Tegoroczne święta Wielkiej Nocy przechodzą do przeszłości. Dla jednych były one bardziej radosne, dla innych mniej, jedni starali się, aby były one wyjątkowe mimo wszystko, inni marzyli o tym, aby jak najszybciej się one skończyły. W wielu polskich domach pozostały jeszcze słodkie ciasta oraz wędliny, którymi będziemy rozkoszować się jeszcze przez kilka dni.
To już drugie święta, które spędzamy w koronawirusowym reżimie. Zwróćmy jednak uwagę, że zeszłoroczna Wielkanoc była dużo bardziej restrykcyjna, przynajmniej w moim odczuciu. Jak to jednak napisałam jakiś czas temu, nie są to pierwsze(a właściwie to już drugie) święta, które spędzamy w ekstremalnych warunkach. Były przecież czasy, kiedy Polska znajdowała się pod zaborami, następnie I i II wojna światowa oraz stan wojenny. Jak wyglądały wtedy śniadania wielkanocne?
XVIII oraz XIX wiek uważane są za jeden z najdramatyczniejszych okresów w dziejach naszego kraju. Kraj podzielony był pomiędzy trzech zaborców i osłabiony licznymi zrywami narodowymi. Pomimo ciężkiej sytuacji Polacy nie przestawali marzyć o niepodległości, również przy wielkanocnym stole. Jednak zaborcy jak tylko mogli utrudniali Polakom celebrowanie świąt. Najciężej sytuacja się miała w zaborze rosyjskim, zwłaszcza po upadku Powstania Listopadowego. Działała tam surowa cenzura i zakazywano wielu aktywności od manifestacji patriotycznych, poprzez nabożeństwa w kościołach, aż po noszenie przez kobiety żałobnych strojów oraz symbolicznej, czarnej biżuterii w postaci krzyżyków będącej wyrazem żałoby narodowej.
Za przyczyną Adama Mickiewicza Polska pod zaborami symbolizowała umęczonego Chrystusa narodów. Polacy mieli zaborców za oprawców, zaś Francję, która nie udzieliła im pomocy, za umywającego ręce Piłata. Wszyscy jednak wierzyli, że ta ofiara nie będzie stracona, a Polska, podobnie jak Chrystus, zmartwychwstanie. Symbolika narodowa oraz religijna kształtowały nowoczesną ideę narodową, tak bardzo widoczną w ówczesnych kazaniach kościelnych, ulotnych drukach, literaturze czy też sztuce. Jednocześnie pomiędzy Mickiewiczem, a Juliuszem Słowackim toczył się spór dotyczący wielkanocnej zupy. Mickiewicz twierdził, że to barszcz, natomiast Słowacki, że żurek. Ślady tego wielkanocnego konfliktu można znaleźć m.in. w "Wielkiej Improwizacji"("Ty Boże, ty naturo! dajcie posłuchanie/ - Godna to was zupa i godne śniadanie.") oraz w monologu Kordiana na szczycie Mont Blanc("Mogęż siłą żuru serce moje nalać, Aby się tym żurem na tłumy rozciekło, I przepełniło talerze nad brzegi").
Jeden z polskich historyków, Ambroży Grabowski, tak napisał o krakowskiej Wielkanocy z 1848 roku: "Tak w mieście, jak i po wsiach naokoło Krakowa, a podobno i na całej ziemi polskiej, bogaty i ubogi obchodzi uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego lepszym posiłkiem i dłuższym jedzeniem. Kiedy stoły bogaczy uginają się pod stosami szynek, wybornych placków, mazurków i marcypanów, jajeczników itp., w których cukier i konfitury zagłuszają wszelki smak ciasta z najprzedniejszej mąki, wtedy ubogi wyrobnik krakowski lub wieśniak z okolicy miasta kupuje sobie chleb prądnicki (...), kiełbasę, kawałek mięsa i trochę jaj". Musimy jednak pamiętać, że w tym okresie w Europie trwała Wiosna Ludów, co znacząco wpłynęło na świętowanie.
W pierwszym roku I wojny światowej, święta Wielkiej Nocy przypadły na początek kwietnia. Żywność nie była jeszcze reglamentowana, jednak Polacy już wtedy borykali się z brakami w zaopatrzeniu i na drożyznę. Jak można było wyczytać w "Kurierze Warszawskim", cena mięsa wieprzowego wynosiła około 30 kopiejek za funt, nieco tańsze było mięso wołowe, jedno jajko kosztowało zaś 5 kopiejek. Do rarytasów należał kosztujący 10 rubli indyk(była to 1/4 przeciętnej pensji statystycznego warszawskiego robotnika). Pokarmy święcono nie w koszyczkach, ale na stołach wystawionych przed domami wiernych. Ponieważ księża trafiali najczęściej do zamożniejszych domów, gdzie mogli liczyć na ofiarę na rzecz kościoła apelowano, aby zrezygnować z tego obyczaju. Powszechny był też brak drożdży. W tamtych czasach był to artykuł niezbędny do wypieku pieczywa dla niemieckiej armii. W "Czasie" z 1915 roku można było wyczytać: "Magistrat Berliński, aby zapobiec marnotrawieniu się drożdży i proszku do pieczenia, do czego w czasie Świąt Wielkanocnych przyjść by mogło, wydaje się zakaz wypiekania ciast, które wymagają tych składników. Rozporządzenie powyższe odnosi się nie tylko do piekarzy i cukierników, ale także i di gospodyń domowych. Dotyczą one wszelkiej kategorii łakoci, które wymagają więcej, niż 10 procent mąki. Przekraczający zakaz będą karani sześciomiesięcznym więzieniem lub grzywną w kwocie 1500 marek, bez względu na to, czy czynią to dla zarobku, czy na użytek domowy".
Nie lepiej było podczas II wojny światowej. Na przykład za kupienie na czarnym rynku kawałka mięsa groziła śmierć, szalała też drożyzna. Kilogram masła kosztował nawet 180 złotych, litr oleju - 100 złotych. Jajka były towarem deficytowym, jednak starano się zdobyć chociaż jedno jajko na rodzinę na wielkanocne śniadanie. Dziennikarz Stefan Wiechecki tak o tym pisał: "Przede wszystkim jajeczko! Jest to danie religijne i do nażarcie się nie służy, znakiem tego nie należy z każdym jednym życzeniem całej sztuki opychać, ale, trzymając ćwiartkie na widelcu, najmarniej dwie osoby nią załatwić". Jeszcze bardziej zatrważające są wspomnienia muzykologa Tadeusza Żakiej, mówiące o wszechobecnym terrorze, niepewności życia oraz głodzie: "Wzruszenia towarzyszyły dzieleniu się tradycyjnym, wielkanocnym jajem. To nie były posiłki, albowiem nie mogły one nasycić głodu, lecz patriotyczne symbole, pomagające wytrwać, przetrwać i - doczekać". Natomiast "Nowy Kurier Warszawski"(znany bardziej pod obiegową nazwą "gadzinówka") radził Polakom: "Niewielu stać na kupno efektownych, ale drogich kwiatów. Dlatego też najlepiej wybrać się którejś niedzieli na dalszy spacer i wyciąć parę gałązek wierzbiny. Po przeniesieniu do domu wsadzimy je do słoja, czy wazonu z wodą, a wkrótce puszczą ładne pędy dając miłą zieleń na święta". Dodatkowo radzono jak peklować i wędzić nieosiągalne mięso. Za nielegalne świniobicie można było trafić do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Dlatego rozmaite dania przyrządzano z żołędzi, zaś zużyte fusy były wykorzystywane jako waluta na czarnym rynku.
Pierwsza Wielkanoc w wolnej Polsce przypadła paradoksalnie na dzień 1 kwietnia 1945 roku. Warszawiacy powoli wracali do swoich zrujnowanych domów. Chociaż miasto wyglądało jak po zagładzie, wokół ruin kościołów handlarki sprzedawały wielkanocne palmy. Jednak zamiast tradycyjnego wielkanocnego śniadania, Polacy musieli zadowolić się radzieckimi konserwami. Chociaż żywność była przywożona z podwarszawskich miejscowości, jej ceny były raczej wysokie. Z tego powodu wielkanocny stół prezentował się z reguły skromnie, zaś ciastem, szynką bądź mięsem delektowali się tylko nieliczni.
Za czasów PRL-u komuniści przymykali oko na katolickie święta. Każdego roku Polska Kronika Filmowa pokazywała przygotowania Polaków do Wielkanocy. Taśmy filmowe zarejestrowały nawet zasiadającego do stołu Władysława Gomułkę. Jednak półki polskich sklepów wciąż pozostawały puste, a kiedy do sklepów "rzucono" jakiś pożądany produkt, ustawiały się do niego niekończące się kolejki. Z czasem towar poddano reglamentacji i sprzedawano go na kartki. Szczególnie ciężko było zorganizować Wielkanoc w stanie wojennym. Pierwsze takie święta wielkanocne wypadły 11 kwietnia. Jak informował "Dziennik Łódzki": "Największe kolejki obserwujemy przy stoiskach z alkoholem, herbatą, śmietaną, a także tam, gdzie można kupić owoce cytrusowe. Przed świętami w łódzkich sklepach znalazło się 35 tys. litrów win gronowych, a ma być dostarczonych kolejnych 7 tys. Zmalały za to zapasy herbaty w łódzkich hurtowniach, bo trafiły do sklepów. Zawieziono tam 147,5 tony. Ale, że od dłuższego czasu brakowało w nich herbaty, to błyskawicznie została wykupiona. Niemniej w piątek i sobotę do łódzkich sklepów trafi jeszcze 30 ton herbaty. Również w tych dniach rozwiezione zostaną resztki kubańskich i tureckich pomarańczy: około 15 ton, a także 10 ton cytryn. Skończyły się za to rodzynki, których sprzedano 35,5 tony". W piśmie zapewniano również, że przed świętami nie zabraknie ani chleba, ani wędlin, chociaż świątecznych wyrobów przypadało jedynie 300 przydziałowych gram.
Za: https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/trudne-swieta-wielkanocne-co-polacy-jedli-w-czasach-zaborow-wojen-i-w-prl/gz0pn99