Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 28 lutego 2026

2329. Czas wracać do pracy i wielkopostny dzień skupienia LSO

Tegoroczne ferie, w moim przypadku trochę przedłużone, powoli dobiegają do końca. Od poniedziałku dzieciaki wracają do szkoły, a ja - do pracy. Dość już tego dobrego, skończyła się laba, zaczynają obowiązki. Ludzie wielokrotnie pytają mnie, czy lubię moją pracę, czy nie mam jej dosyć. Hm..., jeżeli miałabym dosyć po kilku miesiącach od zaczęcia pracy w szkole, dla mnie byłoby to oznaką, że nie jest to moja droga, że źle wybrałam, że po kilku latach spędzonych w Oratorium źle rozeznałam moje "powołanie". Nie będę ukrywała że jest zawsze łatwo i przyjemnie, bo nie jest. Jednak jeszcze żadne dziecko nie zaszło mi tak bardzo za skórę, czy to w szkole, czy na świetlicy, żebym miała ochotę rzucić pracę i iść inną drogą. Czyżby wcześniejsze doświadczenie mnie zahartowało? Mam taką nadzieję.
Chociaż nie było mnie blisko miesiąc ani w szkole, ani na świetlicy środowiskowej, starałam się być na bieżąco z tym, co się działo w jednej i w drugiej placówce. Katecheci w szkole już proszą mnie o pomoc w przeprowadzeniu szkolnego etapu Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy Religijnej oraz akademii z okazji świąt wielkanocnych. Napisałam też kilka programów, z czego jestem zadowolona. Nie, nie dumna, ale zadowolona. Jeden dotyczy strachu i opiera się na autobiograficznej książce Joanny Porazińskiej, "Asiunia", a drugi straty i oparty został na książce Barbary Kosmowskiej zatytułowanej "Dziewczynka z parku". Będę chciała pilotażowo wypróbować je podczas sobotnich zajęć w Oratorium w S-cu, ale to chyba najwcześniej za dwa tygodnie. Ogólnie polecam obydwie książki, bo chociaż są napisane z myślą o dzieciach, to przekazują wiele mądrych myśli, z których mogą skorzystać również dorośli.
Za tydzień jadę do Wadowic na spotkanie "Rafałków". Rozważania Drogi Krzyżowej z Aniołem Stróżem w tle już się pisze. To nie jest pierwsza Droga Krzyżowa mojego autorstwa, ale tym razem czuję szczególną odpowiedzialność za to, co wyjdzie spod mojej klawiatury. A i sama tematyka, chociaż wydaje się pozornie prosta, tak naprawdę taka nie jest. Zdecydowałam się jednak nią podjąć, w trudnych chwilach licząc na wsparcie mojego osobistego Anioła Stróża. Nie tracę więc nadziei, bo nawet jeżeli nie podołam temu to zawsze będzie to kolejne doświadczenie w moim życiu.
Jeżeli mówimy o doświadczeniach, to dzisiaj w diecezji mieliśmy wielkopostny dzień skupienia dla członków Liturgicznej Służby Ołtarza. Dla mnie był to debiut na zasadzie "Chcesz Lolku, czujesz się wystarczająco na siłach, to jedź. W końcu dzwonisz dzwoneczkami i przygotowujesz ołtarz przed Mszą świętą. Ja Cię nie będę zatrzymywać". No to pojechałam. Trema była, jednak serdeczne powitanie przez diecezjalnego duszpasterza Liturgicznej Służby Liturgicznej, z którym nota bene byłam na Światowych Dniach Młodzieży w Panamie, nieco mnie ośmieliła. Po chwili, już w komeżce, siedziałam w ławce w bazylice katedralnej Najświętszej Maryi Panny w Sosnowcu.
Na spotkaniu było niewielu członków Liturgicznej Służby Ołtarza. Podejrzewam, że bez problemu można by ich policzyć na palcach, i nie byłoby to przesadą. Podejrzewam, że na taki stan rzeczy złożyło się to, że bądź co bądź mamy jeszcze ferie w naszym województwie, a dodatkowo w tym samym czasie wiele księży było na swoim dniu skupienia. Jednak, jak to stwierdził ksiądz Łukasz, przybyła prawdziwa śmietanka naszej diecezji. Śmietanka, nie śmietanka, ja tam się cieszyłam, że mogłam być częścią tej śmietanki...
W tym roku prelegentem był ojciec Tobiasz, znany też jako Jakub Strzelecki. Zanim poszedł do seminarium był aktorem po szkole aktorskiej. Można go było zobaczyć w takich produkcjach, jak: "M jak miłość", "Samo życie", czy też "Miasto z morza". Niestety, z żadnego z nich go nie kojarzę. Pochodzi z Żywca, z religijnej rodziny. Około 2011 roku poczuł, że aktorstwo nie jest jego życiowym powołaniem, a życie poświęcone Bogu. Postanowił "przekwalifikować się" na zakonnika. Wstąpił do zakonu bernardynów (franciszkanów), dziś posługuje w Leżajsku, na wschodzie Polski.
Podczas swojej konferencji brat Tobiasz nie tylko podzielił się z nami historią swojego powołania i drogi do Boga, jaką przyszło mu przejść, ale też uświadomił, że nie trzeba być kimś nieskazitelnym, aby być ważnym w oczach Boga, a przede wszystkim, aby była mu powierzona jakaś misja. Powołał się tutaj na takie postacie ze Starego Testamentu, jak Adam (który wykazał nieposłuszeństwo wobec prośby Boga), Kain (który zabił z zazdrości Abla), Noe (który się upił winem), Abraham (który chociażby dwa razy sprzedał swoją żonę), Jakub (który o mało nie pozabijał się z Ezawem), czy też Mojżesz (który nie dość, że zabił Egipcjanina, to jeszcze miał wadę wymowy). Nikt z nich nie był idealny, mieli swoje wady, takie jak my, ale przez to nie stali się wyklęci w oczach Boga. Bo każdy z nich jednak kochał Boga i ufał mu.
Centralnym punktem Dnia Skupienia była Msza święta koncelebrowana przez przybyłych księży. Pomimo niewielkiej ilości uczestników miała ona uroczysty charakter. W krótkim kazaniu kaznodzieja przypomniał nam, że Bóg nie jest egzekutorem nakazów i zakazów, za jakie często bierzemy chociażby dekalog, ale chce być bardziej drogowskazem w naszym życiu.
Myślę, że taki dzień skupienia na początku Wielkiego Postu, a nawet w trakcie jego trwania, jest doskonałą okazją do tego, aby jeszcze raz na chwilę zatrzymać się i przemyśleć wiele spraw w swoim życiu. A takie konferencje są jak najbardziej ku temu pomocne i przydatne.
Jutro zaczynają się trzydniowe rekolekcje w DA w Katowicach. Planuję na nie wbić, bo może być ciekawie.

czwartek, 26 lutego 2026

2328. Lekcja pokory oraz odwagi

Raport diecezjalnej komisji "Wyjaśnienie i naprawa" opublikowany 15 lutego wywołał niemałe poruszenie w społeczeństwie, ale też i mediach. To co wynikło z przeanalizowania pierwszej części zgromadzonych dokumentów, przyprawia o ból głowy i niedowierzanie zwykłych śmiertelników. Oczywiście, znalazła się grupa "wiecznie niezadowolonych" i "zawsze lepiej wiedzących", którzy mieli tysiąc "ale" do raportu, wytykając mu liczne błędy. 
No ludzie, zlitujcie się. Jest to pierwszy tego typu raport w naszym kraju, pisany od zera, bez żadnego wcześniejszego przygotowania, bez wzorca, na którym mogliby się oprzeć. Wszystko pisano po raz pierwszy. Zresztą dla mnie bardziej liczy się odwaga naszego obecnego biskupa, który za wszelką cenę chce wyjaśnić to, co zostało zaniedbane przez jego poprzedników (bp. Adama Śmigielskiego oraz bp. Grzegorza Kaszaka) i to, co z tego wynikło, niż sama część merytoryczna. Oraz to, że padło tak długo wyczekiwane słowo "przepraszam". Same dane są druzgoczące. O ile za kadencji biskupa Śmigielskiego dopatrzono się jednej znaczącej nieprawidłowości* (owszem, nie powinno jej być, ale umówmy się, że jedna wpadka każdemu może się zdarzyć), o tyle za jego następcy, biskupa Grzegorza Kaszaka, było ich znacznie więcej. Czy można było im zapobiec? Myślę, że tym, o których wiedział - tak. Zdaję sobie też sprawę z tego, że nie o wszystkim mógł wiedzieć, bo mimo wszystko nie jest Duchem Świętym. Ale o wielu wiedział. I może zamiast przenosić księży z parafii do parafii, nie raz jeszcze ich "awansując" na wyższe stanowiska, zamiatając tym samym sprawy pod dywan, to lepszym rozwiązaniem byłoby wszcząć dochodzenia. Jeżeli okazaliby się winnymi, to normalnie powinni stanąć jak każdy obywatel przed sądem, jeżeli jednak nie, to dopiero wtedy, dla bezpieczeństwa duchownego, przeniosłabym go na inną parafię. Celibat nie zwalnia z odpowiedzialności, nie powoduje, że księża z automatu nie czują podniecenia seksualnego. Księża to przede wszystkim ludzie, z takimi samymi potrzebami, jak inni. To jednak od nich zależy, czy będą umieli powstrzymać swój popęd seksualny, czy też nie. Jeżeli tak, to chwała im za to, jeżeli nie, to może warto zastanowić się nad swoim powołaniem i czy to na pewno jest stan duchowny.
Jeżeli mogę coś dodać, to jestem za tym, aby podobne komisje i podobne raporty miały miejsce również w innych diecezjach/archidiecezjach w naszym kraju. Po tym, co się działo w 2023 roku w mojej wielokrotnie słyszałam (bądź czytałam), że mieszkam na terenie najgorszej diecezji w kraju. Również od innych studentów na roku. Bolało, zwłaszcza kiedy wprost mówiono mi, że za takie coś powinna zostać bezpowrotnie zlikwidowana. Tymczasem nie minęły jeszcze trzy lata, a do mediów trafiła informacja, że również na terenie diecezji osoby, która najbardziej oponowała za tą likwidacją, też były przypadku pedofilii wśród duchownych. Wiem, że zabrzmi to strasznie, ale podejrzewam, że w każdej diecezji znalazłoby się kilka takich nieprawidłowości. Czy to oznacza, że wszystkie diecezje należy zlikwidować? Nie! Należy za to przeciwdziałać takim procederom, jeżeli się da, to już na poziomie formacji seminaryjnej. Wyświęconych księży wykazujących jakieś nieprawidłowości nie przenosić na inne parafie, jeżeli już coś się stanie, ale wytaczać im procesy, tak jak normalnym, świeckim ludziom. Odsuwać ich od pracy z dziećmi i osobami zależnymi od innych. Zaburzonych psychicznie kierować do psychologów, a nie tylko do egzorcystów (!!!) i kierowników duchowych. Tych, co do których są tylko podejrzenia, baczniej obserwować.

* jeden na 16 lat urzędowania

wtorek, 24 lutego 2026

2327. Kilka ciekawych myśli wygrzebanych w czeluściach Internetu

Chwilowo w moim życiu nic się nie dzieje. A może dzieje się, tylko nie warto o tym pisać? Dlatego wrzucam Wam kilka "złotych myśli", "dobrych rad", "cytatów mądrzejszych od nas". Niektóre pojawiły się już na tym blogu, inne debiutują. Ich wybór jest zupełnie przypadkowy.
Któryś cytat szczególnie do Was przemówił? Z którymś możecie się identyfikować?
Ja wracam do pisania rozważań na Drogę Krzyżową na najbliższe spotkanie "Rafałków" z Wadowic. Zgłosiłam chęć, dostałam zielone światło. To akurat lubię. Nie wiem, czy mam do tego talent, nie mnie to oceniać. Ale jeżeli mam, to może warto go rozwijać, choćby w tak banalny sposób. Jak dla mnie jest to też dobry sposób w czynne włączenie się w funkcjonowanie wspólnoty. Co prawda trochę trudu mi sprawia napisania wszystkiego w tematyce Aniołów Stróży, ale wierzę, że z Bożą pomocą coś tam naskrobię i nawet będzie to miało jakiś sens. Wszystko jednak rozstrzygnie się za dwa tygodnie.
Dbajcie o siebie i trzymajcie się ciepło! Bo wiosna tuż, tuż!

sobota, 21 lutego 2026

2326. Wielkopostne myśli A.D. 2026

Po raz kolejny wkroczyliśmy w trwający czterdzieści dni okres Wielkiego Postu. Wesołość ustąpiła miejsca zadumie, zabawa - wyciszeniu, pokusy - wstrzemięźliwości. Wbrew opinii niektórych osób nie ma to być okres bezkresnego smutku, a raczej niegasnącej Nadziei. Nadziei, że chociaż z prochu powstaliśmy i w proch się odwrócimy, jak słyszeliśmy w czasie obrzędu posypania głów popiołem w Środę Popielcową, to nasze ciała zmartwychwstanie na wzór zmartwychwstania Pana Jezusa.
Trwający Wielki Post to też dobra okazja, by stać się chociaż trochę lepszym. Lepszym dla innych, Pana Boga, ale też dla siebie samego. Nie na darmo jego trzema wyznacznikami są post (czyli coś dla nas), modlitwa (coś dla Boga) oraz jałmużna (coś dla innych). Coś... czasami jedno maleńkie wyrzeczenie... Może raz na kilka dni nie zjem ciastka, nie wypiję kawy, czy też słodkiego napoju, może nie będę tak często zaglądać w media społecznościowe na rzecz własnego rozwoju albo poświęcenia tego czasu innym. Może wreszcie uśmiechnę się do pani ekspedientki albo zagadnę do sąsiadki z drugiego piętra. A może po prostu nie będę nikogo tak bardzo obgadywać. Może okażę wdzięczność, zamiast ciągle narzekać. Ile ludzi tyle dobrych pomysłów na ciekawą i niebanalną interpretację postu, modlitwy i jałmużny.
Nie należy zapominać, że nawrócenie nie zaczyna się od wielkich deklaracji, ale od ciszy i uważności, jak w swoim przesłaniu na Wielki Post pisze papież Leon XIV. Zwraca on uwagę na to, że nadmiar bodźców, informacyjna nadprodukcja oraz spiętrzone obowiązki rozpraszają nas do tego stopnia, że gubimy wewnętrzny porządek. Tym bardziej Wielki Post powinien stać się okazją do "przywrócenia środka ciężkości", umieszczenia Boga w centrum naszej codzienności, odzyskania równowagi, jak też uporządkowania relacji, które cierpią najbardziej, kiedy żyjemy w ciągłym pośpiechu.
Papież wyraźnie podkreśla, że pierwszym krokiem do przemiany jest słuchanie. Nie chodzi tutaj tylko o słuchanie Słowa Bożego podczas liturgii, ale też o uważność na historie ludzi obok nas, ich potrzeby, lęki, cierpienie oraz samotność. Ze względu na natłok natychmiastowych komentarzy, szybkich osądów i sporów prowadzonych podniesionym tonem, słuchanie staje się aktem odwagi i dojrzałości. Pozwala ono zobaczyć drugiego człowieka bez uprzedzeń oraz otwiera przestrzeń na prawdę, której nie da się zamknąć w krótkim zdaniu. Papież sugeruje, że takie słuchanie może uczyć rozpoznawania realnych "wołań współczesności", dramatu ubóstwa, niesprawiedliwości i wykluczenia. Prowadzi więc do odpowiedzialności, a nie do samej emocji.
Według powyższej perspektywy Ojciec Święty interpretuje również post nie ograniczając go jedynie do praktyk żywieniowych (chociaż ich rola w dalszym ciągu pozostaje ważna), lecz proponuje post rozumiany szerzej. Konkretniej jako narzędzie do porządkowania swoich pragnień, oczyszczania serca i dyscypliny otwierającej na dobro. W tym roku szczególny nacisk kładzie na "post od słów", tj. złośliwych komentarzy, obmowy, pochopnych ocen oraz ostrych reakcji. Papież zachęca wszystkich do "rozbrajania" języka, do wyboru łagodności w miejsce krytyki, zrozumienia zamiast uprzedzeń oraz milczenia zamiast impulsywnej riposty.
Na końcu papież bardzo mocno akcentuje być może najtrudniejszy wymiar, jakim jest wspólnota. Przypomina, że nasze nawrócenie nie jest tylko projektem indywidualnym, dotyczy też stylu relacji, jakości rozmowy i gotowości do usłyszenia drugiego człowieka. Wspólnota to ma być miejsce, w którym słucha się nie tylko Słowa Bożego, ale też siebie wzajemnie: swoich trosk, wątpliwości i bólu, które często są po prostu niepowiedziane. We wspólnotach rodzą się drogi wyzwolenia i budowania pokoju, nie przez wzniosłe hasła, ale przez codzienny trening uważności, słowa i odpowiedzialności.
Obok wyniosłych słów papieża Leona XIV stają równie ważne przesłania naszych lokalnych kapłanów. Ksiądz na wieczornym kazaniu w Środę Popielcową powiedział taką bardzo ciekawą rzecz - każdy z nas jest takim palącym się ogniskiem, do którego trzeba nieustannie dokładać, aby ten żar nie wygasł. Są jednak różne materiały, które mogą w różny sposób wpływać na jakoś płonącego ognia. Jedne, chociaż tanie i łatwo dostępne, będą go przygaszać, inne natomiast będą sprawiać, że płomień będzie świecił mocnym blaskiem. Które wybierzemy na następnych 40 dni poprzedzających Mękę Pańską? Czy pójdziemy prostą, ale powierzchowną drogą, czy może wybierzemy tą bardziej wymagającą, ale i w większym stopniu działającą na nas i na innych? Wybór należy do nas, a odpowiednie owoce zbierzemy po naszej pracy.

Modlitwa do Jezusa Frasobliwego
Przychodzę do Ciebie w ciemnym kościele
niczym w Kajfasza ciemnicy.
Klękam przed Tobą, Jezu cierpiący,
chcę dotknąć Twej tajemnicy.
Tyś wiedział, że umrzesz, zostaniesz zdradzony,
aż w końcu ukrzyżowany.
Że umrzesz bym ja mógł żyć po wieki z Bogiem,
jakiś Ty Jezu kochany.
Patrzę na Ciebie, w koronie cierniowej,
gdzie każdy kolec rani Twą głowę świętą.
Wspominam Twą drogę, Twą mękę na krzyżu,
do końca przeze mnie niepojętą.
O Panie, choć jesteś słaby, wzgardzony,
to widzę w Tobie obraz Pana Boga.
Daj mi Twej siły, dodaj odwagi,
weź za rękę, kiedy dopadnie mnie trwoga!

czwartek, 19 lutego 2026

2325. Strach się bać!

Zastanawiam się, czy nadrobię zaległości czytelnicze, jakie mi się nagromadziły przez ostatnie dni w blogosferze. Pewnie będzie trudno, bo niesamowite osłabienie w dalszym ciągu daje mi się we znaki, ale będę próbować. Z jednej strony czuję się trochę nie fair wobec Was, a z drugiej uważam, że nie ma nic bardziej niesprawiedliwego dla bloggerów, niż jednych bez przerwy faworyzować komentarzami, a wobec innych mieć wymówkę, że nie ma się czasu. Wolę "nie mieć czasu" dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych.
Wybaczcie, to nie tak miało wyglądać. Wraz z nadejściem ferii miałam mieć więcej czasu na blogi (ale oczywiście w ramach rozsądku), a wyszło jak wyszło. Chociaż nie, wcześniej miałam jechać na obóz zimowy z klubem sportowym. Wiem, że w moim aktualnym stanie nie na wiele by się to zdało i raczej by mnie ten wyjazd nie ucieszył, a jednak z tyłu głowy jest ten żal, ta tęsknota za poszusowaniem na nartach. 
Mimo wszelkiego osłabienia udało mi się ostatnio przeczytać "Wojnę światów" Herberta George'a Wellsa. Pamiętam jak prawie dwadzieścia lat temu na lekcji Wiedzy o Społeczeństwie profesor opowiadał nam o fenomenie słuchowiska radiowego z 1938 roku opartego na powieści. Wiele słuchaczy zgromadzonych przy radioodbiorniku było przekonanych, że spiker na żywo relacjonuje atak Marsjan na planetę Ziemię. Wtedy być może mnie to dziwiło, być może śmieszyło. Tego już nie pamiętam. Jednak ta jego opowieść wbiła się w moją głowę i siedziała aż do teraz. Jednak po przeczytaniu całości zaczynam rozumieć te wszystkie obawy słuchaczy, a nawet wyczuwać strach, jaki im towarzyszył.

Tytuł: "Wojna światów"
Autor: Herbert George Wells
Wydawnictwo: Vesper
Czerwonak 2018
Ilość stron: 214

Życie pozaziemskie to jeden z tych tematów, na które człowiek ma dużo wyobrażeń, ale tak naprawdę niewiele o nim wie. Niby zostały wysłane sondy kosmiczne, ale czy znajdą one realne ślady życia pozaziemskiego, tego nikt nie wie. Zostaje nam tylko nasza ludzka wyobraźnia. Jedną z najbardziej znanych wizji jest ta zaprezentowana przez Herberta George Wellsa w "Wojnie światów". To na motywach tej powieści w latach 30 XX wieku powstało słynne słuchowisko, które wywołało panikę wśród wielu Amerykanów.
Pewnego dnia nieopodal Londyny ląduje dziwny cylinder. Dwóch dziennikarzy postanawia sprawdzić, co to jest. Na miejscu zostają oni unicestwieni przez tajemnicze istoty. Dzieje się to na oczach nieznanego z imienia i nazwiska narratora, zamieszkujący położone nieopodal Woking. Niemal od razu daje się wyczuć, że przybysze są wrogo nastawieni do Ziemian i robią wszystko, żeby zniszczyć życie na Ziemi. Narrator wraz z żoną i innymi mieszkańcami miasteczka postanawia uciec, co wcale nie jest takie łatwe. Tymczasem rozpoczyna się zagłada znanego dotychczas świata.
Książka została dosyć ciekawie przetłumaczona na język polski. Czyta się ją jednym tchem. Dotąd specjalnie nie interesowały mnie książki z dziedziny SF, tą jednak przeczytałam z prawdziwą ciekawością i zainteresowaniem. Dodatkowym atutem są grafiki ilustrujące treść pozycji. Ich autor zastosował interesujący zabieg naszkicowania ich niczym ołówkiem. Z jednej strony nadaje to grozy całości, a z drugiej wprowadza czytelnika w mroczną opowieść napaści Marsjan na Ziemian. Zachwyciła mnie jego wizja wyglądu marsjańskich pojazdów i maszyn, sama lepiej bym tego nie wymyśliła. Ogólnie jestem zadowolona z przeczytania tej pozycji. A dodatkowo po trochu zaczynam rozumieć tą panikę, która wybuchła, kiedy w radio pojawiło się słuchowisko oparte na tej książce.

Za książkę dziękuję Lidzi z misiowego zakątka

wtorek, 17 lutego 2026

2324. Święci z sąsiedztwa - biskup Jan Cieplak

Myślę, że każdy z nas w swoim środowisku ma wielkie postacie, takie, które zasługują na pamięć nie tylko przez jedno pokolenie, ale większą ilość osób. To tacy ludzie, którzy w jakiś sposób związani są z miejscem, w którym przebywamy. Jedni mogli się w nim urodzić, inni żyli przez całe swoje życie, a jeszcze inni przybyli w jego trakcie. 
Jedną z takich osób związanych z moim miejscem zamieszkania jest bez wątpienia arcybiskup Jan Cieplak, dzisiaj Sługa Boży, który urodził się w połowie XIX wieku na terenie ówczesnej kolonii Reden. W Dąbrowie mieszkał zaledwie kilka lat, co nie zmienia faktu, że został zapomniany czy też pominięty przez późniejsze pokolenia. Mamy ulicę jego imienia w dzielnicy Reden, znajdującej się na terenie wspomnianej osady, pamiątkowe tabliczki znajdują się na domie, w którym prawdopodobnie przyszedł na świat oraz na miejskiej bazylice, jest też patronem ronda znajdującego się w centrum miasta.
Szerzej jest jednak mało znany, nawet dla miejscowych. Kim był? Jak potoczyło się jego życie? Zapraszam do lektury (ostrzegam, będzie długo).
Ks. Walerian Meyszkiewicz,
1932 r (Wikomedia Commons)
Biskup Jan Cieplak
(Wikomedia Commons)
Przez miejscowych oraz historyków uważany jest za jednego z największych Polaków-kapłanów, niezłomnego obrońcy cywilizacji zachodniej przeciw rosyjskiej barbarii. Ksiądz Jan Cieplak był profesorem petersburskiej Akademii Duchownej, a mimo to lubił gonitwy oraz skoki przez ognisko z młodzieżą. Swoje heroiczne oblicze ukazał po przewrocie bolszewickim, kiedy jako najwyższy hierarcha katolicki w sowieckiej Rosji przez sześć lat bronił Kościoła, ryzykując przy tym każdego dnia swoje życie.
Skazano go na karę śmierci, jednak po interwencjach całego świata zamieniono ją na dziesięć lat więzienia. W 1924 roku został wydalony z Sowietów. Aktualnie trwa jego proces beatyfikacyjny. Rozpoczęto go w 1952 roku w Rzymie z inicjatywy prymasa Stefana Wyszyńskiego. Co ciekawe, utknął on za pontyfikatu Pawła po przeprowadzeniu przez postulatora, ks. prof. Waleriana Meysztowicza, etapów diecezjalnego i w Kongregacji Rytów. Jak w swoich wspomnieniach pisał ks. prof. Meysztowicz, potrzebne były jeszcze "animadversiones na naszą suplikę", tj. sformułowane na piśmie przez tzw. adwokata diabła. "Ale animadversiones, pomimo osobistej ustnej mojej prośby, przedstawionej na prywatnej audiencji Pawłowi VI, nie pojawiły się". A przecież to sam Paweł VI namawiał ks. Meysztowicza do podjęcia starań o tą beatyfikację.
Według Meysztowicza "można robić na ten temat różne domysły - wszystkie niepewne; wszystkie mogą kogoś urazić lub czyjś gniew obudzić".

"Trzeba, trzeba świętych Pańskich"
Nikodem / Borys Rotow
(Wikomedia Commons)
Przyczyną takiego stanu rzeczy mógł być szantaż bolszewików. Dla Jana XXIII, poprzednika Pawła VI, niezwykle istotne było, aby na Soborze Watykańskim obecni byli przedstawiciele sowieckiego prawosławia. Jego wizja zwołania "soboru ekumenicznego" został wykorzystany przez Moskwę, która za pośrednictwem przewodniczącego Wydziału Zewnętrznych Stosunków Cerkiewnych Patriarchatu Moskiewskiego, abp. Nikodema, postawiła pewien warunek: Watykan miał zamilknąć na temat komunizmu.
Nikodem mamił więc Watykan wizją "ekumenicznego" zbliżenia i za wiedzą papieża doprowadził do potajemnego spotkania z kard. Eugene'em Tisserantem, który był przewodniczącym Centralnej Komisji dla Przygotowania Soboru oraz znanym krytykiem orzeczeń Świętego Oficjum z lat 1949 i 1959, które zakazywało współpracy katolików z marksistami. Kardynał miał wówczas obiecać w imieniu papieża, że sobór powstrzyma się od wypowiedzi na temat komunizmu. Takie samo przyrzeczenie złożył w Moskwie przed rozpoczęciem soboru ks. prał. Johannes Willebrands, który był szefem Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan. Strona watykańska słowa dotrzymała.
Podczas pontyfikatu papieża Pawła VI polityka wschodnia
Watykanu była kontynuowana w nadziei na poprawę położenia Kościoła, dlatego zakończenie procesu beatyfikacyjnego męczennika komunizmu abp. Jana Cieplaka byłoby po prostu niewygodne. Sprawa została zapomniana, w dodatku śmierć ks. Meysztowicza w 1982 r. na jakiś czas wstrzymała dalsze postępowanie.

Pod opieką dobrych ludzi
"Uderzającą jego cechą były szczere, dobre, jasne oczy; mocne ręce były dziedzictwem po proletariackich, górniczych przodków" - pisał ks. Meysztowicz. 
Rodzina nosiła nazwisko "Ciepliński" do czasu, gdy pochodzący z Dąbrowy Górniczej dziadek Jana, po schronieniu się przed rosyjskimi prześladowaniami na Górnym Śląsku, zmienił nazwisko na "Cieplak". Wkrótce wrócił do bliskich, ale nazwisko zachował.
Jan wychowywał się niczym sierota. Matka zmarła dwa lata po jego urodzeniu (1857 r.), dzieckiem zaś zajęła się babka Katarzyna Bugajska. "Prosta to była wieśniaczka, ale o wielkim i szlachetnym sercu" - mówił o niej kapłan w późniejszych latach. Jako trzylatek zamieszkał u wuja, ks. Jana Bugajskiego, który był proboszczem w Krasocinie pod Włoszczową.
Pierwszy raz doświadczył przemocy ze strony Rosjan po upadku Powstania Styczniowego. Kozacki patrol zabrał z plebani jego wuja, który obiecał uczepionego sutanny malcowi, że niebawem wróci. I tak też się stało. Jednak gdy w 1873 roku Jan ukończył gimnazjum kieleckie ks. Bugajski zmarł.
Młodzieniec na poważnie myślał o wstąpieniu do seminarium duchownego. Niestety, kwota, którą pozostawił jego opiekun, mogła pokryć jedynie pierwszy rok nauki. Z pomocą przyszedł przyjaciel wuja, ks. Khaun, proboszcz kościoła w Minodze w powiecie olkuskim. Jan okazał się tak zdolnym i wyróżniającym się studentem, że po pięcioletnim kursie przełożeni zdecydowali się na wysłanie go na wyższe studia teologiczne do Akademii Duchownej w Petersburgu. Wyjechał jesienią 1878 r. i został tam 46 lat.

Ne cedat academia, ne cedat Polonia
Rzymskokatolicka Akademia Duchowna
w Petersburgu (fot. www.polskipetersburg.pl)
Jan trafił do stolicy carów, na jedyną wyższą uczelnię katolicką w imperium. Akademia Duchowna w Petersburgu została utworzona w 1842 roku, kiedy to przeniesiono tam wileńską Rzymskokatolicką Akademię Duchowną, która kontynuowała tradycje Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Wileńskiego zlikwidowanego w 1842 roku. Wbrew zamiarom zaborcy, jak wspominał w 1926 r. bp Zygmunt Łoziński, "Akademia stała się łącznikiem wszystkich diecezji w zaborze rosyjskim. Tam poznawaliśmy się między sobą i poznawaliśmy kraj cały, tam wyrabialiśmy poczucie jedności całego duchowieństwa katolickiego pod jarzmem rosyjskim [...]. Akademia rozpalała i wyrabiała gorącą miłość ojczyzny i dążności niepodległościowe względem Polski, a misyjne względem Rosji".
Tak więc Jan Cieplak trafił do największego polskiego ośrodka funkcjonującego w Rosji. Przebywający w nim Polacy współtworzyli kulturę, życie religijne i naukowe miasta. Dodatkowo metropolia dawała widoki na karierę i wabiła ludzi szukających pracy. Gdy zjawił się w Petersburgu, Polaków było tam ok. 30 tys., kiedy obronił doktorat w 1901 r., już ok. 50 tys., a w 1910 roku, kiedy już od dwóch lat piastował urząd biskupa pomocniczego w archidiecezji mohylewskiej - było ich ok. 65 tys.
Położenie księży katolickich obrządku łacińskiego i greckokatolickiego było nad wyraz trudne: byli nieustannie inwigilowani, podejrzewani o szerzenie polskości, izolowani od siebie, mogli wyjeżdżać poza miejsce zamieszkania tylko za zgodą władz. Ci, którym zabrano stałe dowody osobiste, traktowani byli na równi z włóczęgami. Za przekroczenie rządowych przepisów przewidywano dla nich karę grzywny, aresztu, więzienia, zamknięcia w byłych klasztorach katolickich objętych policyjnym dozorem, a nawet zsyłkami w głąb Rosji. Dodatkowo od połowy XIX wieku trwała bezwzględna rusyfikacja liturgii - inne narodowości imperium nie podlegały takim ograniczeniom.
Akademia Duchowna, jakby na przekór wszystkiemu, trwała i kształciła elity duchowieństwa, które po 1917 roku opierały się sowietyzacji.

Wykłady i gonitwy
Świeżo upieczony, zaledwie dwudziestopięcioletni magister teologii i dopiero co wyświęcony kapłan, w 1882 roku został, na propozycję rektora Akademii adiunktem. Co ciekawe, nie ukończył żadnych studiów zagranicznych, ani nie posiadał znaczącego dorobku naukowego. Możliwe to jednak było w szczególnych warunkach, w jakich funkcjonowała Akademia. Władze utrudniały jej kontakt z Watykanem oraz wyższymi uczelniami Zachodu. Ci, którym udało się wyjechać, studiowali pod przybranymi nazwiskami.
Na podstawie doktoratu o transsubstancji, ksiądz Jan Cieplak uzyskał w 1901 roku profesurę. Przez 26 lat wykładał teologię dogmatyczną. Został zapamiętany, jako człowiek dobroduszny, serdecznego w obejściu z ludźmi i... niewolniczo przywiązanego do podręczników. "Ksiądz profesor Cieplak nie dawał może uczniom wyników samodzielnych, oryginalnych studiów, lecz tego, czego ich uczył, nauczał sumiennie i gruntownie" - napisał jego przyjaciel, ks. Franciszek Rutkowski, który razem z nim miał stanąć w 1923 roku przed czerwonym trybunałem w Moskwie. Zaś ks. Józef Rakoszny dodawał: "Jako profesor nie był twórczy. Chociaż żadnych nowych horyzontów nam nie pokazywał, [...] to jednak wpajał w nas gorącą wiarę, uczył wierzyć po dziecięcemu".
Mogłoby się wydawać, że jego powołaniem była praca duszpasterska w gimnazjum żeńskim przy kościele pw. św. Katarzyny i w Zakładzie Wychowawczym dla dziewcząt przy generalnym domu Zgromadzenia Rodziny Maryi.
"Urocza Mikołajówka [dacza pod miastem] była ośrodkiem cudownych wycieczek, w których brał udział Czcigodny Ojczunio, ks. Jan Cieplak, późniejszy arcybiskup męczennik" - wspominała jedna z wychowanek. Inna z kolei dodawała: "Sadowiłyśmy się u jego nóg. Opowiadaniom nie było końca, a ks. Cieplak interesował się naszą nauką, pracą, żartował i zaśmiewał się, gdyśmy mu opowiadały o naszych figlach".
To właśnie tam, w Mikołajówce, kiedy płynąca Newą łódź z dziećmi na pokładzie uległa przewróceniu, nie zastanawiał się długo - zdarł z siebie sutannę i rzucił się w nurt rzeki. Dzięki temu uratował kilkanaście dziewczynek - dwóch już nie zdążył.
Podwieczorki z wychowankami, gonitwy, skoki przez ognisko niemłodego już kapłana, a jednak zupełnie inny obraz ks. prof. Cieplaka pozostał w pamięci jego studentów. Ks. bp Michał Godlewski pisał: "W bliższym kontakcie z alumnami nie pozostawał". 
"Rzadko spotykaliśmy się poza wykładami", przyznawał inny. Wszyscy jednak podkreślali jego nietuzinkową życzliwość i ciepło.
Polski biskup cieszył się dużą popularnością w polskich kręgach w Petersburgu, a jego praca jako katecheta wraz z działalnością m.in. w Towarzystwie św. Wincentego a Paulo i Towarzystwie Dobroczynności były powszechnie znane. Nic dziwnego, że 25-lecie jego profesury było świętowane przez całe polskie społeczeństwo zamieszkujące miasto.

Apostoł Syberii
Bp Jan Cieplak (fot. NAC)
W 1908 roku ponad pięćdziesięcioletniego profesora wyrwała z murów uczelni i obarczyła wielką odpowiedzialnością decyzja Piusa X o jego nominacji na biskupa pomocniczego nowego metropolity mohylewskiego abp. Apolinarego Wnukowskiego. Stanął u boku człowieka kierującego największą archidiecezją na świecie, która swoim terytorium obejmowała prawie całe imperium - od Finlandii, Łotwy i Estonii na zachodzie, przez Syberię, po Sachalin na wschodzie, od Morza Białego na północy po granicę z Chinami na południu.
Na ziemiach powierzonej mu archidiecezji żyły setki tysięcy katolików porozrzucanych po jej bezkresach: kościoły i kaplice oddalone były od siebie nawet o tysiące kilometrów. Kapłanów zaś pozostawiono samych sobie. Utrzymywani byli przez wiernych, ale nie mieli kontaktu ze swoimi zwierzchnikami. Nie było tradycyjnych parafii, a niektórzy katolicy mieli okazję zobaczyć księdza tylko raz w życiu. To były też czasy, kiedy nie było ani dróg, ani kolei.
Tym sposobem bp Jan Cieplak porzucił w miarę stateczne i przewidywalne życie akademickie, przemieniając się w prawdziwego człowieka czynu. Wkroczył na drogę, która po dziesięciu latach zawiodła go na stanowisko najwyższego hierarchy Kościoła katolickiego w sowieckiej Rosji oraz obrońcy katolików w rewolucyjnej zawierusze. Skromny i dotychczas zamknięty wcześniej w ramach swojej pracy, rzucił się teraz w wir spraw odległych od jego dotychczasowego doświadczenia.
Już rok później, w 1909 roku, wyruszył on z misją apostolską po archidiecezji, podczas której odwiedził ponad czterdzieści miejscowości. Szczególne znaczenie miała podróż przez Syberię, gdzie Polacy trafiali falami jako zesłańcy po powstaniach oraz od ok. 1890 roku przyjeżdżali za tzw. "chlebem" - inżynierowie, mechanicy oraz robotnicy przy budowie Kolei Transsyberyjskiej, a także chłopi, którym szybki rozwój Syberii i reformy Piotra Stołypina umożliwiały wzięcie za darmo wykarczowanej własnymi rękoma ziemi pod uprawę.
Podczas nabożeństwa w Czelabińsku płacz wiernych zagłuszał to, co do nich mówił. W Irkucku po procesji Bożego Ciała garnęły się do niego dzieci. W chabarowskim małym kościółku, w którym ksiądz bywał sporadycznie, na Mszy świętej pojawiło się niewielu ludzi, zaś egzamin młodzieży przed bierzmowaniem wypadł bardzo słabo. Na Sachalinie spotkał kilkuset Polaków, potomków zesłańców, którzy zostali pozbawieni opieki duszpasterskiej. W Charbinie poświęcił nowy kościół. W czasie tejże pielgrzymki udzielił sakramentu bierzmowania ponad 21,5 tys. osób. Po powrocie we wrześniu 1909 roku mówił o potrzebie sprowadzenia na Syberię zakonu misyjnego, które przeciwdziałałoby "zdziczeniu moralnemu" katolików. Kiedy wrócił, metropolita już nie żył. Po nominacji w 1910 roku abp. Wincentego Kluczyńskiego, wyjechał do diecezji mińskiej, podległej archidiecezji mohylewskiej. Tą wizytację przerwały władze, zarzucając mu "szowinizm religijny" i "polską propagandę polityczną".
Nie powstrzymało go to jednak przed podróżą do Rosji środkowej, którą odbył w 1911 roku.
Kolejne donosy pozbawiły go ostatnich uposażeń finansowych. Mimo to żartował, że dostał od "carskich opiekunów żółty bilet". Sprawiło to, że musiał zaprzestać dalszych wyjazdów.

"Nie idźcie w służbę złu"
Z momentem rezygnacji abp Kluczyńskiego ze stanowiska jeszcze przed wybuchem wojny w 1914 roku, zarządzanie archidiecezją powierzono biskupowi Cieplakowi. Jako administrator apostolski, a zarazem najwyższy hierarcha katolicki w Rosji, musiał stawić czoło zarówno zawierusze wojennej, jak i rewolucyjnej. Nie szczędził więc sił, aby nieść pomoc ludziom dotkniętym pożogą wojenną, głodem i bezdomnością w byłym Królestwie Polskim i w Małopolsce. Za jego sprawą Towarzystwo św. Wincentego a Paulo przesyłało przez Szwecje znaczne kwoty dla głodnych dzieci w Warszawie.
"Niech nie będzie w archidiecezji ani jednej parafii, w której nie byłoby zorganizowane jakieś dzieło pomocy" - nawoływał w liście do wiernych w listopadzie 1915 r., gdy dotarła wielka fala uchodźców z ziem zajętych przez wojska niemieckie. Wspierał jak mógł Towarzystwo Pomocy Ofiarom Wojny w Petersburgu i Centralny Komitet Obywatelski oraz mnóstwo instytucji charytatywnych, przytułków, ochronek, czy też szkół dla uchodźców. Wysyłał kapłanów wraz z pomocą do obozów jenieckich, w których ludzie umierali z ran, głodu i mrozu.
Po abdykacji cara Mikołaja II nie zaprzestał starania o zwrot świątyń, wysyłając do pierwszego premiera Rządu Tymczasowego księcia Gieorgija Lwowa specjalny list w tej strawie. W marcu 1917 roku został członkiem dopiero co powstałej Komisji Likwidacyjnej ds. Królestwa Polskiego, która pracowała nad usunięciem zależności ziem polskich od Rosji. Na sercu leżał mu los Korpusów Polskich, dla których ustanowił duszpasterstwo wojskowe.
W Rosji powiało wolnością: powstawały nowe kaplice, z ukrycia wyszły organizacje katolickie i zgromadzenia zakonne. Biskup zorganizował pierwsze jawne obchody 3 maja 1917 roku we wszystkich kościołach Piotrogrodu oraz w setną rocznicę urodzin Tadeusza Kościuszki przypadającą w październiku.
Mimo wszystko były to czasy niespokojne, do władzy doszły bowiem bolszewickie rady robotnicze. Duchowny zdecydowanie stanął do walki o dusze swojej owczarni, przestrzegając wiernych przed komunistami: "Nie idźcie w służbę złu, brońcie swej duszy przed zatraceniem".

Z tłumem pod budynek Czeka
Metropolita mohylewski abp Edward Ropp (w okularach)
i abp metropolita lwowski obrządku greckokatolickiego
Andrzej Szeptycki (z prawej), Poznań, 1930 r. (fot. NAC)
Rząd Tymczasowy nie przetrwał nawet ośmiu miesięcy, zaś ingres nowego arcybiskupa mohylewskiego Edwarda Roppa odbył się już pod rządami bolszewików, którzy w nocy z 25 na 26 października dokonali przewrotu. Po aresztowaniu abp. Roppa w kwietniu 1919 roku za protest przeciwko dekretowi bolszewickiemu z 23 stycznia 1918 roku o rozdziale Kościoła od państwa i rozporządzeniom odbierającym Kościołowi osobowość prawną oraz całe mienie, jak też zakazującym nauczania religii, bp Cieplak znów przejął ster Kościoła w Rosji.
Po wyczerpaniu wszystkich sposobów uwolnienia skazanego na śmierć abp. Roppa, ksiądz Cieplak odprawił Mszę świętą w kościele pw. św. Katarzyny, po czym ruszył z wiernymi pod siedzibę czaka, gdzie doszło do starć z czerwonogwardzistami. Ponieważ był ubrany po cywilnemu, nie rozpoznano go, a tym samym nie aresztowano, ale ponad 80 osób dostało się w ręce policji politycznej. Arcybiskupa Roppa władze sowieckie przekazały Polsce w ramach wymiany więźniów w listopadzie 1919 roku. 
Nic dziwnego, że biskup Cieplak jawił się bolszewikom jako nieustępliwy obrońca Kościoła. Zachowały się jego listy interwencyjne do władz sowieckich.
"Aresztowano księży w Połocku i Mohylewie. Od dawna głębi się wielu księży w więzieniach Witebska i Smoleńska, w Homlu tamtejszy ksiądz został rozstrzelany. Narastające represje nie pozwalają oddawać ostatniej posługi umierającym, chrzcić dzieci, udzielać ślubów. Lud burzy się i nie pojmuje przyczyny prześladowania jego religii" - tak pisał we wrześniu 1919 roku do Michaiła Kalinina, który był przewodniczącym Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego w Moskwie.
Ponieważ praktycznie każdy akt wymierzony w Kościół spotykał się z natychmiastową reakcją bp. Cieplaka, Czeka aresztowała go w kwietniu 1920 r. Duchowny został jednak zwolniony po dwóch tygodniach, pomimo tego, że odmówił podpisania deklaracji o bezwzględnym posłuszeństwie władzy sowieckiej. Po raz drugi został zatrzymany w 1922 roku, tym razem na dwa dni. Jednak jeszcze nie nadszedł czas na ostateczną rozprawę z hierarchą, który na początku tegoż roku odważył się na założenie tajnego seminarium duchownego po ewakuacji w 1918 roku Akademii Duchownej do Lublina.

Walka o relikwie męczennika
Biskup Jan Cieplak usiłował dochodzić praw katolików za pośrednictwem Poselstwa RP w Moskwie. "Pomimo noty złożonej Sowietom przez Rząd Polski, pomimo telegramu Ojca św. o wykupieniu rzeczy świętych, zabranych z kościołów, represje względem katolików nie tylko nie ustają, ale owszem w ostatnich czasach się wzmagają. W kilku kościołach odważono się otworzyć gwałtem tabernakulum, aby stamtąd zabrać puszkę srebrną" - żalił się 30 maja 1922 roku.
Relikwie św. Andrzeja Boboli, 1938 r.
(fot. domena publiczna)
Biskupowi udało się odeprzeć pierwszy zamach na cudownie zachowane szczątki beatyfikowanego w 1853 roku Andrzeja Boboli, znajdujące się w połockim kościele. W sierpniu 1919 roku bolszewicy zażądali jego obecności przy otwarciu trumny. Ksiądz Cieplak zaprotestował przeciw temu świętokradztwu, jednak jego pismo minęło się w drodze z kolejnym, które informowało, że do Połocka wyjechała już odpowiednia komisja i domagającym się na miejscu "obecności katolików". Żądanie to spotkało się ze stanowczą odmową wysłania przedstawicieli. Wówczas bolszewicy ustąpili, ale tylko na dwa lata.
23 czerwca 1923 roku sowieccy żołnierze otoczyli kościół w Połocku. Wyważyli zamek, po czym w gniewie złamali biskupią pieczęć na trumnie błogosławionego Andrzeja Boboli. Jeden z czerwonoarmistów zdarł z jego ciała szaty, a albę podarł na strzępy. Wobec tych wydarzeń przy trumnie stanęła straż. Dwa dni później wojsko zawróciło, zaś biskup Cieplak wystosował do władz depeszę: "Uważając czyn ten za prowokujący i bezprawny [...] domagam się zaniechania dalszych czynności".
20 lipca bolszewikom udało się wykraść relikwie i wywieść je w nieznanym kierunku. Interwencja biskupa polegała na wysyłaniu kolejnych listów do Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego (WCIK) z żądaniami zwrotu relikwii. Były one utrzymywane w takim tonie, w jakim nikt nie odważyłby się wtedy mówić do władz bolszewickich.
Niebawem relikwie bł. Andrzeja Boboli zostały wystawione w moskiewskim Gmachu Higienicznym Wystawy Ludowego Komitetu Zdrowia, a następnie zamknięte w piwnicy. W końcu we wrześniu 1923 r., kiedy biskup Cieplak przebywał już w więzieniu, Sowieci wydali ciało błogosławionego przedstawicielom papieskiej misji ratunkowej dla głodujących Rosjan, amerykańskim jezuitom Edmundowi Walshowi i Leonardowi Gallagherowi. Przez Odessę i Konstantynopol dotarło do Rzymu we wspomnienie Wszystkich Świętych w 1923 roku. Do Polski trafiło dopiero w czerwcu 1938 roku.

Podniósł rękę do ostatniego błogosławieństwa
Moskiewski proces abp. Jana Cieplaka,
ks. Konstantego Budkiewicza i innych księży;
po prawej przy małym stoliku w środku
prokurator Nikołaj Krylenko, 1923 r.
(fot. gazetapetersburska.org)
Pod koniec 1922 r. abp. Cieplaka, jego bliskiego współpracownika ks. Konstantego Budkiewicza oraz trzynastu innych kapłanów wezwano do Moskwy, gdzie wszyscy zostali zatrzymani i osadzeni w więzieniach na Butyrkach. Od 21 do 25 marca 1923 roku odbywał się ich głośny pokazowy proces przed Sądem Najwyższym. Duchownym zarzucono, że "stworzyli kontrrewolucyjną organizację katolicką", za co groziła kara śmierci. Oskarżyciel Nikołaj Krylenko krzyczał: "Paść winien Cieplak, aby wiedziano, że nie ma nikogo, kto by stał tak wysoko, żeby go nie mogła dosięgnąć sprawiedliwość sowiecka. Paść winien Budkiewicz, jego główny doradca!".
Nocą z 25 na 26 marca zapadł wyrok skazujący arcybiskupa Cieplaka i prałata Budkiewicza na śmierć. Sowieci zapowiedzieli, że zostanie on wykonany w ciągu najbliższych 72 godzin. Pozostałych oskarżonych, wśród nich ks. Rutkowskiego, skazano na wieloletnie więzienie.
"Sceny końcowej nie zapomną nigdy ci, którzy byli jej świadkami. Kobiety poczęły się przedzierać ku ławom skazańców, by otrzymać błogosławieństwo arcybiskupa [...], starały się wyrwać przytrzymującym je żołnierzom; niektóre z nich klęczały, inne padały na twarze, płacząc. Więźniowie stali wciąż jeszcze na estradzie, zaś arcybiskup, zwrócony ku publiczności, podniósł rękę do ostatniego błogosławieństwa" - pisał brytyjski dziennikarz, Francis Mac Cullagh. Już następnego dnia premier Władysław Sikorski mówił: "Zainicjowaliśmy u wszystkich rządów państw zachodnich kontrakcję przeciwko gwałtom bolszewickim, które doprowadziły w konsekwencji do jednolitego protestu ze strony świata cywilizowanego".
Apele do komisarza spraw zagranicznych Georgija Cziczetrina o uwolnienie skazanych płynęły ze wszystkich stron. Intensywne starania podjął chociażby Watykan. W brytyjskiej Izbie Gmin dyskutowano nad wydaleniem z Wielkiej Brytanii sowieckich przedstawicieli handlowych. Po apelu Senatu USA do rządu o stanowcze posunięcia sekretarz stanu podjął działania za pośrednictwem ambasady niemieckiej. Swoje oburzenie wyraził przywódca francuskich socjalistów Edouard Herriot. Prośbę o ocalenie życia ofiarom reżimu przysłała nawet Brazylia. Protesty złożyli w stolicy Sowietów przedstawiciele wielu państw.

Na Butyrkach czekał ostatniej godziny
Ks. Konstanty Budkiewicz
(fot. www.vaticannews.va)
Pod naciskiem międzynarodowej presji władze sowieckie zmieniły wyrok Arcybiskupa Cieplaka na dziesięć lat łagrów i przeniosły na Butyrki. Nie zgodziły się jednak na ustępstwo w sprawie ks. Budkiewicza. Został on zamordowany na moskiewskiej Łubiance nocą z Wielkiej Soboty na Wielkanoc 1923 roku.
Arcybiskup został umieszczony w osobnej celi. Żaden z osadzonych w więzieniu więźniów nie mógł być pewnym, czy dożyje następnego dnia. W nocy wśród murów rozbrzmiewały krzyki ludzi, którzy byli mordowani bez wyroków śmierci, dlatego też i on mógł obawiać się takiego skrytobójstwa. Warunki były okropne: panował głód, robactwo, brud i zaduch ludzkich odchodów. Na pół godziny wpuszczano do niego ojca Walsha, który przekazywał skazanemu błogosławieństwo od samego papieża. Hierarcha, chociaż z dnia na dzień coraz słabszy, nie tracił ducha. Uczył się włoskiego, o czym pisał w licznych listach, dziękował za życzenia nadsyłane przez przyjaciół, prosił też o modlitwę, by mógł wyjść na wolność "rześki i silny na duchu i mógł służyć ze zbawiennym pożytkiem Kościołowi świętemu". Zdawał sobie sprawę z tego, że coraz bardziej podupadał na zdrowiu, "Nie wiem, czy wystarczy mi sił, żeby przeżyć zimę. Lecz niech się dzieje wola Boża" - pisał w listopadzie 1923 roku.
W marcu 1924 roku WCIK zdecydował o wydaleniu biskupa poza granice Rosji Sowieckiej. Być może postanowienie to zapadło z obawy przed kolejnym wystąpieniem papieża, który już raz publicznie poruszył sprawę skazanych kapłanów - dlatego informacja ta została przekazana Watykanowi już 24 marca. Władzom sowieckim, które starały się otumanić świat wizją "kraju wolności", nie po drodze było z publicznym mówieniem o prześladowaniach względem Kościoła.
Arcybiskup Cieślak nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Kiedy przewieziono go na Łubiankę i wepchnięto do samochodu, był niemal pewien, że oto właśnie nadeszła jego ostatnia godzina. Nawet, kiedy kazano mu wsiąść z dwoma czekistami do pociągu do granicy z Łotwą, był przekonany, że jedzie na miejsce stracenia. Tymczasem 9 kwietnia na ziemi między granicami sowiecką i łotewską kazano mu wysiadać. Usłyszał, że jest wolny - dostał swój paszport z wizą łotewską, śledzia, kawałek chleba... i ani jednego grosza. W łotewskim pociągu do Rygi musiał wyjaśnić konduktorowi, że nie ma pieniędzy, ponieważ właśnie wyszedł z bolszewickiego więzienia. I podał swoje nazwisko, które zrobiło na konduktorze niemałe wrażenie. 
Powrót hierarchy do kraju musiał być co chwilę przerywany, ponieważ tłumy ludzi chciały koniecznie go powitać. "Spełniłem tylko swój obowiązek" - powiedział skromnie do zgromadzonych na dworcu w Wilnie.
Powrót abp. Jana Cieplaka z niewoli rosyjskiej, 1924 r. (fot. Wikimedia Commons)
W Warszawie, chociaż umęczony długą podróżą, pojechał z dworca karetą, która była ciągnięta była przez młodzież do kościoła o. Kapucynów, aby odprawić dziękczynną Mszę świętą. Honory przyjmował z pokorą, a do biskupa Antoniego Nowowiejskiego pisał: "Poznałem siebie dobrze, za łaską Bożą, w więzieniu i widzę swą nicość i niegodność". Na Jasnej Górze modlił się w intencji pozostałych w więzieniu kapłanów.

"Tułał się po Rzymie"
W maju przybył do Rzymu, gdzie oczekiwał go papież. "Od tej wizyty miało wiele zależeć. Chodziło przede wszystkim o to, jaki posterunek otrzyma i gdzie na stałe zamieszka. Ta troska przez dwa niemal lata stanie się dlań powodem wielu udręczeń, a nawet upokorzeń" - pisał ks. Rutkowski.
Podczas spotkania z papieżem Piusem XI arcybiskup poprosił go o zgodę na powrót do Rosji. W samym Rzymie nie miał z czego żyć, dlatego polski rząd przyznał mu miesięczną pensję. Wzbraniał się, ponieważ, jak sam przyznawał, nie był biskupem w Polsce i dla Polski na żadnym urzędowym stanowisku nie pracował, nie chciał tym samym pozostawać na łaskawym chlebie rządu".
Zaproponowaną pensję jednak przyjął - bądź co bądź było to jego jedyne oparcie materialne w Rzymie. Od zaprzyjaźnionych zakonnic otrzymał ciepłą odzież oraz filcowe buty na zimę. Kapłan zamieszkał w domu księży zmartwychwstańców. Otrzymał propozycję zaproszenia do Castel Gandolfo, z której jednak nie skorzystał. Nie chciał bowiem znaleźć się na uboczu życia w nowym schronisku dla biskupów - emerytów.
Wciąż czekał na przydzielenie mu nowych obowiązków, a czas wypełniały mu m.in. uroczystości religijne, spotkania z biskupami z całego świata oraz wiernymi, w tym z rzeszą rosyjskich emigrantów, a także z politykami (np. z Ignacym Paderewskim). Uczestniczył też w Kongresie Eucharystycznym w Palermo oraz w uroczystości przeniesienia relikwii bł. Andrzeja Boboli z kaplicy pałacowej papieża do kościoła Il Gesu, starał się też o jego kanonizację i sprowadzenie relikwii do Warszawy. Odwiedził Neapol, aby zobaczyć cud św. Januarego.
"Byłem, przyznam, niewiernym Tomaszem, [...] w końcu na moją prośbę Monsignor dał mi do rąk ampułkę [...] i już nie miałem wątpliwości, że widziałem krew w stanie płynnym" - wspominał.
Bł. bp Antoni Nowowiejski
(fot. www.swietymarcin.org.pl)
Mimo natłoku zajęć napisał do biskupa Antoniego Nowowiejskiego: "Jestem tu tułaczem niemającym swojego kąta i kiedy, i gdzie go znajdę, i czy go znajdę?". Jego los w dalszym ciągu był nierozstrzygnięty. "Tułał się po Rzymie" - wprost pisał ks. Rutkowski.
Tymczasem Watykan, polskie władze oraz Ambasada RP przy Watykanie rozważały różne projekty. Mówiło się o nadaniu mu godności kardynalskiej, ale arcybiskupowi Cieplakowi zbytnio się do niej nie spieszyło: "Musiałbym siedzieć tutaj, gdzie wszystko człowiekowi takie obce, obce..." - pisał w liście do jednego z przyjaciół. Pragnął wrócić do kraju i osiąść jako sufragan przy biskupie Nowowiejskim w Płocku. Jednak jego największym marzeniem był powrót nad Newę, z oczywistych względów niemożliwy.
"Jeszcze Ojciec Święty nie wypowiedział się co do mnie. Myślę, że prędko wezwie mnie do siebie i da do wyboru: zostać w Rzymie lub wracać do Polski. Jeśli kwestia będzie tak postawiona, to jużcić wracam do Polski kochanej" - pisał w liście z maja 1924 roku.

"Czy ja to wszystko wytrzymam?"
Abp Jan Cieplak w Milwaukee, USA,1925 r.
(fot. gazetapetersburska.org)
Niespodziewana zmiana jego sytuacji nastąpiła jesienią 1925 roku za sprawą zaproszenia od Polonii amerykańskiej. Sześćdziesięcioośmioletni kapitan wyruszył do USA z akceptacją papieża, uznawszy, że taka jest Boża wola. Na odjezdnym napisał do biskupa Nowowiejskiego: "Toż taka dal i włóczyć się trzeba od miasta do miasta - w odmiennych warunkach - w zimie, która nadchodzi. Czy ja to wszystko wytrzymam?".
Jego dwunastotygodniowy pobyt był, jak pisze ksiądz Rutkowski "triumfalnym pochodem, ale przede wszystkim jakby propagandą głębokiej myśli katolickiej. [...] Jako katolicy mogli Polacy amerykańscy wskazać na arcypasterza i powiedzieć innym katolikom: >>Patrzcie, ten sędziwy kapłan to męczennik za naszą wspólną wiarę. Polska też służy Kościołowi [...]<<".
W Nowym Jorku, do którego przybył w listopadzie, witało go 10 tys. wiernych i dwustu księży. W Waszyngtonie został przyjęty przez samego prezydenta Calvina Coolidge, któremu gorąco dziękował za interwencje władz amerykańskich po jego aresztowaniu u Sowietów. 
Nagrobek abp. Jana Cieplaka
 wykonany przez Bolesława Bałzukiewicza,
Katedra Wileńska, 1929 r.
(fot. Biblioteka Narodowa)
I właśnie w Ameryce dostał w grudniu 1925 roku wiadomość, że droga do kraju stoi przed nim otworem. Od dawna spodziewana rezygnacja wileńskiego biskupa, błogosławionego już Jerzego Matulewicza, którego władze RP oskarżały o sprzyjanie duchownym z Litwy, pozostawiła nieobsadzony wakat. W ten sposób pierwszym arcybiskupem wileńskim został mianowany właśnie Jan Cieplak. Na objęcie stanowiska pozostawiono mu cztery miesiące, dlatego zmuszony był skrócić swój pobyt w USA. Mimo to udało mu się odwiedzić 375 parafii w 25 diecezjach.
"Od rana do nocy jestem zajęty - pisał do biskupa Nowowiejskiego - formalnie ani chwili wolnego czasu".
Podróż do Ameryki, choć z całą pewnością ciekawa i ekscytująca, to jednak przerosła jego siły. W Nowym Jorku, gdzie pojawił się na kilka dni przed zaplanowanym na 25 lutego 1926 roku wyjazdem, był już solidnie przeziębiony. Chociaż zemdlał w hotelu, w którym przebywał, udał się jeszcze na bankiet Polonii. Następnie z wysoką gorączką wyjechał do Passaic. Kolejnego dnia przeniesiono go do szpitala. Niestety, wysiłki lekarzy na nic się nie zdały, a arcybiskup zmarł 17 lutego na zapalenie płuc. Polski już nie zobaczył. Jego ciało zostało sprowadzone do kraju i pochowane w katedrze wileńskiej.
Pośród dokumentów pozostawionych przez błogosławionego Stefana Wyszyńskiego, więźnia komunizmu, znaleziono gryps na płótnie wysłany przez arcybiskupa Cieplaka zza krat do bratanic biskupa Nowowiejskiego. Nie do końca jasne jest, w jaki sposób trafił on w ręce Prymasa Tysiąclecia, wiadomo jednak, że bliski był mu najwyższy hierarcha Kościoła Rosji i mąż stanu, który na długo przed nim powiedział bolszewikom "non possumus".

poniedziałek, 16 lutego 2026

2323. Temat nie stracił na ważności

To było dziesięć lat temu. Sprawdziłam to nawet w archiwalnych wpisach. Moja parafia organizowała wtedy (jeszcze) parafialne półkolonie. Wtedy jeszcze byłam animatorem, czyli kimś ciut niżej, niż wychowawca, a jednocześnie ciut wyżej, niż zwykły uczestnik. Byłam więc w tzw. kadrze organizacyjnej, jednak nie chciałam z tego powodu mieć jakiś nie wiadomo jakich przywilejów. A za przywilej uważam kompulsywne używanie telefony. Bo nawet mnie zdarzyło się sprawdzić na nim godzinę, albo wykonać szybki telefon do kogoś wyżej ode mnie. Jednak miałam takie wewnętrzne przekonanie, że skoro dzieciaki mają zakaz korzystania z telefonów, to i ja nie muszę co chwilę zerkać w jego ekran.
Innego zdania byli jednak inni animatorzy, bo niemal bez przerwy siedzieli z nosami w telefonach, mając za nic dzieci. Nie podobało mi się to, no bo nie poświęcali oni wystarczającej uwagi dzieciakom, którzy albo rozwalali salę, albo sami wyciągali swoje telefony komórkowe, a więc zakaz poszedł... sama nie wiem gdzie. Nawet próbowałam poruszyć ten temat u kierownika półkolonii, ten jednak nie widział problemu. Walczyć z nim nie chciałam, bo i tak byłam na straconej pozycji.
Minęło dziesięć lat i telefon stał się nieodłącznym atrybutem jeszcze większej ilości z nas, a próg wieku, w którym najmłodsi stają się właścicielami tego elektronicznego gadżetu obniża się z roku na rok. Jest atrakcyjny, bo oprócz dzwonienia ma tyle wspaniałych funkcji, które niestety uzależniają młodego człowieka sprawiając, że musi. po niego raz po raz sięgać. Widzę to u dzieciaków ze świetlicy szkolnej i środowiskowej, widzę to u dzieciaków, którym daję korepetycje. Widziałam to u kolegów i koleżanek z uczelni, którzy podczas egzaminu potrafili bezczelnie ściągać odpowiedzi z chatu GPT, a potem chwalić się, że wykładowca ich nie przyłapał. Gdzie tu uczciwość i realna ocena posiadanej wiedzy? Było mi wtedy przykro jak nigdy. Ale byłam też zadowolona, że ocenę dostałam z wiedzy, a nie cwaniactwa.
Z moimi koleżankami i kolegami nie miałam siły walczyć, jak niegdyś z kierownikiem półkolonii. Nie sądzę, by przejęli się tym, co do nich mówię. Dzieciaki w szkole mają zakaz używania telefonów w czasie zajęć, podobnie podopieczni świetlicy środowiskowej. Na przerwach mogą korzystać do woli, ale podczas zajęć mają je mieć schowane. Na korepetycjach dzieciaki mogą wykorzystywać swoje telefony do obliczeń. Ewentualnie odebrania połączeń. Byle nie za często. W przeciwnym razie odwołuję zajęcia i inkasuję za nie 100% ceny. Myślę, że godzina bez mediów społecznościowych nikomu nie zaszkodzi. Ale mogę się mylić. Jednak jakieś zasady musiałam wprowadzić, aby opanować to wszystko.

Kilka lat temu trafiłam w internecie na taki oto artykuł "podpowiadający", w jaki sposób można ograniczyć używanie smartfonów w przestrzeni szkolnej. Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie taki czas, kiedy będę miała okazję podzieli się nim z Wami.

Telefon komórkowy stał się nieodłącznym atrybutem młodego człowieka od najmłodszych lat. Nie jest rzadkością, że uczniowie nauczania początkowego przychodzą z tym gadżetem do szkoły, a to z kolei może utrudniać prowadzenie lekcji. Czy jest jakiś sposób, aby sobie z nim poradzić?
  1. Całkowity zakaz? - na pewno telefony najmniej rozpraszałyby w czasie wówczas, gdyby w ogóle ich nie było, a więc wtedy, gdyby w szkole obowiązywał całkowity zakaz ich używania. Z reguły jednak takie rozwiązanie może psuć wizerunek szkoły, poza tym telefony równie często jak do rozrywki i rozpraszania mogą być wykorzystywane przez uczniów w przydatnych i ważnych sprawach, jak np. do kontaktu z rodzicami.
  2. Przechowywanie w czasie lekcji? - można też przy wejściu do klasy postawić skrzynkę prosząc uczniów o złożenie w niej telefonów na czas lekcji. Trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że ktoś do takiej skrzynki włoży jeden telefon, a wychodząc z klasy weźmie więcej niż jeden, co może być ostatecznie dosyć problematyczne. Można by to rozwiązać w taki sposób, że nauczyciel posiada specjalną skrzynkę z podpisanymi przegródkami i osobiście najpierw chowa, a na koniec zajęć podaje uczniom telefony. Jednak i to byłoby problematyczne, ponieważ zajmowałoby za dużo czasu, a i samemu telefonowi mogłoby się coś stać (np. spaść i się potłuc).
  3. Wykorzystanie na lekcji - dobrym pomysłem wydaje się pokazanie podopiecznym, że telefon może być przydatnym narzędziem także do nauki, i że można go wykorzystać nie tylko jako kalkulator, ale też jako tłumacz, słownik, notatnik itp. W tym temacie nie należy jednak przesadzić, ponieważ pod pretekstem nauki uczniowie mogą wykorzystywać telefon do innych celów.
  4. Kodeks używania telefonów - dobrą praktyką jest też ustalenie z uczniami wspólnych zasad postępowania w przypadku używania telefonów w szkole. Można np. ustalić, że w czasie przerwy można rozmawiać, ale nie za głośno, żeby nie przeszkadzać innym, że w czasie lekcji telefon powinien być wyłączony i schowany do plecaka, a wykorzystywać go można jedynie na polecenie nauczyciela. Ważne jest ustalenie konsekwencji za złamanie tych zasad (np. przechowywanie telefonu przez nauczyciela, przygotowanie wypracowania lub prezentacji na temat dobrych manier używania telefonu itp.). Istotne jest przy tym to, że nauczyciel także musi stosować się do spisanych zasad.
  5. Dzień bez telefonu - wprowadzenie powyższego kodeksu warto poprzedzić organizacją w szkole "Dnia bez telefonu", czyli dnia, w którym nikt nie będzie używał komórek, nawet na przerwie. Jest to możliwe, jednak akcję trzeba dobrze przygotować, zaprosić uczniów do jej zorganizowania, rozpromować, zorganizować wydarzenia towarzyszące, np. animacje w czasie przerw, gazetkę na temat promieniowania mikrofalowego, a następnie podsumować.
  6. Szerokie oddziaływanie wychowawcze - warto nie zapominać, że wszystkie podejmowane kroki przez nauczyciela, albo dyrektora, powinny wpisywać się w szersze oddziaływania wychowawcze. Jeżeli w szkole uczniowie będą uczestniczyli w systematycznych oddziaływaniach budujących ich kompetencje społeczne i osobowe wtedy jakiekolwiek oddziaływania ograniczające nadmierne używanie komórek, czy innych zjawisk negatywnie wpływających na uczniów i nauczycieli będą skuteczniejsze.

sobota, 7 lutego 2026

2322. Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2026 w Mediolanie na start!

Uroczysta ceremonia otwarcia XXV Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Mediolanie i Cortina d'Ampezzo za nami. Można powiedzieć, że po dwudziestu latach ZIO wróciły do Włoszech. Tamte z 2006 roku, które odbywały się całkiem niedaleko, bo w Turynie pamiętam tyle o ile. Jak przez mgłę pamiętam tamtą ceremonię otwarcia oglądaną na świetlicy w Ośrodku Przygotowań Paraolimpijskich w Wiśle, gdzie wraz z klubem sportowym byłam na zimowym obozie sportowym. Z tego, co wyczytałam, wróciliśmy stamtąd z brązem Justyny Kowalczyk oraz srebrem Tomasza Sikory. Trochę zaskoczyło mnie to, że nic nie przywiózł Adam Małysz, ale skoro wikipedia twierdzi, że tak było, to nie będę się z nią kłócić.
Tym razem igrzyska zostaną rozegrane w przepięknych Dolomitach. Co ciekawe, w Cortinie d'Ampezzo miały się odbyć Zimowe Igrzyska Olimpijskie w 1944 roku, ale jak można się domyśleć, II wojna światowa pokrzyżowała te plany. Jednak jak mówi stare polskie przysłowie - co się odwlecze to nie uciecze. Po 82 latach ta malowniczo położona miejscowość doczekała się swoich 5 minut.
Ceremonię otwarcia w 2/3 oglądałam w telewizji. Podobała mi się, mimo że była o wiele skromniejsza od swojego letniego brata. Piękne efekty specjalne, przemarsz drużyn, nie doczekałam niestety momentu odpalenia znicza olimpijskiego, ale to nic, zobaczę w internecie, bo na pewno będą jakieś filmiki z tej chwili. Chyba obyło się bez większych wpadek, w porównaniu z ostatnimi Letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w Paryżu. Co prawda TVP ani słowa się nie zająknęła o obecności na ceremonii naszego prezydenta, ale to już jakieś ich dziwne i prywatne gierki. Ech, i pomyśleć, że w starożytności na czas Igrzysk Olimpijskich zawieszano wszelkie wojny. Dlaczego teraz nie mogą zakończyć tej wojenki politycznej? Nie mam pojęcia.
Tak samo jak nie mam pojęcia, czy zabrzmiała piosenka, do której komentarz Przemysława Babiarza tak oburzyła ówczesne władze TVP, że zawiesili go w pełnionej funkcji. Trochę nie rozumiem jego uszczypliwości w tym temacie. Owszem, opowiada ona o braku barier oraz o równości wszystkich osób, ale czyż nie o to chodzi w sporcie, a w szczególności w sporcie olimpijskim? Przynajmniej ja tak to odbieram. Także z perspektywy sportowca.
Otwarcie Igrzysk za nami, czas na śledzenie poczynań sportowców, ze szczególnym uwzględnieniem naszej 60 osobowej ekipy. Wiadomo, że to będą ostatnie starty Kamila Stocha, ale nie ukrywajmy, on zrobił już bardzo dużo dla polskiego sportu olimpijskiego i nawet jeżeli teraz mu się nie powiedzie, to wstydu nie będzie. Oczywiście będę kibicować naszym sportowcom ze szczególnym uwzględnieniem Anny Twardosz, która pochodzi ze stron mojego taty. Doskonale wiem, jak trudno jest zdobyć ten upragniony krążek, więc może po prostu będę im życzyć jak najlepszych występów, aby oni sami byli z nich zadowoleni. 
Wiecie, zawsze w biegach ulicznych i przełajowych przybiegam na szarym końcu, z pozoru nie mam się z czego cieszyć. A jednak się cieszę. Że dobiegłam, że mam czas kilka sekund lepszy, niż poprzednim razem, że... Myślę, że tych "że" jeszcze by się sporo nazbierało. Małe sukcesy też potrafią cieszyć. Trzeba tylko odkryć to ich niepozorne piękno.
I pomyśleć, że w pomyśle miałam aplikować na wolontariusza podczas tych Igrzysk. Te Dolomity zimą jednak mnie korciły. Ale jakoś najpierw nie mogłam znaleźć odpowiedniego formularza rekrutacyjnego, a potem jakoś mi to wyleciało z głowy. A jak już sobie przypomniałam, to było za późno. Teraz jednak widzę, że w zasadzie dobrze się stało. Zwłaszcza zważając na moje zawirowania zdrowotne. Pewnie musiałabym zrezygnować z wyjazdu, potem miałabym wyrzuty sumienia, że zawaliłam. A tak to przecież nic się takiego nie stało. Może kiedyś nadarzy się podobna okazja. A jak nie to trudno, w życiu nie można mieć wszystkiego, bo zabrakłoby miejsca na marzenia.

piątek, 6 lutego 2026

2321. Przyszła pora na zimę stulecia...

W naszym tryptyku podróży przez najzimniejsze zimy docieramy w końcu do tej, która miała miejsce w 1978/1979 osób. Mnie nie było jeszcze na świecie, ale wiem, że bardzo wielu moich drogich czytelników w miarę dobrze ją pamięta. To co, gotowi na podróż do kolejnej pamiętnej zimy w historii powszechnej ale także i naszego kraju?

Paraliż kraju, ogromne zaspy i niskie temperatury. Taka była zima stulecia

Zima stulecia - tak zwyczajowo mówi się o czasie z przełomu 1978 i 1979 r. Nic dziwnego, bo tamta zima była wyjątkowo śnieżna i mroźna, choć nie rekordowo. Co więcej, opady śniegu były tak obfite, że w kilku województwach ogłoszono stan klęski żywiołowej.
  • Zima z przełomu 1978 i 1979 r. zapisała się w pamięci wielu osób jako bardzo śnieżna i gwałtowna;
  • Opady śniegu były tak obfite, że większość kraju została sparaliżowana. Szyny kolejowe pękały od mrozu, a autobusy jeździły wykopanymi w śniegu tunelami;
  • Problemy były także m.in. z ogrzewaniem, bo węgiel nie mógł dotrzeć do elektrociepłowni
Paraliż kraju, ogromne zaspy i niskie temperatury. Taka była zima stulecia
W nocy z 29 na 30 grudnia 1978 roku rozpoczął się napływ mroźnej masy powietrza z północy. Spowodowało to, że opady deszczu zaczęły się nasilać i przenosić w śnieg. Towarzyszył temu silny wiatr, co powodowało szybkie tworzenie się zasp. Od początku 1979 roku polska przez kilkunastostopniowy mróz oraz ogromną ilość śniegu była niemal całkowicie sparaliżowana. Na terenie województwa gdańskiego już 1 stycznia wprowadzono stan klęski żywiołowej.
"Gwałtowne śnieżyce, zamiecie i ostry mróz. Zima przypuściła atak na północy, od Suwałk, Gdańska i Szczecina, przesuwając się w głąb kraju. Porywisty wiatr zasypał śniegiem drogi i szlaki kolejowe. Komunikacja niemal całkowicie sparaliżowana..." - relacjonował lektor Polskiej Kroniki Ludowej z 1 stycznia 1979 r.
Przechodnie na zasypanym chodniku przed sklepem na ul. Malczewskiego (źródło zdjęcia)
Chłodny front atmosferyczny przemieszczał się na południe kraju, przynosząc śnieżyce i gwałtowny spadek temperatury w większości regionów. Warto dodać, że w wielu miejscach notowano dużą pokrywę śnieżną - 84 cm w Suwałkach (16 lutego 1979 roku), 70 cm w Warszawie (31 stycznia 1979 roku).
Paraliż transportu spowodował, że w kolejnych dniach zaczęło brakować surowców energetycznych. Węgiel nie mógł na czas dotrzeć do elektrociepłowni, bo z powodu mrozu pękały szyny kolejowe, a zwrotnice zamarzały. Do rozmrażania szlaków oraz dróg skierowano wyposażone w ciężki sprzęt wojsko.
Hałdy śniegu na drodze. W oddali stodoła i dom na wsi. (źródło zdjęcia)
W wielu miastach komunikacja miejska praktycznie nie działała, ale zdarzało się, że autobusy jeździły wykopanymi w śniegu tunelami. Trudno też było przedostać się z miasta do miasta, więc wiele osób zmuszonych było koczować na dworcach kolejowych i autobusowych. "Pociąg osobowy zdążający z Kielc do Katowic utkną w zaspach śnieżnych w okolicach Charsznicy. O sześć godzin później niż przewiduje rozkład, przybył na granicę pociąg zdążający do Warszawy z Wiednia przez Pragę" - relacjonowała "Gazeta Krakowska" na początku lutego 1979 roku.
Z powodu trudnej sytuacji ówczesny minister oświaty i wychowania Jerzy Kuberski podjął decyzję o tym, aby wstrzymać powroty dzieci i młodzieży z zimowisk.
"Zakłócenia w komunikacji kolejowej i drogowej spowodowały podjęcie przez ministra oświaty i wychowania decyzji o wstrzymaniu powrotu młodzieży przebywającej na zimowiskach. W Nowosądeckiem na przedłużonych feriach pozostało ponad 1,3 tys. dziewcząt i chłopców z różnych stron kraju. Ich wyjazd będzie możliwy dopiero za kilka dni, gdy skutki kolejnego ataku zimy zostaną przezwyciężone" - można było wyczytać w "Gazecie Krakowskiej".
Grupa osób oczekujących na przystanku PKS. Na drodze taksówka marki Skoda 100. (źródło zdjęcia)

Dobrze jest wspomnieć, że bardzo niskie temperatury wraz z zamarzniętym w ich wyniku grunt pośrednio przyczyniły się do wybuchu gazu w rotundzie PKO w Warszawie. Doszło do niego 15 lutego 1979 roku. W katastrofie śmierć poniosło 49 osób.


A skoro mówimy o biciu rekordów, to ja pobiłam dziś jeden - 3 godziny czekałam pod gabinetem lekarza. Byłam piąta w kolejce. Ja rozumiem sezon grypowy, ale tym sposobem prędzej złapałabym wirusa w ten sposób (przy obniżonej na skutek zabiegu odporności) niż w ogóle. Nie wywalczyłam skierowania, którego chciałam. Ale za to wyszłam ze zdiagnozowaną anemią... Co ciekawe, nie miałam żadnych jej objawów, nic. Gdybym nie zrobiła tej krwi na tarczyce, to pewnie żyłabym w nieświadomości. Ale że mi nic nie powiedzieli po zabiegu, kiedy i tak mi robili badania krwi? Przecież anemia nie bierze się z dnia na dzień. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mam nadzieję uporać się z nią w miarę sprawnie i będzie po kłopocie.

czwartek, 5 lutego 2026

2320. Zimna zima 1929 roku

Dwudziestolecie międzywojenne to zdecydowanie moja najbardziej ulubiona epoka w historii. Tyle się wtedy działo. To czas odbudowywania kraju, który odzyskał wolność po 123 latach bycia pod zaborami, a zarazem okres, w którym powoli zaczęliśmy doganiać świat, który pozostawił nas daleko w tyle. To również czas rewolucji w myśli pedagogicznej, tak bardzo bliskiej moim zainteresowaniom. Dość powiedzieć, że wtedy rozwinęły się systemy myśli wychowawczych takich postaci, jak Janusz Korczak, Helena Radlińska czy też Maria Grzegorzewska. To też czasy wielkich przemian społecznych, gdzie wiele wynalazków na stałe wkroczyło do polskich mieszkań, znacznie ułatwiając życie ich użytkowników.
Mogłabym tak pisać bez końca. Zwłaszcza, że mój licencjat z pedagogiki analizował homilie oraz listy pasterskie św. Józefa Bińczyckiego z tego okresu pod kątem treści patriotycznych. To z kolei było kolejną okazję do zapoznania się ze spuścizną tych 21 lat wolności naszego kraju. Czy zatem powinno dziwić kogoś to, że z zaciekawieniem przeczytałam artykuł autorstwa Wojtka Ducha, który niedawno przeczytałam na onecie. A skoro wczoraj Wam przedstawiłam historię Wielkiej Zimy z 1709 roku, to czuję się w obowiązku opowiedzieć też i o tej zimie z 1929 roku.

Zima stulecia z 1929 r. Rekordowe mrozy w Polsce, zabrakło węgla

Podczas żadnej zimy w historii Polski temperatura nie spadła poniżej - 40 st. C w tak wielu miastach. Niskie temperatury podczas zimy w 1929 r. doprowadziły do paraliżu na kolei, zawieszenia zajęć szkolnych oraz zamarznięcia portu w Gdyni. Natomiast węgiel stał się najbardziej pożądanym towarem w całym kraju.
Budowa wału z bloków śnieżnych, który miał służyć jako ochrona przed nawiewaniem śniegu na tory kolejowe, zima 1929 (Domena publiczna /Polski portal historyczny - historia.org.pl)

Rekordowe mrozy
Uważana za zimę stulecia zima 1978/1979 pod względem mrozów była bardzo daleko od zimy 1928/1929. Tak mroźnego miesiąca jak luty 1929 r. nie było nigdy w historii Polski (a na pewno nigdy nie notowano tak rekordowo niskich temperatur w wielu miejscach kraju). Była to wówczas najmroźniejsza zima od 1888 r., kiedy w Dobrzechowie odnotowano - 40 st. C.
W dniach 10 - 11 lutego 1929 r. w kilku miejscowościach w Polsce zanotowano mrozy sięgające -40 st. C. Zarejestrowano je w Żywcu (- 40,6 st. C), Olkuszu (- 40,4 st. C), Poroninie (- 40,4 st. C) oraz w Siankach (- 40,1 st. C). Duży mróz panował też w Zakopanem (- 37,5 st. C) oraz Dusznikach-Zdroju (- 37 st. C).
Odśnieżanie drogi Kraków - Zakopane (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Były to dane oficjalne uzyskane z sieci stacji Państwowego Instytutu Meteorologii. Gdyby wziąć pod uwagę dane nieoficjalne, np. ze szkolnej stacji meteorologicznej w Rabce, to rekord wynosiłby - 45 st. C. Tylko raz w dziejach Polski oficjalnie zanotowano niższą temperaturę niż w 1929 roku. Zmierzono ją w Siedlachach w 1940 i wynosiła ona - 41 st. C.
Najgorsza sytuacja w Polsce, której towarzyszyły najniższe temperatury wraz z paraliżem transportu komunikacyjnego trwała w dniach 8-15 lutego 1929 roku.

Zima 1928/1929 w Warszawie
Zaspy podczas zimy w 1929 roku (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Zgodnie z okólnikiem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego w przypadku, gdy w klasie było 10 st. C, lekcje należało odwołać. Natomiast, gdy temperatura wynosiła 15 st. C, lekcje odbywały się, a dzieciom zalecano przerwy na ćwiczenia ruchowe. W Warszawie lekcje odwołano 12 lutego, gdyż w dniach poprzedzających decyzję władz w klasach stawiały się zaledwie po jedno lub dwoje dzieci. Przy temperaturach sięgających - 20 st. C rodzice bali się posyłać dzieci do szkół.
W stolicy została zerwana komunikacja telefoniczna z Katowicami, Gdańskiem i Poznaniem, czy też Poznaniem oraz telegraficzna ze Lwowem i Stanisławem. Siarczysty mróz uniemożliwiał szybką naprawę zerwanych linii. W samym mieście zaczęło brakować węgla, który stał się produktem deficytowym na skalę krajową. Zwiększeniu uległo zapotrzebowanie na niego, a jednocześnie transporty surowca stały unieruchomione na torach i drogach w całym kraju. Dzienne zapotrzebowanie stolicy na czarne złoto wynosiło dwadzieścia pociągów, a przy krytycznym okresie w dniach 10-14 lutego docierały tylko trzy składy z tym surowcem.
Sytuacja była naprawdę poważna, bo jak pisał "Głos Poranny" w dniu 10 lutego: "Zakładom żyrardowskim zatrudniających około trzech i pół tysiąca robotników, grozi przerwa z powodu braku węgla, którego dowóz z powodu silnych mrozów i zamieci śnieżnych zmniejszył się do minimum".
Ruch osobowy na kolei zredukowano o połowę. Chciano w ten sposób wszystkie siły i środki przeznaczyć na transport towarowy. To spowodowało anulowanie wielu połączeń, na które bez skutku czekali pasażerowie zgromadzeni na dworcach.
Zimowe odśnieżanie Warszawy (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Celem usprawnienia transportu węgla do walki z zimą skierowano także Wojsko Polskie. "Polska Zbrojna" tak informowała o tym w wydaniu z 12 lutego: "300 żołnierzy uzbrojonych w kilofy i motyki, rozładuje 100 wagonów węgla na stacji towarowej, a samochody ciężarowe rozwiozą go po całej stolicy do miejskich składnic opałowych (...) Dziś również kilka kuchen polowych zostanie uruchomionych do gotowania i rozwożenia po mieście dla ubogiej ludności kawy osłodzonej i zupy".
W wielu domach nie było wody, a część miasta między ul. Zgoda, a Marszałkowską oraz Bracką a Marszałkowską była jej zupełnie pozbawiona. Szybka naprawa nie była możliwa ze względu na mocno zamarzniętą ziemię.
Odśnieżanie Warszawy (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Ponadto pojawiły się problemy z dostępnością żywności. Z bazarów w stolicy całkowicie zniknęły wszystkie jarzyny - zgromadzone zapasy albo przemarzły, albo nie było ich jak do niej dowieźć.
Dużemu mrozowi towarzyszyły także duże, jak na Warszawę, opady śniegu. W stolicy warstwa śniegu w połowie lutego wyniosła 39 cm (dla porównania w Zakopanem warstwa śniegu wynosiła wówczas 48 cm).

Zima 1928/1929 w Krakowie
Sprzedaż węgla i drewna opałowego w Krakowie (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Silny mróz powodował, że zamarzało wszystko, łącznie z parowozami. Powodowało to ogromne opóźnienia na kolei. Na Dworcu Głównym w Krakowie tłum podróżnych czekał na podstawienie pociągów. Większość kursów została jednak odwołana, a te składy, które dotarły, miały opóźnienia wynoszące nawet po 15 godzin.
Odśnieżanie dworca kolejowego w Krakowie zimą (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Nawet kiedy węgiel dotarł do Krakowa, to był racjonowany. W całym mieście nie można było kupić więcej, niż cetnar (tj. ok. 50 kg) produktu na osobę. Prowadziło to do dantejskich scen, gdzie ludzie rzucali się wręcz na przyjeżdżające fury węgla, by wyrwać z nich chociażby parę kawałków cennego łupu. To powodowało, że handlarze znacząco podnieśli ceny węgla. Miasto postanowiło temu przeciwdziałać, ustalając maksymalne stawki za kilogram węgla. 
Mróz miał także spory wpływ na przyrodę - w Krakowie w poszukiwaniu pożywienia pojawiły się kruki, które zwykle unikają miast żyjąc głównie w lasach.
Mężczyzna ciągnący sanie z węglem w Krakowie, luty 1929 (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Z powodu wielkich mrozów na ulicach miast panowały pustki. Na placach targowych brakowało podstawowych towarów, a nawet jeśli ktoś nimi handlował, to ceny jego produktów znacznie wzrosły. W szkołach zawieszono zajęcia do czasu ustąpienia mrozów. Zajęcia zawiesił także Uniwersytet Jagielloński, odwołując wykłady.

Zima 1928/1929 w Bydgoszczy
Także w Bydgoszczy brakowało węgla, ponieważ nie docierały transporty kolejowe ze Śląska. Sytuacja była tak dramatyczna, że realnym była groźba, że zabraknie węgla nawet w elektrowni. Gdyby do tego doszło, w całym mieście zabrakłoby prądu. Brak węgla spowodował, że w Bydgoszczy pracę wstrzymała część fabryk.

Zima 1928/1929 w Poznaniu
Mróz spowodował, że wiele ludzi po prostu pozamarzało. W prasie pojawiały się też doniesienia o licznych odmrożeniach. Podobnie jak w innych miastach, tak też i w Poznaniu, ludzie zaczęli zgłaszać się do lekarzy w powodu odmrożenia uszu i nosa. W wielu mieszkaniach miasta temperatura spadła  poniżej zera. 15 lutego w "Dzienniku Poznańskim" napisano: "Na podstawie szeregu informacji bezpośrednich, telefonów i listów, nabieramy przekonania, że brak koksu w naszem mieście wytworzył sytuację tak niesłychaną, iż wśród szeregu rodzin zapanowały dantejskie wprost co do rozpaczliwej sytuacji sceny, skoro temperatura w mieszkaniach obniżyła się do 8-10 stopni poniżej zera, a rodziny całe przeżywają istną tragedię, żyjąc w pokojach zupełnie nieogrzewanych, do których nie można sprowadzić piecyków żeliwnych ze względu na brak odpowiednich możliwości w konstrukcji kominów".

Zima 1928/1929 we Lwowie
Budowa wału z bloków śnieżnych, który ma służyć jako ochrona przed nawiewaniem śniegu na tory kolejowe, zima 1929 (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Jak już wspomniano, zima całkowicie sparaliżowała transport kolejowy. We Lwowie kolej w ogóle nie funkcjonowała. W innych regionach kraju działała w mocno ograniczony sposób. Problem z koleją spowodował, że we Lwowie zaczęło brakować węgla. Pomiędzy Krakowem, a Lwowem stało wiele pociągów towarowych z węglem, które nie mogły dotrzeć do celu. Wszystko z powodu zaspy na linii Przemyśl-Rzeszów, która miała 400 metrów długości i 2 metry wysokości. Dodatkowo mróz był tak wielki, że nawet szyny kolejowe zaczęły pękać. Tak było w rejonie Lwów-Stryj, gdzie kolejarze stwierdzili uszkodzenia szyn w 33 miejscach. Dla ratowania sytuacji we Lwowie i Stanisławowie wysłano z Warszawy specjalny pociąg. Jego ładunek stanowiły łopaty, narzędzia i pługi motorowe, które miały udrożnić ruch kolejowy w Małopolsce Wschodniej.
Odśnieżanie torów na trasie Lwów - Tarnopol, zima 1929 (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Jak informowała "Chwila" w wydaniu z 12 lutego 1929 roku: "Od niepamiętnych lat Wschodnia Małopolska (jak zresztą inne połacie kraju) została nawiedzona niezwykle ostrymi i uporczywymi trwającymi mrozami, które w pierwszym rzędzie dają się we znaki ubogiej ludności, pozbawionej opału i szukającej pracy". Z powodu niedoborów węgla sytuacja najbiedniejszych mieszkańców miasta była bardzo ciężka. Dlatego władze Lwowa uruchomiły kuchnie polowe, by zaopatrywać ubogich w ciepłą strawę.
Odśnieżanie torów na trasie Lwów - Tarnopol (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Sytuacja była naprawdę dramatyczna. Jak relacjonował 12 lutego korespondent "Kurjera Warszawskiego": "Akcję tę zapoczątkowało w sobotę Pogotowie Ratunkowe, które przez przeciąg tygodnia opatrzyło ponad 4.000 osoby, które odniosły odmrożenia. Zapas lekarstw i bandaży wyczerpał się zupełnie.".

Zima 1928/1929 w Trójmieście
Zamarznięty port morski w Gdyni w (Domena publiczna / Polski portal historyczny - historia.org.pl)
Z powodu mrozu sięgającego w Gdańsku do - 27 st. C zamarzł port. Natomiast na wodach portu utworzyły się zatory lodowe uniemożliwiające żeglugę. Z tego powodu został wstrzymany eksport węgla drogą morską. Podobnie zablokowany był port w Gdyni, w którym 10 lutego znajdowało się 18 statków, które nie były w stanie wyjść w morze.
Nie lepsza sytuacja była w samym mieście. 10 lutego w "Kurjerze Poznańskim" podano, że "Z powodu długotrwałych mrozów w wielu domach popękały rury wodociągowe, co spowodowało znaczne straty. Jeden z domów został podmulony przez uchodzącą z rur wodę. Musiano przedsięwziąć środki ostrożności, gdyż dom grozi zawaleniem".

źródło: https://www.onet.pl/informacje/historiaorg/zima-stulecia-z-1929-r-rekordowe-mrozy-w-polsce-zabraklo-wegla/e7lw42x,30bc1058