Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 31 marca 2024

1898. "Z grobu powstał dziś Pan, a noc jest pełna blasku"; pieśń "Zmartwychwstał Pan i żyje dziś"

ZMARTWYCHWSTAŁ PAN I ŻYJE DZIŚ

"Zmartwychwstał Pan i żyje dziś blaskiem jaśnieje noc. 
Nie umrę, nie, lecz będę żył, Pan okazał Swą moc! 
Krzyż to jest brama Pana, jeśli chcesz przez nią wejdź. 
Zbliżmy się do ołtarza, Bogu oddajmy cześć. 
Dzięki składajmy Mu, bo wieczna jest Jego łaska.
Z grobu powstał dziś Pan, a noc jest pełna blasku.
Chcę dziękować Mu i chcę Go dziś błogosławić.
Jezus, mój Pan i Bóg, On przyszedł aby nas zbawić.
Odrzucony Pan stał się kamieniem węgielnym.
Pan wysłuchał mnie, On jest zbawieniem mym.
Cudem staje się noc, gdy w dzień jest przemieniona.
Tańczmy dla Niego dziś, prawica Pańska wzniesiona!"

Bardzo lubię wielkanocną pieśń "Zmartwychwstał Pan i żyje dziś", której słowa przytoczyłam powyżej. Pierwszy raz zetknęłam się z nią śpiewając w zespole muzycznym stworzonym z animatorów Oratorium jakieś 12-13 lat temu. Szmat czasu. Chociaż później wielokrotnie śpiewałam ją i z młodzieżowym zespołem, i ze scholą, to jednak zawsze przywołuje mi ona w pamięci właśnie wykonanie oratoryjne. Myślę, że idealnie opisuje ona to, co się działo z Wielkiej Soboty na Wielką Niedzielę, kiedy ciemność nocy rozbłysnęła blaskiem chwały. Wydaje mi się (zresztą nie tylko mi), że takie podstawowe przesłanie niesie dekoracja Bożego Grobu, która została misternie postawiona w okresie Wielkiego Tygodnia.
Bo oto ciało Jezusa Chrystusa zostało złożone w ciemnym, i zapewne zimnym, grobie. Ale przecież po zaledwie trzech dniach stało się coś niewytłumaczalnego na ludzki rozum - ktoś, kto umarł - ożył. Gdzieś czytałam taką teorię, że być może Jezus wcale nie umarł, tylko zapadł w coś na wzór letargu, z którego potem się wybudził. Ja jednak uparcie chcę wierzyć w to, że było tak, jak przedstawia to Pismo Święte. Że zmartwychwstał w blasku chwały i błogosławi każdemu swoją poranioną od gwoździa prawicą. Nie wiem, czy kiedykolwiek mieliście tak porządnie zdartą rękę. Ja miałam, kiedy kilkakrotnie w krótkim wywróciłam się i zdarłam na nowo nie do końca wygojoną ranę. Uwierzcie mi, niesamowity ból, chociaż być może nie aż taki, jak po przebiciem gwoździem. Jeżeli człowiek sobie to uświadomi to owo błogosławieństwo przybiera jeszcze głębszego znaczenia. A więc tam, w grobie, mamy ciemność, po zmartwychwstaniu - blask chwały, a pomiędzy tymi dwoma tak jakby światami stoją drzwi. "Krzyż to jest brama Pana, jeśli chcesz przez nią wejdź" - w zasadzie pasuje, bo w trakcie Triduum Paschalnego na dole spoczywał położony, jakby pozostawiony, krzyż. Teraz zastąpiła go chrzcielnica - nawiązanie do starożytnego i w zasadzie w dalszym ciągu praktykowanego zwyczaju chrzczenia katechumenów podczas sprawowania Wigilii Paschalnej, tak aby święta wielkanocne obchodzili już jako pełnoprawni chrześcijanie. A więc opuścili mroki swojego dotychczasowego życia i obmyci najświętszą wodą weszli do chwały Dzieci Bożych.
Tak bym chciała podzielić się moją interpretacją z pomysłodawcą całości, ale musiał odpocząć po wczorajszym wieczorze i nie dał rady być na porannej Mszy świętej. Ja wiem, że tak się tylko powie - co to jest odprawienie takiej Wigilii Paschalnej. Ale chyba trochę go to nadwyrężyło, zwłaszcza że był głównym celebrującym (miał Mszę za rodziców). A główny celebrans ma za zadanie chociażby wnieść paschał, który zapewne nie jest lekki, do świątyni. Wiecie, tak sobie patrzałam z chóru, jak niesie tą świecę i w duchu się śmiałam, że to określenie "Ksiądz Niosący Światło" w zasadzie do niego pasuje i w przenośni (jest takim światłem, dla błądzących w ciemnościach wiernych) i dosłownie. Sama liturgia też trochę trwała, w jej czasie wygłosił kazanie, w którym tłumaczył cztery znaczenia terminu "Pascha" a potem jeszcze była procesja rezurekcyjna, więc musiał nieść podejrzewam, że niezbyt poręczną monstrancję. Ale dał radę. 

Kochani Moi czytelnicy 
w te najpiękniejsze i najważniejsze święta w roku
chciałabym Wam życzyć dużo obfitości łask od zmartwychwstałego Pana.
Niech blask światła, które wychodzi z pustego grobu oświeci Wasze ziemskie drogi, usuwając zarazem wszystkie lęki i ciemności, a Boża obietnica zbawienia niech stanie się skałą, która pozwoli przetrwać życiowe burze.
Niech będzie to dla Was wspaniały czas odpoczynku oraz radości spotkania z drugim człowiekiem.
Oby był to dla Was również czas wewnętrznego pokoju, pomimo różnych burz, zgrzytów i przeciwności losu.
Radosnych świąt!

sobota, 30 marca 2024

1897. Chwile zadumy przed chwilami radości

Ciche Kościoły

Ciche Kościoły nie są wcale smutne,
chociaż brak śpiewu skłania do zadumy.
Gdzieś w głębi ciała kołaczące serce, 
ciszę tą nieśmiało, niepozornie rozgania.
W cichych Kościołach czuć powagę chwili,
która choć krótka, zdaje się trwać wieczność.
Chrystus Frasobliwy siedzi na swym pieńku,
zadumany wsłuchany w głos sumienia wiernych.
Zaś Chrystus, co wisi już na Drzewie Życia,
widzi tych co właśnie przyszli do Domu Ojca.
Ciche Kościoły, ich mury odbijają słowa,
Ciemnej Jutrzni, rankiem przez lud odmawianych.
Ciche, ciemne kościoły, tak wiele się w nich dzieje,
w tej ciszy trwania w Triduum Paschalnym.

Jednym z moich ostatnich wierszy oraz zdjęciem Ciemnicy, o której pisałam w ostatnim wpisie (wiem, że nieostre, ale lepszego raczej nie będzie) chcę się z Wami przywitać w przeddzień najważniejszych świąt w ciągu roku - Wielkanocy. Jeszcze kilka godzin i po raz kolejny świat dowie się, że "Chrystus Zmartwychwstał - prawdziwie Zmartwychwstał". 
Jednak zanim to się stanie, nie ważne, czy podczas jutrzejszych porannych rezurekcji, czy też na zakończenie dzisiejszej Wigilii Paschalnej, w kościołach nastał czas szczególnej zadumy. Takim przedsionkiem do nich był czterdziestodniowy okres Wielkiego Postu. Ale, jak dla mnie, najbardziej wymierny pod tym względem jest okres od wieczornej Mszy w Wielki Czwartek, kiedy monstrancja z Najświętszym Sakramentem przenoszona jest do Ciemnicy aż do dzisiejszej Wigilii Paschalnej. Przez ten krótki czas nie odprawia się Mszy świętych, a w wielu parafiach rankiem odmawiane są tzw. Ciemne Jutrznie. Jest to piękne nabożeństwo, podczas którego wierni wraz z duszpasterzem odmawiają modlitwę przewidzianą przez brewiarz. Dzisiaj rano wybrałam się na to nabożeństwo i muszę przyznać, że dało się odczuć ich podniosłą atmosferę. Zwłaszcza, w połączeniu z dekoracją przedstawiającą Boży Grób.
A o co w nim konkretnie chodzi to wie chyba sam pomysłodawca - Ksiądz Niosący Światło. Nie, ale całkiem przyjemnie się go wykańczało
Pogoda w tym roku zrobiła nam miłą niespodziankę i spowodowała, że te święta zapowiadają się całkiem ciepłe i przyjemne. Nawet rano ksiądz się śmiał, że może lepiej, abym na tą Jutrznię poczekała na zewnątrz, bo jest chyba cieplej niż w samym kościele. Ale w ostateczności w końcu zaczekałam w świątyni. A przy okazji zrobiłam zdjęcia Ciemnicy i Grobu Bożego. Akurat nie było nikogo, a Ksiądz Niosący Światło poszedł się ogarnąć na zakrystię. 
Z nabożeństwa wracałam sobie na nogach, co pozwoliło mi na kontemplację nie tylko słów modlitwy usłyszanych na porannej Jutrzni, ale i z dnia na dzień coraz bardziej rodzącej się do życia przyrody. Uwielbiam patrzeć na te niepozorne, z dnia na dzień coraz bardziej rozwijające się zalążki listków na krzewach i drzewach. Myślę, że wiosna to idealna pora na święta Wielkanocy - Zmartwychwstały Chrystus daje nadzieję, że tak samo jak przyroda rodzi się do życia, tak samo my kiedyś odrodzimy się do życia, ale wiecznego. Poza tym są to święta nadziei, a co daje większą nadzieję jak nie rodzące się do życia po zimowej hibernacji rośliny?

środa, 27 marca 2024

1896. Dorzucanie kamyczków

Z tym budowaniem Bożego Grobu to okazało się, że "przyszłam na gotowe". Przynajmniej tyle usłyszałam od Księdza Niosącego Światło. Podobno liczył na to, że zostanę po wczorajszej Mszy świętej. I powiem Wam, że zostałam. Ale że nikogo nie było w kościele, ani księży, ani parafian, a grób był już praktycznie postawiony, zaś w ogłoszeniach było, że zapraszają panów w poniedziałek, wtorek i środę, no więc wniosek nasunął mi się taki, że wieczorem już nic nie robią. Mój błąd? Być może, ale to jednak nie moja parafia, więc wolałam się nie narzucać.
Dzisiaj jednak po Mszy zauważyłam, że księża krzątają się po kościele, więc postanowiłam chwilę poczekać i niby tak przypadkiem podeszłam pod ołtarz, aby z bliska zobaczyć dekorację świąteczną. Niemal od razu zauważył mnie ksiądz proboszcz i ze swoją wrodzoną bezpośrednością zapytał, czy zostaję do pomocy w dokończeniu przygotowania Ciemnicy oraz Grobu Pańskiego. Odpowiedziałam mu, że jeżeli mogę, to chętnie. Na to kazał mi poczekać na Księdza Niosącego Światło, który na chwilę poszedł na plebanię. A że akurat drugi z wikarych rozbierał dekorację wielkopostną, więc mu pomogłam na tyle, na ile mogłam. Całego baneru ze stelażem bym nie dała rady przenieść, ale pojedyncze elementy dekoracyjne - już tak. W zasadzie nie było tego tak dużo i w miarę szybko to wszystko ogarnęliśmy. Potem jeszcze poprzestawiano duże donice z zielonymi roślinami, które stały w przedsionku kościoła. Tego też raczej bym nie zrobiła, więc wykorzystałam złotą zasadę, że jeżeli nie potrafię pomóc, to przynajmniej nie przeszkadzam. 
Dopiero wtedy pojawił się ksiądz Niosący Światło niosący skrzynię z narzędziami. Tak jak pisałam na początku - większość prac budowlanych zostało już wykonanych, teraz zostały już tylko tzw. prace wykończeniowe, które może są niepozorne, ale nie mniej ważne. Polegały one głównie na ustawieniu podświetlenia Ciemnicy i Grobu Pańskiego i ogólnego zabezpieczenia całej dekoracji przed rozpadnięciem się w drobny gruz i pył. Czyli, jak można się domyśleć, było to wszelkie dokręcanie, doklejanie, dopasowywanie tak, aby wszystko jakoś ze sobą współgrało i współharmonizowało. Każde oko okazywało się tutaj niezbędne, bo pomagało ocenić wszystko z różnej perspektywy. A to z kolei było ważne, bo na przykład takie lampy rzucają światło pod różnym kątem w zależności od tego, gdzie kto stoi. I tak mogą nazbyt razić wiernych stojących w jednej z części kościoła. Dlatego ksiądz prosił, aby tych kilka osób będących w kościele chodziło po nim i sprawdzało jak pada światło oświetlające Grób od strony ołtarza w różnych jego miejscach. A potem wspólnie decydowaliśmy, jak najlepiej ustawić oświetlenie. 
Oprócz tego ksiądz poprosił mnie o pomoc w podklejeniu tła Ciemnicy, które jest reprodukcją obrazu Hieronima Bosha - "Siedem grzechów głównych". Ci, którzy chodzili na Gorzkie Żale wiedzą, że jest to nawiązanie do kazań wygłoszonych w ich trakcie, nawiązujących właśnie do tego obrazu. Za pierwszym razem myślałam, że ściągnął ich treść z Internetu. Ale nie, przeszukałam sieć i nie znalazłam ich. Wynika z tego, że ksiądz Niosący Światło naprawdę wszystko sam wymyślił i wcielił w życie. I chyba to jest jedna z jego unikatowych w dzisiejszym świecie cech, która wzbudza we mnie pełen szacunek do niego - że nie idzie na łatwiznę, nie szuka gotowców. On szuka przykładów z życia, z zasobów kultury, z wiary, które najlepiej obrazowałyby omawiany temat, chce zainteresować wiernego na różne sposoby i chyba mu się to udaje. I naprawdę dziwnie mi się słuchało jego pełnych pokory słów, że on też ma problem z wieloma z tych grzechów. Bo jest tylko człowiekiem, który grzeszy, upada i też korzysta z sakramentu pokuty i pojednania. Z tego wszystkiego zapomniałam go zapytać do którego z grzechów nawiązał ostatnio, bo niestety, nie mogłam na nim być. Ale kiedyś go o to zapytam.
"Siedem grzechów głównych i cztery rzeczy ostateczne" albo "Stół Mądrości", obraz Hieronima Bosha
Oprócz tego jeszcze czasami podawałam panu Gabrielowi rzeczy, o które mnie prosił (młotki, śrubki itp.), a także podkleiłam wraz z księdzem kable od przedłużacza taśmą klejącą - najpierw tylko trzymałam mu ją za to kółko i rozwijałam, a potem poszłam krok dalej i powiedziałam coś w rodzaju: "Księże, ja to mogę przytentegować" - chodziło mi o przyciśnięcie taśmy do podłoża, tak aby lepiej przylegała, ale akurat zabrakło mi słów (to stwierdzenie "przytentegować" tak "spodobało się" księdzu i innym, że już do końca go używali w stosunku do mnie). Trochę przypominało mi to obklejanie boiska do gry w goadball, więc też nie było to dla mnie nie wiadomo jakim wyczynem. Potem jeszcze przycięłam nożyczkami taśmę klejącą, udowadniając że można to zrobić trzymając nożyczki oburącz (pan Gabryś miał co do tego pewne wątpliwości).
Na koniec wraz z innymi stanęłam, aby jeszcze raz spojrzeć na efekt naszej wspólnej pracy. Aż żałuję, że nie wzięłam ze sobą aparatu fotograficznego, aby Wam je pokazać. Ksiądz wykazał się znowu oryginalnym pomysłem. I jest dobrym przykładem na to, że mężczyzna też może być niesamowicie twórczy.
 - Podoba ci się - szepnął do mnie ksiądz. Pokiwałam mu twierdząco głową. Właściwie niewiele pomogłam im w tym wszystkim, ale zawsze powtarzam sobie, że zrobiłam tyle, ile byłam w stanie. Bo przecież nie wszystko jestem w stanie wykonać. Ale te moje małe i na pierwszy rzut oka niepozorne kamyczki być może też pomogły zbudować wielką górę, a przynajmniej wypełniły szczeliny tych dużych na tyle, aby się nie rozsypały. Może w ten sposób zaoszczędziłam pracy drugiej osobie? Nie wiem, czy tak jest, ale na pewno chciałabym, aby tak było. 
Jeszcze tylko poznosiłam na zakrystię to, co mogłam - skrzynki z narzędziami raczej nie przeniosłabym (zresztą podejrzewam, że ksiądz i tak by mi na to nie pozwolił), ale pojedyncze i lżejsze rzeczy nie stanowiły do mnie żadnego problemu. Zresztą tą skrzynkę to na plebanię, aby ksiądz już jej nie dźwigał, zwłaszcza, że widać było, że trochę go to wszystko zmęczyło. W zasadzie to on chyba jeszcze powinien się oszczędzać i niezbyt forsować, ale temu typowi człowieka raczej się nie przegada. Kiedyś mi powiedział, że najgorsze co dla niego jest to to, kiedy musi leżeć w szpitalu na leczeniu albo zabiegach. Bo zawsze wtedy ma pomysły co zrobić, ale nie może tego wykonać od razu. Musi się wtedy ćwiczyć w cnocie pokory i cierpliwości.
Wychodząc z kościoła zdałam sobie sprawę z tego, że nie zrobiłam dwóch rzeczy: nie złożyłam mu życzeń z okazji Wielkiego Czwartku i nie zapytałam go o jeszcze jedną rzecz. Zabrakło mi odwagi, a poza tym już nie chciałam go jeszcze przetrzymywać i męczyć. Niech odpocznie, bo napracował się niemało.

wtorek, 26 marca 2024

1895. Oczekując na święta

Tak jakoś trudno mi uwierzyć, że już za parę dni będziemy obchodzić święta Wielkiej Nocy. 40 dniowy okres Wielkiego Postu minął mi zadziwiająco szybko. Dopiero co była Środa Popielcowa, a już wkroczyliśmy w Wielki Tydzień. Ostatnie porządki, ostatnie przygotowania do tych ważnych dla każdego chrześcijanina dni. Ale w tej bieganinie staram się też znaleźć czas dla siebie na odpoczynek i odprężenie. Dobra książka (niekoniecznie związana z nauką), herbata owocowa i mruczący kot na kolanach to dobry zestaw. Tak samo jak oglądanie teleturnieju i sprawdzanie stanu swojej wiedzy, czy też spacer wieczorową porą przez znajome ulice miasta, w którym mieszkam od zawsze. To mnie odpręża i regeneruje, pobudza też do dalszego działania. Jak trzeba to odstresowuje. Zwłaszcza po ciężkim i wymagającym dniu. 
W kościele postawiono już Grób Pański. Niestety, zrobiono to w takich godzinach, że nijak nie mogłam się włączyć, ale jednak stwierdziłam, że mimo wszystko studia są ważniejsze. Może jutro podejdę i zapytam, czy trzeba im jeszcze jakoś pomóc. Wiem, że niewiele jestem w stanie zrobić przy mojej niepełnosprawności, ale myślę, że nawet wsparcie mentalne może na coś się przydać. 
Plany na święta pewne mam, ale na razie są to tylko plany, które zawsze mogą się zmienić. No może poza jednym - wypocząć. O tak, chociaż minęła dopiero 1/3 semestru to już czuję zmęczenie. Ostatnie dni nieźle dały mi w kość pod względem psychicznym, a to że nie okazuję emocji nie oznacza, że ich nie przeżywam. Może nawet przeżywam bardziej, niż mogłoby się wydawać i żadne "lolkowanie" tutaj nie pomoże? A może po prostu mój organizm podświadomie oczekuje wiosny albo zmiany czasu? Pod terminem wiosna rozumiem tutaj typową pogodę charakterystyczną dla tej pory roku.
Spędź czas z Jezusem
Wielki Wtorek to dzień, w którym Jezus zapowiedział, że Judasz Go zdradzi, a Piotr wyprze się Go przed innymi. Spróbuj spędzić dziś trochę czasu z Jezusem.

Wsłuchując się w dzisiejszą Ewangelię, a następnie analizując ją już na spokojnie w domu dokonałam pewnego odkrycia. W opisie fragmentu Ostatniej Wieczerzy można wyczytać, że Jan był najbliżej Pana Jezusa. Musiał więc słyszeć jego słowa mówiące o sposobie, w jaki wskaże tego, który go zdradzi: "To ten, dla którego umaczam kawałek [chleba], i podam mu" (J 13, 26). Musiał widzieć, że gest ten wykonuje w stosunku do Judasza Iskarioty. W teorii mógł zareagować na to, jakoś zaprotestować, czy też próbować powstrzymać wychodzącego z wieczernika apostoła. A jednak tego nie zrobił. W moim umyśle pojawiło się podstawowe pytanie: dlaczego? Czy się bał? Czy nie skojarzył faktów? Czy może ogarnęło go lenistwo? Czy zreflektował się dopiero na drugi dzień, jako jedyny towarzysząc swojemu Nauczycielowi w jego ostatniej drodze tak, jakby chciał go przeprosić za brak reakcji ze swojej strony? Może gdyby nie to, wszystko potoczyłoby się inaczej. Wiemy, że Jezus przyszedł na świat po to, aby zbawić wszystkich ludzi, ale jednocześnie kilka godzin po Ostatniej Wieczerzy prosił Ojca w Niebie o to, aby jednak odsunął od niego ten kielich. Chociaż był Bogiem, to miał też ludzkie uczucia i po prostu bał się tego, co go czeka, bólu i upokorzenia. Czy gdyby święty Jan zareagował, to wszystko potoczyłoby się inaczej? Może nie, ale przynajmniej by próbował. Nie byłby bierny, a czynny. Mam mętlik w głowie, chyba muszę na ten temat porozmawiać z księdzem, który będzie błogosławionym, który jest biblistą. Mam nadzieję, że złapię go jutro na uczelni. A na koniec zostawiam Was z jeszcze jednym moim przemyśleniem na ten temat.

Modlitwa o odwagę
Daj mi Boże odwagę,
nie wielką, bo tej mi nie trzeba.
Lecz małą i niepozorną,
bym wraz z nią mógł iść do nieba.
Bym widział więcej niż święty Jan,
co leżał na Jezusa piersi.
Bym umiał zareagować,
i sprawić, że ludzie będą lepsi.
Bym słyszał błagania szeptane,
głośniej niż Jan głos Mistrza swojego.
Gdy jasno mówił im wszystkim,
kto wyda Syna Bożego.
Bym nie bał się przeciwstawić,
złu, co ma się wydarzyć.
A moje zachowanie,
niech odwróci bieg zdarzeń.
Nie proszę Panie o wiele,
o żadne zaszczyty czy sławę.
A o otwarte oczy i uszy,
i zwykłą, ludzką odwagę.

poniedziałek, 25 marca 2024

1894. Przy "Czarnym Młynie" śmiało można odpocząć

Daleko mi do kinomana będącego na bieżąco z nowościami. Nie mam zbyt dużo czasu i okazji do obejrzenia dobrego filmu. Co ja piszę - "dobrego", właściwie to żadnego, nawet złego. Dlatego staram się je dobierać raczej rozsądnie, tak aby nie mieć poczucia straty czasu. Nie zawsze mi się to udaje, bo filmy są różne i niektóre naprawdę odbiegają od moich odgórnych wyobrażeń. Na szczęście stanowią one niewielki procent całości, co jest chyba dobrą wiadomością, a zarazem odkryciem. Tak, tak, mam to szczęście, że trafiam z reguły na dobre i ciekawe produkcje.
Jakiś czas temu pisałam Wam, że przeczytałam książkę przeznaczoną dla młodzieży - "Czarny Młyn". Jednak na informację o istnieniu filmu nakręconego na jej podstawie natchnęłam się już kilka lat temu. Przejrzałam kadry z produkcji i już wtedy wiedziałam, że kiedyś ją obejrzę. Zresztą sami zobaczcie zwiastun zachęcający do pójścia na nią do kin.
A jak tylko zapoznałam się z fabułą książkowego pierwowzoru moje pragnienie zostało jeszcze bardziej spotęgowane. Na szczęście udało mi się znaleźć całość w wersji on-line, a i z wygospodarowaniem czasu potrzebnego na obejrzenie całości nie miałam problemu. Odpoczynek "od wszystkiego" potrzebny jest każdemu z nas, a ja czułam, że chcę go właśnie wykorzystać na zobaczenie "Czarnego Młyna".
Podobnie jak w książce, także i tutaj spotykamy się z kilkorgiem przyjaciół - Iwem, jego młodszą siostrą Melką, Piotrkiem, Karolem, Natalką oraz sporo starszym Maksem. Mieszkają w małej, zapomnianej miejscowości o nazwie Młyny. Nad Młynami góruje ogromny młyn, niegdyś główne miejsce zatrudnienia mieszkańców miejscowości i okolic. Jednak od czasu wielkiego pożaru, który miał miejsce kilka lat wcześniej, stoi pusty. Dla Iwa miał on szczególny wymiar - to w jego czasie zginął jego ukochany tata, a jego ciała nie odnaleziono pomimo upływu lat. Dodatkowo kilka miesięcy później urodziła się mu niepełnosprawna siostra, co jeszcze bardziej pogorszyło sytuację rodziny. Dla dzieci zaczynają się wakacje, na pozór kolejne podczas których nic ciekawego nie będzie się działo w ich życiu. W tym roku dzieje się jednak coś niezwykłego - pewnego dnia znika kuchenka z domu Iwa i Melki, sama Mela, która jest niema, zaczyna mówić, innej nocy króliki uciekają z klatek, które same pootwierały, ktoś kradnie pompę zasilającą Młyny w wodę, a którejś nocy wszystkie elektroniczne sprzęty "wychodzą" z domu. Jednak kiedy wszyscy dorośli znikają w niewyjaśnionych okolicznościach, a z nieba zaczyna padać śnieg, dzieci zaczynają podejrzewać, że to właśnie opuszczony i zapomniany przez wszystkich młyn stoi za takim stanem rzeczy. Zgodnie postanawiają zobaczyć co tak naprawdę się w nim dzieje i chociaż mają kategoryczny zakaz zbliżania się do niego, łamią go. Dowodzi nimi mała Mela, która ku zdumieniu innych, wie w jaki sposób pokonać wroga.
Film, podobnie jak książka, przedstawia szereg wartości, tak bardzo ważnych w życiu młodego człowieka, chociaż w dzisiejszych czasach niejednokrotnie zapominanych, pomijanych, czy też schodzących na drugi plan. To jest przyjaźń ponad wszystko - główni bohaterowie spędzają ze sobą każdą wolną chwilę, wspierają się, razem realizują swoje pomysły. Razem grają na komputerze w domu Maksa, jeżdżą na rowerach, spędzają czas nad jeziorem oraz na łące. Można powiedzieć, że są na siebie skazani, bo w okolicy prawdopodobnie nie ma innych dzieci. Przynajmniej można wywnioskować to z filmu. Inna wartość to solidarność - dzieci wszystko robią wspólnie, ponosząc taką samą odpowiedzialność za swoje czyny. A jednocześnie to ich jednoczy, sprawia że z każdą "przygodą" coraz scala ich przyjaźń, zwiększa ich wzajemne zaufanie względem siebie. To co zwraca uwagę w filmie to też wątek rodziny i więzów łączących ich członków - po śmierci taty Iwa i Meli sytuacja materialna w ich rodzinie uległa pogorszeniu. Przez jakiś czas mama dzieci zarabiała na życie piekąc i sprzedając ciasta, jednak kiedy zniknęła kuchenka, musiała zmienić sposób zarabiania pieniędzy. Znalazła zatrudnienie w oddalonej o spory odcinek drogi restauracji. Jednak mimo ciężkiej sytuacji, w jakiej się znaleźli, w dalszym ciągu starała się zapewnić Iwowi i Melce kochający dom, wspierając ich na każdym kroku. Również Iwo stara się pomóc mamie jak może - np. zbierając wiśnie do ciasta, szukając zaginionej kuchenki, albo pilnując siostry na czas jej pobytu w pracy. Takim przeciwieństwem rodziny Iwa i Meli jest rodzina Maksa, gdzie rodzice chłopaka wyjechali do większego miasta, a jedyne zainteresowanie ich synem sprowadza się do przesyłania mu co miesiąc środków pieniężnych. Z tym pilnowaniem siostry przez Iwa wiąże się odpowiedzialność. Iwo musi zaopiekować się młodszą niepełnosprawną siostrą, chociaż wyraźnie widać, że z początku jest na to niechętny. Z czasem jednak przyzwyczaja się do nowej sytuacji, a nawet zaczyna ją akceptować i dostrzegać w niej plusy. Wie, że siostra jest bezbronna i bezradna i że nie poradzi sobie bez pomocy drugiej osoby, że musi być za nią odpowiedzialny, aby nie zawieść, jej, mamy, a przede wszystkim samego siebie.
Film w kilku miejscach rozmija się z fabułą książki. W książce każda rodzina mieszka w osobnym domu, w ekranizacji jest to jeden budynek typu familiak, gdzie wszystkie dzieci mieszkają razem, ale w osobnych mieszkaniach. W książce tata Meli i Iwa wyjeżdża do pracy do Szwecji i zrywa kontakt z rodzinie, natomiast w filmie ginie on w pożarze Młyna. Iwo i Mela w powieści mieszkają wraz z mamą i babcią, w ekranizacji nie występuje postać krnąbrnej staruszki. Wreszcie sama Mela w książce cierpi na karłowatość, a w filmie na mózgowe porażenie dziecięce. Samo zakończenie filmu jest też bardziej optymistyczne niż przedstawione ono zostało na kartkach książki. Pozostałe treści raczej pokrywają się ze sobą.
Na koniec chciałabym zwrócić uwagę na świetną grę młodych aktorów. Moją uwagę w szczególności przykuła Pola Galica - Galoch wcielająca się w postać niepełnosprawnej Meli. W moich oczach zrobiła to tak wiarygodnie, że chwilami miałam wrażenie, że do tej roli naprawę zatrudniono niepełnosprawną dziewczynkę. Bracia Wicińscy, Iwo (grający Iwa) i Bruno (wcielający się w postać Piotrka), jak zwykle czarowali swoim uśmiechem i autentyzmem. Od jakiegoś czasu śledzę ich karierę i muszę przyznać, że mają w sobie to coś, co sprawia, że nie da się ich nie lubić, a człowiek chce się z nimi zaprzyjaźnić. Mateusz Winek (Karol) potrafi rozkochać w sobie swoim uroczym wyrazem twarzy nadającym mu wygląd słodkiego rozrabiaki. Nie sposób nie wspomnieć o Oliwi Ogorzelskiej, czyli filmowej Natalce. Tak naprawdę nie kojarzyłam tej dziewczynki z żadnej wcześniej obejrzanej produkcji i na początku nie wiedziałam, czego mogę się po niej spodziewać. Jednak jej gra aktorska, a przede wszystkim sceny z zakochanym w jej postaci Piotrku sprawiły, że i do niej bardzo szybko się przekonałam. 
Ogólnie film mi się podobał pomimo pewnych rozbieżności z literackim oryginałem. Oglądałam go też pod kątem tego, w jaki sposób można go wykorzystać do pracy z dziećmi, jakie wartości zostały w nim zawarte, czy też przemycone, o czym można na jego podstawie porozmawiać. Mam kilka pomysłów, i mam też nadzieję, że dane mi będzie wprowadzić je w życie.

niedziela, 24 marca 2024

1893. Z zaproszeniem na jarmark wielkanocny w Katowicach

Czwartkowe zadanie wielkopostne polegało na
Podejmij jakąś formę postu
Wybierz konkretną formę postu i uczyń wszystko, aby pozostać jej wiernym. Jeden wieczór w tygodniu bez telewizji? Powstrzymywanie się od ostrych słów? Rezygnacja ze słodyczy? Niezaglądanie do Facebooka? Wybierz coś, co będzie dla ciebie trudne, ale możliwe.
Trochę specyficzne to zadanie, dobre raczej na początek Wielkiego Postu, a nie prawie na jego koniec. Bo nie sądzę, aby dotyczyło ono pozostałego okresu w ciągu roku liturgicznego. Aż takiej heroiczności od młodych osób bym nie wymagała, bo podejrzewam, że nawet narzucenie sobie jakiegoś ograniczenia na 40 dni i wytrwaniu w nim jest dla niektórych ponad siły. W czwartek postanowiłam jednak nie zaglądać ani na facebooka, ani nawet na bloga, co faktycznie było dla mnie ciężkie, ale nie niemożliwe. Zaoszczędzony w ten sposób czas spożytkowałam na powtórzenie sobie materiału przed mającym się odbyć nazajutrz egzaminem z mediacji. Wiem, że to może dziwnie brzmieć - egzamin po 1/3 semestru, ale tak nam ułożyli plan zajęć, że już nam się skończył ten przedmiot. Wykładowczyni chciała zaś zrobić od razu zaliczenie, abyśmy byli "na świeżo" z wiadomościami. Do samego egzaminu nie trzeba było podchodzić, bo miało się czwórkę i tak, i tak, ale skoro była szansa na piątkę, to dlaczego by się nie przyłożyć i nie spróbować jej dostać. W zasadzie trzeba było przeczytać i nauczyć się kilka rozdziałów z podręcznika pani Gójskiej oraz nauczyć się kilkunastu zwrotów potrzebnych do napisania kilku pism. Bywało gorzej.
I tak naprawdę znowu bardziej panikowałam niż to było konieczne, bo pytania były łatwiuteńkie, a z dwóch to nawet zostałam zwolniona. Niech żałują ci, którzy nie zdecydowali się walczyć o wyższą ocenę (i chyba żałowali). Jak zwykle zaliczałam ustnie, więc starałam się przygotować najlepiej, jak to tylko było możliwe, choćby poświęceniem czegoś innego. Ale udało się, z oceny jestem zadowolona, a w ramach odprężenia wybrałam się po zajęciach na jarmark wielkanocny, który ma miejsce w centrum Katowic. Zapraszam Was na zobaczenie, co też ciekawego się na nim znajdowało.
Trochę ozdób na świąteczne (i nie tylko) stoły:
Trochę łakoci
Oczywiście nie mogło też zabraknąć wielkanocnych dekoracji.
Jarmark tradycyjnie już był na wysokim poziomie i myślę, że każdy mógł znaleźć na nim coś dla siebie. Naprawdę trudno mi było wybrać zdjęcia, które prezentowały by jego różnorodność. I tak mam wrażenie, że wyszedł jakiś tasiemiec. Ale po poważnych tematach pojawiających się w ostatnim czasie na blogu chciałam pójść w coś lżejszego. Czy mi się to udało? Mam nadzieję, że tak.
A wieczorem, po pracy, miałam okazję pierwszy raz wziąć udział w Drodze Krzyżowej ulicami mojego miasta. Kolejne niesamowite przeżycie.