Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anioły(*). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anioły(*). Pokaż wszystkie posty

środa, 17 czerwca 2026

2389. Jak Adam Chmielowski staje na mojej drodze...

św. Brat Albert Chmielowski moimi oczami
Postać świętego brata Alberta, jednego z głównych patronów mojej diecezji, w dość dziwny sposób wkradła się do mojego życia i w nim zamieszkała. Jeszcze będąc w gimnazjum na jednej z lekcji języka polskiego zapoznawaliśmy się z fragmentem sztuki teatralnej autorstwa Karola Wojtyły zatytułowanej "Brat naszego Boga". Nie mówię, że wcześniej nie słyszałam o postaci Adama Chmielowskiego, który jako zakonnik przyjął sobie imię Albert, bo pewnie w kościele raz czy dwa obiło mi się o uszy, jednak nie przywiązywałam do tego większej wagi. Zresztą byłam jeszcze dzieckiem, mogło mi coś umknąć pomimo dosyć dobrej koncentracji i pamięci (pamiętacie o czym mówił ksiądz na Waszej Pierwszej Komunii albo bierzmowaniu? Ja pamiętam...). Ale wtedy, w tej drugiej czy też trzeciej klasie gimnazjum, w świadomy sposób poznałam tą postać. Z jednej strony był to język polski i wspomniany tekst, z drugiej miliony pytań na temat brata Alberta do Księdza z gitarą. Skończyło się tym, że otrzymałam od niego książkę franciszkanina Władysława Kluza "Adam Chmielowski. Brat Albert".
Potem temat ten na kilka lat został stłumiony, aby powrócić ze zdwojoną siłą. I to dosłownie. Pierwszy taki powrót nastąpił na wiosnę 2015 roku, kiedy byłam na pierwszym roku studiów z turystyki religijnej. W ramach ćwiczeń z nowożytnej i najnowszej historii kościoła każdy z nas miał za zadanie przygotowanie i przeprowadzenie wycieczki po Krakowie śladem jakiegoś świętego bądź błogosławionego. Ja wylosowałam św. brata Alberta. Trochę się skrzywiłam, ale w końcu powiedziałam: "Dobra, coś się wymyśli". Wypożyczyłam kilka książek i zdecydowałam, że pójdziemy do klasztoru i bazyliki Franciszkanów na Placu Wszystkich Świętych, gdzie przyjął habit i rozpoczął drogę zakonną, a następnie do budynku, w którym mieściła się pierwsza ogrzewalnia dla bezdomnych mężczyzn, w którym opowiedziałam im o życiu świętego z przełomu XIX i XX wieku. Oczywiście takich miejsc związanych z życiem i działalnością św. Brata Alberta, no ale miałam ograniczony czas.
I teraz, niewielki kościółek w centrum B-na, noszący wezwanie właśnie Brata Alberta, do którego rzucił mnie uparty los. Za każdym razem stojąc w prezbiterium wpatruję się w majestatyczną figurę przedstawiającą Brata Alberta i myślę sobie: kurczę, to dopiero był gość. Bez nogi, tłamszony przez innych, szykanowany przez innych, a jednak dużo osiągnął. I jeszcze został ogłoszony świętym! Bardzo mi się podoba jego maksyma życiowa - być dobrym jak chleb. Bo każdy z nas ma chyba swój ulubiony rodzaj chleba. Ale tak sobie myślę, że chodzi tutaj nie tylko o ten chleb spożywany przez nas podczas posiłków, ale o Chleb Życia, którym wierzący powinni się karmić, aby dostąpić życia wiecznego. W zasadzie każdy z nas może być takim dobrym chlebem - wystarczy żyć i postępować tak, aby nikt przez nas nie cierpiał, nie płakał, nie czuł się źle. Tylko tyle i aż tyle...

piątek, 5 czerwca 2026

2381. Ks. Jan Świerc i inni męczennicy

Raz na jakiś czas dzieją się wydarzenia, które wpisują się w szczególny sposób w historię konkretnej społeczności. Dla polskiego zakonu Towarzystwa Salezjańskiego (czyli salezjanów) bez wątpienia będzie to dzień 6 czerwca 2026 roku, kiedy do chwały ołtarzy zostało wyniesionych aż 9 księży-męczenników II wojny światowych wywodzących się z tego zakonu. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce 8 czerwca 1999 roku, kiedy w gronie 108 błogosławionych męczenników II wojny światowej znalazła się tzw. Piątka Poznańska (wychowankowie poznańskiego Oratorium salezjańskiego), ale też ksiądz Józef Kowalski wywodzący się ze zgromadzenia. Teraz beatyfikowani zostaną tylko i wyłącznie salezjanie. Są to Słudzy Boży ks. Jan Świerc SDB, ks. Ignacy Antonowicz SDB, ks. Karol Golda SDB, ks. Włodzimierz Szembek SDB, ks. Franciszek Harazim SDB, ks. Ludwik Mroczek SDB, ks. Ignacy Dobiasz SDB, ks. Kazimierz Wojciechowski SDB oraz ks. Franciszek Miśka SDB.
ks. Jan Świerc SDB
- urodził się 29 kwietnia 1877 roku w Królewskiej Hucie na Śląsku. Naukę pobierał w salezjańskiej szkole na Valsalice we Włoszech. Po jej ukończeniu poprosił o przyjęcie do Zgromadzenia Salezjańskiego. Nowicjat rozpoczął w Ivrea, a studia filozoficzne i teologiczne odbywał w Turynie. 6 czerwca 1903 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Po powrocie do Polski pracował jako nauczyciel. Był też pierwszym Dyrektorem placówki w Oświęcimiu. Następnie działał w różnych wspólnotach salezjańaskich na terenie Polski. Był członkiem Rady Inspektorialnej w Polsce od pierwszego posiedzenia do końca życia. Pod koniec życia był też Dyrektorem i Proboszczem parafii na krakowskich Dębnikach. Tam też został aresztowany wraz ze swoimi współbraćmi 23 maja 1941 roku. Uwięziono go w krakowskim więzieniu, a następnie przewieziono do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Zamordowany po torturach 27 czerwca 1941 roku. Głównym stawianym mu zarzutem było to, że był księdzem i nieustannie wymawiał imię Jezus. Jeszcze przed swoją męczeńską śmiercią miał w obozie opinię świętego.
ks. Ignacy Antonowicz SDB
- urodził się w 1890 r w Wiosławicach. W latach 1901-1904 uczył się w Salezjańskiej Szkole w Oświęcimiu. W 1905 roku wstąpił do Zgromadzenia Salezjańskiego mieszczącego się w Daszewie, a rok później złożył pierwsze śluby zakonne w Oświęcimiu. Święcenia prezbiteratu przyjął w 1916 r. w Rzymie. Początkowo pracował we Włoszech. Z czasem przeniósł się do Polski, gdzie m.in. był Rektorem krakowskiego Seminarium. Aresztowano go 23 maja 1941 roku. Był więziony w Krakowie, a następnie przetransportowano go do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Tam zmarł w obozowym szpitalu 21 lipca 1941 roku po uprzednim bestialskim pobiciem przez Gestapowców.
ks. Karol Golda SDB - urodził się w 1914 roku w Tychach. W latach 1927 - 1931 uczył się w Salezjańskiej Szkole w Oświęcimiu. Po jej ukończeniu wstąpił do Zgromadzenia Salezjańskiego. W 1932 roku w Czerwińsku złożył pierwsze śluby zakonne. Trzy lata później rozpoczął studia w Rzymie. Tam też w 1938 roku przyjął święcenia kapłańskie. Po powrocie do Polski posługiwał w Poznaniu oraz w Oświęcimiu. Aresztowano go 31 grudnia 1941 roku, a następnie zesłano do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Skazany został na śmierć za spowiadanie niemieckiego żołnierza. Wyrok wykonano 14 maja 1942 roku, 
ks. Włodzimierz Szembek SDB - urodził się w Porębie Żegocie w 1883 roku. Do Zgromadzenia Salezjańskiego w Czerwińsku wstąpił w 1929 roku. Tam też w 1930 roku złożył pierwsze śluby zakonne. Następnie studiował w Krakowie. Tam też w 1934 roku przyjął święcenia kapłańskie. Pracował w Domu Inspektorialnym w Krakowie, potem w Seminarium, aż w końcu w Skawie. Tam go aresztowano w dniu 9 lipca 1942 roku. Przewieziono go do Zakopanego, potem do Tarnowa i do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie zmarł w wyniku pobicia w czasie przesłuchań w dniu 7 września 1942 roku, 
ks. Franciszek Harazim SDB - urodził się w 1885 roku w Osinach (wieś na Śląsku). Do Zgromadzenia Salezjańskiego wstąpił w 1906 roku. Rok później, w Daszawie, złożył pierwsze śluby zakonne. Studiował we Włoszech. Tam w 1915 roku przyjął święcenia kapłańskie. Po powrocie do Polski pracował m. in. w Oświęcimiu i w Krakowie. Aresztowano go 23 maja 1941 roku. Po miesięcznym pobycie w areszcie skierowano go do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie został brutalnie zamordowany w wykopie żwirowym 27 czerwca 1941 roku.
ks. Ludwik Mroczek SDB - urodził się w Kętach w 1905  roku. W latach 1917 - 1921 kształcił się w Salezjańskiej Szkole w Oświęcimiu. Nowicjat odbył w Kleczy Dolnej, gdzie w 1922 roku złożył pierwsze śluby zakonne. Studiował w Krakowie i w Przemyślu. Święcenia kapłańskie przyjął w Przemyślu w 1933 roku. Pracował m.in. we Lwowie, Częstochowie i Krakowie. Aresztowano go 22 maja 1941 roku. Po miesięcznym areszcie skierowany do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Po brutalnym pobiciu w czasie przesłuchań trafił do obozowego szpitala, w którym zmarł 5 stycznia 1942 roku.
ks. Ignacy Dobiasz SDB - urodził się w 1880 roku w Ciechowicach (wieś w województwie Śląskim). Od 1894 roku uczęszczał do Szkoły Salezjańskiej w Turynie. Do Zgromadzenia Salezjańskiego wstąpił w 1898 roku. Dwa lata później złożył pierwsze śluby zakonne i w 1908 roku przyjął w Foglizzo święcenia kapłańskie. Po powrocie do Polski pracował w Oświęcimiu, Przemyślu, Warszawie i Krakowie. Aresztowano go 23 maja 1941 roku. Po miesięcznym areszcie skierowano go do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Tam został brutalnie zamordowany w wykopie żwirowym w dniu 27 czerwca 1941 roku.
ks. Kazimierz Wojciechowski SDB - urodził się w 1904 roku. W latach 1912 - 1920 pobierał nauki w Salezjańskiej szkole w Krakowie oraz w Oświęcimiu. Nowicjat odbywał w Kleczy Dolnej i tam też złożył pierwsze śluby zakonne w 1921 roku. Święcenia kapłańskie przyjął w 1935 roku w Krakowie. Swoją posługę salezjańską pełnił w Oświęcimiu, a następnie w Krakowie. Na ostatniej placówce został aresztowany 23 maja 1941 roku. Przewieziono go do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie został brutalnie zamordowany podczas pracy w wykopie żwirowym w dniu 27 czerwca 1941 roku.
ks. Franciszek Miśka SDB - urodził się w Świerczyńcu na Śląsku 5 grudnia 1898 roku. Po ukończeniu Salezjańskiej Szkoły w Oświęcimiu wstąpił do nowicjatu salezjańskiego w Pleszowie. Pierwsze śluby zakonne złożył w 1923 roku w Oświęcimiu. Na studia teologiczne wyjechał do Turynu, gdzie w dniu 10 lipca 1927 roku przyjął święcenia kapłańskie. Po powrocie do kraju pracował w przemyskim sierocińcu, a następnie w wileńskiej szkole handlowej. W 1931 roku mianowano go Dyrektorem Zgromadzenia w Jaciążku, a następnie w Lądzie. W Lądzie został też aresztowany  i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau. Tam został brutalnie zamordowany w dniu 30 maja 1942 roku.
 
Ciekawostką jest, że sześciu spośród dziewięciu powyższych salezjanów zostało wywiezionych z parafii św. Stanisława Kostki na krakowskich Dębnikach na oczach młodego Karola Wojtyły. Z kolei ks. Ignacy Dobiasz, ks. Karol Golda, ks. Franciszek Harazim, ks. Jan Świerc i ks. Franciszek Miśka wywodzili się ze Śląska.

czwartek, 23 kwietnia 2026

2346. Widać w Niebie też potrzebują dobrych ludzi...

Był taki polityk, który w niesieniu pomocy nie zwracał uwagi na poglądy polityczne, ale potrafił wyciągnąć rękę do każdego potrzebującego. Chociaż mieszkał dosłownie za miedzą, nie znałam go osobiście. Ale podglądałam jego profil na facebooku i podziwiałam go za niesienie pomocy innym. Dąbrowę od Sosnowca łączy kilka dróg. Dzisiaj jedną z nich, może jak co dzień, jechał nan rowerze poseł Lewicy - Łukasz Litewka. Niestety, była to jego ostatnia przejażdżka. Szok, niedowierzanie, zwłaszcza, że to się stało za przysłowiowym zakrętem. I że umarł ktoś w moim wieku. Bo cóż to jest rok różnicy w naszym wieku?
Myślę, że na chwilę można zejść z dziwnego podziału na Prawicę, Lewicę, czy też Centrum. Dziś warto być ponad podziałami, jak uczył tego Łukasz. Tablica na facebooku zaroiła się od jego czarno-białych zdjęć wstawianych przez znajomych. Wielu z nich znało go osobiście, wielu z nich pomógł. Widać w Niebie też potrzebują dobrych ludzi...

sobota, 21 marca 2026

2339. Po prostu być jak Chuck Norris

Nie będę ukrywać, że był taki okres w moim życiu, kiedy byłam oczarowana amerykańskim serialem "Strażnik Teksasu" opowiadającym o grupie strażników, strzegących pokoju w tytułowym mieście. Na ich czele stał nieustraszony Cordell Walker, grany przez Chucka Norrisa. Niezwykle prawego i sprawiedliwego człowieka, a poza tym - praktycznie niezniszczalnego, z powodu indiańskiej krwi, płynącej w jego żyłach. Miałam te osiem, dziewięć lat, kiedy siadało się w niedzielne wieczory przed telewizorem, a po niewielkim mieszkaniu niosły się dźwięki charakterystycznej piosenki:
Może i to nie był odpowiedni serial dla osoby w moim wieku, ale kto by się tam wtedy tym przejmował. Mnie to ciekawiło. Najbardziej chyba osobowość Cordella Walkera. Nic dziwnego, że nawet po zakończeniu produkcji darzyłam tego aktora podświadomą sympatią, przez wiele lat chcąc być taką jak on. No oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że w sprawności mu nie dorównam, ale nic nie stawało na przeszkodzie, abym chociaż w byciu przewodniczącą najpierw klasy, a potem szkoły, była tak sprawiedliwa, jak on.
Zadziwiało mnie też to, jak dobrze się trzyma, mimo upływu lat i problemów ze zdrowiem (np. w 2017 roku przeszedł rozległy zawał serca). Całkiem niedawno, po śmierci Edwarda Linde-Lubaszenki i Bożeny Dykiel, z ciekawości zerknęłam, co słychać u Chucka Norrisa, który był w wieku tego pierwszego (no dobrze, Norris był o kilka miesięcy młodszy). Z internetowych informacji wynikało, że całkiem nieźle sobie żyje.
Aż to informacja, która powaliła na ziemię, niczym jeden z ciosów Chucka (nota bene "Chuck" to jego ksywka nadana mu w wojsku, bo tak naprawdę nazywał się Carlos) - wiekowy aktor zmarł w wieku 86-lat w szpitalu w Kaua, gdzie przebywał na wakacjach. Myślę, że nie będzie przesadą, kiedy napiszę, że odeszła wręcz legenda. Bo oprócz wielu ról filmowych i serialowych Norris był też mistrzem wschodnich sztuk walki, a także ewangelizatorem kościoła baptystów. 
Carlos "Chuck" Norris (10 marzec 1940 - 19 marzec 2026 rok)
Myślę, że wielu z Was wie, że na temat aktora krążyły różne kawały. Jeden z nich brzmiał, że "Chucka Norrisa boi się nawet śmierć". Jak widać, niekoniecznie, a to, czy po niego przyjdzie było tylko kwestią czasu...

wtorek, 3 marca 2026

2330. Tragedia w Dolinie Goryczkowej

W 1956 roku, a więc 70 lat temu, miał miejsce jeden z najtragiczniejszych wypadków lawinowych w Tatrach. Potężna lawina doszczętnie zniszczyła schronisko w Dolinie Goryczkowej, zabijając przy tym pięć osób.
Zofia i Władysław Marcinowscy z córką Marią
W nocy z 2 na 3 marca 1956 roku z masywu Goryczkowej Czuby Żlebem Marcinowskich (nazwanych tak na cześć ofiar) zeszła ogromna lawina. Zmiotła ona z powierzchni ziemi schronisko w Dolinie Goryczkowej. W budynku przebywali prowadzący je Zofia i Władysław Marcinkowscy oraz trzech żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza. Wszyscy zginęli. W wyjątkowo trudnej akcji ratunkowej, która wymagała przeszukania rozległego lawiniska, wzięło udział około 500 osób, w tym ratowników, strażaków i ratowników. Samego schroniska nigdy nie odbudowano.
Tragedia ta została przypomniana kilka lat temu przez Tatrzański Park Narodowy, realizujący film dokumentalny w ramach akcji edukacyjnej "Lawinowe ABC".
Wystąpiła w nim m.in. Maria Gąsienica - Marcinowska, córka właścicieli schroniska, która wspominała dzień tragedii. Miała wtedy zaledwie dwa lata, trochę chorowała i dlatego nie została w schronisku na noc z kochającymi rodzicami. Mama zdążyła zwieść ją na dół, a następnie wróciła do męża, wjeżdżając po zmroku jako jedyna pasażerka kolejki na Kasprowy Wierch. Wydaje się, że mało brakowało, a mogłaby nie zdążyć na lawinę i nie osierocić córeczki.
Akcja ratunkowa po lawinie pod Żlebem Marcinowskich w 1956 roku
Z kolei naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego Jan Krzysztof zwrócił uwagę na to, że rok 1956 był szczególny pod względem ilości i skutków wypadków lawinowych. Intensywne opady śniegu i bardzo niekorzystne warunki sprawiły, że w marcu panowało bardzo duże zagrożenie lawinowe. Feralna lawina zeszła samoczynnie, a zniszczenie schroniska było bezprecedensowym zdarzeniem w historii polskich Tatr.
Schronisko w Dolinie Goryczkowej i zniszczenia po lawinie w 1956 roku
 - To była góra śniegu, belek, wszystko to razem pomieszane i oni zostali zepchnięci, byli blisko siebie, a Marcinowska obierała kartofle i nawet nożyk miała w ręku. To musiała być chwila, jak to się wszystko zwaliło - wspominał akcję ratunkową Michał Gajewski, ratownik TOPR.
Córka Marcinowskich wspominała, że jej ojciec niedługo przed tragedią miał przestrzegać, żeby nie robić zbyt dużej przycinki w lesie, ponieważ przy dużych opadach śniegu jest dużo prawdopodobieństwo zejścia lawiny. Jak widać, jego słowa okazały się prorocze...
Akcja ratunkowa po lawinie pod Żlebem Marcinowskich w 1956 roku

źródło: https://podroze.onet.pl/ciekawe/tragiczna-historia-nie-mieli-szans-lawina-zmiotla-schronisko-w-tatrach/ze0bppg

wtorek, 17 lutego 2026

2324. Święci z sąsiedztwa - biskup Jan Cieplak

Myślę, że każdy z nas w swoim środowisku ma wielkie postacie, takie, które zasługują na pamięć nie tylko przez jedno pokolenie, ale większą ilość osób. To tacy ludzie, którzy w jakiś sposób związani są z miejscem, w którym przebywamy. Jedni mogli się w nim urodzić, inni żyli przez całe swoje życie, a jeszcze inni przybyli w jego trakcie. 
Jedną z takich osób związanych z moim miejscem zamieszkania jest bez wątpienia arcybiskup Jan Cieplak, dzisiaj Sługa Boży, który urodził się w połowie XIX wieku na terenie ówczesnej kolonii Reden. W Dąbrowie mieszkał zaledwie kilka lat, co nie zmienia faktu, że został zapomniany czy też pominięty przez późniejsze pokolenia. Mamy ulicę jego imienia w dzielnicy Reden, znajdującej się na terenie wspomnianej osady, pamiątkowe tabliczki znajdują się na domie, w którym prawdopodobnie przyszedł na świat oraz na miejskiej bazylice, jest też patronem ronda znajdującego się w centrum miasta.
Szerzej jest jednak mało znany, nawet dla miejscowych. Kim był? Jak potoczyło się jego życie? Zapraszam do lektury (ostrzegam, będzie długo).
Ks. Walerian Meyszkiewicz,
1932 r (Wikomedia Commons)
Biskup Jan Cieplak
(Wikomedia Commons)
Przez miejscowych oraz historyków uważany jest za jednego z największych Polaków-kapłanów, niezłomnego obrońcy cywilizacji zachodniej przeciw rosyjskiej barbarii. Ksiądz Jan Cieplak był profesorem petersburskiej Akademii Duchownej, a mimo to lubił gonitwy oraz skoki przez ognisko z młodzieżą. Swoje heroiczne oblicze ukazał po przewrocie bolszewickim, kiedy jako najwyższy hierarcha katolicki w sowieckiej Rosji przez sześć lat bronił Kościoła, ryzykując przy tym każdego dnia swoje życie.
Skazano go na karę śmierci, jednak po interwencjach całego świata zamieniono ją na dziesięć lat więzienia. W 1924 roku został wydalony z Sowietów. Aktualnie trwa jego proces beatyfikacyjny. Rozpoczęto go w 1952 roku w Rzymie z inicjatywy prymasa Stefana Wyszyńskiego. Co ciekawe, utknął on za pontyfikatu Pawła po przeprowadzeniu przez postulatora, ks. prof. Waleriana Meysztowicza, etapów diecezjalnego i w Kongregacji Rytów. Jak w swoich wspomnieniach pisał ks. prof. Meysztowicz, potrzebne były jeszcze "animadversiones na naszą suplikę", tj. sformułowane na piśmie przez tzw. adwokata diabła. "Ale animadversiones, pomimo osobistej ustnej mojej prośby, przedstawionej na prywatnej audiencji Pawłowi VI, nie pojawiły się". A przecież to sam Paweł VI namawiał ks. Meysztowicza do podjęcia starań o tą beatyfikację.
Według Meysztowicza "można robić na ten temat różne domysły - wszystkie niepewne; wszystkie mogą kogoś urazić lub czyjś gniew obudzić".

"Trzeba, trzeba świętych Pańskich"
Nikodem / Borys Rotow
(Wikomedia Commons)
Przyczyną takiego stanu rzeczy mógł być szantaż bolszewików. Dla Jana XXIII, poprzednika Pawła VI, niezwykle istotne było, aby na Soborze Watykańskim obecni byli przedstawiciele sowieckiego prawosławia. Jego wizja zwołania "soboru ekumenicznego" został wykorzystany przez Moskwę, która za pośrednictwem przewodniczącego Wydziału Zewnętrznych Stosunków Cerkiewnych Patriarchatu Moskiewskiego, abp. Nikodema, postawiła pewien warunek: Watykan miał zamilknąć na temat komunizmu.
Nikodem mamił więc Watykan wizją "ekumenicznego" zbliżenia i za wiedzą papieża doprowadził do potajemnego spotkania z kard. Eugene'em Tisserantem, który był przewodniczącym Centralnej Komisji dla Przygotowania Soboru oraz znanym krytykiem orzeczeń Świętego Oficjum z lat 1949 i 1959, które zakazywało współpracy katolików z marksistami. Kardynał miał wówczas obiecać w imieniu papieża, że sobór powstrzyma się od wypowiedzi na temat komunizmu. Takie samo przyrzeczenie złożył w Moskwie przed rozpoczęciem soboru ks. prał. Johannes Willebrands, który był szefem Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan. Strona watykańska słowa dotrzymała.
Podczas pontyfikatu papieża Pawła VI polityka wschodnia
Watykanu była kontynuowana w nadziei na poprawę położenia Kościoła, dlatego zakończenie procesu beatyfikacyjnego męczennika komunizmu abp. Jana Cieplaka byłoby po prostu niewygodne. Sprawa została zapomniana, w dodatku śmierć ks. Meysztowicza w 1982 r. na jakiś czas wstrzymała dalsze postępowanie.

Pod opieką dobrych ludzi
"Uderzającą jego cechą były szczere, dobre, jasne oczy; mocne ręce były dziedzictwem po proletariackich, górniczych przodków" - pisał ks. Meysztowicz. 
Rodzina nosiła nazwisko "Ciepliński" do czasu, gdy pochodzący z Dąbrowy Górniczej dziadek Jana, po schronieniu się przed rosyjskimi prześladowaniami na Górnym Śląsku, zmienił nazwisko na "Cieplak". Wkrótce wrócił do bliskich, ale nazwisko zachował.
Jan wychowywał się niczym sierota. Matka zmarła dwa lata po jego urodzeniu (1857 r.), dzieckiem zaś zajęła się babka Katarzyna Bugajska. "Prosta to była wieśniaczka, ale o wielkim i szlachetnym sercu" - mówił o niej kapłan w późniejszych latach. Jako trzylatek zamieszkał u wuja, ks. Jana Bugajskiego, który był proboszczem w Krasocinie pod Włoszczową.
Pierwszy raz doświadczył przemocy ze strony Rosjan po upadku Powstania Styczniowego. Kozacki patrol zabrał z plebani jego wuja, który obiecał uczepionego sutanny malcowi, że niebawem wróci. I tak też się stało. Jednak gdy w 1873 roku Jan ukończył gimnazjum kieleckie ks. Bugajski zmarł.
Młodzieniec na poważnie myślał o wstąpieniu do seminarium duchownego. Niestety, kwota, którą pozostawił jego opiekun, mogła pokryć jedynie pierwszy rok nauki. Z pomocą przyszedł przyjaciel wuja, ks. Khaun, proboszcz kościoła w Minodze w powiecie olkuskim. Jan okazał się tak zdolnym i wyróżniającym się studentem, że po pięcioletnim kursie przełożeni zdecydowali się na wysłanie go na wyższe studia teologiczne do Akademii Duchownej w Petersburgu. Wyjechał jesienią 1878 r. i został tam 46 lat.

Ne cedat academia, ne cedat Polonia
Rzymskokatolicka Akademia Duchowna
w Petersburgu (fot. www.polskipetersburg.pl)
Jan trafił do stolicy carów, na jedyną wyższą uczelnię katolicką w imperium. Akademia Duchowna w Petersburgu została utworzona w 1842 roku, kiedy to przeniesiono tam wileńską Rzymskokatolicką Akademię Duchowną, która kontynuowała tradycje Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Wileńskiego zlikwidowanego w 1842 roku. Wbrew zamiarom zaborcy, jak wspominał w 1926 r. bp Zygmunt Łoziński, "Akademia stała się łącznikiem wszystkich diecezji w zaborze rosyjskim. Tam poznawaliśmy się między sobą i poznawaliśmy kraj cały, tam wyrabialiśmy poczucie jedności całego duchowieństwa katolickiego pod jarzmem rosyjskim [...]. Akademia rozpalała i wyrabiała gorącą miłość ojczyzny i dążności niepodległościowe względem Polski, a misyjne względem Rosji".
Tak więc Jan Cieplak trafił do największego polskiego ośrodka funkcjonującego w Rosji. Przebywający w nim Polacy współtworzyli kulturę, życie religijne i naukowe miasta. Dodatkowo metropolia dawała widoki na karierę i wabiła ludzi szukających pracy. Gdy zjawił się w Petersburgu, Polaków było tam ok. 30 tys., kiedy obronił doktorat w 1901 r., już ok. 50 tys., a w 1910 roku, kiedy już od dwóch lat piastował urząd biskupa pomocniczego w archidiecezji mohylewskiej - było ich ok. 65 tys.
Położenie księży katolickich obrządku łacińskiego i greckokatolickiego było nad wyraz trudne: byli nieustannie inwigilowani, podejrzewani o szerzenie polskości, izolowani od siebie, mogli wyjeżdżać poza miejsce zamieszkania tylko za zgodą władz. Ci, którym zabrano stałe dowody osobiste, traktowani byli na równi z włóczęgami. Za przekroczenie rządowych przepisów przewidywano dla nich karę grzywny, aresztu, więzienia, zamknięcia w byłych klasztorach katolickich objętych policyjnym dozorem, a nawet zsyłkami w głąb Rosji. Dodatkowo od połowy XIX wieku trwała bezwzględna rusyfikacja liturgii - inne narodowości imperium nie podlegały takim ograniczeniom.
Akademia Duchowna, jakby na przekór wszystkiemu, trwała i kształciła elity duchowieństwa, które po 1917 roku opierały się sowietyzacji.

Wykłady i gonitwy
Świeżo upieczony, zaledwie dwudziestopięcioletni magister teologii i dopiero co wyświęcony kapłan, w 1882 roku został, na propozycję rektora Akademii adiunktem. Co ciekawe, nie ukończył żadnych studiów zagranicznych, ani nie posiadał znaczącego dorobku naukowego. Możliwe to jednak było w szczególnych warunkach, w jakich funkcjonowała Akademia. Władze utrudniały jej kontakt z Watykanem oraz wyższymi uczelniami Zachodu. Ci, którym udało się wyjechać, studiowali pod przybranymi nazwiskami.
Na podstawie doktoratu o transsubstancji, ksiądz Jan Cieplak uzyskał w 1901 roku profesurę. Przez 26 lat wykładał teologię dogmatyczną. Został zapamiętany, jako człowiek dobroduszny, serdecznego w obejściu z ludźmi i... niewolniczo przywiązanego do podręczników. "Ksiądz profesor Cieplak nie dawał może uczniom wyników samodzielnych, oryginalnych studiów, lecz tego, czego ich uczył, nauczał sumiennie i gruntownie" - napisał jego przyjaciel, ks. Franciszek Rutkowski, który razem z nim miał stanąć w 1923 roku przed czerwonym trybunałem w Moskwie. Zaś ks. Józef Rakoszny dodawał: "Jako profesor nie był twórczy. Chociaż żadnych nowych horyzontów nam nie pokazywał, [...] to jednak wpajał w nas gorącą wiarę, uczył wierzyć po dziecięcemu".
Mogłoby się wydawać, że jego powołaniem była praca duszpasterska w gimnazjum żeńskim przy kościele pw. św. Katarzyny i w Zakładzie Wychowawczym dla dziewcząt przy generalnym domu Zgromadzenia Rodziny Maryi.
"Urocza Mikołajówka [dacza pod miastem] była ośrodkiem cudownych wycieczek, w których brał udział Czcigodny Ojczunio, ks. Jan Cieplak, późniejszy arcybiskup męczennik" - wspominała jedna z wychowanek. Inna z kolei dodawała: "Sadowiłyśmy się u jego nóg. Opowiadaniom nie było końca, a ks. Cieplak interesował się naszą nauką, pracą, żartował i zaśmiewał się, gdyśmy mu opowiadały o naszych figlach".
To właśnie tam, w Mikołajówce, kiedy płynąca Newą łódź z dziećmi na pokładzie uległa przewróceniu, nie zastanawiał się długo - zdarł z siebie sutannę i rzucił się w nurt rzeki. Dzięki temu uratował kilkanaście dziewczynek - dwóch już nie zdążył.
Podwieczorki z wychowankami, gonitwy, skoki przez ognisko niemłodego już kapłana, a jednak zupełnie inny obraz ks. prof. Cieplaka pozostał w pamięci jego studentów. Ks. bp Michał Godlewski pisał: "W bliższym kontakcie z alumnami nie pozostawał". 
"Rzadko spotykaliśmy się poza wykładami", przyznawał inny. Wszyscy jednak podkreślali jego nietuzinkową życzliwość i ciepło.
Polski biskup cieszył się dużą popularnością w polskich kręgach w Petersburgu, a jego praca jako katecheta wraz z działalnością m.in. w Towarzystwie św. Wincentego a Paulo i Towarzystwie Dobroczynności były powszechnie znane. Nic dziwnego, że 25-lecie jego profesury było świętowane przez całe polskie społeczeństwo zamieszkujące miasto.

Apostoł Syberii
Bp Jan Cieplak (fot. NAC)
W 1908 roku ponad pięćdziesięcioletniego profesora wyrwała z murów uczelni i obarczyła wielką odpowiedzialnością decyzja Piusa X o jego nominacji na biskupa pomocniczego nowego metropolity mohylewskiego abp. Apolinarego Wnukowskiego. Stanął u boku człowieka kierującego największą archidiecezją na świecie, która swoim terytorium obejmowała prawie całe imperium - od Finlandii, Łotwy i Estonii na zachodzie, przez Syberię, po Sachalin na wschodzie, od Morza Białego na północy po granicę z Chinami na południu.
Na ziemiach powierzonej mu archidiecezji żyły setki tysięcy katolików porozrzucanych po jej bezkresach: kościoły i kaplice oddalone były od siebie nawet o tysiące kilometrów. Kapłanów zaś pozostawiono samych sobie. Utrzymywani byli przez wiernych, ale nie mieli kontaktu ze swoimi zwierzchnikami. Nie było tradycyjnych parafii, a niektórzy katolicy mieli okazję zobaczyć księdza tylko raz w życiu. To były też czasy, kiedy nie było ani dróg, ani kolei.
Tym sposobem bp Jan Cieplak porzucił w miarę stateczne i przewidywalne życie akademickie, przemieniając się w prawdziwego człowieka czynu. Wkroczył na drogę, która po dziesięciu latach zawiodła go na stanowisko najwyższego hierarchy Kościoła katolickiego w sowieckiej Rosji oraz obrońcy katolików w rewolucyjnej zawierusze. Skromny i dotychczas zamknięty wcześniej w ramach swojej pracy, rzucił się teraz w wir spraw odległych od jego dotychczasowego doświadczenia.
Już rok później, w 1909 roku, wyruszył on z misją apostolską po archidiecezji, podczas której odwiedził ponad czterdzieści miejscowości. Szczególne znaczenie miała podróż przez Syberię, gdzie Polacy trafiali falami jako zesłańcy po powstaniach oraz od ok. 1890 roku przyjeżdżali za tzw. "chlebem" - inżynierowie, mechanicy oraz robotnicy przy budowie Kolei Transsyberyjskiej, a także chłopi, którym szybki rozwój Syberii i reformy Piotra Stołypina umożliwiały wzięcie za darmo wykarczowanej własnymi rękoma ziemi pod uprawę.
Podczas nabożeństwa w Czelabińsku płacz wiernych zagłuszał to, co do nich mówił. W Irkucku po procesji Bożego Ciała garnęły się do niego dzieci. W chabarowskim małym kościółku, w którym ksiądz bywał sporadycznie, na Mszy świętej pojawiło się niewielu ludzi, zaś egzamin młodzieży przed bierzmowaniem wypadł bardzo słabo. Na Sachalinie spotkał kilkuset Polaków, potomków zesłańców, którzy zostali pozbawieni opieki duszpasterskiej. W Charbinie poświęcił nowy kościół. W czasie tejże pielgrzymki udzielił sakramentu bierzmowania ponad 21,5 tys. osób. Po powrocie we wrześniu 1909 roku mówił o potrzebie sprowadzenia na Syberię zakonu misyjnego, które przeciwdziałałoby "zdziczeniu moralnemu" katolików. Kiedy wrócił, metropolita już nie żył. Po nominacji w 1910 roku abp. Wincentego Kluczyńskiego, wyjechał do diecezji mińskiej, podległej archidiecezji mohylewskiej. Tą wizytację przerwały władze, zarzucając mu "szowinizm religijny" i "polską propagandę polityczną".
Nie powstrzymało go to jednak przed podróżą do Rosji środkowej, którą odbył w 1911 roku.
Kolejne donosy pozbawiły go ostatnich uposażeń finansowych. Mimo to żartował, że dostał od "carskich opiekunów żółty bilet". Sprawiło to, że musiał zaprzestać dalszych wyjazdów.

"Nie idźcie w służbę złu"
Z momentem rezygnacji abp Kluczyńskiego ze stanowiska jeszcze przed wybuchem wojny w 1914 roku, zarządzanie archidiecezją powierzono biskupowi Cieplakowi. Jako administrator apostolski, a zarazem najwyższy hierarcha katolicki w Rosji, musiał stawić czoło zarówno zawierusze wojennej, jak i rewolucyjnej. Nie szczędził więc sił, aby nieść pomoc ludziom dotkniętym pożogą wojenną, głodem i bezdomnością w byłym Królestwie Polskim i w Małopolsce. Za jego sprawą Towarzystwo św. Wincentego a Paulo przesyłało przez Szwecje znaczne kwoty dla głodnych dzieci w Warszawie.
"Niech nie będzie w archidiecezji ani jednej parafii, w której nie byłoby zorganizowane jakieś dzieło pomocy" - nawoływał w liście do wiernych w listopadzie 1915 r., gdy dotarła wielka fala uchodźców z ziem zajętych przez wojska niemieckie. Wspierał jak mógł Towarzystwo Pomocy Ofiarom Wojny w Petersburgu i Centralny Komitet Obywatelski oraz mnóstwo instytucji charytatywnych, przytułków, ochronek, czy też szkół dla uchodźców. Wysyłał kapłanów wraz z pomocą do obozów jenieckich, w których ludzie umierali z ran, głodu i mrozu.
Po abdykacji cara Mikołaja II nie zaprzestał starania o zwrot świątyń, wysyłając do pierwszego premiera Rządu Tymczasowego księcia Gieorgija Lwowa specjalny list w tej strawie. W marcu 1917 roku został członkiem dopiero co powstałej Komisji Likwidacyjnej ds. Królestwa Polskiego, która pracowała nad usunięciem zależności ziem polskich od Rosji. Na sercu leżał mu los Korpusów Polskich, dla których ustanowił duszpasterstwo wojskowe.
W Rosji powiało wolnością: powstawały nowe kaplice, z ukrycia wyszły organizacje katolickie i zgromadzenia zakonne. Biskup zorganizował pierwsze jawne obchody 3 maja 1917 roku we wszystkich kościołach Piotrogrodu oraz w setną rocznicę urodzin Tadeusza Kościuszki przypadającą w październiku.
Mimo wszystko były to czasy niespokojne, do władzy doszły bowiem bolszewickie rady robotnicze. Duchowny zdecydowanie stanął do walki o dusze swojej owczarni, przestrzegając wiernych przed komunistami: "Nie idźcie w służbę złu, brońcie swej duszy przed zatraceniem".

Z tłumem pod budynek Czeka
Metropolita mohylewski abp Edward Ropp (w okularach)
i abp metropolita lwowski obrządku greckokatolickiego
Andrzej Szeptycki (z prawej), Poznań, 1930 r. (fot. NAC)
Rząd Tymczasowy nie przetrwał nawet ośmiu miesięcy, zaś ingres nowego arcybiskupa mohylewskiego Edwarda Roppa odbył się już pod rządami bolszewików, którzy w nocy z 25 na 26 października dokonali przewrotu. Po aresztowaniu abp. Roppa w kwietniu 1919 roku za protest przeciwko dekretowi bolszewickiemu z 23 stycznia 1918 roku o rozdziale Kościoła od państwa i rozporządzeniom odbierającym Kościołowi osobowość prawną oraz całe mienie, jak też zakazującym nauczania religii, bp Cieplak znów przejął ster Kościoła w Rosji.
Po wyczerpaniu wszystkich sposobów uwolnienia skazanego na śmierć abp. Roppa, ksiądz Cieplak odprawił Mszę świętą w kościele pw. św. Katarzyny, po czym ruszył z wiernymi pod siedzibę czaka, gdzie doszło do starć z czerwonogwardzistami. Ponieważ był ubrany po cywilnemu, nie rozpoznano go, a tym samym nie aresztowano, ale ponad 80 osób dostało się w ręce policji politycznej. Arcybiskupa Roppa władze sowieckie przekazały Polsce w ramach wymiany więźniów w listopadzie 1919 roku. 
Nic dziwnego, że biskup Cieplak jawił się bolszewikom jako nieustępliwy obrońca Kościoła. Zachowały się jego listy interwencyjne do władz sowieckich.
"Aresztowano księży w Połocku i Mohylewie. Od dawna głębi się wielu księży w więzieniach Witebska i Smoleńska, w Homlu tamtejszy ksiądz został rozstrzelany. Narastające represje nie pozwalają oddawać ostatniej posługi umierającym, chrzcić dzieci, udzielać ślubów. Lud burzy się i nie pojmuje przyczyny prześladowania jego religii" - tak pisał we wrześniu 1919 roku do Michaiła Kalinina, który był przewodniczącym Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego w Moskwie.
Ponieważ praktycznie każdy akt wymierzony w Kościół spotykał się z natychmiastową reakcją bp. Cieplaka, Czeka aresztowała go w kwietniu 1920 r. Duchowny został jednak zwolniony po dwóch tygodniach, pomimo tego, że odmówił podpisania deklaracji o bezwzględnym posłuszeństwie władzy sowieckiej. Po raz drugi został zatrzymany w 1922 roku, tym razem na dwa dni. Jednak jeszcze nie nadszedł czas na ostateczną rozprawę z hierarchą, który na początku tegoż roku odważył się na założenie tajnego seminarium duchownego po ewakuacji w 1918 roku Akademii Duchownej do Lublina.

Walka o relikwie męczennika
Biskup Jan Cieplak usiłował dochodzić praw katolików za pośrednictwem Poselstwa RP w Moskwie. "Pomimo noty złożonej Sowietom przez Rząd Polski, pomimo telegramu Ojca św. o wykupieniu rzeczy świętych, zabranych z kościołów, represje względem katolików nie tylko nie ustają, ale owszem w ostatnich czasach się wzmagają. W kilku kościołach odważono się otworzyć gwałtem tabernakulum, aby stamtąd zabrać puszkę srebrną" - żalił się 30 maja 1922 roku.
Relikwie św. Andrzeja Boboli, 1938 r.
(fot. domena publiczna)
Biskupowi udało się odeprzeć pierwszy zamach na cudownie zachowane szczątki beatyfikowanego w 1853 roku Andrzeja Boboli, znajdujące się w połockim kościele. W sierpniu 1919 roku bolszewicy zażądali jego obecności przy otwarciu trumny. Ksiądz Cieplak zaprotestował przeciw temu świętokradztwu, jednak jego pismo minęło się w drodze z kolejnym, które informowało, że do Połocka wyjechała już odpowiednia komisja i domagającym się na miejscu "obecności katolików". Żądanie to spotkało się ze stanowczą odmową wysłania przedstawicieli. Wówczas bolszewicy ustąpili, ale tylko na dwa lata.
23 czerwca 1923 roku sowieccy żołnierze otoczyli kościół w Połocku. Wyważyli zamek, po czym w gniewie złamali biskupią pieczęć na trumnie błogosławionego Andrzeja Boboli. Jeden z czerwonoarmistów zdarł z jego ciała szaty, a albę podarł na strzępy. Wobec tych wydarzeń przy trumnie stanęła straż. Dwa dni później wojsko zawróciło, zaś biskup Cieplak wystosował do władz depeszę: "Uważając czyn ten za prowokujący i bezprawny [...] domagam się zaniechania dalszych czynności".
20 lipca bolszewikom udało się wykraść relikwie i wywieść je w nieznanym kierunku. Interwencja biskupa polegała na wysyłaniu kolejnych listów do Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego (WCIK) z żądaniami zwrotu relikwii. Były one utrzymywane w takim tonie, w jakim nikt nie odważyłby się wtedy mówić do władz bolszewickich.
Niebawem relikwie bł. Andrzeja Boboli zostały wystawione w moskiewskim Gmachu Higienicznym Wystawy Ludowego Komitetu Zdrowia, a następnie zamknięte w piwnicy. W końcu we wrześniu 1923 r., kiedy biskup Cieplak przebywał już w więzieniu, Sowieci wydali ciało błogosławionego przedstawicielom papieskiej misji ratunkowej dla głodujących Rosjan, amerykańskim jezuitom Edmundowi Walshowi i Leonardowi Gallagherowi. Przez Odessę i Konstantynopol dotarło do Rzymu we wspomnienie Wszystkich Świętych w 1923 roku. Do Polski trafiło dopiero w czerwcu 1938 roku.

Podniósł rękę do ostatniego błogosławieństwa
Moskiewski proces abp. Jana Cieplaka,
ks. Konstantego Budkiewicza i innych księży;
po prawej przy małym stoliku w środku
prokurator Nikołaj Krylenko, 1923 r.
(fot. gazetapetersburska.org)
Pod koniec 1922 r. abp. Cieplaka, jego bliskiego współpracownika ks. Konstantego Budkiewicza oraz trzynastu innych kapłanów wezwano do Moskwy, gdzie wszyscy zostali zatrzymani i osadzeni w więzieniach na Butyrkach. Od 21 do 25 marca 1923 roku odbywał się ich głośny pokazowy proces przed Sądem Najwyższym. Duchownym zarzucono, że "stworzyli kontrrewolucyjną organizację katolicką", za co groziła kara śmierci. Oskarżyciel Nikołaj Krylenko krzyczał: "Paść winien Cieplak, aby wiedziano, że nie ma nikogo, kto by stał tak wysoko, żeby go nie mogła dosięgnąć sprawiedliwość sowiecka. Paść winien Budkiewicz, jego główny doradca!".
Nocą z 25 na 26 marca zapadł wyrok skazujący arcybiskupa Cieplaka i prałata Budkiewicza na śmierć. Sowieci zapowiedzieli, że zostanie on wykonany w ciągu najbliższych 72 godzin. Pozostałych oskarżonych, wśród nich ks. Rutkowskiego, skazano na wieloletnie więzienie.
"Sceny końcowej nie zapomną nigdy ci, którzy byli jej świadkami. Kobiety poczęły się przedzierać ku ławom skazańców, by otrzymać błogosławieństwo arcybiskupa [...], starały się wyrwać przytrzymującym je żołnierzom; niektóre z nich klęczały, inne padały na twarze, płacząc. Więźniowie stali wciąż jeszcze na estradzie, zaś arcybiskup, zwrócony ku publiczności, podniósł rękę do ostatniego błogosławieństwa" - pisał brytyjski dziennikarz, Francis Mac Cullagh. Już następnego dnia premier Władysław Sikorski mówił: "Zainicjowaliśmy u wszystkich rządów państw zachodnich kontrakcję przeciwko gwałtom bolszewickim, które doprowadziły w konsekwencji do jednolitego protestu ze strony świata cywilizowanego".
Apele do komisarza spraw zagranicznych Georgija Cziczetrina o uwolnienie skazanych płynęły ze wszystkich stron. Intensywne starania podjął chociażby Watykan. W brytyjskiej Izbie Gmin dyskutowano nad wydaleniem z Wielkiej Brytanii sowieckich przedstawicieli handlowych. Po apelu Senatu USA do rządu o stanowcze posunięcia sekretarz stanu podjął działania za pośrednictwem ambasady niemieckiej. Swoje oburzenie wyraził przywódca francuskich socjalistów Edouard Herriot. Prośbę o ocalenie życia ofiarom reżimu przysłała nawet Brazylia. Protesty złożyli w stolicy Sowietów przedstawiciele wielu państw.

Na Butyrkach czekał ostatniej godziny
Ks. Konstanty Budkiewicz
(fot. www.vaticannews.va)
Pod naciskiem międzynarodowej presji władze sowieckie zmieniły wyrok Arcybiskupa Cieplaka na dziesięć lat łagrów i przeniosły na Butyrki. Nie zgodziły się jednak na ustępstwo w sprawie ks. Budkiewicza. Został on zamordowany na moskiewskiej Łubiance nocą z Wielkiej Soboty na Wielkanoc 1923 roku.
Arcybiskup został umieszczony w osobnej celi. Żaden z osadzonych w więzieniu więźniów nie mógł być pewnym, czy dożyje następnego dnia. W nocy wśród murów rozbrzmiewały krzyki ludzi, którzy byli mordowani bez wyroków śmierci, dlatego też i on mógł obawiać się takiego skrytobójstwa. Warunki były okropne: panował głód, robactwo, brud i zaduch ludzkich odchodów. Na pół godziny wpuszczano do niego ojca Walsha, który przekazywał skazanemu błogosławieństwo od samego papieża. Hierarcha, chociaż z dnia na dzień coraz słabszy, nie tracił ducha. Uczył się włoskiego, o czym pisał w licznych listach, dziękował za życzenia nadsyłane przez przyjaciół, prosił też o modlitwę, by mógł wyjść na wolność "rześki i silny na duchu i mógł służyć ze zbawiennym pożytkiem Kościołowi świętemu". Zdawał sobie sprawę z tego, że coraz bardziej podupadał na zdrowiu, "Nie wiem, czy wystarczy mi sił, żeby przeżyć zimę. Lecz niech się dzieje wola Boża" - pisał w listopadzie 1923 roku.
W marcu 1924 roku WCIK zdecydował o wydaleniu biskupa poza granice Rosji Sowieckiej. Być może postanowienie to zapadło z obawy przed kolejnym wystąpieniem papieża, który już raz publicznie poruszył sprawę skazanych kapłanów - dlatego informacja ta została przekazana Watykanowi już 24 marca. Władzom sowieckim, które starały się otumanić świat wizją "kraju wolności", nie po drodze było z publicznym mówieniem o prześladowaniach względem Kościoła.
Arcybiskup Cieślak nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Kiedy przewieziono go na Łubiankę i wepchnięto do samochodu, był niemal pewien, że oto właśnie nadeszła jego ostatnia godzina. Nawet, kiedy kazano mu wsiąść z dwoma czekistami do pociągu do granicy z Łotwą, był przekonany, że jedzie na miejsce stracenia. Tymczasem 9 kwietnia na ziemi między granicami sowiecką i łotewską kazano mu wysiadać. Usłyszał, że jest wolny - dostał swój paszport z wizą łotewską, śledzia, kawałek chleba... i ani jednego grosza. W łotewskim pociągu do Rygi musiał wyjaśnić konduktorowi, że nie ma pieniędzy, ponieważ właśnie wyszedł z bolszewickiego więzienia. I podał swoje nazwisko, które zrobiło na konduktorze niemałe wrażenie. 
Powrót hierarchy do kraju musiał być co chwilę przerywany, ponieważ tłumy ludzi chciały koniecznie go powitać. "Spełniłem tylko swój obowiązek" - powiedział skromnie do zgromadzonych na dworcu w Wilnie.
Powrót abp. Jana Cieplaka z niewoli rosyjskiej, 1924 r. (fot. Wikimedia Commons)
W Warszawie, chociaż umęczony długą podróżą, pojechał z dworca karetą, która była ciągnięta była przez młodzież do kościoła o. Kapucynów, aby odprawić dziękczynną Mszę świętą. Honory przyjmował z pokorą, a do biskupa Antoniego Nowowiejskiego pisał: "Poznałem siebie dobrze, za łaską Bożą, w więzieniu i widzę swą nicość i niegodność". Na Jasnej Górze modlił się w intencji pozostałych w więzieniu kapłanów.

"Tułał się po Rzymie"
W maju przybył do Rzymu, gdzie oczekiwał go papież. "Od tej wizyty miało wiele zależeć. Chodziło przede wszystkim o to, jaki posterunek otrzyma i gdzie na stałe zamieszka. Ta troska przez dwa niemal lata stanie się dlań powodem wielu udręczeń, a nawet upokorzeń" - pisał ks. Rutkowski.
Podczas spotkania z papieżem Piusem XI arcybiskup poprosił go o zgodę na powrót do Rosji. W samym Rzymie nie miał z czego żyć, dlatego polski rząd przyznał mu miesięczną pensję. Wzbraniał się, ponieważ, jak sam przyznawał, nie był biskupem w Polsce i dla Polski na żadnym urzędowym stanowisku nie pracował, nie chciał tym samym pozostawać na łaskawym chlebie rządu".
Zaproponowaną pensję jednak przyjął - bądź co bądź było to jego jedyne oparcie materialne w Rzymie. Od zaprzyjaźnionych zakonnic otrzymał ciepłą odzież oraz filcowe buty na zimę. Kapłan zamieszkał w domu księży zmartwychwstańców. Otrzymał propozycję zaproszenia do Castel Gandolfo, z której jednak nie skorzystał. Nie chciał bowiem znaleźć się na uboczu życia w nowym schronisku dla biskupów - emerytów.
Wciąż czekał na przydzielenie mu nowych obowiązków, a czas wypełniały mu m.in. uroczystości religijne, spotkania z biskupami z całego świata oraz wiernymi, w tym z rzeszą rosyjskich emigrantów, a także z politykami (np. z Ignacym Paderewskim). Uczestniczył też w Kongresie Eucharystycznym w Palermo oraz w uroczystości przeniesienia relikwii bł. Andrzeja Boboli z kaplicy pałacowej papieża do kościoła Il Gesu, starał się też o jego kanonizację i sprowadzenie relikwii do Warszawy. Odwiedził Neapol, aby zobaczyć cud św. Januarego.
"Byłem, przyznam, niewiernym Tomaszem, [...] w końcu na moją prośbę Monsignor dał mi do rąk ampułkę [...] i już nie miałem wątpliwości, że widziałem krew w stanie płynnym" - wspominał.
Bł. bp Antoni Nowowiejski
(fot. www.swietymarcin.org.pl)
Mimo natłoku zajęć napisał do biskupa Antoniego Nowowiejskiego: "Jestem tu tułaczem niemającym swojego kąta i kiedy, i gdzie go znajdę, i czy go znajdę?". Jego los w dalszym ciągu był nierozstrzygnięty. "Tułał się po Rzymie" - wprost pisał ks. Rutkowski.
Tymczasem Watykan, polskie władze oraz Ambasada RP przy Watykanie rozważały różne projekty. Mówiło się o nadaniu mu godności kardynalskiej, ale arcybiskupowi Cieplakowi zbytnio się do niej nie spieszyło: "Musiałbym siedzieć tutaj, gdzie wszystko człowiekowi takie obce, obce..." - pisał w liście do jednego z przyjaciół. Pragnął wrócić do kraju i osiąść jako sufragan przy biskupie Nowowiejskim w Płocku. Jednak jego największym marzeniem był powrót nad Newę, z oczywistych względów niemożliwy.
"Jeszcze Ojciec Święty nie wypowiedział się co do mnie. Myślę, że prędko wezwie mnie do siebie i da do wyboru: zostać w Rzymie lub wracać do Polski. Jeśli kwestia będzie tak postawiona, to jużcić wracam do Polski kochanej" - pisał w liście z maja 1924 roku.

"Czy ja to wszystko wytrzymam?"
Abp Jan Cieplak w Milwaukee, USA,1925 r.
(fot. gazetapetersburska.org)
Niespodziewana zmiana jego sytuacji nastąpiła jesienią 1925 roku za sprawą zaproszenia od Polonii amerykańskiej. Sześćdziesięcioośmioletni kapitan wyruszył do USA z akceptacją papieża, uznawszy, że taka jest Boża wola. Na odjezdnym napisał do biskupa Nowowiejskiego: "Toż taka dal i włóczyć się trzeba od miasta do miasta - w odmiennych warunkach - w zimie, która nadchodzi. Czy ja to wszystko wytrzymam?".
Jego dwunastotygodniowy pobyt był, jak pisze ksiądz Rutkowski "triumfalnym pochodem, ale przede wszystkim jakby propagandą głębokiej myśli katolickiej. [...] Jako katolicy mogli Polacy amerykańscy wskazać na arcypasterza i powiedzieć innym katolikom: >>Patrzcie, ten sędziwy kapłan to męczennik za naszą wspólną wiarę. Polska też służy Kościołowi [...]<<".
W Nowym Jorku, do którego przybył w listopadzie, witało go 10 tys. wiernych i dwustu księży. W Waszyngtonie został przyjęty przez samego prezydenta Calvina Coolidge, któremu gorąco dziękował za interwencje władz amerykańskich po jego aresztowaniu u Sowietów. 
Nagrobek abp. Jana Cieplaka
 wykonany przez Bolesława Bałzukiewicza,
Katedra Wileńska, 1929 r.
(fot. Biblioteka Narodowa)
I właśnie w Ameryce dostał w grudniu 1925 roku wiadomość, że droga do kraju stoi przed nim otworem. Od dawna spodziewana rezygnacja wileńskiego biskupa, błogosławionego już Jerzego Matulewicza, którego władze RP oskarżały o sprzyjanie duchownym z Litwy, pozostawiła nieobsadzony wakat. W ten sposób pierwszym arcybiskupem wileńskim został mianowany właśnie Jan Cieplak. Na objęcie stanowiska pozostawiono mu cztery miesiące, dlatego zmuszony był skrócić swój pobyt w USA. Mimo to udało mu się odwiedzić 375 parafii w 25 diecezjach.
"Od rana do nocy jestem zajęty - pisał do biskupa Nowowiejskiego - formalnie ani chwili wolnego czasu".
Podróż do Ameryki, choć z całą pewnością ciekawa i ekscytująca, to jednak przerosła jego siły. W Nowym Jorku, gdzie pojawił się na kilka dni przed zaplanowanym na 25 lutego 1926 roku wyjazdem, był już solidnie przeziębiony. Chociaż zemdlał w hotelu, w którym przebywał, udał się jeszcze na bankiet Polonii. Następnie z wysoką gorączką wyjechał do Passaic. Kolejnego dnia przeniesiono go do szpitala. Niestety, wysiłki lekarzy na nic się nie zdały, a arcybiskup zmarł 17 lutego na zapalenie płuc. Polski już nie zobaczył. Jego ciało zostało sprowadzone do kraju i pochowane w katedrze wileńskiej.
Pośród dokumentów pozostawionych przez błogosławionego Stefana Wyszyńskiego, więźnia komunizmu, znaleziono gryps na płótnie wysłany przez arcybiskupa Cieplaka zza krat do bratanic biskupa Nowowiejskiego. Nie do końca jasne jest, w jaki sposób trafił on w ręce Prymasa Tysiąclecia, wiadomo jednak, że bliski był mu najwyższy hierarcha Kościoła Rosji i mąż stanu, który na długo przed nim powiedział bolszewikom "non possumus".

środa, 28 stycznia 2026

2316. Jeden z najmłodszych członków Cichych Robotników Krzyża

Postać Sługi Bożego Angielino Bonetty, który odszedł z tego świata w wieku zaledwie 13 lat na skutek choroby nowotworowej, już kilkakrotnie przemknęła mi w odmętach Internetu. Nigdy jednak specjalnie nie zgłębiałam się w jego biografię, ale kojarzę kilka zdjęć tego jednego z najmłodszych członków Cichych Robotników (Pracowników) Krzyża. Dziś przez przypadek zobaczyłam wzmiankę o nim na facebookowej tablicy. Okazało się, że przypada 63 rocznica narodzin dla Nieba włoskiego chłopca, którego pokora wobec losu połączona z głęboką wiarą mogłaby zawstydzić niejednego z nas. Mnie na pewno zawstydza. 
Angiolino urodził się 18 września 1948 roku w Cigole, niedaleko Brescii (miasto w północnych Włoszech) w rodzinie Francesco Bonetty oraz Giulii Scarlatti. Chociaż rodzina była uboga materialnie, nie przeszkodziło jej to w byciu bogatą w miłość oraz czerpaniu autentycznej radości ze swojej wzajemnej obecności. Chłopiec uczęszczał do szkoły prowadzonej przez siostry kanonsjanki. To one zauważyły żywy płomień wiary, który charakteryzował malca. To one przygotowały go do Pierwszej Komunii Świętej już w wieku 6 lat. Angiolino równie szybko został ministrantem. Zostawał też po skończonych lekcjach u sióstr, żeby pomagać im przy klasztorze, ale też po to, aby po prostu z nimi być. Zawsze był żywy, radosny i bystry, a jego ulubioną zabawą była gra w piłkę nożną.
W pewnym momencie Angiolino zaczął kuleć oraz uskarżać się na ból w prawej nodze. Jego rodzice na początku bagatelizowali problem, kładąc to na karb żywotności i obrotności synka, przy której o stłuczenie, przewrócenie się, skaleczenie czy inne kontuzje nie trudno. Kiedy jednak ból nie ustępował, zaniepokojeni rodzice udali się z nim do lekarza. Po serii przeprowadzonych w szpitalu badań lekarze zdiagnozowali u ich syna nowotwór: mięsaka kościopochodnego kości piszczelowej
Dwa lata po wystąpieniu pierwszych objawów chirurdzy zdecydowali się na amputację nogi. Młodzieniec miał wtedy tylko 13 lat. Po operacji Angiolino doświadczał bólu zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Na przykład wyobrażał sobie, że w dalszym ciągu ma nogę, w której odczuwał ból.
W trakcie choroby nasiliło się w nim poczucie obecności Jezusa i siła modlitwy, w szczególności zwracania się do Najświętszej Maryi Panny. Choć początkowo zmaganie się z chorobą i spowodowanym nią bólem było dla niego trudnym doświadczeniem, to z czasem nauczył się je ofiarować w wybranych przez siebie intencjach. Pomogło mu to w zdobyciu cierpliwości i pokoju serca. Ważny wpływ wywarła na nim książka o Fatimie i zawarta w niej prośba Maryi, aby ofiarować swoje cierpienia w intencji nawrócenia grzeszników. Chłopiec tą prośbę potraktował bardzo serio. Był to wstęp do spotkania przyszłego błogosławionego, który nauczył go porządkować tylko dobre pragnienia - 1 maja 1962 spotkał Alojzego Novarese. W tym samym czasie wraz z innymi chorymi uczestniczył w pielgrzymkach do Lourdes. To tam podczas rekolekcji spotkał Novaresego. Novarese wiedział, że choroba nastolatka jest nieuleczalna i zaproponował mu włączenie się do ruchu Cichych Robotników Krzyża.
Cisi Robotnicy (bądź też Pracownicy) Krzyża to stowarzyszenie założone w 1950 roku przez włoskiego kapłana, błogosławionego już Alojzego Novarese. Ma ono charakter wspólnoty osób konsekrowanych: kapłanów oraz wiernych świeckich zaangażowanych w uświadamianie ludziom chorym i niepełnosprawnym chrześcijańskiego sensu ich cierpienia.
Tymczasem choroba Angiolina nadal postępowała. On sam musiał dzielić czas między domem, a szpitalem. Pewnego razu jego koledzy z klasy wpadli na pomysł, aby wysłać mu kartkę z pozdrowieniami. Chcieli tym samym dodać mu otuchy.
Ucieszony tym gestem chłopiec odpisał im: "Drodzy koledzy, pragnę podziękować Wam za kartkę, którą mi przesłaliście. Czuję się umocniony kiedy myślę, że moi koledzy myślą o mnie i modlą się w mojej intencji. Odwzajemniając to, co Wy dla mnie robicie, prosząc w modlitwach Boga, bym mógł wyzdrowieć jak najszybciej, ofiaruję Maryi całe moje cierpienie, abyście z Jej pomocą byli czyści, posłuszni i uczący się*".
Pewnej nocy powiedział do swojej matki: "Gdybym wkrótce umarł, to co byś zrobiła?" Ona niemal natychmiast mu odpowiedziała: "Wspólnie wykonalibyśmy wolę Bożą". To stwierdzenie uspokoiło Angiolino, który przeczuwał, że czas jego ziemskiego życia dobiega końca. Zmarł 28 stycznia 1963 roku wpatrując się w figurkę Madonny. Prawie 60 lat później, w 2020 roku, papież Franciszek potwierdził heroiczność jego cnót.

* Nie pytajcie o co chodzi, tak jest w oficjalnym tłumaczeniu, które znalazłam

poniedziałek, 26 stycznia 2026

2314. Czasami "ten zły" niesie największą pomoc

Koniec stycznia i przypadający wtedy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu powodują, że telewizja zaczyna nadawać więcej filmów poświęconych tej tematyce. Tych zaś nie brakuje, tak samo produkcji polskiej, jak i zagranicznej. Pamiętam, jak w lutym 2002 roku, jako jedenastoletnie dziecko pierwszy raz świadomie obejrzałam jeden z nich, nota bene do dzisiaj mój ulubiony, "Lata dzieciństwa" i tak zaczęło się moje zainteresowanie tym tematem. W ogóle żałuję, że ten film jest tak trudno dostępny (mnie rodzice kupili go na kasecie VKS, chociaż założę się, że tata też go kupił dlatego, że sam chciał go zobaczyć) i właściwie niepuszczany w telewizji, bo wydaje mi się idealny do wprowadzenia dzieci w tematykę. Niedrastyczny i opowiedziany z perspektywy świata widzianego oczami kilkuletniego dziecka. Coś w rodzaju "Chłopca w pasiastej piżamie". I to dzięki niemu poznałam piosenkę "Gam, Gam, Gam", zanim jeszcze stała się sławna.
W ogóle scena na tym drugim filmiku, w której siedmioletni Jona widzi zmarłego ojca i odzyskuje swoją dziecięcą radość, będąca finałową sceną filmu, jest jedną z moich ulubionych w filmografii, i wielokrotnie była odtwarzana w moich dziecięcych zabawach.

W ostatnich dniach różne stacje telewizyjne wyemitowały oscarową produkcję "Pianista" w reżyserii Romana Polańskiego. Jest to przedstawienie postaci znanego w okresie międzywojennym, ale też po wojnie, pochodzącego z Sosnowca pianisty, Władysława Szpilmana. Szpilmanowie byli Żydami, toteż doświadczyli piekła Holokaustu. Zamknięci w warszawskim getcie, w większości wywiezieni do Treblinki, gdzie stracili życie. Z całej rodziny ocalał tylko Władysław, który do końca wojny musiał się ukrywać, czy to u znajomych, czy też w ruinach Warszawy.
W filmie jest wiele scen, które mnie wzruszają. Jedną z nich jest ta, kiedy Władysław zostaje znaleziony przez niemieckiego oficera. Sytuacja kuriozalna, Szpilman wie, że to jego koniec, że tamten wkrótce go zabije, bo takie było prawo, a z prawem się nie dyskutuje. Tym bardziej, że muzyk ma typowo semicki wygląd. Tymczasem wywiązuje się rozmowa, podczas której Władysław mówi wprost, że gra na pianinie. Traf chciał, że w zbombardowanym i opuszczonym mieszkaniu był ten instrument. Tamten poprosił Szpilmana, aby dla niego coś zagrał. I tak oto, ponad zniszczonym i obróconym w proch miastem, poniosły się piękne takty muzyki Chopina. Wzruszony oprawca nie tylko nie zastrzelił utalentowanego Żyda, ale wręcz pomagał mu tak długo, jak tylko mógł.
Mogłoby się wydawać, że jest to wymysł reżysera, który też przeżył Holokaust ukrywany u polskich rodzin. No bo jak Niemiec mógł ocalić nieznanego sobie wcześniej Żyda i jeszcze pomagać mu przynosząc jedzenie i oddając ciepły płaszcz? Tymczasem jest to historia jak najbardziej prawdziwa, wielokrotnie przytaczana po latach przez samego artystę. Zresztą sami przeczytajcie:


Niemiecki oficer wyznał, że "wstydzi się za swój naród". To spotkanie ocaliło pianistę

W dowód wdzięczności za uratowanie życia, Władysław Szpilman otworzył swój pierwszy powojenny koncert w warszawskim radiu tym samym "Nokturnem c-moll", który zagrał niemieckiemu oficerowi w listopadzie 1944 r. w opuszczonym domu przy Alei Niepodległości 223. To wtedy doszło do spotkania, które miało zaważyć na całym życiu pianisty - i zaowocować jednym z najbardziej poruszających filmów we współczesnej kinematografii. Oto historia relacji, która przywraca wiarę w człowieka.

Władysław Szpilman i Wilm Hosenfeld sportretowani w filmie "Pianista" w reż. Romana Polańskiego (EPA / DPA / PAP)
23 września 1939 roku Władysław Szpilman, wśród ogłuszającego huku bomb, ledwo mogąc dosłyszeć dźwięki fortepianu, grał przez pół godziny recital utworów Fryderyka Chopina w rozgłośni Polskiego Radia. Tamtego dnia niemieckie bombardowania na lata przerwały funkcjonowanie rozgłośni.

Polski Robinson
Wojenne losy cudem ocalałego Władysława Szpilmana były gotowym materiałem na film. Mało kto dziś pamięta, że pierwsze próby przeniesienia wspomnień wybitnego pianisty na wielki ekran podjęto tuż po zakończenia wojny. Autorami scenariusza pt. "Robinson Warszawski" byli Czesław Miłosz i Jerzy Andrzejewski. W trakcie prac nad scenariuszem filmowa historia zaczęła jednak coraz bardziej odbiegać od pierwowzoru - był koniec lat 40., Polska była areną gwałtownych zmian politycznych: cenzura wprowadziła do oryginalnego scenariusza tyle zmian, że obraz finalnie miał już niewiele wspólnego z relacją samego Szpilmana. Film miał premierę w 1950 roku, wyszedł pod tytułem "Miasto nieujarzmione". Miłosz ostatecznie wycofał swoje nazwisko z czołówki filmu.
Ci, którzy znali relację Szpilmana, jego dramatyczną historię odczytywali jako uniwersalną opowieść o współczesnym, "warszawskim Robinsonie": osadzonej w realiach Zagłady historii o samotności i skrajnej bezbronności człowieka, którego ratuje wola przetrwania.
Szpilman przeżył zarówno zagładę getta żydowskiego, jak i całej Warszawy, miesiącami ukrywając się w jej gruzach. Po upadku powstania i wysiedleniu ludności pozostał w na wpół wypalonej kamienicy. "Byłem teraz sam, z odrobiną sucharów na dnie torebki i brudną wodą w wannie jako całym zapasem żywności" - wspominał.
Po wojnie spisał swoje wspomnienia, wydane w 1946 r. w formie książki "Śmierć miasta". Według pamiętników Szpilmana Roman Polański nakręcił uhonorowany licznymi nagrodami, w tym trzema Oscarami, film "Pianista". W artystę wcielił się Adrien Brody, natomiast niemieckiego oficera zagrał Thomas Kretschmann. Film odniósł ogromny sukces.

Spotkanie z niemieckim oficerem. Historia prawdziwa
Szpilman w trakcie wojny wielokrotnie otarł się o śmierć. Już w pierwszych miesiącach okupacji wraz z ojcem i bratem zostali złapani przez patrol żandarmerii, gdy po godzinie policyjnej wracali do domu. "Zanim zdołaliśmy zorientować się, co zamierzają, postawili nas twarzami do ściany, odeszli parę kroków i odbezpieczyli karabiny. Tak więc miała wyglądać nasza śmierć (...). Usłyszałem, jak ktoś powiedział: >>To jest już koniec!<<. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to był mój własny głos". Stał się jednak cud, a żandarmi zmienili zdanie - i pozwolili im odejść.
Film Polańskiego upamiętnia niecodzienne spotkanie kompozytora z niemieckim oficerem, który natrafił na niego w kryjówce przy alei Niepodległości 223, gdzie pianista ukrywał się od kilku miesięcy. Tak wspominał to spotkanie sam Szpilman:
"Opadłem na krzesło stojące przy drzwiach do spiżarni. Poczułem nagle, z nieodwracalną pewnością, że nie starczy mi już sił na wydobycie się z tego nowego potrzasku. Opuściły mnie tak nagle, jak przy omdleniu. Siedziałem wpatrzony tępym wzrokiem w oficera, ciężko dysząc. Dopiero po chwili zdobyłem się na odpowiedź: >>Niech pan ze mną robi, co chce. Ja się stąd nie ruszę<<. >>Nie mam zamiaru robić panu nic złego!<< - oficer wzruszył ramionami. >>Kim pan jest?<<. >>Jestem pianistą<<.
Traf, że w jednym z pokojów znajdował się fortepian. Oficer zaprowadził tam wycieńczonego Szpilmana i wskazał mu instrument, by na nim zagrał. Pianista wybrał jeden z nokturnów Chopina. Tak wyglądał początek niecodziennej relacji.
Ów dzień Szpilman wspominał później w rozmowie z Anną Skulską na antenie Polskiego Radia. Jak relacjonował, "w pewnym momencie usłyszałem nad głową >>Hande hoch!<< i już widziałem siebie leżącego w kałuży krwi. - A tu widzę takiego przystojnego oficera, który wcale nie wyjął rewolweru. I w pierwszych słowach mówi, ja powiem po polsku, on mówił do mnie po niemiecku, "Proszę pana, niech się pan nie boi. Ja panu nic nie zrobię" - opowiadał.
"Bardzo się za mój naród wstydzę"
Owym oficerem był kapitan Wilhelm Hosenfeld. Niemiec nie tylko nie wydał Szpilmana, ale do chwili opuszczenia miasta regularnie przynosił mu żywność. Podarował też pianiście ciepły wojskowy płaszcz.
"Czy pan jest Niemcem?" - zapytał go Szpilman podczas ich pierwszego spotkania. "Zaczerwienił się i prawie krzyknął, wzburzony, jakbym go obrażał: >>Tak. Niestety jestem Niemcem. Wiem dobrze, co się tu w Polsce działo, i bardzo się za mój naród wstydzę<<".
Hosenfeld trafił do Polski w czerwcu 1940 roku. Został przeniesiony do Warszawy, gdzie do końca wojny stacjonował w stołecznej komendzie Wehrmachtu. Jako "oficer sportowy" był odpowiedzialny za organizację ćwiczeń i wydarzeń sportowych dla Niemców. Wcześniej, w latach 20. i 30., pracował jako nauczyciel historii. Koncesję nauczycielską odebrano mu za krytykowanie poglądów Adolfa Hitlera w czasie, gdy dyktator coraz bardziej otwarcie pokazywał swoje rasistowskie i antykatolickie oblicze (Hosenfeld został członkiem NSDAP w 1935 r. i początkowo popierał ówczesną politykę).
Wewnętrzne odchodzenie od doktryny nazizmu u kapitana było długim procesem. Jego świadectwem są listy, jakie Hosenfeld po sobie pozostawił. Z lipca 1942 r. pochodzą słowa: "Ostatnia resztka ludności żydowskiej w getcie została unicestwiona (...) Całe getto jest ruiną. I tak chcemy wygrać wojnę! To są bestię. Tym strasznym mordem na Żydach przegraliśmy wojnę. Sprowadziliśmy na siebie nieusuwalną infamię, nieusuwalne przekleństwo. Nie zasługujemy na łaskę; wszyscy jesteśmy winni. Wstyd mi chodzić po tym mieście, każdy Polak ma prawo pluć przed nami. Codziennie giną niemieccy żołnierz; ale będzie jeszcze gorzej i nie mamy prawa narzekać. Na nic innego nie zasługujemy".
Ze Szpilmanem ostatni raz widzieli się 12 grudnia 1944 r. Zaledwie kilka tygodni później trafił do niewoli radzieckiej.
"Skoro i pan, i ja przetrwaliśmy przeszło pięć lat tego piekła, to widocznie jest nam pisane pozostać przy życiu. Trzeba w to wierzyć" - miał powiedzieć w trakcie ich ostatniego spotkania.
- Ja zawsze zasypiałem, gdy zmierzch zapadał. Mam wrażenie, że on po raz ostatni przyszedł właśnie, gdy zasypiałem, bo słyszałem, jak się oddalały kroki. Chciał się ze mną pożegnać - wspominał Szpilman na antenie Polskiego Radia. Nazwisko swojego wybawiciela poznał dopiero w 1951 r. Po wojnie stale utrzymywał kontakt z jego szkołą i dziećmi.

"Nikt nie żądał, żeby wchodzili do wagonu"
Po latach Szpilman zapytany o to, co w doświadczeniu wojennym było dla niego największą tragedią, wskazał utratę bliskich. Przeżył Zagładę jako jedyny z całej rodziny.
"W 1942 r. rozpoczęło się wysiedlanie i zaraz trafili do pociągu. Najbardziej tragiczny w tym wszystkim jest fakt, że od mojego brata, który był jeszcze bardzo młody, a także od siostry, nikt nie żądał, by wchodzili do wagonu. Postanowili jednak wspólnie z resztą rodziny udać się na wysiedlenie, jak się wtedy mówiło i myślano. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że pociągi jadą w kierunku Treblinki. Mnie jeden z żydowskich policjantów wypchnął z transportu, a oni wszyscy wyruszyli w tę ostatnią, jak się później okazało, podróż" - wspominał w wywiadzie, który ukazał się 17 kwietnia 2000 r. na łamach "Plus Minus", dodatku do "Rzeczpospolitej".
Niespełna dwa miesiące później zmarł.
W wywiadach podkreślał też, że zawsze czuł się bardziej Polakiem niż Żydem. "Nie wypieram się wprawdzie mojego pochodzenia - dowodem jest fakt, że nie zmieniłem mojego nazwiska. Brzmi, jak brzmiało. (...) Urodziłem się w Polsce, wychowałem się w niej, jest moją ojczyzną. Żyć mogę na całym świecie, ale umierać chcę w Polsce" - mówił.
W dowód wdzięczności za tamto spotkanie i uratowanie życia, Szpilman otworzył swój pierwszy powojenny koncert w warszawskim radiu tym samym "Nokturnem c-moll", który zagrał Hosenfeldowi w listopadzie 1944 r. w opuszczonym domu przy Alei Niepodległości 223.
Dalsze losy samego kapitana były pasmem nieszczęść i cierpienia.
Śmierć w łagrze
Po tym, jak 17 stycznia 1945 r. Hosenfeld dostał się pod Błoniem do niewoli radzieckiej, został umieszczony w obozie przejściowym, a potem wywieziony do Mińska. Dopiero w sierpniu 1989 r. jego syn, Helmut (urodzony w 1923 r.), zdołał ustalić dokładne miejsce pochówku ojca przy pomocy Czerwonego Krzyża.
Oficerowie radzieccy byli przekonani, że Hosenfeld pracował w wywiadzie. Wiadomo, że był torturowany. W 1946 r. udało mu się potajemnie wysłać kartkę z listą osób, którym pomógł podczas wojny - widniało wśród nich także nazwisko Władysława Szpilmana. Mimo wstawiennictwa osób, które pomógł ocalić, wytoczono mu proces i skazano na karę śmierci za rzekome zbrodnie wojenne. Oskarżono go o służbę w obozach jenieckich w 1939 r. i "działalność antyradziecką".
Wyrok śmierci zmieniono po amnestii na 25 lat obozu pracy, jednak ciężkie warunki bytowe doprowadziły u mężczyzny do wylewu i paraliżu, a w konsekwencji także do śmierci; zmarł
w łagrze znajdującym się nieopodal Stalingradu.
W 2007 r. został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Orderem Odrodzenia Polski.
Dzięki staraniom między innymi Andrzeja Szpilmana, syna kompozytora, w 2009 r. Niemiec otrzymał tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. W imieniu ojca wyróżnienie to odebrały jego dzieci.


Skoro już jesteśmy przy muzyce, to odebrałam już zamówiony flet prosty. Taki sam, na jakim dzieci uczą się grać na lekcjach muzyki w podstawówce. Pierwsza umiejętność jaką muszę nabyć, być może kuriozalna dla innych, to ułożenie moich koślawych i powyginanych palców na otworów. Próbuję, próbuję... Na razie ciężko mi to wychodzi. Na razie też się tym zbytnio nie zrażam. Przecież to dopiero moje początki. Może za setnym razem mi się uda. 
Gdy miałam chwile zwątpienia włączyłam sobie wirtualne pianino, na którym można grać nie tylko myszką, ale i klawiaturą. Wzięłam coś prostego - "Gdy adwentowy wieczór nadchodzi". Może po nie w czasie, ale... Początek potrafię już zagrać. Reszta? Mam nadzieję, że też się nauczę :). A jak nie, to pierwszych 5 taktów to już jest coś...