Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 29 maja 2022

1436. Ładny ten Tarnów, taki typowo galicyjski

Jedną z rzeczy, która od lat mnie pociąga, są galicyjskie miasteczka. Nie wiem, co one w sobie mają, że kocham przechadzać się po ich uroczych, niejednokrotnie malowniczych, a jednocześnie tak bardzo tajemniczych uliczkach, po drodze podziwiać niesamowite kamieniczki i wyobrażać sobie historie, którymi były głuchymi świadkami. Oczywiście, w moim przypadku takim nr 1 są Wadowice i to nie ze względu na osobę Karola Wojtyły, który przyszedł w nich na świat. W zasadzie już dawno sobie uświadomiłam, że gdyby historia potoczyła się inaczej, niewiele ludzi wiedziałoby o tym miasteczku nad Skawą. Może ktoś by je kojarzył z św. Rafałem Kalinowskim, Alfonsem Mazurkiem, św. Józefem Bińczewskim. Traf chciał, że mam rodzinę w Wadowicach i okolicach, więc siłą rzeczy wiedziałabym o tym mieście. Czy to za jego przyczyną zakochałam się w galicyjskich miastach i miasteczkach? Być może. Już dawno gdzieś w głębi mojego serca zrodził się wiersz, wyrażający mój stosunek do nich.

Galicyjskie miasteczka 
Na rynku w Tarnowie(za mną były ratusz)

Miasteczka z terenów byłej Galicji,
po wschodnio-południowej stronie mapy rozrzucone.
Z zaklętą w sobie historią okresu rozbiorów.
Gdy Polski nie było na mapie.
Urocze miasteczka - na tle zachodzącego słońca,
odbija się w nich historia stuleci.
Te kamieniczki tak dużo "widziały",
Czy kiedyś nam zdradzą co zapamiętały?
Te małe uliczki brukiem wyłożone,
och, jakież to sławy były nimi wożone?
Te liście szumiące wśród małych uliczek,
ileż one słyszały, tego nigdy nie zliczę.
Te rynki z ratuszem, z zegarem słonecznym.
I z czasem, co zdaje się być zawsze wiecznym.
Ten czas, co na moment tu się zatrzymał.
W ruinach starych synagog, w zapachu wina.
W magicznym biciu fary miejskiej dzwonów.
W ratuszu, w układzie obronnych murów.
Galicyjskie miasteczka - cóż wy w sobie macie,
że swoim pięknem tak mnie zachwycacie?

Dzisiaj wróciłam z pierwszych w tym roku zawodów w ramach tegorocznego cyklu Grand Prix. Tym razem po raz drugi zawitaliśmy do Tarnowa. Pierwsza moja wizyta w tym mieście wypadła dwa lata temu, w samym centrum pandemii coronavirusa, przez co zmuszeni zostaliśmy do siedzenia albo w hotelu, albo na stadionie. O tzw. wyjściu na miasto raczej nie było mowy. Dlatego w tym roku chciałam to naprawić.
Sobota była idealnym ku tego dniem. W piątek przydałoby się odpocząć przed startem(co przy Młodszej jest pojęciem względnym), w niedzielę i tak wraca się do domu. Na wszelkie spacery i zwiedzanie pozostaje sobotni wieczór, kiedy jest się już po pierwszych startach(a w moim przypadku to już w ogóle po startach). I chociaż naciągnięty podczas biegu mięsień dawał o sobie znać(tak to jest, kiedy trener przywozi cię na ostatnią chwilę na stadion i nie masz czasu na porządną rozgrzewkę), to zmobilizowałam swoje siły i po kolacji podreptałam w kierunku rynku głównego miasta. 
Tarnów to jedno z miast leżące na terenie dawnego zaboru austriackiego. Jest dużo większy i lepiej zurbanizowany od Wadowic, aczkolwiek rynek zachwycił mnie swoim pięknem.
Kościół garnizonowy p.w. Świętej Rodziny
Hotel w którym dostaliśmy zakwaterowanie na czas zawodów znajdował się obok kościoła Świętej Rodziny(kościoła garnizonowego) z początku XX wieku(został konsekrowany w 1908 roku). Świątynia stanowiła dla mnie nie tylko punkt odniesienia, ale też jakby bramę, pomiędzy nowoczesnymi blokami i wieżowcami, a starym rynkiem. 
Kierując się stopniowo na wschód, wzdłuż ulicy Krakowskiej, zostawiałam za sobą wspomniane nowoczesne budynki, wkraczając w świat uroczych kamieniczek i tajemniczych ulic. 
W pewnym momencie nad Tarnowem zawisły ciemne, ołowiane chmury zwiastujące deszcz. Byłam na tyle blisko miejsca zakwaterowania, że w razie czego mogłam spokojnie do niego wrócić. Na szczęście wszystko przeszło bokiem. Mnie natomiast zachwyciła gra światłocienia na tle granatowego nieba. Nie mogłam się oprzeć pokusie utrwalenia go na fotografii...
Przed powyższym budynkiem warto zwrócić uwagę na pomnik upamiętniający postać Andrzeja Małkowskiego, prekursora rozwoju harcerstwa(skautingu) na terenach zaboru austriackiego.
Tymczasem kierujemy się dalej ku głównemu rynkowi ulicą Krakowską...
Po drodze, przy skwerze Sandora Petofiego, możemy zobaczyć tzw. Bramę Seklerską im. Józefa Bema i właśnie owego Sandora Petofiego. Jest drugim tego typu obiektem w Polsce(jedna znajduje się w Starym Sączu). Tajemnicze wyrażenie Sekler, od którego nazwę wzięła brama, oznacza tyle co lud, naród, a jednocześnie misję strzeżenia granic południowo-wschodnich Królestwa Węgierskiego. Bogato rzeźbione bramy seklerskie są ucieleśnieniem ludowej świadomości tego ludu.
Tymczasem w dalszym ciągu podążam w kierunku starówki, chłonąć niczym gąbka piękno otaczających mnie kamienic. Ech, gdyby tylko się dało, to zamieszkałabym w każdej z nich...
Tuż przed rynkiem znajduje się bardzo ciekawy bar w... tramwaju. Co prawda nie jestem amatorem trunków, w ogóle ze mną nie pójdzie się na %, bo po prostu nie mogę spożywać alkoholu, aczkolwiek podziwiam właścicieli za kreatywność i pomysłowość.
A tuż przed samym wejściem na starówkę "wita" sam Adam Mickiewicz.
Ulicą, nomen omen, Katedralną dochodzimy do placu, na którym znajduje się Bazylika Katedralna Najświętszej Maryi Panny. Moją uwagę przykuł pomnik Matki Boskiej oraz Jana Pawła II.
Z Placu Katedralnego jest już kilka kroków do niewielkiego, ale urokliwego rynku. Jego centralnym punktem jest gmach ratusza miejskiego, który został wybudowany na przełomie XV i XVI wieku. Warto jednak zwrócić uwagę na przeurocze kamieniczki wybudowane na planie prostokąta. Moją szczególną uwagę zwróciła kamienica z drugiego zdjęcia, do złudzenia przywołująca na myśl słynną krakowską Kamienicę Hipolitów.
Z mapy umieszczonej niedaleko pomnika Adama Mickiewicza wyczytałam, że wokół rynku rozciągają się dawne, pamiętające jeszcze czasy średniowiecza, mury miejskie. Zeszłam więc trochę w dół rynku, aby zobaczyć chociaż ich fragment.
Był jeszcze jeden obiekt, który koniecznie chciałam zobaczyć - to bima, jedyny ocalały fragment żydowskiej synagogi, wysadzonej przez hitlerowców w 1939 roku. Historia Żydów polskich, jak i sam judaizm, zawsze niezwykle mnie interesowały. To chyba też pod wpływem historii Wadowic, w którą owa narodowość została wpisana. W wielu miastach zachowały się po nich pamiątki, jeżeli nie w postaci artefaktów, to choćby pamiątkowych tablic. Lubie odwiedzać takie miejsca, chłonąć ich historię, wyobrażać sobie ludzi, którzy tam przebywali. I nigdy nie mogę zrozumieć tej beznadziejnej chęci unicestwienia całego narodu, będącego potomkami biblijnego Adama, Mojżesza, Dawida... Do skweru prowadziła uliczka, nad którą falowało morze niebiesko-żółtych parasoli.
Czym była bima? Bima to podwyższone miejsce w centrum synagogi, z którego odczytuje się Torę, księgi prorockie oraz prowadzone są modlitwy. Czyli coś podobnego do ambony w kościele katolickim. Jest zwykle w kształcie cztero- albo ośmioboku i otacza ją balustrada. Można na nią wejść po schodkach z jednej lub z obu stron. Ta w Tarnowie zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Z tego zdjęcia jestem szczególnie 
zadowolona - nigdy nie byłam
mistrzem fotografii po zachodzie słońca,
a to wyjątkowo mi się udało
Słońce powoli chowało się za horyzontem sprawiając, że błękitne niebo przybierało granatową barwę. Wesoła muzyka docierająca z jednej z knajpek znajdujących się na rynku świadczyła o dobrej zabawie. Jeszcze raz rzuciłam okiem na pozostałość po obecności Żydów w mieście i postanowiłam wracać do hotelu. 
Szłam powoli, jeszcze raz chłonąc atmosferę galicyjskiego miasta. Dopiero po 21:00 zaczęło ono tętnić życiem. Młodzież wyległa na ulice, raz po raz wybuchając głośnym śmiechem, albo wymieniając się uwagami. Lampy uliczne oświetlały okolicę sprawiając, że mrok w nieznanym miejscu nie był już taki straszny. 
Kilometr to stosunkowo krótki dystans, na upadłego mogłabym go przetruchtać. Ale po co biec? W biegu umyka nam tak dużo rzeczy, nie zauważamy, nie mamy kiedy dostrzec otaczającego nas piękna. Tak więc biegi, owszem, ale tylko w ramach treningu i zawodów. Ewentualnie w ramach ścigania uciekających środków komunikacji miejskiej :).
Dotleniona i ubogacona nowymi krajobrazami weszłam do pokoju, gdzie Młodsza oglądała trwający właśnie mecz. Hm... ja rozumiem, że mogą temu towarzyszyć wzmożone emocje, ale w ciągu 90 minut przeklęła ona więcej razy niż ja w ciągu całego swojego życia. Ech, jakoś nie chciało mi się tego słuchać. Wzięłam zabraną ze sobą książkę Kristy Cambron - "Motyl i skrzypce" i poszłam ją czytać na sofę na korytarzu. Tam miałam idealne ku temu warunki.

czwartek, 26 maja 2022

1435. Się zdenerwuję... kiedyś...

Przed chwilą doszłam do wniosku, że wyjazd na zawody to jednak stresująca sprawa. No bo człowiek tłumaczy trenerowi, że musi wcześniej wiedzieć, o której jest wyjazd żeby wyjść o odpowiedniej porze z uczelni, względnie mógł sobie kupić bilet na pociąg zawiozący go z punktu A do punktu B(w pracy tak sobie ułożyłam tygodniówkę, że mam już odrobione jutrzejsze godziny). Tłumaczy raz, drugi, trzeci i myśli, że trener zrozumiał. A potem czeka cały dzień, aż chłopina wyśle wiadomość z potrzebnymi informacjami...

Wysłał... przed chwilą. Na messengera, na którym nie jestem 24/dobę, tylko wtedy, kiedy uruchomię fb. na komputerze. Że jedziemy o 14:00 spod szkoły(zajęcia na uczelni kończę o 13.00, chyba bym wolała jechać PKP). Co gdybym nie uruchomiła fb? Tyle razy mu mówię, że nie mam tego ustrojstwa na telefonie(i wbrew pozorom jestem z tego powodu szczęśliwa i... wolna?) i jak ma ważną sprawę, to żeby mnie łapał w inny sposób. No, można sobie gadać... Mam nadzieję, że jutro w ostatniej chwili nic dziwnego nie wywinie. No bo na messengerze już mnie nie złapie.

I pomyśleć, że jako alternatywę wyjazdu na zawody do Tarnowa dostałam propozycję soboty w górach. Baca jednak znalazł vouchery i odebrał te moje buty do biegania po górach. Podał je przez jednego z redaktorów "Gościa Niedzielnego"(a równocześnie głównego pomysłodawcy "Biegu Frassatiego" oraz "Maratonu Trzech Jezior"). A że redakcja czasopisma mieści się tuż za ścianą mojego wydziału, dosłownie, podskoczyłam po nie w środę pomiędzy zajęciami. Przy okazji Wojtek stwierdził, że mogłabym wypróbować te buty w sobotę, bo robią rekonesans trasy, no ale z powodu mitingu musiałam odmówić. 
 - Ale na Maratonie Trzech Jezior będziesz? - zapytał na odchodne. Już wcześniej mu pisałam, że tegoroczny Frassati niestety u mnie odpada.
 - Jasne, że tak!
 - No to ja cię zapisuję na bieg na Czupel... W takich butach na pewno dasz już radę.


Mam nadzieję, że sprawdzą się w 100%.

poniedziałek, 23 maja 2022

1434. Na dziwne pytania są dziwne odpowiedzi...

- Lolek, co ci się stało w rękę?
- Nic, po prostu uderzyłam się w aspersorium.
- 😨(mina mniej więcej wyrażająca pytanie "a co to takiego")...

I uwierzcie mi, że wcale sobie tego terminu nie wygoglowałam na Internecie... Czy ktoś go jeszcze zna ot tak?

Trochę boli, ale bywało gorzej.

I nie przeszkodziło mi to zbytnio w wykonaniu pierwszego w życiu sernika na zimno. Przemilczmy fakt, że w międzyczasie miałam lektorat z języka niemieckiego. On-line, żeby nie było, żem sobie na wagary poszła. Mam nadzieję, że wygląda choć trochę apetycznie. I że przez noc galaretka stężeje, mimo że nie jest w lodówce(ale jest przykryta, co by nie kusiło kota-Pusichota-no co, to taki mój odpowiednik kota-Behemota)

niedziela, 22 maja 2022

1433. Sportowy czas nadciąga

Ten maj mija mi zadziwiająco szybko i intensywnie. Dopiero co świętowaliśmy Pierwszego Maja, a już za tydzień jadę na pierwszą rundę tegorocznego Grand Prix w lekkiej atletyce. W tym roku zaczynamy od Tarnowa, przez Kraków, Słubice, Mistrzostwa Polski w Szczecinie, Sieradz, a kończąc na Gorzowie Wielkopolskim. Coś mi się wydaje, że w tym roku raczej nie popiszę się formą, bo jeszcze nie do końca doszłam do siebie po listopadowej niemocy. Bywało oczywiście gorzej, i zdarzało się, że w 2-3 miesiące po pobyciu w szpitalu wracałam do jako takiej formy, ale wtedy trenerzy byli tacy, że im się chciało i im zależało na nas, sportowcach. Teraz mamy nowego trenera i powiem Wam szczerze, że skutecznie mnie zniechęca swoją postawą do wszystkiego. Pocieszające jest to, że być może od września ruszy w województwie sekcja wspominanej już nieraz przeze mnie RR. A teraz najlepsze - mobiler do uprawiania tego sportu kosztuje, bagatela, 6 600 zł. W najlepszym wypadku. Na szczęście można składać wniosek o dofinansowanie sprzętu do PFRONU. Co prawda jestem sceptycznie do tego nastawiona, ale może warto spróbować? A nóż się uda? A awaryjnie zacząć zbierać fundusze? Wiadomo, że nie sfinansują mi wszystkiego, jednak nawet 500 zł to już coś. Sam mobiler wygląda mniej więcej tak:
W zasadzie można powiedzieć, że jest to jakby trzykołowy rower(zresztą na podobnym jeździłam w czerwcu i lipcu 2019 roku), tylko nie ma pedałów - tutaj jako napęd działają nasze własne nogi. A nawet jedna noga - byle uprawiający tą dyscyplinę potrafił odepchnąć się nią od podłoża.
Wracając jednak do teraźniejszości, to na dzień dzisiejszy wiem, że nie jadę do Słubic i do Gorzowa, nie wiem co z Szczecinem, bo teoretycznie dzień wcześniej wracam z wyjazdu studyjnego. Piszę "teoretycznie", bo dwa i pół tygodnia przed wyjazdem nic nie wiadomo. Tylko, że to nie jest wyjazd do Częstochowy, tylko ciut dalej... Ogólnie najbliższe dwa tygodnie będą dla mnie trochę intensywne, bo z jednej strony zawody(na szczęście mogę na nie jechać po zajęciach na uczelni, a do Krakowa to nawet po pracy), a z drugiej będę chciała jak najwięcej zaliczyć przed wyjazdem studyjnym. A już na pewno te przedmioty, z której mam egzaminy. Będzie ciężko, ale wierzę, że mi się to uda. Tym bardziej, że objawy alergii wziewnej znacząco dają mi się we znaki i obniżają moją koncentrację - do dzisiaj się zastanawiam, jak w takim stanie zdałam maturę. A jak mi się nie uda czegoś zaliczyć, to zawsze są drugie terminy... Co prawda sesja zahacza o ogólnoświatowe forum w Kato, gdzie załapałam się na kolejny wolontariat, jednak to już temat na osobny wpis.
Na koniec chciałabym Wam opowiedzieć o pięciotomowej sadze "Spacer Aleją Róż" opowiadającej o losach rodziny Szymczaków, toczących się na tle wzrastania najmłodszej dzielnicy Krakowa - Nowej Huty. Wolne chwile ostatnich dni spędziłam na wizytach w szpitalu i jej lektura skutecznie umiliła mi czas oczekiwania w tamtejszej poczekalni. A już na pewno odwróciła uwagę od zbliżającej się dużymi krokami sesji. Może właściwiej byłoby zabrać ze sobą notatki z niemieckiego, z którego mam jeden z egzaminów (a tak naprawdę to właśnie tego boję się najbardziej), ale obawiam się, że i tak bym niewiele się nauczyła. Za to lektura na razie dwóch tomów podziałała na mnie odstresowująco. Inna sprawa, że lubię takie książki i chętnie po nie sięgam. Jeżeli Wy też lubicie takie wielowątkowe powieści to serdecznie zachęcam do sięgnięcia po nią.
Te już przeczytałam:
A tą zaczęłam czytać.
Zaś w tzw. międzyczasie czytam to:
"Jerozolima. Biografia" to prawie 700 stronicowa monografia opowiadająca o dziejach Świętego Miasta począwszy od czasów starożytnych, a kończąc na współczesności. Wypożyczyłam ją w celu poczytania sobie o okresie tego miasta z czasów Jezusa, przy okazji posłużyła mi jako powtórka przed lutową obroną(traf chciał, że komisja zapytała mnie właśnie o Jerozolimę z puli pytań dodatkowych). Teraz kończę ją czytać i nie żałuję, ponieważ bardzo jasno przybliża mi historię miasta trzech religii.

czwartek, 19 maja 2022

1432. A jaki Wy sobie budujecie pomnik?

"Exegi monumentum", Horacy, Księga 30

Exegi monumentum aere perennius,
regalique situ pyramidum altius,
quod non imber edax, non aqulio impotens,
possit diruere aut innumerabilis
annorum series et fuga temporum.
Non omnis moriar multaque pars mei,
vitabit Libitinam; usque ego postera,
crescam laude recens, dum Capitolium,
scandet cum tacita virgine pontifex.
Dicar, qua violens obstrepit Aufidus,
et qua pauper aquae Daunus agrestium,
regnavit populorum, ex humili potens,
princeps Aeoliun carmen ad Italos,
deduxisse modos, sume superbiam,
quaesitam meritis et mihi Delphica
lauro cinge volens, Melpomene, comam.

Tydzień temu na "Retoryce i emisji głosu" zostaliśmy poproszeni o przygotowanie jakiegoś tekstu w języku obcym. Wiem, że jedni przygotowują coś po angielsku, inni po rosyjsku czy niemiecku. Ja zdecydowałam się na "coś wspaniałego", czyli łacinę. I to nie tą podwórkową, ale prawdziwą, klasyczną, taką, jaką posługiwali się starożytni Rzymianie.
Moje pierwsze świadome zetknięcie z językiem łacińskim było gdzieś w piątej klasie szkoły podstawowej, kiedy na lekcjach historii poświęconych starożytnemu Rzymowi pojawiło się kilka przykładowych sentencji łacińskich. Były one dla mnie tak niezwykłe, że do dzisiaj tkwią w mojej pamięci. Podobnie było w gimnazjum - kilka myśli bardziej jako ciekawostka, niż do zapamiętania...
"Prawdziwa" przygoda z językiem łacińskim zaczęła się dla mnie dopiero w liceum. Profil socjo-historyczny przewidywał go jako prawie obowiązkowy. Piszę prawie, bo po tym jak psorka oznajmiła, że 2 osoby mogą się z niego wypisać, to chętnych było więcej, niż miejsc. Mnie to jednak nie dotyczyło. I chociaż czasami ze łzami w oczach wkuwałam poszczególne słówka, czy też odmiany, to jednak z każdego sprawdzianu czy też kartkówki wychodziłam obronną ręką.
Potem jeszcze zderzyłam się z tym językiem na turystyce religijnej. Podejrzewam, że gdyby była ona prowadzona przez inny wydział, nie znalazłaby się w siatce godzin. Tutaj cieszyłam się, że już wcześniej liznęłam jej nieco, bo jakoś łatwo materiał wchodził mi do głowy. Co prawda tematyka kręciła się wokół teologii(w liceum motywem przewodnim u nas było prawo, ale np. na takim bio-chemie była to medycyna), jednak zapamiętanie na zaliczenie całego pacierza + Chwały Ojcu nie było znów nie wiadomo jakim wyczynem. Oczywiście była też gramatyka, która niejako kładzie podwaliny pod inne języki obce, jednak profesorka uznała, że wystarczy, że będziemy umieć tych kilka modlitw. Poszybowałam wtedy moimi myślami do innej epoki. Moi rodzice jeszcze pamiętają, jak Msze święte odprawiano w tym języku. Mama wielokrotnie opowiadała mi, że starsze babcie potrafiły całą Mszę świętą odmawiać różaniec, bo nie rozumiały co ksiądz mówi. Teraz... teraz jest inaczej. Aczkolwiek zdarza się, że międzynarodowe Msze odprawia się po łacinie.
Na jutrzejsze zaliczenie zadania wybrałam sobie znany utwór Horacego - "Wybudowałem pomnik", z którego pochodzi słynny cytat: "Non omnis moriar"(nie wszystek umrę). W liceum uczyłam się go na pamięć i w oryginale, i po polsku(w zależności od przedmiotu). Na zajęcia wystarczyło mi tylko powtórzenie wymowy niektórych słów. A podczas powtarzania kolejny raz po głowie zakołatała mi myśl - jakiż to pomnik pozostawię po sobie? Czy na pewno będzie on trwalszy od spiżu, czy może rozpadnie się niczym talia kart przy najlżejszym powiewie wiatru. Jasne, że chciałabym tą pierwszą opcję, ale przecież tak wiele nie zależy ode mnie. Z drugiej strony - może ktoś kiedyś wystawi mi okazały pomnik, ale czy o taki będzie mi chodzić? Czy nie lepszy będzie pomnik zbudowany z dobrych uczynków(nawet niejako przeplatanych tymi złymi, przecież w życiu nie zawsze czynię dobrze), które zapiszą się w ludzkiej pamięci? Nawet, jeżeli nie będzie chodziło o cały kraj, ale o najbliższą rodzinę? Wszak tak długo żyjemy w ludzkiej pamięci, ile się o nas mówi.

sobota, 14 maja 2022

1431. Czy "River" przyniesie Krystianowi Ochmanowi(i Polsce) wygraną?

Od 2005 roku, czyli od występu zespołu "Ivan i Delfin" na Eurowizji, staram się śledzić poczynania Polaków na tym polu rozrywki. Oczywiście, z jednej strony większość "show" nie powaliła Europy na kolana i nie dostaliśmy się do finału(do dzisiaj mam grymas uśmiechu na twarzy, przypominając sobie te zeszłoroczne ochy i achy na temat piosenki Rafała Brzozowskiego, chociaż mi się ona niezbyt podobała, zresztą publiczności europejskiej też raczej nie poderwała), jednak z drugiej już samo pojawienie się w tak prestiżowym konkursie daje szansę na otwarcie się furtki do międzynarodowej kariery. Trzeba też przyznać, że ciut lepiej wypadamy na tym polu na gruncie dziecięcej edycji Konkursu Eurowizji, chociaż tradycja występów na niej naszego kraju jest trochę krótsza(nie licząc kilkuletniej przerwy, którą mieliśmy w wersji dla dorosłych). Roksana Węgiel oraz Wiki Gabor przyniosły nam zwycięstwo, a Sara James uplasowała się w zeszłym roku jako wicemistrzyni.
W tym roku podczas Eurowizji dla dorosłych Polskę reprezentuje Krystian Ochman. Wstyd(?) się przyznać, ale po raz pierwszy o nim usłyszałam dopiero po podaniu tej informacji do publicznej wiadomości. Podobno wygrał The Voice Poland(czy coś w tą deseń), podobno jego dziadek jest słynnym na cały świat tenorem(i to nawet mój tata mówił, więc...), ale dla mnie to zupełnie nieznany artysta. No,  ale jeżeli coś jest z początku nieznane, to może warto to poznać i niejako oswoić?

Krystian Ochman, tegoroczny reprezentant Polski na Eurowizji
W związku z tym posłuchałam sobie kilka razy owego Ochmana. Krystiana Ochmana, co by nie było. Czy mi się podobał? Raczej tak. W każdym razie, nie uważam utworu za złego, a podczas półfinałów to nawet mnie zaciekawił sam występ.
"River"
Gonna take my body down,
Right down, down, down to the river.
Gonna take my body down,
Let the water carry me away.
Just float away.
Oh, oh.
Bury all of my things,
Bury me in my skin.
All that I've done,
Who'd wanna be a king.
Pulling too many strings,
All that I've done.
Och Lord, I'm done.
Carry me away,
I float away.
In the river.
Gonna lay my head right down,
Right now, now, now and forever.
Gonna lay my head right down,
Let the water carry me away.
Just floar away.
Bury all of my things,
Bury me in my skin.
All that I've done,
Who'd wanna be a king.
Pulling too many strings,
All that I've done.
Och Lord, I'm done.
Carry me away,
I float away.
In the river, oh, oh.
In the river, oh, oh yeah.
Och Lord, I'm done,
Gonna tahe my body down.
Right down, down,
Down to the river.

Jak możemy wyczytać w różnych źródłach, "River" jest pełną emocji opowieścią o podróży przez życie, niekiedy mającej tak samo jak tytułowa rwąca rzeka niespokojny nurt. Opowiada też o momencie, w którym po prostu czujemy, że mamy wszystkiego dosyć, brakuje nam siły na dłuższą walkę, a tym samym poddajemy się biegowi wypadków, niosących nas niczym rzeka. Jednak takie poddanie się paradoksalnie może być uwalniającym doświadczeniem, które pozwala zwolnić, wyciszyć się, wsłuchać się w głos naszej duszy. Tytułową rzekę można odbierać jako ten rodzaj wytchnienia, który jest nam ofiarowany przez naturę. To do niej wielokrotnie uciekamy, kiedy przytłacza nas rzeczywistość.
"River" jest utworem stworzonym przez Ochmana specjalnie na potrzeby Eurowizji. Krystian Ochman wykonuje go po angielsku, a na scenie towarzyszą mu tancerki z Egurrola Dance Studio.
W zasadzie wątpię w naszą wygraną(a może jednak?), ale miło mieć przeświadczenie, że inne kraje doceniły Krystiana Ochmana na tyle, że pozwoliły mu dostać się do finału.

środa, 11 maja 2022

1430. Ukwiecona Bielsko-Biała

Bielsko-Biała, chociaż nie do końca odkryta, przypadła mi do gustu. Ciekawe obiekty, klarowne trasy, co jakiś czas mapy miasta oraz drogowskazy do różnych miejsc. Było jednak coś, co mnie zupełnie zachwyciło i niejako rozczuliło w nim. To wszechobecne klomby z mieniącymi się całą paletą barw kwiatami, które wręcz uśmiechają się do przechodzących obok nich ludzi.
Kocham miasta, w których dba się o wszelkie rabatki i tereny zielone. Nawet kiedy wracam z uczelni, pracy lub wolontariatu, robię te kilka kroków więcej, aby nacieszyć oczy barwnymi kwiatami. 
Chociaż to było ścisłe centrum Bielska-Białej, klombów z kwiatami nie brakowało. Wręcz przeciwnie, ich ilość przyprawiała o prawdziwy zawrót głowy.
Tak jak pisałam w poprzednim poście, pogoda niezbyt sprzyjała wyprawom w góry. Jednak żółciutkie jak słoneczka tulipany wprowadzały nieco radości w ten dżdżysty dzień i sprawiały, że człowiek szybko zapominał o niespełnionym planie wycieczki.
Bratki zawsze mi się kojarzyły z kolorami fioletowym i żółtym. W dzieciństwie zbierałam ich płatki, które potem w zabawie były farbami plakatowymi(pędzelki miałam z kłosów zbóż, a kartką były po prostu liście). Na tym klombie zobaczyłam jak wiele kolorów mogą one przybrać, nie będę ukrywać, że mój zachwyt sięgnął najwyższego pułapu.
Mozaiki kwiatowe są też dobrym sposobem na wyrażenie solidarności z narodem Ukraińskim. Muszę Wam przyznać, że połączenie wyrazistej żółci z niebieskim po raz kolejny wywołało mój wewnętrzny zachwyt nad pięknem otaczającej nas przyrody.
Ale kwiaty to nie tylko klomby i skwery, ale też drzewa. Zresztą, gdyby nie te kwiaty na drzewach, to w wielu przypadkach niemielibyśmy smacznych owoców, kasztanów, żołędzi... A że przy okazji cieszą oczy przechodniom i nadają ślicznego wyglądu swoim właścicielom. A jeśli jeszcze do tego dochodzą ptasie trele... Czasami potrafię sobie wyobrazić, że jestem takim Jankiem Muzykantem(pamiętacie jeszcze taką lekturę?), który w dźwiękach przyrody słyszał muzykę.
Założę się, że podobne miejsca są i w Waszych miastach. Wiadomo, to nie są ogrody, ani łąki, na których możemy się wyciągnąć z książką w ręku, aczkolwiek mogą być powodem wytchnienia i odpoczynku. Skwerki nadały Bielsku - Białej różnych kolorów tęczy i sprawiły, że świat przestał być taki szary i pochmurny. Może i Wy czasami przystaniecie nad skwerkami u Was(albo i na jakiejś wyprawie) i zachwycicie się ich pięknem? Tego Wam życzę z całego serca!

poniedziałek, 9 maja 2022

1429. Bielsko-Biała na spontanie

Niespodziewany* pogrzeb w rodzinie nieco mi pokrzyżował moje plany na długi majowy weekend. W zamyśle miałam jechać w jakiś dzień do Pszczyny popodziwiać ogród wokół Muzeum Zamkowego w Pszczynie, a w jakiś inny skoczyć do Bielska-Białej, aby powspinać się na którąś z otaczających go gór. Może na Klimczok, może na Szyndzielnię. Po cichu liczyłam też na spotkanie z Bacą, no ale nie nastawiałam się zbytnio na nie. W końcu nie każdy musi mnie akceptować, lubić i tolerować. Ja też nie każdego darzę sympatią, ale staram się ich szanować.
Jednak stało się jak się stało i wszystkie zamierzenia musiały iść na bok. Co prawda pojechałam w góry, ale atmosfera raczej nie sprzyjała wędrowania. Za to po raz kolejny mogłam się poprzypatrywać wnętrzu kościoła parafialnego w Krzeszowie koło Żywca(tak jest napisane na stronie parafii i podobno taką informację można usłyszeć dzwoniąc do kancelarii). Nie za często tam bywam, a szkoda, bo akurat tamto wnętrze bardzo mi się podoba.
Do domu wróciłam w poniedziałkowy wieczór. Teoretycznie mogłam gdzieś skoczyć we wtorek, jednak naprawdę nie miałam na to siły. Poza tym po weekendzie miałam trzy kolokwia i jedną prezentację(o tzw. "wejściówkach" nie wspominając), więc też wypadało się jakoś do nich przygotować i w miarę przyzwoicie napisać. A więc z pierwotnych planów nic nie wyszło.
Tak się jednak złożyło, że sobotę wyjątkowo nie jechałam do punktu recepcyjnego do K-c. Akurat mieli komplet wolontariuszy i nie potrzebowali więcej. Postanowiłam więc wykorzystać ten czas wyjątkowo nie na naukę, ale na wypad do Bielska. Jeszcze w czwartek napisałam do Bacy wiadomość z pytaniem, jaki szczyt w okolicy jest najprzyjemniejszy do zdobycia. Podał mi kilka propozycji, a przy okazji zaproponował też wypad do tamtejszego Centrum Handlowego Sfera w celu zakupu butów do biegania w góry. 
Z tymi butami to też cała historia... Jak pamiętacie(a jeżeli nie pamiętacie to odsyłam Was do >>tego<< posta) we wrześniu, dokładnie w 31 urodziny, pierwszy raz w życiu brałam udział w biegu górskim. Zresztą wtedy właśnie poznałam Bacę, który też biegł. Tak się złożyło, że startowaliśmy alfabetycznie według nazwisk i on był za mną. Ale i tak mnie wyprzedził - zresztą, jak wszyscy. Jednak to on po przebiegnięciu całych 3,5 km. wrócił się, aby mi towarzyszyć w pokonywaniu i rzeczywistej, i metaforycznej góry. A na koniec stwierdził, że przydałyby mi się typowe buty do biegania w górach, a nie żadne tam adidaski. Chłop tak się zafiksował na tym punkcie, że szukał sposobu, aby znaleźć na nie fundusze. W końcu wzięliśmy udział w konkursie fotograficznym(tzn. on wszystko ogarnął, bo ja miałam akurat w tamtym czasie masę badań w związku z podejrzeniem białaczki, ale spokojnie, skończyło się na strachu, i na anemii), z nadzieją, że zdobędziemy chociaż część potrzebnej kwoty. Okazało się, że się udało. No, nie wygraliśmy głównej nagrody, ale voucher na całkiem niezłą sumę w zupełności nas satysfakcjonował. Początkowo mieliśmy zrealizować go podczas Zimowego Biegu Zbója, jednak Bacy udało się załatwić dla mnie transport do samych K-c, więc nie było co zabierać szoferowi czasu. W końcu co się odwlecze to nie uciecze.
Sobotni poranek przywitał mnie deszczem. Trochę byłam zła, ponieważ ostatnie dni były w zasadzie całkiem pogodne. Wiedziałam, że jeżeli pogoda się nie zmieni, to nici z moich planów wyjścia w góry. Bo do B-B. i tak miałam zamiar jechać. Jeszcze rok temu miałam bezpośredni pociąg ode mnie do Bielska, teraz muszę przesiadać się w K-cach. Pocieszające jest to, że pociąg pokonuje trasę w godzinę. A żeby nie były to stracone minuty wzięłam ze sobą książkę do czytania. Czas przejazdu umilałam więc sobie lekturą kolejnej powieści Edyty Świętek - "Łąki kwitnące purpurą". 
Po pewnym czasie za szyby wyłoniły się pierwsze bielskie zabudowania, aż w końcu moim oczom ukazał się gmach dworca kolejowego, pamiętający jeszcze czasy zaboru austriackiego. Ołowiane chmury wiszące nad miastem nie zachęcały do wędrówek górskich. Spontanicznie postanowiłam zostać na niższym pułapie i po prostu pozwiedzać okolicę. 
Niemal na każdym rozgałęzieniu można było zobaczyć nie tylko drogowskazy z nazwami ulic, ale też ważnych obiektów.
Fontanna pod zamkiem.
Zamek będący teraz muzeum.
A pod zamkiem znajduje się tablica upamiętniająca wizytę Jana Pawła II w B.-B.
W murach zamku uwieczniony został Mały Satyr(w internecie wyczytałam, że to fontanna "oddająca mocz", jednak tego dnia nie leciała z niej woda).
Wokół zamku rozciągają się mury średniowiecznego grodu.
Budynek Teatru Polskiego też wzbudza zachwyt...
Pomnik Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury.
A tutaj kiedyś była szkoła żydowska.
Zapierający dech w piersiach ratusz.
A tego kolegi nie trzeba chyba nikomu przedstawiać...
A to jest most żelazny z końca XIX wieku, który łączył miejscowość Bielsko z Białą.
Przechadzka była dosyć chaotyczna i nie do końca ekonomiczna pod względem kilometrażowym.  Jednak dopiero po kilku godzinach zaopatrzyłam się w mapę miasta w tamtejszej Informacji Turystycznej(tak, wiem że są mapy internetowe, ale najpierw trzeba mieć ten smartfon, aby z nich skorzystać). Aczkolwiek samo B-B. spodobała mi się. Zauważyłam, że w mieście jest kilka szlaków turystycznych, więc może warto je zwiedzić według nich?
Z Bacą spotkałam się dopiero w Centrum Handlowym.
- To jaką górę udało ci się zdobyć, Lolku? - doszło do mnie jego pytanie, pomiędzy przymierzaniem jednego, a drugiego buta.
 - W zasadzie to chyba jedynie zamkową - przyznałam. - Taka pogoda nijaka...
 - Nic się nie martw. Zgramy się kiedyś większą ekipą i zdobędziemy niejeden szczyt...
Ostatecznie udało nam się kupić dwie pary dość ciekawych butów do biegania w terenie. Baca ma je odebrać w tygodniu - o ile znajdzie vouchery... Cieszę się, że pomógł mi w ich wyborze, bo jednak coś niecoś się na tym zna. Tylko trochę mi głupio, bo podobno miał tego dnia ślub w rodzinie. Niby mówił, że tylko podwiózł tam mamę, a sam nie szedł, mam tylko nadzieję, że to nie przeze mnie. Jakby mi napisał, że nie może przyjść, tobym przecież zrozumiała.
To był udany dzień, pomimo zmiany pierwotnych planów. Pochodziłam po mieście, kupiłam buty, pośmiałam się z Bacą. Dobrze jest mieć świadomość akceptacji przez drugiego człowieka, pomimo licznych wad i niedoskonałości. 
Mural przedstawiający dawne Bielsko-Białą
Trzymajcie się ciepło!

* chociaż jak ktoś ma ponad 80 lat to chyba wszystkiego można się spodziewać