Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą formacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą formacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 marca 2026

2331. Jak z "bestJi" stać się "Ja best"?

Ostatnie trzy dni spędziłam na rekolekcjach prowadzonych w Duszpasterstwie Akademickim w Katowicach. Ogólnie bardzo ucieszyłam się, kiedy ksiądz Kris napisał do mnie wiadomość, że jak bardzo chcę, to mogę na nie wpaść. No jasne, że chciałam. Tylko wiecie, trochę nieśmiały za mnie człek, zwłaszcza kiedy wypadam z pewnego stałego rytmu. To jego zaproszenie dodało mi swoistej odwagi, aby iść na nie.
Już na samym wejściu natknęłam się na jednego z moich przyjaciół i wspaniałego kompana do wędrówek po górach, Arcia. Po serdecznym przywitaniu zasiadłam w jednej z tylnych ławek w kościele akademickich. Schemat spotkań był bardzo prosty - o godzinie 20:00 Msza z krótkim kazaniem, a po niej konferencja. Zgodnie z zapowiedziami, tematem przewodnim były siedzące w nas "bestJe", czyli tak zwane grzechy główne, których jest siedem. Z tych siedmiu rekolekcjonista, którym w tym roku był duszpasterz akademicki z K-wa, wybrał dwa, pychę oraz lenistwo, które dokładniej nam omówił. Jednocześnie zabawił się grą słów, i ze słowa "bestJa" zrobił słowo "Ja best". Innymi słowy pokazał nam, jak okiełznać nasze bestie, aby stać się lepszym człowiekiem.
W skrócie:
  • W niedzielę ksiądz rekolekcjonista zrobił nam wstęp do swoich dwóch następnych wykładów przedstawiając genezę siedmiu grzechów głównych. Ciekawą jak dla mnie tezą jest to, że są one nazywane głównymi, nie dlatego, że są najważniejszymi i najcięższymi, ale dlatego, że rodzą się w naszych głowach.
  • W poniedziałek pochyliliśmy się nad pychą i próżnością. Pycha to nic innego jak nieznajomość siebie, swoich słabości, ale i silnych stron. Bardzo często powoduje, że stajemy się wyniośli, najważniejsi w swoich oczach, a równocześnie nie zwracamy uwagi na innych. Pycha sprawia, że uważamy, że do wszystkiego dojdziemy sami, bez potrzeby nie tylko Boga, ale i innych osób. Ale jest też drugi rodzaj pychy - ten, kiedy zaniżamy swoje możliwości i umiejętności, niejednokrotnie po to, aby dostać pochwałę od innych. Bo nie ma nic złego w tym, że jesteśmy w czymś dobrzy i możemy to wykorzystać. Po to właśnie mamy talenty, aby służyć nimi innym. Musimy tylko właściwie nimi dysponować, na chwałę innych, na chwałę Bożą, a nie tylko i wyłącznie dla własnego uznania. Takie zachowanie prowadzi bowiem do "próżnej chwały", co w połączeniu z gardzeniem drugim człowiekiem skutkuje zamknięciem się w bańce własnych wygórowanych wyobrażeń, niemających związku z stanem faktycznym. To także nieustanne zastanawianie się, co ludzie powiedzą, co ludzie o nas myślą. Prawda jest jednak taka, że ludzie najczęściej mają tyle na głowie, że nie mają czasu myśleć zbyt wiele na temat innych. Lekarstwem na tą bestię jest, poza modlitwą, świadomość nie tylko tego, że my mamy konkretne talenty, ale też, że mają je inni. I te inne talenty też trzeba dostrzegać, co więcej, czasami nawet im ustępować. Czasami warto też się zastanowić po co robimy niektóre rzeczy: dla uznania? poklasku? chwały? Czy może dla innych, żeby poprawić ich życie i samopoczucie, również pod względem rozrywkowym? Czy nie mam pogardy przy tym dla innych? Czy potrafię ich wesprzeć? Czy moje znajomości są szczere, czy tylko "po coś".
  • Lenistwo, a ściślej mówiąc, acedia. W starożytności i średniowiecza nazywana była "demonem południa", ponieważ dotykała mnichów pomiędzy godziną dziesiątą, a piętnastą. Jest to ogólne zniechęcenie, brak sił i wrażenie, że czas biegnie jakby wolniej. Sprawia, że nie znajdujemy sensu w tym, co robimy, nie sprawia nam to ani przyjemności, ani radości. Można powiedzieć, że to taka depresja duszy. Ma też bardzo dużo wspólnego z wypaleniem zawodowym. Najczęściej dotyka ludzi ambitnych, przeceniających swoje możliwości, niepotrafiących ani trochę odpuścić i chcących być we wszystkim najlepszym. Człowiek dotknięty acedią jest nieproduktywny, często popada w znużenie tym, co robi. Ten stan nie trwa przez kilka dni, ale tygodniami, czy wręcz miesiącami. Acedia prowadzi do rozczarowania sobą, Bogiem i innymi. Lekarstwem na nią jest realne ocenienie swoich możliwości i umiejętności, a czasami wręcz zmiana środowiska, w którym się znajdujemy.
To oczywiście skrót tego, co mogliśmy usłyszeć przez całe trzy dni. W najbliższym czasie będę chciała znaleźć chwilę czasu, aby zrobić z tych trzech konferencji dokładniejsze notatki. No wiecie, obracam się w takim środowisku (bierzmowani, Oratorium, LSO, "Wiara i Światło", a teraz i DM w mojej diecezji), że myślę, że tego typu informacje przydadzą się i mnie samej i innym. Jeszcze będę musiała poczytać o pozostałych sześciu "bestiach", które mogą zawładnąć nami. I myślę, że niejednokrotnie tak jest.
Bardzo miłym akcentem było pojawienie się w ostatnim dniu rekolekcji arcybiskupa Andrzeja w gmachu krypty akademickiej. Nie przyszedł tylko na chwilę, ale był obecny na prawie całej konferencji. Na koniec natomiast udzielił nam swojego pasterskiego błogosławieństwa.

sobota, 28 lutego 2026

2329. Czas wracać do pracy i wielkopostny dzień skupienia LSO

Tegoroczne ferie, w moim przypadku trochę przedłużone, powoli dobiegają do końca. Od poniedziałku dzieciaki wracają do szkoły, a ja - do pracy. Dość już tego dobrego, skończyła się laba, zaczynają obowiązki. Ludzie wielokrotnie pytają mnie, czy lubię moją pracę, czy nie mam jej dosyć. Hm..., jeżeli miałabym dosyć po kilku miesiącach od zaczęcia pracy w szkole, dla mnie byłoby to oznaką, że nie jest to moja droga, że źle wybrałam, że po kilku latach spędzonych w Oratorium źle rozeznałam moje "powołanie". Nie będę ukrywała że jest zawsze łatwo i przyjemnie, bo nie jest. Jednak jeszcze żadne dziecko nie zaszło mi tak bardzo za skórę, czy to w szkole, czy na świetlicy, żebym miała ochotę rzucić pracę i iść inną drogą. Czyżby wcześniejsze doświadczenie mnie zahartowało? Mam taką nadzieję.
Chociaż nie było mnie blisko miesiąc ani w szkole, ani na świetlicy środowiskowej, starałam się być na bieżąco z tym, co się działo w jednej i w drugiej placówce. Katecheci w szkole już proszą mnie o pomoc w przeprowadzeniu szkolnego etapu Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy Religijnej oraz akademii z okazji świąt wielkanocnych. Napisałam też kilka programów, z czego jestem zadowolona. Nie, nie dumna, ale zadowolona. Jeden dotyczy strachu i opiera się na autobiograficznej książce Joanny Porazińskiej, "Asiunia", a drugi straty i oparty został na książce Barbary Kosmowskiej zatytułowanej "Dziewczynka z parku". Będę chciała pilotażowo wypróbować je podczas sobotnich zajęć w Oratorium w S-cu, ale to chyba najwcześniej za dwa tygodnie. Ogólnie polecam obydwie książki, bo chociaż są napisane z myślą o dzieciach, to przekazują wiele mądrych myśli, z których mogą skorzystać również dorośli.
Za tydzień jadę do Wadowic na spotkanie "Rafałków". Rozważania Drogi Krzyżowej z Aniołem Stróżem w tle już się pisze. To nie jest pierwsza Droga Krzyżowa mojego autorstwa, ale tym razem czuję szczególną odpowiedzialność za to, co wyjdzie spod mojej klawiatury. A i sama tematyka, chociaż wydaje się pozornie prosta, tak naprawdę taka nie jest. Zdecydowałam się jednak nią podjąć, w trudnych chwilach licząc na wsparcie mojego osobistego Anioła Stróża. Nie tracę więc nadziei, bo nawet jeżeli nie podołam temu to zawsze będzie to kolejne doświadczenie w moim życiu.
Jeżeli mówimy o doświadczeniach, to dzisiaj w diecezji mieliśmy wielkopostny dzień skupienia dla członków Liturgicznej Służby Ołtarza. Dla mnie był to debiut na zasadzie "Chcesz Lolku, czujesz się wystarczająco na siłach, to jedź. W końcu dzwonisz dzwoneczkami i przygotowujesz ołtarz przed Mszą świętą. Ja Cię nie będę zatrzymywać". No to pojechałam. Trema była, jednak serdeczne powitanie przez diecezjalnego duszpasterza Liturgicznej Służby Liturgicznej, z którym nota bene byłam na Światowych Dniach Młodzieży w Panamie, nieco mnie ośmieliła. Po chwili, już w komeżce, siedziałam w ławce w bazylice katedralnej Najświętszej Maryi Panny w Sosnowcu.
Na spotkaniu było niewielu członków Liturgicznej Służby Ołtarza. Podejrzewam, że bez problemu można by ich policzyć na palcach, i nie byłoby to przesadą. Podejrzewam, że na taki stan rzeczy złożyło się to, że bądź co bądź mamy jeszcze ferie w naszym województwie, a dodatkowo w tym samym czasie wiele księży było na swoim dniu skupienia. Jednak, jak to stwierdził ksiądz Łukasz, przybyła prawdziwa śmietanka naszej diecezji. Śmietanka, nie śmietanka, ja tam się cieszyłam, że mogłam być częścią tej śmietanki...
W tym roku prelegentem był ojciec Tobiasz, znany też jako Jakub Strzelecki. Zanim poszedł do seminarium był aktorem po szkole aktorskiej. Można go było zobaczyć w takich produkcjach, jak: "M jak miłość", "Samo życie", czy też "Miasto z morza". Niestety, z żadnego z nich go nie kojarzę. Pochodzi z Żywca, z religijnej rodziny. Około 2011 roku poczuł, że aktorstwo nie jest jego życiowym powołaniem, a życie poświęcone Bogu. Postanowił "przekwalifikować się" na zakonnika. Wstąpił do zakonu bernardynów (franciszkanów), dziś posługuje w Leżajsku, na wschodzie Polski.
Podczas swojej konferencji brat Tobiasz nie tylko podzielił się z nami historią swojego powołania i drogi do Boga, jaką przyszło mu przejść, ale też uświadomił, że nie trzeba być kimś nieskazitelnym, aby być ważnym w oczach Boga, a przede wszystkim, aby była mu powierzona jakaś misja. Powołał się tutaj na takie postacie ze Starego Testamentu, jak Adam (który wykazał nieposłuszeństwo wobec prośby Boga), Kain (który zabił z zazdrości Abla), Noe (który się upił winem), Abraham (który chociażby dwa razy sprzedał swoją żonę), Jakub (który o mało nie pozabijał się z Ezawem), czy też Mojżesz (który nie dość, że zabił Egipcjanina, to jeszcze miał wadę wymowy). Nikt z nich nie był idealny, mieli swoje wady, takie jak my, ale przez to nie stali się wyklęci w oczach Boga. Bo każdy z nich jednak kochał Boga i ufał mu.
Centralnym punktem Dnia Skupienia była Msza święta koncelebrowana przez przybyłych księży. Pomimo niewielkiej ilości uczestników miała ona uroczysty charakter. W krótkim kazaniu kaznodzieja przypomniał nam, że Bóg nie jest egzekutorem nakazów i zakazów, za jakie często bierzemy chociażby dekalog, ale chce być bardziej drogowskazem w naszym życiu.
Myślę, że taki dzień skupienia na początku Wielkiego Postu, a nawet w trakcie jego trwania, jest doskonałą okazją do tego, aby jeszcze raz na chwilę zatrzymać się i przemyśleć wiele spraw w swoim życiu. A takie konferencje są jak najbardziej ku temu pomocne i przydatne.
Jutro zaczynają się trzydniowe rekolekcje w DA w Katowicach. Planuję na nie wbić, bo może być ciekawie.

piątek, 20 grudnia 2024

2086. Być "Stróżem poranka"

12 spotkań. Tyle nabożeństw roratnich organizowanych przez Duszpasterstwo Akademickie Centrum odbyło się w tym roku w kaplicy wydziału, na którym przyszło mi studiować. Gromadziliśmy się przez trzy tygodnie od wtorku do piątku o 6:40 (wszak tradycyjnie Msze Święte odprawiane są przed świtem). Nie na darmo hasło tegorocznych rorat brzmiało "Stróże poranka", bo chyba każdy z uczestników był takim stróżem poranka.
Tym razem podczas kazań na każdym ze spotkań analizowana była jedna z encyklik napisanych przez Jana Pawła II. Ogólnie wyszło ich spod jego pióra 14, my siłą rzeczy pominęliśmy dwie. Jak to powiedział w żartach na początku ksiądz Kris - te dwie będziemy musieli kiedyś sami nadrobić. Każdego dnia po roratach było śniadanie, a także pamiątkowe zdjęcie ich uczestników. 
3 grudnia - Encyklika "Redemptom homilis" ("Odkupiciel człowieka")
4 grudnia - Encyklika "Dives in misericordia" ("O Bożym miłosierdziu")
5 grudnia - Encyklika "Laboren exercens" ("O pracy ludzkiej")
6 grudnia - Encyklika "Slavorum Apostoli" ("Apostołowie Słowian")
10 grudnia - Encyklika "Dominum et Vivificantem" ("O Duchu Świętym w życiu Kościoła i świata"
11 grudnia - Encyklika "Redemptomis Mater" ("Matka Odkupiciela")
12 grudnia - Encyklika "Sollicitudo rei socialis" ("Troska o sprawy społeczne")
13 grudnia - Encyklika "Redemptoris Missio" ("Misja Odkupiciela")
17 grudnia - Encyklika "Veritatis splendor" ("Blask prawdy")
18 grudnia - Encyklika "Evangelium vitae" ("Ewangelia życia")
19 grudnia - Encyklika "Ut unum sint" ("Abyśmy byli jedno")
20 grudnia - Encyklika "Ecclesia in Eucharistia" ("O Eucharystii w życiu Kościoła")
Ku mojemu własnemu zaskoczeniu - udało mi się być na wszystkich nabożeństwach (rok temu opuściłam jedno). Jeżeli myślicie, że łatwe było wstawanie z ciepłego łóżka przed 5 rano, a wychodzenie z domu tak, aby zdążyć na pociąg o 5:36 to powiem Wam szczerze - nie było. Czasami miałam ochotę rzucić to wszystko i po prostu pospać sobie dłużej, czy też po prostu odpocząć, na szczęście nie wprowadziłam tego w czyn. Raz tylko "udało" mi się zaspać, ale włączyłam najwyższy tryb działania i na uczelnię wpadłam o 6:45, czyli pięć minut po rozpoczęciu Mszy świętej, więc to spóźnienie nie było takie kolosalne. Jak kilka godzin później opowiedziałam o tym Księdzu Niosącemu Światło to zaczął się z tego śmiać i przyznał, że wcale się temu nie dziwi, bo on o tej porze, o której ja wstawałam, przewraca się na drugi bok. Pod koniec było już całkiem ciężko nie tylko z powodu zmęczenia, ale i przeziębienia, z jakim mierzę się od kilku dni. Czasami po nabożeństwie wracałam do domu i lądowałam w łóżku. W takich chwilach słabości powtarzałam sobie jednak, że jeszcze trzy, dwa, jeden dzień i koniec. Może i infantylne, ale jakoś mnie to mobilizowało i pozwalało na wstanie z łóżka. Cieszę się, że byłam na wszystkich roratach, ale też cieszę się z tego, że takich osób jak ja było więcej. I dziś rano każdemu z nas ksiądz Kris złożył serdeczne gratulacje.
Dzisiaj był też ostatni dzień zajęć na uczelni przed przerwą świąteczną. Atmosfera była luźniejsza, nawet wcześniej mogliśmy iść do domu. Trochę przeraża mnie ogrom pracy, jaka mnie czeka przez święta, ale chyba dam radę. Miałam zaplanowane podejście do zaliczenia przynajmniej czterech kolokwiów przed przerwą, ale wspomniane przeziębienie mnie powaliło. Zresztą przeziębienie to jedno, a reakcja mojego organizmu na to, co się dzieje w mojej grupie z NoRek to drugie. W konsekwencji wydaje mi się, że do żadnego nie przygotowałam się wystarczająco dobrze, musiałam więc przenieść je na styczeń, czego bardzo nie lubię. Ale przynajmniej jest szansa, że je zdam.

niedziela, 8 grudnia 2024

2079. Dzień skupienia w Rybniku

Każdego roku Duszpasterstwo Akademickie oraz Towarzystwo Ciemnych typów przeżywają swój dzień skupienia. W tym roku miał on miejsce w dniu wczorajszym w Rybniku, w parafii do której został skierowany zaprzyjaźniony z Duszpasterstwem ksiądz Paweł, a dla mnie po prostu Paweł. Z samego rana pociągiem i autami udaliśmy więc się do parafii Matki Boskiej Częstochowskiej, na której posługiwał kiedyś ksiądz Krzysztof. Po przybyciu do Rybniku zebraliśmy się pod dworcem PKP, skąd udaliśmy się w odpowiednim kierunku.
O 11:00 wszyscy przybyli udali się do znajdującej się na dole domu katolickiego kaplicy, jeszcze nie tak dawno pełniąca funkcję kościoła parafialnego. Każdy z nas spokojnie znalazł sobie miejsce do siedzenia i niecierpliwie wyczekiwał, co też powie nam ksiądz Paweł.
Młody neoprezbiter oparł swoje rozważania dotyczące nadziei o encyklikę Spe salvi napisaną ręką papieża Benedykta XVI. Swoją drogą, chyba będę musiała w końcu przeczytać ten dokument (oczywiście po tym, jak zapoznam się ze wszystkimi tego typu dokumentami napisanego przez Jana Pawła II). Pokazywał w nim, że nadzieja ma wiele oblicz, a niektóre z nich są dosyć zaskakujące. Znacie powiedzenie, że nadzieja jest matką głupich? A przecież jednocześnie jest ona jednym z imion Boga oraz Cnotami Boskimi, czy też cnotami teologalnymi. A więc jest czymś potrzebnym w naszym życiem. Tam, gdzie kończy się wszystko, tam pozostaje jedynie nadzieja na lepszy czas. Chciałabym wrzucić tutaj całe nagranie tej konferencji, za bardzo jednak nie wiem jak. Myślę, że wielu rozśmieszyło stwierdzenie, że pewnie mamy nadzieję, iż kapłan zaraz skończy to przemówienie i tak też się stało - konferencja się skończyła, a Paweł popędził na wizytę kolędową. Chociaż wcześniej udało nam się zrobić pamiątkowe zdjęcie.
Po zakończonej konferencji mieliśmy okazję wziąć udział we Mszy świętej, którą sprawowali ksiądz Krzysztof i ksiądz z parafii. Szczerze powiedziawszy to czułam się w nim trochę tak, jak w moim parafialnym kościele te 20 lat temu - kiedy był jeszcze w stanie surowym. Na Mszę przybyło jeszcze kilkoro osób. Poniższe zdjęcie ukazuje, że było nas całkiem sporo.
Po Mszy świętej i zabraniu naszych rzeczy z salki katechetycznej ksiądz Krzysztof zabrał nas do burgerowni znajdującej się w centrum miasta. Zna to miejsce od lat i serdecznie poleca je każdemu. W zasadzie nie wiem, jak smakują burgery, bo żadnego nie kupiłam, ale kulki serowe mają całkiem smaczne.
Po posileniu się podzieliliśmy się na dwie grupy i jedna poszła pod rybnicką katedrę, a druga, w tym ja, udała się na dworzec PKP, skąd pojechaliśmy pociągiem w kierunku Katowic. Na miejsce dojechaliśmy o 17:45. Szczerze powiedziawszy, to myślałam, że zejdzie nam szybciej. Jednak cały dzień uważam za w miarę udany i cieszę się, że wzięłam udział w tym wydarzeniu.
Jutro dzień równie intensywny - cały dzień na Śląskim Festiwalu Nauki, najpierw na stoisku naszego Koła Naukowego Teologów, wieczorem Msza święta wraz z nauką rekolekcyjną w Duszpasterstwie Akademickim. Potem dwutygodniowy maraton kolokwiów i referatów. A potem już to, co przyjemne, czyli święta.
Przed chwilą skończyłam natomiast wypiekać 24 babeczki (12 jogurtowych i 12 czekoladowych) na poniedziałkowy Kręg Biblijny.
Już na pierwszy rzut oka widać, że dwie czekoladowe nie do końca wyszły i wylały się z formy. Ale pozostałych 22 jest raczej niczego sobie. Mam nadzieję, że nic im się nie stanie, kiedy będą cały dzień przebywać w pudełku w plecaku. Podejrzewam, że z Śląskiego Festiwalu Nauki pojadę prosto do kościoła i nie będę miała kiedy w międzyczasie podskoczyć po nie do domu. Pachną nieziemsko i mam nadzieję, że tak samo będą smakować.

poniedziałek, 2 grudnia 2024

2074. Warsztaty muzyczne, pierwszy dzień rekolekcji, pożegnanie arcybiskupa Galbasa, wprowadzenie katechumenów do wspólnoty Kościoła - czyli niezwykle pracowity weekend

Weekend będący przejściem z listopada w grudzień okazał się obfitujący w aż cztery ważne i ciekawe wydarzenia związane z funkcjonowaniem Duszpasterstwa, do którego należę. Raz w roku organizuje ono warsztaty muzyczne. Rok temu jeszcze nie byłam gotowa do wzięcia w nich udziału, ale w tym roku - i owszem. Dlatego po krótkim namyśle postanowiłam się na nie zapisać (bo ze względu na obiad obowiązywały na nie zapisy przez formularz). Jak długo "śpiewam", tak pierwszy raz byłam na takim czymś. Świetna przygoda, ale i niesamowite doświadczenie, które może się przydać nawet tym, którzy nie są związani ze śpiewem.
Przez całą sobotę i niedzielę na ostatnim piętrze Wydziału Teologicznego w Katowicach pod okiem zawodowców szlifowaliśmy nasz warsztat muzyczny. Jego finałem była oprawa niedzielnej Mszy świętej, na której obecny miał być po raz ostatni arcybiskup Adrian Galbas, a więc motywacja była podwójna. W naszym repertuarze znalazło się sporo autorskich pieśni prowadzących warsztaty, ale i kilka tradycyjnych utworów. Całość podzielona była na trzy bloki dziennie, które znowu były podzielone na trzy bloki, podczas których alby i soprany (razem), tenory i basy ćwiczyły swoje partie pod okiem jednego z trzech specjalistów. Bloki przedzielone były modlitwą brewiarzową oraz obiadem, po każdej z trzech mniejszych części wychodziliśmy na kawę i coś słodkiego na korytarz. Ciekawe było to, że w tych warsztatach uczestniczyli także ludzie nie związani z naszą wspólnotą, a więc nikt nam nie zarzuci, że jesteśmy zamknięci tylko na siebie. 
W niedzielę wieczorem odbyła się nauka rekolekcyjna dla studentów i w ogóle wszystkich zainteresowanych osób. Wygłosił ją franciszkanin z sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej, a przybliżył w niej życiorys i dokonania św. Franciszka z Asyżu.
Po pierwszej nauce rekolekcyjnej udaliśmy się do wydziałowej kaplicy na wieczorną Mszę świętą. Była ona niezwykła przynajmniej z trzech powodów: uczestnicy warsztatów muzycznych zadbali o jej oprawę, było to oficjalne pożegnanie arcybiskupa Adriana Galbasa z naszym duszpasterstwem, ale też wprowadził on trzech dorosłych kandydatów do sakramentu chrztu św. (Mateusza, Marcina i Doriana) w okres katechumenatu. Jak sam arcybiskup przyznał na początku Mszy świętej - konsekrował kilka kościołów jako metropolita katowicki, ale z tym obrzędem zetknął się pierwszy raz w czasie swojej posługi w Katowicach.
Myślę, że łatwo jest się domyślić, że związane to było ze specjalnym rytuałem - przed wejściem do kaplicy katechumeni poprosili o wiarę, która daje życie wieczne oraz wyrzekli się wszystkiego co pogańskie, a więc może oddalić ich od Boga. Następnie duchowny katowicki naznaczył znakiem krzyża ich głowy, barki i piersi.
Przy dźwiękach pieśni "Marana tha, przyjdź Panie przyjdź" w niewielkiej procesji księża, liturgiczna służba ołtarza oraz katechumeni i ich bliscy weszli do niewielkiej kaplicy. Głównym celebransem liturgii był arcybiskup katowicki i to on wygłosił do nas homilię.
W homilii arcybiskup zaznaczył, że adwent, w który wchodzimy, to czas, kiedy uwidacznia się napięcie między ciemnością, a światłem. Stan ten dobrze obrazują poranne roraty - kiedy idziemy do kościoła w grudniowy poranek jest jeszcze ciemno, a światło z świecy lub lampionu zwiastuje nowy dzień, który nastaje po zakończeniu roratnej Mszy. Nieustanna walka między ciemnością a światłem rozgrywa się w duchowym życiu każdego z nas.
Nawiązując do pierwszego czytania z Księgi proroka Jeremiasza, abp Galbas zauważył, że prorok wypowiada swoje słowa w okresie wielkiej tragedii narodu wybranego. Nie ma ani Jerozolimy, ani świątyni, nie można więc było składać ofiar. Nic dziwnego, że Izraelici trwali w przekonaniu, że to już koniec, że Bóg ich opuścił, a oni nie są już Narodem Wybranym. Obawiają się też, że pokolenie Dawida już się nie odrodzi, a Mesjasz, który ma się z niego narodzić - nie przyjdzie. I właśnie w tym momencie słyszą od proroka zapewnienie, że "Jerozolima będzie trwać bezpiecznie". Arcybiskup podkreślił tym samym, że Jeremiasz ukazując tą zapowiedź ma w sobie światło, próbujące rozświetlić nie tylko jego samego, ale i innych, a nawet całą zrujnowaną Jerozolimę.
Następnie, powołując się na słowa Psalmu 25, kaznodzieja zauważył, że jego autor zdaje się być człowiekiem, który znajduje się w gęstym, ciemnym lesie, skąd na pozór nie ma wyjścia. Człowiekiem, który znalazł się w sytuacji, kiedy nie można nic dostrzec, ani nie wie się, w którą stronę powinno się iść. Człowiek ten modli się jednak do Boga z prośbą, żeby pomógł mu zobaczyć drogę, albo przynajmniej wąską ścieżkę. Tym samym psalmista wydawał się niemal pewien tego, że jego sytuacja nie jest jednak tak bardzo bezpośrednia - wie, że jest jakaś ścieżka lub droga, która prowadzi do światłości.  
Odnosząc się do słów Jezusa zapowiadających w Ewangelii koniec świata, kaznodzieja zauważył, że mogą budzić one przerażenie - opis przedstawia potworne zjawiska, trzęsienia ziemi, mdlejących ze strachu ludzi może odbierać nadzieję. Ale zaraz potem Jezus dodaje: "A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie", Owe słowa są niczym innym jak światłem i pokrzepieniem dla wszystkich oczekujących ponownego przyjścia Jezusa na ziemię. Kończąc swoją homilię wskazał na trzy ważne gesty dotyczących chrztu świętego:
  1. Wdzięczność za możliwość przyjęcia tego sakramentu
  2. Rachunek sumienia dotyczący naszej wiary poprzez rozważanie słowa Bożego, poszukiwanie Boga w świecie, w wydarzeniach i w drugim człowieku
  3. Wsparcie katechumenów poprzez dawanie świadectwa wiary
Po wygłoszeniu homilii nastąpiło, wzorem katechumenów z pierwszych wieków, specjalna modlitwa za Mateusza, Marcina i Doriana, wręczenie dwóm pierwszym Ewangelii oraz odesłanie ich - ponieważ pozostała część Mszy była dla nich po prostu niezrozumiała. Modlitwa wiernych przybrała formę spontanicznie wypowiedzianych próśb, natomiast ofiarowanie zabrzmiało "Nabierzcie Ducha i podnieście głowy". Podczas Mszy śpiewaliśmy dwie znane pieśni w języku łacińskim - było to "Sanctus, sanctus" ("Święty, święty") oraz "Agnus Dei" ("Baranku Boży"), co nadało jej jeszcze bardziej uroczystego charakteru. Do kompletu brakowało tylko "Pater noster". Kapłani rozdzielali Komunię Świętą, a tej czynności towarzyszył śpiew pieśni "Ciebie całą duszą" oraz "Spożywajmy Ciało Boga". Wzruszającym momentem było oficjalne pożegnanie arcybiskupa Adriana Galbasa przez "szefów" duszpasterstwa - Marcina i Olę. Do ciepłych słów dołączyli nietypowy prezent - tzw. "margaretkę" z wypisanymi naszymi deklaracjami modlitwy różańcowej w intencji kapłana, którego los rzucił aż do Warszawy. Po końcowym błogosławieństwie oraz zaśpiewaniu "Przyjdź o Niebieska Królowo" poszliśmy "pod dziekanat", aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z arcybiskupem.
Na zakończenie mieliśmy jeszcze agapę, czyli poczęstunek na uczelnianym holu. Ksiądz arcybiskup jeszcze przez chwilę z nami został - chodził pomiędzy wychowankami Duszpasterstwa, zagadywał, mnie osobiście udało się mu uściskać dłoń, co było niesamowitym uczuciem. A potem zupełnie niepostrzeżenie nas opuścił...
To był tak intensywny i pełny emocji weekend, że z radością wróciłam do domu, i jak przystało na późną porę (było około godziny 24:00), grzecznie poszłam spać. Nazajutrz czekał mnie nowy, intensywny dzień, oparty na uczelni, pracy, rozpoczęciem rorat oraz Kręgiem Biblijnym. Poza tym po tak obfitującym w różne rzeczy weekendzie przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. Nawet, jeżeli trwał on zaledwie 5 godzin.

czwartek, 3 października 2024

2039. Nasze duszpasterskie przebiegi

Nowy rok akademicki zawsze przynosi szanse na to, że do naszej społeczności duszpasterstwa akademickiego dołączą nowe osoby. Wiecie, tu mamy taki mały ruch rotacyjny - jedni kończą swoją przygodę ze studiami i rozpoczynają zupełnie nowe życie, w których czekają ich nowe obowiązki i zadania, a drudzy przychodzą, czy przyjeżdżają, aby rozpocząć swoją przygodę ze studiowaniem. Wiele z nich już na wcześniejszych etapach życia formowało się w różnych ruchach religijnych. Dla innych jest to zupełna nowość.
Aby nieco rozreklamować naszą wspólnotę i zachęcić potencjalnych zainteresowanych do wstąpienia w nasze skromne progi, a przy okazji umożliwić spotkanie się starych wyjadaczy, ksiądz zaproponował luźne spotkania, które nazwano "duszpasterskimi przedbiegami". Były to trzy pierwsze dni października, podczas których spotykaliśmy się najpierw na Mszy świętej na moim wydziale, a następnie szliśmy do ośrodka DA, a w czwartek jedna grupa do parku Kościuszki, a druga do kina, na wspólne integracyjne spotkania. Można powiedzieć, że pierwszym takim wypadem był wyjazd do Brennej, o którym pisałam kilka dni temu, jednak na niego pojechała tylko jedna nowa osoba. Teraz przyszło ich ciut więcej.
We wtorek, w pierwszym dniu spotkania Kondzio wraz ze scholą zaproponowali nam grę w hitstera. Ogólnie podzieliliśmy się na 5 drużyn, które na początku rozgrywki otrzymywali jedną kartę z zagraniczną piosenką i rokiem, w którym została wydana. Ich zadaniem jest ustalenie, czy kolejna wylosowana piosenka ukazała się przed nią i po niej. Dodatkowe punkty są za odgadnięcie jej tytułu i wykonawcy (piosenka leci z aplikacji). Jeżeli drużyna zgadnie, to zdobywa punkt i karta wędruje do niej. W przypadku większej ilości kart, drużyna decyduje pomiędzy którymi umieścić aktualną kartę. Inne drużyny mogą zmieniać umiejscowienie karty na osi czasu, zgadywać tytuł i wykonawcę. Jeżeli im się to uda, to one zdobywają punkt. Zabawa była przednia, chociaż ja z moją wiedzą odnośnie zagranicznych piosenek niewiele pomogłam mojej drużynie.
W środę po Mszy spotkaliśmy się na tostach, tortillach, chipsach oraz grach planszowych, do których zasiedliśmy po wieczerzy. Pierwszy raz robiłam tortillę na szybko, teraz wiem jak je przygotować. Tym bardziej, że wydają się znakomitym pomysłem na przekąskę podczas spotkania (myślałby kto, że ze mnie taki imprezowicz :D). Pierwszy raz grałam też w "Prawo dżungli", grze zręcznościowej przy której liczy się refleks. A więc teoretycznie nie miałam najmniejszych szans na wygraną. Jednak jakoś mi się tak mi się poszczęściło, że razem z O., ex aequo, zdobyłyśmy pierwsze miejsca. No kto by się spodziewał. A potem mocno kibicowałam Madziałkowi, aby zajęła drugie miejsce. Wiecie, studenci Wydziału Teologicznego trzymają się razem. A poniżej już cała nasza wesoła środowa ekipa.
Dzisiaj część osób poszła pobiegać po znajdującym się nieopodal (właściwie to tuż za Akademią Wychowania Fizycznego) Parku Kościuszki, a druga część do kina na "Gladiatora". Pierwotnie miałam dołączyć do tej drugiej grupy, jednak cały dzień tak dał mi w kość, że po pracy wróciłam do domu. 
Mimo wszystko cieszę się, że wzięłam udział w tych dwóch pierwszych dniach. Myślę, że pokazały one, że duszpasterstwo to nie tylko ciągła modlitwa i czytanie świętych pism, ale też sposób na zawarcie nowych znajomości i czas na zabawę oraz samorozwój. Mam nadzieję, że jak największa liczba nowicjuszy zostanie u nas na dłużej.

niedziela, 9 czerwca 2024

1950. O pewnej chatce, ale nie Puchatka

 - Jedź z nami na Chatkę, będzie świetnie - tak zachęcał mnie Madziałek, kiedy zbliżały się listopadowe trzydniowe rekolekcje z DA w dość nietypowym ośrodku wspólnoty. Nietypowym, bo jest to dosłownie chatka z trzema pomieszczeniami na dole (w tym kaplicą), ogromną sypialnią na górze oraz dwoma typowo wiejskimi toaletami na zewnątrz (jeżeli oglądaliście "Kogiel-mogiel" to pewnie wiecie o co chodzi). W dodatku trzeba do niego dojść jakieś 2 kilometry w górskich warunkach. Trochę, nie, przepraszam - bardzo mi to przypomina warunki, w jakich wychowywał się mój tata. Nawet rodzinny dom miał podobny. Ale może te warunki wpływają na niecodzienną atmosferę panującą w tamtym miejscu?
Wtedy, kiedy padła propozycja ze strony Madziałka, nie pojechałam. W Duszpasterstwie byłam zaledwie od kilku spotkań, stwierdziłam więc, że to za wcześnie. Poza tym w tym samym czasie był Bieg Niepodległości organizowany przez "Bieg Zbója", na którym miałam być i pomagać. To, że finalnie nie dotarłam to już inna sprawa. W każdym razie, nie opanowałam bilokacji, a więc trudno mi byłoby być tu i tu. Kolejny wyjazd "na Chatkę", tym razem typowo rekreacyjny, był w pierwszy weekend czerwca. Jednak w tym samym czasie było też spotkanie młodych na Legnicy, w którego wyjazd byłam zaangażowana, a na miejscu pomagałam trochę w promowaniu Światowych Dni Młodzieży, a więc znowu nie mogłam być w dwóch miejscach na raz. Ale tydzień później ponownie był zaplanowany wyjazd do Brennej, gdzie znajduje się wspomniany ośrodek, bardziej pod kątem rekolekcji. Tym razem nic nie stało na przeszkodzie, abym wzięła w nim udział, przynajmniej na chwilę zapisów, dlatego postanowiłam jechać, chociażby po to, aby zobaczyć na czym ta cała "Chatka" wygląda.
Do Brennej wyjechaliśmy wraz ze znajomymi z duszpasterstwa w piątkowy wieczór. Po mniej więcej 1,5 godziny dotarliśmy na miejsce. No, prawie, bo tak jak pisałam wcześniej, trzeba było jeszcze kawałek dojść na nogach. Do chatki doszliśmy ok. godziny 21:30. Na szczęście wszyscy czekali na nas z kolacją, jak zapewniała Zosia w SMSie. I z Mszą świętą, która miała miejsce o godzinie 22:00 w chatkowej kaplicy. Byliśmy zmęczeni (ja np. tego samego dnia rano miałam zaliczenie na pedagogice), ale nie wypadało nie iść. W końcu był to wyjazd rekolekcyjny, co rządziło się własnymi prawami. Tego dnia przypadała uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Nawet kilka razy wypowiedziałam się podczas kazania (mającego formę dialogową). Po Mszy dostaliśmy zaległą kolację, a następnie czas zleciał nam na rozmowach i grania w różne gry planszowe. To był dobry czas, który pozwolił nam się zintegrować i jeszcze lepiej poznać. Gdzieś o godzinie 2 nad ranem odmówiliśmy kompletę, łącząc się z przyjaciółmi księdza Krzysztofa mieszkającymi w Panamie.
Sobotę rozpoczęliśmy jutrznią o godzinie 7:30. Podczas niej mieliśmy pierwszą część nauki rekolekcyjnej polegającej na rozważaniu Pisma Świętego metodą Lectio divina. Na rozważania ksiądz Krzysztof zaproponował nam fragmenty Ewangelii według św. Marka, które roboczo nazwał pedagogiką Jezusa wobec uczniów. Pierwszy z nich dotyczył pierwszeństwa i tego, że każdy powinien stać się jak dziecko, aby móc wejść do Królestwa Niebieskiego. Dla mnie jest to świetna sprawa, ponieważ każdy z nas inaczej może postrzegać to, co usłyszał. Po godzinie poszliśmy na śniadanie. W ogóle zwyczajem jest to, że każdy uczestnik wyjazdu przywozi ze sobą coś do jedzenia. Mi w udziale przypadło 0,5 kilo żółtego sera. Po śniadaniu mieliśmy jakąś godzinę na odpoczynek i rozmowy ze sobą, a następnie, ok. godziny 11:30 ponownie udaliśmy się do kaplicę na Godzinę Czytań oraz kolejną część nauki rekolekcyjnej, również opartej na fragmencie Ewangelii według św. Marka. Dotyczył on tego, że ktoś uzdrawiał w imię Jezusa, co niezbyt podobało się jego uczniom oraz tego, co może budzić zgorszenie. Tym razem nie dzieliliśmy się naszymi spostrzeżeniami z grupą, a zostaliśmy wysłani przez księdza w odosobnione miejsca, abyśmy sami, albo w małych grupach, przeanalizowali to, co usłyszeliśmy. O 13:00 mieliśmy obiad, na który składała się przepyszna zupa meksykańska ugotowana przez Zosię. I zupełnie nie wiem o co chodziło księdzu z niedogotowanymi ziemniakami, jak dla mnie wszystko było w porządku. Zrozum mężczyznę. Po obiedzie znowu mieliśmy chwilę dla siebie, po której o 15:00 uczestniczyliśmy we Mszy świętej. A następnie udaliśmy się na nogach do centrum miejscowości, gdzie ksiądz Krzysztof zafundował nam lody. Był to idealny czas na rozmowy, śmiechy, na wymienienie się spostrzeżeniami na temat wyjazdu i całego roku formacyjnego. Przy okazji ustaliliśmy kolejność nocnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Kolejne minuty mijały nieubłaganie i musieliśmy wracać do domu rekolekcyjnego. Tym bardziej, że była to blisko 6-kilometrowa droga na nogach. Ale i ona przebiegała w bardzo radosnej atmosferze. Tuż przed wejściem na ostatnią, przysłowiową prostą (chociaż w rzeczywistości nie była ona wcale taka prosta) drogę w stronę domu zatrzymaliśmy się aby odmówić dziesiątkę różańca w intencji Towarzystwa Ciemnych Typów. Po dotarciu na miejsce zjedliśmy kolacje, a potem gdzieś do 23:00 z zaciekawieniem, a nawet wręcz z szeroko otwartymi oczami, uszami i ustami słuchaliśmy opowieści księdza Krzysia z pobytu w Panamie oraz w Gwinei. O wspomnianej godzinie 23:00 udaliśmy się do kaplicy aby odmówić kompletę połączoną z rozważeniem kolejnego fragmentu Ewangelii, tym razem dotyczącego błogosławieństwa dzieci przez Jezusa. Rozważyć mieliśmy go jednak dopiero podczas naszej kolei adoracji Najświętszego Sakramentu. A ponieważ moja pora wypadła dopiero o godzinie 3:00, to poszłam na strych spać.
Budzik miałam nastawiony na godzinę 2:45. Jednak sama z siebie obudziłam się ciut wcześniej. Co ciekawe, osoba która miała adorację tuż przede mną, idąc spojrzała w moją stronę i zobaczyła, że bardzo mocno śpię. Postanowiła sobie, że obudzi mnie wracając z powrotem. Jak się okazało, nie było to konieczne. Za oknem szalała burza, a błyskawice co rusz przeszywały niebo. Domek dawał pozorne poczucie bezpieczeństwa. Mimo wszystko mój półgodzinny dyżur minął szybko i w miarę spokojnie (na tyle, na ile może być spokojnie podczas burzy). Po jego skończeniu ponownie położyłam się spać, wszak jutrznia rozpoczynająca dzień była przewidziana dopiero na 7:45. Można więc było jeszcze na chwilę przyłożyć głowę do poduszki. Na dobre wstałam półgodziny przed jutrznią, co pozwoliło mi jeszcze spakować się przed powrotem do domu. Potem zeszłam na dół do kaplicy, gdzie już wiele osób czekało na jutrznię. Ta zaczęła się niemal punktualnie. W ramach rekolekcji rozważaliśmy ostatni z wybranych fragmentów markowej Ewangelii, który mówił o tym, jak trudno jest wejść bogaczom do Królestwa Niebieskiego. Następnie udaliśmy się na śniadanie. Ponieważ i tak wieczorem miały się odbyć prymicje księdza Pawła, który był przez jakiś czas związany z duszpasterstwem, to ksiądz Krzysiu nie odprawiał już Mszy w chatce. Mieliśmy za to czas na rozmowę po posiłku. Około godziny 11:00 zaczęliśmy sprzątać budynek, tak aby godzinę później zamknąć go na klucz i udać się w drogę powrotną w stronę Śląska. Jednak zanim to się stało, udaliśmy się jeszcze raz do jednej z kawiarni w Brennej, tym razem na kawę i ciastko. Tam doszła nas informacja o śmierci znanej aktorki, Marzeny Kipiel-Sztuki. Chociaż jesteśmy z różnych pokoleń, to chyba każdy z nas kojarzył ją z roli Halinki Kiepskiej. Tak przy okazji zaczęliśmy wspominać tych aktorów serialu "Świat według Kiepskich", którzy już nie żyją. Ksiądz przez przypadek "uśmiercił" Bartosza Żukowskiego, odgrywającego rolę jej syna, Waldusia. Szybko jednak odkrył swój błąd i sam się z niego śmiał. 
Takie chwile mogłyby trwać w nieskończoność, ale naprawdę, musieliśmy już wracać do domów. To był bardzo ciekawie spędzony weekend. Szkoda tylko, że nie było wypadu w góry, ale myślę, że to nic straconego. Tak samo jak mam nadzieję, że jeszcze nie raz zagoszczę w gościnne progi naszej duszpasterskiej Chatki.

piątek, 24 maja 2024

1939. Nasza polska pobożność Maryjna

Chociaż ksiądz Krzysztof przebywa u swoich przyjaciół w Panamie, to spotkania naszego piekarnika trwają w najlepsze. To głównie za sprawą naszych animatorów, którzy dbają o to, aby tematyka spotkań była różnorodna i wszechstronna, i w razie potrzeby są w stanie poprowadzić je bez udziału duszpasterza. Myślę, że to jest dobre rozwiązanie dla wszystkich - ksiądz nie musi się martwić, że skoro go nie ma, to i nie będzie spotkania, my mamy ciągłość spotkań, a animatorzy zdobywają różne kompetencje miękkie, tak bardzo przydatne w dorosłym życiu. Coraz częściej zastanawiam się, dlaczego to tak nie działa w Oratorium w mojej parafii. Przecież proboszcz, który jest jego opiekunem (i właściwie nic nie robi), mógłby wyznaczyć 2 - 3 osoby (nie koniecznie mnie, bo raczej nie mam ku temu kompetencji), które by były odpowiedzialne za organizację zajęć dla dzieci. Tak samo jak mógłby rozeznać, kto z nas ma uprawnienia wychowawcy kolonijnego i zgodzić się na organizację półkolonii parafialnych (od biedy mogłabym być ich kierownikiem, bo mam zrobiony odpowiedni kurs, ale wychowawcą też bym nie pogardziła). Przez lata je organizowaliśmy i zawsze był komplet dzieci, a nawet lista rezerwowa. Ale nie, lepiej zorganizować dużo droższy wyjazd dla dzieci do Włoch. 
Na ostatnim spotkaniu naszej wspólnoty duszpasterskiej oglądaliśmy odcinek dosyć popularnego serialu "The Chosen" opowiadający o weselu w Kanie Galilejskiej. A następnie dyskutowaliśmy nie tylko o roli Maryi podczas tej historii, ale też o tym, jaką ona rolę odgrywa w naszym prywatnym życiu. Jak dla mnie jest to doskonałe przeniesienie teorii na praktykę tego, o czym uczyła nas jedna z wykładowczyń na zajęciach z Zagadnień kultury współczesnej. Dużo mówiliśmy na nich o tym, jak doskonałą bazą do rozmowy są obejrzane filmy bądź seriale. I to nie tylko na tematy religijne, ale właściwie na wszystkie.
Z rozmowy wynikło, że maryjna pobożność jest bliska sercu właściwie każdego z nas. Wiele osób skupionych w duszpasterstwie odmawia różaniec, w miarę możliwości uczęszcza na nabożeństwa majowe, "uczymy się" tej pobożności od świętych i błogosławionych, którzy nam imponują, a dla których kult maryjny jest bardzo ważny. Dla wielu jest to Pier Giorgio Frassati, dla innych św. Maksymilian Maria Kolbe - czciciel Maryi Niepokalanej, dla jeszcze innych jakieś szczególne miejsce związane z czczonym w nim wizerunku Maryi. Wymieniano tutaj chociażby Częstochowę, Ludźmierz, Leśniów, Piekary Śląskie, Licheń, moją ukochaną Kalwarię Zebrzydowską. Z tego wszystkiego zapomniałam powiedzieć, że w moim mieście też jest szczególny kult figury Matki Bożej Anielskiej Patronki Zagłębia znajdującej się w miejskiej bazylice. Kilkoro z nas należało w dzieciństwie do Dzieci Maryi, gdzie ten kult jest dosyć silny. Ja z kolei jestem związana z parafią, w  której posługują księża salezjanie, a tam szczególnie uroczyście obchodzone jest i wspomnienie Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia - rocznica założenia pierwszego Oratorium), i Maryi Wspomożenia Wiernych (24 maja), dodatkowo od 24 lat noszę szkaplerz karmelitański, co też w jakiś sposób łączy się z pobożnością maryjną. Każdy z nas też podkreślał, że traktuje Matkę Boską nie jako ktoś na równi z Bogiem, ale jako pośredniczkę w drodze do niego. To trochę tak jak w rodzinie - czasami łatwiej jest nam z czymś przyjść do mamy, niż do taty. Co nie oznacza, że potem tata się o tym nie dowiaduje. Myślę, że tak samo jest z osobami boskimi - mówimy o czymś Matce Bożej, a Bóg Ojciec i tak się o tym dowiaduje. A więc Maryja jest tylko pośrednikiem w tym kontakcie.
Zastanawiać może to, dlaczego w Kościele Katolickim jest tyle tytułów Maryi. Dlaczego nie zwracamy się do Maryi po prostu Maryja? I skąd to się w ogóle wzięło? Mnie też to nurtowało. Na portalu mateusz.pl. znalazłam dosyć ciekawe i wyczerpujące wytłumaczenie tej praktyki:
"W Katechizmie Kościoła Katolickiego (KKK 487) czytamy zdanie: >>Wiara katolicka w odniesieniu do Maryi opiera się na wierze w Chrystusa, a to, czego naucza ona o Maryi, wyjaśnia z kolei wiarę w Chrystusa<<. Dlatego też dogmaty maryjne (Boże Macierzyństwo, Niepokalane Poczęcie, Dziewictwo Maryi, Wniebowzięcie Maryi) naprowadzają nas na wielość >>Imion<<, którymi zwracamy się do Niej lub przez Nią do Boga. W encyklice papieża Jana Pawła II: >>Redemptoris Mater<< (Marka Odkupiciela), poświęconej Maryi, w punkcie 33 możemy przeczytać orzeczenie Soboru Ekumenicznego z Nicei (787 r.) na temat czci obrazów: >>...według nauczania Ojców i powszechnej Tradycji Kościoła wierni mogą czcić razem z krzyżem także wizerunki Matki Bożej, Aniołów i Świętych, w kościołach, w domach i przy drogach<<. Tę starożytną praktykę czci i pobożności maryjnej potwierdził ostatni sobór powszechny - Watykański II. Dlatego >>Maryja Częstochowska, Licheńska, Hodowicka, Piekarska...<< to tytuły poszczególnych wizerunków, wzięte od miejsca szczególnego ich kultu (sanktuaria). W tych wizerunkach ci, którzy kochają Maryję, daną im przez Jezusa Chrystusa za Matkę, po prostu czczą Ją i proszą, by Ona wstawiała się za nimi. Trzeba przy tym pamiętać, że wstawiennictwo Maryi jest całkowicie uzależnione od zbawienia dokonanego przez Chrystusa i czerpie z Jego mocy. Nasza ufność we wstawiennictwo Maryi daje w szczególny sposób wyraz tej tajemnicy, że Bóg posługuje się wybranymi ludźmi, aby obdarzyć zbawieniem innych ludzi.
W kulcie obrazów nigdy nie czcimy danego przedmiotu (obrazu, figury), ale osobę, którą one wyrażają. Ikona bowiem odsyła do osoby, którą przedstawia i uobecnia. Ikony i obrazy (analogicznie tytuły: Róża Duchowna...) wspomagają naszą wiarę, wspomagają naszą wyobraźnię, pomagają nam trwać w modlitewnym skupieniu. Spełniają więc tylko funkcję pomocniczą. Aczkolwiek ta rola jest dosyć znaczna. Wiele wizerunków uznaje się za cudami słynące, bowiem w tych konkretnych miejscach (np. Lourdes, Fatima, Częstochowa) dokonały się (medycznie udokumentowane) cuda. Dlatego też te miejsca są uprzywilejowanymi ośrodkami urzeczywistniania się zbawczego pośrednictwa Kościoła.".

A więc Maryja jest jedna, ma tylko wiele przydomków związanych z jej cechami lub miejscami jej szczególnego kultu. Czcimy Matkę Bożą jako osobę, a nie jako wizerunek przedstawiony na obrazie lub w postaci figury. I Maryja jest tylko pośredniczką w naszej rozmowie z Bogiem.

poniedziałek, 12 lutego 2024

1857. O miłości dla zakochanych i poszukujących drugiej połówki

Nie da się ukryć, że Walentynki podbijają naszą polską ziemię. Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy dokładnie, kiedy wkroczyły na naszą arenę, bo dla mnie były właściwie od zawsze. Świętować je można na różne sposoby. My, członkowie Duszpasterstwa Akademickiego mieliśmy w związku z nimi spotkanie z parą małżonków, którzy opowiadali nam o swoim codziennym doświadczaniu miłości oraz z księdzem Jarosławem Ogrodniczakiem, ich przewodnikiem duchowym. Wydarzenie było zareklamowane na fb w następujący sposób.
Ponieważ przez wolontariat podczas Biegu Hercklekutów nie mogłam uczestniczyć w niedzielnej Mszy świętej w mojej parafii, wiedziałam że niemal na pewno udam się na spotkanie w DA, a następnie na odbywającą się po nim Mszę. No, chyba żebym dostała temperatury, albo gdybym czuła się na tyle źle, że nie byłabym w stanie już jeszcze raz dojechać do Kato. Wiecie, ja bardzo chciałabym być na tej porannej Mszy świętej u mnie, ale się nie rozdwoję. A szkoda, bo podejrzewam jakie to będzie miało dla mnie konsekwencje...
Do Kato udało mi się dojechać w miarę wcześnie. W każdym razie na tyle, że mogłam spokojnie dojść na nogach do ośrodka Duszpasterstwa Akademickiego "Centrum" znajdującego się niedaleko Wydziału Teologicznego, na którym studiuję Nauki o Rodzinie. Właściwie "ośrodek" to chyba za duże słowo - to zaledwie trzy (no dobra, z toaleto-spiżarnią cztery) niewielkie pomieszczenia mieszczące się w piwnicy jednej z kamienic w centrum Kato (czyżby stąd wzięła się nazwa DA?). Za to urządzone z pomysłem i zawierające wszystko, czego może potrzebować wspólnota. 
Do ośrodka dotarłam w miarę wcześnie, bo jeszcze znalazły się miejsca do siedzenia. Ku zaskoczeniu samego księdza Krzysztofa na zaproszenie odpowiedziało tyle ludzi, że w głównej sali zabrakło miejsca i część z nas musiała zadowolić się tzw. przedpokojem. Przybyło też wiele nowych osób, co oczywiście ucieszyło naszego duszpasterza - to doskonały znak tego, że wspólnota się rozrasta. Mi zaś przypomniały się lata świetności naszego parafialnego Oratorium, pełnego młodzieży. Czy one jeszcze wrócą? Mam nadzieję. I wiem, co na pewno musiałoby się stać, żeby tak się stało. Nie chcę tego mówić na głos, ale Ci z Was, którzy czytają mojego bloga, mogą się domyśleć, co mam na myśli.
Samo spotkanie odbywało się w dosyć przyjaznej i sympatycznej atmosferze. Państwo Brauhoffowie okazali się bardzo sympatyczni i otwarci, z chęcią opowiadali o swoim życiu i miłości, jaką siebie darzą. Chwilami miało się wrażenie, że wyszli z jakiejś bajki, że to ich życie jest tak niezwykłe, że aż nierealne. Tymczasem przecież oni są takimi samymi ludźmi jak my, tylko trochę bardziej starszymi i doświadczonymi. 
Ja wiem, że raczej nigdy nie założę rodziny, chociaż jest osoba, którą widzę kilka razy do roku, a przy której naprawdę szybciej bije mi serce. Ale co tak naprawdę może jej ofiarować taka osoba jak ja? I czy w ogóle ktoś może być ze mną szczęśliwy? Pan Dariusz twierdził, że wystarczy tylko modlić się do Boga i stawiać mu konkretne wymagania. Ja jednak uważam, że to nie wystarczy, że czasami po prostu trzeba wyjść do ludzi. A o to trudno, jeżeli z natury jest się bardziej nieśmiałym niż spontanicznym. Ale wśród nas były i małżeństwa, i narzeczeństwa i zakochani. I myślę, że to dla nich przede wszystkim skierowane były ich słowa.
Po skończonym spotkaniu udaliśmy się na Mszę świętą w kaplicy Wydziału Teologicznego. Wcześniej jednak zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie z zaproszonymi gośćmi. Początkowo mieliśmy je zrobić w siedzibie Duszpasterstwa, ale było nas tak dużo, że nie mogliśmy znaleźć na nie odpowiedniego miejsca w budynku. Za to na Wydziale mieliśmy do dyspozycji cały korytarz, który w niedzielny wieczór był wyjątkowo pusty. Swoją drogą to śmiałyśmy się z Madziołkiem, że środek przerwy międzysemestralnej, a my i tak jesteśmy na naszym Wydziale. W zasadzie to gdyby nie remont krypty pod Archikatedrą to Msza święta odbywałaby się właśnie tam. A tak na razie jesteśmy gościnnie na naszej kochanej (nie ma w tym ani krzty sarkazmu czy też ironii, bo ja naprawdę kocham moje studia) uczelni.
Wbrew pozorom nasza wydziałowa kaplica okazała się za mała, aby pomieścić nas wszystkich, toteż dla części z nas zostały wystawione krzesła poza nią. Trochę to przypominało sytuację z naszej Wigilii z początku stycznia, kiedy na Mszy świętej prymicyjnej ojca Antoniego też było tyle osób, że nie zmieścili się w pomieszczeniu.
Nie do końca wypaliło nagłośnienie, które raczej było prowizoryczne, ale kto by się tym przejmował? Ważny był sam fakt uczestniczenia w Mszy. Mszy niecodziennej, bo małżonkowie skupieni w duszpasterstwie odnowili swoje przysięgi małżeńskie. A na zakończenie każda kobieta otrzymała tulipan lub różę. I znowu przypomniało mi się, jak kiedyś na Oratorium dostałam różę z okazji Dnia Kobiet. Pamiętam jeszcze kiedy to było - 8 marca 2011 roku.

czwartek, 1 lutego 2024

1846. To jeszcze nie Wielki Post, ale...

Do Wielkiego Postu jest jeszcze troszunia czasu (który upływa w zastraszającym tempie), a ja już zaczęłam się do niego przygotowywać. Po pierwsze, dwa scenariusze Drogi Krzyżowej, jeden dla dzieci, których bohaterem jest postać Carla Acutisa, drugi dla młodzieży, o różnych formach odrzucenia we współczesnym świecie. Nie liczę na to, że wykorzystam je w mojej parafii, a na pewno nie przy "rządach" aktualnego proboszcza. Ale może uda mi się je "przemycić" gdzieś indziej. Teoretycznie mogłabym próbować zrealizować je w scholi, jednak tutaj też od pewnego czasu zauważyłam, że wizja Pani Dyrygent odnośnie jej funkcjonowania jest zupełnie inna niż moja. Właściwie to już nie jest ta schola, do której przyszłam. Może to wina tłamszenia większości inicjatyw przez księdza proboszcza, może prowadząca już się wypaliła w tym wszystkim (zresztą patrząc na topniejącą liczbę osób w scholi, to chyba nie tylko ona), ale mnie brakuje tego co było. I naprawdę, poleciała mi z oka niejedna gorzka łza, jak sobie tylko pomyślałam, co było, jeszcze tak nie dawno, a czego nie ma. Ogólnie planuję przyłączyć się do scholi Duszpasterstwa Akademickiego. Tylko na razie brakuje mi odwagi. Nie czasu, ale odwagi.
W sumie to Duszpasterstwo Akademickie proponuje bardzo dużo ciekawych inicjatyw na te 7 tygodni. Dwa cykle rekolekcji wielkopostnych (tym każde przez trzy kolejno następujące po sobie dni), Nocna Droga Krzyżowa, dni skupienia, wielkopostna jałmużna... Jest w czym wybierać. Wiecie, nie było mnie na kilku spotkaniach z powodu infekcji i już czuję, że zaczyna mi czegoś brakować. Tak sobie myślę, że Duszpasterstwo Akademickie po trochę zastąpiło mi pustkę, jaką spowodowało zlikwidowanie Oratorium. Kiedyś, na początku mojej kariery jako animator, raz w tygodniu ksiądz Wojtek organizował dla nas spotkanie formacyjne dbające o nasz rozwój duchowy. Zresztą co się wtedy nie działo - mieliśmy swoje niedzielne Msze święte, dostawaliśmy do przygotowania niektóre środowe nowenny, Drogi Krzyżowe, rozważania różańcowe, organizowaliśmy akademie, mieliśmy wyjazdy. Myślę, że to nas jednoczyło. Niestety, z czasem tych inicjatyw było coraz mniej. Aż w końcu całkowicie się skończyły. Czy dlatego tak ciągnie mnie do DA? Być może.
I na koniec - pojawiła się perspektywa udziału w próbie generalnej tegorocznego Misterium Męki Pańskiej jest bardzo kusząca. Co prawda z mojej parafii planowany jest na nie wyjazd 9 marca i nawet jestem na niego zapisana. Nauczona doświadczeniem odwoływania tego typu wyjazdów niemal w ostatniej chwili i w tym roku postanowiłam wziąć sprawy w swoje koślawe dłonie i zatroszczyć się o bilety we własnym zakresie. Tak szybkiego terminu się jednak nie spodziewałam (12 albo 16 luty). Mankamentem jest tylko dosyć późna godzina (19:30), na upartego mam jeszcze możliwość powrotu na Śląsk nocnymi kursami do K-c, a potem przynajmniej jedna linia jeździ co godzinę w kierunku mojego miasta. Podejrzewam, że w późniejszych terminach też by się coś znalazło, w końcu to tylko jeden bilet w dowolnym terminie. Ale ta próba generalna... to by było coś.

niedziela, 28 stycznia 2024

1842. Opowiem Wam coś o św. Pawle Apostole

Tuż przed rozpoczęciem się sesji egzaminacyjnych na większości uczelniach w K-ch ksiądz Krzysztof ogłosił, że Msza święta poprzedzająca, a może otwierająca, spotkanie czwartkowej grupy piekarnik odbędzie się w intencji udanej sesji dla każdego studenta. Oczywiście Msza święta to nie jest żadne czary - mary, czy też hokus - pokus, i na nic się ona zda, jeżeli nie włoży się choć minimum wysiłku w powtórzenie materiału i naukę do egzaminów, aczkolwiek pomoc z Nieba nigdy nikomu nie zaszkodziła, a może tylko pomóc, choćby w uzyskaniu wewnętrznego pokoju. Właściwie każdy zainteresowany mógł na nie przyjść, nie tylko członkowie grupy. To znowu budziło nadzieję, że będzie nas więcej niż zazwyczaj.
W ostatnim czasie opuściłam kilka spotkań, głównie z powodu napadowego kaszlu. Ale tym razem postanowiłam zostać (oj, nie spodobało by się to mojemu promotorowi, który tego dnia wysłał mnie wcześniej do domu, nie wiedział, że jeszcze muszę jechać na drugi wydział). Może i było to lekkomyślne z mojej strony, ale w życiu musi znaleźć się miejsce na popełnianie błędów, abyśmy się mieli na czym uczyć i z czego czerpać doświadczenie życiowe. 
Na Wydział Teologiczny, w którego kaplicy tymczasowo odbywają się Msze święte duszpasterskie, wróciłam po 18:00. W przerwie pomiędzy zajęciami, a spotkaniem jeszcze byłam w pracy. Czasami złoszczę się, że pracę mam spory kawałek od domu, zwłaszcza kiedy wracam po niej, a po prostu mi się spieszy, np. na trening albo na wieczorną Mszę świętą, ale w takich dniach jak ten jest mi to nawet na rękę. Po drodze jeszcze zjadłam obiad w barze mlecznym, żeby nie być na głodniaka. W przeciwnym razie byłabym na wydziale dużo szybciej. Usiadłam na jednej z ławek i wykorzystałam czas jaki pozostał do Mszy na przejrzenie notatek na kolokwia, które miały się odbyć nazajutrz. 
Nie trwało to jednak długo, bo wkrótce na korytarzu pojawił się ksiądz Krzysiu (z niedowierzaniem patrzałam na zegarek, że tak wcześnie przyszedł) i widząc, że siedzę na ławce po prostu się do mnie dosiadł. Na początku tylko milczał, chociaż i tak na jego widok schowałam notatki, potem zaczął pytać o sesję, aż w końcu wystrzelił z pytaniem, czy nie chciałabym przeczytać Pierwszego Czytania. Spojrzałam na niego z nutką powątpiewania zastanawiając się, co się stało. Ale z drugiej strony tego dnia wypadało wspomnienie Nawrócenia św. Pawła Apostoła, patrona parafii, do której należę. Czyż mogłam sobie wymarzyć piękniejszą chwilę ku temu? Trochę nieśmiało pokiwałam głową zastanawiając się co zrobię, kiedy podczas czytania złapie mnie atak kaszlu. Wkrótce pojawiła się Madziałka, z którą zawsze znajdę temat do rozmowy. A i inni zaczęli powoli się schodzić, wszak nieubłaganie zbliżała się godzina 18:30.
Powoli zajmowaliśmy miejsca w kaplicy. Poszłam do ambony rzucić oko na czytanie. Dzieje Apostolskie, św. Paweł Apostoł opowiada ludowi o tym, co wydarzyło się w drodze do Damaszku. Tekst trochę długi, ale kto powiedział, że będzie łatwo. Chyba się udało, ale trwało to trochę dłużej, niż gdyby czytała to osoba bez wady wymowy. Z drugiej strony reklamacji do dzisiaj nie dostałam, więc uznaję, że nie było tak źle. Jednak tak naprawdę rozkręciłam się dopiero na kazaniu. Zazwyczaj polega ono na wygłoszeniu nauki przez kapłana. Tymczasem na duszpasterstwie w większości przypadków jest to dialog kapłan - wierni. 
Opowiedziałam mu więc, że święty Paweł otrzymał "znak Jonasza" w drodze do Damaszku. Że głosił Prawdę* o Chrystusie zawsze i wszędzie, w porę i nie w porę, czy się to komuś podobało, czy nie, wobec królów, pogan i Żydów. Że takie przesłanie zostawił w Liście do Tymoteusza będącym niejako jego testamentem. Że dla tej Prawdy cierpiał wielokrotne odrzucanie, a zarazem chciał ją głosić całym sobą, ryzykując przy tym swoje życie. Szczególnie kiedy odrzucali go mądrzy tego świata, kiedy znalazł się na ateńskim areopagu. Co prawda słuchali go z zaciekawieniem, bo tacy to byli ci filozofowie zamieszkujący intelektualną stolicę cesarstwa - żądni nowych wieści i kolejnych teorii. Jednak kiedy usłyszeli o zmartwychwstałym Chrystusie ich reakcja była jednoznaczna, różniąca się tylko stopniem grzeczności. A więc z jednej strony był to szyderczy śmiech, a z drugiej grzeczne ale stanowcze: "nie, posłuchamy cię innym razem". Że był świadomy swojej misji przedstawiając się w Pierwszym Liście do Rzymian, jako "Paweł, sługa Jezusa Chrystusa z powołania apostoł, przeznaczony do głoszenia Ewangelii Bożej". Czasami nachodził mnie atak kaszlu, ale to nic, widziałam, że ksiądz mnie słucha, a wraz z nim słuchają mnie inni, że potakuje z aprobatą, że się uśmiecha.
Potem, już po Mszy świętej poszłyśmy z Madziałkiem się z nim pożegnać, bo ani ja ani ona nie mogłyśmy zostać na spotkaniu formacyjnym. Ksiądz Krzysztof kazał mi wracać do zdrowia, a przy okazji pogratulował wiedzy. Trochę mi się śmiać chciało, bo po prostu mówiłam to co zapamiętałam z jednego z kazań arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, ale było ono na tyle "mocne", że pomimo upływu lat (7 albo 8) w dalszym ciągu nie tylko we mnie siedzi, ale i "pracuje"**. 
Na Mszy świętej było nas właśnie tyle
A słuchając homilii (nawiązującej nota bene do nawrócenia każdego człowieka w oparciu o nawrócenie Szawła) z okazji odpustu parafialnego zastanawiałam się, co by powiedział proboszcz, czy też inspektor naszej inspektorii wrocławskiej, gdyby usłyszeli co "wygłaszam" na temat patrona naszego kościoła.  O czytaniu już nie wspomnę, bo od roku jakby o mnie zapomniano pod tym względem. Pewnie nic, bo nawet by ich nie usłyszeli. A nawet gdyby je usłyszeli, to by "nie zrozumieli". Dlatego tym bardziej cieszę się, że są księża, którzy i słuchają, i rozumieją, i nawet dają się wykazać, chociaż jak widać na zdjęciu, ksiądz Kristofer miał masę innych ludzi do wyboru pod względem odczytania Pierwszego Czytania.

* całkowicie świadomie napisałam to słowo przez duże "P"
** ciekawe czy tak samo będzie z noworocznym kazaniem Księdza Niosącego Światło

poniedziałek, 18 grudnia 2023

1801. Kto ma uszy, niechaj słucha

Jedną z adwentowych tradycji w kościele katolickim jest to, że organizowane są wtedy rekolekcje przygotowujące wiernych do zbliżającego się okresu Bożego Narodzenia. Zazwyczaj są to trzy dni (przynajmniej u mnie w parafii tak jest), podczas których zaproszony kapłan wygłasza nauki w ramach kazania po Ewangelii. Czasami są one ciekawe, innym razem mniej, ale co tradycja, to tradycja.
W tym roku pierwszy raz wzięłam udział w rekolekcjach organizowanych przez Duszpasterstwo Akademickie. Może nieco zastanawiać ich forma, ponieważ nie były to trzy dni pod rząd, ale trzy kolejne niedziele adwentu (czwarta to już Wigilia, a więc wielu z nas wyjedzie w swoje rodzinne strony, aby spędzić ten czas z najbliższymi). Na każdą z nich została zaproszona osobna osoba, która miała wygłosić do zgromadzonych najpierw w ośrodku DA, a potem na Mszy Świętej, osób.
W pierwszy dzień tegorocznych rekolekcji odwiedził nas kolega rocznikowy księdza Krzysztofa - ksiądz Piotr Kontny wraz z bratem Pawłem i jego żoną - Agatą. To spotkanie było typowo podzielone na dwie części. Pierwsza część konferencji została wygłoszona przez małżonków w ośrodku DA. Dzielili się oni swoim doświadczeniem związanym z formacją w Ruchu Światło-Życie (tam zresztą poznali się), a także z codziennym życiem, w którym nieustannie zauważają znaki i obecność Boga i Ducha Świętego. Pięknie opowiadali o codziennej wspólnej modlitwie, codziennym uczestnictwie we Mszy świętej z piątką dzieci (dwaj najstarsi chłopcy służą do Mszy Świętej), wieczornych czytaniach fragmentu Ewangelii z dnia dzieciom przed snem i komentowaniu jej. A to wszystko przy codziennych obowiązkach, takich jak praca (oboje są czynnymi nauczycielami w szkole podstawowej), czy też obowiązkach związanych z prowadzeniem domu.  
Z kolei ksiądz Piotr oparł swoje rozważania na kontraście bieli i ciemności, powołując się przy tym na przypadające na drugi dzień wspomnienie św. Barbary. Zaznaczył przy tym, że z mroków naszego wewnętrznego chaosu i nieuporządkowania, prawdziwy skarb. Powołał się przy tym na Izajasza mówiącego o Bogu: "Pozwalasz nam błądzić jedną z Twoich dróg". Jesteśmy "zwiędli", grzeszymy, brniemy w tunel bez wyjścia. Ale niemal zaraz po tych słowach pojawia się psalm 80, w którym pojawiające się czasowniki rozkazujące ukazują naszą tęsknotę za Bogiem. Bo jest ktoś, kto w tej sytuacji chce nas wybudzać z tego marazmu - to Bóg. Czas każdego z nas jest materią, z której Bóg będzie tworzył naszą wieczność. Nie ma takiej ciemności, w której Bóg nie mógłby wyłuskać światła - za przykład może służyć postać św. Łotra. A ponieważ Ewangelia z tego dnia opowiadała o tym, że gdyby gospodarz wiedział, kiedy złodziej ma przyjść, to czuwałby, kapłan życzył nam takiej czujności nie tylko na czas adwentu, ale na całe nasze życie.
Gościem drugiej niedzieli adwentu była siostra bez habitowa - Barbara Radzimińska. Dzieliła się ona z nami doświadczeniem obecności Boga w codziennym, szarym życiu. Poruszyła tutaj temat ostatniego Synodu w kontekście Soboru Watykańskiego II, a przy okazji dowiedziałam się czegoś ciekawego na temat odwoływania i powoływania proboszczów na parafię. Czegoś o czym się nie mówi (zresztą wcale się nie dziwię), a co mogłoby sprawić, że nie dochodziłoby do skrajnych sytuacji, bo czuliby przed nami, parafianami respekt. 
Po Mszy świętej siostra Barbara podzieliła się z nami sposobami przeżywania Jezusa we wspólnocie nie tylko kościelnej, ale też ogólnie w społeczeństwie.
Ostatnim gościem poproszonym o wygłoszenie konferencji był przybyły z Łodzi dominikanin, ojciec Maciej Biskup. Podczas konferencji w ośrodku DA poruszył on problem dialogu chrześcijańsko - żydowskiego, także w kontekście ostatnich wydarzeń z Sejmu (chyba każdy wie, o które chodzi, ale zakonnik widzi, paradoksalnie, pozytywny aspekt tego zdarzenia - ludzie dowiedzieli się, że jest coś takiego jak chanuka). Nie jest to łatwa historia, bo na przestrzeni wieków pojawiały się różne przejawy antysemityzmu względem naszych starszych braci w wierze. Ale były i jasne okresy, jak na przykład zaproszenie ludności pochodzenia żydowskiego do Sejn, co miało pomóc w rozwoju miasta, wspólne budowanie świątyń różnych wyznań w przemysłowej Łodzi, czy też wspólne komentowanie przez kapłana i rabina fragmentów Ewangelii opowiadających o Zacheuszu. Wskazywał również na te elementy Mszy Świętej, które mają swoje korzenie w tradycji żydowskiej oraz na fragmenty Ewangelii wskazujące na to, że Jezus był pobożnym, praktykującym Żydem (obrzezanie, ofiarowanie, oczyszczenie Maryi, nauka w szkole, obrzęd bar mictwy, czy też przestrzeganie świąt żydowskich).
Z kolei podczas kazania na Mszy Świętej pochylił się nad postacią Jana Chrzciciela. Przywołał tutaj słowa św. Augustyna, który mówił, że "Jan dźwięczy słowem". Był on ostatnim prorokiem zapowiadającym przyjście Zbawiciela, chociaż sam temu zaprzeczał, a także uosobieniem słuchającego Izraela. Jego główną misją, podobnie jak każdego innego proroka, było wzbudzanie nadziei, która prostuje ścieżki, podtrzymuje to, co słabe i chore. Jan chciał pokazać w rozmowie z faryzeuszami, że nie należy ukrywać się za przypisaną mu rolą, dlatego mówi, że jest "głosem wołającego". Był on bardzo konkretnym człowiekiem, tak jak każdy z nas. Dominikanin przypomniał też, że każdy z nas jest ukochanym dzieckiem Pana Boga. Tylko musimy być jak dzieci, z tym co dobre, ale również z tym, co złe. Powołał się przy tym na fakt, że Jezus był Bogiem, a jednocześnie przyjął ciało małego dziecka, które musiało być przytulane przez rodziców. Kiedy człowiek pozwoli sobie na taką kruchość i słabość (Jezus się ich nie wstydził), może odkryć jej piękno, ponieważ pozwala na przynależności do kogoś. Kaznodzieja przeciwstawił też sobie surowego Jana Chrzciciela na pustyni, a słabego i przerażonego człowieka podczas przebywania w więzieniu. To tam przyjął Ewangelię, czyli stał się dzieckiem. Całość spuentował tym, że Jezus rodzi się po to tyle razy w ciągu naszego życia, abyśmy i my mogli narodzić się do tego dziecięctwa. Żebyśmy mogli ciągle rodzić się na nowo do nadzieli "rymującej się" z naszą historią. A najbardziej to się dzieje wtedy, gdy pozwolimy się utulić przez Boga i przez samych siebie.
Przyznam, że pomysł na rekolekcje nietypowy i pierwszy raz się z nim spotkałam, ale bardzo mi się podobał, zarówno pod względem formuły, jak i terminów. Nie każdy ma w tygodniu czas i możliwość, aby uczestniczyć w nich w parafii (np. ja), a dzięki temu miał niemal to samo. I jeszcze po Mszy była wspólna kolacja w ośrodku duszpasterstwa. Tego to chyba człowiek nie uświadczyłby w żadnej parafii.

Adwentowa myśl bożonarodzeniowa na dzień dzisiejszy brzmi: