„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
Uroczysta ceremonia otwarcia XXV Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Mediolanie i Cortina d'Ampezzo za nami. Można powiedzieć, że po dwudziestu latach ZIO wróciły do Włoszech. Tamte z 2006 roku, które odbywały się całkiem niedaleko, bo w Turynie pamiętam tyle o ile. Jak przez mgłę pamiętam tamtą ceremonię otwarcia oglądaną na świetlicy w Ośrodku Przygotowań Paraolimpijskich w Wiśle, gdzie wraz z klubem sportowym byłam na zimowym obozie sportowym. Z tego, co wyczytałam, wróciliśmy stamtąd z brązem Justyny Kowalczyk oraz srebrem Tomasza Sikory. Trochę zaskoczyło mnie to, że nic nie przywiózł Adam Małysz, ale skoro wikipedia twierdzi, że tak było, to nie będę się z nią kłócić.
Tym razem igrzyska zostaną rozegrane w przepięknych Dolomitach. Co ciekawe, w Cortinie d'Ampezzo miały się odbyć Zimowe Igrzyska Olimpijskie w 1944 roku, ale jak można się domyśleć, II wojna światowa pokrzyżowała te plany. Jednak jak mówi stare polskie przysłowie - co się odwlecze to nie uciecze. Po 82 latach ta malowniczo położona miejscowość doczekała się swoich 5 minut.
Ceremonię otwarcia w 2/3 oglądałam w telewizji. Podobała mi się, mimo że była o wiele skromniejsza od swojego letniego brata. Piękne efekty specjalne, przemarsz drużyn, nie doczekałam niestety momentu odpalenia znicza olimpijskiego, ale to nic, zobaczę w internecie, bo na pewno będą jakieś filmiki z tej chwili. Chyba obyło się bez większych wpadek, w porównaniu z ostatnimi Letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w Paryżu. Co prawda TVP ani słowa się nie zająknęła o obecności na ceremonii naszego prezydenta, ale to już jakieś ich dziwne i prywatne gierki. Ech, i pomyśleć, że w starożytności na czas Igrzysk Olimpijskich zawieszano wszelkie wojny. Dlaczego teraz nie mogą zakończyć tej wojenki politycznej? Nie mam pojęcia.
Tak samo jak nie mam pojęcia, czy zabrzmiała piosenka, do której komentarz Przemysława Babiarza tak oburzyła ówczesne władze TVP, że zawiesili go w pełnionej funkcji. Trochę nie rozumiem jego uszczypliwości w tym temacie. Owszem, opowiada ona o braku barier oraz o równości wszystkich osób, ale czyż nie o to chodzi w sporcie, a w szczególności w sporcie olimpijskim? Przynajmniej ja tak to odbieram. Także z perspektywy sportowca.
Otwarcie Igrzysk za nami, czas na śledzenie poczynań sportowców, ze szczególnym uwzględnieniem naszej 60 osobowej ekipy. Wiadomo, że to będą ostatnie starty Kamila Stocha, ale nie ukrywajmy, on zrobił już bardzo dużo dla polskiego sportu olimpijskiego i nawet jeżeli teraz mu się nie powiedzie, to wstydu nie będzie. Oczywiście będę kibicować naszym sportowcom ze szczególnym uwzględnieniem Anny Twardosz, która pochodzi ze stron mojego taty. Doskonale wiem, jak trudno jest zdobyć ten upragniony krążek, więc może po prostu będę im życzyć jak najlepszych występów, aby oni sami byli z nich zadowoleni.
Wiecie, zawsze w biegach ulicznych i przełajowych przybiegam na szarym końcu, z pozoru nie mam się z czego cieszyć. A jednak się cieszę. Że dobiegłam, że mam czas kilka sekund lepszy, niż poprzednim razem, że... Myślę, że tych "że" jeszcze by się sporo nazbierało. Małe sukcesy też potrafią cieszyć. Trzeba tylko odkryć to ich niepozorne piękno.
I pomyśleć, że w pomyśle miałam aplikować na wolontariusza podczas tych Igrzysk. Te Dolomity zimą jednak mnie korciły. Ale jakoś najpierw nie mogłam znaleźć odpowiedniego formularza rekrutacyjnego, a potem jakoś mi to wyleciało z głowy. A jak już sobie przypomniałam, to było za późno. Teraz jednak widzę, że w zasadzie dobrze się stało. Zwłaszcza zważając na moje zawirowania zdrowotne. Pewnie musiałabym zrezygnować z wyjazdu, potem miałabym wyrzuty sumienia, że zawaliłam. A tak to przecież nic się takiego nie stało. Może kiedyś nadarzy się podobna okazja. A jak nie to trudno, w życiu nie można mieć wszystkiego, bo zabrakłoby miejsca na marzenia.
W ostatnią sobotę już po raz 91 miał miejsce Plebiscyt Przeglądu Sportowego, który zarazem świętował 100-lecie swojego istnienia. Jednak różne wydarzenia, takie jak wojna i okres następujący bezpośrednio po niej spowodowały, że tych edycji było właśnie tyle. Jak wiecie, jestem związana w różnym stopniu ze światem sportu, tak więc nie wyobrażałam sobie, abym mogła nie oglądać transmisji z tego wydarzenia. Wielkie emocje (także dotyczące tego, czy zdążę wrócić do domu na czas, czy też nie), trzymanie kciuków za faworytów, westchnienia rozczarowania (no czemu Robert Korzeniowski nie otrzymał nagrody 100-lecia Plebiscytu za te swoje cztery złote krążki?), a potem cieszenie się z poszczególnych miejsc sportowców, nawet kiedy nie należą oni do moich ulubieńców. Do moich może nie, ale dla innych już tak.
Sportowcy mają swoje gale i plebiscyty, a wolontariusze współpracujący przy organizacji wydarzeń związanych z różnymi wydarzeniami sportowymi, także tymi, w których oni biorą udział, swoje. Kilka dni temu, w związku z zaangażowaniem w imprezy biegowe organizowane przez lokalną grupę "MK Team", zostałam zaproszona na galę podsumowującą cały ubiegłoroczny sezon biegowy. Ucieszyłam się tym wyróżnieniem, ponieważ pokazuje mi to, że praca wolontariusza na tego typu imprezach też jest doceniana.
Ja przed wyjściem. Skoro gala, to i galowe ubranie wypada włożyć. Myślę, że niebieska koszula w połączeniu z granatowym swetrem była ok.
Wydarzenie odbywało się w jednej z katowickich restauracji. Głównie nagradzano na nim laureatów wszystkich czterech biegów w ciągu roku (a było ich aż 183 biegaczy). Ale znalazło się w nim też miejsce na nagrodzenie dziewięciu najbardziej aktywnych wolontariuszy na przestrzeni tych 12 miesięcy. Nawet nie wiecie jaka to dla mnie była radość bycia jednym z nich.
Każdy z nas otrzymał parasolkę oraz worek, w którym znalazło się pudełko z "Merci", paczka makaronu, notes oraz komino-czapka. Taki sympatyczny prezent na koniec sezonu. A może zachęta na jego rozpoczęcie? Któż to wie. Wiadomo, że wolontariat bardziej robię z pasji, niż dla jakiś profitów. Nawet gdybym nic nie otrzymała, to pozostawałaby satysfakcja z tego, co się zrobiło. Z niektórych wolontariatów mam co najwyżej certyfikat wolontariusza i jakoś nie mam ochoty z tego powodu rezygnować ze współpracy, bo naprawdę daje mi to dużo radości. Dlatego tym bardziej przykro mi było słuchać rozmowy innych wolontariuszy, w których narzekali, jak to na niektórych imprezach jedni wolontariusze dostają "lepsze" pakiety, a inni (niby oni) "gorsze". Serio? Są na wolontariacie tylko dla pakietów? Bez sensu. Przecież pakiety to tylko dobra wola organizatora. Mnie osobiście najbardziej pasuje zwykłe "dziękuję". I to nie koniecznie w słodkiej wersji.
W tym roku nie mogło być inaczej i również będzie miał miejsce cykl biegów organizowanych przez zespół MK Team. Ich harmonogram prezentuje się następująco:
Wstępnie już się zapisałam na Parkowe Hercklekoty w roli wolontariusza. Z miłą chęcią pobiegłabym jako uczestnik, ale nie tym razem. Może na Hazoka już dam radę na tyle dojść do siebie, żeby to zrobić. Ja nawet nie wiem, czy na 100% dam radę pojawić się tego 8 na Hercklekotach. Jestem jednak dobrej myśli. I wiem, że jak dam znać, że jednak czuję się na tyle źle, że wolałabym zostać w domu, to nikt nie będzie miał o to do mnie pretensji. Na kolejne biegi tradycyjnie już zapisy będą w międzyczasie, więc nimi specjalnie się na razie nie martwię.
Zapisując się na XII Bieg Mikołajkowy, zarówno w charakterze wolontariusza, jak i uczestnika, nie wiedziałam jeszcze, że od końca października do początku grudnia moje życie ulegnie drobnemu przeorganizowaniu. A przez co nie będę mogła w nim wystartować, co nie oznaczało rezygnacji z wolontariatu. No ale zdrowie ważniejsze, a póki lekarz nie zdecyduje się, co on tak właściwie widzi w moim wnętrzu, to wolę nie ryzykować. Żeby nie było, kiedy zapisywałam się na bieg, jeszcze byłam w miarę zdrowa, chociaż zaliczyłam już dłuższy pobyt w szpitalu. Ale zdążyłam już przebiec na luzie 5 km w ramach Biegu Nocnych Marków, więc wszystko wydawało się ok. Potem przyszedł listopad, gdzie lekarz czegoś się we mnie dopatrzył i trochę pokrzyżowało to moje plany.
Nie wycofałam się jednak całkowicie z uczestnictwa w imprezie, która trwała dwa dni i którą niejako pomagam od kilku dobrych edycji organizować. Oprócz biegu pozostawał jeszcze wolontariat, w którym spokojnie mogłam brać udział. Jak chyba zawsze, także i tym razem stałam w biurze zawodów i wydawałam pakiety startowe tym osobom, które brały udział w biegu. A przy okazji odebrałam także i mój, który grzecznie na mnie czekał. No wiecie, paczka makaronu piechotą nie chodzi. Chociaż bardziej mi zależało na magnesie, który wyglądał tak, jak ilustracja powyżej.
Wydawanie pakietów trochę mnie zaangażowało i nie miałam szansy zmarznąć, chociaż na zewnątrz był lekki mrozik. Ale czego spodziewać się w grudniu? Co prawda ostatnimi czasy grudnie są raczej ciepłe niż zimne, szczególnie w miastach, tym bardziej cieszą mnie temperatury poniżej zera. Nawet jeżeli oznacza to problemy w dotarciu do celu. Tak jak w tym przypadku. Bo szczerze powiedziawszy ciut się spóźniłam na ten wolontariat. Na szczęście nie okazało się to dużym problemem. Przez tyle lat poznaliśmy się na tyle, że wiemy, że takie wpadki mogą się zdarzyć, zwłaszcza tym, którzy dojeżdżają. I nikt nie robi z tego problemów.
Miał być ostatni bieg w tym roku, ale rozsądek wziął górę. Na pocieszenie kierownik Biura Zawodów załatwił mi medal, który i tak bym otrzymała, nawet dobiegając jako ostatnia na metę. Jak sam stwierdził - zdrowie ważniejsze, a skoro nawet lekarz za bardzo nie wie co mi jest, to lepiej nie ryzykować. Za rok też będzie wiele okazji do wystartowania w różnych biegach.
Ja i tak mam niemałą satysfakcję - w tym roku wypełniłam swoje zamierzenie i pomogłam w organizacji wszystkich czterech imprez organizowanych przez zespół MK Team. Nawet nie wierzyłam, że mi się to uda. A tu proszę, zaskoczyłam samą siebie. Szkoda, że z tym biegiem mi nie wyszło, ale w życiu nie można mieć wszystkiego.
Morderstwo polskiej mistrzyni. Po autopsji chciano odebrać jej medale i rekordy
4 grudnia 1980 roku na parkingu jednego z centrów handlowych w Cleveland dwóch rabusiów postrzeliło Stellę Walsh, w kraju nad Wisłą znaną jako Stanisława Walasiewicz. Jedna z najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletek kilkadziesiąt minut później zmarła w szpitalu, do którego została przewieziona. Po ujawnieniu wyników autopsji rozgorzała gorąca dyskusja czy należy jej odebrać medale i liczne rekordy świata. Dlaczego tak się stało?
Stanisława Wasilewska podczas treningu. Zdjęcie wykonano w 1932 roku (domena publiczna)
zSwoje dzieciństwo i młodość przyszła sportsmenka spędziła w Stanach Zjednoczonych. W wieku zaledwie 14 miesięcy wyemigrowała wraz ze swoimi rodzicami do Cleveland. O mały włos, a olimpijskie medale wywalczyłaby dla USA. Ostatecznie wybrała jednak polską reprezentację.
Daniel Lis w książce "Stulecie przeszkód. Polacy na igrzyskach" pisze, że w dniu swoich 21. urodzin Walasiewicz dostała telegram od polskiego konsula w Nowym Jorku. Proponował jej pracę oraz stypendium, jeżeli wystartuje dla Polski. Chociaż miała otrzymać amerykańskie obywatelstwo, nie wahała się, mimo wciąż trwającego Wielkiego Kryzysu.
W lipcu podczas Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles (1932 r.) wystartowała w barwach biało-czerwonych. Wystąpiła w rzucie dyskiem, gdzie zajęła 6 miejsce oraz w biegu na 100 metrów, gdzie nie miała sobie równych i zdobyła złoty medal. Tym samym wyrównała swój własny rekord świata (11,9 sekundy) ustanowiony zaledwie dzień wcześniej.
Stanisława Walasiewicz i Helen Stephens podają sobie ręce w czasie berlińskich igrzysk. (domena publiczna)
Przed kolejnymi igrzyskami, mającymi odbyć się w Berlinie, wszyscy byli pewni, że Stasi ponownie uda się stanąć na pierwszym miejscu podium. Niestety, tym razem musiała ona uznać wyższość Amerykanki, Helen Stephens. Co ciekawe, polscy dziennikarze od razu dopatrzyli się w Stephens czegoś dziwnego - "Przegląd Sportowy" pisał, że Amerykanka robiła wrażenie ogromnego chłopaka biegającego za dziećmi. W niczym nie przypominała kobiety, miała metr osiemdziesiąt wzrostu, a jej stopa była rozmiaru co najmniej czterdzieści trzy. Stąpała niezdarnie, kiwając się przy tym na boki, a białej koszulki z ukośnym trójkolorowym pasem nie wypełniają żadne zarysy kobiecych piersi. Zauważono też, że zawsze chodziła poważna, a wręcz ponura. Nikt nie widział, aby kiedyś się śmiała.
Podobne spostrzeżenia miał "Kurier Warszawski". Według niego Helen Stephens w kostiumie lekkoatletycznym wcale nie zdradzała cech kobiecości. Według gazety była zbyt rosła, barczysta, o zupełnie męskiej muskulaturze ramion i nóg, że biegała także bardziej w sposób męski niż żeński.
Co ciekawe, polska prasa zdawała się pomijać fakt, że Stanisława także prezentowała bardziej męski typ budowy od większości zawodniczek.
Niepowodzenie na igrzyskach Walasiewicz powetowała sobie z nawiązką podczas mistrzostw Europy w 1938 roku. Zdobyła tam dwa złote medale w biegu na 100 i 200 metrów oraz srebro w rzucie dyskiem, a także w sztafecie 4 x 100 metrów.
II wojnę światową Stanisława spędziła w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyjechała jeszcze przed napaścią Niemiec na Polskę. Przez cały ten okres startowała w licznych zawodach, chociaż formalnie obywatelstwo uzyskała dopiero w 1947 r. Zdobywała liczne tytuły mistrzyni USA w biegu na 100 i 200 metrów oraz skoku w dal. Ostatnie złoto udało jej się zdobyć w 1954 r, w wieku 43 lat.
Wraz z przejściem na sportową emeryturę została trenerką, m.in. współpracowała z polonijnym "Sokołem". Pomimo jawnej niechęci do komunistów wielokrotnie odwiedzała Polskę Ludową. Brała też czynny udział w organizowaniu przyjazdów sportowców znad Wisły do Cleveland. I właśnie przed jedną z takich imprez, 4 grudnia 1980 r., straciła swoje życie.
Po ujawnieniu wyników sekcji zwłok pojawiły się głosy, że powinno się odebrać Walasiewicz medale i rekordy. Na zdjęciu moment dekoracji w Berlinie. (domena publiczna)
To wtedy nasze koszykarki miały rozegrać mecz z miejscową drużyną uniwersytecką. Zanim zawodniczki stanęły na boisku, Stanisława postanowiła, że w jednym z centrum handlowych kupi jeszcze biało-czerwone wstążki. Kiedy wracała już do samochodu, została zaatakowana na parkingu przez dwóch mężczyzn, zmierzających ukraść jej torebkę. Wywiązała się szarpanina, podczas której jeden ze sprawców sięgnął po broń i pociągnął za spust. Ciężko ranna mistrzyni olimpijska została przewieziona do szpitala, gdzie zmarła.
Wkrótce przeprowadzono sekcję zwłok, której wyniki były szeroko komentowane w amerykańskich mediach. Na przykład "The New York Times" w numerze z 23 stycznia 1981 roku pisał: "Raport [z autopsji] mówi również, że panna Walsh nie miała żeńskich narządów płciowych. Testy płciowe chromosomów nie przyniosły jednoznacznych wyników i trwają dalsze testy".
W związku z powyższym pojawiła się sugestia, że Wasilewicz tak naprawdę była mężczyzną i przez całe życie udawała kobietę, zdobywając w ten sposób kolejne medale. Nie do końca było to prawdą.
Stella urodziła się jako osoba interseksualna, co oznacza, że nie dało się jednoznacznie określić, jakiej była płci. Statystycznie zdarza się to raz na pięćdziesiąt tysięcy narodzin. Kiedy przyszła na świat, uznano że jest dziewczynką. W dorosłym życiu miała mały, niedorozwinięty penis i jądra, a pod moszną mały otwór, którym oddawała mocz. Stella nie miesiączkowała, a testy chromosomów wykazały przewagę męskich i nietypowe żeńskie. Dwa miesiące po śmierci lekkoatletki doktor Samuel Gerber w końcowym raporcie z autopsji napisał, że "Żyła i umarła jako kobieta. Społecznie, kulturowo i prawnie Stella Walsh była uważana za kobietę przez sześćdziesiąt dziewięć lat".
Niby wszystko powinno być jasne. A jednak po ogłoszeniu wyników sekcji zwłok pojawiły się liczne głosy, że Walasiewicz trzeba odebrać zdobyte medale, jak też anulować osiągnięte rekordy świata. Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych wraz z Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim nigdy tego nie zrobili. Na koniec warto przytoczyć słowa jednego z biografów Walasiewicz, który podsumował tą decyzję: "Najprawdopodobniej więc przyjęto, iż interpłciowość nie dawała jej aż tak znaczącej przewagi nad innymi zawodniczkami, aby zastosować dyskwalifikację".
Kilka dni temu wyrwało mi się przy księdzu - administratorze, że nie mogę przyjść na Krąg Biblijny, bo mam wizytę u lekarza wraz z USG jamy brzusznej. Myślałam, że zapomniał, że nie będzie drążyć tematu, że go przemilczy. Dzisiaj podjechałam na poranną Mszę świętą, głównie po to, aby mu oddać pożyczoną kilka dni temu adhortację papieża Leona XIV: "Dilexi te. O miłości do ubogich". A przy okazji zahaczyłam o poranne godzinki, tym razem śpiewane już w naszym "pełnym" składzie: pan Gienek, pani Maryna, pani Dorota i ja*. Godzinki rozpoczynają się wraz z biciem zegara na wieży kościelnej o 6:30. Po nich jest odmawiana dziesiątka różańca, a następnie już odprawiana jest Msza. W międzyczasie któryś z księży idzie do konfesjonału spowiadać. Po Mszy pomogłam panu Gienkowi i panu Kościelnemu uporządkować ołtarz, po czym poszłam przywitać się z księdzem. Jak w 80 % przypadków, także i teraz wylądowałam u niego na śniadaniu.
Całą noc padał śnieg, a nad rankiem chwycił mróz, toteż idąc po schodach na górę trochę się ślizgałam w adidasach. Na szczęście obyło się bez upadku. Na plebani było przyjemnie ciepło, aż miło się człowiekowi zrobiło. Ksiądz zaczął przygotowywać jajecznicę na śniadanie, a mnie poprosił o wyciągnięcie trzech sztuk talerzy i szklanek i zaniesienie ich do jadalni. Przy okazji próbował mnie podpytać o moją wizytę u lekarza. Czyli nie zapomniał... Ja jednak nie chciałam go obarczać kolejnymi diagnozami i przypuszczeniami, szkoda chłopa. Powiedziałam mu tylko, że "nieważne". Bo w sumie tak jest. Ma swoje problemy i swoje sprawy związane z nową parafią. Odniosłam talerze na stół w jadalni, potem szklanki, potem jeszcze wróciłam po sztućce, aż wreszcie włączyłam wodę w czajniku, powrzucałam torebki z herbatą do szklanek, a następnie zaniosłam czajnik do jadalni i zalałam herbatę wrzątkiem - w życiu bym nie przeniosła szklanek z gorącym płynem z jednego pomieszczenia do drugiego bez wylania go na siebie. Taki efekt uboczny MPD.
W tym czasie na śniadanie zeszedł ksiądz-proboszcz-senior, który nawet ucieszył się na mój widok. A przy okazji trochę się ze mnie z księdzem-administratorem nabijali: "Karolina to chyba wyjdzie za mąż za naszego Gienka, ja nie wiem, siedzą razem w ławce, razem śpiewają Godzinki, razem ogarniają ołtarz... Chyba musimy szykować i ślub, i wesele... A ty wiesz Lolku, jaką Gienek robi smaczną jajecznicę...". No, nie wiem. Ale ciekawi mnie, skąd oni wiedzą o tej jajecznicy.
Podczas śniadania Ksiądz-administrator dalej próbował dojść do tego, co powiedział mi lekarz i na jakie dalsze badania mnie wysłał. I dlaczego po nowym roku. No, tego pierwszego to mu nie powiem nawet na spowiedzi świętej. A na to ostatnie pytanie odpowiedź jest prozaiczna - limity na NFZet już się skończyły. Mogłabym iść prywatnie, jednak ceny trochę zwalają z nóg. Widać nie jest ze mną jeszcze aż tak źle. No i dzisiaj zjadłam coś bardziej treściwego niż kaszkę mannę na wodzie - jajecznicę. Ksiądz niech więc nie marudzi. Chociaż miło że dopytuje. I to nie tylko o zdrowie, ale chociażby o pracę na szkolnej świetlicy i kilka innych mniej lub bardziej ważnych spraw.
Z pozytywniejszych rzeczy - kilka lat temu pisałam, że chciałabym "przejść" z biegania tradycyjnego na tzw. racerunning. W pewnym momencie nawet zamówiłam sprzęt, który kosztuje bagatela 8000 zł. (to jakaś paranoja). Zleceniodawcy nie udało się jednak sprowadzić go z zagranicy, a pieniądze mi oddał po postraszeniu go policją. Klub sportowy zaś uznał, że dla jednej osoby nie opłaca się szukać trenera ani szkolić obecnych. Odpuściłam temat. W ostatnim czasie jednak do naszej sekcji dołączył jednak chłopak również z mpd, tylko że w cięższej postaci. Trener jakoś nie widzi go biegającego na dwóch nogach. Ale przypomniał sobie, jak na kilku zawodach widział, jak niepełnosprawni śmigają na tych rowerach. Już nawet rozmawiał z prezesem - który jest gotowy kupić dla sekcji takie coś. Jeden bo jeden, ale zawsze. Na treningu trener mi mówił, że moglibyśmy mieć z Miśkiem mobiler na spółkę, i tak trzymany by był w szkole, w której mamy treningi, a oboje jesteśmy podobnego wzrostu. Presja jest duża, bo on chce, abyśmy wystartowali na mobilerach już podczas przyszłego sezonu. Dobrze by było, gdyby się udało. Tym bardziej, że trener też się napalił na to, że przygotuje nas do tej konkurencji.
A jakby ktoś był ciekawy jak to cudo wygląda, to poniżej macie ilustrację poglądową.
Cudo, prawda?
* Ostatnio jak byłam to 50% osób było na wycieczce w Fatimie
Nie wiem, jak mi poszedł egzamin z Psychologii Klinicznej. Z jednej strony mam wrażenie, że zaliczyłam, bo pytania nie były jakieś wyjątkowo trudne. Właściwie to wiele z tych wiadomości pamiętam jeszcze z wykładów z Psychopatologii na licencjacie z Nauk o Rodzinie, a nawet z Wybranych zagadnień psychologii klinicznej na Papieskim (uuu, kiedy to było). Z jednej strony mogłabym zapomnieć o zdobytej na nich wiedzy w myśl złotej zasady: zakuć, zaliczyć, zapomnieć, ale... No właśnie, z drugiej strony nigdy nie można być pewnym tego, czy dany wycinek wiedzy, nawet najbardziej w naszej ocenie bezużyteczny, nigdy nam się nie przyda w ciągu życia. Ale i tak uważam, że materiał z biometyki był zdecydowanie zbyt obszerny, jak na liczbę godzin przewidzianych na realizację tego przedmiotu. Właściwie 2/3 materiału człowiek musiał ogarnąć sam. Dla mnie pomocne okazały się np. programy multimedialne. Przyjmując jednak pesymistyczny wariant tego wszystkiego, czyli że nie zdałam i czeka mnie tzw. "kampania wrześniowa", to i tak zbytnio nie wpływa to na moją sytuację, bo tytułu magistra z pedagogiki bronię dopiero we wrześniu. Zresztą mój promotor i tak jest pod wrażeniem tego, że praca nad magisterką, jaką inni robią w dwa lata, mnie zajęła rok. Więc cóż to są te 3 miesiące... Ale, żeby nie było, z pracą magisterską z Nauk o Rodzinie wyrobiłam się na czas i już niebawem będę mogła cieszyć się tym tytułem. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Podczas ostatniego treningu porównałam swoje aktualne wyniki w biegu na 100 i 200 m. z tymi sprzed kilku lat. Ku mojemu szczeremu zaskoczeniu nie jest z tym tak źle. Ogólnie różnica pomiędzy tym co było, a tym co jest nie jest taka duża, jak mogłabym się spodziewać. Śmiem twierdzić, że ostatnia operacja zbytnio nie wpłynęła na moją kondycję. Choć z drugiej strony to wcale nie biegłam na 100%, ani nawet na 90. Trener zabronił. "Lolek, najwyżej 80%. Nie chcę cię mieć na sumieniu". Swoją drogą ciekawe, ile bym uciągnęła biegnąc na (powiedzmy) 90% możliwości. Trzeba to sprawdzić. Ale może w wakacje, aby było jak najmniej negatywnych tego konsekwencji, może nie tyle dla mnie, ile dla innych.
Wakacje... kiedyś wyczekiwane z niecierpliwością. Dzisiaj już nieco mniej. Wolny na razie cały sierpień "z urzędu". Ja jednak wzięłam urlop jeszcze na kilka wcześniejszych dni, bo przecież wolontariat na polskiej strefie podczas Jubileuszu Młodych. Chociaż w obecnej sytuacji wolałabym już nigdzie na dłużej nie jechać. A z drugiej strony wszystko odwoływać i robić zamieszanie to też nie za dobrze. Potem piesza pielgrzymka do Częstochowy wraz z Oratorium w S-cu i półkolonie. A potem znowu wrzesień i powrót do stałości w codzienności.
Teraz ostatnie przygotowania do pielgrzymko-wycieczki Oratorium do Wadowic. Mam małe obawy, czy podołam. Oczywiście, oprowadzałam ludzi chociażby dwa lata temu, ale co innego być przewodnikiem dla dorosłych, a co innego dla dzieci. Zupełnie inna grupa odbiorców i podejście. Na plus działa to, że to są moje Wadowice. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli. I księdza Jacka też. A w ramach odprężenia czytam... nie, nie filozofię, bo mam ją powyżej uszu (chwilowo), ale "Heretyka" Carla Martigiego. Świetny, trzymający w napięciu thriller. Chyba tego mi było trzeba po tych prawie wszystkich zaliczeniach.
A filozofia i Tatarkiewicz? Jak mi to ostatnio powiedział Ksiądz Niosący Światło - czasami trzeba coś na chwilę odpuścić, aby na nowo znaleźć siłę do ponownego stawienia mu czoła. No więc odpuszczam. Odpuszczam, bo wiem, że jeżeli tego nie zrobię, to moje 40% sprawnego mózgu nie udźwignie psychicznie tego ogromu wiedzy, nie mówiąc już o aspekcie fizycznym. Ale odpuszczam tylko na chwilę. Dzień, najwyżej dwa. I mam nadzieje, że nie będę żałować tej decyzji. A jak nie, to najwyżej będę miała "kampanię wrześniową". Wiadomo, że wolałabym jej uniknąć, jednak nie zawsze jest tak, jak tego chcemy. I może taka opcja też będzie miała swoje pozytywne strony?
Czyż mogło mnie zabraknąć na biegu górskim, któremu patronuje sam Pier Giorgio Frassati w roku, w którym ma zostać ogłoszony świętym? Co prawda dzień wcześniej papież Leon XIV ogłosił zmianę terminu kanonizacji Piotrka Frassatiego oraz Karola Acutisa, nie zmieniło to jednak radosnego świętowania w sportowym stylu, tak jak Piotrek lubił najbardziej, czyli w górskich okolicznościach przyrody. Już po raz piąty mogłam pomagać przy organizacji biegu i za każdym razem czuję taką samą, jak nie coraz większą, ekscytację.
Przez tych kilka lat wyrobiłam sobie opinię na tyle, że niemal bez zająknięcia wciągnęli mnie w poczet wolontariuszy w chwili, kiedy napisałam głównemu organizatorowi na messengerze. A na miejscu już wszyscy znajomi na mnie czekali i chyba nawet cieszyli się na mój widok. Ja zresztą też. No, może prawie, bo nie mogłam dostrzec nigdzie Bacy, ale też może dlatego, że trafił mi się wcześniejszy transport do Kato, a on mógł zabezpieczać trasę. Ale i bez tego było całkiem znośnie. Nie, przepraszam - było rewelacyjnie.
Pogoda dopisała, wszyscy wbiegali w doskonałych humorach, chyba nikomu nic poważniejszego się nie stało. Aż miło ich było witać na mecie i wręczać im medale z całego serca gratulując ukończenia 22-kilometrowego biegu. Bo wiadomo - podium jest tylko trzymiejscowe, jednak prawdziwe zwycięstwo powinno być mierzone według stosowania zasady fair play oraz hartu ducha. A tutaj każdy może być zwycięzcą.
Mnie osobiście ucieszył fakt, że w biegu biegło kilkoro moich znajomych z różnych przestrzeni życiowych. Satysfakcja przybiera wtedy na sile. No co ja na to poradzę, że podzielałam z nimi ich radość? Na tym chyba polega ponadwymiarowość znajomości. Były też zaskoczenia - na przykład jeden z księży przebiegł całą trasę wiodącą po górach w sutannie, chociaż jego koledzy po fachu zdecydowali się na typowo sportowy strój. Bo zakonnica biegnąca w habicie (ale też w obuwiu sportowym) już mnie specjalnie nie dziwi. Może za pierwszym razem tak było, ale po kilku latach już się przyzwyczaiłam. Połączenie biegnącego w tym biegu księdza i sutanny jednak rzadko się zdarza.
Jedyne co mogę sobie zarzucić to to, że nie zrobiłam zdjęć tym cudownym górskim krajobrazom. Mówi się trudno, chociaż wiem, że Ksiądz Niosący Światło na pewno by się ucieszył na ich widok. Ciśnie się zwrot, że może innym razem, ale czy będzie ten inny raz nam dany...
Nie wiem czy wszyscy uparli się na to, abym w tym roku pojechała na obóz, czy co, ale zdążyłam się w tej sprawie pokłócić aż z dwoma osobami. Najpierw z Trenerem podczas treningu. Wiecie, myślałam, że jak od września będę się upierać, że nie jadę ani na zawody, ani na obóz sportowy, to odpuści i nie wpisze mnie ani na zawody, ani na obozy. Przepraszam, zraziłam się i do jednego i do drugiego. Zresztą wiele z Was pewnie czytało notatki, w których pisałam jak to było. To mi wystarczyło. Poza tym nie wiem, chyba wyrosłam już z obozów sportowych nie kręcą mnie one tak jak kiedyś. W dodatku ta ostatnia operacja, ona na pewno nie wpłynęła pozytywnie na moją kondycję. I byłam pewna, że trener zrozumiał, że mnie nie zapisze. Tyle razy z nim o tym rozmawiałam... Ale nie zrozumiał. I zapisał - zarówno na Mistrzostwa Polski, jak i na obóz. Najpierw zapisał, a potem, znaczy się dzisiaj, próbował namówić mnie na wyjazd. No ręce mi opadły. To cały rok mówię, że nie jadę ani na jedno, ani na drugie, słyszę: dobrze, nie pojedziesz, a i tak finalnie znajduję się na listach. Naprawdę, już miałam dosyć tej gry w kotka i myszkę, a że nałożył się na to dosyć ciężki dzień, to jeszcze raz powiedziałam Trenerowi, tylko dużo głośniej, że od września mówię, że w tym roku nigdzie nie jadę i zdania nie zmienię. Poskutkowało to tym, że zaczął mi wypominać, że na treningach więcej mnie nie ma niż jestem. No przepraszam, kiedy mówiłam mu o tym na początku, to nie widział problemu. Nie wiem co z tym wyjazdem, najwyżej nie zapłacę na czas za niego i tyle.
Ale to jeszcze nie koniec. Trening skończył się o takiej porze, że nie było szansy zdążyć nawet na nabożeństwo czerwcowe. Wróciłam więc prosto do domu i wzięłam się za naukę do kolokwium z filozofii. Byłam trochę zdenerwowana, ale powoli wszystko wracało do normy. Aż tu nagle rozlega się dźwięk telefonu. Patrzę na wyświetlacz - Ksiądz. "A ten czego chce" - dosłownie przemknęło mi przez myśl. Aż sama się sobie zdziwiłam. Ale dobra, telefon odebrałam. Ksiądz dzwonił do mnie, czy nie chciałabym jechać na obóz w wakacje z "Wiarą i Światło". On już rozmawiał z panią prezes, zapisy się niby skończyły, ale on mnie awaryjnie wpisał no i... (no i teraz próbuje mnie przekabacić). Że opłatą mam się nie martwić, proboszcz coś mi tam dofinansuje za bierzmowanie. Kłopot polegał na tym, że ja już byłam tak zdenerwowana, że i jemu odmówiłam. Noszszsz... co to ma być. Próbował za mną negocjować, ale chyba czuł, że wiele nie wskóra. Powiedział więc tylko, że pogadamy przy okazji i się rozłączył. A mnie zrobiło się naprawdę przykro z jego powodu. Nie chciałam go zranić, nie chciałam go zdenerwować tą moją odmową. Mam tylko nadzieję, że nie poczuł się źle, tak jak po kolejnej błędnej odpowiedzi bierzmowanego. Kurcze, powinien wszystko rzucić, powinien odpoczywać, a nie dopytywać się, czy jakaś wspólnota weźmie mnie na wyjazd. Ale jest mi też miło, że o mnie pomyślał. Przecież nie musiał. Bo kim ja jestem dla niego? Nawet nie parafianką (chociaż w Rychwałdzie tak właśnie mnie określił). Prędzej przybłędą... Może za rok zdecyduję się pojechać. A teraz psychicznie i mentalnie muszę przygotować się na rozmowę z księdzem. Jasno i bez nerwów wytłumaczyć mu wszystko. Bez nerwów nie dla mojego, ale dla jego dobra.
Jeszcze jeden dzień i zdjęcie szwów. Jak na moje oko to wszystko goi się całkiem nieźle. Tylko na początku trochę tam podkrwawiało, zwłaszcza alergicznego. A że jest on dosyć specyficzny i charakterystyczny, to nie sposób pomylić go z żadnym innym, a zwłaszcza z przeziębieniem. Toteż działają na niego zupełnie inne lekarstwa. A raczej powinny działać, bo z tym też różnie bywa. Czasem jednak ktoś myśli, że to jakaś choroba. Nie, to nie choroba. Przynajmniej nie zaraźliwa.
Ten zabieg wybawił mnie z opresji startu w tegorocznym sezonie sportowym. Najlepsze jest to, że jeszcze na początku roku szkolnego, czy tam po przerwie wakacyjnej, umówiłam się z trenerem, że chcę trenować już tylko dla siebie samej i dla zdrowia. Poza tym mnie się tyle zwaliło w tym roku obowiązków, że nie dałam rady bez regularne treningi. Przepraszam, moja doba też ma tylko i aż 24 godziny i muszę w niej zmieścić wszystkie sprawy z bieżącego dnia. A bez regularnych treningów ani rusz. Postawa poprzedniego trenera też nie wpłynęła pozytywnie na moje nastawienie do sportu. Można się nie doprosić na zawodach dobrego zawiązania butów przed startem (bo trener przez 10 minut rozmawiał przez telefon), a potem usłyszeć pretensję, że pobiegło się tylko w takim czasie? Można. O jakości tamtych treningów nie wspomnę. Więc powiedziałam nie wszelkim zawodom dla niepełnosprawnych, przynajmniej w tym roku. Trener jeszcze próbował mnie namówić. Po operacji jednak skapitulował. I mam nadzieję, że na razie tak zostanie. Zresztą mam wrażenie, że moja przygoda z tak czynnym sportem jak kiedyś dobiegła końca. Nic nie trwa wiecznie.
A skoro nie muszę iść na trening i mam wolne póóóźne popołudnie to wracam do zmory całego rocznika, czyli filozofii w wydaniu Władysława Tatarkiewicza. Kiedy kiedyś tam Ksiądz Niosący Światło odkrył, że na filozofii w dalszym ciągu obowiązuje ten trzytomowy podręcznik, z którego i on się uczył, to aż się przestraszył. Nawet pożyczył mi swoje książki, bo sobie je kupił będąc na "świętej"* teologii. No cóż, widać, że na "biblią" pedagogiki jest dwutomowa "Historia wychowania" napisana przez Stanisława Kota (nie wiem jak, ale przebrnęłam przez obydwie części), a "biblią" nauk filozoficznych jest trzytomowe wydanie "Historii filozofii" wspomnianego Władysława Tatarkiewicza.
A taki miły akcent spotkaliśmy po drodze, w trakcie jednodniowej wycieczki do Warszawy.
Cały wydział był uśmiechnięty od ucha do ucha.
Trzeba jeszcze wymyśleć jakieś sensowne życzenia dla księdza z okazji rocznicy święceń. Tylko bez przesady, bo mi się znowu chłop za bardzo wzruszy, tak jak rok temu. Ale rok temu to była okazja niebagatelna, bo 20 lecie kapłaństwa. Owieczki podobno do dziś robią furorę. Nie wie jednak, że na 21 lecie dostanie kolejną. Jakoś mu się udało przetrwać ten rok. Były wzloty i upadki, ale jest z nami.
Kiedy w listopadzie ubiegłego roku zmarł wicemistrz paraolimpijski z Paryża w szabli i brązowy medalista w szpadzie Michał Dąbrowski, moje myśli powędrowały w stronę innego polskiego parasportowca, Jacka Gaworskiego. Szczerze powiedziawszy to wcześniej praktycznie nic o nim nie wiedziałam, aż do chwili, kiedy w Internecie pojawił się >>ten<< artykuł. Wstrząsnął mną. I to bardzo.
Michał i Jacek - obaj byli parasportowcami, obaj reprezentowali Polskę na paraolimpiadzie (Jacek w Rio de Janeiro w 2016 roku, Michał w Paryżu), obaj zdobyli medale, i obaj chorowali na nowotwory. Michał zmagał się z nowotworem przewodów żółciowych wewnątrzwątrobowych, Jacek z nowotworem mnogim rdzenia kręgowego oraz złośliwego czerniaka błon śluzowych. Obie choroby bardzo ciężkie i raczej nie rokujące. A mimo to obydwaj zdołali dowieść swojej wytrwałości i hartu ducha, kiedy mimo bólu i cierpienia stawali na planszy i walczyli najlepiej, jak było ich na to stać.
Ale walczyli też w życiu. O jutro bez bólu, o nierefundowane leki, o życie bez bólu, o lepszy los. Michał zakończył tą walkę w listopadzie. Zaledwie trzy miesiące po zdobyciu medali na igrzyskach paraolimpijskich i dzień po odznaczeniu go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Informacja o śmierci Jacka Gaworskiego przyszła dwa dni przed jego urodzinami. Wiadomo, że nikt nie będzie żył wiecznie, ale jakoś tak dziwnie mi się zrobiło mi się, kiedy o tym przeczytałam.
Cokolwiek by o nich nie myśleć - byli mistrzami nie tylko w sporcie, ale i w prywatnym życiu. I walczyli do końca, jak niejeden sportowiec. A może teraz w dalszym ciągu walczą gdzieś tam...
Nie, spokojnie, tym razem nie biegłam, chociaż pierwotnie miałam taki zamiar. Właściwie to wtedy, gdy jeszcze udział w EDK był poza zasięgiem mojej wyobraźni. Jednak jakoś tak nie miałam kiedy się zapisać. Aż w końcu uznałam, że aż takim szaleńcem nie jestem i bieg, nawet na tych 5 kilometrów, byłby małym kamikadze. Jeszcze będzie nie jedna okazja. A tymczasem pozostałam na zapisie na wolontariat podczas czwartej edycji Biegu Hazoka. Na wolontariacie nie trzeba dużo biegać (przynajmniej w teorii), a można w jakimś stopniu się wykazać.
Kiedy była 3 edycja tego wieku, to ja akurat miałam spotkanie wielkanocne w Duszpasterstwie. Tym bardziej zależało mi na tym, aby w tym roku w miarę możliwości być. Na szczęście to nie jest moja pierwsza współpraca z zespołem MK Team, a co za tym idzie - dostanie się na wolontariat było w miarę proste. I nawet przydzielono mnie do Biura Zawodów, co bardzo mi odpowiadało.. Tylko ta pora - aby dotrzeć na czas musiałam wsiąść do autobusu o 6:44. Zważając na to, że obudziłam się o 6:25, miałam mały wyścig z czasem. Na szczęście zdążyłam, choć nie pamiętam kiedy ostatni raz wykonywałam wszystko w tak ekspresowym tempie.
Pierwszy bieg, na 10 km, był o 10:00, ten na 5 km - o 12:00, marsz NW - pięć minut później. Biegi dla dzieci były od 14:00, jednak na nich już nie zostałam. Kiedyś trzeba odpocząć. Nawet w moim przypadku.
Z doświadczenia wiem, że największy młyn jest jakieś 30 minut przed danym biegiem. Wszyscy nagle i w jak najszybszym czasie chcą odebrać swój pakiet startowy. Ale tak się nie da i nikt nic na to nie poradzi. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie automatami pracującymi przy taśmie produkcyjnej. Na szczęście to jedyny minus tego wszystkiego, bo sama atmosfera jest bardzo ciepła, a i sama Rzęsa, zbiornik wodny w Siemianowicach Śląskich, gdzie odbywa się bieg, zachęca do tego typu aktywności. Pogoda też dopisała - było ciepło, ale nie gorąco, wiał lekki, przyjemny wietrzyk.
Taki bieg to też dla mnie okazja do pobycia w gronie znajomych osób. A także zawarcia nowych znajomości. Ogólnie zespół tworzą bardzo sympatyczni ludzie, tacy do tańca i do różańca. Dobrze mi się przebywa w ich towarzystwie. Tak po prostu.
Kolejny bieg przez nich organizowany odbędzie się dopiero w październiku. Mam nadzieję, że tym razem uda mi się w nim wystartować. Oczywiście w biegu na 5 km, bo na 10 nie dam radę pobiec i jestem tego niesamowicie pewna. Chcę też wreszcie przekonać się, czy ta cała Rzęsa naprawdę jest taka klimatyczna, jak mówią.
Jak wiecie, od lat trenuję lekkoatletykę. Właściwie to uświadomiłam sobie, że w tym roku minie 25 lat od momentu, kiedy tak na poważnie zaczęłam swoją przygodę ze sportem oraz 20 lat, kiedy przeszłam pod skrzydła wojewódzkiego oddziału STARTu. Jakby nie patrzeć, to kawał mojego życia. Kawał czasu, który nie wiem nawet kiedy zleciał. No, ale myślę, że nie był to czas stracony. Może nie zostałam mistrzem świata, ale jakieś tam wyniki w biegach i skoku w dal miałam. A przede wszystkim - ogrom satysfakcji. To nie prawda, że sport niepełnosprawnych to sport "dla debili", jak to określił jeden z naszych polityków. Powiedziałabym, że jest on porównywalny ze sportem dla zdrowych zawodników - też konkurujemy z innymi, też dajemy z siebie wszystko, też zdobywamy jakieś tam lokaty i cieszymy się z nich.
Przez ten czas wiele się zmieniło, przede wszystkim w składzie naszej sekcji. Kolejny raz zmienił się trener (uwaga, uwaga, wreszcie sensowny), o rotacji zawodników nie wspominając. Od jakiegoś roku mamy jednak dosyć stabilny skład, w którym trenujemy. A schorzenia, z jakimi się zmagamy są różne - od mózgowego porażenia dziecięcego, po krótszą rękę, po problemy ze wzrokiem, po upośledzenia umysłowe, po zespół Downa, po autyzm. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek wcześniej, nie licząc szkoły, była aż taka różnorodność schorzeń. Ale przynajmniej jest ciekawie, chociaż czasami, tym mniej cierpliwym, puszczają nerwy.
Rok temu mama Gaciocha zaprosiła całą drużynę do nich do domu na świętowanie jego urodzin. A właściwie to podwójnych urodzin, bo tak się złożyło, że świętujemy je w tym samym dniu, z tą różnicą, że ja jestem młodsza o rok. Było fantastycznie i miło. Trochę potańczyliśmy, zjedliśmy smaczne smażonki, było gromkie "Sto lat", tort i masa niezdrowych przekąsek i napojów, na które trener przymknął oko. W końcu urodziny ma się raz w roku, a podwójne świętuje jeszcze rzadziej.
Teraz, praktycznie na początku roku, zostaliśmy zaproszeni przez rodziców innego naszego klubowego kolegi, Nikosia, na jego 21 urodziny. Tym razem miały one się odbyć w jednej z miejskich pizzerii. Propozycja była kusząca, zwłaszcza, że i trener, i rodzice Nikosia gorąco namawiali mnie, abym się pojawiła. W zasadzie sesja już jest na finiszu (wreszcie!), z pracy na spokojnie też bym się wyrobiła.
Ubrana w koszulę w kratę oraz z kartką urodzinową (zupełnie nie wiedziałam, co mu kupić) poszłam na to przyjęcie. W samym lokalu byłam już raz, więc mniej więcej wiedziałam, gdzie mam się kierować. Chociaż wcześniej i tak udałam się na trening, po którym wraz z trenerem udałam się na wskazane miejsce. Pozostali pojechali własnymi samochodami, albo z rodzicami, którzy też zostali zaproszeniu.
Na miejscu był już Prezes klubu sportowego, który też przyjechał na uroczystość. Rodzice Nikosia zadbali o tort oraz świeczki, które solenizant zgasił przy pomocy taty. Następnie odśpiewaliśmy "Sto lat" i ustawiliśmy się do pamiątkowego zdjęcia.
Każdy z nas dostał kawałek tortu i zimne napoje. Oprócz tego były jeszcze z cztery różne pizze. Na szczęście od obiadu upłynęło trochę czasu, więc mogłam sobie pozwolić na 2,5 kawałka. Ogólnie pierwszy raz jadłam sos musztardowy i muszę przyznać, że jest on całkiem smaczny, zwłaszcza z pizzą z szynką i z serem.
Przyjęcie nie trwało długo, może z 1,5 godziny. Ale był na nim czas i na rozmowy, i na wspominki, i na zastanowieniem się nad planem działania sekcji przynajmniej do czasu wakacji. Ja mam się np. zastanowić nad tegorocznymi zawodami. Wszystko dobrze, tylko ja coraz częściej się zastanawiam, czy mają one dla mnie jeszcze jakiś sens. Ale z drugiej strony, znacie moją postrzeloną naturę, więc może jeszcze coś mi się odwidzi w tej materii. Do domu wróciłam może trochę zmęczona, ale szczęśliwa. Czasami warto jest wyrwać się ze swojej rutyny, aby wrócić na dotychczasowe tory z nową energią.
Plan był prosty, przewidywalny i w zasadzie wykonalny - najpierw pomoc w biurze zawodów "Biegu walentynkowego", potem sam udział w biegu, a na koniec, w miarę możliwości, uczestnictwo w diecezjalnych obchodach Światowego Dnia Chorego w ramach trwającego aktualnie Roku Jubileuszowego. No, ale ja mogę sobie planować coś, a życie i tak napisało swój całkiem inny scenariusz.
Na bieg pojechałam dosyć wcześnie, bo przed godziną 6 rano. I wtedy czułam się bardzo dobrze. Po drodze kanarzy spisali jakiegoś obcokrajowca, który, jak się okazało, jest w Polsce nielegalnie (ups). Tak więc na przystanku mieli poczekać na przyjazd straży granicznej, która miała zająć się delikwentem. Nie byłam świadkiem całego przedstawienia, które, sądząc po zachowaniu zatrzymanego w autobusie, mogło być ciekawe, musiałam bowiem biec na kolejny autobus, który miał mnie dowieść na Dolinę Trzech Stawów, gdzie od lat odbywają się "Parkowe Hercklekoty", o których zresztą pisałam Wam tu nie raz. Co roku jest w zasadzie ta sama trasa, zmienia się tylko logo przewodnie biegu (na którym najczęściej wzorowane są medale). W tym roku wyglądało ono tak:
Ładne, prawda?
Ku mojemu zaskoczeniu udało mi się dotrzeć na miejsce przed godziną zbiórki. Akurat trafiłam w dziurę czasową, kiedy nic mi nie jechało bezpośrednio do parku na Muchowcu (zwanego wspomnianą Doliną Trzech Stawów). Musiałam więc dojść ok. 1,5 - 2 km. No, właściwie tyle co nic. Ale i tak bałam się, że się spóźnię. Na szczęście nie miałam racji.
Na miejscu przywitałam się ze wszystkimi (w większości znamy się z poprzednich edycji biegów) i zabrałam do pracy, czyli wydawania pakietów startowych. Chociaż nie, wcześniej sama odebrałam swój pakiet, na który składał się numerek startowy, chip, masa ulotek, rogalik oraz paczka makaronu. No i jeszcze wspomniany medal na mecie. Dodatkowo dostałam też pakiet wolontariusza, w którym zamiast ulotek był bidon termiczny i identyfikator.
Przez pierwsze 1,5 godziny było wszystko dobrze, ale potem tak mnie rozbolał brzuch, że z ledwością funkcjonowałam. Wiem, że złożyły się na to różne czynniki z ostatnich dni - chociaż głównego winowajcy poszukiwała bym w okresie. Chociaż to dziwne, bo zazwyczaj umieram z jego powodu pierwszego dnia. No, ale sesja mogła zmienić ten stan rzeczy. Ewentualnie mogłyby to być objawy zbliżającego się rzutu L-C, ale to też niezbyt mi się zgadzały objawy. Chociaż, kto to wie. A że inni niemal od razu spostrzegli, że coś jest ze mną nie tak, i nie zgadzało to im się z ogólnym obrazem mojej osoby, to zaczęli się zastanawiać, czy nie lepiej by było, gdybym wróciła do domu. Nawet znalazł się chętny, aby mnie odwieźć do domu.
- Nic się nie martw Lolku, pobiegniesz w Biegu Hazoka - pocieszała mnie Ewcia. No tak, ale to dopiero za dwa miesiące. No nic, trzeba było przyjąć to co jest i zgodzić się na powrót do domu. I cieszyć, że miało się transport, bo miejsce biegu jest na zupełnym odludziu, gdzie autobusy jeżdżą raz na godzinę, albo i rzadziej. Normalnie można iść te dwa - trzy kilometry do skrzyżowania, które jest bardziej skomunikowane z resztą miasta. Jednak w moim stanie to mogłabym nie dojść. Na pocieszenie dostałam medal, chociaż nie do końca mi się należał. Ale dostałabym go i tak, gdybym pobiegła bez względu na miejsce.
Tym sposobem, zamiast być w domu bardzo późno, byłam już po 10:00. A że do końca dnia czułam się już nietęgo (mimo że największy ból już mi minął), to zrezygnowałam z udziału w diecezjalnych obchodach Światowego Dnia Chorego. Trochę żałowałam, że nie wysłucham konferencji prelegenta, który okazał się bratem jednego z moich aktualnych wykładowców, jednak w życiu trzeba iść na pewne ustępstwa, choćby rezygnacją z naszych planów i pragnień.
Tylko proszę, nie piszcie mi, że od razu trzeba było zostać w domu. Ja rano naprawdę dobrze się czułam i nic nie wskazywało na to, że tak zakończy się ten dzień.
Każdego roku raz w roku serca wszystkich interesujących się sportem biją znacznie szybciej. U progu 12 miesięcy dziennik "Przegląd Sportowy" organizuje plebiscyt, podczas którego wyłanianych jest 10 najlepszych sportowców mijającego roku. Nominowani i zaproszeni goście z niepokojem, ale i ciekawością, oczekują na ogłoszenie wyników, a potem trwa już zabawa do samego rana.
W tym roku odbył się on już po raz 90. i tradycyjnie zgromadził całą śmietankę sportowego świata. Ubiegły, 2024 rok, był "olimpijski", toteż można się było spodziewać, że duża część nominowanych i nagrodzonych to będą ci sportowcy, którzy wzięli udział w Olimpiadzie w Paryżu. Ostatecznie ranking laureatów wyglądał następująco:
miejsce - Aleksandra Mirosław (wspinaczka sportowa)
miejsce - Natalia Bukowiecka (lekkoatletyka)
miejsce - Wilfredo Leon (piłka siatkowa)
miejsce - Iga Świątek (tenis)
miejsce - Bartosz Zmarzlik (sport żużlowy)
miejsce - Daria Pikulik (kolarstwo)
miejsce - Julia Szeremeta (boks)
miejsce - Robert Lewandowski (piłka nożna)
miejsce - Klaudia Zwolińska - kajakarstwo górskie
miejsce - Ksawery Masiuk (pływanie)
A jak wyglądałaby moja lista rankingowa laureatów Gali Mistrzów Sportu i kto by się na niej znalazł? Pozwoliłam sobie takąż ułożyć, uwzględniając wszystkich nominowanych, także tych, którzy nie weszli do ścisłej dziesiątki. Zaczęłam od ostatniego, dziesiątego miejsca. Moja lista najlepszych sportowców 2024 roku prezentuje się następująco:
Stawkę z dziesiątym miejscem otwiera tenisistka IgaŚwiątek. No cóż, niespecjalnie przepadam za tą dyscypliną sportu, aczkolwiek sukcesy Polaków na arenie międzynarodowej zawsze będą cieszyć.
Zawsze całym sercem byłam za moją ukochaną lekkoatletyką i biegami, zarówno sprinterskimi, jak i długodystansowymi. Tym razem w nominowanych do Plebiscytu Mistrzów Sportu spośród przedstawicieli biegów znalazła się jedynie Ewa Swoboda. Nie byłabym sobą, gdybym jej nie umieściła na mojej prywatnej liście laureatów. Co prawda dopiero na dziewiątym miejscu, ale zawsze coś.
Zaszczytne ósme miejsce przyznaję Wilfredo Leonowi, Kubańczykowi, który od kilku lat gra w reprezentacji piłki siatkowej w naszym kraju. Gra nieźle, chociaż niektóre jego zagrywki nieco mnie irytują. Ale w bloku jest niezły. Wraz z drużyną zdobył srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu.
Może i żużel sportowy nie jest typowo kobiecą dyscypliną, ani nawet nie jest objęty w Letnich Igrzyskach Olimpijskich, nie można jednak przejść obojętnie obok sukcesów, jakie na tym polu odnosi Bartosz Zmarzlik. Dobrze, może nie śledzę tak bardzo jego kariery, ale od czasu do czasu słyszę o jego wyczynach. Siódme miejsce bez dyskusji.
Myślę że ta finałowa walka olimpijska wzbudziła w nas wiele emocji. Nie tylko dlatego, że Julia Szeremeta miała szansę na zdobycie pierwszego w swoim życiu złotego medalu olimpijskiej, ale też ze względu na kontrowersje wokół płci jej przeciwniczce. Skończyło się na pewnym niedosycie, że to tylko drugie miejsce. A może aż drugie? I to zdobyte w pięknym stylu po wielu walkach? Dziś Julia plasuje się na szóstym miejscu w moim prywatnym rankingu sportowców.
Myślę, że gdyby nie srebrny medal w kajakarstwie górskim, to niewiele osób usłyszałoby o Klaudii Zwolińskiej. Młoda, utalentowana, a zarazem skromna. Widać, że w kajaku czuje się jak ryba w wodzie i po prostu cieszy się tym, co robi. W pełni zasłużone piąte miejsce.
Niezbyt często się zdarza, aby na tak dużej imprezie, jaką są Igrzyska Olimpijskie, na podium znalazła się więcej niż jeden przedstawiciel danego kraju. Dlatego zdobycie przez Aleksandrę Kałucką brązowego medalu we wspinaczce sportowej cieszy tym bardziej. Wspaniała kobieta, którą z całą pewnością czeka piękna, sportowa przyszłość. Czwarte miejsce w mojej indywidualnej liście to bardzo dobre miejsce.
Podium wedle mojej subiektywnej oceny otwiera z trzecim miejscem Wojciech Nowicki. Co prawda nie powtórzył swojego wyczynu z Pekinu sprzed trzech lat i nie obronił tytułu mistrza olimpijskiego w rzucie młotem, ale i tak przyjemnie było oglądać z jaką powagą i zaangażowaniem walczy w swojej konkurencji. I dlatego uważam, że w tym wszystkim raczej wygrał niż przegrał. A więc wielkie brawa dla Wojciecha Nowackiego za zdobycie trzeciego miejsca.
Drugie miejsce na podium przyznaję kolarce Darii Pikulik, która w dosyć zaskakujący sposób zdobyła wręcz w ostatniej chwili srebrny medal dla naszej reprezentacji na Olimpiadzie. To co zrobiła jest godna i uwagi i pochwały, zwłaszcza że na pewno nikt się nie spodziewał takiego obrotu sytuacji. Miejsce drugie w moim Plebiscycie zupełnie zasłużone.
Pierwsze miejsce, tutaj nie powinno być większego zaskoczenia, trafia do Aleksandry Mirosław, zdobywczyni złotego medalu na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu. Piękna rywalizacja, piękne emocje, wielka radość. Nie tylko nasza, rodaków, ale i samej Aleksandry. Kto wie, być może niszowy sport, jakim jest wspinaczka sportowa, rozwinie skrzydła w kraju nad Wisłą.
A statuetka dla najlepszego sportowca z niepełnosprawnością wędruje bez wątpienia dla chyba największego dla mnie objawienia Igrzysk Paraolimpijskich, Kamila Otowskiego. Ten poruszający się na wózku parapływak spod Warszawy zaskoczył wszystkich zdobywając dwa złote medale paraolimpijskie. Dodatkowo uderzyła mnie jego naturalność, skromność i taka pokora wobec samego siebie. Mam nadzieję, że jego kariera sportowa rozwinie się w pięknym stylu.
Lista oczywiście jest mocno subiektywna i podyktowana tym, co podpowiadał mi rozum i serce. Swoją drogą niesamowicie trudno było mi wybrać najlepszą dziesiątkę, a jeszcze trudniej każdej osobie przypisać odpowiednią rangę. Ale chyba taki wybór jest najbardziej sprawiedliwy i zgodny z tym, co czuję i myślę.
A dla wszystkich nagrodzonych niech zabrzmi tradycyjne "We are Champions".
Zaledwie 3 miesiące temu reprezentował nasz kraj podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Paryżu. Zdobył na nich dwa medale - srebrny w szabli i brązowy w szpadzie. Jednak prawdziwą walkę przyszło mu stoczyć z nowotworem.
Michał Dąbrowski 10 lat temu w wyniku nieszczęśliwego wypadku złamał kręgosłup. Wózek inwalidzki nie przeszkodził mu w byciu mężem, tatą Jasia i Małgosi, przyjacielem. A nawet otworzył przed nim nowe możliwości. Przygodę z szermierką rozpoczął w 2018 roku w Stowarzyszeniu Szermierka Wołomin. Dzięki wieloletnim treningom i osiągnięciom został członkiem kadry narodowej w szermierce na wózkach nominowanym do tytułu sportowca Guttmanny 2023. Poprzez ciężką pracę i wygranym walkom w czasie Pucharów Świata, Mistrzostw Europy i Mistrzostw Świata zakwalifikował się do udziału w Igrzyskach Paraolimpijskich w Paryżu, gdzie wywalczył dwa medale.
W zeszłym roku w październiku w czasie Mistrzostw Świata w Terni we Włoszech źle się poczuł, mimo to aż dwa razy stanął na podium. Miesiąc później zdiagnozowano u niego nowotwór przewodów żółciowych wewnątrzwątrobowych. Brał chemię, a w celu zwiększenia skuteczności leczenia zaproponowano mu dodatkową immunoterapię oraz podanie nowoczesnego leku, który nie jest refundowany. Lek ten musiał być podawany co trzy tygodnie przez około dwa lata z możliwością modyfikacji. Potrzebne były także środki finansowe na zastosowanie nowoczesnych technik leczenia raka, takich jak embolizacja, termoablacja i nanoknife. Ponieważ koszty leczenia przewyższały możliwości finansowe sportowca, założył on zbiórkę pieniędzy na ten cel.
Marzył, aby widzieć jak dorastają jego dzieci, aby towarzyszyć żonie w codziennych zmaganiach. Oraz o tym, aby nie zostawiać ich samych.
Dzisiaj przyszła wiadomość, że Michał nie żyje. Miał zaledwie 38 lat. Może szermierka i szpada nie leżą jakoś szczególnie w obszarze moich zainteresowań, ale o Michale wielokrotnie czytałam, także w kontekście Igrzysk Paraolimpijskich w Paryżu. I jakoś tak mu po prostu kibicowałam i w walce na macie, i poza nią.
Jakoś tak po trafieniu na informacje na temat śmierci Michała Dąbrowskiego moje myśli automatycznie powędrowały ku innemu niepełnosprawnemu szermierzowi - Jackowi Gaworskiego. On też reprezentował nasz kraj podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Rio de Janeiro, gdzie wraz z Dariuszem Penderem i Michałem Nalewajkiem zdobył srebrny medal w turnieju drużynowym. Już wtedy zmagał się ze stwardnieniem rozsianym oraz nowotworem. W ostatnim czasie jego stan znacznie się pogorszył. Ale żyje. I to jest niejako dobra informacja. W końcu dopóki człowiek żyje jest jakaś nadzieja.
Marzyłam o tym spotkaniu od dawna. Czasami mocniej, czasami słabiej. Ale temu pragnieniu pozostawałam w miarę wierna. Odżyło ono we mnie ostatnio z niezwykłą siłą. Wraz z każdym przeczytanym na jego temat artykułem, z każdym obejrzanym wywiadem, reportażem, czy też relacją z zawodów sportowych w których brał udział, z każdą audycją radiową coraz bardziej go podziwiałam jako człowieka, ale też i sportowca. I chociaż można powiedzieć, że trochę pogubił się w swoim prywatnym życiu, to w dalszym ciągu nie stracił nic w moim życiu. W ostatnim czasie przeczytałam jedną z jego autobiografii. Przeczytałam wiele negatywnych opinii na jej temat, ale jak dla mnie nie była ona taka zła.
Tytuł: "... i o to chodzi"
Autor: Robert Korzeniowski, Krzysztof Wyrzykowski
Wydawnictwo: Studio Emka
Warszawa 2005
Liczba stron: 230
Robert Korzeniowski jest niewątpliwie jednym z najbardziej utytułowanych polskich sportowców. Ma na swoim koncie wiele zwycięstw, w tym cztery tytuły mistrza olimpijskiego. Jak dotąd nikt nie powtórzył takiego wyniku. Co prawda Irena Szewińska zdobyła aż 7 olimpijskich medali, ale tylko 3 z nich było złotych. Wraz ze zdobyciem czwartego olimpijskiego złotego medalu zakończył swoją karierę, co nie oznaczało końca przygody ze sportem.
Książka "... i o to chodzi" została napisana w rok po Igrzyskach Olimpijskich w Atenach w 2004 roku. To właśnie ta impreza rozgrywana w kolebce idei Igrzysk spina niczym klamra wszystkie wydarzenia opisane w książce. Pan Robert opisuje w niej swoją dosyć barwną karierę sportową, nie wstydząc się porażek, ale też i zbytnio nie chełpiąc sukcesami. Widać, że do jednego i do drugiego podchodzi z dystansem tak, aby "nie zwariować". W rozdziałach nie brakuje opisów dzieciństwa i młodości, z jednej strony beztroskiego, a z drugiej polegających na walkach z kolejnymi chorobami i samym sobą. Dużo życia poświęcono też życiu prywatnemu, ale i przygotowaniu do poszczególnych startów oraz wspomnień z nimi związanych.
Widać, że pisanie tej książki przysporzyło panu Robertowi dużo emocji. Czuć je niemal w każdym z tworzących ją zdań. Autor nie zawsze zachowuje chronologię zdarzeń w swojej opowieści. Wiem, że wielu ludziom może to przeszkadzać, ale ja po prostu wyobrażałam sobie, że on to opowiada, jak wywiad narracyjny. A zapewne wielu z nas podczas wspomnień mówi o przeszłości, po czym wraca do teraźniejszości. Mimo to trzeba przyznać, że nasz mistrz olimpijski ma lekkie pióro i wyjątkową umiejętność przenoszenia myśli na papier. W sumie jak każdy humanista. W opisach startów jest dynamika, w rozdziałach poświęconych życiu rodzinnemu - nutka romantyzmu. Ech, aż nie chce się wierzyć, że ten związek nie przetrwał, ale może dobrze, skoro jedno i drugie miałoby się męczyć.
Po lekturze postać Roberta Korzeniowskiego stała mi się jeszcze bliższa. Wiem, że napisał jeszcze jedną książkę, a więc mam postanowienie, aby ją przeczytać.
Ale to jeszcze nie teraz. Teraz przyszedł czas na spełnienie marzenia o spotkaniu z czterokrotnym mistrzem olimpijskim w chodzie. Jak można się domyśleć, okazji ku temu było sporo, ale zawsze jakoś umykały mi one sprzed nosa. Dowiadywałam się o nich po fakcie. Z jednej strony czułam smutek, ale z drugiej wierzyłam, że w końcu mi się uda spełnić to pragnienie.
O obecności pana Roberta podczas Centralnego Klubu Pacjenta odbywającego się w MCK w Kato dowiedziałam się przypadkiem. To było to. Pomyślałam sobie, że teraz albo nigdy. Wiem, że z tym "nigdy" to gruba przesada, ale popchnęło mnie to do tego, aby zarejestrować się na wydarzenie. Tym bardziej, że nic nie traciłam, a mogłam tylko zyskać. Zobaczyć swój autorytet jeszcze z czasów dzieciństwa to nie byle co. Zresztą sam program dnia był bardzo bogaty i zapowiadał się niezwykle interesująco, a więc każdy mógł znaleźć w nim coś dla siebie.
Trochę obawiałam się tego, że praktyki nałożą mi się na wydarzenie, na szczęście miałam je z rana, co tylko odrobinkę kolidowało z planem spotkania. Ewentualnie nasilenie objawów kolejnej, ostatnio wykrytej u mnie choroby. Na szczęście żadnych niespodziewanych wypadków nie miałam. W ostateczności na miejscu pojawiłam się tuż po godzinie 10. Ubrana w nową niebieską koszulę niepewnie poruszałam się po obiekcie. Trochę pochodziłam po stoiskach i wystawcach, trochę posłuchałam prelekcji. W jakiś sposób musiałam zabić czas, żeby nie zwariować. A przy okazji dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy na temat działania ludzkiego organizmu. Swego czasu, w gimnazjum, uwielbiałam biologię, a w szczególności pasjonowało mnie wszystko, co dotyczy funkcjonowania naszego ciała. Aż mi głupio, że na pedagogice z biomedyki miałam tylko 3,5, ale jak już ustaliliśmy - materiał był zbyt obszerny dla kogoś niezwiązanego z medycyną. Za to Wybrane zagadnienia z anatomii i fizjologii człowieka zaliczyłam na 4,5, więc chyba nie jest z moją wiedzą aż tak źle. A samo zainteresowanie ludzkim ciałem pozostało mi do dzisiaj.
(na tym ostatnim zdjęciu w środku jest siedzi Apoloniusz Tajner)
Wreszcie konferansjerzy zapowiedzieli, że już za chwilę na scenie pojawi się on - Robert Korzeniowski. Serce zaczęło mi mocniej bić, bo oto po 24 latach i dwóch dniach (czyli od dnia, kiedy po dyskwalifikacji Meksykanina Segury zdobył złoty medal w chodzie na 20 km) miało spełnić się jedno z moich marzeń. Miałam na własne oczy zobaczyć tego, który wielokrotnie dodawał mi sił podczas biegów, chociaż nawet o tym nie wiedział. Bo zawsze kiedy brakuje mi sił do dotarcia do mety, powtarzałam sobie, że Kusociński dawał radę, Szewińska dawała radę, Korzeniowski dawał radę, to i ja muszę dać radę. I jakoś mi to pomagało.
Pan Robert na scenę wbiegł, jak przystało na sportowca. W kilku słowach powitał zgromadzonych gości, a następnie zaprosił na hol, gdzie miał przygotowanych parę prostych ćwiczeń na rozruszanie naszych mięśni, kości i stawów. Czyż może być coś przyjemniejszego od gimnastyki z mistrzem olimpijskim? I to czterokrotnym?
W ćwiczeniach towarzyszyła mu jego aktualna żona, Justyna. Przemiła i przesympatyczna kobieta. Już na pierwszy rzut oka wyraźnie widać, że doskonale się rozumieją i uzupełniają. Wydarzenie trwające ok. godziny zgromadziło dość sporą ilość odbiorców. Trochę obawiałam się, czy poradzę sobie z niektórymi ćwiczeniami, zwłaszcza tymi wymagającymi równowagi, ale okazało się, że zupełnie bezpodstawnie. Z jednymi radziłam sobie lepiej, z innymi gorzej, udało mi się jednak wykonać praktycznie wszystkie. A musiałam się starać, bo w pewnym momencie wylądowałam tuż przed sceną. Głupio by było zbłaźnić się przed swoim mistrzem. Tym bardziej, że oboje ukończyliśmy katowicki AWF, a więc uczelnię typowo ruchową.
Już podczas ćwiczeń pan Robert zapowiedział, że po nich będzie możliwość zrobienia sobie z nim zdjęcia. Po raz kolejny szybciej zabiło mi serce. Zdjęcie z Mistrzem! W dodatku mistrzem do potęgi czwartej. Od razu schowany w kieszeni spodni aparat fotograficzny przestał mi ciążyć. Jednak kiedy zobaczyłam ogromną kolejkę tak samo chętnych ludzi, pomyślałam, że chyba się to nie uda. Że za dużo chcę i oczekuję, że może samo zobaczenie pana Roberta, wykonanie z nim kilkunastu ćwiczeń oraz przybicie z nim "piątki" po wszystkim powinno mi wystarczyć. Stałam na końcu kolejki z uśmiechem patrząc na tych szczęśliwców, którym już to się udało. Z reguły były to całe grupy, które przybyły na wydarzenie, ale wśród nich byli i tacy, którzy chcieli mieć indywidualne zdjęcie. Wiele osób prosiło też o autograf na książce lub w zeszycie. Nie zazdrościłam im, bo i tak dostałam więcej, niż się spodziewałam. Zresztą w międzyczasie zrobiłam sobie zdjęcie z panią Justyną (które niestety nie wyszło), więc w ostateczności wystarczyłoby mi ono. Postanowiłam jednak jeszcze nie odchodzić od sceny. Mój entuzjazm zaczął coraz bardziej spadać, kiedy konferansjerka zapytała, czy już wszyscy mają zdjęcie. Niestety, nie potrafię tak po prostu wbić się gdzieś, zresztą obudziła się we mnie moja nieśmiałość. Zresztą gdzież komuś takiemu jak ja, szaraczkowi, pchać się do mistrza? I wtedy wydarzyło się coś zupełnie dla mnie niezrozumiałego.
Już wcześniej obserwowałam pana Roberta i jego stosunek do fanów. Cały czas był uśmiechnięty, cierpliwie pozował do zdjęć, dopytywał, dla kogo jest dedykacja i czy coś szczególnego ma się na niej znaleźć. Rzec by można - zwyczajny, prosty człowiek. Nawet jeżeli był zmęczony, to nie dał tego po sobie w żaden sposób poznać. Widać było, że chciał być dla każdego, chociażby na chwilę. Kilkakrotnie czytałam opinię innych, że jest zadufany w sobie i myśli, że wszystko wie. Ja jednak odbieram tą jego wszechwiedzę tak, że on po prostu dzieli się swoim doświadczeniem w kwestii chodu sportowego. Przecież każdy z nas chce przekazać innym wiedzę, w której czuje się dobrze. Dlaczego w przypadku mistrza olimpijskiego miałoby być inaczej? A jednak zaskoczyło mnie to, że sam mnie zauważył i zamachał, abym do niego podeszła. Nogi miałam jak z waty, jakby je wmurowało. Zauważył kogoś takiego jak ja - nieważnego, niedostrzegalnego, niewychodzącego zbytnio przed szereg. I chyba tylko siła pragnienia spełnienia marzenia sprawiła, że wykonałam jego ostatnie polecenie.
Zdjęcie z mistrzem, z kimś, kogo podziwiałam, od kogo czerpałam inspirację i siły, kto mnie wzruszał mieszanką tak pięknych cech sportowca, jak wytrwałość, pracowitość, samozaparcie z jednej strony oraz pogoda ducha, pokora i uczciwość wobec innych i samego siebie z drugiej. Kto wielokrotnie upadał, ale zawsze się podnosił i wszedł na sam szczyt sportowej kariery. Chłopak z małej miejscowości na podkarpaciu podbił cały świat. Z wrażenia połączonego ze wzruszeniem odjęło mi mowę. Aż sama się sobie dziwię, że zdobyłam się na mój krzywy uśmiech. I że jedyne co wydukałam, to krótkie "dziękuję". W normalnych okolicznościach pewnie nie powiedziałabym nic. I kolejna niespodzianka - uścisk mojej dłoni przez pana Roberta i krótkie "trzymaj się". Nawet jeżeli mówi tak każdemu, to i tak czuję się zaszczycona, że w tym gronie znalazłam się też i ja.
Zdjęcie może i nieidealne i nieostre, ale jest i cieszy. Czekałam na nie 24 długich lat. Czy kiedyś zwątpiłam, że uda mi się spotkać z panem Robertem? Chyba nie, zawsze gdzieś na dnie była we mnie ta nadzieja, iż to się uda. Tylko po prostu dotąd jakoś nie było ku temu okazji. Aż do dzisiaj. Jak już to sobie na spokojnie analizuję to myślę, że warto było czekać taki szmat czasu. Być może, gdybym spełniła to pragnienie od razu, moje uczucia byłyby całkowicie inne. Nie wiem jakie. Ale często mi powtarzali, że im dłużej się na coś czeka, tym bardziej to coś cieszy. A może to była próba sprawdzająca mój charakter - czy będę cierpliwie czekać, czy może odpuszczę gdzieś po drodze. Zresztą mam wrażenie, że całe moje życie składa się z takich prób. Mam nadzieję, że ją akurat zdałam.
Lada chwila mam kolejne urodziny. Piękniejszego prezentu nie mogłam sobie zrobić. Nawet nie chodzi o zdjęcie, ale o samo spotkanie, o to, co z niego wyniosłam. Trochę żałuję, że nie wzięłam książki, o której pisałam na początku, albo mojego notesu na autografy. Ale może i na to przyjdzie czas. Może jeszcze kiedyś go spotkam. Może będzie szansa na jeszcze jedno zdjęcie, tym razem dużo ostrzejsze. Może uda mi się sfotografować z jego żoną. Może warto dalej marzyć, bo nigdy nie wiadomo, kiedy los okaże się dla nas łaskawy.
Na koniec zostawiam Was z piosenką, która doskonale odzwierciedla mój dzisiejszy stan uczuciowy. Nie, nie zakochałam się w panu Robercie, refren możecie więc spokojnie wyciąć. Za to obydwie zwrotki, i owszem.