Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 30 września 2021

1352. A w 32 rok życia dosłownie wbiegłam...

I to dosłownie. Jednak zanim do tego doszło, cały dzień poprzedzający datę upamiętniającą kolejną rocznicę moich urodzin pomagałam przy wręczaniu medali biegaczom, którzy ukończyli górski bieg, najpierw na dystansie 25, a następnie 45 km.
Jakiś czas temu jeden z moich znajomych napisał do mnie wiadomość z pytaniem, czy nie chciałabym pomóc mu w organizacji Maratonu Trzech Jezior. Od jakiś trzech lat Wu. jest głównym organizatorem Górskiego Biegu Frassatiego, w którym dwa razy miałam okazje brać udział, jako wolontariusz(rok temu w taki właśnie sposób spędziłam dzień moich 30 urodzin). Wiedziałam więc, że po raz kolejny czeka mnie ciekawe doświadczenie. W dodatku Wu., znając jedną z moich pasji, jaką jest bieganie, zaproponował, abym w ramach pakietu wolontariusza pobiegła na Czupel. A że to tylko 3,5 kilometra (szkoda, że mnie nie poinformował o wszelkich przewyższeniach powyżej 60०) więc zgodziłam się na jedno i na drugie. 
Dotychczas bieg odbywał się przez jeden dzień. Tym razem całość podzielono na dwa, a właściwie to na trzy, dni. W piątkowy wieczór odbywały się prelekcje z zaproszonymi gośćmi, w sobotę biegi na 25 oraz 45 km(po górskim terenie) no i niedziela przeznaczona była na bieg na wspomniany Czupel.
Ponieważ Wu. udało się załatwić wolontariuszom noclegi, do Międzybrodzia Bialskiego przyjechałam już w piątek. Nawet nie wiedziałam, że to tak blisko z Wadowic(a ściślej pisząc to z Kęt). Najpierw jednak musiałam podjechać do Gminnego Ośrodka Kultury oddać oświadczenia i odebrać mój pakiet startowy.

Torba płócienna + numerek startowy + opaska na głowę + folder o gminie
A że było już późno to jedna dziewczyna podrzuciła mnie pod OSP w Międzybrodziu Bialskim, gdzie miałam załatwiony nocleg. Ogólnie słysząc hasło nocleg w OSP miałam wizję nocowania w sali a'la weselna. Wzięłam więc karimatę i koc. Tymczasem okazało się, że są to normalne pokoje hotelowe.
Nazajutrz zostałam przydzielona do strefy medalowej znajdującej się w Porąbce. Jak wiecie, jam niezmotoryzowany człowiek, dlatego albo korzystam z czyjejś uprzejmości, albo z publicznego/prywatnego transportu. A ponieważ dzień wcześniej nie zdążyłam się z nikim umówić, postanowiłam skorzystać z lokalnej komunikacji podmiejskiej. Trochę się bałam, że zostanie ona wstrzymana na czas biegu. Jednak na przystanku nie było takiej informacji, a i lokalna(chyba) ludność zaczęła się na nim pojawiać. Wkrótce nadjechał oczekiwany autobus. Jeszcze tylko dopytałam się, czy na pewno jedzie przez Porąbkę, zapłaciłam za przejazd i już po chwili ruszyliśmy w stronę Bielska-Białej. 
Po kilkunastu minutach wysiadłam przy malowniczej zaporze oddzielającą drogę boczną od miasteczka. Wąski most pozwala mi dojść do miejscowości. Szybko odkryłam, że jestem w do jej centrum(nieopodal dojrzałam Gminny Ośrodek Kultury). Od miejscowych dowiedziałam się jak dojść do miejskiego stadionu, gdzie umieszczono metę biegów. Po drodze podziwiałam otoczenie.
Na stadionie dopiero wszyscy zaczęli się schodzić. Jeden z koordynatorów wolontariatu był nawet zdziwiony, że już jestem, bo miał zamiar wysłać po mnie jakiegoś zmotoryzowanego wolontariusza. Na szczęście okazało się to zbyteczne(od razu piszę, że nikt mi nic wcześniej nie powiedział). Postanowiłam od razu czymś się zająć, toteż porozkładałam sobie medale, które zawieszaliśmy na szyjach biegaczy.
Po chwili dołączyła do mnie koordynatorka strefy mety oraz mały John. Na pierwszego finiszującego zawodnika(z dystansu 25 km) trzeba było trochę poczekać. A potem już poszło z przysłowiowej górki. Każdy biegacz po przekroczeniu linii mety otrzymywał w pełni zasłużony medal. Ci, którzy biegli na 25 kilometrów otrzymuje go na szarej wstążce, natomiast biegacze z 45 - na niebieskiej. To, kto na jakim dystansie startował sygnalizował kolor numeru startowego.
I tak aż do godziny 19. Ale co to dla takiej zgranej ekipy jak my? Chociaż w pewnym momencie zostałam sama na mecie i to akurat w chwili, kiedy wbiegło na nią w bardzo krótkim odstępie czasu kilkunastu zawodników zarówno z jednej, jak i z drugiej trasy. Przez chwilę był mały kocioł, na szczęście szybko jedna z innych wolontariuszek przyszła mi z pomocą.
Po przekroczeniu linii mety przez ostatniego z biegaczy(potwierdzonego przez zabezpieczenie biegu) trochę pomogłam w sprzątaniu banerów, które ją przyozdabiały. Na scenie trwała w tym momencie dekoracja najszybszych zawodników. Następnie udało mi się załatwić sobie transport na nocleg w OSP. Dzięki temu już o 21:00 byłam na kwaterze. Szybki prysznic, książka i łóżko to idealny zestaw do wypoczynku przed biegiem, w którym miałam wziąć udział.
W niedzielę wstałam przed 7. Chwilkę wymieniliśmy się wrażeniami z dziewczynami, z którymi dzieliłam pokój, po czym poszłam do aneksu zrobić sobie coś na śniadanie. W aneksie było już kilkoro innych wolontariuszy, z którymi zamieniłam kilka słów. Następnie jeszcze na chwilę wróciłam do pokoju, głównie po to, aby się przebrać i spakować plecak na bieg.
Początkowo myślałam, że będę biec z plecakiem, na starcie jednak okazało się, że można go nadać jako depozyt, który zostanie wwieziony przez strażaków na szczyt. Tak też zrobiłam. Na rynku w Międzybrodziu Bialskim było już sporo startujących, wiele z nich to wolontariusze pomagający poprzedniego dnia przy Maratonie Trzech Jezior.
Start zaplanowany był na godzinę 9:00, przy czym każdy zawodnik startował w odstępie 10 sekund od pozostałego. Co prawda byłam bliżej końca listy startowej, jednak kilkoro osób zrezygnowało z występu, toteż lista się nieco przesunęła. 
Prawda jest taka, że pobiegłam bardziej dla rekreacji, niż zrobienia jakiegoś wyniku. Dlatego też bardziej dla mnie był to marszobieg, niż bieg. Poza tym chwilami były takie przewyższenia, że jakbym po nich biegła, to nic dobrego by z tego nie wyszło. Biegłam więc swoim tempem, tak, aby dobiec. I tak myślę, że nie było tak źle, bo przez tydzień kilka razy przebiegłam się po górach. Ale chyba na szczycie ktoś zaczął się niepokoić moją nieobecnością, bo gdzieś w 3/4 trasy zbiegł po mnie jeden z zawodników, a potem dołączył do nas drugi. Od razu lepiej się biegło.
W końcu udało mi się przekroczyć linię mety. Na szczycie czekał na mnie medal oraz... gromkie odśpiewanie "Sto lat". Wszak to był dzień moich urodzin. Po krótkim odpoczynku trzeba było zejść na dół. Jeszcze na szczycie poprosiłam Domina, aby mi w tym pomógł. Bo wiecie, czasami gorzej jest iść właśnie w dół, niż w górę. Chłopak bez problemu się zgodził. A po drodze informował wszystkich turystów zmierzających na szczyt, że jeżeli mi się udało to zrobić, to i im się uda, przy okazji dodając, że tego dnia obchodzę urodziny. Domino odprowadził mnie niemal pod samo OSP. Nie żegnaliśmy się też, bo na popołudnie zaplanowano dla nas, wolontariuszy, ognisko w ramach podziękowania.
Chwilkę wolnego wykorzystałam nie tylko na odpoczynek, ale też na spakowanie swoich rzeczy. W międzyczasie wróciły moje współlokatorki, które przedpołudnie spędziły na sprzątaniu trasy z poprzedniego dnia. Po ogarnięciu się poszłyśmy na ognisku, które było na ogrodzie remizy. Ledwo weszłyśmy na plac, kolejny raz w tym dniu zabrzmiało gromkie "Sto lat". W dodatku Domino przyniósł mi paczkę "Krówek" w ramach prezentu. Aż wzruszyłam się na ten gest. W połączeniu z medalem stanowiło to wyjątkowy prezent urodzinowy.
Ponieważ o 17:30 miałyśmy pociąg (moje współlokatorki wracały tym samym kursem) o 16:45 jeden z wolontariuszy podwiózł nas do Bielska-Białej na dworzec. Po ponad godzinie wysiadłyśmy w K-cach. Pożegnałam się z dziewczynami, które pojechały w swoją stronę, po czym udałam się na dworzec autobusowy na autobus do mojego miejsca zamieszkania.
A tam czekała na mnie kolejna niespodzianka. W tygodniu została dostarczona paczka od naszej Basi, którą odebrała moja siostra(wiecie, Pusia sama się nie nakarmi). Jednak jej rozpakowanie pozostawało w mojej gestii.
Po odpakowaniu znalazłam w niej całkiem pokaźny stos książek.
Wśród książek znalazła się kartka z życzeniami urodzinowymi:
Poza tym czasopisma poświęcone papieżowi Polakowi:
Książki "Pamięć i tożsamość" Jana Pawła II oraz "Wielka księga cudów Jana Pawła II".
Kolejne książki - "Grzech i przebaczenie w świetle słowa Bożego" oraz "Szczęście w niebie. O radościach wieczystej chwały".
Dzięki Basi będę miała co czytać nie tylko w zimowe wieczory, ale i podczas pokonywania trasy DG - K-ce. A z tą "Pamięcią i tożsamością" to trafiła w punkt, bo już od dawna chciałam sobie kupić tą pozycję.

W niedzielę przyszła mi do głowy też pewna refleksja - i co z tego, że przyszło mi świętować dzień urodzin jesienią(a gdybym się tak bardzo nie spieszyła, to byłby to początek zimy)? Co z tego, że niekiedy jest zimno i deszczowo, a świat stracił już piękne barwy wiosny i lata? Niektórzy uważają, że to idealne pory roku do świętowania. A tak naprawdę każdy moment jest dobry do obchodzenia urodzin. Nawet środek mroźnej zimy. Musimy tylko sami tego chcieć i to zauważyć. A jeżeli do tego dołączą się osoby, które naprawdę sprawiają, aby ten dzień był wyjątkowy, to taki naprawdę będzie. Bo ileż to osób urodziło się w owych "najlepszych miesiącach", a potem nie cieszą się z świętowania w promieniach słońca, a dzień urodzin widzą jako datę, kiedy stają się o dzień starsi? I na odwrót, można urodzić się w środku zimy i cieszyć się z tego równie silnie, jak gdyby świętowało się ten dzień w środku lata. Zapamiętajcie więc, nie liczy się pora roku, w której świętujemy pojawienie się na świecie. Gdybym miała podać składniki, które powinniśmy wrzucić do gara z napisem "udane urodziny", to wskazałabym:

1. garść radości z życia
2. kopiastą łyżkę wewnętrznego optymizmu
3. szczyptę pozytywnego myślenia
4. kilka osób, dla których jest się ważnym

Ten ostatni składnik jest niezwykle ważny - nawet zwykły telefon, SMS, wiadomość na fb z życzeniami sprawia, że człowiek wie, że nie jest dla otoczenia obojętny. Że jest akceptowany takim, jakim jest, mimo wszystko. A skoro nie jest obojętny, to jego życie, jakiekolwiek by ono nie było, ma sens.

wtorek, 28 września 2021

1351. Ogłoszenie werdyktu szanownego jury

Werble, werble powinno być słychać, bo oto wśród leśnej ciszy został rozwiązany nasz wakacyjny konkurs, któremu patronował święty Józef. Co prawda w naturalnej scenerii zaszczytną rolę dobosza starał się odegrać raz po raz stukający w któreś z drzew pan dzięcioł(czym przerywał ową leśną ciszę), jednak nadawało to uroczystego wymiaru tej wiekuistej chwili. I co najważniejsze, nie przeszkodziło we wskazaniu najmłodszym obywatelom naszego pięknego narodu, i bądź co bądź, jego przyszłości, na wytypowaniu swoich faworytów. Jak to bywa w przypadku najmłodszych, ich opinie wypływają prosto z serca i są szczere. Głosowanie też było nietypowe - każdy z jurorów otrzymał 9 klocków w różnych kolorach, a każdy kolor miał rangę odpowiedniej ilości punktów. Tak więc decyzją szanownego i nieprzekupnego niczym(no, może z wyjątkiem jakiś łakoci) jury w osobach: Olesia(5 lat), Kinia(6 lat), Igi(7 lat), Igo(10 lat), Arciś(8 lat) oraz Adi(10 lat), najwięcej emocji wywołała, a tym samym pierwsze miejsce zdobywa... 

Niech jeszcze chwilę będzie brzmiał werbel, dla podniesienia nastroju...


Uroczy drewniany królik przysłany przez Anię z bloga https://zycnieumieracania.blogspot.com/.

Aniu, Wasz królik tak spodobał się dzieciom, że postanowiły zrobić sobie takiego samego na przyszłoroczną Wielkanoc. Jest niezwykle oryginalny. Jak to podsumował Adi: "Bardzo mi się on podoba i w fajny sposób wyróżnia się spośród tłumu...". Gratuluję Kochana uznania w oczach moich pomocników i proszę, więcej wiary w siebie.

Zaszczytne drugie miejsce zdobywa... (znowu niech zabrzmią werble...)

Wiewiórka wśród gałęzi autorstwa Lidzi z bloga http://misiowyzakatek.blogspot.com/


Lidziu, szczerze gratuluję Ci uzyskania zaszczytnego drugiego miejsca. Mnie też oczarował kunszt i wykonanie tej pięknej pracy.

I zaszczytne trzecie miejsce otrzymuje...

Poduszka w wykonaniu Ani I. Hmm... czyżby szanowne jury tak zmęczyło się obradami, że nie marzyło o niczym innym, niż o odpoczynku? To już ich słodka tajemnica.
Ponieważ spodziewałam się, że wiersze przejdą w oczach najmłodszych bez echa, ustanowiłam nagrodę specjalną w tej kategorii. Tutaj postawiłam na tzw. "ślepy los" i zrobiłam losowanie wśród wierszy nadesłanych przez Basię i liiviię.
Są dwie karteczki:
Losowanie z zamkniętymi oczami wskazało jedną z nich:
A szczęśliwcem okazała się...

Gratulacje, liiviio :). Losowanie odbyło się pod czujnym okiem Pusi, która jak każda kobieta ma swoje humory i dzisiaj stwierdziła chyba, że jest niefotogeniczna, bo zwiała przy każdej próbie cyknięcia jej fotki.

Do tych czterech osób powędrują główne nagrody.

Jednak tak naprawdę to zwyciężył każdy z Was, ponieważ zaprezentowaliście piękne przykłady jak różnorodne może być pojęcie "rzemiosła". Dlatego, zgodnie z obietnicą, każdy zostanie nagrodzony. Tylko dajcie mi czas do końca listopada, bo jeszcze muszę jedną rzecz ogarnąć, a w pewnym momencie musiałam oddać na chwilę laptopa do naprawy i mam drobne obsunięcie terminów. Mam nadzieję, że rozumiecie, iż napisanie(tzn. poprawienie) prac magisterskich było ciut ważniejsze. W związku z powyższym proszę o przesłanie mi swoich adresów korespondencyjnych Anię z zycnieumierać.blogspot.com, Anię z iwanna59.blogspot.com oraz liiviię z liiviia2.blogspot.com/(do reszty z Was, tych, którzy brali udział, chyba mam). 
Dziękuję też tym, którzy podzielili się swoimi wiadomościami na temat ciekawych obiektów w swojej okolicy bądź z Waszych wędrówek. Powstał z tego mini-album, którym też się z Wami podzielę. 
Konkurs miał dla mnie podwójny aspekt. Tak jak pisałam, chciałam nim jakoś upamiętnić Rok św. Józefa. Ale nie tylko. Gdzieś kiedyś czytałam, że internetowe konkursy są bez sensu, ponieważ czas zmarnowany na ich rozstrzygnięcie można przeznaczyć na coś innego. Tymczasem mój konkurs przy okazji stał się pretekstem do rozmowy z najmłodszymi na temat szeroko rozumianej sztuki oraz tego, że to, co podoba się jednemu, niekoniecznie musi podobać się komuś innemu. Każdy z nas ma swój gust, każdy może mieć inny, co jest zrozumiałe. Z drugiej strony można ten gust kształtować od najmłodszych lat, prowadząc ich do galerii, muzeów, ale także pokazując im różne ciekawe rzeczy bez wychodzenia z domu. Dzięki temu połączyłam jedno z drugim. I tym sposobem mogłam wykorzystać w praktyce wiadomości zdobyte na przedmiocie "pedagogika rodziny". Ech, właśnie czuję, że może te dwie piątki uzyskane na koniec tego przedmiotu(najpierw z ćwiczeń, a potem z egzaminu) nie były tak dużo nad wyrost? 

piątek, 24 września 2021

1350. Norwid na nowo odkryty

Rok 2021 ogłoszono między innymi Rokiem Cypriana Kamila Norwida, którego Karol Wojtyła okrzyknął mianem "czwartego wieszcza"(obok Adama Mickiewicza, Zygmunta Krasińskiego i Juliusza Słowackiego). Aby to w jakimś stopniu uczcić, postanowiłam przeczytać jego dzieła zebrane w pięciu tomach, które od dawna stoją na półce w regale z książkami. 


Może słabo to widać, ale na pięcioksiąg składają się:
1) Wiersze
2) Poematy
3) Dramaty
4) Proza
5) Listy

W liceum cierpiałam katusze, niczym tytułowy Werter z jednej z ówczesnych lektur, kiedy przyszło nam omawiać epokę zwaną romantyzmem. A że omawialiśmy ją cały semestr, to moje męki zdawały się nie mieć końca. Oczywiście były też pozytywne momenty, takie jak np. zabłyszczenie tu i ówdzie błyskotliwymi spostrzeżeniami na temat poszczególnych utworów, nie jest jednak tajemnicą, że Śpiąca Królewna wymagała, abyśmy myśleli szablonowo. A wszystko przez aktualne matury, które pisze się pod jakiś niekiedy dziwny klucz.
Cieszę się, że "Pana Tadeusza" Mickiewicza omawialiśmy już w gimnazjum, przynajmniej coś z niego umiałam. (chociaż jak na maturze mogłam wybrać temat wypracowania pomiędzy tym z "Tadka", a "Chłopów", wybrałam to drugie). Z pamięci mogłam powiedzieć "Testament mój" oraz fragmenty "Balladyny" Słowackiego. Tak samo jak wiedziałam o czym jest wiersz Norwida "Moja piosenka", którą kiedyś nawet recytowałam na jakimś apelu, czy też konkursie oraz "Pielgrzym". Jeszcze kojarzyłam urywek "Promethidionu". Swoją drogą do dzisiaj uważam "Moją piosnkę II" za literackie arcydzieło przedstawiające tęsknotę przymusowego uchodźcy do "kraju tego, gdzie kruszynę chleba Podnoszą z ziemi przez uszanowanie". I w sumie na tym wszystko się kończyło.
Co prawda ów pięcioksiąg już wtedy był w moim Jednak lekcje z Śpiącą Królewną spowodowały, zresztą nie tylko u mnie, że czułam swoistą awersję do romantyków. Nie wiem jak u innych, ale u mnie trwała ona ok. dekady. Najpierw "przeprosiłam się" z panem Adasiem(którego dzieła posiadam zebrane w 4 tomach), rok temu z Julkiem("Kordian" po 14 latach był dla mnie dużo mniej szalonym człowiekiem, patrzyłam na niego z perspektywy wiedzy zdobytej na zajęciach z psychologii), teraz przyszedł czas na Cypriana. I wiecie co, chyba się z nim zakolegowałam.
Najpierw przeczytałam jego wiersze, które zostały poprzedzone dosyć obszerną biografią. Nagle zobaczyłam, jak dużo starał się w nich przekazać. Opowiadały w dużej mierze o tęsknocie. Za krajem, za przyjaciółmi, za wolnością. A jednocześnie niosły nadzieję. Niektóre z nich zaskakiwały, inne budziły uśmiech nietypowym zakończeniem. Wieloma z nich po prostu się zachwyciłam żałując, że nie omawialiśmy ich na lekcjach. A sposób na to byłby prosty - dać uczniom tomik wierszy, niech wybiorą kilka i dyskutują nad nimi według kluczy. Nauczyciel mógłby być mentorem, doradcą, przewodnikiem. Zamiast dyktować oklepane regułki mógłby sprawić, że uczniowie sami dochodziliby do podobnych wniosków.
Potem przyszła pora na poematy. To nie tylko "Promethidion", ale i np. "Wesele", "Pompeja" i "Szczesna". Każdy z nich wyjątkowy, chociaż trudny i wymagający od czytelnika myślenia. Ale Norwid też pisał, ku mojemu zaskoczeniu, dramaty oraz prozę. To ostatnie jest jednak rzadko spotykane wśród romantyków. Zwieńczeniem całości są listy będące zapisem korespondencji Norwida na emigracji z przyjaciółmi, którzy najczęściej pozostali na ziemiach zajmowanych przez zaborcę. Jak dla mnie, wraz z większością jego wierszy, stanowi odzwierciedlenie tego, co działo się w duszy Cypriana Kamila Norwida wtedy, kiedy był na obcej, francuskiej ziemi. W "Promethidionie" napisał słowa, które często powtarzam: "Piękno na to jest, by zachwycało". Po latach jego teksty naprawdę wzbudziły we mnie zachwyt, przez co stały się piękne i zrozumiałe. 

Dziś mija 200 lat od dnia, kiedy Cyprian przyszedł na świat. Chłopiec szybko został osierocony przez matkę. Wychowywał się u krewnych, głównie u babki Hilarii Sobieskiej. To w jej domu, na "Don Kichocie", opanował sztukę czytania.
Literacka legenda utrwaliła wizerunek Cypriana Kamila Norwida od początku programowo skłóconego z czytelnikami, niedocenionego geniuszu, który wyprzedził swoją epokę i umarł w nędzy i zapomnieniu. Warto tutaj przypomnieć, że lata młodzieńcze romantyka były zupełnie inne: 19-stoletniego debiutanta okrzyknięto największym talentem poetyckim pokolenia i z chęcią przyjmowano go na warszawskich salonach, gdzie zyskał przydomek Anglika, który nawiązywał do jego elegancji. 
W 1842 roku, tj. dwa lata po debiucie, Norwid uzyskał od władz rosyjskich zezwolenie na wyjazd za granicę na studia w Akademii Sztuk Pięknych we Florencji. Tam dowiedział się, że pozostawiona w kraju narzeczona, Kamila, zerwała z nim zaręczyny.
Trzy lata później przeniósł się do Włoch. Tam poznał arystokratkę Marię Kalergis. Była to uczennica samego Chopina, a także przyjaciółka Liszta i Wagnera. Podróżując za nią po Europie musiał postarać się o nowy paszport, stary zaś ofiarował jednemu z uciekinierów z ziem polskich. Niestety Ambasada rosyjska w Paryżu szybko zorientowała się w oszustwie i wysłała stary paszport Norwida do Berlina, gdzie aktualnie przebywał. Osadzony przez tamtejszą policję w więzieniu śledczym w koszmarnych warunkach, nabawił się choroby uszu, która spowodowała u niego niemal całkowitą głuchotę.
Po zwolnieniu powrócił do Włoch, tam zaprzyjaźnił się z innym polskim romantykiem, Zygmuntem Krasińskim. W 1849 roku przeniósł się do Paryża. Zdecydował się wtedy na zawsze przenieść za granicę, dołączając tym samym do Wielkiej Emigracji. Zresztą znał zarówno Mickiewicza, Słowackiego, jak i Chopina. Próbował zarabiać przez różne formy rzemiosła, dużo też pisał, jednak publikowane przez niego utworzy przyjęto niezbyt przychylnie. "Po cóż to ciągłe (...) wykręcanie zdaniom wszystkich członków, umyślne gwałcenie (...) wszelkich konstrukcji gramatycznych, (...) nawet najelementarniejszej interpunkcji!" - miał pisać jeden z krytyków.
Trudna sytuacja materialna i brak nadziei na odwzajemnienie uczyć ze strony Marii Kalergis skłoniły Norwida do emigracji do Stanów Zjednoczonych w 1852 roku. Co ciekawe, był jedynym z romantycznych poetów, który odwiedził Amerykę. Dwumiesięczna zimowa podróż do tzw. lepszego świata na statku "Margaret Evans" była uciążliwa, a zarazem niebezpieczna: nie dość, że zmarło w jej trakcie wiele osób, to jeszcze groziło im wyczerpanie się zapasów żywności. Cyprian w Ameryce próbował zająć się m.in. sztuką użytkową. Mało kto bowiem wie, że oprócz poezji zajmował się także rzeźbą, malarstwem, rysunkiem oraz grafiką. Niewiele spoza jego prac zachowało się jednak do naszych czasów, ale można wśród nich znaleźć kreślone nerwową ręką autoportrety i ilustracje książkowe. Niestety, jednocześnie dręczyły go samotność oraz tęsknota za Europą. Wrócił więc do Paryża, gdzie mieszkał do końca życia. Chociaż wiele tworzył, to nie udało mu się prawie nic opublikować. Miesiąc przed wybuchem powstania styczniowego w Lipsku opublikowano jedyny jego tomik, jednak cenzura nie pozwoliła go rozpowszechnić w zaborze rosyjskim.
Przez wiele lat Norwid żył w nędzy, niszczony przez różne choroby oraz, co tu dużo mówić, alkoholizm. Drażliwy i dumny często zwracał się o pożyczki pieniężne od znanych osobistości emigracyjnych. Kiedy książę Władysław Czartoryski udzielił mu bezzwrotnego zasiłku, miał zapisać: "To pisarz polski przyszedł prosić (...) o nieco kredytu, ale nie JA o jałmużnę". W 1877 roku, pozbawiony środków do życia, został pensjonariuszem Zakładu św. Kazimierza dla sierot i weteranów. gdzie umiera 23 maja 1883 roku. Po jego śmierci część dokumentów, które pozostawił zostały spalone przez prowadzące zakład siostry. 
Symbolicznym dopełnieniem losu poety było pochowanie go w zbiorowej mogile, podobnie zresztą jak Mozarta. Jego sława przyszła dużo później. W 1901 roku Zenon Przesmycki, krytyk i wydawca, natknął się w wiedeńskiej bibliotece na tomik Norwida z 1862 r. i zaskoczony zapytał: "Jak mógł poeta taki przeminąć bez echa?". Odnalezione dzieła, zwłaszcza cykl stu wierszy Vade-mecum, postawiły Norwida obok największych jego epoki: Mickiewicza oraz Słowackiego.

środa, 22 września 2021

1349. Tajemnice TOPR-u

Jak pisałam w ostatnim poście, aktualnie wypoczywam na łonie natury w górskiej głuszy. A przynajmniej mam taką nadzieję, że jakoś udaje mi się godzić chodzenie po pagórkach z nauką opracowań kilkunastu pytań potrzebnych mi, oprócz obronienia rzecz jasna pracy dyplomowej, do zdobycia tytułu licencjata z turystyki religijnej. Na szczęście obrona magisterek z pedagogiki ogranicza się do obrony pracy. Chociaż i tutaj będzie ciekawie, bo bronię aż dwóch specjalizacji.  Zaprogramowałam jednak dwie już wcześniej napisane notatki, aby wyświetliły się podczas mojej nieobecności(tzn. wracam w piątek, ale postanowiłam awaryjnie zaprogramować na ten dzień notatkę o Cyprianie Kamilu Norwidzie). 

Dzisiejszą notatkę postanowiłam poświęcić pracy TOPR-owców. Wybór jej tematyki nie był przypadkowy, tutaj, gdzie aktualnie przebywam też swoją bazę ma GOPR, które ma profil działania właściwie taki sam, jak jego tatrzański brat. No, może nie do końca, bo trzeba przejść jeszcze jakieś 3 kilometry, aby tam dotrzeć, jednak co to jest za kilometraż wśród potęgi gór? Po drugie, wiele ludzi myśli, że praca TOPRowca to nie praca, a otrzymanie pomocy i tak nam się należy. Owszem, należy się. tak samo jak poszanowanie posługi ratowników górskich. To taki sam fach, jak lekarz, strażak, policjant, nauczyciel, polityk... Nawet, jeżeli wykonywany jest przez tzw. ochotników.
Poniższa notatka została napisana w oparciu o reportaż Dariusza Faraona pt. "Niewidzialni"(link na końcu notatki). 

Ratują ludzi, niejednokrotnie ryzykując swoje własne życie. Jeżeli chodzi o wyszkolenie są ewenementem na skalę światową. Tymczasem z ich pensji trudno jest utrzymać rodzinę. Rząd ich nie dostrzega, ponieważ są garstką, a poza tym i tak nie zastrajkują. Kiedy ktoś poprosi o pomoc - nie odmawiają. Twierdzą, że przecież kiedyś tak przysięgali.

W małym pomieszczeniu siedzi kilku mężczyzn ubranych w charakterystyczne czerwone kamizelki. Na każdej z nich naszyty jest niebieski krzyż na białym tle. Zegar odmierza czas, rytmicznie wystukując tik-tak. Wszyscy czekają aż wybije dwudziesta, co będzie oznaczało koniec ich zmiany. Im bliżej tego momentu, tym wskazówki zegara przesuwają się coraz wolniej. Termometr za oknem wskazują kilkanaście stopni na minusie, do tego wieje złowrogi wiatr. Nagle odzywa się telefon.
 - Odbierz, to na pewno ważne. Jak zawsze...
Trójka turystów miała wypadek w rejonie Czarnego Mięgusza i Przełęczy nad Chłopkiem. Gdyby nie to, że lina zaczepiła się o niewielką skałę, prawdopodobnie runęliby w kilkusetmetrową przepaść. Dwójka z nich jest przytomna, nie mają jednak kontaktu z trzecim kolegą, który prawdopodobnie wisi po drugiej stronie. Chociaż go nawołują, nie ma odzewu.
Edward Lichota dzwoni do żony. Już wie, że nie wróci tego dnia na noc do domu. Chwilę później razem z pozostałymi wsiada do samochodu i ruszają. Trzeba pamiętać, że chociaż TOPR posiada śmigłowiec, to w nocy on nie lata. Na miejsce docierają po kilku godzinach. Grupa szturmowa udziela pomocy odnalezionej dwójce turystów, z trzecim niestety nie ma kontaktu. Mężczyzna błyskawicznie ocenia sytuację. TOPRowcy poręczują drogę linami, aby bezpiecznie dotrzeć do rannego w myśl zasady, że dobry ratownik to żywy ratownik. Ich wstępny plan jest następujący: jeżeli turysta jest martwy, to wyciągną go ze stromego żlebu, zabezpieczą, a rano przyleci śmigłowiec i zabierze jego ciało z wierzchołka. Podobno ma być ładna pogoda. 
Ratownicy medyczni powoli spuszczani są w dół, gdzie leży mężczyzna. Po zbadaniu okazuje się, że on jednak żyje. Co prawda ma poważne obrażenia głowy i doszło już do wychłodzenia organizmu, ale ciągle ma szansę. Jednak podczas ewakuacji ratownicy poruszają mężczyzną, w skutek czego zimna krew obwodowa za chwilę zmiesza się z ciepłą. Ratownicy wiedzą co to oznacza - zatrzymanie akcji serca. Za chwilę będzie trzeba go reanimować. Śnieg jest niesamowicie twardy. Ranny otrzymuje pomoc medyczną, po czym jest transportowany w górę. Nagle się zatrzymuje. Następuje natychmiastowa zmiana planu - pięć minut reanimacji przeplatane z pięcioma minutami ciągnięcia. 
Ucisk, ucisk, ucisk, wdech. Góra! Ciągniemy! Raz, dwa, trzy, cztery, pięć... Góra!
Nagle nad Tatrami Bielskimi pojawia się jakieś migoczące światło, słychać też warkot silnika. To Słowacy lecą swoim ministerialnym samolotem na akcję poszukiwawczą zaginionego skalpinisty. Lichota reaguje niemal natychmiast - telefonuje najpierw na centralę, a następnie do kolegów zza południowej granicy. - Pomóżcie - prosi. Pomogą.
O czwartej nieprzytomny turysta zostaje zabrany z Kazalnicy. Do tego czasu ratownicy cały czas go reanimowali. Teraz wszystko jest w rękach lekarzy, albo jak kto woli - Boga.
Po dwunastu godzinach dyżuru oraz całorocznej akcji Lichota może wrócić do domu. Jest wykończony, zmarznięty i przemoczony. Ale za to ma poczucie bardzo dobrze wykonanej roboty. Wkrótce dowie się, że turysty nie udało się niestety uratować.
Edka ciągnęło w góry właściwie od małego. W szkole średniej miał stały plan dnia: po powrocie z lekcji zmieniał plecaki i ruszał na kolejne wyprawy. W 1994 roku zaczął pracował w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym jako pracownik. Dwa lata później złożył następującą przysięgę:
"Ja, niżej podpisany, dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów jestem, na każde wezwanie Naczelnika lub jego Zastępcy - bez względu na porę roku, dnia i stan pogody - stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie odpowiednio na wyprawę zaopatrzony i udam się w góry według marszruty i wskazań Naczelnika lub jego Zastępcy w celu poszukiwań zaginionego i niesienia mu pomocy [...]

Teraz Lichota siedzi w małej dyżurce i czeka na sygnał. W centrali zawsze przebywa kierownik zmiany, kierowca, telefonista i grupa szturmowa, czyli ratownicy, którzy jako pierwsi ruszają do potrzebujących pomocy. Do tego dochodzi jeszcze ekipa śmigłowca i ratownicy rozlokowani w schroniskach. TOPR liczy obecnie 281 członków, większość z nich to ratownicy - ochotnicy. Na etacie zatrudnionych jest zaledwie 40 osób. Ratownicy zawodowi pracują w systemie tygodniowym - po tygodniu dyżurowania kolejny tydzień mają wolny. Jednak to tylko teoria, praktyka wygląda tak, że czas wolny przeznacza się na inną pracę. Lichota jest jeszcze przewodnikiem górskim - jakoś trzeba sobie radzić, bo z ratowania ciężko jest utrzymać rodzinę. Ratownik zawodowy zarabia średnio ok. 3,5 tysiąca netto, w zależności od stażu pracy i pełnionych funkcji. Pensje tych, którzy dopiero zaczynają, tylko trochę przekraczają 3 tysiące. 
Jak twierdzi Edward, "zarobki ratowników TOPR to plama na honorze naszego rządu...". Naczelnik TOPR Jan Krzysztof dodaje: "Rząd wie, że nie zastrajkujemy, bo przecież nie odmówimy, jeśli ktoś zadzwoni z prośbą o pomoc. Przysięgaliśmy. Mamy kontakt z wojskiem i policją. Wiemy, ile zarabia się w służbach, które wcale nie są lepiej wyszkolone niż my. Chcielibyśmy wykonywać swoją robotę na jeszcze wyższym poziomie, a jesteśmy ograniczani, bo czas wolny poświęcamy na zarabianie pieniędzy". Jak komentuje sytuację Andrzej Blacha: "To nie jest kłopot tego rządu, politycy od wielu lat mają nas w dupie. Pamiętam spotkanie z członkiem komisji, która miała podejmować decyzję ws. naszego sprzętu. Facet podchodzi do nas i mówi:
 - Chłopaki, jak tam? Macie kur** załatwioną tę motorówkę?
 - Po co nam motorówka?
 - A to wy nie z WOPR-u? Sorry, pomyliłem!
Skoro nam proponowali motorówkę, to ratownikom wodnym pewnie chcieli dać nasz sprzęt. Będą sobie, za przeproszeniem, zapier**** skuterem śnieżnym po jeziorze na Mazurach".
Edward Lichota ciągnie dalej: "Może obecny pan minister pochyli się nad tematem. Pani Szydło obiecywała, że się tym zajmie, gdy była u nas w Zakopanem. Widocznie Bruksela była dla niej ważniejsza".
Ratownicy zgodnie jednak twierdzą, że to nie jedyny problem.
Jan Krzysztof: "Nie mamy żadnych przywilejów emerytalnych. Najstarsi pracownicy mogą przejść na tzw. emerytury pomostowe, ale nie ma dalszego programu dla młodych ludzi. Na razie wychodzi na to, że będą musieli pracować do 65. roku życia. W wojsku człowiek ma 40 lat i jest emerytem z przyzwoitym wynagrodzeniem..."
Tomasz Wojciechowski: "Pamiętam, jak rząd zmieniał wiek emerytalny służbom celnym czy straży granicznej na 55 lat. Twierdzono, że 3,5 tysiąca ludzi to żadne obciążenie dla skarbu państwa. W naszym przypadku największym >>problemem<< jest chyba to, że politykom nie chce się robić przepisu dla setki osób".
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, z którego TOPR otrzymuje dotację, nie zgadza się z krytyką ratowników. Resort przekonuje, że sytuacja tatrzańskich ratowników z roku na rok jest coraz lepsza:
 - Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom zarówno TOPR, jak i GOPR, w 2015 roku przyznano podwyżki wszystkim ratownikom górskim. Na początku 2016 roku ich uposażenia ponownie wzrosły. Następnie od 1 sierpnia 2018 roku zwiększono ich wynagrodzenia przeciętnie o 400 zł brutto miesięcznie. Taką samą podwyżkę, przeciętnie po 400 zł miesięcznie, przyznano ratownikom od 1 stycznia 2019 roku - zaznacza MSWiA.
Tyle, że po podwyżkach średnie wynagrodzenie w TOPR kształtuje się na poziomie 4500 - 4700 zł brutto. Ratownicy zgodnie twierdzą, że zarobki są nieadekwatne do wykonywanej pracy.
Kolejną kwestią jest wysokość dotacji. W 2019 roku TOPRowi przyznano z resortu 3,8 mln złotych. Ministerstwo przypomina, że instytucja może pozyskać środki z innych źródeł, takich jak np. wpływy z działalności gospodarczej, statutowej, sponsorskiej, składek członkowskich, subwencji, darowizn, spadków i zapisów oraz dotacji.
Ratownik Andrzej Blacha komentuje: "Dziś sponsorzy są, jutro może ich nie być. Każdy z nich może zaraz stwierdzić, że woli sobie zadzwonić do Kubicy, niż reklamować się przez TOPR.
Ciszę w centrali TOPR ponownie przerywa telefon. Tym razem zgłoszenie dotyczy chłopaka i dziewczyny, którzy wyruszyli w góry, a teraz najwidoczniej potrzebują pomocy. Nie wiadomo jednak gdzie są, ani co tak właściwie się stało. Taksówkarz potwierdził, że wiózł taką parę do Kuźnic. I tam ślad się urywa. Ratownicy kontaktują się więc z rodziną. Chcą się dowiedzieć, czy turyści nie mieli żadnych problemów(np. zdrowotnych). W odpowiedzi usłyszeli, że nie, że na pewno coś musiało im się stać. A więc szukają.
Po kilku dniach otrzymują telefon od rodziny, która zatrudniła... jasnowidza. Ów człowiek miał wizję: widział poszukiwaną parę w jaskini, a chłopak ma złamaną nogę. Andrzej Blacha rozkłada mapę terenu i sprawdza rozmieszczenie wszystkich jaskiń w rejonie Kuźnic. Szanse na powodzenie są bardzo małe, ale przynajmniej ratownicy mają jakiś punkt zaczepienia. Wchodzą więc do każdej jaskini. Dwa dni później ponownie dzwoni telefon w tej sprawie. Miał kolejną wizję, według której zaginieni nie znajdują się w jaskini, tylko w górskim szałasie. Blacha zmienia taktykę: jeżeli mają ich znaleźć, to muszę przeszukać każdy szałas. Trzeci telefon jest już z komisariatu. Policjanci znaleźli parę, chociaż nie byli oni ani w jaskini, ani w szałasie. Przyłapano ich na kradzieży butów w czeskiej Pradze. W siedzibie TOPR zawrzało. Naczelnik Jan Krzysztof dochodzi do wniosku, że nie można tak tego zostawić. Do mediów trafia informacja, że TOPR pozwie jasnowidza i będzie domagał się zwrotów kosztów akcji ratunkowej. Wkrótce dzwoni czwarty telefon w tej sprawie. To oburzona dziennikarka żąda wyjaśnień.
 - Czy to prawda, że TOPR będzie domagać się pieniędzy od jasnowidza?
 - Wie pani... jedno zgłoszenie uruchamia cały system. To wszystko kosztuje.
 - Pan sobie chyba ze mnie jaja robi!
 - To chyba pani sobie ze mnie żartuje.
 - Ale dlaczego jasnowidz ma płacić?
Ratownik nie wytrzymuje:
 - A jaki to dla niego problem? Skoro ma wizję, niechże sobie przewidzi wyniki losowania LOTTO i puści trzy kupony. Później niech zapłaci te kilka tysięcy z milionowej wygranej. Łączę z naczelnikiem, pozdrawiam!
 - Wierz mi, że do TOPRu nie trafiają przypadkowi ludzie - Andrzej Blacha siedzi w małym pokoju. Na ścianie wisi kalendarz wojsk specjalnych i kilka portretów jego ukochanej córki Marysi. - W wielu europejskich krajach ratownictwo górskie podzielone jest na sektory. Jedna grupa chodzi po jaskiniach, inna działa w lawinach itp. A my robimy wszystko! Raz lecisz śmigłowcem, drugiego dnia ratujesz kogoś w jaskini, a trzeciego działasz na ścianie albo przy lawinie. To ewenement. Jeśli chodzi o szkolenie, jesteśmy ścisłą światową czołówką.
On sam jest doskonałym przykładem, że do TOPRu trafia nie byle kto. Dla przyjaciół jest po prostu "Blaszką", dla nieznajomych - majorem Andrzejem Blachą, byłym oficerem wojsk powietrzno-desantowych, instruktorem pionu szkolenia dowództwa wojsk specjalnych oraz instruktorem nurkowania. Dwa razy uczestniczył w misji bojowej w Afganistanie. Na wspomnienie tamtych dni na jego twarzy pojawia się lekki uśmiech. - Robota jak każda inna, tylko trzeba mieć trochę szczęścia.
Po rozstaniu z wojskiem zaczął pracować jako kaskader - brał udział w produkcji kilkudziesięciu filmów. W TOPR działa od prawie 40 lat. Chociaż nie nosi już munduru, strzela anegdotami jak z karabinu. Przyznaje też, że dziwne telefony zdarzają się bardzo często.
Telefon 1.: - "Dzień dobry! Schodzę z Czerwonych Wierchów, zimno trochę. Może byście podrzucili chłopaki jakąś herbatę z termosem?! Jak to, kur**, nie możecie?! Przecież latacie śmigłowcem...".
Telefon 2.: - "Halo! Mój syn poszedł w góry i wysłał mi SMS. Pada mu telefon, nie ma jedzenia i picia, jest na polanie w jakiejś chacie, z której nie może się wydostać! Trzęsie się z zimna! Ratujcie go!" - Rusza więc całonocna wyprawa, w której bierze udział dwadzieścia ratowników. Są zgodni, że jeśli nie znajdą turysty, to on zamarznie. Moją więc za zadanie odnaleźć chłopaka oraz samym wrócić bezpiecznie z wyprawy. Tymczasem nad ranem odebrali kolejny telefon: - "Witam! To mnie panowie szukają. Bardzo przepraszam, nic mi nie jest, nie przebywam nawet w górach. Mama jest psychicznie chora."
Telefon 3. "- Dzień dobry! Schodzę z Rysów, mam lęk wysokości, nie mogę dalej iść. Proszę o pomoc.
 - A skąd ten lęk, skoro wcześniej go pan nie odczuwał?
 - Zaczęło padać.
 - Ale to nie ma wpływu na lęk wysokości.
 - Ale nie zejdę.(w tle głosy) 
 - Jest pan sam?
 - Ze znajomymi. No chyba nie myśli pan, że oni mnie będą znosić.
 - No chyba nie myśli pan, że ratownicy TOPR będą pana znosić. Jest pan w bezpiecznym miejscu?
 - Tak.
 - To proszę czekać. Ratownik będzie za trzy godziny, sprowadzi pana.
 - Za trzy godziny?! Wie pan co? To ja jednak zejdę."
Telefon 4.: - "Dobry wieczór! Przepraszam, wiem, że jest trzecia w nocy, ale za tydzień ruszam na Rysy i chciałbym zapytać, jaka będzie pogoda?".
Jednak praca w TOPRe daje dużo satysfakcji z tego, że uratowało się czyjeś życie. Każdy doświadczony ratownik ma w głowie swoją własną listę cudów, czyli akcji, które nie miały szans zakończyć się powodzeniem, a jednak się udały.
Lichota wspomina historię Kasi, która po lawinie w Wielkiej Świstówce była pod śniegiem przez dwie godziny. Ratownicy opowiadali później dziennikarzom, że kiedy do niej dotarli, miała martwe jak lalka oczy. Gdy zawieziono ją do Centrum leczenia Hipotermii Głębokiej, temperatura jej ciała spadła do 17 stopni. Jej serce zatrzymało się na prawie siedem godzin. Z medycznego punktu widzenia, nie miała szans na przeżycie. A jednak przeżyła.
Blacha też ma w pamięci kilka takich cudów. Jednym z nich jest historia z rejonu Pięciu Stawów. 19-letni chłopak z Krakowa też został zasypany przez lawinę. Ratownicy już mieli zmienić miejsce poszukiwań, ale usłyszeli wołanie spod śniegu. Kiedy go wyciągnęli, wypalił: "Panowie, ale dałem w dupę! Sorry!".
Ale są i negatywne strony tej pracy. Do jednej z nich zalicza się informowanie bliskich, że jednak się nie udało. Nie od razu się wie, że jedzie się szukać ciała. Niejednokrotnie ma się do czynienia z upadkiem z kilkusetmetrowej wysokości, który skończył się m.in. wnętrznościami na wierzchu. Ponieważ rozpoczął się już rozkład, nosy zatykane są po prostu koszulami, a ratownicy odchodzą na chwilę na bok, kiedy robi im się słabo. Następnie trzeba stanąć przez czyjąś matką z podpuchniętymi od płaczu oczami. Patrzą na ratowników, czekając na słowo, które podtrzyma ich nadzieję. Niestety, często słyszą tylko: "Przykro mi, proszę pani, nie mogliśmy nic zrobić".
Ten pierwszy raz zazwyczaj zostaje zapamiętany na zawsze.
Bartosz Gąsienica-Józkowy: "To był turysta, który popełnił samobójstwo na Świnicy. Dotarliśmy do niego jako pierwsi. Później przyjechali jego rodzice. Pytali, czy jesteśmy w stanie odtworzyć ostatnie chwile życia ich syna".
Edward Lichota: "Wiadomo, że jedni z nas radzą sobie z tym lepiej, inni gorzej. Przy upadku z wysokości sprawa jest jasna i prokurator od razu daje zgodę na spakowanie ciała. Ale bywają też inne sytuacje. Pamiętam, jak odnalazłem zaginionego. Nie żył. Kilka godzin czekałem obok ciała na przybycie prokuratora, technika i innych ratowników, bo sprawa wyglądała podejrzanie".
Andrzej Marasek: "Pierwsza śmierć zawsze boli. U mnie to był mężczyzna, który został przygnieciony przez drzewo podczas wiatru halnego. Gdy do niego dotarliśmy, jeszcze żył, ale reanimacja nie przyniosła skutku. Nie czułem przerażenia, ale nie mogłem uwierzyć w to, że ktoś stracił życie na moich oczach. Później stało się to częścią roboty, do widoku śmierci można przywyknąć".
Bartek Gąsienica-Józkowy: "Ja mocno przeżyłem historię świeżo poślubionej pary. Poszli na Świnicę w czasie miesiąca miodowego, ona spadła. Wiedziałem, że nie przeżyła, ale kiedy dotarłem do jej męża, musiałem go okłamać.
 - Co z żoną?
 - Nie wiem. Chłopaki robią, co mogą.
Bałem się, że gdy dowie się o śmierci ukochanej, nie będę go w stanie stamtąd ściągnąć".
Andrzej Blacha: "Niektórym przy pakowaniu pierwszych zwłok siada psychika. Ale to rzadkość. Z reguły na początku jest trudno, a potem człowiek się przyzwyczaja. Najgorzej, jak trzeba iść po dzieci albo kolegów".
Te rany nie zabliźniają się nigdy...
Była taka jedna sytuacja na Szpiglasowej Przełęczy w 2001 roku - szli w ośmiu: Jan Krzysztof, Maciej Cukier, Grzegorz Bargiel, Henryk Król-Łęgowski, Edward Lichota, Andrzej Lejczak, Bartłomiej Olszański i Marek Łabunowicz. Edek pamięta, że ziemia pod jego nogami nagle się rozsunęła, a on sam leciał bezwładnie wraz z białą ścianą śniegu i lodu, modląc się przy tym, aby nie uderzyć w żadną skałę. Nagle poczuł, jak śnieg zgniata mu płuca i zaczął się zastanawiać, jak długo będzie mógł jeszcze oddychać.
Kilka godzin wcześniej w centrali TOPR ogłoszono alarm. Trójka turystów wyruszyła z Doliny Pięciu stawów i zostali przysypani przez lawinę. Jednemu udaje się wydostać z pułapki, ale jego towarzysze zniknęli. Przebieg akcji ratunkowej był bardzo dramatyczny:
13:35 - do Wodogrzmotów wyrusza pierwsza grupa ratowników. Przez złe warunki pogodowe nie można użyć śmigłowca.
14:25 - do akcji włącza się druga grupa. Na lawinisko docierają ratownicy, którzy wyszli ze schroniska w Pięciu Stawach.
14:45 - zostaje odnaleziony pierwszy turysta. Niestety jego reanimacja nie przynosi skutku.
15:30 - odkopana została dziewczyna. Jej też nie udaje się przywrócić czynności życiowych.
17:00 - pogoda ulega pogorszeniu: coraz mocniej pada, wieje silny wiatr, a do tego zapada już zmrok. Chociaż dwójka poszukiwanych, ratownicy, którzy wyruszyli z centrali, nie przerwali akcji. Koledzy zawsze mogli potrzebować ich pomocy przy zejściu. Gdy docierają na miejsce, zostają porwani przez lawinę.
Lichocie udaje się wydostać spod śniegu. Sięga po radia i informuje, że nic mu nie jest.
 - "Wszystkich nas zasypało" - słyszy głos naczelnika.
Janowi Krzysztofowi też udało się szybko wydostać z lawiny. Wraz z Lichotą szukają pozostałych wiedząc, że nie ma czasu do stracenia. W zlokalizowaniu przysypanych kolegów pomagają detektory lawinowe i światła latarek przebijające się przez śnieg. Edek z naczelnikiem biegają od jednego do drugiego i odkopują ich ze słowami:
 - Żyjesz? Wszystko w porządku?
Maciek jest w ciężkim stanie, dzięki reanimacji wraca mu oddech. Po chwili na powierzchnię wyciągają kolejnych. Brakuje tylko dwójki z nich - Marka Łabunowicza i Bartka Olszańskiego. W końcu udaje się ich namierzyć - są dwa metry pod śniegiem. Bartka nie udaje się uratować. Reanimacja Marka trwa kilka godzin. Co prawda udaje mu się na chwilę przywrócić oddech, jednak jego stan uważany jest za krytyczny. Naczelnik zarządza szybki transport do schroniska. Tam kładą Marka na porozsuwanych stołach, tam ogrzewają go prześcieradłami namoczonego w gorącej wodzie. Lekarze wstrzykują mu leki, próbując w ten sposób ratować gasnące w nim życie.
Jak wspomina Edward Lichota: "Siedzieliśmy w sali i słuchaliśmy w ciszy oddechu Marka.
Po jakimś czasie ów oddech ustał.
Marek Łabunowicz oraz Bartosz Olszański(źródło zdjęcia)
Kilka dni po śmierci ratowników doświadczony ratownik i kronikarz TOPR, Adam Marasek, pytał w "Tygodniku Podchalańskim": "czy za głupotę turystów ratownicy musieli zapłacić tak straszną cenę?".
Wiadomo, że od początku istnienia instytucji TOPR-owcy bardzo często ryzykują swoje życie z powodu zwykłej bezmyślności wspinaczy. Jedni ignorują ostrzeżenia o trudnych warunkach, inni dzwonią po pomoc, której właściwie nie potrzebują. Po nagłośnieniu sprawy przez media rusza lawina komentarzy(nota bene jedyna, na którą TOPRowcy nie reagują). Ludzie wręcz grzmią, aby turyści ponosili koszty akcji ratunkowych. Sami ratownicy, co ciekawe, mają odmienne zdanie na ten temat:
Jan Krzysztof: "Zwykle pisze się o tym, by płacili ci, którzy zachowali się nieodpowiedzialnie i wykazali się brakiem wyobraźni. To ma być rodzaj kary, a przecież w Polsce ratownictwo jest bezpłatne. Kierowcy prowadzący samochód pod wpływem alkoholu powodują karambole, wzywa się karetki, zastępy straży, śmigłowce, a sprawcy wypadków za to nie płacą".
Bartek Gąsienica-Józkowy: "Rozmawiałem na ten temat z ratownikami z zagranicy. Gdy u nich dzwoni telefon z prośbą o pomoc w górach, najczęściej od razu pada pytanie: >>czy jesteś ubezpieczony?<<. Jeśli nie, zaczynają się schody. My natomiast pytamy: >>co się stało?<<. Skupiamy się na swojej robocie i ratujemy ludzi, a sprawami finansowymi niech zajmuje się ktoś inny".
Edward Lichota: "Każdy obywatel ma zagwarantowane bezpłatne udzielenie mu pomocy. Czemu góry mają być wyjątkiem? W innych krajach ubezpieczenia turystyczne nie pokrywają dziesięciu procent kosztów służby ratowników".
Jan Krzysztof: "Utrzymanie TOPR i tak będzie kosztować tyle samo niezależnie od liczby zgłoszeń. Nie pobieramy wynagrodzeń za konkretne akcje. U nas system indywidualnej odpowiedzialności jest rozwiązany inaczej. Pobierane są opłaty za wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Z każdego biletu 15 procent idzie na rzecz TOPR. Koniec końców, to większa kwota, niż nasi sąsiedzi uzyskują z odpowiedzialności za akcje. Uważam, że nasze rozwiązanie jest bardzo sensowne. Słowacy chętnie by się z nami zamienili".
Od rana w centrali TOPR-u jedno zgłoszenie goni drugie.
1) Mama wspinała się z córką pod Zawratem. Spadła, ma poważny uraz głowy.
2) Pod Rysami upadek z dużej wysokości. Turysta stracił przytomność.
3) Dwójka turystów szła od Krzyżnego w kierunku Buczynowych Turni. Stracili ze sobą kontakt. Kolega obawia się, że partner spadł.
4) Drwal został przygnieciony przez drzewo, prawdopodobnie doznał sporych obrażeń.
5) Turysta poważnie uszkodził sobie dłoń. Istnieje ryzyko, że jeśli ratownicy nie dotrą od niego w ciągu kolejnych kilku godzin, konieczna będzie jej amputacja.
Pięć zgłoszeń w krótkim czasie. Kierownik Edek musi zdecydować, których zdecydować, które z nich jest najpilniejszy. Pewnie kolejny raz wróci do domu dopiero następnego dnia. Przywita się z rodziną, po czym położy się do łóżka, aby odespać poprzednią noc. Jaka będzie jego pierwsza myśl, kiedy otworzy oczy?
Może przypomni sobie drwala, którego reanimacja trwała przez kilka godzin? Może znowu zacznie zastanawiać się, w jaki sposób ma pracować na takiej intensywności do 65. roku życia? Może kolejny raz w ciągu miesiąca wyruszy w góry jako przewodnik, żeby dorobić do pensji? Może, ale musi z tym poczekać do jutra, tak jak reszta spraw. Edek zapina kurtkę i rusza na akcję. Znowu trzeba ratować ludzkie życie...

niedziela, 19 września 2021

1348. Jadę w Bieszczady, to znaczy Beskidy

Wybywam. Co prawda nie w przysłowiowe Bieszczady, lecz w trochę niższe Beskidy, ale coś czuję, że taki kilkudniowy reset dobrze mi zrobi. Już dawno chciałam tam jechać na dłużej niż na dwa dni związane ze ślubem kuzyna, ale zawsze było właśnie to jakieś "ale". A to rozmowa kwalifikacyjna w sprawie pracy, a to odrobienie bardzo zaległych praktyk, a to problem z wgraniem pracy dyplomowej do systemu, a to inna wizja pracy magisterskiej niż ma promotor(co ciekawe, nieprzyjęcie mi pracy magisterskiej z jednej specjalizacji zablokowało mnie z bronieniem się na drugiej - stąd te dwie prace dyplomowe, o których pisałam w maju). Mam nadzieję, że teraz mi już ją zaliczy, bo jak nie to chyba się zdenerwuję. W każdym razie pokazywanie przez dwa lata moich faktycznych możliwości intelektualnych(które się różnią od tego, co widać na pierwszy rzut oka) nie do końca mi wyszło na dobre. Za to zmęczenie materiałem, czyli wyliczaniem wszystkiego "na piechotę"(to chyba "zboczenie" mojej maksymalnej ilości punktów z rozszerzonej matematyki) skutkowało u mnie tym, że w pewnym momencie zamiast wbijać cyferki w kalkulator, to ja wpisywałam je w arkusz tekstowy wielce zdziwiona, że nie pojawia mi się wynik😁 -> sama z siebie się z tego śmieję. Na szczęście najgorsza część napisania, czyli wyniki w przeliczeniu na procenty, już dawno za mną, teraz tylko pozostaje korekta zgodna z sugestiami promotora. A te są czasami dla mnie nieco dziwne i nie do końca dla mnie dorzeczne(to tylko magisterka, a czasami mam wrażenie, że piszę doktorat, chociaż praca na 128 stron to taki tyci tyci doktorat). I jestem już tym po trochu zmęczona, zwłaszcza że tempo mojej pracy jest nieco wolniejsze od innych. 
Dlatego jadę w Bieszczady... Thu, w Beskidy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mnie do tego zachęcają - nawet dzisiejsze rozważania różańcowe z księdzem Teodorem nawiązywały do wędrówek po górach. Jadę, i to na całe 5 dni. Szaleństwo. Niby udało mi się w te wakacje wyrwać chociażby na obóz sportowy, albo na jeden dzień na Górę Świętej Anny, albo w 2,5 dnia zawędrowałam przed tron na Jasnej Górze, ale to nie to samo. Mam nadzieję że uda mi się nie tylko dychnąć i naładować akumulatory, ale też z pomocą nieprzekupnego jury rozstrzygnąć nasz wakacyjny konkurs ze świętym Józefem w tle. No bo wiecie, już na samym początku miałam wizję połączenia go z rozmową z dzieciakami na temat tego, co może być sztuką i jak różne mogą być jej oblicza. Takie drugie, ukryte dno zabawy. Tylko brakowało czasu na podskoczenie tam, a kiedy nie ma się samochodu, problem przemieszczania się nabiera jeszcze większej wagi.
No i jeszcze chcę potrenować przed biegiem, który mam w następną niedzielę. I to po górach. Co prawda to tylko(a może aż?) 3,5 kilometra, ale jeszcze nigdy nie miałam okazji biec w górach. Na  wszystko namówił mnie Wojtaszek, organizator Górskiego Biegu Frassatiego. Ogólnie teraz organizuje Maraton Trzech Jezior, który jest w przyszłą sobotę i podczas którego jestem wolontariuszem. A na drugi dzień jest minibieg, właśnie na te 3,5 kilometra. W dodatku wolontariusze mają go już opłacony. To nic, że wtedy mam kolejne urodziny. Potraktuję to jako niecodzienny prezent.

Najwyżej się połamię tuż przed obroną...
I przed pierwszym dniem w pracy...
I przed wolontariatem w biurze zawodów podczas SilesiaMaratonu...

I przed rozpoczęciem kolejnego roku akademickiego.("Lolek, a nie prościej było najpierw zrobić licencjat, a następnie magisterkę, a nie na odwrót" - nie ma to jak motywacyjna mowa znajomych)
Jak to szło? C'est la vie*...

Mam tylko jeden dylemat - nie mogę się zdecydować, którą książkę ze sobą zabrać...

* C'est la vie - takie jest życie

sobota, 18 września 2021

1347. Co widział ostatni świadek zbrodni katyńskiej?

źródło zdjęcia
Wczoraj miałam okazję zobaczyć film Piotra Szkopniaka: "Katyń. Ostatni świadek", który został wyemitowany z racji 82 rocznicy Sowieckiego napadu na Polskę. Paradoksalnie w dalszym ciągu pamiętam, jak dwanaście lat temu razem z młodszymi kuzynami oglądaliśmy u babci "Katyń" Andrzeja Wajdy (na którym zresztą byłam w liceum z klasą w kinie) i jak tłumaczyłam im, czym była agresja sowiecka w 1939 roku. To wtedy ciocia wróżyła mi przyszłość jako pedagoga... Teraz jej słowa mogą okazać się prorocze. Wtedy wszyscy myśleliśmy, że zbrodnia katyńska jest najgorszą rzeczą, jaka mogła spotkać nasz naród w tamtych rejonach. Zaledwie osiem miesięcy później miało się okazać, jak bardzo się myliliśmy, a słowa takie jak "Katyń/Smoleńsk", "tragedia" oraz "Polska" brzmiały na ustach całego świata. To był ostatni dzień na wsi, nazajutrz wracałam do domu, dwa dni później po rocznej przerwie z powodzeniem wystartowałam w zawodach, dwa tygodnie później po raz pierwszy siedziałam w uczelnianych ławkach, jako student AWFu w K-cach.
Szczerze powiedziawszy to już dawno chciałam obejrzeć ten film, ponieważ tematem zbrodni katyńskiej interesuję się od czasów gimnazjalnych. Niestety, nauczyciele niezbyt pochwalali moje specyficzne zainteresowania i nie poświęcali temu zagadnieniu zbyt dużo czasu. Dlatego staram się sama zdobywać informacje, a także weryfikować produkcje filmowe ze znanymi już na ten temat faktami. 

źródło zdjęcia

Film opowiada historię młodego dziennikarza lokalnej gazety, Stiephana Underwooda, którego największym marzeniem jest opisanie sprawy, dzięki której zyska sławę i uznanie nie tylko w kraju, ale i na świecie. Któregoś dnia odkrywa, że taką sensacyjną historią może być przekazanie Wielkiej Brytanii prawdy o tym, co stało się wiosną 1940 roku w lesie katyńskim. Nawiązuje w tym celu znajomość z niejakim Michałem Łobodą, cichym i spokojnym człowiekiem, prawdopodobnie ostatnim żyjącym świadkiem makabrycznej zbrodni. Początkowo nieufny wobec brytyjskiego dziennikarza Michał, z czasem przedstawia Stiephanowi dramat tysięcy polskich żołnierzy skazanych przez NKWD na śmierć.

O ile film "Katyń" Andrzeja Wajdy opowiada o zbrodni katyńskiej niejako od wewnątrz(poznajemy ją z perspektywy samych zamordowanych oficerów jak i poszukujących prawdy rodzin) o tyle "Katyń. Ostatni świadek" pozwala spojrzeć na tragedię oczami kogoś, kto stał z boku. Trudno oczekiwać od produkcji podniosłych uczuć oraz identyfikowania się z ofiarami. Łoboda przedstawia sprawę rzeczowo i konkretnie, co oczywiście nie oznacza, że nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Całość jego narracji obrazowały sceny wzorowane na opowiadanych wydarzeniach. Trochę zaskoczył mnie koniec filmu, bo spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Ale dzięki niemu reżyser uzyskał coś w rodzaju klamry spinającej wydarzenia na przestrzeni lat.
Ogólnie pomysł na film był niezły, ale czegoś mi w nim zabrakło. Chwilami denerwował mnie też główny bohater, który był zbyt nachalny w stosunku do Łobody. Ale oprócz tego film był w miarę znośny.

Trzymajcie się ciepło.

piątek, 17 września 2021

1346. Czy tajemnica Przełęczy Diałtowa zostanie kiedyś rozwiązana?

Ta książka od dawna znajdowała się na mojej liście pozycji do przeczytania. Jak dotąd odkładałam jej lekturę twierdząc, że to jeszcze nie jest odpowiedni moment na zapoznanie się z nią. W pewnym momencie nawet o niej zapomniałam. Jednak notatka na blogu Moniki Olgi poświęcona literaturze związanej z górami, przypomniała mi o niej. Co prawda Monika pisała o innej pozycji opowiadającej o tym zdarzeniu - "Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga" autorstwa Anny Matwiejewy, ja jednak postanowiłam przeczytać najpierw książkę, którą wcześniej zaplanowałam(a "Przełęcz Diatłowa..." też kiedyś przestudiuję). Dlatego jedną z moich ostatnich bibliotecznych zdobyczy jest "Tragedia na Przełęczy Diatłowa. Historia bez końca" autorstwa Alice Lugen.

Tytuł: "Tragedia na Przełęczy Diatłowa. Historia bez końca"
Autor: Alice Lugen
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2020
Liczba stron: 277

Rok 1959 rozpoczął się w Związku Radzieckim XXI zjazdem partii, który odbywał się w Moskwie. Ośmioro studentów oraz absolwentów Uralskiego Instytutu Politechnicznego w Swierdłowsku (obecny Jekaterynburg, znany jako miejsce zabójstwa carskiej rodziny) postanowiło uczcić go wyprawą na jeden z uralskich szczytów, Ortoten, którego jeszcze nikt nie zdobył w warunkach zimowych. Tuż przed wyprawą dołącza do nich niejaki Siemion Zołotariow, starszy o około dekadę mężczyzna podający się za przewodnika górskiego. Wyprawa, która miała być wytchnieniem dla młodzieży od codzienności zamieniła się w tragedię, której prawdziwych przyczyn tak właściwie do dzisiaj nie udało się ustalić.
Alice Lugen w napisanej przez siebie książkę przedstawia genezę tragedii sprzed ponad 60 lat. Czytelnik zapoznaje się z krótką charakterystyką poszczególnych członków wyprawy, dowiaduje się o idei powstawania i funkcjonowania sekcji turystycznych na sowieckich uczelniach wyższych, systemie nagród za osiągnięciach w tej dziedzinie, wszechobecnej propagandzie. W końcu Alice rekonstruuje zarówno przebieg samej wyprawy(na podstawie zachowanych dzienników ofiar), jak i akcji poszukiwawczej, która ruszyła prawie miesiąc po zaginięciu ekipy. Opisuje również momenty odkrycia ciał oraz stan, w jakim one zostały odnalezione. Autorka przygląda się także śledztwu mającemu wyjaśnić przyczynę śmierci w tajemniczych okolicznościach 9 osób oraz reakcją władz i społeczeństwa na tą tragedię.
Alice Lugen w reporterski sposób(w końcu z zawodu jest reporterką) zajmuje się sprawą, która przez lata była zamiatana pod dywan. Przełom nastąpił w 2009 roku po odtajnieniu dokumentów z nią związanych. Niestety, niewiele one wniosły do rozwikłania zagadki nocy z 1 na 2 lutego 1959 roku (prawdopodobnie wtedy doszło do tragedii). Być może nigdy nie dowiemy się, dlaczego grupa 9 młodych ludzi wyszło wtedy w środku nocy z namiotu i przepłaciło to swoim życiem. Język, w jakim została napisana książka jest przystępny i zrozumiały, co sprawia, że czyta się ją sprawnie(sama przeczytałam ją w niecałe 4 godziny). Dodatkowym atutem książki są zdjęcia, także te z wyprawy z przełomu stycznia i lutego 1959, które zarazem stały się ostatnimi fotografiami studentów. Można ich zobaczyć jako młodych, pełnych pasji i zapału ludzi. Patrząc na nie czytelnik tym bardziej zadaje sobie pytanie co tak naprawdę wtedy się wydarzyło.
I na koniec taka konkluzja z książki. Kierownik wyprawy (przynajmniej oficjalny, bo z zachowanych notatek wynika, że to raczej Siemion chciał decydować o większości spraw) Igor Diatłow przed podróżą życzył wszystkim jej uczestnikom, aby ich nazwiska zostały kiedyś zapisane na mapach i w atlasach. Nie mógł jednak przewidzieć, że to właśnie od jego nazwiska nazwana zostanie przełęcz, w której zostaną znalezione zwłoki jego i jego znajomych.

środa, 15 września 2021

1345. Echa tokijskiej paraolimpiady

Dziesięć dni temu na stadionie olimpijskim w Tokio zgasł znicz paraolimpijski, zwiastując koniec zmagań najlepszych sportowców z niepełnosprawnością na świecie. Przez 10 dni pokazywali oni światu, że zaburzenia ruchu, brak kończyn, karłowatość czy też problemy ze wzrokiem nie wykluczają prezentowania sportu na najwyższym poziomie. Ba, czasami nawet staje się on bardziej ciekawy w odbiorze, niż sensacyjny film. 
Tak jak pisałam w poście o nominacjach paraolimpijskich - nasz kraj reprezentowało 90 sportowców, którzy rywalizowali w 12 konkurencjach. Podczas Memoriału Kamili Skolimowskiej spotkałam prezesa naszego klubu sportowego(wraz ze swoją drużyną sportową miał pokaz goalballa), który zaopatrzył mnie m.in. w ciekawą publikację zawierającą sylwetki całej kadry paraolimpijskiej wraz ze sztabem szkoleniowym, medycznym, mediami i misją olimpijską.


Trochę słabo to wyszło, ale przy każdym nazwisku została podana dyscyplina sportowa, czy jest to debiutant, czy może już brał udział w jakiś Igrzyskach Paraolimpijskich, klasa startowa oraz klub, jaki reprezentują. Zostali oni podzieleni także według dyscyplin sportowych.
Z kolei Poczta Polska wypuściła serię znaczków, upamiętniającą te ważne dla każdego sportowca chwilę. Takim podkreśleniem, że paraolimpijczycy też są ważni, była osobna seria, przedstawiająca tenisistkę stołową z połową ręki. Na okładce umieszczono zaś jednego z paralekkoatletów, Michała Derusa.

Jak oceniam tegoroczną paraolimpiadę? Raczej dobrze. Dzięki TVPSport oraz Eurosporcie można było na bieżąco śledzić co się dzieje wiele kilometrów od nas(co prawda nie mam ani jednego kanału, ani drugiego, jednak na stronie internetowej TVP Sport też nadawano). 
A działo się sporo. Sportowcy przywieźli ze sobą 25 medali, "Mazurek Dąbrowskiego" zabrzmiał 7 razy. Było dużo zaskoczeń - to doskonały występ Róży Kozakowskiej, pływaków i występującego w debiutującym na Igrzyskach parabadmintonie Bartłomieja Mroza, który co prawda nie załapał się na podium, ale pokazał wielką klasę i wysoki poziom gry. Bardzo mi się też podobały zmagania kolarzy oraz kajakarzy.
Ale były i rozczarowania - bieg Joanny Mazur i Krzysztofa Ciukszy, pchnięcia Joanny Oleksiuk i Janusza Rokickiego. Liczyli na medale, byli wręcz faworytami do nich. I coś nie poszło. Pogoda, trema? Tym razem musieli obejść się smakiem i wypić czarę goryczy. Niektórzy przyjęli to z pokorą, inni wręcz przeciwnie.
Bardzo mi się podobało to, że po powrocie medaliści paraolimpijscy zostali uhonorowani odznaczeniami na równi z osobami pełnosprawnymi. Bo przecież ani sport jednych, ani sport drugich nie musi być gorszy od tego drugiego.
A o przygotowaniach niektórych polskich parasportowców opowiada publikacja wydana przez Polski Komitet Paraolimpijski - "Droga do Tokio".

Trzymajcie się ciepło.