Jak pisałam w ostatnim poście, aktualnie wypoczywam na łonie natury w górskiej głuszy. A przynajmniej mam taką nadzieję, że jakoś udaje mi się godzić chodzenie po pagórkach z nauką opracowań kilkunastu pytań potrzebnych mi, oprócz obronienia rzecz jasna pracy dyplomowej, do zdobycia tytułu licencjata z turystyki religijnej. Na szczęście obrona magisterek z pedagogiki ogranicza się do obrony pracy. Chociaż i tutaj będzie ciekawie, bo bronię aż dwóch specjalizacji. Zaprogramowałam jednak dwie już wcześniej napisane notatki, aby wyświetliły się podczas mojej nieobecności(tzn. wracam w piątek, ale postanowiłam awaryjnie zaprogramować na ten dzień notatkę o Cyprianie Kamilu Norwidzie).
Dzisiejszą notatkę postanowiłam poświęcić pracy TOPR-owców. Wybór jej tematyki nie był przypadkowy, tutaj, gdzie aktualnie przebywam też swoją bazę ma GOPR, które ma profil działania właściwie taki sam, jak jego tatrzański brat. No, może nie do końca, bo trzeba przejść jeszcze jakieś 3 kilometry, aby tam dotrzeć, jednak co to jest za kilometraż wśród potęgi gór? Po drugie, wiele ludzi myśli, że praca TOPRowca to nie praca, a otrzymanie pomocy i tak nam się należy. Owszem, należy się. tak samo jak poszanowanie posługi ratowników górskich. To taki sam fach, jak lekarz, strażak, policjant, nauczyciel, polityk... Nawet, jeżeli wykonywany jest przez tzw. ochotników.
Poniższa notatka została napisana w oparciu o reportaż Dariusza Faraona pt. "Niewidzialni"(link na końcu notatki).
Teraz Lichota siedzi w małej dyżurce i czeka na sygnał. W centrali zawsze przebywa kierownik zmiany, kierowca, telefonista i grupa szturmowa, czyli ratownicy, którzy jako pierwsi ruszają do potrzebujących pomocy. Do tego dochodzi jeszcze ekipa śmigłowca i ratownicy rozlokowani w schroniskach. TOPR liczy obecnie 281 członków, większość z nich to ratownicy - ochotnicy. Na etacie zatrudnionych jest zaledwie 40 osób. Ratownicy zawodowi pracują w systemie tygodniowym - po tygodniu dyżurowania kolejny tydzień mają wolny. Jednak to tylko teoria, praktyka wygląda tak, że czas wolny przeznacza się na inną pracę. Lichota jest jeszcze przewodnikiem górskim - jakoś trzeba sobie radzić, bo z ratowania ciężko jest utrzymać rodzinę. Ratownik zawodowy zarabia średnio ok. 3,5 tysiąca netto, w zależności od stażu pracy i pełnionych funkcji. Pensje tych, którzy dopiero zaczynają, tylko trochę przekraczają 3 tysiące.
Jak twierdzi Edward, "zarobki ratowników TOPR to plama na honorze naszego rządu...". Naczelnik TOPR Jan Krzysztof dodaje: "Rząd wie, że nie zastrajkujemy, bo przecież nie odmówimy, jeśli ktoś zadzwoni z prośbą o pomoc. Przysięgaliśmy. Mamy kontakt z wojskiem i policją. Wiemy, ile zarabia się w służbach, które wcale nie są lepiej wyszkolone niż my. Chcielibyśmy wykonywać swoją robotę na jeszcze wyższym poziomie, a jesteśmy ograniczani, bo czas wolny poświęcamy na zarabianie pieniędzy". Jak komentuje sytuację Andrzej Blacha: "To nie jest kłopot tego rządu, politycy od wielu lat mają nas w dupie. Pamiętam spotkanie z członkiem komisji, która miała podejmować decyzję ws. naszego sprzętu. Facet podchodzi do nas i mówi:
- Chłopaki, jak tam? Macie kur** załatwioną tę motorówkę?
- Po co nam motorówka?
- A to wy nie z WOPR-u? Sorry, pomyliłem!
Skoro nam proponowali motorówkę, to ratownikom wodnym pewnie chcieli dać nasz sprzęt. Będą sobie, za przeproszeniem, zapier**** skuterem śnieżnym po jeziorze na Mazurach".
Edward Lichota ciągnie dalej: "Może obecny pan minister pochyli się nad tematem. Pani Szydło obiecywała, że się tym zajmie, gdy była u nas w Zakopanem. Widocznie Bruksela była dla niej ważniejsza".
Ratownicy zgodnie jednak twierdzą, że to nie jedyny problem.
Jan Krzysztof: "Nie mamy żadnych przywilejów emerytalnych. Najstarsi pracownicy mogą przejść na tzw. emerytury pomostowe, ale nie ma dalszego programu dla młodych ludzi. Na razie wychodzi na to, że będą musieli pracować do 65. roku życia. W wojsku człowiek ma 40 lat i jest emerytem z przyzwoitym wynagrodzeniem..."
Tomasz Wojciechowski: "Pamiętam, jak rząd zmieniał wiek emerytalny służbom celnym czy straży granicznej na 55 lat. Twierdzono, że 3,5 tysiąca ludzi to żadne obciążenie dla skarbu państwa. W naszym przypadku największym >>problemem<< jest chyba to, że politykom nie chce się robić przepisu dla setki osób".
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, z którego TOPR otrzymuje dotację, nie zgadza się z krytyką ratowników. Resort przekonuje, że sytuacja tatrzańskich ratowników z roku na rok jest coraz lepsza:
- Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom zarówno TOPR, jak i GOPR, w 2015 roku przyznano podwyżki wszystkim ratownikom górskim. Na początku 2016 roku ich uposażenia ponownie wzrosły. Następnie od 1 sierpnia 2018 roku zwiększono ich wynagrodzenia przeciętnie o 400 zł brutto miesięcznie. Taką samą podwyżkę, przeciętnie po 400 zł miesięcznie, przyznano ratownikom od 1 stycznia 2019 roku - zaznacza MSWiA.
Tyle, że po podwyżkach średnie wynagrodzenie w TOPR kształtuje się na poziomie 4500 - 4700 zł brutto. Ratownicy zgodnie twierdzą, że zarobki są nieadekwatne do wykonywanej pracy.
Kolejną kwestią jest wysokość dotacji. W 2019 roku TOPRowi przyznano z resortu 3,8 mln złotych. Ministerstwo przypomina, że instytucja może pozyskać środki z innych źródeł, takich jak np. wpływy z działalności gospodarczej, statutowej, sponsorskiej, składek członkowskich, subwencji, darowizn, spadków i zapisów oraz dotacji.
Ratownik Andrzej Blacha komentuje: "Dziś sponsorzy są, jutro może ich nie być. Każdy z nich może zaraz stwierdzić, że woli sobie zadzwonić do Kubicy, niż reklamować się przez TOPR.
Ciszę w centrali TOPR ponownie przerywa telefon. Tym razem zgłoszenie dotyczy chłopaka i dziewczyny, którzy wyruszyli w góry, a teraz najwidoczniej potrzebują pomocy. Nie wiadomo jednak gdzie są, ani co tak właściwie się stało. Taksówkarz potwierdził, że wiózł taką parę do Kuźnic. I tam ślad się urywa. Ratownicy kontaktują się więc z rodziną. Chcą się dowiedzieć, czy turyści nie mieli żadnych problemów(np. zdrowotnych). W odpowiedzi usłyszeli, że nie, że na pewno coś musiało im się stać. A więc szukają.
Po kilku dniach otrzymują telefon od rodziny, która zatrudniła... jasnowidza. Ów człowiek miał wizję: widział poszukiwaną parę w jaskini, a chłopak ma złamaną nogę. Andrzej Blacha rozkłada mapę terenu i sprawdza rozmieszczenie wszystkich jaskiń w rejonie Kuźnic. Szanse na powodzenie są bardzo małe, ale przynajmniej ratownicy mają jakiś punkt zaczepienia. Wchodzą więc do każdej jaskini. Dwa dni później ponownie dzwoni telefon w tej sprawie. Miał kolejną wizję, według której zaginieni nie znajdują się w jaskini, tylko w górskim szałasie. Blacha zmienia taktykę: jeżeli mają ich znaleźć, to muszę przeszukać każdy szałas. Trzeci telefon jest już z komisariatu. Policjanci znaleźli parę, chociaż nie byli oni ani w jaskini, ani w szałasie. Przyłapano ich na kradzieży butów w czeskiej Pradze. W siedzibie TOPR zawrzało. Naczelnik Jan Krzysztof dochodzi do wniosku, że nie można tak tego zostawić. Do mediów trafia informacja, że TOPR pozwie jasnowidza i będzie domagał się zwrotów kosztów akcji ratunkowej. Wkrótce dzwoni czwarty telefon w tej sprawie. To oburzona dziennikarka żąda wyjaśnień.
- Czy to prawda, że TOPR będzie domagać się pieniędzy od jasnowidza?
- Wie pani... jedno zgłoszenie uruchamia cały system. To wszystko kosztuje.
- Pan sobie chyba ze mnie jaja robi!
- To chyba pani sobie ze mnie żartuje.
- Ale dlaczego jasnowidz ma płacić?
Ratownik nie wytrzymuje:
- A jaki to dla niego problem? Skoro ma wizję, niechże sobie przewidzi wyniki losowania LOTTO i puści trzy kupony. Później niech zapłaci te kilka tysięcy z milionowej wygranej. Łączę z naczelnikiem, pozdrawiam!
- Wierz mi, że do TOPRu nie trafiają przypadkowi ludzie - Andrzej Blacha siedzi w małym pokoju. Na ścianie wisi kalendarz wojsk specjalnych i kilka portretów jego ukochanej córki Marysi. - W wielu europejskich krajach ratownictwo górskie podzielone jest na sektory. Jedna grupa chodzi po jaskiniach, inna działa w lawinach itp. A my robimy wszystko! Raz lecisz śmigłowcem, drugiego dnia ratujesz kogoś w jaskini, a trzeciego działasz na ścianie albo przy lawinie. To ewenement. Jeśli chodzi o szkolenie, jesteśmy ścisłą światową czołówką.
On sam jest doskonałym przykładem, że do TOPRu trafia nie byle kto. Dla przyjaciół jest po prostu "Blaszką", dla nieznajomych - majorem Andrzejem Blachą, byłym oficerem wojsk powietrzno-desantowych, instruktorem pionu szkolenia dowództwa wojsk specjalnych oraz instruktorem nurkowania. Dwa razy uczestniczył w misji bojowej w Afganistanie. Na wspomnienie tamtych dni na jego twarzy pojawia się lekki uśmiech. - Robota jak każda inna, tylko trzeba mieć trochę szczęścia.
Po rozstaniu z wojskiem zaczął pracować jako kaskader - brał udział w produkcji kilkudziesięciu filmów. W TOPR działa od prawie 40 lat. Chociaż nie nosi już munduru, strzela anegdotami jak z karabinu. Przyznaje też, że dziwne telefony zdarzają się bardzo często.
Telefon 1.: - "Dzień dobry! Schodzę z Czerwonych Wierchów, zimno trochę. Może byście podrzucili chłopaki jakąś herbatę z termosem?! Jak to, kur**, nie możecie?! Przecież latacie śmigłowcem...".
Telefon 2.: - "Halo! Mój syn poszedł w góry i wysłał mi SMS. Pada mu telefon, nie ma jedzenia i picia, jest na polanie w jakiejś chacie, z której nie może się wydostać! Trzęsie się z zimna! Ratujcie go!" - Rusza więc całonocna wyprawa, w której bierze udział dwadzieścia ratowników. Są zgodni, że jeśli nie znajdą turysty, to on zamarznie. Moją więc za zadanie odnaleźć chłopaka oraz samym wrócić bezpiecznie z wyprawy. Tymczasem nad ranem odebrali kolejny telefon: - "Witam! To mnie panowie szukają. Bardzo przepraszam, nic mi nie jest, nie przebywam nawet w górach. Mama jest psychicznie chora."
Telefon 3. "- Dzień dobry! Schodzę z Rysów, mam lęk wysokości, nie mogę dalej iść. Proszę o pomoc.
- A skąd ten lęk, skoro wcześniej go pan nie odczuwał?
- Zaczęło padać.
- Ale to nie ma wpływu na lęk wysokości.
- Ale nie zejdę.(w tle głosy)
- Jest pan sam?
- Ze znajomymi. No chyba nie myśli pan, że oni mnie będą znosić.
- No chyba nie myśli pan, że ratownicy TOPR będą pana znosić. Jest pan w bezpiecznym miejscu?
- Tak.
- To proszę czekać. Ratownik będzie za trzy godziny, sprowadzi pana.
- Za trzy godziny?! Wie pan co? To ja jednak zejdę."
Telefon 4.: - "Dobry wieczór! Przepraszam, wiem, że jest trzecia w nocy, ale za tydzień ruszam na Rysy i chciałbym zapytać, jaka będzie pogoda?".
Jednak praca w TOPRe daje dużo satysfakcji z tego, że uratowało się czyjeś życie. Każdy doświadczony ratownik ma w głowie swoją własną listę cudów, czyli akcji, które nie miały szans zakończyć się powodzeniem, a jednak się udały.
Lichota wspomina historię Kasi, która po lawinie w Wielkiej Świstówce była pod śniegiem przez dwie godziny. Ratownicy opowiadali później dziennikarzom, że kiedy do niej dotarli, miała martwe jak lalka oczy. Gdy zawieziono ją do Centrum leczenia Hipotermii Głębokiej, temperatura jej ciała spadła do 17 stopni. Jej serce zatrzymało się na prawie siedem godzin. Z medycznego punktu widzenia, nie miała szans na przeżycie. A jednak przeżyła.
Blacha też ma w pamięci kilka takich cudów. Jednym z nich jest historia z rejonu Pięciu Stawów. 19-letni chłopak z Krakowa też został zasypany przez lawinę. Ratownicy już mieli zmienić miejsce poszukiwań, ale usłyszeli wołanie spod śniegu. Kiedy go wyciągnęli, wypalił: "Panowie, ale dałem w dupę! Sorry!".
Ale są i negatywne strony tej pracy. Do jednej z nich zalicza się informowanie bliskich, że jednak się nie udało. Nie od razu się wie, że jedzie się szukać ciała. Niejednokrotnie ma się do czynienia z upadkiem z kilkusetmetrowej wysokości, który skończył się m.in. wnętrznościami na wierzchu. Ponieważ rozpoczął się już rozkład, nosy zatykane są po prostu koszulami, a ratownicy odchodzą na chwilę na bok, kiedy robi im się słabo. Następnie trzeba stanąć przez czyjąś matką z podpuchniętymi od płaczu oczami. Patrzą na ratowników, czekając na słowo, które podtrzyma ich nadzieję. Niestety, często słyszą tylko: "Przykro mi, proszę pani, nie mogliśmy nic zrobić".
Ten pierwszy raz zazwyczaj zostaje zapamiętany na zawsze.
Bartosz Gąsienica-Józkowy: "To był turysta, który popełnił samobójstwo na Świnicy. Dotarliśmy do niego jako pierwsi. Później przyjechali jego rodzice. Pytali, czy jesteśmy w stanie odtworzyć ostatnie chwile życia ich syna".
Edward Lichota: "Wiadomo, że jedni z nas radzą sobie z tym lepiej, inni gorzej. Przy upadku z wysokości sprawa jest jasna i prokurator od razu daje zgodę na spakowanie ciała. Ale bywają też inne sytuacje. Pamiętam, jak odnalazłem zaginionego. Nie żył. Kilka godzin czekałem obok ciała na przybycie prokuratora, technika i innych ratowników, bo sprawa wyglądała podejrzanie".
Andrzej Marasek: "Pierwsza śmierć zawsze boli. U mnie to był mężczyzna, który został przygnieciony przez drzewo podczas wiatru halnego. Gdy do niego dotarliśmy, jeszcze żył, ale reanimacja nie przyniosła skutku. Nie czułem przerażenia, ale nie mogłem uwierzyć w to, że ktoś stracił życie na moich oczach. Później stało się to częścią roboty, do widoku śmierci można przywyknąć".
Bartek Gąsienica-Józkowy: "Ja mocno przeżyłem historię świeżo poślubionej pary. Poszli na Świnicę w czasie miesiąca miodowego, ona spadła. Wiedziałem, że nie przeżyła, ale kiedy dotarłem do jej męża, musiałem go okłamać.
- Co z żoną?
- Nie wiem. Chłopaki robią, co mogą.
Bałem się, że gdy dowie się o śmierci ukochanej, nie będę go w stanie stamtąd ściągnąć".
Andrzej Blacha: "Niektórym przy pakowaniu pierwszych zwłok siada psychika. Ale to rzadkość. Z reguły na początku jest trudno, a potem człowiek się przyzwyczaja. Najgorzej, jak trzeba iść po dzieci albo kolegów".
Te rany nie zabliźniają się nigdy...
Była taka jedna sytuacja na Szpiglasowej Przełęczy w 2001 roku - szli w ośmiu: Jan Krzysztof, Maciej Cukier, Grzegorz Bargiel, Henryk Król-Łęgowski, Edward Lichota, Andrzej Lejczak, Bartłomiej Olszański i Marek Łabunowicz. Edek pamięta, że ziemia pod jego nogami nagle się rozsunęła, a on sam leciał bezwładnie wraz z białą ścianą śniegu i lodu, modląc się przy tym, aby nie uderzyć w żadną skałę. Nagle poczuł, jak śnieg zgniata mu płuca i zaczął się zastanawiać, jak długo będzie mógł jeszcze oddychać.
Kilka godzin wcześniej w centrali TOPR ogłoszono alarm. Trójka turystów wyruszyła z Doliny Pięciu stawów i zostali przysypani przez lawinę. Jednemu udaje się wydostać z pułapki, ale jego towarzysze zniknęli. Przebieg akcji ratunkowej był bardzo dramatyczny:
13:35 - do Wodogrzmotów wyrusza pierwsza grupa ratowników. Przez złe warunki pogodowe nie można użyć śmigłowca.
14:25 - do akcji włącza się druga grupa. Na lawinisko docierają ratownicy, którzy wyszli ze schroniska w Pięciu Stawach.
14:45 - zostaje odnaleziony pierwszy turysta. Niestety jego reanimacja nie przynosi skutku.
15:30 - odkopana została dziewczyna. Jej też nie udaje się przywrócić czynności życiowych.
17:00 - pogoda ulega pogorszeniu: coraz mocniej pada, wieje silny wiatr, a do tego zapada już zmrok. Chociaż dwójka poszukiwanych, ratownicy, którzy wyruszyli z centrali, nie przerwali akcji. Koledzy zawsze mogli potrzebować ich pomocy przy zejściu. Gdy docierają na miejsce, zostają porwani przez lawinę.
Lichocie udaje się wydostać spod śniegu. Sięga po radia i informuje, że nic mu nie jest.
- "Wszystkich nas zasypało" - słyszy głos naczelnika.
Janowi Krzysztofowi też udało się szybko wydostać z lawiny. Wraz z Lichotą szukają pozostałych wiedząc, że nie ma czasu do stracenia. W zlokalizowaniu przysypanych kolegów pomagają detektory lawinowe i światła latarek przebijające się przez śnieg. Edek z naczelnikiem biegają od jednego do drugiego i odkopują ich ze słowami:
- Żyjesz? Wszystko w porządku?
Maciek jest w ciężkim stanie, dzięki reanimacji wraca mu oddech. Po chwili na powierzchnię wyciągają kolejnych. Brakuje tylko dwójki z nich - Marka Łabunowicza i Bartka Olszańskiego. W końcu udaje się ich namierzyć - są dwa metry pod śniegiem. Bartka nie udaje się uratować. Reanimacja Marka trwa kilka godzin. Co prawda udaje mu się na chwilę przywrócić oddech, jednak jego stan uważany jest za krytyczny. Naczelnik zarządza szybki transport do schroniska. Tam kładą Marka na porozsuwanych stołach, tam ogrzewają go prześcieradłami namoczonego w gorącej wodzie. Lekarze wstrzykują mu leki, próbując w ten sposób ratować gasnące w nim życie.
Jak wspomina Edward Lichota: "Siedzieliśmy w sali i słuchaliśmy w ciszy oddechu Marka.
Po jakimś czasie ów oddech ustał.
Kilka dni po śmierci ratowników doświadczony ratownik i kronikarz TOPR, Adam Marasek, pytał w "Tygodniku Podchalańskim": "czy za głupotę turystów ratownicy musieli zapłacić tak straszną cenę?".
Wiadomo, że od początku istnienia instytucji TOPR-owcy bardzo często ryzykują swoje życie z powodu zwykłej bezmyślności wspinaczy. Jedni ignorują ostrzeżenia o trudnych warunkach, inni dzwonią po pomoc, której właściwie nie potrzebują. Po nagłośnieniu sprawy przez media rusza lawina komentarzy(nota bene jedyna, na którą TOPRowcy nie reagują). Ludzie wręcz grzmią, aby turyści ponosili koszty akcji ratunkowych. Sami ratownicy, co ciekawe, mają odmienne zdanie na ten temat:
Jan Krzysztof: "Zwykle pisze się o tym, by płacili ci, którzy zachowali się nieodpowiedzialnie i wykazali się brakiem wyobraźni. To ma być rodzaj kary, a przecież w Polsce ratownictwo jest bezpłatne. Kierowcy prowadzący samochód pod wpływem alkoholu powodują karambole, wzywa się karetki, zastępy straży, śmigłowce, a sprawcy wypadków za to nie płacą".
Bartek Gąsienica-Józkowy: "Rozmawiałem na ten temat z ratownikami z zagranicy. Gdy u nich dzwoni telefon z prośbą o pomoc w górach, najczęściej od razu pada pytanie: >>czy jesteś ubezpieczony?<<. Jeśli nie, zaczynają się schody. My natomiast pytamy: >>co się stało?<<. Skupiamy się na swojej robocie i ratujemy ludzi, a sprawami finansowymi niech zajmuje się ktoś inny".
Edward Lichota: "Każdy obywatel ma zagwarantowane bezpłatne udzielenie mu pomocy. Czemu góry mają być wyjątkiem? W innych krajach ubezpieczenia turystyczne nie pokrywają dziesięciu procent kosztów służby ratowników".
Jan Krzysztof: "Utrzymanie TOPR i tak będzie kosztować tyle samo niezależnie od liczby zgłoszeń. Nie pobieramy wynagrodzeń za konkretne akcje. U nas system indywidualnej odpowiedzialności jest rozwiązany inaczej. Pobierane są opłaty za wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Z każdego biletu 15 procent idzie na rzecz TOPR. Koniec końców, to większa kwota, niż nasi sąsiedzi uzyskują z odpowiedzialności za akcje. Uważam, że nasze rozwiązanie jest bardzo sensowne. Słowacy chętnie by się z nami zamienili".
Od rana w centrali TOPR-u jedno zgłoszenie goni drugie.
1) Mama wspinała się z córką pod Zawratem. Spadła, ma poważny uraz głowy.
2) Pod Rysami upadek z dużej wysokości. Turysta stracił przytomność.
3) Dwójka turystów szła od Krzyżnego w kierunku Buczynowych Turni. Stracili ze sobą kontakt. Kolega obawia się, że partner spadł.
4) Drwal został przygnieciony przez drzewo, prawdopodobnie doznał sporych obrażeń.
5) Turysta poważnie uszkodził sobie dłoń. Istnieje ryzyko, że jeśli ratownicy nie dotrą od niego w ciągu kolejnych kilku godzin, konieczna będzie jej amputacja.
Pięć zgłoszeń w krótkim czasie. Kierownik Edek musi zdecydować, których zdecydować, które z nich jest najpilniejszy. Pewnie kolejny raz wróci do domu dopiero następnego dnia. Przywita się z rodziną, po czym położy się do łóżka, aby odespać poprzednią noc. Jaka będzie jego pierwsza myśl, kiedy otworzy oczy?
Może przypomni sobie drwala, którego reanimacja trwała przez kilka godzin? Może znowu zacznie zastanawiać się, w jaki sposób ma pracować na takiej intensywności do 65. roku życia? Może kolejny raz w ciągu miesiąca wyruszy w góry jako przewodnik, żeby dorobić do pensji? Może, ale musi z tym poczekać do jutra, tak jak reszta spraw. Edek zapina kurtkę i rusza na akcję. Znowu trzeba ratować ludzkie życie...