Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 25 kwietnia 2021

1292. Czas na film - w ramach odprężenia

Ostatni tydzień był dla mnie ciężki, i to nie tylko z powodu śmierci Brutusa. W sumie była ona tylko wierzchołkiem góry lodowej, dryfującej na oceanie mojej duszy i ciała. No nic, nie będę Was obarczać moimi problemami(w sumie to nawet nie są problemy). Na szczęście udało mi się w międzyczasie wygospodarować chwilę tak konkretnie dla siebie.

Tą chwilę wytchnienia przeznaczyłam na obejrzenie po raz kolejny znakomitego według mnie filmu - "Pan od muzyki". Po trochu sama się w to wpakowałam. Jakiś czas temu podczas spotkania koła naukowego wymienialiśmy tytuły filmów, które warto zobaczyć. Ponieważ "Pana od muzyki" widziałam już wielokrotnie, dlatego niemal natychmiast wymieniłam właśnie ten tytuł. Tym bardziej, że można go znaleźć na popularnym portalu CDA i obejrzeć za darmo.
Film przedstawia kilka miesięcy z życia Clementa Matchieu'a, nauczyciela muzyki, który dostaje pracę w domu poprawczym dla trudnych chłopców. Już pierwszego dnia jest świadkiem systemu wychowawczego panującego w ośrodku, a noszącego nazwę "akcja-reakcja": kiedy jeden z jego pracowników, pan Maxence, zostaje trafiony przez jednego z wychowanków w oko. Dyrektor poprawczaka, pan Rachin, zwołuje zbiórkę na placu apelowym, a kiedy nikt się nie przyznaje do występku - karze przypadkowego podopiecznego. Clement czuje wewnętrznie, że nie tędy droga. I chociaż od początku staje się obiektem kpin ze strony swojej klasy, postanawia dotrzeć do swoich wychowanków drogą dobroci i zrozumienia, czyli zupełnie inaczej niż przewidywał jego przełożony. Chłopców intryguje tajemnicza teczka, którą nauczyciel nosi ze sobą. Któregoś dnia wykradają ją Clementowi. Ze zdumieniem odkrywają, że belfer trzyma w niej nuty. Jednocześnie kilka dni później Matchieu również dokonuje odkrycia, że jego krnąbrni na pierwszy rzut oka wychowankowie mają wyczucie rytmu. Postanawia założyć chór, w którym każdy ma swoje miejsce, nawet ten, kto pełni rolę pulpitu. Z czasem o nietypowym chórze staje się głośno, jednak nie zmienia to wrogiego nastawienia dyrektora wobec nietypowego pedagoga.


Film, chociaż podejmuje niełatwy temat resocjalizacji tzw. "trudnej młodzieży"(chociaż np. mały Pepinot trafił do poprawczaka tylko dlatego, że był pełną sierotą), to jednak jego fabuła potrafi zachwycić odbiorcę. Duża tutaj zasługa Clementa Matchieu, granego przez Gerarda Jugnota. Niewiele wiadomo o jego przeszłości, również na początku wydaje się trochę fajtłapowaty. Jego geniusz polega jednak na tym, że w każdym ze swoich podopiecznych potrafił znaleźć pierwiastek dobra. Co więcej, w jednym z chłopców, Pierre'rze dostrzegł prawdziwy talent i robił wszystko, aby kontynuował muzyczną edukację w profesjonalnej szkole. Potrafił ich także zmotywować do nauki i do pracy. W konsekwencji ufali mu na tyle, że zwierzali mu się ze swoich problemów.

Zupełnym przeciwieństwem Clementa jest dyrektor Rachin, który z gorliwością wyznawał wspomnianą wcześniej regułę wychowawczą: akcja - reakcja. Być może myślał, że dzięki niej "złamie" krnąbrnych podopiecznych, tymczasem jej rezultat jest zgoła odwrotny. Szczególnie szokuje jego postępowanie z Mondainem, chłopakiem, którego skierowano do poprawczaka z ośrodka o jeszcze bardziej zaostrzonym rygorze. Prawdopodobnie był wykorzystywany seksualnie w poprzednim miejscu osadzenia, przez co traktuje wszystkich wychowawców jak wrogów. Mimo tego Clement próbuje z nim znaleźć nic porozumienia. Kiedy znikają pieniądze przeznaczone na zakup opału, to właśnie on zostaje o to posądzony(chociaż jest niewinny). Skatowany chłopiec, który odczuwał zainteresowanie ze strony Clementa, trafia tam, skąd przyszedł. W odwecie postanawia się zemścić na całym personelu i innych wychowankach. Tylko zbieg okoliczności sprawia, że nie kończy się to prawdziwą tragedią. Jednak niejako dzięki temu zdarzeniu, zadufany w sobie i przypisujący sobie cudze zasługi Rachin, zostaje ukarany za swoje "metody wychowawcze".

Być może to już takie moje salezjańskie zboczenie, ale w metodach wychowawczych Clementa dojrzałam elementy pedagogiki prewencyjnej wprowadzonej przez św. Jana Bosko. Nawet jeżeli był to nieświadomy zabieg, to moim zdaniem - bardzo trafiony. Clement, podobnie jak ksiądz Bosko, nie był przychylny wszelkim karom cielesnym, czy też zamykania winowajców "w kozie". Bardziej skupiał się na rozmowie i tłumaczenia im, co zrobili źle. A jeszcze bardziej, na zapobieganiu wszelkim nieprawidłowym zachowaniom. Robił to tak, jak umiał najlepiej, czyli za pomocą świata muzyki. I prawdopodobnie w tym leżały podstawy jego sukcesu pedagogicznego.

sobota, 24 kwietnia 2021

1291. Życie jak pory roku

Zazwyczaj zachwycam się roślinami w Waszych przydomowych ogródkach. Mnogość i różnorodność barw sprawia, że sama z chęcią rozłożyłabym się w nich z dobrą książką w ręce. Kiedyś nawet podzieliłam się tym marzeniem na jednym z odwiedzanych przeze mnie blogów. Po przeczytaniu odpowiedzi zrobiło mi się naprawdę przykro. Otóż jej autorka zasugerowała mi, abym się wzięła do roboty, a jak zarobię to będę mogła sobie pozwolić na dom z ogrodem. No cóż... Nie każdy ma możliwość mieszkania na wsi, rodziców, którzy zarabiają na tyle dobrze, aby pozwolić sobie na kupno domku na peryferiach, albo odziedziczył działkę po przodkach. Bo nie wierzę, żeby w wieku 20 lat dorobiła się własnego domu z ogrodem. Co prawda ja już dwa lata później miałam mieszkanie, ale otrzymałam je z zasobów miejskich. Małe, bez ogródka, nawet bez balkonu. Pewnie dlatego tak bardzo podoba mi się u Was. I naprawdę, podczas kolejnych narodowych kwarantann moje serce wręcz wyrywa się do tych małych oaz zieleni na świeżym powietrzu, z których możecie korzystać do woli :).
Nie oznacza to jednak, że nie zauważam najmniejszych oznak piękna otaczającej nas przyrody. Nawet wśród betonowych blokowisk można znaleźć zielone skwery, na których tu i ówdzie nieśmiało rosną drobne kwiaty. To nie prawda, że zurbanizowane miasto musi być "smutne" pod tym względem. Po to właśnie przed laty powstały przyblokowe skwery i obszary zielone, aby zapracowani ludzie mieli gdzie odpocząć po całym tygodniu pracy w fabrykach, hutach oraz kopalniach. Dzisiaj co prawda zmienił się podstawowy produkcji mojego miasta, pozamykali wszystkie kopalnie, również huty nie pracują już tak jak jeszcze 30 lat temu. Zielone tereny jednak dalej zostały, dając wytchnienie np. podczas letniej sesji egzaminacyjnej. Albo tak jak dzisiaj, wracając z pogrzebu Brutusa. Trudno uwierzyć, że nie ma Go już wśród nas. A jednak... Myślę, że tak naprawdę odczuję jego nieobecność podczas kolejnego finału Sz.P.
Cmentarz znajduje się niezbyt daleko od mojego bloku, toteż poszłam na niego na nogach. Zresztą z powrotem też. Zabrałam ze sobą aparat. Wiedziałam że po drodze mogę zobaczyć przyrodnicze cudeńka, niby niepozorne, a jednak potrafiące zadziwić. 


Widzicie sroczkę?
A tutaj to chyba wrona
Przyblokowy ogródek na moim osiedlu.

Tak sobie myślę, że przyroda odzwierciedla schematycznie nasze życie. Rodzimy się jak rośliny wczesną wiosną, potem dojrzewamy przez całe lato, jesienią wydajemy ostatnie owoce, zarówno od strony rodzinnej, jak i zawodowej. Zima to jego kres. Czasami przychodzi on w wieku 100 lat, a innym razem dużo wcześniej, a nawet - niespodziewanie. W przypadku śmierci we wczesnym wieku ten cykl przemija dużo szybciej. Ale po zimie nadchodzi wiosna. Wierzę, że ta wiosna to życie, które będzie trwać wiecznie, w szczęściu i w zgodzie. Wierzę też, że Brutus osiągnął już ten kolejny cykl (hmmm, czy za bardzo to nie brzmi po buddyjsku?). Zresztą, gdybyśmy tylko wiedzieli, jak wspaniała będzie ta kolejna wiosna, śmierć odbieralibyśmy jako coś naturalnego, nie zaś stratę. Wszak to nie jest koniec, a dopiero początek naszego życia. Życia bez bólu i cierpienia. 

Życie jak pory roku
Wiosną rodzi się wszystko do życia,
i nasza wiosna życia, to chwile dzieciństwa.
Lato, spójrz, dojrzewa zboże, owoce,
i my dojrzewamy w lecie naszego życia.
Jesień, to wydawanie owoców światu,
i my w jesieni dzielimy się naszymi owocami
 - dziećmi, doświadczeniem życiowym.
Zima, ostatnia pora roku, czas odpoczynku,
ludzka zima to kres naszej ziemskiej wędrówki.
Kres życia, a także oczekiwanie na kolejną wiosnę,
wiosnę, która nie przeminie,
spędzoną na obcowaniem twarzą w twarz 
z bliskimi naszemu sercu.

Lolek, D. G. 2021 

Trzymajcie się ciepło!

środa, 21 kwietnia 2021

1290. Rozmowy niedokończone

Rozmowy niedokończone

Cisza...

Tylko tyle pozostało po tych,
co jeszcze wczoraj jedli chleb,
przy plastikowym stole
I prowadzili rozmowy,
na zupełnie pospolite tematy,
co jutro będzie na obiad, 
dokąd pojadą na wakacje.
Kubek z niedopitą kawą,
wystygłą, bo przecież
nikt nie zabierze jej Tam ze sobą.
Książka z zakładką pośrodku,
leży i czeka, aż zostanie dokończona,
choćby do końca świata.
Cisza...
a przecież mieliśmy jeszcze pogadać.
Niedokończona rozmowa musi poczekać.
Śmierć nie jest końcem istnienia,
a tylko przejściem do innego jego wymiaru.
Tam, gdzie przy ulubionej kawie,
dokończymy wszystkie
odłożone na później rozmowy.
Lolek, kwiecień 2021 r.

Kiedy w jednej z prywatnych grup na fb toczyła się dyskusja na temat Brutusa, ja już wiedziałam wszystko. I to z pierwszej ręki. Zaraz po świętach rozpoczęłam praktyki w tymczasowym szpitalu covidowym w Pyrzowicach. Nie jestem co prawda na głównej sali, nawet nie mam do niej wstępu, a zarazem nie wiem, jak ona właściwie wygląda, ale w miejscu, gdzie uzupełniana jest wszelka dokumentacja dotycząca chorych. Innymi słowy, przez moje ręce przechodzą karty i rzeczy(które trzeba spisać) zarówno nowych pacjentów przyjmowanych na oddział, jak i wychodzących. Zarówno ozdrowieńców, jak i tych, którzy niestety przegrali tą walkę. Dwie kupki, do oddania albo im samym, albo rodzinom. A przy okazji można się dowiedzieć czegoś o znajomych leżących na oddziale. Oczywiście, obowiązuje mnie zachowanie tajemnicy, chociaż nie jestem lekarzem. Czyli nie mogę przekazać osobom trzecim żadnych informacji. Nawet Liderce. A może zwłaszcza jej. Dlatego nawet się nie przyznawałam, że tam jestem. Mam wrażenie, że ta kobieta nie rozumie pojęcia "tajemnica" i nieustannie by mnie pewnie wypytywała, grając na mojej psychice. Nie, nie i jeszcze raz nie!!!
Dzisiejszego poranka, jak zwykle, zasiadłam do biurka i zaczęłam przeglądać karty z ostatnich 12 godzin(ja akurat mam 5 godzin dziennie, w większości dopołudniowych). Nie było tego dużo, ale i tak, za dużo. Przerzucam karty i nagle mój wzrok pada na jednej - na Brutusa. Patrzę na nią, patrzę i nie mogę uwierzyć - koronawirus okazał się górą, mężczyzna w sile wieku nie mógł go zwalczyć. A jeszcze przed świętami robiłam mu zakupy w aptece. Zrobiło mi się smutno. I żal. Bo to były wspaniałe dwa lata współpracy z kimś, kto zna się na rzeczy. A Brutus był w Szlachetnej Paczce ponad 10 lat i na pewno bardziej był obeznany z działalnością, niż Liderka, która przy pierwszej swojej edycji zachowywała się jakby wszystko wiedziała i znana. A potem przed "górą" tłumaczyła się, że ona nie wiedziała, ona jest pierwszy raz i nikt jej czegoś nie powiedział. No bo wolała z sobą brać mnie, też nowicjusza, niż jakiegoś weterana.
Po powrocie do domu zobaczyłam burzliwą dyskusję na messengerze dotyczącą tego, czy Brutus żyje, czy też nie. Moderowana była przez Liderkę, która uśmierciła go kilka razy i tyle samo razy wskrzesiła. I jeszcze miała pretensję, że od nikogo nic się nie może dowiedzieć. Kurcze, nie wiem jak Wy, ale ja jestem zdania, że tego typu wiadomości powinny być podawane po potwierdzeniu. Tym bardziej, że jeszcze żadna klepsydra nie wisi. A ona ewidentnie nie wiedziała czy to prawda, czy też nie. Bo ktoś jej powiedział, ale to nie jest potwierdzone, więc może żyć, a mógł już umrzeć... No błagam Was, bądźmy poważni. Przynajmniej na własne oczy widziałam jego akt zgonu, więc tego mogę być pewna. Zwłaszcza, że ma dosyć "oryginalne" nazwisko, data urodzenia też się zgadza.
Brutus podszedł, ale pozostawił za sobą szereg pozytywnych wspomnień. Oraz, niestety, niedokończonych rozmów. Nie dowiem się już, co miał na myśli pisząc do mnie, że ma z Liderką "prawdziwe przeboje", ale wyżali mi się innym razem. Wiem już, że tego innego razu nie będzie, przynajmniej nie tutaj, w tym świecie, czy też wcieleniu. Ale może jeszcze kiedyś gdzieś tam się spotkamy. I dokończymy wszystkie rozmowy.

A mirabelki zakwitły mu prawie a pod oknem

Trzymajcie się ciepło i uważajcie na siebie

wtorek, 20 kwietnia 2021

1289. Umarł król, niech żyje król(a raczej książę)!

Od kilku lat, przynajmniej kilka razy w roku, podczas rozmów "o niczym", padało proste pytanie: a ten książę Filip od Elżbietki to jeszcze żyje? Żył, i nawet miał się całkiem nieźle, zważając na swoje lata. Szczerze powiedziawszy, to myślałam, że dociągnie do słusznego wieku 100 lat. A to miało się stać już niebawem, bo w czerwcu. Dlatego zasmuciła mnie wiadomość sprzed tygodnia, że książę Filip zmarł.
Książę Filip 10 czerwca 1921 - 9 kwietnia 2021(źródło zdjęcia)

Wiadomo, nikt nie jest wieczny i każdego z nas czeka taki sam koniec. No, może tylko niektórzy będą mieć ostatnie pożegnanie bardziej medialne niż inni. A propos ostatniego pożegnania - po pogrzebie Krzysztofa Krawczyka czytałam na fb komentarze, że jak to tak mogło być, że transmitowano całą ceremonię w telewizji i na internecie, i że Zbigniew Wodecki, chociaż był wybitniejszym artystą, nie miał wszystkiego z taką pompą. Ech, nie oceniam który z nich jest lepszy, bo lubiłam i jednego i drugiego, kwestia gustu, ale pogrzeb Wodeckiego też był transmitowany w mediach. 
Wracając jednak do księcia Filipa, chociaż go nie znałam, to jednak polubiłam go za jego fizjonomię. Miał taką sympatyczną twarz. Uroczy staruszek, który ze swoją żoną, królową Elżbietą, przeżył razem ponad 70 lat. Czy to były szczęśliwe lata? Mam nadzieję, że w większości tak, chociaż podejrzewam, że małżeństwo z królową kraju to nie był łatwy kawałek chleba. Co prawda i w jego żyłach płynęła królewska krew, odniosłam jednak wrażenie, że do końca życia nie odnosił się do końca z tym oraz pozostał skromnym człowiekiem. Śmierć Filipa sprawiła nawet chwilowy powrót księcia Harry'ego do Anglii, wszak dziwnie by wyglądała jego nieobecność na pogrzebie dziadka.
Królowa Elżbieta II oraz jej małżonek książę Filip z wnuczętami(źródło zdjęcia)

Ciekawostką jest, że królowa Elżbieta II przez 8 dni po śmierci małżonka nosiła żałobę, zaś do sprawowania swoich obowiązków powróci po 30 dniach. Para królewska doczekała się czworo potomków, zaś książę Karol stoi "pierwszy w kolejce" do tronu królewskiego. O ile królowa Elżbieta umrze przed nim. Ech, umarł król - niech żyje król.

A ja wróciłam do treningów, co przy moim aktualnym trybie życia pomaga mi zachować równowagę w sferze psychicznej. Dzisiaj np. ćwiczyłam pchanie kulą. Szału nie ma, ale nie od razu Kraków zbudowano. W drodze powrotnej mogłam podziwiać oznaki wiosny(myślicie, że jeszcze zsypie się śnieg?) oraz piękno zachodzącego słońca. 
Ktoś wie, co to mogą być za niebieskie kwiatki?

Trzymajcie się ciepło i proszę, uważajcie na siebie.

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

1288. Papierosiarze z placu Trzech Krzyży

Tak się złożyło, że w kwietniu, bezpośrednio po sobie, wypadają aż dwie rocznice wydarzeń, które wpisują się w moje zainteresowania. Pierwsza z nich dotyczy rejsu słynnym "Titanicem". Natomiast druga dotyczy rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim, która przypada właśnie dzisiaj. Ta zaś łączy się szerzej z moim zainteresowaniem judaizmem oraz holokaustem. Nie pytajcie dlaczego tak - każdy ma swoje dziwactwa. 

Jak to się zazwyczaj składa, z tej okazji onet opublikował na swojej stronie kilka artykułów na ten temat. Chociaż ostatnio raczej nie popisuje się w tej kwestii, biadoląc nad losem "biednych Niemców" podczas II wojny światowej, albo przekłamując fakty dotyczące np. produkcji broni dla GROMu, to jednak dzisiejszy artykuł Krzysztofa Janii o żydowskich dzieciach, które uciekły z getta i utrzymywały się z handlu papierosami oraz gazetami, wyjątkowo mnie zaciekawił. Ech, zboczenie zawodowe. Nie wiem, ile w nim prawdy, a ile informacji wyssanych z palca, niemniej sama myśl przewodnia prezentuje się całkiem nieźle. Zresztą sami przeczytajcie:

"Mali uciekinierzy z getta byli zdani tylko na siebie. Mimo to przeżyli w okupowanej Warszawie

Historia papierosiarzy z placu Trzech Krzyży to niemal nieznany epizod okupowanej Warszawy. Grupa żydowskich sierot, która dzięki niezwykłej odwadze, pomysłowości i solidarności przeżyła okupację, mimo codziennych kontaktów z niemieckimi żołnierzami.
Dwaj Papierosiarze z placu Trzech Krzyży: Zalman(Zenek - po prawej) i Peretz(Paweł - po lewej) Hochman

W okupowanej Warszawie plac Trzech Krzyży był wyjątkowo ruchliwym miejscem. To tam mieściła się pętla tramwajowa linii "0", którą codziennie podróżowali przez Aleje Ujazdowskie niemieccy obywatele. Polacy raczej niechętnie zapuszczali się w tę okolicę, obszar ten uznawany jest za "strefę aryjską". Nieopodal placu, na ul. Wiejskiej mieściła się komenda żandarmerii, a w dzisiejszej kwaterze ZHP - koszary SS. Na dodatek, na ulicach łatwo było natrafić na mieszkających w "Soldatenheim" niemieckich żołnierzy. "Tylko stojący pośrodku kościół św. Aleksandra pozostał widomym znakiem polskości" - opisywał Józef Zysman.
Okolica, choć z pozoru niedająca szans na przeżycie żydowskich sierot, okazała się miejscem, w którym dało się funkcjonować. Wszystko zaczęło się od Joska i Teresy Szindlerów, którzy stracili w warszawskim getcie całą rodzinę podczas akcji wywózki mieszkańców do obozu w Treblince. Początki były trudne. Ukrywanie się przed Niemcami w ruinach, gdzie Joska nabawił się zapalenia stawów - stąd jego przydomek "Kulas" lub późniejsze żebranie na ulicy w niemieckiej dzielnicy. Z czasem do rodzeństwa przyłączyły się inne sieroty, m.in. 13-letni chłopiec o przezwisku "Kinol".

Zdjęcie najmłodszego z Papierosiarzy z placu Trzech Krzyży
Ben - Ziona Hadara(Bolusia). Chłopiec miał sześć lat, gdy
uciekł z warszawskiego getta
Chłopcy wspólnie przyglądali się handlującym papierosami polskim dzieciom i postanowili pójść w ich ślady. Za pierwsze wyżebrane 3 zł zakupili tzw. "swojaki" - papierosy, które z łatwością sprzedali pijanym niemieckim żołnierzom wychodzącym z "Soldatenheim". Z czasem do grupy przyłączyło się około 20 żydowskich sierot, m.in. Perec Hochman z bratem Zankiem, Szoszana Saksznajder czy Ignacy Michlengerg.
"Po przybyciu na plac Trzech Krzyży zostaliśmy najpierw przedstawieni wszystkim poszczególnym grupom sprzedawców. Wszyscy wyjaśniali, gdzie kupują papierosy i jakie ceny powinniśmy podawać, aby uniknąć konkurencji wśród sprzedawców. Cena była z grubsza uzgodniona przez wszystkich. Każdy miał swój określony rejon sprzedaży i nie wchodził na obcy teren. Bardzo szybko i my znaleźliśmy tam swoje miejsce - opisuje później swoje wspomnienia Perec Hochman w książce pt. "Mieć odwagę, by żyć".
Pomysłowość i organizacja dzieci z getta warszawskiego budzi wielki podziw. Nieletni w niemieckiej dzielnicy radzili sobie jak tylko mogli. Poza papierosami sprzedawali gazety, wódkę i bimber. Inne dzieci śpiewały w tramwajach i na ulicach, licząc na drobne od pasażerów. Ich klientami byli głównie Niemcy, którzy nie mieli pojęcia o tym, że sprzedawcami są żydowskie sieroty z getta. Wszyscy mali członkowie grupy działali wspólnie i solidarnie. To w połączeniu z tzw. "dobrym wyglądem", tj. okrągłą twarzą, jasnymi włosami i niebieskimi oczami, dawano oczekiwane rezultaty.
Zdarzały się oczywiście przypadki, kiedy dzieci musiały uciekać z tramwaju bądź ukrywać się w mieście. Ich działalność wiązała się z nieustającym zagrożeniem życia i początkowym brakiem wsparcia. Na placu Trzech Krzyży można było spotkać także Żydów o aryjskim wyglądzie, którzy ukrywali się po polskiej stronie. Zarówno oni jak i papierosiarze potrafili siebie nawzajem rozpoznać. Strach przed niewolą lub śmiercią nie pozwalał nawet na rozmowę. "Oczywiście brali nas za szantażystów i natychmiast znikali. Więcej ich nie widzieliśmy w tym samym miejscu" - pisał Hochman.
Największym problemem pozostawał jednak nocleg. Papierosiarze zmuszeni byli szukać miejsca do spania w krzakach, ruinach i pustych piwnicach. Na klatkach schodowych pomagały im polskie kobiety, które dawały pożywienie, rzadziej nocleg. Na taką pomoc dzieci mogły jednak liczyć u Zofii Kaloty z ulicy Widok, czy pani Lodzi z Saskiej Kępy. W październiku 1943 r. uciekinier z getta, Józef Zysman, związany z Żydowskim Komitetem Narodowym, natrafił na młodocianych Papierosiarzy. Mimo początkowej niechęci, postanowił pomóc sierotom. Załatwił im fałszywe "kenkarty" - dokumenty potwierdzające polską narodowość, regularnie dawał pieniądze i odzież. Sam Komitet zorganizował noclegi w polskich domach, gdy handlowanie na ulicy wiązało się z coraz większym niebezpieczeństwem. W ręce niemieckich żołnierzy wpadł "Kulas" i dwóch innych Papierosiarzy.
W 1944 r. ocalali członkowie tej grupy wzięli udział w Powstaniu Warszawskim, w którym pomagali jako łącznicy lub sanitariusze. Po jego klęsce, dzieci wraz z powstańcami dostali się do obozów jenieckich. Ci, którzy po wojnie ocaleli, emigrowali głównie do Izraela. Józef Zysman spisał swoje wspomnienia z tego okresu w książce pt. "Papierosiarze z placu Trzech Krzyży", której pełna wersja ukazała się 1969 r. w Izraelu i obecnie jest tam pozycją obowiązkową w kanonie lektur szkolnych. W 2017 wspomnienia Pereca Hochmana pt. "Mieć odwagę, by żyć" wydał Urząd Dzielnicy Śródmieście miasta stołecznego Warszawy. Autor otrzymał również Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP od prezydenta Lecha Kaczyńskiego za udział w powstaniu warszawskim.
Członkowie i sympatycy Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie postanowili upamiętnić losy  grupy żydowskich dzieci, które przetrwały wojnę. Zainicjowali projekt umieszczenia tablicy na ścianie zabytkowej kamienicy Instytutu Głuchoniemych na placu Trzech Krzyży. Członkowie i sympatycy Gminy Wyznaniowej Żydowskiej zorganizowali zbiórkę pieniędzy na platformie zrzutka i zapraszają do finansowego wsparcia, a także przybliżenia światu dziecięcej historii z czasów drugiej wojny światowej z pozytywnym zakończeniem."

źródło: https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/powstanie-w-gettcie-warszawskim-historia-papierosiarzy-z-placu-trzech-krzyzy/d8gdt4j,79cfc278

Ciekawa historia, prawda?
Trzymajcie się ciepło.

sobota, 17 kwietnia 2021

1287. Co nas nie zabije, to nas wzmocni

"Lolek, jak będziesz miała czas, to zadzwoń do mnie pod numer..."

Kiedy kilka dni temu dostałam powyższą wiadomość od znajomej, z jednej strony byłam zdziwiona, a z drugiej, ucieszona. Zdziwiona, bo nasz kontakt urwał się z niewyjaśnionego powodu wiele lat temu(zmieniła numer telefonu, a jak pisałam do niej na facebooku, nie było odzewu, w końcu uznałam, że po prostu chciała zerwać ze mną kontakt). Dlatego ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam od niej wiadomość. Szybko wybrałam wskazany przez nią numer i od słowa do słowa umówiłyśmy się na spotkanie na dzisiejszy dzień. Wiedziałam gdzie Halka mieszka, niegdyś odwiedzałam ją regularnie. Dlatego byłam szczerze zaskoczona, kiedy oznajmiła mi, że mieszka gdzieś indziej, w dodatku sama.
W sumie nie powinno być zaskoczeniem, że ktoś w wieku powyżej 30 lat wyprowadza się z domu. Nic nowego, prawda? Ale kiedy wyprowadza się osoba niepełnosprawna, to już jest coś. Co prawda sama wyprowadziłam się "na swoje" już w 2012 roku, jednak niepełnosprawność moja, a niepełnosprawność Halki to dwa różne światy. W końcu skoro mam "umiarkowany stopień niepełnosprawności" to nie jest ze mną najgorzej. Chodzę, gotuję, w miarę dobrze widzę. Halka jeździła na wózku, jej ruchy są jeszcze bardziej nieskorygowane niż u mnie, ma dosyć dużą wadę wzroku. Na pierwszy rzut oka nie nadaje się do tzw. samodzielnej egzystencji, przynajmniej dla laika. A jednak.
Kiedy dotarłam na miejsce otworzyła mi uśmiechnięta Halka, której towarzyszył wierny przyjaciel, labrador o imieniu Lucy. Wynajmowane przez Halkę mieszkanie nie jest duże - to przestronna kuchnia, pokój i łazienka. Wszystko urządzone tak, aby Halka mogła być jak najbardziej samodzielna. Sama się też utrzymuje, chociaż za wynajem płaci całkiem sporo. Na szczęście pracuje, zdalnie, ale dzięki temu jest w stanie opłacić mieszkanie oraz prywatnego rehabilitanta. A regularna praca z nim zdziałała prawdziwe cuda - Halka po 29 latach wstała na własne nogi. Przy pomocy specjalnego chodzika jest w stanie iść na zakupy oraz z psem na spacer. Halka może też liczyć na pomoc przyjaciół, którzy nie tylko wpadają do niej pogadać, ale i pomagają np. w banku, czy też w urzędach(Halka podobnie jak ja ma atetozę - jest w stanie się podpisać, ale już nie napisze dłuższego tekstu, a wada wzroku uniemożliwia czytanie jej różnych rzeczy). Jest bardzo samodzielna - robi pranie, sprząta, gotuje(i to całkiem nieźle), prasuje, zmywa. Po prostu dziewczyna wzbudza w innych podziw.
Po obiedzie usiadłyśmy przy cieście, kawie i herbacie, Halka zaczęła mi opowiadać, jak to się stało, że zamieszkała sama. Mama Halki jest w pewnej sekcie i za punkt honoru wzięła sobie nawrócić wszystkich na to, w co ona wierzy. Halka też początkowo była wychowywana w tej wierze, jednak kiedy zaczęła chodzić z nami do klasy i podsłuchiwać nasze rozmowy na temat wiary(czasami dzieliłam z "dobrymi znajomymi" moimi przemyśleniami na różne związane z nią tematy) poczuła, że nie tędy droga. Ale dopóki nie miała 18 lat, nic nie mogła zrobić. Dopiero po osiągnięciu pełnoletności oficjalnie wystąpiła z "bractwa". I wtedy się zaczęło. Wkrótce Halka miała przystąpić do matury. Jednak polonistka wraz z dyrektorką nie chciały jej do niej dopuścić, "żeby nie psuła im statystyki"(liceum do którego chodziłyśmy, tylko ja byłam rok niżej, było w tamtych czasach najlepsze w mieście). Kiedy dziewczyna powiedziała o tym matce, ta nie zrobiła nic*. W końcu interweniował psycholog, który prowadził Halkę, a ona sama w końcu zdaje jak inni egzamin dojrzałości, z dostosowaniem do jej możliwości. Wkrótce dostała się na dzienne studia na katowickim AWFie. Znowu nie znalazła wsparcia od matki, a na uczelnię jeździ z koleżankami. Studia były dla niej jedynym wyjściem z domu. Nie dlatego, że nie miała jak, bo mieszkała w bloku z windą. Ona po prostu nie miała z kim. Rehabilitant przychodził do niej do domu i to on głównie z nią w nim rozmawiał. Oraz ci, którzy przychodzili do Halki. Z czasem jednak matka zabroniła Halce i tego ostatniego. W międzyczasie dziewczyna kończy studia i znajduje pracę, pomagającą zasilić rodzinny budżet. Tym bardziej, że matka nie pracuje. Tzn. pracuje - "ewangelizując ludzi". I tak sobie żyły, razem a jednak osobno, aż do zeszłego roku. 
Wybuchła pandemia, matka przeniosła się ze swoją pracą do domu. Halka siedzi całymi dniami w pokoju, inaczej przeszkadza matce w pracy. Jej jedynymi przyjaciółmi jest nowy, znaleziony przez Halkę rehabilitant oraz pies Luki. Matce jednak przeszkadza i jedno i drugie. W końcu Halka podejmuje decyzję - chce się uniezależnić od matki, a zarazem usamodzielnić. Szuka więc lokum na własną rękę. Nie jest to jednak łatwe, wszak to osoba poruszająca się na wózku inwalidzkim i chociażby w związku z tym trzeba było odpowiednio je dostosować. Po kilku miesiącach jej upór zostaje wynagrodzony. Dostaje swoje M3 w jednym z nowych budynków wzniesionych na peryferiach miasta. Matka była wściekła, wszak straciła swoje źródło dochodów. Do dzisiaj wyrzuca córce, że przez nią zmarnowała sobie życie. Za to Halka odżyła. Ma swobodę, nikt nie stosuje wobec niej przemocy psychicznej i fizycznej. I wreszcie może się spotykać z kim i kiedy chce, a jej jedynym ograniczeniem są tylko godziny pracy.

* w sumie mnie germanistka też nie chciała dopuścić do matury, ale w końcu mnie dopuściła z hasłem, że pewnie i tak jej nie zdam - zdałam prawie na piątkę i pisemną, i ustną część.

czwartek, 15 kwietnia 2021

1286. 10 ciekawostek związanych z "Titanicem"

Dzisiejszej nocy, tuż po godzinie 2, minęła 109 rocznica zatonięcie słynnego transatlantyku - "Titanica". Niektórzy zafascynowani są jego historią, jednak ich zainteresowanie opiera się na słynnym filmie w reżyserii Jamesa Camerona. Niestety, a może i stety, moje zainteresowanie tym tematem rozpoczęło się nie od niego, ale od obejrzenia filmu wyprodukowanego zaledwie rok wcześniej, a do którego bardzo lubię wracać. Obejrzałam go w wieku 9 lat i jakoś od razu zaczęłam się zastanawiać nad jego losem. W szkolnej bibliotece znalazłam jakieś szczątkowe informacje na ten temat, o internecie niewiele ludzi jeszcze wiedziało(chociaż podejrzewam, że sama szkoła była już podpięta do ogólnoświatowej sieci). Z czasem coraz bardziej wgłębiałam się w temat, zwłaszcza kiedy udało mi się namówić tatę na składanie jego modelu - dzięki temu już prawie 20 lat temu miałam niesamowitą ilość materiału na ten temat (100 numerów czasopism poświęconych tej niezwykłej historii to było w tamtym momencie coś!, zresztą mam je do dzisiaj).
Teraz zdobycie interesujących mnie informacji nie stanowi problemu - wystarczy jeden klik myszką w odpowiedni link i wszystko mamy. Tak więc z powodu nagłego deficytu czasowego(tak, tak, jedni w dzisiejszym czasie narzekają na jego nadmiar i związaną z nim nudę, podczas gdy inni z miłą chęcią by się ponudzili) zamieszczam 10 ciekawostek dotyczących tego legendarnego statku:
  1. Wbrew pozorom nie była to największa katastrofa morska w historii. Co prawda zginęło w niej 1 502 osoby, jednak miano "najtragiczniejszej historii na morzu" należy od 1945 roku do katastrofy "Wilhelma Gustloffa". Po storpedowaniu statku przez radziecką łódź podwodną zginęło podróżujących nim aż 6 600 pasażerów.
  2. Titanic jest jedynym liniowcem(czyli statkiem przewożącym pasażerów według stałych tras), który zatonął na Oceanie Atlantyckim po zderzeniu z górą lodową.
  3. Według niektórych uratowane z "Titanica" osoby to bogate kobiety z kabin pierwszej klasy. Tak naprawdę tylko 199 osób podróżujących tą klasą przeżyło katastrofę. Niewiele mniej, bo 174 uratowanych to pasażerowie III klasy. Najmniej ocalało pasażerów II klasy - tylko 119 osób. Kolejne 212 uratowane osoby to członkowie załogi, co stanowiło największy odsetek ludzi ocalałych z katastrofy.
  4. Katastrofę przeżyło też kilka psów. Jeden z nich, pupil pasażera podróżującego I klasą, został nawet zawinięty w koc, aby nie zmarznąć. Uratowano także szczeniaczka oraz pekińczyka.
  5. Statek w czasie rejsu płynął z średnią prędkością 35-40 km/godzinę. Chociaż dzisiaj może wydawać ono raczej wolne, to w ówczesnych czasach wiele osób sądziło, że kapitan statku chce podczas dziewiczego rejsu pobić rekord prędkości. Dzisiaj badacze uważają, iż powód, z którego transatlantyk był aż tak rozpędzony, był nieco inny. Jeszcze przed wypłynięciem z portu w Belfaście, w ładowni węgla wybuchł pożar. Według techniki gaszenia używanej w tamtych czasach, strażacy wrzucali bryłki rozżarzonego węgla wprost do kotła. Spalali go więc więcej niż było potrzeba, a w konsekwencji coraz bardziej napędzali statek.
  6. Nie od dzisiaj wiadomo, że na "Titanicu" było za mało łodzi ratunkowych. Statek posiadał ich równo 20, a każda z nich była przewidziana na 64 osoby. W przypadku katastrofy powinno się więc uratować ponad połowa płynących nim osób. Jednak z "Titanica" uratowało się niewiele ponad 1/3 wszystkich płynących liniowcem. Wszystko dlatego, że początkowo szalupy odpływały na wpół puste(pierwsza z nich zabrała tylko 23 osoby).
  7. Najbogatszym pasażerem "Titanica", który stracił na nim życie, był współwłaściciel luksusowego hotelu Waldorf - Astoria w Nowym Jorku - John Jacob Astor IV. Jego majątek szacowany był na 85 mln dolarów. Pomógł swojej ciężarnej żonie, Madeleine, a także przyjaciółce rodziny wsiąść do szalupy ratunkowej, a następnie powstrzymany przez oficera, który wpuszczał na nią tylko kobiety i dzieci, pozostał na pokładzie. Zanim spuszczono szalupy ratunkowe, zdążył jeszcze podać swojej żonie skórzane rękawiczki.
  8. Chociaż od początku było wiadomo, gdzie mniej więcej zatonął "Titanic", odnaleziono go dopiero w 1985 roku. Dokonała tego amerykańsko-francuska ekipa pod kierownictwem Roberta Ballarda i Jeana-Louisa Michela. Użyto do tego zdalnie sterowanego głębinowego zatapialnego robota nazwanego "Argo".
  9. Jak myślicie, ile nakręcono filmów o tej słynnej katastrofie? Co prawda najbardziej znany to ten w reżyserii Jamesa Camerona z 1997 roku z Leonardo DiCaprio i Kate Winslet(którego nakręcenie kosztowało więcej niż sama budowa pierwotnego statku), ale oprócz tego powstało jeszcze ok. 14 produkcji! Ciekawostką jest fakt, że pierwszy z nich powstał już miesiąc po katastrofie, a zagrała w nim aktorka, która ocalała z katastrofy.
  10. W 1912 roku bilet w pierwszej klasie kosztował 4 tys. 375 dolarów.
Trzymajcie się ciepło(chociaż za oknem nieciekawa pogoda)!

sobota, 10 kwietnia 2021

1285. Historia jednego artykułu

9 kwietnia 2010 roku był wyjątkowo ciepły. Kilka dni wcześniej, po prawie tygodniowej przerwie wielkanocnej, wraz z większością moich koleżanek i kolegów z pierwszego roku zarządzania na katowickim AWFie wróciliśmy na zajęcia. Drugi semestr nauki, na którym poznawaliśmy tajniki wyższej matematyki, rachunkowości finansowej, czy też ogólnie pojętego prawa zapowiadał się szczególnie ciężko. Jednak od starszych roczników wiedzieliśmy, że jeżeli uda nam się przez nie przebrnąć, to już to co najgorsze, będziemy mieć za sobą. Dlatego też tak dużo osób na naszym kierunku odpadło właśnie na pierwszym roku, polegając z reguły albo na podstawach zarządzania na 1 semestrze, albo na którymś ze wspomnianych przeze mnie przedmiotów. 
Piątki były luźniejsze. Po prawie w środzie oraz matematyce w czwartek, w piątek czekały nas tylko wykład i ćwiczenia z przedmiotów specjalizacyjnych. Sama przyjemność, bez nutki ironii. Poranną podróż na 8 rano tradycyjnie umiliłam sobie lekturą jakiejś książki. Oj, ile ja ich w tym okresie przeczytałam... Nawet lata spędzone w Krakowie nie były dla mnie aż tak owocne w tej dziedzinie. Przemieszczając się w kierunku dworca PKP zawsze szłam ul. Stawową, na której co rano gazeciarze wtykali przechodniom darmowe gazety zatytułowane "Metro". Tradycyjnie wzięłam jedną i na nogach udałam się na uczelnię. To tylko niecałe 2 kilometry, które spokojnym tempem pokonywałam w prawie 30 minut. 
Na miejscu byłam pierwsza z roku. Jak zwykle. Usiadłam na stojącej pod ścianą ławce i wyciągnęłam z plecaka gazetę. Przeglądałam nagłówki artykułów, kiedy pozostali powoli zaczęli się schodzić na zajęcia, ogłaszając swoją obecność "Cześć Karo", "Cześć Lolek". Odpowiadałam im z uśmiechem, po czym nachylałam się nad szpaltami czasopisma.
I nagle w oczy wpadł mi ten artykuł. Była to krótka notatka napisana przez Tadeusza Lutoborskiego (a przynajmniej inspirowana jego słowami). Opowiadał w niej, jak jego wzięty do niewoli ojciec zdążył napisać rodzinie krótką kartkę z wiadomością, że idą na Wschód. W oczy rzuciło mi się też zdanie, że następnego dnia leci z prezydentem Lechem Kaczyńskim samolotem na uroczystości do Katynia...
 - Idziesz? - z zamyślenia wyrwał mnie głos kolegi stojącego przy otwartych drzwiach do sali. Skinęłam głową, włożyłam gazetę do plecaka i weszłam za nim.
Po trzech godzinach mogliśmy "świętować" początek weekendu. Większość z nas planowała imprezy, ja cieszyłam się na scholowy wyjazd do Krakowa do Teatru Słowackiego na przedstawienie. To miało być w sobotę. Wkrótce pożegnałam się z resztą grupy (akurat nikt nie odjeżdżał z tego samego miejsca co ja) i poszłam w swoją stronę. Jeszcze przy schodach prowadzących do starego dworca PKP kupowałam jakąś zapiekankę, ściągając przy okazji kurtkę i wkładając ją do plecaka. Ach, jak mocno grzało słońce, zapowiadał się piękny weekend.
Nazajutrz rano gruchnęła hiobowa wieść o rozbiciu się prezydenckiego Tupolewa pod Smoleńskiem, a każda kolejna wiadomość była jeszcze gorsza od poprzedniej. Szybko zamieniono wyjazd do teatru na wieczorną Mszę świętą w intencji ofiar katastrofy. Mnie jednak coś nie dawało spokoju. Co prawda co rusz podawali listę ofiar, może w nieco uaktualnionych formach, ale zawsze. I wtedy mnie olśniło - sięgnęłam po mój plecak, w którym jeszcze znajdowała się gazeta z poprzedniego dnia. Szybko odnalazłam artykuł, który tak mnie zaintrygował. Momentalnie ścięło mnie z nóg. Bo oto jeszcze dzień wcześniej czytałam słowa kogoś, kto cieszył się na ten wyjazd, bo miał być na ziemi, w której spoczął jego ojciec, a sam, ironią losu, tam zginął. A wraz z nim 95 innych osób. 
Minęło 11 lat, życie toczy się dalej. Tylko w takie dni jak dzisiaj chwyta człowieka nostalgia, a z tyłu głowy pojawia się nurtujące pytanie - czy ten lot musiał się tak skończyć? Nie, nie chcę poznawać prawdy. Nie chcę nikogo oskarżać. Po prostu stało się, kolejna tragedia, o której dzieci kiedyś będą się uczyć na lekcjach historii i WOS-u.

piątek, 9 kwietnia 2021

1284. Okołokowidowo

Jak pewnie część Was wie, mój tata w zeszłym tygodniu w związku z kontaktem z potencjalnym zakażonym COVIDem na jego zmianie w pracy. Tata aktualnie jest na 4-tygodniowym kontrakcie w Holandii. Na miejscu zostali podzieleni na kilka mniejszych brygad, w których pracują na oddzielnym terenie budowy. Zawsze przed wejściem dmuchają w coś na wzór alkomatu, który po chwili pokazuje, czy ma się w wydychanym powietrzu związki wirusa, czy też nie. No i u pracownika z taty brygady test wyszedł pozytywnie, a więc cała grupa została wysłana na kwarantannę. Tam mają takie przepisy, że kwarantanna trwa 5 dni, jeżeli w tym czasie testy nie wykażą zakażenia, to jest się uznawanym za osobę zdrową. W ogóle tam mają całkowity zakaz poruszania się po mieście BEZ POWODU w godzinach 21-7. Oczywiście, nie dotyczy to osób, które muszą skorzystać z pomocy lekarskiej, czy też przemieszczają się w związku z wykonywaną pracą. Wracając jednak do samego COVID-u, podczas tej kilkudniowej kwarantanny, u kolegi taty, który miał być zakażony, wykonano genetyczne badanie z krwi(na koszt firmy). Co się okazało? To jakaś inna infekcja, a na covidomacje wyszedł pozytywny wynik, bo prawdopodobnie coś się w nim uszkodziło. Grunt, że się wszystko dobrze skończyło.

Gorzej z Brutusem, który jednak trafił do Szpitala Tymczasowego w Pyrzowicach. I uwaga, uwaga, Liderka sobie o nim przypomniała. Najpierw biadoliła, że nie może się z nim skontaktować, a potem pomstowała na lekarzy, że nie chcą jej udzielić informacji na jego temat. Noszszsz... czy to tylko dla mnie zrozumiałe jest, że nie udzielają oni informacji osobom postronnym? A teraz najlepsze: na publicznym forum kazała mi iść do jego mamy(która też jest chora na koronawirusa) i dowiedzieć się przez drzwi, co się z nim dzieje. No po prostu padłam. Jeszcze gdyby napisała coś w stylu "Czy Karolina nie mogłaby iść i się dowiedzieć..." to może bym i poszła. Ale przecież prościej napisać "To niech Karolina idzie do jego matki i się dowie". Niech sobie sama wsiądzie do samochodu, podjedzie i się dowie. Nie, nie będę kaleką na posyłki.

A jutro, po rocznej przerwie, wracamy z zajęciami w Oratorium. Oczywiście, zdalnie, więc nie liczę na szczególnie dużą frekwencję. Co nie znaczy, że nie mam na nie planu. Już mam przygotowane zajęcia na temat siostry Faustyny i Bożego Miłosierdzia. Będzie komiks, quiz, śpiewanie, a nawet mamy grę planszową na ten temat - na kanwie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Jest i "praca domowa" - dla chętnych(przeczytanie aktu zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu(młodszym może przeczytać ktoś starszy) oraz dowiedzenie się kto i gdzie go ogłosił). Nieobowiązkowa, aby nie było po szkolnemu. Nie chodzi tu też o to, aby ich przepytywać, zmuszać do pisania prac. Raczej o to, aby te zajęcia były przyjemnością.

A ogólnie - wczoraj mieliśmy totalną zimę ze śnieżycą, gradem, burzą i innymi klęskami. A dziś? Dziś wiosna jak się patrzy. Ale w końcu kwiecień-plecień...

Trzymajcie się ciepło

wtorek, 6 kwietnia 2021

1283. "Chciałem być piosenkarzem..."

Tegoroczne święta zwieńczyła bardzo smutna wiadomość o śmierci popularnego piosenkarza, którego osobiście bardzo ceniłam - Krzysztofa Krawczyka. Piosenkarz kilka dni wcześniej opuścił szpital, gdzie przebywał z powodu zakażenia koronawirusem. Jednak to nie on był powodem jego śmierci.
Krzysztof Krawczyk jesienią zeszłego roku ogłosił koniec swojej muzycznej kariery, którą zaczynał z zespołem "Trubadurzy", a następnie kontynuował już solowo. Myślę, że jego twórczość była odwzorowaniem słów jednej z piosenek, które wykonywał - "Czy jest tak, jak człowiek chciał/Czy ktoś inny z niej do syta brał/Czy ktoś inny z życia twego radość brał". Tak, ludzie zdecydowanie brali tą radość ze śpiewanych przez niego piosenek. Do jego największych przebojów należą "Parostatek", "Jak minął dzień", "Gdy nam śpiewał Elvis Presley", "Mój przyjacielu", "Za tobą pójdę jak na bal", "Zatańczysz ze mną jeszcze raz", "Mój przyjacielu", "Bo jesteś ty" czy zaśpiewany z blisko dwa dekady młodszą Edytą Bartosiewicz "Trudno tak". A to przecież tylko urywek z jego bogatego repertuaru, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Jednak moją faworytką jest ta poniższa, opowiadająca właściwie o marzeniach, że warto je mieć.

I myślę, że poniższe słowa wywodzące się właśnie z niej spełniły się w 100%, a on sam mógł się czuć artystą spełnionym:

"Chciałem być piosenkarzem,
Chciałem mieć pełne sale,
Podróżować, zwiedzać świat,
I wiele pięknych, pięknych kobiet znać
"

O śmierci Krzysztofa Krawczyka dowiedziałam się z internetu. Towarzyszyły temu mniej więcej takie same uczucia, jak dowiedzeniu się cztery lata temu o śmierci Zbyszka Wodeckiego, albo rok temu o śmierci Piotra Szczepanika. Najpierw chwila niedowierzania, a potem przyjęcie tego, co przecież jest nieuniknione. 
Ech - Jarocka, Wodecki, Szczepanik, Krawczyk... Tamto pokolenie dające Polakom wiele radości w trudnych czasach PRLu powoli się wykrusza. Na szczęście ich muzyka i utwory zostały utrwalone na nośnikach, dzięki czemu zostaną zachowane dla przyszłych pokoleń. Tylko czy one będą rozumiały ich uniwersalne przesłanie. Oby tak się stało. 

I na koniec, jakże wymowne dla mnie zdjęcie - dwóch mistrzów na jednej scenie. Teraz śpiewają już na zupełnie innej, ale równie ważnej, estradzie.

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

1282. Wielkanocne śniadania na przestrzeni lat

Tegoroczne święta Wielkiej Nocy przechodzą do przeszłości. Dla jednych były one bardziej radosne, dla innych mniej, jedni starali się, aby były one wyjątkowe mimo wszystko, inni marzyli o tym, aby jak najszybciej się one skończyły. W wielu polskich domach pozostały jeszcze słodkie ciasta oraz wędliny, którymi będziemy rozkoszować się jeszcze przez kilka dni.
To już drugie święta, które spędzamy w koronawirusowym reżimie. Zwróćmy jednak uwagę, że zeszłoroczna Wielkanoc była dużo bardziej restrykcyjna, przynajmniej w moim odczuciu. Jak to jednak napisałam jakiś czas temu, nie są to pierwsze(a właściwie to już drugie) święta, które spędzamy w ekstremalnych warunkach. Były przecież czasy, kiedy Polska znajdowała się pod zaborami, następnie I i II wojna światowa oraz stan wojenny. Jak wyglądały wtedy śniadania wielkanocne?
XVIII oraz XIX wiek uważane są za jeden z najdramatyczniejszych okresów w dziejach naszego kraju. Kraj podzielony był pomiędzy trzech zaborców i osłabiony licznymi zrywami narodowymi. Pomimo ciężkiej sytuacji Polacy nie przestawali marzyć o niepodległości, również przy wielkanocnym stole. Jednak zaborcy jak tylko mogli utrudniali Polakom celebrowanie świąt. Najciężej sytuacja się miała w zaborze rosyjskim, zwłaszcza po upadku Powstania Listopadowego. Działała tam surowa cenzura i zakazywano wielu aktywności od manifestacji patriotycznych, poprzez nabożeństwa w kościołach, aż po noszenie przez kobiety żałobnych strojów oraz symbolicznej, czarnej biżuterii w postaci krzyżyków będącej wyrazem żałoby narodowej.
Za przyczyną Adama Mickiewicza Polska pod zaborami symbolizowała umęczonego Chrystusa narodów. Polacy mieli zaborców za oprawców, zaś Francję, która nie udzieliła im pomocy, za umywającego ręce Piłata. Wszyscy jednak wierzyli, że ta ofiara nie będzie stracona, a Polska, podobnie jak Chrystus, zmartwychwstanie. Symbolika narodowa oraz religijna kształtowały nowoczesną ideę narodową, tak bardzo widoczną w ówczesnych kazaniach kościelnych, ulotnych drukach, literaturze czy też sztuce. Jednocześnie pomiędzy Mickiewiczem, a Juliuszem Słowackim toczył się spór dotyczący wielkanocnej zupy. Mickiewicz twierdził, że to barszcz, natomiast Słowacki, że żurek. Ślady tego wielkanocnego konfliktu można znaleźć m.in. w "Wielkiej Improwizacji"("Ty Boże, ty naturo! dajcie posłuchanie/ - Godna to was zupa i godne śniadanie.") oraz w monologu Kordiana na szczycie Mont Blanc("Mogęż siłą żuru serce moje nalać, Aby się tym żurem na tłumy rozciekło, I przepełniło talerze nad brzegi").
Jeden z polskich historyków, Ambroży Grabowski, tak napisał o krakowskiej Wielkanocy z 1848 roku: "Tak w mieście, jak i po wsiach naokoło Krakowa, a podobno i na całej ziemi polskiej, bogaty i ubogi obchodzi uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego lepszym posiłkiem i dłuższym jedzeniem. Kiedy stoły bogaczy uginają się pod stosami szynek, wybornych placków, mazurków i marcypanów, jajeczników itp., w których cukier i konfitury zagłuszają wszelki smak ciasta z najprzedniejszej mąki, wtedy ubogi wyrobnik krakowski lub wieśniak z okolicy miasta kupuje sobie chleb prądnicki (...), kiełbasę, kawałek mięsa i trochę jaj". Musimy jednak pamiętać, że w tym okresie w Europie trwała Wiosna Ludów, co znacząco wpłynęło na świętowanie.
W pierwszym roku I wojny światowej, święta Wielkiej Nocy przypadły na początek kwietnia. Żywność nie była jeszcze reglamentowana, jednak Polacy już wtedy borykali się z brakami w zaopatrzeniu i na drożyznę. Jak można było wyczytać w "Kurierze Warszawskim", cena mięsa wieprzowego wynosiła około 30 kopiejek za funt, nieco tańsze było mięso wołowe, jedno jajko kosztowało zaś 5 kopiejek. Do rarytasów należał kosztujący 10 rubli indyk(była to 1/4 przeciętnej pensji statystycznego warszawskiego robotnika). Pokarmy święcono nie w koszyczkach, ale na stołach wystawionych przed domami wiernych. Ponieważ księża trafiali najczęściej do zamożniejszych domów, gdzie mogli liczyć na ofiarę na rzecz kościoła apelowano, aby zrezygnować z tego obyczaju. Powszechny był też brak drożdży. W tamtych czasach był to artykuł niezbędny do wypieku pieczywa dla niemieckiej armii. W "Czasie" z 1915 roku można było wyczytać: "Magistrat Berliński, aby zapobiec marnotrawieniu się drożdży i proszku do pieczenia, do czego w czasie Świąt Wielkanocnych przyjść by mogło, wydaje się zakaz wypiekania ciast, które wymagają tych składników. Rozporządzenie powyższe odnosi się nie tylko do piekarzy i cukierników, ale także i di gospodyń domowych. Dotyczą one wszelkiej kategorii łakoci, które wymagają więcej, niż 10 procent mąki. Przekraczający zakaz będą karani sześciomiesięcznym więzieniem lub grzywną w kwocie 1500 marek, bez względu na to, czy czynią to dla zarobku, czy na użytek domowy".
Nie lepiej było podczas II wojny światowej. Na przykład za kupienie na czarnym rynku kawałka mięsa groziła śmierć, szalała też drożyzna. Kilogram masła kosztował nawet 180 złotych, litr oleju - 100 złotych. Jajka były towarem deficytowym, jednak starano się zdobyć chociaż jedno jajko na rodzinę na wielkanocne śniadanie. Dziennikarz Stefan Wiechecki tak o tym pisał: "Przede wszystkim jajeczko! Jest to danie religijne i do nażarcie się nie służy, znakiem tego nie należy z każdym jednym życzeniem całej sztuki opychać, ale, trzymając ćwiartkie na widelcu, najmarniej dwie osoby nią załatwić". Jeszcze bardziej zatrważające są wspomnienia muzykologa Tadeusza Żakiej, mówiące o wszechobecnym terrorze, niepewności życia oraz głodzie: "Wzruszenia towarzyszyły dzieleniu się tradycyjnym, wielkanocnym jajem. To nie były posiłki, albowiem nie mogły one nasycić głodu, lecz patriotyczne symbole, pomagające wytrwać, przetrwać i - doczekać". Natomiast "Nowy Kurier Warszawski"(znany bardziej pod obiegową nazwą "gadzinówka") radził Polakom: "Niewielu stać na kupno efektownych, ale drogich kwiatów. Dlatego też najlepiej wybrać się którejś niedzieli na dalszy spacer i wyciąć parę gałązek wierzbiny. Po przeniesieniu do domu wsadzimy je do słoja, czy wazonu z wodą, a wkrótce puszczą ładne pędy dając miłą zieleń na święta". Dodatkowo radzono jak peklować i wędzić nieosiągalne mięso. Za nielegalne świniobicie można było trafić do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Dlatego rozmaite dania przyrządzano z żołędzi, zaś zużyte fusy były wykorzystywane jako waluta na czarnym rynku.
Pierwsza Wielkanoc w wolnej Polsce przypadła paradoksalnie na dzień 1 kwietnia 1945 roku. Warszawiacy powoli wracali do swoich zrujnowanych domów. Chociaż miasto wyglądało jak po zagładzie, wokół ruin kościołów handlarki sprzedawały wielkanocne palmy. Jednak zamiast tradycyjnego wielkanocnego śniadania, Polacy musieli zadowolić się radzieckimi konserwami. Chociaż żywność była przywożona z podwarszawskich miejscowości, jej ceny były raczej wysokie. Z tego powodu wielkanocny stół prezentował się z reguły skromnie, zaś ciastem, szynką bądź mięsem delektowali się tylko nieliczni.
Za czasów PRL-u komuniści przymykali oko na katolickie święta. Każdego roku Polska Kronika Filmowa pokazywała przygotowania Polaków do Wielkanocy. Taśmy filmowe zarejestrowały nawet zasiadającego do stołu Władysława Gomułkę. Jednak półki polskich sklepów wciąż pozostawały puste, a kiedy do sklepów "rzucono" jakiś pożądany produkt, ustawiały się do niego niekończące się kolejki. Z czasem towar poddano reglamentacji i sprzedawano go na kartki. Szczególnie ciężko było zorganizować Wielkanoc w stanie wojennym. Pierwsze takie święta wielkanocne wypadły 11 kwietnia. Jak informował "Dziennik Łódzki": "Największe kolejki obserwujemy przy stoiskach z alkoholem, herbatą, śmietaną, a także tam, gdzie można kupić owoce cytrusowe. Przed świętami w łódzkich sklepach znalazło się 35 tys. litrów win gronowych, a ma być dostarczonych kolejnych 7 tys. Zmalały za to zapasy herbaty w łódzkich hurtowniach, bo trafiły do sklepów. Zawieziono tam 147,5 tony. Ale, że od dłuższego czasu brakowało w nich herbaty, to błyskawicznie została wykupiona. Niemniej w piątek i sobotę do łódzkich sklepów trafi jeszcze 30 ton herbaty. Również w tych dniach rozwiezione zostaną resztki kubańskich i tureckich pomarańczy: około 15 ton, a także 10 ton cytryn. Skończyły się za to rodzynki, których sprzedano 35,5 tony". W piśmie zapewniano również, że przed świętami nie zabraknie ani chleba, ani wędlin, chociaż świątecznych wyrobów przypadało jedynie 300 przydziałowych gram.

Za: https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/trudne-swieta-wielkanocne-co-polacy-jedli-w-czasach-zaborow-wojen-i-w-prl/gz0pn99

niedziela, 4 kwietnia 2021

1281. "O dniu radosny pełen chwał...

"O dniu radosny pełen chwał,
dziś Jezus Chrystus z grobu wstał,
nam zmartwychwstania przykład dał.
Alleluja!
"

Uroczysta Wigilia Paschalna upamiętniła w dniu wczorajszym największą tajemnicę jaka się dotąd wydarzyła - tajemnicę Bożego Zmartwychwstania - wygrania życia nad śmiercią. Jeszcze rok temu tak wielu z nas, jeżeli nie wszyscy, przeżywało Triduum Paschalne w zaciszu własnego domu, korzystając z transmisji w różnych mediach. Wiele ludzi narzekało, że to nie to samo. Ja jednak dziękowałam Najwyższemu, że chociaż w ten sposób mogę się jednoczyć z jednym, świętym, powszechnym i apostolskim Kościołem. Tak samo jak wielu narzekało, że może wyjść jedynie do swojego ogródka... Oni narzekali, ja delektowałam się promieniami słońca, kwitnącymi krzewami, sikorkami co przycupnęły na moim parapecie z perspektywy 3 piętra. Mnie cieszył nawet chleb przyniesiony mi przez kogoś i spotkania on-line ze znajomymi. Nie wiem, może mam beznadziejne podejście do życia, ale ja w takich niepozornych i codziennych okruchach życia staram się odnaleźć słowa Psalmu 150: "Wszystko, co żyje, niech chwali Pana. Alleluja!"(Ps 150, 6). Gdyby ludzie bardziej cieszyli się codziennością, a mniej narzekali na niedoskonałości, o ile świat byłby piękniejszy dla nas wszystkich!

Wieczorna Msza święta również cieszyła, chociaż była znacznie okrojona. Ludzi wewnątrz świątyni mogło być maksymalnie 33 osoby, a miejsca ich obecności wyznaczane były przez naklejone na ławki białe karteczki. Dla ludzi dla których zabrakło ich, przewidziano miejsca na zewnątrz(tzn. ktoś pomyślał i wystawił ławki). Nie było liturgii światła przed kościołem, jedynie skrócony obrządek wewnątrz. Czytania ograniczone były do 5, coś pominięto obrzędzie przyrzeczeń chrzcielnych, zrezygnowano z procesji wokół kościoła ze Zmartwychwstałym Chrystusem na rzecz krótkiej adoracji zakończonej uroczystym "Te Deum". Nawet godzinę zmieniono z 21:30(ale wtedy Msza kończyła się rezurekcją po północy, zamiast o 6:00 rano) na 20:00, jak było dawniej. W rezultacie w domu byłam krótko po 22:00. Ale żeby nie narzekać, podam też aspekt, który pozytywnie mnie zaskoczył - podobno 2 lutego zrezygnowano z tradycyjnego odpalenia świec wiernych od gromnicy i każdy musiał radzić sobie sam. Obawiając się powtórki z rozrywki zaopatrzyłam się w zapałki. Ale nie, okazało się, że ministrant chodzi po kościele z zapaloną świecą i odpala od niej świece wiernych.

Dzisiaj zaś wysłałam wielu osobom życzenia świąteczne. Najpierw jednak musiałam wymyśleć coś niebanalnego. Już w podstawówce starałam się, aby nie ograniczały się one do standardowego "zdrowia, szczęścia, pomyślności", ale zawierały jakieś takie oryginalne przesłanie. Zresztą życzenia na wysyłane do Was też samodzielnie wymyślam. Bo wiem, że to będzie tak, jakbym samodzielnie je Wam złożyła. 

Kochani, z okazji świąt Wielkiej Nocy, chciałabym Wam życzyć wszystkiego co najlepsze. Niech światło bijące od grobu Zmartwychwstałego Pana oświetla Wasze życiowe drogi i daje Wam nadzieje na każdy dzień. A On sam nie szczędzi Wam swoich łask. Bądźmy dla siebie nawzajem dobrzy i życzliwi, bez względu na wiarę, pochodzenie i przekonania - dzięki temu przetrwamy niejedną burzę. Nie zapominajmy też o Nim, dzięki któremu śmierć została pokonana, a wygrało życie, dzięki czemu śmierć nie jest jego końcem, a dopiero początkiem! Radosnego świętowania!

sobota, 3 kwietnia 2021

1280. Pisanki, pisanki jajka kolorowe, na nich malowane bajki pisankowe

Być może niejeden z nas mający w rodzinie dzieci w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym słyszał z ich ust słowa piosenki opowiadającej o różnych motywach zdobiących wielkanocne jajka. A może jeszcze sami je pamiętacie? Nie mniej ja pamiętam, chociaż od czasów, kiedy chodziłam do 1-3 klasy minęło już ho, ho, ho czasu, a od przedszkola to już chyba lata świetlne. Co ciekawe, wcale nie czuję się staro, co to, to nie. Piosenka, może i banalna, nie mniej jednak zapadająca w pamięć i w ucho. Do dzisiaj uśmiecham się na samo jej wspomnienie. A występujące w niej przykłady posłużyły mi przy dekoracji styropianowych jajek, które niektórzy z Was dostali w wielkanocnym pakiecie.

"Pisanki, pisanki, jajka malowane,
nie ma Wielkanocy bez barwnych pisanek.
Pisanki, pisanki, jajka kolorowe,
na nich malowane bajki pisankowe.
Na pierwszej kogucik

A na drugiej słońce

Śmieją się na trzeciej laleczki tańczące

Na czwartej kwiatuszki

A na piątej gwiazdki
Na każdej pisance piękne opowiastki"

Same pisanki powstawały mniej więcej tak:
Kciukiem lewej dłoni wbijałam szpilki w styropian, prawą ręką sobie podtrzymywałam jajo
/
A czasami robiło się je tak
Hmm... Kaczka? Pomysł i wykonanie - Lolek.
Kaczuszka? (wbrew pozorom te duże cekiny nie są białe, tylko bardzo jasnożółte)
Może to nie jest wyszukane rękodzieło, niektórym może się nawet wydawać dziecinne, czy też po prostu brzydkie, ale robiłam je z sercem i włożyłam w nie sporo czasu.
Nie wiem jak Wy, ale ja mam niesamowitą słabość do kolorowych jajek. Wbrew pozorom wcale nie trzeba mieć sztucznych barwników, ani nawet farb, aby je udekorować. Jest wiele naturalnych barwników pozwalających na przystrojenie skorupek jaj. U mnie w domu wykorzystuje się łupinki cebuli, ale to tylko jeden z wielu sposobów. Zresztą, sami zobaczcie, a może ktoś z Was wykorzysta coś dla siebie:

A na koniec mam dla Was małe zadanko matematyczne. Wiem, wiem, święta i w ogóle. Macie 1 minutę na wykreślenie poniższej funkcji:

1.2+(sqrt(1-(sqrt(x^2+y^2))^2) + 1 - x^2-y^2) * (sin (10 * (x*3+y/5+7))+1/4) from -1.6 to 1.6

Komuś się udało? Nie? Nie martwcie się. Wpiszcie(a raczej skopiujcie) powyższe działanie do przeglądarki google i... Tadam! 
A jutro(w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego) zapraszam na życzenia świąteczne :). Na razie jednak w ciszy oczekujmy tego, co najważniejsze - cudu Zmartwychwstania!
Tegoroczny Boży Grób w mojej parafii