Od kilku dni u naszych wschodnich sąsiadów trwa stan wojenny. Media coraz częściej spekulują, czy z powodu polityki prowadzonej przez Putina wybuchnie trzecia wojna światowa, czy też nie i jakie będą jej skutki. Tymczasem tak naprawdę wojna wcale nie musi zostać wywołana przez zrzucenie bomby na jakieś miasto, czy też ostrzelaniem go. Jeżeli tak pójść z duchem czasu, to śmiało można zrezygnować z tradycyjnych metod i wywołać wojnę jednym kliknięciem myszki. Brzmi absurdalnie i niewiarygodnie? Niech Was jednak nie zmylą pozory...
Chwilę po godzinie 20:00 do kancelarii premiera dociera meldunek o następującej treści: "System wczesnego ostrzegania ARAKIS-GOV odkrył aktywność złośliwego oprogramowania. Dotknięte zostały: systemy telekomunikacyjne, elektrownie, kontrola lotów, giełda w Warszawie". Wkrótce po tym dochodzi do awarii sieci energetycznej w większości województw, kolizji samolotów pasażerskich i wykolejeń pociągów. Złośliwe oprogramowanie wnika coraz bardziej w elektroniczną infrastrukturę. Zostaje ogłoszony najwyższy stopień zagrożenia. Agencja NATO ds. Systemów Łączności i Informatyki coraz bardziej naciska na rząd, aby podjął radykalne kroki. Tylko nieliczne sieci transmisji danych są stabilne. I to je trzeba za wszelką cenę chronić. Dwie godziny później zostaje ogłoszony stan klęski żywiołowej. Głównie po to, aby działania były sprawne i zdecydowane. Z powodu powagi sytuacji rząd zmusza Telekomunikację Polską, operatorów telefonii komórkowej i inne firmy komunikacyjne do użycia wyłączników bezpieczeństwa. Sekundę później wszyscy tracą dostęp do internetu, telewizji oraz telefonii komórkowej. Wszystkie cyfrowe połączenia z zagranicą zostają odcięte. W kraju zaczyna się cybernetyczna epoka kamienia łupanego, a obywatele tracą dostęp do aktualnych informacji. Funkcjonuje sieć awaryjna, dzięki temu przynajmniej w części powstrzymany jest wybuch wszechobecnego chaosu. Prezydent wprowadza stan wojenny, a do średnich i dużych miast wkraczają oddziały armii i policji. Wszystko po to, aby stłumić wybuchające co rusz zamieszki.
Strasznie brzmi? Jednak ta wizja jest całkowicie prawdopodobna. Zagrożenie zmasowanym atakiem na struktury państwowe jest jak najbardziej realne. Obecnie toczy się niezauważalna przez zwykłego człowieka cybernetyczna wojna podjazdowa, a rządy państw zbroją się na potęgę, aby być przygotowanymi na najgorsze. Sabotaż i szpiegostwo internetowe już od dawna stanowią poważne zagrożenie globalnego bezpieczeństwa. Brytyjskie ministerstwo obrony informuje, że jest atakowane przez hakerów średnio co osiem godzin. W Polsce w samym 2011 r. odnotowano ponad 2000 prób włamania i sparaliżowania pracy serwerów.
Trzecią wojnę światową wywoła nie silny wybuch bomby, ale kliknięcie myszką. Wywołać może ją haker, który w zamian za odpowiednie wynagrodzenie przeprowadzi atak informatyczny. Kiedy w 2007 roku Brayan* otrzymał zlecenie zhakowania systemu elektrowni atomowej, uznał to za niemożliwe. Po latach jednak przyznał, że było to jedno z najłatwiejszych zadań hakerskich, jakich się podjął i już po tygodniu kontrolował cały zakład. Od wywołania groźnej awarii dzieliło go właśnie jedno kliknięcie myszy. Na szczęście Brayan działał wyłącznie na zlecenie zarządcy elektrowni, który chciał tylko sprawdzić, jak bezpieczny jest system stosowanych przez niego zabezpieczeń. Wynik nieco go zszokował. Zresztą kiedy pod koniec 2010 roku opublikowano wyniki ankiety przeprowadzonej spośród 600 dyrektorów dużych zakładów technicznych z 14 krajów, ponad połowa z nich stwierdziła, że prowadzona przez nich firma była celem ataków hakerskich o dużym potencjale zniszczeń. Dodatkowo większość z nich była przekonana, że stały za tym obce mocarstwa.
Podczas konferencji hakerów w 2011 roku pokazano jak w dziecinnie prosty sposób można otworzyć wszystkie drzwi w najważniejszych więzieniach Stanów Zjednoczonych. W tym samym czasie do opinii publicznej wyciekła informacja, jakoby szpiegom udało się zinfiltrować amerykańską sieć energetyczną. Podobno użyli programów pozwalających na zakłócanie dostaw prądu w całym kraju.
Luki wykorzystywane przez hakerów w celu np. wpływania na pracę elektrowni są często urządzeniami wyposażonymi w programowalne sterowniki logiczne. Umożliwiają one sterowanie wieloma maszynami, jak też rejestrują sygnały alarmowe i inne informacje napływające z całego przedsiębiorstwa. Są więc uważane za serce i mózg instytucji. W dodatku wszystkie są zaprogramowane na ten sam sposób. Podczas jednej z konferencji w Las Vegas jeden z ekspertów do spraw bezpieczeństwa potrzebował zaledwie 45 minut, aby w trakcie pokazu umiejętności hakerskich doprowadzić do awarii zdalnie sterowanego urządzenia PLC. Ta właśnie luka została wykorzystana przez robaka o nazwie Stuxnet, który poważnie zaszkodził irańskiemu programowi atomowemu.
Podczas konferencji hakerów w 2011 roku pokazano jak w dziecinnie prosty sposób można otworzyć wszystkie drzwi w najważniejszych więzieniach Stanów Zjednoczonych. W tym samym czasie do opinii publicznej wyciekła informacja, jakoby szpiegom udało się zinfiltrować amerykańską sieć energetyczną. Podobno użyli programów pozwalających na zakłócanie dostaw prądu w całym kraju.
Luki wykorzystywane przez hakerów w celu np. wpływania na pracę elektrowni są często urządzeniami wyposażonymi w programowalne sterowniki logiczne. Umożliwiają one sterowanie wieloma maszynami, jak też rejestrują sygnały alarmowe i inne informacje napływające z całego przedsiębiorstwa. Są więc uważane za serce i mózg instytucji. W dodatku wszystkie są zaprogramowane na ten sam sposób. Podczas jednej z konferencji w Las Vegas jeden z ekspertów do spraw bezpieczeństwa potrzebował zaledwie 45 minut, aby w trakcie pokazu umiejętności hakerskich doprowadzić do awarii zdalnie sterowanego urządzenia PLC. Ta właśnie luka została wykorzystana przez robaka o nazwie Stuxnet, który poważnie zaszkodził irańskiemu programowi atomowemu.
Przez długi czas Biały Dom nie podawał dokładnych danych na temat podobnych ataków. Dzisiaj wiadomo już, że sam Departament Obrony USA musi chronić blisko 15 tysięcy swoich sieci i 7 milionów komputerów przed milionami ataków hakerskich w ciągu roku. W maju 2011 roku Pentagon podał do publicznej wiadomości, że w przyszłości poważne ataki hakerów będą traktowane jak działania wojenne, a kraj odpowie na nie poprzez działania wojenne(np. jeśli atak chińskich hakerów na sieć energetyczną Stanów Zjednoczonych wywoła duże straty materialne i ofiary w ludziach, to mogą oni wypowiedzieć wojnę Chinom). Na razie w toczącej się cyberwojnie broń konwencjonalna nie została jeszcze użyta, a ograniczono się do wirtualnych starć.
Amerykanie ubolewają nad tym, że ciągle są celem ataków hakerów z Dalekiego Wschodu. Wrogiem numer jeden są Chiny, ale i one z czasem znalazły się na celowniku hakerów. W samym 2010 roku chiński rząd odnotował blisko 500 000 przypadków dostania się trojanów do tamtejszych sieci. Rzekomo 14,7% z nich pochodziło z USA, a 8% z Indii. W odpowiedzi telewizja chińska pokazała kod źródłowy złośliwego oprogramowania, za pomocą którego każdy z ok. 300 milionów użytkowników internetu w Chinach mógł zaatakować amerykańskie firmy. Dla ekspertów było to pierwsze publiczne nawoływanie przez rząd do ataków internetowego terroryzmu. Chodzi tutaj jednak nie tylko o szpiegostwo i zniszczenie. Dzięki internetowi można również napełnić państwową kasę. Od dawna już wiadomo, że niektórzy więźniowie chińskich obozów pracy muszą uprawiać tzw. gold farming. Sadza się ich więc przed komputerami, aby gromadzili cyfrowe skarby(np. World of Warcraft). Następnie wirtualne waluty sprzedawane są na aukcjach internetowych za prawdziwe pieniądze, głównie graczom ze Stanów Zjednoczonych i Europy. Mowa tutaj o naprawdę gigantycznych kwotach: światowy rynek wirtualnych przedmiotów w grach szacowany jest nawet na 3 miliardy dolarów. Jednak w cybernetycznej wojnie chodzi też o dostęp do prawdziwej broni. Drony są jednymi z najnowocześniejszych narzędzi do prowadzenia walki, które w ostatnich latach zrobiły ogromną karierę w USA. Są one najczęściej wykorzystywane w misjach typu "znajdź i zabij" prowadzonych w Iraku i Afganistanie. Praca ich pilotów polega na siedzeniu w bazach w Stanach Zjednoczonych i sterowaniu przez zabezpieczone połączenia tymi niebezpiecznymi maszynami. Sama armia nie widzi w tym większego problemu, a wręcz cieszy się, że przy swojej przewadze technologicznej jest w stanie zwalczać ważne cele bez narażania życia żołnierzy. Ale czy na pewno? Już w 2009 roku iraccy rebelianci potrafili przechwycić transmisję obrazu nadawanego na żywo przez będącego w akcji drona. Co ważniejsze, zrobili to za pomocą kosztującego zaledwie 26 dolary oprogramowania, które każdy z nas może kupić w Internecie. Dlatego całkiem realne jest niebezpieczeństwo przejęcia przez terrorystów urządzenia i skierowanie go na dowolnie wybrany przez siebie cel. Zamachowcy odpowiedzialny za ataki z 11 września 2001 roku musieli brać lekcje pilotażu, aby uczynić z samolotów latające bomby. Teraz sprawa jest dużo prostsza - najbardziej utalentowanymi pilotami tego typu maszyn są nastoletni gracze komputerowi.
Odpowiedzialny kiedyś za walkę z terroryzmem i bezpieczeństwo przed atakami cybernetycznymi Richard A. Clarke przeprowadził dochodzenie, z którego wynika, iż skoncentrowany atak na sieci elektroniczne Stanów Zjednoczonych mógłby w ciągu pół godziny doprowadzić do załamania się państwowych systemów zarządzania. Kiedy w 2007 roku Estonia stała się celem ataków rosyjskich hakerów, poważnemu zakłóceniu uległo działanie ministerstw, banków, mediów, czy też sieci telefonii komórkowej. Gdyby po ataku na jeszcze większą skalę państwo nie zdołałoby odzyskać kontroli nad sytuacją, po miesiącu rozpoczęłaby się walka ludzkości o pozostałe zasoby.
W internecie aktualnie funkcjonuje równowaga strachu - podobnie jak w przypadku zimnej wojny żadna ze stron nie chce zaryzykować otwartej konfrontacji. Jaka jest jednak podstawowa różnica pomiędzy wojną toczącą się w Internecie, a tamtego starcia bloku kapitalistycznego z komunistycznym? Przede wszystkim aktualnie linie frontu są nieczytelne. Sytuacja, gdzie amerykański haker na zlecenie Indii dokonuje przez chińskie serwery ataku typu DDoS na polski koncern zbrojeniowy jest jak najbardziej możliwa. Samo przeprowadzenie ataku DDoS jest bardzo łatwe - polega na zalaniu serwera pytaniami aż do momentu jego zawieszenia. Nie jest potrzebne do tego pozyskiwanie haseł i przełamywanie barier bezpieczeństwa. Nie trzeba się też obawiać osobistych konsekwencji tego typu ataków. Wcześniej terroryści, aby uderzyć musieli znaleźć się na terytorium wroga, a wtedy mogli zostać złapani, aresztowani i straceni. Ryzyko ponoszone przez hakerów jest praktycznie żadne. Dlatego istnieje niebezpieczeństwo, że w przyszłości ktoś postanowi sprawdzić co można zrobić i dokona czynu, którego skutki odczuje cały świat.
Rząd z wojskiem już dawno straciły rozeznanie. Sen z powiek spędza im działalność tzw. hakerów patriotów. Najczęściej są to amerykańscy hakerzy, którzy z narodowościowych pobudek dokonują ataków sabotażu na chińskich stronach internetowych. Jednak ich siła uderzeniowa jest dużo mniejsza niż chińskich hakerów. Szacuje się, że założony w 1998 roku w Państwie Środka patriotyczny Red Hacker Alliance liczy ponad 300 tysięcy członków. Niewykluczona jest też współpraca prywatnych organizacji z hakerami w celu wprowadzenia specjalnych trojanów do struktur elektronicznych wrogich państw. Jeżeli tak jest, to niewykluczone, że nie tylko rządy będą w stanie wywołać ogólnoświatowy konflikt. Co gorsza, prześledzenie tego typu ataków jest bardzo trudne. Hakerska partyzantka mogłaby bez problemów posługiwać się cyfrowymi ładunkami wybuchowymi z zapalnikiem czasowym, a one są praktycznie niewykrywalne. O ich istnieniu dowiemy się zapewne wtedy, kiedy zostaną aktywowane doprowadzając do paraliżu systemy bezpieczeństwa. Późniejszy atak hakerów miałby ten sam efekt, jak nalot bombowców na państwo, w którym szpieg unieszkodliwił całą obronę przeciwlotniczą. Z powodu braku oporu wszystkie cele zostałyby bardzo łatwo zniszczone. Nawet NATO nie jest w stanie stwierdzić, czy Chińczycy nie mają dostępu do jego oprogramowania.
Jeżeli myślicie, że świat stoi u progu wojny internetowej jesteście w błędzie - ona już dawno się toczy. Każdego dnia w światowej sieci pojawiają się tysiące złośliwych programów. Intensywność ataków na komputery rządowe wzrasta wraz z rozwojem internetu. W 2015 roku połączonych ze sobą było ok. 15 miliardów komputerów na całym świecie, tworząc tym samym gigantyczne pole manewru do elektronicznych ataków. Podobnie jak podczas II wojny światowej partyzanci byli zaopatrywani w broń i informacje, aby osłabić przeciwnika za linią frontu, tak samo teraz rządy i wielkie koncerny sprzymierzają się z organizacjami hakerskimi w celu zaszkodzenia wrogim państwom czy też konkurencyjnym przedsiębiorstwom.
Północnokoreańskie "Biuro 39" przez lata pomagało finansować program atomowy reżimu, m.in. za pomocą ekspertów komputerowych z Korei Południowej. W ciągu półtora roku udało im się zdobyć dla reżimu w Phenienie miliony dolarów za pomocą internetu. Cztery jednostki północnokoreańskiej armii są nastawione na zakłócanie elektronicznej infrastruktury wrogich krajów. Zaatakowanie w odwecie sieci internetowych Korei Północnej nie ma sensu, w totalitarnym państwie policyjnym po prostu takowych nie ma. Niebezpieczeństwo ataków hakerskich oraz zorganizowania się w sieci opozycji przeciwko reżimowi jest zbyt duże.
Problemem międzynarodowych rynków finansowych są natomiast trudne do wyjaśnienia wahania kursów giełdowych. Tzw. błyskawiczne krachy mogą być wykonane na zlecenie wrogich sił, w szczególności przy transakcjach masowych, w większości przeprowadzanych za pomocą komputera w sposób całkowicie zautomatyzowany. Np. w sierpniu 2011 roku giełda w Hongkongu była nękana przez dwa dni atakami on-line. Także londyńska policja ostrzega, że działalność hakerska jest realnym zagrożeniem dla tamtejszej giełdy.
Narodowe i globalne systemy komunikacji, gospodarka, polityka i wojskowość są przesiąknięte technologiami cyfrowymi. Bez nich nie byłoby transportu, mediów, telekomunikacji i energetyki. Wszystkie te dziedziny życia uzależnione są od czegoś, co nie podlega żadnym regułom: internetu. To właśnie tam granica między dobrem a złem jest jeszcze bardziej rozmyta niż gdziekolwiek indziej w naszym świecie.
Amputacje były kiedyś dla chirurgów codziennością. Zresztą dzisiaj też są ważnym elementem sytuacji bez wyjścia. Podobny scenariusz może czekać także internet, który stanowi podstawę światowej gospodarki oraz komunikacji międzynarodowej. Wielu z nas nie wyobraża sobie dzisiaj bez niego życia. Musimy jednak być świadomi, że na świecie powstały plany awaryjnego wyłączenia internetu. W ciągu kilku minut świat uczyniłby krok wstecz do epoki analogowej. Zostalibyśmy w jednej chwili pozbawieni internetu, telefonów komórkowych, a nawet telewizji cyfrowej. To jednak jest tylko pozorna obrona, ponieważ atak cyfrowy następuje w ciągu kilku sekund. Jak można się domyślić, nie pozostawia to czasu na reakcję. Dlatego chociaż wyłączenie internetu mogłoby się wydawać jedynym sensownym sposobem reagowania, w zasadzie jest aktem kapitulacji przed internetowym przeciwnikiem.
Jedynym krajem mającym w całości własną infrastrukturę elektroniczną na wypadek wojny internetowej są Chiny. W najważniejszych obszarach korzystają wyłącznie z krajowego oprogramowania. Dysponują zdecentralizowanymi, odizolowanymi sieciami. Są też w stanie kontrolować je i wyłączać pojedynczo. To jest właśnie internet nowego supermocarstwa.
Na podstawie artykułu "Czy trzecia wojna światowa rozegra się w internecie?"; "Świat Wiedzy" nr 5/2011; str 54-61
* Imiona zostały zmienione
Amerykanie ubolewają nad tym, że ciągle są celem ataków hakerów z Dalekiego Wschodu. Wrogiem numer jeden są Chiny, ale i one z czasem znalazły się na celowniku hakerów. W samym 2010 roku chiński rząd odnotował blisko 500 000 przypadków dostania się trojanów do tamtejszych sieci. Rzekomo 14,7% z nich pochodziło z USA, a 8% z Indii. W odpowiedzi telewizja chińska pokazała kod źródłowy złośliwego oprogramowania, za pomocą którego każdy z ok. 300 milionów użytkowników internetu w Chinach mógł zaatakować amerykańskie firmy. Dla ekspertów było to pierwsze publiczne nawoływanie przez rząd do ataków internetowego terroryzmu. Chodzi tutaj jednak nie tylko o szpiegostwo i zniszczenie. Dzięki internetowi można również napełnić państwową kasę. Od dawna już wiadomo, że niektórzy więźniowie chińskich obozów pracy muszą uprawiać tzw. gold farming. Sadza się ich więc przed komputerami, aby gromadzili cyfrowe skarby(np. World of Warcraft). Następnie wirtualne waluty sprzedawane są na aukcjach internetowych za prawdziwe pieniądze, głównie graczom ze Stanów Zjednoczonych i Europy. Mowa tutaj o naprawdę gigantycznych kwotach: światowy rynek wirtualnych przedmiotów w grach szacowany jest nawet na 3 miliardy dolarów. Jednak w cybernetycznej wojnie chodzi też o dostęp do prawdziwej broni. Drony są jednymi z najnowocześniejszych narzędzi do prowadzenia walki, które w ostatnich latach zrobiły ogromną karierę w USA. Są one najczęściej wykorzystywane w misjach typu "znajdź i zabij" prowadzonych w Iraku i Afganistanie. Praca ich pilotów polega na siedzeniu w bazach w Stanach Zjednoczonych i sterowaniu przez zabezpieczone połączenia tymi niebezpiecznymi maszynami. Sama armia nie widzi w tym większego problemu, a wręcz cieszy się, że przy swojej przewadze technologicznej jest w stanie zwalczać ważne cele bez narażania życia żołnierzy. Ale czy na pewno? Już w 2009 roku iraccy rebelianci potrafili przechwycić transmisję obrazu nadawanego na żywo przez będącego w akcji drona. Co ważniejsze, zrobili to za pomocą kosztującego zaledwie 26 dolary oprogramowania, które każdy z nas może kupić w Internecie. Dlatego całkiem realne jest niebezpieczeństwo przejęcia przez terrorystów urządzenia i skierowanie go na dowolnie wybrany przez siebie cel. Zamachowcy odpowiedzialny za ataki z 11 września 2001 roku musieli brać lekcje pilotażu, aby uczynić z samolotów latające bomby. Teraz sprawa jest dużo prostsza - najbardziej utalentowanymi pilotami tego typu maszyn są nastoletni gracze komputerowi.
Odpowiedzialny kiedyś za walkę z terroryzmem i bezpieczeństwo przed atakami cybernetycznymi Richard A. Clarke przeprowadził dochodzenie, z którego wynika, iż skoncentrowany atak na sieci elektroniczne Stanów Zjednoczonych mógłby w ciągu pół godziny doprowadzić do załamania się państwowych systemów zarządzania. Kiedy w 2007 roku Estonia stała się celem ataków rosyjskich hakerów, poważnemu zakłóceniu uległo działanie ministerstw, banków, mediów, czy też sieci telefonii komórkowej. Gdyby po ataku na jeszcze większą skalę państwo nie zdołałoby odzyskać kontroli nad sytuacją, po miesiącu rozpoczęłaby się walka ludzkości o pozostałe zasoby.
W internecie aktualnie funkcjonuje równowaga strachu - podobnie jak w przypadku zimnej wojny żadna ze stron nie chce zaryzykować otwartej konfrontacji. Jaka jest jednak podstawowa różnica pomiędzy wojną toczącą się w Internecie, a tamtego starcia bloku kapitalistycznego z komunistycznym? Przede wszystkim aktualnie linie frontu są nieczytelne. Sytuacja, gdzie amerykański haker na zlecenie Indii dokonuje przez chińskie serwery ataku typu DDoS na polski koncern zbrojeniowy jest jak najbardziej możliwa. Samo przeprowadzenie ataku DDoS jest bardzo łatwe - polega na zalaniu serwera pytaniami aż do momentu jego zawieszenia. Nie jest potrzebne do tego pozyskiwanie haseł i przełamywanie barier bezpieczeństwa. Nie trzeba się też obawiać osobistych konsekwencji tego typu ataków. Wcześniej terroryści, aby uderzyć musieli znaleźć się na terytorium wroga, a wtedy mogli zostać złapani, aresztowani i straceni. Ryzyko ponoszone przez hakerów jest praktycznie żadne. Dlatego istnieje niebezpieczeństwo, że w przyszłości ktoś postanowi sprawdzić co można zrobić i dokona czynu, którego skutki odczuje cały świat.
Rząd z wojskiem już dawno straciły rozeznanie. Sen z powiek spędza im działalność tzw. hakerów patriotów. Najczęściej są to amerykańscy hakerzy, którzy z narodowościowych pobudek dokonują ataków sabotażu na chińskich stronach internetowych. Jednak ich siła uderzeniowa jest dużo mniejsza niż chińskich hakerów. Szacuje się, że założony w 1998 roku w Państwie Środka patriotyczny Red Hacker Alliance liczy ponad 300 tysięcy członków. Niewykluczona jest też współpraca prywatnych organizacji z hakerami w celu wprowadzenia specjalnych trojanów do struktur elektronicznych wrogich państw. Jeżeli tak jest, to niewykluczone, że nie tylko rządy będą w stanie wywołać ogólnoświatowy konflikt. Co gorsza, prześledzenie tego typu ataków jest bardzo trudne. Hakerska partyzantka mogłaby bez problemów posługiwać się cyfrowymi ładunkami wybuchowymi z zapalnikiem czasowym, a one są praktycznie niewykrywalne. O ich istnieniu dowiemy się zapewne wtedy, kiedy zostaną aktywowane doprowadzając do paraliżu systemy bezpieczeństwa. Późniejszy atak hakerów miałby ten sam efekt, jak nalot bombowców na państwo, w którym szpieg unieszkodliwił całą obronę przeciwlotniczą. Z powodu braku oporu wszystkie cele zostałyby bardzo łatwo zniszczone. Nawet NATO nie jest w stanie stwierdzić, czy Chińczycy nie mają dostępu do jego oprogramowania.
Jeżeli myślicie, że świat stoi u progu wojny internetowej jesteście w błędzie - ona już dawno się toczy. Każdego dnia w światowej sieci pojawiają się tysiące złośliwych programów. Intensywność ataków na komputery rządowe wzrasta wraz z rozwojem internetu. W 2015 roku połączonych ze sobą było ok. 15 miliardów komputerów na całym świecie, tworząc tym samym gigantyczne pole manewru do elektronicznych ataków. Podobnie jak podczas II wojny światowej partyzanci byli zaopatrywani w broń i informacje, aby osłabić przeciwnika za linią frontu, tak samo teraz rządy i wielkie koncerny sprzymierzają się z organizacjami hakerskimi w celu zaszkodzenia wrogim państwom czy też konkurencyjnym przedsiębiorstwom.
Północnokoreańskie "Biuro 39" przez lata pomagało finansować program atomowy reżimu, m.in. za pomocą ekspertów komputerowych z Korei Południowej. W ciągu półtora roku udało im się zdobyć dla reżimu w Phenienie miliony dolarów za pomocą internetu. Cztery jednostki północnokoreańskiej armii są nastawione na zakłócanie elektronicznej infrastruktury wrogich krajów. Zaatakowanie w odwecie sieci internetowych Korei Północnej nie ma sensu, w totalitarnym państwie policyjnym po prostu takowych nie ma. Niebezpieczeństwo ataków hakerskich oraz zorganizowania się w sieci opozycji przeciwko reżimowi jest zbyt duże.
Problemem międzynarodowych rynków finansowych są natomiast trudne do wyjaśnienia wahania kursów giełdowych. Tzw. błyskawiczne krachy mogą być wykonane na zlecenie wrogich sił, w szczególności przy transakcjach masowych, w większości przeprowadzanych za pomocą komputera w sposób całkowicie zautomatyzowany. Np. w sierpniu 2011 roku giełda w Hongkongu była nękana przez dwa dni atakami on-line. Także londyńska policja ostrzega, że działalność hakerska jest realnym zagrożeniem dla tamtejszej giełdy.
Narodowe i globalne systemy komunikacji, gospodarka, polityka i wojskowość są przesiąknięte technologiami cyfrowymi. Bez nich nie byłoby transportu, mediów, telekomunikacji i energetyki. Wszystkie te dziedziny życia uzależnione są od czegoś, co nie podlega żadnym regułom: internetu. To właśnie tam granica między dobrem a złem jest jeszcze bardziej rozmyta niż gdziekolwiek indziej w naszym świecie.
Amputacje były kiedyś dla chirurgów codziennością. Zresztą dzisiaj też są ważnym elementem sytuacji bez wyjścia. Podobny scenariusz może czekać także internet, który stanowi podstawę światowej gospodarki oraz komunikacji międzynarodowej. Wielu z nas nie wyobraża sobie dzisiaj bez niego życia. Musimy jednak być świadomi, że na świecie powstały plany awaryjnego wyłączenia internetu. W ciągu kilku minut świat uczyniłby krok wstecz do epoki analogowej. Zostalibyśmy w jednej chwili pozbawieni internetu, telefonów komórkowych, a nawet telewizji cyfrowej. To jednak jest tylko pozorna obrona, ponieważ atak cyfrowy następuje w ciągu kilku sekund. Jak można się domyślić, nie pozostawia to czasu na reakcję. Dlatego chociaż wyłączenie internetu mogłoby się wydawać jedynym sensownym sposobem reagowania, w zasadzie jest aktem kapitulacji przed internetowym przeciwnikiem.
Jedynym krajem mającym w całości własną infrastrukturę elektroniczną na wypadek wojny internetowej są Chiny. W najważniejszych obszarach korzystają wyłącznie z krajowego oprogramowania. Dysponują zdecentralizowanymi, odizolowanymi sieciami. Są też w stanie kontrolować je i wyłączać pojedynczo. To jest właśnie internet nowego supermocarstwa.
Na podstawie artykułu "Czy trzecia wojna światowa rozegra się w internecie?"; "Świat Wiedzy" nr 5/2011; str 54-61
* Imiona zostały zmienione




















