Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w świecie piszczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w świecie piszczy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2026

2394. Wojna o świadectwa z czerwonym paskiem

Jakiś czas temu zrobiło się w mediach głośno na temat pszczyńskiej lodziarni, która w dzień zakończenia roku szkolnego rozdawała za darmo lody tym uczniom, którzy otrzymali świadectwo z czerwonym paskiem w ramach nagrody. Miły gest, nie powiem, że nie. Tymczasem głos zabrało Ministerstwo, które potępiło ten proceder argumentując to tym, że mniej zdolni uczniowie mogliby uznać to za niesprawiedliwość. Serio? Szkoda, że nie widzą niesprawiedliwości w tym, ile oni sami biorą z budżetu państwa do swoich kieszeni. Z tego co wiem, lodziarnia ostatecznie nie wycofała się ze swojej tradycji, a nawet w ślad za nią poszły inne tego typu lokale. Brawa dla nich.
Przy okazji wywiązała się dyskusja co do sensowności świadectw z wyróżnieniem. Tym bardziej, że realnie nic one nie dają, chyba że mówimy o świadectwach ukończenia szkoły ppodstawowej, które dają jakieś tam punkty w rekrutacji do szkół ponandpodstawowych. Czy na pewno? Myślę, że warto tutaj sięgnąć do historii, bo o świadectwie z czerwonym paskiem, które istnieje od niespełna 50 lat. A w wycieczkę do przeszłości tym razem zabierze nas artykuł Jacka Puciato.

Świadectwo z paskiem. Na początku były inne wymagania, kusiła też Złota Tarcza
"Pionowy biało-czerwony pas" na świadectwie szkolnym pojawił się w polskim systemie edukacyjnym prawie pół wieku temu. Świadectwo z paskiem nie było jedynym pomysłem na wyróżnienie ucznia.
Rozdanie świadectw maturalnych w Liceum Ogólnokształcącym nr 1 im. Bolesława Limanowskiego w Warszawie, 8.06.1989 r., Foto: Sławomir Wojno / PAP(źródło zdjęcia)
  • Świadectwo z biało-czerwonym paskiem otrzymują uczniowie, którzy osiągną średnią ocen co najmniej 4,75 i bardzo dobrą ocenę z zachowania.
  • Historia świadectw z x paskiem sięga drugiej połowy lat 70. XX w. - na liście wyróżnień znajdowało się więcej tytułów.
  • Coraz częściej pojawiają się głosy, że dotychczasowy sposób wyróżniania uczniów nie uwzględnia ich indywidualnych talentów i wymaga zmian.
Świadectwo z paskiem 2026 - zasady
Świadectwo ukończenia roku szkolnego z wyróżnieniem przysługuje uczniom od IV klasy szkoły podstawowej wzwyż. Należy uzyskać z obowiązkowych przedmiotów szkolnych średnią ocen co najmniej 4,75 oraz co najmniej ocenę bardzo dobrą z zachowania (od roku szkolnego 2024/2025 oceny klasyfikacyjne z religii i etyki  nie są wliczane do średniej rocznych i końcowych ocen kwalifikacyjnych). Po spełnieniu tych warunków uczeń otrzymuje świadectwo, na którym na pierwszej stronie widnieje wydrukowany "biało-czerwony pasek o szerokości 12 mm, umieszczony w odległości 50 mm od lewej krawędzi świadectwa".

Skąd się wzięło świadectwo z paskiem?
Barwy narodowe na świadectwie szkolnym - w potocznym nazewnictwie skrócone do wyróżniającej się czerwieni, "czerwonego paska" - koszą uczniów i rodziców już prawie pół wieku. Świadectwo z takim wyróżnieniem pojawiło się na mocy "Zarządzenia ministra oświaty i wychowania" z dnia 15 lutego 1977 roku, kiedy urząd ten był sprawowany przez Jerzego Kubeckiego. Zaznaczono w nim, że "świadectwo ukończenia roku szkolnego z wyróżnieniem może otrzymać uczeń klasy IV - VII szkoły podstawowej, który na koniec roku szkolnego uzyskał: a) wszystkie oceny pozytywne oraz średnią łączną minimum 4,5; b) wysoką ocenę za pracę społeczną na rzecz szkoły i środowiska, szczególnie za pracę w Związku Harcerstwa Polskiego lub uczniowskiej organizacji społecznej; c) najwyższe oceny ze sprawowania".
Zakończenie roku szkolnego w szkole podstawowej, rozdanie świadectw i nagród najlepszym uczniom, Warszawa 1989 r. / Foto: Włodzimierz Echeński/PAP (źródło zdjęcia)

Świadectwa z wyróżnieniem i inne laury
Wprowadzony w 1977 roku system szkolnych trofeów był złożony. Aby otrzymać świadectwo ukończenia szkoły podstawowej czy ponadpodstawowej, z wyróżnieniem należało mieć średnią ocen minimum 4,8.
To jeszcze nic, bo tytułów było do zdobycia więcej. Absolwent szkoły podstawowej mógł wraz z wyróżnieniem otrzymać odznakę "Srebrna Tarcza", co dawało mu pierwszeństwo w przyjęciu do wybranej szkoły ponadpodstawowej. Aby to srebro zdobyć, należało - oprócz średniej min. 4,8 i najwyższej oceny ze sprawowania - pochwalić się przynajmniej jednym "świadectwem za ukończenie roku szkolnego z wyróżnieniem".
Na starszych uczniów - tych kończących rok szkolny z wyróżnieniem w szkole ponadpodstawowej - czekała wraz z biało-czerwonym świadectwem odznaka "Złota tarcza". Jej profity były natury prestiżowej: zdobywało się prawo do noszenia złotej odznaki przez następny rok nauki szkolnej, miało się również pierwszeństwo w reprezentowaniu szkolnej społeczności uczniowskiej w uroczystościach organizowanych na terenie szkoły i poza szkołą.

System szkolnych trofeów był złożony, a tytułów do zdobycia było sporo.
Zwieńczeniem szkolnego maratonu było świadectwo z wyróżnieniem i odznaka "Złota Tarcza z Laurem" - na ukończenie szkoły ponadpodstawowej. Absolwent mógł cieszyć się tą nagród tylko wtedy, gdy na koncie posiadał średnią ocen co najmniej 4,8, najlepszą ocenę ze sprawowania oraz przynajmniej jedno świadectwo ze "Złotą Tarczą". Co dawało to złoto z laurem? Uczeń mógł nosić z dumą zdobytą z trudem odznakę, ponadto po ukończeniu zasadniczej szkoły zawodowej miał pierwszeństwo w przyjęciu do technikum lub szkoły równorzędnej.
Z kolei dla uczniów z klas I - III szkół podstawowych czekała odznaka "Wzorowy Uczeń" (na półrocze lub na koniec roku szkolnego należało mieć ze wszystkich przedmiotów nauczania oceny bardzo dobre i najwyższą ocenę ze sprawowania). Dla zuchów natomiast, członków Związku Harcerstwa Polskiego, z klas II-III szkół podstawowych przygotowano wyróżnienie "Zuch na 5".

"Powinniśmy to zdefiniować na nowo"
Świadectwa z paskiem wzbudzały kontrowersje nie od dziś. W zachowanych w Archiwum Polskiego Radia audycjach oświatowych z przełomu lat 70. i 80. XX wieku podkreślano, że obowiązująca wtedy forma świadectw nie pozwalała na wystarczające zróżnicowanie uczniowskich osiągnięć. W nagraniach wypowiadali się także uczniowie, którzy sugerowali wprowadzenie skali ocen od 0 do 10. Tak by na świadectwie wyraźnie było widsać, kto jest "człowiekiem nieprzeciętnym" i zasłużył na najwyższą notę, a kto "jedynie" spełnił wszystkie wymagania systemu, opanował materiał, wywalczył średnią i otrzymał wyróżnienie.
Kilka dekad później w audycji "Strefa rodzica" o świadectwach z wyróżnieniem mówiła Wioletta Matusiak, edukatorka i trenerka. Jak podkreślała - w kontekście doceniania każdego ucznia, indywidualne podejście do uczniowskich talentów - świadectwa z czerwonym paskiem nie do końca spełniają w XXI wieku swoją rolę. "Powinnyśmy to zdefiniować na nowo", zaznaczała. 

źródło: https://polskieradio24.pl/historia/swiadectwo-z-paskiem-na-poczatku-byly-inne-wymagania-kusila-tez-zlota-tarcza?fbclid=IwY2xjawSU6mVleHRuA2FlbQIxMABicmlkETBPTFBQbTZOWXJOR0JNZWM1c3J0YwZhcHBfaWQQMjIyMDM5MTc4ODIwMDg5MgABHkZGd3UxqthxVLOH1q6Q6FcSs8dlEkdtrWz667N_tGkBhaUPfJSdgMQJF2Kf_aem_GB-3F8y9pyXfpx3VuH678g

Też byłam tym uczniem, który przynosił do domu świadectwa z czerwonym paskiem na przekór wszystkim. Ba, czasem było to jedno jedyne wyróżnienie w szkole. Co poziom było to trudniejsze, ale wiedziałam, że nawet gdyby mi się nie udało, to i tak jestem ważna w oczach najbliższych. Sam pasek miał dla mnie nietypowy wymiar - nie tylko podwyższał moją samoocenę, ale też udowadniał, przede wszystkim mnie samej, że dzięki solidnej pracy jestem w stanie osiągnąć tyle, co moi rówieśnicy mimo licznych ograniczeń i obowiązków. Wiem, że sprawni tak na to nie patrzą, ale tak jest. A teraz, po latach, powtarzam moim wychowankom, że nauka jest ważna, ale nic na siłę, tym bardziej, że oceny, zwłaszcza te niskie, nie zawsze odzwierciedlają stan naszej wiedzy. I to też wiem z autopsji.

czwartek, 26 lutego 2026

2328. Lekcja pokory oraz odwagi

Raport diecezjalnej komisji "Wyjaśnienie i naprawa" opublikowany 15 lutego wywołał niemałe poruszenie w społeczeństwie, ale też i mediach. To co wynikło z przeanalizowania pierwszej części zgromadzonych dokumentów, przyprawia o ból głowy i niedowierzanie zwykłych śmiertelników. Oczywiście, znalazła się grupa "wiecznie niezadowolonych" i "zawsze lepiej wiedzących", którzy mieli tysiąc "ale" do raportu, wytykając mu liczne błędy. 
No ludzie, zlitujcie się. Jest to pierwszy tego typu raport w naszym kraju, pisany od zera, bez żadnego wcześniejszego przygotowania, bez wzorca, na którym mogliby się oprzeć. Wszystko pisano po raz pierwszy. Zresztą dla mnie bardziej liczy się odwaga naszego obecnego biskupa, który za wszelką cenę chce wyjaśnić to, co zostało zaniedbane przez jego poprzedników (bp. Adama Śmigielskiego oraz bp. Grzegorza Kaszaka) i to, co z tego wynikło, niż sama część merytoryczna. Oraz to, że padło tak długo wyczekiwane słowo "przepraszam". Same dane są druzgoczące. O ile za kadencji biskupa Śmigielskiego dopatrzono się jednej znaczącej nieprawidłowości* (owszem, nie powinno jej być, ale umówmy się, że jedna wpadka każdemu może się zdarzyć), o tyle za jego następcy, biskupa Grzegorza Kaszaka, było ich znacznie więcej. Czy można było im zapobiec? Myślę, że tym, o których wiedział - tak. Zdaję sobie też sprawę z tego, że nie o wszystkim mógł wiedzieć, bo mimo wszystko nie jest Duchem Świętym. Ale o wielu wiedział. I może zamiast przenosić księży z parafii do parafii, nie raz jeszcze ich "awansując" na wyższe stanowiska, zamiatając tym samym sprawy pod dywan, to lepszym rozwiązaniem byłoby wszcząć dochodzenia. Jeżeli okazaliby się winnymi, to normalnie powinni stanąć jak każdy obywatel przed sądem, jeżeli jednak nie, to dopiero wtedy, dla bezpieczeństwa duchownego, przeniosłabym go na inną parafię. Celibat nie zwalnia z odpowiedzialności, nie powoduje, że księża z automatu nie czują podniecenia seksualnego. Księża to przede wszystkim ludzie, z takimi samymi potrzebami, jak inni. To jednak od nich zależy, czy będą umieli powstrzymać swój popęd seksualny, czy też nie. Jeżeli tak, to chwała im za to, jeżeli nie, to może warto zastanowić się nad swoim powołaniem i czy to na pewno jest stan duchowny.
Jeżeli mogę coś dodać, to jestem za tym, aby podobne komisje i podobne raporty miały miejsce również w innych diecezjach/archidiecezjach w naszym kraju. Po tym, co się działo w 2023 roku w mojej wielokrotnie słyszałam (bądź czytałam), że mieszkam na terenie najgorszej diecezji w kraju. Również od innych studentów na roku. Bolało, zwłaszcza kiedy wprost mówiono mi, że za takie coś powinna zostać bezpowrotnie zlikwidowana. Tymczasem nie minęły jeszcze trzy lata, a do mediów trafiła informacja, że również na terenie diecezji osoby, która najbardziej oponowała za tą likwidacją, też były przypadku pedofilii wśród duchownych. Wiem, że zabrzmi to strasznie, ale podejrzewam, że w każdej diecezji znalazłoby się kilka takich nieprawidłowości. Czy to oznacza, że wszystkie diecezje należy zlikwidować? Nie! Należy za to przeciwdziałać takim procederom, jeżeli się da, to już na poziomie formacji seminaryjnej. Wyświęconych księży wykazujących jakieś nieprawidłowości nie przenosić na inne parafie, jeżeli już coś się stanie, ale wytaczać im procesy, tak jak normalnym, świeckim ludziom. Odsuwać ich od pracy z dziećmi i osobami zależnymi od innych. Zaburzonych psychicznie kierować do psychologów, a nie tylko do egzorcystów (!!!) i kierowników duchowych. Tych, co do których są tylko podejrzenia, baczniej obserwować.

* jeden na 16 lat urzędowania

sobota, 7 lutego 2026

2322. Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2026 w Mediolanie na start!

Uroczysta ceremonia otwarcia XXV Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Mediolanie i Cortina d'Ampezzo za nami. Można powiedzieć, że po dwudziestu latach ZIO wróciły do Włoszech. Tamte z 2006 roku, które odbywały się całkiem niedaleko, bo w Turynie pamiętam tyle o ile. Jak przez mgłę pamiętam tamtą ceremonię otwarcia oglądaną na świetlicy w Ośrodku Przygotowań Paraolimpijskich w Wiśle, gdzie wraz z klubem sportowym byłam na zimowym obozie sportowym. Z tego, co wyczytałam, wróciliśmy stamtąd z brązem Justyny Kowalczyk oraz srebrem Tomasza Sikory. Trochę zaskoczyło mnie to, że nic nie przywiózł Adam Małysz, ale skoro wikipedia twierdzi, że tak było, to nie będę się z nią kłócić.
Tym razem igrzyska zostaną rozegrane w przepięknych Dolomitach. Co ciekawe, w Cortinie d'Ampezzo miały się odbyć Zimowe Igrzyska Olimpijskie w 1944 roku, ale jak można się domyśleć, II wojna światowa pokrzyżowała te plany. Jednak jak mówi stare polskie przysłowie - co się odwlecze to nie uciecze. Po 82 latach ta malowniczo położona miejscowość doczekała się swoich 5 minut.
Ceremonię otwarcia w 2/3 oglądałam w telewizji. Podobała mi się, mimo że była o wiele skromniejsza od swojego letniego brata. Piękne efekty specjalne, przemarsz drużyn, nie doczekałam niestety momentu odpalenia znicza olimpijskiego, ale to nic, zobaczę w internecie, bo na pewno będą jakieś filmiki z tej chwili. Chyba obyło się bez większych wpadek, w porównaniu z ostatnimi Letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w Paryżu. Co prawda TVP ani słowa się nie zająknęła o obecności na ceremonii naszego prezydenta, ale to już jakieś ich dziwne i prywatne gierki. Ech, i pomyśleć, że w starożytności na czas Igrzysk Olimpijskich zawieszano wszelkie wojny. Dlaczego teraz nie mogą zakończyć tej wojenki politycznej? Nie mam pojęcia.
Tak samo jak nie mam pojęcia, czy zabrzmiała piosenka, do której komentarz Przemysława Babiarza tak oburzyła ówczesne władze TVP, że zawiesili go w pełnionej funkcji. Trochę nie rozumiem jego uszczypliwości w tym temacie. Owszem, opowiada ona o braku barier oraz o równości wszystkich osób, ale czyż nie o to chodzi w sporcie, a w szczególności w sporcie olimpijskim? Przynajmniej ja tak to odbieram. Także z perspektywy sportowca.
Otwarcie Igrzysk za nami, czas na śledzenie poczynań sportowców, ze szczególnym uwzględnieniem naszej 60 osobowej ekipy. Wiadomo, że to będą ostatnie starty Kamila Stocha, ale nie ukrywajmy, on zrobił już bardzo dużo dla polskiego sportu olimpijskiego i nawet jeżeli teraz mu się nie powiedzie, to wstydu nie będzie. Oczywiście będę kibicować naszym sportowcom ze szczególnym uwzględnieniem Anny Twardosz, która pochodzi ze stron mojego taty. Doskonale wiem, jak trudno jest zdobyć ten upragniony krążek, więc może po prostu będę im życzyć jak najlepszych występów, aby oni sami byli z nich zadowoleni. 
Wiecie, zawsze w biegach ulicznych i przełajowych przybiegam na szarym końcu, z pozoru nie mam się z czego cieszyć. A jednak się cieszę. Że dobiegłam, że mam czas kilka sekund lepszy, niż poprzednim razem, że... Myślę, że tych "że" jeszcze by się sporo nazbierało. Małe sukcesy też potrafią cieszyć. Trzeba tylko odkryć to ich niepozorne piękno.
I pomyśleć, że w pomyśle miałam aplikować na wolontariusza podczas tych Igrzysk. Te Dolomity zimą jednak mnie korciły. Ale jakoś najpierw nie mogłam znaleźć odpowiedniego formularza rekrutacyjnego, a potem jakoś mi to wyleciało z głowy. A jak już sobie przypomniałam, to było za późno. Teraz jednak widzę, że w zasadzie dobrze się stało. Zwłaszcza zważając na moje zawirowania zdrowotne. Pewnie musiałabym zrezygnować z wyjazdu, potem miałabym wyrzuty sumienia, że zawaliłam. A tak to przecież nic się takiego nie stało. Może kiedyś nadarzy się podobna okazja. A jak nie to trudno, w życiu nie można mieć wszystkiego, bo zabrakłoby miejsca na marzenia.

niedziela, 1 lutego 2026

2317. Z mojej beczki

Ci, którzy czytają mnie przynajmniej od roku zapewne wiedzą, że w czerwcu ubiegłego roku, dokładnie w dzień zakończenia roku szkolnego, ja też zakończyłam pewien etap mojej edukacji. Rano jeszcze pomagałam w przeprowadzeniu akademii, kilka godzin później broniłam na Wydziale Teologicznym pracy magisterskiej z Nauk o Rodzinie. Jej tytuł brzmiał "Zmiany w ocenie przez nauczycieli procesu adaptacji dzieci ukraińskich we wczesnym wieku szkolnym do warunków polskiego systemu edukacji na podstawie badań własnych z lat 2022 i 2024". Była to kontynuacja badań przeprowadzonych na potrzeby pracy licencjackiej, a także zestawienie wniosków z obydwóch badań i zaproponowanie rozwiązania niektórych problemów. Jak to powiedział mój promotor: "krecia robota".
Owszem, pracy przy tym było trochę. Oprócz części teoretycznej, gdzie na podstawie dostępnych źródeł trzeba było wyjaśnić wiele kwestii pojawiających się w pracy, to jeszcze musiałam przeprowadzić kilka wywiadów z wychowawcami klas, w których uczyli się uczniowie z Ukrainy posiadający status uchodźcy. A jak wiecie, na zbyt dużą ilość wolnego czasu nie mogę narzekać, w dodatku te dwa lata były dla mnie nieco stresujące. Ale udało się, tytuł magistra z Nauk o Rodzinie mam, chociaż na studia drugiego stopnia poszłam głównie dla wiedzy, a nie "dla papierka".
Już podczas bronienia licencjatu usłyszałam, że stałam się specjalistką w tematyce edukacji dzieci z okupowanej Ukrainy w naszym kraju. Oczywiście jest to opinia na wyrost, choć zdaję sobie sprawę z tego, że na tamte lata (2023 rok) nie było tak dużo prac badawczych poświęconych tej tematyce. Ale ja i specjalista? Nie, to mi nie pasuje. Chociaż w przypadku i jednej i drugiej pracy dowiedziałam się tylu ciekawych rzeczy, na które pewnie w przeciwnym razie nie zwróciłabym większej, a tym samym należytej uwagi. Temat, choć trudny, automatycznie stał się mi bliski. Może dlatego niemal od razu wpadł mi w oko artykuł napisany przez panią Tetianę Bakocką, asystentkę międzynarodową, który niedawno pojawił się na onecie?
Zasadniczo jej spostrzeżenia pokrywają się z moimi, popartymi wywiadami z nauczycielami. U mnie też pojawiły się takie problemy jak utrudniona komunikacja werbalna z uczniami z Ukrainy, ujawniające się traumy wojenne, czy też negatywna motywacja do nauki. A to przecież jedne z wielu. Mnie jednak o wiele bardziej zaciekawił fakt, że istnieje taka funkcja, jak wspomniana asystentka międzynarodowa, którą szkoły mogą u siebie zatrudnić w celu łatwiejszego wejścia ucznia obcokulturowego do polskiego systemu oświaty. Dotąd nie spotkałam się z takim rozwiązaniem, chociaż przepisy dotyczące tej funkcji zostały opracowane już kilka lat temu. Niemożliwe jest jednak przepatrzenia wszystkich dostępnych aktów prawnych, aby przez przypadek znaleźć taką perełką. Trochę szkoda, bo na pewno byłaby to wartość dodana do pracy, gdybym we wnioskach "zaproponowała" zatrudnienie kogoś takiego w badanej szkole. No, ale czasu nie cofnę...
A jakie zadania ma wspomniany asystent międzykulturowy? Zapraszam do lektury.

Dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. "Nie potrafię ufać, często płaczę"
Trudności w polskiej szkole, z jakimi mierzy się większość dzieci - uchodźców wojennych - wynikają nie tylko z bariery językowej, lecz także z problemów natury psychologicznej: traum wojennych, negatywnej motywacji do nauki oraz niskiej samooceny. Uczniowie mówią na przykład, że szkoła jest obowiązkiem, ale nie ma sensu przykładać się do nauki, bo i tak nie wiadomo, jak długo przyjdzie im mieszkać w Polsce.
Asystent międzykulturowy to nie tłumacz, lecz często jedyna osoba w szkole, która rozumie co to znaczy pisać dyktando z wojną w głowie. Fot. Shutterstock
Tetiana Bakocka przez dwa miesiące (listopad - grudzień 2025 r.) pracowała jako asystentka międzykulturowa w jednej z olsztyńskich szkół. Była to placówka, która po raz pierwszy otrzymała dofinansowanie na zatrudnienie asystentów międzykulturowych w ramach rządowego programu wyrównywania szans edukacyjnych dzieci i młodzieży "Przyjazna szkoła" na lata 2025 - 2027. Do obowiązków takiego asystenta należy wspieranie dzieci, które nie są obywatelami Polski, w procesie adaptacji do funkcjonowania w polskim systemie oświaty.
Tetiana Bakocka z ukraińskimi dziećmi, z 
którymi prowadziła zajęcia z ukrainoznawstwa.
Olsztyn, 2025
Być obok
W głowach przeciętnego Kowalskiego może pojawić się pytanie: po co tak właściwie asystent międzykulturowy dzieciom z Ukrainy, które uczą się w polskich szkołach już prawie 4 lata?
W szkole, w której pracowała Tatiana, uczy się około 50 dzieci posiadających status uchodźcy wojennego. Wiele z nich początkowo "uczęszczało do szkół ukraińskich, ale w formie zdalnej. Do polskiej szkoły zaczęły uczęszczać dopiero od roku szkolnego 2024/2025, aby móc otrzymać świadczenie "Rodzina 800+". Są też takie dzieci, które przyjechały do Polski w 2025 r. i do tego czasu nie znały języka polskiego. W końcu są też takie dzieci, które nie mają zdolności językowych, a więc nauka języków obcych w ogóle będzie przychodziła im z trudem. Te dzieci często w ogóle nie są w stanie wykonać zadania, bo nie rozumieją, co dokładnie mają zrobić, do tego wstydzą się zapytać czy doprecyzować polecenie.
W listopadzie 2025 roku do wspomnianej szkoły zostały zapisane dzieci, które przyjechały z terenów deokupowanych, po raz pierwszy zaczęły uczyć się w polskiej szkole. Kiedy Tetiana je poznały powiedziały jej, że nie potrzebują żadnej pomocy. Kobieta zaproponowała im jednak, żeby przez jakiś czas pobyli razem na lekcjach, żeby mogli lepiej zrozumieć ich potrzeby.
Jedna z uczennic dostała zadanie przygotowania tabeli opisującej bohaterów książki C.S. Lewisa "Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa". Dziewczynka, która nie czytała tej książki ani po polsku, ani po ukraińsku, powiedziała, że nigdy nie robiła podobnych tabel i spojrzała na asystentkę przestraszonymi oczami. To na jej prośbę nauczycielka pozwoliła jej korzystać z podręcznika. Tetiana wyjaśniła też małej, jak wyszukiwać w tekście informacje o postaciach w utworze. Uczennica zadawała wiele pytań, z których jasno pokazały, że potrzebuje dodatkowych zajęć, głównie z języka polskiego. Jej przykładowe pytania
dotyczyły tego, jak wyglądają wielkie litery, dlaczego są słowa, które trzeba pisać wielką literą, czy też jak rozpoznać, gdzie trzeba postawić przecinek.
"I podczas, gdy dziewczynka - z moją pomocą - wykonała jedno zadanie, reszta klasy zdążyła w tym czasie zrobić jeszcze cztery" - wspomina asystentka.
Podczas lekcji geografii jedna z uczennic miała odpowiedzieć na pytanie: "W jaki sposób ukształtowała się rzeźba wybrzeży Morza Bałtyckiego?". Dziewczynka powiedziała, że trudno jej zrozumieć zarówno tekst w podręczniku, jak i wyjaśnienia nauczyciela. Sama uważa, że rzeźbę wybrzeży stworzył Bóg. Poza tym interesuje się wyłącznie literaturą, więc nie będzie tracić czasu na informacje o rzeźbie terenu, ani na to, czym różnią się stare góry od młodych. W tej chwili najważniejsze było dla niej zrozumienie, dlaczego w książce Władysława Reymonta "Wampir" nie ma wampira.
Na lekcji historii, podczas samodzielnej pracy, uczennica nie wiedziała, jak odpowiedzieć na pytanie: "Wiara w wielu bogów to monoteizm czy politeizm?". Asystentka kulturowa zadała jej pytanie, czy rozumie, co oznaczają słowa "monolog" i "polilog". W odpowiedzi usłyszała, że bardziej od znaczenia słów interesuje są to, dlaczego Aleksander Macedoński chciał podbić świat, skoro jego nauczycielem był wybitny filozof Arystoteles.
Z drugiej strony, te dzieci bywają bardzo kreatywne. Jak wspomina Tetiana:
"Jeden z uczniów robił notatki znakami, które nie przypominały ani alfabetu łacińskiego, ani cyrylicy. Zapytałam, co to oznacza. Odpowiedział, że zapisuje lekcję alfabetem, który sam wymyślił - bo tak jest mu wygodniej".
Kobieta zaproponowała mu, żeby jednak na lekcjach pisał po polsku, a ona podaruje mu zeszyt, w którym będą wspólnie pisać w tym wymyślonym języku, bo ona też chciała się go nauczyć. Chłopiec zgodził się. To jednak pokazuje, że większość uczniów naprawdę potrzebuje indywidualnego podejścia - tak samo w nauce, jak i w wychowaniu.
Dzieci-uchodźcy często nie rozumieją języka polskiego na tyle dobrze, by bez trudu wykonywać szkolne zadania w szkole. Jednocześnie po ukraińsku czytają i piszą na poziomie pierwszej klasy

Problemy psychologiczne
Praktycznie wszyscy ukraińscy uczniowie szkoły, w której pracowała Tatiana, przyjechali z regionów, w których działania wojenne trwały lub nadal trwają, tj. z okupowanych i przyfrontowych miejscowości. Jeden z uczniów opowiadał, że jego tata zginął na wojnie. Są też takie dzieci, których rodzice przebywają na froncie. Oznacza to, że większość z nich ma za sobą traumatyczne doświadczenia wojenne - a przecież wojna jeszcze się nie skończyła.
Dzieci przyznają, że niemal bez przerwy odczuwają lęk, dyskomfort, samotność oraz smutek. że nie potrafią nikomu zaufać, często płaczą i śnią im się koszmary. Dzieci, które straciły swoich bliskich, dom i swoje dotychczasowe relacje społeczne, nieustannie - często nieświadomie - szukają sposobów, by poradzić sobie ze stratą. Jedna z uczennic powiedziała na przykład, że jej polscy koledzy z klasy są podobni nie tylko z wyglądu, lecz także z charakteru do dzieci, z którymi uczyła się w ukraińskiej szkole. Zaś sama Tetiana przypominała jej ulubioną nauczycielkę. Takie wyszukiwanie podobieństw może być jednym z mechanizmów obrony psychologicznej, dając poczucie bezpieczeństwa, bo "tu jest tak samo jak w domu".
Nie jest tajemnicą, że dzieci obarczone traumą wojenną bardziej niż inne potrzebują, by obok była choć jedna zasobna, stabilna osoba - ktoś, kto potrafi pomóc, podpowiedzieć, jak najlepiej radzić sobie z emocjami i codziennymi trudnościami. Tymczasem mama, która musi przez cały czas pracować, nie raz na dwóch etatach, i żyje w chronicznym stresie, nie zawsze ma wystarczająco dużo siły, wiedzy i zasobów, by wesprzeć swoje dziecko.
Dlatego asystent międzykulturowy zatrudniony w szkole może stać się właśnie taką osobą: kimś, kto pomoże ochronić psychikę dziecka przed kolejnymi obciążającymi doświadczeniami, odbudować kontakty społeczne, wzmocnić poczucie bycia potrzebnym oraz wiarę, że w trudnej sytuacji wsparcie może przyjść także z nieoczekiwanej strony. Wsparcie asystenta to również możliwość, by po prostu wygadać się.
"Dziecko może opowiedzieć, jak rozpłakało się, gdy przypadkiem stłukło talerz w szkolnej stołówce; jak w nocy bolał je ząb; o lęku, że babcia zginie w swoim mieszkaniu podczas ostrzałów; o poczuciu winy, bo kot został w domu, w okupowanej wsi; o wróbelku, który wleciał do pokoju tego dnia, kiedy na wojnie zginął tata" - tłumaczy kobieta.
Dzieci opowiadają o swoim życiu
poprzez rysunek. Życie to radość,
mama, telefon, dom i złość
Nie można zapominać, że wśród dzieci przybyłych z okupowanej Ukrainy są także dzieci ze spektrum autyzmu. Jedne unikają kontaktu wzrokowego, inne nie rozmawiają ani z nauczycielami, ani z rówieśnikami, a jeszcze inne są nadpobudliwe - nie reagują na polecenia nauczyciela i nie potrafią się skupić. Do jednego z takich uczniów Tetiana przychodziła, żeby pomagać mu na lekcjach języka angielskiego. Koledzy z klasy prosili, aby kobieta siedziała z nim na zajęciach. Bo kiedy jej nie ma, to albo przeszkadza wszystkim, albo kładzie głowę na ławce i przez całą lekcję patrzy w okno.
W szkole jest psycholog, do którego można zwrócić się po profesjonalną pomoc. Jednak zdecydowana większość rodziców ukraińskich uczniów nie chce, aby ich dzieci rozmawiały z lokalnymi psychologami. Ich najczęstsze obawy dotyczą tego, że może to przynieść jeszcze więcej problemów. W innej szkole w tym samym mieście zdarzył się przypadek, o którym wszyscy wiedzą. Ojciec poprosił szkolnego psychologa, żeby ten pomógł zmotywować jego dziecko do chodzenia do szkoły. W odwecie syn obraził się na ojca, gdyż ten nie pozwalał mu grać w gry na telefonie i poskarżył się psychologowi, że ojciec nie kupuje mu jedzenia. Psycholog zgłosił sprawę na policję, a ojca wezwano do sądu w sprawie odebrania mu praw rodzicielskich. Asystentka międzykulturowa musiała potem wyjaśniać zdenerwowanym rodzicom, że poza tą historią istnieje wiele pozytywnych przykładów, kiedy psychologowie realnie pomagali dzieciom. I że kluczowe jest udzielenie wsparcia na czas, tak, aby na przykład niska samoocena i podwyższony poziom lęku nie doprowadziły do ukształtowania się kompleksu niższości.

Asymilacja czy integracja
Z zewnątrz ukraińskie dzieci najczęściej trudno odróżnić od polskich. U młodszych uczniów, którzy chodzili do polskich przedszkoli, nie słychać nawet ukraińskiego akcentu. Kilkoro uczniów prosiło Tetianę, żeby nie rozmawiała z nimi po ukraińsku, ponieważ wstydzili się, że usłyszą to ich koledzy z klasy, a w konsekwencji przestaną się z nimi przyjaźnić i będą uważać ich za "innych".
"U dzieci z tych rodzin, które zdecydowały, że zostaną w Polsce na stałe, widać najlepsze wyniki w nauce - we wszystkich przedmiotach" - twierdzi Tetiana.
W polskim systemie oświaty nie istnieje jednak coś takiego, jak "ukraiński komponent", czyli nauka języka ukraińskiego, historii, czy kultury. Większość uczniów czyta cyrylicą na poziomie pierwszej klasy ukraińskiej szkoły. Są też dzieci, które w ogóle nie znają ukraińskiego alfabetu. Sporo uczniów twierdzi, że nie pamięta już nazwy miasta czy też wsi, z których przyjechali; niektórzy nie potrafią wskazać stolicy Ukrainy, nie wiedzą, kim był Taras Szewczenko. Tetiana przynosiła ze sobą "Bukwar" i na przerwach proponowała tym, którzy byli chętni, naukę czytania. To były dla niej najbardziej wzruszające chwile - patrzeć, jak dzieci cieszą się, gdy po raz pierwszy udaje im się napisać po ukraińsku swoje imię. Albo jak interpretują treść bajki "Rękawiczka" z perspektywy uchodźcy.
"Rękawiczka, którą dziadek zgubił w lesie, staje się symbolem schronienia dla uchodźców. Zwierzątka, podobnie jak uchodźcy, liczyły, że wspólnie przetrwają zimę w jednym, obcym domu. Ale kiedy dziadek niespodziewanie wrócił po rękawiczkę (skończyło się dofinansowanie z funduszy Unii Europejskiej), zwierzątka zostały zmuszone, by szybko szukać nowego, własnego miejsca do życia".
Większość rodziców pozytywnie zareagowała na możliwość nauki języka ukraińskiego, bo w Olsztynie nie ma żadnej alternatywy. Jednak jedna z mam złożyła na asystentkę międzykulturową skargę. Ich rodzina jest rosyjskojęzyczna i mama uważa, że nauka czytania po ukraińsku to dodatkowe obciążenie dla jej dziesięcioletniego dziecka, choć samo dziecko chciało uczyć się cyrylicy. Mama jednak była nieugiętą i nie pozwoliła na to.
Dzieci uchodźcy mogą wiedzieć, kim był Arystoteles, a jednocześnie nie wiedzieć, kim tak właściwie są
Tetiana próbowała przekonać rodziców, aby spojrzeli na całą tę sytuację - nie jak na obciążenie, lecz jak na szansę, która może wesprzeć dziecko w nauce polskiego. Języki ukraiński i polski mają podobną składnię i zbliżone kategorie gramatyczne, takie jak rodzaj, liczba, czy przypadki. Gdyby więc dzieci rozumiały w swoim języku ojczystym, na jakie pytania odpowiadają poszczególne przypadki, łatwiej by im było na lekcjach języka polskiego.
Tetiana w czasie przerw albo już po lekcjach prowadziła też krótkie mini-wykłady z ukrainoznawstwa. Jeśli na zajęciach uczniowie poznawały polskich noblistów, to opowiadała im, dlaczego wśród laureatów Nagrody Nobla nie ma osób z obywatelstwem ukraińskim - nie dlatego, że są gorsi, ale dlatego, że przez długi czas Ukraina była kolonią różnych państw, w którym hamowano rozwój jej kultury, nauki i literatury. Z drugiej strony wśród noblistów są uczeni, pisarze oraz ludzie kultury, którzy urodzili się, dorastali bądź żyli i pracowali na terytorium dzisiejszej Ukrainy czy też mieli ukraińskie pochodzenie (m.in. Ilja Miecznikow, Piotr Kapica). Jeżeli w szkole omawiano artystów świata lub polskie Parki Narodowe, to kobieta opowiadała uczniom o wybitnych ukraińskich twórcach i o ukraińskich Parkach Narodowych.
Bardzo ważna okazała się też komunikacja z polskimi dziećmi. One również często pytały Tetianę o życie w Ukrainie, o historię tego kraju, a nade wszystko, o wojnę. Trudno im zrozumieć, dlaczego skoro Rosja jest agresorem, tak wielu ukraińskich uczniów mówi "językiem wroga". Kobieta opowiadała im, że sama pochodzi z miasta, które było silnie zrusyfikowane. Dwadzieścia pięć lat temu została studentką państwowego uniwersytetu pedagogicznego i przeprowadziła się do Mikołajowa. Miała wrażenie, jakby trafiła do Rosji. W 2000 r. w ukraińskim mieście liczącym niemal pół miliona mieszkańców, wszędzie mówiło się po rosyjsku. Bo rusyfikacja trwała przez ponad 300 lat - była "specjalną operacją przeciwko językowi ukraińskiemu, językobójstwem. Milionom Ukraińców wpojono przekonanie, że to właśnie rosyjski język jest ich językiem ojczystym. Dlatego nawet w czasie wojny bardzo trudno jest przekonać ludzi, że powrót do języka ukraińskiego jest kwestią bezpieczeństwa narodowego.
W styczniu Tetianie nie przedłużono umowy o pracę. Tłumaczono to tym, że "nie ma finansowania na zatrudnienie asystenta międzykulturowego w 2026 r.". Kobieta chciałaby wierzyć, że osoby podejmujące decyzję o finansowanie projektów edukacyjnych dla dzieci-uchodźców rozumieją, iż intensywna asymilacja - w warunkach narastającego w Polsce negatywnego nastawienia do Ukraińców - może rodzić nowe konflikty społeczne.

źródło: https://www.onet.pl/informacje/sestry/dzieci-z-ukrainy-w-polskich-szkolach-nie-potrafie-ufac-czesto-placze/31fn31y,0666d3f1

piątek, 23 stycznia 2026

2312. Wspólna historia

Są takie chwile, kiedy człowiek zadaje głuche pytanie "dlaczego", chociaż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że i tak nie otrzyma na nie odpowiedzi. Tak było ze mną w lipcu, kiedy media podały informacje o utonięciu 15-letniego harcerza w mętnych wodach jeziora Ośno w województwie wielkopolskim. Chłopak wykonywał zadanie na otrzymanie kolejnej odznaki harcerskiej, a sam obóz miał się zakończyć dzień później.
Identyczne odczucia miałam, kiedy kilka dni temu natrafiłam na wiadomość o śmierci zaledwie trzy lata starszego od Dominika mieszkańca województwa małopolskiego, 18-letniego Michała.
Dominik i Michał. Dwójka młodych chłopaków, przed którymi było praktycznie całe życie. Sporo ich dzieli: wiek (Michał był starszy o trzy lata od Dominika), miejscowość, z której pochodzili (Dominik wychowywał się w położonej 5 kilometrów od Świdnicy wsi, Michał to typowy Krakus), sposób śmierci (Dominika życie zostało przerwane nagle, Michał podobno od dłuższego czasu chorował).
Jednak o wiele więcej ich łączy - obaj byli nastolatkami, obaj chodzili do liceum, obaj byli ceremoniarzami, służąc tym samym przy Ołtarzu Pańskim. Chłopcy starali się rozwijać swoje talenty: Dominik uprawiał różne dyscypliny sportu i był wybitnym matematykiem, Michał z kolei pięknie śpiewał w dekanalnym chórze złożonym z chłopców. Zarówno Michał, jak i Dominik, formowali się w Ruchu Światło - Życie, jak i w Związku Harcerstwa Polskiego. 
Uśmiechnięci, zdolni, pełni pasji działania. Rysowała się przed nimi piękna przyszłość. Niestety, Bóg, albo jak kto woli los, chciał inaczej i zabrał ich w kwiecie wieku. Być może Dominik czekał już na Michała z jego Aniołem Stróżem na progu bramy do Raju i był jego przewodnikiem po nim w tych pierwszych chwilach? A może po prostu siedli sobie na niebiańskiej chmurze, niczym na ławce przed szkołą i tak zaczęła się ich wieczna przyjaźń? Przecież mieli tyle wspólnych tematów, na które mogliby porozmawiać...

czwartek, 15 stycznia 2026

2307. W obronie wartości

Podejrzewam, że za ten wpis dostanę "po głowie" zwłaszcza od tych, którym nie po drodze z Kościołem. Tak było wielokrotnie, chociażby wtedy, gdy nie pochwalałam "czarnego protestu kobiet". Wychodzę jednak z założenia, że jeżeli piszę u siebie na blogu i nie wszyscy muszą to czytać oraz że jeżeli w nikogo wprost nie uderzam, to nie robię równocześnie nikomu krzywdy. A że ktoś się nie zgadza z tym co piszę? No cóż, ja też się nie zgadzam ze wszystkimi wpisami innych, ale staram się tego zbytnio nie akcentować, zwłaszcza na ich blogach.
Pierwsze oficjalne rady pedagogiczne na koniec pierwszego półrocza mam już za sobą. Jako młodszy wychowawca świetlicy, w dodatku na zastępstwie, nie miałam zbyt dużo do gadania, zwłaszcza w przypadku uczniów klas wyższych, którzy stosunkowo rzadko do nas przychodzą. Dzieciaki z młodszych klas bywają uciążliwe, ale da się wytrzymać. W każdym razie, nie jest tak strasznie, jakby się mogło wydawać.
W kuluarach pokoju nauczycielskiego raz po raz pojawia się temat głośnego w ostatnim czasie zachowania nauczycielki ze szkoły podstawowej w Kielnie, która zabrała dzieciom krzyż i wyrzuciła go do kosza. Zareagowały na to dzieci, które stanęły w obronie tego, w co wierzyli. Potem sprawę nagłośnili rodzice, w mediach zaczęła się a to nagonka na nauczycielkę, a to na całą resztę. Katolików zbulwersowała ta sprawa, przeciwników katolicyzmu wręcz przeciwnie. Pochwalili takie zachowanie. Myślę, że znając mnie domyślacie się, po której stronie tego sporu stoję.
Tu nie chodzi o to, że nauczycielka zabrała dzieciom coś, czym mieli bawić się na lekcji. Też zabierałam wielokrotnie dzieciakom przedmioty, których używały albo niezgodnie z przeznaczeniem, albo wbrew wyraźnemu zakazowi. Czasami były to też przedmioty kultu religijnego. Ale nigdy nie wyrzuciłabym ich do kosza, zwłaszcza na oczach ich właścicieli. To tak, jakbym im pokazywała, że mam gdzieś ich tożsamość, wyznawane przez nich wartości. Poza tym to nie jest moja własność. Nawet kiedy chcę wyrzucić coś należącego do szkoły, to zawsze wolę skonsultować to z innymi współpracownikami. Wielokrotnie pytałam zwolenników takiego zachowania, czy tak samo postąpiliby w przypadku, gdyby dany uczeń był dzieckiem wpływowego polityka albo wyznawcą np. islamu. Zawsze wtedy zapadała niezręczna cisza. A ja miałam ochotę zadać pytanie: dlaczego nie? Czym się różni katolik od muzułmanina? Czym przeciętny uczeń od dziecka biznesmena? No właśnie.
Nie bronię uczniów, dziwię się jednak nauczycielce, która podobno już wcześniej przejawiała nerwowe zachowania. Czy takie osoby nie są okresowo badane przez psychologów? Zwłaszcza, że już wcześniej pojawiają się niepokojące sygnały. Przecież nawet ja musiałam przejść przez całą masę badań i rozmów, zanim rozpoczęłam pracę, choćby na zastępstwie. Rozumiem, że jako osoba z mpd mogę wzbudzać wiele zastrzeżeń, ale... 

A tak odnośnie obecności krzyża w miejscach publicznych, to przypomniała mi się taka oto sytuacja:
Pani Krysia pracowała jako pielęgniarka w osiedlowej przychodni zdrowia. Pewnego razu jedna z jej koleżanek przyniosła do ich dyżurki krzyż i powiesiła go na ścianie. Po kilku tygodniach pani Krysia zauważyła, że został on zdjęty i położony na stole. Z pomocą konserwatora zawiesiła go znowu na ścianie. Po kilku tygodniach znowu zniknął. Pani Krysia tym razem znalazła go w koszu na śmieci. Posmutniała, ale ponownie zawisł on na ścianie. Nie minęło kilka tygodni, jak pani Krysia przechodząc obok śmietnika zauważyła charakterystyczny krzyż. Podniosła go i schowała do torebki. W dyżurce przekonała się, że krzyż ponownie został zdjęty. Zasmuciło ją to, ale nie powiesiła go z powrotem na ścianie, tylko wzięła do domu i zawisł w dużym pokoju. Po kilku latach, przechodząc obok tego samego śmietnika, pani Krysia źle się poczuła i upadła. Przed utratą przytomności zdążyła wyszeptać: "Jezu, pomocy". Kiedy ocknęła się w szpitalu okazało się, że miała udar. Jednak chwilę po tym jak zemdlała, obok przechodziła inna kobieta, która wezwała pomoc. Dzięki szybkiej pomocy skutki udaru nie były takie duże i rozległe. Po latach opowiedziała tą historię księdzu, podsumowując ją słowami: "Jezus został wyrzucony na śmietnik jak jakiś śmieć, a potem pod tym samym śmietnikiem uratował mi życie".

poniedziałek, 8 grudnia 2025

2281. Śląski Festiwal Nauki to już taka moja grudniowa tradycja

Jedną z rzeczy, na które czekam cały rok, oprócz oczywiście rorat i związanej z nimi niesamowitej atmosfery, jest organizowany rok rocznie Śląski Festiwal Nauki. To wydarzenie każdego roku nie tylko łączy właściwie wszystkie uczelnie działające na terenie województwa Śląskiego, ale też jest odwiedzane przez setki tysięcy ludzi z całej Polski. Przez blisko trzy dni Centrum Kongresowe i Spodek w Katowicach stają się polską Stolicą Nauki, a poszczególne stoiska przyciągają odwiedzających oryginalnymi ujęciami tematyki, którą postanowili się zająć w danym roku.
Logo i hasło przewodnie tegorocznej edycji
Do organizacji tak dużego przedsięwzięcia potrzebni są pomocnicy, noszące dumne miano wolontariuszy. Od kilku lat staram się wspomóc ich działania, aplikując na to stanowisko chociaż na jeden dzień. Tak było i w tym roku - mogłam być tylko w poniedziałek. Trochę się bałam, czy to nie będzie zbyt mała liczba godzin, aby w ogóle wzięli mnie pod uwagę w procesie rekrutacji. Na szczęście nie okazało się to zbytnim problemem i finalnie zostałam włączona w poczet wolontariuszy. 
W poniedziałek o określonej godzinie zameldowałam się w bazie. Dostałam kamizelkę, identyfikator oraz opaskę na rękę, dzięki którym mogłam wejść w większość miejsc niedostępnych dla zwykłego zwiedzającego. Ale byłam tak oznakowana też i po to, abym była widzialna dla ludzi odwiedzających wydarzenie i potrzebujących pomocy.
W tym roku przydzielono mnie do sal konferencyjnych, gdzie odbywały się różne wykłady i prelekcje. Ku mojemu zaskoczeniu, ale i zadowoleniu, trafiłam do takiej sali, w której prowadzone wykłady odpowiadały moim prywatnym zainteresowaniom. Znalazło się i coś z geografii (zmiany pokrywy lodowej oraz tworzenie map 3D za pomocą aplikacji komputerowych), i coś z pracy socjalnej. A różne mnemotechniki zapamiętywania mogę podpowiadać moim niesfornym podopiecznym, którzy ciągle czegoś zapominają. Tak naprawdę przez tych kilka godzin niezbyt się nudziłam, siedząc na boku przy ścianie i czekając na ewentualną dyspozycję.
Po skończonym dyżurze, a przed oficjalnym zakończeniem Śląskiego Festiwalu Nauki, podczas którego rektor Uniwersytetu Śląskiego będącego gospodarzem wydarzenia dziękuje wszystkim za przybycie, miałam chwilę wolnego czasu. Wykorzystałam go na pochodzenie po tych stoiskach, które jeszcze zostały na głównej hali.

























Jak można dostrzec, oferta ŚFN jest bardzo bogata i każdy może na nim znaleźć coś dla siebie. A przecież nie pokazałam wszystkiego, co można było na nim zobaczyć. Odwiedzający byli zadowoleni. Z tego co wiem, dużym powodzeniem cieszyło się spotkanie z przebywającym w tym roku w kosmosie Sławoszem Uznańskim-Wiśniewskim. Będąc w gimnazjum i liceum bardzo interesowały mnie te zagadnienia, nawet mój semestralny projekt z fizyki w szkole średniej dotyczył wpływu pobytu człowieka w kosmosie na jego codzienne funkcjonowanie po powrocie z niego. Nawet nie wiecie ile radości zrobiło mi jego opracowanie, choć niewątpliwie wymagało przeczytania wielu książek i artykułów na ten temat. Żałuję więc bardzo, że nie mogłam wziąć udziału w spotkaniu, które miało miejsce w sobotnie popołudnie (miałam inne zobowiązania na ten dzień).
Kolejny raz niezmiernie cieszę się z szansy bycia częścią większej społeczności tworzącej cały sztab wolontariuszy 9 edycji Śląskiego Festiwalu Nauki. Dziękuję za zaufanie, jakim obdarzyli mnie koordynatorzy wolontariatu. Dziękuję za chwile na uśmiech i na poczucie swego rodzaju "normalności". Może w tym roku nie wykazałam się tak bardzo jak w latach poprzednich, ale w jakimś stopniu starałam się pomóc. Wierzę, że razem zrobiliśmy wiele.
I, co tu dużo pisać - do zobaczenia za rok (przynajmniej mam taką nadzieję).