Jedną z rzeczy, która od lat mnie pociąga, są galicyjskie miasteczka. Nie wiem, co one w sobie mają, że kocham przechadzać się po ich uroczych, niejednokrotnie malowniczych, a jednocześnie tak bardzo tajemniczych uliczkach, po drodze podziwiać niesamowite kamieniczki i wyobrażać sobie historie, którymi były głuchymi świadkami. Oczywiście, w moim przypadku takim nr 1 są Wadowice i to nie ze względu na osobę Karola Wojtyły, który przyszedł w nich na świat. W zasadzie już dawno sobie uświadomiłam, że gdyby historia potoczyła się inaczej, niewiele ludzi wiedziałoby o tym miasteczku nad Skawą. Może ktoś by je kojarzył z św. Rafałem Kalinowskim, Alfonsem Mazurkiem, św. Józefem Bińczewskim. Traf chciał, że mam rodzinę w Wadowicach i okolicach, więc siłą rzeczy wiedziałabym o tym mieście. Czy to za jego przyczyną zakochałam się w galicyjskich miastach i miasteczkach? Być może. Już dawno gdzieś w głębi mojego serca zrodził się wiersz, wyrażający mój stosunek do nich.
Galicyjskie miasteczka  |
| Na rynku w Tarnowie(za mną były ratusz) |
Miasteczka z terenów byłej Galicji,
po wschodnio-południowej stronie mapy rozrzucone.
Z zaklętą w sobie historią okresu rozbiorów.
Gdy Polski nie było na mapie.
Urocze miasteczka - na tle zachodzącego słońca,
odbija się w nich historia stuleci.
Te kamieniczki tak dużo "widziały",
Czy kiedyś nam zdradzą co zapamiętały?
Te małe uliczki brukiem wyłożone,och, jakież to sławy były nimi wożone?
Te liście szumiące wśród małych uliczek,
ileż one słyszały, tego nigdy nie zliczę.
Te rynki z ratuszem, z zegarem słonecznym.
I z czasem, co zdaje się być zawsze wiecznym.Ten czas, co na moment tu się zatrzymał.
W ruinach starych synagog, w zapachu wina.
W magicznym biciu fary miejskiej dzwonów.
W ratuszu, w układzie obronnych murów.
Galicyjskie miasteczka - cóż wy w sobie macie,
że swoim pięknem tak mnie zachwycacie?
Dzisiaj wróciłam z pierwszych w tym roku zawodów w ramach tegorocznego cyklu Grand Prix. Tym razem po raz drugi zawitaliśmy do Tarnowa. Pierwsza moja wizyta w tym mieście wypadła dwa lata temu, w samym centrum pandemii coronavirusa, przez co zmuszeni zostaliśmy do siedzenia albo w hotelu, albo na stadionie. O tzw. wyjściu na miasto raczej nie było mowy. Dlatego w tym roku chciałam to naprawić.
Sobota była idealnym ku tego dniem. W piątek przydałoby się odpocząć przed startem(co przy Młodszej jest pojęciem względnym), w niedzielę i tak wraca się do domu. Na wszelkie spacery i zwiedzanie pozostaje sobotni wieczór, kiedy jest się już po pierwszych startach(a w moim przypadku to już w ogóle po startach). I chociaż naciągnięty podczas biegu mięsień dawał o sobie znać(tak to jest, kiedy trener przywozi cię na ostatnią chwilę na stadion i nie masz czasu na porządną rozgrzewkę), to zmobilizowałam swoje siły i po kolacji podreptałam w kierunku rynku głównego miasta.
Tarnów to jedno z miast leżące na terenie dawnego zaboru austriackiego. Jest dużo większy i lepiej zurbanizowany od Wadowic, aczkolwiek rynek zachwycił mnie swoim pięknem.
 |
| Kościół garnizonowy p.w. Świętej Rodziny |
Hotel w którym dostaliśmy zakwaterowanie na czas zawodów znajdował się obok kościoła Świętej Rodziny(kościoła garnizonowego) z początku XX wieku(został konsekrowany w 1908 roku). Świątynia stanowiła dla mnie nie tylko punkt odniesienia, ale też jakby bramę, pomiędzy nowoczesnymi blokami i wieżowcami, a starym rynkiem.
Kierując się stopniowo na wschód, wzdłuż ulicy Krakowskiej, zostawiałam za sobą wspomniane nowoczesne budynki, wkraczając w świat uroczych kamieniczek i tajemniczych ulic.
W pewnym momencie nad Tarnowem zawisły ciemne, ołowiane chmury zwiastujące deszcz. Byłam na tyle blisko miejsca zakwaterowania, że w razie czego mogłam spokojnie do niego wrócić. Na szczęście wszystko przeszło bokiem. Mnie natomiast zachwyciła gra światłocienia na tle granatowego nieba. Nie mogłam się oprzeć pokusie utrwalenia go na fotografii...
Przed powyższym budynkiem warto zwrócić uwagę na pomnik upamiętniający postać Andrzeja Małkowskiego, prekursora rozwoju harcerstwa(skautingu) na terenach zaboru austriackiego.
Tymczasem kierujemy się dalej ku głównemu rynkowi ulicą Krakowską...

Po drodze, przy skwerze Sandora Petofiego, możemy zobaczyć tzw. Bramę Seklerską im. Józefa Bema i właśnie owego Sandora Petofiego. Jest drugim tego typu obiektem w Polsce(jedna znajduje się w Starym Sączu). Tajemnicze wyrażenie Sekler, od którego nazwę wzięła brama, oznacza tyle co lud, naród, a jednocześnie misję strzeżenia granic południowo-wschodnich Królestwa Węgierskiego. Bogato rzeźbione bramy seklerskie są ucieleśnieniem ludowej świadomości tego ludu.
Tymczasem w dalszym ciągu podążam w kierunku starówki, chłonąć niczym gąbka piękno otaczających mnie kamienic. Ech, gdyby tylko się dało, to zamieszkałabym w każdej z nich...
Tuż przed rynkiem znajduje się bardzo ciekawy bar w... tramwaju. Co prawda nie jestem amatorem trunków, w ogóle ze mną nie pójdzie się na %, bo po prostu nie mogę spożywać alkoholu, aczkolwiek podziwiam właścicieli za kreatywność i pomysłowość.
A tuż przed samym wejściem na starówkę "wita" sam Adam Mickiewicz.
Ulicą, nomen omen, Katedralną dochodzimy do placu, na którym znajduje się Bazylika Katedralna Najświętszej Maryi Panny. Moją uwagę przykuł pomnik Matki Boskiej oraz Jana Pawła II.
Z Placu Katedralnego jest już kilka kroków do niewielkiego, ale urokliwego rynku. Jego centralnym punktem jest gmach ratusza miejskiego, który został wybudowany na przełomie XV i XVI wieku. Warto jednak zwrócić uwagę na przeurocze kamieniczki wybudowane na planie prostokąta. Moją szczególną uwagę zwróciła kamienica z drugiego zdjęcia, do złudzenia przywołująca na myśl słynną krakowską Kamienicę Hipolitów.




Z mapy umieszczonej niedaleko pomnika Adama Mickiewicza wyczytałam, że wokół rynku rozciągają się dawne, pamiętające jeszcze czasy średniowiecza, mury miejskie. Zeszłam więc trochę w dół rynku, aby zobaczyć chociaż ich fragment.
Był jeszcze jeden obiekt, który koniecznie chciałam zobaczyć - to bima, jedyny ocalały fragment żydowskiej synagogi, wysadzonej przez hitlerowców w 1939 roku. Historia Żydów polskich, jak i sam judaizm, zawsze niezwykle mnie interesowały. To chyba też pod wpływem historii Wadowic, w którą owa narodowość została wpisana. W wielu miastach zachowały się po nich pamiątki, jeżeli nie w postaci artefaktów, to choćby pamiątkowych tablic. Lubie odwiedzać takie miejsca, chłonąć ich historię, wyobrażać sobie ludzi, którzy tam przebywali. I nigdy nie mogę zrozumieć tej beznadziejnej chęci unicestwienia całego narodu, będącego potomkami biblijnego Adama, Mojżesza, Dawida... Do skweru prowadziła uliczka, nad którą falowało morze niebiesko-żółtych parasoli.

Czym była bima? Bima to podwyższone miejsce w centrum synagogi, z którego odczytuje się Torę, księgi prorockie oraz prowadzone są modlitwy. Czyli coś podobnego do ambony w kościele katolickim. Jest zwykle w kształcie cztero- albo ośmioboku i otacza ją balustrada. Można na nią wejść po schodkach z jednej lub z obu stron. Ta w Tarnowie zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
 |
Z tego zdjęcia jestem szczególnie zadowolona - nigdy nie byłam mistrzem fotografii po zachodzie słońca, a to wyjątkowo mi się udało |
Słońce powoli chowało się za horyzontem sprawiając, że błękitne niebo przybierało granatową barwę. Wesoła muzyka docierająca z jednej z knajpek znajdujących się na rynku świadczyła o dobrej zabawie. Jeszcze raz rzuciłam okiem na pozostałość po obecności Żydów w mieście i postanowiłam wracać do hotelu.
Szłam powoli, jeszcze raz chłonąc atmosferę galicyjskiego miasta. Dopiero po 21:00 zaczęło ono tętnić życiem. Młodzież wyległa na ulice, raz po raz wybuchając głośnym śmiechem, albo wymieniając się uwagami. Lampy uliczne oświetlały okolicę sprawiając, że mrok w nieznanym miejscu nie był już taki straszny.
Kilometr to stosunkowo krótki dystans, na upadłego mogłabym go przetruchtać. Ale po co biec? W biegu umyka nam tak dużo rzeczy, nie zauważamy, nie mamy kiedy dostrzec otaczającego nas piękna. Tak więc biegi, owszem, ale tylko w ramach treningu i zawodów. Ewentualnie w ramach ścigania uciekających środków komunikacji miejskiej :).
Dotleniona i ubogacona nowymi krajobrazami weszłam do pokoju, gdzie Młodsza oglądała trwający właśnie mecz. Hm... ja rozumiem, że mogą temu towarzyszyć wzmożone emocje, ale w ciągu 90 minut przeklęła ona więcej razy niż ja w ciągu całego swojego życia. Ech, jakoś nie chciało mi się tego słuchać. Wzięłam zabraną ze sobą książkę Kristy Cambron - "Motyl i skrzypce" i poszłam ją czytać na sofę na korytarzu. Tam miałam idealne ku temu warunki.