karol tak właśnie ma on na imię,
Wojtyła - jego nazwisko.
Zdziwił się oto tłum wielki,
po plecach przeszedł dreszcz zimny.
- Czyżby on przybył z Azji?
- Z Afryki? - szepnął ktoś inny.
Nim Karol na balkon wyszedł,
chwila musiała upłynąć.
Jan Paweł II zwał się od teraz,
i z imienia tego już będzie słynąć.
Zachwycił się tłum zebrany,
zachwycił się cały świat.
- Z dalekiego kraju jam powołany-
mówił po włosku - niczym brat.
Nad Wisłę nadbiegła wieść wielka
ziściły się słowa wieszcze.
Słowianin, Polak - Papieżem!
spełniło się wszystko nareszcie...

Zgodnie z wyrażoną przez Was wolą, bo głosów sprzeciwu się nie doczekałam, postanowiłam się dzisiaj podzielić fragmentem mojej "książki" - "Opowiem Ci o pewnym Karolu" opowiadającym o wyborze Karola Wojtyły na papieża. Ot tak, z okazji rocznicy o której wiedzą zarówno wierzący, jak i niewierzący. Przyznam szczerze, że tą książkę pisało mi się dużo gorzej, niż zaprezentowaną wcześniej pozycją "Opowiem Ci o Aniołach Stróżach". Ale nie jest łatwo streścić tak bogatą biografię, jaką miał Karol Wojtyła i w dodatku w rymujący się(przynajmniej w teorii) sposób.
Chociaż dzisiaj różne słyszy się opinie o Janie Pawle II, o tym, że tuszował afery pedofilskie w Kościele, czy też o tym, że wręcz powinien być za nie dekanonizowany(och, gdybyśmy mogli tak łatwo dostrzegać belki w naszych oczach, to bez problemu wybudowalibyśmy z nich drabinę sięgającą Nieba), to nie da się ukryć, że był to pontyfikat pełen budowania różnych mostów pomiędzy ludźmi. Nie mnie osądzać, czy pogłoski o "grzechach" papieża Polaka są prawdziwe, czy też nie. Od tego jest Bóg. Mogę jedynie opierać swoje życie na jego nauczaniu, co staram się robić. Jest to niesamowicie trudne, zwłaszcza kiedy cały dzisiejszy świat każe nam być zwróconym bardziej na siebie niż na innych, przez co nie raz zapominamy o bliźnich. Żyjemy też po swojemu, tak jak nam wygodniej. 
Życie papieża nie było usłane różami. Przeżycia ukształtowały nie tylko jego osobowość, ale i program nauczania. Podoba mi się, że w wielu kwestiach pozostawał nieugięty, chociaż zapewne wielu ludzi naciskało na niego o zmianę pewnych decyzji. 
Wiem, że w wielu parafiach są jego relikwie, w mojej od miesiąca też, w niektórych miastach wzniesiono pomniki na jego cześć, nadawane są ulice jego imienia. Ale tak się zastanawiam, czy dużo piękniejszymi pomnikami nie byłoby wcielenie niektórych jego nauk w życie. Bo Jan Paweł II to nie tylko staruszek opowiadający o kremówkach(a wielu tak go właśnie postrzega), Jan Paweł II to przede wszystkim wiele, wiele pozostawionych tekstów wskazujących na aspekty moralne naszego życia. Ja wiem, że te teksty nie są łatwe(na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie akurat omawialiśmy wiele z nich), ale może warto zacząć od homilii wygłoszonych podczas pielgrzymek do Polski? Przyjrzyjmy się też jego czynom. Czynom, z których, jak to powiedział ksiądz arcybiskup Marek Jędraszewski w homilii wygłoszonej podczas inauguracji roku akademickiego Uniwersytetu Jana Pawła II, "biła prawdziwość i prawość, a te znamiona są innymi imionami świętości". Głosił prawdę na wszystkich kontynentach i nie paraliżowała go obawa, że coś mu się za to może stać. Przenikała go bojaźń Boża, co objawiało się w jego niesamowitej pokorze. Uwierzył w słowo prawdy, zawarte w Ewangelii. Całą swoją nadzieję złożył w Synu Bożym, za przyczyną matki Jego, Maryi. 
Czy głoszenie prawdy w dzisiejszych czasach jest trudne? Jeszcze jak! Zważając na ciągłe fake newsy, które bombardują nas ze wszystkich stron. A tymczasem, jak zostało wspomniane w homilii, powinno się "głosić świadectwo aż do bólu rzetelne, o Bogu i o człowieku. I dawać świadectwo prawdzie tak jednoznaczne, jak do tego nas wzywa Chrystus w Kazaniu na Górze: Niech wasza mowa będzie tak, tak, nie, nie. A co nadto jest od Złego pochodzi(Mt 5, 37)". Dlatego wolę nie osądzać nikogo na podstawie tego, czego nie zrobił chociaż mógł(przecież to takie wygodne, prawda?), a raczej skoncentrować się na działaniach. I nie tylko w stosunku do papieża. Oczywiście, każdy z Was może mieć inne zdanie na ten temat, nie bronię. Ale wtedy nie obwiniajcie wszystkich katolików np. za pedofilię w kościele. To trochę tak, jakby obwiniać wszystkich Niemców za to, że Hitler wywołał II wojnę światową.

Trzymajcie się ciepło

czwartek, 15 października 2020

1222. Jesienne kadry

Jesień - Leopold Staff
Jesień mnie cieniem zwiędłych drzew dotyka,
Słońce rozpływa się gasnącym złotem.
Pierścień dni moich z wolna się zamyka,
Czas mnie otoczył zwartym żywopłotem.

Ledwo ponad mogę sięgnąć okiem
Na pola szarym cichnące milczeniem.
Serce uśmierza się tętnem głębokiem.
Czemu nachodzisz mnie, wiosno, wspomnieniem?

Tak wiele ważnych spraw mam do zachodu,
Zanim z mym cieniem zostaniemy sami.
Czemu mi rzucasz kamień do ogrodu
I mącisz moją rozmowę z ptakami?

Po raz kolejny zachwycam się wierszem o jesieni napisanym przez Leopolda Staffa. Ileż w nim jest prawdy i piękna zamkniętego w prostych słowach tworzących zdania. Pamiętam, że kiedyś recytowałam go na jakiejś szkolnej akademii. I chyba wtedy, podczas licznych rozmów z panią R.(nota bene, teraz prowadzimy równie zawzięte dyskusje na messengerze), odkryłam jego wewnętrzne piękno  wraz z ponownym odkryciem piękna jesieni. Wiem, że wiele ludzi niezbyt lubi tą porę roku i wymieniają przeróżne argumenty. A ja, chyba zacznę się już powtarzać, wprost ją uwielbiam. Za kolory, za kasztany, za tuptające pod murem jeże, za wykopki, za szeleszczące pod butami liście i owoce na wiśni rosnącej na terenie Oratorium. Za ostatnie ciepłe powiewy wiatru i radosny świergot wróbli za oknem.
Ale chyba wszyscy, przechodząc przez las czy też park, zachwycamy się kolorami jesieni. Trzeba wiedzieć, że w naszym kraju występuje około 50 gatunków drzew liściastych. Jak łatwo zauważyć, ich liście różnią się nie tylko kształtem i wielkością, ale też barwą. Tą ostatnią różnicę szczególnie widać jesienią. O tej porze roku z liści znika dominujący do tej pory zielony barwnik, chlorofil. Widoczne natomiast stają się żółte ksantofile, pomarańczowe i czerwone karotenoidy oraz krwistoczerwone, a nawet fioletowe i niebieskie, antocyjany. 
Te ostatnie jesienią odgrywają niezwykle ważną rolę - dbają o to, aby drzewa mogły jak najdłużej pobierać z liści niezbędne im do życia substancje odżywcze. Działo to w następujący sposób: w październiku, kiedy właściwie nie ma już zielonego chlorofilu, promieniowanie słoneczne w łatwy sposób mogłoby uszkodzić wrażliwe komórki, powodując przedwczesne opadanie liści z cennymi substancjami odżywczymi. Ciemna barwa liścia sprawia, że zawarte w nim antocyjany są w stanie pochłonąć promieniowanie, dzięki czemu drzewo zyskuje na czasie. W przeciwnym razie cząsteczki te mogłyby powodować uszkodzenie komórek i szybsze obumieranie liści.
Wraz z nadejściem jesieni w lesie na powierzchnię wielkości boiska piłkarskiego spada do 20 ton liści. W ciągu zaledwie kilku miesięcy wszelkie przejawy życia zostałyby zduszone, drzewa obumarłyby, a zwierzęta zostałyby pozbawione pokarmu i schronienia. Tak się jednak nie dzieje dzięki całej armii ślimaków, robaków, bakterii i grzybów, która tylko czeka na odpady organiczne i gotowa jest je odpowiednio zagospodarować. Ponad 100 bilionów organizmów przypadających na metr sześcienny ziemi(jesteście w stanie to sobie wyobrazić? bo ja nie) zajmuje się kompostowaniem liści, przekształcając je w świeżą, żyzną glebę. Stają się tym samym jednym z najważniejszych czynników umożliwiających funkcjonowanie życia na naszej planecie.
Liście jakie są każdy z nas widzi. Ale czy przypuszczaliście, że na jednym liściu może żyć nawet ponad 100 milionów mikroorganizmów! Są to bakterie, mikroskopijne algi oraz drożdże, których na każdym hektarze lasu jest około 14 kilogramów. Większość mieszkańców liścia skazana jest jesienią na zagładę, ponieważ znika ich główne źródło pożywienia jakim jest barwnik chlorofil.
Chlorofil umożliwia wykorzystanie energii słonecznej do wytwarzania z wody i dwutlenku węgla węglowodanów. Stanowią one dla roślin substancje odżywcze oraz budulcowe. Proces ten jest nam bardzo dobrze znany pod nazwą fotosyntezy. Jego głównym produktem ubocznym jest tlen, pierwiastek niezbędny do życia większości ziemskich organizmów.
Może trudno w to uwierzyć, ale aktualnie jesień zaczyna się w naszej części Europy o 3 dni później niż prawie cztery dekady temu! Naukowcy przypuszczają, że do końca tego wieku początek jesieni przesunie się o kolejne 3 tygodnie. Wszystko to jest związane ze zmianą klimatu.

Na podstawie artykułu: "Tajemnice kolorów jesieni
" str. 68-71; "Świat wiedzy" nr 3/2011
Zdjęcia zostały wykonane podczas wrześniowego spaceru po parku

środa, 14 października 2020

1221. Szkołę i nauczycieli też da się lubić

Oto odpowiedź dlaczego zupełnie niespodziewanie dla mnie samej zostałam humanistką!
Artykuł napisany przez Justynę Suchecką i opublikowany w dniu 9 kwietnia 2019 r.
 
Przed prof. Szymczakiem ostrzegali starsi koledzy i koleżanki: "wariat", "nie idzie go zrozumieć", "nie słyszałem, żeby ktoś miał u niego piątkę", "nikt nie zadaje tak dziwnych pytań jak on". A ja na całe życie zapamiętałam jego lekcje o Adamie Mickiewiczu.

Od dziecka byłam dobra z matematyki. Mam słabość do liczb - widzę w nich zagadki, szukam ukrytych za nimi ludzi, wynajduję swoje wyzwania. Kiedy w 2003 r. wybierałam się do liceum, byłam przekonana, że to z matematyką zwiążę swoją przyszłość, i wtedy poznałam Waldemara Szymczaka, który odkrył przede mną inny, uniwersalny język wszechświata - literaturę.
Ale zacznijmy od początku. II Liceum Ogólnokształcące w Gorzowie Wlkp. to nie była i nadal nie jest typowa szkoła. Wiem, wiem, mówi tak każdy, kto był zadowolony ze swojej edukacji. Rzecz w tym, że u nas (wciąż czuję się częścią tej społeczności) jest to wpisane w system i zasady kierujące życiem liceum. To szkoła eksperyment. Rok szkolny podzielony jest na trymestry, przez trzy miesiące codziennie uczysz się tych samych przedmiotów. Sam wybierasz kolejność ich realizowania, ale i nauczycieli, którzy będą cię uczyć. To niesamowita lekcja samodzielności, a na nastolatkach ciąży wielka odpowiedzialność, z której w tym czasie człowiek jeszcze nie do końca zdaje sobie sprawę. Za to po latach uważa za najlepszą - jakkolwiek to brzmi - szkołę życia.
Przed prof. Szymczakiem ostrzegali starsi koledzy i koleżanki: "wariat", "nie idzie go zrozumieć", "nie słyszałem, żeby ktoś miał u niego piątkę", "nikt nie zadaje tak dziwnych pytań jak on". Słuchałam jednym uchem. Nie byłam wtedy specjalnie zainteresowana, kto będzie mnie uczył języka polskiego. W pierwszych miesiącach szkoły nadal byłam pewna, że jedyny język, którym chcę się porozumieć, to matematyka. Na jego zajęcia zapisałam się przypadkiem. Najpewniej próbowałam uciec przed wymagającym historykiem czy anglistą. Uznałam: niech już będzie ten wariat, czytam szkolne lektury, jakoś sobie poradzę. Nie muszę mieć piątki.
Dziś modlę się (tu słyszę śmiech profesora), by każda polska szkoła była pełna takich "wariatów"! W jego klasie działał "rezerwat krzeseł" - za bujanie się na nich wrzucaliśmy pieniądze do słoika ("Gdy będziemy mieli konkretną sumę, to kupimy sobie za nie cukierki, więc huśtaj się, Bartek, huśtaj" - nam to pasowało). Nie dyktował notatek (nigdy!), więc też nie wymagał od nas prowadzenia zeszytów. Na tablicy zamiast słów notował litery i cyfry (przed sobą mam właśnie notatki i próbuję rozszyfrować, co kryło się za "DPWNDS" na lekcji o Kochanowskim i co w jego przypadku znaczyła "lambda"). "Nie musicie tego znać, właściwie dobrze, że nie znacie" - mówił o definicji eseju. Gdy interpretowaliśmy "Pieśń XXV", szczerze przyznał: "On nie myślał, czy jak tak chlapnie, to wasz kurs 500 lat później będzie wiedział, o co mu chodziło". I często dworował sobie - na kanwie opracowań maturalnych - że "już starożytna Antygona", nieważne o jakiej lekturze mówiliśmy. Gdy "baliśmy się określać dominantę w tekście, pytał, co jest dominantą w spaghetti po bolońsku. I pomagało. Mam wrażenie, że chciał tylko jednego: żebyśmy mieli otwarte głowy.
Odkąd poznałam profesora Szymczaka, cały plan lekcji układałam już pod lekcje z nim. Połączenie rozszerzonego polskiego z matematyką nie było możliwe, więc żeby mieć więcej polskiego, dobrałam do niego historię i wiedzę o społeczeństwie. Nagle i zupełnie niespodziewanie dla mnie samej i moich najbliższych zostałam humanistką!
Jak on to zrobił, zastanawiacie się może. No, nie samym poczuciem humoru i cierpliwością. Właściwie przez lata nie próbowałam znaleźć na to pytanie odpowiedzi. Lekcje z nim potraktowałam po prostu w kategorii jednego z tych objawień, które odmieniają życie, i nie należy się specjalnie zastanawiać, dlaczego były tak przełomowe i magiczne.
Teraz, kiedy tyle piszę o nauczycielach(zajmuję się w "Wyborczej" edukacją od ok. 2011 r.), zaczynam to jednak lepiej rozumieć. Przede wszystkim zadawał nam dobre pytania. Od banalnego: "podobało się, nie podobało, fajne, niefajne?" po każdym przeczytanym tekście (nawet na sprawdzianie można było dostać punkt za odpowiedź na to pytanie", po najważniejsze: "ale dlaczego?". Nie straszył maturą, co najwyżej dorosłym życiem, ale to rzadko. Bo straszenie przecież nie pomaga.
Na całe życie zapamiętam lekcje o Adamie Mickiewiczu - o tym, czy na pewno bez problemu można go zaszufladkować jako wieszcza narodowego. I czy nie wyrządzamy mu krzywdy, przyklejając taką gębę. Bo niby "wielka i szlachetna", ale zawsze to gęba, a może to tylko wyraz naszej bezradności, bo zawsze łatwiej "ględzić" wieszczem, niż dowiadywać się czegoś prawdziwego o nim. I o sobie. A może zwłaszcza o sobie.
W jednym trymestrze byłam tak zmotywowana, że zapisałam się na dwa kursy prof. Szymczaka równocześnie. W efekcie miałam wtedy trzy godziny języka polskiego dziennie, 15 w tygodniu - bo dołożyłam sobie jeszcze kurs dziennikarski z nie mniej wspaniałym profesorem Andrzejem Czają (ukłony również dla Tomasza Pluty, dzięki któremu obejrzałam ukochane "Cinema Paradiso", i dla Agnieszki Regulskiej, która jako jedyna wystawiła mi czwórkę, a nie piątkę z polskiego i bardzo jestem jej za to wdzięczna). To były trzy najlepsze miesiące w szkole, ba, w całej mojej edukacji. Na rano czytałam obowiązkowe lektury, z których musieliśmy przygotować się do matury(nie omawialiśmy ich epokami, tylko tematami np. "ja a ja", "ja a Bóg", "ja a natura"), a po długiej przerwie spotykałam się z kilkunastoosobową grupą pod hasłem "ja a arcydzieło literatury". To wtedy dzięki niemu przeczytałam książki, które do dziś uważam za jedne z najważniejszych: "Jesień patriarchy" Marqueza, "Paragraf 22" Hellera czy "Panią Bovary" Flauberta. I "przeczytałam" to w sumie dopiero początek mojej przygody z nimi. Ja mogłam o tych książkach naprawdę porozmawiać! Pospierać się o nie. I nikt nie mówił mi, że jest jakiś klucz do ich interpretacji, a Szymczak pozwalał podważać ich arcygenialność.
Kiedy powiedziałam, że na maturze ustnej chciałabym opowiadać o Emily Dickinson, włączył do programu jej wiersze, choć nie ma jej w podstawie programowej i pewnie pozostałych uczniów jej utwory nie interesowały. A gdy mieliśmy trenować prezentacje maturalne, zachęcał, byśmy po prostu opowiedzieli o książce, którą uznajemy za arcydzieło. 18-letnia ja z wielką pasją mówiłam więc o "Wilku stepowym" Hessego, z takim zaangażowaniem jakbym zachwalała znajomym najnowszy album Łony albo nowo odkrytą kawiarnię. Żyłam tym, co czytałam, dzięki niemu.
Gdy po maturze nagle zmieniłam plany i powiedziałam, że chcę studiować ekonomię i zamierzam się nauczyć całek i macierzy, nie powiedział, że oszalałam. Albo inaczej: czułam, że lekcja, którą od niego odebrałam, była zachętą do takich właśnie szaleństw. Mierzenia się z wyzwaniami, odkrywaniem nowych rzeczy, próbowania i - co dziś uznaję za najważniejsze - nie zgadzania się na żaden narzucony z góry klucz.
Dziś nadal kocham czytać, rozmawiać o książkach, zwłaszcza spierać się o nie ("podobało się" - to tak łatwo powiedzieć). Myślę, że to dzięki prof. Szymczakowi mogę dziś pracować w redakcji "Książek. Magazynu do Czytania", prowadzić spotkania autorskie z pisarzami i pisarkami (i być naprawdę ciekawą ich odpowiedzi na pytania). Że to te jego lekcje stoją u podstaw "Krótkiej Przerwy", czyli kanału o literaturze, który na YouTubie prowadzę z Natalią Szostak(ona też miała szczęście do pedagogów, niech wam kiedyś opowie o swoim licealnym teatrze!).
Nie znosił patosu (a przynajmniej tak to zapamiętałam), więc jeśli to czyta, może się właśnie zżyma na to, co właśnie napisałam. Ale zawsze pozwalał nam być sobą, więc pewnie przymknąłby oko na te moje wielkie słowa (mnie "patos robi dobrze" - jak czytałam niedawno u Zyty Rudzkiej w "Krótkiej wymianie ognia"). Mam nadzieję, że profesor powiedziałby po tym tekście, jak mawiał przed laty: "Justyna już tak ma, ale możecie się z nią o to pokłócić, pytanie, czy warto".


Chyba każdy z nas miał nauczycielu, którzy w znaczący sposób wpłynęli na nasze życie. Długo by ich w moim przypadku wymieniać, zarówno tych którzy wpłynęli na mnie zarówno w pozytywny sposób, jak i w negatywny. Tych pierwszych wspominam ze wzruszeniem, ci drudzy pewnie też w jakiś sposób wpłynęli na moje życie. Wielu z nich wspominam z sentymentem, z innymi do dzisiaj mam kontakt, czy to za pośrednictwem Internetu, czy też telefonicznie. Miło, kiedy pytają co u mnie słychać, kiedy cieszą się moimi wynikami zarówno naukowymi, jak i sportowymi. Kiedy nie poprzestaje się na okresie, w którym dana osoba była tylko uczniem. Kiedy jest się z nią na dobre i na złe.

poniedziałek, 12 października 2020

1220. Na dwoje babka wróżyła

W zasadzie to staram się przestrzegać zaleceń sanitarnych. Wiecie - maseczki w miejscach publicznych, dezynfekcja rąk, ograniczony kontakt dotykowy, dystans społeczny itp. Są jednak sytuacje, kiedy ustalona harmonia zostaje zachwiana. Np. treningi i zawody. Wiadomo, że nie dam rady biegać(zresztą nie tylko ja) w maseczce. Dlatego na zawodach po odhaczeniu się w tzw. call roomie można było zdjąć maseczkę do rozgrzewki, no i oczywiście samego startu. Zasada była prosta - jesteś na bieżni, nie musisz mieć ochrony na twarzy. Ale, żeby nie było za łatwo, z bieżni trzeba było zejść jak najszybciej po zakończeniu konkurencji. Wiadomo, chwilkę mogłam odpocząć po biegu, wyrównać oddech, ale ta chwilka nie mogła trwać i trwać. Po zejściu z płyty stadionu maseczka musiała na nowo znaleźć się na mojej twarzy i tam być. Inaczej czekały nas liczne konsekwencje, z dyskwalifikacją włącznie.
Podczas treningów jest podobnie: zazwyczaj te niewiele ponad 2 kilometry pokonuję pieszo, chyba że wiem, że w ten sposób się spóźnię - wtedy podjeżdżam te 4 przystanki tramwajem. Oczywiście - z maseczką na paszczy, w myśl zasady, że w ten sposób chronię siebie i innych. Ciężko mi się oddycha, fakt, ale skoro nie mam innych przeciwskazań, to nie chcę na siłę szukać wymówek, dlaczego mam jej nie nosić. 
Jednak po przyjściu na trening jestem zmuszona do zdjęcia maseczki. Na początku jeszcze trenowaliśmy na dworze, więc było w miarę dobrze. No wiecie - świeże powietrze, stała jego cyrkulacja i te sprawy. Może nie na 100%, ale było się w większym stopniu "bezpieczniejszym", niż na zamkniętej przestrzeni. Ale ostatnimi czasy, z powodu deszczowej aury, byliśmy zmuszeni przenieść się do wnętrza szkoły i tam trenować.
Jakieś dwa tygodnie temu trener był ze swoimi pełnosprawnymi sportowcami(jest nauczycielem w-fu w jednej z s-kich szkół) na zawodach. Tak się złożyło, że u jednego pasażera z autokaru wykryto słynny COVID-19. Ok., zdarza się. Nie rozumiem jednak jednego - według opowieści trenera po powrocie z zawodów zadzwoniono do niego z sanepidu(? - mogę coś przekręcić) z zapytaniem, czy jechał tym pojazdem. A że pojechały dwa autokary, trener powiedział, że jechał tym drugim. Czujecie powagę sytuacji - wiedział, że miał styczność z człowiekiem zakażonym koronawirusem i nic z tym nie zrobił. Mógł odwołać trening? Mógł. Ale nie odwołał.
Przez kilka dni nic się nie działo, przyszedł poniedziałek i SMS, że treningu nie ma, bo ma gorączkę. Z jednej strony poczułam niepokój, bo jednak COVID, a z drugiej, zaczął się sezon przeziębieniowo-grypowy, więc może to być wszystko. W niepewności żyłam do soboty. Bo wtedy dostałam od trenera kolejnego SMS-a z wiadomością, że zrobił test na koronawirusa i wyszedł mu pozytywny.
No szlak by to trafił! Mam nadzieję, iż to prawda, że to cholerstwo wylęga się do 14 dni. Bo w bezobjawową postać w moim przypadku, przy mojej obniżonej odporności, jakoś mi się nie chce wierzyć. Zostały mi więc 3 ostatnie dni niepewności. Na szczęście, tak jak wcześniej pisałam, wszędzie starałam się chodzić w maskach, a podczas SilesiaMaratonu dodatkowo miałam rękawiczki, więc może jakoś zminimalizowałam ryzyko przekazania dalej potencjalnego wirusa.
Na razie jednak czuję się dobrze, ale i tak od czasu dostania tej wiadomości staram się ograniczać spotkania z ludźmi do niezbędnego minimum - wychodzę jedynie na zakupy do sklepu i robię większe. W niedzielę zrezygnowałam z czynnego uczestnictwa w Mszy świętej(obejrzałam sobie transmisję on-line), różaniec odmawiam w domowym zaciszu. Bóg zrozumie, a ja, jeżeli się rozchoruję, będę pewna, że zrobiłam wszystko, aby zakazić jak najmniej ludzi.

Trzymajcie się ciepło i dbajcie o siebie.
A z okazji liturgicznego wspomnienia nowego błogosławionego, Carla Acutis, wrzucam Wam teledysk nakręcony z okazji jego beatyfikacji. 
Naprawdę, można się inspirować tym młodym, ale wielkim duchem, chłopakiem.

piątek, 9 października 2020

1219. Błogosławiony na miarę naszych czasów

źródło zdjęcia

Czy w dzisiejszych, nieco chaotycznych czasach można osiągnąć świętość? Takie pytanie zadaje sobie zapewne niejeden katolik. Wszak na każdym kroku czeka nas jakaś pokusa, jakieś niebezpieczeństwo, zaś cały świat wymaga od nas, abyśmy byli lepsi od innych. Opinie innych nierzadko łechtają naszą próżność, a to znowu prowadzi do pychy i egocentryzmu. Nie zauważamy innych, nie dostrzegamy ich starań, sprawy związane z wiarą interpretujemy tak, jak nam jest wygodniej. Mnie osobiście bardzo boli, kiedy małżeństwo spychane jest do roli "papierka", a młodzi buntują się, dlaczego rozwodnicy żyjący w nowych związkach partnerskich i współżyjący ze sobą płciowo nie mogą przyjmować Eucharystii. A przecież małżeństwo to sakrament, kiedy przysięgamy drugiej osobie bycie z nią na dobre i na złe. To znaczy trwamy przy niej nie tylko wtedy, kiedy wszystko się układa, ale i wtedy, kiedy jest źle. Nie chodzi mi tutaj o byciu przy mężu tyranie, ale o próbie przezwyciężeniu wszelkich przeciwności i burz w związkach. A to tylko jeden z nielicznych przykładów "kłótni" młodych z wiarą. A jednak w tym zagmatwanym świecie znajdują się osoby, które żyją w zgodzie z zasadami i z samym sobą, a nawet potrafią wykorzystać Internet do głoszenia "Dobrej Nowiny".
Kiedy 11 października 2006 roku zaledwie 15 letni Carlo Acutis odchodził do Domu Ojca, ja rozpoczynałam swoją przygodę w szkole średniej. Zapewne(chociaż nie na 100%) uczestniczyłam tego dnia w nabożeństwie październikowym, które on sam bardzo sobie upodobał. Umierał "po cichu", w szpitalnej sali po kilkudniowej walce z wyniszczającą organizm białaczką. Może gdyby media miały dar jasnowidzenia, to zrobiłyby z jego śmierci sensację. Tymczasem Carlo umierał tak jak żył - z wiarą w dziecięcym sercu.
Carlo na pierwszy rzut oka był normalnym nastolatkiem. Kochał oglądać telewizję i grać na komputerze. Uczęszczał do jezuickiego liceum, gdzie miał wielu przyjaciół. Miał rodziców, piękny dom, jeździł na zagraniczne wycieczki. A jednak było coś, co wyróżniało go spośród rówieśników - to ponadprzeciętne zdolności komputerowe oraz autentyczne życie wyznawaną wiarą. Co więcej chłopiec połączył ze sobą obydwie wyróżniające go spośród tłumu umiejętności tworząc stronę internetową poświęconą cudom eucharystycznym.

(źródło zdjęcia)
Chłopiec nie wyobrażał sobie dnia bez uczestnictwa we Mszy świętej, a kiedy obowiązki mu na to nie pozwalały to wchodził do kościoła na kilka minut aby poadorować Jezusa Chrystusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie. Jak sam wielokrotnie mówił - Eucharystia była jego autostradą do nieba. Codziennie modlił się też do swojego Anioła Stróża oraz odmawiał różaniec w intencji dusz w czyśćcu cierpiących. Odwiedzał miejsca związane z cudownymi objawieniami oraz świętymi, którzy szczególnie go inspirowali. Bronił też prawd wiary i ewangelizował innych. Był miłosierny - nigdy nie odmówił pomocy osobom będącym w potrzebie, część swojego kieszonkowego oddawał jako jałmużnę bądź przekazywał na misję, udzielał się też wolontaryjnie. Zadziwiająca też była jego pokora - chociaż pochodził z zamożnej rodziny, to nie obnosił się z tym co posiada, ubierał się skromnie, nie chwalił się swoimi zasługami. 
(źródło zdjęcia)
O jego życiowej i duchowej dojrzałości niech świadczą słowa, które sam powiedział(źródło):
  1. Zawsze być blisko Jezusa, taki jest mój plan;
  2. Nasz cel musi być nieskończony. Nieskończoność to nasza ojczyzna. Niebo czekało na nas od zawsze;
  3. Smutek to patrzenie na siebie. Szczęście to patrzenie w stronę Boga;
  4. Wszyscy rodzą się jako oryginały, ale wielu żyje jako kserokopie;
  5. Jezus postępuje bardzo oryginalnie, ponieważ chowa się w malutkim kawałeczku chleba. Tylko Bóg może zrobić coś tak niewiarygodnego;
  6. Eucharystia jest moją autostradą do Nieba;
  7. Cieszę się, że umieram, ponieważ przeżyłem moje życie, nie tracąc ani minuty na rzeczy, które nie podobają się Bogu.
Czytając biografię tego piętnastolatka(w moim przypadku była to książka autorstwa Nicola Cori - "Eucharystia, moja autostrada do nieba. Historia niezwykłego nastolatka") aż trudno uwierzyć, że w dzisiejszych czasach można żyć tak prosto i pokornie, a zarazem w pełni wykorzystać możliwości techniki do ewangelizacji. W pewnym momencie przyszły mi wręcz na myśl słowa, które św. Dominik Savio napisał w dniu swojej Pierwszej Komunii Świętej - "Lepiej umrzeć, niż zgrzeszyć". Czasami nawet zastanawiałam się, czy na moim blogu nie jest za dużo pychy i przechwalania się. Dwóch wad, z którymi walczę i staram się, aby było dla nich jak najmniej miejsca w moim życiu, żeby ustąpiły miejsca pokorze. Czy nie za słabo się modlę? Czy nie jestem zbyt leniwa i idąca na łatwiznę? Czy swoim życiem świadczę, że jestem chrześcijanką? Katoliczką?
Jutro w Asyżu odbędzie się beatyfikacja Carla. W związku z koronawirusem na pewno będzie miała inny charakter niż zwykle. Dobrze, że uda się ją przeprowadzić. Myślę, że Carlo może być inspiracją dla współczesnych nastolatków jak mądrze wykorzystywać dobrodziejstwa, jakie przynosi nam postęp technologiczny.

Trzymajcie się ciepło i zapamiętajcie sobie słowa nowego błogosławionego, które według mnie są warte uwagi - "Wszyscy rodzą się jako oryginały, ale wielu żyje jako kserokopie".

Beatyfikację w języku polskim(tak mi się wydaje) będzie można śledzić pod tym adresem -> https://www.youtube.com/watch?v=h8OjzWNYeKM