Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 31 lipca 2023

1661. Ciekawe co TERAZ by powiedzieli...

Na Światowych Dniach Młodzieży w Lizbonie oprócz narzuconych mi przez organizatorów zadań przy organizacji Wydarzeń Centralnych (czyli tych głównych), zaangażowałam się także przy pomocy w Polskiej Lizbonie. O samym projekcie możecie przeczytać >>tutaj<<. Akurat w niedzielę przed wystartowaniem akcji pojawiła się na naszej grupie na fb informacja, że poszukują chętnych do pomocy w organizacji całego przedsięwzięcia i gdyby ktoś z polskich wolontariuszy miał czas i ochotę... Jasne, że mam czas, a ochotę to już na pewno. Szybko napisałam wiadomość do koordynatorki polskiego wolo, że chętnie pomogę na tyle, na ile będę mogła. Już nie chciałam z siebie robić bohatera, który wszystko zrobi, kiedy to nie prawda. W odpowiedzi wyczytałam, że mogę przyjść w poniedziałek z rana.
Zgodnie z prośbą rano pojechałam na międzynarodowo brzmiącą stację "Roma", a stamtąd udałam się na stadion. Nie byłam sama, ale z innymi wolo chętnymi do pomocy. Po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy biuro Polskiej Lizbony z głównym dyrektorem Krajowego Biura Organizacyjnego i jego pomocnikami. Jak to miło, że pamiętali tak wielu z nas z rozmów rekrutacyjnych. Na początku dostaliśmy za zadanie powycierać naczynia liturgiczne (z Legnicy, nie z szwedzkiego sklepu) z kurzu i pyłu jakie na nich osiadły podczas transportu, a następnie przetłumaczyć na język angielski ramowy plan w Polskiej Lizbonie. Aż chciało mi się śmiać.
Nigdy nie byłam mocna w językach obcych. A już na pewno od poziomu szkoły średniej. Bo w podstawówce i gimnazjum jakoś mi szło. Może w wypowiedziach ustnych byłam słabsza ze względu na sporą wadę wymowy, ale wszystko nadrabiałam pisemnymi formami wypowiedzi, rozumieniem ze słuchu, czy też ogólną znajomością słówek i zasad gramatycznych. Z drugiej strony nasi lingwiści znali ograniczenia każdego z nas i wiedzieli czego mogą od nas wymagać, a z czym dać sobie spokój. To nie oznacza, że byłam całkowicie zwolniona z wypowiedzi ustnych (np. rozmówek, czy też opisów obrazków), ale były one dużo mniej rygorystycznie oceniane niż pozostałe formy zaliczeń.
Poszłam do liceum i wszystko się posypało. Miałam tego pecha, że trafiłam na nauczycielki, które przede wszystkim stawiały na poprawną wymowę. Czasami miałam wrażenie, że nic innego się dla nich nie liczyło. Bo co z tego, że z klasówek, czy też innych wypowiedzi pisemnych miałam w miarę dobre oceny, skoro najwyższą wagę miały wypowiedzi ustne? A ja przecież ledwo wyraźnie mówię po polsku. Jeżeli myślały, że swoimi uwagami zmotywują mnie do "pracy", to się myliły, bo efekt był odwrotny. Prawie z każdą lekcją coraz bardziej zamykałam się na mówienie w obcym języku. Germanistka nawet nie zawahała się mi "uświadomić", że z moim poziomem wiadomości z języka niemieckiego nie zdam z niego matury, a już na pewno nie ustną. A to właśnie z niemieckiego czułam się o wiele mocniejsza niż z angielskiego. Maturę zdałam na całkiem dobrym poziomie (po przeliczeniu procentów wychodzi mocna czwórka), a na ustnej zabrakło mi punktu do wyniku bardzo dobrego.
Na studiach z zarządzania też miałam angielski obowiązkowy i wcale nie było lepiej. Powód identyczny jak w liceum. Ale to jeszcze nic, na magisterce język angielski kończył się egzaminem. Przez pierwszy semestr uczyła nas całkiem inna osoba i jakoś udało mi się uzyskać cztery na koniec, więc coś z tego przedmiotu chyba potrafiłam. Jednak od drugiego semestru do końca uczyła nas ta sama wykładowczyni co na licencjacie i się zaczęło. Przeboje z nią opisywałam kilka razy na blogu (chociażby >>tutaj<<), w końcu nie miałam ani siły, ani ochoty (skoro i tak założyła, że nic nie potrafię) podejść do poprawek i wydalili mnie ze studiów. Równocześnie sama uczyłam się języka za pomocą różnych materiałów, aby co nieco umieć.
No a teraz nie dość, że tłumaczę różne materiały na język angielski, to jeszcze rozmawiam w tym języku. Może nie jest to płynna mowa, może czasami brakuje mi słów, może coś przekręcę, ale jako tako dogaduję się. Chociaż szczerze powiedziawszy to wolę język pisany, gdzie nikt nie musi wysilać się, aby zrozumieć, co do niego mówię. Takie tłumaczenia tekstu są jak najbardziej ok. A w takich sytuacjach jak ta zastanawiam się, co by powiedzieli ci wszyscy nauczyciele i wykładowcy, którzy tak bardzo chcieli mi udowodnić, że nic nie potrafię w tym języku...

niedziela, 30 lipca 2023

1660. Wyjątki od reguły

Podczas Światowych Dni Młodzieży w znaczący sposób ograniczyłam swoją obecność w mediach i na blogu. Główna przyczyna tego była taka, że celowo nie brałam laptopa, a jedynie tablet, poza tym nie mam jak wielu z Was internetu w abonamencie telefonicznym i muszę korzystać z publicznych sieci wi-fi. Co prawda na noclegu mieliśmy udostępnioną sieć internetową, ale przecież nie byłam jej jedyną użytkowniczką i nie chciałam jej zbytnio obciążać, dając też innym szansę na skorzystanie z darmowego łącza. Internet wykorzystywałam do skorzystanie z poczty elektronicznej*, przetłumaczenie czegoś na translatorze, sprawdzeniu jak najłatwiej dotrzeć w dane miejsce, ewentualnie skontaktowanie się z kimś z grupy za pomocą messengera lub zobaczeniu na polskim profilu ŚDM czy w najbliższym czasie dzieje się coś ciekawego w okolicy. Kilka razy umieściłam też wpis na moim profilu na fb. Nie chcę pisać, że na bloga zabrakło mi czasu, bo to nie do końca prawda. Z drugiej strony zważając na to, w jakim tempie piszę na tablecie, to obstawiam, że notatki tworzyłyby się godzinami. Na laptopie / komputerze stacjonarnym idzie mi to dużo szybciej, chociaż i tak o wiele wolniej niż w przypadku większości użytkowników elektroniki (mam porównanie z koleżankami i kolegami ze studiów).
Myślę, że z komentowaniem innych blogów byłoby podobnie - poświęciłabym na to o wiele więcej czasu, niż w normalnych warunkach. A przecież po pierwsze - tak jak pisałam nie chciałam zbytnio obciążać publicznej sieci (chociaż ona nie do końca była publiczna, bo udostępniono ją tylko mieszkańcom centrum parafialnego**), a po drugie - też musiałam kiedyś spać. Na nocleg wracało się zazwyczaj późnymi wieczorami, potem trzeba było odstać swoje w kolejce pod zimny prysznic, aż wreszcie zmęczony człowiek padał zmęczony na swoją karimatę. Oczywiście zaglądałam czasami na Wasze blogi, żeby zobaczyć czy nikt nie ma sytuacji, w której potrzebowałby chwili wsparcia w trudnych chwilach (wtedy zrobiłabym wszystko, aby mu tych kilka ciepłych słów przesłać), ale w innych przypadkach nie komentowałam. Nie chciałam dzielić Was na lepszych i gorszych. No bo dlaczego jeden ma dostać komentarz na czas, a drugi ma czekać na niego nie wiadomo ile? Dlatego zdecydowałam, że z komentowaniem się wstrzymam aż do powrotu do Polski, gdzie będę miała i czas, i warunki ku temu. Zresztą postanowiłam też zanadto nie kontaktować się z moimi znajomymi w tym czasie, chyba że mieli urodziny, albo problem. Powód był identyczny, jak w przypadku blogów. Myślę, że tak było najbardziej sprawiedliwie.
Były jednak dwa wyjątki od mojego postanowienia - Kropka (wraz z siostrzeńcem*** w pakiecie 😀) oraz ksiądz niosący światło. Kropki życie posypało się w końcówce zeszłego roku, kiedy po długiej walce z ciężką chorobą zmarła jej siostra, która była prawną opiekunką nastolatki (ich rodzice nie żyją), a ona sama wraz z siostrzeńcem, z powodu braku krewnych mogących się nimi zająć, trafili do placówki opiekuńczo - wychowawczej. Wtedy to Kropka, niesamowicie zdolna i ambitna bestia, zmieniła całkowicie swoje życiowe plany. Wcześniej uczyła się w jednym z lepszych liceów w Zagłębiu, w przyszłości chciała iść na farmacje. Po zamieszkaniu w Domu Dziecka**** przeniosła się do jednego z katowickich techników na profil technik - analityk. Już teraz, w wieku niespełna 17 lat wie, że po skończeniu go musi szybko znaleźć zatrudnienie i starać się o zostanie rodziną zastępczą dla małego. Prawdę mówiąc, to gdyby przepisy prawne nie były takie skomplikowane i dziwne, to sama postarałabym się o zostanie dla nich rodziną zastępczą. Ale póki nie mam męża są na to nikłe szanse*****. A na męża raczej się nie zanosi (Ożeń się z Bacą! - propozycja siostrzeńca Kropki). Nie oznacza to jednak, że nie mam jej wspierać, motywować. Wiecie, to nie jest typ, który chce użalania się nad sobą, głaskania po główce i mówienia, jaka to ona jest biedna. W ciągu roku szkolnego nieraz odwiedzam ją w placówce, zabieram te dzieciaki do mnie na święta i weekendy. Dużo nie mogę zrobić, ale zawsze coś. Teraz, podczas ŚDMu, starałam się napisać do niej co 2 dni kilka słów wsparcia, a przy okazji opisywałam jej, jak jest na spotkaniu. Ona sama odpisywała mi co rano. Nie wiem, kto się z tego bardziej cieszył - ja, czy ona.
Drugi wyjątek stanowił ksiądz niosący światło. Przez ostatni rok, głównie za przyczyną jego choroby, bardzo się ze sobą zżyliśmy. Doszło do tego, że kiedy w tym samym dniu wypadła moja obrona licencjata i jego operacja, to bardziej przeżywałam to drugie. Na upadłego obronę zawsze można poprawić we wrześniu, jeżeli coś by nie wyszło. Natomiast jeżeli coś by poszło z operacją nie tak, to szanse na poprawę były dużo mniejsze. Sama obrona to dla mnie nic, ale już sama operacja tak. Dlatego nie ukrywam, że tamten dzień był bardzo dla mnie obciążający pod względem psychicznym. Jednocześnie od księdza otrzymałam dużo wsparcia duchowego i mentalnego, mimo że nie należę do jego parafii. Chwilami nawet przypomina mi byłego, niestety świętej pamięci, dyrektora Muzeum Papieskiego w Wadowicach. Tamten też wspierał mnie w moich szalonych pomysłach, łącznie z wylotem na ŚDM w Panamie. Ksiądz niosący światło wspierał mnie, dla odmiany, w dążeniu do wyjazdu do Lizbony. Nawet nie wiecie jak się cieszył z tego, że dostałam się na wolontariat. A przecież to on powinien otrzymywać od innych wsparcie w walce z chorobą. Przed wyjazdem obiecałam mu, że będę nie tylko się za niego modlić (w trakcie mojego pobytu w Portugalii miano zdecydować, czy amputują mu rękę, czy też nie), ale też pisać od czasu do czasu jak tam mi jest. Podobnie jak w przypadku Kropki starałam się do niego pisać co 2-3 dni. I chociaż nie zawsze mi odpisywał (na co nawet nie liczyłam), to jednak każdy jego meil wywoływał u mnie uśmiech na ustach.

dużo wiadomości odnośnie naszej posługi dostawaliśmy właśnie tą drogą
** myślę, że tak można przetłumaczyć na polski nazwę instytucji, w której spałyśmy
*** syn siostry to siostrzeniec, prawda? Zawsze mam z tymi pobocznymi koligacjami rodzinnymi problem i czasami je przekręcam
**** co prawda ta nazwa już nie funkcjonuje, ale jest krótsza
***** chodzi głównie o kwestie zdrowotne

sobota, 29 lipca 2023

1659. No i minęło dziewięć lat

Dziewięć lat blogowania to dosyć długi okres czasu. To nie jest mój pierwszy blog, ale to jemu poświęciłam dużo pracy i uwagi. I, nie licząc mojego gimnazjalnego bloga poświęconego zespołowi Ivan i delfin (śmiejcie się, śmiejcie), który najpierw umarł śmiercią naturalną z powodu ustania zainteresowania zespołem i wokalistą, a następnie zniknął z blogosfery wraz z innymi onetowskimi blogami, aktualny blog prowadzę najdłużej. Czy spodziewałam się, że wytrwam tutaj aż tyle lat? Z pewnością nie.
Przez te wszystkie lata zdarzyło się dużo zarówno dobrego, jak i złego. 90% zdarzeń znalazło odzwierciedlenie w tutejszych wpisach (jednak nie chcę upubliczniać niektórych szczegółów mojego życia). Może nie wszystkie udało mi się ubrać w odpowiednie słowa, może też nie wszystkie wpisy są zrozumiałe. Dla mnie jednak blog stał się nie tylko miejscem na dzieleniem się swoimi przemyśleniami z innymi, ale i formą przekazania światu, że życie z niepełnosprawnością może być ciekawe, a czasami wręcz szalone. A że pisanie zawsze sprawiało mi przyjemność (język polski średnio lubiłam, ale jak przyszło napisać jakieś opowiadanie, to pisałam je co prawda kilka godzin, ale efekt końcowy zawsze przewyższał moje oczekiwania), to jakoś to poszło. Myślę, że to co piszę "da się czytać".
Zainteresowanie moim blogiem przychodziło stopniowo. Zawsze cieszył mnie każdy Wasz komentarz, a niekiedy skłaniał do refleksji, czy też głębszych przemyśleń. Sama bardzo lubię odwiedzać blogi i poznawać w wirtualny sposób ludzi, którzy je prowadzą. Lubię też odwiedzać nowe miejsca w wirtualnej sferze. Nie mam oporów przed komentowaniem wpisów, mam tylko opory przed zapraszaniem innych na moją stronkę. Bo cóż szczególnego mam do zaoferowania? Ani nie tworzę pięknego rękodzieła, ani nie mieszkam na wsi, ani nie mam cudownego ogrodu, którym mogłabym się pochwalić, przez niepełnosprawność nie zrobię zapierającego dech w piersiach zdjęcia, mało kiedy dokumentuję swoje kulinarne wybryki, nawet chyba nie piszę zbyt górnolotnie, a moje przywiązanie do takiej wartości jak wiara w dzisiejszych czasach może wydawać się śmieszne. Czyli raczej wieje tu nudą. Jedyne o czym mogę napisać, to o moim życiu, takie jakie ono jest. Dziękuję więc tym wszystkim z Was, którzy znajdują czas, aby do mnie wpaść. Nawet nie wiecie jak niektóre z Waszych komentarzy podnoszą mnie na duchu w trudnych chwilach. A tych w ostatnich miesiącach nie brakowało. To, że o czymś nie piszę, nie znaczy że nie istnieje i mnie nie dotyka.
Ale też z okazji rocznicy naszła mnie refleksja. Chociaż blog jest dla mnie sposobem na utrwalenie przemyśleń i w ogóle zachowaniu ważnych dla mnie wydarzeń, to coraz częściej myślę o jego zamknięciu, usunięciu, zlikwidowaniu. I tak pewne osoby w ogóle by się nie zorientowały, że go nie ma, co najwyżej zauważyły by nieobecność, gdyby "znalazły czas". Większość z Was pewnie też szybko by zapomniała o istnieniu ścieżek codzienności. Jest przecież tyle ciekawszych blogów i osobowości, wartych Waszej uwagi. A ja... Może tak by było lepiej, zamiast wylewać kolejne łzy nad tym, że znowu zawiodła Cię osoba, na której komentarz wsparcia liczyłaś. No dobra, już na nic z jej strony nie liczę, moje zaufanie w tej kwestii spadło do zera. I tylko żałuję jednej decyzji sprzed pół roku. Nie, zdecydowanie nie było warto.
Tak więc jak kiedyś ten blog zniknie z sieci (a już kilka razy chciałam to zrobić), to wcale się nie zdziwcie.

piątek, 28 lipca 2023

1658. Świadomość własnych ograniczeń, a wyuczona bezradność

Ostatnio coraz częściej spotykam się z poglądem, że niepełnosprawni prezentują postawę wyuczonej bezradności. Że często jesteśmy w stanie zrobić więcej niż nam się wydaje. Że nawet nie próbujemy iść nawet krok do przodu uważając, że wszystko nam się należy. Jeszcze większe zdziwienie ogarnia mnie, kiedy czytam czy też słyszę takie słowa ze strony osób, które same są niepełnosprawne w stosunku do tych, którzy są w gorszej sytuacji fizycznej lub społecznej od nich samych.

Przez lata obracałam się w środowisku osób niepełnosprawnych z różnymi ograniczeniami. Jedni byli niepełnosprawni fizycznie, inni umysłowo. Zresztą nawet w mojej dosyć bliskiej rodzinie występuje niepełnosprawność wrodzona (córka brata mojej babci urodziła się z upośledzeniem umysłowym), zaś na wsi mojej mamy miałam styczność z biedną Marynią, która na zawsze pozostanie dla mnie przykładem, że mimo niepełnosprawności można w miarę swoich możliwości pomagać przy pracach polowych i gospodarskich. Przez ten czas naoglądałam się ile czasu kosztuje niektórych ludzi osiągnięcie pewnych umiejętności, czy to sprawnościowych, czy to społecznych. Widziałam też, że na to, co mi przyszło łatwo, inni musieli pracować latami, a czasami i tego nie osiągnęli. Dlatego staram się nie patrzeć na innych przez to, co sama potrafię, a inni nie. Każdy z nas ma inny poziom nasilenia niepełnosprawności i co innego będzie nam sprawiało trudność. Jedyne, czego nie uznaję to tłumaczenia, że przez mózgowe porażenie dziecięce nie zdało się matury, ponieważ na arkuszu znalazły się zadania z geometrii, a ktoś nie ma możliwości posługiwania się przyborami geometrycznymi. No dobra, ale arkusz maturalny z matematyki to nie są wyłącznie zadania z geometrii, ale też z innych dziedzin Królowej Nauk, nie mających związku z rysowaniem. Można ją spokojnie zdać omijając geometrię, zwłaszcza kiedy człowiekowi nie zależy tak bardzo na wyniku. A poza tym znam wiele osób, nawet z chorobami neurologicznymi, przy których mpd to pikuś, które zdały maturę z matematyki, więc tłumaczenie mpd = niezdana matura jest dla mnie trochę słabe. 

Owszem, nie przeczę, że niektórzy z nas reprezentują postawę wyuczonej bezradności. Myślę jednak, że wielu z nas po prostu zdaje sobie sprawę ze swoich możliwości. Sama wiem, że moja granica osiągnięcia pewnych umiejętności społecznych lub fizycznych jest zupełnie inna, nawet niż u osoby z podobnym nasileniem niepełnosprawności. Wiele osiągnęłam, ale też wiem, z czym sobie nie poradzę. Czy jeżeli poproszę kogoś o przeniesienie mi talerza z zupą lub kubka z gorącą herbatą jest oznaką mojej wyuczonej bezradności? Być może, ale doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że przez atetozę nie jestem w stanie tego zrobić, bo wyleję zawartość. Czy jeżeli proszę kolegów i koleżanki z grupy o pożyczenie notatek, albo strach przed pierwszym rozpoczęciem rozmowy to dowód na moją wyuczoną bezradność?

Jednocześnie warto pamiętać, że świadomość własnych ograniczeń nie oznacza, że nie powinniśmy próbować pokonać własnych ograniczeń poprzez coraz wyższe i stopniowe stawianie sobie poprzeczki. Że nie powinniśmy motywować innych do próby pokonania własnych ograniczeń. Nawet sobie myślę, że takie wspieranie dobrym słowem i zachętami jest dużo lepsze od wyrzucania drugiemu wprost owej "wyuczonej bezradności".

P.S. A wracając do pokonywania własnych ograniczeń, to kilka razy podczas Światowych Dni Młodzieży udało mi się przenieść kubek wypełniony do połowy napojem bez wylewania go. Wiem, że w wieku prawie 33 lat to żadne osiągnięcie, wiem, że potrafią to nawet małe dzieci. Ale ja i tak się z tego cieszę.

czwartek, 27 lipca 2023

1657. Park Edwarda VII - miejsce spotkań młodych z papieżem

Park Edwarda VII był jednym z miejsc, w których odbywały się spotkania młodzieży z papieżem Franciszkiem podczas tegorocznych Światowych Dni Młodzieży, a także wtorkowa (1.08) Msza święta inaugurująca całe wydarzenie. Usytuowany jest mniej więcej w centralnej części miasta. Najłatwiej dotrzeć do niego czerwoną linią metra (dojeżdżamy do ostatniej stacji San Sebastiao, z której można spokojnie przejść kilkaset metrów do parku, wersja najwygodniejsza podczas wydarzeń) lub niebieską linią metra, podjeżdżającą bezpośrednio pod wejście do parku (z tym, że na czas spotkań została wyłączona z użytkowania). 
Wiedząc, że w pierwszy tydzień sierpnia park będzie oblegany przez tłumy turystów i pielgrzymów, postanowiłam na spokojnie zajrzeć do niego w dniu dzisiejszym. Dzięki temu mogłam na spokojnie zwiedzić udostępnione dla spacerowiczów miejsca (niektóre były zamknięte ze względu na trwające prace przy budowie sceny oraz infrastruktury towarzyszącej całemu wydarzeniu).
Wchodzących do parku wita dosyć okazały pawilon Carlos Lopes. Służy przy organizacji różnych imprez masowych. W czasie Światowych Dni Młodzieży znajdowało się w nim Centrum Medialne.
Bardzo mi się spodobały te malownicze kamieniczki usytuowane tuż przy bocznym wejściu do parku. W ogóle domy w Lizbonie są bardzo kolorowe, a przez to takie, hm... wesołe? Te przywodziły mi na myśl jakąś baśniową krainę.
Jednak jednym z elementów przyrody, który wskazuje na to, że park jest parkiem, jest rosnąca w nim zieleń. A tej w Parku Edwarda VII nie brakowało...
Ciekawe za czym ten posąg wygląda...
I znowu interesujące rośliny, tym razem drzewa.
Powoli już szykowano się do zbliżających się wydarzeń centralnych. W niektórych miejscach poustawiano telebimy, aby zgromadzeni w bocznych alejkach i w dalszych sektorach mogli zobaczyć chociażby to, co się dzieje na scenie. Ale też wyświetlane na nich były reklamy i spoty poprzedzające poszczególne wydarzenia.
A tutaj ogrodnicy z oddaniem przycinali i wyrównywali roślinki.
To figura, która zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Tutaj widok z przodu...
A tu z boku.
Jak widać rośliny mimo wysokich temperatur (dochodzących nawet do 40*) trzymają się dzielnie. Tak się zastanawiam, na ile jest to zasługa dostosowania się do panującego klimatu i warunków, a na ile żmudna praca pracowników parku, którzy dbają o jego wystrój.
I znowu minęłam kamienicę, która została zbudowana w stylu, który mi przypadł do gustu. Wydaje mi się, że w tej części miasta tego typu budownictwo było według jednego stylu.
Taki mały, niepozorny kwiatek, a może wywołać nieśmiały uśmiech na mordce.
Ale żeby nie było - w dzielnicy pojawiły się i dużo nowocześniejsze domy. Przykładem jest ten na drugim planie. Osobiście byłam zachwycona tym, ile zieleni znalazło się na tamtejszych balkonach. 
Idąc wzdłuż dostępnych na ten czas ścieżek, trafiłam na niewielkie wzgórze, z którego rozciąga się niezwykły widok na okolicę. Na skwerku uwagę zwraca chociażby niepozorny, ale według mnie bardzo ciekawy pomnik przedstawiający parę ludzi. Przyglądając się nim zastanawiałam się, o czym mogą oni ze sobą szeptać i jakie sekrety sobie zwierzać.
Widok z tego pagórka na Lizbonę był po prostu obłędny!
Po krótkim odpoczynku na wspomnianym wzgórzu i nasyceniu się rozciągającymi się z niego widokami można ruszyć w dalszą drogę. Można na niej zobaczyć chociażby takie obrazy.
A tutaj delikatnie wkrada się nutka nowoczesności.
Malutka, niepozorna fontanna. Tak trudno wypatrzeć ją było wśród trawy...
Kolejna parkowa alejka zaprasza w swoje podboje spacerowiczów.
Powoli zbliżam się do końca mojej wędrówki. Jeszcze tylko rzut oka na miejsce, skąd mają być sprawowane główne uroczystości. Wyraźnie widać, że prace budowlane (właśnie stawiali główną scenę) trwają w najlepsze.
Sam park jest oczywiście o wiele większy i o wiele więcej rzeczy można w nim zobaczyć, jednak tak jak pisałam i sami możecie zobaczyć - trwały prace polegające na wybudowaniu sceny pod Centralne Wydarzenia i część alejek była po prostu niedostępna dla zwiedzających. Jednak już na pierwszy rzut oka widać, że jest to wymarzone miejsce do odpoczynku dla mieszkańców Lizbony oraz obszar, gdzie mogą oni uciec przed zgiełkiem i hałasem. Zauważyłam, że jest tam niezwykle czyściutko, a ludzie wręcz leżą na trawie (nie wiem czy Wy też, ale ja bym się bała tak po prostu położyć na trawie zważając na ilość znajdujących się w niej nieraz psich min). Cała powierzchnia parku liczy 26 hektarów, a więc sami przyznacie, że jest niemały. Z tego co wyczytałam to każdego roku odbywają się w nim Lizbońskie Targi Książki.

środa, 26 lipca 2023

1656. Urokliwe wybrzeże Cascais

Inną miejscowością, którą zobaczyliśmy, obok wspomnianej już wcześniej Almedy i oczywiście samej Lizbony, było oddalone o ok 28 km miasteczko Cascais. Cascais w przeszłości było niepozornym miasteczkiem rybackim aż do czasu, kiedy w XIX w. stało się ono miejscem wypoczynku portugalskiej rodziny królewskiej. Cascais słynie z pięknych plaż oraz cudownej architektury.
Do Cascais wybraliśmy się z samego rana, tak aby zdążyć na zaplanowaną popołudniu Mszę świętą dla wolontariuszy. Akurat odbywała się ona w miejscu, o które mogliśmy zahaczyć w drodze powrotnej. Jako środek transportu wybraliśmy kolej, której jedna z linii kończyła się właśnie w Cascais.
Po opuszczeniu pociągu znaleźliśmy się na Placu 5 października. Jego nazwa nawiązuje do rewolucji z 1910 roku, podczas której została zniesiona monarchia w tym kraju. Wokół placu znajdują się jedne z najbardziej charakterystycznych obiektów miasta, takie jak stary ratusz, pomnik Dom Pedro I oraz cytadela. Niestety, zdjęcie jakie wykonałam nie nadaje się do publikacji, więc posiłkuję się znalezionym w Internecie.
Plac 5 października (źródło zdjęcia)
Z centrum Cascais promenadą można dojść do Boca do Inferno, tłumaczone jako Usta lub Wrota Piekieł. Chociaż nazwa brzmi trochę strasznie, to tak naprawdę jest to malownicze wybrzeże, w którym nie sposób się nie zakochać. Te wysokie klify okalające linię brzegową zrobiły na mnie ogromne wrażenie, momentami powodując, że brakowało mi tchu w piersiach.
Piękne, a jednocześnie działające na moją bogatą wyobraźnię.
Sama nazwa tego miejsca pochodzi od otwartego ujścia zapadniętej jaskini, w którą ogromne fale Atlantyku uderzają, zmieniając tym samym spokojną taflę oceanu w spienioną, tryskającą milionami kropel masę. Nad przepaścią znajduje się idealna platforma widokowa, która od ponad 100 lat jest doskonałym miejscem do obserwacji burz lub gwałtownych zmian pogody. Może uderzające fale nie są najwyższe, jednak robią duże wrażenie ze względu na ich bliskość. Podczas naszej wizyty ocean był bardzo spokojny. I nie była to przysłowiowa cisza przed burzą...
Na piękny kolor oceanu mogłabym patrzeć nieustannie.
Czy to takie dziwne, że w tych okolicznościach w zakamarkach mojej duszy zrodził się kolejny wiersz?
Otchłań
Bezkresna lazurowa otchłań
ukazała się moim oczom.
Dech zapierająca, tak duża,
że nie do ogarnięcia
ludzkim rozumem.
Sięgająca swym kresem,
do drugiego kontynentu.
Chciałby się człowiek zatopić w jej pięknie.
Rzucić w jej toń i popłynąć.
Nie może...
I tylko fale uderzają w rytm bijącego z zachwytu serca.
Mówią, że to Usta Piekieł.
A dla mnie to raj na Ziemi.
Czyż to nie jest cudowny widok?
Mój uśmiech na mordce niech mówi sam za siebie.
W takich warunkach człowiek mógłby spędzić całą wieczność. Oczywiście, gdyby to było możliwe. Tymczasem niemiłosiernie szybko upływający czas kazał nam rzucić ostatnie spojrzenie na ten bajeczny krajobraz. Teoretycznie mogliśmy sobie odpuścić tą Mszę dla wolontariuszy... Ale myślę, że potem po prostu brakowałoby mi tego konkretnego elementu układanki. Ruszyliśmy więc w stronę stacji kolejowej, z której rozpoczęliśmy naszą wyprawę. Po drodze mijaliśmy różne ciekawe obiekty. Na zdjęciach tylko dwa z nich.
Podejrzewając, że później może być z tym krucho, w Cascais zjedliśmy obiad. Trochę zaskoczyło nas oblężenie restauracji, ale widać wiele wolontariuszy wpadło na ten sam pomysł, co my, czyli wyprawy nad "Usta Piekieł". A może po prostu chcieli pobyć na tutejszej plaży, która też jest piękna. Oczywiście klientami restauracji byli nie tylko wolontariusze, ale na pewno stanowili sporą ich część. Skończyło się tym, że w wielu lokalach gastronomicznych padł system zczytywania naszych kodów QR (na które dostawaliśmy dwa ciepłe posiłki dziennie.
W końcu udało nam się coś zamówić i zjeść. A potem biegiem puściliśmy się do ostatniego pasującego nam pociągu. Było śmiesznie i ciekawie, ale przynajmniej będzie po latach co wspominać.

wtorek, 25 lipca 2023

1655. Zwiedzając Almadę

Jednym z głównych wydarzeń tegorocznego lata, na które czekałam z prawdziwą niecierpliwością, był wyjazd na 38 Światowe Dni Młodzieży, które w tym roku odbywały się w stolicy Portugalii - Lizbonie. Właściwie to powinny się one odbyć w 2022 roku, jednak ze względu na panującą pandemię koronawirusa i związane z nią ograniczenia, całe wydarzenie zostało przesunięte o 12 miesięcy.
Kiedy papież Franciszek podczas Mszy świętej na zakończenie Światowych Dni Młodzieży w Panamie ogłosił, że następne spotkanie odbędzie się w Lizbonie, wśród młodych wybuchł prawdziwy entuzjazm i radość. Jak wielu z Was wie, miałam tą okazję, a zarazem przyjemność, być wtedy wraz z innymi młodymi na Kampusie Jana Pawła II, gdzie odbywało się nabożeństwo. Mogłam więc na żywo poczuć atmosferę sprzyjającą tej chwili. Już wtedy gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że może warto spróbować chociażby udać się i na to spotkanie młodych. Skoro udało mi się polecieć na ŚDM na drugi koniec świata, to udanie się na zachodni kraniec mojego rodzimego kontynentu nie powinno być aż tak skomplikowane. Dodatkowo dużo wskazywało na to, że spotkanie będzie w czasie wakacji, a więc odpadnie mi stres związany z przesuwaniem sesji egzaminacyjnej, jak to miało miejsce w styczniu 2019 roku. Chociaż nie powiem, że było tak całkiem "na lajcie", bo jeszcze kilka godzin przed wylotem uczestniczyłam w pogrzebie dziadka mojej koleżanki z starego składu Oratorium. Zdążyłam też spotkać się z księdzem niosącym światło, który wiedział o moim wyjeździe, kibicował mi w dążeniu do niego i po prostu kazał mi w miarę możliwości dobrze się na nim bawić i jak najwięcej z niego wynieść.
Z jednej strony ten rok różnicy sprawił pewne opóźnienie, ale z drugiej czas zleciał tak szybko, że ani się obejrzałam, a byłam już w stolicy Portugalii, Lizbonie. Dzisiaj chciałabym Was zabrać na spacer... nie, nie po przepięknej stolicy tego niewielkiego państwa, ale po Almadzie, niewielkim miasteczku, do którego zawitaliśmy na trzeci dzień po wylądowaniu na lizbońskim lotnisku im. Humberta Delgago (to jeden z portugalskich ministrów lotnictwa, który zginął w wyniku zamachu). 
Na Almadę, znajdującą się po drugiej stronie rzeki Tag, popłynęliśmy promem. Można by próbować przedostać się tam monumentalnym Mostem 25 Maja, prom był jednak dużo bardziej praktyczny. I chyba szybszy. A skoro karta miejska, jaką otrzymaliśmy w pakiecie obejmowała także podróże tym środkiem transportu, to nawet nie kombinowaliśmy, aby tam dotrzeć w inny sposób.

Prom, którym płynęliśmy
Almada okazała się uroczą, niewielką miejscowością z pięknymi plażami. Podróżnikom i geografom może być znana z pomnika Chrystusa Odkupiciela, wybudowanego na wzór tego, który góruje na Wzgórzu Corcovado. Osobiście widzę w tym piękne połączenie tegorocznych Światowych Dni Młodzieży z tymi, które miały miejsce dekadę temu w Rio de Janeiro - i nad jednymi, i nad drugimi w symboliczny sposób czuwał "ten sam" Syn Boży.
Nie wiem, jak to się stało, że pominęliśmy ten punkt w naszej wyprawie. To znaczy znam tego prawdopodobną przyczynę - nikt z nas nie sprawdził, jakie są atrakcje w tamtym terenie, a wspomniany pomnik sytuowaliśmy w zupełnie innym miejscu. I tutaj sprawdza się przysłowie - mądry Polak po szkodzie.
W miejscowości zjedliśmy dość smaczny obiad (w ramach pakietu mogliśmy w wybranych punktach gastronomicznych zrealizować dwa posiłki dziennie), po czym ruszyliśmy w kierunku wybrzeża rzeki Tag. Muszę przyznać, że naszej rodzimej Wiśle daleko do głównej rzeki Portugalii, gdzie z jednego brzegu z trudem można zobaczyć drugi. Bardziej przypomina mi to zatokę. A jednak to rzeka... 

Przez cały dwugodzinny spacer wzdłuż ścieżki spacerowej towarzyszyły nam właśnie takie widoki jak ten poniżej:
Przyroda naprawdę potrafi zachwycić swoimi wytworami. To drzewo mnie zauroczyło swoją oryginalnością, a co za tym idzie - pięknem.
Hmm? Almadzka wersja domu Muminków ukrytego wśród drzew.
Chwila na zasłużony odpoczynek. Tego popołudnia było bardzo gorąco. A za mną Tag, zaś hen, hen na horyzoncie widać zarys linii brzegowej Lizbony. 
Czy tylko mnie tego typu budynki przywoływały na myśl domek Muminków? No, może kolor się nie zgadza, ale kształt? Powiedzcie sami. Nie wiem co to jest, bo na latarnię morską to ciut za niskie i nie ma tej części, przez którą błyska światło. W każdym razie po drodze minęliśmy dosyć sporo tych budowli.
Takie wiatraki (przynajmniej tak nam się wydawało, że to jakieś pozostałości po wiatrakach, ale mogliśmy się mylić) to dość popularny widok wzdłuż wybrzeża Almady.
Majaczący w oddali port, z którego odpływały promy (głównie w kierunku Lizbony) zwiastował koniec wędrówki. A swoją drogą to zachwycił mnie wygląd tego portu, który przywołał mi na myśl niejedną stację kolejową mijaną w czasie moich podróży tym środkiem transportu.
Może to nie była długa wyprawa, bo trwała zaledwie 3 godziny, jednak miejscowość, a zwłaszcza jej linia brzegowa, zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Niesamowitym uczuciem było stanie przy brzegu i odbieranie słonej bryzy swoimi nozdrzami oraz wręcz czucie jej na swojej skórze. Sam spacer okupiłam obdartym palcem u nogi, który utrudniał mi chodzenie, ale to nic, przecież było wiadome, że to przejściowy stan. Tylko przez kilka następnych dni zakładałam skarpetki do sandałów.
Wiem, że jeżeli jeszcze kiedyś odwiedzę Lizbonę (a mam taki zamiar), to na pewno wybiorę się jeszcze do Almady, chociażby po to, aby jeszcze bardziej ją obfocić (nie wszystko udało mi się uwiecznić na zdjęciach). Ale też planuję nadrobić inną zaległość - zobaczyć "przegapiony" pomnik Chrystusa Króla.