Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 28 lutego 2021

1265. "Uwielbiam... (...) z krzyża siedem słów": rozważania wielkopostne 2021 - cz. 2: nawrócenie

"Zaprawdę powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze Mną w raju". (Łk. 23, 43)

Wraz z Jezusem na Golgocie zostali powieszeni również dwaj inni złoczyńcy, którym tradycja nadała imiona Dyzma(dobry łotr) oraz Gestas(zły łotr). Według relacji św. Łukasza Ewangelisty, w pewnym momencie Gestas miał powiedzieć do Syna Bożego: "Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas"(Łk. 23, 33). Nie było to jednak jego wyznanie wiary, a czysty egoizm połączony z chęcią ucieczki od kary, którą ponosi. Wiedział bowiem, że w przypadku gdyby Jezus swoją mocą uwolnił siebie, a przy okazji ich z męczeńskiej śmierci, zostaliby ułaskawieni.
Tymczasem cały świat aż do tamtego piątkowego popołudnia musiał czekać, żeby znalazł się ktoś, kto odkupi wszystkie jego grzechy i wybawi go od złego. Misja ta przypadła Chrystusowi, który nie dość, że poniósł za wszystkich śmierć, to w dodatku była to śmierć krzyżowa. W owych czasach krzyż był symbolem hańby, na którym wieszano największych złoczyńców. Tymczasem zawisł na nim najbardziej niewinny człowiek na świecie.
Nie wiemy do końca czy dobry łotr, późniejszy święty Dyzma, był Żydem czy też poganinem. Czy znał, chociaż pobieżnie, ustanowione prawo, czy też nie. Wiemy natomiast, że w jakimś podświadomym odruchu uwierzył, że Jezus jest kimś wyższym, kimś ponad nimi wszystkimi. Nie wahał się skarcić Gestasa słowami "Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tą samą karę ponosisz? My przecież - sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił (Łk. 23, 40 - 41). A następnie dodał: "Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa"(Łk. 39, 42).
Jezus widzi skruchę dobrego łotra i jego żal za grzechy. Nie wiemy za co święty Dyzma został skazany. Musiało być to coś bardzo poważnego, prawdopodobnie coś co współcześnie zaliczylibyśmy do grzechu ciężkiego i za który automatycznie powinien iść na wieczne potępienie.
Tymczasem Jezus dostrzega szczerą skruchę i żal za popełnione grzechy Dyzmy. Dlatego odpowiada mu: "Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze mną będziesz w raju"(Łk. 39, 43). Była to pierwsza w historii kanonizacja(bo skoro Dyzma miał znaleźć się w raju, to musiał zostać świętym). Zarazem dowód na to, że na nawrócenie grzesznika nigdy nie jest za późno. A nawrócenie, nawet na łożu śmierci, może mieć znamienne skutki - nie wiemy jak ogromne jest boże miłosierdzie, bo nie możemy sobie tego nawet wyobrazić.
Przykładów takich nawróceń w ostatnich chwilach życia historia zna sporo.
Za jeden z nich może posłużyć historia Fryderyka Chopina*. Jego życie religijne skończyło się wraz z jego wyjazdem z Warszawy w 1830 r. Otaczający go na emigracji ludzie nie byli zbyt religijni, toteż Chopin też przestał się nią interesować. Jego życie upłynęło nie tylko na komponowaniu muzyki, ale też na bywaniu na salonach. Odziedziczona po mamie wiara nie wytrzymała próby. Szczególnie załamała się wtedy, gdy w życiu jej zdolnego syna pojawiły się kochanki - Delfina Potocka oraz Aurora Dudevant. Zdrowie Chopina wciąż ulegało pogorszeniu, ale nawet jego fatalna kondycja zdrowotna nie spowodowała odnowienia jego życia religijnego. Traf chciał, że w Paryżu spotkał brata swojego dawnego przyjaciela Aleksandra Jełowickiego, który był księdzem. Kapłan wielokrotnie próbował nakłonić przyjaciela do sakramentalnego pojednania z Bogiem, niestety bezskutecznie. Ostatecznie wielki kompozytor zgodził się mu opowiedzieć o swoim życiu, jednak zdecydowanie odmawiał przystąpienia do sakramentu spowiedzi, mimo że zdawał sobie sprawę ze swojego stanu zdrowia. Paradoksalnie nie chciał zasmucać matki tym, że umiera bez wiary i sakramentów, ale om po prostu nie rozumiał już ich i nie wierzył. Kiedy wieczorem 12 października 1849 roku osobisty lekarz Szopena poinformował księdza Jełowickiego, że jego przyjaciel może nie przeżyć nocy, bez wahania udał się do jego mieszkania. Kiedy dopuszczono go do chorego, usłyszał, że ma odejść. Aleksander poszedł więc do kościoła i na całą noc pogrążył się w modlitwie w intencji Frycka. Wczesnym rankiem odprawił Mszę za jego duszę, prosząc o nawrócenie duszy umierającego. Zaraz po tym udał się do przyjaciela. Ponieważ tego dnia przypadały imieniny zmarłego brata Aleksandra, ten poprosił, aby Chopin dał mu swoją duszę. Fryderyk zrozumiał o co chodzi i zgodził się na spowiedź, siadając na łóżku. Trwała ona bardzo długa, ale odmieniła kompozytora. Miał po niej powiedzieć przyjacielowi: "Bez ciebie, mój drogi, byłbym zdechł jak świnia". Tuż po niej nastąpiło czterodniowe konanie mistrza fortepianu, podczas których dawni przyjaciele trzymali się za ręce. Był to też czas przebudzonej po latach wiary. W chwilach przytomności wzywał Świętą Rodzinę. Ostatnie jego słowa zaś brzmiały "Jestem już u źródła szczęścia!".
Inny przykład dotyczy znanego poety i pieśniarza, Jacka Kaczmarskiego**. Kaczmarski zasłynął wieloma znanymi piosenkami, m.in. "Murami", nosił dumny przydomek "Barda Solidarności". Wychowywał się w rodzinie ateistycznej i deklarował się też jako ateista. Chociaż tak naprawdę poszukiwał Boga, czego dał wyraz np. w programie "Szukamy stajenki". W dodatku związał się z głęboko wierzącą katoliczką, Alicją Delgas. Dzięki niej zaczął się zastanawiać nad przyjęciem chrztu. Zawsze jednak coś stawało mu na przeszkodzie. Na początku 2002 roku artysta zaczął mieś kłopoty z głosem. Szczegółowe badania wykryły u niego raka krtani. Musiał podjąć dramatyczną, jak dla piosenkarza, decyzję - czy poddać się operacji, w skutek której zostanie pozbawiony możliwości śpiewania? Zamiast operacji, postanowił leczyć się ziołami. Niestety, choroba szybko postępowała siejąc coraz większe spustoszenie w jego organizmie. Zmarł dwa lata później, w Wielką Sobotę. Kiedy kilka dni wcześniej karetka zabrała go do jednego z gdańskich szpitali, lekarze nie ukrywali, że nie zostało mu wiele czasu. Przed śmiercią, pod wpływem jednej z rozmów z Alicją, zdążył pojednać się z Bogiem, a na 10 godzin przed nią przyjąć sakrament chrztu świętego. Następnie muzyk zapadł w głęboki sen, podczas którego oddychał miarowo i spokojnie. Wiele ludzi zarzuca, że przyjął sakrament nie będąc tego świadomym, jednak, jak wspomina Alicja, już po narodzinach syna zastanawiał się, czy się nie ochrzcić. Ale nie umiał dojść do porozumienia z księżmi.
Jednak czymże jest to owe nawrócenie? Nawrócenie jest zerwanie z dotychczasowym grzechem. Zostało ono wpisane w program nauczania Jezusa Chrystusa. W sposób pośredni lub bezpośredni wzywał słuchających go ludzi do zerwania z dotychczasowymi grzechami, bo głównie w taki sposób mogą dostać się do chwały pańskiej. Sam zaś zgodził się wziąć na swoje barki wszystkie grzechy nawróconych ludzi i odkupić je męczeńską śmiercią. Co ważne, na nawrócenie nigdy nie jest za późno puki żyjemy i możemy go dokonać w każdym momencie, nawet w ostatnim tchnieniu. 


* źródło: https://pl.aleteia.org/2017/11/06/chopin-przed-smiercia-nie-chcial-spowiedzi-jednak-pewien-kaplan-go-przekonal-jak/
** źródło: https://www.pomponik.pl/plotki/news-jacek-kaczmarski-chrzest-przyjal-na-lozu-smierci,nId,2216735,nPack,2, 

sobota, 27 lutego 2021

1264. O studiach, sporcie, działalności społecznej, wierszach... Po prostu o życiu

Tak zestresowana jak wczoraj nie byłam chyba dawno. No bo z jednej strony chciałam jak najciekawiej opowiedzieć o życiu osoby zmagającej się z czterokończynowym dziecięcym porażeniem mózgowym, a z drugiej nie chciałam wyjść ani na życiowego bohatera, ani na osobę, która użala się nad swoim życiem. Owszem, nie jest w nim łatwo, ale czy to powód, aby narzekać na wszystko dookoła samemu nie robiąc nic, co mogłoby poprawić moją sytuację. Poza tym zawsze wychodzę z założenia, że są osoby, mające gorzej niż ja, toteż użalanie się na swój los wcale nie jest moim pomysłem na życie.
Już wcześniej uzgodniłam z Godzillą, że mam opowiedzieć o swoich aktywnościach. A jest ich trochę. Zresztą sami możecie o nich poczytać na moim blogu. A i z Godzillą bardzo często dzieliłam się wrażeniami po kolejnym dniu w Oratorium, biegu czy też wolontariacie. Godzilla dopingowała mnie mentalnie przed odczytaniem kwestii podczas nabożeństw czy też Mszy świętych, a także przed wygłoszeniem referatów i prezentacji na ćwiczeniach. Tak więc była na bieżąco z moimi większymi i mniejszymi sukcesami. Trochę mi było żal, że obostrzenia związane z pandemią brutalnie rozdzieliły mnie z nią(i nie tylko z nią), bo myślałam, że wspólnie dobrniemy do celu, jaki postawiłyśmy sobie jesienią 2018 roku. 
Jeszcze godzinę przed wystąpieniem układałam sobie w łebku, co tak właściwie chciałabym powiedzieć innym. Przez to o mało nie przegapiłam chwili, w której miałam przeczytać rozważania moich Stacji Krzyżowych. Na szczęście w porę się zorientowałam, że to już VIII Stacja(moje były 2 następne). Przeczytałam swojej niewielkie kwestie i wróciłam na swoje miejsce. To nie jest tak, że nie uważałam co było czytane, bo uważałam, ale przez moment zawiesiłam się w tym wszystkim.
Po powrocie do domu, jakieś 10 minut przed 18:00 włączyłam laptopa, a następnie aplikację ZOOM, na której odbywało się spotkanie. Czas poprzedzający wydarzenie spędziłam na pogaduszkach z Godzillą oraz E., które koordynowały całą akcję. 
Powoli zaczęli schodzić się ludzie. Może nie było ich spektakularnie wiele, jednak myślę, że czasami warto jest mówić chociażby do jednej osoby. Opowiadałam o swojej codzienności, o studiach, uprawianiu sportu, wyjazdach turystycznych, działalności w parafii i w Oratorium, udzielaniu się podczas różnych wolontariatów, pisaniu wierszy i opowiadań, udzielaniu korepetycji, w końcu o marzeniach i planach na przyszłość... Ot, normalne życie, prawda? Takie, jakie toczy wielu z nas. 
Po moim monologu przyszedł czas na zadawanie mi pytań. Jedno z nich dotyczyło stygmatyzacji i stereotypowaniu niepełnosprawnych ruchowo. Mogłabym podawać wiele przykładów, kiedy ktoś z góry zakładał, że czegoś nie zrobię. Nawet z uczelni. Ale chyba nie o to chodzi, dlatego opowiedziałam tylko ogólnikowo. Padło też pytanie, czy są zachowania ze strony tzw. pełnosprawnych, które mnie szczególnie denerwują. Tak, jest jedno - kiedy słyszę, albo czytam, że ktoś wie jak to jest być niepełnosprawnym, bo ma siostrę, brata, ojca, matkę, ciotkę, wujka, krewnych i znajomych niepełnosprawnych(jedyny wyjątek stanowią rodzice dzieci niepełnosprawnych, chociaż i tutaj nie do końca tak jest). No właśnie, ktoś jest niepełnosprawny, a nie on sam. Nie wie więc do końca, co to oznacza, bo nie doświadczył tego na własnej skórze. Nie wie ile tak naprawdę kosztuje taką osobę droga do sprawności zarówno ruchowej, jak i społecznej. Wbrew bo nawet opieka nad takimi osobami nie jest tym samym, czym bycie fizycznie niepełnosprawnym. Pamiętajcie o tym...
Padło też pytanie o rolę techniki w moim życiu i dostosowanie stanowiska pracy do moich potrzeb. Nie ukrywałam, że dzięki komputerowi mogłam pisać wypracowania na język polski, prace konkursowe, od czasu liceum laptop zastępuje mi zeszyt(wiadomo, że nikt nie będzie czekał, aż przepiszę coś z tablicy ręcznie), w końcu dzięki możliwości pisania na komputerze napisałam sprawdzian szóstoklasisty, egzamin gimnazjalny, maturę, egzamin zawodowy oraz egzaminy na studiach. Naprawdę, to nie jest przysłowiowe pójście na łatwiznę, ale tzw. wyrównywanie szans. Co do pracy zawodowej to zwróciłam uwagę moich słuchaczy na umożliwienie osobom takim jak ja korzystanie z "asystenta zawodowego", który nie wyręczałby mnie w wykonywaniu obowiązków zawodowych, ale wspomagał, np. w zapisywaniu ręcznym dokumentów.
Całość trwała godzinę. Starałam się mówić o swoim życiu jak najbardziej naturalnie, za bardzo nie wchodząc w szczegóły i nie kreując się na bohatera, bo nim nie jestem. I nie chcę nim być. Wszelkie oznaki zachwytu ze strony słuchaczy odebrałam z radością, a jednocześnie z pokorą. Bo nie jestem lepsza od innych niepełnosprawnych. Chcę być po prostu człowiekiem, który realizuje się w życiu. Tylko tyle. I aż tyle...

czwartek, 25 lutego 2021

1263. Trema jest, ale kto nie próbuje, ten nie pije przysłowiowego szampana :)

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie znajoma ze studiów(jak to miło, że jeszcze mnie pamięta) z pytaniem, czy nie zechciałabym wziąć udziału w projekcie, w którym również ona bierze udział. Krótko mówiąc potrzebowała osoby niepełnosprawnej, która nie dość, że nie narzeka na wszystko dookoła, to jeszcze prowadzi takie życie, które mogłoby zainspirować inne osoby. I jakoś tak pierwszą osobą, według niej, która przyszła jej do głowy byłam ja. 
Nie powiem, było mi bardzo miło, że pomyślała właśnie o mnie, chociaż tak naprawdę od dawna pracuje z niepełnosprawnymi. Od razu oczywiście pojawiło się pytanie dlaczego ja oraz wątpliwość, czy będę umiała się wysłowić. Odpowiedź Godzilli była jasna i klarowna - bo nie znam drugiej tak bardzo pozytywnie zwariowanej osoby, poza tym umiałaś zagadać Kaprala, kiedy nikt oprócz ciebie nie miał kolejnych rozdziałów magisterki, to i teraz sobie dasz radę.
Wobec powyższych zgodziłam się spełnić jej prośbę i podczas jakiegoś spotkania projektowego opowiedzieć co nieco o swoim życiu. W końcu dobrym znajomym nie odmawia się przysługi, prawda(w sumie nie przypominam sobie, aby ona mi kiedyś czegoś specjalnie odmówiła)? Pozostała tylko kwestia terminu. Ten przypadł na dzień jutrzejszy, na godzinę 18:00. Nawet dobrze, bo jutro nie mam treningu, więc nie musiałam niczego przekładać, ani odwoływać. Mam tylko nadzieję, że wyrobię się z dziecięcej Drogi Krzyżowej o 17:00, na której czytam rozważania do aż 2 jej stacji (IX i X). Co prawda tydzień temu nabożeństwo skończyło się już o 17:30, ale wtedy to nie ja czytałam(ha, ha, ha). Czy teraz będzie podobnie? Mam taką nadzieję.
Oczywiście trema przed wystąpieniem jest. Zarówno przed czytaniem w Kościele(w sumie nie pierwszy raz), jak i udziałem w projekcie(tu już pierwszy raz). Kurczaczki, myślałam, że po tylu latach wygłaszania referatów i innych dziwnych rzeczy w ramach studiów, jak i czytania tego i owego podczas Mszy i nabożeństw już się uodporniłam. Gdzież tam... A trema działa na mnie i w obszarze salutogenezy i w obszarze patogenezy. I, o ile w obszarze salutogenezy, wpływa to na wewnętrzną mobilizację, aby starać się mówić jak najbardziej wyraźnie, o tyle w obszarze patogenezy np. moje mięśnie potrafią odmówić posłuszeństwa, albo ruchy są jeszcze bardziej nieskoordynowane.
Tak więc trzymanie kciuków od 17:00 do 19:30(?) mile wskazane. Co prawda nie mogę Was zaprosić na transmisję nabożeństwa Drogi Krzyżowej z mojej parafii, bo jej nie ma, ale z racji tego, że spotkanie w ramach projektu odbywa się on-line, mogę zaprosić Was właśnie na nie. Jeżeli tylko macie zainstalowaną platformę Zoom (zawsze można ją zainstalować tylko na chwilę) oraz wolny wieczór i chęci to zapraszam Was na spotkanie odbywające się pod adresem 
https://us02web.zoom.us/j/82867339751?pwd=aWd6eVRUQkk5Z2Z4bXdETFVLZWxJUT09 (dla tych co nie znają platformy, a chcieliby mnie usłyszeć taka rada - wejdźcie w link ciut wcześniej, bo czasami chwilę potrzeba, aby się załadował). Będzie mi bardzo miło, jeżeli będziecie. Nie jest to jednak przymus, bo rozumiem, że każdy ma swoje własne sprawy. Trzymanie kciuków za powodzenie akcji, choćby w myślach, mi wystarczy.

wtorek, 23 lutego 2021

1262. Kartka dla Adriana

Ech, jeszcze niedawno zachwycałam się przepiękną zimą i śniegiem, jaki obsypał nasze miasto, a tutaj już w niedzielę, idąc na Mszę świętą, zauważyłam pierwsze oznaki zbliżającej się wiosny. Gałązki krzewów rosnących na skwerach dookoła osiedla, na którym mieszkam już puściły pierwsze, nieśmiałe pączki.

Gdyby zima w ostatnich latach nie była deficytowym zjawiskiem, pewnie tak bardzo nie byłoby mi żal tego uroczego śnieżnego puchu. Z sentymentem wracam do czasów mojego dzieciństwa, kiedy na zajęciach z w-fu śmigaliśmy na sankach po górce w parku miejskim, albo stawialiśmy pierwsze kroki na nartach biegowych i skibobach*. A ile razy zbaczało się w drodze ze szkoły do domu i szusowało nawet na podeszwach traperów do późnych godzin, zbierając potem za to burę od rodziców... Albo wracało w największym śniegu delektując się jego delikatnym skrzypieniem? Albo z radością rzucało w śnieg, robiąc słynne "aniołki" oraz "orzełki"? Czy takie czasy nadejdą dla współczesnych dzieci i będą beztrosko korzystać z uroków zimy bez konieczności wyjeżdżania w wyższe partie gór?
Na początku lutego urodziny obchodził jeden z moich kolegów z gimnazjum - Adrian. Przez przypadek po latach spotkaliśmy się ponownie, podczas moich zeszłorocznych praktyk w Środowiskowym Domu Samopomocy, w którym miałam praktyki. Oczywiście odnowiliśmy naszą znajomość, również poprzez wymienienie się numerami telefonów. Z jednej strony nie powinno się tego robić, ale z drugiej i tak byłam tam tymczasowa, a poza tym to dawny kolega ze szkoły(a jakby się tak bardzo uprzeć, to jeszcze z przedszkola).
Gdzieś w połowie stycznia Adrian zadzwonił do mnie z pytaniem, czy nie przyszłabym do niego na urodziny. Niestety, wiedziałam że w tym roku nie jest to za bardzo wykonalne. Postanowiłam jednak zrobić mu niespodziankę i zrobić kartkę urodzinową. Wyzwanie było niełatwe, ponieważ Adrian jest osobą niewidomą. Dlatego wykonałam dla niego coś w rodzaju, hmm, kamizelki? Jakoś tak uznałam, że na kartkę w takiej formie Adrian będzie sobie mógł też coś "zobaczyć" swoimi palcami. Toteż nakleiłam na nią wstążki(coś na wzór takich wstążek, jakie czasami zawiązuje się pod kołnierzem), otwierane kieszonki, guziki z cekinów oraz kryształków. W środku oczywiście napisałam życzenia, w dodatku rymowane, żeby było ciekawiej i zabawniej. Zewnętrzny efekt prezentuje się mniej więcej tak (wnętrze zostawiłam dla siebie 😀):
Może nie jest to jakaś rewelacja. Zresztą gdzie ja się uciekam z moimi mizernymi zdolnościami do cudeniek, które prezentują dziewczyny na swoich blogach. Na pewno daleko mi do nich. Kartkę robiłam dwa dni, ale czasami ręka za bardzo mi się męczyła, a przez to pojawiało się niekontrolowane drżenie. Dlatego wszystko musiałam rozłożyć w czasie.
Kartkę Adrianowi dostarczyła nasza wspólna znajoma, która też została zaproszona na "imprezę"(spokojnie, to nie były żadne koronaparty, bo przyszły na nie zaledwie 3 osoby). Czy się mu podobała? Mam taką nadzieję.

Trzymajcie się ciepło!

* Skiboby są sportem zimowym, w którym zawodnik siedząc porusza się na pojeździe będącym połączeniem nart i roweru. Dodatkowo mają dwa małe narty, które w wersji dla niepełnosprawnych trzymają w dłoniach w celu stabilizacji podczas jazdy. Zawody skibobowe rozgrywane są w slalomie, gigancie oraz supergigancie.

niedziela, 21 lutego 2021

1261. "Uwielbiam... (...) z krzyża siedem słów": rozważania wielkopostne 2021 - cz. 1: przebaczenie

To chyba już taka nasza blogowa tradycja, że w okresie Wielkiego Postu pojawiają się tutaj rozważania dotyczące pewnych spraw. I chociaż sam okres jest typowo chrześcijański, to staram się poruszać uniwersalne wartości. Może i osoby niewierzące z nich skorzystają? 
W tym roku chcę się skupić na ostatnich siedmiu mowach(czasami nazywanych też słowami) wypowiedzianych przez wiszącego już na krzyżu Syna Bożego i przypisać im konkretne znaczenie. Dziś zajmiemy się pierwszym wypowiedzianym przez niego zdaniem: "Ojcze, przebacz im bo nie wiedzą co czynią..." (Łk. 23, 34), któremu przyświeca hasło: "przebaczenie".

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy(Mt. 18, 21-22)

Nie jest łatwo przebaczyć. Zapewne niejeden z nas przynajmniej kilka razy w życiu miał taką sytuacją, kiedy nie potrafił wybaczyć drugiemu krzywdy jaką od niego doświadczyliśmy. To takie ludzkie... Tymczasem wiszący na krzyżu Jezus dał nam prawdziwą lekcję przebaczania. Ale nie tylko. Kiedy jakiś czas wcześniej święty Piotr zapytał ile razy ma przebaczyć drugiemu człowiekowi, gdy ten go zrani, Jezus odpowiedział mu, że 77 razy. W głowach bardziej dociekliwych pojawi się pytanie: "A co w przypadku, kiedy przebaczę już te 77 razy? Czy potem już nie muszę tego robić?". Tak, jakby na przebaczanie był jakiś ustalony z góry limit, niczym na karcie telefonicznej. Jednak owo 77 razy jest tylko liczbą symboliczną - powinniśmy przebaczać zawsze. Tak, jak przebacza nam sam Bóg, za każdym razem, kiedy bardzo żałujemy tego co zrobiliśmy. Ten sam Piotr w czwartkowy wieczór zaparł się swojego Mistrza, zdradzając go. Czy Jezus go za to potępił? Nie, wprost przeciwnie, sam przebaczył mu ten występek.
Przebaczanie jest aktem miłosierdzia. Bóg bogaty w miłosierdzie potrafił przebaczyć swoim oprawcom. Gdybym miała namalować tą scenę, to z całą pewnością na twarzy Jezusa nie malowałby się ból i złość, a wyrozumiałość. Bo miłosierdzie, a co za tym idzie też i przebaczenie, wymaga od nas wyrozumiałości. Jednocześnie będąc miłosiernymi, możemy otrzymać Boże błogosławieństwo oraz doświadczyć Jego miłosierdzia. Obiecał nam to Jezus, kiedy podczas kazania na Górze: "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią"(Mt. 5, 7). Jaki jest człowiek miłosierny? Dobry, ufny i nie mający do nikogo urazy. Ale "błogosławiony" w Piśmie Świętym oznaczał też szczęśliwego. A więc będziemy szczęśliwy także wtedy, kiedy wybaczymy innym to, co złe(szerzej o tym możemy poczytać >>tutaj<<. 
Nawet słowa "Modlitwy Pańskiej"(modlitwy "Ojcze nasz") nawiązują do przebaczenia - "I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Co więcej, jeżeli prosząc o wybaczenie sami nie potrafimy innym przebaczyć, sprawiamy, że nasza modlitwa staje się niewiarygodna. To tak, jakbyśmy wymagali od Boga czegoś, czego sami nie wymagamy od siebie. Tak trochę to jest nie fair. Co ciekawe, nie musimy być z osobą, która sprawiła nam przykrość w takiej koniunktywie jak wcześniej. Grunt, żebyśmy nie czuli do niej urazy. Uraza, złość na innych bardzo często prowadzą do zgryzoty, a ta, nawet do poważnych chorób. Pamiętajcie o tym.
Jezus zaskakiwał swoim miłosierdziem nie raz. Myślę, że takim preludium do wydarzeń na krzyżu było spotkanie z Magdaleną. Chyba każdy, nawet niewierzący, wie czym się trudniła. Nawet do dzisiaj jednym z określeń tego zawodu jest słowo "magdalenka"(sama się o tym dowiedziałam stosunkowo niedawno). Pewnego dnia została przyłapana na cudzołóstwie, za co groziło jej ukamieniowanie. Uczeni w Piśmie chcieli tym samym sprawdzić, jak wyznawane przez nich prawo mojżeszowe ma się do głoszonego przez niego miłosierdzia. Jezus miał wtedy powiedzieć, że ten, kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień, a kiedy wszyscy już sobie poszli, miał puścić Magdalenę wolno, zaznaczając że jej nie potępia, a zarazem prosząc, aby więcej już nie grzeszyła. Warto tutaj wspomnieć, że tak naprawdę nie wiadomo jak miała na imię ta kobieta, tradycja nazwała ją Magdaleną (nie mylić z Marią Magdaleną bo to dwie różne osoby!!!).
I wreszcie tamto piątkowe południe, kiedy po męczącej Drodze Krzyżowej wisiał na krzyżu. Mógł błagać ich, żeby zdjęli go z drewna, mógł ich ukarać, mógł sam zejść z krzyża, mógł... Mógł wszystko, przecież był wszechmogący. A tymczasem On błagał Ojca aby przebaczył jego oprawcom którzy nie wiedzieli kogo zabijają...
Nikt nie wymaga od nas heroiczności na miarę Syna Bożego. Naturalne jest, że np. matce trudno będzie wybaczyć oprawcy swojego dziecka. Jednak jak podczas rozważań swojego ostatniego publicznego nabożeństwa różańcowego mówił błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko: "Tylko ten może zwyciężać zło, kto sam jest bogaty w dobro, kto dba o rozwój i ubogacanie siebie tymi wartościami, które stanowią o ludzkiej godności dziecka Bożego. Pomnażać dobro i zwyciężać zło to dbać o godność dziecka Bożego, o swoją godność".

Trzymajcie się ciepło

sobota, 20 lutego 2021

1260. Piękna nasza Polska cała

O moim zamiłowaniu do turystyki pisałam nie raz. I nie raz dzieliłam się z Wami moimi przeżyciami z podróży zarówno po kraju, jak i zagranicznych.  
Geografię polubiłam od razu. Najpierw jako jeden ze składników przyrody, następnie jako osobny przedmiot. Godzinami mogłam obliczać różnice pomiędzy wysokościami na mapie, przeliczać skale i stopnie, poznawać tajniki budowy naszej planety oraz czytać o różnych krajach. Wtedy, te 15-12 lat temu nawet nie śniłam, że kiedyś i mi przyjdzie zobaczyć słynną Wieżę Eiffla, stanąć na Placu św. Piotra w Rzymie, zachwycić się Big Benem, wzruszyć na Cmentarzu Orląt Lwowskich, a już na pewno nie o tym, że zobaczę Kanał Panamski, czy będę się kąpać w morzu na drugim krańcu świata. Jednak zachwycałam się pięknem otaczającego nas świata, za pośrednictwem atlasów, podręczników oraz książek, a następnie poprzez "podróże" za pośrednictwem Internetu.
Jednak podróże po naszym kraju też lubię i z chęcią udają się w nie zarówno w rzeczywistości, jak i na kartkach papieru. Dlatego ucieszyłam się z książki autorstwa Jadwigi Śmigiery, "Mój kraj nad Wisłą", którą otrzymałam jakiś czas temu. I chociaż większość moich szpitalnych lektur opierało się na tematyce pedagogiczno - resocjalizacyjnej, to znalazł się też czas na coś lżejszego. Wśród tzw. lżejszych książek znalazła się właśnie pozycja naszej blogowej koleżanki. 
Książka "Mój kraj nad Wisłą" jest swoistym zapisków podróży Jadzi po bardziej, lub mniej znanych miejscowościach w naszym kraju. Jak w zakończeniu pisze sama autorka - niektóre z nich miały miejsce całkiem niedawno, inne nawet 35 lat temu.
Jadzia zabiera nas w podróż m.in. po Białymstoku, Golubiu - Dobrzyniu, zamku w Krzyżtoporze, Pułtusku, Łodzi, Warszawie, Łowiczu, Sandomierzu, Żelazowej Woli, Gdańsku, Olsztynie, czy też Orońsku(a to oczywiście nie są wszystkie wymienione w pozycji miasta i wsie).
Autorka nie postawiła jednak na tradycyjne przekazanie informacji o każdym z opisywanych miejsc, ale ujęła je w historie, które sama przeżyła, bądź też była świadkiem. Dzięki temu lekturę czyta się lekko i przyjemnie. I tak też sama ją odebrałam. Niektóre historie mnie śmieszyły, inne wywoływały nostalgię, jeszcze inne przywoływały wspomnienia miejsc, w których samemu się było. Bardzo uderzył mnie np. opis Sandomierza, przez który przeszła powódź i wspomnienie chłopca, z którym bawił się wnuczek autorki.
Książka jest kolejnym dowodem na piękno naszego kraju - zostało ono pokazane od przysłowiowego Bałtyku po Tatry. A ja, leżąc w szpitalnym łóżku, mogłam chociaż w wyobraźni przenieść się w dużo bardziej sprzyjającą scenografię. I znowu, niczym mantra, wróciły do mnie słowa Adama Mickiewicza zawarte w epilogu "Pana Tadeuza":

"Dziś dla nas, w świecie nieproszonych gości,
W całej przeszłości i w całej przyszłości,
Jedyna już tylko jest kraina taka,
W której jest trochę szczęścia dla Polaka:
Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie,
Święty i czysty jak pierwsze kochanie,
Nie zaburzony błędów przypomnieniem,
Nie podkopany nadziei złudzeniem
Ani zmieniony wypadków strumieniem"


czwartek, 18 lutego 2021

1259. O "Choruszkach" dla choruszków i o powrotach

Witam Was wszystkich bardzo serdecznie i sama dziękuję za tak ciepłe powitanie. Znowu nie wiem czym sobie zasłużyłam na tak gorące słowa... Przecież się niczym szczególnym nie wyróżniam spośród innych. Brak tutaj "wykwintnych" tekstów, nie umiem robić cudownych zdjęć, nie mam zdolności rękodzielniczych, czasami nawet mam wrażenie, że przynudzam. A jednak jest garstka osób, i to dosyć pokaźna, które się ucieszyły z mojego powrotu.
Tak jak pisałam w odpowiedzi na jeden z Waszych komentarzy, a także w poprzedniej notatce, najbardziej w czasie mojego pobytu w szpitalu żal mi było dzieci leżących na pediatrii/onkologii (w naszym szpitalu onkologia wraz z różnymi jej specjalizacjami znajduje się w osobnym skrzydle). Bo to że mnie nikt nie odwiedzał, to jakoś "mogłam przeżyć". Ale co muszą czuć dzieci, leżące w salach bez możliwości zobaczenia się na żywo z rodzicami? Przecież żaden misiu ani nawet rozmowa z nimi za pośrednictwem telefonu czy wideochatu nie zastąpi przytulenia, pogłaskania czy też potrzymania za rękę. Kiedy jeszcze nie było tych wszystkich obostrzeń, a ja akurat trafiałam na kilka dni na szpitalny oddział, to zawsze starałam się chociaż na chwilę zajrzeć na oddział pediatryczny, aby pobawić się lub porozmawiać z przebywającymi tam dziećmi. Nie wiem, czy normalnie jest to możliwe, ale ja wchodziłam tam "po znajomości", jako powiedzmy "absolwent oddziałowy".
Teraz oddziały zamknięte są na cztery spusty i wszelkie migracje między nimi są właściwie niemożliwe (może z wyjątkiem OIOMu, który rządzi się swoimi prawami i każdy w każdej chwili może na niego trafić). Zresztą odwiedziny też są zakazane, a rodzina może co najwyżej zostawić rzeczy dla swoich bliskich na dolnym holu. Jednak postanowiłam coś zrobić dla moich małych przyjaciół, aby chociaż trochę osłodzić im chwile spędzone w samotności. Napisałam więc dla nich rymowany wierszyk, który zatytułowałam "Choruszki".

Choruszki

Z takiej niewielkiej górki też można zjeżdżać "na pazurki" :-)
Leży w łóżku Jasiu,
leży też Marysia,
i tak sobie myślą -
co tu robić dzisiaj?

Na stole są kredki,
piękne, kolorowe,
"Już wiem - mówi Jasiu
- narysuję domek".

"Narysujesz domek?
- krzywi się Marysia.
- Jestem taka słaba,
daj mi mego misia".

Przychodzi pan doktor,
Jasia, Majkę bada,
zasiada na krześle,
i tak im powiada:

"Tu macie lekarstwa,
moje drogie dzieci,
bieżcie je z uśmiechem,
czas wam szybciej zleci".

Pije Jasio syrop,
tabletki je Majka,
wcale nie marudzą,
a w tle leci bajka.

Znoszą też zastrzyki,
znoszą i kroplówki,
czasami dostają,
od lekarza "krówki".

Mija jeden tydzień,
mija drugi, trzeci,
lekarstwa działają,
zdrowieją wnet dzieci.

Gdy będą już zdrowi,
ulepią bałwanka,
będą robić igloo,
i zjeżdżać na sankach.

Na taką zimę czekałam
Dzięki temu, że miałam ze sobą laptopa, mogłam ten wiersz napisać na nim, a potem dzięki pendrive przekazać tacie, aby wydrukował mi go na kartce. Następnie przynieśli mi go z rzeczami(czyt. książkami), a ja za pośrednictwem zaprzyjaźnionej pielęgniarki przekazałam go na oddział pediatryczny. W ogóle to niezła szkoła logistyki z tego wyszła. Ale się udało. Mam nadzieję, że najmłodszym choruszkom chociaż trochę się spodobał, i że podobnie jak Jaś i Marysia będą brali lekarstwa, aby szybciej wyzdrowieć. 

Wczoraj weszliśmy w mój ulubiony okres liturgiczny, czyli Wielki Post. Tradycyjnie już schola ma zamiar aktywnie włączyć w jego przeżywanie. Wczoraj np. śpiewaliśmy podczas wieczornej Mszy Świętej (z syndromem "o jacie, Loluś wrócił!"). A w przyszły tydzień mamy pierwszą oprawę Drogi Krzyżowej. Nawet dostałam tekst aż dwóch stacji do przeczytania.  Hmm... jak wracać, to z przytupem, prawda? Przed Mszą zdążyłam jeszcze podejść na pocztę, bo wynikło pewne zamieszanie z jedną paczką. Na szczęście wszystko się  wyjaśniło, a mi tylko żal, że się przesyłka o dzień opóźniła. Jednak co się odwlecze to nie uciecze, mam nadzieję, że przesyłka dotrze i ucieszy odbiorcę.

wtorek, 16 lutego 2021

1258. Wracam (mam taką nadzieję)

Przypadkowo opublikowany post dotyczący Wielkiego Postu(zupełnie zapomniałam, że miałam go zapisany nie jako wersję roboczą, ale jako post z przypisaną konkretną datą i godziną jego publikacji - brawo ja) niejako wywołał mnie do tablicy. Ech, trochę mnie nie było, trochę posypało mi się zdrowie. Znowu utwierdziłam się w przekonaniu, że w aktualnych czasach jedyną słuszną i pożądaną chorobą jest COVID, niestety. A jak dolega Ci coś innego, to już masz problem.
Prawda jest taka, że nikomu nie polecam znalezienia się w aktualnych czasach na leczeniu szpitalnym. Człowiek leży w szpitalnym łóżku sam, bo z powodu pandemii jest zakaz odwiedzin. Lekarze, chociaż starają się jak mogą, to jednak działają dużo mniej wydajniej niż w czasie pozakoronowym. Przez co wszystko się wydłuża. Chociaż najbardziej w tym wszystkim żal mi dzieci. Bo ja tam jeszcze mogłam jakoś wytrzymać bez bliskich, w samotności(nie wiem jak to jest w innych szpitalach, ale u nas na razie leży się w maksymalnie 2 osoby na sali - podobno w salach kowidowych leży po 6-8 osób), ale takie 5 - 6 latki? Nie wiem na ile rozumiały sytuację, w jakiej się znalazły. 
Ciekawostką jest, że w szpitalu działał system "wykupywania" łącza internetowego. Jego działanie trochę przypominało stare kafejki internetowe - "kupowało się" dostęp do rutera maksymalnie na godzinę, a w zamian centrala dodawała IP danego komputera do rutera. No, chyba, że ktoś miał internet w komórce, albo leżał na pediatrii(co w sumie jest dla mnie zrozumiałe - szkoła on-line i te sprawy). Ogólnie ceny powalały, więc łączyłam się tylko w wyjątkowych sytuacjach(miałam ze sobą laptopa i stos książek - niektóre rzeczy same się nie napiszą). Tak, wiem, jak to ktoś mi kiedyś napisał -> "żal.pl i w ogóle", że nie mam intermetu w komórce i nie jestem on-line 24/dobę, ale naprawdę, tak mi dobrze. I na razie nie zamierzam tego zmieniać.
Suma summarum po ponad miesiącu spędzonym w szpitalnej sali wracam do normalności. Oczywiście stopniowo, wszak co nagle, to po diable. Cieszę się, że już jestem w domu, być może zdążę jeszcze nacieszyć się tegoroczną zimą. Tak długo czekałam na ten śnieżnobiały puch, na szusowanie na nartach (tak, tak, umiem na nich jeździć mimo niepełnosprawności) po stokach(no dobra, po niewielkiej górce na sosnowieckiej Środuli) czy też biegać na biegówkach albo po okolicznym Parku Hallera, albo po drugim parku - tzw. "Zielonej". Co prawda w tym roku będę musiała obejść się przysłowiowym smakiem, mam jednak nadzieję, że to nie ostatnia taka zima. 

Normalnie w oddali byłoby widać sanktuarium św. Antoniego na Gołonoskiej Górce, najwyższym wzniesieniu w moim 
mieście, ale tak śnieżyło, że widok zniknął za śnieżnym puchem
To skwer przed jednym z lokalnych techniko-zawodówek, bardziej na lewo jest posadzonych wiele "drzew pamięci"

Godło mojego miasta(a w tle padający śnieg)

W centrum miasta(akurat byłam nadać kilka rzeczy na poczcie) też biało aż miło.

Wejście do Parku Hallera
Bazylika, o której kilka razy Wam opowiadałam
"Pałac Kultury Zagłębia" - zabytek z "tamtych" czasów
W wagoniku zamiast węgla - śnieg
Jak im nie zimno?
I znowu ptaszki

Cieszę się, że wyszłam akurat dzisiaj, bo jak wiadomo, od jutra w Kościele Katolickim rozpoczyna się okres Wielkiego Postu. Jest to czterdziestodniowy okres poprzedzający święta wielkanocne, który ma przygotować serca wiernych na najważniejsze święta w tradycji chrześcijańskiej.
Sam czterdziestodniowy okres jest bardzo silnie zakorzeniony w katolickiej tradycji. W Piśmie Świętym można znaleźć trzy paradygmatyczne opisy czterdziestodniowych okresów postu i modlitwy. Są to:

  1. post mojżeszowy, który przez czterdzieści dni przygotowywał się do przyjęcia tablic z Dziesięcioma Przykazaniami, które Bóg ofiarował Narodowi Wybranemu, aby ten na nowo nie popadł w nawyki niewolników(Pwt 9, 9)
  2. post Eliasza, który pościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy [u stóp] Bożej góry Horeb"(1 Krl 19, 8), aż usłyszał "szmer łagodnego powiewu" zbliżającego się doń Pana(1 Krl 19, 12),
  3. post Jezusa, który poprzedzał kuszenie Go przez szatana.
Zatem czterdzieści dni Wielkiego Postu trwającego od Środy Popielcowej do Wielkiej Soboty(z wyłączeniem niedziel, kiedy to nigdy nie obowiązywały przyjęte rygory), nierozerwalnie łączą się z dwoma wielkimi postaciami Biblii hebrajskiej - Mojżeszem będącym prawodawcom oraz uważanego za wzór proroka, Eliaszem, jak też postem Pana Jezusa na pustyni, który, chociaż różnie opisywany przez ewangelistów, był kluczowym wstępem do Jego działalności publicznej.
We wszystkich powyżej przedstawionych trzech przypadkach, owe czterdzieści dni było wyjściem poza zwykły rytm życia po to, aby otworzyć się jeszcze bardziej na działalność Ducha Świętego, przeżyć jeszcze głębsze nawrócenie oraz podążać drogą wyznaczoną przez Boga. To "wyjście poza" stanowi zasadniczą cechę charakterystyczną dla Wielkiego Postu i zgodnie z pradawną tradycją Kościoła, objawia się poprzez trzy współwystępujące ze sobą działania:
  1. jałmużnę,
  2. poświęcenie większej ilości czasu na modlitwę,
  3. post.
O co chodzi z tym współwystępowaniem? Wyrzeczenie się jakiś potraw ze względu na Wielki Post tak naprawdę niczym by się nie różniło od zwykłego odchudzania, gdyby nie towarzyszyło temu głębsze spotkanie z Trójcą Świętą za pośrednictwem modlitwy, lektury duchowej, refleksji, a także troski o ludzi będących w potrzebie. Te szczególne praktyki, które towarzyszom tym Czterdziestu Dniom(podobnie jak liturgia na każdy dzień Wielkiego Postu), bezustannie przyciągają chrześcijan ku pierwotnemu wołaniu Chrystusa: "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię"(Mk 1, 15).
Trzy wątki: coroczny katechumenat będący odnowieniem przyrzeczeń chrzcielnych w czasie Liturgii Paschalnej, wydarzenie Boga w historii zbawienia i nadejściu Kościoła w osobie Chrystusa oraz zaproszenie do głębszej przyjaźni z Synem Bożym poprzez pełniejsze zrozumienie Jego Męki i śmierci wyznaczają rytm liturgiczny Wielkiego Postu.
Środa Popielcowa wraz z dniami występującymi bezpośrednio po niej(dwa pierwsze tygodnie) mają charakter pokutny. Modlitwy, czytania mszalne oraz czytania z Liturgii Godzin mają za zadanie wezwać wiernych do dokładniejszego przyjrzenia się własnemu sumieniu. Dobrze jest wtedy zadać sobie pytania: 
  • W jaki sposób moje życie jest świadectwem Królestwa Bożego?
  • Czy pamiętam, że jestem misjonarzem Dobrej Nowiny i należycie wypełniam tą misję?
  • Co we  mnie wymaga oczyszczenia, jeżeli mam pogłębić moją przyjaźń z Chrystusem?
Wraz z trzecią niedzielą, zmienia się charakter Wielkiego Postu - rozpoczyna się trwający trzy tygodnie wymiar chrzcielny. W drugim okresie Wielkiego Postu chrześcijanie słyszą wezwanie do głębszego naśladowania Chrystusa. Ważne, aby odpowiedzieć sobie wtedy na następujące pytania związane ze Słowem Bożym usłyszanym podczas czytania Ewangelii: 
  • W jaki sposób odpowiadam na pragnienie Chrystusa o moją przyjaźń w modlitwie, w świetle zaproszenia kierowanego do Samarytanki, która prosi przy studni o wodę?
  • Jak Chrystus otwiera mi oczy na to, czego wymaga ode mnie moja misja; ten sam Chrystus, który przywrócił wzrok ślepemu od urodzenia?
  • Czy tak jak Maria wierzę prawdziwie, że Jezus jest Synem Boga żywego i ma moc, by uwolnić mnie, jak Łazarza, z objęć grzechu i śmierci?
Powyższe trzy ewangeliczne relacje(o Samarytance przy studni, o uzdrowieniu ślepego od urodzenia i o wskrzeszeniu Łazarza) pełniły kluczową rolę w praktyce katechumenalnej Kościoła w pierwszych wiekach - były dla mających przyjąć chrzest streszczeniem wezwania do życia w Królestwie uobecnionym pośród nas w osobie Jezusa Chrystusa. Te perykopy(inaczej mówiąc fragmenty Pisma Świętego przeznaczone do czytania i objaśniania podczas danego nabożeństwa) czytane teraz w trzecią, czwartą i piątą niedzielę Wielkiego Postu, są swoistym zaproszeniem każdego chrześcijanina, aby w swojej wyobraźni jeszcze raz odbył indywidualny katechumenat. W ten sposób na nowo przeżyje okres liturgiczny, w którym rozważane są tajemnice miłości i miłosierdzia Bożego, a to znowu może być pomocne w jeszcze głębszym naśladowaniu Chrystusa.
Nadchodzi Wielki Tydzień. Rozpoczyna go celebracja Chrystusa jako Króla, tj. Niedziela Palmowa, która jest liturgicznym wspomnieniem triumfalnego wjazdu Pana Jezusa do Jerozolimy. Poniedziałek, wtorek oraz środa to dni, które mają bezpośrednio przygotować wiernych do rozpoczynającego się w Wielki Czwartek(a konkretniej od Mszy Wieczerzy Pańskiej) Triduum Paschalnego. Msza Wieczerzy Pańskiej ma swoją kontynuację w wielkopiątkowej Liturgii Męki Pańskiej(jedynym dniu w roku, kiedy nie jest odprawiana Msza święta). 
Zwieńczeniem Triduum Paschalnego jest zaś Wigilia Paschalna, która przechodzi płynnie w Niedzielę Wielkanocną, świętowaną przez Kościół przez kolejnych osiem dni. Wszystko kończy się Oktawą przypadającą na drugą niedzielę wielkanocną, ustanowioną przez Jana Pawła II Niedzielą Bożego Miłosierdzia. Każdy dzień Tygodnia Wielkanocnego jest więc Wielkanocą, o czym przypomina codzienna prefacja mszalna - przez osiem dni wierni rozważają wypełnienie się wędrówki nawrócenia, której celem jest zmartwychwstały Chrystus, Alfa i Omega, do Którego należy czas i wszystkie wieki, dla Którego wszystko zostało stworzone i w Którym wszystko znajduje swoje prawdziwe znaczenie.(na podstawie książki "Rzymskie pielgrzymowanie" George Weigela i innych, s. 31 - 33).

Osobiście bardzo się cieszę, że jest taki okres w ciągu roku, kiedy się można wyciszyć. Tak samo, jak cieszę się z sympatycznej przesyłki, którą otrzymałam od Lidzi za największą ilość przeczytanych książek w organizowanym przez nią konkursie czytelniczym. Paczka była dla mnie prawdziwą niespodzianką, tym bardziej, że czytałam bardziej dla siebie, niż dla fanfar. Więc może dlatego wywołała u mnie prawdziwą, autentyczną radość? Tym bardziej, że raczej spodziewałam się czegoś skromnego, a tymczasem jej zawartość zupełnie mnie zaskoczyła(i znowu pojawiło się pytanie, czy na pewno na to wszystko zasłużyłam?). Bo oto w paczce znalazły się:
Książki cz. 1 - "Książki Wybrane"
Książki cz. 2 - "Dokąd odchodzą parasolki", "Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych", "Wojna światów"
Coś dla ciała - krakersy(nie wiem jak to się nazywa), 2 kawy ekspresowe, świeczki zapachowe, Yerba Mate oraz kartka
gratulacyjna, notes, zakładka, kubek i (chyba) podpórka pod książki
Cała przesyłka razem
Nie powiem, że nie jestem oszołomiona tą przesyłką, bo jestem. Tak jak pisałam, nawet nie myślałam, że mogłaby być aż tak bogata. Ot, taki przyjemny powrót do domu. W ogóle dziękuję wszystkim tym, którzy po dłuższej nieobecności zaczęli pytać co się dzieje. Zawsze myślałam, że jeżeli bym zniknęła to i tak nikt by nie odczuł, nie zauważył mojej nieobecności. Zniknęłabym w gąszczu blogowej puszczy. A tymczasem... Dziękuję Wam za to po stokroć! 
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie. I obiecuję, że powoli będę docierać na Wasze blogi. Tylko dajcie mi trochę czasu...