Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 30 października 2025

2267. Nie zapomnijmy położyć kwiatów Algernonowi

Diagnozowanie pewnych dolegliwości nie jest łatwą sprawą, zwłaszcza w momencie, kiedy przeciąga się to w nieskończoność. Jeden specjalista odsyła człowieka do drugiego, jeden ma inny pomysł na to, co mi dolega, niż inny. Siłą rzeczy w ostatnich tygodniach więcej czasu spędzam w gabinetach lekarskich oraz szpitalach, niż np. w pracy. Mam jednak nadzieję, że wkrótce lekarze dojdą do tego, co mi jest i pomogą mi to zwalczyć. I wrócić do wielu aktywności, z których siłą rzeczy musiałam zrezygnować z powodu dolegliwości bólowych lub podwyższonej temperatury.
Siedzenie w poczekalni bywa nudne. Większość ludzi spędza ten czas przeglądając rzeczy na swoich smartfonach. Ja jednak staram się wtedy coś czytać. Kiedy pobierałam edukację, były to notatki i szeroko rozumiane podręczniki. Teraz mam więcej czasu na czytanie dla przyjemności, a w bibliotece spędzam wiele chwil, najczęściej w momentach, pomiędzy pracą na świetlicy szkolnej, a pracą w świetlicy środowiskowej. Żałuję, że nie można w niej "pobuszować" pomiędzy półkami, szukając ciekawych pozycji. Dlatego najczęściej zamawiam książki z "półek" na portalu "lubimyczytać". Jedną z ostatnich takich książek była "Kwiaty dla Algernona" autorstwa Keyesa Daniela.

Tytuł: "Kwiaty dla Algernona"
Autor: Keyes Daniel
Wydawnictwo: Rebis
Poznań 2022
Ilość stron: 298

Poznajcie Algernona. Algernon w niewyobrażalnym tempie pokonuje przygotowany dla niego labirynt, bezbłędnie pokonując każdą z czyhających na niego pułapek. Za każdym razem robi to coraz szybciej i sprawniej. To szczur, szczury są inteligentne. Jednak Algernon został poddany specjalnej operacji, po której jego iloraz inteligencji gwałtownie zaczął rosnąć.
Poznajcie teraz trzydziestodwuletniego mężczyznę o imieniu Charlie. Mimo wieku jego iloraz inteligencji odpowiada ilorazowi małego dziecka. Wciąż chodzi do szkoły, gdzie uczy się czytać i pisać, pracuje w piekarni, gdzie wykonuje schematyczne czynności. Pojawia się jednak dla niego szansa - dwaj naukowcy opracowali metodę operacji, dzięki której istnieje szansa zwiększenia IQ. Skoro na Algernona zadziałało, dlaczego z Charliem miałoby być inaczej? I rzeczywiście, po operacji mężczyzna w błyskawiczny sposób przyswaja nowe informacje. Nikt jednak nie wie, ile to potrwa, ani jaki będzie finał tego eksperymentu.
"Kwiaty dla Algernona" to książka na miarę "Forresta Gumpa" (nota bene świetnego i w formie książki i filmu). Tutaj też mamy do czynienia z osobą początkowo upośledzoną umysłowo, która wzbudza w czytelniku i współczucie i sympatię. Jednak o ile Forrest Gump przez cały czas "pozostaje głupi", o tyle Charlie przez pewien czas jest prawdziwym geniuszem, co widać chociażby po stylu jego pisania (książka jest w formie dziennika). Akcja książki budzi jednak pytanie - na ile etyczne są takie operacje na ludziach. I do czego mogą tak naprawdę doprowadzić. Tytułowy Algernon był szczurzym geniuszem, ale jego mózg zaczął się też szybciej starzeć, przez co i szybciej odszedł z tego świata. Czy z ludźmi będzie podobnie? I czy Charlie nie zapomni położyć kwiatka na grobie swojego szczurzego przyjaciela? Dowiemy się z książki.

Tak sobie czytałam tą książkę i myślałam nad tymi wszystkimi moimi znajomymi, którzy są upośledzeni umysłowo. Nad kolegami i koleżankami z przedszkola i szkoły, nad znajomymi z klubu sportowego oraz wspólnot "Wiara i Światło". W końcu nad starcami z DSS, z którymi staram się od czasu do czasu spotykać. Czasami są, czy też byli, tak irytujący w swoim zachowaniu, że wewnętrznie mam ich dosyć. Ale chyba nie zdecydowałabym się poddać ich takiej operacji. Za żadną cenę. Może oni stanęli na mojej drodze po to, abym inaczej patrzała na świat ciesząc się z tego, co mam. Zresztą oni chyba na swój sposób są szczęśliwi w tym swoim życiu i zadowoleni. Jasne, że byłaby to znaczna ulga dla ich rodziców i opiekunów, ale czy warto by było zmieniać całe ich życie dla kilku miesięcy "mądrości"? Nie sądzę...

poniedziałek, 27 października 2025

2266. Radość młodości

Na wolontariat podczas tegorocznej Strefy Młodych zapisałam się po czasie. Czerwiec był dla mnie bowiem tak zakręconym okresem pod każdym względem, że jakoś przegapiłam termin rekrutacji. Postanowiłam jednak zaryzykować i wysłać swoje zgłoszenie po nim. W zasadzie nic nie traciłam, co najwyżej mogłam się nie dostać na wolontariat, a tylko mogłam wiele zyskać. Mam chyba jednak niesamowite szczęście pod tym względem, bo kilka dni później skontaktował się ze mną główny koordynator wolontariatu, aby omówić szczegóły. Byłam w szoku, bo spodziewałam się bardziej jakiejś listy rezerwowej, ale czułam też taką wewnętrzną radość, że się udało, mimo wszystko.
Przez blisko trzy miesiące jakoś nie myślałam o samym wydarzeniu, po prostu miałam inne tematy i problemy na głowie. Ale 18 października, dzień na który przewidziano wydarzenie, zbliżał się nieubłagalnie. Tradycyjnie podniecenie zaczęłam czuć na kilka dni przed. Wiecie, dla mnie to też niemałe przeżycie - nie wiadomo kim będzie lider zespołu i czy w ogóle się z nim dogadam mimo braku komunikatorów w telefonie. Rok temu się nie dogadałam z tego powodu... Na szczęście udało mi się dostać z ramienia KBO ŚDM, więc narzekać nie mogę. Ale ziarno niepewności zawsze jest. W tym roku trafiła mi się w miarę wyrozumiała liderka i bardzo miło mi się z nią współpracowało.
Wszyscy wolontariusze zostali podzieleni na mniejsze podzespoły. Ja trafiłam do sekcji szatnia/rejestracja uczestników. A więc coś, z czym śmiało mogłam sobie poradzić. Podczas rejestracji spotkałam wielu znajomych. Za każdym razem było mi niezmiernie miło, kiedy widziałam jakąś znajomą twarz. Tym bardziej, że większość z nich jak gdyby nigdy nic podchodziła, aby się ze mną przywitać. Największy napływ gości miał miejsce przed Mszą świętą otwierającą wydarzenie. Potem pojawiali się oni raczej sporadycznie.
Msza święta otwierająca formalnie Strefę Młodych (przed nią były jeszcze jakieś koncerty) była koncelebrowana. Scena na godzinę zamieniła się w ołtarz, za którym stanęła piątka księży, w tym dwóch biskupów i jeden arcybiskup. Pozostali księża stali pod sceną, a za nimi cała rzesza młodych osób i ich opiekunów, stojących na płycie Areny oraz na trybunach. Kilka razy obejrzałam się za siebie i jedna prosta myśl przeszła mi przez moją łepetynę - "Mega...".
Podczas kazania arcybiskup katowicki Andrzej Przybylski przybliżał nam postać św. Łukasza Ewangelisty, którego wspomnienie przypadało tego dnia. Zauważył, że bardzo często opisywał on historie uzdrowień dokonywanych przez Jezusa, chociaż znał je głównie z przekazów innych. Zauważył, że on też cierpiał za wiarę i zginął za nią. Znalazł też pewną analogię - wielu chrześcijan też dzisiaj cierpi za wiarę. Nie muszą oni fizycznie ginąć, wystarczy że robią to w strefie psychicznej. A to bywa nieraz jeszcze gorsze niż śmierć fizyczna. Zachęcał nas jednak, abyśmy byli jak owce - łagodni, nawet wówczas, kiedy będą atakować nas watahy wilków.
Po Mszy św. przeniosłam się na szatnię, gdzie byłam już do końca dnia. Tam też spotkałam wielu znajomych, a nawet udało mi się złożyć życzenia znajomym Łukaszom, zarówno duchownym, jak i świeckim. Zastanawiam się, czy udałoby mi się to w przypadku, kiedy bym była w domu. Pewnie nie. Jedną z osób, którą spotkałam będąc na szatni, był ksiądz biskup Suchodolski, który niemal od razu mnie skojarzył m.in. z Rzymem i zamienił ze mną i z jednym z księży z naszej diecezji, kilka zdań. Ksiądz Szymon, z którym byłam na ŚDM w Panamie niemal automatycznie zrobił mi reklamę zaznaczając, że jestem z tej diecezji. Trochę to śmiesznie wyglądało. Biskup Suchodolski przypomniał mi o forum, które chciał zorganizować pod koniec listopada w Warszawie, o którym mówił w czasie wrześniowego spotkania Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży podsumowywującego Jubileusz Młodych w Rzymie, a na które serdecznie mnie zaprosił.
Na wydarzeniu pojawiło się wiele znanych współczesnej młodzieży muzyków i infuenserów, o których ja nie mam nawet pojęcia. Jakoś męczą mnie takie głośne koncerty, jednak słuchając wszystkiego z korytarza było to dla mnie nawet znośne. Niektóre kawałki, np. "niemaGotu" wpadły mi w ucho i jakoś tak chodziły za mną do końca dnia. Skończyło się na tym, że po powrocie do domu po kilku zapamiętanych frazach wyszukiwałam je na youtubie, co nawet mi się udawało. 
Wśród wielu wyśmienitych gości był jednak jeden wyjątkowy - to kopia ikony Matki Boskiej Częstochowskiej peregrynująca po naszej diecezji. Tak więc Matka Boża w symboliczny sposób była z nami na sosnowieckiej Arenie, towarzysząc młodym w zabawie i integracji. A jednak co rusz ktoś do niej podchodził, przyklękał, składał prośby i podziękowania.
Drugą edycję Strefy Młodych zakończyło, podobnie jak rok temu, uwielbienie połączone z adoracją Najświętszego Sakramentu. Na chwilę udało mi się na nie udać (ludzie zaczęli już wychodzić i w szatni robiło się "gorąco"). Tak popatrzyłam na tych wszystkich młodych ludzi właściwie z całej Polski i pomyślałam sobie, że młody Kościół w dalszym ciągu istnieje i żyje. I tylko gdzieś tam w głębi serca poczułam żal, że księża wielokrotnie sami z siebie zrażają do niego młodych swoim postępowaniem, czy też tym, że nie dają im szans na samorozwój. I to nie chodzi o małe parafie rozsiane po wioskach, ale parafie w dużych miastach.
Po adoracji ludzie zaczęli się rozchodzić. W szatni dopiero był młyn. Kiedy jednak większość osób opuściła obiekt wszyscy wolontariusze i organizatorzy zostali zaproszeni do wspólnego pamiątkowego zdjęcia.
"A zawsze mówić będą między narodami - wielkie rzeczy nam Pan uczynił. Pan uczynił nam wielkie rzeczy i radość nas ogarnęła" ("Psalm 126", "NiemaGotu")
To był długi i męczący dzień, ale dający dużo radości i satysfakcji. Trochę się obawiałam, że ból brzucha ograniczy moje działanie, jednak tego dnia w skali 1-10 oponował on najwyżej na 2, więc było w sumie znośnie. Nie musiałam nawet brać tabletek przeciwbólowych. Może atmosfera jaka panowała na festiwalu tak na mnie podziałała? Oby tak było. A ja mam nadzieję, że spotkamy się za rok w tak samo wspaniałym składzie, jak teraz.

środa, 8 października 2025

2265. Przeźroczystość

Podczas moich praktyk szkolnych jakoś tak wyjątkowo zaznajomiłam się z nauczycielem plastyki. W czasie jednej z naszych dyskusji podzielił się spostrzeżeniem, że kapłan w czasie sprawowania najświętszej ofiary powinien być "przeźroczysty", tj. nie przysłaniać swoją osobą Ciała Pańskiego. Ostatnio ta prawda została powtórzona na pielgrzymce księży naszej diecezji do Czernej. Kiedy to usłyszałam, przyznałam rację, ale zastanawiałam się też, czy i ja w świecie nie jestem taką niezauważalną, nic nie wartą osobą. Bo w zasadzie to mało kiedy walczyłam o swoje. A ostatnie tygodnie pokazały mi jak mało znaczę dla innych. Dla tych, dla których się było, których się wspierało, z całych mizernych sił, nawet kosztem własnego mizernego zdrowia. Tak było i tym razem, kiedy ostre zapalenie trzustki spowodowane stresem "położyło" mnie na bite trzy tygodnie do szpitalnego łóżka. Tych, którzy ze mną byli, czy to realnie, czy wirtualnie, mogę policzyć na palcach. Nagle wszystkim zabrakło czasu, albo mieli ciekawsze zajęcia. A ja leżałam i samotnie płakałam z bólu połączonego z tęsknotą za Księdzem Niosącym Światło. I to też tak, aby nie przeszkadzać innym. Tak też spędziłam moje ostatnie, okrągłe urodziny, żałując, że nie mogę wysłać życzeń urodzinowych moim "bliźniakom", którzy obchodzą urodziny tego samego dnia. Chociaż nie powiem, tych kilka telefonów tego dnia mnie ucieszyło, tak jak odwiedziny trzech osób, w tym "mojej drugiej połowy" podczas wypraw w góry z Towarzystwem Ciemnych Typów. Tylko torta zabrakło.
W minioną niedzielę jeszcze dotkliwiej poczułam moją przeźroczystość połączoną z obojętnością, kiedy po dwóch latach nieobecności pojawiłam się w mojej parafii. Proboszcz wyjechał, więc mój główny dyskomfort psychiczny minął, choć tylko tymczasowo. Nie spodziewałam się fanfar, owacji na stojąco, czy choćby podziękowań za przybycie, ale takiej obojętności ze strony scholi też nie. Już chyba lepszy byłby emocjonalny chłód. Bo przecież nawet Pismo Święte mówi, że można być ciepłym albo zimnym, ale nigdy letnim. A tutaj właśnie pojawiła się taka "letniość". I tylko dlatego, że raz w życiu sprzeciwiłam się proboszczowi i Pani Dyrygent. Ale ja już naprawdę miałam dość przyjmowania z pokorą i zrozumieniem każdego pomijania mnie w inicjatywach. Ileż można. Gdyby sprawny zaprotestował, to pewnie by wzięto jego zdanie pod uwagę. A ja? Wyszło na to, że ryby i niepełnosprawni głosu nie mają. Przynajmniej w mojej parafii. Może jeszcze zniosłabym ten chłód, gdyby nie to, że chwilę po mnie przyszła dziewczyna, którą gorąco powitano i czule wypytywano o różne rzeczy. Zrobiło mi się najzwyczajniej w świecie przykro, że po tylu latach obecności w scholi nie mogę na nic liczyć. Nie zazdrościłam tej dziewczynie, nawet się cieszyłam. Tylko czułam żal. I żeby nie było - nie poszłam do scholi, aby tam śpiewać, ale żeby się przywitać, to chyba nie jest wielkiego. I może gdyby nie Ksiądz z Gitarą, do którego pojechałam pod wieczór, wraz z kilkoma wiernymi z nowej parafii, to chyba naprawdę zaczęłabym myśleć, że naprawdę jestem tak beznadziejna, że nie warta niczyjej uwagi. To chyba jeden z nielicznych momentów w ostatnim czasie, kiedy moja przeźroczystość ustąpiła miejsca człowieczeństwu z pełną gamą uczuć i odczuć. Aż pozwoliłam sobie na łzy, tym razem nie bezradności i żalu, ale wzruszenia i wdzięczności.
Wydaje mi się, że w sieci też jestem przeźroczysta. Dla wielu pewnie to bez różnicy, czy jestem, czy mnie nie ma. Nigdy zbytnio nie zabiegałam o popularność, jak trafiam na nowy blog to zawsze mam tą idiotyczną wątpliwość, czy powinnam jego autora zapraszać do siebie. No bo co ja mam niby do zaoferowania? Kilka, jak się okazało, idiotycznych przemyśleń. Nic godnego uwagi, prawda? Raz tak naprawdę pozapraszałam kilku bloggerów do siebie, a potem tylko źle się z tym czułam, tak, jakbym coś komuś na siłę narzucała. Może na początku zabiegałam o czytelników, ale późnej zabrakło mi na to po prostu sił. Nie potrafię się ani podlizywać, ani przymilać. I jeszcze idę jednostajnym torem myślenia, jednymi i tymi samymi ideałami. Właśnie dostrzegam, jaka ja jestem nudna i bezbarwna... A z drugiej strony doszedł hejt względem mojej osoby na messengerze, w najgorszym momencie. Powiem Wam jedno - milczenie i obojętność potrafią "pozbawić życia" równie dobrze, jak wulgaryzmy i przekleństwa kierowane w stronę drugiej osoby.
I tak się zastanawiam, czy kogoś by to obchodziło, gdyby to moje ostatnie ostre zapalenie trzustki okazało się zbyt dużym obciążeniem dla mnie, albo gdybym była już w tak złym stanie psychicznym, że coś bym sobie zrobiła (a przez ostatni miesiąc różne myśli chodziły mi po głowie). Czy ktoś zauważyłby moją nieobecność? Na moje miejsce w pracy przyszedłby ktoś bardziej produktywny, bierzmowanych przejąłby ksiądz i też by było. W macierzystej parafii nie wiem, czy kogoś by to ruszyło. Towarzystwo Ciemnych  Typów ani by się nie rozpadło, ani by zbytnio nie ucierpiało. W blogosferze jeden blog mniej do czytania i komentowania. Same korzyści. Tylko najbardziej żal by mi było mojego kota, jednej z niewielu pociech w tym ostatnim czasie. I tej niewielkiej garstki osób, także z blogosfery, które znalazły tych kilka chwil, aby chociażby zadzwonić, czy napisać krótkiego SMSa lub meila ze słowami wsparcia. Na początku nie spodziewałam się tego, ale z czasem, z czasem dawało mi to otuchy, że nie jestem sama ze swoim problemem. Że nie muszę się zbytnio obnażać z wnętrza, aby dostać wsparcie w tej konkretnej chwili. Że są jeszcze bezinteresowni altruiści myślący o innych.
Przeźroczystość jest potrzebna w życiu, żeby bez przerwy nie skupiać na sobie uwagi innych. Dzięki niej to właśnie inni mają szansę błyszczeć, nie przyćmiewamy ich swoim blaskiem, mogą być docenieni i dowartościowani. Jeżeli nie przez inne osoby, to przez nas samych. Przeźroczystość pozwala nam nie być bez przerwy na pierwszym planie, a dostrzegać w innych to, co na pozór niedostrzegalne. Ale przeźroczystość nie oznacza, że nas nie ma w ogóle. Że nie mamy swoich problemów i ich nie przeżywamy, chociaż o nich nie mówimy. W moim przypadku "przeźroczystość" sprawiła, że nie do końca walczyłam o swoje, o zainteresowanie innych, o równe traktowanie. A kiedy przyszły naprawdę trudne dni, to zabrakło tego wsparcia. Okazało się, kto tak naprawdę okazał się wtedy moim prawdziwym przyjacielem - homoseksualista, bezdomni ze wspólnoty "Betlejem", niepełnosprawni intelektualnie z "Wiary i Światło", dzieciaki ze świetlicy środowiskowej. Oczywiście było też kilka "normalnych"*, bo i Arcik z Ciemnych Typów, i mój Baca, i Kropka z Adamem, ale największe wsparcie popłynęło od tych "najmniejszych", wykluczonych przez otoczenie, mijanych. Jak potem wyznał mi D., który deklaruje się jako homoseksualista - "bo Ty jako nieliczna traktujesz mnie normalnie". A jak mam go traktować, przecież nie jest przeźroczysty i też zasługuje na uwagę, chwilę rozmowy i szacunek, jak każdy z nich i z nas.
Poniższa ilustracja doskonale obrazuje mój obecny stan. Na zewnątrz jakoś się trzymam, mimo skutków wspomnianego zapalenia trzustki, ale wewnątrz cała "chodzę". Tysiące myśli bombarduje moją głowę i gdyby nie codzienne obowiązki, to chyba bym się posypała. Więc przepraszam, za moje milczenie na Waszych blogach, ale chyba muszę poczekać na ciut lepszy czas...
* chociaż dla mnie wszyscy są normalni

czwartek, 2 października 2025

2264. Prawie jak członek komitetu organizacyjnego peregrynacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej

Lubię przeglądać kroniki. Można się z nich wiele dowiedzieć na temat minionych wydarzeń, ważnych dla danej jednostki. Sama przez wiele długich lat prowadziłam różne kroniki. Pamiętam jak już w czwartej klasie włączyłam się w prowadzenie kroniki kolonijnej (właściwie to obozu sportowego) wraz z dziewczynami z gimnazjum. Dzieliło nas kilka lat różnicy, nie przeszkadzało nam to jednak w prowadzeniu zapisków z naszej obozowej codzienności. Potem, gdzieś od szóstej klasy podstawówki do końca gimnazjum prowadziłam z koleżanką z klasy kronikę szkolną. Ja układałam zdania, a ona je zapisywała. Najczęściej w przerwie pomiędzy lekcjami, a treningami. Było z tym nieco pracy, ale mnie się podobało. Potem moja oficjalna działalność kronikarska zamarła, ale i tak pisałam dla siebie notatki z różnych wydarzeń, czy to w mieście, czy to sportowych, uczelnianych, czy też parafialnych, w których brałam udział. Myślę, że też blog jest taką ciekawą formą kronikarską, do której może właściwie w dowolnej chwili powrócić i autor, i jego czytelnik. O ile oczywiście będzie otwarty i nie zostanie usunięty. Wreszcie przez lata prowadziłam parafialną kronikę, co dawało mi wiele radości i satysfakcji. I poczucia bycia nie "przez przypadek", ale "po coś". Dlaczego teraz jej nie prowadzę (ani nikt inny - wiem z wiarygodnego źródła)? To pytanie nie do mnie, lecz do aktualnego proboszcza mojej parafii.
Dlatego aż mi się oczy zaświeciły, kiedy na stole w jadalni jednej z parafii mojej diecezji zobaczyłam leżącą kronikę. Jej aktualny administrator (to taki jakby okres próbny przed przyjęciem funkcji probostwa) Ksiądz z Gitarą znalazł ją przy okazji szukania czegoś tam i przyniósł w bardziej widoczne miejsce. Nawet powiedział, że mogę sobie ją obejrzeć, jak chcę. Chciałam, ale bałam się, że jeden niezamierzony ruch, wywołany atetozą, i piękne kartki z zapiskami z przeszłości mogłyby zostać bezpowrotnie zniszczone. Właśnie tego najbardziej nie lubię w moim schorzeniu - tych mimowolnych odruchów, nad którymi nie sposób zapanować. Ale przecież zawsze mogło być gorzej, więc nie mam prawa narzekać. Ksiądz kręcił się po kuchni, robiąc dwie herbaty*, bo jednak było zimno, a ja stałam bezradnie nad stołem ze wzruszeniem wpatrując się w piękną, złotą oprawę. Z tego, co powiedział mi kapłan, to została ona wykonana specjalnie na peregrynację obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, która miała miejsce w 1980 roku, jeszcze w momencie, kiedy większość parafii należała do archidiecezji częstochowskiej. 
W pewnym momencie do jadalni wszedł poprzedni proboszcz, który jest już na emeryturze, i zobaczył, że stoję nad bezcennym skarbem. Ucieszyłam się z jego przyjścia, bo właśnie przywiozłam mu obiecane znaczki ze świętymi Carlem Acutisem i Pier Giorgiem Frassati, prosto z Watykanu. Też zachęcał mnie do obejrzenia kroniki, ale ja dalej miałam obawy. W końcu ksiądz przyniósł herbatę (zapamiętał, żeby nie lać mi wody do pełna bo wyleję), a widząc moje wahanie co do kroniki, po prostu usiadł po jednej stronie, po drugiej siadł proboszcz-senior, i Ksiądz z Gitarą zaczął sam z siebie przerzucać kolejne strony, które przyciągały mnie niczym magnez. W mojej głowie pojawiało się tysiące pytań, odpowiedzi na większość z nich potrafił udzielić mi proboszcz-senior. A reszty się dowiem prawdopodobnie po śmierci. W kronice jest jednak bardzo dużo pustych stron, więc...
Jak wiecie z poprzednich wpisów, w sierpniu w naszej diecezji (tym razem sosnowieckiej) rozpoczęła się ponowna peregrynacja obrazu. Ma on zawitać do wszystkich kościołów i ważniejszych ośrodków religijnych na jej terenie. Szczególnie uroczyście ma się to odbywać w kościołach dekanalnych, w których biskup ma przewodniczyć specjalnym nabożeństwom. A parafia Księdza z Gitarą jest siedzibą dekanatu, w dodatku to kościół jubileuszowy, więc i tam wydarzenie będzie miało szczególny, trzydniowy charakter. I proboszcz-senior (który zna mnie zaledwie od kilkunastu dni), ni z gruszki, ni z pietruszki, wyskoczył z propozycją, że w sumie to mogłabym się włączyć w przygotowania i oprawę tego wszystkiego. Ksiądz z Gitarą nie protestował, tylko z rozbawieniem przyznał, że wcale go nie zdziwi to, jak przez te trzy dni będę się przez godzinę tłuc autobusem "po całym bożym świecie" w pogodę i niepogodę, aby tylko być. Tym bardziej, że kiedy obraz był w moim dekanacie, to ja akurat byłam na kanonizacji w Watykanie, więc nie za bardzo miałam jak w nim uczestniczyć. I tak mimochodem dodał, że w zasadzie to przydałoby się, aby ktoś zrobił jakąś sensowną notatkę z tego wydarzenia. 
Trochę niepewnie na nich popatrzyłam, bo przecież kim ja dla nich jestem? Co najwyżej przybłędą z oddalonego o godzinę drogi autobusem. Proboszcz-senior dopiero co mnie poznał, a już obdarzył mnie niewyobrażalną sympatią i zaufaniem. O Księdzu z Gitarą nie wspominając. Co prawda był moim katechetą, ale kiedy to było. Obiecał znaleźć sekretarza, który będzie notował moje pomysły. Przez przypadek wracam do jednej z tych czynności, które naprawdę lubiłam. Ostatnio pisałam, że Bóg zawsze daje nam piękne prezenty. Nawet jeżeli wcześniej coś zabiera. Czyżby to był kolejny "Boży" piękny prezent urodzinowy? I tak sobie myślę, że nawet kiedy wszyscy o nas zapomną, nie znajdą dla nas czasu, zwykłych pięciu minut, to On jeden zawsze będzie o nas pamiętać, o tym, że pojawiliśmy się na tym świecie i obdarzy nas w niezwykły sposób. Tak, że my sami nawet nie będziemy się tego spodziewać. Musimy tylko chcieć dostrzec te Jego niezwykłe dary dawane nam za pośrednictwem innych ludzi i znaków na niebie i ziemi.
Wiecie co, coraz częściej chce mi się płakać. Bo jak to jest, że jedni zabierają to, w czym jesteś dobry, czym zajmowałeś się przez lata. Teraz w mojej parafii kronika kurzy się gdzieś w Oratorium. Chyba, że proboszcz sam ją prowadzi. Ale zawsze mi się wydawało, że do pisania sprawozdań z wydarzeń potrzebny jest nie tyle talent, ile zaangażowanie, pomysł i pasja, a nie święcenia kapłańskie. Zabrał mi kronikę, odebrał możliwość udzielania się w scholi na tym poziomie co dotychczas, zamknął Oratorium. I cynicznie mówi, że "nie udzielam się wystarczająco udzielam"... Błędne koło... Ale jak to raz powiedział mi Ksiądz Niosący Światło: "Wiesz Lolku, Jezus też przyszedł do swoich, a swoi go nie przyjęli" - ot, takie pocieszenie. A drudzy, nawet jeżeli do końca nie wierzą w drzemiący we mnie potencjał, w to, że jestem w stanie coś zdziałać, to przynajmniej dają szansę na wykazanie się. Nie widzą 100% problemu, ale kogoś, kto chce coś robić, mimo wszystko. I tacy ludzie będą błogosławieni, bo nie widzieli, a uwierzyli. A ja mam poczucie, że jednak jestem po coś potrzebna. Postaram się wywiązać z powierzonego mi zadania najlepiej, jak tylko będę mogła. Mam nadzieję, że nikogo nie zawiodę...
Wiem, że w mojej parafii też będzie ten obraz. I że nawet gdybym zaoferowała pomoc, to przeszłoby to bez echa. Dlatego jakoś tak wyjątkowo cieszę się na to, co już niebawem będzie się działo w parafii Księdza z Gitarą.
Ej, a tak w ogóle to myślicie, że jako kronikarz chociaż przez chwilę mogę poczuć się jako członek komitetu organizacyjnego?

*  proboszcz najzwyczajniej w świecie obsługujący kogoś... Myślę, że mój nie zdobyłby się na taki gest, przecież on nawet zamknął Oratorium na cztery spusty, coś co według reguły zgromadzenia ma służyć młodzieży... Brak słów