W tym semestrze w ramach zajęć z wychowania fizycznego na AWFie uczęszczam na zajęcia z pływania. Tak naprawdę są to zajęcia przewidziane dla studentów studiów licencjackich, ja jestem tylko na tzw. "doczepkę". Jak to się stało? Tak naprawdę dla mojego kierunku przewidziane były zajęcia z judo. Niestety, uczelnia typowo nastawiona na kulturę fizyczną człowieka, a tym samym trudniej uzyskać zwolnienie z zajęć. Jednak jakoś nie wyobrażałam siebie na przypisanych zajęciach, nie z moim mpd* i wszelkimi z tego wypływającymi ograniczeniami. Postanowiłam poszperać w regulaminie studiów. Czytałam, czytałam i znalazłam taki zapis:
Napisałam więc piękne pismo do prodziekana z prośbą o zamianę tego nieszczęsnego judo na coś bardziej przystępnego dla porażeniowców. Do podania dołączyłam orzeczenie o niepełnosprawności, żeby nie było, że coś kombinuję(chociaż każdy widzi jak jest). Prodziekan przystał na moją prośbę(nie jestem nawet pewna czy do końca przeczytał pismo), po czym skierował do dziekanatu w sprawie wyboru zamiennika. Miałam zdecydować pomiędzy nording - walkingiem, a basenem. Mój wybór padł na basen. Nie jest tajemnicą, że pływanie jest jedną z najlepszych form rehabilitacji. Poza tym kilka lat temu chodziłam na zajęcia z pływania, zarówno w ramach zajęć z w-f, jak i do klubu sportowego, podczas obozów sportowych też mieliśmy wyjazdy na pływalnię, gdzie mogłam pod szlifować swoje mizerne umiejętności, co nieco więc liznęłam z tego sportu. A do tego wszędzie mi mówiono, że pływania się nie zapomina.
Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Przyszłam na pierwsze zajęcia, weszłam do wody, a tutaj zonk. Fakt, może za bardzo się spięłam ze stresu, bo chciałam pokazać, że coś potrafię, ale efekt był całkowicie odwrotny. Koniec końców wylądowałam na płytkim basenie rekreacyjnym, gdzie mam "oswajać się" z wodą. Z dala od reszty. Plus jest taki, że mam cały basen i przystojnego instruktora dla siebie. No i to, że woda ma w miarę znośną temperaturę. Minus - przez 3 miesiące przypomniałam sobie jak się pływa stylem grzbietowym.Oczywiście jest to zmodyfikowany styl grzbietowy, bo kończyny górne nie bardzo chcą ze mną współpracować. Za to pływanie na brzuchu - dramat w kilku aktach. Za każdym razem idę na dno niczym "Titanic"! Mam niby przed sobą deskę, niby wszystko ładnie i gładko powinno iść, a jednak nie idzie. Wydaje mi się, że przez to, że głowę trzymam nad powierzchnią, dół automatycznie idzie w dół. Gdybym trzymała ciało prosto... Ale nie opanowałam jeszcze oddychania podczas pływania kraulem, zaś płuca mają ograniczoną pojemność. W dodatku przeszkadza mi wzmożone napięcie mięśni, które narasta wraz ze stresem.
We wtorek mamy mieć zaliczenie przedmiotu. I tego się boję, bo nie wiem jak prowadzący podejdzie do mojego problemu. Oczywiście od początku wiedział o moich problemach, na bieżąco śledził też moje poczynania w wodzie. Z reguły nie chcę mieć żadnej taryfy ulgowej w związku z moją niepełnosprawnością, teraz jednak marzę, aby w tym przypadku bardziej doceniono moje chęci niż możliwości. Na plecach spokojnie przepłynę całe dwa baseny. Może czas nie będzie powalający, ale raczej się nie utopię. Ale brzuch? Chyba że ograniczę się do pokazania, że potrafię utrzymać się na wodzie w tej pozycji. To chyba jednak nie przejdzie...
Szkoda, że nie ma oddziału pływackiego klubu sportowego do którego uczęszczałam w moim mieście. Przez rok dojeżdżałam 1,5 godziny w jedną stronę do najbliższego miasta. To 3 godziny jazdy dziennie! Teraz, przy studiowaniu 2 kierunków w Krakowie nie podołałabym temu. Ale jakby był on też otwarty u nas to czemu nie...
Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Przyszłam na pierwsze zajęcia, weszłam do wody, a tutaj zonk. Fakt, może za bardzo się spięłam ze stresu, bo chciałam pokazać, że coś potrafię, ale efekt był całkowicie odwrotny. Koniec końców wylądowałam na płytkim basenie rekreacyjnym, gdzie mam "oswajać się" z wodą. Z dala od reszty. Plus jest taki, że mam cały basen i przystojnego instruktora dla siebie. No i to, że woda ma w miarę znośną temperaturę. Minus - przez 3 miesiące przypomniałam sobie jak się pływa stylem grzbietowym.Oczywiście jest to zmodyfikowany styl grzbietowy, bo kończyny górne nie bardzo chcą ze mną współpracować. Za to pływanie na brzuchu - dramat w kilku aktach. Za każdym razem idę na dno niczym "Titanic"! Mam niby przed sobą deskę, niby wszystko ładnie i gładko powinno iść, a jednak nie idzie. Wydaje mi się, że przez to, że głowę trzymam nad powierzchnią, dół automatycznie idzie w dół. Gdybym trzymała ciało prosto... Ale nie opanowałam jeszcze oddychania podczas pływania kraulem, zaś płuca mają ograniczoną pojemność. W dodatku przeszkadza mi wzmożone napięcie mięśni, które narasta wraz ze stresem.
We wtorek mamy mieć zaliczenie przedmiotu. I tego się boję, bo nie wiem jak prowadzący podejdzie do mojego problemu. Oczywiście od początku wiedział o moich problemach, na bieżąco śledził też moje poczynania w wodzie. Z reguły nie chcę mieć żadnej taryfy ulgowej w związku z moją niepełnosprawnością, teraz jednak marzę, aby w tym przypadku bardziej doceniono moje chęci niż możliwości. Na plecach spokojnie przepłynę całe dwa baseny. Może czas nie będzie powalający, ale raczej się nie utopię. Ale brzuch? Chyba że ograniczę się do pokazania, że potrafię utrzymać się na wodzie w tej pozycji. To chyba jednak nie przejdzie...
Szkoda, że nie ma oddziału pływackiego klubu sportowego do którego uczęszczałam w moim mieście. Przez rok dojeżdżałam 1,5 godziny w jedną stronę do najbliższego miasta. To 3 godziny jazdy dziennie! Teraz, przy studiowaniu 2 kierunków w Krakowie nie podołałabym temu. Ale jakby był on też otwarty u nas to czemu nie...
![]() |
| Gdzieś w III klasie gimnazjum podczas zajęć z wychowania fizycznego |
* mózgowe porażenie dziecięce











