Na studiach z zarządzania też miałam angielski obowiązkowy i wcale nie było lepiej. Powód identyczny jak w liceum. Ale to jeszcze nic, na magisterce język angielski kończył się egzaminem. Przez pierwszy semestr uczyła nas całkiem inna osoba i jakoś udało mi się uzyskać cztery na koniec, więc coś z tego przedmiotu chyba potrafiłam. Jednak od drugiego semestru do końca uczyła nas ta sama wykładowczyni co na licencjacie i się zaczęło. Przeboje z nią opisywałam kilka razy na blogu (chociażby >>tutaj<<), w końcu nie miałam ani siły, ani ochoty (skoro i tak założyła, że nic nie potrafię) podejść do poprawek i wydalili mnie ze studiów. Równocześnie sama uczyłam się języka za pomocą różnych materiałów, aby co nieco umieć.
Moje motto
Jaki był ten dzień
poniedziałek, 31 lipca 2023
1661. Ciekawe co TERAZ by powiedzieli...
Na studiach z zarządzania też miałam angielski obowiązkowy i wcale nie było lepiej. Powód identyczny jak w liceum. Ale to jeszcze nic, na magisterce język angielski kończył się egzaminem. Przez pierwszy semestr uczyła nas całkiem inna osoba i jakoś udało mi się uzyskać cztery na koniec, więc coś z tego przedmiotu chyba potrafiłam. Jednak od drugiego semestru do końca uczyła nas ta sama wykładowczyni co na licencjacie i się zaczęło. Przeboje z nią opisywałam kilka razy na blogu (chociażby >>tutaj<<), w końcu nie miałam ani siły, ani ochoty (skoro i tak założyła, że nic nie potrafię) podejść do poprawek i wydalili mnie ze studiów. Równocześnie sama uczyłam się języka za pomocą różnych materiałów, aby co nieco umieć.
niedziela, 30 lipca 2023
1660. Wyjątki od reguły
Podczas Światowych Dni Młodzieży w znaczący sposób ograniczyłam swoją obecność w mediach i na blogu. Główna przyczyna tego była taka, że celowo nie brałam laptopa, a jedynie tablet, poza tym nie mam jak wielu z Was internetu w abonamencie telefonicznym i muszę korzystać z publicznych sieci wi-fi. Co prawda na noclegu mieliśmy udostępnioną sieć internetową, ale przecież nie byłam jej jedyną użytkowniczką i nie chciałam jej zbytnio obciążać, dając też innym szansę na skorzystanie z darmowego łącza. Internet wykorzystywałam do skorzystanie z poczty elektronicznej*, przetłumaczenie czegoś na translatorze, sprawdzeniu jak najłatwiej dotrzeć w dane miejsce, ewentualnie skontaktowanie się z kimś z grupy za pomocą messengera lub zobaczeniu na polskim profilu ŚDM czy w najbliższym czasie dzieje się coś ciekawego w okolicy. Kilka razy umieściłam też wpis na moim profilu na fb. Nie chcę pisać, że na bloga zabrakło mi czasu, bo to nie do końca prawda. Z drugiej strony zważając na to, w jakim tempie piszę na tablecie, to obstawiam, że notatki tworzyłyby się godzinami. Na laptopie / komputerze stacjonarnym idzie mi to dużo szybciej, chociaż i tak o wiele wolniej niż w przypadku większości użytkowników elektroniki (mam porównanie z koleżankami i kolegami ze studiów).
Myślę, że z komentowaniem innych blogów byłoby podobnie - poświęciłabym na to o wiele więcej czasu, niż w normalnych warunkach. A przecież po pierwsze - tak jak pisałam nie chciałam zbytnio obciążać publicznej sieci (chociaż ona nie do końca była publiczna, bo udostępniono ją tylko mieszkańcom centrum parafialnego**), a po drugie - też musiałam kiedyś spać. Na nocleg wracało się zazwyczaj późnymi wieczorami, potem trzeba było odstać swoje w kolejce pod zimny prysznic, aż wreszcie zmęczony człowiek padał zmęczony na swoją karimatę. Oczywiście zaglądałam czasami na Wasze blogi, żeby zobaczyć czy nikt nie ma sytuacji, w której potrzebowałby chwili wsparcia w trudnych chwilach (wtedy zrobiłabym wszystko, aby mu tych kilka ciepłych słów przesłać), ale w innych przypadkach nie komentowałam. Nie chciałam dzielić Was na lepszych i gorszych. No bo dlaczego jeden ma dostać komentarz na czas, a drugi ma czekać na niego nie wiadomo ile? Dlatego zdecydowałam, że z komentowaniem się wstrzymam aż do powrotu do Polski, gdzie będę miała i czas, i warunki ku temu. Zresztą postanowiłam też zanadto nie kontaktować się z moimi znajomymi w tym czasie, chyba że mieli urodziny, albo problem. Powód był identyczny, jak w przypadku blogów. Myślę, że tak było najbardziej sprawiedliwie.
Były jednak dwa wyjątki od mojego postanowienia - Kropka (wraz z siostrzeńcem*** w pakiecie 😀) oraz ksiądz niosący światło. Kropki życie posypało się w końcówce zeszłego roku, kiedy po długiej walce z ciężką chorobą zmarła jej siostra, która była prawną opiekunką nastolatki (ich rodzice nie żyją), a ona sama wraz z siostrzeńcem, z powodu braku krewnych mogących się nimi zająć, trafili do placówki opiekuńczo - wychowawczej. Wtedy to Kropka, niesamowicie zdolna i ambitna bestia, zmieniła całkowicie swoje życiowe plany. Wcześniej uczyła się w jednym z lepszych liceów w Zagłębiu, w przyszłości chciała iść na farmacje. Po zamieszkaniu w Domu Dziecka**** przeniosła się do jednego z katowickich techników na profil technik - analityk. Już teraz, w wieku niespełna 17 lat wie, że po skończeniu go musi szybko znaleźć zatrudnienie i starać się o zostanie rodziną zastępczą dla małego. Prawdę mówiąc, to gdyby przepisy prawne nie były takie skomplikowane i dziwne, to sama postarałabym się o zostanie dla nich rodziną zastępczą. Ale póki nie mam męża są na to nikłe szanse*****. A na męża raczej się nie zanosi (Ożeń się z Bacą! - propozycja siostrzeńca Kropki). Nie oznacza to jednak, że nie mam jej wspierać, motywować. Wiecie, to nie jest typ, który chce użalania się nad sobą, głaskania po główce i mówienia, jaka to ona jest biedna. W ciągu roku szkolnego nieraz odwiedzam ją w placówce, zabieram te dzieciaki do mnie na święta i weekendy. Dużo nie mogę zrobić, ale zawsze coś. Teraz, podczas ŚDMu, starałam się napisać do niej co 2 dni kilka słów wsparcia, a przy okazji opisywałam jej, jak jest na spotkaniu. Ona sama odpisywała mi co rano. Nie wiem, kto się z tego bardziej cieszył - ja, czy ona.
Drugi wyjątek stanowił ksiądz niosący światło. Przez ostatni rok, głównie za przyczyną jego choroby, bardzo się ze sobą zżyliśmy. Doszło do tego, że kiedy w tym samym dniu wypadła moja obrona licencjata i jego operacja, to bardziej przeżywałam to drugie. Na upadłego obronę zawsze można poprawić we wrześniu, jeżeli coś by nie wyszło. Natomiast jeżeli coś by poszło z operacją nie tak, to szanse na poprawę były dużo mniejsze. Sama obrona to dla mnie nic, ale już sama operacja tak. Dlatego nie ukrywam, że tamten dzień był bardzo dla mnie obciążający pod względem psychicznym. Jednocześnie od księdza otrzymałam dużo wsparcia duchowego i mentalnego, mimo że nie należę do jego parafii. Chwilami nawet przypomina mi byłego, niestety świętej pamięci, dyrektora Muzeum Papieskiego w Wadowicach. Tamten też wspierał mnie w moich szalonych pomysłach, łącznie z wylotem na ŚDM w Panamie. Ksiądz niosący światło wspierał mnie, dla odmiany, w dążeniu do wyjazdu do Lizbony. Nawet nie wiecie jak się cieszył z tego, że dostałam się na wolontariat. A przecież to on powinien otrzymywać od innych wsparcie w walce z chorobą. Przed wyjazdem obiecałam mu, że będę nie tylko się za niego modlić (w trakcie mojego pobytu w Portugalii miano zdecydować, czy amputują mu rękę, czy też nie), ale też pisać od czasu do czasu jak tam mi jest. Podobnie jak w przypadku Kropki starałam się do niego pisać co 2-3 dni. I chociaż nie zawsze mi odpisywał (na co nawet nie liczyłam), to jednak każdy jego meil wywoływał u mnie uśmiech na ustach.
* dużo wiadomości odnośnie naszej posługi dostawaliśmy właśnie tą drogą
** myślę, że tak można przetłumaczyć na polski nazwę instytucji, w której spałyśmy
*** syn siostry to siostrzeniec, prawda? Zawsze mam z tymi pobocznymi koligacjami rodzinnymi problem i czasami je przekręcam
**** co prawda ta nazwa już nie funkcjonuje, ale jest krótsza
***** chodzi głównie o kwestie zdrowotne
sobota, 29 lipca 2023
1659. No i minęło dziewięć lat
piątek, 28 lipca 2023
1658. Świadomość własnych ograniczeń, a wyuczona bezradność
Ostatnio coraz częściej spotykam się z poglądem, że niepełnosprawni prezentują postawę wyuczonej bezradności. Że często jesteśmy w stanie zrobić więcej niż nam się wydaje. Że nawet nie próbujemy iść nawet krok do przodu uważając, że wszystko nam się należy. Jeszcze większe zdziwienie ogarnia mnie, kiedy czytam czy też słyszę takie słowa ze strony osób, które same są niepełnosprawne w stosunku do tych, którzy są w gorszej sytuacji fizycznej lub społecznej od nich samych.
Przez lata obracałam się w środowisku osób niepełnosprawnych z różnymi ograniczeniami. Jedni byli niepełnosprawni fizycznie, inni umysłowo. Zresztą nawet w mojej dosyć bliskiej rodzinie występuje niepełnosprawność wrodzona (córka brata mojej babci urodziła się z upośledzeniem umysłowym), zaś na wsi mojej mamy miałam styczność z biedną Marynią, która na zawsze pozostanie dla mnie przykładem, że mimo niepełnosprawności można w miarę swoich możliwości pomagać przy pracach polowych i gospodarskich. Przez ten czas naoglądałam się ile czasu kosztuje niektórych ludzi osiągnięcie pewnych umiejętności, czy to sprawnościowych, czy to społecznych. Widziałam też, że na to, co mi przyszło łatwo, inni musieli pracować latami, a czasami i tego nie osiągnęli. Dlatego staram się nie patrzeć na innych przez to, co sama potrafię, a inni nie. Każdy z nas ma inny poziom nasilenia niepełnosprawności i co innego będzie nam sprawiało trudność. Jedyne, czego nie uznaję to tłumaczenia, że przez mózgowe porażenie dziecięce nie zdało się matury, ponieważ na arkuszu znalazły się zadania z geometrii, a ktoś nie ma możliwości posługiwania się przyborami geometrycznymi. No dobra, ale arkusz maturalny z matematyki to nie są wyłącznie zadania z geometrii, ale też z innych dziedzin Królowej Nauk, nie mających związku z rysowaniem. Można ją spokojnie zdać omijając geometrię, zwłaszcza kiedy człowiekowi nie zależy tak bardzo na wyniku. A poza tym znam wiele osób, nawet z chorobami neurologicznymi, przy których mpd to pikuś, które zdały maturę z matematyki, więc tłumaczenie mpd = niezdana matura jest dla mnie trochę słabe.
Owszem, nie przeczę, że niektórzy z nas reprezentują postawę wyuczonej bezradności. Myślę jednak, że wielu z nas po prostu zdaje sobie sprawę ze swoich możliwości. Sama wiem, że moja granica osiągnięcia pewnych umiejętności społecznych lub fizycznych jest zupełnie inna, nawet niż u osoby z podobnym nasileniem niepełnosprawności. Wiele osiągnęłam, ale też wiem, z czym sobie nie poradzę. Czy jeżeli poproszę kogoś o przeniesienie mi talerza z zupą lub kubka z gorącą herbatą jest oznaką mojej wyuczonej bezradności? Być może, ale doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że przez atetozę nie jestem w stanie tego zrobić, bo wyleję zawartość. Czy jeżeli proszę kolegów i koleżanki z grupy o pożyczenie notatek, albo strach przed pierwszym rozpoczęciem rozmowy to dowód na moją wyuczoną bezradność?
Jednocześnie warto pamiętać, że świadomość własnych ograniczeń nie oznacza, że nie powinniśmy próbować pokonać własnych ograniczeń poprzez coraz wyższe i stopniowe stawianie sobie poprzeczki. Że nie powinniśmy motywować innych do próby pokonania własnych ograniczeń. Nawet sobie myślę, że takie wspieranie dobrym słowem i zachętami jest dużo lepsze od wyrzucania drugiemu wprost owej "wyuczonej bezradności".
P.S. A wracając do pokonywania własnych ograniczeń, to kilka razy podczas Światowych Dni Młodzieży udało mi się przenieść kubek wypełniony do połowy napojem bez wylewania go. Wiem, że w wieku prawie 33 lat to żadne osiągnięcie, wiem, że potrafią to nawet małe dzieci. Ale ja i tak się z tego cieszę.
czwartek, 27 lipca 2023
1657. Park Edwarda VII - miejsce spotkań młodych z papieżem
I znowu interesujące rośliny, tym razem drzewa.
To figura, która zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Tutaj widok z przodu...
A tu z boku.
Malutka, niepozorna fontanna. Tak trudno wypatrzeć ją było wśród trawy...
Kolejna parkowa alejka zaprasza w swoje podboje spacerowiczów.
środa, 26 lipca 2023
1656. Urokliwe wybrzeże Cascais
Do Cascais wybraliśmy się z samego rana, tak aby zdążyć na zaplanowaną popołudniu Mszę świętą dla wolontariuszy. Akurat odbywała się ona w miejscu, o które mogliśmy zahaczyć w drodze powrotnej. Jako środek transportu wybraliśmy kolej, której jedna z linii kończyła się właśnie w Cascais.
Po opuszczeniu pociągu znaleźliśmy się na Placu 5 października. Jego nazwa nawiązuje do rewolucji z 1910 roku, podczas której została zniesiona monarchia w tym kraju. Wokół placu znajdują się jedne z najbardziej charakterystycznych obiektów miasta, takie jak stary ratusz, pomnik Dom Pedro I oraz cytadela. Niestety, zdjęcie jakie wykonałam nie nadaje się do publikacji, więc posiłkuję się znalezionym w Internecie.
![]() |
| Plac 5 października (źródło zdjęcia) |
wtorek, 25 lipca 2023
1655. Zwiedzając Almadę
Jednym z głównych wydarzeń tegorocznego lata, na które czekałam z prawdziwą niecierpliwością, był wyjazd na 38 Światowe Dni Młodzieży, które w tym roku odbywały się w stolicy Portugalii - Lizbonie. Właściwie to powinny się one odbyć w 2022 roku, jednak ze względu na panującą pandemię koronawirusa i związane z nią ograniczenia, całe wydarzenie zostało przesunięte o 12 miesięcy.
Kiedy papież Franciszek podczas Mszy świętej na zakończenie Światowych Dni Młodzieży w Panamie ogłosił, że następne spotkanie odbędzie się w Lizbonie, wśród młodych wybuchł prawdziwy entuzjazm i radość. Jak wielu z Was wie, miałam tą okazję, a zarazem przyjemność, być wtedy wraz z innymi młodymi na Kampusie Jana Pawła II, gdzie odbywało się nabożeństwo. Mogłam więc na żywo poczuć atmosferę sprzyjającą tej chwili. Już wtedy gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że może warto spróbować chociażby udać się i na to spotkanie młodych. Skoro udało mi się polecieć na ŚDM na drugi koniec świata, to udanie się na zachodni kraniec mojego rodzimego kontynentu nie powinno być aż tak skomplikowane. Dodatkowo dużo wskazywało na to, że spotkanie będzie w czasie wakacji, a więc odpadnie mi stres związany z przesuwaniem sesji egzaminacyjnej, jak to miało miejsce w styczniu 2019 roku. Chociaż nie powiem, że było tak całkiem "na lajcie", bo jeszcze kilka godzin przed wylotem uczestniczyłam w pogrzebie dziadka mojej koleżanki z starego składu Oratorium. Zdążyłam też spotkać się z księdzem niosącym światło, który wiedział o moim wyjeździe, kibicował mi w dążeniu do niego i po prostu kazał mi w miarę możliwości dobrze się na nim bawić i jak najwięcej z niego wynieść.
Z jednej strony ten rok różnicy sprawił pewne opóźnienie, ale z drugiej czas zleciał tak szybko, że ani się obejrzałam, a byłam już w stolicy Portugalii, Lizbonie. Dzisiaj chciałabym Was zabrać na spacer... nie, nie po przepięknej stolicy tego niewielkiego państwa, ale po Almadzie, niewielkim miasteczku, do którego zawitaliśmy na trzeci dzień po wylądowaniu na lizbońskim lotnisku im. Humberta Delgago (to jeden z portugalskich ministrów lotnictwa, który zginął w wyniku zamachu).
Na Almadę, znajdującą się po drugiej stronie rzeki Tag, popłynęliśmy promem. Można by próbować przedostać się tam monumentalnym Mostem 25 Maja, prom był jednak dużo bardziej praktyczny. I chyba szybszy. A skoro karta miejska, jaką otrzymaliśmy w pakiecie obejmowała także podróże tym środkiem transportu, to nawet nie kombinowaliśmy, aby tam dotrzeć w inny sposób.
| Prom, którym płynęliśmy |
Takie wiatraki (przynajmniej tak nam się wydawało, że to jakieś pozostałości po wiatrakach, ale mogliśmy się mylić) to dość popularny widok wzdłuż wybrzeża Almady.
Wiem, że jeżeli jeszcze kiedyś odwiedzę Lizbonę (a mam taki zamiar), to na pewno wybiorę się jeszcze do Almady, chociażby po to, aby jeszcze bardziej ją obfocić (nie wszystko udało mi się uwiecznić na zdjęciach). Ale też planuję nadrobić inną zaległość - zobaczyć "przegapiony" pomnik Chrystusa Króla.
