Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 lipca 2025

2230. W długie, bezsenne poranki i wieczory

Nie mogę ostatnio spać, chociaż wiem, że powinnam. No ale zbyt wiele negatywnych spraw i myśli sprawia, że tak się nie dzieje. Leżę w łóżku, wgapiam się w cienie na suficie, tudzież wschodzące słońce na horyzoncie i nic, zero reakcji. Niby próbuję coś tam czytać, ale jednak zmęczenie nie pozwala mi się skupić na treści lektury. Naprawdę, zaczynam błogosławić chwilę, w której zdałam tą przeklętą filozofię, dzięki czemu wyszłam na zero. Nie wiem, czy dałabym radę ogarnąć cały materiał na poprawkę we wrześniu, nawet jeżeli czasu na to miałabym na to więcej. 
Leżę więc sobie z kotem na piersiach i myślę, analizuję to, co się dzieje, najczęściej okraszam to kilkoma łzami. W ogóle coraz częściej łapię się na tym, że budzę się z płaczem. W tak złej kondycji byłam chyba w wieku jedenastu lat, kiedy ukochana matematyczka odeszła do innej szkoły. Nikt wtedy ze mną o tym nie porozmawiał, a ja żyłam w przekonaniu, że to na pewno moja wina, że za mało się starałam, że mogłam spróbować opanować materiał do konkursów przedmiotowych z całego gimnazjum, a nie tylko z pierwszej klasy. Wyobraźcie sobie, jak bardzo to musiało być obciążające dla psychiki jedenastoletniego dziecka. Ostatnio pisałam o mojej wspaniałej wychowawczyni z szkoły podstawowej i gimnazjum, wcześniej o katechecie z tamtego okresu. Bardzo ich cenię, ale myślę, że zawalili w tej jednej jedynej rzeczy. Że może jedna rozmowa zmieniłaby mój tok myślenia. Nie obwiniałabym się za tą sytuacją. Potem, z czasem, zrozumiałam, że to nie moja wina, że prawdopodobnie nawet gdybym opanowała matematykę na poziomie uniwersyteckim, to i tak nic by nie dało. Ale byłam wtedy jeszcze małym, naiwnym dzieckiem.
Dziś, chociaż okres dzieciństwa już dawno jest za mną, też czuję podobną bezsilność wobec niektórych sytuacji, na które za bardzo nie mam wpływu. W dzień muszę jakoś się trzymam - praca, spotkania z ludźmi, sto tysięcy problemów dzieciaków. Ale w nocy... w nocy nadchodzi starożytne katharsis. Przynajmniej ja to tak odbieram.
Jednak żeby nie zwariować w ciszy, włączam radioodbiornik. Czasami są to piosenki z kasety Starego Dobrego Małżeństwa (pierwsza kaseta - uwielbiam i polecam), czasami Piotra Rubika, czasami Krzysztofa Krawczyka, Zbyszka Wodeckiego, Janusza Laskowika, Tadeusza Woźniaka, Lecha Makowskiego, czy też Piotra Szczepanika i Maryli Rodowicz. Jakiś "odmóżdżacz" trzeba mieć. Ale dużo częściej włączam sobie RadioM, którego rozgłośnia przez ścianę graniczy z moim Wydziałem Teologicznym. Z przyczyn ideologicznych nie słucham "Radia Maryja", ale EMka jest dla mnie OK. Dużo w niej religijnej treści, ale leci i normalna, świecka muzyka. A i audycje wieczorne są bardzo ciekawe i przydatne. Ostatnio na przykład dawano przykłady błędów wychowawczych rodziców względem dzieci z różnych punktów widzenia. Aż miło było posłuchać. Rankiem włączam stację na poranne wiadomości i różaniec. A także aby posłuchać muzyki. Wieczorem lubię posłuchać krótkich opowieści o świętych z danego dnia, krótkich komentarzy do pierwszego albo drugiego czytania oraz Ewangelii z dnia, a także złotych myśli świętych osób. Kiedyś słuchałam też audycji związanych z roratami, w ostatnich latach brakuje mi jednak na to czasu. Może nie wpływa to jakoś znacząco na moje samopoczucie, ale na chwile kieruje moje myśli na inne tory.

wtorek, 8 lipca 2025

2228. Moje i Twoje potrzeby

Jakiś czas temu wywiązała się pod jednym z wpisów na blogu dyskusja z pewną personą, co do niektórych moich spraw. Starałam się jej wytłumaczyć, że po prostu chciałabym, aby co niektóre osoby z mojego otoczenia rozumiały moje potrzeby, ot tyle. Bo to, że jestem osobą z niepełnosprawnością nie oznacza, że ich nie mam, bo mam. I to zarówno te niższego, jak i wyższego rzędu. Dla przypomnienia piramida potrzeb stworzona przez Abrahama Maslova:
W odpowiedzi przeczytałam, że nikt nie ma obowiązku respektować moich potrzeb. No i zrobiło mi się niezwykle przykro. Bo te słowa padły nie ze strony kogoś pełnosprawnego, kto faktycznie może mnie nie rozumieć, ale kogoś, kto zmaga się z takim samym schorzeniem jak ja, kto też niejednokrotnie doświadczył odrzucenia ze względu na ograniczenia narzucone jej przez MPD. Więc skąd ta złośliwość?
Umówmy się - słynna Piramida Maslova przedstawia piramidę potrzeb odnoszącą się dla zdrowej psychicznie jednostki. Myślę, że nie ma nic dziwnego w tym, że tak jak każdy człowiek, także i ja odczuwam potrzebę przynależności do pewnej jednostki, szacunku oraz samorealizacji. I dążę do ich osiągnięcia, może czasami zbyt chaotycznie, zbyt gwałtownie, ale... Ale nie wydaje mi się, aby moje potrzeby były bardziej czy też mniej ważne od potrzeb innych osób. Ja respektuję i uznaję potrzeby innych osób, nawet w miarę możliwości staram się im pomóc w ich realizacji. Czy więc nie mam prawa oczekiwać tego od innych? Czy inni mają prawo mnie za to obwiniać? Ech, jakoś tak mi dziwnie z tego powodu. To nie tak, że mam o te słowa jakiś szczególny żal czy też pretensje o to, co napisała, ale jakaś mikroranka powstała i trudno ją zagoić.

A co do samorealizacji - pozapalałam dzisiaj sama wszystkie świece w kościele, co przy drżących łapach jest nie lada wyzwaniem. Wiem, że dla niektórych to nic, ale dla mnie dużo. I będę się z tego cieszyć, mimo wszystko...

piątek, 4 lipca 2025

2224. Iść "Zawsze w górę" oraz ciągle "Pod prąd"

Pamiętacie jeszcze jak przed tegorocznym spotkaniem młodych Lednica 2000 prezentowałam Wam hymn tegorocznego spotkania "Zawsze w górę" nawiązujący do słów błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego, który mu patronował, a którego relikwie znajdowały się z nami na polach lednickich? Nie? No to w gwoli przypomnienia:
Wiecie, tak sobie analizuję ostatnie wydarzenia w moim życiu i tak sobie myślę, że dużo jest prawdy w jej treści. Że aby do czegoś dojść, to trzeba iść na przód, pod górę. Nawet jeżeli wydaje nam się ona zbyt wysoka, zbyt stroma, zbyt niemożliwa do pokonania. Warto jednak znaleźć sobie trzy punkty oparcia, tak jak podczas prawdziwej wspinaczki - te trzy punkty oparcia dają poczucie bezpieczeństwa podczas przesuwanie stóp i dłoni na coraz wyższe połacie górskie. A przecież taką górą jest też nasze życie, to w ciągu jego biegu wspinamy się coraz wyżej i wyżej, zdobywając kolejne wzniesienia. Aż w końcu docieramy na sam szczyt, czyli do jego kresu. Czy nieustannie podczas tej wędrówki oglądamy się za siebie? Wydaje mi się, że głównie po to, aby przywołać pewne wspomnienia, czy też przeanalizować to, co było złe. Myślę więc, że nikogo nie zdziwi, że słowa refrenu pieśni są mi bardzo bliskie: "Zawsze w górę patrz, zawsze w górę idź, zawsze w górę, w górę kieruj każdą myśl".
Ale gdzieś z tyłu głowy chodzi mi też inna piosenka, będąca hymnem innego spotkania młodych ludzi, tym razem zorganizowanego przez księży sercan, na którym wraz ze znajomymi z Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży promowałam ideę tego przedsięwzięcia:
Również i jej słowa są mi bardzo bliskie. Bo ciągłe wspinania się w górę może nie wystarczyć. Czasami trzeba to robić pod tytułowy prąd. Wbrew modom, trendom, zdaniom innych osób, za to w zgodzie z własnym sumieniem i pragnieniami. To trudne, bo możemy stracić naprawdę dużo, jeżeli nie wszystko. To jednak tylko pozorna strata. Bo zyskujemy satysfakcję, wolność, poczucie spełnienia. Oczywiście nie zawsze jesteśmy w stanie od razu to dostrzec, czasami refleksja przychodzi po czasie. Ale myślę, że od czasu do czasu warto żyć i działać: "Pod prąd, wzwyż, ciągle dalej i dalej, żaden lęk i grzech nie zatrzyma mnie wcale za Tobą chcę iść, źródłem to siły mojej przez świat, pod prąd, przez niepokoje". 
A tak na potwierdzenie tych rozważań mogę dodać, że gdyby nie te hasła, tytuły hymnów, którymi nieświadomie kierowałam się przez całe życie, to chyba nie dałabym rady tyle osiągnąć, co do tej pory. Poddałabym się po byle porażce, zwątpiła w siebie przy pierwszym lepszym życiowym zakręcie. A jednak idę dalej - "Zawsze w górę" i "Pod prąd". Wbrew przeciwnością losu. Myślicie, że jeszcze coś dam radę w życiu osiągnąć? Bo ja mam cichą nadzieję, że tak. Mimo wszystko.

środa, 22 stycznia 2025

2110. Cwaniactwo w nietypowej odsłonie

Na studiach magisterskich z Nauk o Rodzinie pierwszy raz w życiu mam coś, co się zwie "asystent dydaktyczny". Jest nim... Starościna. Wszystko zaczęło się od tego, że Archanioł, mający problemy ze wzrokiem, na studiach pierwszego stopnia załatwił sobie podobne udogodnienie, o czym informował wszystkich na prawo i lewo. Starościna to podchwyciła, zwłaszcza że z tą funkcją wiąże się otrzymywanie comiesięcznego "wynagrodzenia". Czujecie, można dostać pieniądze za wysyłanie komuś notatek, które prawdopodobnie i tak się robi. Tak za mną chodziła, tak mierziła, tak nudziła, że w końcu skapitulowałam, bardziej dla swojego spokoju, i się zgodziłam. I to był jeden z moich błędów.
Sama propozycja wydawała się w miarę sensowna - dotychczas zazwyczaj nagrywałam wykład na dyktafon (zawsze dostawałam zgodę ze względu na niepełnosprawność i wynikających z nich problemy z szybkim pisaniem), a potem spisywałam to po nocach. Oczywiście, jak poprosiłam kogoś o notatki, to zazwyczaj ktoś mi je udostępniał. Teraz miałam dostawać notatki na koniec tygodnia, abym mogła w miarę regularnie przyswajać sobie wiedzę, co przy tak zawirowanym życiu jak moje jest punktem wyjścia. I tak się działo, ale tylko na pierwszym semestrze. Potem było już tylko gorzej. A ten semestr to już prawdziwa tragedia. Napiszecie mi, że mogłam się upominać... Myślicie, że tego nie robiłam. Ale odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: "wyślę ci wieczorem / jutro / w weekend". Tylko, że tego nie robiła. I tak w koło Macieju.
Dzisiaj mieliśmy kolokwium zaliczeniowe z wykładów z podstaw coachingu. Teoretycznie nie jest to przedmiot nie wiadomo jak trudny i wymagający i wystarczy naprawdę 2-3 razy przeczytać z niego notatki, aby mniej więcej wiedzieć, o co chodzi. Myślicie, że dostałam od Starościny notatki? Gdzie tam. I gdyby nie inna koleżanka z grupy, która zupełnie bezinteresownie wysłała mi tydzień wcześniej te, które ona robiła, to byłabym w czarnej dziurze. Ale przecież powinnam dostać je od Starościny... 
Na przerwie podeszłam do niej z zapytaniem, dlaczego mi nie wysłała tych notatek. Usłyszałam, że trzeba było poprosić. Tylko, że ja prosiłam i to nie raz. W takim razie odpowiedziała mi, że wysłała mi je w niedzielę, co ewidentnie było zmianą zdania. Odparłam, że nic mi nie doszło. Żeby było ciekawiej, to koleżanka udostępniła mi swój internet i razem sprawdziłyśmy te notatki. Okazało się, że ostatni raz wysłała mi coś w... październiku. Pozostawię to bez komentarza. Tak samo jak to, że kiedy zapytałam się jej, czy ma jakiś dowód na to, że wysyłała mi te notatki później, stwierdziła, że usunęła tamte meile. Tak, a świstak siedzi i zawija w te sreberka. Teraz to Zuza nie wytrzymała i wygarnęła jej, co myśli o takim zachowaniu. Potem mi powiedziała, że czuła, że albo nie zareaguję, albo tamta mnie zje, dlatego zareagowała. W sumie jestem jej wdzięczna i za notatki, i za wstawienie się za mną.
Potem, kiedy Starościna wyszła z pokoju studenckiego (zwanego socjalno-wypoczynkowym) wśród studentów z mojej grupy rozgorzała dyskusja na temat jej postepowania. Nikt nie mógł pojąć, dlaczego bez przerwy używając Internetu na zajęciach (doskonale każdy z nas widzi, co ona robi), nie jest w stanie wysłać mi notatek z zajęć. Notatek nie wysyła, ale pieniądze pobiera. Nawet asystentka Archanioła ironizowała, że Starościna nie miała czasu na wysłanie mi notatek, ale miała czas na wysłanie nowych dokumentów w tej sprawie. Mi już ręce opadły. 
Wspierana przez resztę grupy postanowiłam, że rezygnuję z jej "usług" od nowego semestru. Muszę tylko złożyć podanie w Biurze Osób Niepełnosprawnych. Bo tak właściwie poczułam się jak maszynka do zarabiania pieniędzy nie otrzymując nic w zamian. Nie oczekuję wiele, tylko tego, czego dotyczyła jej umowa z BONem. A skoro się z tego nie wywiązuje... Zresztą na licencjacie nigdy mi nie wysłała żadnej notatki kiedy prosiłam o to grupę, chociaż wiem, że je miała robione na laptopie. Już to powinno mi dać do myślenia i wskazać jej motywację, przynajmniej w teorii. Znowu sprawdziło się powiedzenie, że człowiek mądry po szkodzie. Na szczęście na ostatnim semestrze NoRek mamy tylko 5 przedmiotów, a więc będzie się dało to ogarnąć. A w razie czego - wiem, że zawsze będę mogła liczyć na pomoc Zuzy. W miarę szybką, i bezinteresowną.
Co ciekawe, na studiach z zarządzania sama z siebie dzieliłam się z grupą moimi notatkami z kilku przedmiotów, które były monologiem prowadzących bez żadnych prezentacji i innych tego typu ułatwień. Nagrywałam je, a potem godzinami spisywałam i wrzucałam na grupowego meila. Nie dostawałam za to pieniędzy, ale uzyskiwałam coś więcej - wdzięczność całej grupy. Bo pieniądze w życiu są ważne, ale czasami są też dużo ważniejsze, niematerialne rzeczy.

środa, 15 stycznia 2025

2105. Chyba nie potrafię już marzyć

Do powyższego wniosku doszłam pisząc pracę zaliczeniową z podstaw coachingu. W ogóle przedmiot dziwny, no ale wiem, że są osoby, które bardzo cenią sobie pracę z coachem. Ja jednak na razie sama sobie wyznaczam cele i sama do nich dochodzę. No, może nie do końca sama, bo nie raz i nie dwa pomagają mi w tym znajomi i rodzina. Ale co innego jest rozmawianie o swoim życiu ze znajomymi, którzy znają mnie i moje możliwości, a co innego z kimś, dla kogo jestem tylko i wyłącznie klientem. Nie wiem, może jestem uprzedzona po spotkaniami z psychologami w dzieciństwie, którzy usilnie próbowali mnie wcisnąć w jakieś odgórne ramy. Wiem jednak, że wiele osób chwali sobie pracę z coachem i ok., każdy z nas jest inny i ma inne oczekiwania co do życia.
Wracając do tematu, jako zaliczenie ćwiczeń z tego przedmioty mieliśmy napisać pracę na nasz temat, w którym rozwijaliśmy wytyczone z góry punkty. Większość z nich była dla mnie dziwna i napisanie ich było dla mnie prawdziwą torturą. Wyjątkowo nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Może nie potrafię wystarczająco wejść w głąb siebie? Nie wiem, nie jestem tutaj obiektywna w ocenie samej siebie. Tym bardziej, że rozwijając poszczególne punkty miałam wrażenie, że piszę wręcz sztucznie, pod jakąś publiczkę, tylko żeby było i żeby zdobyć to całe zaliczenie. No bo co ja na to poradzę, że raz potrzebuję więcej, a raz mniej czasu na odpoczynek? Czasami biorę się do czegoś po krótszej, a czasami po dłuższej chwili? Dla mnie ważne jest, że robię zadania na czas. I to mnie satysfakcjonuje. A że mogłabym ten czas dużo lepiej spożytkować, a przez to jeszcze dalej zajść? Tylko czy ja tego chcę?
Najgorsze było dla mnie jednak napisanie o swoich marzeniach i tym, w jaki sposób chcemy je spełniać. Tylko, że ja sobie uświadomiłam, że ja chyba nie mam marzeń. A na pewno nie na dłuższą metę. Bo jakieś tam drobne marzenia mam, nie powiem, że nie. Jednak to nie są raczej marzenia do dzielenia się z całym światem. Zauważyłam też, że kiedyś, nawet te 10 lat temu, łatwiej mi było marzyć. Może przez tą dekadę zaczęłam mieć bardziej realistyczne spojrzenie na świat? Może przez ten czas odkryłam, że mogę marzyć o różnych rzeczach, a i tak większość z nich pójdzie do kosza? Po co się rozczarowywać? Łatwiej jest żyć tu i teraz. Ewentualnie mieć małe, niepozorne marzenia, takie na miarę dziecka. Bo ich spełnienie jest prostsze i aż nie tak skomplikowane. Może i nie zbawiają one świata, ale też dają dużo satysfakcji. 
Coś tam jednak napisałam w pracy na ten temat, bardziej żeby było, niż to, co naprawdę czułam. Nie, ta praca zdecydowanie nie jest na moim poziomie. Mam jednak nadzieję (a może jednak małe marzenie), że uda mi się ją zaliczyć, a tym samym zostanę dopuszczona do zaliczenia z wykładów. Oj, nie ma łatwo w tym życiu...

sobota, 25 maja 2024

1940. Stare Dobre Małżeństwo wpadło mi w ucho

Od czasu tegorocznej Wiosny Ludów, czyli marszu gwieździstym wychowanków różnych duszpasterstw akademickich działających na terenie K-c i okolic, zainteresowałam się utworami wykonywanymi przez zespół Stare Dobre Małżeństwo. Już wcześniej od czasu do czasu coś tam sobie posłuchałam z ich repertuaru, ale bez jakiegoś większego zainteresowania. 
Jednak po tamtej wyprawie w góry ich utwory nabrały dla mnie zupełnie innego wymiaru. Być może to dzięki okolicznościom, w jakim ponownie je usłyszałam. Już nie w domowym zaciszu, ale wśród osób, z którymi dzielą mnie wspólne pasje (w tym do gór) oraz wartości. Już nie z radia, czy też komputerowego głośnika, ale na żywo, przy dźwięku gitary i śpiewów płynących z głębi serc. Nie będę ukrywała, że zrobiło to na mnie niebagatelne wrażenie, a nawet przywołało we wspomnieniach okres z początku mojej historii z działalnością w Oratorium. Wtedy też był tam zespół muzyczny, który grał na gitarach podczas Mszy świętych, a ci, którzy nie grali - po prostu śpiewali.
W moim przypadku stwierdzenie, że muzyka łagodzi obyczaje sprawdza się w 100%. Zauważyłam, że słuchanie znanych mi kawałków przynosi mi ulgę i ukojenie w trudnych chwilach, albo kiedy mam jakieś zmartwienia czy też problemy. Albo kiedy po prostu mam ochotę odpocząć od otaczającej mnie rzeczywistości. Tak, w tym wszystkim pomagają mi dwie rzeczy - bieganie oraz słuchanie muzyki. Ale tylko tej wybranej, która ma dla mnie szczególne znaczenie. 
Czy mam jakieś ulubione kawałki z repertuaru Starego Dobrego Małżeństwa? Zdecydowanie są to na dzień dzisiejszy "Bieszczadzkie Anioły", "Gloria", "Sanctus", czy też "Jak?" ("Cudne manowce"). Zresztą już wcześniej zwróciłam na nie uwagę. Podejrzewam jednak, że na tych kilku utworach się nie skończy i z czasem poznam i zachwycę się jeszcze niejednym z nich. Tak było w wielu przypadkach, w tym z Lechem Makowskim. Moja znajomość z jego piosenkami zaczęła się gdzieś w 2010 roku od usłyszenia "Ostatniego listu" opowiadającego o polskich oficerach zamordowanych w Katyniu i trwa do dzisiaj, a utwory raz po raz rozbrzmiewają w moim mieszkaniu. Czy też z twórczością Piotra Rubika. Czy tak samo będzie ze Starym Dobrym Małżeństwem? Mam nadzieję, że tak. Tym bardziej, że obok tych piosenek nie da się przejść obojętnie.
Z czytelniczych spraw, to pomijając to, co muszę przeczytać w ramach przygotowania się do zajęć na uczelni, dla przyjemności zabrałam się za czytanie biografii błogosławionego Józefa Ulmy, którą całkiem niedawno nabyłam. Historię dotyczącą jego żony Wiktorii poznałam już we wrześniu, tuż przed beatyfikacją całej rodziny. Cieszę się, że znalazła się osoba, krewny rodziny Ulmów, która zdecydowała się na opisanie życiorysu Józefa. Będzie to piękne dopełnienie i uzupełnienie biografii Wiktorii.

piątek, 24 maja 2024

1939. Nasza polska pobożność Maryjna

Chociaż ksiądz Krzysztof przebywa u swoich przyjaciół w Panamie, to spotkania naszego piekarnika trwają w najlepsze. To głównie za sprawą naszych animatorów, którzy dbają o to, aby tematyka spotkań była różnorodna i wszechstronna, i w razie potrzeby są w stanie poprowadzić je bez udziału duszpasterza. Myślę, że to jest dobre rozwiązanie dla wszystkich - ksiądz nie musi się martwić, że skoro go nie ma, to i nie będzie spotkania, my mamy ciągłość spotkań, a animatorzy zdobywają różne kompetencje miękkie, tak bardzo przydatne w dorosłym życiu. Coraz częściej zastanawiam się, dlaczego to tak nie działa w Oratorium w mojej parafii. Przecież proboszcz, który jest jego opiekunem (i właściwie nic nie robi), mógłby wyznaczyć 2 - 3 osoby (nie koniecznie mnie, bo raczej nie mam ku temu kompetencji), które by były odpowiedzialne za organizację zajęć dla dzieci. Tak samo jak mógłby rozeznać, kto z nas ma uprawnienia wychowawcy kolonijnego i zgodzić się na organizację półkolonii parafialnych (od biedy mogłabym być ich kierownikiem, bo mam zrobiony odpowiedni kurs, ale wychowawcą też bym nie pogardziła). Przez lata je organizowaliśmy i zawsze był komplet dzieci, a nawet lista rezerwowa. Ale nie, lepiej zorganizować dużo droższy wyjazd dla dzieci do Włoch. 
Na ostatnim spotkaniu naszej wspólnoty duszpasterskiej oglądaliśmy odcinek dosyć popularnego serialu "The Chosen" opowiadający o weselu w Kanie Galilejskiej. A następnie dyskutowaliśmy nie tylko o roli Maryi podczas tej historii, ale też o tym, jaką ona rolę odgrywa w naszym prywatnym życiu. Jak dla mnie jest to doskonałe przeniesienie teorii na praktykę tego, o czym uczyła nas jedna z wykładowczyń na zajęciach z Zagadnień kultury współczesnej. Dużo mówiliśmy na nich o tym, jak doskonałą bazą do rozmowy są obejrzane filmy bądź seriale. I to nie tylko na tematy religijne, ale właściwie na wszystkie.
Z rozmowy wynikło, że maryjna pobożność jest bliska sercu właściwie każdego z nas. Wiele osób skupionych w duszpasterstwie odmawia różaniec, w miarę możliwości uczęszcza na nabożeństwa majowe, "uczymy się" tej pobożności od świętych i błogosławionych, którzy nam imponują, a dla których kult maryjny jest bardzo ważny. Dla wielu jest to Pier Giorgio Frassati, dla innych św. Maksymilian Maria Kolbe - czciciel Maryi Niepokalanej, dla jeszcze innych jakieś szczególne miejsce związane z czczonym w nim wizerunku Maryi. Wymieniano tutaj chociażby Częstochowę, Ludźmierz, Leśniów, Piekary Śląskie, Licheń, moją ukochaną Kalwarię Zebrzydowską. Z tego wszystkiego zapomniałam powiedzieć, że w moim mieście też jest szczególny kult figury Matki Bożej Anielskiej Patronki Zagłębia znajdującej się w miejskiej bazylice. Kilkoro z nas należało w dzieciństwie do Dzieci Maryi, gdzie ten kult jest dosyć silny. Ja z kolei jestem związana z parafią, w  której posługują księża salezjanie, a tam szczególnie uroczyście obchodzone jest i wspomnienie Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia - rocznica założenia pierwszego Oratorium), i Maryi Wspomożenia Wiernych (24 maja), dodatkowo od 24 lat noszę szkaplerz karmelitański, co też w jakiś sposób łączy się z pobożnością maryjną. Każdy z nas też podkreślał, że traktuje Matkę Boską nie jako ktoś na równi z Bogiem, ale jako pośredniczkę w drodze do niego. To trochę tak jak w rodzinie - czasami łatwiej jest nam z czymś przyjść do mamy, niż do taty. Co nie oznacza, że potem tata się o tym nie dowiaduje. Myślę, że tak samo jest z osobami boskimi - mówimy o czymś Matce Bożej, a Bóg Ojciec i tak się o tym dowiaduje. A więc Maryja jest tylko pośrednikiem w tym kontakcie.
Zastanawiać może to, dlaczego w Kościele Katolickim jest tyle tytułów Maryi. Dlaczego nie zwracamy się do Maryi po prostu Maryja? I skąd to się w ogóle wzięło? Mnie też to nurtowało. Na portalu mateusz.pl. znalazłam dosyć ciekawe i wyczerpujące wytłumaczenie tej praktyki:
"W Katechizmie Kościoła Katolickiego (KKK 487) czytamy zdanie: >>Wiara katolicka w odniesieniu do Maryi opiera się na wierze w Chrystusa, a to, czego naucza ona o Maryi, wyjaśnia z kolei wiarę w Chrystusa<<. Dlatego też dogmaty maryjne (Boże Macierzyństwo, Niepokalane Poczęcie, Dziewictwo Maryi, Wniebowzięcie Maryi) naprowadzają nas na wielość >>Imion<<, którymi zwracamy się do Niej lub przez Nią do Boga. W encyklice papieża Jana Pawła II: >>Redemptoris Mater<< (Marka Odkupiciela), poświęconej Maryi, w punkcie 33 możemy przeczytać orzeczenie Soboru Ekumenicznego z Nicei (787 r.) na temat czci obrazów: >>...według nauczania Ojców i powszechnej Tradycji Kościoła wierni mogą czcić razem z krzyżem także wizerunki Matki Bożej, Aniołów i Świętych, w kościołach, w domach i przy drogach<<. Tę starożytną praktykę czci i pobożności maryjnej potwierdził ostatni sobór powszechny - Watykański II. Dlatego >>Maryja Częstochowska, Licheńska, Hodowicka, Piekarska...<< to tytuły poszczególnych wizerunków, wzięte od miejsca szczególnego ich kultu (sanktuaria). W tych wizerunkach ci, którzy kochają Maryję, daną im przez Jezusa Chrystusa za Matkę, po prostu czczą Ją i proszą, by Ona wstawiała się za nimi. Trzeba przy tym pamiętać, że wstawiennictwo Maryi jest całkowicie uzależnione od zbawienia dokonanego przez Chrystusa i czerpie z Jego mocy. Nasza ufność we wstawiennictwo Maryi daje w szczególny sposób wyraz tej tajemnicy, że Bóg posługuje się wybranymi ludźmi, aby obdarzyć zbawieniem innych ludzi.
W kulcie obrazów nigdy nie czcimy danego przedmiotu (obrazu, figury), ale osobę, którą one wyrażają. Ikona bowiem odsyła do osoby, którą przedstawia i uobecnia. Ikony i obrazy (analogicznie tytuły: Róża Duchowna...) wspomagają naszą wiarę, wspomagają naszą wyobraźnię, pomagają nam trwać w modlitewnym skupieniu. Spełniają więc tylko funkcję pomocniczą. Aczkolwiek ta rola jest dosyć znaczna. Wiele wizerunków uznaje się za cudami słynące, bowiem w tych konkretnych miejscach (np. Lourdes, Fatima, Częstochowa) dokonały się (medycznie udokumentowane) cuda. Dlatego też te miejsca są uprzywilejowanymi ośrodkami urzeczywistniania się zbawczego pośrednictwa Kościoła.".

A więc Maryja jest jedna, ma tylko wiele przydomków związanych z jej cechami lub miejscami jej szczególnego kultu. Czcimy Matkę Bożą jako osobę, a nie jako wizerunek przedstawiony na obrazie lub w postaci figury. I Maryja jest tylko pośredniczką w naszej rozmowie z Bogiem.

wtorek, 19 marca 2024

1890. Ekstremalni studenci

Pierwsza nocna Ekstremalna Droga Krzyżowa odbyła się w 2009 roku i prowadziła z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej. Jej pomysłodawcą był ksiądz Jacek Stryczek, którego większość z nas może kojarzyć jako byłego prezesa stowarzyszenia Wiosna (inicjatora akcji Szlachetna Paczka, czy też Akademia Przyszłości). W pierwotnym zamyśle miała na celu rozbudzić w mężczyznach ich męskość. 
Trzy pierwsze edycje odbyły się we wspomnianym Krakowie. W 2012 roku inicjatywa po raz pierwszy "wyszła" poza jego obręb - Ekstremalna Droga Krzyżowa odbyła się również w Gliwicach, a także, co ciekawsze - w Wielkiej Brytanii. Z każdym rokiem EKD osiągała coraz większe zasięgi. Kilka lat temu trafiła też do mojej rodzinnej miejscowości. Nawet ksiądz Boski Oski miał dalekosiężne plany zorganizowania jej przez naszą parafię. Czemu to była kolejna rzecz, która dziwnym zbiegiem okoliczności mu nie wyszła? Mogę się tylko domyślać. Inicjatywę przejęła inna parafia, jak jednak zobaczyłam trasę, to trochę zwątpiłam w swoje siły, chociaż wydaje mi się, że z powodu braku samochodu chodzę dosyć dużo. Ale to jednak 40 km, nocą, samemu, po nieznanym terenie. Na razie nie wykonalne.
Taką alternatywą okazała się o połowę krótsza trasa Ekstremalnej Drogi Krzyżowej organizowanej przez Duszpasterstwo Akademickie, do którego należę, a prowadząca od Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach do parafii p.w. Świętego Ducha w Tychach. 19 kilometrów z pozoru nie jest aż tak dużym dystansem (w porównaniu z tym w mojej miejscowości), co nie oznaczało, że i ona nie będzie wymagała od uczestników wysiłku. Wiecie, trochę się zastanawiałam, czy się na nią zapisać, ale po rozważeniu wszelkich za i przeciw, postanowiłam spróbować.
Nie mam pojęcia dlaczego nasza akademicka EKD odbywała się nie dość, że tydzień wcześniej to jeszcze z soboty na niedzielę. Ale chyba nie to jest najważniejsze, a to, że w ogóle się odbyło. I że wzięło w jej udział stosunkowo dużo ludzi. Poprzedziła ją Msza święta w kaplicy Wydziału Teologicznego, po której wykonano pamiątkowe zdjęcie jej uczestników. 
Jak widzicie, rozstrzał wiekowy był dość spory, bo w naszej EDK wzięli udział i rodzice wychowanków Duszpasterstwa, i formujący się w różnych grupach studenci, i ich rodzeństwo. Jeszcze podczas kazania ksiądz Krzysztof przypomniał nam o istocie tego wydarzenia oraz o tym, żebyśmy nie zapomnieli zabrać ze sobą intencji, w jakiej chcemy ofiarować ten nasz wysiłek. Oprócz tego każdy z nas dostał odgórną intencję, o jaką poprosili przyjaciele i sympatycy Duszpasterstwa Akademickiego.
Z Wydziału wyruszyliśmy o 21:00. Tuż przed wyjściem otrzymaliśmy błogosławieństwo na drogę i przypomnienie, abyśmy uważali nie tylko na siebie, ale też na innych. A potem udaliśmy się w niespełna 20-sto kilometrową drogę. W tym roku towarzyszyły nam rozważania napisane przez męską ekipę naszego duszpasterstwa. Ciekawostką jest, że miejsca poszczególnych Stacji nie były nam z góry narzucone i tak naprawdę mogliśmy je odprawić w dowolnym miejscu po drodze. Trasę można było przejść samemu, ale też w niewielkich grupkach. Gdybym znała trasę to pewnie pokonałabym ją sama, ale że ani jej nie znałam, ani nawet nie miałam w telefonie GPS-a to postanowiłam się do kogoś dołączyć. Najpierw trzymałam się podgrupki poruszającej się pod przewodnictwem księdza Krzysia, z którymi dotarłam aż do czytania ósmej Stacji, czyli na około 13 kilometr.
Ale w pewnym momencie zaczęłam słabnąć i stopniowo odłączać się od grupy. Przez pewien czas szłam z rodzicami niektórych członków Duszpasterstwa, którzy też zdecydowali się iść z nami, aż w końcu ostatnie kilometry z dwójką dotąd nieznanych mi osób, które teoretycznie zamykały pochód. Ta końcówka drogi była naprawdę trudna - znać dawało nie tylko zmęczenie dotychczasową trasą, ale i dosłownie ekstremalne warunki. W pewnym momencie zaczęło padać, a niebawem deszcz zamienił się w śnieg. Oczywiście nie była to śnieżyca i zadymka, ale i tak nieźle dawało w kość. Tak bardzo, że po przejściu pierwszego kilometra w Tychach (czyli ok. 17 całości) zupełnie opuściły mnie siły. Dziewczyna, z którą szłam, widząc co się dzieje zaproponowała, że może mnie podwieźć już do tego kościoła, który był na końcu całej trasy - po prostu ma zaparkowany przy znajdującym się nieopodal dworcu kolejowym samochód. Skapitulowałam i zgodziłam się. Może i jestem słaba, ale dla mnie była to kolejna lekcja pokory (a podobno według niektórych czytelników mi jej brakuje). Takie przyznanie się, że jednak nie jestem na tyle silna i nie dam rady czegoś zrobić, a przez to potrzebuję pomocy z zewnątrz. Wiem, że taka postawa jest dzisiaj nie w modzie, bo wszyscy chcemy być postrzegani jako idealne osoby bez skazy, błędów i wad, ale jak to mi raz powiedział Ksiądz Niosący Światło - "nikt nie jest idealny, nawet ja" (to chyba najbardziej pokorny kapłan, jakiego spotkałam).
Przy Domu Katolickim przylegającym do parafii odprawiłyśmy ostatnie dwie stacje, a potem weszłyśmy do środka. W ciepłym wnętrzu już czekali na nas ci, którzy dotarli na miejsce przed nami. Ksiądz Krzysztof wszystkim gratulował pokonania trasy w ekstremalnych warunkach, a także dbał o to, aby każdy z nas dostał kubek z ciepłą herbatą, bo jak przyznał - on sam zmarzł, a jeżeli on zmarzł, to już musi być zimno.
 - No i jak było - wypytywał, bo też się zastanawiał, gdzie jestem i czy jeszcze idę, czy może ma mnie szukać po drodze. Przyznałam mu szczerze, że zabrakło mi trochę drogi, ale dziewczyna, która mnie podwiozła, przyznała że to góra 1,5 kilometra trasy, więc chyba nie jest tak źle. Ciepłej herbaty jednak mnie nie pozbawił. A nawet przyznał, że cieszy się, że z nimi poszłam. Więc chyba zbytnio go nie zawiodłam. Przynajmniej mam takie odczucie.
W salce parafialnej ksiądz Krzysztof zainteresował się, jak mam zamiar wrócić do domu. Powiedziałam mu, że najpierw jakoś dostanę się do Katowic, a potem z Katowic już dam radę dotrzeć do siebie, jakoś.
 - O trzeciej rano? - powiedział z powątpieniem w głosie. A potem stwierdził, że pojadę z nimi, a potem już odwiezie mnie do domu. Oczywiście powiedziała mu, że wystarczy, kiedy podrzuci mnie do Katowic, a potem już sobie przejdę spod kurii na dworzec, no ale się uparł, że jakby nie patrzeć, mam najdalej z nich wszystkich do domu. I jeszcze dodał, że przeze mnie nie będzie mógł spać w nocy. W końcu skapitulowałam. Jeszcze bym go miała na sumieniu. W ostateczności najpierw pojechali mnie odwieźć do DG, a następnie drogą szybkiego ruchu wrócili do Kato. Tym sposobem w domu byłam już o 3:30. Ale i tak było mi głupio, że nadrobili tyle kilometrów. I że ksiądz jeszcze później poszedł spać.
No dobra, może i jestem za słaba na przejście tych 19 kilometrów, ale jak to podsumował ksiądz Krzysztof - on się obawiał że padnę mu najpóźniej po połowie trasy. A jak miałam mu paść i nie wstać, to lepiej, że te 1,5 kilometry podjechałam. I mam się nie martwić, bo i tak jestem "mocarzem", zwłaszcza w sensie duchowym. Tyle sprawnych osób nawet nie odważyłoby się podjąć tego wyzwania... Trochę mnie tym podbudował, ale tylko trochę. Kurcze, jednak należę do tych ludzi, którzy wymagają głównie od siebie. W zamiarze mam więcej chodzić, tak aby w przyszłym roku dać radę przejść całość. Może wreszcie się przełamię (robię to od trzech lat) i poproszę Bacę o to wyjście w góry? Myślę, że nieźle by to wzmocniło moje osłabione mięśnie. No i trzeba wrócić do biegania. Tylko jak to wszystko pogodzić...
A tą naszą dąbrowską trasę EKD też kiedyś przejdę. Tylko może za dnia, tak aby w razie braku sił móc czymś wrócić do domu. I żeby nie potykać się w ciemności o swoje nogi i inne wystające przedmioty. Zresztą ja mam takie szczęście, że potykam się i przewracam nawet wtedy, gdy jest jasno. Aż sama się sobie dziwię, że na tej nocnej nic takiego mi się nie przydarzyło. To znaczy, że po drodze nie runęłam jak długa czy to na chodnik, czy na leśną ścieżkę.
A może już dzisiaj poprosić o pomoc "z góry" samego świętego Józefa, którego wspomnienie dzisiaj obchodzimy? Nawet Krajowe Biuro Organizacyjne Światowych Dni Młodzieży zaproponowało zadanie z tym związane:

wtorek, 5 marca 2024

1878. W poszukiwaniu swoich mocnych stron

Pomyśl nad swoimi mocnymi stronami. Podziękuj za nie Bogu
Pomyśl nad swoimi nocnymi stronami. Podziękuj za nie Bogu.

Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja zawsze, jak jestem pytana o moje mocne strony, czy też zalety nie bardzo wiem co powiedzieć. Łatwo mi zobaczyć mocne strony u innych, docenić je, znacznie trudniej u samej siebie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że je mam, że być może są rzeczy, w jakich jestem naprawdę dobra, ale żeby je wskazać to już jest mi trudno. Poza tym zawsze mam wrażenie, że moje zalety są niczym z zaletami innych osób. Ale wiem, że je mam, jak każdy z nas. Nawet jeżeli nie potrafię ich wprost zdefiniować. I cieszę się, nawet jeżeli mam ich stosunkowo mniej od innych. Bo zawsze lepiej mieć te 3-4 mocne strony niż nie mieć ich wcale. Albo mieć ich ogrom, ale nie potrafić ich dostrzec, czy wręcz wykorzystać. 
Nasze mocne strony to nasze zasoby, talenty z którymi przyszliśmy na świat. Każdy z nas je ma, nawet nie zdając sobie z tego sprawę. Dlatego ważne jest, aby ktoś drugi umiał je wskazać. A potem poprowadził tak, aby móc je wykorzystać w życiu. To trochę tak jak z przypowieścią o talentach, które nie pomnożone po prostu zostały zabrane właścicielowi. Oczywiście nikt nam nie zabierze naszych mocnych stron, ale nie wykorzystywane mogą zwyczajnie zostać zapomniane.
Potrafilibyście wskazać swoje mocne strony? Nie musicie mi o nich pisać, ale warto się nad nimi zastanowić.

Zrobiłam sobie wieczorem spontaniczny spacer. Po powrocie do domu sprawdziłam ile przeszłam. Według GoogleMaps trasa wyniosła prawie 6,5 kilometra. Sama się sobie zdziwiłam. Wiecie, że tak dużo, bo obstawiałam znacznie krótszy dystans. Ciekawe czy jutro wstanę z łóżka i z jakim skutkiem.

poniedziałek, 4 marca 2024

1877. "Kiedy człowiek ma w sobie Pokój, ma w sobie również radość"

To niebanalne zdanie usłyszałam po jednym z różańców na Teobańkologii i niemal od razu zapadło mi w serce i w pamięć i nie chce z niego wyjść. Dlatego postanowiłam, że właśnie taki tytuł nadam mojemu dzisiejszemu wpisowi. Tym bardziej, że organizatorzy akcji wielkopostnej z Krajowym Biurem Organizacyjnym Światowych Dni Młodzieży na dzień dzisiejszy zaproponowali takie zadanie:
Pomódl się w intencji pokoju
"Zachęcam do kontynuowania negocjacji w sprawie natychmiastowego zawieszenia broni w Strefie Gazy i w całym regionie" - apelował po wczorajszej modlitwie Anioł Pański Papież Franciszek. Pomódl się dziś w intencji pokoju.
Jakoś tak automatycznie wróciłam myślą do wykładu pani Małgorzaty Kurzajewskiej na temat tego, co się dzieje w Ziemi Świętej. I do pasterkowego kazania wygłoszonego przez Paula. I jeszcze do noworocznego Księdza Niosącego Światło. I cały czas zastanawiam się, dlaczego jesteśmy takimi głupcami, że w jednej chwili potrafimy zniszczyć panujący wokół nas pokój. Coś co nie zostało nam dane raz na zawsze, ale to, o co powinniśmy dbać i pielęgnować. I to nie koniecznie chodzi tutaj o wielkie wojny, ale też o małe wojenki na naszych własnych podwórkach. Dlatego na pewien czas rezygnuję ze scholi parafialnej, jeżeli nie na zawsze. Szkoda, że w tak głupich okolicznościach, ale ja naprawdę nie mam już siły na to wszystko. A na rozmowę, w której nie będę miała przerywanego zdania nie mam raczej co liczyć. Po co więc mam się denerwować? I co to da? Tylko samej sobie tym szkodzę. 
Już zauważyłam pewne pozytywne efekty tej zmiany. Jestem jakby spokojniejsza i nawet lepiej skupiam się na tym, co mówią inni. Wiem, że i tak jestem wartościowym człowiekiem, który ma nie tylko swoje wady, ale i zalety, a także godność. Kiedy tak na spokojnie przeanalizowałam moje ostatnie lata w parafii, a konkretniej okres, w którym parafią rządzi aktualny proboszcz, zauważyłam coś dziwnego. A raczej tak strasznego, że aż nie chce mi się do końca wierzyć, że kapłan, następca Chrystusa na ziemi, mógłby zrobić coś takiego i jeszcze wmawiać wiernym, że to ich wina. Potrzebuję o tym porozmawiać z kimś zaufanym, bo może to tylko moja nadinterpretacja. Najgorsze jest chyba to, że nie czuję wściekłości, a raczej smutek i zwątpienie. Po ochłonięciu z tego wszystkiego zaczęłam nawet cieszyć się z życia. Z jego małych okruszyn, a nawet na nowo dostrzegać jego sens. Może wszyscy potrzebujemy odpoczynku od siebie? Wiem, że do parafii raczej nie wrócę, dopóki będzie ten proboszcz. Nie wiem jak emocjonalnie zniosę sobotni wyjazd do Krakowa na Misterium Męki Pańskiej, ale już nie chciałam słyszeć, że robię problem tam gdzie go nie ma, wypisując się z niego. Jakoś to zniosę, muszę. 
Tylko trochę szkoda, że opuszczę ostatni dzień Misji Świętych w parafii Księdza Niosącego Światło. Po dwóch dniach przyznam, że nauki mi się podobają. Trochę się bałam, że ktoś będzie miał pretensje, że tam przychodzę, chociaż to nie moja parafia. Ale nie, proboszcz tradycyjnie macha mi od samych drzwi, Ksiądz Niosący Światło też jak tylko mnie widzi, to podchodzi się przywitać, albo chociaż też macha mi ręką. Wczoraj, w pierwszym dniu tych misji odbył się cudowny koncert podczas którego wykonano "Stabat Mater" Pergolesiego. Jak możecie się domyśleć, muzyka jest bliska mojemu sercu, toteż cudowne dźwięki wprowadziły jeszcze więcej pokoju w moje wnętrze.
I tak sobie myślę, że jeżeli w nas samych będzie więcej pokoju niż złości i nienawiści, to jest szansa, że zapanuje on także w naszym otoczeniu, a następnie na całej ziemi. Poza tym ci ludzie, którzy noszą w sobie pokój, emanują wewnętrzną radością. A chyba lepiej być radosnym niż przygnębionym i smutnym.

poniedziałek, 19 lutego 2024

1864. Komfort duszy

Obiecałam sobie, że nie będę się przejmowała jakimiś dziwnymi i niezrozumiałymi, jak dla mnie, pomysłami i zarządzeniami księdza proboszcza. Z perspektywy doby widzę nawet pewną nieścisłość pomiędzy jego słowami, a postępowaniem. Tutaj podczas kazania mówi o odwadze w kontaktach z innymi ludźmi, a tak naprawdę zabrakło mu jej aby powiedzieć mi wprost, że nie chce abym coś czytała w kościele. Może bym to nawet zaakceptowała, a już na pewno próbowała zrozumieć. Tak samo pani Dyrygent. Tymczasem przez cały rok wszyscy grali ze mną w kotka i myszkę, pewnie sądząc, że się nie zorientuję. Zorientowałam się. Tu chyba już nie chodzi o sam fakt zabronienia mi pewnych rzeczy, nawet nie podając powodu (chociaż ja się domyślam) ile o to, że nie widzieli potrzeby powiedzieć mi o tym. Dzisiaj już wszystko przeszło w stan zobojętnienia, chociaż czasami robi mi się przykro, jak ni stąd, ni zowąd sobie o tym przypomnę.
Jednak postanowienie to jedno, a rzeczywistość drugie. Jak można się domyśleć, nie miałam już najmniejszej ochoty iść do mojego kościoła na Gorzkie Żale. Pewnie znowu usłyszałabym jakieś kazanie żywcem ściągnięte z netu... Już wolałam przejść się te dwa kilometry do parafii Księdza Niosącego Światło, ochłonąć trochę, przemyśleć kilka spraw. Ale im więcej wszystko analizowałam, tym bardziej chciało mi się płakać. Może to jednak nie był taki dobry pomysł? No nie ważne. Do kościoła dotarłam przed 17. A nabożeństwo miało się rozpocząć o 17:15. Sam kościół był zamknięty, ale otwarty był jego przedsionek. Weszłam do niego i usiadłam na jednej z ławek chowając głowę w dłoniach. Nagle usłyszałam, jak klucz przekręca się w drzwiach oddzielających przedsionek od świątyni, one same się otwierają, a zaraz potem dotarło do mnie pełne zaskoczenia: "Karolina? Co się stało?". Tylko pokręciłam przecząco głową i poszłam do swojej ławki. Ksiądz Niosący Światło wyczuł chyba, że coś jest nie tak (w zasadzie trudno było nie) i poszedł za mną, siadając tuż obok. "No to co się stało?". Powiedziałam mu, że nic ważnego. No przecież nie będę donosić na własnego proboszcza. Trochę był też chyba zaskoczony moim nastrojem, ale gdyby wiedział ileż to łez wypłakałam podczas jego choroby... Tradycyjnie ścisnął moje złożone w pięści dłonie i uśmiechnął się uspakajająco. "Będzie dobrze" szepnął wstając z ławki. Chwilowo nawet się uspokoiłam i dosyć egoistycznie pomyślałam, że szkoda iż nigdy nie będzie w naszej parafii.
Dzisiaj przed wieczorną Mszą świętą odważyłam się i zapytałam go, czy gniew trwający góra kilka godzin, a następnie przechodzący w żal, jest tak ciężkim grzechem, że trzeba się z niego spowiadać. Nie wdrażałam go w szczegóły, nie wiem jakie mają stosunki w dekanacie, a już ani nie chcę oczerniać mojego proboszcza, ani robić sobie ewentualnych kłopotów. Pokręcił przecząco głową twierdząc, że nie, bo to emocja jak każda inna. Jeżeli nie trwa zbyt długo, a jeden dzień możemy tak odbierać i zbytnio nie ubliżamy innym w myślach, to nic się złego w naszej duszy nie dzieje, a wręcz ma ona szansę się "oczyścić". Gorzej, jeżeli jest to jakiś chroniczny stan. I dla ciała, i dla duszy. Trochę mnie tym uspokoił. Ale tylko trochę.
Po Gorzkich Żalach pojechałam do Kato na Duszpasterstwo. O 20:00 mieliśmy Mszę w kaplicy mojego wydziału, a po niej spotkanie formacyjne, już w ośrodku DA. Godzina jak dla mnie mega późna, zważając, że dzisiaj miałam zajęcia na uczelni od 8:00 rano, ale wydaje mi się, że studiowanie w Grodzie Kraka nieco mnie pod tym względem zahartowało. Kiedy udałam się do Kato byłam już w lepszej formie psychicznej, niż te 2 godziny wcześniej, ale chyba dalej emanowały ode mnie te emocje. W każdym razie ksiądz Krzysiek wyczuł, że coś jest nie tak (też mnie nigdy nie widział w takim stanie). Najpierw, jeszcze na wydziale, próbował dowiedzieć się, co się stało (powiedziałam mu, że mam małe problemy w parafii), a potem po prostu wziął mnie w ośrodku do przedpokoju i tam siedział ze mną na kanapie. Nie rozmawialiśmy o tym, co się stało, chociaż wiem, że by mnie przynajmniej wysłuchał, ale po prostu siedzieliśmy i milczeliśmy. A czasami milczenie też może być zbawienne. Zwłaszcza kiedy człowiek nie wie, co właściwie ma powiedzieć.
Kiedy tak sobie siedziałam obok księdza Krzysia i milczałam, uświadomiłam sobie, że czuję coś co można nazwać "komfortem duszy". To sytuacja, kiedy człowiek mimo negatywnych emocji jakie nim targają, zaczyna odczuwać wewnętrzny spokój, a zarazem i pokój, tylko poprzez samo obcowanie z drugim człowiekiem. To nie musi być kontakt fizyczny czy też werbalny, wystarczy tylko sama obecność osoby, której się ufa i przy której człowiek czuje się w miarę bezpiecznie. Kiedyś, ponad dekadę temu, był to ksiądz Wojtek. Wiedziałam, że kiedy mam problem to mogę do niego przyjść, że zawsze znajdzie czas, aby mnie wysłuchać, doradzić, pobyć. Po jego odejściu długo nie mogłam znaleźć nikogo, kto by był dla mnie kimś takim. Aż do teraz. I to w dodatku dwóch duchownych. Takich, którzy całym sobą budują tylko i wyłącznie łączące mosty, a nie dzielące mury. Tylko szkoda, że nie z mojej parafii? Jakie cechy powinna posiadać taka osoba? Najzwyczajniejsze w świecie - akceptacja drugiego człowieka takim, jaki jest. Z jego zaletami, ale też wadami. 
I tylko żałuję jednego: że w tym wszystkim zapomniałam tytułu filmu, do którego nawiązał Ksiądz Niosący Światło podczas kazania pasyjnego. Samo kazanie pasyjne, oparte na analizie obrazu Hieronima Bosha "Siedem grzechów głównych" kolejny raz urzekło mnie swoją prostotą, a zarazem głębią. Szukałam tego tekstu na internecie niemal pewna, że posłużył się gotowcem. Nie znalazłam nic nawet w podobnym stylu. Jeżeli on sam to wszystko ułożył, na co wszystko wskazuje, to kolejny raz pokazał, że nie na darmo ma takiego patrona. Kiedy on tylko znalazł na to czas i siłę? Przecież tam każde zdanie było przemyślane i dokładnie opracowane. Aż sobie w pewnym momencie pomyślałam: daj Panie Boże, aby wytrwał z tymi kazaniami przez wszystkie niedziele Wielkiego Postu. Tylko ten film... Szkoda, że nie pamiętam tytułu, bo może byłby ciekawym wypełnieniem dzisiejszego wielkopostnego zadania:
Obejrzyj coś wartościowego
Widziałeś już "Przełęcz ocalonych"? "Niebo istnieje naprawdę"? "The Chosen"? "Odważnych"?

A jakby tak podpytać jeszcze raz o ten film księdza? Na pewno polecił coś ciekawego. Tak jak podczas noworocznego kazania, które ciągle we mnie siedzi. Wszak to chyba tylko dlatego zdecydowałam się na obejrzenie "Dwóch papieży" właśnie po nim.

sobota, 23 września 2023

1715. Absolutorium 2023

Ukończyłam już kilka kierunków studiów, jednak dopiero po Naukach o Rodzinie miałam okazję uczestniczyć w uroczystym absolutorium, czyli rozdaniu listów gratulacyjnych najlepszym absolwentom studiów licencjackich i magisterskich ze wspomnianych Nauk o Rodzinie oraz Teologii (która jest jednolitymi studiami magisterskimi). Co ciekawe, był to pierwszy raz, kiedy tego typu uroczystość miała miejsce na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego, ale na pewno nie ostatni. Ja zaś, aby wziąć w nim udział, rozdzieliłam godziny w pracy z tego dnia na pozostałe dni w tygodniu. Jak już wielokrotnie tutaj pisałam - pracuję popołudniami, a absolutorium miało miejsce właśnie w godzinach popołudniowych.
Poprzedziła je Msza święta pod przewodnictwem dziekana naszego wydziału, koncelebrowana przez niektórych naszych wykładowców oraz neoprezbiterów, także tegorocznych absolwentów wydziału. Chociaż mogła być ona sprawowana w wydziałowej kaplicy, krypcie katedralnej, albo samej archikatedrze sąsiadującej visa vis z budynkiem wydziału, to jednak miała ona miejsce w kaplicy również sąsiadującego z nim Wyższego Seminarium Duchownego. 
Od tego roku akademickiego i formacyjnego, decyzją nowego arcybiskupa Adriana Galbasa, seminarium ma nowego rektora, jednego z wykładowców na wydziale. To on skierował do wszystkich zgromadzonych słowa powitania po uroczystym procesyjnym wejściu kapłanów.
Bardzo podobało mi się to, że absolwenci wydziału byli zaangażowani w przebieg Mszy świętej. Czytali lekcje i modlitwę wiernych, śpiewali psalm i sekwencje "alleluja", nieśli dary do ołtarza, a ksiądz Karol wygłosił do wszystkich kazanie, w którym zachęcał, aby w zawodowym i kapłańskim życiu nie rezygnowali z życia w prawdzie i zgodzie z własnym sumieniem.
Po zakończonej Mszy świętej przeszliśmy do oddalonego o kilkaset metrów budynku Wydziału Teologicznego, w którym przez ostatnie trzy lata zdobywałam wiedzę na temat szeroko rozumianego funkcjonowania rodziny. Druga część uroczystości odbywała się na auli, jednak zanim się na nią udaliśmy, każdy z nas skierował swoje kroki do gabinetu prodziekana. To w nim ponad dwa miesiące temu odbywały się nasze obrony. Teraz nie był dla nas aż taki straszny, a wręcz przeciwnie - na wieszakach wisiały wypożyczone na ten dzień dla nas togi, a na stole leżały birety z logiem UŚ. Dobrze, że zamówili mniejsze togi - dzięki temu znalazło się też coś dla mnie.
Następnie przeszliśmy pod wspomnianą aulę. Tam poproszono nas o ustawienie się w dwurzędzie oraz poinformowano, że wejdziemy procesyjnie, tak jak wykładowcy podczas inauguracji roku akademickiego.
Przy nieśmiałych dźwiękach akademickiego hymnu "Gaudeamus ibitur" weszliśmy na aulę. Żeby podkreślić kto tu jest najważniejszy, weszliśmy nie tylko przed dziekanem, prodziekanem oraz panią dyrektor kierunku Teologii i Nauk o Rodzinie (a dodatkowo promotorką mojej pracy licencjackiej), ale też panią prorektor od spraw dydaktyki. Na auli znajdowali się nasi bliscy, a także ci, pod których kierunkiem powstawały nasze prace dyplomowe.
Prawie a wszyscy wyróżnieni z naszej grupy Nauk o Rodzinie licencjatu
Uroczystość rozpoczęła się przemówieniami obecnych władz i Wydziału i uczelni. Nie obyło się bez gratulacji osiągniętych wyników oraz zachęty do rozwijania swoich zainteresowań na dalszych etapach nauki. Tym, którzy ją kończyli życzono wiele satysfakcji oraz wytrwałości w pracy. Każdy z nas został zapewniony, że jest tu mile widziany. Po przedstawieniu statystyk odbyła się najmilsza część spotkania, czyli wręczenie listów gratulacyjnych. Najpierw otrzymali je absolwenci teologii pastoralnej (czyli księża), następnie teologii nauczycielskiej stacjonarnej i niestacjonarnej, aż w końcu my, absolwenci Nauk o Rodzinie. Kiedy wyczytali moje imię i nazwisko na drżących nogach zeszłam na dół. No bo kto by się spodziewał, że to wszystko tak się skończy? Na pewno nie ja. Moja koleżanka z roku nawet nagrała tą chwilę.
Już sam wynik ogólny z jakim skończyłam studia był dla mnie zaskoczeniem. Z obliczeń wychodziło mi 4,5 (w zaokrągleniu), jednak kiedy po odbiorze dyplomu zobaczyłam co na nim widnieje, aż mnie zatkało. Tak samo jak wtedy, gdy otrzymałam wiadomość o tej uroczystości. Ale że ja jedna z najlepszych? Nie, chyba to pomyłka. Taka zdolna chyba znów nie jestem... A jednak. Jednak najbardziej się cieszę z tego, że ten sam zaszczyt spotkał jeszcze trójkę moich znajomych z roku, w tym kolegę ze znaczną wadą wzroku. Nawet nie wiecie, jak on mi przez te trzy lata imponował i motywował. To wyróżnienie zdobył całkowicie zasłużenie.
Na koniec wysłuchaliśmy jeszcze przemówień przedstawicielki Wydziałowego Samorządu Studenckiego, w którym nawiązała do ostatnich słów papieża Jana Pawła II na polskiej ziemi - "A na końcu cóż powiedzieć: żal odjeżdżać". Miała nadzieję, że i my żałujemy, że coś się w życiu większości z nas kończy, ale i coś zaczyna. Drugą przemawiającą osobą była absolwentka studiów magisterskich z Nauk o Rodzinie, która z humorem wspominała czas spędzony na studiach oraz niektórych profesorów. A ja zaczęłam żałować, że egzaminy w czasie pandemii były zdalne, bo widać jak sporo nas przez to ominęło.
Zwieńczeniem wszystkiego było tradycyjne rzucenie biretem w górę oraz pamiątkowe zdjęcie przed wydziałem.
I na koniec taka mała statystyka:
w tym roku ukończyło studia na Wydziale Teologicznym oraz obroniło się 83 osób (obydwa kierunki i formy studiów).
35 z nich zostało wyróżnionych.
3 z wyróżnionych to osoby niepełnosprawne fizycznie i sensorycznie.
Miło było znaleźć się w tym szacownym gronie. Chociaż już odczułam, że dla niektórych moje studia są niczym, dla mnie były czymś. Cieszę się, że przynajmniej wiedzą mogłam dorównać innym. Wiem, że niektórzy wzruszą ramionami, albo uznają, że się chwalę. Ale czy inni nie postąpiliby podobnie w takiej sytuacji?
I tylko mały żal w sercu, że nikt mi w tym dniu nie towarzyszył. Co prawda i siostra dzwoniła z gratulacjami i tata, i dobrzy znajomi też się cieszyli z tego mojego sukcesiku (bo chyba mogę to tak nazwać), jednak brakowało mi kogoś na sali, kto po prostu by był. Nie wiem, mogłam zaprosić Bacę, może by się zgodził. Ale też była radość z bardzo nieoczywistej rzeczy. Bo okazało się, że jedna z koleżanek bardzo dużo opowiadała o mnie swojej mamie. Oczywiście w samych superlatywach, co jest lekką przesadą, bo daleko mi do ideału. Żeby tylko opowiadała - ona wręcz czytała jej moje wiersze z fb. Jej mamie natomiast bardzo się one podobały, przyznała, że mam talent i że powinnam go rozwijać. Hmm... czy mam talent poetycki to nie wiem, ale zrobiło mi się cieplej na sercu, że komuś zupełnie obcemu podoba się moja pisanina. Tak po prostu. 
Uroczystość skończyła się przed 19. Jadąc do domu kilka razy przeczytałam treść listu gratulacyjnego, ciesząc się przy tym jak małe dziecko. Ostatni rok był dla mnie trudny z wielu powodów, pierwszy rok to właściwie cały czas na on-line (nie licząc pierwszego wykładu z podstaw filozofii w formie kontaktowej). W dodatku jak sami czytacie, dosyć dużo się dzieje w moim życiu. Na naukę jednak zawsze znajdowałam czas, chociażby kosztem odpoczynku. Opłacało się, chociażby dla takich chwil jak ta. A nawet gdybym ukończyła studia bez wyróżnienia, to i tak bym była szczęśliwa. W sumie dużo osiągnęłam (przynajmniej tak mi się wydaje) mimo ograniczeń narzuconych mi przez niepełnosprawność i braku większego wsparcia ze strony bliskich. 

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

1682. Granica prywatności

Wbrew pozorom nie piszę na tym blogu o wszystkim. Wiele spraw, zwłaszcza tych najtrudniejszych, zostawiam dla siebie, nie widząc potrzeby informowania o całym moim i moich krewnych i znajomych życiu. Ale też nie zawsze piszę o sukcesach. Utwierdziło mnie w tym takie dziwne myślenie, które zauważyłam u niektórych ludzi - jak zdrowy, to może pisać o wszystkim, jak niepełnosprawny, to brak mu pokory pisząc o swoich sukcesach, z kolei pisząc o problemach, czy negatywnych stronach swojego życia, to od razu użala się nad sobą. Tylko, że w ten sposób człowiek nie miałaby o niczym pisać.
Czasami pisząc notatkę zastanawiam się, czy nie przekraczam cienkiej granicy prywatności mojej i innych. Staram się nie używać imion, żeby trudniej było ich zlokalizować. Chociaż można do wielu rzeczy dojść, szperając w internecie. Kurcze, kiedyś myślałam, że pisząc w ten sposób w jaki piszę bloga, pokazując że niepełnosprawny, nawet ten z ograniczeniami ruchowymi też może do czegoś dojść, osiągnąć sukces. Że może studiować i pracować. Wiem, że wiele osób chętnie tu zagląda, mimo że blog odbiega od ich profilu. I może chcieliby przeczytać o bardziej "ciekawszych" rzeczach. Ale nie przeczyta. Co nie znaczy, że czasami nie jest mi źle, nie wyję w poduszkę, nie mam wszystkiego dosyć. To, że o czymś nie piszę nie oznacza, że nie mam słabszych dni...

czwartek, 11 października 2018

797. Relacje międzyludzkie

Jestem szczęściarą... Jestem szczęściarą do potęgi entej! Nie wiem jak to się dzieje, ale mimo niepełnosprawności i wynikających z niej ograniczeń nie mogę narzekać na brak znajomych. Może nie przyjaciół, bo tutaj jestem ostrożna z ich dobieraniem(no wiecie, nie każdemu mogę się zwierzyć z moich trosk i problemów, bo ich nie zrozumie), ale znajomych na pewno. Tak naprawdę na każdym szczeblu edukacji i w każdej grupie nie było problemów z zaakceptowaniem mojej specyfiki. Ba, szybko nawet okazywało się, że moja niezbyt wyraźna mowa nie jest problemem w porozumiewaniu się między nami. Dochodziło nawet do tak absurdalnych sytuacji, że moi koledzy z podstawówki tłumaczyli nauczycielom moje odpowiedzi.
Duża tutaj zasługa moich rodziców, którzy starali się mi stworzyć normalne dzieciństwo. Podejrzewam, że wiele nocy zastanawiali się, czy puścić mnie do szkoły z moimi sprawnymi rówieśnikami, czy może zdecydować się na nauczanie indywidualne, co w moim przypadku byłoby jak najbardziej możliwe. Wybrali pierwszy wariant, za co jestem im niezmiernie wdzięczna, chociaż samo wyzwanie nie było dla mnie łatwe od strony fizycznej. Ale z drugiej strony po trzech latach uczęszczania do przedszkola(coby było zabawniej, to mama w tym czasie była na urlopie macierzyńskim i teoretycznie mogła się mną zajmować w domu) nie mieli serca pozbawiać mnie kontaktu z rówieśnikami. Kiedy więc w czwartej klasie zawisło nade mną widmo nauczania indywidualnego, po prostu zmienili mi szkołę. Nawet po tym kroku utrzymywałam kontakt z moimi kolegami z pierwszych trzech lat nauki i w sumie w dalszym ciągu utrzymuję. 
Wiem, że dużo zyskałam dzięki takiemu rozwiązaniu sprawy. W szkole masowej nabrałam pewności siebie, w specjalnej(choć to tylko z nazwy, bo realizowałam program moich sprawnych kolegów) podtrzymywałam to. Kto wie, może gdybym w tej czwartej klasie przeszła na indywidualny tok nauki, to mogłabym utracić to, co już kiedyś wypracowałam.
Pewność siebie dodaje mi odwagi również dzisiaj. Zaangażowałam się w pewien projekt, rozmawiam z różnymi ludźmi. Wiem, że nie zawszę mnie rozumieją, ale przecież mogło być gorzej. Do urzędów, banków itp. idę z przekonaniem, że prędzej czy później się dogadamy. Wiadomo, pewne sytuacje podcinają nam nogi, ale przecież nasze życie nie składa się z samych sukcesów, musi być też w nim miejsce na porażki. 
Co jeszcze pomaga mi w kontaktach międzyludzkich? Myślę, że autentyczność, szczerość, empatia, silna osobowość i stałe poglądy. Nawet tutaj na blogu staram się pisać według tych zasad. Mogłabym pisać cukierkowo o moim życiu, mogłabym pisać pod publiczkę, mogłabym zmieniać swoje poglądy w zależności od sytuacji i Waszych humorów(oczywiście nie oznacza to, że moje poglądy na dany temat są niezmienne, ale żeby je zmienić potrzebuję mocnych argumentów i czasu, aby to wszystko przemyśleć jeszcze raz), jednak czy wtedy byłabym sobą? Staram się jak najmniej oceniać cudze życie, nie narzucam też na siłę swojego zdania, a raczej dążę do zrozumienia sytuacji czy też toku myślenia danej osoby. Staram się też nie pisać stwierdzenia A. a potem jakby sama zaprzeczać temu stwierdzeniami B., C. i D. Według mnie było by to oszustwo i wprowadzenie w błąd moich rozmówców, czy też czytelników. Nie uważam też, że zawszę mam rację, bo tak nie jest. Ale chcę też bronić swoich poglądów na daną sytuację. Czasami moje słowa mogą kogoś zaboleć, ale przecież mamy wolność myśli, każdy może mieć inne zdanie na dany temat. Jednak zauważyłam, że takich sytuacji jest niewiele. Kilka razy moi rozmówcy podkreślali, że powyższe cechy sprawiają, iż jestem świetnym rozmówcą merytorycznym(chociaż wiadomo, iż wada wymowy robi swoje, często też potrzebuję więcej czasu na wypowiedź, ponieważ muszę wziąć oddech w najmniej odpowiednim momencie). 
Czy jest to recepta na zdobycie znajomych? Na pewno nie dla wszystkich, bo wiadomo, że jesteśmy różni. Dla mnie jednak tak. Wydaje mi się, że dzięki temu mam sporo znajomych, a i nie jestem zbyt konfliktowa, dostrzegam też cudze racje i staram się nie wywyższać ponad innych. Może nie zawsze mi się to udaje w 100%, ale staram się jak mogę. I w sumie dobrze mi z tym. 

wtorek, 31 lipca 2018

758. Czy to się nazywa siła myślenia?

Czasami mamy tak, że podejmując jakąś decyzję prosimy niebiosa czy też inne moce nadprzyrodzone o jakiś znak, który miałby nas utwierdzić w tym, czy jest ona słuszna, czy też nie. No i ja też prosiłam w pewnej sprawie o jakiś znak. No i chyba wyprosiłam. Z tym, że z niekorzyścią dla pewnej osoby. Oczywiście podejrzewam, że dana sytuacja i tak by nastąpiła niezależnie od tego, czy bym się modliła o ten znak, czy też nie, wszak zmiany na pewnych stanowiskach czasami muszą zajść, ale jakoś się dziwnie czuję z tą zmianą... 
A wiecie co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Że już, już zaczęłam kombinować jak zdobyć pewne informacje na pewien temat, gdyby mój zamiar doszedł do skutku. Najprościej by było od tej osoby je zdobyć, jednak ona, jakby to powiedzieć, jest mało przychylna osobom takim jak ja. No wiecie, jednak trochę odbiegam od normy i czasami pewne stereotypy bardzo ciężko jest zmienić. W dodatku ja tak mam, że jeżeli już się do kogoś zrażę, to potem mam problem w kontaktach z tą osobą. Ale spokojnie, trzeba się bardzo postarać, aby mnie do tego doprowadzić. Nawet znajomi bardzo często śmieją się, że mnie chyba nie da się do siebie zrazić... 
Mój zamiar jest bardzo realny do osiągnięcia, potrzeba tylko ciut ludzkiej otwartości. W planach miałam obejść tą osobę i załatwić sobie te informacje przez inną, dla której może mój zamiar będzie wydawał się po trochu szalony, ale byłaby szansa, że by mnie zrozumiał. A tymczasem sprawy przybrały zupełnie inny obrót. Dla mnie jest to jasny sygnał - "Tak, zrób to". Ale z drugiej strony nie mogę się wyzbyć myśli, że swoimi myślami jakoś przyczyniłam się do tej zmiany.
Mam tylko nadzieję, że nie spełni się przysłowie, że zamienił stryjek siekierkę na kijek...

W ogóle przepraszam za taki "tajemniczy" wpis, ale na razie nie chcę jeszcze pisać o tym, co mi się po łebku kołacze.

niedziela, 29 lipca 2018

757. Cztery lata to już całkiem fajny wiek...

Bardzo lubię przebywać z dziećmi w wielu przedszkolnym. Można się z nimi wspaniale bawić, prowadzić dyskusje, zdają się nawet nie przejmować innością innych. Ponadto są ciekawe świata, chcą wszystkiego dotknąć, wszystkiego spróbować.
Dzisiaj czwarte urodziny obchodzi też mój blog. To już zupełnie przyzwoity staż. Cieszę się, że udało mi się dotrwać do tego momentu. Przez te cztery lata napisało się ponad 750 postów, które otrzymały masę komentarzy. Nie wszystkie były pozytywne, fakt, ale przecież nie każdy musi zgadzać się z moim zdaniem. Obraźliwych komentarzy mogłabym policzyć na palcach. Cieszę się też z tego, że mam tylu wspaniałych i wiernych czytelników. Na przestrzeni tych lat wielu z Was odeszło, wielu zawitało i już pozostało. Najbardziej mi żal, że nasza Jadzia już tutaj nie zagląda. Mam swoje przypuszczenia dlaczego, ale nie chcę ich tutaj wywlekać. Chociaż chciałabym się w tej kwestii mylić... Nie zawsze się ze sobą zgadzamy, może niektóre moje posty są dla Was niezrozumiałe, ale w blogu jest trochę jak w życiu. Jak wiecie na blogu poruszam wiele tematów, niekoniecznie związanych z moją niepełnosprawnością. Bo chociaż szereg związanych z nią dolegliwości skutecznie utrudnia mi życie i rzuca kolejne kłody pod nogi, to jednak staram się aby one nie zdominowały mojego życia. Staram się, aby było ono pełne i nie przelatywało mi przez moje skostniałe palce. Pasje i zainteresowania doskonale je dopełniają.
Na blogu staram się przedstawiać moje życie wraz z jego wzlotami i upadkami. Chcę pokazać, że niepełnosprawny ruchowo człowiek może realizować się i aktywnie żyć, że też stara się działać w swoich społecznościach. Przez wielu ludzi odbierane jest to jako kreowanie się na bohatera, ale skoro takie jest moje życie, to czemu mam o tym nie pisać. Mam też swoje zdanie na dane tematy, może niezbyt po myśli niektórych z Was, ale trudno. Chcę też pokazać, że nie każdym niepełnosprawnym da się manipulować, że mamy własny rozum, i tak jak piszę, możemy mieć swoje zdanie na dany temat.
Mam do Was pytanie - jakie tematy poruszane na blogu najbardziej lubicie? Czy moja pisanina Wam nie przeszkadza? Nie denerwuje Was? Bardzo proszę o szczere wypowiedzi na ten temat.
A skoro są urodziny to wypadałoby wręczyć solenizantowi też jakieś prezenty. Kochani, nie proszę Was o wiele, tylko o jednego jedynego SMSa na dzieciaczki, o których pisałam w >>TYM<< poście. Dla wielu z nas to tylko 2,46 zł, dla nich 2,46 zł na lekarstwo ratujące, a przynajmniej przedłużające im życie. Wiem, że się powtarzam, ale nie wiem dlaczego, ale zależy mi na nich, chociaż w ogóle ich nie znam. Za każdy taki prezent bardzo dziękuję

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

711. "Kto nie czyta przeżywa tylko jedno życie, czytający przeżyje ich więcej"...

Książki... Czymże byłby bez nich nasz świat? Niekiedy zaczytujemy się nimi garściami, innym razem wylewamy łzy nad znienawidzoną lekturą szkolną. Dla jednych są przyjemnością, dla innych drogą przez mękę. Nie znam osoby, która w swoim życiu nie przeczytałaby ani jednej książki, ani domu, w którym nie byłoby ani jednej pozycji książkowej.
I pomyśleć, że kiedyś posiadanie książki, a nawet sama umiejętność czytania, były zarezerwowane dla nielicznych. I nie mówię tutaj o średniowieczu, ale o XIX wieku. Niewielu z nas pamięta, że obowiązek szkolny wszedł w życie dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym. Wcześniej wiele dzieci, zwłaszcza mieszkających na wsi, nie było posyłanych do szkoły. I to nie koniecznie dlatego, że nie było na to pieniędzy(chociaż to była główna przesłanka, trzeba tutaj pamiętać, że kiedyś, również w latach 20 i 30 XX wieku, nauka była odpłatna), ale też nie chcieli, aby ich dziecko było germanizowane, czy też rusyfikowane. I chociaż w zaborze pruskim wprowadzono obowiązek szkolny, to Polacy na wszelkie sposoby starali się go ominąć.
Dzisiaj już nie mamy takiego problemu. Uczymy się w większości w języku polskim, a półki księgarń wręcz uginają się od coraz to nowszych pozycji literackich. A jeśli nie mamy funduszy na książki(nie da się ukryć, że wzrost podatku sprzed lat zrobił swoje), to od czego mamy biblioteki? Znajdują się one w niemal każdym mieście i w wielu wsiach(najczęściej ulokowane w znajdujących się w nich szkołach). Nawet jeżeli nie są one specjalnie wyposażone, to zawsze znajdzie się w nich coś ciekawego. Poza tym, najczęściej raz w roku, wiele bibliotek robi wśród swoich czytelników ankietę książek, które powinny się w nich znaleźć, a następnie wybiera kilka z nich i zakupuje. Muszę przyznać, że osobiście bardzo lubię wypożyczać książki z biblioteki, bo dzięki temu mam okazję przeczytać interesującą mnie pozycję, a i zaoszczędzę kilka groszy w portfelu.
Osobiście myślę, że mogę zaliczyć się do moli książkowych. Prawie zawsze przeczytane lektury (przyznam się bez bicia, że poddałam się przy "Ani z Zielonego Wzgórza" oraz sienkiewiczowskim "Potopie", ale po latach nadrobiłam te zaległości). Nie ukrywam, że kocham, a zresztą zawsze kochałam czytać książki, zaś moje półki wręcz uginają się od ich ilości. Wiele z nich zdobyłam w konkursach i na koniec roku szkolnego, inne dostałam od innych czy wręcz ocaliłam przed wyrzuceniem do kosza przez innych. Ale żeby nie było - ja te książki też czytam. Nie ważne jaki gatunek, wszystko przyjmę. A jednocześnie czytam książki wypożyczone z biblioteki. Mam też kilku ulubionych autorów: Jan Dobraczyński, Paweł Zuchniewicz, Jodi Picoult, Katarzyna Grochola, Nicolas Sparks, Steve Berry, ale właściwie nie to jest dla mnie najważniejsze. Najważniejsze są odczucia, jakie wywołuje we mnie dana książka, czy utożsamiam się z jej bohaterami, czy odwołuję moje życie do ich życia, czy są zgodne z moimi poza książkowymi zainteresowaniami? Nie każda książka jest łatwa, ale także na poważne tematy trzeba mieć w życiu czas.
Na blogu wielokrotnie pisałam i zapewne będę pisać o książkach, wszak to część mojego życia. I to dosyć pozytywna część. Jeżeli mam być szczera, to nawet wolę przeczytać książkę, niż gapić się w telewizor, czy też bezsensownie surfować po internecie.
I na koniec piętnaście faktów o mnie związanych z czytelnictwem. O ile pamiętam, to kilka lat temu krążył po internecie taki właśnie łańcuszek tworzony przez bloggerów. I chociaż nie zostałam do niego wytypowana, to myślę, że wpisuje się w dzisiejszy post.

1. Kto jako pierwszy nakłonił cię/namówił do czytania? A może zostałeś/-aś do tego zmuszona? - czytać nauczyłam się w wieku niecałych pięciu lat podglądając zajęcia przedszkolne moich kolegów - zerówkowiczów. Wydało to się przez przypadek, a efekt był taki, że rok wcześniej wylądowałam w zerówce.
2. Ostatnia książka, z której pamiętasz więcej niż trzech bohaterów to... - Ups, pamiętam większość bohaterów z przeczytanych przeze mnie książek, a ostatnie takie przeze mnie przeczytane to wspomniane już wcześniej "Dziewicza podróż", "Żałoba", "I miłość była w getcie"
3. Myślisz, że my sami wybieramy książki, które chcemy przeczytać czy to raczej one "wybierają" nas? - myślę, że odpowiedź leży gdzieś po środku tego stwierdzenia :)
4. Gdzie najczęściej czytasz? - Kiedyś był to autobus do Katowic, a teraz w domowym zaciszu
5. Jakiego książkowego zakupu najbardziej żałujesz? - Chyba żadnego. Co ciekawsze, interesującą mnie rzecz wolę sprawdzić w książce, encyklopedii, słowniku, niż w Internecie;
6. Opisz zakładkę, której obecnie używasz. - obecnie używam zakładki, którą otrzymałam od Agai
7. Dlaczego czytasz? - Bo to jest mój sposób na ciekawe spędzenie wolnego czasu.
8. Książka twojego dzieciństwa. - na zakończenie czwartej klasy dostałam "Małą księżniczkę" Frances Hodgson Burnett. Przeczytałam ją nie wiem ile razy i za każdym razem odkrywałam ją na nowo.
9. Twoje okładkowe zauroczenie. - Jakoś specjalnie nie zwracam uwagi na okładkę. Za to zdarza mi się przeczytać opis książki.
10. Jakie trzy książki zabrałbyś/-abyś na bezludną wyspę? - Tylko trzy? Przecież to zamach na moje życie...
11. Znienawidzona książka, po którą nigdy nie sięgniesz i na samą myśl o niej... - "Marketing" Kotlera. Może w oryginale jest rewelacyjny, ale w tłumaczeniu ilość błędów stylistycznych i składniowych mnie powaliła 
12. Jak obchodzisz się z książkami? Pilnujesz, by kartki nie były zagięte i popisane? Czy może notujesz sobie coś na marginesach, zaginasz rogi w ciekawych momentach,  itd.? - Zasadniczo dbam o nie, chociaż zdarza się, że przez moją atetozę kartki są trochę poprzedzierane...
13. Dwie książki, o których kupnie marzysz dniami i nocami. - "Lalki z getta" Evy Weaver oraz "Ben Hur" Lewisa Wallce
14. Książka, której nigdy nie zapomnisz. - Na pewno "Chłopiec w pasiastej piżamie" opowiadająca o niemożliwej wręcz przyjaźni syna komendanta obozu koncentracyjnego z przebywającym w nim żydowskim rówieśnikiem.
15. Otwórz książkę (którą obecnie czytasz) na chybił trafił i wpisz tutaj zdanie, na które spojrzysz. - "Dziwne, ale kiedy wszedł do centrali, gotowy, by przynajmniej udawać, że wierzy, iż mają jeszcze szansę, głowę wypełniała mu tylko jedna myśl. O synku. Skończył dziesięć lat. I wychowa się bez ojca. Kocham cię, Cotton"(Steve Berry, "Tajemnica grobowca")

sobota, 1 kwietnia 2017

500. Post nr 500(wcale nie primaaprylisowy)!

Nie wiem jak to się stało, a przede wszystkim kiedy to nastąpiło, ale właśnie powstał dla Was 500 post na tym blogu. I to wcale nie jest żart primaaprilisowy, ale udokumentowany fakt. Wydaje mi się, że jest to niezły wynik, jak na trzy lata pisania. Jak wiecie, notatki dotyczą różnych aspektów, od życia codziennego, po różne wydarzenia i ciekawe postacie. Staram się, aby były one ciekawe, a za razem aby je się w miarę przyjemnie czytało. Nie lubię pisać między wierszami, wolę aby wszystko było jasne i przejrzyste. Staram się też nie oceniać innych, chociaż nie zawsze jest to możliwe. Czy mi się to udaje? To pytanie właśnie do Was. Ale wydaje mi się, że gdyby mój blog był nudny i nieciekawy, to nie miałabym stałych czytelników, którym już dzisiaj dziękuję za to, że są ze mną na dobre i na złe. I mam nadzieję, że przeżyjecie ze mną kolejne 500 notek. A dowody Waszej serdeczności otrzymuję nie tylko w postaci komentarzy, ale chociażby życzeń świątecznych przysłanych mi na kartce pocztowej. Dla mnie to znak, że "inność" nie musi sprawiać, że jest się innym. W dodatku w zeszłym miesiącu blog odnotował rekordową jak dotąd liczbę odwiedzin - ponad 5000. Wiem, że niektóre blogi mają tyle wejść w ciągu jednego dnia, a jednak cieszy to niesamowicie.
Zaczęliśmy kwiecień, miesiąc w którym w tym roku wypadają najważniejsze dla chrześcijan święta - Wielkanoc. Co uważniejsi czytacze bloga wiedzą, że w Wielki Tydzień staram się jechać na Misterium Męki Pańskiej do Kalwarii Zebrzydowskiej. Dotąd byłam tylko na Wielki Czwartek i Wielki Piątek. W tym roku planuję rozszerzyć swoje wojaże o Niedzielę Palmową oraz Wielką Środę. Tego jeszcze nie przerabiałam. Niektórzy się dziwią, że mi się chce. Otóż dla mnie jest to nie tylko udział w uroczystościach i obejrzenie wydarzeń sprzed 2000 lat, ale też sposób na wyciszenie się, pewną zadumę. W dzisiejszym rozpędzonym świecie warto czasami zatrzymać się, zastanowić nad sensem życia, które mamy tylko jedno, nad tym czy go nie marnujemy. Mi pomaga w tym właśnie Kalwaria. I chociaż człowiek czasami wraca z niej nieziemsko zmęczony, głodny, a nawet ubłocony, to jednak jest szczęśliwy, że mógł przejść się dróżkami kalwaryjskimi, którymi usiane są okoliczne pagórki. Ale tak naprawdę zrozumie to tylko ten, kto podejmie się tego wyzwania.
Jutro zaś po raz enty wyruszam do Krakowa, aby przeżywać Misterium Męki Pańskiej wystawiane na scenie Wyższego Seminarium Duchowego Towarzystwa Salezjańskiego. Pierwszy raz byłam tam dekadę temu, jednak nasza parafia nie organizowała wyjazdów za każdym razem. Można pomyśleć, że to bez sensu tak jeździć na takie przedstawienia, przecież to jedno i to samo - męka i śmierć Zbawiciela na Krzyżu. Tymczasem każdego roku Pasja odbywa się w innej otoczce. W tym roku motywem, powiedzmy że przewodnim, będzie, a jakżeszby inaczej, ubiegłoroczne spotkanie młodzieży z papieżem Franciszkiem. Zaczynam się śmiać, że ŚDM wraz z przesłaniem jakie za sobą niosło, wkracza w każdą dziedzinę mojego życia. Dlaczego z przedstawieniem nie miałoby być inaczej? Dodatkową zachętą do wyjazdu mogła być przepiękna recenzja zamieszczona na szpaltach "Gościa Niedzielnego" -> http://gosc.pl/doc/3733606.To-Misterium-sprawia-ze-wstaje-sie-z-kanapy. Chyba warto jechać, prawda?
I tak zupełnie na koniec, z okazji 500 postu i ponad 5000 odsłon w minionym miesiącu, zamieszczam bardzo ciekawy filmik. Zresztą co ja będę dużo gadać - po prostu przyłóżcie palec we wskazane za pomocą koła miejsce i sami zobaczcie, co się będzie działo.
 

poniedziałek, 17 października 2016

411. No i stało się - zrozumieli mnie!

Przed każdym moim publicznym występem odczuwam pewną tremę. "Nic dziwnego, ja też" - pomyśli każdy z Was. Jednak podłoże mojego stresu jest trochę bardziej złożone. Porażenie mózgowe spowodowało u mnie upośledzenie aparatu mowy. Wypowiadane przeze mnie wyrazy nie zawsze są zrozumiałe, szczególnie przez obce i nieosłuchane ze mną osoby, bo przy rozmowie ze znajomymi najczęściej ten problem nie istnieje. Oczywiście staram się mówić jak najbardziej wyraźnie, jednak stres bardzo często robi swoje. Mięśnie twarzy sztywnieją, oddech staje się jakby płytszy, język drętwieje, następuje wzmożone wydzielanie śliny. Spróbujcie w takich warunkach coś powiedzieć. Trudne, prawda?
A mimo to nie rezygnuję z porozumiewania się w sposób werbalnych. Wczoraj na przykład miałam do przeczytania rozważanie na temat Trzeciej Tajemnicy Chwalebnej różańca świętego: „Trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego” (Dz 1, 14). Tę scenę dzisiaj znowu mamy przed oczyma jako w pełni aktualną rzeczywistość (…). Wszyscy razem, pasterze i wierni, mamy na modlitwie oczy utkwione w Najświętszej Dziewicy, posłusznej animatorce pierwszego ośrodka wspólnoty chrześcijańskiej, którego przeznaczeniem było rozniecenie światła Ewangelii aż po krańce ziemi i aż do finalnego zamknięcia historii.". Początkowa euforia z powodu otrzymania tekstu została wkrótce zastąpiona przez zwyczajny w świecie strach i myśl: a jeśli jednak mi nie pójdzie? Zatnę się, zabraknie mi tchu? Wszak w kościele będzie trochę ludzi, trochę dzieci. Czy na pewno mnie zrozumieją? A im bliżej było godziny "0", tym większa gula rosła w moim gardle. W dodatku jeszcze nie do końca wydobrzałam z przeziębienia. Minuty wyjątkowo przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie nadszedł mój moment. Chwilę wcześniej, odbierając przekazywany mi mikrofon, zrobiłam mały "karambol", ale to już kolejny mój standard. Na szczęście kartki z tekstem daleko nie poleciały - inna sprawa, że obrały sobie kierunek na ławki, a nie na posadzkę przed nimi. Dzięki rodzicom dzieciaków sytuacja została błyskawicznie opanowana, a ja zaczęłam swój popis. Taaa... zacięłam się tylko w trzech miejscach, co mogę uznać za sukces. Wbrew pozorom ten tekst nie jest prosty, ale przy odrobinie dobrych chęci można go ogarnąć. Resztę wieczoru pozostawiam bez komentarza... Kiedy wychodziłam na koniec z zakrystii usłyszałam, jak administrator strony internetowej parafii do której należę mówi do mamy jednej z moich scholowych koleżanek:
- Ty, słuchaj, ta wasza Karolina nieźle się wyrobiła w czytaniu. Bez problemu rozumiałem co mówi na rozważaniu różańcowym...
- Wiesz, Lolka idzie zrozumieć, jeżeli tylko się chce. Chociaż ja ją zawsze rozumiem...
Znaczy się wszystko poszło dobrze. A swoją drogą kto to widział obgadywać kogoś tuż za plecami. Chociaż pewnie nawet nie wiedzieli, że już wyszłam.
Zaś dzisiaj wygłaszałam na polityce turystycznej i rekreacyjnej na temat euroregionu. Tutaj akurat sama zgłosiłam się do tego zadania, ponieważ nie było ku temu chętnych. A brak referatu = wejściówka na zajęciach z danego tematu. Wejściówka była, ponieważ drugiego referenta zabrakło. Ale przynajmniej nie z tematu euroregionów. Zaskoczyła mnie postawa wykładowcy, który tuż przed moim wystąpieniem poprosił wszystkich o spokój i uwagę, ponieważ koleżanka ma problem z wymową. No i jeszcze trochę jestem przeziębiona, co też wpływa na głos. Prawda jest taka, że to, czego nie dopowiedziałam, moi koledzy i koleżanki mogli sobie wyczytać z prezentacji. Nie jestem zwolenniczką wklejania do nich wszystkiego jak leci, ale najważniejsze informacje z pewnością się na niej znalazły. No i z twarzy innych było widać, że są zaciekawieni. A przynajmniej dobrze to udawali. W kryzysowych momentach kierowałam wzrok na moje kumpele. Z D. doszłyśmy do tego, że porozumiewamy się bez słów. Dzięki nim nie uciekłam z sali przed końcem referatu. Na koniec zostałam nagrodzona brawami. Zaś po zajęciach wszyscy zgodnie uznali, że było wspaniale. Nie powiem, trochę podbudowali tym moją samoocenę, która jest jaka jest. A przede wszystkim udowodnili, że da się mnie zrozumieć. A i ja powoli zaczynam w to wierzyć...