Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 29 listopada 2018

826. Trzecia wojna światowa wybuchnie w internecie!

Od kilku dni u naszych wschodnich sąsiadów trwa stan wojenny. Media coraz częściej spekulują, czy z powodu polityki prowadzonej przez Putina wybuchnie trzecia wojna światowa, czy też nie i jakie będą jej skutki. Tymczasem tak naprawdę wojna wcale nie musi zostać wywołana przez zrzucenie bomby na jakieś miasto, czy też ostrzelaniem go. Jeżeli tak pójść z duchem czasu, to śmiało można zrezygnować z tradycyjnych metod i wywołać wojnę jednym kliknięciem myszki. Brzmi absurdalnie i niewiarygodnie? Niech Was jednak nie zmylą pozory...

Wyobraźmy sobie taką sytuację:
Chwilę po godzinie 20:00 do kancelarii premiera dociera meldunek o następującej treści: "System wczesnego ostrzegania ARAKIS-GOV odkrył aktywność złośliwego oprogramowania. Dotknięte zostały: systemy telekomunikacyjne, elektrownie, kontrola lotów, giełda w Warszawie". Wkrótce po tym dochodzi do awarii sieci energetycznej w większości województw, kolizji samolotów pasażerskich i wykolejeń pociągów. Złośliwe oprogramowanie wnika coraz bardziej w elektroniczną infrastrukturę. Zostaje ogłoszony najwyższy stopień zagrożenia. Agencja NATO ds. Systemów Łączności i Informatyki coraz bardziej naciska na rząd, aby podjął radykalne kroki. Tylko nieliczne sieci transmisji danych są stabilne. I to je trzeba za wszelką cenę chronić. Dwie godziny później zostaje ogłoszony stan klęski żywiołowej. Głównie po to, aby działania były sprawne i zdecydowane. Z powodu powagi sytuacji rząd zmusza Telekomunikację Polską, operatorów telefonii komórkowej i inne firmy komunikacyjne do użycia wyłączników bezpieczeństwa. Sekundę później wszyscy tracą dostęp do internetu, telewizji oraz telefonii komórkowej. Wszystkie cyfrowe połączenia z zagranicą zostają odcięte. W kraju zaczyna się cybernetyczna epoka kamienia łupanego, a obywatele tracą dostęp do aktualnych informacji. Funkcjonuje sieć awaryjna, dzięki temu przynajmniej w części powstrzymany jest wybuch wszechobecnego chaosu. Prezydent wprowadza stan wojenny, a do średnich i dużych miast wkraczają oddziały armii i policji. Wszystko po to, aby stłumić wybuchające co rusz zamieszki.
Strasznie brzmi? Jednak ta wizja jest całkowicie prawdopodobna. Zagrożenie zmasowanym atakiem na struktury państwowe jest jak najbardziej realne. Obecnie toczy się niezauważalna przez zwykłego człowieka cybernetyczna wojna podjazdowa, a rządy państw zbroją się na potęgę, aby być przygotowanymi na najgorsze. Sabotaż i szpiegostwo internetowe już od dawna stanowią poważne zagrożenie globalnego bezpieczeństwa. Brytyjskie ministerstwo obrony informuje, że jest atakowane przez hakerów średnio co osiem godzin. W Polsce w samym 2011 r. odnotowano ponad 2000 prób włamania i sparaliżowania pracy serwerów. 
Trzecią wojnę światową wywoła nie silny wybuch bomby, ale kliknięcie myszką. Wywołać może ją haker, który w zamian za odpowiednie wynagrodzenie przeprowadzi atak informatyczny. Kiedy w 2007 roku Brayan* otrzymał zlecenie zhakowania systemu elektrowni atomowej, uznał to za niemożliwe. Po latach jednak przyznał, że było to jedno z najłatwiejszych zadań hakerskich, jakich się podjął i już po tygodniu kontrolował cały zakład. Od wywołania groźnej awarii dzieliło go właśnie jedno kliknięcie myszy. Na szczęście Brayan działał wyłącznie na zlecenie zarządcy elektrowni, który chciał tylko sprawdzić, jak bezpieczny jest system stosowanych przez niego zabezpieczeń. Wynik nieco go zszokował. Zresztą kiedy pod koniec 2010 roku opublikowano wyniki ankiety przeprowadzonej spośród 600 dyrektorów dużych zakładów technicznych z 14 krajów, ponad połowa z nich stwierdziła, że prowadzona przez nich firma była celem ataków hakerskich o dużym potencjale zniszczeń. Dodatkowo większość z nich była przekonana, że stały za tym obce mocarstwa.
Podczas konferencji hakerów w 2011 roku pokazano jak w dziecinnie prosty sposób można otworzyć wszystkie drzwi w najważniejszych więzieniach Stanów Zjednoczonych. W tym samym czasie do opinii publicznej wyciekła informacja, jakoby szpiegom udało się zinfiltrować amerykańską sieć energetyczną. Podobno użyli programów pozwalających na zakłócanie dostaw prądu w całym kraju.
Luki wykorzystywane przez hakerów w celu np. wpływania na pracę elektrowni są często urządzeniami wyposażonymi w programowalne sterowniki logiczne. Umożliwiają one sterowanie wieloma maszynami, jak też rejestrują sygnały alarmowe i inne informacje napływające z całego przedsiębiorstwa. Są więc uważane za serce i mózg instytucji. W dodatku wszystkie są zaprogramowane na ten sam sposób. Podczas jednej z konferencji w Las Vegas jeden z ekspertów do spraw bezpieczeństwa potrzebował zaledwie 45 minut, aby w trakcie pokazu umiejętności hakerskich doprowadzić do awarii zdalnie sterowanego urządzenia PLC. Ta właśnie luka została wykorzystana przez robaka o nazwie Stuxnet, który poważnie zaszkodził irańskiemu programowi atomowemu. 
Przez długi czas Biały Dom nie podawał dokładnych danych na temat podobnych ataków. Dzisiaj wiadomo już, że sam Departament Obrony USA musi chronić blisko 15 tysięcy swoich sieci i 7 milionów komputerów przed milionami ataków hakerskich w ciągu roku. W maju 2011 roku Pentagon podał do publicznej wiadomości, że w przyszłości poważne ataki hakerów będą traktowane jak działania wojenne, a kraj odpowie na nie poprzez działania wojenne(np. jeśli atak chińskich hakerów na sieć energetyczną Stanów Zjednoczonych wywoła duże straty materialne i ofiary w ludziach, to mogą oni wypowiedzieć wojnę Chinom). Na razie w toczącej się cyberwojnie broń konwencjonalna nie została jeszcze użyta, a ograniczono się do wirtualnych starć.
Amerykanie ubolewają nad tym, że ciągle są celem ataków hakerów z Dalekiego Wschodu. Wrogiem numer jeden są Chiny, ale i one z czasem znalazły się na celowniku hakerów. W samym 2010 roku chiński rząd odnotował blisko 500 000 przypadków dostania się trojanów do tamtejszych sieci. Rzekomo 14,7% z nich pochodziło z USA, a 8% z Indii. W odpowiedzi telewizja chińska pokazała kod źródłowy złośliwego oprogramowania, za pomocą którego każdy z ok. 300 milionów użytkowników internetu w Chinach mógł zaatakować amerykańskie firmy. Dla ekspertów było to pierwsze publiczne nawoływanie przez rząd do ataków internetowego terroryzmu. Chodzi tutaj jednak nie tylko o szpiegostwo i zniszczenie. Dzięki internetowi można również napełnić państwową kasę. Od dawna już wiadomo, że niektórzy więźniowie chińskich obozów pracy muszą uprawiać tzw. gold farming. Sadza się ich więc przed komputerami, aby gromadzili cyfrowe skarby(np. World of Warcraft). Następnie wirtualne waluty sprzedawane są na aukcjach internetowych za prawdziwe pieniądze, głównie graczom ze Stanów Zjednoczonych i Europy. Mowa tutaj o naprawdę gigantycznych kwotach: światowy rynek wirtualnych przedmiotów w grach szacowany jest nawet na 3 miliardy dolarów. Jednak w cybernetycznej wojnie chodzi też o dostęp do prawdziwej broni. Drony są jednymi z najnowocześniejszych narzędzi do prowadzenia walki, które w ostatnich latach zrobiły ogromną karierę w USA. Są one najczęściej wykorzystywane w misjach typu "znajdź i zabij" prowadzonych w Iraku i Afganistanie. Praca ich pilotów polega na siedzeniu w bazach w Stanach Zjednoczonych i sterowaniu przez zabezpieczone połączenia tymi niebezpiecznymi maszynami. Sama armia nie widzi w tym większego problemu, a wręcz cieszy się, że przy swojej przewadze technologicznej jest w stanie zwalczać ważne cele bez narażania życia żołnierzy. Ale czy na pewno? Już w 2009 roku iraccy rebelianci potrafili przechwycić transmisję obrazu nadawanego na żywo przez będącego w akcji drona. Co ważniejsze, zrobili to za pomocą kosztującego zaledwie 26 dolary oprogramowania, które każdy z nas może kupić w Internecie. Dlatego całkiem realne jest niebezpieczeństwo przejęcia przez terrorystów urządzenia i skierowanie go na dowolnie wybrany przez siebie cel. Zamachowcy odpowiedzialny za ataki z 11 września 2001 roku musieli brać lekcje pilotażu, aby uczynić z samolotów latające bomby. Teraz sprawa jest dużo prostsza - najbardziej utalentowanymi pilotami tego typu maszyn są nastoletni gracze komputerowi.
Odpowiedzialny kiedyś za walkę z terroryzmem i bezpieczeństwo przed atakami cybernetycznymi Richard A. Clarke przeprowadził dochodzenie, z którego wynika, iż skoncentrowany atak na sieci elektroniczne Stanów Zjednoczonych mógłby w ciągu pół godziny doprowadzić do załamania się państwowych systemów zarządzania. Kiedy w 2007 roku Estonia stała się celem ataków rosyjskich hakerów, poważnemu zakłóceniu uległo działanie ministerstw, banków, mediów, czy też sieci telefonii komórkowej. Gdyby po ataku na jeszcze większą skalę państwo nie zdołałoby odzyskać kontroli nad sytuacją, po miesiącu rozpoczęłaby się walka ludzkości o pozostałe zasoby.
W internecie aktualnie funkcjonuje równowaga strachu - podobnie jak w przypadku zimnej wojny żadna ze stron nie chce zaryzykować otwartej konfrontacji. Jaka jest jednak podstawowa różnica pomiędzy wojną toczącą się w Internecie, a tamtego starcia bloku kapitalistycznego z komunistycznym? Przede wszystkim aktualnie linie frontu są nieczytelne. Sytuacja, gdzie amerykański haker na zlecenie Indii dokonuje przez chińskie serwery ataku typu DDoS na polski koncern zbrojeniowy jest jak najbardziej możliwa. Samo przeprowadzenie ataku DDoS jest bardzo łatwe - polega na zalaniu serwera pytaniami aż do momentu jego zawieszenia. Nie jest potrzebne do tego pozyskiwanie haseł i przełamywanie barier bezpieczeństwa. Nie trzeba się też obawiać osobistych konsekwencji tego typu ataków. Wcześniej terroryści, aby uderzyć musieli znaleźć się na terytorium wroga, a wtedy mogli zostać złapani, aresztowani i straceni. Ryzyko ponoszone przez hakerów jest praktycznie żadne. Dlatego istnieje niebezpieczeństwo, że w przyszłości ktoś postanowi sprawdzić co można zrobić i dokona czynu, którego skutki odczuje cały świat.
Rząd z wojskiem już dawno straciły rozeznanie. Sen z powiek spędza im działalność tzw. hakerów patriotów. Najczęściej są to amerykańscy hakerzy, którzy z narodowościowych pobudek dokonują ataków sabotażu na chińskich stronach internetowych. Jednak ich siła uderzeniowa jest dużo mniejsza niż chińskich hakerów. Szacuje się, że założony w 1998 roku w Państwie Środka patriotyczny Red Hacker Alliance liczy ponad 300 tysięcy członków. Niewykluczona jest też współpraca prywatnych organizacji z hakerami w celu wprowadzenia specjalnych trojanów do struktur elektronicznych wrogich państw. Jeżeli tak jest, to niewykluczone, że nie tylko rządy będą w stanie wywołać ogólnoświatowy konflikt. Co gorsza, prześledzenie tego typu ataków jest bardzo trudne. Hakerska partyzantka mogłaby bez problemów posługiwać się cyfrowymi ładunkami wybuchowymi z zapalnikiem czasowym, a one są praktycznie niewykrywalne. O ich istnieniu dowiemy się zapewne wtedy, kiedy zostaną aktywowane doprowadzając do paraliżu systemy bezpieczeństwa. Późniejszy atak hakerów miałby ten sam efekt, jak nalot bombowców na państwo, w którym szpieg unieszkodliwił całą obronę przeciwlotniczą. Z powodu braku oporu wszystkie cele zostałyby bardzo łatwo zniszczone. Nawet NATO nie jest w stanie stwierdzić, czy Chińczycy nie mają dostępu do jego oprogramowania.
Jeżeli myślicie, że świat stoi u progu wojny internetowej jesteście w błędzie - ona już dawno się toczy. Każdego dnia w światowej sieci pojawiają się tysiące złośliwych programów. Intensywność ataków na komputery rządowe wzrasta wraz z rozwojem internetu. W 2015 roku połączonych ze sobą było ok. 15 miliardów komputerów na całym świecie, tworząc tym samym gigantyczne pole manewru do elektronicznych ataków. Podobnie jak podczas II wojny światowej partyzanci byli zaopatrywani w broń i informacje, aby osłabić przeciwnika za linią frontu, tak samo teraz rządy i wielkie koncerny sprzymierzają się z organizacjami hakerskimi w celu zaszkodzenia wrogim państwom czy też konkurencyjnym przedsiębiorstwom.
Północnokoreańskie "Biuro 39" przez lata pomagało finansować program atomowy reżimu, m.in. za pomocą ekspertów komputerowych z Korei Południowej. W ciągu półtora roku udało im się zdobyć dla reżimu w Phenienie miliony dolarów za pomocą internetu. Cztery jednostki północnokoreańskiej armii są nastawione na zakłócanie elektronicznej infrastruktury wrogich krajów. Zaatakowanie w odwecie sieci internetowych Korei Północnej nie ma sensu, w totalitarnym państwie policyjnym po prostu takowych nie ma. Niebezpieczeństwo ataków hakerskich oraz zorganizowania się w sieci opozycji przeciwko reżimowi jest zbyt duże.
Problemem międzynarodowych rynków finansowych są natomiast trudne do wyjaśnienia wahania kursów giełdowych. Tzw. błyskawiczne krachy mogą być wykonane na zlecenie wrogich sił, w szczególności przy transakcjach masowych, w większości przeprowadzanych za pomocą komputera w sposób całkowicie zautomatyzowany. Np. w sierpniu 2011 roku giełda w Hongkongu była nękana przez dwa dni atakami on-line. Także londyńska policja ostrzega, że działalność hakerska jest realnym zagrożeniem dla tamtejszej giełdy.
Narodowe i globalne systemy komunikacji, gospodarka, polityka i wojskowość są przesiąknięte technologiami cyfrowymi. Bez nich nie byłoby transportu, mediów, telekomunikacji i energetyki. Wszystkie te dziedziny życia uzależnione są od czegoś, co nie podlega żadnym regułom: internetu. To właśnie tam granica między dobrem a złem jest jeszcze bardziej rozmyta niż gdziekolwiek indziej w naszym świecie.
Amputacje były kiedyś dla chirurgów codziennością. Zresztą dzisiaj też są ważnym elementem sytuacji bez wyjścia. Podobny scenariusz może czekać także internet, który stanowi podstawę światowej gospodarki oraz komunikacji międzynarodowej. Wielu z nas nie wyobraża sobie dzisiaj bez niego życia. Musimy jednak być świadomi, że na świecie powstały plany awaryjnego wyłączenia internetu. W ciągu kilku minut świat uczyniłby krok wstecz do epoki analogowej. Zostalibyśmy w jednej chwili pozbawieni internetu, telefonów komórkowych, a nawet telewizji cyfrowej. To jednak jest tylko pozorna obrona, ponieważ atak cyfrowy następuje w ciągu kilku sekund. Jak można się domyślić, nie pozostawia to czasu na reakcję. Dlatego chociaż wyłączenie internetu mogłoby się wydawać jedynym sensownym sposobem reagowania, w zasadzie jest aktem kapitulacji przed internetowym przeciwnikiem.
Jedynym krajem mającym w całości własną infrastrukturę elektroniczną na wypadek wojny internetowej są Chiny. W najważniejszych obszarach korzystają wyłącznie z krajowego oprogramowania. Dysponują zdecentralizowanymi, odizolowanymi sieciami. Są też w stanie kontrolować je i wyłączać pojedynczo. To jest właśnie internet nowego supermocarstwa.

Na podstawie artykułu "Czy trzecia wojna światowa rozegra się w internecie?"; "Świat Wiedzy" nr 5/2011; str 54-61

* Imiona zostały zmienione

środa, 28 listopada 2018

825. Każdą granicę można przekroczyć...

Od wczoraj jestem wkurzona do granic możliwości. Dlaczego niektórzy ludzie uważają, że wszystko im wolno, nawet ingerując w nieswoje życie? Dlaczego uważają, że niepełnosprawnym nie należy się nic od życia, tylko muszą być na każde zawołanie?
Kiedy zapisywałam się do SzP. liczyłam na kolejną wspaniałą przygodę z wolontariatem. Jak dotąd miałam same pozytywne doznania. Miałam nadzieję, że tym razem będzie podobnie. A tymczasem okazało się, że trafiłam do zespołu, w którym jest całkowicie niekompetentna liderka, dla której okazuje się, że jestem nikim innym, tylko typowym... przydupasem(sorry, ale innego określenia na razie nie mogę znaleźć). Ale do rzeczy. Jakiś czas temu byłyśmy u kobiety, która miała lada dzień przenieść się z dziećmi z wynajmowanego mieszkania do przyznanego jej z zasobów miasta zdewastowanego lokalu. W dodatku kilka dni wcześniej zmarł jej małżonek. Ok., załatwiłyśmy sprawę. Liderka znowu bez ładu i składu spisała wszystko i kazała mi być opiekunem tej rodziny. W dalszym ciągu wszystko ok. Dzień po otwarciu bazy znajduje się darczyńca chętny nie dość, że wymienić powybijane okna, to jeszcze wyremontować lokal. Suuuper! No, nie do końca, bo liderka nagle ni z gruszki ni z pietruszki dała darczyńcy swój numer telefonu i kazała się z nią kontaktować(chociaż regułą jest, że darczyńcy kontaktują się z wolontariuszami będącymi opiekunami rodzin, a nie wolontariuszami wspomagającymi!). Nie podoba mi się to kontaktowanie za moimi plecami, bo wychodzą z tego różne dziwne sytuacje. Np. tydzień temu miałyśmy iść do tej kobiety wymierzyć okna. Kto się umówił - oczywiście liderka. Nie dość, że powiadomiła mnie o tym w tym samym dniu(bo pewnie myśli, że nie mam nic do roboty), to jeszcze podobno miała dzień wcześniej zadzwonić do respondentki i potwierdzić wizytę(niestety, podczas rozmowy z respondentką dała na tryb głośnomówiący i wszystko słyszałam). Skutek tego był taki, że przez cenne 60 minut stałam z tym babskiem na klatce schodowej i słuchałam jej jęczenia. W końcu zadzwoniła do tej pani i wyjaśniwszy sytuację przełożyła spotkanie na drugi dzień. Oczywiście znowu nie pytając mnie o zdanie. W dodatku na jutro umówiła nas z tym darczyńcą na obejrzenie tego mieszkania. Godzina taka, że gdybym miała szkołę albo pracę to musiałabym się z niej zwolnić... Wiecie, mnie już nie chodzi o to, że ustala wiele rzeczy z nieswoimi darczyńcami tylko o to, że robi to bez konsultacji ze mną.
Druga dziwna sytuacja miała miejsce w sobotę. Sobota - wiadomo - dla mnie jest to zazwyczaj dzień spędzony z dziećmi w Oratorium. Wszystko było planowo ustalone, kiedy otrzymuję telefon w piątek, że w sobotę musimy jechać do jakiejś potrzebującej staruszki i że mam być dyspozycyjna o 14:00 bo ona się na tą godzinę umówiła. Znowu nie uzgadniając tego wcześniej ze mną. Już miałam jej powiedzieć, aby wzięła sobie innego wolontariusza, bo ja mam zbyt odpowiedzialne zadania, ale machnęłam już na to ręką. W końcu o 14:00 kończą się zajęcia w Oratorium, więc na upadłego mogłam być. Umówiłyśmy się, że jak będzie w pobliżu wyśle mi SMSa. O godzinie 13:42 dostałam wiadomość, pożegnałam się więc z księdzem i wyszłam z budynku. Czekam 10 minut, 20, dzieciaki powoli rozłażą się do domu. Jestem już zirytowana, bo spokojnie mogłam zostać do końca, było zimno jak nie wiem, w dodatku miałam pierwszy dzień kobiecej przypadłości i nie marzyłam o niczym innym niż o ciepłym łóżku. Wkurzona na maksa dzwonię do niej, gdzie ona jest. I co słyszę? Że wychodzi dopiero z domu! Ludzie, ponad 25 minut po informacji, że mam na nią czekać! To nie jest dla mnie poważne! Zanim dojechała minęło kolejnych 15 minut. Nie chciałam już robić zamieszania i wracać do Oratorium, świerkłam przed nim. A raczej na zakręcie kilkadziesiąt metrów dalej... Oczywiście była wielce zdziwiona, że się wkurzam, a jeszcze bardziej tym, że Oratorium to nie miejsce schadzek, tylko pracy z dziećmi, ale szczerze powiedziawszy w pewnym momencie miałam nawet ochotę iść do domu. 
Czarę goryczy przelał jednak wczorajszy wieczorny jej telefon. Akurat w Oratorium mieliśmy spotkanie odnośnie sobotnich zajęć. Mnie co prawda nie ma, ale i tak poszłam. Siedzimy, dyskutujemy, nagle telefon. Patrzę na wyświetlacz - liderka. Sądząc, że może to być coś związanego z rodzinami bądź darczyńcami odebrałam. I co słyszę? Że mam jak najszybciej usiąść przed komputerem i sprawdzić, czy faktycznie wszystkie rodziny z naszej bazy zeszły, bo jej się zepsuł komputer. Nosz, kur... cisnęło mi się na usta. A trzeba mnie naprawdę wkurzyć, abym klęła. Co ja jestem jej służącą, nie ma już innych wolontariuszy żeby to zrobili. Powiedziałam jej jednak, że nie mogę, bo nie ma mnie w domu. Na co ona się oburzyła, że jej nie pomagam...
No i dlatego się wkurzyłam. Pół nocy nie przespałam z nerwów, odezwał mi się chyba mój refluks żołądkowy. W umowie jest wiele rzeczy zawartych, ale nie to, że mam był na każde zawołanie liderki. Żaden inny wolontariusz nie miał tak jak ja. Inni umawiali się między sobą co do terminów wizyt u rodzin. Ja miałam wszystko narzucone z góry, co niejednokrotnie burzyło mi plan dnia. Dla mnie jest to lekceważenie mnie i mojego życia prywatnego. Ja wiem, że dla większości społeczeństwa my nie mamy nic do roboty i mamy masę czasu - ale nie zawsze tak jest. Być może mam plan dnia mimo wszystko bardziej wypełniony niż będąca na emeryturze liderka. Inni nowi wolontariusze byli przydzieleni do wolontariuszy i dużo się od nich nauczyli. Ja byłam przy liderce, która jest w tej dziedzinie identycznym żółtodziobem jak ja. W dodatku za nic nie stosowała się do tego, co było mówione na szkoleniach. No i czego ja mam się od niej nauczyć? Chyba jaki nie powinien być wolontariusz. A już z tym SMSem do moich darczyńców przeszła sama siebie. Wiem, że mogła się źle czuć z tym, że moje rodziny znalazły szybciej darczyńców niż jej, no ale bez przesady. Mam nadzieję, że za rok kto inny będzie liderem, bo w przeciwnym razie zmieniam region. Wybaczcie, ale praca z taką osobą jest nie na moje nerwy... Tym bardziej, że mnie bardzo trudno jest zdenerwować i aby to zrobić trzeba się bardzo postarać.

niedziela, 25 listopada 2018

824. "Orlątkom lwowskim"

Taki mój epilog do wczoraj przeczytanej książki...

"Orlątkom lwowskim"

Malutki chłopczyku z lwowskiej ulicy,
o odwadze wielkiej, niczym bochen chleba.
Swą małą ojczyznę chciałeś dziś ocalić.
bo taka była twego serca potrzeba.
I poszłeś chłopczyku za Polskę się bić,
z ogromnym karabinem w ręce.
wśród nocnej ciszy tak bardzo waliło,
te twoje młodzieńcze serce.
Matkę zostawiłeś w rodzinnej kamienicy,
nic jej nie mówiłeś, że idziesz do boju.
A ona codziennie wygląda z nadzieją.
Z okna w Twym dziecinnym, malutkim pokoju.
Ojca spotkałeś wychodząc przez bramę,
z jego poważną jak zwykle miną.
A on powiedział tylko jedno zdanie:
"Niech Cię Bóg błogosławi mój synu".
Gdy stałeś na czatach na barykadzie,
śmiertelna kula twe serce dopadła.
Zleciałeś chłopczyku z wysokiego murku,
niczym młode orlę, co wypadło z gniazda.
Choć było to dawno, przed wieloma laty.
Wśród innych Orląt Lwowskich dzisiaj spoczywasz,
na pięknym cmentarzu, w dębowej trumience.
Kiedy na nim będę z wielkim wzruszeniem,
zapalę Ci znicza w mej wielkiej podzięce.

sobota, 24 listopada 2018

823. "W oczach mi trochę ciemno - obroniliśmy Lwów!"

Ostatnio na tapecie są tematy związane z odzyskaniem przez nasz kraj utraconej niepodległości. Wszystko wygląda jednak tak, jakby całe państwo było wolne za jednym razem. Tymczasem wiele terenów należących do II Rzeczypospolitej Polskiej walczyło o swoją przynależność do niej jeszcze długo po 11 listopada 1918 roku. Jednym z nich był Lwów, wschodnia ostoja polskości.
Kiedy półtora roku temu byłam wraz z grupą z uczelni we Lwowie, ze wzruszeniem odwiedziłam odrestaurowany kilkanaście lat temu cmentarz, na którym spoczywają tzw. "Orlęta Lwowskie". Białe krzyże, niektóre nawet bezimienne, robiły niesamowite wrażenie. To tam spoczywała młodzież, która w 1918 roku bez wahania chwyciła za broń, chcąc odbić rodzinne miasto z rąk nieprzyjaciela, jakim był Ukrainiec. Jeden z nich, 13-letni Antoś Petrykiewicz za swoją heroiczną walkę został nawet pośmiertnie odznaczony przez Józefa Piłsudskiego Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. Inny, zaledwie 9-letni Jasiu Kukawski, był najmłodszym obrońcą miasta, a jego karabin był większy od samego malca. Do legendy przeszedł też list 14-letniego Jerzego Bitschana, w którym poinformował on swoich bliskich o tym, że idzie służyć ojczyźnie. Przez blisko pół roku dzielnie bronili ukochanego miasta i bez żalu oddawali za niego życie.
Po powrocie do Polski zamarzyło mi się przeczytać jakąś książkę opowiadającą o bohaterskiej obronie Lwowa. Nie chodziło mi jednak o literaturę faktu, ale o jakąś powieść rozgrywającą się na tle tamtych wydarzeń. Byłam gotowa napisać nawet własną wersję tych wydarzeń. Zupełnie niespodziewanie udało mi się jednak znaleźć to, czego tak usilnie szukałam, nie wiedząc nawet, czy istnieje. "Orlęta Lwowskie" musiały być moje!

Tytuł: "Orlęta Lwowskie"
Autor: Jeno Szentivany
Wydawnictwo: Wydawnictwo m
Kraków 2013
Ilość stron: 276

Akcja powieści rozpoczyna się w wigilię wybuchu walk - 31 października 1918 roku. Kazimierz, Stanisław i Marysia wychowują się w inteligenckim domu w centrum Lwowa. Ich rodzice przed wojną byli nauczycielami. W czasie trwania wojny matka w dalszym ciągu uczy w lokalnym gimnazjum, do którego zresztą chodzą jej dzieci, jednak od dwóch lat zaginął wszelki słuch o ich ukochanym ojcu.
Tego wieczoru chłopcy rozmawiali ze sobą o ryzyku wybuchu buntu i odbiciu z rąk Ukraińców rodzinnego Lwowa. Nazajutrz ich marzenia stały się faktem. Dzieci musieli zamienić lekkie pióra na ciężkie karabiny, a wygodne łóżka na twarde prycze w barakach oraz zimne okopy. Zaś Marysia z mamą zaciągnęły się do pomocy w Czerwonym Krzyżu. Ale walczyli, walczyli pomimo tego, że na ich oczach ginęli kolejni przyjaciele, a nawet bracia. Walczyli do ostatniej krwi wierząc w to, że uda im się odbić miasto z rąk nieprzyjaciela i wreszcie będą wolni. Zwłaszcza, że wkrótce okazało się, że Polska stała się niepodległym państwem.
Wydarzenia opisane w książce zostały przedstawione z perspektywy 13-letniego Stasia. To z nim udajemy się na patrole wokół miasta, strzelamy do nieprzyjaciela z karabinu, drżymy z zimna w okopach, przytulamy się do ukochanej matki, przeżywamy śmierć przyjaciół, czy też obawiamy się, czy nauczyciel przepyta nas z przerabianego niedawno materiału. Bardzo podoba mi się ten zabieg - w doskonały sposób możemy wczuć się w sytuacje Orląt Lwowskich, którzy oprócz tego, że walczyli, mieli też masę innych trosk, czasami bardzo przyziemnych. Nie możemy przecież zapominać, że mimo wszystko w większości byli oni jeszcze dziećmi i taką mieli mentalność.
Ukłony przesyłam też w stronę tłumacza tekstu. Jest on tak świetnie przełożony na polski, że przeczytanie całej książki zajęło mi zaledwie jedno popołudnie. Z zapartym tchem czytałam kolejne rozdziały niejednokrotnie łapiąc się na tym, że w głębi serca kibicuję tym postaciom, nie zważając na to, że są one fikcyjne.
Odłożyłam książkę na półkę z zadowoleniem - wcale się nią nie zawiodłam. I tylko jeden malutki smuteczek pozostał w moim sercu - tyle młodych osób poległo wtedy w walce za wolny Lwów, tak bardzo oni chcieli, aby był on polski, a nie ukraiński. Udało im się to zaledwie na niecałe 20 lat. Potem przyszła kolejna wojna światowa i konferencja w Jałcie ustalająca, że Lwów ma się znaleźć na Ukrainie. To co kiedyś zostało wywalczone bohaterską postawą młodzieży, teraz zostało odebrane nam jednym podpisem.
Pamięć o tamtych bohaterach jest dla mnie żywa. Bardzo często przywołuję w pamięci tą piękną pieśń, którą pierwszy raz usłyszałam właśnie na cmentarzu Orląt Lwowskich. Nie da się przy niej nie wzruszyć.

czwartek, 22 listopada 2018

822. Kubusiu...

Co musi czuć rodzic, kiedy ukochane dziecko jednego dnia dmucha 8 świeczek na urodzinowym torcie, a pięć dni później umiera podczas reanimacji?
Taka historia dotknęła pewną rodzinę z położonych nieopodal mnie Tychów. Znałam ich historię z Internetu, ale i tak całym sercem kibicowałam temu małemu wojownikowi, który skradł moje serce. Kubuś żył tylko 8 lat. O 6 dłużej od sztywnych lekarskich statystyk. Zmagał się ze SMA1 - rdzeniowym zanikiem mięśni. Choroba odebrała mu sprawność, umiejętność oddychania i jedzenia buzią - oddychał dzięki respiratorowi, był też karmiony przez sondę. Ale nie odebrała Kubusiowi woli życia. Od września był uczniem trzeciej klasy szkoły podstawowej, w maju chciał razem z klasą przyjąć po raz pierwszy Pana Jezusa do swojego serduszka. Nie zdążył. Zmarł przedwczoraj rano - zaledwie pięć dni po swoich ósmych urodzinach. Teraz biega swobodnie po rajskich obłoczkach trajkotając na okrągło i delektując się pyszną czekoladką...
 
I pomyśleć, że Polska jest jednym z nielicznych krajów europejskich, w którym nie został wprowadzony do użycia jedyny jak na razie lek hamujący rozwój SMA - spinazę. To znaczy został sprowadzony dla kilku dzieci leczonych eksperymentalnie. I oni mają go za darmo. Zdesperowani rodzice na własną rękę i ryzyko jeżdżą do innych państw, aby podać ją dziecku. Albo zbierają na jego zakup i podanie w naszym kraju, np. w CZD. Dlatego jeszcze raz Was proszę o wysyłanie w miarę możliwości SMS-ów na Weronikę i Bartka. Nie pozwólmy, aby SMA wzięło w swoje objęcia kolejne maluchy!

poniedziałek, 19 listopada 2018

821. Szczepić czy nie szczepić - oto jest pytanie

Ostatnio w mediach aż wrze od doniesień na temat coraz to nowego przypadku zakażeniu odrą. Choroba, o której praktycznie zapomniano ze względu na profilaktykę szczepienną, wróciła na nowo ze zdwojoną siłą. A ja pamiętam jeszcze spór o to, czy w ogóle warto szczepić dzieci, bo istniała teoria, jakoby szczepionka powodowała u nich autyzm. Coraz więcej rodziców ulegało presji społeczeństwa, pomimo możliwości otrzymania kary grzywny, i rezultat tego jest jaki jest.
Do czasu wynalezienia szczepionek wiele chorób zakaźnych kończyło się śmiercią. Organizmy nie radziły sobie z atakiem wirusów. Na szczęście naukowcom udało się odkryć, że niewielka ich ilość wprowadzona w sposób kontrolowany do ludzkiego ustroju powoduje wzmocnienie jego odporności na ten konkretny szczep. Nawet jeżeli szczepienie nie uchroni od zarażenia się daną chorobą, to jej przebieg będzie o wiele łagodniejszy. Poza tym obowiązkowe szczepienia w naszym kraju są bezpłatne. To jedna z najlepszych inwestycji w naszą przyszłość państwa, w którym żyjemy. Pomyślmy sobie, że o wielu naszych szczepionkach mieszkańcy Trzeciego Świata mogą co najwyżej pomarzyć. Tam za to, co my mamy za darmo trzeba płacić grube pieniądze. A z drugiej strony, może gdyby u nas była podobna sytuacja, to nie byłoby tego bezsensownego sporu szczepić, czy nie szczepić...
Ponadto szczepienie chroni nie tylko osobę szczepioną, ale też tą, która z ważnych, medycznych przeciwwskazań nie mogła zostać zaszczepiona. Do drugiej grupy zaliczam się także i ja. I nie zostałam zaszczepiona dlatego, że rodzice tak zdecydowali, tylko z powodu spuścizny po PRL-u. Chociaż urodziłam się już w następnym ustroju, to zajmowali się mną lekarze, którzy kształcili się za komuny. A wtedy istniało przekonanie, że dzieci neurologicznych się nie szczepi. W przeciwieństwie do teorii autyzmu było one poparte konkretnymi przypadkami. Dzisiaj już wiadomo, że wszystkie te przypadki były zbiegiem okoliczności, ale wtedy wolano nie ryzykować. Wysłano tylko odpowiednie pismo do sanepidu, coby nie lękali nas niepotrzebnie i na tym się skończyło. Jedynie na co jestem zaszczepiona to na gruźlicę i na tężec i to na własną, znaczy się rodziców, odpowiedzialność. Wiecie, gdyby wtedy była taka wiedza jak dzisiaj wszystko byłoby inaczej. Ale w podobnej sytuacji jest wiele innych osób, chociażby dzieci z nowotworem. Pomyślmy też czasami w taki sposób.
Wróćmy jeszcze na chwilę do ryzyka wybuchu epidemii odry. Teoretycznie może się wtedy powtórzyć sytuacja sprzed ponad 50 lat. Nie wszyscy wiedzą, że w 1963 roku we Wrocławiu doszło no epidemii czarnej ospy. Został on przywleczony wraz z Polakiem, który wrócił z Indii. Na przeszło półtora miesiąca stolica Dolnego Śląska została objęta kwarantanną. Otoczono ją też kordonem sanitarnym. Odmiana ospy atakowała węzły chłonne, śledzionę oraz szpik kostny. Zaraziło się nią 99 osób, zmarło 7. Były to jednak ostatnie przypadki zachorowania na tę chorobę w naszym kraju. Tylko teraz zamiast ostatnich przypadków zachorowań, te mogą być pierwszymi.
Na wiele wirusów wynaleziono szczepionki, jednak nie na wszystkie. HIV, malaria, Ebola, WZW typu C w dalszym ciągu pozostają zmorą współczesnych wynalazców. I chociaż zbierają one nie małe żniwo wśród zakażonych, to jednak nie one są najniebezpieczniejszymi w historii. W 1967 roku importowano do Niemiec koczkodany zielone. W ten sposób do naszych zachodnich sąsiadów zawitał wirus Marburg. Jego pierwszymi ofiarami byli naukowcy z Marburga. Trzymali oni małpy w laboratorium jako zwierzęta doświadczalne. Marburg uważany jest za najagresywniejszy wirus na świecie. Śmiertelność w przypadku niektórych jego szczepów w Afryce sięga nawet 90%. Co gorsza, nie istnieje żadne skuteczna szczepionka zapobiegająca zarażenie się nim, ani lekarstwo, które można podać po zainfekowaniu wirusem. Dla porównania śmiertelność w przypadku wirusa SARS wynosi ok. 10%.
Wirusy są niebezpieczne, to fakt. Pozostaje pytanie dlaczego. Przecież może rozmnażać się tylko w organizmie "gospodarza", nie powinno mu zależeć na szybkim uśmierceniu go. Trzeba więc wiedzieć, że wysoka śmiertelność wywołana przez niektóre infekcje jest po prostu pomyłką natury i z reguły dotyczy przypadków, kiedy doszło do przeniesienia drobnoustrojów z jednego gatunku na drugi. Według niektórych naukowców grypa hiszpanka została wywołana przez jeden z ptasich wirusów, który zaatakował ludzi. Nie był dostosowany do swojego nowego gospodarza i dlatego czynił w ludzkich organizmach tak duże spustoszenie. Szacuje się, że grypa hiszpanka pochłonęła ok. 50 mln ludzkich istnień.
Co ciekawe, zwłaszcza dla nas, użytkowników internetu, możliwe jest nawet zarażenie się przez człowieka... wirusem komputerowym. Nie, nie zwariowałam, ani nie snuję teorii spiskowych. Mark Gasson jest pierwszym człowiekiem, którego zaatakował wirus komputerowy. Przeprowadzając autoeksperyment, naukowiec zainfekował wszczepiony w rękę chip RFID używany do elektronicznej identyfikacji do otwierania drzwi laboratorium. Wirus skopiował się na czytniku i stamtąd rozprzestrzenił się na chipy kolegów, aby manipulować ich uprawnieniami dostępu. Eksperyment pokazał, że implanty medyczne typu rozrusznik serca mogą zostać zainfekowane przez wirusy elektroniczne. Muszą więc być efektownie chronione. 

niedziela, 18 listopada 2018

820. O pracy, współpracy i pamięci

Ostatnie dni były dla mnie dosyć gorące, chociaż paradoksalnie na zewnątrz jest coraz zimniej. Szok! Jeszcze tydzień temu biegłam sobie w biegach niepodległościowych w samych bluzach, dzisiaj nawet w ciepłej, puchatej kurtce było mi trochę zimno.
Wczoraj odbyło się otwarcie bazy darczyńców SzP. W tym roku zgłosiłam się na wolontariusza w tej akcji i chociaż początki były trudne(wszak musiałam przekonać liderkę, że dam radę, a przede wszystkim, że nie jestem przygłupem) udało mi się pozytywnie przejść rekrutację. O SzP. napiszę coś jeszcze, bo bardzo wiele osób ma trochę mylne przeświadczenie o jej działalności, głównie oparte na tym co widzą w telewizji, a uwierzcie mi, media pokazują tylko wycinek tego, co robimy. Szkolenia, spotkania, a potem już tylko przydział rodzin. Tutaj duże rozczarowanie, bo z jednej strony było mówione, że dwóch nowicjuszy nie może samych chodzić po rodzinach, a z drugiej J., która też jest pierwszy raz wolontariuszem przydzieliła mnie do siebie. Nie wiedziałam, czy to ma być gorzki żart, ale też nie protestowałam. Wkurzało mnie tylko to, że co innego mówiono na szkoleniach, a co innego ona robiła podczas spotkać. I to, że musiałam czekać na przydzielenie mi rodziny, chociaż inni wiedzieli od razu kogo mają. A i jeszcze to, że mimo tego, że miała samochód niemal zawsze się spóźniałyśmy na umówione spotkania... Ja rozumiem, że ma się też inne sprawy, ale jak już się do czegoś zobowiązało to uczciwość każe się z tego wywiązać, przynajmniej według mnie. Ale spoko, w końcu dostałam rodzinę, z czasem uzbierało się ich trzy. Wbrew pozorom to jest optymalna liczba. Ponieważ samej trudno mi byłoby wypełnić ankiety, zajmowała się tym J. I znowu coś, co spowodowało, że ręce opadły mi do ziemi - pisała w nich pełno nieprzydatnych informacji, za to pomijała zupełnie te, które były zupełnie nieistotne. Ja wiem, ankiety są wprowadzane do systemu, ale oryginalne ich wersje też idą do fundacji. Szczerze powiedziawszy to wolałabym już sama po swojemu wypełnić te dokumenty, przynajmniej wiedziałabym o co chodzi. Potem nieustannie popędzała mnie z wprowadzeniem danych. Wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Kiedy jej opisy rodzin ciągle były zwracane z uwagami, moje były przyjmowane bez większych zastrzeżeń. Nie licząc ostatniego, ale to też tylko raz poprawiłam i przeszło. Mam też wrażenie, że J. myślała, że tylko ona jako lider ma wgląd w nasze arkusze, a tym czasem ja jako wolontariusz wspomagający miałam wgląd w jej. I tak dowiedziałam się, że nie wstawiła do bazy na czas wszystkich swoich rodzin oraz, że to jest jej pierwszy raz w SzP. Tylko dlaczego na grupie na FB pisała wszystkim, że jest jedną z nielicznych osób, które opublikowały na czas swoje rodziny? Dlaczego nie chodziła z jakimś weteranem, żeby jej pokazał co i jak? Zwłaszcza, że raz miałam osobiście przyjemność być wolontariuszem wspomagającym weterana i zupełnie było inne spotkanie... Czasami mam wrażenie, że niektórzy ludzie nie powinni być na pewnych stanowiskach z powodu braku doświadczenia. O J. niestety mam takie samo zdanie. Bo co to za lider, który nic nie wie, a posty na FB pisze bez ładu i składu(zresztą historie rodzin dla darczyńców tak samo i dlatego jej je bez przerwy odsyłali)? Zrobiła to po to, aby wchodząc do domów chwalić się, że jest liderem, czy jak? Wracając do mnie - wczoraj otworzyli bazę rodzin, a dzisiaj już wszystkie moje rodziny mają darczyńców(J. dzwoniła do mnie o 6 rano z tą wiadomością)! Ze wszystkimi już rozmawiałam, poszło całkiem nieźle. Mam nadzieję, że zaspokoją chociaż najważniejsze potrzeby moich rodzin. Pomimo różnych dziwnych sytuacji wolontariat w SzP bardzo mi się podoba. Za rok też mam zamiar startować. Mam nadzieję tylko, że będzie inny lider.
Dzisiaj natomiast byłam w jednym z kościołów w naszej diecezji sprzedawać książki, płyty i gry karciane. Uzyskane pieniądze, oprócz zwrócenia za materiały, zasilą nasz wylot do Panamy. Bo wiecie, to nie jest tak, że wyciągamy ręce po gotówkę za nic. Czasami lepiej to wygląda, kiedy sprzedajemy jakieś gadżety. Nawet sprawnie to wszystko poszło. I przy okazji mogłam trochę zintegrować się z moją imienniczką(która nawet podwiozła mnie potem do domu) oraz J. Żałuję tylko, że mieszkam kawałek od tej parafii - aby tam dojechać musiałam wsiąść w dwa autobusy, z czego ten drugi jeździ w niedzielę co dwie godziny, bo zostałabym na większej ilości Mszy. Wiem, że akcja będzie też za tydzień, i to w dwóch parafiach(w tej co dzisiaj i w jednej w Czeladzi). W sumie, jakbym wszystko sobie jakoś poukładała, to bez problemu mogłabym być tu i tu, oczywiście w innych godzinach. Żałuję, że nasz proboszcz jest taki nieprzystępny, bo podobną akcję można by było przeprowadzić i w mojej parafii. No tak, ale wtedy pieniądze nie poszłyby na cele kościoła, ale na "zachcianki młodzieży"... Chociaż mam głupie przeświadczenie, że gdyby dowiedział się, że lecę na ŚDM, to znowu by mi wmawiał, że to jest wyjazd dla tych co się angażują w kościele i to jest dla nich wyróżnienie. A że lecę za swoje, a nie za jego pieniądze, to już inna sprawa...
I na koniec dziękuję Basi za przemiłą przesyłkę z okazji moich imienin(zdjęcie będzie jutro, bo dziś nie mogę zrobić idealnie ostrego)

środa, 14 listopada 2018

819. Bieg ulicami Katowic z historią w tle

Post trochę napisany na prośbę naszej Jadzi, która kiedyś w jednym z komentarzy na swoim blogu zaproponowała mi, abym też "oprowadziła" swoich czytelników po mojej małej ojczyźnie. Co prawda nie jest to moje rodzinne miasto, ale mam nadzieję, że stolica mojego województwa też się liczy 😀.
O biegu "Wolność na 5" odbywającym się w Katowicach w przeddzień 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości dowiedziałam się przez przypadek. Podczas "Półmaratonu jesiennego i biegów towarzyszących" każdy z nas otrzymał reklamówkę z pakietem startowym, w którym znajdowało się m.in. kilka ulotek reklamowych. Wśród nich była także ta, która zachęcała do wzięcia udziały w katowickim biegu organizowanym przez tamtejsze liceum im Adama Mickiewicza. 
Zaintrygowała mnie ona, więc po powrocie do domu postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o tym wydarzeniu. Komputer poszedł w ruch. Szybko odszukałam odpowiednią stronkę, przeczytałam regulamin i postanowiłam spróbować swoich sił. Zapisałam się na listę startową i czekałam na informacje, które sukcesywnie pojawiały się na fanpage wydarzenia. Chociaż muszę przyznać, że kiedy zobaczyłam trasę biegu na 5 kilometrów(do wyboru była też na 10, ale na razie to nie mój poziom) to trochę mnie zmroziło.
Generalnie znam Katowice nie od dzisiaj, na ulotce podane były nawet nazwy ulic, którymi będzie się odbywał bieg, jednak im bliżej byłam tego wydarzenia, tym bardziej się denerwowałam. W dodatku tuż przed startem rozwaliłam rękę i obiłam kolana na tym nieszczęsnym chodniku, dlatego też miałam obawy przed kolejnym upadkiem i kolejnym rozwaleniem tej samej dłoni.
A jednak w sobotni poranek postanowiłam pobiec. Nie dla zwycięstwa, ale dla samej siebie. A może powiem inaczej: dla mnie zwycięstwem jest już samo dobiegnięcie do mety w limicie czasowym(ten zaś wynosił 60 minut), a jeśli jeszcze udałoby mi się pobić swoją życiówkę z sierpniowego biegu w Oświęcimiu to nic więcej do szczęścia by mi nie było potrzeba.
Przystanek autobusowy mieści się tuż obok liceum będącego organizatorem biegu. Budynek został wzniesiony w 1866 roku, o czym przypomina data wykuta na jego fasadzie.
To na jej dziedzińcu odbywał się start i meta obydwóch dystansów biegowych. Zanim jednak wystartowaliśmy, każdy z nas musiał odebrać swój pakiet startowy, czyli numerek startowy, chip do pomiaru czasu, button z wydarzeniem, baton energetyczny, wodę mineralną i jakieś ulotki, a wszystko to zapakowane w modny worek sportowy. A przy okazji musieliśmy podpisać oświadczenie. I tutaj miła niespodzianka - pakiety wydawała dziewczyna, która była też wolontariuszką na jesiennym biegu dwa tygodnie temu. I ona mnie poznała. Jeszcze tylko musiałam przypiąć sobie numerek startowy do koszulki(tej z czerwcowej sztafety niepodległości), przymocować chip do buta, zdać plecak do depozytu i mogłam iść na dziedziniec, gdzie wszyscy razem rozgrzewaliśmy się przed biegiem.
Start mojego dystansu rozpoczął się o 11:00 wystrzałem z pistoletu. Wszyscy ruszyliśmy przed siebie, a trasa biegu na 5 kilometrów wiodła ulicami(a raczej ich fragmentami) Mickiewicza, Sokolskiej, Chorzowskiej, Rondo Ziętka, Aleję Roździeńskiego, Ul. Uniwersytecką, Rondo Pietera, ponownie Ul. Uniwersytecką, Bankową, Pańki, Górniczą, Damrota, Powstańców, Francuską, Jagiellońską, Kochanowskiego, Pocztową, Rynek obok Urzędu Miasta, aż w końcu skończyliśmy ponownie na ulicy Mickiewicza. A przy okazji minęliśmy wiele ciekawych miejsc związanych z Katowicami i ich historią.
Po przebiegnięciu pierwszych dwóch ulic i wbiegnięciu na ulicę Chorzowską z daleka ukazał nam się dostojny obelisk upamiętniający Powstańców Śląskich walczących o odbicie Niemcom bezprawnie przywłaszczonych sobie ziem. Tuż obok znajduje się pomnik lokalnego polityka, Jerzego Ziętka.
Pomnik Powstańców Śląskich
I stojący przy nim Jerzy Ziętek
Po drugiej natomiast stronie pojawił się jeden z symboli miasta - hala sportowo - widowiskowa "Spodek".
Po chwili wbiegliśmy w osiedle bloków zasłaniających wszystko dookoła. Jeżeli jednak któryś biegach odwrócił swoją głowę w lewo, mógł dostrzec nowy, imponujący gmach Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, który został wzniesiony na terenach poprzemysłowych dawnej Kopalni Węgla Kamiennego "Katowice".
Biegnąc dalej moglibyśmy dotrzeć do nowego Muzeum Śląskiego. My jednak skręciliśmy w prawo. Przebiegliśmy obok jednego z gmachów Uniwersytetu Śląskiego, posyłając uśmiech do stojącej obok niego studentki.
Naprzeciw stały też budynki innych wydziałów, co nie umknęło mojej uwadze.
Następnie skręciliśmy w boczną uliczkę, w sumie taką niezbyt znaną. Wszyscy mogliśmy podziwiać słynne osiedle Walentego Roździeńskiego z charakterystycznymi blokami w kształcie gwiazd. Są to drugie po "kukurydzach" najwyższe budynki mieszkalne w mieście.
Po dobiegnięciu do skrzyżowania wewnętrznych uliczek skręciliśmy w prawo. Tym sposobem dotarliśmy do ul. Górniczej, która łączyła się z ul. Damrota. Po prawej stronie zamajaczył nam kościół p.w. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.
Biegnąc dalej ul. Damrota minęliśmy po prawej stronie budynek Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego.
Kilkaset metrów dalej, tym razem po lewej stronie, pojawiła się dobrze mi znana Biblioteka Śląska. Stoi ona na obszarze dawnego cmentarza Ewangelicko - Augsburskiego, o czym świadczy tabliczka w parku okalającym bibliotekę.
Aktualnie cmentarz luterański znajduje się po drugiej stronie ulicy, tuż obok cmentarza katolickiego. Ciekawostką jest fakt, że spoczywa na niej m.in. Wojciech Korfanty.
Luterańska część cmentarza
Z tymi, na których oczach Polska odzyskała niepodległość
Nagrobek Wojciecha Korfantego
Pomnik poświęcony fundatorowi cmentarza
Okrążając cmentarz przebiegaliśmy obok wojewódzkiej siedziby Wojska Polskiego.
Uff... już bliżej było niż dalej. Biegnąc ulicą Francuską udało mi się nawet załapać na fotografa czyhającego na trasie na uczestników biegu:
Z Francuskiej trasa biegu prowadziła przez ulicę Jagiellońską, na której mieści się Samorządowe Kolegium Odwoławcze z pomnikiem Józefa Piłsudskiego oraz Gmach Sejmu Śląskiego, który został wpisany do rejestru zabytków i uznany za pomnik historii. Przed Sejmem znajduje się majestatyczny pomnik Wojciecha Korfantego.
Samorządowe Kolegium Odwoławcze
Piłsudski na swojej Kasztance
Gmach Sejmu Śląskiego
Pomnik Wojciecha Korfantego 
Z ulicy Jagiellońskiej skręciliśmy w ulicę Jana Kochanowskiego. Po lewej stronie pojawił nam się jeden z zielonych skwerów nazwany Placem Miarki. W jego centrum znajduje się pomnik znanego muzyka, Stanisława Moniuszki.
Przede mną ostatni kilometr biegu.

Po przebiegnięciu pod mostem kolejowym i minięciem ulicy Pocztowej znaleźliśmy się na Rynku Głównym miasta. A na nim i budynek słynnych "Zenitu" i "Skarbka", i nowoczesny Urząd Miasta, i Teatr im. Stanisława Wyspiańskiego.
Dawny dom handlowy "Zenit"
Galeria "Skarbek" pamięta jeszcze czasy PRL-u
Nowoczesny Urząd Miasta jest kontrastem dla zabytkowych kamienic
Teatr im. Stanisława Wyspiańskiego
Ostatni zakręt, ostatnia prosta. W oddali już majaczył budynek liceum, będący metą biegu.
Zanim jednak dobiegliśmy do niej, minęliśmy miejsce, gdzie do II wojny światowej stała okazała synagoga żydowska. Dzisiaj znajduje się tam targowisko, a o bożnicy przypomina skromny obelisk.
Wbiegając na metę załapałam się na sesję fotograficzną.
To zdjęcie zrobiło furorę na facebooku
Meta!
Tak, dobiegłam. Co z tego, że ostatnia na moim dystansie(nota bene miałam jeszcze regulaminowy kwadrans w zanadrzu). Ja tam się cieszyłam, że dałam radę! Że nie poddałam się. Jeszcze tylko chwila niepewności w oczekiwaniu na oficjalne wyniki czasowe biegu. I jest, mamy to, wynik z Oświęcimia poprawiony o... ponad 5 minut! Oficjalny czas to 43:49. Dla mnie to jest prawdziwym zwycięstwem, jakkolwiek ludzie będą to komentować. Uhonorowaniem zmagań każdego biegacza był pamiątkowy medal.
A po zakończeniu imprezy jeszcze raz przeszłam trasę biegu, aby na spokojnie sfotografować mijane obiekty :).

poniedziałek, 12 listopada 2018

818. Patriotyzm dawniej i dzisiaj

Kiedy jesteś na wojnie,
i walczysz za swoją ojczyznę,
wiedz żeś wtedy jest patriotą.
Kiedy za swojego bliźniego,
gotowyś oddać swe życie,
wiedz żeś wtedy jest patriotą.
Gdy w czasie pokoju
przekazujesz dziatkom kulturę narodową,
wiedz żeś wtedy jest patriotą.
Gdy na obczyźnie wciąż tęsknisz za ziemią
co cię wykarmiła i wychowała,
wiedz żeś wtedy jest patriotą.
Gdy nie pozwalasz za kraju granicami,
zapomnieć języka ojczystego,
wiedz żeś wtedy jest patriotą.
Gdy pisząc egzamin, czy klasówkę w szkole,
nie ściągasz, lecz polegasz na swojej wiedzy,
wiedz żeś wtedy jest patriotą.


Patriotyzm. Kiedyś oznaczał on wzięcie broni do rąk i pójście na walkę z wrogiem. Ale też przekazywanie tradycji i kultury narodu, którego na próżno było szukać na mapie. I o takim patriotyzmie zazwyczaj uczą nas w szkole. Na historii, czy też edukacji obywatelskiej dowiadujemy się, że ten, kto walczył za ojczyznę i dbał o przetrwanie kultury narodowej był patriotą.
A dzisiaj? Dzisiaj przecież nie musimy walczyć o swoją wolność, żyjemy w miarę stabilnym politycznie kraju. Nie czepiam się bezsensownych wojenek pomiędzy partiami politycznymi rządzącymi w Sejmie. Zresztą obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to Polska zostanie tak bardzo osłabiona, że powtórzy się sytuacja sprzed 100 lat, a wtedy wielki tamtych dni - Marszałek Józef Piłsudski, chyba przewróci się w grobie.
Wczoraj na różne sposoby świętowaliśmy 100-lecie odzyskania przez nasz kraj niepodległości, każdy tak, jak chciał. Pogoda była piękna, jak na listopad, mogliśmy śmiało świętować poprzez branie udziału w lokalnych uroczystościach. Były więc marsze z biało-czerwonymi sztandarami, były Msze za ojczyznę, było składanie wieńców pod pomnikami i przemówienia, były też biegi.
W tym ostatnim, organizowanym także w moim mieście, i ja brałam udział. Ogólnie dzień wcześniej też biegłam 5 kilometrów ulicami Katowic, ale temu chcę poświęcić osobny post. Frekwencja była tak duża, że z przygotowanych 1000 zestawów koszulek patriotycznych i medali nie tylko nic nie zostało, ale nawet okazało się, że jest ich wręcz za mało. Trudno się temu dziwić, ponieważ trasę prowadzoną przez zmodernizowany niedawno park można było przebiec, przejść, przejść z kijkami, przejechać z dzieckiem w wózku, rowerem, na rolkach, hulajnogą... Możliwości było sporo. Spóźnialscy oraz ci, co dotarli na metę na końcu będą mogli odebrać swoje pamiątki w tygodniu. Wszyscy otrzymaliśmy baloniki w kolorze białym lub czerwonym, które zostały wypuszczone w momencie startu, czyli o 11:11.
Źródło zdjęcia
 A na tym zdjęciu i ja się załapałam :)
źródło zdjęcia
Po biegu 1000 pierwszych osób na mecie odebrało pamiątkowy medal(reszta otrzyma w późniejszym terminie) i wszyscy czekaliśmy na godzinę 12:00, aby odśpiewać "Mazurka Dąbrowskiego". Nota bene niewiele z nas wie, że jest on hymnem narodowym dopiero od 1927 r.
źródło zdjęcia
Po odśpiewaniu hymnu spora część z nas udała się do miejskiej bazyliki na Mszę za ojczyznę, po której przemaszerowano na plac przed Pałacem Kultury Zagłębia, gdzie złożono wieńce przed pomnikiem Pułku Żołnierskiego i odśpiewano kilka pieśni patriotycznych.
Jak wiadomo wczoraj wiele budowli na świecie zostało podświetlonych na biało-czerwony kolor.

My też nie byliśmy gorsi i podświetliliśmy nasz PKZ narodowymi barwami.
Pozdrawiam Was patriotycznie :)