Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 20 lutego 2016

298. A po półkoloniach...

Parafialne półkolonie salezjańskie to praca charytatywna. Nikt nam nie płaci za opiekę nad cudzymi dziećmi, a pieniądze, które są wpłacane przy zapisach idą na jedzenie(dziennie szło prawie 15 bochenków chleba, nie mówiąc o wkładce do niego, bo przecież samego chleba nikt nie będzie jadł, chociaż jest Wielki Post), materiały plastyczne, nagrody. Dla nas, animatorów i wychowawców salezjańskich najważniejszy jest jednak uśmiech naszych podopiecznych, ich radość, dziecięca wdzięczność, która jest nieraz dużo większą zapłatą niż wszystkie pieniądze świata. Tego nie można sobie kupić tak sobie, na to trzeba pracować nieraz kilka lat.
Tradycyjnie już na koniec kolonii spotkaliśmy się na pizzy zakupionej z "proboszczowego budżetu". Czasami idziemy do pizzerii, dzisiaj jednak zostaliśmy na jadalni naszego Domu Młodzieżowego. Takie spotkanie, oprócz zjedzenia pizzy w towarzystwie które doskonale się zna, jest również doskonałą okazją do wymienienia spostrzeżeń dotyczących dzieci i ogólnie całych półkolonii. I chociaż po każdym dniu mieliśmy spotkanie podsumowujące, na którym wymienialiśmy plusy i minusy danego dnia, to i tak nie zawsze wszystko uzgodniliśmy. Teraz była ku temu doskonała okazja. Okazja była też do pogadania o wszystkim i o niczym. W tygodniu nie zawsze był na to czas, a dzisiaj mieliśmy go w nieograniczonej ilości. Dzięki temu nawet mi udało się poznać kilka nowych osób. Mam co do nich pewne zdanie, o co mi chodzi powiem, a raczej napiszę, jutro. Trochę smutno mi się jednak zrobiło, że niektórzy patrzą na mnie przez pryzmat choroby, jednak pewna osoba uświadomiła mi, że i tak robię zadziwiająco dużo i daję z siebie wszystko. Tylko szkoda, że nie wszyscy chcą to zauważyć.
Uświadomiłam sobie, że w sumie stworzyliśmy niezłą wspólnotę. Taką z prawdziwego zdarzenia, gdzie wszyscy dla wszystkich są wsparciem, wyznają te same ideały, uczą się żyć w społeczeństwie i wyrażać swoje zdania i poglądy. Bo tak naprawdę nie sztuką jest mieć inne zdanie, sztuką jest umiejętność jego wyrażania, wraz z argumentacją. To ważne, szczególnie dla osób nieśmiałych, czy też niepełnosprawnych, kiedy nie zawsze ma się odwagę przeciwstawić czyjemuś zdaniu, czy też zachowaniu. Czasami bowiem wolimy przyklasnąć czemuś, z czym nie do końca się zgadzamy, żeby się komuś przypodobać, czy też nie stracić znajomych. Tymczasem w niektórych przypadkach okazuje się, że nasze "nie" ma znaczenie. Tutaj niech przykładem będzie ostatni post na temat komórek - sprawa została poruszona(wreszcie!) na dzisiejszym zebraniu i rozwiązana(chyba?). Ale czy gdybym nie poruszyła jej w środę, to ktoś by się nią zajął? Wątpliwe. 

piątek, 19 lutego 2016

297. Ostatni, któremu udało się uciec z Treblinki

Historie związane z obozami koncentracyjnymi i z obozami zagłady zawsze niezwykle mnie ciekawiły. Dzięki wspomnieniom tych, którym udało się je przeżyć, czy to to doczekawszy do ich wyzwolenia, czy też uciekając z nich, prawda o tym, co działo się za kolczastymi drutami, wyszła na jaw. Od niektórych z nich aż się jeży włos na głowie. Niestety, z roku na rok świadków tej tragedii jest coraz mniej. Dzisiaj dotarła do nas wiadomość, że zmarł ostatni ocalały z obozu zagłady z położonej niedaleko Warszawy Treblinki(tej samej, w której zginął wraz ze swoimi wychowankami wybitny lekarz i pisarz - Janusz Korczak), Samuel Willenberg. Samuelowi, dwudziestoletniemu wówczas młodzieńcowi, udało się uciec z Treblinki w 1943 roku, rok później walczył w powstaniu warszawskim. Dzisiaj na łamach bloga pozwolę sobie przytoczyć przeprowadzoną z nim rozmowę, w której opowiedział o ucieczce z obozowego piekła, jak i samym w nim życiu. Dobrze, że ją spisano - pozostanie bezcennym zapisem tamtego tragicznego okresu.

Samuel Willenberg, uciekinier z Treblinki

Samuel Willenberg, ostatni ocalały z obozu zagłady w Treblince zmarł w wieku 93 lat. O ucieczce i codziennym życiu w piekle Treblinki opowiadał "Newsweekowi" w 70. rocznicę buntu.

Jak to się stało, że udało wam się uciec z Treblinki w 1943 roku?

Samuel Willenberg: To już było po powstaniu w getcie warszawskim i zakrawało na cud, że się udało. Żeby zorganizować jakiś bunt w tym najgorszym z obozów zagłady (jak mi powiedziano zaraz na rampie) i potem umożliwić też ucieczkę więźniów, trzeba było wszystko w najgłębszej tajemnicy obmyślić i zaplanować w najdrobniejszych szczegółach.
Przywieźli mnie tam w październiku 1942 roku i jako jedyny z całego transportu z Opatowa tylko przypadkiem zostałem przy życiu. Kiedy mieliśmy już rozbierać się i wiązać buty parami na placu, skąd zaganiali potem do komór gazowych, nagle zobaczyłem koło siebie znajomą twarz i usłyszałem wypowiedziane szeptem słowa: „Samek, to ty?”. To był mój serdeczny kumpel Alfred Bohm z Częstochowy, który trafił do Treblinki przede mną. Powiedział, żebym się zgłosił, gdy będą szukali murarzy, co też uczyniłem, choć nigdy się tym nie zajmowałem i dzięki temu esesman dosłownie wykopał mnie z tłumu idących na śmierć.
Alfred uratował mi życie. To był niemiecki Żyd wysiedlony w latach 30. z Rzeszy do Polski, miał w Częstochowie jakąś rodzinę i mieszkaliśmy razem przy ulicy Przemysłowej. Źle mówił po polsku i wyśmiewali się z niego, często próbowali go tłuc, bo był obcy, ale ja zawsze tłukłem się za niego i zostaliśmy przyjaciółmi. Zawdzięczam mu życie. Spaliśmy w obozie obok siebie na pryczach, byliśmy nierozłączni, razem kradliśmy odpadki jedzenia. Ale to nie od niego dowiedziałem się, że w obozie robią jakąś konspirację, choć Alfred był w nią zaangażowany.

Jak się dowiedziałeś?

Dowiedziałem się właściwie przypadkiem. W listopadzie 1943 roku wybuchła potworna epidemia tyfusu, która dodatkowo dziesiątkowała więźniów. Codziennie rozstrzeliwali masę ludzi. Tych, którzy mogli jeszcze jako tako ustać na nogach, staraliśmy się podtrzymywać, żeby rano i wieczorem wychodzili na plac apelowy. Kazali nam zbudować dodatkowy barak, który był przeznaczony na składanie lepszych rzeczy. Głównie chodziło o zawszone futra odbierane idącym na śmierć Żydom zza Bugu.
U nas w gettach futer żadnych od dawna nie było, bo trzeba je było przecież oddawać Niemcom. Właśnie między futrami w tym magazynie ukrywaliśmy chorych ludzi. Jeden z nich, żydowski dziennikarz nazwiskiem Kronenberg, miał wtedy z 40 stopni gorączki i nagle wypadł z magazynu wprost na esesmana Mittego, zwanego aniołem śmierci. Tamten z miejsca pognał go do lazaretu, czyli głębokiego dołu, nad którym rozstrzeliwano ludzi. Nagle patrzę... Kronenberg rozebrany do pasa rzuca się na szkopa, krzycząc rozpaczliwie po niemiecku: „Ja wiem, że tu jest konspiracja!”.
Myślał pewnie nieszczęśnik w jakimś przebłysku, że w ten sposób uda mu się uratować życie... Ale gdzie tam... Tamten bojąc się zarażenia tyfusem odtrącił go gwałtownie i odskoczył jak oparzony, zaś nierozumiejący niczego Ukrainiec z miejsca go zastrzelił. Wtedy pierwszy raz uświadomiłem sobie, że w obozie dzieje się coś niesamowitego: konspiracja.


Jak wyglądała codzienna męka w tym piekle?

Apele o piątej rano niezależnie od pogody i pory roku; wieczorem o 18 połączone z biciem, katowaniem, biegami, padaniem w błoto, strzałami. Po apelu wieczornym zawsze przygrywało tzw. Trio Golda, utrwaliłem je potem po latach w Izraelu w jednej z moich rzeźb holokaustowych. Artura Golda (znanego kompozytora) zastrzelili potem Ukraińcy w czasie buntu więźniów.
Codziennie przychodziły nowe transporty. Za jednym razem mieściło się na rampie 20 wagonów towarowych. Pracowałem na placu przy sortowaniu ubrań, które kazali ludziom zdejmować pod pozorem, że idą do łaźni. Nad naszymi głowami łazili esesmani, wrzeszcząc „arbajde” i strzelali do ludzi. W którymś momencie znalazłem ubrania po moich dwóch zagazowanych siostrzyczkach, Tamarze i Icie, które ukrywały się w Częstochowie i ktoś je wydał. Po wojnie dowiedziałem się, że odprowadził je na gestapo granatowy policjant. Chciałem go zabić, ale w końcu dałem spokój.

W Treblince zaczęła się potworna zima.

Nie nosiło się tam pasiaków jak w innych obozach, chodziliśmy w cywilnych łachach, przeważnie po zabitych więźniach. Znalazłem jakaś postrzępioną futrzaną czapę, od której zaczęli na mnie wołać Kacap. To się stało moim obozowym przezwiskiem.
Któregoś dnia Alfredowi udało się załatwić, że przenieśli mnie do jego komanda budującego ogrodzenia z kolczastego drutu, które w Treblince były przeplatane gałęziami, żeby nie było widać niczego z zewnątrz. Niemcy ciągle tam coś zmieniali i budowali coraz to nowe ogrodzenia. Po gałęzie musieliśmy wychodzić na zewnątrz do gęstego lasu, który rósł wszędzie naokoło. Alfred zawsze mnie przestrzegał: nawet nie myśl o tym, żeby samotnie stąd uciekać, bo z miejsca zastrzelą wszystkich innych.
Bez trudu udawało się nam przekupywać Ukraińców, którzy nas pilnowali, złotem znajdowanym podczas sortowania ubrań. Oni wciąż potwornie się upijali i musieli czymś płacić za bimber, do którego dokupywali „paczki żywnościowe” na zagrychę od okolicznych chłopów. Przy okazji kupowali też dla nas coś do jedzenia. Tylko dzięki tym paczkom udawało nam się przeżyć. Niemcy mający skromne racje też się nimi zażerali jak świnie.
Po wyładunku z wagonów były selekcje; odrywali kobiety z dziećmi od mężczyzn, kazali wszystkim siadać na ziemi, zdejmować buty i dawali po kawałku sznurka, żeby powiązać jej parami. Potem gnali do krematorium, a trupy koparka grzebała stosami na specjalnie wyznaczonym placu. Dopiero po Stalingradzie dostali rozkaz z Berlina, żeby zacierać ślady i zaczęli palić zwłoki. Najpierw próbowali robić to w dołach, ale im nie wychodziło.
Przywieźli więc szyny kolejowe, z których zrobili takie jakby gigantyczne ruszty... Za jednym razem palili 2500 zwłok, które przywoziła koparka wprost z krematorium. Myśmy musieli potem myć łyżkę tej koparki, to było chyba najstraszniejsze; potworny zaduch dosłownie odbierał przytomność, poskręcane trupy z męką na twarzach, wywleczone trzewia i wnętrzności – nie ma słów w żadnym języku, żeby to wszystko opisać.

A Niemcy wtedy, przyjrzałeś im się kiedyś dokładniej?

– Normalni ludzie, śmieli się i żartowali ze sobą – często jowialni, starszawi faceci, ojcowie rodzin lub bardzo młodzi. Tylko niektórzy z nich mordowali ze specjalnym zamiłowaniem – Mitte czy „Lalka” (w cywilu rozwoziciel piwa) i paru innych, ale od zabijania mieli tam głównie Ukraińców; specjalną hołotę wyszkoloną w Trawnikach*. Słynny zwyrodnialec Demianiuk**, zwany Iwanem Groźnym, też tam był. Po latach izraelski sąd nie chciał go skazać na śmierć, bo nie był pewien jego tożsamości. Ale ja go rozpoznałem od razu, jak wysiadał z samolotu – po nogach! – wiedziałem na pewno, że to on.
Baraki przeznaczone dla Niemców przylegały niemal do ogrodzenia. Późną wiosną 1943 roku przywieźli nagle worki z cementem i zaczęli coś tam intensywnie budować – m.in. powstało pomieszczenie z jednym małym okienkiem wychodzącym na ogrodzenie. Potem jeszcze dobudowali tam wielkie żeliwne drzwi wyrwane z jakiegoś starego zamku, do którego nasi ślusarze dorobili klucz. Zrobili też wtedy specjalny duplikat dla nas, wiedzieliśmy już wtedy z całą pewnością, że tam jest zbrojownia.
2 sierpnia Niemcy pojechali się plażować  nad Bug – na taką okazję czekaliśmy. Alfred jeszcze poprzedniego wieczoru dał mi 100 dolarów, które schowałem w bucie. Miałem przygotowane czyste ubranie. Kilku chłopców, którzy usługiwali szkopom, weszło do zbrojowni i zaczęło wyrzucać karabiny i granaty przez okienko od strony ogrodzenia, gdzie nic nie było widać. Automatów nie było. O 15.30 ktoś walnął granatem w zbiornik z 9000 litrami benzyny.
Potworna eksplozja i zaraz gwałtowny pożar; strzelanina i zamieszanie. Ortodoksyjni Żydzi nie chcieli uciekać – zaraz by ich zresztą wyłapali. Reszta miała do wyboru: walczyć lub wyrywać się od razu, korzystając z zaskoczenia. Uciekło nas ze 300, z czego przeżyło 67. Teraz zostałem już tylko ja...
Trzydzieści metrów za ogrodzeniem obóz otoczony był dodatkowo zaporami przeciwczołgowymi, przez które przedarłem się dosłownie po trupach kolegów. Nagle zobaczyłem zabitego Alfreda, innego rannego kolegę, który błagał o śmierć, dobiłem strzałem w głowę z karabinu.
Ukraińcy cały czas strzelali wściekle z wież strażniczych. Krzyżowy ogień. Dostałem postrzał w nogę, która spuchła zaraz jak bania. To był jakiś rykoszet. Potworny ból, lecimy dużą grupą przez las, przed nami tory kolejowe Małkinia – Siedlce, jakiś kawałek szosy, wpadamy na tyły wsi Wólka. Część biegnie w lewo, druga w prawo. A ja wolnym krokiem idę przez wieś, nagle dotarło do mnie, że jestem sam i niczego się nie boję.

Dlaczego nie poleciałeś z jedną z tych grup, jakiś instynkt?

Nie mam pojęcia do dziś. Miałem wtedy 20 lat i parę miesięcy. Nie było we mnie absolutnie żadnego strachu. Od małego byłem ulicznikiem, jeździłem na gapę pociągami z polskimi kumplami, uciekałem z domu; nie miałem żydowskiego wyglądu i mówiłem normalnie po polsku. To mnie wówczas zapewne uratowało. Nagle znalazłem się za wsią w szczerym polu i zaraz ukryłem się w krzakach. Byłem ubrany w białą koszulę i marynarkę, wysokie buty, w których łaziłem w obozie, ogolony na zero, ale z czapką na głowie.
Szedłem na przełaj przez łąki, kierując się na południe w stronę Bugu. Nikt mnie nie zatrzymywał, a ja szedłem bez przerwy, byle dalej. Potworny ból w nodze. Chciałem przejść na drugą stronę rzeki. Zapada noc, widzę przed sobą ogromny stóg siana. Niewiele myśląc, ładuję się do środka, a tam już pełno naszych uciekinierów z Treblinki śpiących pokotem na ziemi. Nikt się do mnie nie odezwał. Po prostu ułożyłem się na nich, musiałem mieć gorączkę i przespałem do rana, budzę się – żywej duszy, odeszli po cichu.

Co było dalej?

Ruszyłem w stronę Bugu i potem szedłem w górę rzeki, odpoczywając tylko w zaroślach. Pod wieczór ujrzałem samotny domek na wzgórzu i ścieżkę prowadząca do wody z drewnianym pomostem. „Nie wiesz pan, co tam się tak paliło?” – spytał facet, wyciągając rękę w kierunku Treblinki. Mruknąłem coś niewyraźnie, chodziło mu pewnie o zbiornik z paliwem. Widząc, że jestem ranny, przyniósł jodynę na łyżce stołowej... i pokazał, gdzie mogę się przespać na pobliskiej wysepce zarośniętej szuwarami. Miał łódkę ukrytą płytko pod wodą i trudnił się przemytem.
Na drugi dzień budzę się rano, a on stoi nade mną, daje mi papierosa Junaka i mówi, że w nocy byli Niemcy, pytali, ale nikogo nie znaleźli. „Idź dalej w górę rzeki, a dotrzesz do lasu” – poradził. Tak też zrobiłem. W pewnym momencie doszedłem do wioski ze stacją kolejową Kostki. Wchodzę do pustego kościoła, ksiądz na mój widok dostaje trzęsionki i zaczyna się jąkać z wrażenia; błogosławi mnie na drogę, żebym tylko jak najszybciej poszedł.
Wstępuję do wiejskiego sklepiku, jakieś chłopaki na mój widok milkną raptownie. Stoję bez ruchu, jestem bez grosza, przecież nie będę wyciągał tej stówy od Alberta. „Coś panu podać? – sklepowa do mnie. „Poproszę tylko o szklankę wody”. Daje mi się napić i nagle zaczyna bardzo szybko mówić ściszonym głosem: „Byli tu wczoraj i chcieli zabić mojego chrześniaka, który jest ogolony na łyso, bo ma coś z głową. Musieliśmy wzywać wójta, żeby poświadczył, że chłopak jest miejscowy”.
Przypomniałem sobie o stacyjce kolejowej i spytałem, kiedy tu jadą jakieś pociągi. Ona na to, że o 5 rano jest pociąg do Siedlec. Nagle bez słowa wcisnęła mi w rękę 20 złotych, dokładając 15 papierosów z zapałkami. Przespałem kolejną noc w stogu, rano widząc przekupki z tobołami poprosiłem jedną z nich, żeby kupiła mi bilet w kasie. Byłem tam obcy i mój widok mógł zwrócić czyjąś uwagę. „Pomogę pani targać toboły, ale mógłbym mówić do pani: stryjenko?”. „A gadaj se zdrów” – odpowiedziała.

Czyli dojechałeś do Siedlec i co potem?

Na targowisku od razu sprzedałem swoje oficerki z Treblinki, dostałem jakąś forsę i jeszcze wojskowe buciory zamiast tamtych. Pod dworcem przyłączyłem się do jakichś chłopaków, z którymi razem wskoczyliśmy do pociągu na Warszawę, kobieta zwana przez nich hrabiną grała na akordeonie. Ale w którymś momencie się załamałem – do wagonu wsiadła kobieta z małą dziewczynką, bardzo podobną do mojej zagazowanej siostrzyczki Ity.
Powiedziałem przekupkom, że uciekłem ze stalagu dla jeńców wojennych w Prusach Wschodnich. Ostrzegły mnie, żeby nie jechać do Warszawy, „bo tam ciągle, panie, jakieś łapanki" i żeby lepiej wysiąść z nimi w Rembertowie. „Bierz pan ten worek z kartoflami i ruszaj za mną” – powiedziała ta moja i wylądowałem w drewnianym domku, gdzie była jej młoda córka. W nocy zjawił się synek ze szramą na pół policzka, który okazał się szmalcownikiem: „Wiesz pan, jak jest, na Żydach się żyje”.
Słysząc, że uciekłem ze stalagu w Prusach Wschodnich, rzekł od razu, że gdybym miał forsę, to by mi wyrobił całkiem pewne dokumenty. Wtedy poszedłem na całość: wyciągnąłem tę moją stówę dolców. „Kurwa, skąd to masz?”. „A z Żydka ściągnąłem na Bugu”. „Co żeś z nim zrobił?”. „No wiesz – cmoknąłem z grymasem po cwaniacku – rzeki nurt”. Zniknął na trzy dni (co ja wtedy przeżyłem), wrócił z autentyczną kennkartą i nawet z poduszeczką z tuszem, żebym sobie odciski palców zrobił. Poszliśmy do fotografa, żeby zdjęcie było autentyczne. Sprzedał te moje dolce za 6 tysięcy złotych, z czego dla mnie zostały 4000 i jeszcze mi załatwił dobre ubranie „po Żydach” z kapelusikiem tyrolskim.
Od ucieczki z Treblinki minął niecały tydzień, a ja jadę jak panicho do Warszawy. Nie zwracam uwagi na Niemców, nie obchodzą mnie. Wysiadam na Pradze na Dworcu Wschodnim, pruję na obiad do knajpy i wpijam ćwiartkę wódki. Ruszam w miasto szukać ojca, który jest artystą malarzem, ma aryjskie papiery i udając niemowę (fatalny akcent) utrzymuje się z malowania świętych obrazków na Marszałkowskiej. U ojca mieszkałem potem do Powstania Warszawskiego, w którym walczyłem.

Rozmawiał: Eli Barbur

SAMUEL WILLENBERG : 16.02.1923 - 19.02. 2016  Izraelski rzeźbiarz i malarz polskiego pochodzenia, więzień Treblinki, uczestnik Powstania Warszawskiego, kawaler Orderu Virtuti Militari.

środa, 17 lutego 2016

296. Komórkowe społeczeństwo

Dawno się tak nie zdenerwowałam jak dzisiaj. Kiedy byłam na kursie dla wychowawców kolonijnych, kilkakrotnie podkreślano nam, że mamy przede wszystkim zwracać uwagę na nasze własne zachowanie, a dopiero w następnej kolejności na naszych podopiecznych - dzieci przyglądając się naszemu zachowaniu niejednokrotnie je powielają, bez względu na to, czy owo zachowanie jest przez nas akceptowane, czy też nie. Nie ważne stają się wówczas wszelkie regulaminy, czy też umowy między uczestnikami wypoczynku, a wychowawcami, czy też animatorami. Mając w pamięci owy pogląd oraz jego wytłumaczenie, osobiście staram się do niego stosować, dlatego m.in. zakazuję im używania telefonów komórkowych na zajęciach, a i sama jej nie używam, ponieważ staram się być fair wobec moich podopiecznych.
Niestety, inni mają inne zdanie od mojego. Dzisiaj byłam świadkiem dziwnej, a na pewno niezrozumiałej jak dla mnie sytuacji. Jednym z codziennych stałych punktów dnia na półkoloniach jest spotkanie na sali konferencyjnej, gdzie m.in. odmawiamy wspólną modlitwę, odbywają się spotkania na początek i na koniec dnia, tańce integracyjne, a także projekcja fragmentu filmu przewodniego danych półkolonii(za każdym razem inny). Dzieci muszą uważnie oglądać go, ponieważ później zadawane są w grupach pytania dotyczące jego treści. Dlatego wszelkie "umilacze czasu" typu telefony komórkowe, czy też smarktfony są kategorycznie zabronione. Tak się złożyło, że przyłapałam po zgaszeniu światła jednego delikwenta na pykaniu w klawiaturę telefonu. Podeszłam do niego, delikatnie upomniałam, chłopak usłuchał i schował do plecaka. Chcę wracać na swoje miejsce, odwracam się więc w drugą stronę i co widzę? Pod ścianą widzę grupkę animatorów i wychowawców, którzy sami coś tam klikali w telefonie. Jeszcze, gdyby to był jakiś drobny SMS, ale to była ewidentna wymiana wiadomości wraz z towarzyszącymi temu śmiechami i chichami. Zero zainteresowania dziećmi, co najwyżej kółko wzajemnej adoracji. No myślałam, że mnie krew zaleje. 
Zajęcia na półkoloniach trwają średnio od 9:30 do 15:00. Nie można poczekać tych 5,5 godzin, aby wejść na facebooka, albo odpisać koledze SMSa? To aż tak dużo? Przecież zgłaszając się do pomocy na półkoloniach zdawali sobie sprawę z tego, że będą musieli dawać dobry przykład dzieciom. Bo na półkoloniach nie jest się dla znajomych, podwyższenia oceny ze sprawowania, czy też spotkaniu na pizzy na koniec. Na półkoloniach jest się przede wszystkim dla dzieci i to one powinny być w tym czasie najważniejsze! Nie telefony komórkowe, nawet nie my sami, ale one! Odpowiadamy za nie tak samo, jak każdy wychowawca. A trudno to zrobić będąc wpatrzonym w ekran komórki.
Wychowawców i animatorów nie upomniałam, ale poruszyłam ten temat na spotkaniu podsumowującym dla organizatorów po całym dniu pracy. Zaproponowałam nawet, aby na zgodzie na przyszłe półkolonie napisać o zakazie przynoszenia przez dzieciaki telefonów na zajęcia(wobec kadry jestem niestety bezradna). Ku mojemu zdziwieniu ze strony organizatora zero reakcji. Nic, ani na tak, ani nawet na nie. Po prostu temat jakby nie istniał. Ręce mi opadły. Czyli na dobrą sprawę niech każdy robi co chce, może się nawet pozabijać, organizatora nic to nie będzie obchodzić. Ogólnie różne rzeczy działy się na przełomie lat przy organizacji półkolonii, zarówno letnich, jak i zimowych, ale te uważam za kompletną porażkę! A ja coraz bardziej przekonuję się o tym, że dzisiejsze trzynastolatki nie są jeszcze gotowe na bycie animatorami na takim czymś(animatorem na półkoloniach salezjańskich można zostać już w 1 klasie gimnazjum). A przynajmniej nie wszyscy.

I pomyśleć, że ja doczekałam się telefonu komórkowego dopiero na studiach... Świat idzie do przodu Panowie i Panie, świat idzie do przodu.

niedziela, 14 lutego 2016

295. Półkolonie salezjańskie na start!

W tym roku ferie zimowe w naszym województwie wypadły w ostatniej turze - dzieciaki nie są szczęśliwe z tego powodu, oj nie. Ale za to po nich chodzą tylko cztery tygodnie i już mają święta. Jak byłam dzieckiem, to właśnie ten układ najbardziej mi odpowiadał. Jejku, jak to było dawno :). I z każdym rokiem coraz bardziej chcę wrócić do tego okresu. Bo wtedy miało się jakby mniej trosk i zmartwień, inaczej postrzegało się świat, a i życie było łatwiejsze, bardziej bezstresowe. Teraz już człowiek dorósł, zmądrzał, innymi priorytetami patrzy na otaczającą go rzeczywistość.
Chociaż spora grupa dzieciaków i młodzieży wyjeżdża na zimowiska, bądź prywatne wyjazdy w góry, aby poszaleć na nartach i sankach, to są też takie, które z różnych przyczyn zostają na ten czas w domu. Dobrze pamiętam, jak sama przez wiele lat siedziałam przez dwa tygodnie w mieszkaniu. Co prawda gry komputerowe nie były wtedy tak zaawansowane technologicznie jak teraz, a nawet poczciwe Simsy w końcu się człowiekowi znudziły. Toteż spędzało się ten czas bardziej kreatywnie, malowało, rysowało, budowało z klocków, czasami podgoniło jakąś lekturę, czasami poduczyło na zbliżającą się olimpiadę przedmiotową. Ale zawsze brakowało mi kontaktu z rówieśnikami, wspólnych gier i zabaw.
Dzisiaj dzieci zazwyczaj spędzają czas wolny przed komputerem, ewentualnie włócząc się po blokowiskach. Zdecydowanie nie o to chodzi przy wypoczynku międzysemestralnym. Co więcej, w taki sposób człowiek bardziej się zmęczy niż odpręży.
Od kilku lat, bodajże od 9, bo tyle istnieje nasz salezjański Dom Młodzieżowy, w naszej parafii organizowane są półkolonie dla dzieci w wieku szkoły podstawowej. A żeby starsi też się nie nudzili, to przebywają na nich w charakterze wychowawców i animatorów najmłodszych. Pamiętam te pierwsze półkolonie, jeszcze bez konkretnego programu wychowawczego, ale z możliwością przebywania na terenie Oratorium w porannych godzinach, czyli wtedy, kiedy większość rodziców jest w pracy. Graliśmy wtedy na komputerach, w bilard, gry planszowe, było rysowanie i wspólne czytanie książek. Niby nic, ale już dawały jakąś namiastkę opieki nad dziećmi. Propozycja załapała i już od wakacji w tym samym roku półkolonie ruszyły pełną parą. Zaczęto wprowadzać wychowawców i podziały na grupy dzieci w podobnym wieku, zorganizowano wyjścia, a cały program półkolonii opierał się na jakimś filmie dla dzieci.
Mój osobisty współudział w organizacji półkolonii zaczął się w wakacje 2011 roku. Tutaj duży ukłon w stronę ówczesnych wychowanków Oratorium, nota bene sama do nich należałam, i naszego opiekuna - księdza W. To on pierwszy stwierdził, że przecież Lolek jest takim samym członkiem wspólnoty, jak każdy inny, więc co to za problem, żeby nie mógł służyć innym. No i tak się zaczęło. Co dziwniejsze, jak już zobaczono, że Lolek potrafi, to od razu nie widzieli problemu, aby zatrudniać mnie w każde półkolonie. Tak naprawdę to tylko w ubiegłe wakacje nie służyłam swoją pomocą z powodu wyjazdu nad morze. Chociaż w ostatni dzień pojawiłam się na chwilę na podchodach :). Nawet załapałam się na zdjęcie grupowe.
Teraz też będę pomagać. Właśnie przepisałam sobie imiona dzieci do dzienniczka wychowawcy kolonijnego. Jeszcze muszę nauczyć się ich na pamięć, na szczęście mam nią w miarę dobrą. Plan półkolonii znam. Nie powiem, że z każdym jego punktem się zgadzam, ale nie wiele mam tu do powiedzenia. Tegoroczną bajką przewodnią będzie produkcja "DOM":

Bajka podobała mi się tak sobie. Zeszłoroczna "Kraina Lodu" bardziej przypadła mi do gustu.
Mamy nadzieję, że dzieci miło spędzą u nas czas. Szkoda, że to tylko tydzień, a nie całe ferie, ale też każdy z nas ma jakieś sprawy oraz prawo do wypoczynku. Poza tym ja i tak wracam na uczelnię, więc za bardzo nie będę miała jak im pomóc. Ale z drugiej strony to aż tydzień! Sześć dni zabawy, integracji, przebywania w towarzystwie. Będzie dobrze, musi!

sobota, 13 lutego 2016

294. Czwarty semestr

Chcąc nie chcąc rozpoczęłam od dzisiaj kolejny semestr nauki w szkole policealnej na kierunku technik administracji. Kilka osób pytało mnie czemu tak wcześnie, skoro ferie zimowe w naszym województwie rozpoczynają się dopiero od poniedziałku. Ferie zimowe nie mają jednak nic wspólnego z uczęszczaniem do szkoły policealnej, która rządzi się oddzielnymi przepisami. Ba! Na upadłego mogę powiedzieć, że miałam aż miesiąc ferii. W teorii, bowiem w praktyce ostatni egzamin miałam tydzień temu w konkurencyjnej placówce. Na szczęście wszystko tutaj ładnie pozaliczałam i jestem na ostatnim, czwartym już semestrze. Kiedy to zleciało? Przecież dopiero co zaczynałam naukę, dopiero co poznawałam realia tego typu kształcenia, które jakże różnią się od tych, znanych mi ze studiów. Tam samemu się wybiera, co chce się zanotować, tu wszystko jest podyktowane. Na początku byłam kompletnie rozkojarzona, teraz już się wdrążyłam. Trzy semestry zleciały nawet nie wiem kiedy. I tak dotarłam do czwartego, który kończy cały cykl edukacji. Kończy egzaminem, na moje nieszczęście państwowym. Dlaczego nieszczęście? Już wyjaśniam - gdyby egzamin był wewnętrzny, nawet w rodzaju obrony pracy dyplomowej, założę się, że nauczyciele robiliby wszystko, abym go zdała bez mniejszego problemu, nie robiąc mi kłopotów z powodu wymowy, czy też trudności w pisaniu. Tymczasem zewnętrzny egzamin jest pisemny. O ile pierwszą część jeszcze jestem w stanie napisać(składa się z 40 pytań z odpowiedziami A, B, C, D), o tyle schody zaczynają się z częścią praktyczną. Normalnie są to trzy rozbudowane zadania, na rozwiązanie których ma się 180 minut. Wielu z Was powie: no i co to za problem? Godzina na jedno zadanie i gites! Mój problem polega jednak na tym, że moje ręce nie są na tyle sprawne, by tego dokonać. Ba, nawet nie wiem, czy zdołałabym napisać samodzielnie jedno zadanie. Dotychczas wszystkie zewnętrzne egzaminy(egzamin gimnazjalny, maturę) pisałam na komputerze. Pisało się podanie, dołączało zaświadczenie lekarstwo i wszystko jakoś szło. Teraz jednak pozmieniały się przepisy i o wiele trudniej jest dostać zgodę na dostosowanie egzaminów do specyficznych potrzeb uczniów. Czasami ręce opadają, gdy się słyszy albo czyta o pomysłach urzędników... Co prawda, sekretariat szkoły zaczął walczyć o dostosowanie mi warunków do zdawania, jednak zobaczymy co z tego wyjdzie.

A tak na marginesie to przed chwilą rozwiązałam tegoroczny egzamin teoretyczny, który odbył się w styczniu i...
Po prostu łatwy był...

czwartek, 11 lutego 2016

293. Idąc za ciosem...

Na początku dziękuję za odzew pod ostatnim postem - tutaj na prawdę liczy się każda złotówka. Licznik powoli zbliża się do 50%, a to już połowa zamierzonego celu :).

Korzystając z chwili zwiększonej aktywności odwiedzających mojego bloga, postanowiłam pokusić się o jeszcze jedną "finansową" prośbę. Nie, tym razem nie proszę bezpośrednio o pieniądze, ale o coś innego, bardziej materialnego. Akurat wczoraj wkroczyliśmy w okres Wielkiego Postu, czasu w którym powinniśmy szczególnie zmienić się na lepsze. Wiem, że nie wszyscy czytelnicy mojego bloga są wierzący, ale nie o wiarę tutaj chodzi, ale o gest.
Julka to wesoła dziewczynka, pomimo tego, że urodziła się z zespołem Downa, a także cierpi na padaczkę lekooporną. Jakby tego było mało, trzy lata temu u dziewczynki zdiagnozowano ostrą białaczkę limfatyczną. Walka z nierównym przeciwnikiem oraz powikłaniami po chemioterapii trwała blisko dwa lata. Dziewczynka m.in. dwa razy otarła się o śmierć na oddziale Intensywnej Terapii. Mimo wielu przeciwności losu walkę tą wygrała. Chociaż w październiku ubiegłego roku Julka zakończyła terapię, to wciąż pozostaje pod opieką lekarzy z gdańskiej kliniki, gdzie jeździ na wizyty kontrolne. Leczenie, a w szczególności chemioterapia, sprawiła, że organizm dziewczynki jest bardzo osłabiony, nawet najmniejsza infekcja może być dla niej śmiertelna. Oprócz tego, jak każda osoba niepełnosprawna wymaga odpowiednich zabiegów usprawniających, w tym intensywnej rehabilitacji i zajęć z logopedą. Pomimo wielu przeciwności losów, ta dzielna dziewczynka nie straciła pogody ducha.
27 lutego Julka będzie miała 8 urodziny. Urodziny, których mogło nie być. Ma małe marzenie, które może spełnić każdy z nas - dziewczynka uwielbia dostawać kartki pocztowe. To one podczas choroby sprawiły, że zapominała o wszelkich bólach i złym samopoczuciu. Julka uwielbia Myszkę Miki, więc z pewnością kartki z tym motywem w szczególności ją ucieszą. Kartki można wysłać na adres:

Julia Frącek
ul. Świerkowa 16/5
82-300 Elbląg

Sama planuję wysłać Julci drobny prezent z tej okazji. Niewielki, ale mam nadzieję, że sprawiający jej radość. Pamiętajmy - tyle jesteśmy warci ile sami z siebie damy!

wtorek, 9 lutego 2016

292. Zbieramy środki pieniężne na ważną książkę o niepełnosprawnych dla dzieci

Są książki ważne i ważniejsze.
Ta o której chcę dzisiaj napisać zalicza się do tych drugich. Dlaczego? Książek o osobach niepełnosprawnych w ostatnim czasie zostało napisanych wiele. Tytuły takie jak "Chce się żyć" Macieja Pieprzycy, "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń" Nicka Vujicica, czy "Krucha jak lód" Judi Picoult to tylko niektóre, kojarzone przez większość z nas. Większość z nich skierowana jest jednak do dorosłych, którzy mają już więcej lub mniej wyrobiony światopogląd. Kształtować go jednak już od najmłodszych lat. Doskonale do tego nadają się szkoły i przedszkola integracyjne, które pozwalają niepełnosprawnym dzieciom obcować z pełnosprawnymi rówieśnikami. Tych pierwszych uczą otwarcia się na inne osoby, tych drugich zaś empatii i zrozumienia.
Co jednak w sytuacji, kiedy dziecko nie ma takiej możliwości? Albo czy można rozpocząć naukę integracji jeszcze przed pójściem pociechy do szkoły/przedszkola? Od niedawna jest taka możliwość.
Pani Agnieszka jest wspaniałą Mamą, taką jaką chciałoby mieć każde dziecko. Całym sercem kocha swojego niepełnosprawnego synka Franka, jednocześnie wymagając od niego na tyle, na ile może. Franek to wcześniak, do dzisiaj zmaga się m.in. z niedosłuchem, a jego życie obraca się wokół terapii, rehabilitacji oraz wizyt u różnych lekarzy - specjalistów. Mimo wszystko uśmiech nie znika z jego przyjaznej buzi, co widać na zdjęciach zamieszczonych na blogu przedstawiającym codzienność chłopca (http://dzielnyfranek.blogspot.com/). Chociaż życie nie rozpieszcza rodziny, to z każdego wpisu bije optymizm, pozytywna energia, człowiek wręcz czeka na kolejny i kolejny. 
Okładka pierwszego wydania "Dużych spraw w małych głowach"
Czytając Franiowego bloga na pierwszy rzut oka może się zdawać, że pani Agnieszka(mama Franka) nie powinna mieć na nic czasu - wszak bez przerwy jeździ z synkiem to tu, to tam, dba o jego prawidłowy rozwój. Nic bardziej mylnego. Otóż ta Wspaniała kobieta(i to nie jest żadne podlizywanie się, ani pisanie na wyrost) napisała książkę. Tytuł jej jest bardzo wymowny - "Duże sprawy w małych głowach". Ok., powiesz, co w tym takiego dziwnego, przecież wiele osób pisze książki, a jeżeli jest to nieznany autor zazwyczaj całe przedsięwzięcie kończy się klapą. Nie wątpię, że tak nie jest, tym razem jednak trzeba zrobić wszystko, aby tak nie było. Dlaczego tak bardzo mi na tym zależy? Powód jest bardzo prosty - to prawdopodobnie jak na razie jedyna książka dla dzieci w naszym kraju, która porusza problem niepełnosprawności. W prostych słowach zostały poruszone m.in. sprawy autyzmu, niepełnosprawności ruchowej, umysłowej, czy też sensorycznej. Ponadto zawiera wkładkę z pismem Breilla, elementy komunikacji alternatywnej, czy też ilustrację podstawowych znaków z symbolami języka migowego - wszystko po to, aby pełnosprawne dzieciaki poznały procesy komunikacyjne ich niepełnosprawnych rówieśników. Całość uzupełniają przyjemne dla oka ilustracje, niekiedy przedstawiające scenki rodzajowe.
W zamyśle Pani Agnieszki pojawiła się wspaniała idea, aby "Duże sprawy w małych głowach" trafiły do jak największej ilości szkół, przedszkoli, być może bibliotek, a także i zwykłych ludzi. Pierwszy nakład, jeszcze w 2015 roku, został wydrukowany z prywatnych środków - książki rozchodziły się jak świeże bułeczki. Postanowiono więc iść za ciosem i dodrukować kolejną partię. Do tego potrzebny jest jednak nakład finansowy. Nikt nie ma kieszeni bez dna, czasami trzeba schować dumę do kieszeni i prosić o pomoc innych. Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że rzadko o coś proszę. O pieniądze chyba jeszcze nigdy tutaj się nie upominałam. Teraz jednak sytuacja jest wyjątkowa. Tym bardziej, że każdy zainteresowany pokrywa jedynie koszty przesyłki - książkę otrzymuje za darmo! Więc chyba warto poświęcić choćby 5 zł na ten cel. Pukacie się w głowę i pytacie: "Cóż to jest te 5 złotych! Przecież to tylko kropla w morzu potrzeb". Tymczasem 5 zł to już ok 80 stron jednego egzemplarza - 80 z 186. 
Wiem, że na blog czasami wchodzi się przez przypadek. Być może i tutaj wejdzie jakaś osoba, która zechce wesprzeć akcję. Po prawej stronie znajduje się odnośnik do pomagam.pl który pomaga w zbiórce. Wejdź, poczytaj, zastanów się. Decyzja należy do Ciebie. Być może dzięki Tobie jakiś Jaś, kiedy już zostanie Janem, pomoże w czymś osobie niepełnosprawnej, bo teraz dowie się, że to taka sama osoba, jak on sam, tylko czasami potrzebuje pomocy w tym, czy tamtym. Być może będzie to ktoś z Twojej rodziny. Niepełnosprawność jest trochę jak śmierć - dotyka zarówno ludzi biednych, jak i bogatych, po podstawówce, i wybitnych profesorów. Los świadomości przyszłego społeczeństwa leży więc w naszych rękach.

sobota, 6 lutego 2016

291. Móc wymazać wspomnienia...

Czasami zastanawiam się, dlaczego medycyna nie wynalazła jeszcze cudownej tabletki pomagającej pozbyć się wspomnień? Są lekarstwa na uśmierzanie bólu, na leczenie kaszlu, stanu zapalnego, jednak jeszcze nie spotkałam się z lekarstwem na wymazanie wybranych wspomnień. Bo po prostu takiego nie ma. I prawdopodobnie jeszcze długo nie będzie, jeżeli w ogóle kiedyś takie wynajdą. Z jednej strony, podejrzewam że nie tylko ja chciałabym wymazać ze świadomości niektóre wspomnienia. Podejrzewam, że problem ten dotyczy też ofiar gwałtów, innych przestępstw, a także zdrad. Ja nie należę do tej grupy. Co dziwniejsze, nie chcę wymazać tych złych wspomnień, ale... te dobre. Dlaczego? Ponieważ czasami wspominając okres sprzed 15 lat po prostu wyć mi się chce. Tak po prostu, po ludzku. Może gdybym pozbyła się tych wspomnień, nie budziłabym się z płaczem połączonym z głuchym krzykiem raz na kilka miesięcy. I to nie dlatego, że śnił mi się koszmar, wręcz przeciwnie, te sny są bardzo piękne. Tak piękne, że człowiek chciałby je ukraść do realnego życia. Ale jak już człowiek otworzy oczy momentalnie zdaje sobie sprawę, że to był tylko sen, który prysnął jak bańka mydlana puszczana na festynie miejskim. Że sen skończył się niespodziewanie jak bajka czytana przez mamę przed snem. Ale do bajki zawsze można wrócić w dogodnym dla siebie momencie, sen natomiast z reguły jest niepowtarzalny. Może gdybym nie miała tak dobrych wspomnieć odnośnie pewnej osoby, nie miałabym po latach tak pięknych snów z nią związanych. Może miałabym koszmary, które chciałabym jak najszybciej zapomnieć? Te sny związane z matematyczką też najchętniej wymazałabym z pamięci, ale nie da się, po prostu się nie da. I chyba to najbardziej boli...

To dziwne, niby wiem, że życie składa się z powitań i pożegnań, co więcej, powinnam przez te 15 lat pogodzić się z pewnymi faktami, to jednak wspomnienie tej jednej osoby powoduje ukłucie w moim sercu. I nie ważne, czy jest to wspomnienie na jawie, czy też w śnie - oby dwa równie bolą. Tak bardzo aktualne są wtedy poniższe słowa jednej z moich ulubionych piosenek:

Tam kwiaty kwitną najcudniej na świecie,
Miłość swą radość dla ludzi wiedzie,
Człowiek człowieka miłością darzy,
Lecz w życiu to się chyba nie zdarzy...
W krainie tej się pięknie życie układa.
Miłość z radością do niego się wkrada.
Szczęście z nieszczęściem nie idą już w parze,
Kto chce ten może dostać to w darze...
Ten księżyc i gwiazdy, rzek nurty rwące,
To słońce gorące, blaskiem swym bijące.
Te kwiaty i łąki pełne zieleni, 
I życie w którym nigdy nikt i nic nie zmieni.

środa, 3 lutego 2016

290. Nigdy nie jest na tyle źle, aby nie mogło być gorzej

Powoli ochłonęłam po poniedziałkowej wiadomości o niezaliczonym egzaminie z regionów turystycznych. Nie pierwszy raz i nie ostatni, znając życie. I tak mogę poczuć się jak zwycięzca - przy czterech kierunkach mam tylko jedną poprawkę. A z tego co zauważyłam na grupowym meilu są osoby, które nie zdały żadnego egzaminu. Więc nie jest źle. Może będę miała niższą średnią, ale nadrobię. Grunt to iść do przodu, a nie stać w miejscu, albo co gorsza, cofać się do tyłu. Chociaż poprzez wydalenie z AWFu w Katowicach właśnie tak się cofnęłam...
źródło zdjęcia
Korzystając z wolnego dnia pozwoliłam sobie na obejrzenie filmu "Carte Blance" inspirowanego historią nauczyciela, Macieja Białka. Kacper(w tej roli Andrzej Chyra) jest nauczycielem historii w jednym z liceów w Lublinie. Jego lekcje mają dosyć nietypowy charakter - uczniowie na przykład wychodzą na okno słuchając lekcji poświęconej defenestracji praskiej, czym wzbudzają zdziwienie na twarzy wchodzącej po dziennik nauczycielki. Na takich zajęciach nie sposób się nudzić. Pewnego razu Kacper jedzie samochodem odebrać matkę, która udała się na zakupy. Wracając ma tragiczny wypadek w wyniku którego rodzicielka ginie. Mężczyzna nie wie, że powstały w jego wyniku uraz wpłynie na przyspieszenie procesu pogorszenia się jego wzroku. Mija kilka miesięcy - Kacper udając się do pracy nie zauważa numeru trolejbusu do którego wsiada, przez co spóźnia się do szkoły, wywołując kpinę dyrektorki(Dorota Kolak). Zdenerwowana każe mu porozmawiać z jedną z najbardziej zbuntowanych uczennic w szkole, Klarą(Eliza Rycembel). Jego słowa przynoszą skutek - dziewczyna na drugi dzień przychodzi dużo skromniej ubrana na zajęcia. Widząc jego dobry wpływ na uczniów dyrektorka postanawia powierzyć mu wychowawstwo w maturalnej klasie IIIB. Tymczasem Kacper ma coraz większe problemy ze wzrokiem, wieczorami nie jest w stanie przeczytać książki. Postanawia udać się z tym do okulisty, który po wykonaniu badań stawia nie dającą złudzeń diagnozę - nauczyciel cierpi na pewną chorobę genetyczną powodującą obkładanie się martwych tkanek na dnie oka. Za kilka, może kilkanaście lat całkowicie straci wzrok. Załamany mężczyzna postanawia skończyć ze swoim życiem, jednak zrządzeniem losu sznur na którym postanawia się powiesić urywa się. Podczas spotkania z bratem i wspólnej gry w bilard Kacper nie trafia w bilę. Wiktor(Arkadiusz Jakubik) wyśmiewa go, twierdząc że nawet ślepy by w nią trafił. Kacper zdradza bratu skrywaną tajemnicę. Postanawia też przyjąć propozycję dyrekcji dotyczącą wychowawstwa. Od początku wprowadza jednak pewne zasady - wyznacza osobę, która będzie uzupełniała za niego dziennik oraz pisała na tablicy. Uczy się też na pamięć rozkładu szkoły - krokami odmierza odległość pomiędzy poszczególnymi klasami, prosi woźnego, aby wymienił haczyk na którym wisi klucz do pracowni historycznej na większy, na podstawie odgłosów potrafi stwierdzić, czy ktoś w klasie ściąga podczas klasówki. Nikt nie podejrzewa, że Kacper widzi coraz mniej. Co więcej, na klasowej wycieczce zjednuje sobie sceptycznie do siebie nastawionego nauczyciela W-F(Andrzej Blumenfeld) oraz zaprzyjaźnia się z Ewą(Urszula Grabowska). Z czasem rodzi się pomiędzy nimi głębsze uczucie. Po wycieczce Kacper zostaje wezwany do gabinetu dyrekcji. Ponieważ jest przekonany, że wydała się prawda o jego chorobie, pisze podanie o zwolnienie go z pracy. Tymczasem okazuje się, że został wytypowany jako nauczyciel, który ma poprowadzić lekcję pokazową dla kuratorium. Nauczyciel dostaje też listę z osobami, którzy mają wykonać okresowe badania lekarskie. On też na niej jest. Na razie jednak o tym nie myśli. Postanawia za to sprzedać swoją największą dumę, teleskop, aby mieć za co kupić specjalny czytnik książek. Niestety, zostaje oszukany przez nieuczciwego kupca. Zdenerwowany Wiktor próbuje uświadomić bratu, że jest niepełnosprawny, a takie osoby łatwiej oszukać. Kacper nie chce jednak o tym słyszeć i planuje wspólną przyszłość z Ewą - wyznaczają termin ślubu w USC, przygotowują wspólne mieszkanie. W końcu postanawia wyznać jej prawdę, przekreślając szansę na wspólną przyszłość. Tymczasem jego klasa pisze maturę. Jednak nigdzie nie ma Klary. Kacper postanawia odnaleźć uczennicę. Przy okazji oboje zdradzają przed sobą swoje sekrety.
źródło zdjęcia
Maciej Białek i Andrzej Chyra - czyli pierwowzór i jego filmowa kopia(źródło zdjęcia)
Naprawdę, polecam ten film każdemu. Bo tak naprawdę często uważamy, że mamy nie wiadomo jakie problemy, a tymczasem ktoś inny może mieć jeszcze większe, chociaż my możemy tak naprawdę o tym nie wiedzieć. O schorzeniu Kacpra przez większy okres czasu nikt nie wiedział. On zaś sam zachowywał się tak, aby nikt się nad nim nie użalał, nie chciał też być postrzegany, jako ten gorszy, niezdolny do samodzielnej egzystencji. Co więcej niejednokrotnie wspierał psychicznie innych. Tak naprawdę chciałabym mieć takiego nauczyciela, który swoją postawą udowadniałby mi, że moja sytuacja nie jest jednak taka tragiczna, jak by się mogło wydawać. Że przecież w moim życiu zawsze mogło być dużo gorzej niż jest.

wtorek, 2 lutego 2016

289. Coś nie poszło...

Dotychczasowe egzaminy szły mi jak z płatka. Jedne napisałam lepiej, drugie trochę gorzej, jednak zawszę do przodu, nawet z trójką. Wszak dostateczny równa się zaliczenie, prawda? Wczoraj pisałam ostatni egzamin, z regionów turystycznych. Luzik, zwłaszcza, kiedy zna się nie tylko pytania, ale nawet odpowiedzi na nie. Tak się stało, że kilka lat temu wykładowca napisał książkę z testami na pilotów wycieczek i to z niej są egzaminy. Wystarczyło tylko skserować, rozwiązać i się wyuczyć. Nic prostszego. Chociaż w gablotce wystawiona była książka z testami z 2010 roku, na Papieskim udało mi się wypożyczyć jeszcze nowsze wydanie, bo z 2012 roku(w myśl zasady - im nowsze wydanie tym lepsze). Niemal od razu je skserowałam(nigdy nie lubiłam mazać po nieswoich książkach, a ksero kosztowało mnie mniej niż kupno oryginału. W dwa dni rozwiązałam wszystkie zadania dotyczące geografii świata, przez kolejny tydzień je sobie przyswajałam. Do egzaminu podeszłam na luzie, wszak dużo umiałam. Może nie wszystko, ale na pewno większą część. Mina mi jednak zrzedła widząc pierwsze, w dodatku otwarte pytanie dotyczące Palestyny i Izraela. Boszcz... tego nie było w planie. Przypomniała mi się jednak geografia na Papieskim - tak, Palestyna to Azja, a Izrael Bliski Wschód. Dalsze pytania w większości kojarzyłam. "Dobrze jest" - myślałam sobie. Nawet wyrobiłam się w czasie z napisaniem wszystkiego. Pełna dobrych myśli wróciłam do domu. Mój dobry nastrój jednak prysnął, kiedy na meilu grupowym zobaczyłam, że nie zaliczyłam tego egzaminu. Z jednej strony mówi się trudno - jest jeszcze termin poprawkowy, ale z drugiej... Zastanawiam się, czy profesor widząc moje pismo po prostu powiedział - nie, tego nie sprawdzę. Bo wydaje mi się, że powinnam mieć te 50%, a może i więcej. Może powinnam to zweryfikować. A może odpuścić i iść na poprawkę? Kurcze, mam taki zamęt w głowie jak nigdy. 

Pocieszam się myślą, że od wiosny TVP2 wznawia emisję programu "Kocham Cię Polsko"